Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyzna. Pokaż wszystkie posty

Mario Vargas Llosa "Zielony Dom"

Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył

Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie w tym wyborze znakomity tłumacz Tomasz Pindel, który w jednym z podcastów zaliczył tę powieść do kilku najważniejszych i jego ulubionych w twórczości peruwiańskiego noblisty. Tu krótka dygresja - niezwykle mnie ucieszyło, że wśród tych kilku znalazł się także "Lituma w Andach", który zrobił na mnie spore wrażenie. Zawsze to miłe, jeśli literackie wybory zostaną potwierdzone przez znawcę. Być może jeszcze długo "Zielony Dom" leżałby sobie na wirtualnym regale bibliotecznej aplikacji, gdyby nie śmierć pisarza. Przeczytanie powieści, której jeszcze nie znałam, to najlepszy sposób, żeby oddać hołd jednemu z moich ulubionych autorów. 

Od razu zaznaczę, że "Zielony Dom" nie jest lekturą łatwą. Należy do tych książek Llosy, w których pisarz gmatwa wątki, a narracja jest nieoczywista. Są tu rozdziały pisane po bożemu, a są takie, w których na jednej stronie akcja bez ostrzeżenia skacze od wydarzeń dziejących się na oczach czytających do tych z przeszłości bohaterów. Jakby wspominali to, co miało miejsce onegdaj. Dodatkową trudnością jest zupełny brak chronologii. Nie od razu jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy co się wydarzyło i co łączy poszczególne wątki, które wydają się być od siebie dość odległe. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, co było wcześniej, a co później i co łączy bohaterki i bohaterów. Aż w końcu składamy sobie całą historię. Nie jest też łatwo określić czas akcji, bo nie ma tu wielu odniesień do historii Peru. Udało mi się ustalić, że niektóre wydarzenia działy się w latach czterdziestych zeszłego wieku. Inne wcześniej, a inne później, bo akcja toczy się na przestrzeni może trzydziestu, a może czterdziestu lat. I to jest trudne do ustalenia. 

Kto czytał "Rozmowę w Katedrze", Powieść przez duże P, ten wie, o czym piszę. Moim zdaniem warto jednak podjąć trud, oswoić się z takim sposobem opowiadania, bo książka jest tego warta. Tym bardziej, że po jakimś czasie da się jednak odkryć jakiś porządek w tym szaleństwie. Powieść składa się z czterech części i epilogu poprzedzonych czymś w rodzaju prologu, każda część to kilka rozdziałów, a w każdym z nich przewijają się poszczególne wątki wydzielone w osobnych akapitach. Właściwie przy ponownej lekturze można by "Zielony Dom" czytać inaczej - śledząc poszczególne wątki.

Tym razem akcja powieści toczy się w Piurze, mieście na północy Peru położonym wśród pustynnych piasków, w którym kilka lat swojego dziecięcego życia spędził pisarz, ale także w peruwiańskiej części Amazonii, na rozlewiskach jej dopływów, w małej zagubionej wśród dziewiczej selwy osadzie Santa Maria de Nieva zamieszkanej przez białych i ludność rdzenną, na zagubionych w głuszy wysepkach, gdzie ukrywają się nielegalni handlarze kauczuku, w osadach rdzennych mieszkańców. To teren dziewiczy, w którym łatwo się ukryć, aby prowadzić swoje ciemne interesy. Żeby się po nim poruszać, trzeba bardzo dobrze znać rzekę i jej dopływy, wiedzieć, kiedy można po niej pływać. Dlatego tak ważni są piloci, których wojsko czy policja i wszyscy pływający po Amazonii muszą zatrudniać w roli przewodników. Takim pilotem jest Nieves, mężczyzna o mieszanym pochodzeniu, jeden z bohaterów powieści. 

Mario Vargas Llosa znakomicie oddaje atmosferę tych miejsc. Trudy życia w zagubionych osadach czy obozach, kaprysy przyrody, niebezpieczeństwa, konflikty między białymi, a rdzenną ludnością, prymitywne warunki życia. Ci, którzy się w Amazonii urodzili, kochają ją i zawsze za nią tęsknią, biali, którzy nie z własnego wyboru muszą mieszkać w niewielkich miejscowościach takich jak Santa Maria de Nieva, gdzie dostać można się tylko rzeką, często nienawidzą tego miejsca i marzą tylko o tym, aby z niego uciec.

Te dwa światy wyznaczają dwa zasadnicze wątki tej powieści. Jeden związany jest z Piurą, gdzie przed laty nagle pojawił się tajemniczy mężczyzna, Anselmo, który na skraju miasta wybudował dom, ten tytułowy Zielony Dom, dla mężczyzn miejsce cielesnych uciech, rozrywki, a dla innych, a zwłaszcza dla miejscowego księdza, zgorszenia i grzechu. Nie wiadomo, co z tamtych wydarzeń sprzed lat jest prawdą, a co mitem. Ta historia opowiadana jest inaczej, trochę jak legenda. Niektórym wydaje się, że pamiętają tamte zdarzenia z czasów, kiedy byli dziećmi, sam Anselmo, prawie niewidomy, nieszczęśliwy grajek występujący w trzyosobowym zespole w innym Zielonym Domu, wszystkiemu zaprzecza, nie chce opowiadać. Dlaczego? Pewnie dlatego, że stało się tam coś jednoznacznie złego, a jednocześnie coś tragicznego. 

Wątek amazoński to poszukiwanie ukrywającego się na jednej z wysepek przestępcy, nielegalnego handlarza kauczuku i skór, który psuje interesy innym. Dlaczego tym innym handlować wolno, a jemu nie, nie jest jasne. Czy to kwestia koncesji, którą oni mają, a on nie, czy może odpowiedniego umocowania wśród ludzi władzy, którzy też czerpią z tego korzyści? W każdym razie miarka się przebrała i z Santa Maria de Nieva wyrusza ekspedycja żandarmerii i wojska, aby złapać przestępcę. Dlaczego pilot Nieves wykręca się chorobą i nie chce ich prowadzić, polecając innego? Kiedy o tym czytamy, już doskonale wiemy, czego się obawia. Oba wątki spaja postać sierżanta Litumy, który pojawia się też w innych powieściach pisarza, przede wszystkim we wspomnianej już przeze mnie - "Lituma w Andach". 

Tu dygresja. Czy historia Litumy w tych kilku książkach składa się w całość i wszystko z jego życiorysu do siebie pasuje? Trudno mi jednoznacznie orzec. "Zielony Dom" powstał w roku 1966, a "Lituma w Andach" w 1993. Pisząc pierwszą z nich, Mario Vargas Llosa na pewno nie miał pojęcia, że kiedyś wykorzysta tego samego bohatera. Aż by się chciało teraz sięgnąć jeszcze raz po tamtą powieść, aby to sprawdzić! I po "Rozmowę w Katedrze", bo i tam, wydaje mi się, pojawiają się bohaterowie innych książek Llosy.

Co mnie tak zafascynowało w "Zielonym Domu"? Oprócz niesamowitego klimatu Amazonii, ale również zmieniającej się przez lata Piury, także poruszane tematy. Wspomniany już handel kauczukiem, konflikty między białymi, a rdzennymi mieszkańcami Peru, zróżnicowanie społeczeństwa, w którym oprócz potomków hiszpańskich najeźdźców i ludności rdzennej są także Metysi. Oczywiście nie muszę wspominać, że ci pierwsi mają się za lepszych. Z tym wiąże się kolejny problem - białe zakonnice za przyzwoleniem władz odbierają rdzennym mieszkańcom dziewczynki, dzikuski, jak je nazywają, aby je chrystianizować i cywilizować. Jesteśmy świadkami tego, w jak bezwzględny sposób się to odbywa. No i przede wszystkim wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów, bardzo niejednoznaczne, w których zło miesza się ze szlachetnością i dobrem. Często są to postacie tragiczne. Nawet najbardziej bezwzględny ze wszystkich, ten poszukiwany handlarz, Fushia, w końcu budzi litość. No i wreszcie sama historia, którą musimy sobie składać z przemieszanych strzępów, dzięki czemu trzyma w napięciu, jest po prostu bardzo ciekawa.

Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Mario Vargasa Llosy bardzo polecam. Przede mną jeszcze kilka jego powieści. Kilka tych, których jeszcze nie znam, i dwie czytane bardzo dawno, "Pantaleon i wizytantki" oraz "Ciotka Julia i skryba".

Ludmiła Ulicka "Drabina Jakowa"

Kilkanaście lat temu przeczytałam powieść "Zielony namiot"

Ludmiły Ulickiej. Bardzo mi się ta książka podobała. Na półce od tamtej pory leży jej "Daniel Stein, tłumacz", po którego dotąd nie sięgnęłam, bo taki gruby, a ja przyzwyczaiłam się do wygody czytnika, ale kiedyś na pewno to zrobię. Dlatego bardzo ucieszyłam się, gdy nagle nastąpił wysyp książek Ludmiły Ulickiej. Wyszły trzy, w dwóch różnych wydawnictwach, wszystkie na szczęście w wersji elektronicznej. Oczywiście leżą już w moim ukochanym czytniku, a ja postanowiłam skorzystać z okresu świątecznego i sięgnąć po najgrubszą z nich, czyli "Drabinę Jakowa" (Wydawnictwo Literackie 2024; przełożyła Agnieszka Sowińska). Dodam jeszcze, że autorka mieszka na emigracji, już w 2014 roku protestowała przeciwko agresji na Ukrainę, odtąd w Rosji nie wolno wydawać jej książek, usunięto je też z bibliotek, a teraz pisarka czynnie wspiera armię ukraińską.

Wobec "Drabiny Jakowa" miałam wielkie oczekiwania, po pierwsze dlatego, że do dziś pamiętam "Zielony namiot", a po drugie ponieważ Justyna Sobolewska, którą cenię, dała tej powieści w "Polityce" maksymalną liczbę gwiazdek i wielokrotnie słyszałam, jak wyrażała swój zachwyt. I jak to w takich wypadkach bywa, jeśli poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko, łatwo o rozczarowanie. Rozczarowanie nie jest tu najlepszym słowem, bo przecież książka mi się podobała, może nawet bardzo, ale na pewno nie przyznałabym jej maksymalnej liczby gwiazdek, gdybym to robiła. Najwyższa ocena to przecież arcydzieło, a to powieść tylko/aż bardzo dobra. I nie pytajcie mnie, dlaczego nie podzielam entuzjazmu Justyny Sobolewskiej, bo przecież nie zamierzam "Drabiny Jakowa" krytykować, przeciwnie polecam ją gorąco, ale wytłumaczyć, z jakich powodów nie uważam jej za arcydzieło, nie potrafię. Po prostu brakuje jej tego czegoś. Ale do rzeczy.

"Drabina Jakowa" to historia żydowskiej zasymilowanej rodziny Osieckich, której akcja sięga do początków dwudziestego wieku, a kończy się w roku 2011. A więc saga rodzinna, a ja je uwielbiam. Wszystko zaczyna się w latach siedemdziesiątych, kiedy Nora, mieszkająca w Moskwie scenografka, dowiaduje się o śmierci swojej babci, Marusi. Kiedy razem z ojcem likwidują jej mieszkanie, a właściwie pokój w komunałce, znajdują wiklinowy kosz, w którym leżą listy pisane przez jej dziadka, tytułowego Jakowa, do żony. Jest też trochę korespondencji z synem. Natomiast listów od Marusi do męża leży w koszu zdecydowanie mniej. Początkowo Nora nie zainteresuje się znaleziskiem, sięgnie po nie dopiero w roku kończącym powieść, wtedy uda się też do odtajnionych archiwów, aby dokładniej zgłębić losy dziadka. I tak ta historia toczy się dwutorowo i ma dwoje głównych bohaterów. Jedną jest Nora, na kartach powieści poznajemy jej burzliwą historię od wczesnej młodości do wieku dojrzałego. Drugim bohaterem jest jej dziadek, Jakow Osiecki. Oczywiście jak to w sadze rodzinnej bywa, mamy też wiele postaci drugoplanowych.

