Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty

Mario Vargas Llosa "Zielony Dom"

Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył

Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie w tym wyborze znakomity tłumacz Tomasz Pindel, który w jednym z podcastów zaliczył tę powieść do kilku najważniejszych i jego ulubionych w twórczości peruwiańskiego noblisty. Tu krótka dygresja - niezwykle mnie ucieszyło, że wśród tych kilku znalazł się także "Lituma w Andach", który zrobił na mnie spore wrażenie. Zawsze to miłe, jeśli literackie wybory zostaną potwierdzone przez znawcę. Być może jeszcze długo "Zielony Dom" leżałby sobie na wirtualnym regale bibliotecznej aplikacji, gdyby nie śmierć pisarza. Przeczytanie powieści, której jeszcze nie znałam, to najlepszy sposób, żeby oddać hołd jednemu z moich ulubionych autorów. 

Od razu zaznaczę, że "Zielony Dom" nie jest lekturą łatwą. Należy do tych książek Llosy, w których pisarz gmatwa wątki, a narracja jest nieoczywista. Są tu rozdziały pisane po bożemu, a są takie, w których na jednej stronie akcja bez ostrzeżenia skacze od wydarzeń dziejących się na oczach czytających do tych z przeszłości bohaterów. Jakby wspominali to, co miało miejsce onegdaj. Dodatkową trudnością jest zupełny brak chronologii. Nie od razu jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy co się wydarzyło i co łączy poszczególne wątki, które wydają się być od siebie dość odległe. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, co było wcześniej, a co później i co łączy bohaterki i bohaterów. Aż w końcu składamy sobie całą historię. Nie jest też łatwo określić czas akcji, bo nie ma tu wielu odniesień do historii Peru. Udało mi się ustalić, że niektóre wydarzenia działy się w latach czterdziestych zeszłego wieku. Inne wcześniej, a inne później, bo akcja toczy się na przestrzeni może trzydziestu, a może czterdziestu lat. I to jest trudne do ustalenia. 

Kto czytał "Rozmowę w Katedrze", Powieść przez duże P, ten wie, o czym piszę. Moim zdaniem warto jednak podjąć trud, oswoić się z takim sposobem opowiadania, bo książka jest tego warta. Tym bardziej, że po jakimś czasie da się jednak odkryć jakiś porządek w tym szaleństwie. Powieść składa się z czterech części i epilogu poprzedzonych czymś w rodzaju prologu, każda część to kilka rozdziałów, a w każdym z nich przewijają się poszczególne wątki wydzielone w osobnych akapitach. Właściwie przy ponownej lekturze można by "Zielony Dom" czytać inaczej - śledząc poszczególne wątki.

Tym razem akcja powieści toczy się w Piurze, mieście na północy Peru położonym wśród pustynnych piasków, w którym kilka lat swojego dziecięcego życia spędził pisarz, ale także w peruwiańskiej części Amazonii, na rozlewiskach jej dopływów, w małej zagubionej wśród dziewiczej selwy osadzie Santa Maria de Nieva zamieszkanej przez białych i ludność rdzenną, na zagubionych w głuszy wysepkach, gdzie ukrywają się nielegalni handlarze kauczuku, w osadach rdzennych mieszkańców. To teren dziewiczy, w którym łatwo się ukryć, aby prowadzić swoje ciemne interesy. Żeby się po nim poruszać, trzeba bardzo dobrze znać rzekę i jej dopływy, wiedzieć, kiedy można po niej pływać. Dlatego tak ważni są piloci, których wojsko czy policja i wszyscy pływający po Amazonii muszą zatrudniać w roli przewodników. Takim pilotem jest Nieves, mężczyzna o mieszanym pochodzeniu, jeden z bohaterów powieści. 

Mario Vargas Llosa znakomicie oddaje atmosferę tych miejsc. Trudy życia w zagubionych osadach czy obozach, kaprysy przyrody, niebezpieczeństwa, konflikty między białymi, a rdzenną ludnością, prymitywne warunki życia. Ci, którzy się w Amazonii urodzili, kochają ją i zawsze za nią tęsknią, biali, którzy nie z własnego wyboru muszą mieszkać w niewielkich miejscowościach takich jak Santa Maria de Nieva, gdzie dostać można się tylko rzeką, często nienawidzą tego miejsca i marzą tylko o tym, aby z niego uciec.

Te dwa światy wyznaczają dwa zasadnicze wątki tej powieści. Jeden związany jest z Piurą, gdzie przed laty nagle pojawił się tajemniczy mężczyzna, Anselmo, który na skraju miasta wybudował dom, ten tytułowy Zielony Dom, dla mężczyzn miejsce cielesnych uciech, rozrywki, a dla innych, a zwłaszcza dla miejscowego księdza, zgorszenia i grzechu. Nie wiadomo, co z tamtych wydarzeń sprzed lat jest prawdą, a co mitem. Ta historia opowiadana jest inaczej, trochę jak legenda. Niektórym wydaje się, że pamiętają tamte zdarzenia z czasów, kiedy byli dziećmi, sam Anselmo, prawie niewidomy, nieszczęśliwy grajek występujący w trzyosobowym zespole w innym Zielonym Domu, wszystkiemu zaprzecza, nie chce opowiadać. Dlaczego? Pewnie dlatego, że stało się tam coś jednoznacznie złego, a jednocześnie coś tragicznego. 

Wątek amazoński to poszukiwanie ukrywającego się na jednej z wysepek przestępcy, nielegalnego handlarza kauczuku i skór, który psuje interesy innym. Dlaczego tym innym handlować wolno, a jemu nie, nie jest jasne. Czy to kwestia koncesji, którą oni mają, a on nie, czy może odpowiedniego umocowania wśród ludzi władzy, którzy też czerpią z tego korzyści? W każdym razie miarka się przebrała i z Santa Maria de Nieva wyrusza ekspedycja żandarmerii i wojska, aby złapać przestępcę. Dlaczego pilot Nieves wykręca się chorobą i nie chce ich prowadzić, polecając innego? Kiedy o tym czytamy, już doskonale wiemy, czego się obawia. Oba wątki spaja postać sierżanta Litumy, który pojawia się też w innych powieściach pisarza, przede wszystkim we wspomnianej już przeze mnie - "Lituma w Andach". 

Tu dygresja. Czy historia Litumy w tych kilku książkach składa się w całość i wszystko z jego życiorysu do siebie pasuje? Trudno mi jednoznacznie orzec. "Zielony Dom" powstał w roku 1966, a "Lituma w Andach" w 1993. Pisząc pierwszą z nich, Mario Vargas Llosa na pewno nie miał pojęcia, że kiedyś wykorzysta tego samego bohatera. Aż by się chciało teraz sięgnąć jeszcze raz po tamtą powieść, aby to sprawdzić! I po "Rozmowę w Katedrze", bo i tam, wydaje mi się, pojawiają się bohaterowie innych książek Llosy.

Co mnie tak zafascynowało w "Zielonym Domu"? Oprócz niesamowitego klimatu Amazonii, ale również zmieniającej się przez lata Piury, także poruszane tematy. Wspomniany już handel kauczukiem, konflikty między białymi, a rdzennymi mieszkańcami Peru, zróżnicowanie społeczeństwa, w którym oprócz potomków hiszpańskich najeźdźców i ludności rdzennej są także Metysi. Oczywiście nie muszę wspominać, że ci pierwsi mają się za lepszych. Z tym wiąże się kolejny problem - białe zakonnice za przyzwoleniem władz odbierają rdzennym mieszkańcom dziewczynki, dzikuski, jak je nazywają, aby je chrystianizować i cywilizować. Jesteśmy świadkami tego, w jak bezwzględny sposób się to odbywa. No i przede wszystkim wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów, bardzo niejednoznaczne, w których zło miesza się ze szlachetnością i dobrem. Często są to postacie tragiczne. Nawet najbardziej bezwzględny ze wszystkich, ten poszukiwany handlarz, Fushia, w końcu budzi litość. No i wreszcie sama historia, którą musimy sobie składać z przemieszanych strzępów, dzięki czemu trzyma w napięciu, jest po prostu bardzo ciekawa.

Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Mario Vargasa Llosy bardzo polecam. Przede mną jeszcze kilka jego powieści. Kilka tych, których jeszcze nie znam, i dwie czytane bardzo dawno, "Pantaleon i wizytantki" oraz "Ciotka Julia i skryba".

György Dragomán "Biały król"

Dziś będzie o książce zapomnianej, bo wydanej w Polsce prawie

dwadzieścia lat temu. Seria, w której się ukazała, też należy już  do przeszłości. To "Biały król" György'ego Dragomána (Czarne 2007; przełożyła Elżbieta Cygielska) z porzuconej przez wydawnictwo serii Inna Europa, Inna Literatura. Obiecałam sobie, że poszperam w tym cyklu, bo można tam znaleźć prawdziwe perełki. Ot, choćby niedawno czytałam "Pływaka" Zsuzsy Bánk

A jak wpadłam na "Białego króla"? Od dawna miałam ochotę wybrać się na spotkanie Klubu Książki Środkowoeuropejskiej, ale zawsze coś mi nie pasowało. Kiedy przeczytałam listę tytułów na kolejny sezon, zainteresował mnie właśnie ten - uznałam, że to coś dla mnie.

Najpierw kilka słów o autorze. György Dragomán jest Węgrem urodzonym i wychowanym w Rumunii. Kiedy miał piętnaście lat, a był to rok 1988, jego rodzina przeniosła się na Węgry, gdzie (chyba) do dzisiaj mieszka. Wydał trzy książki. Dwa lata temu w innym wydawnictwie ukazała się jego powieść "Stos", którą mam w czytniku, ale zabierając się za "Białego króla", oczywiście nie skojarzyłam autora. Jest też tłumaczem.

"Biały król" to zbiór opowiadań, połączonych osobą narratora i innych postaci, o dzieciństwie spędzonym w komunistycznym kraju nigdzie w książce nienazwanym. Są jednak dwa tropy, chociaż wzajemnie sprzeczne. Jeden wskazuje bezpośrednio na Rumunię - ojciec narratora zostaje aresztowany i zesłany do obozu pracy przy budowie kanału Dunaj-Morze Czarne. Wiadomo, że ten rumuński kanał został wybudowany rękoma więźniów politycznych. Z drugiej jednak strony w pewnym momencie wspomniana jest wojna domowa. To z kolei wskazywałoby na rok 1956 na Węgrzech. Wprawdzie takie pojęcie też pojawia się w najnowszej historii Rumunii, ale dotyczy roku 1989, a uważne czytelniczki i tacy czytelnicy nie przeoczą informacji, że akcja toczy się w roku 1986, bo w jednym z rozdziałów mowa jest o zatajonym przez władzę wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Wprawdzie miejsce nie zostaje nazwane wprost, ale skojarzenie jest jednoznaczne. Czy autor celowo myli tropy, nie pisze konkretnie, chcąc stworzyć obraz uniwersalny? Czy może pojęcie wojna domowa to inwencja tłumaczki, wobec tego oczywistym jest, że miejsce akcji to Rumunia? 

Jeśli ktoś spodziewa się obrazu sielskiego dzieciństwa, bardzo się myli. To, co najbardziej zwróciło moją uwagę, to wszechobecna przemoc. Zaczyna się od opresji władzy wobec obywateli. Jak już wspomniałam, ojciec narratora za podpisanie jakiejś petycji zostaje aresztowany i zesłany do obozu pracy na budowę kanału Dunaj-Morze Czarne. Ani kilkunastoletni syn, ani jego matka, ani  ojciec, który był pierwszym sekretarzem partii w mieście i ma znajomości w kręgach władzy, nie mają od niego żadnych wiadomości. A wieści z tych obozów dochodzą straszne - to praca ponad siły. Czy żyje? Kiedy zostanie zwolniony? Nie sposób się dowiedzieć. Kiedy matka narratora spróbuje uzyskać jakieś informacje o mężu dzięki koneksjom teścia, który nie utrzymuje z nią kontaktów, i spotka się z jego znajomym nazywanym w książce ambasadorem, też zostanie przez niego potraktowana brutalnie. Bicie i fizyczne znęcanie się jest powszechnie stosowaną karą przez nauczycieli w szkole, ale też przez innych dorosłych wobec dzieci. I nikogo to nie dziwi. 

