Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

Jokha Alharthi "Ciała niebieskie"

Ponieważ z wielką ciekawością sięgam po literatury niszowe, o ile

oczywiście odpowiadają moim czytelniczym gustom, a te mam bardzo sprecyzowane, nie mogłam ominąć powieści "Ciała niebieskie" Jokhy Alharthi (ArtRage 2024; przełożyła Hanna Jankowska), omańskiej pisarki i wykładowczyni języka oraz literatury arabskiej w jej ojczystym kraju. Dodajmy, powieści nagrodzonej w roku 2019 międzynarodowym Bookerem. Jak często mamy do czynienia na naszym rynku wydawniczym ze współczesną literaturą arabską? Rzadko. A z omańską? Pewnie dotąd w ogóle. Inna sprawa, że współczesna literatura z krajów  obszaru Zatoki Perskiej powstaje od stosunkowo niedawna, co jest świadomą decyzją ich władców, a dowiedziałam się o tym z dwóch bardzo ciekawych podcastów, kiedy chciałam sobie poszerzyć pole widzenia po lekturze książki. Jeden to przedostatni odcinek sezonu drugiego "Opowieści Arabskich", czyli rozmów Agaty Kasprolewicz z Janem Natkańskim, byłym dyplomatą, które ukazywały się w ramach "Raportu o Stanie Świata" Dariusza Rosiaka. Drugi to rozmowa Macieja Okraszewskiego z Agatą Romaniuk, autorką książki o omańskich kobietach ("Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu") w ramach jego podcastu "Dział Zagraniczny". A ten reportaż mam od dawna i niedługo po niego na pewno sięgnę. Polecam, bo obie rozmowy są bardzo ciekawe, dają szerszą perspektywę i łamią stereotypy dotyczące krajów Zatoki Perskiej. 

Dość wstępu, czas przejść do powieści. Muszę powiedzieć, że "Ciała niebieskie" spełniły pokładane w nich oczekiwania. Przeczytałam je z wielką przyjemnością, chociaż zawsze mam problemy, kiedy używam takiego sformułowania, pisząc o książce opowiadającej niełatwe historie. Muszę jednak uczciwie przyznać, że nie jest to powieść tylko czarna, niesie jednak nadzieję.

Jej bohaterkami i bohaterami są mieszkańcy pewnej osady znajdującej się na omańskiej pustyni. To członkowie kilku rodzin, ich sąsiedzi i służba, która jeszcze jakiś czas temu należała do ludności niewolniczej. Tak, tak, niewolnictwo w Omanie zniesiono dopiero w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku! A ponieważ akcja toczy się częściowo w latach osiemdziesiątych, a częściowo na początku naszego wieku, wśród bohaterek i bohaterów powieści są tacy, którzy uzyskali wolność w trakcie swojego życia. Co z nią zrobili? Dla jednych była to sprawa bardzo istotna, kwestia honoru, naprawienia krzywd, pamięci o tym, skąd przywieziono ich przodków. Ci wyjechali, próbując ułożyć sobie życie w innym kraju z dala od ludzi, których niewolnikami byli oni lub ich przodkowie. Ale dla Zarify, niewolnicy i kochanki kupca Sulajmana, nie zmieniło się nic. Została w jego domu jako służąca i opiekunka jego syna, Abd Allaha. Nikt jej nie zmuszał, tak chciała, nie rozumiała rozprawiającego w kółko o wolności męża, za którego wydał ją kiedyś jej pan, a potem nie rozumiała też własnego syna. 

Losy bohaterek i bohaterów poznajemy z krótkich rozdziałów najczęściej zatytułowanych ich imieniem. Te historie nie są opowiadane chronologicznie, mieszają się czasy, mieszają osoby, dlatego moim zdaniem warto tę powieść czytać bez większych przerw, aby się nie pogubić. Na szczęście na początku zamieszczone są drzewa genealogiczne najważniejszych rodzin, co ułatwia orientację.

Najbardziej podobała mi się w "Ciałach niebieskich" warstwa obyczajowa i możliwość wglądu w historię kraju. Nie jest to oczywiście powieść historyczna, ale historia wpleciona została w życie bohaterek i bohaterów. Ot choćby problem niewolnictwa czy lewicowej partyzantki walczącej z rządem, co miało miejsce w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego wieku. Rodzina jednego z bohaterów musiała uciekać do Egiptu, bo ojciec zaangażowany był w ten ruch. Muszę przyznać, że to właśnie tego najbardziej szukam w literaturach niszowych. Problemy uniwersalne są oczywiście ważne, ale poznanie specyfiki kraju, obyczajów, konfliktów społecznych, uwarunkowań historycznych i politycznych jest dla mnie najważniejsze. A powieść Jokhy Alharthi to wszystko daje. Sprawiały mi też wielką przyjemność takie drobiazgi jak opisy domów, potraw, magicznych rytuałów, cała ta codzienność świetnie tu oddana.

Dzięki temu autorka znakomicie pokazuje zmiany, jakie zaszły i zachodzą w Omanie. Podczas gdy pokolenia babek i dziadków w czasach młodości nie miały wiele do powiedzenia, szły drogą wyznaczoną przez rodziców, to pokolenie następne ma już więcej swobody. Bohaterki z tego pokolenia, trzy siostry Majja, Chaula i Asma mają jakiś wpływ na to, kto zostanie ich mężem. Jeśli się uprą, mogą odrzucić starającego się o nie kandydata. Nadal jednak od kiedy nie są już dziećmi i dopóki nie wyjdą za mąż, zamknięte są w domach, nie mogą się też kształcić. Ale jeśli zdecydują się na zamążpójście, trafią na światłego męża i chcą, to mogą zdobywać wykształcenie. Tak robi jedna z sióstr, która jednocześnie realizuje się jako matka i jest to jej świadoma decyzja. A pokolenie ich dzieci ma tej swobody jeszcze więcej. London, córka Majji, studiuje, zostaje lekarką. Zmiany widać też w sposobie traktowania najmłodszych. Kiedyś na porządku dziennym były okrutne kary fizyczne czy niedojadanie nawet w zamożnych rodzinach, bo dzieci musiały czekać, aż posilą się dorośli, nie wypadało też łapczywie sięgać po jedzenie, kiedy byli goście, a efekt tego był taki, że często były po prostu głodne. Abd Allah za niesubordynację został przez swojego ojca Sulajmana związany liną i zawieszony w studni, o czym nie potrafi zapomnieć, trudno się zresztą dziwić. Jemu też zdarza się ukarać dzieci, ale jest to już tylko, albo aż, uderzenie w twarz. Natychmiast jednak wstydzi się tego, bo nie chce być taki jak ojciec. Chociaż w powieści dużo jest mroku, smutku, to jednak nadzieję niesie to, że każde kolejne pokolenie ma lepiej.

Dużą zaletą powieści jest fakt, że zmusza do głębszego spojrzenia na życie omańskich kobiet. Nie możemy ich oceniać z naszego punktu widzenia. Ich losy układają się różnie. Młodsze pokolenia, mające coraz więcej swobody, popełniają błędy na swój rachunek, wybierają różne modele życia. Chaula zdobywa wykształcenie, ale potem spełnia się jako matka. To jej decyzja. Najlepiej też radzi sobie jako żona, mimo że wyszła za mąż, podążając za sugestią rodziców i nie znając męża przed ślubem. Tymczasem jej siostra Asma marzy o wielkiej miłości, czeka na księcia z bajki i nie wychodzi na tym najlepiej. Może się jednak rozwieść i to też jest jej decyzja. Najbardziej tajemnicza z trzech sióstr jest Majja. Ona też potrafi postawić na swoim, kiedy upiera się, aby jej córka miała na imię London, na co krzywią się wszyscy. A sama London chociaż się kształci i ma znacznie więcej swobody, też jest zakładniczką mitu wielkiej miłości. Ale czy my, Europejki, nie ulegamy temu mitowi? Nie dajemy się ponieść uczuciu beznadziejnemu, które nas niszczy? Nie zatracamy się w miłości?

Poza tym powieść porusza też bardzo uniwersalne problemy. Choćby na nowo definiowany wzorzec męskości. Młode pokolenie mężczyzn chce się odciąć od swoich ojców, ale życie pokazuje, że zerwanie z ich modelem postępowania nie zawsze jest łatwe. Innym problemem są wewnętrzne podziały w społeczeństwie. Niełatwo komuś z niższej warstwy w swoim środowisku zdobyć szacunek i poważanie, nawet jeśli wyrwie się z biedy. Receptą bywa wyjazd. 