Co zwróciło moją szczególną uwagę? Na pewno bogate, wieloznaczne portrety bohaterek i bohaterów. Nawet ci mniej istotni zarysowani są mocną kreską, o każdej i każdym czegoś się dowiadujemy. Druga sprawa to po prostu bardzo ciekawa opowieść - historia żydowskiej rodziny, historie miłosne, problemy rodzinne, jednym słowem życie, z wielu powodów burzliwe. 

Kolejna sprawa to teatr. Jak już wspomniałam, Nora jest scenografką, pracuje w teatrach, czasem nawet za granicą. Często współpracuje z gruzińskim reżyserem, starszym od niej Tengizem. Od kiedy zaczęli razem robić spektakle, zostali kochankami. Trudna to miłość. Kiedy przedstawienie jest gotowe, Tengiz wraca do siebie, do Tbilisi, do żony, dzieci, a później wnuków. Bywają okresy, kiedy mieszka u Nory przez kilka miesięcy, uczestniczy aktywnie w jej życiu, potem nie kontaktują się latami. Gdy wyjeżdża, ona bardzo tęskni i cierpi. Z czasem przyzwyczaja się do takiej relacji. Już samo to love story jest oczywiście bardzo ciekawe, ale wspominam o tym wątku nie z tego powodu. Kiedy Nora pracuje nad scenografią do przedstawienia, śledzimy proces  dochodzenia do koncepcji spektaklu, który rodzi się w dyskusji z reżyserem albo jest wynikiem jej samodzielnych przemyśleń podbudowanych licznymi lekturami. Dla mnie, miłośniczki teatru, te rozdziały były fascynujące - obserwowanie, jak rodzi się przedstawienie, zderzenie wystawianego tekstu z koncepcją scenografki i reżysera. 

Kolejny wątek, który zwrócił moją szczególną uwagę, to amerykańska historia Jurika, syna Nory. Dziś na pewno uznano by go za człowieka w jakimś spektrum, tę odmienność, neuroróżnorodność, jak się teraz mówi, odziedziczył po ojcu, naukowcu. Wielką fascynacją Jurika była muzyka. Nora w obawie przed wojskiem, do którego trafiłby jej syn, co na pewno skończyłoby się wysłaniem go do Afganistanu, robi wszystko, aby pojechał do swojego ojca do Stanów, tam skończył szkołę i został. Uratowała go przed wojną, ale nie mogła ustrzec przed używkami. Jurik, który w Nowym Jorku poczuł się jak w domu, którego wciągnął nowojorski undergroundowy muzyczny świat, sięgnął tam samego dna. To przejmująca historia człowieka, któremu trudno pomóc, bo on tego nie chce. Jak się skończy, czy zmagania Nory o uratowanie syna zakończą się szczęśliwie, zdradzić oczywiście nie mogę.

Ciekawa jest historia Marusi, babci Nory, żony Jakowa. Kobiety, którą życie zmusiło do porzucenia marzeń o teatrze. A może wyrzekła się ich sama w imię miłości? Dla Nory była wspaniałą babcią, źródłem inspiracji. A dla Jakowa? Marusia jest dowodem na to, ile sprzeczności mieści się w jednym człowieku, jak życie bywa niejednoznaczne, jak trudno kogoś oceniać. W liście do męża pisze:

Widzę się teraz taką, jak moja mama - zanurzoną w nudnej kobiecej codzienności, garnki, kołnierzyki, szycie i przeszywanie. Nienawidzę tego! Moja mama, nie wiesz o tym, pisała w młodości wiersze. Zachowała swój zeszycik, w którym zapisane są poetyckie strofy jako pomnik jej niezrealizowanego życia ...

Ale najbardziej przejmujący wątek to historia tytułowego Jakowa, dziadka Nory. Opowieść, jaką doskonale znamy, jeśli wiemy, jakim krajem był Związek Radziecki, szczególnie w czasach stalinowskich. Jakow został przemielony przez Historię. Akceptował rewolucję, ale i tak w pewnym momencie uznano go za wroga politycznego. Wiele lat spędzi na zesłaniach. Takie życie na odległość, z dala od żony i syna, będzie miało wpływ na ich związek. 

Surowy los zgotował mi wyjątkowo ciężką biografię. Cios za ciosem, bez chwili na oddech, lata tułaczki następowały po sobie. Mąż i żona powinni żyć razem, małżeństwo nie może się opierać na znaczkach pocztowych. I teraz dla wszystkich jest jasne, kto zniszczył moją rodzinę. I takich, jak my, widzę wokół siebie tysiące.

Czytając te listy, poznajemy jego poglądy i historię. 

Historia wielkiej miłości, historia poszukiwania sensów, twórcze podejście do życia i niewiarygodna żądza wiedzy, rozumienia rozwichrzonego i niesamowitego świata.

Mimo trudności Jakow zawsze próbuje odnaleźć się w sytuacji, w jakiej się znalazł, chce pracować, robić coś pożytecznego. Zachowuje optymizm, nie skarży się. Kocha muzykę. Kropką nad i jest ostatni rozdział, kiedy Nora sięga do archiwów, a my razem z nią poznajemy kulisy aresztowań i procesów, ich tragiczne konsekwencje. Jak ocenić postawę bliskich Jakowa? Czy mamy prawo? Ilu było takich Jakowów zniszczonych przez sowiecki i stalinowski system! 

Jakow już od dawna rozważał tę nieznośną myśl, że pochowany będzie tutaj, na kole podbiegunowym, w zbiorowym grobie, pod palikiem z numerem ... Taki przypadł los jego rodzinie, jego narodowi - w zbiorowej mogile w Kijowie, na Łukjanowce, leży młodszy brat, cztery kuzynki ... łącznie dwadzieścioro bliskich krewnych. A w Europie jeszcze wiele milionów, z którymi nie łączyło go pokrewieństwo. Diabeł był jeden, tylko wąsy o różnym kroju ...

Z posłowia autorki dowiadujemy się, że historia głównego bohatera została częściowo oparta na jej rodzinnych dokumentach. A więc Jakow miał swój pierwowzór.

Bardzo dobra powieść.

Tamta Melaszwili "Kos, kos, jeżyna"

Pod żadnym pozorem nie mogłam ominąć powieści gruzińskiej

pisarki Tamty Melaszwili "Kos, kos, jeżyna" (Filtry 2024; przełożyła Magdalena Nowakowska). Dlaczego? Bo Gruzja jest mi bliska, jak pewnie wielu osobom, do dziś wspominam moją lipcową podróż po tym pięknym kraju. A w podróży towarzyszyła mi bardzo dobra, przejmująca powieść chyba najbardziej znanej w naszym kraju gruzińskiej pisarki Nino Haratischwili "Więcej światła", która opowiada o trudnym okresie lat dziewięćdziesiątych. Teraz na Gruzję znowu przyszły ciężkie czasy, a ja z niepokojem śledzę to, co się tam dzieje. 

Zanim o powieści, chciałoby się napisać więcej o Tamcie Melaszwili, ale Filtry się nie popisały. Dowiemy się z ich strony, że jest pisarką, badaczką i aktywistką, co wydała, jakie nagrody zdobyła. A gdzie mieszka? W Gruzji czy może w którymś z europejskich krajów? Gdyby nie rozmowa Michała Nogasia z autorką o jej książce, nie poznałabym takich informacji. A tak wiem, że mieszka w Gruzji i bierze czynny udział w powyborczych protestach, które ogarnęły kraj. 

No a teraz czas już podzielić się refleksjami o samej powieści. Przyznam, że nie od razu mnie porwała. Miałam trudność z wejściem w powieściowy świat, a to dlatego, że książka napisana jest w formie monologu, w którym narratorka, Etero, zwraca się bezpośrednio do czytelniczki. Tak, do czytelniczki, a może do kogoś, komu swoją historię opowiada. I ta bezpośrednia forma początkowo mi przeszkadzała. Szybko jednak przyzwyczaiłam się do niej i zaakceptowałam.

Etero ma czterdzieści osiem lat i żyje samotnie w nienazwanym gruzińskim miasteczku gdzieś w jednej z górskich dolin w Imeretii. Od razu sprawdziłam, żeby sobie przypomnieć, jakie większe miasto znajduje się  w tym rejonie, no i okazało się, że to Kutaisi. Jak wynika z powieści, rodzinna miejscowość bohaterki latem pełna jest turystów, a kiedy sezon się kończy, życie uspokaja się, zamiera, a dotkliwe deszcze i błoto dają mieszkańcom w kość. Etero od wielu lat prowadzi w garażu swojego domu niewielki sklep z chemią przemysłową i kosmetykami. To daje jej samodzielność. Jej jedynym marzeniem jest spokojna, dostatnia starość, na którą odkłada pieniądze. Ma poukładane życie. Całe dnie spędza w sklepie, raz w miesiącu jedzie do hurtowni do pobliskiego większego miasteczka, tam spotyka się z kobietami, które ją prowadzą i które bardzo lubi, a potem sprawia sobie przyjemność i idzie do kawiarni na kawę i napoleonki. 

W swoim rodzinnym mieście Etero jest raczej obiektem kpin i pogardy. Uchodzi za dziwaczkę. Dlaczego? Bo żyje samotnie. Bo nigdy nie zdecydowała się wyjść za mąż, odrzucała wszystkich konkurentów. Póki żyli jej starszy brat i ojciec, którym usługiwała, można to było jeszcze tolerować, ale kiedy najpierw zabrakło jednego, a potem drugiego, wszyscy przyjmowali za pewnik, że Etero wyjdzie za mąż. Przecież potrzebuje męskiego opiekuna. Kandydaci byli, tym bardziej, że został jej w spadku dom i ogród. Tymczasem dla niej było to wyzwolenie. Jeszcze za życia ojca, kiedy stracił pracę w miejscowym muzeum, założyła sklep. Teraz mogła odpocząć i sama decydować o sobie, nie być niczyją służącą, bo do tego sprowadzał się jej los, odkąd zamieszkała w domu rodzinnym. Wcześniej po śmierci mamy, której właściwie nie znała, opiekowała się nią jedna z krewnych i ten czas wspomina jako najszczęśliwszy okres swojego życia.

Ale najbardziej to mi się poszczęściło w tym, że jestem panią samej siebie i na dodatek swoją własną powierniczką.

W patriarchalnym małomiasteczkowym środowisku wyjście za mąż oznacza rodzenie dzieci, opiekę nad nimi i usługiwanie wszystkim męskim i starszym członkom rodziny. 

(...) od małego wiedziałam, czym są mężczyźni. Że mężczyzna oznacza usługiwanie mu, opiekowanie się nim, spełnianie jego życzeń i nic więcej. Być może dlatego, że już jako dziecko zostałam służącą ojca i brata, ich praczką, sprzątaczką i kucharką, że zastąpiłam swoją zmarłą matkę w usługiwaniu mężczyznom.

Etero z w wyższością patrzy na znajome ze swojej miejscowości. Co mają z życia? Problemy z dziećmi i zapijaczonych mężów, którzy, bywa, że je zdradzają. Nawet jeśli u źródeł małżeństwa było uczucie, dawno wywietrzało razem z prozą życia i jego ciężarami. Tymczasem ona cieszy się wolnością i sama o sobie decyduje. 

Chce jej powiedzieć, nie, wykrzyczeć: czyś ty oszalała kobieto?! Spójrz na siebie, co ci dało zamążpójście?! Niech mnie diabli, jeśli moja wielka dupa i spędzone w sklepie lata nie są lepsze od twojego zszarganego zdrowia i złamanego życia! od twojego cierpienia!

I naprawdę tak jest - one im [młodym dziewczynom] zazdroszczą. Zazdroszczą młodego wieku, urody, ciekawości. Bo co im samym zostało? Nic! Młodość i uroda opadły z nich nagle jak łupina. A te dziewczyny są jak przestraszone sarny, uciekają od okrucieństwa matek tam, gdzie mają nadzieję znaleźć trochę ciepła i miłości. Ich jedyną drogą ucieczki jest wyjście za mąż, co tutaj oznacza pogrzebanie się za życia. Wejście do paszczy jeszcze bardziej okrutnego zwierza.

