Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziewczyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziewczyna. Pokaż wszystkie posty

Anna Burns "Mleczarz"

Kolejna powieść irlandzka i wcale nie ostatnia, bo w moim czytniku

czeka kilka innych. To głośny "Mleczarz" Anny Burns (ArtRage 2024; przełożyła Aga Zano), książka nagrodzona Bookerem w roku 2018 dociera do nas z opóźnieniem. Przyznam, że chociaż wysłuchałam kilku wywiadów z autorką, które przeprowadzono z okazji polskiej premiery, to lektura okazała się dla mnie wielkim zaskoczeniem. Spodziewałam się kolejnej powieści o irlandzkich Kłopotach, no i oczywiście to wszystko w "Mleczarzu" jest, ale nie spodziewałam się sposobu, w jaki została napisana. Raczej myślałam, że będzie to coś w stylu "Naszych win" Louise Kennedy. Tymczasem wielka niespodzianka, o czym za chwilę.

Akcja powieści rozgrywa się w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, raczej u ich schyłku,  w mieście, które nie zostało nazwane, domyślamy się, że to Irlandia Północna, może Belfast. Główną bohaterką, zarazem narratorką, jest osiemnastoletnia dziewczyna, też bezimienna, którą wyróżnia fakt, że chodząc ulicami miasta, czyta książki. Okazuje się, czego nie jest długo świadoma, że takim swoim zachowaniem wszystkich drażni i wpisuje się w krąg kilku miejscowych dziwaczek i dziwaków. Wśród nich był na przykład mężczyzna, który nikogo nie kochał, kobieta, która truła ludzi czy chłopak, który bał się bomby atomowej. Jeśli w tym miejscu komuś coś już świta a propos sposobu pisania, to być może ma rację, ale o tym za chwilę. W pewnym momencie bohaterkę zaczyna osaczać starszy od niej o wiele lat mężczyzna, tytułowy Mleczarz. Zjawia się obok niej niespodziewanie, zagaduje, ale nie dotyka. Ona zaczyna się go bać. Staje się to przyczyną licznych plotek. Wszyscy są przekonani, że dziewczyna jest kochanką Mleczarza. Sytuację komplikuje fakt, że mężczyzna podobno jest członkiem paramilitarnych, czyli nienazwanej tu wprost IRA.

Powieść Anny Burns znakomicie oddaje gęstą atmosferę Irlandii Północnej czasu Kłopotów. To swoista matnia i pole minowe dla zwykłych mieszkańców, którzy chcieliby mieć jak najmniej wspólnego z polityką i żyć normalnym życiem. Zewsząd czyha niebezpieczeństwo, narazić się można każdemu i wszystkim. Łatwo rzucić oskarżenie o współpracę z opozycją albo, jeszcze gorzej, o brak współpracy, albo o bycie donosicielem. 

Były pobicia, piętnowanie, obtaczanie w smole i pierzu, zniknięcia, śliwy pod oczami, potłuczeni ludzie chodzący po ulicy bez palców, które to palce z całą pewnością jeszcze dzień wcześniej mieli przytwierdzone do ciała.

Nie ma rodziny, która nie straciłaby kogoś z powodu konfliktu - a to ktoś był przypadkową ofiarą zamachu, a to zginął z rąk opozycjonistów, a to z rąk policji czy wojska, a w najlepszym razie musiał uciekać za granicę. To wszystko rodzi zobojętnienie na przemoc.

Co do zabójstw - były codziennością, czyli nie należało się nad nimi rozwodzić.

W takim świecie, nawet jakby się bardzo chciało, nie można nie mieć poglądów politycznych. Trzeba umieć się poruszać w tych skomplikowanych układach - ta strona ulicy, tamta strona ulicy, ci zza wody, tamten kraj. To świat zamknięty dosłownie i w przenośni - zamkniętość była wszędzie. Jedyny sposób, żeby nie zwariować, to być głuchym na rzeczywistość w takim stopniu, jak to tylko możliwe, udawać, że jej nie ma. Chronić się pod maską uprzejmości, nie poruszać tematów politycznych, jak najmniej pytać, jak najmniej wiedzieć.

... siedź cicho, kupuj stare książki, czytaj stare książki, rozważaj całkiem serio ideę zwojów i glinianych tabliczek. Taka byłam w wieku osiemnastu lat.

... jakoś trwać pod zwałami traumy i mroku.

To dlatego bohaterka chodząc ulicami, czyta. To jej ucieczka, azyl, ochrona przed rzeczywistością nie do wytrzymania. 

Wydaje mi się, iż zabieg polegający na tym, że żadne miejsce, żaden człowiek nie zostaje tu nazwany - nie ma nazw miejscowości, krajów, ulic, nie ma imion i nazwisk, nawet w rodzinie i wśród bliskich używa się określeń typu pierwsza siostra, drugi brat, trzeci szwagier, najstarsza najmłodsza siostrzyczka, nie-do-końca-chłopak - to metafora tego, aby jak najmniej wiedzieć. Nieufność ze sfery politycznej przenika życie prywatne.  

Takim ludziom jak bohaterka i krąg znajomych, w którym się obraca, a więc tym, którzy popierają opozycję, coraz trudniej patrzeć na to, co się dzieje, bo powoli tracą zaufanie do tych, którzy walczą w ich imieniu. Szlachetne idee z czasem się wyradzają. Nie chodzi już tylko o wolność, niepodległość, ale o zwykłe interesy.