A poza tym bardzo ciekawe są losy bohaterek i bohaterów powieści oraz ich wzajemne relacje, zależności. Jak te tytułowe ciał niebieskie tworzą konstelacje, ale jednocześnie krążąc po własnych orbitach, pozostają samotne i samotni. Chociaż powieść jest niezbyt obszerna, to naprawdę bardzo dużo można z niej wydobyć, jest się nad czym zastanawiać, a bohaterowie nie są tylko figurami, a postaciami z krwi i kości. Na ich losy nie pozostałam obojętna, byli mi bliscy.

Jest też jedna zagadka, która nie daje mi spokoju. Dlaczego w swoim imieniu wypowiadają się tylko dwaj mężczyźni? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego żadna z kobiet? Zastanawiam się nad tym, mam jakąś odpowiedź, ale czy prawdziwą nie wiem. Zresztą, być może nie ma jednej.

Na sam koniec warto też wspomnieć o języku, czasem prostym, a czasem poetyckim. Powieść mocno zanurzona jest w arabskiej poezji. Jest tu do niej wiele odniesień i na pewno nie wszystkie metafory, symbole są dla osób z europejskiego kręgu kulturowego jasne. Ale to w niczym nie umniejsza jej wartości.

Chociaż wiele tu ciemnych barw, warto sięgnąć po "Ciała niebieskie". No i jest nadzieja. A problemy są wszędzie.

Alia Trabucco Zerán "Do czysta"

"Do czysta" (Czarne 2025; przełożył Tomasz Pindel) chilijskiej

pisarki Alii Trabucco Zerán to kolejna powieść z Ameryki Łacińskiej, którą przeczytałam. Nowy boom na literaturę latynoamerykańską trwa, a ja z przyjemnością mu się poddaję, bo Ameryka Łacińska żywo mnie interesuje. Autorka należy do młodego pokolenia pisarek i pisarzy (rocznik 1983), mieszka w Santiago, studiowała w Stanach i w Londynie. "Do czysta" to jej druga powieść, jak wynika z brytyjskiej Wikipedii, bo w nocie biograficznej zamieszczonej na stronie wydawnictwa nie zostało to jasno powiedziane.

To kolejna bardzo dobra książka latynoamerykańska, jaką ostatnio przeczytałam. Książka, która sporo mówi o chilijskim społeczeństwie, a tego właśnie najchętniej szukam w literaturze obcej, a już szczególnie z miejsc odległych. Ma też oczywiście wymiar uniwersalny.

Narratorką jest czterdziestoletnia Estela Garcia, która przybywa do Santiago z jakiejś wyspy leżącej na południu Chile w poszukiwaniu pracy. Zostaje gosposią, a potem niańką dziewczynki, która ma się wkrótce urodzić. Pracuje w zamożnym domu w dobrej dzielnicy Santiago, gdzie bogate wille, jak to w Ameryce Łacińskiej bywa, otoczone są płotem zwieńczonym zwojem drutu pod napięciem. Ma tam swój niewielki pokoik przy kuchni. O pracodawcach mówi najczęściej - pani i pan, o ich córce - dziewczynka. Ona jest prawniczką w jakiejś firmie, on lekarzem w szpitalu. 

Estela opowiada historię swojej siedmioletniej (mogłam się odrobinę pomylić) pracy u państwa, znajdując się w jakimś miejscu odosobnienia. Ktoś jej być może słucha, a przynajmniej ona jest o tym przekonana. Gdzie jest, możemy się tylko domyślać. Zaraz na początku dowiadujemy się, że dziewczynka nie żyje. Jej opowieść ma wyjaśnić, jak doszło do jej śmierci. Czy ona była odpowiedzialna? Nie dopilnowała czegoś? A może ją zabiła? Dlaczego? W każdym razie miejsce odosobnienia, w którym się znajduje, oraz jej opowieść skierowana do kogoś, komu ma? chce? wyjaśnić, jak do tej śmierci doszło, mogą sugerować, że to ona jest winna. Przynajmniej ja tak to odbierałam. Jak jest naprawdę, dowiadujemy się na końcu. Muszę przyznać, że zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, ale świetnie wpisywało się w całość opowieści. 

Estela jest kobietą refleksyjną, zastanawia się nad sobą, nad światem, panią, panem i dziewczynką. Wielokrotnie używając jakichś trudniejszych słów czy sformułowań, prowokuje słuchających. Domyśla się, że dziwią się temu, że zna takie wyrazy. Noszą w sobie obraz służącej, która jest nikim - prostą, niewykształconą kobietą. Ona dziwi się ich zdziwieniu.

Wróćmy jednak do mojego głosu - gosposia powinna używać innego słownictwa, prawda? Powinna mówić pośpiesznie, niezdarnie, połykać głoski i wypowiadać je niewyraźnie. Głos inny, wyróżniający się na tle pozostałych. Żeby można taką od razu zidentyfikować, bez wkładania fartucha.

Podobnie myśleli o niej pani i pan. Chociaż była świadkiem ich życia, sprzątała po nich, oglądała ich brudną bieliznę i pościel, zajmowała się ich córką, była dla nich przeźroczysta. Dostrzegali ją, kiedy coś źle zrobiła albo kiedy wydawali jej polecenia. Czasem poprawność polityczna kazała im zaprosić ją do stołu, pocieszyć, kiedy zmarła jej matka. Żyli w jednym domu, ale prowadzili równoległe życia.

Obraz świata, jaki wyłania się z tej powieści, jest przerażający z kilku powodów.

Pierwszy to życie Esteli. Przyjechała do stolicy, aby zarobić pieniądze, pomóc matce, rozbudować i ulepszyć ich skromny domek. Była przyzwyczajona do swobody i życia blisko natury, rozpoznawała ptaki, rośliny, to wszystko było dla niej ważne. Trafiła do wielkiego, szarego miasta, żyła zamknięta w klatce domu i ogrodu swoich państwa. Wychodziła tylko do pobliskiego supermarketu na zakupy. Miała popracować rok, może trochę dłużej, została na siedem lat zmuszona okolicznościami i przyzwyczajeniem. Wielokrotnie podkreśla monotonię swojej pracy, poczucie, że żyje prowizorycznie, a nie naprawdę, swój wygląd wskazujący na więcej niż czterdzieści lat.

Twarz sześćdziesięcioletniej kobiety, kobiety liczącej sobie sto dwadzieścia milionów lat. Obwisła skóra na szyi, pierwsze siwe włosy na skroni, zmarszczki tu czy tam, opuchlizna wokół oczu ze zmęczenia. Twarz jednak, nie dajcie się nabrać, nigdy nie mówi prawdy. Twarz udaje, kłamie, ukrywa. Toteż ślady na niej są śladami najczęstszych kłamstw, grzecznościowych uśmiechów, niezliczonych godzin kiepskiego snu.

Stała się kimś, kim nie była naprawdę.

... patrzyłam na tę obcą kobietę, która zmiatała podłogę, wyrzucała spleśniałe wiśnie, myła kubeł po śmieciach, myła szyby, wyciągała włosy z odpływu wanny. Zaprawiałam się tak, jak zaprawiają się sportowcy, żeby znosić ból, jak zaprawiani jesteście wy i ja, kiedy uczy się nas wzajemnej pogardy. I sama ćwicząc, ćwiczyłam także ją. (...) Tę kobietę, która umiała stać się nieodzowna. Nauczyła się pleść warkocz małej. Nauczyła się stosować do wskazań lekarza. Nie mówić "buzia", tylko "usta". Nie mówić "przyszedli", tylko "przyszli". Odkładać noże do przegródki z nożami. Łyżki do tej z łyżkami. A słowa trzymać w gardle, skąd nigdy nie powinny wychodzić.

Z czasem coraz bardziej wtapia się w tło, znika, staje się niewidoczna, milczy, a państwu to nie przeszkadza, dopóki praca jest wykonana - warkocz małej zapleciony, łyżki odłożone do łyżek, widelce do widelców.

Trwałam w niemocie dzień po dniu i odeszła mi ochota na gadanie. Bo i z kim? Po co, skoro nie było już Yany, nie było mojej mamy? A w międzyczasie rutyna, ciągle i tak samo: wyrzucić cudze śmieci, odkurzać cudze dywany, polerować cudze lustra, prać cudze ubrania.

Ratunkiem może być powrót na południe. Życie na swoich warunkach. Ale czy jej się to uda? Czy będzie jej łatwiej? Doświadczenie jej matki, która tak samo jak ona, musiała kiedyś harować u jakichś państwa, i kuzynki pracującej ciężko w przetwórni ryb, pokazuje, że nie będzie to pewnie możliwe. 

