Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajemnice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajemnice. Pokaż wszystkie posty

Mario Vargas Llosa "Zielony Dom"

Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył

Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie w tym wyborze znakomity tłumacz Tomasz Pindel, który w jednym z podcastów zaliczył tę powieść do kilku najważniejszych i jego ulubionych w twórczości peruwiańskiego noblisty. Tu krótka dygresja - niezwykle mnie ucieszyło, że wśród tych kilku znalazł się także "Lituma w Andach", który zrobił na mnie spore wrażenie. Zawsze to miłe, jeśli literackie wybory zostaną potwierdzone przez znawcę. Być może jeszcze długo "Zielony Dom" leżałby sobie na wirtualnym regale bibliotecznej aplikacji, gdyby nie śmierć pisarza. Przeczytanie powieści, której jeszcze nie znałam, to najlepszy sposób, żeby oddać hołd jednemu z moich ulubionych autorów. 

Od razu zaznaczę, że "Zielony Dom" nie jest lekturą łatwą. Należy do tych książek Llosy, w których pisarz gmatwa wątki, a narracja jest nieoczywista. Są tu rozdziały pisane po bożemu, a są takie, w których na jednej stronie akcja bez ostrzeżenia skacze od wydarzeń dziejących się na oczach czytających do tych z przeszłości bohaterów. Jakby wspominali to, co miało miejsce onegdaj. Dodatkową trudnością jest zupełny brak chronologii. Nie od razu jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy co się wydarzyło i co łączy poszczególne wątki, które wydają się być od siebie dość odległe. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, co było wcześniej, a co później i co łączy bohaterki i bohaterów. Aż w końcu składamy sobie całą historię. Nie jest też łatwo określić czas akcji, bo nie ma tu wielu odniesień do historii Peru. Udało mi się ustalić, że niektóre wydarzenia działy się w latach czterdziestych zeszłego wieku. Inne wcześniej, a inne później, bo akcja toczy się na przestrzeni może trzydziestu, a może czterdziestu lat. I to jest trudne do ustalenia. 

Kto czytał "Rozmowę w Katedrze", Powieść przez duże P, ten wie, o czym piszę. Moim zdaniem warto jednak podjąć trud, oswoić się z takim sposobem opowiadania, bo książka jest tego warta. Tym bardziej, że po jakimś czasie da się jednak odkryć jakiś porządek w tym szaleństwie. Powieść składa się z czterech części i epilogu poprzedzonych czymś w rodzaju prologu, każda część to kilka rozdziałów, a w każdym z nich przewijają się poszczególne wątki wydzielone w osobnych akapitach. Właściwie przy ponownej lekturze można by "Zielony Dom" czytać inaczej - śledząc poszczególne wątki.

Tym razem akcja powieści toczy się w Piurze, mieście na północy Peru położonym wśród pustynnych piasków, w którym kilka lat swojego dziecięcego życia spędził pisarz, ale także w peruwiańskiej części Amazonii, na rozlewiskach jej dopływów, w małej zagubionej wśród dziewiczej selwy osadzie Santa Maria de Nieva zamieszkanej przez białych i ludność rdzenną, na zagubionych w głuszy wysepkach, gdzie ukrywają się nielegalni handlarze kauczuku, w osadach rdzennych mieszkańców. To teren dziewiczy, w którym łatwo się ukryć, aby prowadzić swoje ciemne interesy. Żeby się po nim poruszać, trzeba bardzo dobrze znać rzekę i jej dopływy, wiedzieć, kiedy można po niej pływać. Dlatego tak ważni są piloci, których wojsko czy policja i wszyscy pływający po Amazonii muszą zatrudniać w roli przewodników. Takim pilotem jest Nieves, mężczyzna o mieszanym pochodzeniu, jeden z bohaterów powieści. 

Mario Vargas Llosa znakomicie oddaje atmosferę tych miejsc. Trudy życia w zagubionych osadach czy obozach, kaprysy przyrody, niebezpieczeństwa, konflikty między białymi, a rdzenną ludnością, prymitywne warunki życia. Ci, którzy się w Amazonii urodzili, kochają ją i zawsze za nią tęsknią, biali, którzy nie z własnego wyboru muszą mieszkać w niewielkich miejscowościach takich jak Santa Maria de Nieva, gdzie dostać można się tylko rzeką, często nienawidzą tego miejsca i marzą tylko o tym, aby z niego uciec.

Te dwa światy wyznaczają dwa zasadnicze wątki tej powieści. Jeden związany jest z Piurą, gdzie przed laty nagle pojawił się tajemniczy mężczyzna, Anselmo, który na skraju miasta wybudował dom, ten tytułowy Zielony Dom, dla mężczyzn miejsce cielesnych uciech, rozrywki, a dla innych, a zwłaszcza dla miejscowego księdza, zgorszenia i grzechu. Nie wiadomo, co z tamtych wydarzeń sprzed lat jest prawdą, a co mitem. Ta historia opowiadana jest inaczej, trochę jak legenda. Niektórym wydaje się, że pamiętają tamte zdarzenia z czasów, kiedy byli dziećmi, sam Anselmo, prawie niewidomy, nieszczęśliwy grajek występujący w trzyosobowym zespole w innym Zielonym Domu, wszystkiemu zaprzecza, nie chce opowiadać. Dlaczego? Pewnie dlatego, że stało się tam coś jednoznacznie złego, a jednocześnie coś tragicznego. 

Wątek amazoński to poszukiwanie ukrywającego się na jednej z wysepek przestępcy, nielegalnego handlarza kauczuku i skór, który psuje interesy innym. Dlaczego tym innym handlować wolno, a jemu nie, nie jest jasne. Czy to kwestia koncesji, którą oni mają, a on nie, czy może odpowiedniego umocowania wśród ludzi władzy, którzy też czerpią z tego korzyści? W każdym razie miarka się przebrała i z Santa Maria de Nieva wyrusza ekspedycja żandarmerii i wojska, aby złapać przestępcę. Dlaczego pilot Nieves wykręca się chorobą i nie chce ich prowadzić, polecając innego? Kiedy o tym czytamy, już doskonale wiemy, czego się obawia. Oba wątki spaja postać sierżanta Litumy, który pojawia się też w innych powieściach pisarza, przede wszystkim we wspomnianej już przeze mnie - "Lituma w Andach". 

Tu dygresja. Czy historia Litumy w tych kilku książkach składa się w całość i wszystko z jego życiorysu do siebie pasuje? Trudno mi jednoznacznie orzec. "Zielony Dom" powstał w roku 1966, a "Lituma w Andach" w 1993. Pisząc pierwszą z nich, Mario Vargas Llosa na pewno nie miał pojęcia, że kiedyś wykorzysta tego samego bohatera. Aż by się chciało teraz sięgnąć jeszcze raz po tamtą powieść, aby to sprawdzić! I po "Rozmowę w Katedrze", bo i tam, wydaje mi się, pojawiają się bohaterowie innych książek Llosy.

Co mnie tak zafascynowało w "Zielonym Domu"? Oprócz niesamowitego klimatu Amazonii, ale również zmieniającej się przez lata Piury, także poruszane tematy. Wspomniany już handel kauczukiem, konflikty między białymi, a rdzennymi mieszkańcami Peru, zróżnicowanie społeczeństwa, w którym oprócz potomków hiszpańskich najeźdźców i ludności rdzennej są także Metysi. Oczywiście nie muszę wspominać, że ci pierwsi mają się za lepszych. Z tym wiąże się kolejny problem - białe zakonnice za przyzwoleniem władz odbierają rdzennym mieszkańcom dziewczynki, dzikuski, jak je nazywają, aby je chrystianizować i cywilizować. Jesteśmy świadkami tego, w jak bezwzględny sposób się to odbywa. No i przede wszystkim wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów, bardzo niejednoznaczne, w których zło miesza się ze szlachetnością i dobrem. Często są to postacie tragiczne. Nawet najbardziej bezwzględny ze wszystkich, ten poszukiwany handlarz, Fushia, w końcu budzi litość. No i wreszcie sama historia, którą musimy sobie składać z przemieszanych strzępów, dzięki czemu trzyma w napięciu, jest po prostu bardzo ciekawa.

Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Mario Vargasa Llosy bardzo polecam. Przede mną jeszcze kilka jego powieści. Kilka tych, których jeszcze nie znam, i dwie czytane bardzo dawno, "Pantaleon i wizytantki" oraz "Ciotka Julia i skryba".

Joanna Bator "Piaskowa Góra"

Wstyd powiedzieć, a może jednak nie, ale "Piaskowa Góra" (Znak

2019, wydanie I 2009) to moje pierwsze spotkanie z prozą Joanny Bator. Już od dawna chciałam sięgnąć po jakąś powieść jej autorstwa, kilka lat temu kupiłam "Gorzko, gorzko", które do dziś spoczywa w głębinach mojego czytnika, czekając na swoją kolej. Zawsze jednak były lektury, na których zależało mi bardziej. Aż w końcu pod wpływem zachwytów koleżanki, z którą wymieniamy od czasu do czasu uwagi o książkach, pomstując na ilość czekających w kolejce tytułów, postanowiłam wreszcie sięgnąć po "Piaskową Górę", którą to rzeczona koleżanka właśnie się zachwycała. No i stało się.

"Piaskowa Góra" jest pierwszą częścią trylogii wałbrzyskiej. To rozbudowana historia rodzinna z rozgałęzieniami w stronę opowieści o sąsiadach i znajomych głównych bohaterek. Sięga czasów przedwojennych, aby zakorzenić się w PRL-u, a zakończyć już w okresie transformacji. Wiele tu wątków, epizodów, odnóg i kłączy. Konstrukcja tej opowieści kojarzy mi się z drzewem o mocno rozbudowanej koronie i rozlicznych korzeniach. Zagłębiając się w nią, meandrując, składamy sobie krok po kroku historię bohaterek. A są to Jadzia, jej córka Dominika i jej matka, ważna jest też teściowa. Jadzia, która urodziła się w czasie wojny w Zalesiu, gdzieś w centralnej Polsce, przyjeżdża do Wałbrzycha za pracą, bo tu mieszka jej krewny, obrotny Kazimierz. Poznaje Stefana, pracującego w kopalni górnika, którego rodzice przybyli do Wałbrzycha już po wojnie i zajęli mieszkanie po Niemcach. Jadzia i Stefan pobiorą się i po kilku latach, już w epoce Gierka, otrzymają wymarzone mieszkanie w wieżowcu z wielkiej płyty w dzielnicy zwanej Piaskową Górą. Z czasem coraz ważniejszą bohaterką staje się ich córka, Dominika, niespełniająca oczekiwań matki, bo tak do nikogo niepodobna. W niczym nie przypomina wymarzonej córki - ani ładna, ani grzeczna. Istna buszmenka, tak nazywa ją zniesmaczona jej wyglądem Jadzia. No i jeszcze ten nieoczekiwany talent matematyczny. Skąd się wziął? A skąd jej czarna, bujna czupryna czyniąca z niej dziwadło? Z czasem historia skręca w stronę mieszkającej w zalesiu matki Jadzi i rozwija się w nieoczekiwanym kierunku.

Połknęłam "Piaskową Górę" błyskawicznie, bo to powieść, która zwyczajnie wciąga, a im dalej w las, tym bardziej chciałam się dowiedzieć, jak toczyły się losy bohaterek i bohaterów, jak rozwiąże się ta historia. Jednak cały czas towarzyszyło mi pytanie, co aż tak bardzo zachwyciło moją koleżankę, no i dlaczego książka była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. Kiedy pisałam te słowa, od lektury upłynął tydzień i muszę przyznać, że wrażenia nieco wyblakły, wyparła je książka, którą właśnie czytałam. Nie mogę powiedzieć, abym żałowała lektury, przeciwnie cieszę się, że po "Piaskową Górę" wreszcie sięgnęłam i na pewno sięgnę po kolejne dwie części trylogii wałbrzyskiej, no i wreszcie po "Gorzko, gorzko". Ale, jak to często bywa, kiedy oczekiwania szybują w kosmos, spodziewałam się czegoś o większym ciężarze.