... typ idealisty wyzionął ducha, a do typu, który nadszedł po nim, bardziej skłaniającego się ku gangsterce niż partyzantce, ludzie mieli już coraz większe zastrzeżenia.

Oto prosty człowiek, próbujący żyć jakoś życiem cywila tak przeciętnie, jak tylko pozwalały na to problemy polityczne, został nagle wpędzony w stan dyskomfortu: stracił przeświadczenie o moralnej stosowności środków, którymi nasi strażnicy honoru posługiwali się w walce za sprawę.

Mam wrażenie, że Anna Burns w "Mleczarzu" pokazuje świat, który powoli zaczyna się zmieniać, a zmiana nie dotyczy tylko spojrzenia na opozycję i tego, co się z nią dzieje, ale także dochodzenia do głosu kobiet, powolnego wyzwalania się z opresji patriarchatu, a w sferze osobistej przyznawania się do prawdziwych uczuć, które dotąd były tłumione i zastępowane rozsądkiem. 

Ta książka jest bardzo gęsta, wiele w niej wątków i poruszanych problemów, jest to też przecież opowieść o miłości zakończonej rozczarowaniem i fiaskiem. Nie sposób napisać o wszystkim.

No i wreszcie na koniec wracam do tego, co sygnalizowałam we wstępie, a co dotyczy sposobu, w jaki Anna Burns opowiada to wszystko. Otóż autorka bardzo często posługuje się groteską, przerysowaniem, doprowadza jakąś sytuację do absurdu. I w tym mroku są to momenty po prostu śmieszne. Czy takim sposobem opowiadania o tych mrocznych czasach rozbraja grozę czy może używając groteski, pokazuje absurdalność tamtej sytuacji? Na takie spojrzenie można sobie pozwolić oczywiście z perspektywy czasu. 

Kiedy wreszcie wyszłam, na dworze aż się roiło od dziewczynek: owstążkowanych, zajedwabionych, naatłasowanych, uobcasowionych, drapiąco podhalkowanych i podobieranych w pary lub tylko udających, że mają parę. Wszystkie tańcowały zapamiętale i od czasu do czasu przewracały się na asfalt.

Kłopot w tym, że mamie deptały już po piętach trzy inne domniemane dziewczyny rannego opozycjonisty, wszystkie z tej samej okolicy i wszystkie w średnim wieku. A za nimi sunęły jeszcze cztery. Policjantom skończyły się kanciapy, dokąd mogliby wciągnąć potencjalne agentki i donosicielki, co sprawiało, że kobiety należało przewozić do policyjnych baraków, które - wskutek ciągłego pęcznienia oddziałów pań w średnim wieku - nie pozwalały przeprowadzić całej operacji tak sprytnie i dyskretnie, jak życzyliby sobie funkcjonariusze. (...) Wreszcie mundurowi zaczęli bezradnie drapać się po głowach. "Ile on ich ma? Co to za lowelas bez precedensu? Kiedy ten nasz Valentino miałby czas na jakieś akty terroryzmu, jak miałby jeszcze między te romanse wcisnąć jakąś działalność opozycyjną?" 

Chociaż za groteską nie przepadam, tu mi zupełnie nie przeszkadzała. Przeciwnie, przyjemnie zaskoczyła i sprawiła, że "Mleczarz" nie był kolejną opowieścią o Kłopotach. No i jak zawsze muszę podkreślić znakomity przekład Agi Zano, co świetnie widać w powyższych cytatach.

Bardzo dobra powieść o tamtych tragicznych czasach.

Maria Halber "Strużki"

O "Strużkach" (Cyranka 2023), prozatorskim debiucie poetki Marii

Halber, było swego czasu głośno. Mimo to jakoś nie miałam ochoty na książkę o przyjaźni dwóch dziewczyn, nawet świetnie napisaną. Dopiero spotkanie w czasie Festiwalu Conrada, a potem Nagroda Conrada (przypominam - to nagroda za debiut) sprawiła, że postanowiłam wypożyczyć i przeczytać. Książeczka jest niewielka, w czasie około świątecznym połknęłam ją błyskawicznie.

Przede wszystkim ogromną wartością powieści jest język. Bardzo lubię czytać prozę pisaną przez poetki czy poetów właśnie z tego powodu. Poezji w zasadzie nie czytam - nad czym boleję, niestety nie umiałabym się odnaleźć w poetyckim rynku wydawniczym, byłabym pewnie skazana na klasykę - ale za to uwielbiam jej odbicie, jej ślady w prozie. 

Żarliwie sączy się to lato, na które czekamy bezustannie, ciągle jest piątek, całe zastępy piątków, w które nigdy nie zdarza się nic. W te dni siedziałyśmy w chaszczach, iskałyśmy świat z dżdżownic, gąsienic, larw ohydnych i tłustych, wrzucałyśmy je pod przykrótkie bluzki tym, które się nam akurat nie podobały. (...) A ze spoconych foliówek prosto do ust pchamy porzeczki, spowite kołderką pleśni truskawki, czereśnie, ich słodkie różowe mięso. Plujemy pestkami w chłopców głupich i pięknych. 

Dlatego czytałam z ogromną przyjemnością. Bo język nie tylko zachwyca, ale w tym wypadku także  buduje nastrój. I to właśnie dzięki językowi i sposobowi opowiadania sama historia zyskuje wartość, staje się interesująca. Bo przecież ile było już takich opowieści? Takich i innych, wszak wszystko już zostało opowiedziane, stale snujemy te same historie, dlatego liczy się to jak. 