... Żelazna Pięść mnie nie uderzył, zgasił papierosa, potem palec wskazujący przyłożył do ust i syknął - pssst! Zamilkłem jednak dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem, że drugą rękę wkłada do kieszeni, wiedziałem, że zaraz wyjmie kastet i będzie po mnie, dobrze, jeśli skończy się na szpitalu ...

Okrutni wobec siebie są też koledzy narratora. To nie zwykłe bójki, to przemoc, która może doprowadzić do śmierci, a w wyniku jednej z zabaw, chociaż tę bitwę o piłkę i boisko trudno tak nazwać, o mało nie doszło do groźnego pożaru. Okrutni wobec siebie są także dorośli. Kiedy w sklepie skończą się pomarańcze, wybucha niezwykła agresja, która przeradza się w bijatykę, demolowanie sklepu, kradzieże i próbę linczu na bogu ducha winnej ekspedientce. Najbardziej jednak chyba przejmująca jest scena, kiedy w czasie nauki strzelania dziadek na oczach wnuka zabija kota. Ale wszechobecna jest też przemoc psychiczna. Dziadkowie narratora żyją jak pies z kotem, robotnicy kładący rury na boisku żartują sobie w okrutny sposób z narratora, twierdząc, że jego ojciec pracuje na tej budowie, a nie wrócił do domu, bo twarz ma pokrytą strasznymi bliznami po przejściu ciężkiej choroby, której nabawił się na budowie kanału. Takich przykładów jest o wiele więcej. Przemoc w tym strasznym świecie została znormalizowana i nikogo nie dziwi, nikt przeciwko niej nie protestuje i nie buntuje się. Przeciwnie, każdy przyjmuje ją jako coś zwyczajnego. 

Znormalizowane zostały też rozmaite oszustwa i kanty. Przynajmniej dwa razy dochodzi do sytuacji, że w zawodach szkolnych drużyn z góry wiadomo, która zwycięży. Nie ma się po co starać. Przeciwnie, najlepiej byłoby tak grać, aby nie zająć pierwszego miejsca. W razie czego wynik i tak zostanie sfałszowany.

... patrzyłem na usta komendantki i jak w zwolnionym tempie widziałem, że formułuje słowa, głos jednak do mnie nie docierał, tylko z ruchu warg odczytałem więc sześćdziesiąt trzy punkty, chciałem krzyknąć, że to nieprawda. To oszustwo, zdobyłem przecież komplet punktów ...

Bywa, że przerażenie miesza się z humorem. Trudno się nie uśmiechnąć, kiedy czyta się groteskowe opisy awantur czy bijatyk albo scenę, kiedy uczniowski wybryk może przerodzić się w akt sabotażu, jeśli tak zdecyduje nauczyciel.

... potem Żelazna Pięść schował wentyl, odwrócił się do mnie tyłem i udawał, że wygląda przez okno, następnie powiedział, że chyba wiem, co zrobiłem, że to nie był uczniowski kawał, tylko akcja sabotażowa, antypaństwowy sabotaż, i jak będzie chciał, to nie dość, że wyrzucą mnie ze szkoły, ale jeszcze trafię do domu poprawczego ...

Ale zaraz śmiech więźnie w krtani, bo jesteśmy świadkami jakiegoś pandemonium.

Drugim dojmującym wrażeniem z lektury jest samotność narratora. Pozornie wiedzie chłopackie życie. Spotkania z kolegami, gra w piłkę, jakieś zabawy, jakieś draki, ale głęboko odczuwa utratę ojca. Jego zdjęcie nosi w kieszeni, martwi się brakiem wiadomości. Nie znajduje jednak oparcia u dorosłych. Matka pochłonięta jest swoją rozpaczą i niemocą. W dodatku straciła pracę, bo jest przecież żoną wroga politycznego, więc dochodzi jeszcze jedna troska. Nie ma więc głowy, aby zajmować się uczuciami syna. Odnosiłam wrażenie, że czasem to on wchodził w rolę dorosłego, wyczuwając nastroje matki. Pocieszenia narrator nie znajdzie też u dziadków, których odwiedza bardzo rzadko. Zresztą o jakiej bliskości może być mowa, skoro do dziadka zwraca się towarzyszu sekretarzu. Towarzyszami są tu zresztą wszyscy, nauczyciele w szkole, trener w klubie, niemal każdy dorosły.

Straszny to świat, w którym królują przemoc, hipokryzja, strach i samotność. Świat, w którym lepiej udawać, że o pewnych sprawach się nie wie.

... wiedziałem, że są sprawy, o których nawet rozmawiać jest niebezpiecznie, na przykład, co się dokładnie działo podczas wojny domowej albo kto za ile potrafi załatwić mięso lub kawę, albo kogo i czym można przekupić, albo dlaczego pieprzonym zdrajcą ojczyzny jest pierwszy sekretarz partii i naczelny dowódca sił zbrojnych, albo kogo z naszych znajomych zabrali, czy też u kogo i dlaczego odbyła się rewizja.

Cieszę się, że odkryłam "Białego króla", chociaż gorzka to lektura.

Izrael Joszua Singer "Towarzysz Nachman"

Mojej przygody z utalentowanym rodzeństwem Singerów odsłona

kolejna i nie ostatnia. Po "Rudej Kejli" Izaaka Baszewisa Singera, najsłynniejszego z ich trojga, i "Brylantach" Esther Singer Kreitman przyszedł czas na "Towarzysza Nachmana" Izraela Joszuy Singera (Fame Art 2022; przełożył Krzysztof Modelski). Autor to oczywiście brat noblisty, od 1933 roku mieszkał w Stanach Zjednoczonych. Pisał w jidysz. W Polsce ukazało się kilka jego książek - jeśli wierzyć Wikipedii, to wszystko, co napisał - dwie z nich  znalazły się na mojej liście bibliotecznej, inne z czasem pewnie na nią trafią. Na razie przeczytałam to, co miałam już od dłuższego czasu w czytniku.

Od razu muszę napisać, że to powieść bardzo ciemna, nie ma w niej ani krztyny nadziei. Rzadko zdarza się aż tak dołująca literatura. Chociaż mnie w ostatnim czasie przytrafiło się to po raz drugi. Ten pierwszy to "Listopad" Aleny Mornštajnovej. Po lekturze takiej książki mam potem problem z wyborem kolejnej. Chciałoby się coś pogodnego, lżejszego, a ja takich książek właściwie nie mam. Tym razem wybór padł na "Półbrata" Larsa Sabaaye Christensena. Wprawdzie na pewno nie spełnia wymienionych kryteriów, ale mam nadzieję, że nie zdołuje aż tak bardzo. Ale do rzeczy.

Już początek "Towarzysza Nachmana" jest ciężki. Ubogi, pobożny Żyd, Mates Riter, wędruje od wsi do wsi, sprzedając gojom jakieś produkty, które nosi w worze zawieszonym na ramieniu, i skupuje skóry zwierząt, chyba królików i zajęcy. Z tego nędznego zarobku utrzymuje siebie i swoją liczną rodzinę. Śpi gdzie popadnie, je zazwyczaj suchy chleb, wraca do domu na szabas. I tak tydzień w tydzień. Bez wytchnienia. Jest pogodzony ze swoim losem. Nie buntuje się, nie walczy. Zresztą ta walka najprawdopodobniej skazana by była na niepowodzenie, o czym przekonałam się, śledząc dalsze losy bohaterów. 

W miasteczku, w którym żyje, jest liczna społeczność żydowska, ale on i jego rodzina plasują się w niej najniżej - mieszkają w okolicy zwanej Zaułkiem Nędzy. Niżej upaść nie można. Mates ma jedno marzenie - pragnie syna, dotąd co rok żona wydaje na świat córkę. W końcu rodzi się ten wyczekiwany potomek, otrzymuje imię Nachman. Kiedy dorośnie do odpowiedniego wieku, ojciec kosztem ogromnych wyrzeczeń posyła go na naukę do kolejnych religijnych szkół w miasteczku, pragnie, aby został uczonym, religijnym mężem. Tymczasem Nachman musi znosić liczne upokorzenia. Ze strony dzieci i swoich nauczycieli. Wstydzi się pokory ojca, wstydzi się chodzić po domach bogatych Żydów i recytować Torę, za co dostaje zwyczajowy posiłek, wstydzi się swojego nędznego ubioru. 

Autor znakomicie oddaje odczucia nieszczęśliwego, samotnego dziecka, które nie ma oparcia w nikim. Trudno winić Matesa i jego żonę. Oni byli przekonani, że to najlepsza droga dla ich ukochanego syna. Zresztą dzieci wtedy wychowywano zupełnie inaczej. Nie pierwszy to w literaturze obraz nieszczęśliwego dziecka, które nie ma szans na powiedzenie tego, jaka krzywda mu się dzieje. Przychodzi mi do głowy powieść Henry'ego Rotha "Nazwij to snem", a jeszcze bardziej zapomniana, niemodna i traktowana jak ramota "Anielka" Bolesława Prusa, którą ponownie czytałam wiele lat temu, ale obraz opuszczonej i nieszczęśliwej Anielki i jej brata przypomniał mi się właśnie teraz.

Jeśli czytelniczko lub czytelniku tej notki wyobrażasz sobie, że Nachman właśnie z powodu swoich doświadczeń z czasu dzieciństwa został owym tytułowym towarzyszem, czyli komunistą, jesteś w błędzie. Czytając pierwszą część powieści, też tak myślałam. Wydawało mi się, że właśnie te odczuwane i uświadamiane upokorzenia, życie w nędzy, zrozumienie, że jedni są biedakami, a innym niczego nie brakuje, poprowadzą Nachmana na ścieżkę komunizmu. Nie. Bohaterowie tej powieści, Mates, Nachman i inni, ale nie bohaterki, o czym za chwilę, są jak trzciny targane przez wiatr. Nachman wprawdzie zdaje sobie sprawę z tego wszystkiego, ale komunistą zostanie trochę przez przypadek. Potem jednak zaangażuje się w ten ruch całym sobą, z wielką naiwnością, co nie tylko szczęścia mu nie przyniesie, ale przysporzy wielu cierpień. Napisać to, to jak nic nie napisać - po prostu podążanie tą drogą spowoduje, że znajdzie się na samym dnie. 

Izrael Joszua Singer, podobnie jak jego siostra, znakomicie , niemal reportersko pokazuje żydowski świat. Przy czym on w tej powieści kieruje swój wzrok na obszary największej nędzy. Na ludzi, którzy choćby nie wiem, jak ciężko pracowali, i tak nie są w stanie wydźwignąć się z nędzy. Mieszkają w nędznych dzielnicach, w nędznych klitkach, pracują ciężko całymi dniami, często w chłodzie i w deszczu na ulicy, jedzą byle co, chodzą w nędznych ubraniach. A parę ulic dalej jest zupełnie inny świat. Świat pięknych kamienic, jasno oświetlonych szerokich ulic, witryn sklepów, które kuszą eleganckimi towarami, świat sytych, dobrze ubranych, pewnych siebie ludzi. Także żydowski. Tak było w rodzinnym miasteczku Riterów, tak jest w Warszawie, do której się w pewnym momencie przenieśli, tak jest w Moskwie, do której na własne życzenie trafi naiwny Nachman, a za nim jego żona i synek. Czy naiwny? I tak, i nie. Owszem, był naiwny i zaślepiony, nie tylko on zresztą, ale skąd miał wiedzieć, że w jego wymarzonym kraju-raju, nie tylko nie ma sprawiedliwości, w którą wierzył, ale życie robotników jest jeszcze trudniejsze niż w Polsce. Łatwo mierzyć go naszą dzisiejszą miarą i wiedzą.

Autor pokazuje ludzi przemielonych przez tryby Historii. Ludzi, którzy są pionkami w grze innych. Kiedy przychodzi pierwsza wojna, stają się mięsem armatnim, kiedy próbują walczyć o lepszy świat, o sprawiedliwość społeczną, też stają się ofiarami. Bo to oni są pałowani w czasie manifestacji, to ich dopada policyjna kula, to oni trafiają do więzień, gdzie traktowani są okrutnie. Ich ideologiczni przywódcy mają się dobrze. Im krzywda się nie dzieje. Izrael Joszua Singer pokazuje też, jak wyradza się szlachetna idea. To wszystko oczywiście nie jest jakoś odkrywcze, wiemy to, ale, kiedy czyta się historię konkretnego człowieka, przejmujące.