Ale nawet jej wolność ma granice. Etero panicznie boi się plotek, są sprawy, które musi utrzymać w tajemnicy. Nikt nie może się dowiedzieć, że nieoczekiwanie związała się z mężczyzną. Nie zdradzam tu niczego, bo taką informację znajdziemy w opisie powieści pochodzącym od wydawcy. O ile mieszkańcy jej miasteczka mogą jeszcze tolerować fakt, że świadomie odrzuciła możliwość zamążpójścia, traktując to jak osobliwe dziwactwo, o tyle romans samotnej kobiety z mężczyzną, w dodatku żonatym, postawiłby ją zupełnie poza społecznością. Tu, przecież nie tylko tu, nie mierzy się równą miarą mężczyzn i kobiet. Im wolno więcej, oni mogą zdradzać, mieć kochanki, one nie. A na ostracyzm nawet Etero nie może sobie pozwolić. 

 A jak ludzie przestaną do sklepu przychodzić? Co ja wtedy zrobię? Miałabym samotnie wyzionąć ducha, jak wszyscy by się ode mnie odwrócili?

Ten romans burzy uporządkowane, spokojne i dokładnie zaplanowane życie bohaterki. Wnosi do niego nie tylko namiętność i radość, ale i niepokój. Tym bardziej, że Etero jest w takim wieku, kiedy dla wielu staje się niewidzialna. Mogłaby być już babcią, gdyby miała dzieci. Z jednej strony akceptuje ten stan, przecież swoją starość ma dokładnie zaplanowaną i nawet cieszy się na nią, bo wreszcie odpocznie i skonsumuje zgromadzone na ten cel pieniądze. Z drugiej strony buntuje się przeciwko temu. Nie chce być niewidzialna, nie chce, by nazywano ją ciocią.

Dla tych młodych chłopaków jestem jak ściana w tym sklepie, patrzą na mnie chłodnym i obojętnym wzrokiem. Kilku nawet mówi do mnie "ciociu".

Jakby jednocześnie [czas] płynął i stał w miejscu, ale jednak płynął. Wszystkie lata, wiosny, jesienie i zimy są do siebie podobne. Czas stoi w miejscu, a ty lecisz gdzieś w przepaść. I nawet nie wiesz, nie czujesz, jak się staczasz.

Etero jest bohaterką, którą lubię, ale nie bez zastrzeżeń. Podziwiam jej wybór i siłę charakteru. Razić może jej pogarda dla otoczenia, dla koleżanek i kobiet z rodziny. Z drugiej jednak strony niczego dobrego od nich nie zaznała. One też nią gardzą. To świat, w którym kobieta taka jak Etero nie może liczyć na kobiecą solidarność. Mężatki trzymają się razem, nie ma wśród nich miejsca dla starych panien. Celowo używam staromodnego określenia stara panna, bo w tym świecie słowo singielka nie istnieje. Może w Tbilisi tak, lecz nie w tej górskiej dolinie. Ale kobieta kobiecie wrogiem także w rodzinie. To matki formatują tak swoje córki, sprawiają, że one powielają ich los.

W ogóle nie znałam mamy, nie pamiętałam jej, ale wcale nie chciałam jej mieć. Może by nie była dla mnie tak okrutna jak Cisana dla swojej córki? Byłaby! Po co mi było potrzebne jeszcze więcej okrucieństwa, kobiecego okrucieństwa? Bo ono jest jeszcze gorsze, bardziej bolesne niż to męskie, którego doświadczyłam od ojca i brata. Jak patrzyłam na inne dziewczyny, to odechciewało mi się mieć matkę, jakąś babę, która by mnie tylko jeszcze bardziej zniszczyła i stłamsiła.

Razić może też dosadny język bohaterki, mnie jednak taka dosadność nie przeszkadza.

W tle historii Etero, którą poznajemy z jej monologu, przewija się też najnowsza historia Gruzji, burzliwe lata dziewięćdziesiąte. To, co w  powieści "Więcej światła" Nino Haratischwili poznajemy dokładnie, tu jest zaledwie wspomniane. Ale kto zna tamtą książkę, lub interesuje się Gruzją na tyle, że orientuje się w jej najnowszej historii, ten będzie wiedział, o co chodzi.

Bardzo dobra powieść. A ponieważ zakończenie jest otwarte, nie daje mi spokoju myśl, jak dalej potoczy się  życie samodzielnej, silnej Etero, bo przecież jej wolność ma jednak granice.

Megan Nolan "Akty desperacji"

Kolejna książka z cyklu irlandzkiego. Tym razem sięgnęłam po

drugą powieść Megan Nolan, "Akty desperacji" (Filtry 2022; przełożyła Aga Zano), które były jej powieściowym debiutem. Od razu zaznaczę, że dobrze się stało, iż najpierw przeczytałam "Zwykłe ludzkie ułomności", bo gdybym zaczęła od "Aktów desperacji", kto wie, jakby potoczyła się moja znajomość z twórczością Megan Nolan. Być może uznałabym, że to nie literatura dla mnie, a szkoda, bo moim zdaniem "Zwykłe ludzkie ułomności" to powieść znacznie ciekawsza i opowiadająca o problemach, które mnie bardziej interesują. Nie wykluczam jednak, że dla wielu młodych kobiet "Akty desperacji" są książką ważną, bo poruszającą bliskie im tematy.

"Akty desperacji" to monolog dwudziestokilkuletniej bohaterki, nienazwanej z imienia, która opowiada o sobie, a przede wszystkim o swoim związku ze starszym od niej o kilka lat Ciaranem. Zanim go poznała, przyjechała z irlandzkiej prowincji do Dublina na studia, które szybko rzuciła. Odtąd pracuje, a to w knajpie, a to wykonuje jakieś prace biurowe. Zanim zwiąże się z Ciaranem, jej wolny czas upływa na imprezowaniu i szukaniu przygodnych znajomości.

Moje życie towarzyskie z czasem straciło rozmach. Przespałam się ze zbyt wieloma cudzymi chłopakami, rzygałam w zbyt wielu salonach. Straciłam urok wesołej imprezowiczki i zmieniłam się w taką gorączkowo szukającą zabawy, aż w końcu i tak poczułam, że zrobiłam się na to za stara.

Desperacko pragnie uwagi innych, zainteresowania jej osobą. Ale znajomości, jakie nawiązuje, są na ogół powierzchowne. Jedynie relacja z Lisą, jej współlokatorką, którą podziwia, bo jest jej przeciwieństwem, oparta została na czymś głębszym. Ale tak naprawdę narratorka marzy o miłości, definiuje się przez związek z mężczyzną. Jakby ona sama się nie liczyła, nie była ważna w pojedynkę, jakby o jej wartości stanowiło to, że zakocha się z wzajemnością.

Od zawsze nosiłam w sobie rozpaczliwą potrzebę bycia kochaną przez mężczyznę i przekonanie, że zainteresowanie mężczyzny albo jego chęć uprawiania ze mną seksu na zawsze uciszą wszystkie złe głosy w moim wnętrzu.

Nie było dla mnie ważne, czy ma poczucie humoru, co o mnie myśli, jakie książki oboje czytaliśmy. Zakochałam się w nim od pierwszej chwili i ani on, ani nikt inny nie zdołałby tego zmienić.

To desperackie pragnienie bycia w związku prowadzi do tego, że kiedy się zakocha w Ciaranie, staje się wobec niego bezbronna. Nadskakuje mu, żyje w wiecznym lęku, że zrobiła coś nie tak, więc on się na nią gniewa, godzi się na wszystko, zamienia się w gospodynię domową, która ma spełniać wszystkie zachcianki mężczyzny, podsuwać mu wszystko pod nos. 

Przez wiele miesięcy żyłam z Ciaranem w stanie wiecznych cichych negocjacji. Każdy dzień bycia bezproblemową, rozumiejącą i dobrą dziewczyną uznawałam za prawidłowo odstawiony rytuał.

Z każdym skrojonym plasterkiem ziemniaka wyklinałam Ciarana i nasze mieszkanie, choć jednocześnie byłam w pełni świadoma, że to ja błagałam - czasami dosłownie, na kolanach - o ten przywilej dzielenia z nim życia, i to właśnie na takich warunkach. To ja się rwałam do udomowienia naszego związku, do budowania kojącej powtarzalności wspólnej rutyny, do komfortu świadomości, że to obok mnie będzie spał każdej nocy.

Miał mnie przecież tutaj w domu, bezpieczną i użyteczną jak kuchenny zlew.

... moim podstawowym pragnieniem było go zadowalać i być przez niego kochaną.

Ona w tym związku nie istnieje, nie liczy się, czego chce. Na własne życzenie. A gdy zaczyna dostrzegać, że ta toksyczna relacja ją niszczy, nie potrafi odejść. Kiedy Ciaran wyjedzie na kilka dni, w jej życiu pojawia się pustka, której nie potrafi niczym wypełnić. To uzależnienie od niego ma jeszcze inne bardzo przykre konsekwencje. Nie potrafi powiedzieć nie, kiedy nie ma ochoty na seks. Godzi się dla świętego spokoju, aby się nie tłumaczyć, nie dyskutować.

... godzę się, bo tak jest łatwiej.

Odmowa i tak była prawie niemożliwa, bo tak trudno zdobyć się na ryzyko, że ktoś nas zrani, przestanie lubić, na nas nakrzyczy. Tyle nas kosztuje zmuszenie się do odmowy po całym życiu bycia uczoną mówienia wyłącznie "tak", ustępowania, zadowalania mężczyzn.

Dlaczego tak jest? Dlaczego młoda dziewczyna z pokolenia milenialsów tak bardzo uzależnia się od faceta? A gdzie feminizm? A gdzie dążenie do niezależności? Gdzie jej samodzielność? A może trzeba coś przeżyć? Dojrzeć? Dorosnąć? Nabrać doświadczenia, aby znaleźć siebie.

A poza tym jaką niby jednostką byłam wcześniej? Jaką tożsamość miałabym wymazywać swoją świeżo odkrytą rolą dumnej gospodyni? Nigdy nie znalazłam żadnej dość trwałej, by zdołała się utrzymać w mojej pamięci po tym, jak znikała. Żadna nie była dość prawdziwa, by za nią tęsknić.

A może należy winić środowisko, w jakim się wychowała, bo zabrakło jej tego kulturowego backgrandu, który by ją ukształtował? Nie wiem. Kwestie klasowe nie wydają mi się jakoś bardzo istotne w tej powieści. A może przyczyny trzeba szukać w fakcie, że jej rodzice się rozstali i zabrakło jej na co dzień ojca? Albo w wychowaniu? W tym wdrażaniu do mówienia zawsze tak.

Co jakiś czas narratorka spogląda na siebie tamtą z kilkuletniego dystansu. Wyjechała do Grecji, mieszka w Atenach. Ale nawet po tych kilku latach nadal jest uzależniona od akceptacji innych. Żyje nadzieją  

zostania dostrzeżoną i na nowo urealnioną przez ludzi patrzących na mnie z zachwytem albo ciekawością

Czy żyjąc w dzisiejszych czasach, nie miałam szansy, żeby się na nich [mężczyzn] uodpornić siłą woli, wykształceniem i dumą? Czy nie miałam dostępu di innych wielkich miłości niż tylko miłość do mężczyzn? Oczywiście, że miałam i mogłam, ale z tego nie skorzystałam. A to jest moja historia, historia ogromnej porażki.

Tak krytycznie ocenia siebie.

Chociaż książkę przeczytałam bardzo szybko, nie była to łatwa lektura - to babranie się w sobie, ta wieczna autoanaliza. A poza tym taka postawa, takie całkowite uzależnienie się od faceta, takie spełnianie jego wszystkich oczekiwań, takie nadskakiwanie jest mi zupełnie obce. Chociaż zdarzyło mi się bardzo stracić głowę, zakochać się szaleńczo, to jednak zawsze ja sama dla siebie byłam też ważna. Chociaż dziś na siebie tamtą też patrzę z politowaniem, to jednak nigdy nie przekroczyłam pewnej granicy. 

