Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

Marek Beylin "Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow"

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu ukazała się książka Marka Beylina

"Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow" (Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 2015) przez moment zastanawiałam się, czy jej nie przeczytać, ale ostatecznie zrezygnowałam. O Alinie Szapocznikow oczywiście słyszałam,  jednak nie interesowała mnie na tyle, aby po jej biografię sięgać. Nie umiem powiedzieć, czy widziałam jakąkolwiek jej rzeźbę w galerii czy muzeum. Pewnie tak, ale świadoma tego nie byłam. I najprawdopodobniej nic by się nie zmieniło, gdyby nie, dość skromna, wystawa jej prac w moim mieście. Znacznie wcześniej wpadły mi w ucho dwa podcasty poświęcone jej sztuce i osobie. Wystawę postanowiłam obejrzeć w ramach oprowadzania przez historyczkę sztuki, bo czułam, że bez komentarza spłynie to po mnie jak woda po gęsi, po prostu niewiele zrozumiem. Tak mam ze sztuką współczesną i oczywiście nie jestem wyjątkiem. O ile w galeriach i muzeach prezentujących sztukę umownie zwaną dawną mogę spędzać godziny, o tyle z odbiorem nowoczesnej mam problem. W każdym razie oglądanie rzeźb Aliny Szapocznikow z komentarzem specjalistki i opowieść o jej życiu zrobiły na mnie, a także na innych uczestniczkach, takie wrażenie, że postanowiłam sięgnąć po jej biografię.

Chociaż książkę przeczytałam stosunkowo szybko, muszę stwierdzić, że nie jest to lektura łatwa. Dlaczego? Bo autor, z wykształcenia historyk sztuki, w dużej mierze zajmuje się w tej biografii analizą prac Aliny Szapocznikow i dyskusjami, jakie toczyło środowisko artystów i ludzi parających się sztuką w czasie, kiedy bohaterka tej książki żyła i tworzyła. Oczywiście to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Po prostu na pewno nie jest to rzecz, która trafi do szerokiego grona odbiorców. A może inaczej - jeśli sięgnie po nią ktoś taki jak ja, zainteresowany sztuką, ale nie fachowiec, musi się liczyć z tym, że wiele fragmentów będzie dość hermetycznych. Mam takie wrażenie, oczywiście nie prowadziłam statystyki, że samej Aliny Szapocznikow jest w "Ferworze" mniej niż jej rzeźb. To wszystko nie znaczy jednak, że żałuję lektury. Jak słyszałam, nad kolejną biografią rzeźbiarki pracuje Weronika Kostyrko. Ciekawa jestem, jaka będzie jej książka.

A czym uwiodła mnie Alina Szapocznikow i jej sztuka opowiadana przez jej doświadczenia? Wolą życia i żywiołowością. Alina Szapocznikow, która przeszła przez łódzkie getto, Auschwitz i inne obozy, która w jakiś czas potem wywinęła się śmierci dzięki zastosowaniu, wówczas eksperymentalnej, terapii streptomycyną, a w końcu przez cztery ostatnie lata swojego życia chorowała na raka piersi, przy czym w ostatnim okresie była świadoma, że nie ma już dla niej ratunku, do końca zachowywała wielką wolę życia i pogodę ducha. 

Kiedy już wiedziała, że umiera, odwiedzający ją przyjaciele widzieli tylko radość i energię. Teatr? Raczej żywiołowy program życiowy, zachowanie nierzadkie wśród tych, którzy przetrwali zagładę.

Mimo dramatycznych doświadczeń, a może na przekór nim, starała się korzystać z życia pełnymi garściami. Kształcić się, tworzyć, kochać, założyć rodzinę, szukać lepszych miejsc do mieszkania i tworzenia. 

... powiedziałbym, że Szapocznikow, uformowana do ciężkości życia, wybrała jego lekkość i poszukiwała jej mimo przeciwieństw.

Nie chciała mówić o tym, co przeszła w czasie wojny. Pozostaje tajemnicą, czy niektóre jej prace czerpią z doświadczeń wojennych. Tak je często interpretowano. Marek Beylin w swoich rozważaniach raczej nie podziela tego zdania. Odczytuje te rzeźby inaczej, chociaż nie ucieka od stwierdzenia, że:

Światu ukazywała twarz nieodmiennie radosną, pełną nadziei i życiowego optymizmu, a ból, zwątpienia i udręki gromadziła w sztuce. 

Ale to stwierdzenie dotyczy raczej jej późniejszej twórczości, która odwoływała się do jej choroby. 

Zaskoczyło mnie, że Alina Szapocznikow nie zrobiła międzynarodowej kariery. Być może stałoby się inaczej, gdyby nie jej przedwczesna śmierć. Bo zainteresowanie jej pracami rosło. Autor pokazuje, ile zabiegów, trudu i wyrzeczeń wymagało, a pewnie i dziś wymaga, utrzymanie się na rynku sztuki. Niemałe znaczenie miało też niestety to, że była artystką, a nie artystą. Jako kobieta miała trudniej. 

Delikatna dziewczyna przy wielkim kamieniu, ekspresja miłości, czyli kobieta i jej emocje - takie ujęcie przydawało jej medialnej atrakcyjności, lecz zarazem zamykało w klatce sztuki kobiecej, odrębnej od sztuki "prawdziwych" artystów, gdzie emocje stanowiły część przemyślanego projektu.

Jej prace wykorzystujące cielesność, operujące ironią, dyskutujące z traktowaniem przez popkulturę i media kobiet jako obiektów erotycznych spotykały się z niezrozumieniem. Nie pomagało jej to, że zdecydowała się zamieszkać na stałe we Francji. Póki funkcjonowała jako artystka zza żelaznej kurtyny, była na swój sposób interesująca, bo egzotyczna.

Osiedlając się w Paryżu, traciła wiele z egzotycznej atrakcyjności, jakiej przydawano twórcom z Europy Wschodniej. Traktowano ich jak atrakcję, a nawet przyznawano im pewne przywileje - dopóki wracali do siebie i nie chcieli na równi funkcjonować w świecie, który ich gościł. Jeśli chcieli się poczuć częścią Zachodu, wyrastały przed nimi bariery, jakich nie doświadczali twórcy cieszący się "lepszym" miejscem urodzenia. 

Kiedy zdecydowała się zamieszkać i tworzyć we Francji, stała się jedną z wielu. A ona nigdzie nie była u siebie. W polskim konserwatywnym świecie artystycznym czuła się obca, nieprzynależna do żadnej grupy, szczególnie jako osoba młoda i kobieta. Uważała też, że przestaje się rozwijać, że utknęła w martwym punkcie. 

Szapocznikow i Cieślewicz przyjechali do Francji nie po to, by biedzić się z Polską, lecz by uwolnić się od jej licznych ciężarów, pozostając Polakami. Chcieli zakorzenić się we francuskim życiu artystycznym, które miało ich - zwłaszcza ją - wprowadzić do obiegu europejskiego i amerykańskiego. 

W cytowanych listach do pierwszego męża, Ryszarda Stanisławskiego, i drugiego, Romana Cieślewicza, nie szczędzi złośliwości starszym od siebie rzeźbiarzom, facetom o, jak wynika z jej słów, obleśnym wyglądzie, za to przemądrzałym. Ale i we Francji nie była do końca u siebie, i tu dręczyła ją jej osobność, obcość. Czuła się też jak uboga krewna z powodu problemów finansowych.

W Paryżu mogli cieszyć się życiem w jego ludycznych przejawach. I nie z powodów materialnych, bo oboje biedowali. Ale tłoczne do nocy ulice, kawiarnie, knajpki, tanie wino, wystawy i dyskusje - wszystko to budowało bogactwo różnorodności. Coraz mniej obecnej w Polsce, gdzie narastały monopol doktryny i szara, znojna bieda.  Paryż był więc do codziennego życia, kształcenia się dojrzewania. Polska stanowiła przedmiot wiary przywracającej podmiotowość. Wiara zaś ułatwiała zakorzenianie się w Polsce. Toteż we Francji Alina tęskniła za Polską, czy też za sobą w Polsce, W Polsce  - brakowało jej siebie we Francji.

Miała nadzieję na zaistnienie na rynku sztuki amerykańskiej, ale niestety nic z tego nie wyszło. Po śmierci została właściwie zapomniana. Większość zachowanych prac leżała w garażu jej syna. Część uległa zniszczeniu z powodu kruchości. Materiały, jakimi dysponowała i z jakimi eksperymentowała, nie były wtedy dobrej jakości. Jak mówi Anda Rottenberg w jednym z podcastów, o których wspominałam, dziś trudno urządzić dużą wystawę jej prac, bo są bardzo rozproszone. Może to tłumaczy, dlaczego ta w moim mieście jest tak skromna.

Marek Beylin nie unika oczywiście rozmowy o jej wczesnych pracach, socrealistycznych z ducha. 

Nastawiona na życie Szapocznikow nade wszystko chciała robić własne rzeźby, musiała jednak zarabiać; pragnęła też, jak każdy twórca, być widoczna, zabiegała więc o zamówienia, a w jej zawodzie rzeźbiarki zleceniodawcą mogło być tylko państwo.

Nawet później, mieszkając już w Paryżu, nie zerwała kontaktów z Polską, nie miała statusu emigrantki czy uciekinierki i potrafiła brać udział w plenerach rzeźbiarskich czy konkursach pod mocno zideologizowaną egidą. Robiła to z powodów finansowych i żeby istnieć w artystycznym obiegu. A poza tym nie ukrywała swoich lewicowych poglądów. Nie była w tym odosobniona.

Szapocznikow nie zgłębiała ideologii. Kierowała się nie tyle historiozoficznymi przemyśleniami, ile ogólną modą i moralnym odruchem, który kazał jej stanąć po stronie tego, co nowe i młode, przeciw temu, co stare i skompromitowane.

A tak Czesław Miłosz pisał o klimacie panującym w latach powojennych w Europie.

Ludziom, którzy nie pamiętają powojennego dziesięciolecia, niełatwo uzmysłowić sobie triumfalną siłę marksistowskiej wiary, do której w owym czasie lgnęły najlepsze umysły z obu części podzielonej Europy. Ten okres tak szybko odchodzi w zapomnienie, że wciąż słyszy się pytanie, dlaczego tylu intelektualistów padło wtedy ofiarą własnej ślepoty; tymczasem rozsądniej byłoby zapytać, dlaczego niektórzy oparli się pokusie.

Słodko-gorzka droga życiowa. Najeżona przeciwnościami, ale także radością. Artystycznie spełniona, jednak nie do końca.