Którą opowieść wyciąga Maria Halber z wora opowieści? To przede wszystkim historia nastoletniej przyjaźni jakich wiele, historia o szukaniu siebie i opowieść o przywileju, a bardziej jego braku. 

Narratorka po licznych przeprowadzkach rodziców związanych z pracą ojca trafia w końcu do małego miasteczka, do prowincjonalnej szkoły. Jest tu nikim, bo niczym się nie wyróżnia.

Być grzeczną, być uśmiechniętą, nie zajmować swoim istnieniem zbyt wiele miejsca.

Wcześniej też tak było, ale wcześniej nigdzie dłużej nie zagrzewała miejsca, więc poczucie samotności, osobności nie było tak bolesne.

Nim zdążyłam przetworzyć jakieś miejsce, wyścielić sobie wyobraźnię jego mapą, poprzyklejać imiona do twarzy, twarze znów do mapy - już byliśmy spakowani. (...) Przejazdy z jednej nicości w drugą, bezustannie.

Dopiero znajomość i przyjaźń z Kingą zmienia wszystko. Są zupełnie różne. Narratorka pochodzi z dobrego domu, w miarę zasobnego, przynajmniej tak sytuuje się jej rodzina w hierarchii tego małego miasteczka, Kinga mieszka na popegeerowskim osiedlu w ciasnym mieszkanku z matką i chorą siostrą, którą muszą się razem opiekować. Z czasem to, z jakich domów wyszły, da znać o sobie, będzie jedną z przyczyn rozejścia się ich dróg. Ale to później.

To pęknięcie miało przez kolejne lata urosnąć w przepaść nie do pokonania. (...) Przyszłość była drabiną, pnącymi się w górę schodami, po których miałam wspinać się po kilka stopni naraz, niesiona siłą przywileju, o którym nie miałam najmniejszego pojęcia,

Za to w szkolnej i towarzyskiej hierarchii Kinga jest kimś, a narratorka nikim. Wszyscy się z nią liczą i wszyscy o nią zabiegają. Wie, jakie ciuchy kupić w lumpeksie, żeby fajnie wyglądać, jest wysoka, szczupła i ładna, zachowuje się swobodnie. Za maską beztroski chowa rodzinne problemy, do których dopuszcza przyjaciółkę. Narratorka i w dziedzinie urody jej nie dorównuje, ma kompleksy, z nienawiścią patrzy na swoje grube kolana. Ponieważ jest dziewczyną bez właściwości, jak gąbka chłonie Kingę, jej zachowanie, poglądy, ubiór, upodabnia się do  niej i do innych dziewczyn, jest ich klonem. Dzięki tej przyjaźni staje się kimś w towarzyskiej hierarchii. Ale to wyjście z cienia ma swój termin ważności - wszystko jest w porządku dopóki przyjaźnić się będzie z Kingą. Bez niej znowu nic nie będzie znaczyć.

Ale za to zaczynałam rozumieć, widzieć coraz wyraźniej to swoje nieprzynależenie, swoją żadność. Dwie wyrwy: wyrwa po Kindze i po sobie wyrwa, bo bez Kingi to wiele ze mnie nie zostało. I naraz dopadło mnie to, co wcześniej usilnie wypierałam. Ja wciąż nic o sobie nie wiedziałam. Latami przez osmozę wchłaniałam Kingę, przejmowałam jej sposób mówienia, żarty, nawet te jej osobliwe upodobania odzieżowe skrupulatnie adaptowałam na własny użytek. I co mi z tego zostało? Zadra. Rzeczy pożyczone, rzeczy przejęte, wszystko teraz uwierało jak drzazga. Więc musiałam zacząć wyrzucać, konsekwentnie amputować siebie z siebie. Skończyła się licencja, skończyła się umowa najmu tożsamości. 

Ale ten proces nie będzie łatwy. Bo szybko się okaże, że narratorka nie przynależy do żadnego środowiska. Wszędzie, gdzie się znajdzie, będzie musiała znaleźć kogoś, od kogo przejmie coś przez osmozę, będzie musiała przybierać maski, być czujną, aby nie zdradzić się ze swoją ignorancją, nieobyciem towarzyskim i kulturalnym. Bo przywilej wprawdzie pozwoli jej wyjechać na studia, chociaż tylko dzięki stypendium, ale za krótki będzie na duże miasto, na dziewczyny z wielkomiejskich, zamożnych rodzin, otrzaskane w świecie, z tym backgroundem kulturalnym, którego ona w swojej rodzinie i w małomiasteczkowej szkole nie dostała.  

I ten wstyd, wstyd jak pulsująca kula w brzuchu, szorstki i palący - obcisłe dżinsy z elastanem, ortalionowy plecaczek, byle jakie adidasy. Po twarzy spływał mi stary podkład podkradziony z kosmetyczki mamy i w dłoni obracałam swój przestarzały telefon, tyle byłam warta, serio.

A ja miałam pod górkę i wiedziałam tylko, że nie pasuję, że nie jestem stąd. I cały czas muszę tylko udawać, udawać, udawać. Udawać i kłamać. 

Kiedy po latach studiów i pracy wróci na jakiś czas do swojego miasteczka, tu też nie będzie już przynależeć. Ich drogi z Kingą dawno się rozeszły, teraz nic nie zostało z ich tamtego w miarę beztroskiego świata. 

