Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

Mario Vargas Llosa "Zielony Dom"

Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył

Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie w tym wyborze znakomity tłumacz Tomasz Pindel, który w jednym z podcastów zaliczył tę powieść do kilku najważniejszych i jego ulubionych w twórczości peruwiańskiego noblisty. Tu krótka dygresja - niezwykle mnie ucieszyło, że wśród tych kilku znalazł się także "Lituma w Andach", który zrobił na mnie spore wrażenie. Zawsze to miłe, jeśli literackie wybory zostaną potwierdzone przez znawcę. Być może jeszcze długo "Zielony Dom" leżałby sobie na wirtualnym regale bibliotecznej aplikacji, gdyby nie śmierć pisarza. Przeczytanie powieści, której jeszcze nie znałam, to najlepszy sposób, żeby oddać hołd jednemu z moich ulubionych autorów. 

Od razu zaznaczę, że "Zielony Dom" nie jest lekturą łatwą. Należy do tych książek Llosy, w których pisarz gmatwa wątki, a narracja jest nieoczywista. Są tu rozdziały pisane po bożemu, a są takie, w których na jednej stronie akcja bez ostrzeżenia skacze od wydarzeń dziejących się na oczach czytających do tych z przeszłości bohaterów. Jakby wspominali to, co miało miejsce onegdaj. Dodatkową trudnością jest zupełny brak chronologii. Nie od razu jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy co się wydarzyło i co łączy poszczególne wątki, które wydają się być od siebie dość odległe. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, co było wcześniej, a co później i co łączy bohaterki i bohaterów. Aż w końcu składamy sobie całą historię. Nie jest też łatwo określić czas akcji, bo nie ma tu wielu odniesień do historii Peru. Udało mi się ustalić, że niektóre wydarzenia działy się w latach czterdziestych zeszłego wieku. Inne wcześniej, a inne później, bo akcja toczy się na przestrzeni może trzydziestu, a może czterdziestu lat. I to jest trudne do ustalenia. 

Kto czytał "Rozmowę w Katedrze", Powieść przez duże P, ten wie, o czym piszę. Moim zdaniem warto jednak podjąć trud, oswoić się z takim sposobem opowiadania, bo książka jest tego warta. Tym bardziej, że po jakimś czasie da się jednak odkryć jakiś porządek w tym szaleństwie. Powieść składa się z czterech części i epilogu poprzedzonych czymś w rodzaju prologu, każda część to kilka rozdziałów, a w każdym z nich przewijają się poszczególne wątki wydzielone w osobnych akapitach. Właściwie przy ponownej lekturze można by "Zielony Dom" czytać inaczej - śledząc poszczególne wątki.

Tym razem akcja powieści toczy się w Piurze, mieście na północy Peru położonym wśród pustynnych piasków, w którym kilka lat swojego dziecięcego życia spędził pisarz, ale także w peruwiańskiej części Amazonii, na rozlewiskach jej dopływów, w małej zagubionej wśród dziewiczej selwy osadzie Santa Maria de Nieva zamieszkanej przez białych i ludność rdzenną, na zagubionych w głuszy wysepkach, gdzie ukrywają się nielegalni handlarze kauczuku, w osadach rdzennych mieszkańców. To teren dziewiczy, w którym łatwo się ukryć, aby prowadzić swoje ciemne interesy. Żeby się po nim poruszać, trzeba bardzo dobrze znać rzekę i jej dopływy, wiedzieć, kiedy można po niej pływać. Dlatego tak ważni są piloci, których wojsko czy policja i wszyscy pływający po Amazonii muszą zatrudniać w roli przewodników. Takim pilotem jest Nieves, mężczyzna o mieszanym pochodzeniu, jeden z bohaterów powieści. 

Mario Vargas Llosa znakomicie oddaje atmosferę tych miejsc. Trudy życia w zagubionych osadach czy obozach, kaprysy przyrody, niebezpieczeństwa, konflikty między białymi, a rdzenną ludnością, prymitywne warunki życia. Ci, którzy się w Amazonii urodzili, kochają ją i zawsze za nią tęsknią, biali, którzy nie z własnego wyboru muszą mieszkać w niewielkich miejscowościach takich jak Santa Maria de Nieva, gdzie dostać można się tylko rzeką, często nienawidzą tego miejsca i marzą tylko o tym, aby z niego uciec.

Te dwa światy wyznaczają dwa zasadnicze wątki tej powieści. Jeden związany jest z Piurą, gdzie przed laty nagle pojawił się tajemniczy mężczyzna, Anselmo, który na skraju miasta wybudował dom, ten tytułowy Zielony Dom, dla mężczyzn miejsce cielesnych uciech, rozrywki, a dla innych, a zwłaszcza dla miejscowego księdza, zgorszenia i grzechu. Nie wiadomo, co z tamtych wydarzeń sprzed lat jest prawdą, a co mitem. Ta historia opowiadana jest inaczej, trochę jak legenda. Niektórym wydaje się, że pamiętają tamte zdarzenia z czasów, kiedy byli dziećmi, sam Anselmo, prawie niewidomy, nieszczęśliwy grajek występujący w trzyosobowym zespole w innym Zielonym Domu, wszystkiemu zaprzecza, nie chce opowiadać. Dlaczego? Pewnie dlatego, że stało się tam coś jednoznacznie złego, a jednocześnie coś tragicznego. 

Wątek amazoński to poszukiwanie ukrywającego się na jednej z wysepek przestępcy, nielegalnego handlarza kauczuku i skór, który psuje interesy innym. Dlaczego tym innym handlować wolno, a jemu nie, nie jest jasne. Czy to kwestia koncesji, którą oni mają, a on nie, czy może odpowiedniego umocowania wśród ludzi władzy, którzy też czerpią z tego korzyści? W każdym razie miarka się przebrała i z Santa Maria de Nieva wyrusza ekspedycja żandarmerii i wojska, aby złapać przestępcę. Dlaczego pilot Nieves wykręca się chorobą i nie chce ich prowadzić, polecając innego? Kiedy o tym czytamy, już doskonale wiemy, czego się obawia. Oba wątki spaja postać sierżanta Litumy, który pojawia się też w innych powieściach pisarza, przede wszystkim we wspomnianej już przeze mnie - "Lituma w Andach". 

Tu dygresja. Czy historia Litumy w tych kilku książkach składa się w całość i wszystko z jego życiorysu do siebie pasuje? Trudno mi jednoznacznie orzec. "Zielony Dom" powstał w roku 1966, a "Lituma w Andach" w 1993. Pisząc pierwszą z nich, Mario Vargas Llosa na pewno nie miał pojęcia, że kiedyś wykorzysta tego samego bohatera. Aż by się chciało teraz sięgnąć jeszcze raz po tamtą powieść, aby to sprawdzić! I po "Rozmowę w Katedrze", bo i tam, wydaje mi się, pojawiają się bohaterowie innych książek Llosy.

Co mnie tak zafascynowało w "Zielonym Domu"? Oprócz niesamowitego klimatu Amazonii, ale również zmieniającej się przez lata Piury, także poruszane tematy. Wspomniany już handel kauczukiem, konflikty między białymi, a rdzennymi mieszkańcami Peru, zróżnicowanie społeczeństwa, w którym oprócz potomków hiszpańskich najeźdźców i ludności rdzennej są także Metysi. Oczywiście nie muszę wspominać, że ci pierwsi mają się za lepszych. Z tym wiąże się kolejny problem - białe zakonnice za przyzwoleniem władz odbierają rdzennym mieszkańcom dziewczynki, dzikuski, jak je nazywają, aby je chrystianizować i cywilizować. Jesteśmy świadkami tego, w jak bezwzględny sposób się to odbywa. No i przede wszystkim wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów, bardzo niejednoznaczne, w których zło miesza się ze szlachetnością i dobrem. Często są to postacie tragiczne. Nawet najbardziej bezwzględny ze wszystkich, ten poszukiwany handlarz, Fushia, w końcu budzi litość. No i wreszcie sama historia, którą musimy sobie składać z przemieszanych strzępów, dzięki czemu trzyma w napięciu, jest po prostu bardzo ciekawa.

Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Mario Vargasa Llosy bardzo polecam. Przede mną jeszcze kilka jego powieści. Kilka tych, których jeszcze nie znam, i dwie czytane bardzo dawno, "Pantaleon i wizytantki" oraz "Ciotka Julia i skryba".

Tash Aw "Faktoria jedwabiu"

Dlaczego postanowiłam sięgnąć po powieść "Faktoria jedwabiu"

Tasha Awa, chińsko-malezyjskiego pisarza mieszkającego w Wielkiej Brytanii? Jakimi ścieżkami biegła moja myśl, skoro czytałam inną jego książkę wydaną w Polsce, "Pięć okien z widokiem na Szanghaj", i średnio mi się podobała? Chyba zdecydowałam się na tę lekturę dlatego, że bliska mi osoba wybiera się do Malezji, gdzie rozgrywa się akcja "Faktorii jedwabiu", a ja kilka lat temu też tam byłam. Chciałam poczuć tamten klimat? Klimat miejsca, w którym mieszają się różne kultury? Odświeżyć wspomnienia? Pewnie tak, nie widzę innego powodu.

Kończąc notkę o "Pięciu oknach z widokiem na Szanghaj", napisałam, że przeczytać można, choćby dla wartości poznawczych czy dla rozrywki, ale są ważniejsze lektury. Tym razem mogę powtórzyć to samo. Połknęłam w kilka dni, ale nie jest to rzecz, do której miałabym potrzebę kiedykolwiek wrócić. Ot, sprawnie napisane czytadło. 

Akcja powieści toczy się na Malajach tuż przed japońską inwazją na tę brytyjską kolonię. Książka składa się z trzech części, każda napisana jest z innej perspektywy. Pierwsza to próba rekonstrukcji życia Chińczyka, Johnny'ego Lima, którego historię po jego śmierci próbuje odtworzyć dorosły syn. Syn, który nienawidzi ojca, bo uważa go za człowieka złego do szpiku kości. Kim był Johnny Lim? Urodził się w  wiosce w malajskiej dolinie Kinta, początkowo pracował w jednej z licznych angielskich kopalń cyny znajdujących się w tamtym rejonie. Poniżany, wykorzystywany, pogardzany jak inni górnicy. Potem zatrudnił się w nieźle prosperującym sklepie z materiałami w mieście Kampar i wkradł się w łaski chińskiego właściciela, wreszcie ożenił się z piękną Snow, córką bogatego przedsiębiorcy i naukowca, też Chińczyka. Później robił dalszą karierę biznesową, założył tę tytułową faktorię jedwabiu, która, jak twierdzi syn, służyła mu za przykrywkę do ciemnych interesów.

Obraz Johnny'ego Lima, jaki wyłania się z kolejnych części, jest zupełnie inny. Druga to dziennik jego zmarłej żony, Snow, a trzecia wspomnienia zakochanego w Malajach i w tropikach ekscentrycznego Anglika, Petera, który poznał Johnny'ego w Singapurze. Zaprzyjaźnili się i polubili, razem wędrowali po malajskiej dżungli, zwiedzali dolinę, a Peter stał się dla niego autorytetem, zwłaszcza w dziedzinie języka i kultury. Bo Johnny, chłopak z biednej wioski, chciał być kimś, nie tylko zdobyć pieniądze, ale i ogładę. Z dziennika Snow i ze wspomnień Petera wyłania się człowiek nieśmiały, nieszczęśliwy, łagodny, zamknięty w sobie. Jaki był naprawdę? Podstępny, bezwzględny, wilk w owczej skórze czy szlachetny, nieśmiały, zakompleksiony dobry, tylko okoliczności zmuszały go czasem do działań nieetycznych?  Kto ma rację? Syn czy tamtych dwoje? Trudno rozstrzygnąć.  Szczerze mówiąc, a właściwie pisząc, nie zajmowało mnie to jakoś szczególnie.