Maciej Siembieda "Gołoborze"

O Macieju Siembiedzie i jego kryminalnych oraz sensacyjnych

powieściach słyszałam od dawna, wiedziałam, że są bardzo cenione  i popularne, bywało, że miałam ochotę po którąś sięgnąć. Najbliżej byłam "Katharsis", pierwszej części jego greckiej trylogii. Przez chwilę znajdowała się nawet na liście moich książkowych zakupów, no ale czas nie jest z gumy, lektury trzeba wybierać, więc kryminały, których kiedyś czytałam sporo, poszły w odstawkę. O "Gołoborzu" (Znak Literanova 2025) oczywiście trudno było nie słyszeć, pojawiały się głosy, że jest czymś więcej niż  nawet najlepiej napisana powieść sensacyjna, że powinno być nominowane nie tylko do Nagrody Wielkiego Kalibru, ale także do Nike, co rzeczywiście się stało. Autor mówił, że to najbardziej osobista z jego książek, bo wychował się na Kielecczyźnie, i trudno mu złapać dystans do tego, co napisał. W posłowiu informuje, które elementy powieści są prawdziwe. Zresztą warto wspomnieć, że Maciej Siembieda do literatury przyszedł z dziennikarstwa, przez lata zajmował się reportażem i teraz wokół niewykorzystanych wcześniej tematów buduje  swoje książki. Dlaczego w takim razie zdecydowałam się jednak sięgnąć po "Gołoborze"? Oczywiście ciekawość, ale ostatecznie zadecydował impuls, pod wpływem którego zapisałam się na powieść w bibliotece, swoje odczekałam, a potem mimo słusznego rozmiaru (ponad pięćset stron) przeczytałam w kilka dni.

Akcja "Gołoborza" toczy się w fikcyjnej wsi Grabin u stóp Gór Świętokrzyskich i rozpięta jest od powstania styczniowego do roku 1989. Każda z dziewięciu części opatrzona została datą. Niektóre z nich są znaczące w naszej historii, na przykład rok 1968, 1970, 1976 czy 1989 właśnie, inne związane są z czasem po pierwszej wojnie albo z drugą wojną czy z latami tuż po wyzwoleniu. Zastanawiałam się, czy jest jakiś klucz w doborze tych dat, szczególnie powojennych. No bo powstanie i wojna oczywiście miały ogromny wpływ na życie bohaterów, inaczej jest z kolejnymi. Przyznam, że go nie odnalazłam. Na przykład antysemicka nagonka roku 1968 nijak nie znajduje odzwierciedlenia w życiu mieszkańców Grabina, ale już echa grudnia 1970 roku czy wypadków w Radomiu w 1976 znajdujemy w powieści. 

Bohaterami "Gołoborza" są dwie rodziny, a właściwie dwa klany, zamieszkujące Grabin, Kończaki, zamożni gospodarze, i Cebrzyny, którzy bardziej niż gospodarowaniem zajmują się przemytem, kradzieżami koni czy bydła. Kłótnia na jakimś weselu zapoczątkowała świętą wojnę. Jej pierwszy akt dokonał się w czasie powstania styczniowego, kiedy to jeden z Cebrzynów wydał Rosjanom Tomasza Kończaka, który przystąpił do walczących. Odtąd ta rodowa wojna stanie się jeszcze bardziej zagorzała i krwawa. Obowiązek zemsty przechodzi z ojca na syna i nie ma zmiłuj, nie można się z niego wyłamać. Krzywda wyrządzona nawet dziesiątki lat wcześniej nigdy nie zostanie zapomniana i musi zostać pomszczona. Niekoniecznie dokona się to od razu, czasem lepiej poczekać na dogodny moment. W tym świecie honor klanu znaczy wszystko. Jeden z Kończaków, który po drugiej wojnie wstąpi do milicji, usłyszy od głowy rodu, że jest najpierw Kończakiem, a potem milicjantem. Dobrze to sobie zapamięta. Wszyscy akceptują te reguły i dlatego będą trzymać język za zębami.  Milicja jest bezradna, nikt nie puści pary z ust, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. To zamknięty, wsobny świat, w którym członkowie rodu pobierają się między sobą, niechętnie dopuszczają kogoś z zewnątrz, a już niedopuszczalne jest małżeństwo pomiędzy parą pochodzącą ze zwaśnionych klanów. 

Maciej Siembieda odkrywa przed czytelniczkami i czytelnikami swojej książki świat, jaki dotąd znaliśmy z opowieści o mafii sycylijskiej potem przeniesionej na grunt amerykański, i twierdzi, że i u nas, u stóp Gór Świętokrzyskich, również obowiązywał nakaz rodowej wendety, a prawa rodzinnego klanu były ważniejsze od praw państwowych. Wychował się w tym świecie, nasłuchał się podobnych opowieści w dzieciństwie. Tu warto przywołać znakomitą reporterską książkę Wiesława Łuki "Nie oświadczam się", która opowiada o wstrząsającej zbrodni połanieckiej. Teraz słychać o niej więcej, bo Jan Holoubek kręci serial o tamtych zdarzeniach. Mamy tam te same mechanizmy - dwie rodziny, stosunkowo błahy spór, krwawa zemsta dokonana w obecności wielu świadków i milczenie całej wsi. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Aż wierzyć się nie chce, że można dokonać takiego morderstwa z zimną krwią na oczach wielu ludzi i zmusić wszystkich do milczenia. Podobnie jest w powieści. Okrutne zbrodnie dokonane w imię zemsty, świadkowie, akceptacja i milczenie.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu dwóch albo może nawet trzech pierwszych części byłam nieco rozczarowana. Nie żebym się nudziła, żeby mi się nie podobało, ale pomyślałam sobie, że jeśli będzie tak dalej, zemsta goni zemstę, to wszystko stało się przewidywalne. Tym bardziej, że byłam świeżo po "Revolterium" Bernarda Gromka, a tam zwrot akcji goni zwrot akcji, autor umiejętnie gubi tropy, nie wiadomo, czego się spodziewać. Okazało się jednak, że byłam w błędzie, bo potem od czasów powojennych akcja powieści rozlewa się niczym rzeka zmierzająca do morza deltą składającą się z wielu drobniejszych i większych odnóg. Po prostu pojawiają się nowe wątki, a sprawa się komplikuje i rzeczywiście nie wiadomo, czego się spodziewać. A sam finał powieści jest niezwykle zaskakujący.

Na koniec chciałabym napisać, na co szczególnie zwróciłam uwagę, czytając powieść - co zrobiło na mnie największe wrażenie, co zainteresowało najbardziej. Jeśli chodzi o to ostatnie, to chyba szczególnie ciekawa ze względów poznawczych wydała mi się ta część książki, której akcja rozgrywa się w powojennym Opolu, a zwłaszcza opowieści o szabrownikach i rozmiarze ich działalności. Natomiast największe wrażenie zrobiły na mnie dwie sprawy. Pierwsza to historia bohaterów i bohaterki, którzy chcą żyć inaczej i wyłamać się z klanowych obowiązków. Co ma zrobić człowiek, który zdaje sobie sprawę ze zła, jakie się dzieje, a nakazem rodziny zostaje zmuszony do dokonania zbrodni na człowieku, którego on wcale nie uważa za wroga?  Nie chce ani nie potrafi zabić. Jeśli nie tego nie zrobi, straci wszystko, dosłownie, i zostanie wykluczony z rodzinnego klanu. W jego oczach zabicie tego człowieka to nie żadna rodowa zemsta, ale przestępstwo. Takich dylematów nie ma  wspomniany już Kończak milicjant. A co mają zrobić dziewczyna i chłopak, którzy się pokochali i chcą być razem, a nie mogą tylko dlatego, że pochodzą ze zwaśnionych klanów? Czy jest dla nich jakiś ratunek? Ale największe wrażenie zrobiły na mnie zbrodnie dokonywane z zimną krwią przez ojca i syna z błogosławieństwem matki i z modlitwą na ustach, mieszkańców sąsiedniej wsi.

Rzeczywiście "Gołoborze" okazało się książką wartą lektury. Pewnie gdybym dysponowała nieograniczonym czasem na czytanie, sięgnęłabym po inne powieści Macieja Siembiedy. Zobaczymy, może kiedyś wrócę do pomysłu przeczytania "Katharsis".

Anna María Matute "Pierwsze wspomnienie"

Po książkę hiszpańskiej pisarki Anny Maríi Matute "Pierwsze

wspomnienie" (Cyranka 2026; przełożyła Ewa Zaleska) postanowiłam sięgnąć z dwóch powodów. Pierwszym był szum, jaki się wokół niej wytworzył, achy i ochy, że to arcydzieło. Ale oczywiście nie to przeważyło. Ostatecznym impulsem był temat - opowieść o dzieciństwie w czasach hiszpańskiej wojny domowej. Z niewiadomych dla mnie powodów ta tematyka żywo mnie interesuje. Może wzięło się to od Hemnigwaya, a może wciąż nurtującego mnie zdumienia, jak to się dzieje, że ludzie mieszkający obok siebie nagle w tak okrutny sposób skaczą sobie do gardeł.

Anna María Matute jest w Polsce dotąd niezbyt rozpoznana, chociaż ze zdumieniem stwierdziłam, że "Pierwsze wspomnienie" to wcale nie jej pierwsza książka wydana w naszym kraju. Natomiast w światowym obiegu literackim uznawana jest za jedną z najwybitniejszych pisarek europejskich XX wieku, mistrzynię prozy psychologicznej. Pisała także dla dzieci, ilustrowała te książki, była wykładowczynią na amerykańskich uniwersytetach, krytyczką literacką, laureatką wielu znaczących nagród. 

"Pierwsze wspomnienie" to pierwsza część trylogii i mam wielką nadzieję, że Cyranka będzie kontynuowała ten cykl. Gdyby Annę Maríę Matute wydawały chłopaki z ArtRage'u, miałabym pewność, że tak się stanie, bo oni nie porzucają swoich autorek i autorów, nawet jeśli te książki kupuje skandalicznie mało osób. Tu dygresja. Zwykle na koniec roku podają dane sprzedażowe, co bardzo podnosi moje ego, bo zawsze jestem wśród tych nielicznych, którzy kupili i przeczytali przynajmniej kilka spośród wydanych przez nich tytułów. A jednocześnie nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie dobre książki kupiło tak niewiele osób. Koniec dygresji, czas przejść do meritum.

Skoro bardzo bym sobie życzyła, aby Cyranka wydała dwie kolejne książki z cyklu, to zapewne dla czytających te refleksje jest już jasne, jaką mam  opinię o "Pierwszym wspomnieniu". Tak, tak, zgadzam się z tymi, którzy uważają, że to rzecz niezwykła i warta lektury. Przyznam jednak, że nie od razu podzielałam ten zachwyt. Nie było mi łatwo wejść w tę książkę. Raz, że to proza gęsta, prawie bez dialogów, pełna wysublimowanych opisów przyrody, w dodatku narracja przerywana jest fragmentami w nawiasach stanowiącymi komentarz. Czyj? Może dorosłej narratorki, ale nie do końca jest to dla mnie jasne. Dwa, że kiedy ją zaczęłam, byłam dość zajęta, więc czytałam z doskoku. Tu pół godziny, tam najwyżej godzina. Dopiero kiedy wreszcie dzięki długiemu weekendowi czasu miałam w bród, połknęłam ją w ciągu jednego dnia. I dopiero wtedy doceniłam jej wielkość, wkręciłam się bardzo, mimo że nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Stąd moja rada - jeśli ktoś zamierza sięgnąć po "Pierwsze wspomnienie", do czego gorąco namawiam, to warto to zrobić, kiedy można się tej książce oddać w pełni, a nie wydzielać ją sobie drobnymi kawałeczkami niczym lek na receptę.

