Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty

Ibitisam Azem "Księga zniknięcia"

Moja faza na książki opowiadające o konflikcie palestyńsko-

izraelskim trwa, dlatego nie mogłam pominąć powieści palestyńskiej pisarki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, Ibitisam Azem, "Księga zniknięcia" (ArtRage 2026; przełożyła Hanna Jankowska), która w 2025 otrzymała nominację do międzynarodowego Bookera. Nie raz wyrażałam tu swój stosunek do nagród, nie trzymam się ich niewolniczo. Czasem rzeczywiście sięgam po coś z powodu nominacji czy samego wyróżnienia, ale to nie jest ten przypadek. Tym razem zadecydowała narodowość pisarki.

Punkt wyjścia "Księgi zniknięcia" jest bardzo prosty. Pewnego ranka mieszkańcy Tel Awiwu, a właściwie całego Izraela, budzą się i stwierdzają, że dzieje się coś dziwnego. Nie przyjeżdżają autobusy, nie dostarczono prasy, do wielu miejsc nie przybyli pracownicy, ktoś nie może złapać z kimś kontaktu. Co się stało? Okazuje się, że nagle zniknęli wszyscy Palestyńczycy. Szok, niedowierzanie, dezorientacja, strach. Dlaczego strach? Bo wprawdzie Palestyńczycy na ogół Żydów nie obchodzą, ale nie wiadomo, czy czegoś nie szykują. Pewnie gdzieś się zaczaili i na nich ruszą. Ale godziny płyną, panuje spokój, służby badające sprawę nie stwierdziły niczego dziwnego. Monitoring nie zarejestrował, aby opuszczali swoje domy lub gdzieś się gromadzili.

Kiedy czytałam powieść, doszłam do wniosku, iż dzięki zbiegowi okoliczności bardzo dobrze się stało, że zupełnie niedawno przeczytałam "Białe miasto, czarne miasto" Sharona Rotbarda, książkę opowiadającą o konflikcie palestyńsko-izraelskim z perspektywy Tel Awiwu i Jafy, bo właśnie ta perspektywa jest w "Księdze zniknięcia" bardzo obecna. Pojawia się i Bauhaus, i Białe Miasto, i nazwy dzielnic Jafy, i sady, nawet gatunek pomarańczy, z których słynęła, o czym pisze Sharon Rotbard, i wreszcie historia zdobycia Jafy, wysiedleń, a także współczesne oblicze miasta, które dzisiaj stanowi część Tel Awiwu. Ale jeśli ktoś nie czytał tamtej książki, to oczywiście nie oznacza, że nie zrozumie tej.

"Księga zniknięcia" ma dwóch głównych bohaterów. To Palestyńczyk Ala'a i Żyd Ariel. Są przyjaciółmi, obaj mieszkają w tym samym domu w Tel Awiwie na Bulwarze Rothschilda, obaj związani są z mediami. Ariel jest felietonistą amerykańskiej gazety. Kiedy Palestyńczycy znikają, on też próbuje skontaktować się ze swoim przyjacielem. Oczywiście bezskutecznie. Ponieważ ma klucz do jego mieszkania, wchodzi tam i znajduje czerwony zeszyt, w którym Ala'a prowadził notatki. W ten sposób razem z nim poznajemy historię jego rodziny i jego stan ducha.

Ala'a był bardzo związany ze swoją babcią, która niedawno umarła. W swoich zapiskach zwraca się bezpośrednio do niej. Przypomina sobie jej opowieści, na nowo przeżywa tragedię Nakby. Babcia postanowiła zostać w Jafie, bo dla niej liczyło się miejsce. Przeżyła bombardowania, musiała opuścić swoją dzielnicę i dom, osiąść w innej, gdzie Żydzi pozwolili zamieszkać jej i innym Palestyńczykom, którzy zostali. Ale większość rodziny uciekła i osiadła w Bejrucie. Także mąż. Babcia żyje podwójnym życiem - w Jafie tej współczesnej i tej, którą zapamiętała.

Nie spodobało ci się określenie, że Jafa jest pogrzebana pod Jafą. Stwierdziłaś, że Jafa zawsze pozostanie Jafą, jest wszędzie wokół nas, musimy tylko patrzeć uważnie, żeby ją zobaczyć. Powiedziałaś, że nocą słyszysz głosy, zgiełk wesela, bębny i flety. 

Ala'a to przedstawiciel trzeciego pokolenia po Nakbie i to on, dzięki opowieściom swojej babci, ma świadomość tego, kim jest i co się stało z miejscem, w którym żyje. Nie potrafi zapomnieć.

A kiedy zapada noc, obmywam domy wokół mnie czarną pamięcią. Ścieram z nich biel i wszystko maluję na czarno. Biorę czarny kolor z tuszu nocy i wszystko nim zapełniam, jakbym się bał, że zawładnie mną biała pamięć, więc zacieram ją czernią bezksiężycowej nocy. Kocham czarny kolor, bo jest podobny do nas, bo jest nami.

Im dłużej czytałam notatki Ala'i, tym bardziej uderzało mnie to, jak bardzo męczy go sytuacja, w jakiej żyje. Niby jest Palestyńczykiem uprzywilejowanym, bo wykształconym, a jednak czuje się niezrozumiany. Przez matkę, która przyjęła taktykę milczenia i, co być może najgorsze, przez żydowskiego przyjaciela.

Bo Ariel też odczuwa znużenie i zniecierpliwienie ciągłym rozpamiętywaniem przeszłości przez Palestyńczyków. 

Przykro mu było, gdy słuchał skarg arabskich kolegów, był wtedy rozdarty między zrozumieniem a dezaprobatą.

Zmęczyła go lektura opowieści Ala'i, przeszłość i nieustanne gadanie o miejscu i jego pamięci. Te historie pokonanych o legendarnej przeszłości. Takie właśnie są.

Kiedy myśli o swoim dziadku syjoniście, który przybył z Anglii, kupował ziemię, nie uważa go za kolonizatora. Jakoś prześlizguje się nad słowem przejąć, które zastąpiło słowo kupić, bo ziemi na sprzedaż było za mało. Wie, że była wojna, że w niej zwyciężyli, ale nadal nie nazywa swojego dziadka kolonizatorem. Przecież nie opowiadał się jak niektórzy syjoniści za wypędzeniem Palestyńczyków. Dlatego coraz trudniej jest mu się też zgodzić z przyjacielem. Owszem, uważa, że:  

popełniono pewne błędy i że Palestyńczykom należy się więcej praw, ale [Ala'a] powinien przyznać, że państwo mu wiele daje i że jest w lepszej sytuacji niż na przykład uchodźcy w Libanie czy krajach arabskich.

Nic dziwnego, że reakcja jego przyjaciela była gwałtowna. Ariel nie potrafi zrozumieć Ala'i, współodczuwać z nim. Zarzuca mu, że rozpamiętując historię Jafy, jest nienowoczesny i pozwala, aby przeszłość go ograniczała. Przecież zmiana w miastach, ich modernizacja to rzecz normalna. Jakby nie zdawał sobie sprawy, że w tym wypadku nie chodzi o zwykłą modernizację, ale o zatarcie, a nawet zniszczenie dużej części tego, co było, i stworzenie wydmuszki.

Nie słyszałeś o Al-Manszijji, Szach Muwannis, Al-Masudijji i innych wsiach Jafy? Co to znaczy, że mam być nowoczesny? Pokłonić się? (...) Kiedy wreszcie zrozumiesz, że Tel Awiw to kłamstwo, w które wszyscy uwierzyli? Jafa to nie tylko gaje pomarańczowe, a nawet gdyby była pustynią, to co z tego? To kłamstwo, które chcieliście sprzedać, nie daje wam prawa do zabijania nas i wypędzania. Nawet gdybyśmy byli najbardziej zacofanymi ludźmi na tym świecie, nie macie prawa nas przesiedlać. Ani mordować. Walczcie z Europą, która wypędzała was i zabijała.(...) Wy przez cały czas mówicie, a my słuchamy i próbujemy dać wam do zrozumienia, że w tym równaniu jest błąd. Czasami próbujemy spokojnie rozmawiać, a czasem milczeć. Boimy się i wybuchamy.  Nienawidzimy was i zbliżamy się do was, a nawet lubimy was jako ludzi. Naśladujemy was, wierzymy wam, ale wiemy, że okłamujemy przede wszystkim samych siebie. Wmawiamy sobie, że oni w końcu zrozumieją, lecz wy nas nie słuchacie. (...) Mamy jednak świadomość, że tylko nasz krzyk skłoni was, żebyście nas usłyszeli.

Teraz kiedy snuję te refleksje, uświadamiam sobie, że to chyba pierwsza powieść dotycząca tej tematyki, jaką czytałam, pokazująca perspektywę tych, którzy pozostali, czyli Palestyńczyków żyjących w Izraelu. Nie na Zachodnim Brzegu, nie w Gazie, ale właśnie tam. Jeden z epizodycznych bohaterów powieści, Palestyńczyk, tak mówi:

Jafa. Jafa. Nazwa, która mnie boli i którą codziennie przeklinam, bo wciąż ją kocham. (...) To, że tu zostaliśmy, oznacza, że krwawimy. Żyjesz z otwartą raną, krwawisz, ale wciąż żyjesz. (...) Jestem szczęśliwy, że zostałem mimo biedy, opresji i zapomnienia. (...) Nikt sobie nie uświadamia, jak bardzo jesteśmy samotni, my, którzy tu pozostaliśmy.

Kiedy minie szok, kiedy okaże się, że najprawdopodobniej nic się nie stanie, większość Żydów oddycha z ulgą. Bo problem Palestyńczyków sam się rozwiązał, a wraz z nim inne. Już nic nie trzeba będzie robić.

- Dziwni jesteśmy, my syjoniści ateiści - zaśmiał się Ariel. - Nie wierzymy w  istnienie Boga, ale jesteśmy przekonani, że czyni dla nas cuda. Że obiecał nam tę ziemię, a teraz ze względu na nas pozbył się Palestyńczyków.

Za jakiś czas władze pewnie pozwolą zajmować ich domy i mieszkania. I tylko lewicowy dziennikarz, który sam o sobie mówi, że wziął rozwód z syjonizmem i w niego nie wierzy, lekceważony przez wszystkich, nazywa w swoim artykule rzeczy po imieniu. To, co się stało, to "najczystsza" czystka etniczna, jaką widziała ludzkość. I pisze gorzko:

Co się stało, ojczyzno, z rozsądnymi ludźmi, którzy cię zamieszkiwali? Gdzie się podziali? Czy ich też zabito, czy opuścili cię razem z Palestyńczykami? Czy uwolnimy się kiedykolwiek od kompleksu ofiary? Nie jesteśmy już ofiarami! Musimy to powiedzieć na głos! Staliśmy się zwykłymi ludźmi we własnym państwie.

Jakże niezwykle aktualnie brzmią te słowa.