Przerażający jest też obraz rodziny, u której pracuje Estela. Co z tego, że mają pieniądze, stać ich na dom w dobrej dzielnicy, na gosposię. Żeby otoczyć się tym luksusem, harują od rana do nocy. Żyją w strachu przed światem pełnym przemocy, od której starają się oddzielić, przed upływem czasu i nieuchronną starością. Córkę tresują, a nie wychowują. Ma dorosnąć do ich oczekiwań, świetnie się rozwijać, uczyć, pójść do prywatnej szkoły, potem na studia. Po co? Żeby żyć tak jak oni. Ten dom jest przeraźliwie zimny, nie ma w nim ciepła, bliskości, miłości. Oni też żyją udawanym życiem, w ciągłym napięciu. Nie są sobą, nie mogą ani na chwilę opuścić gardy, udają szczęśliwych ludzi, szczęśliwe małżeństwo, szczęśliwą rodzinę i szczęśliwe życie.

Świat Esteli i jej państwa jest w gruncie rzeczy podobny. Wszyscy muszą harować, aby utrzymać się na powierzchni. Ale jest też między nimi zasadnicza różnica - ona nigdy za swoją harówkę nie dostanie takich pieniędzy, aby godnie żyć. Jej matka musiała ją zostawić na wsi z krewnymi, a sama pracowała w mieście u swoich państwa. Oni za swoją harówkę zarabiają dobre pieniądze, ich stać na nianię dla dziecka. I pewnie mają wybór - mogliby trochę zwolnić i też utrzymaliby się na powierzchni. Ale nie chcą, bo muszą mieć więcej, więcej i więcej.

A gdzieś na obrzeżach ich idealnego świata toczy się życie. Wybucha gniew takich jak Estela - wykluczonych, niezauważanych, przeźroczystych. Ten gniew miga na ekranie telewizora, na który Estela zerka ukradkiem, pracując w kuchni. Jak to się skończy?

Kolejna bardzo dobra powieść z Ameryki Łacińskiej, która nie daje o sobie zapomnieć.

Eugenia Kuzniecowa "Drabina"

"Drabina" (Znak 2024; przełożyła Iwona Boruszkowska) to druga

powieść Eugenii Kuzniecowej ukraińskiej pisarki mieszkającej w Hiszpanii. Dwa lata temu pisałam tu o debiucie autorki, "Nim dojrzeją maliny", i dzieliłam się mieszanymi uczuciami. Dlatego być może nie sięgnęłabym po jej drugą powieść, bo szkoda mi czasu na książki zwane otulającymi albo deserowymi, a do takiej kategorii zaliczam ten debiut. Postanowiłam jednak dać autorce jeszcze jedną szansę, a to ze względu na temat, jaki porusza.

Akcja "Drabiny" toczy się na południu Hiszpanii zaraz po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Do Tolika, który od kilku (kilkunastu?) lat mieszka tam i pracuje w jakiejś międzynarodowej firmie, przyjeżdżają wojenni uciekinierzy - mama, jej brat Anatolij poruszający się na wózku, nieco ekscentryczna stryjeczna babka Hryhoriwna, siostra Irusia i jej koleżanka Polina, dwie kotki i pies. Tolik, chociaż z rodziną skłócony nie był, ceni sobie swoją samotność i cieszy się właśnie kupionym domem z potencjałem. Napisałam cieszy się, ale tak naprawdę za bardzo cieszyć się nie zdążył, bo jego samotność zakłócił przyjazd krewnych. Nie zdążył nawet w domu za bardzo się rozgościć i urządzić po swojemu, dlatego na ścianach wiszą obrazy wyszywane przez dawną właścicielkę, a wszędzie stoją figurki aniołków i jezusków. Z wielkich planów zdążyła się tylko zmaterializować zielona lodówka i odkupiony od kogoś flipper.

Z jakiegoś powodu widok flippera był dla Tolika nieprzyjemny. Wraz z zieloną lodówką przypominał mu o wymarzonym życiu, które teraz wydawało się nieosiągalne. Marzenia o maszynie do lodu, własnego autorstwa designie i o domu. Tylko marzenie o domu okazało się komuś potrzebne. Ale teraz z tego domu miał ochotę uciec. 

Ten fragment znakomicie pokazuje to, co czuje Tolik. Bo z jednej strony cieszy się, że mógł pomóc, a dom jest na tyle obszerny, przecież z potencjałem, że miejsca starcza dla wszystkich, ale z drugiej strony ma dość. Dość wtrącania się, pouczania, spełniania życzeń, dość poczucia, że znowu traktowany jest jak mały chłopiec, dość swojej spolegliwości wobec matki, Hryhoriwny i wuja, dość tego, że kawę musi pić ukradkiem, bo ich zdaniem szkodzi na potencję, a przecież na pewno będzie chciał mieć dzieci. I tu zaraz włączają się najrozmaitsze wyrzuty sumienia. Że bardziej denerwują go takie drobiazgi, niż okropności wojny, że nie walczy, że zazdrości spokoju sąsiadom.

... Tolik wstydził się, że podczas tych potworności najbardziej denerwuje go rozmowa o wpływie cykorii na ewentualną płodność.

Tolik skinął głową, wiedział, że ona ma rację, ale pomyślał, że nawet nie zdążył poznać swojego nowego życia, a już je stracił, i znowu ogarnął go wstyd z powodu małostkowych zatargów.

Od pierwszych dni wojny Tolik łapał się na myśli, iż wszyscy ludzie wokół irytują go tylko dlatego, że u nich było wszystko w porządku.

Czasami nawet myślał, że pójdzie na ochotnika, ale w głębi duszy wiedział, że nie odważy się tego zrobić, więc nigdy nawet nie wspomniał o takiej możliwości.

Chcąc uniknąć spotkań na korytarzu, kupił sobie drabinę, po której wchodził wprost do swojej sypialni.

Ale nie tylko on odczuwa taki dysonans między tym, jak jest i co go denerwuje, a tym, jak być powinno. Jego bliscy również mają poczucie nieadekwatności swoich emocji i myśli.

... mama czułaby się niezręcznie i byłaby skrępowana przed setkami tysięcy innych wygnanych przez wojnę z domów ludzi, gdyby miała przyznać, że najtrudniejsze wydało jej się to miauczenie Zusi w autobusie ...

Hryhoriwna tęskniła za Władikiem. Wstydziła się swojej tęsknoty za psem w czasach, gdy umierali ludzie, czasem najbliżsi.

Cóż, życie toczy się dalej i składa się z takich drobiazgów.  Autorka bardzo dobrze oddaje tę domową atmosferę. Kilkoma kreskami, najczęściej w dialogach rysuje te przekomarzanki, pouczanki, tę gmatwaninę uczuć i emocji, nie zawsze szlachetnych, ale jakże ludzkich. Z tych samych środków korzysta, kreśląc portrety bohaterek i bohaterów. Nie jest jej obca ironia, ale jednocześnie spogląda na nich życzliwie. 

Inny problem, jaki pokazuje w "Drabinie", to stosunek ludzi Zachodu do wojny i do uciekinierów. Oczywiście współczują im, bo jakże by inaczej, ale każdy żyje swoim życiem. Kiedy szef Tolika, Bob, postanawia urządzić imprezę, na której będą zbierane pieniądze na jakiś szlachetny ukraiński cel, jaki, to się zobaczy później, wszyscy goście po przekroczeniu progu natychmiast przyjmują odpowiednio zbolałą i współczującą minę.

Widowisko było naprawdę surrealistyczne: przyjęcie, kieliszki, goście, a twarze wszystkich były smutne i pełne współczucia jak na stypie. Zbliżając się do Tolika, ludzie zaciskali usta, mówiąc: "wyrazy współczucia".

Autorka bardzo dobrze oddaje znany, niemożliwy do zlikwidowania rozdźwięk pomiędzy światem cierpiących, a światem dobrobytu i spokoju, które istnieją równolegle do siebie.

- Pieniądze będą zbierać - powiedział Tolik, nie wiedząc dokładnie, jak wytłumaczyć Anatolijowi Stiepanowyczowi, że tak jest skonstruowany współczesny świat.

- To jak Casablnca, pamiętasz? - zapytał Tolik. - Tam wszyscy piękni ludzie mieszkali, póki trwała wojna. Ale bardzo się martwili.

Ci wszyscy pełni współczucia Hiszpanie poruszają się jak słoń w składzie porcelany. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego Ukraińców oburza stawianie w roli równorzędnych ofiar wojny Rosjan, którzy nie zgadzają się z polityką Putina. Niejaki Mstisław pławi się na przyjęciu właśnie w takiej  roli, a Tolik musi ukrywać swój gniew, żeby nie zostać oskarżonym o nadmierną emocjonalność i drażliwość.

Nie jest to powieść o jakimś wielkim ciężarze. Czyta się ją przyjemnie i szybko. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Taka popliteratura opowiadająca o poważnych sprawach. Może dzięki temu więcej osób po nią sięgnie. Z dwóch powieści Eugenii Kuzniecowej ja zdecydowanie wolę tę.