Cóż to za historia? Są to wspomnienia czasu, który czternastoletnia Matia, narratorka, spędzała w ponurym domu swojej oschłej, nieprzystępnej babki na jednej z hiszpańskich wysp. W książce jej nazwa nie pada, ale z info wydawcy dowiadujemy się, że to Majorka. Wprawdzie nigdy tam nie byłam, ale jednego jestem pewna - ta książkowa wyspa niczym nie przypomina turystycznego raju, jakim stała się dziś. W domu przebywa też dwa lata starszy kuzyn, Borja, jego matka, korepetytor i służba. Matka Matii od lat nie żyje, ona wychowywała się w rodzinnym domu ojca pod opieką jego starej niani. Po wyrzuceniu z kościelnej szkoły trafia do  babki. Wybuch wojny domowej sprawia, że razem z kuzynem utkwili tu na jakiś czas. Zanim znajdzie się im szkoły, są pod opieką korepetytora, niedoszłego księdza, syna służącej.

Ciotka Emilia i Borja nie mogli wrócić na półwysep, a wuj Alvaro, który miał stopień pułkownika, był na froncie. Niczym zwabieni do dziwacznej zasadzki, Borja i ja zrozumieliśmy zaskoczeni, że musimy pozostać na wyspie nie wiedzieć jak długo. Szkoła odpłynęła w dal, a w otaczającej nas atmosferze - u babki, ciotki Emilii, proboszcza, lekarza - wyczuwało się jakąś ekscytację, która nadawała monotonnemu życiu dorosłych smak anormalności. 

Ojciec Borji bije się gdzieś na froncie po tej właściwej, czyli frankistowskiej stronie. Używam tu przymiotnika właściwej w sensie ironicznym, ale dla otoczenia, w jakim przebywa główna bohaterka, to wcale nie ironia. Tymczasem ojciec Matii stoi po przeciwnej stronie barykady, czemu czasem w nienawistny sposób daje wyraz babka. Nie bardzo wiadomo, co się z nim dzieje. Czy walczy, a może siedzi w więzieniu?

W atlasie śledziłam także przebieg wojny wuja Alvara, położenie zdobytych miast ("Upadło, upadło". "Te Deum..."). Wojny, która zgubiła, pogrążyła mojego ojca i jego niesłuszne przekonania. Wojny, która tam na mapie, na niezdobytych jeszcze obszarach, pochłonęła go jak mokradła. I co z niego zostało?

Wojna domowa jest w tej książce tylko dalekim echem, tłem zaledwie. Na wyspie nie toczą się walki, a i dzieci chroni się przed okrutnymi wiadomościami o tym, co dzieje się na froncie. Ale świat, w którym obracają się Matia i Borja, też jest okrutny. Zostawieni sami sobie mają dużo swobody. Palą, piją, Borja podkrada pieniądze babce i matce. W chłopackim świecie, do którego Matia raz jest dopuszczana, a raz jest z niego wykluczana, są dwie zwalczające się bandy. W jednej są chłopcy z dobrych domów, w drugiej z tych gorszych, niezamożnych. Ich członkowie potrafią być wobec siebie okrutni. Ale bywa, że zawierają rozejmy. Borja jest hersztem, autorytetem. Potrafi być bardzo bezwzględny, kiedy z powodu zazdrości chce się na kimś zemścić. I nie będzie to już zwyczajna chłopacka zemsta, ale zemsta mająca poważne konsekwencje. Coś, co w okrutny sposób zaważy na życiu jednego z bohaterów. Do swojej intrygi wciągnie Matię, czyniąc ją współwinną tego, co się stanie, bo ze strachu, zmanipulowana przez starszego kuzyna, nie będzie potrafiła ująć się za skrzywdzonym, chociaż był dla niej kimś ważnym.

To bardzo mroczny świat. I chociaż wydarzenia rozgrywają się w większej części latem, to czytając, miałam wrażenie, jakby wyspę spowijał mrok albo przynajmniej warstwa ciężkich, ołowianych chmur wiszących nisko nad ziemią.

Matia i Borja są bardzo samotni. Przeżywają  swoje rozterki i problemy w pojedynkę. Czasem dopuszczają do nich siebie nawzajem. Coś ich łączy, ale wiele ich dzieli. Już nie dzieci, jeszcze nie dorośli i dorosnąć bardzo nie chcą. Szczególnie Matia, bo to jej perspektywę poznajemy. Boją się świata dorosłych, który jest jeszcze okrutniejszy niż ich świat. Stąd powracający motyw baśni, a szczególnie Piotrusia Pana, Nibylandii, Kaja i Gerdy. 

Wydawało mi się, że mówi prawdę, że jest bardzo samotny, podobnie jak ja, i że gdyby nie ta nasza samotność, to, kto wie, może nigdy nie zostalibyśmy przyjaciółmi.

Byliśmy tacy bezbronni, tacy zależni, a przecież zarazem tak dalecy od nich wszystkich: od portretu wuja Alvara, braci Taronji, od mojego ojca, Antonii, Mandaryna ... Jakże obcy byli dorośli, ta dziwna rasa mężczyzn i kobiet. Jacy obcy i absurdalni byliśmy my. Jak bardzo poza światem, a nawet poza czasem. Już nie byliśmy dziećmi. Nagle nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy.

Nigdy wcześniej nie zauważyłam, że [korepetytor] był tylko chłopcem, niewiele od nas starszym, uwikłanym po uszy w nieczyste sprawy mężczyzn i kobiet; zanurzonym po szyję w świecie, w tej studni, do której wszyscy już się ześlizgiwaliśmy.

... jakbym chciała krzyknąć: "Nie, nie, zatrzymajcie mnie, nie wiedziałam, dokąd biegnę, nie chcę dowiedzieć się niczego więcej". (Ale już przeskoczyłam mur i zostawiłam za sobą Kaja i Gerdę w ogrodzie na dachu).

A jednocześnie pojawiają się też pierwsze, dobre, oznaki dorosłości - współczucie, zrozumienie i empatia dla drugiego człowieka.

I patrząc na stojącego obok Mandaryna, pierwszy raz poczułam współczucie jak dorosła osoba, zapragnęłam podać mu rękę i powiedzieć: "Nie przejmuj się nimi, to tylko głupie dzieci. Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią". A równocześnie wstydziłam się tego pierwszego uczucia dorosłej osoby i czułam strach, i żałowałam samej siebie, swoich słów i litości.

Jest w tej książce jeszcze coś, na co warto zwrócić uwagę, a co może umknąć, bo nie wybija się na pierwszy plan. To zupełnie inne traktowanie dziewczyny niż chłopaka w tym tradycyjnym świecie. W tych nielicznych chwilach, kiedy babka przypomina sobie o Matii, daje wyraz takim poglądom.

Podczas pierwszych wakacji wzięli mnie ze sobą tylko raz, a i wtedy musiałam na noc wracać do domu. Babka mówiła, że jestem już zbyt duża, żeby samotnie chodzić z nimi do Gaju Pomarańczowego i spędzić trzy noce poza domem. (...) Kiedy wyprawiali się do gaju Pomarańczowego, dwa razy towarzyszyłam im aż do portu i dopiero tam się rozstawaliśmy, a babka nie miała o niczym pojęcia. Potem wracałam do domu Leontiną, nienawidząc tego, że jestem kobietą.

W tamtych czasach jedną z najbardziej upokarzających rzeczy było, pamiętam, stałe zamartwianie się babki o mój wygląd. O rzekomą przyszłą urodę, którą powinnam zyskać za wszelką cenę.

- To jedyne, co przydaje się kobiecie, jeżeli nie ma pieniędzy.

Uroda zatem była jedynym dobrem, na jakie mogłam liczyć w życiu. Jednakże była ona jeszcze cokolwiek nieobecna i odległa, a mój wygląd w przekonaniu babki pozostawiał wiele do życzenia,.

Matia zdecydowanie nie darzy babki sympatią, co znajduje wyraz w sposobie jej opisywania.

Okna dzierżawców płonęły światłem, na pewno babka szpiegowała je z saloniku przez teatralną lornetkę. Poczułam głuchą irytację. Siedzi tam pewnie jak brzuchaty, poobtłukiwany bóg, jak wielka żarłoczna lalka, pociągając za sznurki swoich marionetek. (...) Jej oczy niczym długie macki, wchodziły do tych domów, oblizywały je, zamiatały w pokojach pod łóżkami i stołami. To były lustrujące oczy, unosiły białe dachy i chłostały: prywatność, sen, zmęczenie.

Rozparta w fotelu babka przeżuwała jedną ze swoich niezliczonych pastylek. Dekolt sukienki okalał fałdy i zmarszczki wokół gardła przepasanego aksamitną tasiemką. Na szyi powyżej tasiemki również tworzyły się fałdy i zmarszczki, aż do podbródka. Jakby ktoś ją wypchał, a na szyi zacisnął węzeł: z jednej strony głowa, z drugiej ciało, jak dwa worki, każdy z innej materii.

Już z tych kilku cytatów można się zorientować, jak gęsta jest to proza i w jak niezwykły sposób została napisana. Na koniec chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną cechę tej książki. Ogromną rolę odgrywa w świecie Matii przyroda, a opisując ją, wyraża swoje uczucia. Na dowód ostatni już cytat.

Nienawiść przebijała się przez ciszę jak słońce, jak podbiegnięte ropą i krwawiące oko przez morską mgłę. Tam, na wyspie, słońce zawsze wydawało mi się złowieszcze, polerowało kamienne płyty na placu, sprawiało, że błyszczały i robiły się śliskie jak kości, jak złośliwa i dziwna kość słoniowa.

Znakomita, chociaż wymagająca uważnej lektury książka. Ale naprawdę warto się w nią wgryźć, wejść w ten mroczny, niepokojący świat już nie dzieci, jeszcze nie dorosłych. Docenić urodę języka.

Jurica Pavičić "Czerwona woda"

Jedna z literatur, na którą od dawna nastawiony jest mój czytelniczy

radar, to literatura bałkańska. Gdy tylko dotrze do mnie wiadomość, że ukazuje się jakaś książka z tego obszaru, pilnie nadstawiam ucha i jeśli odpowiada moim czytelniczym zainteresowaniom, czytam. Tak trafiła w moje ręce "Czerwona woda" Juricy Pavičića (Noir sur Blanc 2025; przełożył Leszek Małczak). Strzał okazał się celny, bo powieść została wybrana do dyskusji przez prowadzącą, bałkanistkę, jeden z klubów książki, na który od czasu do czasu uczęszczam. 

Na początek kilka zdań o Juricy Pavičiću. Jest chorwackim powieściopisarzem, autorem opowiadań, scenariuszy filmowych i dziennikarzem. Urodził się w Splicie. I to właśnie w Dalmacji często umieszcza akcję swoich książek.