Kolejna bardzo intersująca książka na temat, który żywo mnie interesuje.

Kevin Jared Hosein "Głodne duchy"

Naprawdę niewiele brakowało, abym przegapiła powieść Kevina

Jareda Hoseina "Głodne duchy" (Czarne 2025; przełożyła Zofia Szachnowska-Olesiejuk). Tyle ukazuje się nowości, że o pomyłkę nietrudno. Na szczęście Czarne ma swój podcast i właśnie tam usłyszałam rozmowę o tej książce. Już samo to, że autor jest karaibskim pisarzem pochodzącym z Trynidadu i Tobago, było dostateczną zachętą, a i dalsza część rozmowy upewniła mnie, że muszę tę powieść przeczytać. I miałam rację. Jest to książka, jaką najbardziej lubię - znakomita w czytaniu, a jednocześnie o dużym ciężarze. Jednym słowem poruszająca istotne tematy. No i nie pozostawiła mnie obojętną. W tym wypadku dociąża ją jeszcze wiszące nad bohaterami fatum, fatum rodem z antycznej tragedii. Śledząc losy bohaterów, wiemy, że musi dojść do nieszczęścia. Pozostaje pytanie - do jakiego? Kogo dotknie? 

Zanim przejdę do konkretów, dodam jeszcze, że "Głodne duchy" to pierwsza powieść dla dorosłych Kevina Jareda Hoseina, wcześniej pisał dla dzieci i młodzieży, a zaczął swoją zawodową karierę jako nauczyciel biologii, czym zajmował się ponad dziesięć lat.

Akcja książki rozgrywa się w roku 1944 w małej miejscowości i jej okolicach gdzieś na Trynidadzie. Te okolice są niezwykle istotne, bo odzwierciedlają drabinę społeczną. Na wzgórzu nad wioską znajduje się bogata posiadłość Daltona Changoora. Mieszka z nim znacznie od niego młodsza żona, piękna i dystyngowana Marlee. W tym świecie za dużymi pieniędzmi idą strach i szacunek. Dalton bardzo dużo może, wszyscy się z nim liczą i bez szemrania spełnią jego prośby czy żądania. Chociaż trzyma się z boku, trzęsie całą okolicą. Jakie prowadzi interesy? Nie wiadomo, lepiej się nie dopytywać. Życie w jego posiadłości jest obiektem domysłów i marzeń. Pilnują jej trzy groźne psy. Był taki czas, kiedy Dalton Changoor zapraszał do domu dzieci. Urządził dla nich pokój zabaw i boisko, ale potem w wyniku pewnych wypadków i to się skończyło. O tym, jak upływa życie państwa, jakie takie pojęcie mogą mieć trzej pracujący dla pana Changoora robotnicy. Z domu często słychać dźwięki muzyki. 

W dole jest miasteczko Bell. Znajduje się tam posterunek policji, szkoła i szpital. No i domy. Cóż w tym dziwnego? Otóż posiadanie takiego domu to wielkie marzenie tych, którzy mieszkają w baraku stojącym za miastem. Bo tych kilka rodzin żyjących w nim stoi najniżej w hierarchii społecznej. To ludzie pracujący na plantacji trzciny cukrowej. Nawet jeśli ktoś z nich dostanie pracę w miasteczku, to i tak zarabia na tyle marnie, że może sobie tylko pomarzyć o domu w Bell. Barak to kilka niewielkich pomieszczeń poprzegradzanych cienkimi ściankami. W każdym żyje jedna rodzina. Najczęściej z dziećmi, a nawet z wnukami. O żadnej intymności mowy być nie może. Wszystko dzieje się tu na oczach dzieci albo nie dzieje się wcale. Jakby tego było mało, przecieka dach. Kiedy przychodzi czas ulew, woda wlewa się do środka. 

Woda bulgotała w ich zalanym po kostki pokoju. Sączyła się do środka przez szpary w ścianach. Następnego ranka materac z włókna kokosowego cuchnął, a w workach z ryżem pojawiły się kijanki.

W takim miejscu łatwo o choroby i przemoc. Mężczyźni nie stronią od alkoholu. Ale najgorsza jest beznadzieja. Kto urodził się w baraku, ten zapewne w nim umrze. Życie tu to naznaczenie. I nie chodzi tylko o biedę i fatalne warunki bytowe. Chodzi o coś więcej - o brak szacunku i pogardę ze strony mieszkańców Bell. Mieszkasz w baraku, jesteś gorszy, w razie czego z definicji podejrzany. Można cię zamknąć bez dania racji. Policjanci nie uwierzą komuś z baraku, wiadomo, tam mieszkają wyrzutki społeczne i złodzieje. Znamy ten mechanizm. 

Młodzieniec skrzyżował na piersi cherlawe ramiona, spojrzał na obdarte buty Hansa i zmarszczył nos, jakby właśnie poczuł, że ktoś puścił bąka. 

Niektórzy pragną się z baraku wyrwać. Młode dziewczyny za wszelką cenę chcą się związać z chłopakiem z Bell. Hans Saroop i jego żona Szueta marząc o lepszej przyszłości dla syna, posyłają go do szkoły w Bell. Ale żeby tam chodzić, trzeba mieć wiele samozaparcia, bo chłopak z baraków będzie zawsze obiektem bezlitosnych kpin i prześladowania. Nic dziwnego, że Kryszna nie chce tam wracać po wakacjach. Buntuje się przeciw uległości rodziców, a szczególnie ojca, który uważa, że tylko grzecznością i pokorą coś wskóra. Nie chce zadrażniać sytuacji. W milczeniu znosi drobne i większe upokorzenia, czego świadkiem bywa syn i nie potrafi takiej postawy zrozumieć. Kipi w nim gniew i wściekłość. 

Kryszna wyciągnął szyję, żeby zajrzeć do środka. (...) Rzucił mężczyźnie spojrzenie spode łba.

- Ale o co się panu rozchodzi?

(...) Mężczyzna patrzył Hansowi prosto w oczy.

- Chłopcy zostają na zewnątrz.

Hans skinął głową.

- Ta jest, psze pana.

- A ci tam to niby co? - Kryszna wskazał na dzieci w sklepie.

- Cicho bądź - skarcił go ojciec, kładąc mu dłoń na plecach.

Mężczyzna nie spuszczał wzroku z Hansa.

- Mieliśmy tu już kilka incydentów, a ja mam tylko jedną parę oczu.

Kryszna nie ma zamiaru znosić zniewag swoich rówieśników z Bell. Żeby bronić honoru, gotów jest się bić. Ma wiernych przyjaciół, którzy w razie czego ruszą mu na pomoc. To kuzyn Tarak i dwaj bliźniacy otoczeni złą sławą. Ale przemoc rodzi przemoc. Chłopaki z miasteczka pamiętają każdy siniak, każde wyzwisko, a przy tym czują się bezkarni, bo jeden z nich jest synem komendanta policji. Konflikt eskaluje i z góry czujemy, że nie może skończyć się dobrze. To tylko jeden z elementów ciągu różnych zdarzeń, które w końcu doprowadzą do tragedii.

Na nierówności majątkowe nakładają się jeszcze problemy rasowe i religijne. Bo na Trynidadzie mieszkają  wyznawcy hinduizmu i chrześcijanie, biali, mulaci i czarni. Ci z baraku to najczęściej hinduiści, ci z miasteczka przeważnie chrześcijanie. To tylko pogłębia konflikt.

Ogromną zaletą powieści są głębokie portrety bohaterek i bohaterów, ich wzajemne skomplikowane relacje. Mało tu postaci jednoznacznie dobrych. Poznając ich historie, doskonale rozumiałam, co nimi powoduje, dlaczego postępują tak, a nie inaczej. Niewypowiedziane traumy, marzenie o miłości i bliskości, a wreszcie o lepszym życiu. I po prostu zmęczenie beznadziejną codziennością, szarpaniną o jako taką egzystencję. To prowadzi niektórych bohaterów do upadku. Nawet dumny Kryszna ma w pewnym momencie dość i czuje, że doszedł do ściany. Jest gotów skapitulować i prosić o pomoc kogoś, kogo nienawidzi. Ulec pokusie o lepszym życiu.

Czy jest w tej powieści coś jasnego? Znajduję trzy takie elementy. Jeden to solidarność mieszkańców baraku, którzy zawsze mogą na siebie liczyć w trudnych sytuacjach. Jeśli coś ich ratuje, to wspólnota, jaką tworzą. Drugi to miłość do barakowego psa, Białej Damy. Tarak, inni również, chociaż on szczególnie, jest dla niej gotów na wiele. Niestety to przywiązanie stanie się jednym z zalążków tragedii, jaka się w tej powieści rozegra. Trzecim jasnym punktem jest postawa jednego z trzech pracowników Changoorów, Robinsona, który wydaje się być człowiekiem szlachetnym, dobrym i bezinteresownym. Czy coś jeszcze? Może dumna postawa Szuety, która nie chce litości. Od kogo i w jakiej sytuacji, tego zdradzić nie mogę.

No i jest też w powieści zagadka. Bo wszystko zaczyna się od nieoczekiwanego zniknięcia Daltona Changoora. To ta strzelba, która skoro wisi na ścianie, to w ostatnim akcie musi wystrzelić. Gdyby nie zniknął, na pewno nie doszłoby do tragedii.

Bardzo dobra, ciekawa i poruszająca powieść, a w dodatku pięknie napisana. 

Andrea Abreu "Ośli brzuch"

"Ośli brzuch" Andrei Abreu (ArtRage 2022; przełożyła Agata

Ostrowska) to ostatnia z moich podróżniczych lektur czytana głównie w samolocie, dokończona już w domu. Słyszałam o tym debiucie hiszpańskiej pisarki pochodzącej z Wysp Kanaryjskich, ale jakoś nie miałam na nią ochoty, bo jej bohaterkami są dwie przyjaciółki, nastolatki. Z zasady niechętnie sięgam po lektury, których głównymi bohaterkami czy bohaterami są dzieci czy nastolatki, co nie znaczy nigdy. Ot choćby całkiem niedawno pisałam tu o "Strużkach" Marii Halber, "Pływaku" Zsuzy Bánk, a kiedyś o "Kronice w kamieniu" Ismaila Kadare czy "Nocy szpilek" Santiago Roncagliolo. To pierwsze z brzegu tytuły, które przychodzą mi do głowy, a na pewno jest ich więcej. Dopiero, jak to często bywa, wspomnienie o tej książce w jakimś podcaście zachęciło mnie, aby ją przeczytać. Teraz posypuję głowę popiołem, bo powieść okazała się z gatunku tych nie tylko świetnie napisanych, ale i poruszających.