Wydaje mi się, że "Piaskowej Górze" zaszkodził czas. Myślę, że inaczej odbierałabym ją wtedy, kiedy została napisana, bo w roku 2009 była świeża tematami, które dopiero wydobywano na światło dzienne. Dziś o tym wszystkim napisano już wiele książek, powiedziano dużo, stąd wrażenie, że to już było, że to znam, że to dla mnie nic nowego.

Bo jednym z głównych tematów jest Wałbrzych, miasto na Ziemiach Odzyskanych, a właściwie pozyskanych, czyli poniemieckich. Miasto, skąd uciekli albo zostali wysiedleni Niemcy, po których zostały domy, mieszkania i sprzęty codziennego użytku. Na ich miejsce przybyli przesiedleńcy ze wschodu, z ziem utraconych. To historia teściów Jadzi. Inni przyjechali z Polski centralnej, bo łatwiej tu było robić interesy, ukryć się, zacząć wszystko od nowa. To przypadek Kazimierza, krewnego Jadzi. 

Innym tematem, który łączy się z pierwszym, można powiedzieć, że z niego wypączkował, to opowieść o mieście, gdzie węgiel stał się najpierw błogosławieństwem, a potem w czasach transformacji przekleństwem, bo kopalnie zaczęto zamykać, a Wałbrzych stopniowo popadał w ruinę.  Już w smętnych latach osiemdziesiątych, po załamaniu się gierkowskiego eldorado, kto mógł, wyjeżdżał do Niemiec, a jeśli nie mógł, to przynajmniej robił z Niemcami interesy. 

Jest wreszcie wątek żydowski, który pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. No i historia PRL-u. Od powojennej biedy, przez gierkowską małą stabilizację, czasy kryzysu, stanu wojennego, aż po transformację. Te wszystkie tematy od roku 2009, kiedy powieść się ukazała, zostały już na wiele sposobów opowiedziane, przenicowane. Stąd moje wrażenie, że nie czytam o niczym, czego bym wcześniej nie wiedziała.

Dalej też dziś jesteśmy, jeśli chodzi o tematy feministyczne. Dobroduszna, naiwna Jadzia, wychowana na "Trędowatej", marząca o rycerzu na białym koniu, który w jej snach na jawie przybiera postać  kogoś w rodzaju ordynata Michorowskiego, a jeszcze lepiej cudzoziemca, zderza się z prozą życia, czyli z górnikiem Stefanem, jak się okaże nieudacznikiem, co mu życie przeleci koło nosa, co to wszystkich obwinia za to, że stoi w miejscu, co smutki i zawody topi w alkoholu. 

Życie, co Jadzia już zaczyna widzieć wyraźnie, nie dało jej zbyt wielu możliwości i tylko patrzeć, jak przejdzie obok, zostawiając ją z pustymi rękoma (w tym jedną upośledzoną też z winy życia). Przez godzinę romantycznego luksusu Jadzia żona i matka pozwala Jadzi nieżonie i niematce na fantazje o Cudzoziemcu, ordynacie, który jest tym wszystkim, czym Stefan nie jest, a ona przy nim nie jest niczym innym niż Jadzią.

Jeśli Jadzi się nie udało, to może przynajmniej uda się Dominice i ona zdobędzie swojego cudzoziemca? Ale jak ma się jej udać, skoro przypomina buszmenkę, a ubiera się jak chłopak? Dominika też ma swoje marzenia, inne niż matka, a przecież jakoś podobne.

Odbita w takim wyjątkowym lustrze, mogła się coraz bardziej do Jadzi nieupodabniać.

Ona też marzy o swoich wyspach Bula-Bula i o tym, aby uciec od codzienności, a już zwłaszcza od takiej, jaką żyje jej matka. 

Z takim kimś nie zdarzyłaby się żadna codzienność i zwykłość, nie byłoby przyziemnych rozmów o pieniądzach i o zakupach, żadnego: a co jutro na obiad. (...) Taka miłość sprawiłaby, że ukorzeniony sznur łączący ją z Jadzią naprężyłby się tak bardzo, że w końcu by pękł, a siła odrzutu wykatapultowałaby Dominikę wprost na wyspę Bula-Bula.

I chociaż patriarchat w tym świecie ma się dobrze, to kobiety są silne, a mężczyźni słabi. Takie są Jadzia, jej teściowa i matka oraz inne bohaterki drugoplanowe. A faceci u ich boku to tacy jak Stefan rozczarowani życiem słabeusze topiący swoje niepowodzenia w alkoholu. Faceci, którym nikt nie powiedział, jak być ojcem, a już szczególnie ojcem dorastającej córki, więc abdykują i w tej dziedzinie.

Jadzia już nie jest żoną amatorką, nabrała doświadczenia w radzeniu sobie ze Stefanem i coraz bardziej zdaje sobie sprawę ze swojej władzy. To władza pełna złości, nie gniewu; władza szczypiąco-szarpiąca, jej oręż to miotła i ściera. Kuchenna królowa miotłą pogoni, ścierą da przez łeb, gdy się jej pod rękę poddany jakiś nawinie. Ze złości władczyni urabia sobie ręce i wypruwa żyły, ukrzyżowuje się codziennie za grzechy chłopa, który wstrętny jest. Chłopy,  z brudu i głodu jeden z drugim by zdechł, gdyby sami zostali. Ofermy, ochlapusy i dziady.

Co z tego, kiedy te silne kobiety rządzą tylko w swoim domu, a  ton nadają tacy cwani kombinatorzy jak Kazimierz, który w nowych czasach, kto wie, czy nie popłynie w politykę.

Co w takim razie po latach zostaje z "Piaskowej Góry", skoro wszystko już było? Sama historia po prostu bardzo ciekawa, portrety bohaterek i bohaterów, nawet tych z drugiego planu, no i wreszcie język. Czasem jak z baśni, czasem ironiczny, rozbuchany wyobraźnią autorki, czasem przypominający frazę Masłowskiej. 

Laura Restrepo "Delirio"

Nie pierwszy raz wspominam tutaj o moim zainteresowaniu

Ameryką Łacińską. Oczywiste jest więc, że szukam literatury z tego obszaru świata. Jakiś czas temu wysłuchałam podcastu SWPS o trzech pisarkach kolumbijskich i o tym, jak widzą swój kraj. To Laura Restrepo, Pilar Quintana i Lorens Salazar Masso. Kilka ich książek ukazało się w Polsce, niektóre wiele lat temu! Wypisałam sobie te tytuły, które mnie zainteresowały i będę chciała przeczytać. Na razie sięgnęłam po pierwszą, druga czeka na podorędziu i w najbliższym czasie zamierzam się z nią zmierzyć. A dziś będzie o "Delirio" Laury Restrepo (Amber 2005; przełożyła Ewa Morycińska-Dzius), powieści nagrodzonej jedną z istotnych nagród literackich hiszpańskiego obszaru językowego. Blurba na okładkę napisał sam Jose Saramango. Dodam jeszcze, że Laura Restrepo wśród wymienionych przeze mnie pisarek reprezentuje najstarsze pokolenie, rocznik 1950, uważana jest za jedną z najważniejszych autorek Ameryki Łacińskiej. W Polsce ukazały się cztery jej książki. 

Muszę przyznać, że niełatwo wchodzi się w tę powieść. Przyczyn jest kilka - niewyodrębnione dialogi, narracja zmieniająca się z trzecioosobowej na pierwszoosobową czasem nawet w obrębie tego samego zdania, które, kolejna trudność, bywają długie, a dodatkowo bez przecinków w wielu miejscach i nie przypuszczam, aby było to bałaganiarstwo redakcji czy korekty. Ale największym problemem jest ciągły tekst, niepodzielony na akapity w obrębie kilkustronicowych fragmentów zastępujących rozdziały. A ponieważ czytałam tę powieść w wersji papierowej, a druk był raczej mniejszy niż większy, dochodziła dodatkowa trudność. W takich przypadkach widać wyższość czytnika, niestety książka wydana została w czasach przedebookowych, a wznawiana nie była. Pozornie niezbyt wielka objętość, 214 stron, jest w tym wypadku myląca. Kiedy jednak przyzwyczaiłam się do takiego sposobu pisania, do małej czcionki trudno przywyknąć, nie mogłam się od tej powieści oderwać. 

Jest to historia bogatej rodziny Londoño i kilku powiązanych z nią osób. Takie rodziny nazywa się czasem old money, czyli starymi pieniędzmi. Ta nazwa pada kilka razy w powieści. Chodzi o rodzinę zakorzenioną, taką, która swoje bogactwo i idący za nią autorytet, szacunek, a czasem strach zdobyła dzięki swoim przodkom i rodzinnym koligacjom w odróżnieniu od wszelkiej maści nowobogackich, których majątek jest świeżej daty. To w tej powieści ważne, bo jednym z głównych bohaterów jest przyjaciel Joaco Londoño, od szkolnych czasów,  Midas McAlister, który pochodzi z biednej dzielnicy Bogoty, wychowywał się bez ojca, matka ciężko pracowała, aby go wychować i kształcić, a on do bogactwa i pozycji doszedł samodzielnie, dzięki sprytowi, pracowitości i lewym interesom. Jest właścicielem dużego klubu fitness, ale wielkie pieniądze przynosi mu współpraca z bossem narkotykowego świata, Pablo Escobarem. Dzięki jego kontaktom zarabia też kilku jego bogatych przyjaciół, także Joaco. Chociaż Midas jest ich kompanem, stale czuje się gorszy. Starannie ukrywa swoje pochodzenie.

... wy, państwo Londoño, zawsze czuliście się najlepszymi, chcę powiedzieć, że w swoim apogeum, pańscy i swobodni, w starych sukiennych spodniach, wysokich botach do jazdy na własnych koniach i noszonych z niedbałą elegancją tweedowych marynarkach lub obszernych pulowerach robionych ręcznie z wełny surowej i pachnącej, z owiec, które, podobnie jak konie, też są waszą własnością i Midas na pewno nie ma na myśli tych ciasnych swetrów robionych przez jego własną matkę z motków zielonej i szarej wełny kupowanej w sklepiku z pasmanterią na rogu; trzeba podkreślić, że jedne od drugich dzieli przepaść. (...) jeśli nie urodzisz się z tym nigdy tego nie osiągniesz.

(Interpunkcja w cytatach oryginalna.)

Symbolem, który Midas przywołuje kilka razy, jest sukienka chrzcielna, piękna, droga i, najważniejsze, dziedziczona po przodkach. Jeśli kiedyś miałby dziecko, nawet gdyby kupiłby mu do chrztu najpiękniejszą, najdroższą sukienkę, to nie będzie to ta, w której byli chrzczeni jego ojciec, dziadek, pradziadek. Dlatego ukrywa swoje pochodzenie.

Nieszczęsna moja mama, gdyby wiedziała jakie straszne kalumnie rozpowiadam o niej, tak godnej i tak się poświęcającej, w swojej czarnej sukni, wykrzywionych pantoflach, wiecznie z różańcem w dłoni i z tymi jej wędrówkami od sklepu do sklepu byle tylko znaleźć najtańszą soczewicę i ryż, moja matka pasowała idealnie do dzielnicy, w której wszyscy byli mniej więcej podobni do siebie ...

Ale czy jest czego zazdrościć rodzinie Londoño? Midas, który dzięki przyjaźni z Joaco wiele o nich wie, w gruncie rzeczy nimi pogardza. Patrzy na nich z zewnątrz i dostrzega przemoc fizyczną i psychiczną, hierarchię, patriarchalne stosunki, maczyzm, hipokryzję, nietolerancję dla wszystkiego, co według nich nie jest normą, a przede wszystkim to, że o tym, co niewygodne, się milczy. Taką taktykę stosuje Eugenia Londoño, matka Joaco i jego dwojga rodzeństwa. Problem nie istniej, dopóki nie zostanie nazwany.

... matka podejmuje temat i po chwili wycofuje się krążąc i osładzając zdania z tym jej zadziwiającym darem zatajania prawdy tak dla niej charakterystycznym, w którym Joaco także celuje bo od dzieciństwa to trenował i proste prawdy oblane lukrem dwuznaczności stają się wygodne i cywilizowane do tego stopnia że w pewnej chwili tracą sens, aż powstają wygodne wersje historyczne i kłamstwa wysokie jak góra które ich dwoje zgodnie przetwarza na autentyczne. 