Jeśli coś mnie zainteresowało w tej powieści, poza samą story, za którą z ciekawością podążałam, chociaż nie aż z taką, żeby zarwać noc, to klimatyczna, melancholijna opowieść o wyprawie, którą odbyła tamta trójka w towarzystwie tajemniczego japońskiego profesora i drugiego Anglika, dyrektora jednej z kopalń. Wyruszyli samochodem przez dżunglę, po bezdrożach w kierunku wybrzeża, aby popłynąć na tajemnicze wyspy Siedem Dziewic. Na jednej z nich natknęli się na zarośniętą przez bujną tropikalną roślinność ruinę, która zafascynowała Petera. Najpierw pomyślałam, że to fantazja, ale tak przecież musiały wyglądać ruiny Angkoru, hinduskich świątyń czy majańskich piramid, kiedy je odkrywano. A wszystko to miało miejsce w przededniu japońskiej inwazji na Malaje. Ta podróż, o której nie miał pojęcia syn Johnny'ego, zmieniła wiele w życiu bohaterów. Jak to się mówi, nigdy już nic nie było takie samo. Każdy tam grał swoją grę, a Johnny jawi się jako ofiara. Czy był nią rzeczywiście? Nie wiem, ale naprawdę trudno mi powiedzieć, aby jakoś szczególnie obeszły mnie losy bohaterów.

Poza tym dostajemy trochę historii Malajów, trochę lokalnego kolorytu, ale nie tak wiele, aby zrozumieć specyfikę tego kraju. Jeśli ktoś w Malezji był albo się w te rejony wybiera, albo lubi takie tropikalne klimaty, albo szuka poczciwego czytadła, może po "Faktorię jedwabiu" sięgnąć, ale na pewno są ważniejsze lektury.

Adania Shibli "Drobny szczegół"

O krótkiej powieści "Drobny szczegół" palestyńskiej pisarki Adanii

Shibli (Drzazgi 2023; przełożyła Hanna Jankowska) zrobiło się  w Polsce głośno, kiedy po wybuchu kolejnej odsłony konfliktu izraelsko-palestyńskiego odwołano jej udział na targach książki we Frankfurcie, gdzie miała odebrać prestiżową nagrodę za niemieckie wydanie swojej powieści. Awantura zbiegła się z polską premierą książki, która na świecie ukazała się w roku 2020 (w jednym ze źródeł znalazłam nawet informację, że w 2017). Powieść nominowana była do Międzynarodowego Bookera i National Book Award, a w Polsce zbiera bardzo dobre recenzje. Jednak ani rozgłos wzmocniony przez awanturę wokół odwołania pobytu pisarki we Frankfurcie, ani bardzo dobre recenzje nie miały wpływu na moją decyzję, że muszę tę powieść przeczytać. Jak już nie raz tu wspominałam, interesuje mnie ten zakątek świata i dlatego pilnie śledzę literaturę izraelską i książki pisane przez palestyńskich autorów, których w Polsce ukazuje się znacznie mniej. Kiedy tydzień temu pisałam o "Jestem stamtąd, jestem stąd" nieżyjącego już palestyńskiego poety Mourida Barghoutiego, polecałam inne pozycje palestyńskich autorów, przede wszystkim trzy książki Raja Shehadeha wydane przez Karakter i "Żywopłot" Dorit Rabinyan. Naprawdę warto po nie sięgnąć. Krótka powieść Adanii Shibli, której przeczytanie stale odkładałam na rzecz innych tytułów, stała się teraz znakomitym dopełnieniem książki Mourida Barghoutiego.

"Drobny szczegół" składa się z dwóch części. Akcja pierwszej rozgrywa się w roku 1949 na pustyni Negew. Oddział izraelskich żołnierzy zostaje tam skierowany, aby strzec płynnych jeszcze granic i przeczesywać pustynię w poszukiwaniu infiltratorów. Tak określani są wrogowie nowego państwa, Arabowie i Beduini. Zdarzenia opowiadane w beznamiętny sposób poznajemy z punktu widzenia dowódcy oddziału. Każdy dzień jest do siebie podobny. Poranna toaleta, posiłki, patrolowanie pustyni, upał, od którego odpocząć można tylko wczesnym rankiem albo po zachodzie słońca. Dowódca tłumaczy swoim żołnierzom, jak ważna jest ich rola, po co tu są, stara się wzmocnić w nich wiarę w sens tego, co robią, chociaż nie widać oznak buntu czy niezadowolenia. Ta monotonia zostaje nagle przerwana przez zdarzenie, którego się spodziewałam, przystępując do lektury, bo zostało zapowiedziane w informacjach od wydawcy. To gwałt na schwytanej beduińskiej dziewczynie i jej zastrzelenie. Chociaż wiedziałam, że o tym jest ta książka, czytając te fragmenty, dostałam obuchem w głowę. Siła przekazu zostaje wzmocniona przez chłodny, beznamiętny styl. Nie wiemy, co siedzi w głowie dowódcy, który najpierw każe strzec dziewczyny, chce ją nawet skierować do pracy w polowej kuchni, a potem sam ją gwałci, a na koniec każe zastrzelić. Przez moment wydaje się, że może szuka bliskości. Jest samotny, ma trudne zadanie, w dodatku męczy go rana na nodze, pamiątka po ugryzieniu przez jakiegoś owada.  Nawet gdyby tak było, nic go nie usprawiedliwia. Pewnie w cywilu był porządnym człowiekiem, pewnie przybył do Palestyny niesiony wzniosłą ideą budowy żydowskiego państwa, pewnie cieszy się, że powstało. Tacy jak on pionierzy są pewnie wzorem do naśladowania, bo przecież to, co się wydarzało w czasie podobnych patroli, albo nigdy nie wyszło na jaw, albo było przyjmowane jako oczywisty koszt budowy państwa. Wojna to wojna, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. To beznamiętna skala makro. W powieści dostajemy skalę mikro, która budzi grozę.

Druga część powieści to historia Palestynki mieszkającej i pracującej w  Ramallah, która przeczytała w izraelskiej prasie artykuł o tamtych zdarzeniach. Historia zgwałconej i zamordowanej Beduinki nie daje jej spokoju także dlatego, że urodziła się dokładnie dwadzieścia pięć lat po jej śmierci. Za wszelką cenę chce się dowiedzieć więcej na jej temat, dlatego wyrusza w podróż do Izraela. Nic prostszego, ale nie dla Palestynki. Chociaż wszędzie jest blisko, aby dojechać na pustynię Negew, musi przejechać przez liczne granice, ominąć mur, poddać się kontrolom na chceckpointach. W podróż zabiera ze sobą trzy mapy. Wśród nich jedną starą, drugą współczesną. Te mapy uświadamiają jej, jak bardzo zmienił się krajobraz i ten teren. Także, a może szczególnie, na Zachodnim Brzegu. Droga, którą wolno jej jechać, to labirynt, łatwo się w nim zgubić, a kolejna kontrola może oznaczać kłopoty. Sama pustynia zmieniła się i nie zmieniła jednocześnie. Rzeczywiście ziściło się marzenie ludzi takich jak dowódca i udało się ją okiełznać - okrzepły kibuce, które stały się zielonymi oazami, powstały plantacje warzyw i owoców, a jednocześnie nadal gdzieś w jej głębi są biedne beduińskie wioski sklecone z byle czego. Tu odsyłam do zbioru reportaży Pawła Smoleńskiego "Wieje szarkija. Beduini z pustyni Negew".  Jak już wspominałam, czas zatarł tamte zdarzenia. Śledząc poszukiwania narratorki, patrzymy na historię i współczesność z dwóch punktów widzenia. Dla niej te zmiany są niezabliźnionymi ranami, pamięcią o tym, co utracone, żywym dowodem na to, jak świat został pocięty granicami, które kiedyś kreślono na piasku, a które teraz wyznaczają mury, checkpointy i drogi, którymi mogą poruszać się obywatele Izraela i turyści, ale nie mieszkańcy Zachodniego Brzegu. A dla sympatycznych osadników z kibucu, w którym nocuje, te zmiany to dowód na siłę państwa i pionierów, którzy o nie walczyli i które budowali. 

Trudno oprzeć się gorzkiej refleksji, że w imię ideałów mających stworzyć lepszą przyszłość, zbudowano świat podzielony, w którym obu stronom konfliktu towarzyszy strach, przemoc i upokorzenie. To ostatnie dotyczy poniżanych Palestyńczyków. Tamta wojna wcale się nie skończyła. A rozwiązania tego węzła gordyjskiego, jakim stały się stosunki izraelsko-palestyńskie, nie widać, czego dowodzi kolejna odsłona konfliktu.

PS Historia zgwałconej i zamordowanej Palestynki jest prawdziwa. Gdzieś słyszałam, że sprawcy tamtego zdarzenia zostali ukarani, o czym w powieści autorka nie wspomina. Moim zdaniem nie ma to jednak znaczenia, bo nie o szukaniu sprawiedliwości jest "Drobny szczegół". Poza tym to w końcu powieść.

Kibuc Nirim znajdujący się obok Strefy Gazy, który odwiedza i w którym nocuje narratorka drugiej części powieści, jest jednym z miejsc brutalnie zaatakowanych siódmego października zeszłego roku przez terrorystów z Hamasu. Kolejny dowód, jak skomplikowana to sytuacja. 

Valeria Luiselli "Archiwum zagubionych dzieci"

Po powieść "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli (Pauza

2021; przełożył Jerzy Kozłowski), meksykańskiej pisarki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, sięgnęłam po pewnych wahaniach. I właściwie nie pamiętam, dlaczego nie od razu znalazła się na mojej liście książek, które chcę przeczytać. Przecież fakt, że autorka pochodzi z interesującego mnie, nie tylko literacko, obszaru świata i tematyka jej książki - migracja z krajów Ameryki Środkowej - oraz bardzo dobre recenzje krytyków, którym ufam, powinien sprawić, że na jej powieść rzucę się od razu. Tak jednak nie było. W końcu jednak przeczytałam, ale uczucia mam mieszane. Chociaż mimo pewnych zastrzeżeń jestem na tak, to nie mogę powiedzieć, aby "Archiwum zagubionych dzieci" mnie porwało. Na pewno nie sięgnę po dwie powieści Valerii Luiselli, jakie w Polsce wyszły wcześniej. Czy po kolejną, która się zapewne kiedyś ukaże, trudno mi już dziś wyrokować. Ale do rzeczy.

Jest to historia patchworkowej rodziny, która udaje się w długą podróż po Stanach. Poznali się kilka lat wcześniej - połączyła ich wspólna praca, realizowany dla Nowego Jorku projekt dźwiękowego archiwum miasta. On jest dźwiękowcem, ona przyszła do tej pracy z dziennikarstwa. On nagrywał odgłosy miasta, ona rozmawiała z mieszkańcami. Kiedy kończy się nowojorski projekt, szukają nowych wyzwań i ich drogi powoli zaczynają się rozchodzić. On chce wyruszyć w długą podróż do Apaczerii, czyli ziem zamieszkiwanych niegdyś przez Apaczów, którzy go fascynują. Jest opętany ideą szukania dźwięków, dzięki którym zbliży się do ich świata. Wierzy, że chociaż rzeczywistość się zmienia, w niektórych odgłosach może nadal trwać. Nie bardzo wtajemnicza ją w swoje plany. Ona powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że pogodzenie ich dążeń nie jest możliwe. Decyduje się wyruszyć w drogę razem z nim, ale w Apaczerii nie zostanie na dłużej. Zaczyna ją pochłaniać inny projekt, bardziej dziennikarski. To historie dzieci z krajów Ameryki Środkowej, które samotnie, bez dorosłych, najczęściej w kilkuosobowych grupach wędrują do Stanów, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Chcą się z nimi połączyć, ale to droga długa i niebezpieczna. Przekroczenie granicy wcale nie gwarantuje sukcesu. Większość trafia do ośrodków dla uchodźców, a potem są deportowane. Jej zainteresowanie tym problemem nie jest przypadkowe. Poznała kobietę, Meksykankę, która czeka na dwie swoje córki. Chce, aby dołączyły do niej i do jej syna, którego urodziła już w Nowym Jorku. Wie, że przekroczyły granicę, były w jednym z ośrodków, ale zniknęły i nie ma pojęcia, gdzie teraz są.  Ona próbuje jej jakoś pomóc tym bardziej, że sama jest matką - wychowuje przecież dwoje dzieci - dziesięcioletniego chłopca, syna męża z pierwszego małżeństwa, i pięcioletnią dziewczynkę, swoją córkę. Ma irracjonalną nadzieję, że odnajdzie dzieci znajomej Meksykanki w czasie rodzinnych peregrynacji. Początkowo narratorką jest ona, potem te same zdarzenia i kolejne oglądamy z innej perspektywy. Czyjej? Nie zdradzę.