Ale to było wtedy, a teraz życie przewiało nas w zupełnie inne miejsca i jak daleko nam do tamtych siebie.

I nie da się na nowo odbudować tamtej relacji. Z wielu powodów. Bo obie są już inne, bo dzielą je doświadczenia, bo jednej pozornie się powiodło, a drugiej tylko wiatr w plecy. Trochę z powodu złych wyborów, ale przede wszystkim z powodu miejsca, a właściwie rodziny, w której Kinga się urodziła. Bo musiałaby mieć w sobie wiele determinacji i wiele szczęścia, aby nie powielać losu swojej matki i wielu innych kobiet z jej środowiska. A przede wszystkim musiałaby dostrzec to coś, dla czego warto próbować. I pewnie szanse, żeby się udało, są równe zeru. To tylko w amerykańskich filmach powielających mity, że każdy kowalem swego szczęścia, że od pucybuta do milionera, że chcieć to móc, bywają takie happyendy. 

Smutna jest ta historia. I dziwne, zupełnie nieoczywiste ma zakończenie, którego nie mogę zdradzić. Jak je rozumieć? Możliwości jest pewnie wiele. Najpierw zupełnie nie wiedziałam, co z nim zrobić, potem doszłam do pewnego wniosku, bo jeśli czyta się uważnie, znajdzie się pewne zapowiedzi, które prowadzą narratorkę do takiego zakończenia. Niech kluczem będzie to zdanie:

Nie ma takich światów, których nie dałoby się zmyślić pisaniem.

I może w tym nadzieja.

Cieszę się, że przeczytałam "Strużki" Marii Halber, doceniam tę powieść, wraca do mnie, kiedy o niej piszę, ale muszę przyznać, że z głośnych debiutów roku 2023 znacznie mocniej odcisnęły mi się w głowie inne książki: "Wniebogłos" Aleksandry Tarnowskiej, "Kundle" Katarzyny Groniec, "Toń" Ishbel Szatrawskiej i "Łakome" Małgorzaty Lebdy, a z wcześniejszych "Białe noce" Urszuli Honek, "Kości, które nosisz w kieszeni" Łukasza Barysa, jedynego faceta w tym towarzystwie, a może przede wszystkim "Akuszerki" Sabiny Jakubowskiej.

Kateryna Babkina "A pamiętasz, mamo?"

Najnowsza powieść ukraińskiej pisarki Kateryny Babkiny "A

pamiętasz, mamo?" (Warstwy 2023; przełożył Bohdan Zadura) to jedna z pierwszych książek, zwłaszcza beletrystycznych, które zostały napisane już po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i bezpośrednio się do niej odnoszących. Wiele ukraińskich pisarek i wielu pisarzy zamilkło, potem zaczęła się pojawiać poezja, teraz błyska raczej coś z non fiction. Wydaje mi się, że nie słyszałam o żadnym innym ukraińskim tytule powieści czy zbioru opowiadań, które powstały  już po 24 lutego 2022 roku, odnosiły się do doświadczeń tego etapu wojny i zostały w Polsce wydane. 

Zanim przejdę do samej książki, kilka słów o pisarce. Jej znakomity zbiór opowiadań "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek" dostał dwa lata temu (2021) Angelusa, czyli przyznawaną we Wrocławiu literacką nagrodę dla pisarek i pisarzy z Europy Środkowej. Przyznam, że nie od razu po niego sięgnęłam, tu dała znać o sobie moja niechęć do opowiadań. Była to jedna z tych książek ukraińskich, na którą rzuciłam się w ramach zacierania białych czytelniczych plam po wybuchu wojny. Zachwyciła mnie całkowicie i odtąd postanowiłam za twórczością  Kateryny Babkiny podążać. Wcześniej ukazał się w Polsce jeszcze jeden zbiór opowiadań, tomik poezji i krótka powieść "Sonia", którą zamierzam przeczytać. Pisarka razem z Tamarą Dudą ("Córeczka") i Hałyną Kruk (zbiór opowiadań "Ktokolwiek, tylko nie ja" - czytałam, nie napisałam, warto sięgnąć) była gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, a ja oczywiście nie mogłam ominąć ich bardzo ciekawej dyskusji. Tyle tytułem wstępu, a teraz czas przejść do książki.

"A pamiętasz, mamo?" to pozycja krótka, niecałe dwieście stron - autorka najwyraźniej lubi kondensować treść, bo jej poprzednie książki też nie grzeszą objętością. To powieść napisana w formie listów do mamy. Pisze je nastoletnia dziewczyna, raczej licealistka, która w jakiś czas po wybuchu wojny trafia ze swoją kilkumiesięczną przyrodnią siostrą, Iwanką, do ojca od dawna mieszkającego w Wiedniu. Po rozwodzie rodziców miała z nim wielokrotnie kontakt, odwiedzała go, spędzała z nim wakacje. Niemniej jednak nie dzielili codzienności, a ich więź nie była bardzo głęboka. Więcej w niej tego, co daje rodzic widujący swoje dziecko głównie z doskoku, czyli rozpieszczania, prezentów, wspólnych podróży. 