Midas nazywa to Katalog Londoño Podstawowych Fałszywych Informacji.

Jakby nic się nie wydarzyło, prawda, Eugenio?, bo w pani rodzinie, Eugenio, nigdy nic się nie wydarza, chciałby powiedzieć Midas ...

... nie rzucę pani tego w twarz bo ja też umiem grać w tę grę która się nazywa Nie myślę o tym ergo to nie istnieje, albo nie mówi się o tym a zatem to się nie wydarzyło.

Kto nie chce się podporządkować tym regułom, musi odejść. Odchodzi ciotka Sofia, siostra Eugenii, ona też potrafi na nich spojrzeć z boku, odchodzi najmłodszy z rodzeństwa, Robaczek, dręczony przez ojca, bo odstaje od normy męskości, maczyzmu. Zanim odejdzie spróbuje wyjąć z serca matki, Królowej Śniegu, symboliczny lodowy kolec, aby zdjąć z niej czar. Z Baranka, Ofiary, którymi był dotąd, przedzierzgnie się w symbolicznego ojcobójcę, ale nikogo za sobą nie porwie, ojcobójstwo się nie uda, a poniósłszy klęskę i nie chcąc dalej być ofiarą, odchodzi. Eugenia pozostanie Królową Śniegu posłuszną mężowi, a potem najstarszemu synowi, Joaco, który wpisał się w ten odwieczny schemat.

W tej rodzinie jest jeszcze jedna zbuntowana osoba, Agustina, siostra Joaco i Robaczka. To ona jest główną bohaterką tej powieści. To od jej zniknięcia wszystko się zaczyna. Jest żoną Aguilara, starszego od niej, lewicującego profesora literaturoznawstwa, który jakiś czas temu w wyniku strajków stracił pracę na uniwersytecie i zarabia jako akwizytor karmy dla psów. Dla Agustiny porzucił żonę i dzieci. Pewnego razu  kiedy wraca do domu z kilkudniowego służbowego wyjazdu, stwierdza, że zniknęła. Wkrótce zadzwoni jakiś nieznany mu mężczyzna i poprosi go, aby zabrał swoją żonę z jednego z hoteli. Co tam robiła? Z kim była? To jedna z tajemnic tej powieści. Czytelniczki i czytelnicy odkrywają prawdę stopniowo. W taki sam sposób powoli poznają historię rodziny Londoño, Midasa i Aguilara. Z puzzli składających się z fragmentów przedstawiających zdarzenia z punktu widzenia Aguilara, Midasa i Agustiny oraz z tych, które są opowieścią o jej dziadku i babci, rodzicach Eugenii i Sofii, składamy sobie całość.

Wracam do Agustiny. Jej niezgodą na rzeczywistość jest bunt, który prowadzi do szaleństwa. To tytułowe delirio. Można je traktować dosłownie - Agustina prawdopodobnie cierpi na jakąś chorobę psychiczną, którą  pewnie dziedziczy po swoim niemieckim dziadku, ojcu matki. Już jako dziewczynka odprawiała razem z bratem magiczne rytuały, które mogły być zabawą, ale mogły też zwiastować ucieczkę w jej wyimaginowany świat. Ale oczywiście aż prosi się, aby ten stan potraktować jako metaforę niezgody na zakłamaną rzeczywistość jej rodziny, a może nawet szerzej na to, co dzieje się w kraju. Bo tłem dla historii Londoñów i Midasa jest sytuacja społeczna, o tej już wspominałam, i polityczna. A wszystko sprowadza się do przemocy symbolicznej i codziennej - zamachów, porwań, rozbojów. Jeśli ktoś niewiele wie o dramatycznej i tragicznej historii Kolumbii, o wojnie domowej, która trwała w tym kraju przez pięćdziesiąt dwa lata, a zakończyła się zaledwie osiem lat temu, a i wcześniej było burzliwie, zachęcam do sięgnięcia po zbiór reportaży Macieja Wesołowskiego "Cafe Macondo". Ja przeczytałam je niedawno, była to moja, jedna z trzech, lektura podróżna, niestety nie zdążyłam o niej napisać i pewnie to już się nie uda. Kto interesuje się Ameryką Południową, powinien tę książkę poznać.

Ale można też "Delirio" potraktować jako historię wielkiej miłości. Bo takie jest uczucie Aguilara do Agustiny. Już ich pierwsze spotkanie zwiastowało burzliwą przyszłość i czytając o tym, jak przebiegało, pomyślałam sobie - chłopie, powinieneś już wtedy wziąć nogi za pas i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Ale on uległ urokowi tej ekscentrycznej dziewczyny i zakochał się bez pamięci, a potem, mimo jej niełatwego charakteru, mimo trudów życia z osobą chorą, był z nią, a kiedy dochodziła do siebie, co następowało równie nagle jak popadnięcie w to tytułowe delirio, natychmiast zapominał o wszystkich problemach oraz uciążliwościach i znowu był niebotycznie szczęśliwy.

Bardzo ciekawa, interesująco napisana, wielowarstwowa powieść.

Claudia Piñeiro "Czas much"

Tydzień temu pisałam o argentyńskiej pisarce Claudii Piñeiro, a

konkretnie o jej książce "Katedry", dzięki której w końcu się do niej przekonałam. Dziś, zgodnie z obietnicą, będzie o drugiej powieści, którą przeczytałam w czasie mojej podróży, to "Czas much" (Sonia Draga 2023; przełożył Tomasz Pindel). I ta wydała mi się jeszcze lepsza. Także dlatego, że autorka bawi się w bardzo ciekawy sposób formą i stawia przed czytelniczkami i czytelnikami zagadkę związaną z metaforą tytułowych much. 

Jest to historia Ines, która spędziła piętnaście lat w więzieniu za zabójstwo kochanki swojego męża. Rodzina odwróciła się od niej, córka odwiedziła ją tylko raz i to tylko po to, aby załatwić sprawy formalne związane z mieszkaniem po babci. Ines nie buntuje się, nikogo nie oskarża, godzi się z takim stanem rzeczy. Kiedy kończy odsiadkę, zaczyna nowe życie. Wspólnie z przyjaciółką poznaną w więzieniu, Rączką, zakładają firmę. Ona zajmuje się ekologiczną dezynsekcją mieszkań i domów, a jej wspólniczka prowadzi działalność detektywistyczną. Claudia Piñeiro nie byłaby sobą, gdyby nie wplotła w swoją powieść wątku sensacyjnego. A ten wiąże się z prośbą jednej z bogatych klientek Ines. Sprawa jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjna i może zaprowadzić ją znowu do więzienia. Nawet jednak jeśli tak się nie stanie, obciąży jej sumienie. Bohaterka stara się zracjonalizować problem, oddalić wątpliwości. Dlaczego od razu nie odrzuci prośby bogatej klientki? Bo ta oferuje duże pieniądze, a te by się przydały, nie, nie dla niej, ale na operację dla Rączki. W państwowej służbie zdrowia musi czekać kilka miesięcy, a liczy się czas. Prywatnie może ją zrobić niemal od razu. Przyjaciółka stara się ją hamować, na wszelki wypadek postanawia dowiedzieć się jak najwięcej o tej kobiecie. O co naprawdę jej chodzi? Jak skończy się ta historia? Tego oczywiście nie mogę zdradzić. W każdym razie, podobnie jak w przypadku "Katedr", trudno oderwać się od czytania, a bywało, że musiałam przerwać lekturę w połowie rozdziału! Wszak byłam w podróży. 

Kiedy Ines i Rączka wychodzą z więzienia, świat jest już inny. Obie to akceptują, starają się dostosować, chociaż nie wszystko rozumieją. Na przykład Ines w zabawny sposób odnosi się do feminatywów i inkluzywnego języka, napomina samą siebie, jak powinna mówić, a kiedy się myli, prosi czytelniczki i czytelników o wyrozumiałość. Bohaterka mierzy się też ze swoim stosunkiem do macierzyństwa. Przyznaje, że nie była dobrą matką. Zajęta problemami z mężem, zazdrością o kochankę nie zauważała problemów córki. Denerwował ją jej nastoletni bunt, planując zemstę na kochance męża, nie zastanawiała się, co stanie się z jej córką, kiedy ona trafi do więzienia. Potem też niespecjalnie przejmowała się jej losem. Sama też od własnej matki nie zaznała ciepła. Może obie nie powinny mieć dzieci? I teraz, kiedy wyszła z więzienia, ten zmieniony świat, zmiany społeczne, to wszystko dogoniło jej stosunek do macierzyństwa. Teraz ma prawo zastanawiać się nad tym, co to znaczy być matką, czy każda kobieta musi nią być, jak dalece matka może ingerować w życie dziecka?

Mamy w powieści pełne spektrum kobiecych postaw. Oprócz Ines, która urodziła dziecko, bo tak było przyjęte, jest Rączka, lesbijka, która o potomstwie nie marzy, jest córka Ines, która w opozycji do matki stworzyła wzorową rodzinę, a swoim dzieciom poświęca wiele czasu i troski, jest wreszcie pani Bonar, która okazała się być matką zaborczą, nierozumiejącą swojego dziecka. 

Wspominałam, że Caludia Piñeiro bawi się formą. Czasem takie zabawy mnie irytują, wydają mi się po nic, ale tym razem zabieg, jaki zastosowała pisarka, jest interesujący. Otóż co jakiś czas pojawia się rozdział, w którym chór kobiet komentuje życie, postawę i wybory Ines i Rączki, czasem też innych bohaterek. Z chaosu dyskusji i sprzeczek wyłaniają się rozmaite spojrzenia i poglądy na sprawy kobiet i na feminizm. Członkinie chóru rzucają też przykłady ze swojego życia. Wszystko to jest ciekawe i dowcipne. Autorka nie odżegnuje się od ironii. 

Wspominałam we wstępie o metaforze much. Ines, która oddaje się swojej nowej pracy z prawdziwą pasją, zgłębia życie tych owadów, czytając naukowe opracowania. Swoją wiedzą co jakiś czas dzieli się z czytelniczkami i czytelnikami. Przyznam, że traktowałam muchy jak dopust boży, pewnie nie ja jedna, a okazuje się, że są bardzo pożyteczne, mają swoje życie. Czytając te rozdziały, zadawałam sobie pytanie, jak rozszyfrować tę metaforę. Otóż takie kobiety, a może szerzej - tacy ludzie jak Ines, Rączka, służąca pani Bonar, ludzie z niższych klas społecznych, wykonujący nieprestiżowe zawody, traktowani są przez wielu jak muchy. Wolimy ich nie zauważać, denerwują nas, nie chcemy mieć z nimi wiele wspólnego. Tymczasem mają swoje życie, są odrębnymi, często ciekawymi istnieniami, wykonują zajęcia niezbędne społecznie. Cóż obchodzą nas osoby sprzątające, sprzedające w sklepach, kasjerki i kasjerzy, kurierzy, ludzie segregujący śmieci i cała rzesza innych parająca się zajęciami, których wolałybyśmy i wolelibyśmy nie wykonywać? A może w zamyśle pisarki ta metafora dotyczy tylko kobiet? Spychanych przez patriarchat na margines?

Kolejną zaletą tej powieści są bohaterki - Ines i Rączka. Pełnokrwiste, z nieciekawą przeszłością, niekoniecznie musimy podzielać wszystkie ich poglądy i wybory, ale jednocześnie trudno mi było ich nie lubić. Autorka odnosi się do nich z dużą sympatią, którą ja podzielam.

Na koniec muszę jeszcze wspomnieć, że powieść porusza także kilka innych istotnych problemów, o których celowo nie wspominam, bo pisanie o nich wymagałoby zdradzenia zbyt wielu szczegółów z fabuły. I jeszcze jedno - bardzo podoba mi się zakończenie  - chociaż dla bohaterek finał jest pomyślny, autorka nie stawia wszystkich kropek nad i, nie dociska pedału do dechy, zostawia pewne sprawy dotyczące relacji między Ines, jej córką i wnuczką oraz Rączką otwarte. I wcale nie jest powiedziane, że potoczą się zgodnie z regułami happyendu. Jak to w życiu.