Pisząc o bohaterach, używam zaimków - ona i on. Nieprzypadkowo. Po pierwsze nie znamy ich imion. Narratorka mówi o swoim mężu, używając właśnie słowa mąż. O dzieciach chłopiec i dziewczynka. Dopiero w podróży pod wpływem jego opowieści nadają sobie nowe, indiańskie, imiona. Bo imię dla Indian miało znaczenie. Dla nich w tym nowym życiu też ma mieć. Jakby stwarzali siebie od nowa, zaczynali wszystko od początku. To trochę zabawa, a trochę zabieg symboliczny, jakich w tej powieści wiele. Zmusza do zadania pytania - dlaczego? Dlaczego narratorka konsekwentnie nie używa imion swoich dzieci? Czy czyni to opowieść bardziej uniwersalną? Czy zrównuje je tym gestem z tymi tytułowymi zaginionymi dziećmi? Dziećmi samotnie przemierzającymi Meksyk w drodze do amerykańskiego raju? A może chodzi jeszcze o coś innego? Nieprzypadkowo w powieści pojawia się też wątek Apaczów. Historia się powtarza. Kiedyś Amerykanie eksterminowali Indian, wyrzucali z ich terenów, teraz zachowują się bezwzględnie wobec migrujących dzieci. Odmawiając im prawa wjazdu, skazują je często na śmierć. Niejednokrotnie ginie po nich wszelki ślad. Czy ktoś kiedyś stworzy dźwiękowe archiwum ich wędrówek?

Powieść Valerii Luiselli ma jakąś hipnotyczną moc. Wędrówkę wszystkich bohaterów, może za sprawą specyficznego języka i elegijnego tonu, śledziłam z wielkim zainteresowaniem i uwagą. Celowo pomijam słowo przyjemność, bo zupełnie tu nie pasuje. Po pierwsze ze względu na temat, po drugie nie jest to książka, którą czyta się bardzo łatwo. Nie żeby była jakoś niezwykle skomplikowana, ale język i odniesienia do licznych książek oraz piosenek stawiają pewien opór. To taka powieść bardzo erudycyjna i bardzo intelektualna. Dość szybko uważny czytelnik zorientuje się, że ma drugie dno. Tworzy je symbolika, paralela losów i rozmaite literackie oraz muzyczne aluzje mniej lub bardziej widoczne w tekście. Tytuły niektórych książek przywoływane są wprost, nawiązania do innych zostały ukryte i dla przeciętnego czytelnika są raczej nie do odcyfrowania. Dopiero z informacji od autorki zamieszczonych na końcu książki odkryłam większość z nich. To zabawa dobra dla erudytów i recenzentów, innych może frustrować, a nawet lekko irytować. I mnie te uczucia towarzyszyły w czasie lektury.

Z mojego punktu widzenia najbardziej interesująca jest oczywiście opowieść o zagubionych dzieciach. Autorka odtwarza ich drogę, posługując się tekstem fikcyjnej książki, którą czyta narratorka, a potem chłopiec. To elegia dla zagubionych dzieci, trochę realistycznie, a trochę w sposób odrealniony, oniryczny odtwarzająca ich pełną niebezpieczeństw drogę. Bardzo smutne, momentami chwytające za serce fragmenty. A przecież takie historie dzieją się naprawdę, o czym będę pisać za tydzień, bo pod wpływem powieści Valerii Luiselli sięgnęłam po reporterską książkę, którą kupiłam kilka lat temu, a która dotyka właśnie podobnego tematu. Autorka pokazuje też, jak łatwo problem, który nas nie dotyczy, może stać się naszym problemem. Ale nie ma równości - obywatele Stanów zawsze będą mieli łatwiej. Celowo piszę w sposób zawoalowany, aby nie zdradzać wszystkiego, bo element zaskoczenia jest w tej powieści bardzo istotny.

Przyznam, że długo nie mogłam się w książkę wciągnąć. Początkowo lekturze towarzyszyło znużenie i zniechęcenie. Dlaczego? Bo jakoś zupełnie nie zainteresował mnie wątek kłopotów małżeńskich narratorki i historia jej związku. Może dlatego, że sposób pisania, choćby nazywanie męża mężem zamiast imieniem, zdystansował mnie do tej pary i ich historia stała się jedną z wielu, jakie czytałam. Jakoś nie potrafiłam się nimi przejąć. Ale kto wie? Może tak miało być? Może to celowy zabieg. Czemu miałby służyć, nie bardzo chce mi się już roztrząsać.

Andrzej Stasiuk "Przewóz"

Rzadko zdarza mi się przeczytać książkę niemal od razu po jej

premierze. Tym razem miałam ogromną ochotę wziąć się za najnowszą powieść Andrzeja Stasiuka "Przewóz" (Czarne 2021). Nie znam żadnej innej jego powieści, za to bardzo lubię pisaninę podróżną, jaką uprawia w charakterystycznym dla siebie stylu. Czytałam "Jadąc do Badadag" i "Duklę", potem oczywiście miałam w planach kolejne lektury, ale wyszło jak zwykle. Cóż będę mówić, wiadomo, jak jest - coraz to nowa książka domaga się uwagi, rywalizacja, po którą sięgnąć w pierwszej kolejności, trwa w najlepsze. 

"Przewóz" połknęłam błyskawicznie - trudno się od niego oderwać, chociaż to proza w dużej części ciemna. Ciemne są losy bohaterów, jest też kilka wstrząsających i naturalistycznych scen. W ogóle dużo tu naturalizmu - brudu, potu, smrodu, much, robactwa, niegojących się ran. Bo Stasiuk napisał powieść wojenną. Akcja toczy się w czerwcu 1941 roku w małej podlaskiej wiosce nad Bugiem. Chociaż nazwa Podlasie i Bug nigdzie nie padają. Na rzece przebiega granica, której do wojny tu nie było. Teraz po jednej stronie rządzą Niemcy, po drugiej Rosjanie. A bezksiężycowymi nocami pomiędzy brzegami kursuje przewoźnik Lubko przemycający chcących się przedostać na drugą stronę. Najczęściej to Żydzi, którzy wierzą, że tam będą bezpieczni. Tu muszą się ukrywać, tam czeka ich nędza. Czy zdają sobie z tego sprawę? W miasteczku po drugiej stronie aż roi się od uciekinierów. Kiedy kończą się im pieniądze, żeby jakoś przeżyć, sprzedają to, co ze sobą zabrali. Często są to eleganckie stroje, wspomnienie życia, które im odebrano. Ale kupców nie ma, a ci, którzy się trafiają, wykorzystują okazję. Bezbronni, sponiewierani, odarci z godności uciekinierzy są łatwym łupem dla cwaniaków, którzy mają nad nimi przewagę. Wezmą elegancką koszulę, a zamiast pieniędzy rzucą jakiś nic niewarty ochłap. Na głównym placu miasteczka, gdzie przed wojną odbywał się targ, teraz aż tłoczno od udręczonych nieszczęśników. Lubko, który pamięta to miejsce sprzed wojny, przygląda się zmianom.

Bo wojna zmieniła wszystko. Nawet w tej wiosce na krańcu świata. Stacjonują tu Niemcy, ale nie oni są najgorsi. Z nimi można się jakoś ułożyć. Złowioną w rzece rybę da się wymienić na prawdziwą kawę albo na mydło. W jednym z domów ukrywa się kilkuosobowy oddział partyzantów, którzy nie bardzo wiedzą, co mają robić. Z braku lepszego zajęcia obserwują nieoczekiwane ruchy niemieckich wojsk ciągnących ku granicy. Po co? Nie mają pojęcia. Za to czytelnik doskonale wie, to przecież czerwiec 1941 roku.

Atmosfera jest duszna nie tylko dlatego, że panują upały. Trzeba być czujnym, w każdej chwili grozi niebezpieczeństwo. Każdy się kogoś boi. Partyzanci Niemców, miejscowi partyzantów, żydowskie rodzeństwo, które uciekło z warszawskiego getta, wszystkich. Dlatego wszyscy oni kryją się - po stodołach, chatach, lasach, w bujnych trawach i przydrożnych krzakach. Przemykają pod osłoną nocy, starają się być niewidzialni. To jak gra w chowanego, tyle, że ten, kogo złapią, może stracić życie. Bo jest Żydem, bo ma pieniądze od ludzi, których przemyca na drugi brzeg, bo zostanie uznany za szpiega, bo ukrywa partyzantów, bo jest partyzantem. Ludzka zbieranina, którą Historia rzuciła na ten koniec świata. Przed wojną raczej by się nie spotkali. To jak prorocza zapowiedź nowego. 

Nikomu nie można ufać. Nawet tym, których się niby zna. Z tych porządnych nagle wychodzi bestia, a samozwańczy watażka, który dotąd wydawał się bezwzględny, nieoczekiwanie pokaże inną twarz. Pewnych granic nie przekroczy. Tylko miejscowi potrafią dostosować się do sytuacji. Ze stoickim spokojem przyjmują to, co im los przynosi. Może dlatego, że już nie raz ich przeczołgał? 

Poczucie klaustrofobii, ciemność, okrucieństwo, strach zostają jednak przełamane. W jaki sposób? Pięknymi, zmysłowymi obrazami przyrody - Stasiuk opisuje okolicę tak, jak tylko on potrafi. Są jeszcze marzenia, w które uciekają bohaterowie. Warszawskie rodzeństwo karmi się iluzją ucieczki do Birobidżanu, żydowskiego autonomicznego okręgu nad chińską granicą. Młody partyzant wierzy, że gdyby tylko znalazł się w swojej wiosce, na pewno mógłby im pomóc. Gdy wypowie jej nazwę, czytelnikowi ścierpnie skóra. On jednak nie może jeszcze wiedzieć, że ta nazwa na zawsze czarnymi literami zapisze się w historii. Podobnie jak żydowskie rodzeństwo nie wie, że na drugim brzegu za chwilę też zacznie się koszmar. Tak tu się wszystko miesza. Ratunkiem jest też bliskość, której szukają bohaterowie. Także seks. A w końcu przynajmniej niektórzy są po prostu dobrymi ludźmi. Dlatego czytelnik może różnie wyobrażać sobie dalszy ciąg tej historii. Ja chciałabym wierzyć, że skończy się pomyślnie. Jest przecież promyk nadziei.

Stasiuk, który w jednym z wywiadów powiedział, że nie lubi pisać powieści,  nie byłby sobą, gdyby nie wszedł na ulubione tory. Bo w jego książce przeplata się historia wojenna ze współczesną. Tak współczesną, że mamy nawet echa lockdownu. I właśnie dzięki temu wątkowi może oddać się swojej  prozie podróżnej. Nieoczekiwanie pojawia się pierwszoosobowy narrator, człowiek w drodze. Snuje się przez prowincjonalną Polskę, szuka samotności. Stopniowo dowiadujemy się o nim coraz więcej. Oba wątki splatają się ze sobą. Jak? Nie zdradzę.

Bardzo dobra, mocna powieść, która nie daje o sobie zapomnieć.  

Aleksandra Lipczak "Lajla znaczy noc"

Kiedy usłyszałam, że Aleksandra Lipczak pisze kolejną książkę o

Hiszpanii, ogromnie się ucieszyłam. Po pierwsze dlatego, że bardzo podobali mi się jej "Ludzie z placu Słońca" - reportaże z ogarniętego kryzysem kraju. Po drugie uwielbiam Hiszpanię. Podróżowałam po niej kilkakrotnie, za każdym razem zwiedzając inny region. Gdyby ktoś mnie zapytał, które europejskie państwo, jako turystka, lubię najbardziej, pewnie wymieniłabym Włochy, ale Hiszpania byłaby na drugim miejscu. Chociaż kto wie? A może oba postawiłabym na równi? Był i trzeci powód, który sprawił, że na kolejną reporterską książkę Aleksandry Lipczak, "Lajla znaczy noc" (Karakter 2020) czekałam z niecierpliwością, - miała to być rzecz o Andaluzji, w której oczywiście też byłam. Nie wnikając głębiej w tę zapowiedź, uznałam, że będzie to, jak poprzednio, zbiór reportaży tym razem ograniczony do jednego regionu. Jakież było moje zdumienie, kiedy wreszcie zaczęłam czytać! Bo okazało się, że to zupełnie inna książka! Jeszcze lepsza, niezwykle ciekawa, mądra, głęboka i pięknie napisana! Ale najważniejsza informacja jest taka, że tym razem to nie reportaż. Co w takim razie? Chyba najbliżej jej do eseju. I wbrew wcześniejszym zapowiedziom rzecz nie ogranicza się tylko do Andaluzji. Bo Aleksandra Lipczak przygląda się dziedzictwu Al-Andalus, czyli czasom, kiedy dużą część Półwyspu Iberyjskiego zajmowali muzułmanie, tworząc w różnych okresach emiraty, kalifaty albo królestwa, w których zamieszkiwali także chrześcijanie i żydzi. Autorka nie tylko sięga głęboko do historii, ale czasem pokazuje, a czasem zastanawia się, jak to dziedzictwo rezonuje współcześnie. Czy jest ważne? Czy je widać? Czy Hiszpanie je sobie uświadamiają? Czy przewartościowują swoje widzenie własnej historii? Może nie tyle czy, bo wtedy odpowiedź będzie oczywista - tak, ale jak bardzo? na ile?