Ojciec narratorki jest człowiekiem, który w Wiedeń już wrósł, dobrze mu się powodzi, a posiadanie pieniędzy najwyraźniej ma dla niego znaczenie - narratorka lubi ironicznie podkreślać, że kupując coś dla niej czy dla Iwanki, wybrał oczywiście najdroższy model. Mieszka w dobrej dzielnicy w dużym mieszkaniu, wiele potrafi załatwić, jest zaradny. Żyje życiem singla, chociaż na horyzoncie majaczy jego partnerka, pewnie już któraś z kolei. Jego pobieżna charakterystyka może zniechęcać, ale ja czuję do niego sympatię. Mnie kojarzy się raczej z takim niebieskim ptakiem, może trochę Piotrusiem Panem niż z nowobogackim. Jako że znakomicie ogarnia rzeczywistość, kiedy trafia razem ze swoją córką do punktu pomocy uchodźcom ukraińskim, w którym ona od czasu do czasu pomaga, natychmiast dostrzega wszystkie jego słabe punkty i bezinteresownie angażuje się w ich naprawienie. 

Teraz, kiedy znaleźli się w tych nieoczekiwanych dla siebie okolicznościach i nie wiadomo, jak długo to potrwa, muszą budować swoją więź na nowo, a jest to tym trudniejsze, że przecież narratorka to wojenna uchodźczyni. Została wyrwana ze swojego dobrego, też zamożnego, życia (właśnie miała z matką, Iwanką i ojczymem Orestem lecieć na Malediwy, gdy wybuchła wojna), w dodatku przywiozła ze sobą niemowlę, o którego istnieniu jej ojciec nie miał pojęcia. Była żona nie musiała mu się przecież spowiadać ze swojego nowego życia, kontaktowali się tylko w sprawach wspólnej córki. Kto ma się Iwanką teraz zajmować? Nieoczekiwane tragiczne zdarzenia zaskoczyły wszystkich, wszystkim zburzyły codzienność. Jemu wygodną rutynę, narratorce wywróciły świat. Jak się mają w tym odnaleźć? Co tak naprawdę przeżyła? Na pewno doświadczenie drogi spod Kijowa do Lwowa, potem do granicy austriackiej, gdzie odebrał ją ojciec. 

Nie wiem, czy jestem taka jak on, ale wtedy na granicy przez chwilę czułam, że toczymy ze sobą pojedynek jak równy z równym. Co prawda ja miałam zajęte ręce, za to on w ogóle nie był przygotowany na taką sytuację, bo przecież na coś takiego nie da się przygotować.

Nikt teraz nie wie, jak z wami postępować. Ani specjaliści, ani zwykli ludzie, ani ci, którzy was kochają. Jak postępować z tym, co przeżyliście, co widzieliście, i z tym, co myślicie. Z tym, co, gdzie i jak was złamało. I bez tego nie wiadomo, jak robić z nastolatkami, ale co robić z wami - nikt nie ma najmniejszego pojęcia.

Każdy list zaczyna się od tytułowej frazy: A pamiętasz, mamo? Potem następują albo wspomnienia przedwojennego życia, albo opowieści o tym, co dzieje się z narratorką w Wiedniu. Listy są pisane w lekkim tonie, początkowo odniosłam wrażenie, jakby narratorkę niewiele  z tego, co się stało, dotknęło. Gdyby nie kontekst znany od początku, można by pomyśleć, że nastolatka z zamożnego domu, której niczego nie brakowało ani nie brakuje, zamieszkała na jakiś czas z ojcem i relacjonuje mamie swój pobyt u niego. Coś niepokojącego do tej miłej, beztroskiej narracji mogłaby wprowadzać swoją obecnością Iwanka, niemowlę skądinąd wyjątkowo grzeczne, nienastręczające wielu problemów. No bo jak to? Matka wysłała kilkumiesięczne dziecko ze starszą siostrą do jej ojca? Dlaczego niby nastolatka miałaby się nim zajmować? Ale z drugiego listu dowiadujemy się, co i jak, więc się nie dziwimy. Potem zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego narratorka zwracając się do mamy: A pamiętasz, mamo? opowiada jej o tym, co dzieje się w Wiedniu. Jak mama może to pamiętać, skoro jej tam nie ma? Z czasem śladów wojennych przeżyć uchodźczyń i uchodźców dostajemy coraz więcej. Narratorka chodzi najpierw sama, potem z ojcem, pomagać w punkcie z darami, o czym już wspominałam, no i przede wszystkim pojawia się Dawid. Kilka lat starszy, minęli się gdzieś w tłumie we Lwowie, potem na granicy austriackiej. Później wpadają na siebie w Wiedniu. Dawid jest dziwny, pojawia się i znika, milczy. Milczenie i dziwne zachowanie to wynik tego, co przeżył w czasie wojny. Jego historia, opowiedziana krótko, bez patosu, bez epatowania okrucieństwem, jest naprawdę tragiczna. Jeśli przyzwyczailiśmy się do tej wojny, to właśnie ona pozwala na nowo uświadomić sobie, ile nieszczęść się za nią kryje. 

Wielką zasługa Kateryny Babkiny polega właśnie na tym, że nie epatuje okrucieństwem i nie dostarcza łatwych wzruszeń. To raczej nie jest książka, nad którą się płacze. Z każdym kolejnym listem zdajemy sobie jednak sprawę, że coś tu nie gra. Że narratorka to nie  beztroska nastolatka, która nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i spędza miły czas z ojcem w Wiedniu, a  ewentualne niedogodności wynikają tylko z tego, że ma pod opieką malutką siostrę. Zresztą ojciec szybko zatrudnia do pomocy przy Iwance sympatyczną Ukrainkę, Wirę. W końcu zaczynamy rozumieć, że ta beztroska, ten okrężny sposób pisania jest efektem wyparcia tego, co się zdarzyło, traumy, jaką bohaterka przeżywa. Wreszcie, znowu w sposób lakoniczny, bez epatowania nieszczęściem i okrucieństwem wojny, dowiemy się, co ją spotkało.