Z czterech powieści Claudii Piñeiro, które poznałam, "Czas much" zdecydowanie cenię najwyżej.

Claudia Piñeiro "Katedry"

Dziś o książce czytanej w podróży, za tydzień o drugiej, też

podróżnej, tej samej autorki. Od lektury upłynęło już trochę czasu, piszę po powrocie, więc wrażenia nieco się zatarły. Chcę jednak, aby jakiś ślad po nich pozostał, dlatego lepsze takie refleksje niż żadne. Tą pisarką jest Argentynka Claudia Piñeiro. To moje kolejne spotkanie z jej twórczością. Kiedyś przeczytałam "Czwartkowe wdowy", a rok temu, także w podróży, "Betibu". Niestety o tej ostatniej powieści nie napisałam. 

Muszę przyznać, że dotąd miałam problem z jej książkami. Jestem bardzo łasa na literaturę z Ameryki Łacińskiej, więc pilnie śledzę nowości, w miarę możliwości wracam też czasem do klasyki, a że Caludia Piñeiro jest pisarką uznaną, najlepszy dowód, że będzie gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, kilka lat temu sięgnęłam po jej powieść i przyznaję, że nieco się rozczarowałam. Podobny niedosyt odczuwałam po lekturze "Betibu". Trochę nie rozumiałam, o co tyle hałasu, skąd ta bardzo dobra opinia. Z jednej strony jej książki znakomicie się czyta, ponieważ poruszane problemy pisarka wkłada w ramę powieści sensacyjnej. Z drugiej strony miałam wrażenie, że właśnie tych problemów, tego literackiego mięsa, argentyńskiej lokalności jest dla mnie za mało, że gdzieś rozmywa się to, co najważniejsze. Jednak fakt, że Claudia Piñeiro będzie na tegorocznym Festiwalu Conrada, oraz okoliczności podróży sprawiły, że sięgnęłam po jej dwie kolejne powieści. Muszę przyznać, że właśnie one zmieniły moją opinię o pisarce. W końcu się do niej przekonałam.

Pierwszą książką, o której dzisiaj, są wydane kilka lat temu "Katedry" (Sonia Draga 2021; przełożył Tomasz Pindel). Jak zawsze u Claudii Piñeiro  i tym razem mamy warstwę sensacyjną. W  jednej ze spokojnych dzielnic miasta, w odludnym miejscu, gdzie mieszkańcy wyrzucają śmieci, znaleziono nadpalone i rozczłonkowane zwłoki młodej dziewczyny, Any, z dobrze sytuowanej rodziny z klasy średniej. Sprawcy nie wykryto. Dla bliskich, a szczególnie dla jednej z jej dwóch starszych sióstr, Lii, był to niewyobrażalny cios i wstrząs. Dziewczyna nie potrafi pogodzić się z makabryczną zbrodnią, nie może zrozumieć, że ktoś chciał zrobić krzywdę takiej dziewczynie jak Ana, jest wściekła, że nie wyjaśniono przyczyn morderstwa i nie złapano sprawcy, dlatego wkrótce opuszcza rodzinę i wyjeżdża do Hiszpanii. Oświadcza, że nie wróci, dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona. Kontakt, listowny, utrzymuje tylko z ojcem. Jej wyjazd ma jeszcze drugie dno. Rodzina jest bardzo religijna, a ona straciła wiarę, jest zbuntowana, czuje się jak czarna owca, odsunięta na bok przez najstarszą z sióstr, Carmen, osobę gorliwie wierzącą i zaangażowaną w życie Kościoła. Matka za sprawą księdza ma nadzieję, że to tylko bunt nastolatki spotęgowany tragiczną śmiercią siostry. I tylko ojciec traktuje ją poważnie, prosi, aby się jeszcze zastanowiła, nie złości się, nie neguje, nie zaprzecza. Trzydzieści lat później ustabilizowane hiszpańskie życie Lii burzy nieoczekiwany przyjazd Carmen i jej męża Juliana, którzy szukają swojego syna Mateo. Chłopak w czasie podróży do Europy zerwał wszelki kontakt z domem. Ślady prowadzą do Santiago de Compostella, gdzie mieszka jego ciotka, której nie miał okazji poznać. 

Każdy rozdział książki to opowieść innej narratorki albo narratora. Każdy przybliża do poznania zagadki śmierci Any, jej historii oraz relacji rodzinnych. I zapewniam, że wszystko okaże się zaskakujące. Nic nie jest takie, jak można by początkowo sądzić. 

O czym są "Katedry"? Jakie problemy poruszają? Jest to opowieść o hipokryzji. O hipokryzji ludzi wierzących albo może lepiej byłoby napisać - deklarujących swoją wielką wiarę i wielkie przywiązanie do Kościoła. Ci ludzie w imię swojego dobra potrafią sobie wszystko racjonalnie wytłumaczyć, zrzucić z siebie odpowiedzialność, obarczyć nią innych albo los i żyć dalej, jakby się nic nie stało. To też opowieść o silnej jednostce, która potrafi z zimną krwią manipulować innymi. Zapewniam, że prawda o niektórych bohaterkach i bohaterach tej opowieści okazuje się szokująca. Rozwiązanie historii okoliczności śmierci Any naprawdę mną wstrząsnęło. A przecież są to ludzie powszechnie szanowani, idący przez życie z bogiem na ustach. Gdzie jest prawdziwa wiara? - pyta autorka. A może inaczej - gdzie szukać prawdziwej duchowości? W wierze? W instytucjonalnym Kościele? A może w pięknie? Może wystarczy zachwycić się pięknem katedr i wcale nie trzeba szukać w nich boga? 

Jeśli coś mnie razi w tej powieści, to czasem nadmierna deklaratywność i egzaltacja. Ta ostatnia szczególnie daje się we znaki w epilogu, którego narratorem jest Alfredo, ojciec Lii, Any i Carmen. 

Mimo tych uwag, jak już wspomniałam we wstępie, w końcu doceniłam twórczość Claudii Piñeiro. A kropką nad i okazała się powieść, o której za tydzień.

Mercè Rodoreda "Rozbite lustro"

Ta powieść przyszła do mnie nieoczekiwanie, właściwie nawet nie 

zarejestrowałam, że się ukazała, chociaż stało się to dwa miesiące temu. O pisarce też wcześniej nie słyszałam, a to jej trzecia książka, która ukazała się w Polsce. Olśnienia doznałam za sprawą jednego z  podcastów o książkach, których słucham. Najlepszego na mojej liście. Chodzi o "Raport o książkach" Agaty Kasprolewicz i Dariusza Rosiaka. Z rozmowy poświęconej "Rozbitemu lustru" Mercè Rodoredy (Marginesy 2024; przełożyła Anna Sawicka) dowiedziałam się, że to wybitna katalońska pisarka porównywana do Virginii Woolf, którą uwielbiała. Nie jest jednak tak, żebym sięgała po każdą książkę uznawaną przez poważnych ludzi, a nie działy marketingu, za bardzo dobrą czy wybitną. Musi jeszcze odpowiadać moim literackim gustom, a tak właśnie było z "Rozbitym lustrem". Jednym z wabików, chociaż nie najważniejszym,  była informacja, że akcja zahacza o hiszpańską wojnę domową, a to temat, który mnie interesuje. Kiedy zobaczyłam okładkę tej powieści, uświadomiłam sobie, że gdzieś mi mignęła, ale nie zachęciła swoim wyglądem i sloganem reklamowym, że to katalońskie "Downton Abbey". Nie żebym miała coś przeciwko temu serialowi, ale jakoś razem mi to nie zagrało. Tak więc w tym przypadku sprawdziło się przysłowie: nie oceniaj książki po okładce.

Ta powieść jest rzeczywiście sagą rodzinną. Opowiada o trzech pokoleniach pewnej zamożnej katalońskiej rodziny, która zamieszkała w wielkim domu na obrzeżach Barcelony, gdzie żyli ludzie zamożni. Bohaterkami i bohaterami są nie tylko członkowie rodu, ale również ich służba. Pewnie także stąd to porównanie do "Downton Abbey". Ale tak napisać o "Rozbitym lustrze", to nic nie napisać. Bo istota nie tkwi w samej historii, bardzo zresztą ciekawej, ale w sposobie opowiadania, który z jednej strony tworzy melancholijny klimat, a z drugiej daje możliwość głębokiej wiwisekcji bohaterek i bohaterów. Same zdarzenia bywają bardziej relacjonowane niż opowiadane, nie dzień po dniu, miesiąc po miesiącu i rok po roku, jak to bywa w sagach rodzinnych. Dowiadujemy się raczej w sposób rzeczowy i konkretny o sekwencjach wydarzeń, co powoduje duże przeskoki czasowe. Nagle orientujemy się, że upłynęło kilka, a nawet kilkanaście lat. Ale potem wszystko zwalnia i autorka drobiazgowo analizuje uczucia, emocje, motywacje i przeżycia bohaterek oraz bohaterów albo fascynująco i szczegółowo maluje otoczenie, w którym toczy się akcja, szczególnie dom i ogromny ogród. Miasta właściwie jest tu niewiele, to na mikrokosmosie rodziny skupiona jest uwaga autorki. W każdym razie jeśli ktoś nie lubi opisów, to na pewno nie jest to powieść dla takiej osoby.

To, co najbardziej zwróciło moją uwagę w czasie lektury, to historia rozpadu rodziny, którą można potraktować jako metaforę rozpadającego się mieszczańskiego świata. Dla mnie jest to istota tej książki. Zmierzch był nieunikniony, bo fundamenty zbudowano na nieszczerości, niedomówieniach, zdradach i braku miłości. Małżeństwo jest w tym świecie transakcją. Dla Teresy, głównej bohaterki wywodzącej się z nizin społecznych, to przepustka do dostatniego życia i możliwość awansu społecznego. Stanie się podwaliną do dalszych sukcesów finansowych i umacniania pozycji. To ona z czasem po śmierci drugiego męża, zamożnego dyplomaty, stanie się głową rodu. Atutem Teresy była młodość i uroda. Dla jej pierwszego męża, dużo od niej starszego, taka piękna żona będzie trofeum, dowodem jego sprawności, próbą zatrzymania uciekającego czasu. Z podobnych pobudek wiele lat później wejdzie do rodziny jej zięć. Ożeni się z córką Teresy, Sofią, bo w ten sposób podniesie swój prestiż, a w zamian da pieniądze. Tu od początku nie będzie mowy o miłości. Sofia, podobnie jak matka, krok po kroku, cierpliwie buduje swoją pozycję - kiedy trzeba zaciśnie zęby, innym razem zejdzie Historii z oczu i przeczeka wojenną zawieruchę we Francji. Gdy świat się zmieni, wszystko ucichnie, skończy się wojna domowa, a władzę obejmie frankistowski reżim, ona wróci, dzięki drugiemu małżeństwu jeszcze bogatsza, i zacznie wszystko od nowa. Na gruzach starego mieszczańskiego świata być może zbuduje finansowe imperium, stanie się przedsiębiorczynią. Pójdzie jeszcze dalej niż matka. Chociaż Teresa też była twarda, to Sofia wydaje się być jeszcze silniejsza, pozbawiona złudzeń i sentymentów, cyniczna, mocno stąpa po ziemi. Może różnica bierze się z innych doświadczeń? Teresa chociaż za mąż wychodziła z rozsądku, przeżyła w młodości namiętną miłość, a potem gorący romans, a Sofia od razu została zraniona, szybko dostała lekcję życia. 

Jest to świat oparty na nieszczerości. Za fasadą bohaterki i bohaterowie skrywają swoje tajemnice. Chociaż otoczenie domyśla się prawdy, to wszyscy udają, że tego nie ma. Nie ma nieślubnych dzieci, nie ma zdrad, nie ma zawiedzionych miłości, nie ma wykorzystywania służących pod bokiem żony. O tym wszystkim mówi się najwyżej szeptem, na ucho, pokątnie, nigdy głośno. Pozornie rodzinny gmach trzyma się mocno. Nikt nie przyzna, że tragedie, które dotkną rodzinę, wynikają z zaniechań i braku szczerości. Nam, czytelniczkom i czytelnikom, ta wiedza też podawana jest stopniowo, jakbyśmy i my potajemnie, powoli, przez przypadek poznawali prawdę.