Akcja rozgrywa się w roku 2005 (podaję za notą wydawcy, w powieści nie ma żadnych wskazówek dotyczących dokładnego czasu zdarzeń, chyba, że coś przeoczyłam) na jednej z Wysp Kanaryjskich, a bohaterkami i bohaterami są mieszkańcy miasteczka, a właściwie jednej jego dzielnicy położonej na zboczu wulkanu. Gdzieś w dole toczy się inne życie, jest turystyczny raj, a my poznajemy jego brzydsze oblicze, o jakim zwykle nie myślimy, spędzając w takich miejscach leniwy urlop pod przysłowiową palmą, nad basenem, trzymając w ręce drink ozdobiony parasolką. Akcja rozpoczyna się, kiedy kończy się rok szkolny i toczy się w czasie letnich wakacji. Wspominam o tym, bo dwie główne bohaterki tej powieści - Isora i jej przyjaciółka, zarazem narratorka, zwana przez nią Shit - spędzają wolny czas, nie wychylając nosa poza swoją dzielnicę. Jeśli chcą plażować, idą nad kanał, gdzie bardziej udają, że to robią. Na plażę ktoś musiałby je zawieźć, bo to daleko, a dorośli albo nie dysponują samochodem, albo nie mają do tego głowy, bo pracują. Gdzie? Często na południu wyspy, obsługując turystów lub na budowach, prawdopodobnie, nowych hoteli czy apartamentów dla przyjezdnych. Tak właśnie zarabiają rodzice narratorki, mama oprócz sprzątania w hotelu dodatkowo dorabia na miejscu, pucując wynajmowane turystom domy wakacyjne. Wyruszają do pracy rano, wracają wieczorem, a ich córka zostaje pod opieką babci i wujka. Zakupy robią najczęściej na kredyt w miejscowym sklepie prowadzonym przez babcię Isory. Może ich sytuacja finansowa byłaby lepsza, gdyby nie długi babci, z którymi zostawił ją mąż, odchodząc w siną dal, z Niemką. Nawet pogoda jest  w tej dzielnicy inna - kiedy na dole świeci słońce, tu góry najczęściej zakrywają je chmury, zwane przez miejscowych oślim brzuchem, spowijające szczyt wulkanu.

Pomyślałam sobie, że smutek mieszkańców naszej dzielnicy to chmury, chmury przyklejone do karku, do najwyższego odcinka kręgosłupa, w porze emisji telenoweli.

Te dwa światy, turystów z klasy średniej, których stać na wakacje na Kanarach, i mieszkańców wyspy żyjących z dnia na dzień pochłoniętych przyziemną egzystencją, są szczelnie od siebie oddzielone. Nic o sobie nie wiedzą, za to sobą pogardzają. A przecież pewnie dotykają ich podobne problemy. Tu symboliczna wydaje mi się scena, kiedy narratorka zagaduje do obcej dziewczynki mieszkającej w jednym z tych wakacyjnych domów wynajmowanych przez turystów, które sprząta jej mama. Obie czują się samotne, a jednak będzie to tylko jednorazowe spotkanie i wcale nie z winy tej obcej dziewczynki. To narratorka okaże jej swoją wyższość jako miejscowa.

Problemy codziennego życia są bardzo istotnym tłem powieści, ale oczywiście głównym tematem jest relacja narratorki i jej przyjaciółki. To Isora jest tą silniejszą w tym duecie. To ona wymyśla zabawy, to ona kształtuje poglądy Shit, narzuca sposób myślenia. To w nią z uwielbieniem i bezkrytycznie, do czasu, wpatrzona jest narratorka. 

Zastanawiałam się, skąd ona wie tyle różnych rzeczy, o których ja nie mam pojęcia, i robiło mi się smutno, bo myślałam sobie, że nie mam swojego własnego smutku, że mój smutek to jej smutek, tyle że w moim ciele, imitacja smutku, duplikat, podróbka smutku, taka właśnie byłam, bo nie miałam powodów, żeby się smucić, ale je sobie wymyślałam.

A Isora jest bezczelna, nie owija w bawełnę, mówi, co myśli, krytycznie i bezkompromisowo ocenia ludzi, niczego się nie boi. Gotowa jest na każde szaleństwo, każdą awanturę i każdą złośliwość wyrządzoną komuś, kto jej zalazł za skórę. Wychowują ją babcia, której nie lubi, żeby nie powiedzieć - nienawidzi, a przynajmniej tak to deklaruje, i ciotka. Matka nie żyje, a kim był ojciec, nie wie. Tu mogę się mylić, bo jakoś tego nie zapamiętałam, w każdym razie nie było go w jej życiu. Spędzają czas letnich wakacji razem, włócząc się po dzielnicy, bo zabobonnie boją się wyjść poza jej granice. Ale oprócz swobody i organizowanych sobie samym, a najczęściej przez Isorę, przyjemności mają też obowiązki. Szczególnie ta ostatnia musi pomagać babci w sklepie. 

Bohaterki są w takim wieku, kiedy z jednej strony bawią się lalkami albo w jakieś dziecięce zabawy, z drugiej powoli zaczyna budzić się w nich seksualność. Tu też przoduje Isora, ale pewnego popołudnia zdarzy się coś, co sprawi, że narratorka stanie się o nią zazdrosna. Czy jest to zazdrość tylko o przyjaciółkę, czy o dziewczynę? Być może jej stosunek do niej nie jest niewinny, być może z jej strony rodzi się coś więcej niż przyjaźń, coś, czego narratorka nie do końca sobie uświadamia. Trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo może to jednak tylko głęboka dziewczyńska przyjaźń. 

Tym właśnie byłam, nieopierzonym, zapchlonym pisklęciem, ptakiem o zmęczonym sercu i z rozdziawionym dzióbkiem, otwartym w oczekiwaniu na Isorę, na jej słowa, na jej włosy o końcówkach pachnących opiekanym chlebem, na to czarne zgniłe coś pod jej paznokciami, obciętymi tak krótko, że przypominały morze ledwie obmywające podnóże klifu podczas odpływu. 

Tym trudniejsze to wszystko, że jednocześnie ma do niej żal, traci zaufanie. Nie mogę oczywiście zdradzać tego, co doprowadza do kryzysu w ich relacji, a co ostatecznie stanie się na pewno punktem przełomowym w życiu narratorki. Tym bardziej, że zaraz zdarzy się coś jeszcze, co ją naznaczy na życie. Takich przeżyć się nie zapomina, odbijają się w nas na zawsze i są kresem dziecięcej iluzji, że życie jest wspaniałe. Inna sprawa, czy bohaterki dorastając w świecie, gdzie nierówności nie sposób nie zauważyć, wierzyły kiedykolwiek w taką bajkę.

Bardzo ciekawa powieść. Jej dodatkową zaletą jest też język i migawkowe, ale celne i interesujące portrety mieszkanek i mieszkańców dzielnicy, których poznajemy dzięki narratorce. Zdecydowanie polecam.

Maria Halber "Strużki"

O "Strużkach" (Cyranka 2023), prozatorskim debiucie poetki Marii

Halber, było swego czasu głośno. Mimo to jakoś nie miałam ochoty na książkę o przyjaźni dwóch dziewczyn, nawet świetnie napisaną. Dopiero spotkanie w czasie Festiwalu Conrada, a potem Nagroda Conrada (przypominam - to nagroda za debiut) sprawiła, że postanowiłam wypożyczyć i przeczytać. Książeczka jest niewielka, w czasie około świątecznym połknęłam ją błyskawicznie.

Przede wszystkim ogromną wartością powieści jest język. Bardzo lubię czytać prozę pisaną przez poetki czy poetów właśnie z tego powodu. Poezji w zasadzie nie czytam - nad czym boleję, niestety nie umiałabym się odnaleźć w poetyckim rynku wydawniczym, byłabym pewnie skazana na klasykę - ale za to uwielbiam jej odbicie, jej ślady w prozie. 

Żarliwie sączy się to lato, na które czekamy bezustannie, ciągle jest piątek, całe zastępy piątków, w które nigdy nie zdarza się nic. W te dni siedziałyśmy w chaszczach, iskałyśmy świat z dżdżownic, gąsienic, larw ohydnych i tłustych, wrzucałyśmy je pod przykrótkie bluzki tym, które się nam akurat nie podobały. (...) A ze spoconych foliówek prosto do ust pchamy porzeczki, spowite kołderką pleśni truskawki, czereśnie, ich słodkie różowe mięso. Plujemy pestkami w chłopców głupich i pięknych. 

Dlatego czytałam z ogromną przyjemnością. Bo język nie tylko zachwyca, ale w tym wypadku także  buduje nastrój. I to właśnie dzięki językowi i sposobowi opowiadania sama historia zyskuje wartość, staje się interesująca. Bo przecież ile było już takich opowieści? Takich i innych, wszak wszystko już zostało opowiedziane, stale snujemy te same historie, dlatego liczy się to jak

Którą opowieść wyciąga Maria Halber z wora opowieści? To przede wszystkim historia nastoletniej przyjaźni jakich wiele, historia o szukaniu siebie i opowieść o przywileju, a bardziej jego braku. 

Narratorka po licznych przeprowadzkach rodziców związanych z pracą ojca trafia w końcu do małego miasteczka, do prowincjonalnej szkoły. Jest tu nikim, bo niczym się nie wyróżnia.

Być grzeczną, być uśmiechniętą, nie zajmować swoim istnieniem zbyt wiele miejsca.

Wcześniej też tak było, ale wcześniej nigdzie dłużej nie zagrzewała miejsca, więc poczucie samotności, osobności nie było tak bolesne.

Nim zdążyłam przetworzyć jakieś miejsce, wyścielić sobie wyobraźnię jego mapą, poprzyklejać imiona do twarzy, twarze znów do mapy - już byliśmy spakowani. (...) Przejazdy z jednej nicości w drugą, bezustannie.

Dopiero znajomość i przyjaźń z Kingą zmienia wszystko. Są zupełnie różne. Narratorka pochodzi z dobrego domu, w miarę zasobnego, przynajmniej tak sytuuje się jej rodzina w hierarchii tego małego miasteczka, Kinga mieszka na popegeerowskim osiedlu w ciasnym mieszkanku z matką i chorą siostrą, którą muszą się razem opiekować. Z czasem to, z jakich domów wyszły, da znać o sobie, będzie jedną z przyczyn rozejścia się ich dróg. Ale to później.

To pęknięcie miało przez kolejne lata urosnąć w przepaść nie do pokonania. (...) Przyszłość była drabiną, pnącymi się w górę schodami, po których miałam wspinać się po kilka stopni naraz, niesiona siłą przywileju, o którym nie miałam najmniejszego pojęcia,

Za to w szkolnej i towarzyskiej hierarchii Kinga jest kimś, a narratorka nikim. Wszyscy się z nią liczą i wszyscy o nią zabiegają. Wie, jakie ciuchy kupić w lumpeksie, żeby fajnie wyglądać, jest wysoka, szczupła i ładna, zachowuje się swobodnie. Za maską beztroski chowa rodzinne problemy, do których dopuszcza przyjaciółkę. Narratorka i w dziedzinie urody jej nie dorównuje, ma kompleksy, z nienawiścią patrzy na swoje grube kolana. Ponieważ jest dziewczyną bez właściwości, jak gąbka chłonie Kingę, jej zachowanie, poglądy, ubiór, upodabnia się do  niej i do innych dziewczyn, jest ich klonem. Dzięki tej przyjaźni staje się kimś w towarzyskiej hierarchii. Ale to wyjście z cienia ma swój termin ważności - wszystko jest w porządku dopóki przyjaźnić się będzie z Kingą. Bez niej znowu nic nie będzie znaczyć.