Nie inaczej jest w wypadku "Czerwonej wody". Opowiedziana historia rozgrywa się przede wszystkim w małym nadmorskim miasteczku na dalmatyńskim wybrzeżu. Miejscowość najprawdopodobniej jest fikcyjna, ale już Split, w którym też rozgrywają się niektóre wydarzenia, czy wspominany tylko Trogir to już nie wyobraźnia autora. Akcja zaczyna się pewnego letniego dnia w roku 1989, a kończy w roku 2017. Tego właśnie dnia w miasteczku organizowany jest rybacki festyn, na który wybiera się siedemnastoletnia Silva i jej brat bliźniak Mate. Dziewczyna nigdy nie wróci z zabawy. Odtąd życie rodziny Velów zostanie wywrócone do góry nogami. Sprawa staje się głośna nie tylko w miasteczku, ale rozpisują się o niej media. Co się z nią stało? Wypadek? Ucieczka? Morderstwo? Z czasem zainteresowanie opada, tylko najbliżsi nie potrafią zapomnieć. 

"Czerwona woda" na jednym z portali książkowych określana jest jako kryminał, sensacja, a nawet thriller. I rzeczywiście zagadka zaginięcia Silvy zostaje rozwiązana dopiero na końcu, chociaż przyznam, że trochę wcześniej domyśliłam się, co się stało. Mimo wszystko powieść czytałam z zainteresowaniem do samego finału. Połknąć ją można w ciągu kilku dni, a gdyby ktoś dysponował wolnym czasem, to jeszcze szybciej. Historię poznajemy z paru punktów widzenia. Każdy rozdział to perspektywa jednej osoby, członków rodziny, prowadzącego śledztwo milicjanta, tak, tak, wszak wszystko zaczyna się jeszcze w czasie, kiedy istniała socjalistyczna Jugosławia, i kilku innych osób. Ale "Czerwona woda" to coś więcej niż kryminał. Bo zagadka zaginięcia Silvy osadzona jest w burzliwych czasach, kiedy jugosłowiański świat trzęsie się w posadach i przechodzi w niebyt. Ale nie tylko wątki historyczne i transformacyjne są tu ważne.

Na pierwszy plan wybija się historia rodziny Velów. Kiedy ginie Silva, rodzinne i milicyjne śledztwo odkrywa jej tajemnice. Okazuje się, że nikt z bliskich nie miał pojęcia, jaka naprawdę była. Nawet Mate, brat bliźniak. Z kim się spotykała, czym się zajmowała, kiedy przebywała w szkolnym internacie w Splicie, jakie miała plany. To jedno. Drugi rodzinny wątek to oczywiście niemożność poradzenia sobie z traumą, co z kolei powoduje powolną dezintegrację rodziny. Najgorsza jest niepewność, brak informacji. Świadomość, że nie wiadomo, co się z nią stało. Gdyby odnaleziono ciało, gdyby było wiadomo, że nie żyje, można by było zrobić pogrzeb, pochować ją i zacząć powolny proces żałoby. Tymczasem tego wszystkiego nie da się zrobić. Pozostali członkowie rodziny, matka, ojciec i brat, zamykają się w swoim świecie, gorzknieją, odsuwają się od innych. Początkowo szukają jej wszyscy, z czasem na poszukiwania nastaje matka, zmuszając do tego syna. A to przecież jak szukanie igły w stogu siana, więc pewnie rację ma ojciec, który w pewnym momencie odpuszcza. 

Teraz ważniejsze jest, żebym został w domu. Jak zdam maturę, zacznę pracować jako kierowca ciężarówki i będę rozwoził mrożoną rybę. To dobra praca, dużo się jeździ. Po drodze będę mógł prowadzić śledztwo. Mate mówił, a Jakov milczał. Myślał tylko o tym, jak trucizna się sączy, zatruwając wszystko dookoła.

W każdym razie dzień, w którym odbył się piknik rybacki, był ostatnim normalnym dniem w życiu rodziny Velów. Jednak wtedy jeszcze tego nie wiedzieli.

Ale zaginięcie Silvy burzy nie tylko ich spokój. Na zawsze zmieni los jej chłopaka, Brany, który nigdy nie pogodzi się nie tylko z jej zniknięciem, ale także z okolicznościami, jakie do tego doprowadziły. Zniknięcie dziewczyny kładzie się także cieniem na miasteczku. Najpierw, co zrozumiałe, budzi z jednej strony strach, przerażenie, smutek, współczucie, ale także sensację. Potem, kiedy oskarżenia padają na konkretną osobę, jej los i los jej rodziny stają się nie do pozazdroszczenia. Chociaż niczego tej osobie nie udowodniono, otoczona zostaje ostracyzmem i nie ma tam życia. Każdy zwrot w sprawie, a będzie ich kilka, to jak zmącenie stojącej wody. Piekło, albo może raczej piekiełko, zaczyna się na nowo. 

Jest wreszcie tło historyczne, lekko tylko zarysowane, jakby punktami na osi czasu, jakimiś epizodami. 

Kraj opanowała polityczna gorączka. Przed kościołem, jeden po drugim, odbywały się mitingi polityczne, ludzie defilowali ze świecami i sztandarami, a Rade - właściciel kafejki Lanterna - został kandydatem na burmistrza.

Rozpada się Jugosławia, wybucha wojna, która na dalmatyńskim wybrzeżu nie jest odczuwana tak bardzo jak w głębi lądu, ale związane z nią trudności życia codziennego dają się we znaki każdemu. Miasteczko składa swoją daninę krwi, na wojnę wyruszają młodzi chłopcy, nie wszyscy z niej wrócą. 

Ustawili ich w szeregu. Trzydziestu chłopaków, kwiat rocznika 1972/1973, maturzyści, świeżo upieczeni studenci, dezerterzy z Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, marynarze, którzy dostali wezwanie do wojska między rejsami. Właściciel Lanterny coś mówił w tym swoim kanciastym nowochorwackim języku, który ledwo opanował na takie właśnie oficjalne okazje.

A potem nastają lata transformacji, rozwoju neoliberalnego kapitalizmu. I przyznam, że ten wątek, o wiele głębiej zarysowany niż ten wojenny, bardzo mnie zainteresował. Senne dotąd miasteczko staje się atrakcyjnym turystycznym kąskiem. Międzynarodowe firmy inwestujące w branżę turystyczną i nieruchomości szukają tu swoich okazji. Najlepiej kupić ziemię jak najtaniej i odsprzedać ją potem jak najdrożej, aby wystawić na niej szeregi identycznych letnich apartamentów, które na zawsze odmienią oblicze miasteczka. 

Smart Solucion Estate to firma, która prowadzi bardzo prostą działalność. Kupuje i sprzedaje ziemię: kupuje tanio, a sprzedaje drogo. Kupuje trudno dostępne zatoki, zniszczone winnice, zbocza porośnięte gęstym rozmarynem i świerkami, a sprzedaje wpisane do miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego uzbrojone, wpisane do ksiąg wieczystych działki budowlane z przeznaczeniem na działalność deweloperską i turystyczną.

A przede wszystkim nieodwracalnie zmienią jego krajobraz. Jurica Pavičić mniej zajmuje się ekonomicznym aspektem tych zmian, a bardziej właśnie krajobrazowym i społecznym. Bo propozycje kupna ziemi żerują na ludzkich kłopotach i często prowadzą do sąsiedzkich konfliktów. Interesy są też możliwe dzięki korumpowaniu polityków, miejscowych i tych wyższego szczebla.

Gorki wie, że jego firma przekupuje polityków. Prawnicy firmy składają wizyty burmistrzom i radnym wyspiarskich miejscowości i pokazują im w Power Poincie symulacje luksusów przygotowane w programach AutoCAD i Corel. Zapraszają ich na kolacje i wycieczki jachtem, a kiedy zabawa się kończy, ludzie z firmy dają im kieszonkowe, wręczają czeki opiewające na kwotę z kilkoma zerami.

Ciekawym zabiegiem, który pokazuje zmiany, jest takie punktowe pokazanie drogi pewnego człowieka, szemranego typa, który zaczyna się piąć po szczeblach kariery dzięki wojnie. Trudno go nazwać nawet bohaterem epizodycznym, po prostu mówi się o nim od czasu do czasu, bo jakoś ociera się o losy niektórych bohaterów, a potem zaczyna odgrywać znaczącą rolę w regionie. I może się stać człowiekiem niebezpiecznym, bo świetnie manipuluje tłumem, uwodzi go.

Czas płynie, świat się zmienia i tylko Silva stale wygląda tak samo na zdjęciu, które rodzina zamieściła na rozwieszanych wszędzie plakatach. Tylko umarli zastygają w czasie.

Od tego czasu minęło sześć lat, były dwie wojny. Dwa razy linia frontu przechodziła przez tę dolinę, dwa razy przechodziła z rąk do rąk, dwa razy ją zdobywano, pustoszono i niszczono. I w czasie, gdy żółte mrówki niszczyły domy czarnym mrówkom, a później czarne żółtym, ogłoszenie ze zdjęciem Silvy wisiało nietknięte, obok drzwi toalety. Gdy inni ginęli i starzeli się, Silva wciąż była młoda i uwieczniona na białej kartce.

Teraz, kiedy dzielę się refleksjami o "Czerwonej wodzie", dochodzę do wniosku, że może najlepiej byłoby ją zakwalifikować jako powieść psychologiczną. Bo właśnie portrety bohaterek i bohaterów są jej bardzo mocną stroną. Szczególnie zapadła mi w pamięć postać milicjanta zajmującego się, do czasu, sprawą zaginionej Silvy. 

A poza tym warto dodać, że powieść jest bardzo dobrze skonstruowana. Wiele tu zwrotów akcji, mylenia tropów, zaskoczeń. To oczywiście sprawia, że czyta się ją jednym tchem. Nie jest to książka wybitna, nie jest też najlepszą bałkańską powieścią, jaką czytałam, ale śmiało można po nią sięgać.

Colm Tóibín "Long Island", "Brooklyn"

Dawno, dawno temu w czasach przedblogowych przeczytałam

bardzo chwaloną wówczas powieść "Brooklyn" irlandzkiego pisarza Colma Tóibína (Rebis 2009, nowe wydanie 2025; przełożył Jerzy Kozłowski). Przeczytałam i się rozczarowałam. O co tyle hałasu? Dziś już nie bardzo potrafię odtworzyć, jaki był powód mojego zawodu. Chyba miałam jej za złe to, że jest za krótka i w związku z tym autor zaledwie szkicuje problemy, a nie wchodzi w nie głęboko. Tak, chyba o to mi chodziło. Dowodem na to, jak ją potraktowałam, jest fakt, że pozbyłam jej się z domu przy okazji książkowego remanentu, a miałam ją  w wersji papierowej, bo był to czas przedczytnikowy. 