Druga sprawa, która tak bardzo uderzyła mnie w tej powieści, to wspaniale oddany upływ czasu. Jak w życiu - ani się spostrzeżemy, jak miną lata, a bohaterki i bohaterowie nie mogą pogodzić się z upływem swojej młodości. Jeszcze niedawno byli młodzi i piękni, pełni sił, gotowi brać się za bary z życiem, a już są starzy, niedołężni, chorują, energii ubywa, pamięć już nie ta. Kiedy minęły te lata? Pozostają wspomnienia i żal za tamtym życiem. Autorka znakomicie uchwyciła to doświadczenie utraty, żalu, melancholii i smutku.

I nagle w każdej drobinie swojego lustra zobaczyła lata swojego życia przeżytego w tym domu. Zafascynowana, pochylona nad ziemią, nie potrafiła tego pojąć. Wszystko się działo, zatrzymywało się, znikało. Jej świat ożywał tam w środku, ze wszystkimi kolorami, z całą siłą. Dom, park, salony, ludzie; młodzi, starsi, w trumnie, płomienie świec, dzieci, suknie, dekolty, a w nich uśmiechnięte lub smutne twarze, nakrochmalone kołnierzyki, krawaty perfekcyjnie zawiązane, buty świeżo wypastowane kroczące po dywanach albo po piasku w ogrodzie. Orgia minionego czasu, daleko, daleko ... Jakie to wszystko odległe ...

A poza tym odnajdziemy w powieści wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów, także tych z warstwy niższej. Postaci niejednoznaczne, czasem dobre, czasem postępujące podle i z zimnym wyrachowaniem.

Bardzo się cieszę z tego nieoczekiwanego odkrycia. Są książki, o których mówi się bardzo dużo, wyskakują z przysłowiowej lodówki, rozmów o nich mogę wysłuchać w kilku podcastach, które śledzę. O "Rozbitym lustrze" Mercè Rodoredy usłyszałam tylko od Agaty Kasprolewicz i jej rozmówczyni. Poza tym cisza. 

PS. Kupiłam już "Diamentowy plac", inną powieść autorki. 

Charmaine Wilkerson "Czarny tort"

Zwiedziona magią literatury z dalekich, małych krajów,  między

innymi z obszaru Karaibów, sięgnęłam po "Czarny tort" Charmaine Wilkerson (Znak 2023; przełożyła Agata Ostrowska). Książkę polecają autorzy Podcastu Zamorskiego, którego słucham, a ponieważ, jak już wspomniałam, lubię zapędzać się w nieoczywiste literackie rejony, dałam się namówić. Od początku wiedziałam, że to powieść popularna, ale miałam nadzieję, że będzie mocno osadzona w tamtym rejonie świata. Przynajmniej tak obiecywali prowadzący wspomniany podcast. Miał to być dobry wstęp do poznawania, nie tak znowu licznych, książek z tego obszaru. 

Rzecz w tym, że kilka lat temu natrafiłam na dwie bardzo dobre powieści karaibskie, które zrobiły na mnie duże wrażenie. To "Błogie odwroty" Yanick Lahens i "Niedziela 4 stycznia" Lyonela Trouillot. Obie z Haiti. Do dziś mam je w pamięci. Stały się dla mnie wyznacznikiem tego, czego szukam, sięgając po książki z odległych regionów. Chcę się dowiedzieć czegoś o kraju, o życiu jego mieszkańców, o ich problemach. Tymczasem akcja "Czarnego tortu" w dużej mierze toczy się w Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim w Stanach, bo tam osiedli bohaterowie, którzy wywodzą się z Karaibów. Nie takie miałam oczekiwania. Moje marudzenie, bo chyba już widać, że jestem nieco rozczarowana, ma i drugą przyczynę. Otóż przeczytałam "Czarny tort" bezpośrednio po "Faktorii jedwabiu" Tasha Awa, też książce mocno popularnej. Dwie takie lektury pod rząd sprawiły, że zatęskniłam za czymś o większym ciężarze gatunkowym, chwilowo mam przesyt pozycjami lekkimi, łatwymi i przyjemnymi. 

Na tym tle o niebo lepiej wypada "Mr Loverman" Bernardine Evaristo. Szczególnie w warstwie językowej, chociaż nie tylko. Nietuzinkowi bohaterowie, którzy drażnili, ale jednocześnie budzili sympatię, istotne problemy niesprawiające wrażenia wydumanych, prawdziwe dramaty, nieoczekiwane zapętlenia zdarzeń, no i fantastyczny język znakomicie oddany przez tłumaczkę, Agę Zano. A przecież Agata Ostrowska też jest bardzo dobra w swoim fachu, czytałam kilka książek w jej przekładzie, więc to Charmaine Wilkerson nie jest najwyraźniej wybitną stylistką. Po tym długim wstępie okraszonym dygresjami czas przejść do rzeczy.

Nie jest łatwo pisać o "Czarnym torcie", nie zdradzając za wiele, bo akcja skrywa wiele tajemnic. Wprawdzie po jakimś czasie można się pewnych rozwiązań domyślić, to jednak spojlery byłyby niewybaczalnym błędem. Posłużę się więc tym, co pisze wydawca. Byron i Benny, czarnoskóre rodzeństwo o karaibskich korzeniach, ale urodzone i wychowane w Kalifornii, które z powodu rodzinnego konfliktu nie widziało się od kilku lat, spotyka się po śmierci swojej matki, Eleanor Bennett. Zanim dojdzie do pogrzebu, muszą wysłuchać nagrania, które zdeponowała przed śmiercią u adwokata razem z testamentem. To w taki sposób postanowiła opowiedzieć im swoją historię, zdradzić, co ukrywała i dlaczego. Powieść, której akcja zbudowana jest na tylu tajemnicach, czyta się oczywiście bardzo dobrze, ale przecież nie tylko o to chodzi.

Jak już wspomniałam, dla mnie za mało w "Czarnym torcie" karaibskości, za mało lokalnego kolorytu, lokalnych problemów. A problemy, które porusza Charmaine Wilkerson, znam z innych książek. O życiu karaibskiej społeczności w Wielkiej Brytanii znacznie obszerniej i lepiej opowiada Bernardine Evaristo w przywołanym "Mr Lovermanie", o problemach rasy, dyskryminowaniu  ludzi o czarnym kolorze skóry w białych społeczeństwach zdecydowanie więcej i głębiej pisze w znakomitym eseju  "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry" Reni Eddo-Lodge. Całkiem niedawno czytałam też "Przyjęcie" Natashy Brown czy "Dziewczynę, kobietę, inną" Bernardine Evaristo, które również poruszają to zagadnienie. Poza tym jest to przede wszystkim historia rodzinnych konfliktów, czyli nic nowego. Z zagadnień poważniejszych dostajemy problem tożsamości i degradacji środowiska. Ten ostatni wydał mi się jednak wrzucony trochę na siłę. Trudno powiedzieć, abym jakoś specjalnie przejęła się losem bohaterek i bohaterów. Może najbardziej polubiłam zbuntowaną, szukającą swojej drogi Benny, chociaż jej problemy nie były czymś oryginalnym i świeżym 

Czytać? Nie czytać? Można, ale na pewno nie jest to książka z umownej kategorii must read. Umownej, bo przecież najlepiej wybierać lektury zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, co nie zawsze oznacza, że musimy sięgać po tytuł, który wyskakuje nawet z lodówki, a krytyczki i krytycy obwołali go arcydziełem.

PS. Na koniec pretensja do uchodzącego za szacowne wydawnictwa. Dlaczego na stronie Znaku nie ma informacji o autorce? A co za tym idzie żadne polskie źródło ich nie podaje. Wobec tego dla porządku wspomnę, że Charmaine Wilkerson ma jamajskie korzenie, urodziła się w Stanach, dzieciństwo spędziła na Jamajce, a potem wielokrotnie zmieniała miejsce pobytu. Jest dziennikarką i pisarką. 

Tash Aw "Faktoria jedwabiu"

Dlaczego postanowiłam sięgnąć po powieść "Faktoria jedwabiu"

Tasha Awa, chińsko-malezyjskiego pisarza mieszkającego w Wielkiej Brytanii? Jakimi ścieżkami biegła moja myśl, skoro czytałam inną jego książkę wydaną w Polsce, "Pięć okien z widokiem na Szanghaj", i średnio mi się podobała? Chyba zdecydowałam się na tę lekturę dlatego, że bliska mi osoba wybiera się do Malezji, gdzie rozgrywa się akcja "Faktorii jedwabiu", a ja kilka lat temu też tam byłam. Chciałam poczuć tamten klimat? Klimat miejsca, w którym mieszają się różne kultury? Odświeżyć wspomnienia? Pewnie tak, nie widzę innego powodu.

Kończąc notkę o "Pięciu oknach z widokiem na Szanghaj", napisałam, że przeczytać można, choćby dla wartości poznawczych czy dla rozrywki, ale są ważniejsze lektury. Tym razem mogę powtórzyć to samo. Połknęłam w kilka dni, ale nie jest to rzecz, do której miałabym potrzebę kiedykolwiek wrócić. Ot, sprawnie napisane czytadło. 

Akcja powieści toczy się na Malajach tuż przed japońską inwazją na tę brytyjską kolonię. Książka składa się z trzech części, każda napisana jest z innej perspektywy. Pierwsza to próba rekonstrukcji życia Chińczyka, Johnny'ego Lima, którego historię po jego śmierci próbuje odtworzyć dorosły syn. Syn, który nienawidzi ojca, bo uważa go za człowieka złego do szpiku kości. Kim był Johnny Lim? Urodził się w  wiosce w malajskiej dolinie Kinta, początkowo pracował w jednej z licznych angielskich kopalń cyny znajdujących się w tamtym rejonie. Poniżany, wykorzystywany, pogardzany jak inni górnicy. Potem zatrudnił się w nieźle prosperującym sklepie z materiałami w mieście Kampar i wkradł się w łaski chińskiego właściciela, wreszcie ożenił się z piękną Snow, córką bogatego przedsiębiorcy i naukowca, też Chińczyka. Później robił dalszą karierę biznesową, założył tę tytułową faktorię jedwabiu, która, jak twierdzi syn, służyła mu za przykrywkę do ciemnych interesów.

Obraz Johnny'ego Lima, jaki wyłania się z kolejnych części, jest zupełnie inny. Druga to dziennik jego zmarłej żony, Snow, a trzecia wspomnienia zakochanego w Malajach i w tropikach ekscentrycznego Anglika, Petera, który poznał Johnny'ego w Singapurze. Zaprzyjaźnili się i polubili, razem wędrowali po malajskiej dżungli, zwiedzali dolinę, a Peter stał się dla niego autorytetem, zwłaszcza w dziedzinie języka i kultury. Bo Johnny, chłopak z biednej wioski, chciał być kimś, nie tylko zdobyć pieniądze, ale i ogładę. Z dziennika Snow i ze wspomnień Petera wyłania się człowiek nieśmiały, nieszczęśliwy, łagodny, zamknięty w sobie. Jaki był naprawdę? Podstępny, bezwzględny, wilk w owczej skórze czy szlachetny, nieśmiały, zakompleksiony dobry, tylko okoliczności zmuszały go czasem do działań nieetycznych?  Kto ma rację? Syn czy tamtych dwoje? Trudno rozstrzygnąć.  Szczerze mówiąc, a właściwie pisząc, nie zajmowało mnie to jakoś szczególnie.