Gregor von Rezzori "Niegdysiejsze śniegi"

Kilka miesięcy temu zelektryzowała mnie informacja, że Czarne

wyda książkę Gregora von Rezzoriego "Niegdysiejsze śniegi" (2025; przełożyła Małgorzata Gralińska). Dlaczego? Bo przed laty zachwyciłam się jego "Pamiątkami antysemity" wydanymi przez Pogranicze. Od razu zaznaczę, że tytuł jest ironiczny. Owszem, pisarz wychował się w środowisku antysemickim, ale z antysemityzmu skutecznie wyleczyły go znajomości z Żydówkami i Żydami mającymi wpływ na jego życie. Chociaż napisał bardzo dużo, w Polsce ukazała się przed laty, w Czytelniku,  jeszcze jedna jego książka, powieść "Gronostaj z Czernopola", którą zamierzam przeczytać. (Niech żyją biblioteki!) 

Zanim o "Niegdysiejszych śniegach", kilka słów o pisarzu. Urodził się w roku wybuchu pierwszej wojny w arystokratycznej rodzinie o korzeniach sycylijskich w Czerniowcach, które w tamtym czasie były częścią Austro-Węgier. Burzliwe losy Europy sprawiły, że był obywatelem Austro-Węgier, a potem Rumunii. Mieszkał też w Wiedniu, w Rzymie, w Niemczech, gdzie stał się bezpaństwowcem. Był pisarzem, dziennikarzem, scenarzystą, ale także aktorem. Czy na tym polu odnosił jakieś sukcesy, nie wiem, ale na pewno grał w filmach obok takich gwiazd jak Brigitte Bardot czy Marcello Mastroianni. Zmarł w roku 1998.

Od razu napiszę, że na mnie "Pamiątki antysemity" zrobiły niegdyś większe wrażenie niż dziś "Niegdysiejsze śniegi". Pamiętam, że były czymś świeżym - odkryciem odsłaniającym źródła antysemityzmu. Kazały mi sobie zadać niewygodne pytanie - jakie miałabym poglądy, gdybym wychowała się w takim świecie jak Gregor von Rezzori. Od tamtej lektury upłynęło piętnaście lat, dlatego wiem znacznie więcej o problemach, jakie we właśnie wydanej książce porusza autor. Ale jest i drugi powód mojego bardzo, bardzo delikatnego rozczarowania - otóż najważniejszym tematem "Niegdysiejszych śniegów" jest rodzina pisarza, a niejako przy okazji pojawiają się wątki, które mnie interesują znacznie bardziej. To wszystko jednak nie oznacza, że żałuję lektury. Przeciwnie, uważam, że warto odkryć pisarstwo Gregora von Rezzoriego. Muszę jednak zaznaczyć, że na pewno nie jest to lektura dla każdego. Nie sprawia wielkich trudności, ale jakiś opór jednak stawia, choćby przez swoją objętość. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o stopień trudności, to bliżej tej twórczości do rodzinnych książek Martina Pollacka, "Śmierć w bunkrze" i "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki", niż do "Hałastry" Moniki Helfer.

Książka składa się pięciu rozdziałów, z których trzy poświęcone są w głównej mierze najbliższym członkom rodziny, matce, ojcu, siostrze, a dwa dwóm bardzo ważnym kobietom w jego życiu też ściśle związanym z rodziną. Pierwszy to opowieść o Kasandrze, czyli prostej kobiecie z Bukowiny, która była opiekunką autora w czasach jego dzieciństwa i być może jego mamką, przynajmniej ona tak twierdziła. Ostatni opowiada o Strausselce, która w życiu pisarza była kimś znacznie więcej niż tylko guwernantką. Wcześniej uczyła jego matkę i jej siostry. Została ponownie wezwana na łono rodziny, gdy przyszłość młodego Gregora von Rezzoriego malowała się w czarnych barwach. I rzeczywiście, wiele jej zawdzięczał, obudziła w nim zainteresowanie sztuką, pokazała inne horyzonty, przyjaźnili się do końca jej życia. 

Pisząc o kompozycji książki, użyłam sformułowania w głównej mierze, bo autor ucieka w dygresje - opowiadając o swoich bliskich, opowiada też o sobie i o Bukowinie. Wszystko to się przeplata.

Śmiało można powiedzieć, że rok urodzenia Gregora von Rezzoriego, 1914, to rok symboliczny, zmieniający wszystko. To wybuch pierwszej wojny światowej, która zmiotła z Europy monarchię austro-węgierską i powołała do życia szereg nowych państw. Dla rodzin takich jak rodzina pisarza był to koniec ich dawnego świata. Chociaż związani z kręgiem kultury niemieckiej, żyli w państwie wielonarodowym, mieszkali na Bukowinie w tyglu wielu nacji, Niemców, Rumunów, Rusinów, Ukraińców, Żydów i innych. Ale zawsze czuli się kimś lepszym, kimś, kto niesie cywilizację na te dzikie tereny. Po pierwszej wojnie nadal tak o sobie myśleli, ale nagle stali się na rumuńskiej Bukowinie nikim.

Dla klasy społecznej, z której wywodzili się moi rodzice, oznaczało to osunięcie się świata w bezsens, bezsilność, biedę, beznadzieję i brzydotę. (...) Chęć wybudzenia się z tego koszmaru zrodziła utopijne myślenie lat powojennych, a jego najgorszym wykwitem miała się okazać III Rzesza.

Ani ojciec, ani matka nie należeli do rdzennych mieszkańców tej krainy. Oboje - każde na swój sposób - żyli na wygnaniu: zostali rzuceni do kraju kolonialnego opuszczonego przez kolonialnych władców. 

Siostra pisarza, cztery lata od niego starsza, urodziła się jeszcze w tamtym szczęśliwym świecie, czego on zawsze jej zazdrościł. Dla niego był to już tylko mit. 

Przynależeliśmy do dwóch odmiennych cywilizacji. Ona pojawiła się na jeszcze rzekomo nietkniętym świecie, tuż przed nadchodzącym powszechnym spospoliceniem czasu powojennego, ja zaś byłem dzieckiem epoki spustoszenia. Fundament jej nienagannych obyczajów stanowiło (jak miało się okazać - złudne) poczucie bezpieczeństwa, jakie dawało wspaniałe imperium wraz z jego dokładnie określonymi regułami postępowania i moralności. Mnie natomiast przyszło dorastać w jednym z tych podejrzanych państw, które powstały na jego gruzach i które zaliczano do krajów bałkańskich.

Dlatego po latach próbował odnaleźć tamto prawdziwe życie, mieszkając w rodzinnym majątku matki, położonym gdzieś na bukowińskim odludziu, gdzie oboje z siostrą przyszli na świat. Tymczasem ze świetności tamtego domu, o ile kiedykolwiek była, nic już nie zostało. Mimo wszystko czas spędzony w tej pokrytej kurzem odai włączył go w nurt rodzinnej historii.

Rozpad Austro-Węgier i powstanie kadłubowej Austrii wykorzenił takich ludzi jak członkowie rodziny von Rezzori. Zostać na Bukowinie czy zamieszkać gdzieś w Austrii? To ich dylemat. Matka pisarza nigdy nie czuła się dobrze na tym odludziu. Już wcześniej często wyjeżdżała na zdrowotne kuracje, była nieobecna w życiu dzieci. Tymczasem bukowińskie lasy to żywioł jego ojca, zapalonego myśliwego. Zostali, stając się obywatelami Rumunii. Ona jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż dotąd. Odarci z dawnego prestiżu, z majątku, uważali się jednak nadal za kogoś lepszego. Swoją lepszość opierali na przedwojennym austriackim autorytecie, czuli się przecież Austriakami, a może Niemcami. Byli jak ci Anglicy, który zostali w niepodległych Indiach. 

Od 1919 do 1939 żyliśmy mrzonkami pseudofeudalnej pozycji. Nie uprawniały nas do niej ani konkretny prestiż, ani odpowiedni majątek. Opierała się ona tylko na autorytecie, jakim rodzice cieszyli się przed I wojną światową. Ten stan "jak gdyby", dziwnym trafem przez nikogo niekwestionowany, utrwalało oddziaływanie dawnego kolonialnego splendoru, w którym trwaliśmy bezsilni po rozpadzie c.k. monarchii. Uznawaliśmy siebie za niegdysiejszych Austriaków żyjących w prowincji ukształtowanej głównie pod austriackim wpływem, podobnie jak sądzili Brytyjczycy, którzy zostali w Indiach po upadku Imperium Brytyjskiego. 

To rozdarcie między miłością do bukowińskiej ziemi, a poczuciem przynależności do innej kultury ukształtowało pisarza, było czymś, z czym się zmagał.