Na koniec chcę jeszcze wspomnieć o bohaterkach. Najstarszej siostrze Nachmana i jego żonie. Bo to one są silne, To one próbują kierować swoim losem. Robią, co mogą, aby ich bliskim żyło się choćby odrobinę lepiej. Są sprawcze, podejmują decyzje. To niestety nie oznacza, że ich codzienność usłana jest różami. Nie może być, bo w takim świecie ich los został zdeterminowany przez miejsce, w którym się urodziły. Zresztą od tamtego czasu wiele się nie zmieniło. Kim bym była, gdybym urodziła się w Jemenie, Syrii, Czeczenii, Afganistanie czy w innym miejscu podobnie potraktowanym przez Historię, możnych tego świata i warunki klimatyczne?

I jeszcze jedno. Powieść kończy się sceną, która bardzo rymuje się z tym, co się dzieje wokół nas. Jaka to scena, tego oczywiście nie zdradzę. Może ktoś znajdzie w sobie ochotę i siłę na przeczytanie "Towarzysza Nachmana". Naprawdę warto, chociaż z wyżej wymienionych powodów nie jest to lektura łatwa i przyjemna. Ale czyta się potoczyście.

Żanna Słoniowska "Dom z witrażem"

Odkąd ponad rok temu zapisałam się do biblioteki, co każdemu

polecam, oprócz nowości zupełnie świeżych i tych nieco przeterminowanych, sięgam też dość regularnie po książki starsze. Tak było i tym razem - postanowiłam wreszcie przeczytać debiutancką powieść Żanny Słoniowskiej  "Dom z witrażem" (Znak 2015). Książka zwyciężyła w konkursie na powieść zorganizowanym swego czasu przez wydawnictwo. W roku 2016 autorka dostała Nagrodę Conrada przyznawaną właśnie za debiut, była też nominowana do Nike. Od dawna miałam ochotę ją przeczytać, ale ponieważ nie było ebooka - pojawił się po wznowieniu - sprawa leżała odłożona na święty nigdy. Od kiedy pokochałam czytnik, dość ortodoksyjnie trzymałam się książek elektronicznych, biblioteka to zmieniła. Nadal jednak wolę ebooki, jakoś niepotrzebny jest mi zapach papieru, wybieram wygodę. Ale dość dygresji.

Zanim o książce, parę słów o autorce. Urodziła się we Lwowie, ma polskie korzenie. Od 2002 roku mieszka w Polsce, najpierw w Warszawie, gdzie kontynuowała studia, teraz w Krakowie. Pisze po polsku, tłumaczy. Jest autorką czterech książek - dla dzieci o Ukrainie, jeszcze jednej powieści i albumu o przedwojennym Lwowie. Tu kolejna dygresja - najpierw pomyślałam sobie: tylko dwie powieści? Dlaczego tak mało? Dopiero potem przyszła refleksja - a dlaczego miałoby być więcej? To współczesny rynek wydawniczy przyzwyczaił nas do tego, że pisarze produkują książki niemal na akord. Nie wydajesz, nie istniejesz. Nieważna jakość, ważna ilość. Dość kolejnej dygresji, czas przejść do książki.

Akcja "Domu z witrażem" toczy się we Lwowie naprzemiennie pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych, od czasu do czasu sięgając w przeszłość. To historia czterech pokoleń kobiet mieszkających w mieszkaniu we lwowskiej kamienicy, w której znajduje się unikalny witraż, prawdopodobnie w czasach rozwijającego się dzikiego kapitalizmu skazany na zagładę. Przetrwał, wprawdzie w nie najlepszym stanie, czasy ZSRR, teraz grozi mu zagłada w związku z budową plomby. Czy taka kamienica istniała, istnieje?, nie mam pojęcia. 

Od razu muszę dodać, że "Dom z witrażem" przypomina mi trochę "Dom dla Doma" Wiktorii Ameliny, która już niestety niczego nie napisze, bo zginęła w czasie wojny w ataku rakietowym na popularną pizzerię w mieście przyfrontowym, gdzie znalazła się razem z jakąś zagraniczną delegacją, której była przewodniczką. Jej śmierć dotknęła mnie jakoś wyjątkowo, także dlatego, że uczestniczyłam kiedyś w spotkaniu z nią, czego efektem było przeczytanie jej powieści, która bardzo mi się podobała. W każdym razie w obu mamy Lwów, kamienicę, historię rodzinną, u Wiktorii Amieliny znacznie bardziej rozbudowaną.

Narratorką "Domu z witrażem" jest córka Marianny, znanej we Lwowie śpiewaczki operowej, która z wyboru stała się Ukrainką i pod koniec lat osiemdziesiątych zaangażowała się w ruch niepodległościowy. Zginęła w czasie jednej z demonstracji, kula snajpera nie była przeznaczona dla niej, tylko dla najważniejszego w mieście dysydenta. Jej córka miała wtedy kilka lat, nie chciała iść na pogrzeb, który przerodził się w manifestację polityczną. Obserwowała z okna mieszkania, jak tłum przetacza się po ich ulicy. Została z Prababką i babcią, nazywaną Abą. Tego wszystkiego dowiadujemy się z pierwszego rozdziału powieści, a więc niczego tu nie zdradzam. Marianna jako pierwsza miała odwagę sprzeciwić się despotycznej Prababce i wybrać śpiew, czego nie potrafiła kiedyś zrobić Aba, która zrezygnowała z malarstwa na rzecz medycyny. W Akademii Sztuk Pięknych studiować będzie jej wnuczka. 

O czym jest powieść Żanny Słoniowskiej? Jak każda dobra książka ma wiele warstw. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście historia rodzinna, którą poznajemy dzięki narratorce. Nie została opowiedziana linearnie, poznajemy ją ze skrawków rozrzuconych tu i ówdzie. Z tych fragmentów wyłania się historia Prababki, Aby i Marianny, ich nieszczęśliwe najczęściej związki z mężczyznami, ich potyczki z Historią, która je mieli, i, co też bardzo ważne, ich bogate osobowości, no i skomplikowane relacje między nimi. Mamy więc i trochę czasów sprzed drugiej wojny, nieco samej wojny, okres powojenny, kiedy Prababka razem z Abą znalazły się we Lwowie, gdzie już zostały.

Druga warstwa to historia miłosna, można powiedzieć, że w pewnym sensie historia miłosnego trójkąta. Bo romans z Mikołajem, artystą i scenografem w operze, miłośnikiem Lwowa, co ważne w tej historii, a o czym za chwilę, najpierw miała Marianna, a wiele lat później ze swoim wykładowcą, bo Mikołaj w międzyczasie zacznie pracować też na Akademii Sztuk Pięknych, będzie romansować jej córka, główna bohaterka powieści. Nie, nie jest to historia wyciskająca łzy z oczu ani specjalnie intrygująca, bo dziwne to są romanse. Dla Marianny najpierw istotniejsza jest jej praca, a potem walka o niepodległą Ukrainę, dla jej córki ta historia wydarza się trochę z przypadku, jakby bezwolnie poddawała się Mikołajowi, który ważniejszy jest chyba dla niej jako cicerone odkrywający przed nią piękno i tajemnice Lwowa niż kochanek. Zastanawiam się nawet, czy czytając tę powieść dziś, nie patrzę na ich historię inaczej - czy nie mamy tu do czynienia z przekroczeniem, wykorzystaniem relacji mistrz - uczennica. Może jednak przesadzam, chyba nic na to nie wskazuje. W każdym razie w trakcie lektury nie odniosłam takiego wrażenia, przyszło mi to na myśl teraz.

Kolejna warstwa to opowieść o Lwowie - o jego skomplikowanej, wieloetnicznej historii, ale przede wszystkim o jego dziedzictwie materialnym, na którym przeszłość miasta i jego wielokulturowość odcisnęły swoje piętno. Mikołaj i narratorka wędrują po Lwowie, i właśnie te wędrówki ona lubi najbardziej, patrzą, jak miasto się zmienia, jak przeszłość ustępuje miejsca współczesności, jak ginie to, co przyniosły czasy ZSRR, a co często było niechciane, ale też to, co stanowi o jego oryginalności, jak zmieniają się nazwy ulic, jak znikają pomniki. Symbolem tych złych przemian jest historia tytułowego witraża, o której już wspominałam.

A wreszcie kolejna warstwa to opowieść o wieloetniczności miasta i budzeniu się ukraińskości, która za czasów ZSRR była tłumiona i rozpływała się w radzieckości, w fali przybyszów z różnych stron Związku Radzieckiego. Narratorka ma przecież po Prababce korzenie polskie, ale niezwiązane wcześniej ze Lwowem, a po męskiej linii rosyjskie. 

- Jestem Polką z krwi i kości - mówiła Aba.

- Jestem Ukrainką z wyboru - powiedziała Mama.

- Moskale, precz! - krzyknęli do mnie chłopcy.

- Jestem narodowości lwowskiej - powtórzył Mikołaj za swoim mistrzem Walerym Bortiakowem. To ostatnie odpowiada mi najbardziej. 

Warto też zwrócić uwagę na język, miejscami finezyjny.

Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że Mikołaj, czekając na mnie, zostawił w całej okolicy swoje posępne spojrzenia samoprzylepne, wisiały na drzewach, leżały na bruku i na szynach, uwaga, niektóre z nich niczym redaktora Berlioza może rozjechać tramwaj, i ja będę za to odpowiedzialna.

A miejscami dowcipny.

... wszyscy bowiem wiedzieliśmy, że życie miało wyglądać inaczej: obywatele mieli być równi i mieć tyle samo praw i obowiązków, tyle samo pomarańczy i moreli, ale wyszło inaczej, nas nie było stać prawie na nic, ich stać było na wszystko.

Powieść czyta się znakomicie. Nie jest to rzecz wybitna, ale dobra i bardzo ciekawa poznawczo. Cieszę się, że ją przeczytałam.

Andrew O'Hagan "Chwile"

Być może nie sięgnęłabym po powieść "Chwile" Andrew O'Hagana

Znak 2024; przełożyła Kaja Gucio), gdyby nie zachwyty w pewnym nieliterackim podcaście, na koniec którego prowadzący i zaproszona osoba polecają jakąś książkę. Ten zwyczaj pojawia się coraz częściej i bardzo mi się podoba. Zachwycał się ktoś bardzo mądry, kto na pewno byle czego nie czyta. A że już wcześniej dobrze słyszałam o tej powieści, ta polecajka przeważyła szalę. Wypadałoby coś napisać o Andrew O'Haganie, ale uważane za szacowne wydawnictwo podaje tylko informację, iż trzykrotnie był nominowany do Bookera, a jakaś nic mi niemówiąca Granta umieściła go na liście najbardziej obiecujących brytyjskich pisarek i pisarzy. Oczywiście muszę uwierzyć, że ta lista owej Granty jest szalenie prestiżowa. Cóż, chętnie dowiedziałabym się czegoś jeszcze o autorze "Chwil". 

Czy moje oczekiwania zostały spełnione? Czy warto było przeczytać powieść? Nie powiem, że nie, ale uczucia mam mieszane. Tak to zwykle bywa, kiedy spodziewam się wielkiego wow. Były momenty genialne, znakomicie oddające owe ulotne chwile, ale były też fragmenty, które nieco mnie nużyły. Może dlatego, że książka nie do końca wpisuje się w moje zainteresowania, stąd zresztą  początkowa rezerwa. Ale po kolei.