Jeśli coś mnie zainteresowało w tej powieści, poza samą story, za którą z ciekawością podążałam, chociaż nie aż z taką, żeby zarwać noc, to klimatyczna, melancholijna opowieść o wyprawie, którą odbyła tamta trójka w towarzystwie tajemniczego japońskiego profesora i drugiego Anglika, dyrektora jednej z kopalń. Wyruszyli samochodem przez dżunglę, po bezdrożach w kierunku wybrzeża, aby popłynąć na tajemnicze wyspy Siedem Dziewic. Na jednej z nich natknęli się na zarośniętą przez bujną tropikalną roślinność ruinę, która zafascynowała Petera. Najpierw pomyślałam, że to fantazja, ale tak przecież musiały wyglądać ruiny Angkoru, hinduskich świątyń czy majańskich piramid, kiedy je odkrywano. A wszystko to miało miejsce w przededniu japońskiej inwazji na Malaje. Ta podróż, o której nie miał pojęcia syn Johnny'ego, zmieniła wiele w życiu bohaterów. Jak to się mówi, nigdy już nic nie było takie samo. Każdy tam grał swoją grę, a Johnny jawi się jako ofiara. Czy był nią rzeczywiście? Nie wiem, ale naprawdę trudno mi powiedzieć, aby jakoś szczególnie obeszły mnie losy bohaterów.

Poza tym dostajemy trochę historii Malajów, trochę lokalnego kolorytu, ale nie tak wiele, aby zrozumieć specyfikę tego kraju. Jeśli ktoś w Malezji był albo się w te rejony wybiera, albo lubi takie tropikalne klimaty, albo szuka poczciwego czytadła, może po "Faktorię jedwabiu" sięgnąć, ale na pewno są ważniejsze lektury.

Lea Ypi "Wolna. Dzieciństwo i koniec świata w Albanii"

Po książkę Lei Ypi "Wolna. Dzieciństwo i koniec świata w Albanii"

(Czarne 2022; przełożył Krzysztof Środa) sięgnęłam, bo mi ją polecono. Mimo że ukazała się w cenionej serii Sulina, łatwo ją przeoczyć w powodzi innych. Autorka urodzona w roku 1979 w Albanii od czasu studiów mieszka za granicą. Jest badaczką i wykładowczynią na London School of Economics. Jak zwierza się w epilogu, książkę napisała dla matki, aby zrozumiała i mogła ją wytłumaczyć przed krewnymi, dlaczego wykłada i bada marksizm, co przez rodzinę zostało uznane za ekstrawagancję, żeby nie powiedzieć zdradę. Jedna z kuzynek stwierdziła, że dziadek nie po to spędził piętnaście lat w w więzieniu, żebym ja mogła wyjechać z Albanii i bronić socjalizmu. (...)Początkowo  miała to być filozoficzna rozprawa (...), kiedy zaczęłam ją pisać (...) idee wcieliły się w ludzi, ludzi, którzy uczynili mnie tym, kim jestem. I tak zamiast książki naukowej, której zasięg byłby niewielki, dostajemy wspomnienia o dorastaniu w komunistycznej Albanii, o przełomie, będącym dla autorki końcem świata, w który wierzyła, i o burzliwych latach transformacji, a to wszystko pogłębione o refleksje.

Dzieciństwo Lei Ypi przypadło na lata osiemdziesiąte, czas, kiedy w Polsce komunizm gnił i dogorywał. I chociaż tamte lata w naszym kraju, po karnawale Solidarności zakończonym wprowadzeniem stanu wojennego,  przez wielu uważane są za beznadziejne, to jednak nasze doświadczenie nijak się ma do tego, co przeżywali Albańczycy. Kiedy w roku 1990 także w Albanii runął stary system, jedenastoletniej Lei zawalił się świat. Tymczasem jej rodzice i babcia Nini (bardzo ciekawa osoba, o niesamowitej, tragicznej biografii, a mimo to zachowująca pogodę ducha) odetchnęli z ulgą, chociaż  w tamtym momencie pewnie inaczej wyobrażali sobie przyszłość. Wolność niosła z sobą chaos, trudności ze znalezieniem pracy, bezrobocie, masową ucieczkę za granicę, piramidy finansowe, przestępczość i wreszcie wojnę domową w roku 1997. Przyznam, że o albańskiej transformacji niewiele wiedziałam. Nawet jeśli coś kiedyś słyszałam, to wyparowało to z mojej pamięci.

Wrócę jednak do pytania, dlaczego Lei zawalił się świat? Dlaczego nie cieszyła się razem z dorosłymi odzyskaną, a może pozyskaną, wolnością? Bo ona dotąd też czuła się wolna. Wolność odczuwała, jako możliwość wyboru, którą drogą wracać ze szkoły. Wybór każdej z nich niósł za sobą kolejne możliwości, a ona mogła o nich zdecydować. Radość przynosiły jej zabawy z koleżankami, towarzyskie spotkania z sąsiadami, czas spędzany w przedszkolu, a potem w szkole. A jednak coś mąciło szczęście jej dzieciństwa. Czuła się inna, bo mówiła po francusku, do czasów szkoły nawet lepiej niż po albańsku. Nie rozumiała, dlaczego rodzice i babcia rozmawiali z nią w tym języku. Była też inaczej ubierana, a kiedy rozpoczęła naukę, dostała czerwony, skórzany tornister, a nie czarną czy brązową teczkę, jaką miały inne dzieci. To wszystko powodowało, że dla rówieśników  stała się odmieńcem, obiektem drwin. Powód do zmartwień stanowiło też nazwisko, które nosiła. Bo człowiek o takim samym nazwisku był w latach dwudziestych albańskim politykiem, a kiedy w czasie wojny kraj została zajęty przez Włochy, a król uciekł, wszedł do rządu. Przez komunistyczny reżim uważany był za zdrajcę i faszystę. I chociaż Lea była przekonana, że to przypadkowa zbieżność nazwisk, o czym zapewniała wszystkich, to i tak wisiało nad nią jego odium. Kolejnym zmartwieniem było to, że w rodzinie nie miała żadnych bohaterów, którymi mogłaby się pochwalić w szkole, kiedy na lekcjach robiły to inne dzieci. Zupełnie nie rozumiała też, dlaczego rodzice i babcia zbywali ją i nie mogła powiesić sobie na ścianie zdjęcia wujka Envera, który właśnie umarł. A przecież tak go kochała i tak po nim płakała. Ten wujek to oczywiście Enver Hoxha, albański dyktator. Nie rozumiała też, dlaczego dorośli wszystkie swoje niepowodzenia tłumaczą biografią. Jeszcze bardziej tajemnicze były rozmowy o tych, którzy ukończyli lub porzucili studia. Przysłuchiwała się im z ciekawością, zadawała pytania, ale dopiero po latach zrozumiała, że pytała w sposób niewłaściwy. Zamiast pytać, czym były te uniwersytety, pytała o to, gdzie się znajdowały. Prawdopodobnie jednak i tak nie otrzymałaby odpowiedzi, bo mogła sprowadzić na rodzinę niebezpieczeństwo.

I nagle w roku 1990 wszystko się zmieniło. Najbliżsi zaczęli opowiadać jej rodzinną historię, tę biografię, która tak ich obciążała, teraz już mogli swobodnie mówić, czym były te studia, a lud oświadczył, że zamiast wolności i demokracji, była tyrania i przymus. Nagle dorośli przestali się posługiwać ezopowym językiem i odkodowali tajny szyfr, którym się przy niej posługiwali. Pojawiły się nowe słowa - liberalizacja, prywatyzacja, transparentność, walka z korupcją. W centrum stanęła wolność jednostki. Kolektywizm, wspólnota przestały się liczyć. Dorośli przyjęli te zmiany z radością, bo oni znali prawdę i nie wierzyli w komunizm, młode pokolenie było przez szkołę zupełnie zindoktrynowane.

Była jednak pewna różnica. Ja wierzyłam. Nie znałam niczego innego. I teraz nie zostało mi nic, z wyjątkiem tych wszystkich maleńkich, tajemniczych okruchów przeszłości ... (...) Nie dowiem się też, kim bym była, gdybym zadawała inne pytania albo gdyby odpowiadano na nie inaczej bądź wcale. Świat wyglądał najpierw tak, a potem inaczej. Byłam kimś, a potem stałam się kimś innym.

Czytając pierwszą część wspomnień Lei Ypi, tę do czasów upadku reżimu, zadawałam sobie pytanie, jak czuli się jej rodzice i babcia, którzy widzieli, jak bardzo ich córce i wnuczce szkoła namieszała w głowie. Czy gdyby nie nadeszła zmiana, powiedzieliby jej kiedyś to wszystko, co przed nią ukrywali? Czy przyjęłaby tę wiedzę? Czy by zrozumiała? 

W czasie lektury trudno nie oprzeć się gorzkiej refleksji, jak historia się powtarza. Czasy transformacji przyniosły masowe ucieczki - Albańczycy szturmowali statki, które płynęły do Włoch. Tylko początkowo przyjmowano ich chętnie, potem przeżywali gehennę, stali się zwykłymi imigrantami zarobkowymi, już nie byli polityczni, nie obchodzili Europy, wielu zginęło.

W marcu mówili, że wszyscy jesteśmy ofiarami. Przyjmowali nas. W sierpniu patrzyli na nas tak, jakbyśmy im zagrażali. Jakbyśmy zamierzali zjadać ich dzieci. 

Zachód przez dziesiątki lat krytykował wschód za zamykanie granic (...), wyrażał moralne oburzenie wobec nakazów, które ją [swobodę podróżowania] ograniczały. Naszych uchodźców witano jak bohaterów. Teraz traktowano ich jak przestępców. (...) Czy granice i mury były złe tylko wtedy, gdy miały nie wypuszczać ludzi, a teraz, gdy mają ich nie wpuszczać, są w porządku?

Zachód zaczął odpychać imigrantów, aby bronić  naszego stylu życia.

A przecież ci, którzy próbowali emigrować, robili to, ponieważ tego właśnie stylu życia pragnęli. 

Minęło tyle lat, a Europa coraz bardziej się broni. 

Drugą ważną cezurą w życiu Lei Ypi była wojna domowa w roku 1997. O ile rok 1990 przyniósł nadzieję, o tyle wtedy ta nadzieja zgasła, a przyszłość wydawała się niepewna. Dotarło do niej, jak ulotne jest życie i że w świecie nie ma żadnej pewności. Historia się powtórzyła - znowu zapanował chaos, niepewność i kryzys. 

Bardzo ciekawa książka. Znajdziemy w niej sporo podobieństw do naszej sytuacji, ale jeszcze więcej różnic.  

Łukasz Orbitowski "Chodź ze mną"

Po lekturze peruwiańskiej powieści "Krew o świcie" Claudii Salazar

Jimenez chciałam sięgnąć po coś lżejszego. Wybór padł na powieść "Chodź ze mną" Łukasza Orbitowskiego (Świat Książki 2022). Muszę przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z twórczością pisarza. Nieco się wahałam, ale po spotkaniu z autorem, na którym byłam, postanowiłam spróbować. Trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że od czasu do czasu odczuwam potrzebę przeczytania czegoś lżejszego kalibru, napisanego potoczyście, czegoś, co gładko wchodzi, a nie jest do końca błahe. Taka właśnie jest najnowsza powieść Łukasza Orbitowskiego. Rzeczywiście trudno się od niej oderwać. Gdy do końca było już bliżej niż dalej, miałam ochotę zarwać noc, ale rozsądek zwyciężył.

To historia rozpisana na dwa plany czasowe. Główną bohaterką jest ponad osiemdziesięcioletnia Helena, emerytowana dentystka, kobieta ekscentryczna o silnej osobowości. Nieoczekiwanie postanawia opowiedzieć historię swojego życia synowi, którego wychowywała samotnie. Dustin, ma nadzieję, że wreszcie dowie się, dlaczego dostał imię, które przysparzało mu w okresie szkolnym samych problemów. Ale przede wszystkim ma poznać tajemnicę swojego ojca, o którym dotąd nic nie słyszał. Ta coraz bardziej niezwykła opowieść ciągnie się przez kilka wieczorów, a nieoczekiwane okoliczności sprawiają, że Dustin zaczyna wątpić, czy to, co mówi matka, jest prawdą. Z drugiej strony czuje obsesyjną potrzebę spisania jej słów, dlatego zarywa noce i paląc bez opamiętania, jedząc śledzie, stuka w klawisze laptopa. Czytelnik zapoznaje się z jego zapiskami, a że to facet po zawodówce, kucharz, narracja jest prosta, czasem nieporadna, upstrzona kolokwializmami. To przecież zapiski sporządzane na bieżąco, niewprawną ręką. Nie zauważa, że pisanie staje się jego obsesją, jest pewien, że nad sobą panuje, tylko tych kilka wieczorów i wszystko wróci do normy. Jednocześnie wokół niego i jego rodziny zaczyna się dziać coś dziwnego, niepokojącego. Ta sytuacja dręczy żonę Dustina, Klarę, która patrząc z boku, dostrzega obsesję męża. Jeśli ktoś, kto czyta te słowa, zastanawia się, czy powieść Łukasza Orbitowskiego ma charakter sensacyjny, to spieszę wyjaśnić, że w dużej mierze tak. Im bliżej końca, tym bardziej. 