Jest więc ta powieść pisanym na gorąco świadectwem pierwszych miesięcy po inwazji. Doświadczeniem świeżym, także dla autorki. Jak oddać ten czas? Jak pisać o ludziach, zwłaszcza o dzieciach, ich matkach, osobach starszych, które zostały nagle wyrwane ze swojego świata? Musiały nagle porzucić wszystko i ruszyć w nieznane. Na jak długo? Jest to zarazem doświadczenie uniwersalne, bo przecież nie pierwszy raz, i niestety nie ostatni, ludzie zostają postawieni w takiej sytuacji. Powieść przypomina, że są takie zdarzenia i sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu, które naprawdę nie od nas zależą i dlatego zadawanie sobie pytania: dlaczego? nie ma sensu.

I wiesz, co jej powiedziałam? Że w takim razie świat to kompletny chaos, a ona przyznała mi rację. I dodała, że negować tego w ogóle nie ma sensu, ale można nauczyć się nie cierpieć z tego powodu.  I że to, oczywiście, nie dotyczy nauki czy jakichś strategicznych decyzji, ale na co dzień lepiej zapomnieć o pytaniach "Dlaczego coś się stało?" ...

Mimo wrażenia lekkości stwarzanego przez bohaterkę książka Kateryny Babkiny pozostała we mnie i, jak to się ostatnio często mówi, nadal we mnie pracuje, nadal coś mi robi.

Piotr Siemion "Bella, ciao"

Powieść Piotra Siemiona "Bella, ciao" (Filtry 2022) szła jak burza

przez  światek czytających, a kulminacja następuje teraz - pojawia się w różnych podsumowaniach, których wysyp następuje wraz z kończącym się rokiem. Przyznam, że nie zamierzałam po nią sięgać, bo ani nie znam żadnej z wcześniejszych książek autora (cóż to za argument), ani niespecjalnie interesowała mnie tematyka, a może bardziej gatunek - dystopia, postapo, mniejsza o nazwę, wiadomo, w czym rzecz. Ale jakąż perswazyjną moc może mieć rozmowa z autorem odsłuchana w jednym z podcastów! To nie jest oczywiście tak, że sięgam po każdą książkę, o jakiej opowiada pisarz, ale czasem się zdarza. Tak było w tym wypadku. Nagle poczułam, że chcę tę powieść przeczytać, choćby z czystej ciekawości, czy rzeczywiście taka znakomita.

To awanturnicza historia osadzona w postapokaliptycznym świecie. Świecie nienazwanym dokładnie, przypominającym trochę ten po drugiej wojnie, ale nie jeden do jednego. Są Polacy, są Niemcy, są Rosjanie, są nowe granice, nowe nazwy starych miast, niedokładnie jeszcze wiadomo jakie, są przesiedleńcy, czasem nazywani bieżeńcami, uciekinierzy, jest nowa, ludowa, władza, i są jej przeciwnicy. Jest wreszcie zniszczony, zrujnowany świat. Po lasach błąkają się dzikie niemieckie dzieci, ocaleńcy z zagłady miasteczka, jej jedyni świadkowie. Wojna już się skończyła, ale to nie oznacza końca horroru. Nie wiadomo, komu można zaufać, człowiek człowiekowi wilkiem. Niebezpieczni są rosyjscy żołnierze, zwani tutaj jegrami, którzy wracają na wschód do siebie, grabiąc miasteczka, w których zatrzymuje się wiozący ich pociąg, i oczywiście traktując napotkane kobiety jak wojenny łup. Postój oznacza pohulankę, jak mówi ich dowódca, zachęcając do nieskrępowanej zabawy. Bezwzględni wobec swoich wrogów są przedstawiciele ludowej władzy, którzy jakoś próbują ogarnąć ten apokaliptyczny chaos, ale naprawdę są wobec niego bezradni. Z napotkanymi po drodze przeciwnikami nie patyczkuje się siedmioosobowa drużyna, która przemierza ten świat pod wodzą pułkownika Tyńskiego. Zbieranina, każdy z innej parafii, wśród nich jedna dziewczyna, Spinka. Nie mniej bezwzględna niż oni, a może nawet bardziej. Na rozkaz pułkownika, z którym łączy ją dziwna trochę miłosna, trochę nienawistna, trochę ojcowska relacja, zabija bez skrupułów. Czy przypomina wojowniczkę z komiksu albo gry komputerowej? Może. Przyznam, że słaba jestem w tego typu popkulturowych tropach. Idą na północny zachód, nad morze, gdzie mają jakąś tajemniczą misję do spełnienia. Jaką? Wie tylko pułkownik. Kim są? Partyzantami? Żołnierzami wyklętymi? Na pewno ludźmi, którzy stracili wszystko i nie mają dokąd wracać.

Idzie ich siedmioro, przez kraj bez map, przez bezmiar. Wokół mają bezpański świat - skrwawione prześcieradło ziemi, całun o świcie. Nie królestwo zgody, lecz zdeptane boisko milenium. Nowa ziemia wyłania się przed nimi z niebieskiego oparu (...) Są przemytnikami, co ze starej ziemi unieśli jedynie szelest krwi, spółgłoski pospolitej mowy polskiej, rozwiewane po niebie przedzimia.