Kiedy w zeszłym roku wyszła kontynuacja "Brooklynu", czyli

"Long Island" (Rebis 2025; przełożył Jerzy Kozłowski), i do Polski na Festiwal Conrada przyleciał autor, a ja byłam na tym spotkaniu, postanowiłam dać Colmowi Tóibínowi drugą szansę i sięgnąć po jego najnowszą powieść. Ale żeby to zrobić, musiałam jednak, także z ciekawości, przeczytać część pierwszą. Tak też zrobiłam. Z braku czasu nie odniosłam się do niej bezpośrednio po lekturze, więc dzisiaj, pisząc o "Long Island", wspominam też trochę o "Brooklynie", tym bardziej że obie powieści mają podobną konstrukcję. 

Jak po ponownej lekturze wypada pierwsza część opowieści o Eilis Lacey, młodej irlandzkiej dziewczynie, która w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku zostaje wysłana przez swoich najbliższych do Stanów, gdzie ma dzięki irlandzkiemu księdzu, znajomemu  starszej siostry, zapewnioną pracę, dach nad głową i wsparcie na obczyźnie? Otóż muszę ze zdumieniem stwierdzić, że zupełnie nie rozumiem, o co się wówczas czepiałam. Dziś nie dopatruję się w tej książce braku wnikliwości i powierzchowności. Powieść przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Oczywiście to nie arcydzieło, ale bardzo dobra literatura środka. Wielką zaletą jest pogłębiony portret głównej bohaterki. Eilis wcale nie ma ochoty jechać do pracy za ocean, najchętniej zostałaby w domu, z matką i starszą siostrą, która jest dla niej autorytetem i wsparciem. Ale nie ma wyboru. Tam ma szansę na lepszą pracę, tu w małym irlandzkim miasteczku pracuje dorywczo w sklepie, znosząc humory właścicielki. Jej starsi bracia też wyjechali, tyle że bliżej, bo do Anglii. Wyobraźmy sobie jej sytuację - młoda dziewczyna, która nigdy nie była dalej niż w najbliższej okolicy swojego miasteczka, nagle musi zostawić najbliższych, nie wiadomo, kiedy ich ponownie zobaczy, i sama płynąć do Stanów, a tam odnaleźć się w nowym otoczeniu. Wszystko jest dla niej nowe i obce. Podróż do Anglii, gdzie na szczęście zaopiekują się nią bracia, rejs statkiem, a potem Nowy Jork, Brooklyn, mieszkanie na stancji, praca w dużym domu handlowym, inny świat, inne zwyczaje, tęsknota za najbliższymi, z którymi może tylko korespondować. Gdyby nie opieka, jaką roztacza nad nią ów irlandzki ksiądz, znajomy siostry, na pewno byłoby jej o wiele trudniej. Ale Eilis nie jest szarą myszką. Okazuje się dziewczyną samodzielną, umiejętnie nawigującą wśród współmieszkanek wynajmujących pokoje u tej samej właścicielki. A to prawdziwe kłębowisko żmij i znalezienie się pomiędzy nimi a właścicielką nie jest łatwe. 

Bardzo ciekawa jest druga część książki, kiedy Eilis, która już zdążyła się jakoś zadomowić na Brooklynie, z powodu sytuacji rodzinnej wraca na jakiś czas do Irlandii. Początkowo czuje się tam obco, a jednocześnie dla miejscowych jest kimś, bo przecież przyjechała z tej mitycznej Ameryki. Inaczej się ubiera, jest pewniejsza siebie. To inna Eilis, trudniej jej ułożyć się z matką, za którą przecież tęskniła. Ale najbardziej interesujące są jej duchowe i uczuciowe rozterki, które przeżywa po powrocie do domu. Przyjechała tylko na jakiś czas, aby wspomóc matkę, ma wrócić do Nowego Jorku, tymczasem dzieje się coś, co sprawia, że zaczyna się zastanawiać nad swoimi wyborami. Zostać czy wrócić? Niestety muszę pisać ogólnikowo, aby nie zdradzić nic z treści, bo to, co się dzieje z Eilis, jest po prostu bardzo ciekawe. Przyznam, że nie do końca pamiętałam, w jaki sposób główna bohaterka rozwiąże swoje duchowe dylematy, bo że wróci, wiedziałam, a poza tym można się tego domyślić, czytając info o "Long Island". Dlatego nie mogłam się oderwać od ostatniej partii powieści.

Podobnie było w wypadku części drugiej. Minęło dwadzieścia lat. Eilis mieszka razem z mężem, amerykańskim Włochem, i dwojgiem dorastających dzieci na tytułowym Long Island. Obok  domy mają jego rodzice i dwaj bracia razem z rodzinami. Jest samodzielna, pracuje, życie ma ustabilizowane, trochę przeszkadza jej bliskość rodziny męża, a trochę to lubi. Regularnie koresponduje z matką, dokumentując swoje życie zdjęciami. Napisałam, że obie powieści mają podobną konstrukcję. Bo nagle odwiedza ją obcy jej człowiek, który informuje o czymś, co burzy jej dotychczasowe życie. Eilis, co świadczy o jej sile, zachowuje się stanowczo, stawia pewne warunki, czegoś żąda, a chwilowo postanawia przeczekać burzę w Irlandii. Po latach wraca do rodzinnego domu i znowu będzie przeżywać podobne rozterki, bo nagle wróci do niej przeszłość, tamto lato spędzone w domu. Niestety nic więcej zdradzić nie mogę, bo odebrałabym wielką przyjemność płynącą z lektury! 

Mamy tu wiele niedopowiedzeń i płynących z tego nieporozumień, sprzeczne interesy bohaterek i bohaterów, co prowadzi do wielkich komplikacji. Kto zawinił? Do kogo można mieć pretensje? Co zrobią bohaterki i bohaterowie? Jak postąpi ostatecznie Eilis? Na pewno gdyby wszyscy byli od początku szczerzy, nie doszłoby do takiej sytuacji. A jest to bardzo prawdziwe i bardzo ludzkie, bo tak się przecież w życiu zdarza. Im bliżej finału, tym bardziej nie potrafiłam oderwać się od lektury, bo teraz naprawdę nie miałam pojęcia, jak skończy się ta historia, no i jak zostanie to rozwiązane. A autor podsyca ciekawość, umiejętnie mieszając wątki. Na sytuację patrzymy z punktu widzenia różnych bohaterek i bohaterów. 

Oprócz tego bardzo ciekawa jest konfrontacja Eilis, już częściowo Amerykanki, ze światem swojej wczesnej młodości, szczególnie z losem jej przyjaciółki. Zderzenie tych dwóch bohaterek wypada na korzyść Eilis. Jej się powiodło, bardzo dobrze wygląda, ma pieniądze, chociaż nikt nie wie, że nie do końca swoje, a to co z perspektywy małego irlandzkiego miasteczka może się wydawać wielką karierą, nie do końca jest nią z perspektywy amerykańskiej. Tymczasem jej przyjaciółka czuje się przy niej jak kopciuszek czy uboga krewna. Chociaż wcześniej lubiła swoje życie, teraz widzi, że się zaniedbała, no i musi ciężko harować, aby po śmierci męża utrzymać siebie i dorastające dzieci. A praca dodatkowo łączy się z pewnymi problemami. Ciekawie opowiedziane są też relacje Eilis z  matką, za którą przecież tęskniła, ale z którą niełatwo jej się żyje. 

"Long Island" jest moim zdaniem jeszcze lepszą powieścią od "Brooklynu", bo równie ważnymi postaciami jak Eilis są także inne osoby, których motywacje i przeżycia opowiedziane są niezwykle wnikliwie.

Z czystym sumieniem polecam obie powieści. Wielka, ale niebłaha, przyjemność. Warto od czasu do czasu dać się po prostu ponieść lekturze.

Susan Abulhawa "Poranki w Dżeninie"

Już od jakiegoś czasu zbierałam się do przeczytania powieści

"Poranki w Dżeninie" palestyńskiej pisarki, naukowczyni i aktywistki, Susan Abulhawy (Sonia Draga 2025; przełożyła Urszula Ruzik-Kulińska). Problem konfliktu izraelsko-palestyńskiego interesuje mnie od dawna. Dziwi mnie zdziwienie tych, którzy dopiero teraz, patrząc na to, co stało się i nadal dzieje się w Gazie, zdumieni otwierają oczy. Chyba po raz pierwszy zrozumiałam, jak wygląda codzienne życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy po przeczytaniu książek palestyńskiego adwokata i pisarza Rajy Shehadeha, "Palestyńskie wędrówki", "Obcy w domu", "Dziennik czasu okupacji", oraz reportaży Pawła Smoleńskiego, "Izrael już nie frunie", "Oczy zasypane piaskiem", "Arab strzela, Żyd się cieszy". To lektury sprzed wielu lat, a stosunkowo niedawno sięgnęłam po "Apeirogon" Columa McCanna i "Jestem stamtąd, jestem stąd" Mourida Barghoutiego. Mam wrażenie, że niektórym otworzyły się oczy dopiero po lekturze "Drobnego szczegółu" Adanii Shibli, bo o tej pisarce i jej książce zrobiło się bardzo głośno w związku z aferą, która miała miejsce, kiedy nie mogła odebrać przyznanej jej nagrody na frankfurckich, chyba, targach książki. W swoim czytniku mam jeszcze inne pozycje dotyczące tego problemu, a przede wszystkim książkę "Palestyna: wojna stuletnia. Opowieść o kolonializmie i oporze" Rashida Khalidiego. Przyznam, że "Poranki w Dżeninie" zrobiły na mnie tak silne wrażenie, że natychmiast zabrałam się za lekturę "Czystek etnicznych w Palestynie" żydowskiego historyka Ilana Pappe, która to książka została mi polecona.

Susan Abulhawa urodziła się w Kuwejcie, jej rodzice musieli opuścić Jerozolimę. Mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. "Poranki w Dżeninie" to jej literacki debiut. W Polsce ukazał się po raz pierwszy w roku 2012 w innym wydawnictwie i tłumaczeniu, także pod innym tytułem.

Tę powieść śmiało można nazwać sagą rodzinną. Mamy nawet drzewo genealogiczne palestyńskiej rodziny, której historię poznajemy. Wszystko zaczyna się jeszcze przed rokiem 1948, kiedy to powstało państwo Izrael, w jednej z palestyńskich wiosek, której mieszkańcy pracują na roli. Są przywiązani do swojej ziemi, do swoich sadów i drzewek oliwnych. Życie toczy się w rytm przyrody. Ale już od jakiegoś czasu towarzyszy im niepokój. Co się stanie, kiedy powstanie żydowskie państwo? Niektórzy się boją, inni to lekceważą. Przecież chcemy tylko spokojnie żyć, miejsca starczy dla wszystkich. Przecież ci żydowscy żołnierze, których ugościliśmy w naszej wiosce, z którymi rozmawialiśmy, nie mogą nam nic zrobić. A jednak dochodzi do najgorszego. Mieszkańcy wioski, jak wielu innych, zostają siłą zmuszeni do jej opuszczenia, ograbieni z wszystkiego, co mieli, i pognani na teren ówczesnej Transjordanii do Dżeninu. Tam powstaje jeden z największych obozów dla palestyńskich uchodźców, który istnieje do dziś. Początkowo żyją w namiotach skazani na pomoc organizacji humanitarnych.