Główny trzon tej książki to historia wielkiej miłości Heleny i starszego od niej o piętnaście lat rosyjskiego kapitana, dowódcy niszczyciela, który w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku stacjonował w Gdyni. Poznali się przypadkowo w jakimś lokalu na wieczornej potańcówce, on  zakochał się od razu, obsypywał ją kwiatami i niedostępnymi dla zwykłych śmiertelników frykasami, chcąc skruszyć jej opór. Ona, wtedy studentka stomatologii, zaręczona z synem jednego ze swoich profesorów, zakochała się chwilę później. Ale taka miłość w tamtych czasach nie mogła pozostać bezkarna. Konsekwencje odczuła Helena i jej rodzice. Z dnia na dzień stali się dla wszystkich w najlepszym razie niewidzialni, bywało, że obrzucano ich wyzwiskami, szydzono. Ale największe upokorzenie spotkało ją później. Ta historia zrazu realistyczna nieoczekiwanie zaczyna skręcać w kierunku opowieści sensacyjnej, a nawet szpiegowskiej. Rykoszetem oberwie Dustin i jego rodzina. Trochę przez własną nieostrożność - kłopoty ściągnie na siebie, dając w portalu społecznościowym pewne ogłoszenie.

Główną bohaterką jest Helena. Łukasz Orbitowski stworzył postać nietuzinkową. Odważną, zawziętą, ekscentryczną, pełną zwariowanych pomysłów, nieznoszącą sprzeciwu, potrafiącą postawić na swoim, silną, a jednocześnie lubiącą korzystać z życia. Równie ważne jak Kola były wieczory spędzane w gdyńskich lokalach, korzystanie z służbowego samochodu z kierowcą, drogie prezenty. Czy warto postawić wszystko na jedną kartę? Chociaż nie była to miłość łatwa - z czasem jednym z problemów stał się nadmierny pociąg jej ukochanego do alkoholu, zresztą za kołnierz nie wylewał nigdy - to taka na całe życie. Romantyczna, obsesyjna. Ona na pewno uważała, że dla tych chwil szczęścia, których na początku było dużo, z czasem coraz mniej, warto przejść przez wszystko, przez co przeszła.

Nie mogę powiedzieć, abym jakoś szczególnie polubiła Helenę. Na pewno też nie przeżywałam specjalnie jej historii, nie użalałam się nad nią, nie współczułam, nie złościłam. Bardziej byłam ciekawa tego, co się dalej zdarzy, jakie ta historia znajdzie rozwiązanie. dałam się po prostu ponieść zajmującej opowieści, nie doszukując się w niej jakichś głębszych pokładów. A mamy tu jeszcze relację matki i syna, opowieść o ojcostwie, jest jeszcze druga kobieta - Klara, która na chwilę przejmuje władzę nad laptopem Dustina i staje się narratorką. Dzięki temu poznajemy jej trzeźwy punkt widzenia. 

Ponieważ nie przepadam za historiami zanadto odklejonymi od realizmu, podobało mi się to, że autor umiejętnie balansuje pomiędzy tym, co prawdopodobne i tym, co nie trzyma się rzeczywistości. Czytelnikowi takiemu jak ja pozwala wziąć niektóre z tych wydarzeń w nawias, uwierzyć, że są wytworem wyobraźni dwóch osób. Jeszcze jedną zaletą powieści jest odtworzenie gdyńskich realiów, tych z połowy zeszłego wieku i tych współczesnych. Zresztą research jest mocną stroną tej  powieści. Autor nie tylko opisuje miasto, ale zagłębia się w tajniki stomatologii i restauracji, którą prowadzą Dustin i Klara.  

Można powiedzieć, że "Chodź ze mną" to opowieść o wielkiej miłości, złamanym życiu, Historii, która miesza w ludzkich i rodzinnych losach. To wszystko tu jest, chociaż dość naskórkowo, bo przede wszystkim to historia opowiedziana dobrze i porządnie, z dbałością o szczegóły, taka, w której można się zatracić. Po prostu tyle. 

PS. Jak opowiada Łukasz Orbitowski to, co wydaje się produktem szalonej wyobraźni, nie do końca nim jest. Autor inspirował się prawdziwymi zdarzeniami i gdyńskimi miejskimi legendami.

Magdalena Parys "Książę"

Skoro powiedziało się a i b, trzeba w końcu powiedzieć c. A okazja

ku temu nadarzyła się właśnie teraz. Chodzi o Trylogię berlińską Magdaleny Parys. Jakiś czas temu przeczytałam "Tunel", potem "Magika", a teraz przyszedł czas na "Księcia" (Agora 2020). Dlaczego teraz? Bo ta  powieść doskonale rymuje się z wydarzeniami, jakie niedawno rozegrały się w Niemczech. Chodzi o udaremnioną próbę puczu zorganizowaną przez ekstremistyczną organizację, na której czele stał człowiek mianujący się księciem Heinrichem XIII. Część naszych mediów podeszła do nich lekko, bo rzeczywiście wydają się absurdalne i komiczne, ale niektórzy komentatorzy uważają, że sprawie należy się przyglądać. Kilka dni później wysłuchałam wywiadu z Magdaleną Parys na temat tych wydarzeń. Ta rozmowa plus okres świąteczny - nie było lepszego momentu, aby domknąć cykl, a właściwie to, co do tej pory wyszło, bo pisarka pracuje właśnie nad częścią kolejną.

W jaki sposób "Książę" łączy się z wydarzeniami, o których wspomniałam? Dokładnie w taki - powieść Magdaleny Parys w sensacyjnej formie opowiada o podobnych wydarzeniach. Podpalenie osiedla zamieszkanego przez imigrantów, porwanie żony polityka, okrutne zabójstwa księży. Za tym wszystkim stoi właśnie taka  ekstremistyczna organizacja, którą kieruje tytułowy Książę. 

Magdalena Parys tematem swoich książek z berlińskiego cyklu czyni jakieś ważne wydarzenia z niemieckiej przeszłości, można by rzec, że odkopuje demony przeszłości, łączy je z czasami współczesnymi, a wszystko ubiera w formę powieści sensacyjnych. Niemal od początku wiemy, kto stoi za zbrodniami, ważne jest, czy i jak uda się schwytać zbrodniarzy. W "Tunelu" autorka wracała do czasów, kiedy mur rozdzielił Berlin, a wielu zdesperowanych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy znaleźli się po niewłaściwej stronie, próbowało sforsować przeszkodę, między innymi budując tunele. "Magik" to opowieść o historii znacznie mniej znanej - ucieczkach obywateli dawnej NRD do lepszego świata przez bułgarsko-turecką albo bułgarsko-grecką granicę. 

We wszystkich trzech książkach autorka pokazuje sprawy niewygodne - pisze o zbrodniarzach wojennych robiących po wojnie  kariery w obu niemieckich państwach, albo o agentach Stasi, którzy odnaleźli się doskonale w zjednoczonej ojczyźnie. Wśród bohaterów odnajdziemy wielu o polskich korzeniach - przyjechali do Niemiec jako dzieci albo tu się urodzili w mieszanych rodzinach. Na kartach jej książek w retrospekcjach pojawia się Gdańsk, Prusy Wschodnie czy Wrocław. Nic dziwnego, bo urodzona właśnie w Gdańsku Magdalena Parys sama ma podobną przeszłość.

Mocną stroną "Księcia", podobnie jak poprzednich części cyklu, oprócz sensacyjnej akcji i wątków polityczno-historycznych, są rozbudowane portrety bohaterów. Poznajemy ich przeszłość, motywacje, nawyki, śmiesznostki, kompleksy, udręki, strachy, dowiadujemy się, jaka droga doprowadziła ich w miejsce, w którym się znaleźli. W trzeciej części pojawiają znani z "Magika" Waldemar Tchapieski, który w międzyczasie awansował na prezydenta berlińskiej policji, komisarz Thomas Kowalski, dziennikarka Dagmara Bosch, patolog doktor Krenz i technik policyjny Garbaty. O każdej z tych postaci dowiadujemy się jeszcze więcej. W życiu niektórych zaszły zmiany. Ważnym bohaterem w "Księciu" jest Paul Chagall, który pojawił się już w poprzedniej części, agent wywiadu przypominający nieco Jamesa Bonda. Podobieństwo, jak twierdzi autorka, zamierzone. A ponieważ nigdy nie złapałam bondowskiego bakcyla, to ten wątek tak poprowadzony wydał mi się naciągany. Tu poznajemy dokładnie historię Paula. Drugą sprawą, która nieco mnie irytowała, są wątki ezoteryczne i wróżbiarskie. To nie moje klimaty. Nie bardzo też rozumiałam, po co autorka wprowadza epizodyczną postać tajemniczej czarnej damy. No ale nie wykluczam, że w natłoku i w gmatwaninie zdarzeń czegoś nie zrozumiałam, coś mi umknęło.

Podobnie jak w poprzednich częściach Magdalena Parys miesza wątki, postacie i czasy, wprowadza liczne retrospekcje, budując umiejętnie napięcie. 

Rzadko sięgam po kryminały czy powieści sensacyjne, robię to tylko wtedy, kiedy zainteresuje mnie tło społeczne czy historyczne. Nie żebym nie lubiła, ale po prostu w natłoku ciekawych lektur z czegoś muszę rezygnować. Trylogię berlińską warto przeczytać właśnie z takich powodów. Ja czekam na kolejną część.

Juan Gabriel Vasquez "Kształt ruin"

Długo zastanawiałam się, czy sięgnąć po powieść kolumbijskiego

pisarza Juana Gabriela Vasqueza "Kształt ruin" (Echa 2020; przełożyła Katarzyna Okrasko). Z jednej strony literatura latynoska, a ściślej kolumbijska, i znakomite recenzje, z drugiej coś w przeglądanych pobieżnie recenzjach sprawiało, że nie mogłam się zdecydować. W końcu jednak postanowiłam przeczytać. Co było tym ostatecznym impulsem, już sama nie pamiętam. Chyba obietnica, że dowiem się czegoś o trudnej kolumbijskiej przeszłości. 

Cóż, to już trzecia książka w ostatnim czasie, która mnie rozczarowała! Dwie pierwsze to "Psi park" Sofi Oksanen i "Sofia albo początek wszystkich historii" Rafika Schami'ego. Były partie, od których nie mogłam się oderwać, ale inne mnie nudziły. Drażniła  też sama forma - książka sprawiająca wrażenie literatury non-fiction, okazuje się jednak w końcu literacką kreacją. Autor, który siebie zrobił jednym z bohaterów tej opowieści, a osią akcji uczynił dwa ważne momenty z kolumbijskiej historii, zaznacza jednak na końcu, że prawdziwe postacie, zdarzenia czy dokumenty zostały poddane beletrystycznej obróbce, a czytelnik, który chciałby doszukiwać się podobieństwa do rzeczywistości, robi to na własną odpowiedzialność. Nic nie poradzę na to, że chciałabym jednak wiedzieć trochę więcej o tym, co jest prawdą, a co zmyśleniem. 