Louise Kennedy "Nasze winy"

Jakiś czas temu, przy okazji pisania o dwóch znakomitych

powieściach, Sebastiana Barry'ego "Czas starego boga" i Megan Nolan "Zwykłe ludzkie ułomności", deklarowałam moje zainteresowanie literaturą irlandzką. Dziś będzie o kolejnym tytule z serii irlandzkiej, a w czytniku czekają kolejne! Ta książka, też powieść, to "Nasze winy" Louise Kennedy (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożyła Kaja Gucio), jej literacki debiut. Recenzje miała raczej przychylne, ale koleżanka, w której gust czytelniczy wierzę, powiedziała, że to książka z gatunku tych, które dobrze się  czyta, ale nie ważą zbyt wiele. Z tym większą ciekawością zabrałam się do lektury.

Jaki werdykt? Nie jest to powieść interesująca językowo czy formalnie, ale znakomicie oddaje realia Irlandii Północnej w czasie Kłopotów, czyli trwającego latami, krwawego, naznaczonego terrorem konfliktu między zwolennikami niepodległości Irlandii Północnej czy też przyłączenia jej do Irlandii, a tymi, którzy opowiadali się za status quo. Najczęściej tych pierwszych utożsamia się z katolikami, tych drugich z protestantami, co nie do końca jest prawdą. Rzeczywistość była i jest bardziej skomplikowana. Kto chce poczytać o Kłopotach i porozumieniach wielkopiątkowych, które zakończyły wojnę domową, niech sięgnie po znakomity reportaż Patricka Raddena Keefe'a "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej". Czyta się jak powieść sensacyjną.

Akcja "Naszych win" rozgrywa się w roku 1975 w Irlandii Północnej w miasteczku na obrzeżach Belfastu, a może w jednej z jego peryferyjnych dzielnic. Główną bohaterką jest Cushla, dwudziestoczteroletnia nauczycielka. Mieszka z razem z owdowiałą matką, która ma poważny problem z alkoholem. Jest katoliczką, pracuje w szkole katolickiej, kilka wieczorów w tygodniu pomaga bratu w rodzinnym pubie, do którego przychodzą katolicy, protestanci, a czasem żołnierze brytyjscy. Dlatego o polityce się w nim raczej nie rozmawia, aby utrzymać klientów. Właśnie tam poznaje znanego protestanckiego adwokata broniącego w procesach politycznych członków IRA. Michael, bo tak ma na imię, jest nie tylko dużo od niej starszy, bliżej mu do wieku jej rodziców niż do niej, ale na dodatek żonaty, chociaż, trzeba przyznać, niezbyt szczęśliwie. Bardzo szybko nawiązuje się między nimi romans. I w taki sposób Cushla staje się podwójnie, a może nawet potrójnie, wyobcowana.

Pierwsze wyobcowanie ma źródło w wierze i dotyczy nie tylko jej, ale całej katolickiej społeczności. Chociaż Cushla nie jest jakoś specjalnie gorliwa religijnie, wystarczy, że identyfikuje się jako katoliczka, aby w Irlandii Północnej  czuła się gorsza. Tu górą są protestanci i lojaliści (zwolennicy pozostania w monarchii brytyjskiej). Irolka, fenianka, katolka, pyrojad to zestaw przezwisk, jakimi obrzuca się katoliczki i katolików, republikanki i republikanów. 

Powinnam była mu powiedzieć, żeby się od...lił, a nie siedzieć jak grzeczna mała tubylczyni i pozwalać, żeby mnie dalej upokarzał. Chcę tylko przeżyć choćby jeden dzień bez przypomnienia, że chodzę do niewłaściwego kościoła.

Porządna protestancka whiskey. Porządni ulsterscy prtotestole. Kiedy coś było czyste i schludne, kiedy było takie, jakie powinno być, opisywano to jako protestanckie. Mawiali tak nawet katolicy. Cushla wpatrywała się w plecy pani Coyle, pragnąc, by kobieta odwróciła się i dała jej znak, owszem, ja też to słyszałam, wiem, co o nas myślą. Ale ona tego nie zrobiła. Jedyna Irolka poza Cushlą, która mogła dzisiejszego wieczoru przekroczyć próg tego domu, już nią gardziła. 

Jeśli się nie wychyla, nie opowiada politycznie, może przetrwać, chyba, że stanie się przypadkową ofiarą zamachu, a te są na porządku dziennym. Autorka znakomicie oddaje atmosferę ciągłego zagrożenia, wzajemnej nienawiści, strachu, bezradności, bo jeśli ktoś identyfikuje się z Kościołem katolickim, raczej nie może liczyć na gorliwość policji, kiedy stanie się obiektem prześladowania ze strony protestantów. Ale tu nic nie jest proste. Konflikty mogą też przebiegać wewnątrz grupy. Dotyczy to małżeństw mieszanych albo osób takich jak Michael, które próbują przekraczać granice, patrzeć na rzeczywistość irlandzką obiektywnie. Wtedy narażasz się obu stronom. I policja też nie będzie reagować. Narazić się możesz zwyczajnym ludzkim gestem, chęcią pomocy poszkodowanym, jeśli nigdzie nie pasują. Tak dzieje się z Cushlą, która powodowana ludzkim odruchem pomaga rodzinie swojego ucznia prześladowanej przez obie strony konfliktu. Wystarczy, że matka jest protestantką, a już są wszędzie obcy. Ostracyzm dotknie nie tylko Cushlę, ale całą jej rodzinę.

Kolejny powód wyobcowania bohaterki wiąże się z jej zakazaną miłością. To jasne, że muszą się ukrywać. Nie dość, że Michael ma żonę, to jeszcze na dodatek jest protestantem. Są zdani na ukradkowe spotkania, takież telefony, narażeni na to, że ktoś ich zobaczy razem. Jak zawsze w takiej sytuacji, to kobieta ponosi większe koszty i to kobieta jest zależna od mężczyzny. Musi się dostosować do jego wolnego czasu. Czeka na telefon, umiera z tęsknoty, kiedy przez jakiś czas nie daje znaku życia, obiecuje sobie, że nie będzie gotowa na każde jego gwizdnięcie, po czym rzuca wszystko, kłamie, byle tylko się z nim chociaż na chwilę zobaczyć. Beznadziejnie zakochana kobieta.

Gdyby tu nie przyszła, siedziałaby w domu z matką, ale Michael miał mnóstwo możliwości do wyboru. Miał przyjaciół, pieniądze. Rodzinę.

Jest jeszcze jeden powód wyobcowania. Michael wprowadza Cushlę do swojego towarzystwa - uczą się irlandzkiego, a ona ma im udzielać lekcji. Są starsi od niej, mają zawodową pozycję, to dziennikarze, artyści, należą do lepszej sfery, stoi za nimi tradycja ich rodzin, no i są protestantami. Cushla czuje się wśród nich obco, uczy w szkole, pochodzi ze zwyczajnej rodziny, no i jest katoliczką. Poza tym oni świetnie się znają, łączy ich przyjaźń, przeszłość, praca, zainteresowania. Ona wtargnęła do ich świata, jest intruzką. Ma wrażenie, że nią gardzą, że prowokują, że wyszydzają, czuje na sobie ich pogardliwe, karcące spojrzenia, no i oczywiście, na pewno uważają, iż Michael źle wybrał. Tak naprawdę znają go lepiej niż ona, wiedzą o nim to, o czym ona nie ma pojęcia. Nie tyle gorszy ich sam romans, ile jej osoba. Dlaczego w takim razie przychodzi na te spotkania? Bo to jedna z niewielu możliwości widywania go. No i on o to prosi, więc nie potrafi odmówić. Zresztą ona też czuje się od niego gorsza. Starszy, lepiej wykształcony, o ugruntowanej pozycji zawodowej, bardziej doświadczony. A ona? Kim jest ona? Młodą nauczycielką z katolickiej szkoły spędzającą wieczory z matką alkoholiczką, której musi pilnować. Autorka bardzo dobrze oddała wszelkie niuanse takiego związku. Cushla, która potrafi być zdecydowana w innych sprawach, wie, czego chce, co powinna, potrafi się nie ugiąć pod presją otoczenia, w relacji z Michaelem staje się bezbronna.

Na mnie powieść Louise Kennedy zrobiła wrażenie. Nie jest arcydziełem języka i formy, ale opowiada o czymś ważnym, potrafi przykuć uwagę i poruszyć.

Nadifa Mohamed "Szczęśliwcy"

Po nominowaną do Bookera w roku 2021  powieść "Szczęśliwcy"

Czarne 2023; przełożyła Agata Kozak) somalijsko-brytyjskiej pisarki mieszkającej w Londynie, Nadify Mohamed, sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze lubię czytać książki z nieoczywistych literacko rejonów świata, a po drugie zainteresował mnie temat - rasizm i nierówności społeczne. I nie zawiodłam się.  Przeczytałam jednym tchem, chociaż jest to bardzo smutna lektura, a im bliżej końca, tym smutniejsza.

Akcja powieści, inspirowana prawdziwymi zdarzeniami, rozgrywa się w roku 1952 w walijskim Cardiff w portowej dzielnicy Tiger Bay. Właśnie po śmierci króla Jerzego VI na tron wstępuje jego córka Elżbieta. Pewnego wieczora zostaje zamordowana w swoim sklepie Violet Volacki, Żydówka. Chociaż nic nie wskazuje na to, aby morderstwo miało podtekst antysemicki, piszę o tym, bo jej pochodzenie ma w książce znaczenie. Wielokrotnie przywoływana jest historia ojca Violet, i jej dwóch sióstr, który przybył do Wielkiej Brytanii z Europy Wschodniej. Po kilku dniach o morderstwo zostaje oskarżony dwudziestokilkuletni Mahmood Mattan, Somalijczyk. Więzienie to dla niego nie pierwszyzna, już wcześniej zdarzało mu się tam trafiać za drobne kradzieże, ale morderstwa nie popełnił. Kiedy zostaje aresztowany, jest przekonany, że szybko wszystko się wyjaśni, przecież wie, że nie zamordował Violet Volacki. 

Dlaczego policja wskazuje na niego? Czy jest ofiarą pomyłki? Nie, raczej niedbałego śledztwa i rasowych uprzedzeń. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby dochodzenie prowadzić porządnie. Wiadomo, że mężczyzna, który wieczorem już po zamknięciu sklepu został wpuszczony do środka przez właścicielkę, był czarny, a że Mahmood nie jest wzorowym obywatelem i obciążają go niektórzy świadkowie, po co szukać dalej. Jedni robią to z zemsty, żeby mu dokuczyć, inni zeznają przeciwko niemu zwabieni nagrodą wyznaczoną przez rodzinę. Nieważne, że ich zeznania są sprzeczne, nieważne, że siostra i siostrzenica zamordowanej nie rozpoznały w podejrzanym mężczyzny, którego widziały przez chwilę. Miałam ochotę krzyczeć: Hej, przecież wyraźnie stwierdziły, że to nie on! Dlaczego jesteście głusi na ich słowa! Jak to tak?! 

Proces ma charakter poszlakowy i Mahmood jest przekonany, że zostanie uniewinniony. Początkowo unosi się dumą i chce bronić się sam, potem zgadza się na adwokata, na którego zrzuca się somalijska społeczność z Tiger Bay. Ale nawet on nazywa go w swojej mowie obrończej dzikusem. Czym on jest? W połowie dzieckiem natury? Na wpół ucywilizowanym dzikusem? - powie w mowie obrończej. Chociaż mieszkańcy Afryki nie są już niewolnikami, chociaż nie przywozi się ich do Europy, aby pokazywać ich na wystawach nazywanych ludzkim zoo, to uprzedzenia rasowe trzymają się mocno. Ale być może największym przekroczeniem, na jakie poważył się Mahmood, było małżeństwo z białą dziewczyną, z którą miał troje dzieci. Mógł sobie pływać na statkach, mógł żyć w wilgotnych norach portowej dzielnicy wśród takich jak on, byle tylko jak najmniej rzucać się w oczy białej społeczności, ale nie wolno mu było wiązać się z białą kobietą.

Chociaż nie okazał się wzorowym mężem, chociaż ostatnio nie mieszkali już razem, przynajmniej na jakiś czas, to Laura nie odsunie się od niego. Jeszcze nie wie, że na życiu jej i dzieci oskarżenie Mahmooda o morderstwo białej kobiety położy się długim cieniem. Już wcześniej nie było im łatwo, teraz tym bardziej otacza ich ostracyzm i nienawiść.