Kiedy podróżuje się po Hiszpanii, zwiedza się oczywiście wspaniałe zabytki, jakie pozostały po tamtej epoce, bo przecież słusznie są niezwykłą turystyczną atrakcją, ale jednocześnie na każdym kroku słyszy się o Rekonkwiście, o Królach Katolickich, Ferdynandzie i Izabeli, i chcąc, nie chcąc,  przyjmuje się taki punkt widzenia. Czasy panowania Maurów jawią się z tej perspektywy jak jakaś baśń. Jej namacalnym świadectwem są  takie niezwykłe miejsca jak choćby najsłynniejsze - Alhambra w Granadzie czy Mesquita w Kordobie. Gdybym znała książkę Aleksandry Lipczak, zanim wyprawiłam się do Andaluzji i w inne rejony, gdzie ślady Al-Andalus są silne, moje zwiedzanie byłoby znacznie głębsze, mądrzejsze, więcej bym zauważyła i zrozumiała, postawiłabym sobie pytania, jakich wówczas nie stawiałam.

Najważniejsze zagadnienie, wokół którego krąży książka, to jak widzieć Rekonkwistę. Czy było to zwycięstwo katolicyzmu nad opresyjnym islamem? Czy przeciwnie zagłada wyrafinowanej kultury, sztuki, a przede wszystkim cywilizacji? Tak widział to Lorca. Czy w ten sposób rodziła się nowoczesna Hiszpania? Czy w ogóle powinno się mówić o Rekonkwiście, czy raczej o podboju? To pierwsze spojrzenie bliższe zawsze było hiszpańskiej prawicy. Nie przez przypadek rekonkwistą nazywał Franco wojnę z Republiką. Co zbudowało duszę Hiszpanów - osiemset lat współżycia muzułmanów, żydów i chrześcijan czy Rekonkwista i katolicyzm? A wreszcie, czy fakt, że Hiszpanie dość przyjaźnie przyjmują uchodźców, można tłumaczyć tym średniowiecznym dziedzictwem? Odpowiedzi wcale nie są jednoznaczne i proste. Autorka oddaje głos różnym stronom sporu, powołuje się na rozmaitych naukowców. Jedno po lekturze książki Aleksandry Lipczak wydaje się bezsporne - że toczy się dyskusja, że ustalone dotąd poglądy ulegają rewizji.

Jeśli po tym, co tu napisałam, ktoś wyobraził sobie, że "Lajla znaczy noc" to tylko rozważania wokół tych zagadnień, jest w błędzie. Ta książka to także podróż. Z jednej strony autorka wędruje śladami Al-Andalus - odwiedza jej najważniejsze miejsca, Kordobę, Toledo, Granadę i wiele innych. Z drugiej wyprawia się w przeszłość do tych samych miejsc. I jedno, i drugie robi wspaniale. Bez trudu stawało mi przed oczami to, co sama widziałam, będąc w Hiszpanii, ale przede wszystkim wędrowałam ulicami średniowiecznej Kurtuby (Kordoby) i innych miast, oglądałam pałace kalifów czy pracownie tłumaczy w Toledo. (Ich historia tych stanowi osobne niezwykle ważne i ciekawe zagadnienie)

To i wiele więcej znaleźć można w najnowszej, znakomitej, książce Aleksandry Lipczak "Lajla znaczy noc". Lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy Hiszpanię znają lub podróż dopiero planują. 

Kapka Kassabova "Granica. Na krawędzi Europy"

Dziś będzie o "Granicy. Na krawędzi Europy" Kapki Kassabovej

(Czarne 2019; przełożył Maciej Kositorny), która z nowości stała się zaległością. Mój czytnik jest pełen takich książek. Ta przeleżała tylko dwa lata, a w jego głębinach są znacznie starsze. Cóż, taki los namiętnego czytelnika - zawsze kupuje więcej, niż jest w stanie przeczytać. Jak to zwykle bywa, o "Granicy" przypominałam sobie co jakiś czas, ale zawsze zwyciężało coś innego. Zmobilizował mnie ostatecznie fakt,  że właśnie ukazała się kolejna książka Kapki Kassabovej. Teraz wiem, że na pewno ją przeczytam. Kim jest autorka? Urodzona w Sofii jako dziewiętnastolatka wyjechała z rodzicami z Bułgarii do Nowej Zelandii, od kilkunastu lat mieszka w Szkocji. "Granica" jest opowieścią o jej powrocie na pogranicze bułgarsko-turecko-greckie. Dwa dzikie pasma górskie, Strandż i Rodopy, i nizinna Tracja. No i jeszcze morze.

To książka, która pochłania, przenosi do innego świata. Czasem, delektując się opisami odludnych gór i zagubionych w nich wiosek, ulega się iluzji, że ten zakątek Europy pozbawiony jest problemów, że można się w nim skryć, uciec. Czytając, fantazjowałam sobie, że mogłabym zamieszkać w jednej z takich wiosek, o jakich opowiada autorka. Takie nasze mityczne Bieszczady. Oczywiście, ja człowiek miasta, długo bym w takiej głuszy nie wytrzymała. A poza tym w miarę lektury ta sielanka okazuje się tylko złudzeniem. Nigdy nie było tu spokojnie. I dziś również ten tylko pozornie arkadyjski rejon ma swoje problemy. Wyludnia się. Staje się ofiarą bezwzględnego biznesu, który kaleczy góry, wyszarpując z nich kamień, wybierając piasek z dna rzek. Może to już ostatni taki moment, może za kilka lat ten dziki zakątek Europy zostanie bezpowrotnie zniszczony. Kiedy kończąc swoją podróż, Kapka Kassabova wraca do bułgarskiej wioski, gdzie zaczęła się jej przygoda, cieszy się, że droga, którą tam kiedyś jechała, została wyremontowana. Niestety radość mąci świadomość, że zrobiono to nie dla mieszkańców, ale dla ciężarówek, które wywożą piasek z rzeki. Ale to nie wszystko. Ten graniczny teren, to miejsce wielu ludzkich tragedii. Dzikie góry dają złudzenie, że granicę można przekroczyć bez problemów i znaleźć się w Unii Europejskiej. Raj dla przemytników, którzy za ciężkie pieniądze przeprowadzają nieszczęśników z tureckiej Tracji do Bułgarii albo do Grecji. Trudno ich nie poznać, zmęczonych, smutnych, zrezygnowanych. Trudno patrzeć im w oczy.  Ci, którym się udaje, tkwią potem miesiącami albo latami w obozach dla uchodźców. Kapka Kassabova spotyka i tych, którzy czekają na swoją szansę po tureckiej stronie granicy, i tych, którzy granicę już przekroczyli. Z niektórymi zawiera bliższą znajomość, czasem może napisać, że ich historia skończyła się szczęśliwie. Po miesiącach czekania mogli połączyć się z krewnymi mieszkającymi już w Europie albo zacząć tu wszystko od początku. 

Ale to miejsce, od kiedy po upadku imperium osmańskiego stało się terenem granicznym, było świadkiem wielu tragedii. Wojny bałkańskie, obie światowe, konflikt turecko-grecki, grecka wojna domowa, wreszcie zimna wojna to wszystko było przyczyną wiecznych wędrówek ludów. Nowe granice i rodzące się wraz z ich przesuwaniem nacjonalizmy sprawiały, że ludzie uciekali, ale znacznie częściej byli wypędzani. Tak było z bułgarskimi Turkami, którzy w komunistycznej Bułgarii mogli zostać, jeśli zmienili nazwisko. Kto nie chciał się wyrzec swojej narodowej tożsamości, musiał zostawić rodzinne strony. Często osiedlali się po drugiej stronie, blisko granicy. W greckiej części Rodopów autorka spotyka potomków tych, którzy kiedyś musieli uciekać z imperium osmańskiego. Trudny był i jest los Pomaków zamieszkujących Rodopy, słowiańskich muzułmanów. Wiele tragedii rozegrało się na granicy bułgarsko-tureckiej albo bułgarsko-greckiej w czasach zimnej wojny. To historia, o której niewiele się wie. Przyćmiewają ją tragedie, jakie towarzyszyły próbom forsowania muru berlińskiego. Tymczasem niektórzy usiłowali wydostać się na wolność właśnie tędy. Myśleli, że łatwo przekroczyć tę granicę wytyczoną w dzikich górach. Jakże się mylili! Była świetnie strzeżona, także za pieniądze niemieckie, bo wielu Niemców z NRD próbowało uciekać właśnie tędy. Kapka Kassabova opowiada wiele takich tragicznych historii. Niektórzy ginęli zastrzeleni przez pograniczników, inni trafiali do więzienia. I nie było to lekkie więzienie. Czasem decydował łut szczęścia albo pech. Krótka chwila odpoczynku, błędne przekonanie, że już się udało, spotkanie z pasterzem albo drwalem. A dla nich to był dylemat - donieść czy pozwolić odejść? A co jeśli ktoś obserwuje? I nie będzie trzymał języka za zębami? Ale wielu miejscowych było tak zindoktrynowanych, że żadnych wątpliwości nie mieli.  Autorka próbuje rozmawiać także z tymi, którzy kiedyś tej granicy pilnowali. 

Książka Kapki Kassabovej to także opowieść osobista. Wspomnienia dzieciństwa spędzonego w Bułgarii, ale również nieoczekiwane odkrycie, że coś ją przyzywa do tych gór, trudno rozstać się z nimi  i z ich mieszkańcami. Chociaż autorka większą część życia spędziła poza Bułgarią, to nieoczekiwanie na nowo uświadamia sobie tę część swojej tożsamości. Na tym pograniczu żyje wielu takich jak ona - ludzi o pogmatwanych życiorysach, przesiedlonych, uciekinierów, którzy za czymś tęsknią. Mnóstwo w "Granicy" niesamowitych spotkań. Za każdym z nich kryje się jakaś historia, często smutna, czasem optymistyczna. Ale jest to też opowieść awanturnicza. Autorka odbywa wiele ryzykownych wędrówek albo sama, albo prowadzona przez miejscowych. Nie zawsze wie, czy można im zaufać. Dociera w miejsca dzikie, tajemnicze. Pięknie opisuje urodę tych odludnych gór. No i jest jeszcze coś. Zwłaszcza w Strandży przetrwało wiele tajemniczych miejsc i obyczajów. Nadal można tu spotkać ludzi chodzących po rozżarzonych węglach, źródła o magicznej mocy ukryte w głuszy, znachorów, usłyszeć opowieści o niezwykłej kuli światła. Dużo tu takich niesamowitych opowieści.

Bardzo ciekawa książka. Cieszę się, że będę mogła przeczytać kolejną opowieść Kapki Kassabovej.   