Czułem w swoim wnętrzu pradawną niemiecką poezję, mistyczną prawdę, która to wszystko zawierała. A przecież zagłębiałem się w moją namacalną egzystencję, schodziłem w macierzystą krainę bez względu na to, w jakim języku, w świecie jakich uczuć, w kręgu jakich mitów, legend i baśni zostałem wychowany. Czułem się tak związany z tą ziemią, że w siostrze, która z radością była gotowa ją opuścić, widziałem apostatkę, niemal zdrajczynię.

Ukształtowało też jego osobowość. A przynajmniej taki swój mit zbudował w tej książce. To dlatego był pozbawiony złudzeń, zbuntowany, nieokrzesany, wybuchowy, ale też nieskrępowany i wolny, bliski naturze. Temu też zawdzięczał poczucie niższości wobec siostry. To dlatego był niespokojnym duchem, który musiał zmieniać szkoły, który nigdzie nie zagrzał na dłużej miejsca. 

Koniecznie też muszę wspomnieć, że rozpadowi tamtego przedwojennego świata towarzyszy rozpad rodziny. I o tym też jest ta opowieść. 

To właśnie te problemy zainteresowały mnie najbardziej w "Niegdysiejszych śniegach". Ale przecież ta książka oferuje znacznie więcej. To barwne, głębokie portrety najbliższych, członków rodziny i dwóch opiekunek autora. Nieszczęśliwej matki, ofiary konwencjonalnego wychowania charakterystycznego dla jej klasy społecznej. W młodości marzyła o tym, aby zostać pediatrką, a posłano ją do renomowanej szkoły gospodarstwa domowego. Potem zgodnie z oczekiwaniami rodzinnymi i społecznymi wyszła za mąż, urodziła dzieci i stała się nieszczęśliwą, zgorzkniałą żoną i matką, która ucieczki od rodziny rekompensowała dzieciom nadmierną opiekuńczością i strachem o ich zdrowie. I ojca, rozkochanego w bukowińskiej dziczy i przyrodzie, też uciekającego od rodziny, nie do eleganckich uzdrowisk, ale w teren, na polowania, patologicznego antysemity, marzącego o wielkich Niemcach, a jednocześnie przeciwnika Hitlera. Jest wreszcie ta książka hołdem oddanym Bukowinie. Wiele tu wspaniałych opisów przyrody i tamtejszego życia.

Naprawdę warto, chętnie napisałabym, że trzeba, ale nie lubię takich kategorycznych stwierdzeń. A jeszcze bardziej zachęcam do sięgnięcia po "Pamiątki antysemity".

Joanna Bator "Piaskowa Góra"

Wstyd powiedzieć, a może jednak nie, ale "Piaskowa Góra" (Znak

2019, wydanie I 2009) to moje pierwsze spotkanie z prozą Joanny Bator. Już od dawna chciałam sięgnąć po jakąś powieść jej autorstwa, kilka lat temu kupiłam "Gorzko, gorzko", które do dziś spoczywa w głębinach mojego czytnika, czekając na swoją kolej. Zawsze jednak były lektury, na których zależało mi bardziej. Aż w końcu pod wpływem zachwytów koleżanki, z którą wymieniamy od czasu do czasu uwagi o książkach, pomstując na ilość czekających w kolejce tytułów, postanowiłam wreszcie sięgnąć po "Piaskową Górę", którą to rzeczona koleżanka właśnie się zachwycała. No i stało się.

"Piaskowa Góra" jest pierwszą częścią trylogii wałbrzyskiej. To rozbudowana historia rodzinna z rozgałęzieniami w stronę opowieści o sąsiadach i znajomych głównych bohaterek. Sięga czasów przedwojennych, aby zakorzenić się w PRL-u, a zakończyć już w okresie transformacji. Wiele tu wątków, epizodów, odnóg i kłączy. Konstrukcja tej opowieści kojarzy mi się z drzewem o mocno rozbudowanej koronie i rozlicznych korzeniach. Zagłębiając się w nią, meandrując, składamy sobie krok po kroku historię bohaterek. A są to Jadzia, jej córka Dominika i jej matka, ważna jest też teściowa. Jadzia, która urodziła się w czasie wojny w Zalesiu, gdzieś w centralnej Polsce, przyjeżdża do Wałbrzycha za pracą, bo tu mieszka jej krewny, obrotny Kazimierz. Poznaje Stefana, pracującego w kopalni górnika, którego rodzice przybyli do Wałbrzycha już po wojnie i zajęli mieszkanie po Niemcach. Jadzia i Stefan pobiorą się i po kilku latach, już w epoce Gierka, otrzymają wymarzone mieszkanie w wieżowcu z wielkiej płyty w dzielnicy zwanej Piaskową Górą. Z czasem coraz ważniejszą bohaterką staje się ich córka, Dominika, niespełniająca oczekiwań matki, bo tak do nikogo niepodobna. W niczym nie przypomina wymarzonej córki - ani ładna, ani grzeczna. Istna buszmenka, tak nazywa ją zniesmaczona jej wyglądem Jadzia. No i jeszcze ten nieoczekiwany talent matematyczny. Skąd się wziął? A skąd jej czarna, bujna czupryna czyniąca z niej dziwadło? Z czasem historia skręca w stronę mieszkającej w zalesiu matki Jadzi i rozwija się w nieoczekiwanym kierunku.

Połknęłam "Piaskową Górę" błyskawicznie, bo to powieść, która zwyczajnie wciąga, a im dalej w las, tym bardziej chciałam się dowiedzieć, jak toczyły się losy bohaterek i bohaterów, jak rozwiąże się ta historia. Jednak cały czas towarzyszyło mi pytanie, co aż tak bardzo zachwyciło moją koleżankę, no i dlaczego książka była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. Kiedy pisałam te słowa, od lektury upłynął tydzień i muszę przyznać, że wrażenia nieco wyblakły, wyparła je książka, którą właśnie czytałam. Nie mogę powiedzieć, abym żałowała lektury, przeciwnie cieszę się, że po "Piaskową Górę" wreszcie sięgnęłam i na pewno sięgnę po kolejne dwie części trylogii wałbrzyskiej, no i wreszcie po "Gorzko, gorzko". Ale, jak to często bywa, kiedy oczekiwania szybują w kosmos, spodziewałam się czegoś o większym ciężarze.

Wydaje mi się, że "Piaskowej Górze" zaszkodził czas. Myślę, że inaczej odbierałabym ją wtedy, kiedy została napisana, bo w roku 2009 była świeża tematami, które dopiero wydobywano na światło dzienne. Dziś o tym wszystkim napisano już wiele książek, powiedziano dużo, stąd wrażenie, że to już było, że to znam, że to dla mnie nic nowego.

Bo jednym z głównych tematów jest Wałbrzych, miasto na Ziemiach Odzyskanych, a właściwie pozyskanych, czyli poniemieckich. Miasto, skąd uciekli albo zostali wysiedleni Niemcy, po których zostały domy, mieszkania i sprzęty codziennego użytku. Na ich miejsce przybyli przesiedleńcy ze wschodu, z ziem utraconych. To historia teściów Jadzi. Inni przyjechali z Polski centralnej, bo łatwiej tu było robić interesy, ukryć się, zacząć wszystko od nowa. To przypadek Kazimierza, krewnego Jadzi. 

Innym tematem, który łączy się z pierwszym, można powiedzieć, że z niego wypączkował, to opowieść o mieście, gdzie węgiel stał się najpierw błogosławieństwem, a potem w czasach transformacji przekleństwem, bo kopalnie zaczęto zamykać, a Wałbrzych stopniowo popadał w ruinę.  Już w smętnych latach osiemdziesiątych, po załamaniu się gierkowskiego eldorado, kto mógł, wyjeżdżał do Niemiec, a jeśli nie mógł, to przynajmniej robił z Niemcami interesy. 

Jest wreszcie wątek żydowski, który pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. No i historia PRL-u. Od powojennej biedy, przez gierkowską małą stabilizację, czasy kryzysu, stanu wojennego, aż po transformację. Te wszystkie tematy od roku 2009, kiedy powieść się ukazała, zostały już na wiele sposobów opowiedziane, przenicowane. Stąd moje wrażenie, że nie czytam o niczym, czego bym wcześniej nie wiedziała.

Dalej też dziś jesteśmy, jeśli chodzi o tematy feministyczne. Dobroduszna, naiwna Jadzia, wychowana na "Trędowatej", marząca o rycerzu na białym koniu, który w jej snach na jawie przybiera postać  kogoś w rodzaju ordynata Michorowskiego, a jeszcze lepiej cudzoziemca, zderza się z prozą życia, czyli z górnikiem Stefanem, jak się okaże nieudacznikiem, co mu życie przeleci koło nosa, co to wszystkich obwinia za to, że stoi w miejscu, co smutki i zawody topi w alkoholu. 