Baba wzywał nas do domu, do obozu, gdzie wszyscy razem żyliśmy w cieniu międzynarodowej dobroczynności.

Z czasem sklecą sobie nowe domki, które później wielokrotnie będą niszczone przez izraelskich żołnierzy. Długo wierzą, że to tylko na chwilę, że będą mogli wrócić do swoich wiosek i domów, jeśli nie zostały zrównane z ziemią. Najbardziej tęsknią za bliskim kontaktem z naturą, za pracą na roli, przecież żyją stłoczeni na niewielkiej przestrzeni, gdzie nie ma zieleni, nie mogą już doglądać zbiorów oliwek i owoców. Nadzieja odżywa w roku 1967 w czasie wojny arabsko-izraelskiej zwanej sześciodniową. Szybko okazuje się płonna. To w jej wyniku powstaje Strefa Gazy i zaczyna się okupacja Zachodniego Brzegu, zajęte zostają Wzgórza Golan i Wschodnia Jerozolima. Odtąd jest jeszcze gorzej.

Główną bohaterką powieści, a w wielu fragmentach narratorką, jest Amal, która przychodzi na świat w roku 1955 w Dżeninie. To jej historia wysuwa się na pierwszy plan, chociaż równie ważne są inne bohaterki i inni bohaterowie. Jej matka, w młodości nieokiełznana Beduinka Dalia, ukochany ojciec, Hasan, starszy brat, Jusuf, który urodził się jeszcze przed Nakbą. Bardzo ważną postacią jest także brat, który zaginął w czasie ucieczki. A to nie wszyscy,  wiele tu postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Bo to powieść pełnokrwista, wielowątkowa, z pogłębionymi portretami bohaterek i bohaterów. Ich losy splatają się ze sobą, rozchodzą, aby w jakimś momencie znowu się połączyć, choćby na chwilę. Amal wychowuje się w Dżeninie, ale potem dzięki splotowi szczególnych okoliczności, w dużej mierze tragicznych, spełnia marzenie swojego ojca i wyjeżdża uczyć się do Jerozolimy, a potem studiować w Stanach. Przejdzie przez okres wykorzenienia, rozpuszczenia swojej arabskiej tożsamości w zachodnim świecie. Nigdy jednak nie zapomni o tym, kim jest i najpierw wróci na Bliski Wschód do Libanu, gdzie w innym obozie dla uchodźców będą żyli jej bliscy, a  w końcu także do Dżeninu. 

Lecz choćbym nie wiem co sobie kupiła, nie wiem, jaką fasadę zbudowała, i tak na zawsze przynależałam do narodu palestyńskiego, wygnanego donikąd, pozbawionego człowieczeństwa i honoru.

Niczego tu nie zdradzam, bo od sceny w obozie w roku 2002 zaczyna się powieść. Historia jej i innych bohaterek oraz bohaterów jest bardzo burzliwa, nie sposób tu nawet w najdrobniejszej części jej opowiedzieć.

Zanim przejdę do tego, dlaczego ta powieść mimo zastrzeżeń zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie przeczołgała, wspomnę o jednym z problemów, który też wydaje się istotny, a który w obliczu historii politycznej może  umknąć. Bo jest to też powieść o macierzyństwie, o różnych jego obliczach. A przede wszystkim o macierzyństwie, które w wyniku tragedii zostaje złamane, a może lepszym określeniem byłoby słowo zamrożone. Matka, która kocha swoje dziecko, nie potrafi mu tego okazać, a ono czuje coraz większy żal, złość, samotność. 

Wzrok mamy zrobił się pusty, bez wyrazu, jej ciało skurczyło się, a oddech stał się chrapliwy. Moja rodzina właściwie przestała istnieć, a ja zbliżałam się do czternastych urodzin poznaczona szpetnymi ranami. Życie bywało nieprzewidywalne i kapryśne, nie można było mu ufać.

Dorastałam w świecie doraźnych marzeń i abstrakcyjnych narodowych tęsknot, wszystko wydawało mi się ulotne. Na nic nie można było liczyć i nic nie było pewne - ani rodzice, ani rodzeństwo, ani dom.

To jeszcze jedno oskarżenie, bo te tragedie są ściśle związane z polityką. Ale jest tu też matka, która ma siłę, aby wybrać inną drogę. Swojego bólu i smutku pozbywa się dzięki miłości do syna. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo musiałabym zbyt dużo zdradzić, a przecież akcja ma w tej powieści wielkie znaczenie, ale muszę zasygnalizować ten problem. Apatia w równym stopniu dotyka mężczyzn, którzy czują się bezsilni w obliczu tego, co się dzieje. Są też znacznie częściej niż kobiety upokarzani przez izraelskich żołnierzy, bici czy wsadzani do więzień. Dalia, matka Amal, ma takie powiedzenie: Cokolwiek czujesz, zachowaj to dla siebie. No ale ile można? Czy rozwiązaniem jest albo apatia, albo wybuch wściekłości?

Czytając "Poranki w Dżeninie", myślałam sobie, że jest to książka z gatunku takich, która w lekki, przystępny, ciekawy sposób opowiada o ważnych, tragicznych sprawach. Ot tak, aby pokazać problem, ale nie odstręczyć czytelniczki czy czytelnika, nie stawiać im wielkich barier. I w jakimś stopniu rzeczywiście to prawda, ale tylko w jakimś. Bo jest tu wiele scen wstrząsających, szczególnie tych, które rozgrywają się w obozach dla uchodźców w Dżeninie i w Libanie - w czasie wojny sześciodniowej, pierwszej wojny libańskiej w roku 1982 i w czasie jednej z palestyńskich intifad. I nie są to sceny  wymyślone. Autorka opowiadając o tych najbardziej dramatycznych momentach, posiłkuje się cytatami z prac historycznych, z prasy czy z innych dokumentów. Ta świadomość, że nie mamy do czynienia z fikcją literacką, robi największe wrażenie.

Jak już wspomniałam, miałam sporo wiadomości o współczesnym obliczu konfliktu, tymczasem niewiele o jego przeszłości. Oczywiście wiedziałam o Nakbie, przecież pisze o niej choćby przywołany przeze mnie Raja Shehadeh, ale o samym konflikcie zawsze myślałam, że to skomplikowane. Przyznam, że patrzyłam na jego źródła bardziej z perspektywy izraelskiej niż palestyńskiej. I podejrzewam, że mogłam być w większości. Bo nie tylko Izrael, ale również świat zachodni skutecznie nam taką perspektywę narzucił. 

Tydzień po masakrze w Sabrze i Szatili redakcja "Newsweeka" uznała, że najważniejszą wiadomością minionych siedmiu dni była śmierć księżnej Grace. W kolejnym tygodniu na okładce zaakcentowali inny temat: "Israel in Torment". "Męczarnie Izraela". To Izrael stał się ofiarą.

Jak żyć w świecie, który niezmiernie odwraca oczy od takiej niesprawiedliwości?

Do głębi poruszył mnie fakt, że w opuszczonym przez rodzinę Amal domu po jakimś czasie zamieszkują Żydzi, którzy przyjechali z Francji. Czym różnią się od Polaków, którzy wprowadzali się do pożydowskich mieszkań i domów? A jak do tego doszło, czytam właśnie we wspomnianej już książce żydowskiego historyka Ilana Pappe "Czystki etniczne w Palestynie". Niech zwiastunem jej omówienia będzie cytat z "Poranków w Dżeninie".

... Palestyńczycy płacili cenę za żydowski Holokaust.

Dużo do myślenia dał mi też wywiad z Karoliną Wójcicką, autorką niedawno wydanego zbioru reportaży "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy", w którym tłumaczyła między innymi, jak polityka historyczna Izraela, edukacja wpływają na to, że Izraelczycy są przekonani, iż w tym konflikcie są niewinnymi ofiarami i muszą się bronić, co usprawiedliwia przemoc.

Chociaż Susan Abulhawa pokazuje  palestyńską perspektywę na konflikt, to równocześnie opowiada o przyczynach  radykalizacji młodych Palestyńczyków, która doprowadza do aktów terroru i intifad. To zresztą żadne odkrycie.

Znakiem szczególnym uchodźców stało się dążenie do przetrwania, ale ceną, jaką za nie płacili, była utrata wrażliwości. W jej miejsce nauczyli się celebrować męczeństwo, bo jedynie ono dawało im wolność. Tylko gdy byli martwi, Izrael nie mógł już więcej ich ranić. Męczeństwo stało się radykalną formą oporu przeciw okupacji.

Ale ofiarami polityki Izraela stają się też młodzi żydowscy chłopcy wcielani do wojska. Pisał o tym w swoich książkach Paweł Smoleński.

Szkoda mi go. Smuci mnie ten chłopak, który musiał stać się mordercą. Żal mi młodości zdradzonej przez przywódców na rzecz ich symboli, flag, wojny i władzy.

I na koniec muszę jeszcze napisać, co mnie w tej powieści drażniło. Otóż jest to książka pełna egzaltacji. Sposób, w jaki autorka pisze, szczególnie o miłości, jest dla mnie niestrawny. Nie znoszę egzaltacji, a takim językiem o tym opowiada. Być może wynika to z tradycji opowieści arabskich, także tych oralnych. Może do takich tradycji nawiązuje. Podejrzenie, że tak właśnie jest, nasuwa mi narratorka, Amal, która mieszkając w Stanach, nie potrafi przyzwyczaić się do oszczędnego sposobu takiego codziennego komunikowania się. Wielokrotnie wspomina, jakie możliwości daje w takich sytuacjach język arabski, a przede wszystkim obyczaj i kultura. Nawet jeśli tak jest, to mnie  taki egzaltowany sposób opowiadania irytuje.

Tak czy inaczej uważam, że "Poranki w Dżeninie" to lektura bardzo ważna, a właściwie może nawet chętnie napisałabym, że obowiązkowa, gdybym nie wzdrygała się przed takim kategorycznym sformułowaniem.

W maju w tym samym wydawnictwie wyjdzie kolejna powieść Susan Abulhawy. Na pewno po nią sięgnę. Jestem bardzo ciekawa, na ile autorka będzie potrafiła wyjść dalej, a na ile powieli schemat "Poranków w Dżeninie".

Rade Jarak "Jugosłowiańskie puzzle"

Literackie upodobania potrafią zwieść na manowce. Tak było tym
razem. Moja słabość do literatury bałkańskiej i sag rodzinnych zaprowadziła mnie do powieści chorwackiego pisarza Rade Jaraka "Jugosłowiańskie puzzle" (Wydawnictwo Akademickie SEDNO 2022; przełożył Maciej Czerwiński). 
Już nie pamiętam, jak się o niej dowiedziałam. Trochę przeleżała w czytniku, aż bez specjalnego powodu przyszła jej kolej, kiedy szukałam następnej lektury. I niestety tym razem rozczarowanie. Nie mogę powiedzieć, abym się nad nią męczyła, przeciwnie, czytało się dobrze i szybko, ale jest to tego typu powieść, której równie dobrze mogłabym nie przeczytać. Ani grzeje, ani ziębi.