Akcja powieści rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Pierwsza część to rok 1986 robotnicze przedmieścia Glasgow, czas górniczych strajków, zamykania kopalń i neoliberalnych rządów żelaznej Margaret Thatcher. Głównymi bohaterami książki są dwaj przyjaciele, licealista James, jednocześnie narrator, i kilka lat od niego starszy Tully, który pracuje w jakiejś fabryce. James od jakiegoś czasu mieszka sam, bo jego rodzice po rozstaniu poszli swoimi drogami. Ciepło, którego został pozbawiony, odnajduje w domu przyjaciela. Zawsze może tam wpaść, pogadać, zjeść obiad, a nawet przenocować. Jest jeszcze ktoś, kto dostrzeże wrażliwość Jamesa - to jego nauczycielka literatury, dzięki niej postanowi iść na studia i dostanie się na uniwersytet. Zanim jednak zacznie się jesień, trwa lato swobody. Obaj przyjaciele, którzy uwielbiają kino i cytatami z filmów mogą się swobodnie przerzucać, wybierają się na punkowy festiwal do Londynu. Bo ich największą pasją jest właśnie muzyka. Tully zafundował bilet Jamesowi, bo Tully jest wspaniałym przyjacielem, powszechnie lubianym ziomkiem. Razem z nimi na koncerty wybiera się jeszcze kilku kolegów. To wariacka wyprawa - nie mają załatwionych noclegów, nie znają miasta, z pieniędzmi krucho. Mają jednak nadzieję na wspaniałą zabawę, wzniosłe muzyczne przeżycia, spotkanie jakichś interesujących dziewczyn, alkohol i inne używki. W pierwszej części powieści jesteśmy świadkami przygotowań do wyprawy, a przede wszystkim samego pobytu w Londynie. Dla wszystkich bohaterów będzie to niezapomniane wydarzenie, takie, jakie być może zdarza się raz w życiu, kiedy człowiek jest młody i wydaje mu się, że wszystko przed nim, że jeśli zechce, to marzenia się spełnią, a nic złego go nie spotka. Nie jego. Króluje muzyka, zapomina się o pracy, o prozie życia, o szarej codzienności, o braku perspektyw. Chwilo trwaj. 

Jak już wspominałam, ta część budziła moje mieszane uczucia. Ciekawe było tło społeczne, obserwacja rodziny Tully'ego, historia Jamesa. Ot choćby taka refleksja bohaterów.

To oni, socjaliści, wrzucają ludzi do jednego worka i gadają o "ciapatych". Aż mi się niedobrze robi. A żaden nie może się nawet równać ze Steadym. [Steady jest czarny.] Pod żadnym względem. Nie potrafią myśleć tak jak on, nie umieją gotować, nie czytają książek, nie sprawdzają się jako ojcowie ani w ogóle. Biali faceci z klasy robotniczej. 

- Masz rację Tully, ale my przecież bronimy robotników.

- Bronię ich praw,  a nie uprzedzeń.

Dzieje się już coś, o czym pisał też Didier Eribon w swojej znakomitej książce "Powrót do Reims" - klasa robotnicza skręca na prawo. 

Sama wyprawa do Londynu momentami mnie nudziła. Błahe rozmowy, jedna wielka balanga. Ale fragmenty opisujące chwile, kiedy bohaterowie przeżywają ekscytację związaną z koncertem i samo zakończenie pierwszej części książki, kiedy nie mogą zasnąć pełni muzycznych wrażeń, były znakomite. Autorowi udało się oddać te ulotne wrażenia, emocje, szczęście. Nie wiem, czy oddadzą to krótkie cytaty, namiastki dłuższego fragmentu, ale spróbuję.

Pełnia bytu. Kto wiedział, co przyniesie czas i co pokaże życie; byliśmy tam, płynęliśmy w powietrzu bez kompasu. Wznosiliśmy się pod same krokwie i skakaliśmy ramię w ramię. A słowa, które śpiewaliśmy, były głupie i romantyczne, dojrzałe i brytyjskie, stworzone dla młodych o jasnym spojrzeniu.  

 

... zdjął koszulkę i resztę ubrań, a potem zanurkował w basenie. Siedziałem na brzegu i patrzyłem na niego z uśmiechem. Widziałem zarys jego ciała pod wodą, gdy przepływał na drugą stronę. Wynurzył się i zatoczył ramionami kilka kółek.

- Nie daj sobie odebrać wolności, Kluska! - krzyknął. - I właź tutaj.

Zgasiłem światła, a miasto migotało do końca nocy. Woda była zimna, ale zawsze szybko się rozgrzewa, gdy chłopcy są stworzeni ze słonecznego blasku. 

Druga część powieści to rok 2017, trzydzieści lat później. James, który mieszka w Londynie, odbiera telefon od swojego najlepszego przyjaciela. Tully ma dla niego przykre wieści i wielką prośbę. A przyjacielowi trudno odmówić. I tu zaczynają się schody. Dla bohaterów i dla mnie. Dlaczego dla mnie? Bo dalsze rozważania wiązałyby się ze spojlerowaniem. Przyznam, że ja wiedziałam, o co Tully poprosi Jamesa i właśnie tej drugiej części powieści byłam najbardziej ciekawa. Tego dylematu moralnego, który stawia przed czytającymi autor. Jak ma zachować się James? Do czego ma prawo Tully? Jak pogodzić to, co chce, z oczekiwaniami Anny, jego partnerki? Czyje zdanie powinien brać pod uwagę James - swojego przyjaciela czy jej? Kto tu wobec kogo powinien wykazać się empatią? Napiszę tylko tyle, że stoję po stronie Tully'ego i Jamesa, ale nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu Anny.

Druga część była dla mnie ciekawsza, chociaż i tu nie obyło się bez rozczarowań. Może lepiej by jej zrobiło, gdyby autor bardziej ją skondensował. Miałam wrażenie, że się powtarza, że za długo trwa prezentowanie stanowisk, dyskusje bohaterów, z których żaden nie chce, bo nie może zmienić zdania. I znowu najlepszy okazał się ostatni fragment powieści, kiedy bohaterowie nieuchronnie zbliżają się do tego, czego pragnął Tully. To wspólne przeżywanie chwil, które, tak jak tamte sprzed trzydziestu lat, nigdy się nie powtórzą. Więcej napisać nie mogę.

Dodam na zakończenie, że dużym walorem "Chwil" jest język powieści, szczególnie ten z pierwszej części - potoczny, kolokwialny, chłopacki. Znakomicie oddany przez niezawodną Kaję Gucio.

Dorota Masłowska "Inni ludzie"

"Inni ludzie" (Wydawnictwo Literackie 2018) to pierwsza książka

Doroty Masłowskiej, którą przeczytałam. Wstyd?! Niekoniecznie. Po pierwsze, czytam, na co mam ochotę i nic nie muszę, żadne mody literackie i mustready mnie nie interesują, z nowości wybieram to, co odpowiada moim zainteresowaniom. A po drugie wprawdzie Masłowskiej dotąd nie czytałam, ale jej twórczość znam. Jakim cudem? Z teatru i z kina. Widziałam bardzo dobre inscenizacje "Pawia królowej", "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną", "Między nami dobrze jest" i "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku", no i dwie ekranizacje jej powieści, "Wojnę polsko-ruską" i właśnie "Innych ludzi". A teraz uświadomiłam sobie, że czytałam też zbiór jej felietonów. Więc trudno powiedzieć, abym  twórczości Masłowskiej nie znała. 

Dlaczego wobec tego nagle postanowiłam przerzucić się na czytanie? Powodem jest jej najnowsza książka "Magiczna rana", którą zapragnęłam poznać, zanim ktoś ją wystawi w teatrze lub zekranizuje. A że mówi się, iż to nowe otwarcie w jej twórczości, to postanowiłam przeczytać jej trzy najważniejsze powieści, aby sprawdzić, na czym ten nowy rozdział polega. Zaczęłam od "Innych ludzi", może dlatego, że film zrobił na mnie duże wrażenie.

Muszę się przyznać, że mam problem z pisaniem o książkach zaliczanych do klasyki, a przecież Dorota Masłowska klasyczką już jest, przynajmniej współcześnie, bo jak będzie w przyszłości, nie nam oceniać. Skąd moje skrupuły? Ponieważ zawsze wydaje mi się, że wszystko już o takim kanonicznym tytule napisano, cały światek czytających już go zna, więc gdzie ja ze swoimi refleksjami. W takich sytuacjach zastanawiam się, czy w ogóle warto pisać o takiej klasycznej pozycji. Ale że traktuję ten blog jak moją kronikę przeczytanych książek, staram się coś jednak skrobnąć, aby jakiś ślad po lekturze dla mnie samej został. Czasem  nie udaje się z braku czasu, co mnie irytuje.

Początek lektury nie był wcale łatwy, jakoś nie mogłam się przebić. Problemy były dwa. Pierwszy to język. Chociaż doskonale wiedziałam, jak Masłowska pisze, to jednak nie jest łatwe przerzucenie się z napisanych po bożemu "Aktów desperacji" Megan Nolan, na "Innych ludzi", gdzie powiedzieć, że króluje język potoczny, to, cytując innego klasyka, nic nie powiedzieć, gdzie szyk zdania poprzestawiany i gdzie wiele innych ekwilibrystycznych łamańców. Drugi problem to forma. Ni to powieść, ni to dramat, a do tego dochodzi hiphopowa fraza, od czasu do czasu rym. Jednym słowem nie było łatwo. W pewnym momencie zastanawiałam się nawet, czy warto brnąć dalej, a że książka z biblioteki, to żalu z powodu wydanej kasy by nie było. No ale po jakimś czasie przełamałam się, zaskoczyłam i szło już gładko.

Świat "Innych ludzi" to świat straszny. Zanurzony w najgorszej porze roku, po świętach, kiedy igły z choinki już opadły, kiedy ciemność zapada szybko, kiedy zimno, szaro, ponuro, kiedy na ulicach topniejący śnieg. I nic, żaden udawany blichtr miasta, tego nie przykryje. To tylko może spotęgować nadciągającą chandrę. I nic dziwnego, że bohaterów powieści dopada. Nikt tu nie jest szczęśliwy. Ani Kamil, który mieszka w ciasnym blokowiskowym mieszkaniu, gdzie pokój musi dzielić z nastoletnią siostrą, matka ma do niego pretensje, bo nie pracuje, a on z trudem znosi obecność kolejnych jej facetów, którzy przemykają przez ich życie. Ściany cienkie, niczego ukryć się nie da, mierzą go odgłosy dochodzące nocą z jej pokoju. A on marzy o wydaniu hiphopowej płyty, czuje się artystą.  Nie jest szczęśliwa Aneta, jego dziewczyna, studiująca zaocznie, zarabiająca na swoje utrzymanie w Rossmanie w jednej z handlowych galerii. Tam się poznali. Aneta marzy o lepszym życiu i lepszym chłopaku, ale z braku laku lepszy Kamil niż nikt. Pogardza swoją współlokatorką Justą, bo gruba, brzydka i tylko się uczy. Szczęśliwa nie jest także Iwona mieszkająca razem z mężem Maciejem i synem Leonem w wypasionym apartamentowcu, w wypasionym mieszkaniu w centrum Warszawy, skąd wszędzie blisko. Niby wszystko ma, ale mąż ją zdradza, pustkę i frustrację zabija xanaxem. Maciej również nie jest szczęśliwy. Ma problemy z pierwszą żoną, nie dogaduje się z córką z pierwszego małżeństwa, uwikłał się w romans z koleżanką z pracy, na której mu zupełnie nie zależy. Niby Iwona powinna mu się podobać, zrobiona jest przecież według jego upodobań, za jego pieniądze, ale też nic do niej nie czuje. 

Ci wszyscy ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, są potwornie samotni, puści, gonią za jakimś wymyślonym światem, w którym, wydaje im się, powinni żyć. Chcą dorównać jakimś narzucanym im wyobrażeniom wykreowanym przez bilbordy, świat galerii handlowych, media, influencerów, ludzi stojących wyżej od nich na drabinie społecznej. Aspirują do świata blichtru i pozorów. Ale to ułuda, bo lepsze życie szczęścia nie daje. Wszyscy sobą wzajemnie gardzą i gdyby nie poprawność polityczna oraz resztki ogłady pewnie rzuciliby się do gardła sobie i innym. Wzbiera w nich gniew i rozpacz. Nawet Chrystus, który pojawia się tu czasem, a w filmowej wersji to istotna postać, jest tu daleki od ideału. Poprawia Biblię - owszem, kochaj bliźniego, ale niekoniecznie każdego. Taki Chrystus, jakie czasy. Masłowska po równo nie ma litości ani dla tych z blokowisk, ani dla tych z lepszych, bo nowych, bloków powciskanych pomiędzy te stare na obrzeżach Warszawy, ani dla tych ze śródmiejskich apartamentowców. Kiedy oglądałam film, odrobinę sympatii poczułam dla Kamila. Teraz też było podobnie, chociaż muszę przyznać, że jego książkowa wersja wydała mi się nie aż tak bardzo godna współczucia jak filmowe wcielenie. 