Życie, co Jadzia już zaczyna widzieć wyraźnie, nie dało jej zbyt wielu możliwości i tylko patrzeć, jak przejdzie obok, zostawiając ją z pustymi rękoma (w tym jedną upośledzoną też z winy życia). Przez godzinę romantycznego luksusu Jadzia żona i matka pozwala Jadzi nieżonie i niematce na fantazje o Cudzoziemcu, ordynacie, który jest tym wszystkim, czym Stefan nie jest, a ona przy nim nie jest niczym innym niż Jadzią.

Jeśli Jadzi się nie udało, to może przynajmniej uda się Dominice i ona zdobędzie swojego cudzoziemca? Ale jak ma się jej udać, skoro przypomina buszmenkę, a ubiera się jak chłopak? Dominika też ma swoje marzenia, inne niż matka, a przecież jakoś podobne.

Odbita w takim wyjątkowym lustrze, mogła się coraz bardziej do Jadzi nieupodabniać.

Ona też marzy o swoich wyspach Bula-Bula i o tym, aby uciec od codzienności, a już zwłaszcza od takiej, jaką żyje jej matka. 

Z takim kimś nie zdarzyłaby się żadna codzienność i zwykłość, nie byłoby przyziemnych rozmów o pieniądzach i o zakupach, żadnego: a co jutro na obiad. (...) Taka miłość sprawiłaby, że ukorzeniony sznur łączący ją z Jadzią naprężyłby się tak bardzo, że w końcu by pękł, a siła odrzutu wykatapultowałaby Dominikę wprost na wyspę Bula-Bula.

I chociaż patriarchat w tym świecie ma się dobrze, to kobiety są silne, a mężczyźni słabi. Takie są Jadzia, jej teściowa i matka oraz inne bohaterki drugoplanowe. A faceci u ich boku to tacy jak Stefan rozczarowani życiem słabeusze topiący swoje niepowodzenia w alkoholu. Faceci, którym nikt nie powiedział, jak być ojcem, a już szczególnie ojcem dorastającej córki, więc abdykują i w tej dziedzinie.

Jadzia już nie jest żoną amatorką, nabrała doświadczenia w radzeniu sobie ze Stefanem i coraz bardziej zdaje sobie sprawę ze swojej władzy. To władza pełna złości, nie gniewu; władza szczypiąco-szarpiąca, jej oręż to miotła i ściera. Kuchenna królowa miotłą pogoni, ścierą da przez łeb, gdy się jej pod rękę poddany jakiś nawinie. Ze złości władczyni urabia sobie ręce i wypruwa żyły, ukrzyżowuje się codziennie za grzechy chłopa, który wstrętny jest. Chłopy,  z brudu i głodu jeden z drugim by zdechł, gdyby sami zostali. Ofermy, ochlapusy i dziady.

Co z tego, kiedy te silne kobiety rządzą tylko w swoim domu, a  ton nadają tacy cwani kombinatorzy jak Kazimierz, który w nowych czasach, kto wie, czy nie popłynie w politykę.

Co w takim razie po latach zostaje z "Piaskowej Góry", skoro wszystko już było? Sama historia po prostu bardzo ciekawa, portrety bohaterek i bohaterów, nawet tych z drugiego planu, no i wreszcie język. Czasem jak z baśni, czasem ironiczny, rozbuchany wyobraźnią autorki, czasem przypominający frazę Masłowskiej. 

Patrick Radden Keefe "Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego"

Do książki Patricka Raddena Keefe'a "Imperium bólu. Baronowie

przemysłu farmaceutycznego" (Czarne 2023; przełożył Jan Dzierzgowski) przymierzałam się od dłuższego czasu. Po pierwsze dlatego, że temat mnie interesuje, a po drugie ze względu na autora, który napisał znakomity reportaż o irlandzkich Kłopotach - "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej". No i wreszcie sięgnęłam po nią, tym chętniej, ponieważ zauważyłam, że ostatnio czytam tylko beletrystykę i biografie, a reportaż i inne formy poszły gdzieś w kąt.

Książka  Patricka Raddena Keefe'a opowiada historię imperium rodziny Sacklerów, którzy w znacznej mierze odpowiadają za epidemię uzależnienia od opioidów w Stanach Zjednoczonych. Jak wspomniałam, o sprawie słyszałam, od dawna polowałam na inny reportaż na ten temat - "Dreamland. Opiatowa epidemia w USA" Sama Quinonesa. Zbieg okoliczności sprawił, że kiedy czytałam "Imperium bólu", udało mi się upolować wspomnianą wyżej książkę po niezwykle atrakcyjnej cenie, więc wkrótce i po nią sięgnę. Widziałam też bardzo dobry film dokumentalny "Całe to piękno i krew". Jego bohaterką jest znana fotografka i aktywistka Nan Goldin, która po wypadku uzależniła się od leku opioidowego produkowanego przez firmę farmaceutyczną Sacklerów, a kiedy udało jej się uzależnienie pokonać, razem z innymi aktywistami doprowadziła do tego, że muzea, uniwersytety i inne tego typu miejsca zaczęły odcinać się od Sacklerów, którzy hojnie łożyli na te instytucje, i przestawały brać od nich pieniądze. Jej historia pojawia się w jednym z rozdziałów książki Patricka Raddena Keefe'a.

Jeśli miałabym krótko, ale celnie napisać, o czym jest "Imperium bólu", to byłyby to niewyobrażalna chciwość i takiż cynizm oraz powiązania wielkiego biznesu z politykami. Po trupach do celu, czyli ogromnych pieniędzy. W wypadku Sacklerów owo po trupach należy traktować dosłownie, gdyż śmiertelnych ofiar opioidów jest w Stanach więcej niż ofiar wypadków drogowych. Trudno podchodzić do tej książki na chłodno, kiedy czyta się o rozmaitych machinacjach stosowanych przez rodzinę wspomaganą przez armię suto opłacanych prawników, a celem były pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze, jakby ich mieli mało. Kiedy wziąć pod uwagę rozmaite polityczne powiązania i wpływy, z których korzystali, na myśl przychodzą jeszcze takie określenia jak ośmiornica czy mafia.

Patrick Radden Keefe zajmuje się w swojej książce jedną odsłoną opioidowego kryzysu, czyli imperium rodziny Sacklerów, ale chociaż graczy na tym rynku jest więcej, to udowadnia, że to od nich wszystko się zaczęło i oni mają największy udział w tej epidemii. Aby opowiedzieć, jak do tego doszło, zaczyna od początku, czyli od młodości trzech braci, Arthura, Raymonda i Mortimera, którzy przyszli na świat na początku dwudziestego wieku w rodzinie żydowskich imigrantów z Europy. Pierwsza część książki stanowi rodzaj prologu do dwóch kolejnych. To opowieść o najstarszym, Arthurze, którego od czasów szkolnych cechowała niezwykła obrotność i biznesowa smykałka. Zarabiał już jako uczeń, a kiedy studiował, były to już całkiem niezłe pieniądze. Stworzył coś, co z czasem kontynuowali jego bracia, dla których był bardziej ojcem. To po pierwsze model biznesowy oparty na sieci powiązanych ze sobą firm, które z jednej strony grają na siebie, a z drugiej zależności między nimi i między nimi, a właścicielem są trudne do odkrycia. Tak powstała agencja reklamowa, która wspierała raczkujący biznes farmaceutyczny Arthura. Po drugie cel, czyli wielkie pieniądze zarabiane bez oglądania się na uczciwość i etykę. Po trzecie chęć, aby przetrwało nazwisko Sacklerów, które nie miało być kojarzone z biznesem, a już na pewno nie z prowadzonym w nieuczciwy sposób, ale z filantropią. To Arthur dorobił się wielkich pieniędzy najpierw na agencji reklamowej, a potem na valium, leku uspokajającym, który masowo zażywały amerykańskie panie domu. Jedno wspierało drugie. O tamtym problemie Rolling Stonesi napisali nawet wpadającą w ucho piosenkę Mother's Little Helper, którą bez trudu można znaleźć w sieci i którą być może czytelniczko i czytelniku tej notki znacie, ale nie wiecie, że to o tym. Tak było ze mną, przecież nigdy nie wsłuchiwałam się w słowa. W końcu to Arthur zaczął łożyć duże pieniądze na wspomniane już instytucje, stawiając rozmaite warunki i wymagając, aby za każdym razem nazwisko Sacklerów było upamiętnione. Taką drogę powielili, a nawet ją udoskonalili, jego bracia, a potem ich dzieci, wprowadzając na rynek najpierw jeden lek opioidowy, a potem kolejny. Cynizm polegał na tym, że chociaż od początku doskonale wiedzieli, że ich lek przeciwbólowy uzależnia, ukrywali to. Właśnie o to chodziło, aby pacjent, który raz zacznie łykać ten lek, musiał robić to zawsze, zwiększając dawki. Tu ważne zastrzeżenie - te leki powinny być zapisywane tylko pacjentom cierpiącym na poważne bóle pod ścisłą kontrolą lekarza i przez jakiś czas, chyba że dotyczy to pacjentów terminalnych. Tymczasem firma Sacklerów zrobiła wszystko, aby były zapisywane masowo, także z błahych przyczyn, i niemal bez żadnej kontroli. Kiedy sprawa zaczęła się sypać, ich prawnicy udowodniali, że to nie wina leku, ale ludzi, którzy go zażywają.