Ale za to zaczynałam rozumieć, widzieć coraz wyraźniej to swoje nieprzynależenie, swoją żadność. Dwie wyrwy: wyrwa po Kindze i po sobie wyrwa, bo bez Kingi to wiele ze mnie nie zostało. I naraz dopadło mnie to, co wcześniej usilnie wypierałam. Ja wciąż nic o sobie nie wiedziałam. Latami przez osmozę wchłaniałam Kingę, przejmowałam jej sposób mówienia, żarty, nawet te jej osobliwe upodobania odzieżowe skrupulatnie adaptowałam na własny użytek. I co mi z tego zostało? Zadra. Rzeczy pożyczone, rzeczy przejęte, wszystko teraz uwierało jak drzazga. Więc musiałam zacząć wyrzucać, konsekwentnie amputować siebie z siebie. Skończyła się licencja, skończyła się umowa najmu tożsamości. 

Ale ten proces nie będzie łatwy. Bo szybko się okaże, że narratorka nie przynależy do żadnego środowiska. Wszędzie, gdzie się znajdzie, będzie musiała znaleźć kogoś, od kogo przejmie coś przez osmozę, będzie musiała przybierać maski, być czujną, aby nie zdradzić się ze swoją ignorancją, nieobyciem towarzyskim i kulturalnym. Bo przywilej wprawdzie pozwoli jej wyjechać na studia, chociaż tylko dzięki stypendium, ale za krótki będzie na duże miasto, na dziewczyny z wielkomiejskich, zamożnych rodzin, otrzaskane w świecie, z tym backgroundem kulturalnym, którego ona w swojej rodzinie i w małomiasteczkowej szkole nie dostała.  

I ten wstyd, wstyd jak pulsująca kula w brzuchu, szorstki i palący - obcisłe dżinsy z elastanem, ortalionowy plecaczek, byle jakie adidasy. Po twarzy spływał mi stary podkład podkradziony z kosmetyczki mamy i w dłoni obracałam swój przestarzały telefon, tyle byłam warta, serio.

A ja miałam pod górkę i wiedziałam tylko, że nie pasuję, że nie jestem stąd. I cały czas muszę tylko udawać, udawać, udawać. Udawać i kłamać. 

Kiedy po latach studiów i pracy wróci na jakiś czas do swojego miasteczka, tu też nie będzie już przynależeć. Ich drogi z Kingą dawno się rozeszły, teraz nic nie zostało z ich tamtego w miarę beztroskiego świata. 

Ale to było wtedy, a teraz życie przewiało nas w zupełnie inne miejsca i jak daleko nam do tamtych siebie.

I nie da się na nowo odbudować tamtej relacji. Z wielu powodów. Bo obie są już inne, bo dzielą je doświadczenia, bo jednej pozornie się powiodło, a drugiej tylko wiatr w plecy. Trochę z powodu złych wyborów, ale przede wszystkim z powodu miejsca, a właściwie rodziny, w której Kinga się urodziła. Bo musiałaby mieć w sobie wiele determinacji i wiele szczęścia, aby nie powielać losu swojej matki i wielu innych kobiet z jej środowiska. A przede wszystkim musiałaby dostrzec to coś, dla czego warto próbować. I pewnie szanse, żeby się udało, są równe zeru. To tylko w amerykańskich filmach powielających mity, że każdy kowalem swego szczęścia, że od pucybuta do milionera, że chcieć to móc, bywają takie happyendy. 

Smutna jest ta historia. I dziwne, zupełnie nieoczywiste ma zakończenie, którego nie mogę zdradzić. Jak je rozumieć? Możliwości jest pewnie wiele. Najpierw zupełnie nie wiedziałam, co z nim zrobić, potem doszłam do pewnego wniosku, bo jeśli czyta się uważnie, znajdzie się pewne zapowiedzi, które prowadzą narratorkę do takiego zakończenia. Niech kluczem będzie to zdanie:

Nie ma takich światów, których nie dałoby się zmyślić pisaniem.

I może w tym nadzieja.

Cieszę się, że przeczytałam "Strużki" Marii Halber, doceniam tę powieść, wraca do mnie, kiedy o niej piszę, ale muszę przyznać, że z głośnych debiutów roku 2023 znacznie mocniej odcisnęły mi się w głowie inne książki: "Wniebogłos" Aleksandry Tarnowskiej, "Kundle" Katarzyny Groniec, "Toń" Ishbel Szatrawskiej i "Łakome" Małgorzaty Lebdy, a z wcześniejszych "Białe noce" Urszuli Honek, "Kości, które nosisz w kieszeni" Łukasza Barysa, jedynego faceta w tym towarzystwie, a może przede wszystkim "Akuszerki" Sabiny Jakubowskiej.

Andrew O'Hagan "Chwile"

Być może nie sięgnęłabym po powieść "Chwile" Andrew O'Hagana

Znak 2024; przełożyła Kaja Gucio), gdyby nie zachwyty w pewnym nieliterackim podcaście, na koniec którego prowadzący i zaproszona osoba polecają jakąś książkę. Ten zwyczaj pojawia się coraz częściej i bardzo mi się podoba. Zachwycał się ktoś bardzo mądry, kto na pewno byle czego nie czyta. A że już wcześniej dobrze słyszałam o tej powieści, ta polecajka przeważyła szalę. Wypadałoby coś napisać o Andrew O'Haganie, ale uważane za szacowne wydawnictwo podaje tylko informację, iż trzykrotnie był nominowany do Bookera, a jakaś nic mi niemówiąca Granta umieściła go na liście najbardziej obiecujących brytyjskich pisarek i pisarzy. Oczywiście muszę uwierzyć, że ta lista owej Granty jest szalenie prestiżowa. Cóż, chętnie dowiedziałabym się czegoś jeszcze o autorze "Chwil". 

Czy moje oczekiwania zostały spełnione? Czy warto było przeczytać powieść? Nie powiem, że nie, ale uczucia mam mieszane. Tak to zwykle bywa, kiedy spodziewam się wielkiego wow. Były momenty genialne, znakomicie oddające owe ulotne chwile, ale były też fragmenty, które nieco mnie nużyły. Może dlatego, że książka nie do końca wpisuje się w moje zainteresowania, stąd zresztą  początkowa rezerwa. Ale po kolei.

Akcja powieści rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Pierwsza część to rok 1986 robotnicze przedmieścia Glasgow, czas górniczych strajków, zamykania kopalń i neoliberalnych rządów żelaznej Margaret Thatcher. Głównymi bohaterami książki są dwaj przyjaciele, licealista James, jednocześnie narrator, i kilka lat od niego starszy Tully, który pracuje w jakiejś fabryce. James od jakiegoś czasu mieszka sam, bo jego rodzice po rozstaniu poszli swoimi drogami. Ciepło, którego został pozbawiony, odnajduje w domu przyjaciela. Zawsze może tam wpaść, pogadać, zjeść obiad, a nawet przenocować. Jest jeszcze ktoś, kto dostrzeże wrażliwość Jamesa - to jego nauczycielka literatury, dzięki niej postanowi iść na studia i dostanie się na uniwersytet. Zanim jednak zacznie się jesień, trwa lato swobody. Obaj przyjaciele, którzy uwielbiają kino i cytatami z filmów mogą się swobodnie przerzucać, wybierają się na punkowy festiwal do Londynu. Bo ich największą pasją jest właśnie muzyka. Tully zafundował bilet Jamesowi, bo Tully jest wspaniałym przyjacielem, powszechnie lubianym ziomkiem. Razem z nimi na koncerty wybiera się jeszcze kilku kolegów. To wariacka wyprawa - nie mają załatwionych noclegów, nie znają miasta, z pieniędzmi krucho. Mają jednak nadzieję na wspaniałą zabawę, wzniosłe muzyczne przeżycia, spotkanie jakichś interesujących dziewczyn, alkohol i inne używki. W pierwszej części powieści jesteśmy świadkami przygotowań do wyprawy, a przede wszystkim samego pobytu w Londynie. Dla wszystkich bohaterów będzie to niezapomniane wydarzenie, takie, jakie być może zdarza się raz w życiu, kiedy człowiek jest młody i wydaje mu się, że wszystko przed nim, że jeśli zechce, to marzenia się spełnią, a nic złego go nie spotka. Nie jego. Króluje muzyka, zapomina się o pracy, o prozie życia, o szarej codzienności, o braku perspektyw. Chwilo trwaj. 

Jak już wspominałam, ta część budziła moje mieszane uczucia. Ciekawe było tło społeczne, obserwacja rodziny Tully'ego, historia Jamesa. Ot choćby taka refleksja bohaterów.

To oni, socjaliści, wrzucają ludzi do jednego worka i gadają o "ciapatych". Aż mi się niedobrze robi. A żaden nie może się nawet równać ze Steadym. [Steady jest czarny.] Pod żadnym względem. Nie potrafią myśleć tak jak on, nie umieją gotować, nie czytają książek, nie sprawdzają się jako ojcowie ani w ogóle. Biali faceci z klasy robotniczej. 

- Masz rację Tully, ale my przecież bronimy robotników.

- Bronię ich praw,  a nie uprzedzeń.

Dzieje się już coś, o czym pisał też Didier Eribon w swojej znakomitej książce "Powrót do Reims" - klasa robotnicza skręca na prawo. 

Sama wyprawa do Londynu momentami mnie nudziła. Błahe rozmowy, jedna wielka balanga. Ale fragmenty opisujące chwile, kiedy bohaterowie przeżywają ekscytację związaną z koncertem i samo zakończenie pierwszej części książki, kiedy nie mogą zasnąć pełni muzycznych wrażeń, były znakomite. Autorowi udało się oddać te ulotne wrażenia, emocje, szczęście. Nie wiem, czy oddadzą to krótkie cytaty, namiastki dłuższego fragmentu, ale spróbuję.

Pełnia bytu. Kto wiedział, co przyniesie czas i co pokaże życie; byliśmy tam, płynęliśmy w powietrzu bez kompasu. Wznosiliśmy się pod same krokwie i skakaliśmy ramię w ramię. A słowa, które śpiewaliśmy, były głupie i romantyczne, dojrzałe i brytyjskie, stworzone dla młodych o jasnym spojrzeniu.  