Ten cytat nie tylko wprowadza w klimat powieści, wyznacza ramy tego postapokaliptycznego świata, daje także próbkę językowej wirtuozerii autora. Ale jeśli ktoś, kto czyta te słowa, obawia się, że zwiastuje nadęte nudziarstwo, przerost formy nad treścią, to pragnę zapewnić, że jest w błędzie. Bo ten kunsztowny język znakomicie łączy się z trzymającą w napięciu akcją. Bohaterowie mają do wykonania zadanie, muszą przedostać się na wyższy lewel, a za każdym rogiem, a właściwie krzakiem, czyha na nich przeciwnik. Albo oni, albo on. Nieprzypadkowo użyłam tu słowa lewel, bo wędrówka tych siedmiorga zabijaków przypomina akcję komputerowej gry. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo, muszę wyznać, że nigdy nie złapałam bakcyla - nie gram. 

Tu zrobię skok w bok w kierunku znakomitego "Internatu" Serhija Żadana, którego kompozycję również przyrównywano do gry. Skojarzenie powieści  Siemiona z powieścią  Żadana przyszło mi na myśl w czasie pisania. I tu muszę przyznać, że "Internat" to jednak książka o niebo lepsza, po prostu wybitna. Pisana na serio, osadzona w konkretnym czasie i miejscu. Jej bohater, człowiek przeciętny, ceniący święty spokój, rośnie w ciągu tych kilku dni. Zyskuje sprawczość, świadomość, staje się za kogoś odpowiedzialny. A ja mu kibicowałam, tak bardzo nie chciałam, aby zginął! Głęboko, z trzewi współczułam też tym wszystkim ludziom zaskoczonym przez wojnę, zdezorientowanym, zrozpaczonym, których spotyka w czasie swojej wędrówki-misji. Powieść Siemiona nie ma tej powagi, jest przesycona ironią. Chociaż odpowiada mi jej klimat, chociaż nie mogłam się od niej oderwać, to nie potrafiłam na serio przejąć się losami głównych bohaterów, którzy poza pułkownikiem i Spinką przypominają figury w grze.  Jeśli kogoś było mi żal to Naty, tego bezimiennego tłumu zgromadzonego na dworcu kolejowym, szwedzkiego lekarza, chociaż to w gruncie rzeczy niezły drań, dzikiego dziecka z lasu. A tych siedmioro traktowałam tak, jak traktuje się postaci z powieści przygodowej. Chociaż trzeba przyznać, że autor łamie jej schemat, ale w jaki sposób, tego nie mogę zdradzić.

Mimo przygodowej konwencji "Bella, ciao" jest według mnie powieścią pesymistyczną. W tym zniszczonym, ogarniętym chaosem świecie nie ma nadziei, nie ma żadnej stałej, nie ma punktu zaczepienia. Nie wiadomo, co dalej, a może wiadomo - wielkie nic, wieczna płynność i chaos. Nawet jeśli pojawiają się przebłyski nadziei, też nie chcę zdradzać jakie, to i tak raczej nic z tego. Gdzieś za morzem jest wprawdzie nietknięty wojną świat, ale pilnie strzeżony. Nikt tu nie jest jednoznacznie dobry. No może Nata, niemiecka dziewczyna, która w nieoczekiwany sposób dołącza do tych siedmiorga. Trzeba jednak przyznać, że bywa też odwrotnie - ci źli noszą w sobie jakiś zalążek dobra, czasem nawet więcej niż zalążek. To wojna sprawiła, że stali się bezwzględni, niewrażliwi, że gwałcą, kradną, zabijają.

W słowie odautorskim Piotr Siemion wymienia nazwiska pisarzy, którzy go świadomie lub nieświadomie zainspirowali. Lista jest dość spora i godna. Same tuzy. Przyznam, że mnie onieśmieliła, bo nijak nie widzę tych literackich nawiązań i aluzji, no może poza jedną. To rosyjscy żołnierze, jeden kanalia, drugi jednak w głębi duszy porządny człowiek unurzany w bagnie wojny. Trochę jak u Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Czy moje rozpoznanie jest trafne? Czytając powieść, miałam za to inne skojarzenie. Chodzi o stodołę z Jedwabnego. W powieści Siemiona jest scena, która stanowi jej odwrotność. Wprawdzie nie ma stodoły, tylko hala dworcowa, nie ma Żydów, są Niemcy i Polacy, których chcą w akcie zemsty spalić Rosjanie. Aby ich ocalić, na moment zjednoczą się skonfliktowani ze sobą Polacy, odwieczni wrogowie. Jakby autor chciał zmazać tamtą jedwabieńską winę - o ile to dobry trop. Czy im się uda? No i co dalej? Co stanie się z tymi ludźmi, jeśli ich nawet ocalą? Jaka przyszłość ich czeka w tym zrujnowanym świecie?

"Bella, ciao" jest rzeczywiście powieścią bardzo dobrą, która jakoś się  we mnie osadziła, ale czy aż tak znakomitą, jak zewsząd słyszę? Może zgodziłabym się z tym stwierdzeniem, gdybym potrafiła odczytać te wszystkie literackie powinowactwa, które autor w niej zaszył. Ponieważ nie potrafię, to czegoś mi jednak brakuje. Ale polecam.