Wielką zaletą powieści jest znakomity, pogłębiony portret głównego bohatera. Niespokojnego ducha, ciekawego świata, poszukiwacza nowych wrażeń i przygód. To ta niespokojna natura sprawiła, że opuścił rodzinną miejscowość, matkę i braci. A przecież mógł zostać i pracować w firmie założonej przez ojca. Nie wiodło im się źle, ale jego stale coś gnało przed siebie. Gdyby nie uciekł, jego życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. A potem gdyby nie poważył się na małżeństwo z białą kobietą, gdyby nie irytował tylu ludzi, może wszystko ułożyłoby się dobrze. To prawda, że lubił łatwy zarobek, grał na wyścigach, pieniądze szybko przepuszczał, a kiedy ich nie miał, nie wahał się kraść. Lubił też dobrze wyglądać i był dumnym człowiekiem. Kochał Laurę i troskliwie zajmował się dziećmi. Dzięki temu, że tak dokładnie poznajemy Mahmooda, że możemy być z nim tak blisko, historia rasistowskich uprzedzeń, którą przecież opowiada się nam nie po raz pierwszy, jest wyjątkowa. Trudno go nie polubić, trudno mu nie współczuć, trudno nie krzyczeć z wściekłości. Im bliżej końca, tym ta historia staje się coraz bardziej przejmująca. Śledzenie miesięcy spędzonych przez Mahmooda w więzieniu, opisanych drobiazgowo, śledzenie tego, jak toczy się machina sprawiedliwości, w tym wypadku raczej niesprawiedliwości, jak umiera w nim nadzieja, nie mogło pozostawić mnie obojętną. Było tak, jakbym przebywała w tej celi razem z nim.

Wiele się tu nauczyłem, szejku. Dowiedziałem się, jak bardzo trzeba się bać, aby naprawdę błagać Boga o przebaczenie, z głębi żołądka. Dowiedziałem się, jak samotna może być dusza, gdy odbiera się jej wszelkie rozrywki, wszystko, co miłe, a także rodzinę. Dowiedziałem się, jak małe i kruche jest to życie i jak wszystko na tym świecie (...) jest mirażem, który wyparowuje na naszych oczach.

Przejmująco brzmi też monolog, który w myślach kieruje Mahmood do młodej królowej.

Znam cię, ale ty nie znasz mnie. Widzę cię w gazetach, w kronikach filmowych, rozpoznaję twój głos w radiu, ale ty nic o mnie nie wiesz. Pijesz herbatę, opłakujesz swojego ojca i nie masz pojęcia, kto to jest Mahmood Hussein Mattan (...) Ty żyjesz swoim życiem, ja swoim, nie mamy z sobą nic wspólnego. Ty jesteś bogata, ja biedny, ty biała, ja czarny, ty chrześcijanka, ja muzułmanin, ty Angielka, ja Somalijczyk, ty kochana, ja pogardzany. Los się pomylił, kiedy nas związał, bo przecież nie łączy nas nic (...)

Poruszająca jest bezsilność Mahmooda i Laury, matnia, w której się znaleźli. Mogą się tylko odwoływać od wyroku, ale tak naprawdę na nic nie mają wpływu. Pewnie gdyby Laura pochodziła z innego środowiska, miała pieniądze, za które wynajęłaby znanego adwokata,  ten proces mógłby potoczyć się inaczej. Ale gdyby rzeczywiście wywodziła się z wyższej klasy społecznej, nigdy by się nie spotkali.

Jest to też oskarżenie bezdusznego systemu, który z jednej strony zachowuje pozory, dba o zdrowie skazańca, zrobi wszystko, aby nie skrzywdził się w celi, dopilnuje, aby ostatni posiłek był lepszy niż te codzienne, na ostatnią drogę dostarczy mu wyprasowany garnitur, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, a z drugiej strony bez skrupułów w asyście wielu urzędników wykona wyrok. W tym biurokratycznym systemie nieoczekiwanie dwaj więzienni strażnicy okażą mu zrozumienie i będą traktowali z życzliwością.

Jeszcze jedną zaletą powieści jest odmalowanie portowej dzielnicy Cardiff. Było to miejsce, które lata świetności miało dawno za sobą. Na wpół zrujnowane, pełne zakamarków, wilgotnych domów, spelunek, podejrzanych typów. Wędrując razem z Mahmoodem po ulicach dzielnicy, miałam wrażenie, że tam stale jest ciemno i ponuro. 

Tash Aw "Faktoria jedwabiu"

Dlaczego postanowiłam sięgnąć po powieść "Faktoria jedwabiu"

Tasha Awa, chińsko-malezyjskiego pisarza mieszkającego w Wielkiej Brytanii? Jakimi ścieżkami biegła moja myśl, skoro czytałam inną jego książkę wydaną w Polsce, "Pięć okien z widokiem na Szanghaj", i średnio mi się podobała? Chyba zdecydowałam się na tę lekturę dlatego, że bliska mi osoba wybiera się do Malezji, gdzie rozgrywa się akcja "Faktorii jedwabiu", a ja kilka lat temu też tam byłam. Chciałam poczuć tamten klimat? Klimat miejsca, w którym mieszają się różne kultury? Odświeżyć wspomnienia? Pewnie tak, nie widzę innego powodu.

Kończąc notkę o "Pięciu oknach z widokiem na Szanghaj", napisałam, że przeczytać można, choćby dla wartości poznawczych czy dla rozrywki, ale są ważniejsze lektury. Tym razem mogę powtórzyć to samo. Połknęłam w kilka dni, ale nie jest to rzecz, do której miałabym potrzebę kiedykolwiek wrócić. Ot, sprawnie napisane czytadło. 

Akcja powieści toczy się na Malajach tuż przed japońską inwazją na tę brytyjską kolonię. Książka składa się z trzech części, każda napisana jest z innej perspektywy. Pierwsza to próba rekonstrukcji życia Chińczyka, Johnny'ego Lima, którego historię po jego śmierci próbuje odtworzyć dorosły syn. Syn, który nienawidzi ojca, bo uważa go za człowieka złego do szpiku kości. Kim był Johnny Lim? Urodził się w  wiosce w malajskiej dolinie Kinta, początkowo pracował w jednej z licznych angielskich kopalń cyny znajdujących się w tamtym rejonie. Poniżany, wykorzystywany, pogardzany jak inni górnicy. Potem zatrudnił się w nieźle prosperującym sklepie z materiałami w mieście Kampar i wkradł się w łaski chińskiego właściciela, wreszcie ożenił się z piękną Snow, córką bogatego przedsiębiorcy i naukowca, też Chińczyka. Później robił dalszą karierę biznesową, założył tę tytułową faktorię jedwabiu, która, jak twierdzi syn, służyła mu za przykrywkę do ciemnych interesów.

Obraz Johnny'ego Lima, jaki wyłania się z kolejnych części, jest zupełnie inny. Druga to dziennik jego zmarłej żony, Snow, a trzecia wspomnienia zakochanego w Malajach i w tropikach ekscentrycznego Anglika, Petera, który poznał Johnny'ego w Singapurze. Zaprzyjaźnili się i polubili, razem wędrowali po malajskiej dżungli, zwiedzali dolinę, a Peter stał się dla niego autorytetem, zwłaszcza w dziedzinie języka i kultury. Bo Johnny, chłopak z biednej wioski, chciał być kimś, nie tylko zdobyć pieniądze, ale i ogładę. Z dziennika Snow i ze wspomnień Petera wyłania się człowiek nieśmiały, nieszczęśliwy, łagodny, zamknięty w sobie. Jaki był naprawdę? Podstępny, bezwzględny, wilk w owczej skórze czy szlachetny, nieśmiały, zakompleksiony dobry, tylko okoliczności zmuszały go czasem do działań nieetycznych?  Kto ma rację? Syn czy tamtych dwoje? Trudno rozstrzygnąć.  Szczerze mówiąc, a właściwie pisząc, nie zajmowało mnie to jakoś szczególnie.

Jeśli coś mnie zainteresowało w tej powieści, poza samą story, za którą z ciekawością podążałam, chociaż nie aż z taką, żeby zarwać noc, to klimatyczna, melancholijna opowieść o wyprawie, którą odbyła tamta trójka w towarzystwie tajemniczego japońskiego profesora i drugiego Anglika, dyrektora jednej z kopalń. Wyruszyli samochodem przez dżunglę, po bezdrożach w kierunku wybrzeża, aby popłynąć na tajemnicze wyspy Siedem Dziewic. Na jednej z nich natknęli się na zarośniętą przez bujną tropikalną roślinność ruinę, która zafascynowała Petera. Najpierw pomyślałam, że to fantazja, ale tak przecież musiały wyglądać ruiny Angkoru, hinduskich świątyń czy majańskich piramid, kiedy je odkrywano. A wszystko to miało miejsce w przededniu japońskiej inwazji na Malaje. Ta podróż, o której nie miał pojęcia syn Johnny'ego, zmieniła wiele w życiu bohaterów. Jak to się mówi, nigdy już nic nie było takie samo. Każdy tam grał swoją grę, a Johnny jawi się jako ofiara. Czy był nią rzeczywiście? Nie wiem, ale naprawdę trudno mi powiedzieć, aby jakoś szczególnie obeszły mnie losy bohaterów.

Poza tym dostajemy trochę historii Malajów, trochę lokalnego kolorytu, ale nie tak wiele, aby zrozumieć specyfikę tego kraju. Jeśli ktoś w Malezji był albo się w te rejony wybiera, albo lubi takie tropikalne klimaty, albo szuka poczciwego czytadła, może po "Faktorię jedwabiu" sięgnąć, ale na pewno są ważniejsze lektury.

Alicja Urbanik-Kopeć "Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym"

"Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym" (Czarne 2022) to

druga książka Alicji Urbanik-Kopeć, po którą sięgnęłam i wiem, że sięgnę po dwie inne, które wydała, i po każdą następną, którą, mam nadzieję, jeszcze napisze. Tą pierwszą była znakomita "Instrukcja nadużycia.  Służące w XIX-wiecznych polskich domach", nie mylić ze  "Służącymi do wszystkiego" Joanny-Kuciel-Frydryszak, tej od "Chłopek". Co ciekawe, obie pozycje wyszły mniej więcej w tym samym czasie i obie bardzo polecam. 

Zanim o książce, kilka słów o autorce. Alicja Urbanik-Kopeć jest kulturoznawczynią, adiuntką w Instytucie Historii Nauki PAN, zajmuje się  historią kobiet w XIX wieku i w początkach XX. Oprócz dwóch wymienionych wydała też książki o robotnicach fabrycznych i pracy seksualnej w XIX wieku. Mimo że jest naukowczynią, pisze w sposób popularyzatorski, jej książki po prostu bardzo dobrze się czyta. Mnóstwo w nich cytatów z prasy, pamiętników i  poradników z okresu,  którym się zajmuje, odwołuje się także do klasyki literatury. Bada, jak problem, który jest przedmiotem jej zainteresowań, był przedstawiany w powieściach czy nowelach funkcjonujących nadal w literackim obiegu.

"Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym" to opowieść o mechanizmach, jakie rządziły zawieraniem małżeństw w wieku XIX i na początku XX. Autorka przygląda się kilku aspektom związanym z zawieraniem małżeństw w tamtym okresie. Pierwszym z nich jest posag. Oczywiście małżeństwa były w większej części aranżowane, ale nawet jeśli ktoś sam szukał sobie żony czy męża przez ogłoszenia matrymonialne w prasie - co pod koniec XIX wieku stawało się coraz bardziej popularne, chociaż nie do końca akceptowane - wśród ludzi, za którymi nie stały rodziny i nie byli osadzeni w towarzystwie, bo na przykład pochodzili z prowincji, to zawsze liczyło się jedno - posag panny. Im większy, tym większe szanse na lepszą partię. Bo małżeństwo było transakcją finansową i ekonomiczną dla obu stron. Kobieta, która w tamtym okresie nie była traktowana jako podmiotowa jednostka, musiała znaleźć męża, który stawał się jej opiekunem w zastępstwie ojca. Jeśli nie wyszła za mąż i tak nie mogła dysponować swoim posagiem! W małżeństwie zresztą najczęściej też nie. A jaki był los panny dobrze urodzonej, która męża nie znalazła? Musiała pozostawać na łaskawym chlebie u bliższych lub dalszych krewnych. Literatura pełna jest portretów takich nieszczęśnic, traktowanych pogardliwie, będących obiektem dowcipów w prasie satyrycznej, zdziwaczałych, nieszczęśliwych. Ale i dla mężczyzny posag był niezwykle istotny. To były pieniądze, które mogły pokryć jego długi kawalerskie, dokapitalizować biznes. Autorka przytacza przykłady, prawdziwe i literackie. Tak powstała fortuna Wedlów w Warszawie, tych od czekolady, fabrykantów Schleibrerów w Łodzi i Wokulskiego, bohatera "Lalki" Bolesława Prusa. O tym, że swój sukces zawdzięczają nie tylko  biznesowym talentom, ale i posagom żon, nikt nie pamięta, a te kobiety często były pokazywane w złym świetle. Jak Minclowa z "Lalki" czy Mada Muller z "Ziemi obiecanej" Reymonta. Chociaż tę ostatnią w niekorzystnym świetle przedstawił film Andrzeja Wajdy. 

A jak radziły sobie kobiety z warstw niższych, które posagu nie miały? Oczywiście pracowały i próbowały odkładać pieniądze. To robotnice fabryczne, służące, szwaczki, ale też guwernantki, bony, nauczycielki. Zarabiały jednak tak mało, że bardzo trudno było im zrealizować swój cel. Dlatego z pomocą przychodziły rozmaite kasy posagowe, gdzie mogły odkładać co miesiąc jakąś kwotę, a kiedy wychodziły za mąż, dostawały odłożone pieniądze. Z powodu, o którym przed chwilą pisałam, kasy nie miały płynności finansowej i musiały wspierać się dobroczynnością, bo z samych składek trudno było spiąć budżet. Wiele z tych kobiet nigdy nie wychodziło za mąż. Były i takie, które celowo rezygnowały z małżeństwa.

Drugi aspekt, jakim zajmuje się autorka, to kompetencje i pozycja. Kompetencje, czyli to wszystko, czego oczekiwano od żony. A oczekiwano, że będzie umiała prowadzić dom, co w tamtym czasie oznaczało nadzorowanie służby, rozdzielanie jej zadań, dbanie o to, żeby wszystko działało jak dobrze naoliwiona maszyna. Proste? Okazuje się, że nie bardzo, jeśli dziewczynę wychowywano z dala od tak przyziemnych spraw. A było to zjawisko powszechne w sferach ziemiańskich czy arystokratycznych. Młode mężatki nie znały najczęściej wartości pieniądza, nie miały pojęcia, ile co kosztuje, ile dać służącej na zakupy. A pieniądze na prowadzenie domu wydzielał oczywiście mąż. 

Kolejna sprawa to pozycja. Tu autorka zastanawia się, kiedy małżeństwo budowało pozycję obu stron, kiedy było mezaliansem, a kiedy awansem. Otóż mezalians niekoniecznie wiązał się z przekroczeniem klasy społecznej. Jeśli towarzyszyły mu pieniądze z posagu, nie było problemu. Małżeństwo uważane było za mezalians, jeśli przekroczeniu klasy towarzyszył ich brak. Najwięcej ryzykowała kobieta z warstwy niższej wychodząca za mąż za mężczyznę stojącego w hierarchii  społecznej wyżej, bo narażona była na ostracyzm towarzyski. Nawet jeśli kompetencje kulturowe małżonków nie różniły się bardzo, bo ona była ziemianką, a on arystokratą. Małżeństwa między kobietą z klasy niższej, służącą, guwernantką, boną, a mężczyzną z wyższej zdarzały się bardzo rzadko. Na mezalians, czyli nieoglądanie się na opinię otoczenia, mogli sobie pozwolić albo mężczyźni bardzo bogaci, albo uważani za ekscentryków, na przykład artyści. Autorka przytacza w tym rozdziale bardzo ciekawe przykłady z literatury - pisze o "Lalce" Prusa i "Trędowatej" Mniszkówny, a także o "Moralności pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej. Szczególnie ten ostatni przykład jest bardzo interesujący. Alicja Urbanik-Kopeć bardzo konkretnie uzasadnia, dlaczego Hance nie opłacałoby się wyjść za mąż za Zbyszka nawet wtedy, gdyby nie zdezerterował. Otóż otrzymana duża rekompensata finansowa pozwoliła jej urządzić się na wsi, gdzie miała narzeczonego. Jako żona Zbyszka byłaby nikim - pogardzana, wyśmiewana, trzymana z dala od towarzystwa.

Ostatni aspekt to los tych kobiet i mężczyzn, które i którzy nie znaleźli kandydata na męża czy kandydatki na żonę. I tu znowu  w najgorszej sytuacji były kobiety. Obdarzone pogardliwym epitetem starych panien, wyśmiewane, pogardzane, postrzegane przez liczne stereotypy. Że zgryźliwe, złośliwe, kapryśne, że same sobie winne, bo odtrącały licznych kawalerów, że zamiast wychowywać dzieci, zajmują się zwierzętami. Litowano się tylko nad tymi, które uważano za brzydkie albo nad chorymi czy ułomnymi. Ponieważ kobieta była tylko wtedy coś warta, jeśli była użyteczna, w rozmaitych artykułach, poradnikach czy książkach doradzano im, aby zajęły się na przykład wychowywaniem dzieci swoich sióstr czy innych krewnych. Nie do pozazdroszczenia był los starych panien z klas niższych. Kiedy traciły zdrowie, starzały się i nie mogły już pracować, zdane były na instytucje dobroczynne. Po pierwszej wojnie światowej bardzo powoli do świadomości społecznej przebijała się myśl, że kobieta może nie wyjść za mąż nie dlatego, że nie znalazła odpowiedniego kandydata, ale dlatego, że nie chce. Było to związane z tym, że wielu mężczyzn zginęło w czasie wojny, a kobiety zaczęły pracować, coraz więcej też zdobywało wykształcenie.

Jakie wnioski płyną z książki Alicji Urbanik-Kopeć? Po pierwsze, że kobiety zawsze mierzono inną miarą niż mężczyzn. To, co uchodziło mężczyźnie, nie uchodziło kobiecie. Po drugie, że kobiety były finansowo uzależnione od mężczyzn, najpierw od ojców, potem mężów. Ich wartość mierzono wysokością posagu i przydatnością do małżeństwa. Nie były traktowane podmiotowo, ich racja bytu to przydatność małżeńska, a jeśli to się nie udało, to jakakolwiek inna. Po trzecie od kobiet wymagano niemożliwego. Przed ślubem miały być eterycznym puchem marnym trzymającym się z dala od codziennych spraw, a po ślubie musiały od razu stać się żonami obeznanymi z przypisanymi im obowiązkami. Także tymi ze sfery seksualnej, a przecież nikt ich nie uświadamiał. To dopiero był horror! Takich sprzeczności i wymagań niemożliwych było znacznie więcej, także wobec kobiet z klas niższych, które musiały pracować. No i po czwarte chociaż wiele się w tej dziedzinie zmieniło, to przecież nie wszystko.

Bardzo, bardzo ciekawa książka!

Alfred Hayes "Dziewczyna na via Flaminia"

Lekturę powieści Alfreda Hayesa "Dziewczyna na Via Flaminia"

(Próby 2023; przełożyła Anna Arno)  zawdzięczam szczęśliwemu przypadkowi. No bo wcześniej nie słyszałam ani o autorze, ani o książce. Ten przypadek to zachwyty prowadzącej audycję literacką w jakimś niszowym, chyba internetowym, radiu, która to audycja dość chimerycznie wpada mi w formie podcastu na moją playlistę w znanej  podcastowni. Uwielbiam takie sytuacje, kiedy na swojej czytelniczej drodze znajduję nieoczekiwaną perełkę. Dwa największe odkrycia z tej dziedziny to "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg i powieści Siegfrieda Lenza, szczególnie "Lekcja niemieckiego" i "Muzeum ziemi ojczystej". Tę ostatnią należy przeczytać w pakiecie z "Wszystko na darmo" Waltera Kempowskiego i pewnie z "Tonią" Ishbel Shatrawskiej. Piszę pewnie, bo ta lektura ciągle przede mną. 

Zanim o powieści, parę słów o jej autorze. Otóż ja o Alfredzie Hayesie dotąd nie słyszałam, ale prawdopodobnie znali go filmoznawcy, bo był współscenarzystą filmów takich włoskich twórców jak Roberto Rossellini czy Vittorio de Sika. Potem pracował w Hollywood, gdzie współpracował z Fritzem Langiem, Hughiem Hudsonem czy Alfredem Hitchcockiem. Na podstawie powieści, o której dzisiaj, powstał film "Ich wielka miłość" z Kirkiem Douglasem i Brigitte Bardot. Próby wydały jeszcze jedną jego powieść - "Zakochany". Jak można przeczytać na stronie wydawnictwa, dziś jest na nowo odkrywany jako pisarz.

"Dziewczyna na Via Flaminia" to powieść bardzo klimatyczna, melancholijna i smutna. Jej akcja toczy się w Rzymie w grudniu 1944 roku i w styczniu roku 1944. Miasto, podobnie jak znaczna część Włoch, zostało odbite już z rąk faszystów i znajduje się pod rządami sprzymierzonego z  aliantami rządu i króla. W tym samym czasie północnymi Włochami wciąż rządzi Mussolini, który jest sojusznikiem Hitlera. W Rzymie stacjonują żołnierze angielscy i amerykańscy, zdarzają się i inne nacje. Mowa jest też o Polakach, którzy pewnie wkrótce przybędą. Włosi ciężko znoszą trudy wojny - braki żywności, drożyznę, przerwy w dostawach prądu, sytuację pogarsza jeszcze zima i panujący za jej sprawą chłód. W mieście po zmroku zapadają ciemności, bo nie świecą uliczne latarnie, jest niebezpiecznie, lepiej siedzieć w zimnym i często ciemnym mieszkaniu niż spacerować po ulicach. Pod mostami i w niektórych punktach miasta wystają zdesperowane dziewczyny czekające na amerykańskich i angielskich żołnierzy. W ten sposób mogą poprawić swój byt w czasach, kiedy niewiele jest możliwości zarobkowania. Te sprytniejsze, ładniejsze i obrotniejsze nie muszą marznąć pod mostami - mają swojego żołnierza. Największe szczęściary spotykają się z oficerami. Każdy radzi sobie, jak może. Na przykład Adela Pulcini ratuje rodzinny budżet, prowadząc w swoim mieszkaniu na Via Flaminia coś w rodzaju szynku dla żołnierzy, czasem wynajmuje im i ich włoskim żonom albo narzeczonym pokój, czasem stręczy dziewczynę na jedną noc. Wpadają wieczorami, kupują wino i coś do jedzenia, rozmawiają z nią i  jej mężem Ugo, niekiedy pojawia się ich syn  Antonio. Dla żołnierzy to odrobina normalności. Tęsknią za domem, w którym nie byli od początku wojny, za żonami i dziećmi. Mają dość koszarowego życia.

Ta powieść znakomicie pokazuje, czym jest wojna, ta daleka od frontu. Bo nie ma tu wielkich dramatów - bombardowań, tortur, faszystów, hitlerowców, łapanek i tego wszystkiego, co jest polskim doświadczeniem wojennym i okupacyjnym. Ale życie trwa w zawieszeniu, którego każdy ma dość. Ludzi dotyka bezsens wojny i związane z nią ciężary. Jednych dręczy tęsknota za bliskimi i ojczyzną, innych trudy codziennego życia, wszystkich strach i zmęczenie. I ten brak nadziei, że to się kiedyś skończy. Tylko pozornie wydaje się, że wszyscy jakoś się urządzili i trwają w letargu. Pora roku, zimno i ciemności znakomicie podbijają atmosferę tej powieści. Bohaterowie marzą o wiośnie. Może wtedy będzie lepiej. 