 

... zdjął koszulkę i resztę ubrań, a potem zanurkował w basenie. Siedziałem na brzegu i patrzyłem na niego z uśmiechem. Widziałem zarys jego ciała pod wodą, gdy przepływał na drugą stronę. Wynurzył się i zatoczył ramionami kilka kółek.

- Nie daj sobie odebrać wolności, Kluska! - krzyknął. - I właź tutaj.

Zgasiłem światła, a miasto migotało do końca nocy. Woda była zimna, ale zawsze szybko się rozgrzewa, gdy chłopcy są stworzeni ze słonecznego blasku. 

Druga część powieści to rok 2017, trzydzieści lat później. James, który mieszka w Londynie, odbiera telefon od swojego najlepszego przyjaciela. Tully ma dla niego przykre wieści i wielką prośbę. A przyjacielowi trudno odmówić. I tu zaczynają się schody. Dla bohaterów i dla mnie. Dlaczego dla mnie? Bo dalsze rozważania wiązałyby się ze spojlerowaniem. Przyznam, że ja wiedziałam, o co Tully poprosi Jamesa i właśnie tej drugiej części powieści byłam najbardziej ciekawa. Tego dylematu moralnego, który stawia przed czytającymi autor. Jak ma zachować się James? Do czego ma prawo Tully? Jak pogodzić to, co chce, z oczekiwaniami Anny, jego partnerki? Czyje zdanie powinien brać pod uwagę James - swojego przyjaciela czy jej? Kto tu wobec kogo powinien wykazać się empatią? Napiszę tylko tyle, że stoję po stronie Tully'ego i Jamesa, ale nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu Anny.

Druga część była dla mnie ciekawsza, chociaż i tu nie obyło się bez rozczarowań. Może lepiej by jej zrobiło, gdyby autor bardziej ją skondensował. Miałam wrażenie, że się powtarza, że za długo trwa prezentowanie stanowisk, dyskusje bohaterów, z których żaden nie chce, bo nie może zmienić zdania. I znowu najlepszy okazał się ostatni fragment powieści, kiedy bohaterowie nieuchronnie zbliżają się do tego, czego pragnął Tully. To wspólne przeżywanie chwil, które, tak jak tamte sprzed trzydziestu lat, nigdy się nie powtórzą. Więcej napisać nie mogę.

Dodam na zakończenie, że dużym walorem "Chwil" jest język powieści, szczególnie ten z pierwszej części - potoczny, kolokwialny, chłopacki. Znakomicie oddany przez niezawodną Kaję Gucio.

Gabriel Krauze "Tu byli, tak stali"

Kiedy ponad dwa lata temu ukazała się powieść Gabriela Krauzego

"Tu byli, tak stali" (Czarne 2022; przełożył Tomasz S. Gałązka), bardzo dużo się o niej mówiło, miała znakomite recenzje, a wcześniej zdążyła już trafić na długą listę tytułów nominowanych do Bookera. Ponieważ wiedziałam, że to lektura specyficzna, a jej temat niezbyt  mnie interesuje, zastanawiałam się, czy ją kupić. Ostatecznie nie zrobiłam tego. Teraz jednak zmieniłam zdanie, a to dlatego, że autor miał być gościem tegorocznej edycji Festiwalu Conrada, którego hasłem była autentyczność. Udało mi się skończyć książkę przed spotkaniem. A samo spotkanie było bardzo interesujące - przybrało niekonwencjonalną formę, bo autor razem z prowadzącym usiedli wśród publiczności. Gabriel Krauze mówi ze swadą, bardzo dużo i dobitnie, słucha się go wspaniale, ma w sobie niezwykłą charyzmę. Trwało całe półtorej godziny i skończyło się tylko dlatego, że w kolejce czekało następne. Dlaczego o tym piszę? Bo dla mnie stało się dopełnieniem książki, w której autor obficie czerpie ze swojej historii.

O czym jest ta powieść? To historia chłopaka o ksywce Snoopiacz, synu polskich imigrantów, który studiuje literaturę na uniwersytecie, jest bardzo inteligentny, oczytany, i jednocześnie zajmuje się dilerką, kradzieżami, napadami. Wspina się w hierarchii młodzieżowego gangu z jednego z blokowisk. Narrator opowiada o kilkunastu latach takiego życia, które nie jest niewinne i  niesie za sobą konsekwencje - prędzej czy później trafia się do więzienia, a na ulicy też czyha niebezpieczeństwo. Można nadepnąć na odcisk komuś z innego gangu, z innej dzielnicy, możesz się narazić, bo wyrosłeś za wysoko. Kiedy po latach Snoopiacz wraca na blokowisko South Kilburn, nie spotyka dawnych ziomków. Niektórzy siedzą w więzieniu, niektórzy nie żyją, inni ustatkowali się, założyli rodziny. Zmienia się też miejsce - wielkie bloczyska o wdzięcznych nazwach Austen House, Dickens House, Bronte House są burzone. Na ich miejscu pojawią się nowe apartamentowce, dzielnica się gentryfikuje. Czy problem takich chłopaków jak on zniknie? Nie, przeniesie się do innych dzielnic.

Bo skąd się bierze? Wiadomo - z rozwarstwienia społecznego, z braku perspektyw, że kiedyś będzie można choćby zbliżyć się do takich ludzi jak ci, którzy mieszkają w tych eleganckich domach w pięknych dzielnicach, na rękach noszą drogie zegarki, na palcach pierścionki z brylantami. Te młode, najczęściej o niebiałym kolorze skóry, ziomki z blokowisk też chcą mieć pieniądze, a dilerka, napady i kradzieże wydają się im najłatwiejszym i najszybszym sposobem ich zdobycia. Nie mają wyrzutów sumienia. Racjonalizują sobie napady - jeśli ktoś jest tak bogaty, to kupi sobie nowy drogi zegarek i stać go będzie na wizyty u psychoterapeuty, który pomoże mu się uporać z traumą po napadzie. Do tego dochodzi adrenalina, która uzależnia, szacunek wśród ziomali i poczucie wspólnoty. O tym, jak to się najczęściej kończy, nie myślą. To świat jak z Darwina - silniejszy wygrywa, owce nie mogą mieć pretensji do wilków, tak to jest urządzone.

Ale ten typ, co go dziś obrobiliśmy? On by nie powiedział że jesteśmy źli. Tak samo my nie uważamy że on jest zły. Bo i czemu? Po prostu jedne wilki są silniejsze, inne słabsze. Co tam pisał o wilkach Nietzsche? Coś że to niedorzeczne - tak właśnie było to ujęte: że to niedorzeczne - żeby owce mówiły że wilki są złe, skoro te idą tylko za instynktem. Złe jest tylko jedno, bezsilność.

Ale przypadek Snoopiacza nie jest typowy. Co prawda też mieszkał w blokowisku, ale pochodził z dobrej rodziny. Jego ojciec to rysownik Andrzej Krauze, matka jest malarką, mieszkający w Polsce wuj Antoni znanym reżyserem (tym od "Czarnego czwartku" i "Smoleńska"), brat uczył się gry na skrzypcach. Dlaczego ktoś z takiego domu, ktoś wychowany na literaturze i marzący o pisaniu trafia w takie środowisko, wybiera taką drogę? Przecież jego bratu się to nie przytrafiło. Trudne relacje z matką? Bunt i upodobanie do życia niekonwencjonalnego, na krawędzi? ... wcale nie chcę mieć w życiu prosto i łatwo. (...) Chcę żyć na pełnej k..ie, na rubieżach istnienia. Fakt, że kiedy miał kilkanaście lat, został napadnięty na blokowisku i nie potrafił się obronić? O tym wszystkim opowiada Snoopiacz. A potem już leci - coraz większy szacunek wśród ziomali, poczucie, że jest się kimś, wspólnota. Rzadko bywa w domu, woli mieszkać kątem u kolesi. A jednocześnie studiuje i bardzo mu na studiach zależy. Nie chce zawalać terminów egzaminów, oddawania prac, które pisze w pokoju, w którym inni jarają i dzielą towar na porcje. W plecaku nosi książki i kominiarkę, w kieszeni nóż, na zębach złote nakładki będące w tym środowisku oznaką statusu. 

Obłęd że trybię ten świat przypału i odj..anych akcji kiedy jednocześnie znam świat chodzenia na uniwerek i pocenia się nad pracą na trzy tysiące słów o "Narodzinach tragedii", ale też ten świat który kręci się wokół pobudki rano, chodzenia do roboty, wyjazdów na wczasy, kupowania tego, tamtego i siamtego, odhaczania tego punktu, tu krzyżyk, tam krzyżyk i tu też krzyżyk. A ludzie ze świata uniwerka i ze świata odhaczania nie znają tego świata w którym jestem właśnie teraz. 

Za zdobyte pieniądze kupuje mnóstwo butów, markową kurtkę. Jest jedynym białym w tym towarzystwie. Zdaje sobie sprawę, że jemu jest łatwiej, że kiedy dojdzie do rozprawy, sędzia spojrzy przychylniejszym okiem na białego, studiującego chłopaka. Pokaja się i grzecznie poprosi, aby nie odbierano mu szansy na studia. Dostanie niższy wyrok. Takie myślenie nie dotyczy tylko sędziego. Przestępstwo kojarzy się białemu, uprzywilejowanemu społeczeństwu z innym kolorem skóry. 

Taki niby grzeczny rasizm. Jak tylko słyszą kogoś agresywnego i słyszą gadkę z ulicy to od razu zakładają że to czarny chłopak. Od kiedy bywam na ulicy cały czas k...wa słyszę takie wrzuty od białych że na bank jestem mieszaniec, na pewno półkrwi czarny, nawet pały pytają kto z rodziców jest z Jamajki.

Bardzo ciekawa jest tu, pojawiająca się mimochodem, perspektywa rodziców. Czy można uchronić syna przed takim życiem? Co zrobić? Jak reagować? Jaki wpływ ma się na swoje dziecko? Czy odpowiadamy za jego życiowe wybory? Lepiej wgryzać się w jego życie czy wiedzieć jak najmniej, skoro i tak nic nie można z tym zrobić? Do tego dochodzi strach, że coś mu się stanie, że zginie, że trafi do więzienia. No i o siebie, bo rodzina może oberwać rykoszetem w porachunkach ziomali. Snoopiacz wie, że istnieje takie niebezpieczeństwo, dlatego chroni rodziców i brata - nikomu nie zdradza, gdzie mieszkają. Rodzice reagują różnie. Matka miota się, irytuje, denerwuje, wszczyna awantury, jawnie potępia, ale i tak nie jest w stanie nic zrobić. Ojciec martwi się o niego i mówi mu o swoim strachu, ale nie prawi kazań, obdarza bezwarunkową miłością. Podobną bezradność znalazłam w książce Andy Rottenberg "Proszę bardzo", kiedy pisała o swoim synu uzależnionym od narkotyków. Jest w Snoopiaczu jakiś żal za dawnym życiem, za dawnym sobą. Budzi się w nieoczekiwanych momentach - na przykład kiedy omija go coroczny, kultywowany z ojcem, rytuał malowania jajek na Wielkanoc. Bo zapomniał, bo przyszedł za późno. 