Katarzyna Mirgos "Gure. Historie z Kraju Basków"

Nie wiem, skąd mi się wzięła fascynacja Krajem Basków. Czy od

Hemingwaya? Jego powieści "Słońce też wschodzi", której akcja dzieje się częściowo w Pampelunie? Z tym że Pampeluna to Nawarra, część Kraju Basków, ale tego historycznego. Czy dlatego, że Baskowie tak uparcie, nie patrząc na koszty, próbowali wyszarpać sobie autonomię, a nawet niepodległość? Że to takie romantyczne? Dziś patrzę na to inaczej. Nie ma nic gorszego niż nacjonalizmy, marzy mi się świat bez granic, w którym swobodnie mieszają się różne nacje. Wiem, wiem, naiwne i idealistyczne. Potem gdzieś przeczytałam, że San Sebastian to najpiękniejsze miasto, jakie widziała osoba, która napisała te słowa. Marzyłam o podróży do Kraju Basków, ale długo wydawało mi się, że jest tam nadal niebezpiecznie. Aż w końcu kilka lat temu zdecydowałam się pojechać - byłam i w San Sebastian, i w Pampelunie, i nawet w Bilbao, i jeszcze w kilku innych mniejszych miejscowościach. Wróciłam zachwycona, ta podróż żyje we mnie do dziś. San Sebastian jest rzeczywiście piękne, także dzięki niezwykłemu położeniu. Potem przeczytałam dwie bardzo dobre baskijskie powieści, "Patrię" Fernando Aramburu i "Samotnego mężczyznę" Bernardo Atxagi. Nic dziwnego, że kiedy Czarne wydało w swojej serii Sulina książkę Katarzyny Mirgos "Gure. Historie z Kraju Basków" (2020), koniecznie musiałam ją przeczytać.

Autorka świetnie zna materię, o jakiej pisze. Włada językiem baskijskim, wielokrotnie bywała w Kraju Basków - najpierw w podróży, a potem na stypendiach czy u przyjaciół. Ze zdumieniem przeczytałam, że przestała dziwić się temu, iż nie tylko jej studenci, ale w ogóle Polacy, nic nie wiedzą o Kraju Basków. Naiwnie zakładałam, że skoro ja się interesuję, to podstawowa wiedza jest dostępna każdemu. Okazuje się, że nie. Dlatego trzeba sięgnąć po tę książkę. Mnie sprawiła ogromną przyjemność. Także dlatego, że przypominałam sobie moją podróż sprzed kilku lat. Teraz, kiedy siedzimy zamknięci i o wyjeździe możemy tylko pomarzyć, taka literacka wycieczka jest tym bardziej cenna. Jak puzzle składałam sobie różne wspomnienia, których ślady odnalazłam w książce Katarzyny Mirgos. Napisy na murach To nie Hiszpania, to Kraj Basków, trwające kilka dni święto w San Sebastian, kubek w kubek takie, o jakich pisze autorka. Regaty żeglarskie. Dwujęzyczne napisy. Miasto wytapetowane ręcznej roboty plakatami w języku angielskim informującymi turystów o tym, że więźniowie polityczni odbywają kary w miejscowościach oddalonych setki kilometrów od domu. Pojawiały się na murach każdego popołudnia, rano już ich nie było. Zielone góry i morze. Ale oprócz ożywienia przyjemnych wspomnień książka dostarczyła mi wielu nowych wiadomości, bo przecież jedna podróż i dwie powieści, mimo że bardzo dobre, nie wystarczą.

O czym pisze Katarzyna Mirgos? O stosunku do języka baskijskiego. Kiedyś uważany za język wsi, bo to wieś i tradycyjne baskijskie gospodarstwo były ostoją baskijskości. Dlatego miastowi i ludzie, którzy mieli ambicję kształcić swoje dzieci, baskijskiego się wstydzili. Doskonale znamy takie zjawisko z polskiego podwórka - podobny był los śląskiej gwary (albo języka) czy białoruskiego, którym posługiwano się na Podlasiu. Dziś sytuacja się zmienia. Taki sam proces zaszedł w Kraju Basków - rozmaite stowarzyszenia i instytucje wykonały ogromną pracę, aby baskijski spopularyzować, uczynić obiektem pożądania, sprawić, aby stał się językiem, w którym możliwe jest uprawianie kultury. Dlatego baskijskiego uczyli się także Hiszpanie, którzy w Kraju Basków się osiedlili, a czasem nawet cudzoziemcy. Dziś stał się trochę ofiarą swojego sukcesu - bo skoro uczy się go w szkołach, to młodzi Baskowie traktują go jak obowiązek i między sobą mówią po hiszpańsku. Zagrożeniem jest także atrakcyjna popkultura w baskijskim nieobecna. No i nie zawsze Bask się z Baskiem dogada, bo oprócz języka oficjalnego, zestandaryzowanego batua, istnieją przecież dialekty. Dziś mieszkańcy Kraju Basków są z konieczności wielojęzyczni, mówią po baskijsku, ale hiszpański jest też niezbędny.

Bardzo ciekawie opowiada autorka o górach i o morzu, krajobrazach tak charakterystycznych dla tego regionu. Kiedy od drugiej połowy XIX wieku pod wpływem gwałtownej industrializacji, która spowodowała rozwój miast i napływ Hiszpanów szukających pracy w tutejszym przemyśle, Kraj Basków zaczął się zmieniać, wieś, tradycyjne gospodarstwo i góry stały się symbolem baskijskości. To w górach w czasie wędrówek można było swobodnie toczyć dyskusje o polityce, snuć marzenia o niepodległości. Do dziś wędrówki górskie są w tym rejonie niezwykle popularne, a Hiszpanie uważają je za typowo baskijskie. Z kolei morze było źródłem utrzymania. Rybacy wyruszali na połowy. Nie zawsze wracali szczęśliwie.

Pisząc o Kraju Basków, nie sposób uciec od polityki, dążeń do niepodległości i terrorystycznej działalności ETA. Autorka zauważa, jak skomplikowana jest to sytuacja. Co dla jednych stanowi przejaw patriotyzmu, poświęcenia, odwagi i działania w imię wyższych celów, dla drugich jest zbrodnią. Do dziś obok siebie żyją rodziny więźniów politycznych, byli członkowie ETA, którzy odbyli wieloletni wyrok i po powrocie zgotowano im huczne powitanie, oraz krewni ofiar, którzy zginęli w zamachach, zostali porwani i zamordowani, bo nie chcieli płacić haraczu na organizację. Szczególnie trudna była i nadal czasem jest sytuacja w małych miejscowościach. W dużych łatwiej się ukryć, bo miesza się w nich żywioł baskijski z hiszpańskim. O tym wszystkim dużo wiedziałam dzięki dwóm powieściom, o których wspominałam. Szczególnie "Patria" pokazuje wszystkie mechanizmy, o których pisze autorka. Uwikłanie, zastraszenie, milczenie, udawanie, że się nie widzi. W radiowej rozmowie, której słuchałam, Katarzyna Mirgos wypowiadała się o tej powieści nieco krytycznie, zarzucając jej schematyczność w przedstawieniu postaw bohaterów. Na mnie zrobiła wielkie wrażenie, bo świetnie pokazała mechanizmy rządzące małą społecznością, gdzie panuje zmowa milczenia.

To nie wszystkie tematy poruszane w "Gure". Jest też historia, na przykład tragiczny los Guerniki, baskijska mitologia, opowieść o pozycji kobiet, są wreszcie przemiany, jakie niesie napływ imigrantów, spotkania z ludźmi, no i pięknie opisane wędrówki po miastach i miasteczkach, jakie były udziałem autorki. Bardzo to wszystko ciekawe.

"Nigdy, rzadko, czasami, zawsze"

Wybrałam się do kina po raz kolejny. Na film, o którym słyszałam, że warto. "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze" - nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem na Berlinale, dostał też kilka nagród na innych festiwalach. To historia siedemnastoletniej Autumn mieszkającej w niewielkiej miejscowości w Pensylwanii. Dziewczyna zachodzi w ciążę i decyduje się na aborcję, ale ponieważ nie chce powiedzieć o swoich problemach matce, będzie musiała samotnie przebyć drogę najeżoną przeszkodami. Bo wprawdzie w Pensylwanii ciążę może usunąć, ale ponieważ jest niepełnoletnia, potrzebuje zgody jednego z rodziców. Kółko się zamyka. Bezradna, samotna, zdana na siebie dostaje nieoczekiwane wsparcie od kuzynki i razem z nią wyrusza do Nowego Jorku, gdzie będzie mogła usunąć ciążę bez zgody rodziców. 

To kolejny bardzo ciekawy i bardzo dobry film, jaki po otwarciu kin widziałam. Nie jest to rzecz lekka, łatwa i przyjemna. Przeciwnie - przygnębiająca i bardzo smutna. Kto, mimo pandemicznej i politycznie niewesołej rzeczywistości, nie stroni od kina podejmującego trudne problemy, niech koniecznie obejrzy.

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, ten film nie wpisuje się w dyskusję na temat prawa kobiety do decydowania o tym, czy dziecko urodzić. Dlaczego, skoro opowiada o staraniach bohaterki, aby ciążę usunąć? Bo nie o wątpliwości, wahania i moralne wątpliwości tu chodzi. Autumn od początku ma pewność, że nie chce urodzić dziecka. Mówi lekarce, że nie jest gotowa na bycie matką. I trudno się dziwić. Nie tylko dlatego, że ma dopiero siedemnaście lat. Prawdopodobnie nie mogłaby liczyć na niczyje wsparcie. Na pewno nie ojca dziecka, o którym w ogóle nie wspomina. Widz nie dowie się, kim jest, może się tylko domyślać. Z jakichś powodów Autumn nie ufa też rodzicom. Kiedy kilka razy mamy okazję śledzić sceny z życia rodzinnego, przestajemy się dziwić. Zdominowana przez męża matka, zajęta młodszymi dziećmi, i wyjątkowo niesympatyczny, żeby nie powiedzieć - chamowaty, dziwnie się zachowujący ojciec, który traktuje córkę z góry, nie próbuje jej zrozumieć, niecierpliwi go jej przygnębienie. Dlatego trudno się dziwić, że Autumn nie chce o swojej sytuacji opowiedzieć w domu. 

Jest jeszcze drugi powód, który sprawia, że moim zdaniem nie aborcja jest głównym tematem tego filmu. Kiedy bohaterka w końcu ciążę usunie, poczuje ulgę. Jej dramat nie na tym polega, że nie wie, co zrobić, że cierpi, bo okoliczności zmuszają ją do podjęcia takiej decyzji, że ma wyrzuty sumienia, że ktoś ją namawia, aby urodziła albo wręcz do tego zmusza. 

O czym w takim razie jest ten film? Jak go odbieram? Dla mnie ważne są tu  trzy inne tematy. Jeden to przerażająca samotność Autumn, która nie potrafi zwierzyć się ze swoich problemów ani rodzicom, ani żadnej koleżance. Najprawdopodobniej w szkole jest outsiderką, być może obiektem kpin. Jeśli to prawda, nie dowiemy się dlaczego. Dopiero kuzynka wyciąga do niej rękę. Nadal jednak obie zdane są same na siebie. Nie wiem, czy Autumn poradziłaby sobie bez jej pomocy i wsparcia. Droga, jaką wspólnie przejdą, zbuduje między nimi prawdziwe siostrzeństwo. Nie przepadam za tym słowem, ale nie znajduję lepszego na nazwanie więzi, jaka się między nimi wytworzyła. Jest taka symboliczna, piękna, a jednocześnie bolesna i dojmująca scena, która świetnie pokazuje siłę relacji, jaka się między dziewczynami stworzyła.

No i jest jeszcze drugi temat, jaki porusza ten film. To opowieść o ludziach gorzej urodzonych. Bo Autumn pochodzi z takiej rodziny i z takiego miejsca, czytaj z prowincji. Swoją gorszość, brak obycia i brak pieniędzy odczuje w czasie podróży na każdym kroku. Nie ma w tym filmie zbędnego gadania i zbędnego moralizatorstwa - kilka rekwizytów, scen określa sytuację obu dziewczyn. Wystarczy spojrzeć na walizkę, z jaką wyruszają w podróż, wystarczy popatrzeć na ich bezradność w nowojorskim metrze, aby wiedzieć, skąd są. Wystarczy popatrzeć, jaka przepaść dzieli je od chłopaka, którego poznają w autobusie. On w Nowym Jorku porusza się jak ryba w wodzie. Wielkie miasto, dobre miejsca to dla niego naturalne środowisko. Na jedzenie bez wahania wyda kwotę, jaka dla nich stanowi o ich być albo nie być. To zderzenie pewnego siebie chłopaka i dziewczyn niewiedzących, jak poruszać się w tym świecie, mówi wszystko. Gdyby Autumn pochodziła z zamożnej rodziny, jej droga do usunięcia ciąży byłaby o wiele prostsza.