Pod powierzchnią pozornej zgody pomiędzy mieszkańcami Rzymu, a żołnierzami alianckich armii, aż kipi od sprzecznych uczuć. Ci Włosi, którzy początkowo traktowali aliantów jak wyzwolicieli, teraz mają już ich dość, pragną tego, aby sobie poszli. A przecież są i tacy, zwolennicy Mussoliniego, dla których ich przybycie to klęska. Stosunek do Mussoliniego, Hitlera i aliantów bardzo podzielił mieszkańców Italii. Żołnierze traktują Włochów z góry, pogardzają nimi. W salonie Pulcinich na Via Flaminia czasem pękają tamy i rozwiązują się języki, mnożą się wzajemne pretensje, chociaż pani Adela i pan Ugo starają się, każde na swój sposób, tonować nastroje. Podskórne wrzenie spowodowane jest także niejednoznacznym stosunkiem Włochów do wojny, o czym już wspominałam. Przecież wielu z nich popierało Mussoliniego i sprzymierzonych z nim hitlerowców. Teraz nagle sojusze się odwróciły, nie wszystkim się to podoba. Jeszcze inni czują się przegrani. To przypadek syna Pulcinich, Antonia. Walczył w oddziałach włoskich w Afryce północnej, został ranny, potem zdezerterował, ojciec w obawie przed aresztowaniem ukrywał go w piwnicy do nadejścia wojsk alianckich. Jest w nim wiele goryczy, nie potrafi poradzić sobie ze swoją sytuacją. Czy dręczy go to, że zdezerterował, czy to, że potem ukrywał się w piwnicy, zamiast przystąpić do oddziałów partyzanckich? A może trauma spowodowana przeżyciami na froncie afrykańskim spowodowała, że bał się walczyć? To on prowokuje ostre dyskusje. 

Ale to wszystko, o czym tu pisałam, zarysowane jest bardzo subtelnie i delikatnie. Na główny plan wybija się historia tej tytułowej dziewczyny z Via Flaminia. To dwudziestokilkuletnia Lisa, którą ojciec wysłał z Genui do Rzymu w obawie przed bombardowaniami miasta. Sama, skazana tylko na siebie, nie ma pracy, jest głodna. Nina, która razem z amerykańskim oficerem wynajmowała pokój u Pulcinich, a teraz wyjeżdża z nim do Florencji, skontaktowała ją z amerykańskim żołnierzem, Robertem. Będą udawać małżeństwo i zajmą pokój po niej i jej oficerze. To transakcja wiązana - Lisa jest głodna i nie ma pracy, on ma już dość mieszkania w koszarach i pragnie kobiety. Nie oszukuje jej, nie wmawia, że ją kocha, że kiedyś się z nią ożeni i że wyjadą razem do Stanów. Za to może zapewnić jej przyzwoity pokój i jedzenie, nawet takie rarytasy jak kawa czy czekolada. Problem w tym, że chociaż robią tak setki dziewczyn, Lisa nie potrafi. Nie umie odnaleźć się w tym układzie. Najchętniej zrezygnowałaby z niego, ale nie widzi żadnej alternatywy. Jakoś musi żyć.  

Nieoczekiwanie powieść Alfreda Hayesa, która została napisana albo na początku lat pięćdziesiątych, albo pod koniec czterdziestych (film, który powstał na jej podstawie jest z roku 1953), staje się bardzo współczesna. Bo całe odium takich związków jak Lisy i Roberta spada na kobiety. To nimi pogardzają patrioci, uważając, że puszczają się z wrogiem. To im goli się głowy, to one mogą zostać złapane przez policję, zawiezione  na upokarzające badanie do szpitala, gdzie dostaną żółtą książeczkę, która ostatecznie je napiętnuje jako prostytutki. To wszystko dlatego, że władze obawiają się epidemii chorób wenerycznych. W najgorszym razie mogą nawet zostać aresztowane. Problem w tym, że do tanga trzeba dwojga. Nikt nie piętnuje żołnierzy, nikt ich nie ocenia, nie interesuje się tym, czy gdzieś w swoim kraju mają żony i dzieci, nikt ich nie łapie, nie bada ani nie wręcza żółtej książeczki. A przecież to oni pod tymi mostami albo na ulicach szukają dziewczyn na jedną noc lub na dłużej. Jak zawsze cierpią kobiety. To one są winne, to one są kryminalizowane, to one na wojnach są gwałcone. Nie dość, że traktuje się je jak nagrodę dla strudzonego i wyposzczonego żołnierza, to jeszcze spotykają je za to szykany. Tak podsumuje to pani Adela:

 ... zrzucają na siebie bomby, miasta obracają w ruinę, ale dziewczyna w łóżku to zbrodnia.

Bardzo dobra, poruszająca powieść. Nie może mnie opuścić. Na pewno sięgnę po "Zakochanego", którego też wydały Próby.

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"

"Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery (W.A.B. 2014; przełożyła

Agnieszka Holland) to jego trzecia powieść, którą przeczytałam w ramach nadrabiania karygodnych zaległości. Z tymi karygodnymi to celowa przesada, bo już dawno zrozumiałam, że nie da się poznać ani całej klasyki, a Kundera takim klasykiem już jest, ani wszystkich nowości wartych lektury. Przestałam uważać, że coś powinnam albo muszę. Czytam, co chcę i co mnie interesuje. Nie ukrywam, że po twórczość Milana Kundery postanowiłam sięgnąć, kiedy po jego śmierci wysłuchałam dwóch ciekawych rozmów jej poświęconych. Nie zamierzam jednak czytać wszystkiego. Podążam za rekomendacjami i gustem Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego znawcy czeskiej literatury i kultury. Czegoś trzeba się trzymać. "Nieznośna lekkość bytu" to wyjątek na mojej liście książek czeskiego pisarza, którą sobie sporządziłam po wysłuchaniu wspomnianych rozmów. Dlaczego? Bo jako jedyną czytałam ją już kiedyś. Jest więc to moje ponowne z nią spotkanie, z pierwszego niewiele zostało - zarys fabuły i sylwetek trojga głównych bohaterów, świadomość, że mi się podobała.

Kundera wraca tu do swoich ulubionych tematów, którymi są splot indywidualnego losu z Historią, niszczenie jednostki przez reżim komunistyczny, rola przypadku, nad którą w sposób szczególny zastanawia się w tej powieści. Wraca też do swojej ulubionej formy - mamy kilkoro bohaterów, tym samym zdarzeniom przyglądamy się z różnych perspektyw. Za to znacznie więcej jest w "Nieznośnej lekkości bytu" fragmentów eseistycznych czy nawet rozważań filozoficznych. Przyznaję, pewnie nie po raz pierwszy, że filozofia to moja nieodwzajemniona miłość. No może miłość to zbyt duże słowo, w każdym razie bardzo bym chciała jakoś ją liznąć, ale zawsze okazuje się, że to nie na moją to głowę. Wszelkie próby kończą się fiaskiem. Dlatego i tu niektóre fragmenty, szczególnie te z przedostatniego rozdziału, a właśnie tam jest ich najwięcej, nieco mnie nużyły, bo podążanie za myślą pisarza nie do końca było łatwe. Ale też bez przesady, da się przez nie przejść i naprawdę warto czytać do końca.

Historia chirurga Tomasza, jego żony Teresy, kochanki Sabiny i kilku jeszcze drugoplanowych, chociaż też istotnych, postaci, myślę tu szczególnie o Franzu, który przez jakiś czas związany był z drugą z tych kobiet, wpisana została w opozycję ciężaru i owej tytułowej lekkości bytu, którą wywiódł Kundera od idei wiecznego powrotu Nietzschego i od Parmenidesa. Przymiotnik nieznośna jest już wkładem samego pisarza. Czy ktoś jeszcze nie zajmował się tą antynomią, pojęcia nie mam, trudno zakładać, żeby nie. W skrócie, gdyby przyjąć, że wszystko powraca, nasze życie, każdy nasz czyn byłby obciążony ciężarem odpowiedzialności. Ponieważ nie wraca pojawia się ta lekkość. Z drugiej strony dopiero ciężar sprawia, że nasze życie staje się prawdziwsze, bardziej realne, bardziej je odczuwamy, lekkość oznacza ulotność, odebranie wagi. Co w takim razie lepsze? Ciężar czy lekkość? Nietzsche wybiera ciężar, a Parmenides lekkość. Referuję za Kunderą, jeśli coś przekręciłam, czegoś nie zrozumiałam, z góry przepraszam. W to wszystko wplata też autor rolę przypadku. Teresa pojawiła się w życiu Tomasza w wyniku splotu okoliczności - musiał nastąpić szereg przypadków, aby się spotkali, z tak różnych światów byli. On, wykształcony chirurg z Pragi, który świadomie porzucił żonę i syna, aby skakać od kochanki do kochanki i oddać się pracy. Cóż, w prawdziwym życiu nazwalibyśmy go pewnie seksoholikiem, ale pisarz nadaje jego niepohamowanej skłonności do kobiet głębsze znaczenie. Ona, kelnerka z prowincji, bez wykształcenia, doświadczona przez dom rodzinny, zakompleksiona, ale, jak się później okaże, zdolna i wrażliwa. Nie jest odpowiednikiem Łucji z "Żartu". Czy wybierając ją, wybrał ciężar? Czy ją skrzywdził, bo zdradzał, chociaż tylko fizycznie? W tych skokach w bok nie było przecież żadnych uczuć, kochał ją. Ale ona odczuwała je boleśnie. A może to ona skrzywdziła jego, kiedy  wróciła z Genewy do Pragi, gdzie wyemigrowali po upadku praskiej wiosny, a on po jakimś czasie wyjechał za nią? Gdyby został, nadal byłby chirurgiem, a chirurgia była dla niego wszystkim, czymś, co wybrał świadomie, w czym się spełniał. W Pradze po jakimś czasie skończył, myjąc szyby. Ale to było przecież wynikiem jego przypadkowego chwilowego zaangażowania się w politykę. Gdyby stał z boku, może nie musiałby odchodzić ze szpitala. Nad tym wszystkim zastanawia się narrator, obserwując swoich bohaterów  z dystansu, przyglądając się im niczym eksponatom, egzemplifikacjom ludzkich postaw.

Bo powieść Kundery bardzo mocno wpisana została w politykę, w zdarzenia praskiej wiosny z roku 1968, a szczególnie ich konsekwencje dla czeskiej inteligencji, zwłaszcza dla tych, którzy nie potrafili stać z boku, jakoś dali świadectwo swojej niezgodzie na stłumienie chwilowej wolności zakończonej radziecką okupacją. Ich los był taki jak Tomasza. Tomasza, który wcześniej zawsze wybierał to, co lekkie, dopiero Teresa i Historia wprowadziły w jego życie ciężar. Zdegradowani, wyrzucani z uczelni, gazet, zmuszeni pracować fizycznie. Albo jeszcze gorzej zamykani w więzieniach. Pisząc o tym, autor zastanawia się nad sensem masowych protestów, owych Wielkich Marszów, jak je nazywa, organizowanych przez intelektualistów i aktywistów z Zachodu w obronie tłamszonej wolności. To polityczny teatr zamiast prawdziwego czynu. Czy mają sens, skoro najczęściej nie przynoszą rezultatów? Zwłaszcza już, natychmiast. Czy są tylko sposobem na poprawę samopoczucia protestujących, którzy nie chcą się czuć bezradni i mają złudne wrażenie, że coś robią? A dla osób sławnych, Kundera nie używa jeszcze słowa celebryci, są sposobem lansowania się, czy może zwracania uwagi na protest w słusznej sprawie? Pisarz pozostaje raczej pesymistą, przynajmniej ja tak odczytuję jego stanowisko. Lepiej jednak, gdy nie ma innej drogi, wybrać teatr, skoro nie można wybrać czynu. Z drugiej strony, przecież wiadomo, że kropla drąży skałę. Gdyby pesymizm Kundery zawsze się sprawdzał, nadal w tej części Europy panowałaby komuna i wszystko, co z nią związane.