Aby dotknąć i zrozumieć całą ohydę i grozę tego procederu, całą sieć sprytnych sztuczek, powiązań i nacisków, także politycznych, trzeba przeczytać "Imperium bólu". I chociaż na koniec po długoletniej walce uczciwych dziennikarzy, prokuratorów i sędziów nazwisko Sacklerów okryło się hańbą i stało się toksyczne, to ani nie stracili swoich ogromnych pieniędzy, ani nikt nie poszedł za kratki. Za każdym razem dochodziło do ugody, która była zgniłym kompromisem.

Ale książkę Patricka Raddena Keefe'a można traktować znacznie szerzej niż tylko jako opowieść o imperium Sacklerów, którzy za nic mają uczciwość i prawo. To opowieść o chorobie, jaka drąży współczesny kapitalizm. O niejasnym przenikaniu się państwowego i politycznego z prywatnym, o nieuczciwym lobbingu, o nachalnym marketingu, który udaje informację, o unikaniu płacenia podatków, o wybielaniu zbrukanego wizerunku firmy działalnością charytatywną, o wpływach, o bezkarności, o coraz większym rozwarstwieniu społecznym, a wreszcie o pieniądzach, pieniądzach, pieniądzach, o zysku, zysku, zysku bez oglądania się na koszty. Przecież dziś podobnie działają i podobnie są bezkarni choćby właściciele rozmaitych firm w branży IT, ale przecież nie tylko.  Nazwy i nazwiska każdy może sobie dośpiewać. A nieszczęście polega na tym, że naprawdę trudno się bez tego, co nam oferują, obejść. 

Bardzo ciekawa i bardzo przygnębiająca lektura.

Pilar Quintana "Otchłanie"

Powieść Pilar Quintany "Otchłanie" (Mova 2023; przełożyła Iwona

Michałowska-Gabrych) to druga książka z kobiecej serii kolumbijskiej, kobiecej to znaczy pisanej przez pisarki, co nie znaczy, że tylko dla kobiet. A wszystko zaczęło się od podcastu pewnej szacownej uczelni, w którym rozmawiano o twórczości trzech kolumbijskich autorek. A że zawsze strzygę uszami na hasło literatura latynoska, więc zapisałam sobie ich nazwiska, zobaczyłam, co w Polsce wyszło i co mnie interesuje, no i sukcesywnie czytam. Kilka miesięcy temu pisałam o "Delirio" Laury Restrepo, dziś o powieści Pilar Quintany.

"Otchłanie" połknęłam w dwa dni, a gdybym miała czas, to wystarczyłby jeden. Ponieważ czytałam wersję papierową,  chciałam podkreślić, że książka została bardzo przyjaźnie wydana - normalny druk, a nie taki, że bez lupy nie podchodź, spory margines i interlinia. Piszę o tym, bo niestety, odkąd znowu za sprawą biblioteki sięgam po papier, mam wrażenie, że dzisiaj nie jest to standardem. Wydawcy oszczędzają, co rozumiem, więc najczęściej druk jest mały, aby wcisnąć jak najwięcej treści w jak najmniejszą ilość stron. Ale ta przyjazna wersja to nie jedyny powód, dla którego powieść tak szybko się czyta. Po prostu jest ciekawa i w stosunkowo lekki sposób opowiada o poważnych problemach. 

Akcja toczy się w Cali w Kolumbii lat dziewięćdziesiątych. To jeszcze czas wojny domowej, ale książka nie porusza problemów politycznych. Owszem w pewnym momencie, kiedy portretowana rodzina wyjeżdża na kilkudniowe wakacje do górskiej posiadłości znajomych, mowa jest o partyzantach, którzy napadli na cysternę z mlekiem i rozdali je biednym mieszkańcom. To wersja wieśniaka opiekującego się na co dzień bogatą posiadłością, a wersja rodziców ośmioletniej Claudii, narratorki powieści, jest oczywiście inna - partyzanci są źli, a dozorca głupi. W rzeczywistości sprawa była o wiele bardziej skomplikowana - szlachetna idea z czasem zupełnie się wyrodziła i może partyzanci rozdali to mleko, ale zajmowali się też na dużą skalę handlem narkotykami, bo to dawało im pieniądze, no i oczekiwali od mieszkańców zagubionych w selwie wiosek konkretnej pomocy. Kogo interesuje dramatyczna historia Kolumbii, niech koniecznie sięgnie po bardzo dobry reportaż Macieja Wesołowskiego "Cafe Macondo. Reportaże z Kolumbii". Czytałam, ale niestety nie podzieliłam się swoimi refleksjami tutaj, bo była to jedna z zaległości wakacyjnych, której nie ogarnęłam po powrocie z podróży.

Dość dygresji, wracam do książki. Jak już wspomniałam, narratorką jest ośmioletnia Claudia, która obserwuje, bardzo wnikliwie, to, co dzieje się w jej rodzinie. Ojciec, współwłaściciel, razem z siostrą, rodzinnego biznesu - supermarketu, jest sporo starszy od matki, która nie pracuje, bo nie musi, nie ma też żadnego wykształcenia poza szkołą średnią. Dlaczego? Bo jej ojciec uznał, że kobiecie niepotrzebne są studia, wszak jej powołaniem jest wyjść za mąż i urodzić dzieci. Jeśli więc dziewczyna nie ma ojca niepodszytego patriarchatem i nie ma dość siły, aby się zbuntować, pokornie wychodzi za mąż i rodzi dzieci, chociaż niekoniecznie tego chce. Kiedyś matka Claudii, też Claudia, usłyszała, jak babcia narratorki mówi koleżance o tym, że gdyby nie musiała, nie miałaby dziecka. Od czasu gdy w miarę spokojne życie rodziny zostało zniszczone przez romans matki, dziewczynka też zastanawia się, czy była chcianym dzieckiem, czy matka ją kocha. Przecież już wcześniej jej dzień upływał na pielęgnowaniu licznych roślin rosnących w mieszkaniu i czytaniu kolorowej plotkarskiej prasy przychodzącej ze Stanów i z Europy. Po rozstaniu z kochankiem pogrąża się w depresji i tym bardziej staje się obojętna na problemy córki i na cały świat. Dziewczynka nie znajduje też oparcia w ojcu, bo ten jest pochłonięty prowadzeniem supermarketu, a poza tym to człowiek zamknięty w sobie i chłodny. Tak odbiera go córka. 

Mała Claudia rozpaczliwie pragnie uwagi matki. Zostawiona z nią sam na sam podświadomie wchodzi w rolę jej opiekunki, bojąc się, że coś sobie zrobi. Tym bardziej, że obraz śmierci nie jest jej obcy. Już przed depresją matka fascynowała się nagłymi zgonami gwiazd, o których czytała w kolorowych plotkarskich pismach, i opowiadała o nich córce. 

- Nienawidziła prowadzić auta i miała szoferów, ale tamtego dnia mimo bólu głowy uparła się usiąść za kierownicą.

- I specjalnie rzuciła się w przepaść?

Widziałam w gazetach zdjęcie samochodu na dnie urwiska.

- Nie obchodziło jej, co będzie z rodziną? 

Śmierć czyha też na ojca, który w czasie krótkich rodzinnych wakacji w tej górskiej posiadłości codziennie dojeżdża do miasta do pracy, pokonując rano i wieczorem niebezpieczną drogę prowadzącą nad przepaścią. Zresztą ten dom również położony jest nad tą samą przepaścią. Śmierć pojawia się też dosłownie w życiu Claudii i jej bliskich.

To z jednej strony opowieść o tym, że dzieciństwo, nawet w zamożnej rodzinie, nie zawsze jest szczęśliwe, bywa naznaczone lękami i samotnością. Z drugiej strony jest to historia kobiet, które niezależnie od swojej woli wpędzane są w ten sam schemat - mają być szczęśliwymi żonami i matkami. A przecież nie każda kobieta chce wejść w tę rolę. Czy dobra matka zostawia swoje dzieci? To pytanie krąży w tej powieści wyrażane czasem wprost, a częściej zawieszone nad czytelniczkami i czytelnikami. Bo matki odchodzą w tej książce na różne sposoby - umierają, przegrywają walkę z depresją, znikają, a każdy brak matki odbija się na ich dzieciach. To nie pierwsza czytana przeze mnie powieść z Ameryki Łacińskiej, która porusza problem macierzyństwa i pokazuje, że nie wszystkie kobiety chcą być matkami. O tym pisała Claudia Piñeiro w "Czasie much" i w dwóch innych powieściach wydanych w Polsce w jednej książce "Elena wie. Twoja".