Jednym słowem - Polaków portret własny. Chociaż przecież nie wszystkich Dorota Masłowska zaczepia w swojej powieści. Pomija na przykład takich jak ona, inteligentów. Pytanie, czy poza formą i językiem, też przecież w jej wydaniu nie nowym, jest w tym obrazie świata coś świeżego, odkrywczego? A czy było w roku 2018, kiedy książka się ukazała? Na mnie działa atmosferą, ciemnym klimatem, ale czy porusza? Sama nie wiem. Bardziej tym ludziom współczuję, niż się z nich śmieję. Biedni ludzie, chciałoby się powiedzieć.

Tadeusz Konwicki "Mała apokalipsa"

Napiszę szczerze - pewnie nigdy (Nigdy nie mów nigdy.) nie

sięgnęłabym po "Małą apokalipsę" Tadeusza Konwickiego (Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA 1994), gdyby nie spektakl w jednym z teatrów mojego miasta, którego premiera odbyła się całkiem niedawno, a na który się wybieram. Nie żebym coś miała przeciwko Tadeuszowi Konwickiemu, chociaż przyznaję, znawczynią jego twórczości nie jestem, czytałam trzy jego książki - "Kronikę wypadków miłosnych", "Bohiń" i (chyba) "Sennik współczesny". Było to jednak dawno temu, potem autor zszedł z mojego czytelniczego radaru jak wielu innych. Pewnie niesłusznie. Teraz jednak przed spektaklem pomyślałam, że warto by było poznać oryginał i tak, wypożyczona z biblioteki, trafiła do mnie "Mała apokalipsa". Czytając, zastanawiałam się, co dziś po ponad czterdziestu latach od pierwszego, podziemnego, wydania (Książka ukazała się po raz pierwszy w tym samym wydawnictwie w roku 1979.) mogli w niej dostrzec twórcy spektaklu.

Bo "Mała apokalipsa" była ściśle związana z tamtym czasem, z czasem PRL-u. Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie w ciągu jednego dnia. Narratorem jest pisarz, który już od dłuższego czasu nie napisał żadnej książki. Żyje na emigracji wewnętrznej, od czasu do czasu podpisuje jakiś list protestacyjny, który podsuwają mu jego dwaj przyjaciele literaci-opozycjoniści, Hubert i Rysio. Właśnie oni odwiedzają go pewnego ranka, aby zakomunikować mu, że ma wieczorem przed Pałacem Kultury dokonać samospalenia. Moment został wybrany nieprzypadkowo - to dzień wizyty w Warszawie przywódcy Związku Radzieckiego, nazywanego przez narratora carem. A narrator zgadza się, nie protestuje, bo jest mu wszystko jedno. Właściwie, kiedy budzi się tego ranka, już myśli o śmierci. 

Oto nadchodzi koniec świata. Oto nadciąga, zbliża się czy raczej przypełza mój własny koniec świata. Koniec mego osobistego świata. Ale zanim mój wszechświat rozpadnie się w gruzy, rozsypie na atomy, eksploduje w próżnię, czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej Golgoty, ostatnie okrążenie w tym maratonie, ostatnich kilka szczebli w dół albo w górę po drabinie bezsensu.

Bezsens wydaje się być tu słowem kluczem. W tym świecie rozkładającego się komunizmu nic nie ma sensu, bo nie ma nadziei. To świat groteskowy i tak został przez Tadeusza Konwickiego pokazany. Nie jest to moja ulubiona konwencja, co nie znaczy, że nie zdarza mi się sięgać po coś z tego klucza. W tej rzeczywistości, w której wszystko szwankuje - brakuje wody w kranach, psują się instalacje, zawalają się przęsła mostu Poniatowskiego, rozkraczają się tramwaje, właściwie nie wiadomo, jaka jest pora roku ani nawet który rok - w tym potwornie brzydkim świecie nikt już w nic nie wierzy, nic nie jest na poważnie. Partyjni aparatczycy nie wierzą w komunizm, ubecy udają tylko, że są groźni, byle tak myśleli o nich ich przełożeni, chociaż pewnie i im jest wszystko jedno, niegroźni są donosiciele, właściwie można się z nimi zaprzyjaźnić, każdy próbuje uszczknąć coś dla siebie, zgromadzeni na ulicach manifestanci, którzy mają witać gościa, klaszczą bez entuzjazmu, a pod koniec dnia zalegają na ulicach pijani. A i sam gość, car, wydaje się być groteskowy i niepoważny. Władza próbuje jakoś utrzymać tę fasadę, ale kiepsko to wychodzi. Do sali, w której ma się odbyć wykwintne przyjęcie na cześć gościa, wpadają wspólnie członkowie partii, przypadkowi goście pobliskiej restauracji, opozycjoniści i najpierw nieśmiało, a potem jawnie korzystają z tego, co leży na stołach. Kiedy ta dzika horda przetoczy się przez salę, jakoś się ukryje braki. To groteskowa, śmieszna scena. Ale podobnie pokazani są opozycjoniści. Podpisują listy, apele, protesty, ale nic im za to właściwie nie grozi i nie przeszkadza im to, że utrzymują się dzięki wydanym w młodości słusznym książkom, które trafiły na listę lektur szkolnych. Działają zgodnie z zasadą; panu bogu świeczkę, a diabłu ogarek.

Czy pana nie dziwi, że lata lecą, a oni spokojnie, jak chłopi na wiosnę, odwalają te swoje protesty, rezolucje, publikacje, demonstracje. Posiwieli, przytyli, no i co? Reżym także przytył i posiwiał. Kruk krukowi oka nie wykole.

Hubert i Rysio pewnie liczą na to, że akt samospalenia, będzie jakimś przełomem. Ale w tym świecie najprawdopodobniej tak się nie stanie. Czy ktoś w ogóle poza garstką groteskowych opozycjonistów zauważy tę ofiarę? Czy komuś jest potrzebna? 

- (...) Wystarczy patrzeć ludziom w oczy i pilnować, czy akceptują. Rób to, czego ludzie chcą.

- Za późno. Będę robić, co zechcę.

- Ty robisz, myśląc, że oni tak chcą, a oni nie chcą. 

Nie wiemy, czy samospalenie ostatecznie się dokona. Narrator, który został wybrany na ofiarę, to nie typ bohatera, chociaż próbuje w tym pozbawionym wartości świecie ocalić siebie, żyć w zgodzie z sobą. To on mówi, że będzie robić, co zechce. Ani nie protestuje, ani się nie boi, jeśli ostatecznie się nie spali, to nie  z tchórzostwa. Zastanawia się, za co ma właściwie umrzeć i kto jego ofiarę, poza jej pomysłodawcami, zrozumie.

Jeszcze jeden symbol. Wobec wieczności czy wobec idiotów współczesnych? Skomplikowany i nieczytelny gest. (...) Czy to błazenada czy wniebowstąpienie?

Bo większość społeczeństwa jak zwykle się dostosowała.

Milcząca większość śpi w letargu. Urządziła się jakoś, wynalazła ciepłe zakątki, obrosła w kokony względnego dobrobytu. Bakszysze i kubany zhumanizowały nieludzki ustrój. Od najwyższego sekretarza do nocnego stróża wszyscy biorą w łapę i wszyscy kradną. Płyniemy po bezkresnym oceanie usankcjonowanego złodziejstwa.

Może nadzieją w tym bezsensownym świecie mogłaby być miłość, gdyby wcześniej nie została rozmieniona na drobne i gdyby nie było za późno. Wszak narrator w czasie swoich peregrynacji po mieście spotyka Nadieżdę i zakochuje się w niej z wzajemnością. A przynajmniej tak im się obojgu wydaje. W tym świecie przecież nic pewnego i nic wielkiego nie ma. Wszystko jest małe, byle jakie, nad wszystkim cieniem kładzie się rozkład. Dlatego apokalipsa i dlatego mała. 

Świat się wyrównał. Nie ma złych i dobrych. Jest wielki, nieszczęsny tłum depczący sobie po nogach. Wyschły, wsiąkły w piasek zapomnienia źródła ożywcze niegdysiejszej moralności. Nie ma skąd czerpać, nie ma tego miejsca, gdzie można się orzeźwić. Nie ma przykładu, nie ma natchnienia. Jest noc. Noc obojętności, noc apatii, noc chaosu.

Czy to właśnie ten rozpadający się świat zainteresował twórców spektaklu? Czy małość i miałkość bohaterów? A może coś jeszcze innego, coś na co ja nie zwróciłam uwagi? Przekonam się wkrótce. Tak czy inaczej cieszę się, że nieoczekiwanie sięgnęłam po "Małą apokalipsę" Tadeusza Konwickiego.

Nadifa Mohamed "Szczęśliwcy"

Po nominowaną do Bookera w roku 2021  powieść "Szczęśliwcy"

Czarne 2023; przełożyła Agata Kozak) somalijsko-brytyjskiej pisarki mieszkającej w Londynie, Nadify Mohamed, sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze lubię czytać książki z nieoczywistych literacko rejonów świata, a po drugie zainteresował mnie temat - rasizm i nierówności społeczne. I nie zawiodłam się.  Przeczytałam jednym tchem, chociaż jest to bardzo smutna lektura, a im bliżej końca, tym smutniejsza.

Akcja powieści, inspirowana prawdziwymi zdarzeniami, rozgrywa się w roku 1952 w walijskim Cardiff w portowej dzielnicy Tiger Bay. Właśnie po śmierci króla Jerzego VI na tron wstępuje jego córka Elżbieta. Pewnego wieczora zostaje zamordowana w swoim sklepie Violet Volacki, Żydówka. Chociaż nic nie wskazuje na to, aby morderstwo miało podtekst antysemicki, piszę o tym, bo jej pochodzenie ma w książce znaczenie. Wielokrotnie przywoływana jest historia ojca Violet, i jej dwóch sióstr, który przybył do Wielkiej Brytanii z Europy Wschodniej. Po kilku dniach o morderstwo zostaje oskarżony dwudziestokilkuletni Mahmood Mattan, Somalijczyk. Więzienie to dla niego nie pierwszyzna, już wcześniej zdarzało mu się tam trafiać za drobne kradzieże, ale morderstwa nie popełnił. Kiedy zostaje aresztowany, jest przekonany, że szybko wszystko się wyjaśni, przecież wie, że nie zamordował Violet Volacki. 

Dlaczego policja wskazuje na niego? Czy jest ofiarą pomyłki? Nie, raczej niedbałego śledztwa i rasowych uprzedzeń. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby dochodzenie prowadzić porządnie. Wiadomo, że mężczyzna, który wieczorem już po zamknięciu sklepu został wpuszczony do środka przez właścicielkę, był czarny, a że Mahmood nie jest wzorowym obywatelem i obciążają go niektórzy świadkowie, po co szukać dalej. Jedni robią to z zemsty, żeby mu dokuczyć, inni zeznają przeciwko niemu zwabieni nagrodą wyznaczoną przez rodzinę. Nieważne, że ich zeznania są sprzeczne, nieważne, że siostra i siostrzenica zamordowanej nie rozpoznały w podejrzanym mężczyzny, którego widziały przez chwilę. Miałam ochotę krzyczeć: Hej, przecież wyraźnie stwierdziły, że to nie on! Dlaczego jesteście głusi na ich słowa! Jak to tak?! 

Proces ma charakter poszlakowy i Mahmood jest przekonany, że zostanie uniewinniony. Początkowo unosi się dumą i chce bronić się sam, potem zgadza się na adwokata, na którego zrzuca się somalijska społeczność z Tiger Bay. Ale nawet on nazywa go w swojej mowie obrończej dzikusem. Czym on jest? W połowie dzieckiem natury? Na wpół ucywilizowanym dzikusem? - powie w mowie obrończej. Chociaż mieszkańcy Afryki nie są już niewolnikami, chociaż nie przywozi się ich do Europy, aby pokazywać ich na wystawach nazywanych ludzkim zoo, to uprzedzenia rasowe trzymają się mocno. Ale być może największym przekroczeniem, na jakie poważył się Mahmood, było małżeństwo z białą dziewczyną, z którą miał troje dzieci. Mógł sobie pływać na statkach, mógł żyć w wilgotnych norach portowej dzielnicy wśród takich jak on, byle tylko jak najmniej rzucać się w oczy białej społeczności, ale nie wolno mu było wiązać się z białą kobietą.