"Jak najdalej stąd"

O ile na dokument o Tonym Haliku, o którym pisałam ostatnio, czekałam od dawna, to zanim zdecydowałam się na najnowszy film Piotra Domalewskiego "Jak najdalej stąd", biłam się z myślami, co wybrać - w grę wchodziły jeszcze gruziński "A potem tańczyliśmy" (może jeszcze obejrzę) i "Interior" Marka Lechkiego (niestety już nie grają). A jest jeszcze "Nadzieja", która też ma dobrą prasę.
 
 
Chyba z powodu lockdownu nie miałam pojęcia, że Piotr Domalewski, autor rewelacyjnej "Cichej nocy", zrobił kolejny film. Przy okazji dowiedziałam się, że to on wyreżyserował przejmujący trzydziestominutowy obraz "60 kilo niczego", który kiedyś udało mi się obejrzeć. Teraz dość często pokazywany jest na jednym z filmowych kanałów. Polecam. W krótkiej, skondensowanej formie Domalewski poruszył problem traktowania w Polsce ukraińskich pracowników. Główny bohater, grany przez Grzegorza Damięckiego, pierwszego dnia swojej pracy na stanowisku kierownika w kopalni kruszców stanie przed nie lada dylematem moralnym i znajdzie się w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia. Naprawdę świetny film. Piszę o nim tyle nie tylko dlatego, aby zachęcić do obejrzenia. Otóż wszystkie trzy filmy Piotra Domalewskiego stanowią trylogię, w której porusza temat emigracji. "Jak najdalej stąd" jest jej zamknięciem. 
 
 
 
Tak jak w "Cichej nocy" znajdziemy też i tu podobne problemy związane z rodzinnymi relacjami. Jak nieobecność ojca wpływa na rodzinę? Na jego relacje z dziećmi? Dlaczego decyduje się na zostawienie rodziny i wyjazd? Tym razem główną bohaterką jest siedemnastoletnia Ola, w tej roli znakomita debiutantka Zofia Stafiej, samodzielna, twarda, bezczelna, szorstka w obyciu, ale wrażliwa. Mieszka z matką i niepełnosprawnym bratem wymagającym opieki, ojciec od lat pracuje w Irlandii. Marzy o samochodzie, który obiecał jej kupić, kiedy tylko zrobi prawo jazdy. Niestety jej plany wezmą w łeb, gdy przyjdzie wiadomość o tragicznej śmierci ojca. Musi polecieć do Irlandii, aby dopełnić wszystkich formalności i sprowadzić jego ciało, a z powodów finansowych nie będzie to łatwe. Ola, niczym współczesna Antygona, robi wszystko, aby pogrzeb ojca mógł odbyć się w Polsce. Zostanie postawiona przed  trudnymi wyborami - trzeba będzie coś poświęcić, łamać prawo, walczyć. Z zapartym tchem obserwujemy jej gorączkową gonitwę i szamotaninę. Zdecydowanie za dużo spada na barki siedemnastolatki. Matka z jednej strony strofuje ją jak dziecko, z drugiej składa na nią ciężar ponad siły. Ale Ola nie tylko próbuje wykonać powierzone jej zadanie, chce się dowiedzieć czegoś o ojcu, którego prawie nie znała. Jaki był? Kim był? 

Film świetnie się ogląda i naprawdę warto go zobaczyć. Jest dynamiczny, ma szybkie tempo, nie lukruje rzeczywistości i znajdziemy tu kilka znakomitych ról - na ekranie w mniejszych lub większych rolach pojawiają się Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik i Tomasz Ziętek. Mimo tych komplementów muszę szczerze napisać, że po seansie czułam niedosyt. Może dlatego, że Piotr Domalewski "Cichą nocą" wysoko ustawił sobie poprzeczkę. "Jak najdalej stąd" nie jest filmem tak subtelnym w pokazywaniu relacji rodzinnych. Poza tym miałam wrażenie, że to wszystko już gdzieś widziałam i wtedy zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie. O relacjach rodzinnych już wspominałam - znacznie głębiej i finezyjniej pokazał je Domalewski w swoim poprzednim filmie. Oglądając "Jak najdalej stąd", miałam jeszcze dwa skojarzenia. Pierwsze ze znakomitym dokumentem Anny Zameckiej "Komunia" poruszającym podobny problem - dziecka, które musi brać na siebie obowiązki dorosłych, bo im brakuje dojrzałości. Matka Oli wprawdzie nie jest beztroska i niedojrzała, opieka nad niepełnosprawnym synem to zadanie ponad siły, a każe córce jechać do Irlandii dlatego, bo sama nie zna języka i wie, że nie poradzi sobie w trudnej sytuacji, ale sprawia wrażenie, jakby nie do końca rozumiała, jakie zadanie zrzuciła na barki nastolatki. Drugie skojarzenie to "Ja, Daniel Blake" Kena Loacha, film pozornie odległy od obrazu Piotra Domalewskiego. A przywołuję go tutaj dlatego, bo w przejmujący sposób pokazuje bezradność człowieka, robotnika nie z własnej winy pozbawionego środków do życia, w zetknięciu z bezduszną machiną różnych instytucji teoretycznie powołanych do tego, aby pomagać takim ludziom jak Daniel Blake. Ola jest trochę w podobnej sytuacji. To właśnie te filmy przypomniały mi się w trakcie seansu i to one zrobiły na mnie znacznie większe wrażenie. Ale "Jak najdalej stąd" zdecydowanie warto zobaczyć. Choćby dla magnetycznej Zofii Stafiej.

Popularne posty