I wreszcie temat trzeci - trochę w tle, a jednak stale obecny. To molestowanie i seksistowskie traktowanie kobiet. Być może właśnie dlatego Autumn zaszła w niechcianą ciążę - bo została do seksu zmuszona. Nawet jeśli nie było tak tym razem, to na pewno zdarzyło się wcześniej. O tym wszystkim dziewczyny milczą, na to wszystko się godzą. Dlaczego? Pewnie dlatego, że nie mają odwagi się przeciwstawić, bo znajdują się w relacji podległości wobec mężczyzn, którzy je wykorzystują, bo takie wzorce wynoszą z domu, bo nie wiedzą, że można powiedzieć NIE.

Ten przejmujący, świetnie zagrany film znakomicie oddaje beznadziejną sytuację, w jakiej znalazły się obie dziewczyny. Widz współodczuwa z nimi - czuje ich dramat, ich bezradność, ich coraz większe fizyczne zmęczenie. Skromne, świetne, ważne kino.

Chigozie Obioma "Orkiestra bezbronnych"

Po lekturze debiutanckiej powieści nigeryjskiego pisarza Chigozie

Obiomy, "Rybacy", którą się zachwyciłam, było dla mnie oczywiste, że przeczytam także drugą - "Orkiestrę bezbronnych" (Albatros 2020; przełożyła Magdalena Słysz). Za obie autor był nominowany do Bookera. Szkoda, że w Polsce jego książki przechodzą niemal niezauważone. O pierwszej dowiedziałam się przypadkowo kilka lat po tym, gdy się ukazała (2016), a przecież śledzę rynek wydawniczy, wyszła w renomowanym, dużym, Wydawnictwie Literackim. Jak to się stało, że ją przegapiłam? W ubiegłym roku Chigozie Obioma gościł na Big Book Festivalu, a że w tym pandemicznym czasie wszystko odbywało się i odbywa online, mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu. To właśnie wtedy dowiedziałam się, że wkrótce wyjdzie jego druga powieść.

Od razu napiszę, że, podobnie jak "Rybacy", nie jest to rzecz ani lekka, ani optymistyczna. Mimo to akcja wciąga, a im dalej, tym trudniej było mi książkę odkładać, tak bardzo zżerała mnie ciekawość, jak potoczą się losy głównego bohatera, dwudziestokilkuletniego Chinonso. Akcja powieści rozgrywa się w pierwszej dekadzie naszego wieku głównie w Nigerii, a częściowo po tureckiej stronie Cypru. Chinonso jest sierotą - matka zmarła po urodzeniu jego siostry. Ojciec nigdy nie podźwignął się po jej stracie, ostateczny cios zadała mu córka, uciekając z domu, aby związać się ze starszym mężczyzną. Kilka miesięcy później zmarł. Chinonso jest hodowcą drobiu. Kury i koguty to jego wielka miłość i pasja. Wszystko zaczęło się od białego gąsiątka, którym się zaopiekował, kiedy ojciec upolował jego matkę. Ale mimo że był do niego bardzo przywiązany, śmiało można powiedzieć, że je kochał, to historia gąsiątka, z różnych powodów, nie potoczyła się szczęśliwie. 

Być może Chinonso byłby do końca życia szczęśliwym hodowcą drobiu, gdyby na jego drodze nie stanęła Ndali, której uratował życie. Miłość rodząca się między nimi  napotyka na przeszkodę. Dzieli ich przepaść majątkowa, ona pochodzi z bardzo bogatej rodziny, i przede wszystkim status społeczny. Ndali studiuje, Chinonso skończył ledwie szkołę średnią. I ten fakt jest dla jej rodziców i brata barierą nie do pokonania. Spotykają go z ich strony jawna niechęć i wyrafinowane szykany. Znienawidzony, pogardzany, poniżony postanawia zdobyć wykształcenie, bo wydaje mu się, że to jedyna droga, aby skruszyć niechęć jej rodziny i na nią zasłużyć. Aby swoje plany zrealizować, gotów jest na największą ofiarę - sprzedaje dom rodzinny i fermę drobiu, aby zdobyć pieniądze na studia na Cyprze. Omamiony przez szkolnego kolegę, naiwny, łatwowierny decyduje się na taki krok, nie sprawdziwszy niczego. Kiedy przybędzie na miejsce, okaże się, że został oszukany. 

Od razu uprzedzam, że nie zdradzam nic ponad to, czego można dowiedzieć się z informacji od wydawcy. Poza tym po pierwsze to dopiero początek tego, co czeka go dalej, a po drugie w tej powieści nie tylko akcja się liczy. Tak jak w "Rybakach" ważny jest niezwykle głęboki i wielowymiarowy portret głównego bohatera. Czytelnik śledzi jego emocje, przeżycia wewnętrzne, poznaje motywacje. Przygląda się splotowi sprzecznych uczuć, które nim targają, i mrocznym zakamarkom jego duszy. Wybudzony przez miłość z letargu, w jakim pogrążył się po śmierci ojca, podlega skrajnym emocjom. Jeśli kocha, to do szaleństwa, miłością wielką, na całe życie. Jeśli cierpi, to też gwałtownie. Zraniony, nienawidzi i jest gotów mścić się. Dobro i zło ścierają się w jego duszy i toczą nieustanną walkę. Poniżony, oszukany wstydzi się przyznać do porażki, nie ma odwagi powiedzieć prawdy. Być może, gdyby się na to zdobył, jego historia potoczyłaby się inaczej.

"Orkiestra bezbronnych" ma wiele wymiarów. Przede wszystkim jest to powieść o wielkim cierpieniu i wielkiej miłości, która z czasem przeradza się w obsesję. Autor nawiązuje do mitu o Odyseuszu, na którego czekała wierna Penelopa, wbrew wszystkiemu i wszystkim wierząc, że jej mąż wróci. Czy Ndali też będzie czekać na Chinonso? Pojawia się szereg pytań. Ile można poświęcić dla kogoś? Czy w zamian mamy prawo oczekiwać takiego samego poświęcenia? Co sprawia, że człowiek nie potrafi się podnieść z upadku, rozpocząć życia na nowo, mimo że ma na to szansę? Jest to też opowieść o wybaczeniu, stracie, wielkim cierpieniu, zemście i wreszcie o roli przypadku w życiu. Gdyby Chinonso nie przejeżdżał tego wieczoru przez most, nie spotkałby Ndali. Na Cyprze też nieszczęśliwy splot okoliczności zdecydował o jego losie. 

Bardzo ważny jest również wymiar społeczny tej książki i tło obyczajowe. O różnicach klasowych już wspominałam, ale równie istotny jest wątek podróży do Europy. Chinonso naiwnie wierzy, że studia na Cyprze będą początkiem świetlanej przyszłości. Nie jest jedyny. Już w podróży dowiaduje się od tych, którzy studiują dłużej, że rzeczywistość nie jest tak różowa, jak malują ją rekruterzy pragnący zwabić jak najwięcej studentów. Mimo że tych z Afryki jest w tureckiej części Cypru sporo, stykają się z niechęcią i przejawami rasizmu ze strony miejscowych. Poza uczelnią trudno się porozumieć nawet na poziomie języka, bo mieszkańcy niekoniecznie znają angielski. Barierą są obyczaje i zupełnie inny świat. Dla Chinonso to pierwszy wyjazd z kraju i do Europy. Gdzieś pojawia się pytanie, jak poradziłby sobie na studiach, skoro jego angielski nie jest najlepszy, a wiedza zdobyta w szkole też chyba pozostawia sporo do życzenia? I ile warte jest takie wykształcenie?

Powieść ma jeszcze jeden wymiar - autor sięga do mitologii i wierzeń ludu Igbo. Narratorem jest Chi, opiekuńczy duch, który towarzyszy człowiekowi od momentu poczęcia do śmierci. Może starać się wpłynąć na zachowanie i decyzje swojego gospodarza, jak nazywa człowieka, którym się opiekuje, ale on nie musi go słuchać, bo ma wolną wolę. Zresztą Chi mimo że chce jak najlepiej, nie jest nieomylny - nie zna przyszłości i nie wie wszystkiego, chociaż może opuścić na chwilę ciało swojego gospodarza. Dzięki temu, że Chi wcześniej opiekował się przodkami Chinonso, jego jednostkowa historia zostaje wpleciona w historię ludzkości, staje się uniwersalna i zyskuje walor przypowieści. Także dzięki językowej manierze, jaką jest opowiadana. Chigozie Obioma eksponuje ciemną stronę historii. Chinonso nie jest pierwszym, który cierpi, ani na pewno nie ostatnim. Wśród jego przodków byli na przykład niewolnik pracujący na amerykańskiej plantacji i żołnierz, który walczył w wojnie domowej o Biafrę. Tytułowa orkiestra bezbronnych to lament i cierpienie ubogich, poniżonych, tych z nizin społecznych. 

Dołączył do wielu innych, oszukanych i ograbionych (...) Do tych, którzy byli zakuwani w kajdany i bici, których ziemie plądrowano, a kultury niszczono, uciszanych, gwałconych, upokarzanych i zabijanych. Byli maluczkimi tego świata i nie mieli innego wyjścia, jak tylko przyłączyć się do powszechnej orkiestry, w której pozostaje jedynie płakac i zawodzić.

 Tak jak kury Chinonso żyją w ciągłym strachu przed atakiem jastrzębia, tak ludzie też wystawieni zostają na rozmaite ciosy i są wobec nich bezradni i bezbronni. Życie człowieka również podszyte jest nieustannym lękiem i strachem. To nie jedyna metafora, jaka pojawia się w powieści.

Chociaż proza Chigozie Obiomy jest pesymistyczna, nie inaczej było w "Rybakach", to naprawdę warto się z nią zmierzyć.

"Jak najdalej stąd"

O ile na dokument o Tonym Haliku, o którym pisałam ostatnio, czekałam od dawna, to zanim zdecydowałam się na najnowszy film Piotra Domalewskiego "Jak najdalej stąd", biłam się z myślami, co wybrać - w grę wchodziły jeszcze gruziński "A potem tańczyliśmy" (może jeszcze obejrzę) i "Interior" Marka Lechkiego (niestety już nie grają). A jest jeszcze "Nadzieja", która też ma dobrą prasę.
 
 
Chyba z powodu lockdownu nie miałam pojęcia, że Piotr Domalewski, autor rewelacyjnej "Cichej nocy", zrobił kolejny film. Przy okazji dowiedziałam się, że to on wyreżyserował przejmujący trzydziestominutowy obraz "60 kilo niczego", który kiedyś udało mi się obejrzeć. Teraz dość często pokazywany jest na jednym z filmowych kanałów. Polecam. W krótkiej, skondensowanej formie Domalewski poruszył problem traktowania w Polsce ukraińskich pracowników. Główny bohater, grany przez Grzegorza Damięckiego, pierwszego dnia swojej pracy na stanowisku kierownika w kopalni kruszców stanie przed nie lada dylematem moralnym i znajdzie się w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia. Naprawdę świetny film. Piszę o nim tyle nie tylko dlatego, aby zachęcić do obejrzenia. Otóż wszystkie trzy filmy Piotra Domalewskiego stanowią trylogię, w której porusza temat emigracji. "Jak najdalej stąd" jest jej zamknięciem. 
 
 
 
Tak jak w "Cichej nocy" znajdziemy też i tu podobne problemy związane z rodzinnymi relacjami. Jak nieobecność ojca wpływa na rodzinę? Na jego relacje z dziećmi? Dlaczego decyduje się na zostawienie rodziny i wyjazd? Tym razem główną bohaterką jest siedemnastoletnia Ola, w tej roli znakomita debiutantka Zofia Stafiej, samodzielna, twarda, bezczelna, szorstka w obyciu, ale wrażliwa. Mieszka z matką i niepełnosprawnym bratem wymagającym opieki, ojciec od lat pracuje w Irlandii. Marzy o samochodzie, który obiecał jej kupić, kiedy tylko zrobi prawo jazdy. Niestety jej plany wezmą w łeb, gdy przyjdzie wiadomość o tragicznej śmierci ojca. Musi polecieć do Irlandii, aby dopełnić wszystkich formalności i sprowadzić jego ciało, a z powodów finansowych nie będzie to łatwe. Ola, niczym współczesna Antygona, robi wszystko, aby pogrzeb ojca mógł odbyć się w Polsce. Zostanie postawiona przed  trudnymi wyborami - trzeba będzie coś poświęcić, łamać prawo, walczyć. Z zapartym tchem obserwujemy jej gorączkową gonitwę i szamotaninę. Zdecydowanie za dużo spada na barki siedemnastolatki. Matka z jednej strony strofuje ją jak dziecko, z drugiej składa na nią ciężar ponad siły. Ale Ola nie tylko próbuje wykonać powierzone jej zadanie, chce się dowiedzieć czegoś o ojcu, którego prawie nie znała. Jaki był? Kim był? 