Oczywiście łatwo sprawdzić, że Rafael Uribe Uribe i Jorge Eliecer Gaitan to  kolumbijscy politycy, którzy zostali zamordowani w Bogocie przez swoich przeciwników. Pierwszy w roku 1914, drugi w roku 1948. Po śmierci Gaitana wybuchły kilkudniowe krwawe zamieszki, w czasie których z rąk wojska zginęły setki jego zwolenników i przypadkowych ludzi. To też prawda. Te dni zyskały nawet specjalną nazwę bogotazo. Ale ile jest prawdy w opowieści o śledztwie i procesie po zabójstwie Rafaela Uribe Uribe? A czaszka tego pierwszego roztrzaskana maczetami zabójców i fragment kręgów kręgosłupa tego drugiego ze śladem po kuli traktowane przez dwóch bohaterów tej powieści jak relikwie to fantazja autora czy rzeczywiście można je gdzieś oglądać? A Anzola, który na prośbę rodziny Uribe Uribe zgodził się prowadzić prywatne śledztwo, aby wyświetlić prawdę o zabójstwie, istniał czy nie? W necie go nie znalazłam, więc chyba jednak nie. Z drugiej strony autor zręcznie podsuwa tropy sugerujące, że to postać prawdziwa. Więc może jednak istniał? Dla kolumbijskiego czytelnika to wszystko pewnie jest jasne, dla polskiego nie. 

Sprawy nie ułatwia fakt, że akcja osnuta jest wokół teorii spiskowych. Owładnięty jest nimi jeden z głównych bohaterów, Carballo, który święcie wierzy, że za morderstwem Gaitana stał jeszcze ktoś, nie tylko ten, który strzelał, a potem został zlinczowany przez rozwścieczony tłum. Wyświetleniu tej sprawy poświęcił całe swoje dorosłe życie. Dlaczego tak się stało, tego czytelnik dowiaduje się w ostatnim rozdziale. Po stronie zdrowego rozsądku stoi narrator, czyli pisarz Vasquez. Kolejne pytanie - ile w nim prawdziwego Vasqueza? Według wielu literaturoznawców nie powinno to czytelniczek i czytelników obchodzić. Narrator uważa Carballa za żałosnego maniaka i kwestionuje tezy, w które on święcie wierzy. W tej sytuacji czułam się trochę bezradna i mój zdrowy rozsądek kazał mi stanąć po stronie narratora. A może o to właśnie chodziło? Aby postawić czytelnika w takiej niewygodnej, ambiwalentnej sytuacji?

Książkowa historia ma kształt opowieści o tym, jak doszło do jej powstania. Dlaczego Vasquez mimo wielu wątpliwości zdecydował się w końcu opisać historię Carballa, a co za tym idzie historię zamachu na obu polityków, Uribe Uribe i Gaitana. Narracja przyjmuje formę niechronologiczną, wiele tu retrospekcji i obszernych dygresji. I tu tkwi mój problem z "Kształtem ruin" - opowieść bardzo długo się rozkręca i w wielu partiach jest strasznie szczególarska, co było powodem mojego znużenia i zmęczenia, o którym już wspominałam. Lubię długie powieści, ale moim zdaniem tej skróty dobrze by zrobiły. Były jednak takie fragmenty, od których nie mogłam się oderwać, o czym też już pisałam.

Co jeszcze zainteresowało mnie w "Kształcie ruin"? Historia. Opowieści o obu politykach, ich zwolennikach i przeciwnikach. Historia charakterystyczna dla Ameryki Łacińskiej - broniący swoich przywilejów bogaci kontra biedni, którzy chcieliby poprawić swój los, prawica kontra lewica, konserwatyści kontra liberałowie, a w tle Kościół. Te podziały nakręcają spiralę przemocy, która powtarza się co jakiś czas i trwała w Kolumbii do niedawna. Niewykluczone jednak, że to tylko krótka przerwa i znowu wybuchnie. Vasquez wspomina czasy swoich studiów, kiedy to bomby wybuchające na ulicach były codziennością. Zainteresowało mnie jeszcze to, co tak mocno wybrzmiewa pod koniec powieści - jest mnóstwo historii nieopowiedzianych i nigdy się o nich nie dowiemy. Przepadły. Nasz obraz świata kształtują te opowiedziane. Co o tym decyduje? Przypadek? Celowy wybór? Kto go dokonuje? Zwycięzcy? Wypływają te z większą siłą przebicia? Vasquez uważa, że świat to chaos i suma przypadków, a my jesteśmy tylko pionkami na szachownicy Historii. Carballo, że ktoś zawsze pociąga za sznurki. To pomaga mu uporządkować sobie rzeczywistość, poczuć ulgę w tym świecie nie do zniesienia.  

Nie wiem, czy sięgnę po najnowszą książkę Vasqueza, która niedawno się ukazała. Z jednej strony znowu kusi mnie temat i tło historyczne, z drugiej obawiam się podobnych pułapek. Najbardziej jednak chciałabym przeczytać wydany kilka lat temu "Hałas spadających rzeczy", ale powieść wydaje się nie do zdobycia.

Sofi Oksanen "Psi park"

Z niecierpliwością czekałam na lekturę "Psiego parku" Sofi Oksanen

(Znak Literanova; przełożyła Katarzyna Aniszewska). Po pierwsze dlatego, że przed kilku laty bardzo podobała mi się jej powieść "Gdy zniknęły gołębie", a po drugie ze względu na pozytywne recenzje najnowszej książki tej fińskiej pisarki, której matka była Estonką. 

Na początku muszę wyznać, że powieść mocno mnie zaskoczyła. Nie wczytywałam się zbyt dokładnie w informacje podane przez wydawcę, więc spodziewałam się, że jej tematyka będzie oscylowała wokół spraw fińskich lub estońskich, jak w książce, o której wspominałam. Tymczasem nic z tego! Wprawdzie akcja częściowo toczy się w Helsinkach w roku 2016, a główna bohaterka, jednocześnie narratorka, wspomina swoje dzieciństwo spędzone w Tallinie, ale jest to książka przede wszystkim o ... Ukrainie. Jakbym czytała ukraińską powieść. Nie tego się spodziewałam. Cóż, właściwie mile mnie to zaskoczyło, jako że po ukraińską literaturę sięgam ostatnio regularnie. Pozostaje jednak wątpliwość, na ile dokładnie Sofi Oksanen zna tamtejszą rzeczywistość. Jak dokładny zrobiła research? Może jej matka miała tam krewnych? Nie jest to niemożliwe. Przyznam, że bardzo bym chciała przeczytać wywiad z pisarką dotyczący jej najnowszej powieści, no ale w sieci nic nie znalazłam.

Cóż, obraz Ukrainy, delikatnie mówiąc, nie jest w powieści lukrowany. Dziś, kiedy patrzymy na bohatersko broniących się Ukraińców, z takim poświęceniem walczących o swoją państwową niezależność, nie wracamy do problemów, jakie mieli. Tymczasem jest to opowieść o nierównościach społecznych, o beznadziejnej egzystencji na donbaskiej prowincji, o braku perspektyw, o bezprawiu, przestępczości, ukraińskich oligarchach i o ludziach, którzy w pogoni za lepszym życiem, są gotowi zrobić wiele. Zapomnieć o uczciwości, etyce, prawości.

Główna bohaterka, Olenka, która wychowała się w Tallinie, a której korzenie, jak to w ZSRR, były skomplikowane, po rozpadzie Związku Radzieckiego i odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę zostaje wyrwana z dobrze znanego sobie, bezpiecznego świata i wrzucona w realia Donbasu. Razem z rodzicami ląduje w Śnieżnem u babci ze strony ojca. Dlaczego? Bo ojciec właśnie tam dostrzegł możliwość wzbogacenia się. Na czym? Na czarnym złocie, czyli nielegalnie wydobywanym węglu, i bezpardonowym przejmowaniu akcji jakichś przedsiębiorstw. To walka bezwzględna. Można przypłacić ją życiem, jeśli zadrze się z silniejszymi i sprytniejszymi od siebie. Walka wyzbyta wszelkich hamulców. Jeśli trzeba, poświęci się własne dziecko, wyrzuci staruszkę z jej domu (cały czas zastanawiam się, czy scena opowiedziana w książce mogła rzeczywiście w tamtym miejscu i tamtych okolicznościach się wydarzyć). Oczywiście właściciele nielegalnych szybów nie przejmują się losem tych, którzy dla nich węgiel wydobywają. Nie oni narażają swoje życie. Chociaż, jak wspomniałam, oni także balansują w tym wilczym świecie na cienkiej linie.

Ale najbardziej poruszył mnie, oprócz obrazu beznadziejnego, zdegradowanego i po prostu potwornie brzydkiego świata, los dziecka, którego dorośli nie pytają o zdanie i burzą mu dotychczasowe życie, marzenia, perspektywy. Olenka nienawidzi miejsca, w którym się znalazła. Tallin nawet za czasów ZSRR był miastem, które ze względu na swoje położenie ocierało się o ten lepszy, zachodni świat. Nie do końca legalnie, ale jednak, dało się oglądać fińską telewizję. Potem perspektywy były jeszcze lepsze. Kiedy trafia do Śnieżnego w Donbasie, na początku ma jeszcze nadzieję, że rodzice zatrzymali się tam tylko na chwilę i przynajmniej ona razem z matką przeniosą się do drugiej babci, która pochodziła z Winnicy. Kiedy zrozumie, że nic takiego się nie zdarzy, zaczyna marzyć, aby za wszelką cenę wydostać się stamtąd. Swój plan będzie konsekwentnie realizować. Najpierw zapłaci frycowe - jej kariera modelki w Paryżu nie powiedzie się. Potem postara się nie popełnić tych samych błędów. I rzeczywiście stopniowo zacznie awansować w agencji, która zajmuje się szukaniem dawczyń komórek jajowych i surogatek dla mających pieniądze cudzoziemców. 

Już po wybuchu wojny słyszałam, że Ukraina była zagłębiem takiego biznesu. Opowieść o nim jeży włosy na głowie. Ponownie mam nadzieję, że autorka zrobiła porządny research i nie wyolbrzymiła  nieprawidłowości. A jest ich wiele. Wykorzystywanie dziewczyn, które chcą się wydźwignąć wyżej albo po prostu zarobić pieniądze na odrobinę lepsze życie. Żerowanie na ich osobistych lub rodzinnych dramatach. Nieliczenie się z ich zdrowiem. Oszukiwanie klientów, którzy traktują agencję jak sklep z dziećmi, a dawczynie jak niewolnice. Jeśli trzeba podrasuje się życiorys, wyrzuci fakty, które mogłyby skreślić dziewczynę w oczach wymagających klientów - zmieni miejsce zamieszkania, zawód rodziców. Dawczyni ma pochodzić z nieskażonego rejonu, odznaczać się inteligencją i urodą, prowadzić zdrowy tryb życia. Jednym słowem ma to być kandydatka, która gwarantuje, że urodzi się idealne dziecko.

Trudno czuć sympatię do bohaterów i bohaterek tej powieści. Można próbować ich zrozumieć, można im współczuć, ale ja nie potrafiłam ich polubić. Ani Olenki, ani tym bardziej Darii czy ojca narratorki. 

Powieść Sofi Oksanen ubrana jest w sensacyjną formę. Niektórzy określają ją nawet mianem thrillera. Wydarzenia poznajemy niechronologicznie, nie wiemy, dlaczego narratorka uciekła z Ukrainy i na fałszywych papierach wylądowała w Helsinkach, gdzie drżąc o swoje życie, zajmuje się sprzątaniem mieszkań i nie przypomina siebie z okresu rozkwitu kariery w agencji. Stopniowo poznajemy coraz więcej szczegółów z jej życia, aż w końcu zagadka jej ucieczki zostanie rozwiązana. Oczywiście ta sensacyjna formuła ma uatrakcyjnić powieść. Podobne chwyty stosowała autorka w powieści "Gdy zniknęły gołębie", o której wspominałam. Przyznam jednak, że to, co w założeniu miało być atrakcyjne, mnie nieco rozczarowało. Może książka jest odrobinę za długa? Szczególnie fragmenty opowiadające o pracy w agencji zaczynały mnie po pewnym czasie nużyć. Ja na pewno wyżej stawiam przywoływaną tu poprzednią powieść Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie". To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto przeczytać tej.  

Popularne posty