Chociaż nie okazał się wzorowym mężem, chociaż ostatnio nie mieszkali już razem, przynajmniej na jakiś czas, to Laura nie odsunie się od niego. Jeszcze nie wie, że na życiu jej i dzieci oskarżenie Mahmooda o morderstwo białej kobiety położy się długim cieniem. Już wcześniej nie było im łatwo, teraz tym bardziej otacza ich ostracyzm i nienawiść.

Wielką zaletą powieści jest znakomity, pogłębiony portret głównego bohatera. Niespokojnego ducha, ciekawego świata, poszukiwacza nowych wrażeń i przygód. To ta niespokojna natura sprawiła, że opuścił rodzinną miejscowość, matkę i braci. A przecież mógł zostać i pracować w firmie założonej przez ojca. Nie wiodło im się źle, ale jego stale coś gnało przed siebie. Gdyby nie uciekł, jego życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. A potem gdyby nie poważył się na małżeństwo z białą kobietą, gdyby nie irytował tylu ludzi, może wszystko ułożyłoby się dobrze. To prawda, że lubił łatwy zarobek, grał na wyścigach, pieniądze szybko przepuszczał, a kiedy ich nie miał, nie wahał się kraść. Lubił też dobrze wyglądać i był dumnym człowiekiem. Kochał Laurę i troskliwie zajmował się dziećmi. Dzięki temu, że tak dokładnie poznajemy Mahmooda, że możemy być z nim tak blisko, historia rasistowskich uprzedzeń, którą przecież opowiada się nam nie po raz pierwszy, jest wyjątkowa. Trudno go nie polubić, trudno mu nie współczuć, trudno nie krzyczeć z wściekłości. Im bliżej końca, tym ta historia staje się coraz bardziej przejmująca. Śledzenie miesięcy spędzonych przez Mahmooda w więzieniu, opisanych drobiazgowo, śledzenie tego, jak toczy się machina sprawiedliwości, w tym wypadku raczej niesprawiedliwości, jak umiera w nim nadzieja, nie mogło pozostawić mnie obojętną. Było tak, jakbym przebywała w tej celi razem z nim.

Wiele się tu nauczyłem, szejku. Dowiedziałem się, jak bardzo trzeba się bać, aby naprawdę błagać Boga o przebaczenie, z głębi żołądka. Dowiedziałem się, jak samotna może być dusza, gdy odbiera się jej wszelkie rozrywki, wszystko, co miłe, a także rodzinę. Dowiedziałem się, jak małe i kruche jest to życie i jak wszystko na tym świecie (...) jest mirażem, który wyparowuje na naszych oczach.

Przejmująco brzmi też monolog, który w myślach kieruje Mahmood do młodej królowej.

Znam cię, ale ty nie znasz mnie. Widzę cię w gazetach, w kronikach filmowych, rozpoznaję twój głos w radiu, ale ty nic o mnie nie wiesz. Pijesz herbatę, opłakujesz swojego ojca i nie masz pojęcia, kto to jest Mahmood Hussein Mattan (...) Ty żyjesz swoim życiem, ja swoim, nie mamy z sobą nic wspólnego. Ty jesteś bogata, ja biedny, ty biała, ja czarny, ty chrześcijanka, ja muzułmanin, ty Angielka, ja Somalijczyk, ty kochana, ja pogardzany. Los się pomylił, kiedy nas związał, bo przecież nie łączy nas nic (...)

Poruszająca jest bezsilność Mahmooda i Laury, matnia, w której się znaleźli. Mogą się tylko odwoływać od wyroku, ale tak naprawdę na nic nie mają wpływu. Pewnie gdyby Laura pochodziła z innego środowiska, miała pieniądze, za które wynajęłaby znanego adwokata,  ten proces mógłby potoczyć się inaczej. Ale gdyby rzeczywiście wywodziła się z wyższej klasy społecznej, nigdy by się nie spotkali.

Jest to też oskarżenie bezdusznego systemu, który z jednej strony zachowuje pozory, dba o zdrowie skazańca, zrobi wszystko, aby nie skrzywdził się w celi, dopilnuje, aby ostatni posiłek był lepszy niż te codzienne, na ostatnią drogę dostarczy mu wyprasowany garnitur, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, a z drugiej strony bez skrupułów w asyście wielu urzędników wykona wyrok. W tym biurokratycznym systemie nieoczekiwanie dwaj więzienni strażnicy okażą mu zrozumienie i będą traktowali z życzliwością.

Jeszcze jedną zaletą powieści jest odmalowanie portowej dzielnicy Cardiff. Było to miejsce, które lata świetności miało dawno za sobą. Na wpół zrujnowane, pełne zakamarków, wilgotnych domów, spelunek, podejrzanych typów. Wędrując razem z Mahmoodem po ulicach dzielnicy, miałam wrażenie, że tam stale jest ciemno i ponuro. 

Michaił Bułhakow "Biała gwardia"

Wielka ochota, aby przeczytać "Białą gwardię" Michaiła

Bułhakowa(PIW 1989; przełożyli Irena Lewnadowska, Witold Dąbrowski) przyszła do mnie oczywiście w najmniej odpowiednim momencie, a może właśnie z tego powodu. Bo kiedy po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie rozgorzała dyskusja, czy kanselować rosyjską kulturę, jeden ze znawców rosyjskiej literatury, jej tłumacz, profesor uniwersytetu, który opowiadał się za bezsensem takiego postępowania szczególnie w wypadku klasyków, zalecając raczej lekturę krytyczną, wymienił w tej wypowiedzi właśnie "Białą gwardię" Michaiła Bułhakowa jako przykład znakomitej powieści. Pewnie długo jeszcze bym po nią nie sięgnęła, bo aż tak mi nie zależało, a cena ebooka trzymała się mocno, gdybym w międzyczasie nie zapisała się do biblioteki, o czym nie raz już tu wspominałam i co wszystkim gorąco polecam.

Bułhakowa znałam do tej pory oczywiście tylko z "Mistrza i Małgorzaty", którą to powieść przeczytałam dwa razy. Raz w wieku, kiedy zwykle się po nią sięga po raz pierwszy, czyli w czasach licealnych lub studenckich, drugi wiele lat później. Za każdym jednak razem miałam do czynienia z wydaniem ocenzurowanym. Widziałam też dwie adaptacje teatralne - w Teatrze Telewizji i na deskach żywego teatru w nie byle jakiej reżyserii. Muszę przyznać, że druga lektura już mnie tak nie porwała jak pierwsza, ale dlaczego, tego oczywiście dziś nie pamiętam.

Akcja "Białej gwardii", pierwszej powieści pisarza, która ma też swoją wersję sceniczną - "Dni Turbinów", rozgrywa się w Kijowie głównie w grudniu 1918 roku, do czego jeszcze wrócę. Chociaż Michaił Bułhakow urodził się właśnie tam i tam spędził dzieciństwo oraz młodość, chociaż to miasto pokochał, to czuł się jednak Rosjaninem,  choćby dlatego, że w rosyjskiej rodzinie się wychował. Teraz w Ukrainie burzy się, albo dopiero będzie się burzyć, jego pomniki, twórczość pisarza oficjalnie została skancelowana, przeciwko czemu protestują pracownicy jego muzeum, które znajduje się w Kijowie. Widać więc, że sami Ukraińcy nie są zgodni, jak traktować spuściznę literacką autora "Mistrza i Małgorzaty".

Muszę przyznać, że lektura "Białej gwardii" mocno mnie rozczarowała. Często tak bywa, kiedy oczekiwania są bardzo rozbudzone. Ale w tym wypadku nie tylko o to chodzi. Przyznam się, że wielokrotnie miałam ochotę rzucić książkę i zabrać się za inną, tym bardziej, że mam co czytać. Nie zrobiłam tego jednak, uparcie brnęłam dalej, aż jakoś tak po połowie, dopiero!, powieść wciągnęła mnie na tyle, że nie myślałam już o kapitulacji. Nie oznacza to jednak, aby jej druga część mnie zachwyciła. Cóż, nie podzielam entuzjazmu dla "Białej gwardii", jaką wyraził  profesor, o którym wspomniałam. 

Jakie są powody mojego rozczarowania? Jedno z nich to być może tłumaczenie. Nie jestem przeciwniczką starych przekładów, ale w tym wypadku miałam wrażenie, że to konkretne nie najlepiej przeszło próbę czasu. Oczywiście nie znam oryginału, więc trudno wyrokować, może język tej powieści jest właśnie taki, a nie inny, w końcu to debiut Bułhakowa. "Mistrza i Małgorzatę" czytałam w tym samym przekładzie i wtedy mi to zupełnie nie przeszkadzało, no ale czas płynie i język się zmienia. Jednak to nie ten powód jest najważniejszy. 

Najtrudniejsze i najbardziej zniechęcające jest to, że szczególnie w pierwszej części powieści bardzo trudno się połapać i zrozumieć, kto jest kim, kto przeciwko komu. I tu powody są dwa. Pierwszy to czas zdarzeń i historia. Akcja, jak wspominałam, rozgrywa się w Kijowie głównie w grudniu 1918 roku, a czas od wybuchu pierwszej wojny do jej zakończenia to moment dziejowy, kiedy w Ukrainie dzieje się bardzo dużo. Zmieniają się okupanci, powstają i upadają kolejne rządy, prorosyjskie, proukraińskie, rewolucyjne i opowiadające się za upadłą monarchią, a to wszystko jeszcze się między sobą krzyżuje w rozmaite konfiguracje. Trzeba mieć specjalistyczną wiedzę historyczną, żeby się w tym wszystkim zorientować. Ja jakieś pojęcie miałam, z naciskiem na jakieś, ale to oczywiście było zupełnie niewystarczające. Może się wydawać, że w dobie internetu to żaden problem, aby wyszukać odpowiednie informacje. Otóż aż tak drobiazgowe niekoniecznie. Sporo się naklikałam, aby uporządkować sobie wiedzę. 

A jakby tego było mało, konstrukcja powieści utrudnia zadanie. I to powód kolejny mojego zniechęcenia. Bohaterów jest wielu, duże partie powieści składają się z epizodów, w których zmieniają się protagoniści, pojawiają się nowe postacie, nie zawsze można się zorientować, kto po czyjej stronie stoi. Są też liczne retrospekcje, nie zawsze łatwo ustalić, kiedy rozgrywa się jakiś epizod. W dodatku autor posługuje się ironią, ale nie tak wprost jak w "Mistrzu i Małgorzacie", często trudno wyczuć, co pisane jest na serio, a co ironicznie. Irytowały mnie dość częste onomatopeje, które kończyły lub zaczynały zdania, na przykład: Dryń ... Treń ... Gitara. Turek ... Żeliwna latarnia na Bronnej ... Mogę się domyślać, że taki sposób pisania ma oddać chaos i niepewną atmosferę, jakie zapanowały w mieście w tym okresie, kiedy wycofały się okupacyjne wojska niemieckie, upadł hetmanat Skoropadskiego, czyli państwo ukraińskie pod niemieckim protektoratem istniejące od kwietnia do końca grudnia 1918 roku, i w związku z tym rozwiązano oddziały wojskowe, ową tytułową białą gwardię, mające bronić miasta przed atakującymi ją wojskami Petlury. Rozumiem, ale czytania to nie ułatwia. Dopiero kiedy akcja zwalnia i przenosi się do kamienicy Turbinów, głównych bohaterów powieści, można nieco odetchnąć i zorientować się, co się dzieje.