Film świetnie się ogląda i naprawdę warto go zobaczyć. Jest dynamiczny, ma szybkie tempo, nie lukruje rzeczywistości i znajdziemy tu kilka znakomitych ról - na ekranie w mniejszych lub większych rolach pojawiają się Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik i Tomasz Ziętek. Mimo tych komplementów muszę szczerze napisać, że po seansie czułam niedosyt. Może dlatego, że Piotr Domalewski "Cichą nocą" wysoko ustawił sobie poprzeczkę. "Jak najdalej stąd" nie jest filmem tak subtelnym w pokazywaniu relacji rodzinnych. Poza tym miałam wrażenie, że to wszystko już gdzieś widziałam i wtedy zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie. O relacjach rodzinnych już wspominałam - znacznie głębiej i finezyjniej pokazał je Domalewski w swoim poprzednim filmie. Oglądając "Jak najdalej stąd", miałam jeszcze dwa skojarzenia. Pierwsze ze znakomitym dokumentem Anny Zameckiej "Komunia" poruszającym podobny problem - dziecka, które musi brać na siebie obowiązki dorosłych, bo im brakuje dojrzałości. Matka Oli wprawdzie nie jest beztroska i niedojrzała, opieka nad niepełnosprawnym synem to zadanie ponad siły, a każe córce jechać do Irlandii dlatego, bo sama nie zna języka i wie, że nie poradzi sobie w trudnej sytuacji, ale sprawia wrażenie, jakby nie do końca rozumiała, jakie zadanie zrzuciła na barki nastolatki. Drugie skojarzenie to "Ja, Daniel Blake" Kena Loacha, film pozornie odległy od obrazu Piotra Domalewskiego. A przywołuję go tutaj dlatego, bo w przejmujący sposób pokazuje bezradność człowieka, robotnika nie z własnej winy pozbawionego środków do życia, w zetknięciu z bezduszną machiną różnych instytucji teoretycznie powołanych do tego, aby pomagać takim ludziom jak Daniel Blake. Ola jest trochę w podobnej sytuacji. To właśnie te filmy przypomniały mi się w trakcie seansu i to one zrobiły na mnie znacznie większe wrażenie. Ale "Jak najdalej stąd" zdecydowanie warto zobaczyć. Choćby dla magnetycznej Zofii Stafiej.

"Tony Halik"

Jesień obrodziła premierami i znowu muszę wybierać. Z kilku filmów, które mogłabym obejrzeć, zdecydowałam się na dwa - "Jak najdalej stąd" Piotra Domalewskiego, o nim następnym razem, i dokument Marcina Borchardta "Tony Halik", na który czekałam od dawna. Już kilka miesięcy temu wysłuchałam w radiu rozmowy z reżyserem, a ostatnio z okazji premiery filmu dwóch kolejnych. Pomysł, by na ekranie opowiedzieć o Tonym Haliku, amerykańskim dziennikarzu o polskich korzeniach pracującym dla amerykańskich stacji telewizyjnych i gazet, podróżniku, autorze popularnych programów telewizyjnych (najpierw w telewizji amerykańskiej, potem w siermiężnych latach perelowskich w polskiej), wziął Marcin Borchardt z reporterskiej książki Mirosława Wlekłego "Tu byłem. Tony Halik" wydanej w 2017 roku przez Agorę, która też miała bardzo dobre recenzje. Skąd to zainteresowanie? Otóż Tony Halik to postać niezwykle barwna, jak się okazuje skrywająca pewne tajemnice. Obaj autorzy zadają sobie pytanie, na ile kreował siebie? Czy wszystko, co o sobie opowiadał, zdarzyło się naprawdę?

 

Film Marcina Borchardta składa się tylko z materiałów dokumentalnych - fragmentów rozmaitych filmów, wywiadów, ale przede wszystkim z tego, co kręcił samTony Halik, z jego programów telewizyjnych, tych amerykańskich robionych razem z pierwszą żoną, Francuzką Pierette, i wzorowanych na nich polskich, których współgospodynią była jego druga żona, Elżbieta Dzikowska. To dla niej porzucił Amerykę i zamieszkał w komunistycznej Polsce, co, jak się okazuje, miało swoją cenę. Nie ma tu gadających głów. Opowieści o Tonym Haliku słyszymy z offu. Opowiadają o nim syn z pierwszego małżeństwa, Elżbieta Dzikowska i kilku jego przyjaciół, ci, którzy znali go z Ameryki i ci, którzy zetknęli się z nim w Polsce.

 


Ogląda się ten film znakomicie. Nie wiem, kiedy minęło półtorej godziny spędzone w kinie. Szczególnie zainteresowały mnie materiały z amerykańskiego okresu życia Tonego Halika, zwłaszcza fragmenty filmów z podróży przez obie Ameryki, którą odbył razem z Pierette i małym synem. Wtedy dopiero próbował zaczepić się w dziennikarskim fachu, co udało mu się dopiero po latach. Podróże i przygody były jego pasją, to im podporządkował wszystko. Obie jego żony dzieliły te zainteresowania, ale małego syna nikt nie pytał, czy chce mieć takie dzieciństwo. Wielu pewnie mu zazdrości, też chcieliby przeżyć taką przygodę, mieć tak zwariowanych rodziców, a jednak takie życie wagabundy ma swoją cenę. 

Oglądając film, uświadamiałam sobie, jak niewiele wiedziałam o Tonym Haliku. Ani jakie były jego polskie korzenie, ani o jego amerykańskiej karierze, ani o tym, dlaczego porzucił Amerykę i osiedlił się w siermiężnej, komunistycznej Polsce, ani tym bardziej o tym, że był korespondentem w stoczni gdańskiej w czasie strajków. A już w ogóle nie miałam pojęcia, jakie tajemnice skrywał. 

Za takie życie, jakie prowadził Tony Halik, płaci się cenę. Cenę normalnego dzieciństwa syna, cenę kompromisów i ustępstw, wreszcie cenę zdrowia i krótszego życia. Czy warto, na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Jak mówi Elżbieta Dzikowska, on na pewno wolał żyć krócej, za to pełną piersią. Na ekranie oglądamy szczęśliwego, szeroko uśmiechniętego, spełniającego swoje marzenia człowieka. To, co go gryzło, skrywał głęboko.

Norman Lewis "Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej"

Po książkę Normana Lewisa "Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej" (Czarne 2013; przełożył Janusz Ruszkowski) miałam ochotę sięgnąć zaraz po przeczytaniu jego "Neapolu 44. Pamiętnika oficera wywiadu z okupowanych Włoch", który zachwycił mnie nie tylko barwnymi anegdotami, obrazem świata, ale także pięknym językiem. Tak się szczęśliwie złożyło, że udało mi się dostać "Grobowiec w Sewilli" akurat teraz tuż po lekturze dwóch innych pozycji związanych z tematyką hiszpańskiej wojny domowej. Myślę o powieści Almudeny Grandes "Pacjenci doktora Garcii" i reportażu Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany". Książka słabo znanego w Polsce angielskiego pisarza Normana Lewisa jest znakomitym uzupełnieniem tamtych tytułów.

To opowieść o podróży przez bardzo niespokojną Hiszpanię w roku 1934, kiedy to  krajem wstrząsały strajki, na ulicach wielu miast dochodziło do zamieszek oraz regularnych walk z policją i wojskiem, a ich rezultatem był wprowadzany i odwoływany stan wyjątkowy. Dlatego wyprawa do Sewilli, skąd wywodziła się rodzina ówczesnej żony autora, zajęła jemu i jego szwagrowi, z którym podróżował, znacznie więcej czasu niż planowali. Jechać musieli drogą bardzo okrężną - z San Sebastian, gdzie zaczynali, przez Pampelunę i Saragossę, do Madrytu, potem przez Salamankę do ... Portugalii i dopiero w taki dziwny sposób dotarli do Sewilli. Ponieważ niemal od razu natrafili na trudności z powodu niekursujących autobusów i pociągów, w niektórych miejscach utkwili na dłużej, a część drogi, z Pampeluny do Saragossy, odbyli pieszo. "Grobowiec w Sewilli" jest drugą wersją debiutanckiej książki Lewisa "Spanish Adventure". Autor zdecydował się na taki zabieg pod koniec swojego długiego życia (zmarł w wieku 95-ciu lat). Jest więc to mieszanka młodzieńczego entuzjazmu, świeżego spojrzenia na opisywane zdarzenia i dojrzałości, pamięci przefiltrowanej przez czas.

Chociaż tę niewielkich rozmiarów książkę czytałam bardzo szybko i z przyjemnością, muszę szczerze przyznać, że trochę mnie jednak rozczarowała. Po lekturze "Neapolu 44" poprzeczka zawieszona była znacznie wyżej. Czego mi zabrakło? Językowej finezji. "Neapol" mnie zdumiał i zachwycił między innymi właśnie znakomitym językiem, bo nie wiedząc nic o autorze, przystępowałam do lektury przekonana, że mam do czynienia po prostu z pamiętnikami żołnierza obrobionymi przez redaktorów z wydawnictwa. Tymczasem okazało się, że ten żołnierz był już w chwili wydania swojego dziennika autorem wielu książek podróżniczych i beletrystycznych. Nie jest to wina tłumacza, bo obie pozycje przełożył  Janusz Ruszkowski. Tylko we fragmentach opisujących krajobrazy widać ślady urody języka. 

Mimo tych uwag nie żałuję lektury. Po pierwsze, jak już wspominałam, "Grobowiec w Sewilli" w tej chwili stanowi dla mnie domknięcie pewnego cyklu związanego z tematyką hiszpańskiej wojny domowej i dyktatury Franco. Dlatego bardzo interesowało mnie świadectwo czasu - opowieść o zrewoltowanej Hiszpanii. Przyznam, że nie miałam pojęcia o wydarzeniach z jesieni 1934 nazywanych rewolucją 1934 roku. Zmusiło mnie to do szperania w internecie. To zawsze cenne. Co jeszcze? Podobnie jak w "Neapolu 44" znajdujemy tu mnóstwo zabawnych anegdot o spotykanych ludziach. Poza tym "Grobowiec w Sewilli" śmiało można traktować jak książkę łotrzykowską. W takiej konwencji Lewis opowiada o przeszkodach, jakie na swojej drodze napotkali obaj podróżnicy. Więcej tu młodzieńczego awanturnictwa i dezynwoltury, opowieści o niebezpiecznej przygodzie, z której uszło się cało, a którą po latach wspomina się i opowiada z ekscytacją, robiąc wrażenie na słuchaczach, niż grozy wydarzeń. A przecież autor i jego kompan byli świadkami zamieszek, ulicznych bitew, widzieli krew i zabitych, musieli chronić się przed świszczącymi kulami snajperów. To wszystko tu jest, ale przetworzone, przefiltrowane przez łotrzykowską konwencję. Dla mnie dodatkową przyjemnością był fakt, że mam do opisywanych miejsc emocjonalny stosunek, bo w większości z nich byłam i wspominam te podróże z dużym sentymentem.

Na koniec pozostaje pytanie, jaki był stosunek autora do opisywanych wydarzeń. Po której stronie się opowiadał? Zachowywał dystans, nie był entuzjastą strajkujących i demonstrujących. Kojarzył ich z komunistami. Inaczej jego szwagier - jednoznacznie opowiadał się po stronie sił republikańskich. Chciał nawet w Hiszpanii zostać i pomagać zrewoltowanym masom. Wtedy wyjechał, ale wrócił w czasie wojny domowej. Był kierowcą ambulansu. Udział w tamtych wydarzeniach nadszarpnął jego zdrowie.

Juliusz Strachota "Turysta polski w ZSRR"

Po "Turystę polskiego w ZSRR" (Korporacja Ha!art 2018) Juliusza Strachoty sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze znalazła się w finale Nagrody Nike, a po drugie poleciła mi ją bliska osoba, z której opinią się liczę. Wcale jednak nie jest pewne, czy sięgnęłabym po książkę, gdyby nie ebook w bardzo promocyjnej cenie. To ostatecznie przesądziło sprawę. 