Jestem przy stole, trzymam jedno z nienaruszonych jajek - zielone, w moim ulubionym kolorze - pocieram je delikatnie dłońmi i sam nie wiem co to takiego ale mam wrażenie że gdzieś tam na mieście zagubiłem jakąś część siebie.

Książka jest językowym majstersztykiem znakomicie przełożonym przez Tomasza S. Gałązkę. Łączy w sobie język ulicy i język wzniosły. Inaczej opowiada Snoopiacz o swoich ziomkach, o swoim gangsterskim życiu, a inaczej o rodzinie, o  uniwersytecie i w momentach, kiedy snuje refleksje. To wszystko mieści się w jednym człowieku.

Powieść daje wgląd w środowisko obce, w świat nieznany, z jakim wolałabym się nie zetknąć, a jednak taki świat istnieje i trudno na to zamykać oczy. 

... obok przejeżdżają samochody wiozące zwykłych ludzi prowadzących zwykłe życia nieświadomych faktu, że my tu zaraz odmienimy rytm czyjegoś istnienia.

Takie refleksje snuje narrator tuż przed kolejnym napadem. Snoopiacz budzi mieszane uczucia, trudno pochwalać to, co robi, a jednocześnie czułam do niego sympatię. Może dlatego, że ostatecznie wybrał inne życie, chociaż tamtego się nie wyparł, wie, że na zawsze zostanie jego częścią. 

Nie jest to łatwa i przyjemna lektura. Trzeba wejść w ten język i w ten świat. Był moment, kiedy wydawało mi się, że już nic więcej, poza tym, co przeczytałam, nie będzie, że autor się powtarza, ale szybko okazało się, że nie są to tylko luźne historie, jakieś niepowiązane ze sobą obrazki. Powieść pokazuje drogę, jaką przebył Snoopiacz, jest refleksją nad nieoczywistym losem i życiem.

Pedro Lemebel "Drżę o ciebie matadorze"

O powieści nieżyjącego już chilijskiego pisarza, artysty, dziennikarza

i aktywisty "Drżę o ciebie matadorze" (Clarooscuro 2020; przełożył Tomasz Pindel) dużo się mówiło, kiedy wyszła. (Uwaga! Konieczne wyjaśnienie - brak przecinka w tytule to celowy zabieg!) Miałam nawet ochotę ją przeczytać, ale wydawnictwo z niewiadomych dla mnie przyczyn nie wydaje ebooków. No ale teraz postanowiłam jednak wypożyczyć ją z biblioteki, bo fascynuje mnie proza latynoamerykańska, a chilijska ostatnio szczególnie. Niedawno wieszałam tu psy na wydanej rok temu powieści "Chilijski poeta" Alejandro Zambry, tym razem jednak zwycięstwo, kciuk w górę. Powieść, która łączy w sobie to, co uwielbiam - niezwykłą kunsztowność języka (Brawa dla tłumacza!), wagę poruszanych problemów, wzruszenia losami bohaterów i jakby tego wszystkiego było jeszcze mało - subtelność. Nic tu nie jest łopatologiczne.

Pisząc o "Chilijskim poecie", zżymałam się, bo miałam nadzieję na szersze tło społeczne i polityczne, tymczasem tyle tam tego było, co na lekarstwo. Zupełnie inaczej jest w powieści, o której piszę dzisiaj. Jej akcja toczy się w Santiago w roku 1986. Dyktatura Pinocheta trwa w najlepsze, ale opozycja i część Chilijczyków, którzy mają dość, burzą się. W centrum miasta co jakiś czas dochodzi do manifestacji. Matki, babcie, siostry znikniętych stoją pod katedrą, trzymając ich zdjęcia i domagając się informacji o tym, co się z nimi stało, czytaj, gdzie są ich ciała, bo, że się odnajdą, raczej żadna z nich już nie wierzy. 

Kiedy znalazła się przy katedrze, ujrzała grupę kobiet, które gromadziły się przed schodami z fotografiami swoich zaginionych bliskich. SPRAWIEDLIWOŚCI-ŻĄDAMY SPRAWIEDLIWOŚCI. ZABRALI-ICH-I-NIGDY-WIĘCEJ-ICH-NIE-ZOBACZYLIŚMY. NIECH-NAM-TERAZ-POWIEDZĄ-GDZIE-ONI-SĄ. Takie hasła wykrzykiwały te panie, matki, babcie, siostry tych wszystkich ludzi, których twarze spoglądały z wyblakłych portretów przypiętych do piersi protestujących.

Rozrzucane są ulotki, także o treści kpiącej z dyktatora. Policja rozgania manifestantów, pałuje, rozpyla gaz łzawiący, aresztuje. W takich niespokojnych dniach busy, wożące mieszkańców stolicy z centrum do odległych dzielnic, bywają zatrzymywane, a ich pasażerowie sprawdzani. Jest wrzesień, zbliża się rocznica obalenia Allende i dojścia do władzy junty. Pinochet i generałowie szykują się do uroczystych obchodów, a opozycjoniści z Patriotycznego Frontu Manuela Rodrigueza jak co roku chcą je zakłócić.

Ale "Drżę o ciebie matadorze" to powieść nie tylko polityczna. To przede wszystkim fantastyczny portret podstarzałego geja i jego relacji z młodym studentem, który zamieszkał w wynajmowanym przez niego domu. I tu koniecznie muszę coś wyjaśnić - otóż słowo gej jest tu nie na miejscu. Bo Ciotuchna z Naprzeciwka, jak jest nazywany/nazywana, to gej przegięty. Lubi ubierać się w damskie ciuchy, używa żeńskich końcówek i zaimków, jest nadekspresyjny, delikatny, uczuciowy, uwielbia miłosne ballady i tanga, ich teksty zna na pamięć, utrzymuje się z haftowania obrusów dla bogatych kobiet, często żon generałów z junty Pinocheta. A tego fachu nauczyła go kiedyś Żaba, również przegięty gej. Ale otoczenie widzi w nim mężczyznę, dziwaka, a ten kto rozpozna jego prawdziwą naturę, obrzuci niewybrednym epitetem. Jak wobec tego go nazywać? Tak jak on/ona sama. Zacytuję fragment z dołączonej do powieści noty konsultanta języka środowiskowego dla polskiego wydania, Michała Mędrzaka. 

Tłumaczenie języka "kobiecych" gejów, mówiących o sobie, zdawałoby się brutalnie, "cioty, ciotencje, cioturzyce, pedały, pedalice, pedryle" (...), stanowi spore wyzwanie. Trudno rozeznać się w gąszczu obelg, by nie przeoczyć języka, z pomocą którego podstarzała ciota buduje swój osobisty system immunologiczny. Obelga wcześniej wymierzona samej sobie w twarz nie boli tak bardzo, gdy później wycedzi ją z nienawiścią ktoś obcy. Pozwoli znieść podwójne odrzucenie: alienację z otaczającego świata heteronormatywnego, pomnożoną przez wyobcowanie ze świata homoseksualnego (...)

I taka właśnie jest Ciotuchna z Naprzeciwka. Ma za sobą ciężkie życie, pochodzi z nizin społecznych, z prowincji, w Santiago długo utrzymywała się, sprzedając swoje ciało na ulicy. Dopiero przygarnięta przez starszą od siebie Żabę, którą traktuje jak przyjaciółkę i matkę, stanęła na nogi. Kiedy czytałam powieść Pedro Lemebela, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że sposobem mówienia i trochę życia, ale także twardością, odpornością na ciosy losu przypomina mi Werę, bohaterkę książki Zyty Rudzkiej "Ten się śmieje, kto ma zęby"

W takiej minikiecce obcisłej i z tymi balonami cyców, co jej prawie wypadały górą, i jeszcze te długie jedwabiste włosy, które ciągle gładziła, drwiąc z tych jej trzech kłaków na krzyż na starej łysiejącej głowie. Jasne, koleżanka z uczelni, studentki wcale nie wyglądają tak... tak... prowokująco... tak... ładnie... Mamrotała półgłosem, przeglądając się w łazienkowym lustrze, odbijającym smutną maskę przebrzmiałego księżyca.

Poznanie Carlosa zmieni jej życie. Bo Ciotuchna z Naprzeciwka zakocha się w nim. Nie, nie spojleruję - taka informacja zamieszczona jest w opisie książki. Bo nie fakty są tu najważniejsze, ale to, w jak wspaniały, subtelny sposób została przedstawiona ich relacja. Carlos nie jest gejem, ale po pewnym czasie zdaje sobie sprawę z uczuć Ciotuchny z Naprzeciwka. Odtąd toczy się między nimi subtelna gra i zabawa.

Niech pani skosztuje, księżniczko, mówił Carlos, odkorkowując butelkę, przekona się pani, że ów rewolucyjny napitek niweluje klasy społeczne. Chce mnie pan upić, woźnico, i potem czynić ze mną, co się panu zachce?, wykrzyknęła, wychylając kieliszek. Sama pani widzi, teraz jesteśmy sobie równi, droga księżniczko.

Niestety dla niej ta subtelna zabawa jest podszyta cierpieniem. Bo doskonale zdaje sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, że Carlos nie dla niej. Cierpi, ale większym nieszczęściem byłoby go nie widzieć. chociaż wie, że rozstanie jest nieuchronne. 

Za każdym razem, kiedy Carlos gdzieś przepadał, niezmierzona otchłań wchłaniała ów pejzaż, i znów myślała, że on taki młody, a ona taka stara, on taki śliczny, a ona powycierana przez lata. Tam młody mężczyzna tak subtelnie męski, a tu ona taka gejspaczona, przeciotowana aż do szpiku kości, że nawet powietrze wokół niej rzedło zniewieściale. I cóż na to poradzić, skoro konała dla niego jak jedwabny arkusik zawilgocony jego tchnieniem. I cóż poradzić, skoro jej życie zawsze rozświetlane było przez to, co zakazane, przez roztańczony tangiem knebel niemożliwości.

Naprawdę wzruszająca jest ta historia, być może, ostatniej miłości podstarzałej Ciotuchny z Naprzeciwka. Co by wybrała, gdyby za pomocą czarodziejskiej różdżki mogła wcześniej mieć wgląd w swój los - poznanie Carlosa i nieszczęśliwą miłość do niego albo nie spotkanie go nigdy i ustabilizowane życie bez tego, być może ostatniego, wielkiego porywu serca? 