"Nieznośna lekkość bytu", chociaż chyba najbardziej wymagająca spośród tych pozycji Kundery, które do tej pory przeczytałam (wspomniany "Żart" i "Walc pożegnalny"), daje najwięcej pola do rozważań. Wiele tu symbolicznych snów, które dręczą bohaterów, zwłaszcza Teresę, powracających scen. Są związki z muzyką, beethovenowskie ess mussein, czyli tak musi być, które dręczy Tomasza. Ale jest też kawał życia. Zwłaszcza Teresa wydaje mi się najciekawiej sportretowaną bohaterką. Godna by była osobnych rozważań, można w jej postaci odnaleźć wiele tego, co dręczy kobiety także dzisiaj. Zwłaszcza relacja z matką, która położyła się cieniem na jej osobowości, ukształtowała ją, stała się przyczyną wielu kompleksów, lęków, ale i buntu. Uczyniła ją kruchą i silną zarazem. Są też w tej powieści momenty wzruszające. Szczególnie silny związek Teresy z psem, który się do niej przyplątał, a którego nazwała Karenin. W ogóle końcówka powieści chyba najbardziej mnie poruszyła i wynagrodziła trudy czytania partii eseistycznych i filozoficznych. 

Po raz kolejny przekonałam się, że warto po Kunderę sięgnąć. W planach mam jeszcze dwie jego powieści z czasów czeskich, może najważniejsze eseje. A teraz obraz praskiej wiosny najlepiej byłoby skonfrontować z powieścią "Cud", poświęconą też praskiej wiośnie, mojego ulubionego czeskiego pisarza, Josefa Škvoreckiego. Kiedyś to nastąpi. Kiedy? Nie wiem.

Tove Ditlevsen "Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane"

"Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane" Tove Ditlevsen
(Czarne 2022; przełożyła Iwona Zimnicka) to czwarta, tak, tak, czwarta, 
   wydana w Polsce książka tej duńskiej pisarki, o której w bańce czytających zrobiło się głośno dopiero za sprawą Czarnego. Pierwsze w roku 2007 wyszły "Twarze" i nawet ja zapomniałam, że wygrzebałam tę informację, pisząc o jej poprzednich książkach. Właśnie sprawdziłam - bez problemu można ją dostać w bibliotece, więc pójdę za ciosem. Druga to  "Ulica dzieciństwa", wydana przez Marpress w roku 2021, też przeszła bez echa, dopiero trzecia, "Trylogia kopenhaska", która ukazała się nakładem Czarnego rok później, narobiła szumu, zapewne dzięki sile przebicia wydawnictwa. Bo zapewniam, że "Ulicę dzieciństwa" miłośnicy Tove Ditlevsen też powinni przeczytać. Cóż, lepiej późno niż wcale albo do trzech razy sztuka - bardzo dobrze się stało, że dzięki Czarnemu zrobiło się o tej duńskiej pisarce, która zmarła w roku 1976, tak głośno.
 
"Moja żona nie tańczy" to, jak zaznaczono w podtytule, zbiór opowiadań. Pochodzą z kilku okresów  twórczości pisarki. Z opowiadaniami mam zawsze kłopot, a już szczególnie tak krótkimi jak te. Przyznaję, nie jest to moja ulubiona forma, zdecydowanie wolę dłuższe i jeszcze jakiś czas temu niemal w ogóle   opowiadań nie czytałam. Teraz to się zmieniło, chociaż coś, czyli najczęściej tematyka, musi mnie do nich przyciągnąć, abym sięgnęła po ich zbiór. Bo jak je czytać, zwłaszcza jeśli są takie króciutkie jak te, które pisała Tove Ditlevsen? Robić po każdym przerwę? Przejść od razu do kolejnego? A to kolejne to przecież nowe bohaterki i nowi bohaterowie, inny świat, inne problemy. Chociaż w wypadku tego zbioru jest jeden wspólny dominujący problem, o czym za chwilę. Właściwie przecież każde z nich mogłoby być zaczątkiem dłuższego opowiadania albo powieści. Tyle tu ludzkich historii! Cóż, nieprzypadkowo wybrałam  tę książkę właśnie teraz, chociaż w moim czytniku leżała od dłuższego czasu - wiedziałam, że w najbliższym okresie będę musiała wykradać chwile poświęcone lekturze, więc takie króciutkie opowiadania były znakomite. Czytałam po jednym, dwa, czasem więcej. Może zresztą dobrze się złożyło, bo są bardzo przygnębiające i pochłaniane w większych dawkach mogłyby nieźle zdołować, a ja nie potrafię czytać dwóch książek jednocześnie, żeby zrobić sobie odskocznię. Zawsze kończy się to odłożeniem jednej i z nieznanych mi przyczyn potem bardzo trudno mi do niej wrócić.
 
Ale do rzeczy. Co łączy opowiadania Tove Ditlevsen? Wszystkie mówią o samotności, często też poczuciu pustki, wynikającej z braku porozumienia między bohaterkami i bohaterami. Tych pierwszych jest zresztą więcej. Stop! Może nie tyle więcej, ile są najczęściej na pierwszym planie. Bo wcale nierzadko jest tak, że sytuację oglądamy z punktu widzenia dwojga, jej i jego. W kilku jest to dziecko i rodzice. Te są szczególnie przejmujące. Bo bohaterki i bohaterowie Tove Ditlevsen milczą. Oczywiście nie w sposób dosłowny. Komunikują się ze sobą, ale są to rozmowy o sprawach codziennych. Milczą o tym, co czują, o co mają pretensje, o swoich pragnieniach i o tym, co ich boli, denerwuje. Egzystują w swoim zamkniętym świecie. Jakby każde z nich otoczone było niewidzialną bańką. Żyją razem, ale obok siebie, mijają się. To milczenie czyni ich życie trudnym, czasem nie do zniesienia, wręcz beznadziejnym, bo dopóki nie zaczną z sobą rozmawiać, dopóty tkwić będą w marazmie, emocjonalnej drętwocie, a rozmawiać nikt ich nie nauczył. 
 
Potem wyminęła męża i weszła do niewielkiego salonu, z powrotem do tego, co przewidywalne, znośne, raz na zawsze ustalone. 
 
W oczach bez wyrazu mieli wypisane małżeństwo i pracę biurową.
 
Bohaterki i bohaterowie rzadko przeżywają wielkie tragedie, niewiele tu fizycznej przemocy, za to mnóstwo psychicznej, zupełnie nieuświadamianej. Najczęściej dzielą ich oczekiwania, pragnienia. Skąd to milczenie? W dużej mierze ma korzenie w patriarchacie. Kobiety, mężczyźni i dzieci to tutaj osobne światy. Co z tego, że są razem - w sferze relacji niewiele z tego wynika. Mężczyźni zajęci swoimi sprawami, nie dostrzegają potrzeb swoich żon, kochanek, rzadziej partnerek. Zresztą, gdyby nawet dostrzegali, to i tak pewnie by się z nimi nie liczyli. Pracują, przynoszą do domu pieniądze, potem odpoczywają, usypiając nad gazetą, jeśli mają problemy, topią je w alkoholu, wyładowują wybuchami agresji. A kobiet nikt nie nauczył, aby mówić, czego chcą, co je boli. Wchodzą w przypisane im od dzieciństwa role żony, matki, a potem babci. Tak dzieje się z bohaterką opowiadania "Młoda kobieta zostaje babcią".
 
Słuchaj, mamo, teraz kiedy zostaniesz babcią, naprawdę musisz skończyć z byciem młodą dziewczyną. 
 
Takie słowa słyszy od swojej córki, która oczekuje dziecka. Podobnie myśli jej mąż, przyszły dziadek. 
 
Masz w sobie niesamowitą witalność. (...) Kobiety w twoim wieku zaczynają żyć jednak trochę spokojniej.
 
Podobnie widzi ją fryzjerka, do której zawsze chodzi. A ona odczuwa zamęt, raz chce być taka jak dotąd, raz wydaje jej się, że powinna dopasować się do tych oczekiwań. Zawsze od niej czegoś chcieli. Najpierw, żeby wyszła za mąż, potem, żeby była młoda, wręcz wciskali ją w młodość tak, jak teraz wciskają ją w babciowość. A ona nie wie, kim chciałaby być naprawdę. Umie być żoną, matką, kiedyś umiała być wnuczką, teraz sama będzie musiała nauczyć się być babcią, co ją przeraża, ale nie potrafi o tym powiedzieć. Czy się dostosuje? Nie ma tu zbuntowanych bohaterek.
 
Kobiety nie chcą być bez mężczyzny, bo będą postrzegane jako te gorsze. Tak je wychowano. Często małżeństwo jest ucieczką od ciężkiej, nisko płatnej pracy. Potem dopasowują się do tego, czego oczekują od nich ich partnerzy i są nieszczęśliwe. 
 
(...) wieczorem weszły w małżeństwo tanecznym krokiem, a rano obudziły się z widokiem na ciągłe zmywanie i samotność w świecie istniejącym dzięki mężczyznom, lecz w którym one są zbędne.
 
Dlatego porzucenie jednego mężczyzny dla drugiego najczęściej niewiele w ich sytuacji zmienia. Za wszelką cenę starają się spełniać nowe oczekiwania. 
 
Jego ciągła obecność wywróciła jej życie do góry nogami, bo w kobiecie głęboko zakorzenione jest przekonanie, że mąż ma wychodzić rano i wracać wieczorem.. Nie wiedziała, jak ma się zachowywać przy mężczyźnie, który całe dnie spędza w domu. Stał się dla niej obcy. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, poza tym musiała trzymać dzieci z dala od niego, ponieważ go irytowały. 
 
Wiedzą, że coś je uwiera, ale albo nie potrafią powiedzieć co, albo nie umieją się zbuntować. Boją się samotności. Zresztą mężczyźni też wchodzą w przypisywane im role, o czym już wspominałam. Jeśli nie potrafią im sprostać, rodzi się strach. Tak jest z bohaterem opowiadania "Lęk". Ale może jeszcze gorsza jest sytuacja dzieci. Dzieci, które ze względu na sytuację materialną albo pojawienie się młodszego  rodzeństwa, musiały przejąć obowiązki dorosłych albo nawet wejść w ich rolę i troszczyć się o ich dobro. Innym bezpieczny świat zrujnowało rozstanie rodziców. Są bezradne, nic nie mogą zrobić. Pragnienie bliskości, ciepła, okazanego uczucia aż się z nich wylewa, ale boją się o tym mówić. Milczą i cierpią, udając, że wszystko jest w porządku. Trudno się zatem dziwić, że jako dorośli zachowują się podobnie. 
 
Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie "Dobry interes". O kobiecie porzuconej przez męża, która musi sprzedać dom, aby utrzymać siebie i troje dzieci. Czuje się bezradna, zmęczona, nie zna się na interesach, co bezwzględnie wykorzystują agent nieruchomości i jego klient. W to wszystko wpleciona jest jeszcze jedna kobieta, żona kupującego, która wkrótce sama zostanie matką. Z jednej strony współczuje tej obcej kobiecie. Z drugiej nie potrafi sprzeciwić się mężczyznom, chociaż wie, że wykorzystują podbramkową sytuację porzuconej żony. Z trzeciej cieszy się, bo dom jej się podoba. Jak to jest znakomicie rozegrane, jak subtelnie napisane!

Opowiadania Tove Ditlevsen są gęste, o każdym można by rozmawiać z osobna, analizować postawy bohaterek i bohaterów. Mimo tak małej objętości wchodzimy głęboko w ich osobowość, w ich wewnętrzny świat. Wiele dzieje się pomiędzy słowami. To naprawdę mistrzostwo. Najlepszym probierzem tego, jakie zrobiły na mnie wrażenie, jest łatwość, z jaką mi się o nich pisało, chociaż nie od razu po zamknięciu książki miałam czas, aby podzielić się tu moimi refleksjami. Pisząc, zupełnie nie musiałam zerkać do notatek, które robiłam, słowa same płynęły spod palców. 
 
Mottem opowiadań Tove Ditlevsen mógłby być cytat z jednego z nich: Może wiele nieszczęść wynika stąd, że ludzie nie są zbyt zainteresowani tym, co się dzieje w kimś najbliższym. A zaczynając robić notatki po lekturze kilku pierwszych, napisałam: o życiu, co stale stawia nowe wymagania i nie daje spokoju.

Popularne posty