Dzisiaj trudno sobie nie zadać pytania, czy powieść Michaiła Bułhakowa jest rzeczywiście antyukraińska. Jej bohaterami są członkowie rodziny Turbinów, dwóch braci i siostra. Poznajemy ich w momencie, kiedy kilka miesięcy wcześniej pochowali matkę, a ich ojciec od dawna nie żyje. Helena jest żoną oficera, który ma jakieś stanowisko w rządzie hetmana Skoropadskiego i ucieka razem z nim z kraju, zostawiając ją na łaskę i niełaskę tego, co się wydarzy. Jej starszy brat, Aleksiej, jest lekarzem i wstępuje do oddziałów hetmańskich mających bronić miasta przed wojskami Petlury, młodszy, Nikołka, niedawno skończył szkołę i też zaciąga się do tego samego wojska. Są oni niewątpliwie przedstawicielami inteligencji związanej z carską Rosją, na pewno mówią po rosyjsku i trudno powiedzieć,czy w ogóle zależy im na powstaniu państwa ukraińskiego. W tym momencie opowiedzieli się za Skoropadskim. Sam Petlura i jego wojska przedstawione są w powieści rzeczywiście okropnie. Jak wróg i dzicz, która ma najechać miasto. I o tym oczywiście należy pamiętać. Trudno się dziwić Ukraińcom, że teraz im sam autor i ta powieść przeszkadza.

Ale jest w "Białej gwardii" prawda uniwersalna. To obraz miasta i jego mieszkańców rozwalcowywanych przez Historię. Obraz czasów niespokojnych, kiedy wszystko się zmienia, kotłuje, kiedy nie wiadomo, kto jest kim, komu wierzyć, a kogo się bać i co stanie się w najbliższej przyszłości. Kto może ucieka, ale wszyscy przecież nie uciekną. Do miasta napływają uchodźcy z terenów zajętych przez wojska przeciwnika politycznego. Zdobywcy grabią i mordują, a swoje używanie mają też rozmaitej maści przestępcy, którzy w takim chaosie czują się jak ryby w wodzie. W tym wszystkim jakoś muszą się odnaleźć zwykli mieszkańcy, przeczekać, bo każda nawałnica kiedyś ucichnie. Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. - jak napisał Stanisław Jerzy Lec. Co jest ratunkiem? Rodzina, zdaje się mówić autor. Bo to właśnie w swoim mieszkaniu, wśród przyjaciół Turbinowie odnajdują namiastkę normalności. 

Jest tu też obraz zdrady. Władze hetmanatu uciekają, a żołnierze, którzy zaciągnęli się do jego armii, zostają wystawieni do wiatru i narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo.  W chaosie, jaki zapanował, rozkazy o rozformowaniu oddziałów i ukryciu się przychodzą zbyt późno i nie do wszystkich docierają. Pagony oznaczające przynależność do tego wojska stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo.

I pozostaje pytanie o sens tego wszystkiego.

A po co to było? Nikt na to nie odpowie. Czy ktoś zapłaci za krew? Nie. Nikt. Po prostu roztaje śnieg,, wzejdzie zielona ukraińska trawa, porośnie ziemię ... Bujnie zakłosi się zboże ... Zadrży nad polami upał i nie zostanie po krwi nawet ślad. Tania jest krew na czerwonych polach i nikt płacić za nią nie myśli. Nikt. 

Wszystko przeminie. Cierpienia, męki i krew, głód i mór. Sczeźnie miecz, ale gwiazdy pozostaną także i wtedy, kiedy nawet cień naszych ciał i spraw nie pozostanie już na ziemi. 

Jest w tych cytatach pociecha i głęboki smutek.

Ismail Kadare "Kronika w kamieniu"

Od dawna przymierzałam się do sięgnięcia po "Kroniki w kamieniu"

albańskiego pisarza Imaila Kadare (Wydawnictwo Akademickie Sedno 2023; przełożył Marek Jeziorski). Dotąd nie czytałam żadnej jego książki, a wyszło ich w Polsce sporo. Oczywiście wiedziałam, że to pisarz nagradzany na świecie, ale jakoś było mi z nim nie po drodze, bo wiadomo, nie da się czytać wszystkiego. Ale o "Kronice w kamieniu" mówiło się tak dużo i bardzo dobrze, że postanowiłam spróbować. Teraz wiem, że nie poprzestanę na tej jednej powieści. Wpisałam sobie Ismaila Kadare na listę autorów, których zamierzam wypożyczyć z biblioteki.

Akcja "Kroniki w kamieniu" toczy się w nienazwanym albańskim mieście w latach 1940-1943. Wiadomo jednak, że chodzi o Gijokastrę, rodzinną miejscowość pisarza. Narrator, mały chłopiec, to alter ego autora. Przygląda się rzeczywistości, nadając jej magiczny rys. Muszę przyznać, że chociaż nie przepadam za realizmem magicznym, w tym wypadku to zawieszenie pomiędzy jawą, a wyobraźnią bohatera, która chwilami zniekształca świat, odrealniając go, zupełnie mi nie przeszkadzało. 

Początkowo wszystko wydaje się niewinne, chociaż miasto okupują Włosi. Wizyty krewnych i sąsiadów, pogawędki kobiet, które wychylają się z okien swoich domów, wymieniając plotki i komentując wydarzenia, odwiedziny u dziadków, którzy mieszkają w innym rejonie miasta, a droga do nich jawi się bohaterowi jak wielka wyprawa, spotkania z najbliższym przyjacielem, budowa lotniska i obserwacja stacjonujących tam samolotów, które go fascynują i pobudzają wyobraźnię, niezwykłe, na poły fantastyczne zdarzenia, czary, w które wierzy nie tylko narrator, ale i dorośli mieszkańcy miasta. Wśród sąsiadów i krewnych bohatera jest wiele barwnych postaci. A może to jego wyobraźnia sprawia, że wydają się niezwykli, zabawni, czasem groteskowi? W tych niespokojnych czasach stale rodzą się jakieś plotki, z domów wychodzą stare kobiety, które wieszczą przyszłość. 

Z czasem jednak przez tę bajkową atmosferę przebijają się coraz bardziej dramatyczne zdarzenia. A właściwie to ja, czytelniczka, uzbrojona w całą moją wiedzę o wojnie, obserwowałam narastającą grozę, bo dla bohatera niemal wszystko, co się działo, to nadal przygoda. Był niezwykle dumny, kiedy na jego domu powieszono tablicę z informacją, że kamienna piwnica została przeznaczona na schron dla dziewięćdziesięciu osób. Dla niego schodzenie tam stanowiło niezwykłą odmianę codzienności, możliwość obserwowania chroniących się sąsiadów, słuchania ich rozmów. 

W każdym razie podobał mi się ten nowy czas z pieczarami i piwnicami. (...) Byłem szczęśliwy, że nasz dom stał  się nieoczekiwanie głównym punktem dzielnicy. Bardzo się ożywił. (...) Nasz dom przypominał teraz targowisko, na którym codziennie coś się działo (...)

A przecież miasto było bombardowane przez dłuższy czas, wyły syreny. Wiemy, co to oznacza, a jednak dzięki wyobraźni narratora, jego dziecięcej gotowości do przekształcania rzeczywistości w fascynującą przygodę, bardziej rozumiemy, jak dramatyczna jest rzeczywistość okupowanego miasta i jego mieszkańców, niż to czujemy. Podobnie fascynująca jest ucieczka do piwnic zamku, kiedy te w domach zostają uznane za nienadające się na schrony, czy eksodus z miasta do wiosek w górach przed mającymi wkroczyć Niemcami. A jednak z czasem robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Pojawia się komunistyczna partyzantka, do której uciekają młodzi chłopcy, a nawet dziewczyny. Rodzą się polityczne konflikty, dochodzi do zamachów na okupantów i ich krwawego odwetu. Jesteśmy świadkami egzekucji, a wszystko to dzieje się także na ulicy, na której mieszka bohater, wśród jego najbliższych sąsiadów.

Bardzo ważnym bohaterem tej powieści jest miasto, które w wyobraźni narratora żyje niczym jakiś wspaniały, fascynujący twór. Żyją jego kamienne domy, żyją ciągnące się pod górę ulice wyłożone brukiem, żyją rzeki i potoki. Szczególnie widoczne jest to w pierwszej części powieści, z czasem miasto zastyga nieniepokojone wyobraźnią bohatera. Czy dlatego, że dorasta? A może bardziej fascynuje go to wszystko, co dzieje się wokół niego? W tych partiach najlepiej widać mistrzowski styl autora. Obcowanie z jego językiem, znakomicie oddanym przez tłumacza, jest wielką przyjemnością.

Ale oto nieoczekiwanie, wszystko uległo zmianie tamtego dnia, kiedy spadły bomby. Mocno wstrząsnęły głównym pokojem; bardzo zbrzydł, miał wybite wszystkie szyby, gdy tymczasem piwnica, cicha, łagodnego usposobienia, nawet nie zapytała, co się stało na zewnątrz. Współczułem mu, opuszczonemu przez wszystkich. Podczas bombardowań, kiedy grube mury piwnicy nawet nie drgnęły, martwiłem się o niego, cały się chwiał i dygotał tam wysoko, zupełnie samotny. Przypominał mi kobietę piękną, ale przerażoną i znerwicowaną, gdy tymczasem piwnica była jak głucha staruszka o mocnych kościach. 

Szalona rzeka, pomyślałem. Każdej zimy starała się ugryźć miasto u jego podnóża. Jednak nie była tak groźna, jak usiłowała to pokazać. Groźniejsze były potoki spływające z góry. I one, jak rzeka, starały się ugryźć miasto. Lecz podczas gdy rzeka nabrzmiewała i puszyła się arogancko u podnóża miasta, potoki rzucały się zdradziecko na jego plecy.

Ulica Varosha z trudem pięła się w górę, natomiast z jej prawej strony schodziła z furią ulica Gjobeka, która oddalając się od łykowego domu włoskich zakonnic, jakby chował on jakąś zarazę, zderzała się z ulicą Varosha i z tego zderzenia obie wychodziły pokręcone. Dalej Zaułek Szaleńców, ślepy i uparty, rzucał się na subtelną ulicę przy gimnazjum, ale ta, w ostatniej chwili, sprytnie unikała zderzenia, odchodząc nieco w bok. I wtedy Zaułek Szaleńców puszczał się w dół, przez całą dzielnicę, jakby szukał zwady i w czasie tego biegu wykonywał najbardziej nieoczekiwane i najdziwniejsze zakręty. 

"Kronika z kamienia" to wspaniała literacka uczta, oddech po tych dwóch czytadłach, o których ostatnio pisałam.

Patryk Pufelski "Pawilon małych ssaków"

O książce Patryka Pufelskiego "Pawilon małych ssaków" (Karakter

2022) jako osoba pilnie śledząca bańkę literacką i jako czytelniczka sama w niej tkwiąca nie mogłam nie usłyszeć, tyle było w momencie premiery wokół niej hałasu. Autor, pracownik wrocławskiego zoo, wysłał swój tekst na konkurs pamiętników osób LGBT+ ogłoszony przez Pracownię Badań nad Historią i Tożsamościami LGBT+ w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Nagrodzone i wyróżnione prace zostały potem wydane w osobnej książce. Patryk Pufelski nie znalazł się w tym gronie, za to organizatorzy konkursu uznali, że jego praca zasługuje na szczególne potraktowanie i zainteresowali nią wydawnictwo Karakter. Ostateczny kształt książki, która ujrzała światło dzienne, został rozszerzony. Autor opowiada w wywiadzie udzielonym Dwutygodnikowi, jak pracował nad całością, jak odchodził od koncepcji dziennika, aby ostatecznie do niego wrócić. 

Chociaż wokół książki było dużo szumu, nie zamierzałam jej czytać, bo wydawało mi się, że jest to rzecz przede wszystkim o pracy w zoo i podopiecznych autora. Nie żebym zwierząt nie lubiła, ale co innego lubić, a co innego jeszcze o nich czytać. I raczej na pewno nie sięgnęłabym po "Pawilon małych ssaków", gdyby nie kilkudniowa wizyta u bliskiej mi osoby, która książkę miała i polecała. A ponieważ właśnie wtedy autor został nominowany do Nike, grzechem było nie skorzystać z okazji. Połknęłam ją w dwa poranki i dwa wieczory, bo tylko wtedy miałam czas na czytanie. Połknęłam z ogromną przyjemnością. To rzecz, którą znakomicie się czyta, a lektura daje odprężenie i właśnie przyjemność.