Weszłam w lekturę gładko, bardzo gładko. Czytałam z dużym zainteresowaniem. Ile było w tym mojego zachwytu, a ile czarodziejskiej mocy Nike i sugestii bliskiej mi osoby, nie mam pojęcia. Bo po jakimś czasie coraz bardziej miałam wrażenie, że znam ten sposób pisania doskonale, że już to czytałam niejeden raz i że inni zrobili to znacznie lepiej. Do kogo podobieństwo dostrzegłam? Przede wszystkim do prozy Krzysztofa Środy i Andrzeja Stasiuka. 

Podobnie jak oni narrator podróżuje w sposób nieoczywisty. Jego celem jest zaliczenie wszystkich miejsc uwiecznionych na zdjęciach w starym przewodniku po ZSRR, który znalazł na półce w szpitalu psychiatrycznym, kiedy przebywał tam na odwyku. Nie zwiedza systematycznie, dokładnie, dogłębnie, czasem wpada do jakiejś miejscowości tylko na parę godzin. Refleksje, zdziwienia, drobne obserwacje, rozmyślania o sobie, wspomnienia z przeszłości. Wszystko to miesza się w jego narracji. Tyle tylko, że Środa i Stasiuk są o niebo głębsi, wrażliwsi, są lepszymi obserwatorami, ich proza jest gęsta, język piękniejszy. Pamiętam, z jakim zachwytem czytałam pierwszą książkę Środy "Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych". U Stasiuka porwała mnie umiejętność zrobienia czegoś z niczego - o miejscu, gdzie jest jedno wielkie nic, potrafi pisać niezwykle. U Strachoty wszystko leży na wierzchu, nic nie kryje się gdzieś pomiędzy słowami. Owszem, bywa dowcipnie, zabawnie. Czasem uwodzi język - raz poetycką frazą, raz językową zabawą opartą na kolokwializmach. Na dowód wypisałam sobie kilka przykładów. Wychodzę, żeby schwytać ten wrzesień. Wsiadło i przyjechało mi się. Jak czegoś nie ma, to ja od razu bardziej jestem. Jednak im dłużej czytałam, tym bardziej byłam zniechęcona i znużona. Nie, wcale się nie męczyłam, ale nie miałam poczucia, że czytam coś istotnego, coś, co ze mną zostanie.

Powieść Strachoty, mocno oparta na jego własnych doświadczeniach i przeżyciach, to nie tylko historia obsesyjnego podróżowania. To także rzecz o wychodzeniu z nałogu, porządkowaniu życia, które od dzieciństwa było zmyślone, oparte na bujaniu w obłokach, na uciekaniu od rzeczywistości, codzienności. Teraz narrator próbuje ją obłaskawiać, chociaż te podróże to też próba ucieczki, odwleczenia posadowienia się w domowych pieleszach, w pracy od do. I tak to się snuje i miesza - epizody warszawskie, wspomnienia, rodzinne historie i gonienie za ulotnym, ciągły ruch. Problem w tym, że rozterki bohatera i jego życie jakoś niewiele mnie obchodzą. Konkluzja - jednak rozczarowanie. Cóż zrobić - nie zachwyca, chociaż powinno. Najlepszym dowodem na to, jak niewiele ta książka mnie obeszła, jest długość tej notki.

Sven Lindqvist "Wytępić całe to bydło"

Po przeczytaniu "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry" Reni Eddo-Lodge naturalną koleją rzeczy było sięgnięcie po esej, historyczny reportaż (?) szwedzkiego pisarza, podróżnika i dziennikarza Svena Lindqvista - "Wytępić całe to bydło" (W.A.B. 2009; przełożyła Milena Haykowska), który od dłuższego czasu leżał w zakamarkach mojego czytnika. Ale każda książka ma swój czas, więc i na tę w końcu przyszła pora. Przed laty byłam nawet na spotkaniu z autorem, dziś już nieżyjącym (zmarł w maju tego roku). Być może zdarzyło się to przy okazji premiery, na pewno miało miejsce na jednym z ważnych literackich festiwali, który w tamtym czasie dopiero raczkował. Książki jednak wtedy nie kupiłam, pamiętam też, że samo spotkanie nie wywarło na mnie większego wrażenia, no ale pamięć bywa zawodna. Dziś lektura jego książki zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Niby temat znany, niby wiemy, że biały człowiek kolonizując inne kontynenty, wyrządził ich rdzennym mieszkańcom wielką krzywdę, mówiąc bez ogródek eksterminował ich, dopuszczał się ludobójstwa, ale co innego wiedzieć ogólnie, a co innego poczytać o konkretach. Ale o tym za chwilę.

Zaczyna się niewinnie relacją z podróży autora z Algierii przez Saharę. Ta podróż będzie przewijała się przez całą książkę. Ponieważ zaraz pojawiają się refleksje historyczne dotyczące podbojów kolonialnych, historie konkretnych wypraw, mnóstwo nazwisk, a wreszcie opowieść o pracy Conrada nad "Jądrem ciemności", która jest jednym z istotnych motywów książki, a to wszystko swobodnie się przeplata, długo miałam wrażenie, że Lindqvist pisze podobnie do Patricka Deville'a, którego "Kampuczę" i "Vivę" omawiałam na moim blogu. Potem jednak autor bardziej skupia się na zasadniczym temacie książki, kolonialnych podbojach i ich podbudowie ideologicznej oraz religijnej (sam Bóg sprzyja białym, zsyłając na rdzenną ludność choroby), prezentując dość szeroko poglądy brytyjskich, francuskich, a wreszcie niemieckich naukowców, czasem bardziej pseudonaukowców. Dlatego to wrażenie pokrewieństwa pisarstwa Lindqvista i Deville'a znika. 

Jest jeszcze jeden temat, który przewija się przez tę książkę i kto wie, czy z punktu widzenia autora nie był najważniejszy. Lindqvist pokazuje, jak kolonializm i rasizm utorowały drogę do Holocaustu. Twierdzi, podpierając to konkretnymi dowodami, że Hitler chłonął atmosferę, poglądy, jakie panowały wówczas w Europie i w Prusach, a jego działanie było ich konsekwencją. Co ciekawe akurat niemiecka nauka dość długo była wolna od myśli, jakie reprezentowali naukowcy brytyjscy, którzy głosili, że człowiek jest częścią świata przyrody, dlatego rasa silniejsza (biała) wypiera rasy słabsze (kolorowe). Ba, ponieważ one i tak w wyniku praw naturalnych skazane są na wymarcie, biały człowiek wyrządza czarnemu człowiekowi (lub innemu nie białemu) przysługę, skracając jego cierpienia. Oczywiście mocno upraszczam, Lindqvist przywołuje bardzo dużo nazwisk, tytułów dzieł, obficie cytuje albo omawia poglądy, które oczywiście trochę się od siebie różnią, ewoluują, ale w swojej istocie sprowadzają się właśnie do tego - do słów Kurtza, jednego z bohaterów "Jądra ciemności", które posłużyły za tytuł omawianej dziś przeze mnie książki: Wytępić całe to bydło. Taka ideologia usprawiedliwiała nie tylko zagarnianie ziemi, ale też niewolnictwo i wszelkie najwymyślniejsze okrucieństwa, jakie miały zmusić rdzennych mieszkańców do wykonywania rozkazów białego człowieka albo do opuszczenia ziemi. Pozwalała mordercom i katom pozbyć się wyrzutów sumienia. Do tego dochodziła całkowita bezkarność rozmaitych gubernatorów rządzących skolonizowanymi terytoriami, dowódców wypraw, generałów, bo odległość, brak komunikacji, dziewiczość miejsca powodowały brak kontroli rządów brytyjskich czy francuskich nad tym, co robią ich poddani.

Dopiero pod koniec XIX wieku niemieccy naukowcy twórczo rozwinęli myśli swoich brytyjskich czy francuskich kolegów, przygotowując podwaliny pod ideologię nazistowską. Najpierw był Friedrich Ratzel, geograf i etnograf, który głosił, że kolonie, których Prusy przecież nie miały, nie muszą znajdować się daleko, wystarczy sięgnąć po ziemie sąsiadów. Pisał też o narodach rozproszonych, na przykład Żydach czy Romach (wtedy oczywiście używało się terminu Cyganie), nie mających własnego terytorium, a w związku z tym skazanych na wymarcie. Jego książkę studiował Hitler, kiedy pisał "Mein Kampf". Potem był Aleksander Tille, który stworzył etykę postępu sprowadzającą się w uproszczeniu do tego, że racja, jak w przyrodzie, jest po stronie silniejszego. Aż wreszcie Związek Wszechniemiecki ogłasił, że Niemcy potrzebują przestrzeni życiowej i mogą ją zdobyć kosztem sąsiadów. Pojęcie przestrzeń życiowa zyskało popularność na przełomie wieku XIX i XX i doprowadziło do teorii, że naród, który nie chce wyginąć, musi wciąż swoją przestrzeń życiową powiększać. To świadectwo jego żywotności. Co było dalej, wiemy.

Lindqvist w swojej książce pokazuje, że chociaż Hitler nadał śmierci skalę przemysłową, to przecież ludobójstwa rdzennej ludności miały miejsce znacznie wcześniej. Przytacza mnóstwo przykładów, od tych najbardziej znanych, eksterminacji Indian w obu Amerykach, ludności Konga, które stało się prywatną kolonią belgijskiego króla Leopolda II (jego pomnik stoi sobie w Brukseli do dziś), po te mniej oczywiste - wytępienie Hererów przez armię niemiecką w Afryce Południowo-Zachodniej (to w tej ekspedycji bierze udział jeden z głównych bohaterów "Olgi" Bernarda Schlincka), całkowita eksterminacja Tasmańczyków, która dokonała się w nieco ponad pięćdziesiąt lat, czy rdzennej ludności Wysp Kanaryjskich (!). Kto się nad tym zastanawia? Kto myśli o rdzennej ludności Wysp Kanaryjskich? Cynizm tej sytuacji (nie wiem, czy w tym kontekście to dobre słowo) polega na tym, że postęp nauki, rozwój techniki pozwalał Europejczykom na masową zagładę właściwie przy minimalnych stratach własnych. Do połowy XIX wieku rdzenna ludność wyposażona w łuki, strzały albo prymitywną broń palną mogła jakoś odpierać ataki, stawać do walki. Potem wraz z pojawieniem się broni coraz mniej zawodnej, powtarzalnej, była bez szans. Churchill, który był korespondentem wojennym, kiedy Brytyjczycy pod koniec XIX wieku odbijali Omdurman (ten opisany przez Sienkiewicza w powieści "W pustyni i w puszczy"), pisał w swojej relacji, jak żołnierze beznamiętnie, monotonnie, mechanicznie wykonywali swoje zadanie, strzelając do bezbronnych mahdystów, których nazywa barbarzyńcami i dzikimi wojskami. W ogóle rozwój techniki ułatwił kolonizację. Kanonierki pozwalały z wody, z odległości ostrzeliwać miejscową ludność, kolej żelazna umożliwiła wywożenie, czytaj rabunek, surowców czy innych dóbr, a statki parowe przewóz żołnierzy i broni.

"Wytępić całe to bydło" momentami czyta się z ogromnym trudem z powodu przykładów niewyobrażalnego bestialstwa, jakiego dopuszczali się biali, podbijając zamorskie terytoria. Pozwolę sobie na jeden cytat, który z jednej strony obrazuje okrucieństwo białego człowieka, a z drugiej jego sposób myślenia. Oto fragment raportu z roku 1904 sztabu generalnego oddziałów niemieckiej armii, która spacyfikowała wspomnianych już Hererów, spędzając ich na pustynię i odcinając drogę odwrotu. W ten sposób okrutną śmiercią w męczarniach  zmarło osiemdziesiąt tysięcy ludzi.  Rzężenie konających i przeraźliwe krzyki obłędu (...) rozbrzmiewały w podniosłej ciszy nieskończoności. I konkluzja: Armia zasłużyła na wdzięczność całej ojczyzny. 

Kiedy tak czytałam o tym, co zrobił biały człowiek człowiekowi o innym kolorze skóry, nie mogłam uwolnić się od banalnej w gruncie rzeczy i wcale nieodkrywczej myśli, że coś potomkom tamtych eksterminowanych narodów, plemion, ludów jesteśmy winni. 

Popularne posty