Nieprzypadkowo w tytule pojawia się słowo puzzle, bo właśnie taka jest struktura tej książki. Historię rodziny Romiciów z Dubrownika, która zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, a kończy w roku 2012, poznajemy niechronologicznie, bez żadnego porządku, podążając za różnymi bohaterami, a wszystko w krótkich rozdziałach. Najczęściej jest to ów brakujący kawałek rodzinnej historii, a z rzadka tło do obrazka - ot choćby obserwacja ptaków albo roślin w ogrodzie. Narracja na ogół trzecioosobowa, niekiedy przechodzi w pierwszoosobową, a czas przeszły miesza się z teraźniejszym.  Dlaczego tak? Jaka reguła tym rządzi? Nie odgadłam, ale może to kwestia braku spostrzegawczości czy nieuważnej lektury. 

Z takich puzzli mamy sobie stworzyć losy rodziny Romiciów zamieszkujących od kilku pokoleń rodzinny dom w Dubrowniku. A wszystko to na tle jugosłowiańskiej tragicznej historii - drugiej wojny, politycznych odwetów w czasach komunistycznych, a wreszcie dramatu po rozpadzie Jugosławii. Jeśli jednak ktoś obawia się makabrycznych obrazów, to spieszę uspokoić, że ich tu nie znajdzie. Chociaż dwaj bracia z najstarszego pokolenia związani z komunistyczną partyzantką Tity będą brali udział w wojnie, jeden zostanie na niej okaleczony, to wrócą z niej żywi i będą robić karierę w jugosłowiańskiej partii. Co nie znaczy, że śmierci w powieści nie ma. Przeciwnie, miałabym ochotę napisać, że trup ściele się gęsto, choć to nie kryminał ani powieść sensacyjna. 

Nad Romiciami ciąży fatum - masowo popełniają samobójstwa, giną w tragicznych okolicznościach, umierają na raka, męcząc się okrutnie, a nawet znikają. Dotyczy to także postaci luźno związanych z rodziną. Właściwie chyba nikt nie umiera tam banalnie - ze starości, na serce czy z innej podobnej przyczyny. Dopiero najmłodsze pokolenie, brat i siostra, wymyka się tej klątwie i zamierza żyć. Szczególnie ona. Bo czy on i jego żona źle nie skończą, za to nie dałabym głowy. Natomiast Milena chce nie tylko żyć, ale również rozkoszować się życiem. Dlatego ucieka daleko, bo aż na Madagskar, z mężczyzną, który jest jej w zasadzie obojętny, ale umożliwia właśnie taką  egzystencję.

Musiałam uciec daleko. Nie mogłam już znieść ojczyzny, Chorwatów i Serbów, ich niekończącej się wojny, kłótni, przepychanek. Mój ojciec jest Serbem, a matka Chorwatką. Co mam zrobić? Mam pójść w ślady mojej rodziny i targnąć się na swoje życie? O, nie. (...) Mam już wszystkiego dość. Scenariusz, który napisało życie, który dziedziczę, jest przeklęty. Już nie mogłam tego wszystkiego zdzierżyć. Powojenna mentalność zabiła całą moją rodzinę. Dziki kapitalizm.

Wprawdzie żyjąc na Madagaskarze, bez specjalnych wyrzutów sumienia korzysta z tego dzikiego kapitalizmu, co umożliwia jej biały przywilej, ale przynajmniej zdaje sobie z tego sprawę. Cóż zrobić, tak jest świat urządzony. Uciekając przed jednym złem, akceptuje inne.

Nienawidzę sama siebie, gdy patrzę na biedę, która mnie otacza. Ale co mam zrobić? Póki istnieje, istnieje. Próbuję być obojętna.

Czy zatem to rodzinne fatum związane jest z konkretnym miejscem w Europie, z Bałkanami? Tak zdaje się sugerować Milena. Ale czy rzeczywiście? Czy wszyscy samobójcy z tej rodziny targnęli się na swoje życie, bo byli chorzy z nienawiści do swoich współbraci, chorzy na swoją ojczyznę, a może na bałkańskość? Przecież nie. Prędzej na samotność, brak poczucia sensu, rozczarowanie. Smutek niczym mgła spowija bohaterki i bohaterów.

Tak chyba wygląda życie. Wszystko przychodzi i mija.

Naturą materii jest to, że przemija. Życie to tylko proces umierania. Straszne, kiedy się to zrozumie. My wszyscy, którzy przyszliśmy na ten świat w wymiarze materialnym, przyszliśmy po to, by umrzeć. To jedyna rzecz, którą musimy zrobić. W międzyczasie może uda nam się jeździć konno, wyjeżdżać na drogie wakacje i wychodzić na obiady rodzinne, może uda nam się kupić nowy dom, ale śmierć wyznacza kres. Czeka na nas może już za następnym rogiem. Rozkład.

A teraz czas najwyższy napisać, jaki mam problem z tą powieścią. Rzecz w tym, że taki sposób pisania, pokawałkowany, a na dodatek chłodny, spowodował, że nie potrafiłam się przywiązać do bohaterek i bohaterów, przejąć ich losami. Są mi  obojętni. Przecież już o tym wszystkim czytałam, mam za sobą sporo literatury z tego regionu. Aby nie mieć poczucia jałowości, muszę albo obcować z bohaterkami i bohaterami z krwi i kości, albo z językową finezją, albo zostać zaskoczona jeszcze w jakiś inny sposób. Samo mieszanie czasów, postaci i wątków, jak się okazuje, nie wystarcza. Irytująca bywa też deklaratywność niektórych fragmentów, szczególnie wtedy, kiedy ktoś wypowiada się w swoim imieniu. Przykład powyżej.

A dlaczego puzzle? Czy tylko dlatego, że składamy sobie historię Romiciów fragment po fragmencie? Może także dlatego, że wszystko się powtarza i który kawałek byśmy nie wyciągnęli, zawsze będzie przyjemność i ból, szczęście i nieszczęście?

Wszystko się kręci, znika i mnoży w odmętach losu, w ciągach przypadkowości, przyjemności i bólu, szczęścia i nieszczęścia. W nieprzewidywalności. To jest życie.

Przewidywalne i nieprzewidywalne zarazem.

Anne Enright "Strzyżyk woleoczko"

"Strzyżyk woleoczko" Anne Enright (Filtry 2024; przełożyli Piotr

Siemion i Kaja Gucio) to kolejna powieść irlandzka, po którą sięgnęłam. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w Polsce ukazały się wcześniej dwie inne powieści tej autorki, i to jedna w dużym renomowanym wydawnictwie, ale przeszły bez echa albo ja nie zwróciłam na nie uwagi. No ale o "Strzyżyku woleoczko" nie sposób było nie usłyszeć, bo jak to zwykle bywa przy promocji książki, rozmowy z samą pisarką albo z kimś innym o jej powieści w podcastowym uniwersum wyskakiwały dosłownie zewsząd. A że i ja uległam modzie na literaturę irlandzką, więc dałam się skusić. Cóż, tym razem jednak pozostałam wobec tej książki obojętna. Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobała, nudziła, że miałam ochotę ją rzucić. Nie, nic z tego, ale spośród irlandzkich powieści przeczytanych w ostatnich latach ta zainteresowała mnie zdecydowanie najmniej. W dużej mierze wydała mi się wtórna. Minęło kilka dni od jej lektury, a ja już mam niewiele do powiedzenia na jej temat.

To historia dwóch kobiet - Carmel i jej, wychowywanej samotnie, córki, Nell. Philip, ojciec tej pierwszej i dziadek drugiej, był znanym irlandzkim poetą, pisał słodkie wiersze opiewające piękno natury - o ptakach i roślinach. Tymczasem zupełnie nie sprawdził się jako mąż i ojciec - porzucił chorą żonę i nastoletnie córki. Obiecywał i nie dotrzymywał obietnic. Żył sobie beztrosko jakby nigdy nic się nie wydarzyło. 

Kolejna kartka przyszła później tego samego roku. Przedstawiała biały wiatrak ze szkieletowym żaglem i napisem "Mykonos" pod spodem. Pocztówka została zaadresowana do nich wszystkich i zawierała odpowiedź na pytanie, którego żadna z nich nie zadała: "Każdego dnia czuję się tu coraz lepiej, dzwony rozbrzmiewają nad wodą, a na dachu małej kawiarenki rosną winorośle i zrzucają listki. Winogrona! Hep!" Wiadomość została zilustrowana wesołym obrazkiem przedstawiającym przechylony kieliszek martini z oliwką. "Na zawsze Wasz tatko". Żadna z nich nie ucieszyła się z tej wiadomości.

Historię tych kobiet i całej rodziny poznajemy z perspektywy raz jednej, raz drugiej, przy czym Nell jest narratorką rozdziałów, w których opowiada o sobie.

Czy fakt, że Carmel miała problem z ułożeniem sobie relacji z mężczyznami, był wynikiem tego, że ojciec ją opuścił, a wcześniej patrzyła na niezbyt udany związek rodziców i przemoc w domu? 

Nie wstydziły się natomiast krzyków i ciosów, pomyślała Carmel, bo te zdarzały się tylko za zamkniętymi drzwiami. Ten mężczyzna przewyższał ją dwukrotnie rozmiarami i był jej ojcem, więc grzbiet jego dłoni był nieprzewidywalny niczym pogoda, po prostu nie należało wchodzić mu w drogę. Jeśli zatem ci się to nie udawało, to sama się prosiłaś.

Czy Nell, która popełnia jeszcze większy błąd, robi to dlatego, że jest obciążona problemami rodzinnymi? To właśnie historia tej ostatniej, a ściślej opowieść o przemocowym związku, w który wchodzi, wydała mi się wtórna. O wiele ciekawiej i głębiej zrobiła to moim zdaniem Megan Nolan w "Aktach desperacji". Czy ich kłopoty i nieumiejętność ułożenia sobie życia wynikają z tego, jakie dziedzictwo dźwigał Philip? A był to bagaż przemocy, której doświadczał w dzieciństwie spędzonym na wsi. Niejednokrotnie również na nią patrzył. Jest w powieści okrutna scena - jego ojciec z zimną krwią, z zawziętością morduje borsuka, który w pewien sposób towarzyszył rodzinie, bo zadomowił się w ich ogrodzie. Miał nawet swoje imię. Jakim człowiekiem stanie się ktoś, kto w dzieciństwie jest świadkiem takiej sceny i na co dzień obcuje z przemocą? Czy jego słodkie wiersze, których bohaterką jest przyroda, to ucieczka od doświadczeń dzieciństwa? A może wyparcie?

Innym problemem poruszanym w powieści jest praca Nell w infosferze, byle jaka, śmieciowa, wykonywana dla kogoś za marne pieniądze, praca, która może daje jakąś swobodę, bo nie trzeba przychodzić do biura, ale żadnej satysfakcji.