Dlaczego? Myślę, że kluczem jest sam autor. Czytając, wielokrotnie łapałam się  na myśli, że świetnie byłoby mieć takiego znajomego! Patryk Pufelski wydaje się być bardzo ciekawą osobą. Bo powiedzieć, że jest pracownikiem zoo, to nic nie powiedzieć. Tak, pracuje we wrocławskim zoo, a wcześniej przez kilka lat pracował w krakowskim, a jeszcze wcześniej, bo już jako nastolatek, udzielał się jako wolontariusz w oliwskim. Przychodził tam w niemal każdy weekend. Rzeczywiście jest miłośnikiem zwierząt, wiele  miejsca poświęca im w dzienniku, i tym, którymi opiekuje się w pracy, i tym, które ma w domu, i tym, o których coś przeczyta. Potrafi śledzić losy swoich podopiecznych, którzy zostali przeniesieni (sprzedani?) do innego ogrodu zoologicznego. Pisze o nich jak o najbliższych mu istotach. Ale miłość do zwierząt to nie wszystko. 

Autor jest po prostu bardzo interesującym człowiekiem. Refleksyjnym, uważnie przyglądającym się światu, ludziom, życzliwym, dobrym. Zanim zaczął pracę w zoo, szukał swojej drogi - studiował w Krakowie filologię węgierską i teksty kultury (kierunek na wydziale polonistyki?), niczego nie ukończył, teraz studiuje zaocznie zootechnikę. Dużo czyta, czego liczne ślady znajdujemy w jego dzienniku. Interesują go sprawy żydowskie i jest bardzo mocno osadzony w środowisku polskich Żydów. Jak zrozumiałam, ma takie korzenie, chociaż także kaszubskie. Obchodzi i Chanukę, i Boże Narodzenie. Sporo pisze o swojej rodzinie. Bo właśnie ludzie to drugi istotny nurt jego książki. Widać, że pielęgnuje więzy rodzinne, przyjaźnie i znajomości. Wiele wśród jego znajomych osób starszych, z którymi ma bardzo dobry kontakt. To nie tylko babcia, ale też inne znajome i znajomi z różnych środowisk, także tych żydowskich. Pisze o nich ciepło, dowcipnie, czasem nostalgicznie, przytacza rozmaite anegdoty. W taki sam sposób opowiada o swoich koleżankach i kolegach z krakowskiego i wrocławskiego zoo. Ludzie, wspólnota to wszystko jest dla niego ważne. Należy też do krakowskiej spółdzielni Ogniwo - księgarni i czegoś w rodzaju domu kultury. To również wspólnota.

A tematyka osób LGBT+? W końcu z konkursu na ich pamiętniki wzięła się ta książka. Oczywiście jest obecna na kartach dziennika, ale w sposób naturalny, nie dominuje. W pierwszej części pojawia się fragmentarycznie, w drugiej, kiedy atmosfera w kraju gęstnieje, jest jej więcej. Autor pisze o emocjach, o swoim gniewie na polityków. (Aż mnie korci, aby użyć mocniejszego słowa niż gniew) Mimo wszystko jednak jest w tej szczęśliwej sytuacji, że poza incydentalnymi sytuacjami nie doświadczył dyskryminacji. Wie o nim rodzina, znajomi, przyjaciele. Na kartach dziennika pojawia się jego partner, dla którego, jak zrozumiałam, przeniósł się do Wrocławia. Pewnie dlatego nie ma w dzienniku cierpiętnictwa, a całość jest pogodna. 

Przyznam, że nie należę do miłośniczek dzienników. Są po prostu, z oczywistych przyczyn, nierówne - miejscami bardzo ciekawe, miejscami po prostu nudne. Tymczasem w tym wypadku o nudzie nie ma mowy. Wpisy są krótkie, najdłuższe nie przekraczają strony, może półtorej, niektóre mają po kilka linijek. To pewnie z jednej strony świadectwo naszych czasów, z drugiej efekt sposobu, w jaki książka powstała. Jedno łączy się z drugim. Wiele notek ma formę anegdoty zamkniętej zgrabną puentą, inne są typowymi dla tej formy relacjami albo przemyśleniami. Dodatkową przyjemność sprawiało mi czytanie o moim mieście i o mieszkającym w nim ludziach, o których bardziej słyszałam niż ich znam. Bo jedno z miast, Gdańsk, Kraków, Wrocław, pomiędzy którymi Patryk Pufelski kursuje, jest także moim.

Zdecydowanie warto sięgnąć po "Pawilon małych ssaków". Mam taki test - jeśli notka na mój blog powstaje gładko, jeśli piszę emocjami, to znak, że książka mnie poruszyła. A jeśli w dodatku dzieje się tak po upływie jakiegoś czasu od lektury, a tak było w tym przypadku, to znak, że nadal we mnie pracuje. A czy słusznie znalazła się na liście nominowanych do Nike? Z tym bym dyskutowała. Nie wykluczam, że sam autor się zdziwił. Do tego co pisze podchodzi bez zadęcia, ta książka przydarzyła mu się trochę przez przypadek, chociaż, jak mówi we wspomnianym wywiadzie, pisanie jest dla niego czymś naturalnym, od dawna robił to dla swoich znajomych w mediach społecznościowych, a dla siebie prowadził notatki w komputerze.

Zyta Rudzka "Ten się śmieje, kto ma zęby"

Najnowsza powieść Zyty Rudzkiej "Ten się śmieje, kto ma zęby"

(W.A.B. 2022) pojawiła się niemal we wszystkich topkach, jakie powstają pod koniec roku. Oczywiście tych, które czytałam, a bardzo lubię takie zestawienia. Ponieważ kilka lat temu zachwyciłam się przedostatnią książką autorki, "Krótka wymiana ognia", więc stało się dla mnie oczywiste, że muszę sięgnąć także po tę najnowszą w dodatku tak bardzo wychwalaną. Recenzenci zwracają uwagę na jej niezwykły język, więc tym bardziej nie mogłam się doczekać lektury. Dobrze pamiętałam mistrzostwo stylu "Krótkiej wymiany ognia", które wyniosło opowiadaną historię na wyżyny. Bo przecież może najważniejsze jest właśnie to, jak się opowiada. Język potrafi sprawić, że najbanalniejsza opowieść stanie się wybitna. Wszak wszystko już było. Ale do rzeczy. "Ten się śmieje, kto ma zęby" to rzeczywiście powieść bardzo dobra, ja jednak wyżej stawiam "Krótką wymianę ognia". Już wyjaśniam dlaczego. 

Po pierwsze język. Jest rzeczywiście znakomity. To monolog bohaterki, Wery, świeżej wdowy po Dżokeju, fryzjerki męskiej, kobiety, która w młodości przybyła do miasta ze wsi, nie ma żadnego wykształcenia, nawet dyplom zaświadczający o fryzjerskim fachu kupiła na bazarze. Opowiada mieszaniną gwary, języka potocznego, mówi barwnie, soczyście, dosadnie, ironicznie i ze swadą, nie stroni od wulgaryzmów i dosłowności. Ma do siebie dystans. Wypisałam sobie mnóstwo celnych, pysznych cytatów, przytoczę tu kilka, aby pokazać, na czym polega językowe mistrzostwo Zyty Rudzkiej.

Nie utknę we wdowie. / Usługi dla ludności zmarłej. / Wzajemność uczucie nieproste. / I boga się nie boję. Nawet jak bóg istnieje, bo się nie upieram w sprawie bezbożności całego kosmosu. Jakby bóg mi się trafił, stracha nie mam. / Jakbym miała koniak, to po co mi mąż? / ... na miłość szło. / Są takie, co oblewają się wdowieństwem jak wrzątkiem. Ja do nich nie należę. / Po to ślubu nie braliśmy, żeby się dwa razy w tygodniu żegnać na zawsze. / Nie miał talentu do życia. Umieranie lepiej mu szło. / ... szybko uśmiech schowała, śmierć dżokeja stała przy nas. / Jak ktoś nie ma talentu do życia, w sprawie śmierci nie umie się zachować. / Hardo na mnie patrzyła. Wdowiła się. / ... była ubrana w czerni wygórowanej cenowo.

Gdyby ta powieść została zekranizowana i zdobyła widownię, jestem pewna, że te i inne powiedzonka weszłyby w językowy krwioobieg. No ale niestety literatura nie ma takiej siły przebicia, jaką miewa kino. Dlaczego wobec tego narzekam? Bo język "Krótkiej wymiany ognia" był jeszcze wspanialszy, po prostu brawurowy. Tu mamy opowieść stylistycznie jednolitą, tam języków było wiele - od fragmentów poetyckich, przez fragmenty kolokwialne, językowe kalki, po język sceniczny. Nie będę się powtarzać, kto ciekaw, niech zajrzy do tego, co pisałam, link podałam we wstępie. A jeszcze lepiej sięgnąć do źródła, czyli do tamtej powieści. 

Po drugie bohaterka. Doskonale rozumiem, co w niej może zachwycać. Wera łamie wszelkie tabu. Chociaż po stracie zakładu fryzjerskiego, co stało się z powodu przetargu ogłoszonego przez miasto na zajmowany przez nią lokal, nie pomogła pikieta urządzona w jej obronie przez miejskich aktywistów, znalazła się w trudnej, ba, beznadziejnej, sytuacji materialnej, nie poddaje się. Od tamtego czasu utrzymuje się z handlowania na bazarze - sprzedaje wszystko, na co może znaleźć się kupiec. Meble, naczynia, ubrania. Rzeczy zgromadzone w jasnym czasie, jak mówi. Mimo to nie uważa się za przegraną, nie narzeka, z ufnością i ciekawością patrzy w przyszłość. Nawet teraz, kiedy została wdową i kiedy nie tylko z tego powodu jest bardzo samotna. Nie zamierza się samotności i  wdowieństwu  poddawać, we wdowieństwo owijać. Może nawet odetchnęła z ulgą - Dżokej swoją śmiercią uwolnił ją od siebie. Chce go jednak godnie pochować, dlatego za wszelką cenę musi zdobyć dla niego porządne, koniecznie białe, buty do trumny. Ale to nie wszystko. 

Wera bezpruderyjnie opowiada o swoich seksualnych potrzebach. O Dżokeju, kochanku i kochankach. Tak, kochankach. Trudno powiedzieć, w jakim dokładnie jest wieku, na pewno bliżej jej do starości niż do młodości, a jednak nadal seks ją kręci i nie zamierza ze swoich  potrzeb rezygnować. Nie jest też żadną pięknością, żadną smukłą laską. Przeciwnie - jak sama mówi ma cyc i tyłek jak globus. A jednak coś do niej ciągnie mężczyzn i kobiety. Może zwłaszcza kobiety.  Swoje w życiu przeżyła, ale nie rozpamiętuje, jest energiczna, witalna, silna i kuta na cztery łapy. Stanowi przeciwieństwo  wszystkich tych mimozowatych, złamanych, rozkminiających swoje niepowodzenia bohaterek, które rozpleniły się w literaturze najnowszej. Czy witalność i pęd do życia bierze się z jej prostoty? 

Doceniam to wszystko i rozumiem, problem w tym, że jakoś nie potrafię jej polubić. Inaczej było z Romą, bohaterką "Krótkiej wymiany ognia", którą z Werą łączył wiek i seksualne potrzeby, ale wiele je też dzieliło. Roma czuła się staro, czuła się przegrana, czego nie można powiedzieć o Werze. Ona swój wiek i wygląd ma za nic.

A w tle jej historii są rozmaite plagi naszego świata. Bezwzględny kapitalizm, który wysysa ludzi, aby wyeksploatowanych wymienić na młode wilki, przemijanie, nierówności społeczne, melancholia. Wielu tu przegranych bohaterów, właśnie bohaterów. Bo w tej powieści to mężczyźni są słabi, nie wytrzymują konfrontacji z nowoczesnym, kapitalistycznym światem, a kobiety silne.

To naprawdę bardzo dobra powieść. A że trochę marudzę? Myślę, że te dochodzące zewsząd zachwyty zanadto napompowały moje oczekiwania. Stąd leciutkie rozczarowanie. Zaznaczam - leciutkie.

Popularne posty