Ale Carlos nie tylko budzi ją z letargu uczuciowego niczym książę księżniczkę. Dzięki niemu Ciotuchna z Naprzeciwka nagle zaczyna dostrzegać, co dzieje się wokół niej. To przecież nie jest tak, żeby nie zdawała sobie wcześniej sprawy, kto rządzi i jak te rządy wyglądają. Ale jak większość pozostawała bierna - wolała nie widzieć, broń boże nie znaleźć się na ulicy w czasie manifestacji, nie miała problemu ze zleceniami od żon generałów, pokornie godziła się, że traktowały ją z góry, kazały czekać w kuchni w towarzystwie służącej, dopóki nie skończą pogaduszek z przyjaciółkami. Teraz przestaje się bać, zaczyna się buntować, potrafi głośno powiedzieć, co myśli. 

Warto jeszcze dodać, że powieść prowadzona jest dwutorowo - zasadniczy wątek to historia Ciotuchny z Naprzeciwka przeplatana fragmentami, w których śledzimy scenki z życia Pinocheta i jego żony. Im bliżej końca, tym te zmiany perspektywy są częstsze, co dodatkowo buduje napięcie. Dlaczego? Tego zdradzić nie mogę. Żona generała przedstawiona jest groteskowo, bez przerwy gada, poucza, krytykuje, utyskuje, mąż ma tej paplaniny serdecznie dość. On pokazany jest groteskowo-strasznie jako bezwzględny okrutnik, sadysta, który odważny jest tylko dlatego, że odgradza go od świata tłum ochroniarzy i generałów. Nie wiem, na ile ich portrety to kreacja Pedro Lemebela, a na ile oparte są na dokumentach czy relacjach tych, którzy ich znali. Aha, żeby nie było wątpliwości, jakie mam zdanie o Pinochecie, który z niewiadomych dla mnie powodów w naszym kraju ma też zwolenników - nie mam wątpliwości, że to czarny bohater na kartach historii, który wyjątkowo brutalnie, bezwzględnie i okrutnie rozprawiał się ze zwolennikami Salvadora Allende i opozycjonistami.

Znakomita powieść, a czytanie jej to językowa rozkosz. 

Lana Bastašić "Złap zająca"

Jak niedawno wspominałam, szukanie  interesującej, niebłahej prozy

współczesnej to zajęcie bardzo ryzykowne. Więcej rozczarowań i straty czasu niż spełnień i poczucia, że warto było. Tym razem jednak się udało. Mój czytelniczy radar nastawiony między innymi na literaturę bałkańską wyłapał debiutancką powieść Lany Bastašić "Złap zająca" (Wydawnictwo Literackie 2023; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić). Zachęcona pozytywną recenzją, chociaż to gwarancji nie daje, szybko się za nią zabrałam i połknęłam jednym tchem. Wreszcie współczesna powieść bardzo dobrze napisana i przede wszystkim o ważnych problemach! Zanim podzielę się refleksjami, jeszcze kilka informacji o autorce. Nie ma tego wiele. Na Bałkanach sprawy tożsamościowe bywają skomplikowane, podaję więc za wydawnictwem, że jest Bośniaczką urodzoną w Zagrzebiu. Gdzieś znalazłam jeszcze informację, że w serbskiej rodzinie. Mieszka, a może nadal mieszka, w Barcelonie.

Na początek jednak kamyczek do ogródka wydawnictwa i dobra rada dla przyszłych czytelniczek i czytelników tej powieści. Jeśli ktoś nie bardzo orientuje się w najnowszej historii Bałkanów, jeśli niewiele wie o Bośni i Hercegowinie, która powstała po upadku Jugosławii, przed lekturą koniecznie powinien zajrzeć do jakichś źródeł. W przeciwnym wypadku nie zrozumie istotnych dla tej książki kwestii narodowościowych. Stąd moje pretensje - aż się prosi o wstęp dotyczący tej problematyki i przypisy. Co to jest AVNOJ? Dlaczego jedna z bohaterek zmieniła imię i nazwisko - z Lejli Begić stała się Lelą Berić? Tego pierwszego musiałam szukać, drugiego się domyśliłam, bo szczęśliwie dzięki lekturom nieco się orientuję w zawiłościach bałkańskiej historii i konfliktach narodowościowych. Wiem, wiem, dziś wszystko można sprawdzić, dużo czasu to nie zajmuje, są jednak wydawnictwa, które w takich wypadkach opatrują książkę wstępem i przypisami. Ale czas wreszcie przejść do powieści.

"Złap zająca" to historia pewnej przyjaźni, powieść drogi, a to wszystko na tle skomplikowanej sytuacji w Bośni i Hercegowinie. Zagadnienia tożsamości, konfliktu narodowościowego zajmują w książce bardzo istotne miejsce. Spokojne życie  Sary, narratorki powieści, Serbki z Banja Luki mieszkającej od lat w Dublinie, nieoczekiwanie przerywa telefon od jej dawnej przyjaciółki Lejli. Nie rozmawiały ze sobą od kilkunastu lat, poróżniły się jeszcze w swoim mieście rodzinnym, kiedy obie były studentkami. Lejla domaga się od Sary, aby ta przyjechała do Mostaru, gdzie teraz mieszka, i zawiozła ją do Wiednia, bo straciła prawo jazdy, a nikt inny nie może tego zrobić. Przyznacie, że to prośba dziwna i właściwie bezczelna. Kupić z dnia na dzień bilet na samolot do Zagrzebia, tłuc się stamtąd kilkanaście godzin nocnym autobusem do Mostaru, a potem jechać do Wiednia? Tak nagle rzucić wszystko, wywalić pieniądze, aby podporządkować się żądaniu kogoś, z kim nie rozmawiało się kilkanaście lat i do kogo ma się zadawniony żal? Ale Lejla właśnie taka jest. Ona się nie tłumaczy, nie wyjaśnia, ona się domaga. Zdumiona Sara odmawia, ale kiedy dowiaduje się, że w Wiedniu jest Armin, starszy o kilka lat brat Lejli, który nagle zniknął w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie, decyduje się spełnić prośbę dawnej przyjaciółki. Tego dowiadujemy się w pierwszym rozdziale powieści. Dlaczego wieść o Amirze tak bardzo zelektryzowała Sarę? Stopniowo będziemy odkrywać prawdę.

Towarzysząc Sarze i Lejli w ich podróży, powoli poznajemy historię ich przyjaźni, dowiadujemy się, co je poróżniło, o co mają do siebie pretensje. To rodzaj relacji nierównej. W ich przyjaźni Lejla była tą silniejszą, wodziła Sarę za nos, imponowała jej, a ona się podporządkowywała. A przecież ich przyjaźń właściwie nie powinna się zdarzyć. Sara to Serbka, Lejla Bośniaczka. Przed wojną to by nie miało znaczenia, nieżyjący ojciec Lejli był popularnym śpiewakiem, ale jego śmierć i wojna zmieniły wszystko. Nagle ona, jej matka i brat zaczęli być traktowani jak trędowaci. Zmiana imion i nazwiska niewiele dała, przecież wszyscy wiedzieli, kim naprawdę są. Ta przyjaźń nie była w smak rodzicom Sary. Wybierając Lejlę, odsunęła się też od grupy rówieśników, w których łaski za wszelką cenę chciała się wkraść.

Kiedy w pewnym momencie musiałam wybierać, coś przeważyło na twoją korzyść. Może Armin, może coś innego. może się bałam, że zabierzesz ze sobą wiedzę, jak zabiłam wróbla. Póki jestem twoją przyjaciółką, nie wykorzystasz tego przeciwko mnie. Pewnie dlatego wybrałam ciebie, a może z powodu czegoś mniej oczywistego.

Tu koniecznie muszę wyjaśnić, że Banja Luka, gdzie mieszkały, to miasto w tej części Bośni i Hercegowiny, w której Serbowie przeważali, dziś to faktyczna stolica Republiki Serbskiej będącej częścią Bośni i Hercegowiny. Być może dlatego dorosła Lejla mieszka w Mostarze, chociaż jej matka została w ich rodzinnym mieście. 

Muszę przyznać, że Lejla to bohaterka wyjątkowo irytująca. Silna osobowość, antypatyczna, despotyczna, potrafi drwić z dawnej przyjaciółki, milczy, trudno do niej dotrzeć, niczego nie wyjaśnia, nie tłumaczy, zachowuje się dziwnie. Z drugiej strony kiedy ją lepiej poznajemy, rozumiemy, że nie ma jej czego zazdrościć. Że prawdopodobnie jest pełna kompleksów, czuje się niedoceniona i nie dość ważna dla swoich bliskich, a jej sposób bycia to maska chroniąca ją przed światem. Tak jak przed wrogością serbskich sąsiadów miała ją chronić zmiana imienia i jednej literki w nazwisku. W jej oczach Sara odniosła sukces. Bo wyjechała z Bośni, bo pisze, bo ma pracę, ma faceta. Nie wie, że to stabilne, uporządkowane, przeciętne życie  okupione było latami samotności, brakiem pieniędzy, łapania byle jakiego zajęcia. Teraz też Sara nie należy do krezusek. Różnica jest jednak taka, że dla niej smartfon to coś oczywistego, a Lejla nadal posługuje się starą komórką z klapką, nie dlatego, że taką ma fantazję, ale dlatego, że jej nie stać na to, co dla innych jest przedmiotem codziennego użytku.

Nie biorę udziału w licytacji. Nie mam się czym chwalić. Jestem zdrowa, przyjechałam z Irlandii, mam Michaela i jadę do Mostaru, bo mam pieniądze, by sprostać kaprysom Lejli. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że swoim zaproszeniem złamała mi kręgosłup. Jak miałabym się ścigać z ich zmarłymi, ruinami nędznymi emeryturami? 

Tak myśli Sara, przyglądając się współpasażerom nocnego autobusu z Zagrzebia do Mostaru i przysłuchując się ich rozmowom. Swoim nagłym pojawieniem się Lejla wytrąca ją z jej spokojnego życia, przypomina, że świat to chaos i nieład i nie da się przywrócić w nim porządku. Bo nawet jeżeli uciekniemy, tak jak uciekła Sara, to i tak Bośnia nas dogoni.  

... nadal wyczuwałam ją [Bośnię] między nami, jakbyśmy przebyły morze popiołów i spaloną ziemię. "Zawsze jesteśmy w Bośni". Teraz zaczęłyśmy ją wlec ze sobą do Europy. Nasz kraj z niespokojnymi granicami tak naprawdę jest bezgraniczny. Na próżno się wadziliśmy, przeganiali i zabijali: nigdy nawet się w nim nie odnaleźliśmy, to on wdarł się w nas niczym fantomowy świerzb. 

Sara zdaje się nienawidzić Bośni i wszystkiego, co ją z nią łączy. Tożsamościowe zawirowania odcisnęły na niej piętno. Wprawdzie jej rodzice byli Serbami, ale kiedyś nie miało to dla nich znaczenia. Potem swoją serbskość, jak inni, musieli udowadniać na siłę - obchodząc serbskie prawosławne święta, przygotowując tradycyjne potrawy, w końcu chrzcząc kilkunastoletnią Sarę w cerkwi. 