... gdybym miała coś, co kiedyś nazywano "pracą" (...) Byłam rzeczą do wyrzucenia, nie tylko dla niego, ale dla ludzi, którzy mi płacili, i - no wiecie - infosfery, państwa narodowego, koncernów, które warzyły dla mnie alkohol. Dla influencerki Meg i jej sześciu różnokolorowych krzeseł.

Takie problemy zawsze mnie interesują, ale tym razem jakoś pozostałam obojętna. Nell, żeby poskładać swoje życie, które się rozpadło, ucieka w podróż. Zaczyna zgłębiać historię rodzinną, szuka śladów dziadka, którego nie poznała i, o paradoksie, znajduje je właśnie w infosferze. Jakiś stary wywiad z czasów, kiedy mieszkał w Stanach. Nieoczekiwanie stwierdza, że: 

Więź między nami to coś więcej niż łańcuch DNA, to rzucona z przeszłości lina, gruba, poskręcana, pełna krwi.

Ten sam wywiad na Carmel robi zupełnie inne wrażenie. Przypomina jej, jakim żałosnym pajacem był jej ojciec. Wnuczce, która dziadka nie znała, łatwiej pogodzić się z rodzinną przeszłością niż córce ponoszącej konsekwencje jego zachowania.

To tyle. Nie żałuję lektury, ale zachwytu nie było.


Georgi Gospodinow "Ogrodnik i śmierć"

Moja relacja z twórczością Georgiego Gospodinowa okazała się być

nieoczywista. Po przeczytaniu "Fizyki smutku", powieści, od której zaczęła się w Polsce kariera tego bułgarskiego pisarza wymienianego od jakiegoś czasu wśród kandydatów do Nobla, nie sięgnęłam po żadną z kolejno wydawanych jego książek. Dlaczego? Chyba po tamtym doświadczeniu bałam się czytelniczego trudu. Nie spróbowałam nawet się z nim zmierzyć po obejrzeniu spektaklu opartego na "Schronie przeciwczasowym", powieści, za którą otrzymał międzynarodowego Bookera. Wygląda na to, że jakoś sobie twórczość Gospodinowa zdemonizowałam, bo przecież, o czym przekonałam się teraz, napisałam entuzjastyczną notkę o "Fizyce smutku"! I być może już nigdy nie wróciłabym do jego twórczości, gdyby nie konieczność przeczytania jego ostatniej książki, "Ogrodnik i śmierć" (Wydawnictwo Literackie 2025; przełożyła Magdalena Pytlak), na spotkanie klubu czytelniczego. Właściwie nie do końca była to konieczność, bo nikt mi nie kazał jej czytać, nie muszę przecież iść na to akurat spotkanie. Tak czy inaczej jestem zadowolona, że do Gospodinowa wróciłam. Wpisałam sobie pozostałe jego powieści na listę książek, które zamierzam przeczytać. Pytanie, kiedy to nastąpi, jak zwykle pozostaje otwarte.

"Ogrodnik i śmierć" to książka szczególna z dwóch powodów - jest pierwszą, jaką napisał po otrzymaniu Bookera, i nie jest powieścią. To próba zmierzenia się ze śmiercią ojca. Od razu napiszę, że moje doświadczenia z tego typu pozycjami, były raczej zniechęcające. Nic mi nie dawały, nie rezonowały z moim doświadczeniem, a mam je za sobą, pozostawiły mnie obojętną. Mam za sobą dwie takie lektury - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcina Wichy i "Śmierć przychodzi nawet latem" Zsuzsy Bánkobie nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jakiego oczekiwałam, szczególnie, że wszyscy piali z zachwytu. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jednak coś mnie w samym pisarstwie węgierskiej pisarki zaintrygowało na tyle, że sięgnęłam po jej powieść „Pływak” i tym razem byłam zachwycona. Ale dość tych dygresji, wracam do Gospodinowa.

Ogrodnik i śmierć” to książka skomponowana podobnie do tamtych dwóch. Autor opowiada o chorobie ojca, o mierzeniu się z jej trudami, o śmierci, o związanych z tym emocjach, uczuciach, o żałobie, wspomina szczęśliwe chwile, jakie z nim spędził, snuje refleksje o śmierci i przemijaniu. Odnalazłam tu nawiązania do „Fizyki smutku”, bo kilka razy pojawia się Minotaur, który to mit pisarz zreinterpretował w tamtej powieści. Choroba i śmierć uruchamiają na nowo pamięć wspomnień.

jego nieobecność puszcza w ruch całą mechanikę pamięci. Rzeczy, o których od dawna nie myślałem, teraz budzą się, budzę je, żeby mieć pewność, że to wszystko było.

Oczywiście wiele miejsca poświęca ojcu, który jawi się w jego książce jako człowiek niezwykle sympatyczny, ciepły, skromny i bardzo cierpliwy oraz pokorny w chorobie. Nie skarżył się, nie rozpaczał, przepraszał za kłopoty, znosił wszystko niezwykle dzielnie, chociaż cierpiał. Ale dzięki wspomnieniom poznajemy go też w pełni sil witalnych. Jego pasją był ogród, który z radością pielęgnował i uprawiał, odkąd przeniósł się razem z żoną do domu po rodzicach. W mieście się dusił. Ten ogród uratował mu życie, kiedy przed wielu laty po raz pierwszy poważnie chorował. Pisarz bardzo wiele ojcu zawdzięcza, bo to on był mistrzem opowieści i anegdoty, które z pasją opowiadał. Sam też był bohaterem wielu zabawnych historii, a one potem przechodziły do rodzinnej legendy. Nie wiem, jaki był naprawdę, ale dzięki literaturze już zawsze będzie niezwykle zabawnym, ciepłym i witalnym człowiekiem. Mistrzem życia. Mistrzem dostrzegania tego, co wzniosłe, w jakimś drobiazgu.

Być może taka była misja mojego ojca, myślę sobie, choć sam sobie nie zdawał z tego sprawy – pasterz małego stada historii, które sam wychował i które wszędzie za nim chodziło. Albo po prostu ogrodnik – tam, w ogrodzie z historiami i rodzinnymi krzewami.

Tego się od niego nauczył, tego mu zazdrościł. Bo jak pisze autor w swoim motcie:

Każda historia, nawet jeśli wydarzając się, była osobista, gdy choć raz przejdzie przez język, gdy ubierze się w słowa, nie jest już nasza, należy wówczas tak samo do porządku rzeczywistości, jak i fikcji.

A w innym miejscu zauważa:

Przeżywają jedynie historie.

Więc jest ta książka próbą zatrzymania na zawsze i dla wszystkich historii opowiadanych przez ojca i z ojcem w roli bohatera.

Czytając książkę, do pewnego momentu czułam podobne rozczarowanie jak przy wspomnianych już lekturach, potem jednak mój odbiór się zmienił. Wciągnęły mnie te skrawki, z których składa się "Ogrodnik i śmierć", podobał mi się bohater tej opowieści, czyli ojciec autora. A poza tym coś zaczęło rezonować z moimi doświadczeniami, coś mnie poruszało i sprawiało, że kilka razy poczułam dreszcze. A zawdzięczam to dwóm refleksjom, które przewijają się w książce.

Kiedy autor patrzy wstecz, wspomina chorowanie ojca, pisze o takich momentach, które okazały się ostatnimi. Ostatni raz ojciec jechał pociągiem, ostatni raz wchodził po schodach, ostatni raz coś zjadł, ostatni raz coś powiedział. Kiedy to się działo, nikt nie wiedział, że to te ostatnie razy.

Mój ojciec siedział po raz ostatni w skórzanej kurtce i dżinsach, na zewnątrz prószył śnieg (…) To tyle, nigdzie więcej się nie ruszam, powiedział cicho. Tak będzie.

A już na pewno nikt nie przypuszczał, kiedy  opuszczał swój dom i ogród, aby pojechać do syna do Sofii na badania, że już tam nie wróci.

Mój ojciec miał przebyć te trzysta kilometrów z powrotem w karawanie pogrzebowym. Czy zanim wyruszył do Sofii przeczuwał, że to podróż w jedną stronę? Czy dostajemy jakieś znaki, czy przeciwnie, dzięki niewiedzy zostaje nam to oszczędzone?

Nigdy nie wiemy, czy coś, co się dzieje, nie zdarza się właśnie ten ostatni raz. I nie chodzi tylko o doświadczenia ostateczne, ale o jakieś inne nieoczekiwane zmiany w naszym życiu. Ja mam za sobą przynajmniej kilka takich doświadczeń. A potem przychodzi tęsknota i świadomość, że życie toczy się dalej, ale on już tego nie doświadcza, jego już nie ma.

Śmierć jest czereśniowym drzewem, które dojrzewa bez ciebie.

Druga refleksja to próba przeniknięcia tajemnicy umierania. Oczywiście z góry skazana na porażkę. Autor próbuje odgadnąć, co mógł czuć ojciec w tych ostatnich chwilach. Co chciał powiedzieć, co miał oznaczać ostatni gest ręką, a przede wszystkim właśnie, o czym myślał, jeśli w ogóle, kiedy był już tak blisko, kiedy przekraczał tę granicę.

to ostatnia noc. Noc wielka literą. Najdłuższa noc. Próbowałem wyobrazić sobie, co czuje człowiek w taką noc, w ostatnich godzinach. I mnie, który wierzy w słowa, zabrakło słów.

Czy jesteśmy w stanie zajrzeć w jego myśli i ponieść (przez sekundę) to, co tam się dzieje?

Autor kilka razy przytacza słowa swojego ojca: To nic takiego. Czy rzeczywiście nic takiego? Tak to czuł czy miały to być słowa pocieszenia dla najbliższych?

Są też rozmaite drobne refleksje, spostrzeżenia, które ze mną też rezonują. Ot, choćby ta, że kiedy jednych dotyka tragedia, świat się nie zatrzymuje, inni przeżywają akurat największe szczęście w swoim życiu albo po prostu celebrują codzienność. Albo taka.

Dlaczego ci, którzy opuszczają ten świat, śledzą jego wiadomości? Po to, żeby było im lżej, kiedy sobie powiedzą – „opuszczam świat, który już i tak zaczął się staczać, czemu ma mi go być żal” (a wiadomości są apokaliptyczne, w pełni zsynchronizowane z naszą prywatną apokalipsą)?

No i są jeszcze takie fragmenty, które dotknęły mnie bardzo, otworzyły niezabliźnioną ranę, z którą się mierzę albo i nie mierzę, bo wolę w nią nie zaglądać, ale o tym pisać nie będę, bo to zbyt osobiste, intymne i bolesne.

Cieszę się, że zdecydowałam się przeczytać „Ogrodnika i śmierć”. Nie tylko dlatego, że nabrałam apetytu, aby sięgnąć po dwie poprzednie powieści Gospodinowa, z którymi bałam się zmierzyć. A w kwietniu wychodzi kolejna jego książka.

Popularne posty