Mój tata. który, ot tak, nagle zdecydował, że będziemy obchodzić prawosławną slavę. Mama ukradkiem szukała jakichś artykułów prasowych o tym, jak to przygotować. W tamtym czasie jakiekolwiek odstępstwa od reguł były niewybaczalne; goście zasiedli przy naszym stole niczym ława przysięgłych, gotowi osądzić każdy, nawet najmniejszy błąd.

Czy  z powodu tej nienawiści do kraju nie przyjechała na pogrzeb ojca i nie utrzymuje właściwie kontaktu z matką? Jest w powieści scena wstrząsająca, której czytanie powodowało we mnie dyskomfort, a właściwie nawet obrzydzenie. Narratorka idzie na podwórko rodzinnego domu i ukryta w ciemności z odrazą obserwuje matkę. Chociaż kibicowałam Sarze, to muszę przyznać, że nie wszystko potrafiłam w niej zaakceptować. Ona też była pogubiona, rozdarta.

Może właśnie wtedy rozpadłam się na pół - na tę, która akceptuje twoją [Lejli] prawdę (...) i tę drugą, która po szkole idzie do domu i spełnia sen matki o dziewczynce w różowej sukience. A może to poszło jeszcze dalej - może już wtedy wymyśliłam siebie dla tego całego kolorowego świata (...) Dlatego łatwo było wyjechać, zmienić język, inaczej wymawiać swoje imię, udawać, że gdzieś daleko w czarnym sercu Europy nie istniejesz. 

Bardzo dobra powieść o powikłanych ludzkich relacjach, o stosunku do własnego kraju, przed którym chce się uciec, ale chyba nie można, o tożsamości, przed którą też nie ma ucieczki, wreszcie o bałkańskich konfliktach z wojną, której właściwie w powieści nie ma, w tle. No i świetnie się czyta, bo autorka żonglując czasem, umiejętnie podsyca naszą ciekawość, stopniowo zdradzając tajemnice bohaterek. A wisienką na torcie jest zaskakujące, zupełnie nieoczekiwane zakończenie.

Linn Strømsborg "Nigdy, nigdy, nigdy"

Powieść norweskiej pisarki Linn Strømsborg  "Nigdy, nigdy, nigdy"

(Art Rage 2022; przełożyła Karolina Drozdowska) wychwycił mój czytelniczy radar śledzący pilnie nowości. Tym razem jednak stwierdziłam, że mogę ją sobie darować, bo na temat, który porusza, mam wyrobione zdanie, nie do takich jak ja została skierowana. Minęło trochę czasu, zdążyłam o niej zapomnieć, aż tu pewnego razu wysłuchałam krótkiej podcastowej rozmowy właśnie o tej książce. No i cóż, zostałam przekonana, że warto.

Czas zdradzić, co jest tematem powieści Linn Strømsborg. To bezdzietność z wyboru. Jak wspomniałam, na ten temat mam od dawna sprecyzowane zdanie - to decyzja kobiety. Jeśli nie chce mieć dzieci, z jakiegokolwiek powodu, jej wola. Czasem ulegam złudzeniu, że takie podejście do sprawy macierzyństwa jest już powszechne, bo sama w moim otoczeniu mam wiele młodych kobiet, wcale nie singielek, które dzieci nie mają i mieć ich nie chcą, ale zaraz przychodzi otrzeźwienie i zdaję sobie sprawę, że nie dla wszystkich problemu nie ma. Mogłoby się jednak wydawać, że w liberalnej Norwegii rzeczywiście go nie ma. A jednak pewnie jest, skoro powstała powieść "Nigdy, nigdy, nigdy".

Jej bohaterką i zarazem narratorką jest trzydziestopięcioletnia kobieta, która bardzo świadomie nie chce mieć dzieci. W dodatku jej motywację niektórzy mogą uznać za egoistyczną. Bo w tym przypadku nie chodzi o zawodową karierę - nigdy nie dowiemy się, czym się zajmuje, ale na pewno praca nie jest dla niej priorytetem, nie stoi w centrum jej życia. Nie chodzi też o coraz częstsze dziś przekonanie, że nie ma co sprowadzać dziecka na ten niepewny, zagrożony katastrofą klimatyczną świat. Powodem rezygnacji z macierzyństwa nie jest też w jej przypadku problem zdrowotny ani brak partnera, ojca dla potencjalnego dziecka. Od ośmiu lat tworzy szczęśliwy związek z Philipem, oboje zgadzają się, że nie chcą być rodzicami. Jak się okaże do czasu. Nie jest to też przypadek bohaterki filmu "Zdarzyło się" będącego ekranizacją prozy Annie Ernaux. Tamtej dziewczynie macierzyństwo przerwałoby studia, które były drogą do upragnionego przez nią i przez jej rodziców awansu społecznego. Tu nie potrafię się powstrzymać, aby nie przytoczyć jej słów skierowanych do profesora, któremu tłumaczy, że nie chodziła na zajęcia z powodu choroby, która atakuje tylko kobiety i przemienia je w gospodynie domowe. 

Wobec tego dlaczego bohaterka powieści Linn Strømsborg  nie chce być matką? Bo lubi swoją wygodną codzienność. Doskonale wie, że dziecko ją zmieni, będzie domagać się czasu i uwagi. Koniec z życiem na własnych warunkach. Aby nie być gołosłowną dwa cytaty.

Chodzi o strach przed tym, że sama zniknę - że stracę nie ciało, lecz głowę.

Obawiam się zamknięcia, uwięzienia w relacji, która sprawia mi ból. Można odejść od partnera, można się rozwieść, rozejść, rozstać i nigdy już z sobą nie rozmawiać. Ale dziecka nie sposób porzucić, mamą zostaje się na zawsze. 

Narratorka prowadzi coś w rodzaju wiwisekcji, przygląda się sobie i swoim relacjom z innymi, z którymi musi się stale konfrontować w kwestii macierzyństwa. Jakby ludzie nie mogli zająć się swoimi problemami i mieli potrzebę ciągłego przekonywania jej, że popełnia błąd i na pewno kiedyś będzie tego żałować. Chcąc nie chcąc, stale odpowiada sobie na te pytania i wciąż na nowo  utwierdza się w swojej pewności nieposiadania dzieci. Kto ją nagabuje? Oczywiście matka, która chciałaby mieć wnuki. Chociaż trzeba przyznać, że nie jest zbyt nachalna. Miałam wrażenie, że ich relacja robi się w miarę upływu czasu głębsza, a matka godzi się z decyzją córki, co nie znaczy, że ją akceptuje. Inni krewni. Jest kapitalna scena rodzinnej Wigilii - wszyscy członkowie młodego pokolenia albo rodzicami już są, albo wkrótce nimi zostaną. Chaos, jaki generują ich dzieci, staje się nieprawdopodobny. Bohaterka czuje się przytłoczona, a ja razem z nią, hałasem i mnóstwem stwarzanych przez potomstwo drobnych problemów, które trzeba szybko rozwiązywać. To taka sytuacja, kiedy ktoś, kto nie jest rodzicem, nie znajduje też wspólnego języka z tymi wszystkimi ludźmi, którzy dzieci mają, i zostaje postawiony poza nawiasem. Są wreszcie jej rówieśniczki i rówieśnicy. Niektóre i niektórzy z nich mieli jeszcze niedawno podobne poglądy jak ona, ale z różnych powodów decydują się jednak na dzieci. Nagle zaczynają się dziwić jej uporowi i przekonywać ją, że wkrótce i ona zmieni zdanie. 

Problem jeszcze bardziej się zaostrza, kiedy parze najlepszych przyjaciół jej i Philipa rodzi się dziecko. Oni też tego nie planowali, ale zdarzyło się i jest. Ciesząc się swoim szczęściem, czują potrzebę przekonywania jej do zmiany zdania. Nagle okazuje się, że i Philip chciałby zostać ojcem. Co zrobić? Kto ma ustąpić? Czy można być razem, kiedy dwie osoby nie zgadzają się w tak fundamentalnej sprawie? A jeśli nadal bardzo się kochają? Nie da się łatwo przejść do porządku dziennego nad taką różnicą zdań. Jednocześnie narratorka obserwuje, jakie zmiany w życiu pary jej przyjaciół wprowadziło dziecko i to tylko utwierdza ją w jej decyzji. Z jednej strony są szczęśliwi, a z drugiej coraz bardziej zmęczeni, zniecierpliwieni, szczególnie ona nie chce się przyznać, że macierzyństwo dalekie jest od sielankowej wizji sprzedawanej w mediach społecznościowych, jakby chciała za wszelką cenę udowodnić bezdzietnej przyjaciółce, że się myli, tkwiąc w swoim uporze, bo przecież posiadanie dziecka to tylko wielka radość.

Bohaterka chcąc żyć na swoich warunkach, staje się coraz bardziej osamotniona. Stopniowo traci znajomych, bo oni zajęci są swoimi rodzinami. Ale wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie czuje się nieszczęśliwa, nie cierpi z powodu samotności. To kolejne tabu albo stereotyp - lubimy myśleć, że każdy, kto jest sam, musi być w głębi duszy z tego powodu nieszczęśliwy. "Nigdy, nigdy, nigdy" to także książka o tym, że zmiany w życiu są nieuchronne i nic nie trwa wiecznie. Żyjąc, tracimy znajomych, przyjaciół, relacje. Nasze drogi się rozchodzą i nie ma w tym niczyjej winy, tak po prostu jest.

Powieść Linn Strømsborg stanowi rodzaj manifestu, wyznania wiary głównej bohaterki, a może również autorki. Dlatego momentami przyjmuje charakter dyskursywny. Nawet opowieść o dziadkach narratorki sprawia wrażenie przykładów dobranych pod tezę (oczywiście przez autorkę). Bo rodzice jej matki, kiedy tylko odchowali dzieci, a mieli ich kilkoro, wyjechali do Hiszpanii i tam zaczęli żyć sobie beztrosko na swój rachunek. Więzi między nimi i ich dziećmi praktycznie zostały zerwane, między nimi a wnukami w ogóle się nie wytworzyły. Narratorka dyskutując z sobą i z czytelniczką czy czytelnikiem, pisze o tym, że prawdopodobnie tak naprawdę nie chcieli mieć potomstwa. Zdecydowali się na nie, bo wtedy prawie nikomu nie przychodziło do głowy, że może być inaczej. Ulegli presji społecznej. Dziś ta presja ciągle jest, ale można się jej przynajmniej przeciwstawić. 

Książkę czyta się jednym tchem. Działała na mnie bardzo intensywnie. Nie jest arcydziełem pod względem literackim, ale przemieszanie żywiołu powieściowego z dyskursywnym daje ciekawy efekt - to nie  tylko prosta powieść skupiona na fabule. Na pewno warto po nią sięgnąć ze względu na temat. Można się skonfrontować z innym sposobem myślenia albo utwierdzić w swoich przekonaniach, można też dostrzec w losach bohaterów własne doświadczenia.

Popularne posty