Chociaż teoretycznie nie przepadam za książkami, których bohaterami są dzieci, to ostatnio kilka razy trafiały w moje ręce właśnie takie powieści i za każdym razem była to lektura satysfakcjonująca. Myślę tu o "Pływaku" Zsuzsy Bánk i "Białym królu" György'ego Dragomána. Tym razem też było podobnie.

Anna Burns "Mleczarz"

Kolejna powieść irlandzka i wcale nie ostatnia, bo w moim czytniku

czeka kilka innych. To głośny "Mleczarz" Anny Burns (ArtRage 2024; przełożyła Aga Zano), książka nagrodzona Bookerem w roku 2018 dociera do nas z opóźnieniem. Przyznam, że chociaż wysłuchałam kilku wywiadów z autorką, które przeprowadzono z okazji polskiej premiery, to lektura okazała się dla mnie wielkim zaskoczeniem. Spodziewałam się kolejnej powieści o irlandzkich Kłopotach, no i oczywiście to wszystko w "Mleczarzu" jest, ale nie spodziewałam się sposobu, w jaki została napisana. Raczej myślałam, że będzie to coś w stylu "Naszych win" Louise Kennedy. Tymczasem wielka niespodzianka, o czym za chwilę.

Akcja powieści rozgrywa się w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, raczej u ich schyłku,  w mieście, które nie zostało nazwane, domyślamy się, że to Irlandia Północna, może Belfast. Główną bohaterką, zarazem narratorką, jest osiemnastoletnia dziewczyna, też bezimienna, którą wyróżnia fakt, że chodząc ulicami miasta, czyta książki. Okazuje się, czego nie jest długo świadoma, że takim swoim zachowaniem wszystkich drażni i wpisuje się w krąg kilku miejscowych dziwaczek i dziwaków. Wśród nich był na przykład mężczyzna, który nikogo nie kochał, kobieta, która truła ludzi czy chłopak, który bał się bomby atomowej. Jeśli w tym miejscu komuś coś już świta a propos sposobu pisania, to być może ma rację, ale o tym za chwilę. W pewnym momencie bohaterkę zaczyna osaczać starszy od niej o wiele lat mężczyzna, tytułowy Mleczarz. Zjawia się obok niej niespodziewanie, zagaduje, ale nie dotyka. Ona zaczyna się go bać. Staje się to przyczyną licznych plotek. Wszyscy są przekonani, że dziewczyna jest kochanką Mleczarza. Sytuację komplikuje fakt, że mężczyzna podobno jest członkiem paramilitarnych, czyli nienazwanej tu wprost IRA.

Powieść Anny Burns znakomicie oddaje gęstą atmosferę Irlandii Północnej czasu Kłopotów. To swoista matnia i pole minowe dla zwykłych mieszkańców, którzy chcieliby mieć jak najmniej wspólnego z polityką i żyć normalnym życiem. Zewsząd czyha niebezpieczeństwo, narazić się można każdemu i wszystkim. Łatwo rzucić oskarżenie o współpracę z opozycją albo, jeszcze gorzej, o brak współpracy, albo o bycie donosicielem. 

Były pobicia, piętnowanie, obtaczanie w smole i pierzu, zniknięcia, śliwy pod oczami, potłuczeni ludzie chodzący po ulicy bez palców, które to palce z całą pewnością jeszcze dzień wcześniej mieli przytwierdzone do ciała.

Nie ma rodziny, która nie straciłaby kogoś z powodu konfliktu - a to ktoś był przypadkową ofiarą zamachu, a to zginął z rąk opozycjonistów, a to z rąk policji czy wojska, a w najlepszym razie musiał uciekać za granicę. To wszystko rodzi zobojętnienie na przemoc.

Co do zabójstw - były codziennością, czyli nie należało się nad nimi rozwodzić.

W takim świecie, nawet jakby się bardzo chciało, nie można nie mieć poglądów politycznych. Trzeba umieć się poruszać w tych skomplikowanych układach - ta strona ulicy, tamta strona ulicy, ci zza wody, tamten kraj. To świat zamknięty dosłownie i w przenośni - zamkniętość była wszędzie. Jedyny sposób, żeby nie zwariować, to być głuchym na rzeczywistość w takim stopniu, jak to tylko możliwe, udawać, że jej nie ma. Chronić się pod maską uprzejmości, nie poruszać tematów politycznych, jak najmniej pytać, jak najmniej wiedzieć.

... siedź cicho, kupuj stare książki, czytaj stare książki, rozważaj całkiem serio ideę zwojów i glinianych tabliczek. Taka byłam w wieku osiemnastu lat.

... jakoś trwać pod zwałami traumy i mroku.

To dlatego bohaterka chodząc ulicami, czyta. To jej ucieczka, azyl, ochrona przed rzeczywistością nie do wytrzymania. 

Wydaje mi się, iż zabieg polegający na tym, że żadne miejsce, żaden człowiek nie zostaje tu nazwany - nie ma nazw miejscowości, krajów, ulic, nie ma imion i nazwisk, nawet w rodzinie i wśród bliskich używa się określeń typu pierwsza siostra, drugi brat, trzeci szwagier, najstarsza najmłodsza siostrzyczka, nie-do-końca-chłopak - to metafora tego, aby jak najmniej wiedzieć. Nieufność ze sfery politycznej przenika życie prywatne.  

Takim ludziom jak bohaterka i krąg znajomych, w którym się obraca, a więc tym, którzy popierają opozycję, coraz trudniej patrzeć na to, co się dzieje, bo powoli tracą zaufanie do tych, którzy walczą w ich imieniu. Szlachetne idee z czasem się wyradzają. Nie chodzi już tylko o wolność, niepodległość, ale o zwykłe interesy.

... typ idealisty wyzionął ducha, a do typu, który nadszedł po nim, bardziej skłaniającego się ku gangsterce niż partyzantce, ludzie mieli już coraz większe zastrzeżenia.

Oto prosty człowiek, próbujący żyć jakoś życiem cywila tak przeciętnie, jak tylko pozwalały na to problemy polityczne, został nagle wpędzony w stan dyskomfortu: stracił przeświadczenie o moralnej stosowności środków, którymi nasi strażnicy honoru posługiwali się w walce za sprawę.

Mam wrażenie, że Anna Burns w "Mleczarzu" pokazuje świat, który powoli zaczyna się zmieniać, a zmiana nie dotyczy tylko spojrzenia na opozycję i tego, co się z nią dzieje, ale także dochodzenia do głosu kobiet, powolnego wyzwalania się z opresji patriarchatu, a w sferze osobistej przyznawania się do prawdziwych uczuć, które dotąd były tłumione i zastępowane rozsądkiem. 

Ta książka jest bardzo gęsta, wiele w niej wątków i poruszanych problemów, jest to też przecież opowieść o miłości zakończonej rozczarowaniem i fiaskiem. Nie sposób napisać o wszystkim.

No i wreszcie na koniec wracam do tego, co sygnalizowałam we wstępie, a co dotyczy sposobu, w jaki Anna Burns opowiada to wszystko. Otóż autorka bardzo często posługuje się groteską, przerysowaniem, doprowadza jakąś sytuację do absurdu. I w tym mroku są to momenty po prostu śmieszne. Czy takim sposobem opowiadania o tych mrocznych czasach rozbraja grozę czy może używając groteski, pokazuje absurdalność tamtej sytuacji? Na takie spojrzenie można sobie pozwolić oczywiście z perspektywy czasu. 

Kiedy wreszcie wyszłam, na dworze aż się roiło od dziewczynek: owstążkowanych, zajedwabionych, naatłasowanych, uobcasowionych, drapiąco podhalkowanych i podobieranych w pary lub tylko udających, że mają parę. Wszystkie tańcowały zapamiętale i od czasu do czasu przewracały się na asfalt.

Kłopot w tym, że mamie deptały już po piętach trzy inne domniemane dziewczyny rannego opozycjonisty, wszystkie z tej samej okolicy i wszystkie w średnim wieku. A za nimi sunęły jeszcze cztery. Policjantom skończyły się kanciapy, dokąd mogliby wciągnąć potencjalne agentki i donosicielki, co sprawiało, że kobiety należało przewozić do policyjnych baraków, które - wskutek ciągłego pęcznienia oddziałów pań w średnim wieku - nie pozwalały przeprowadzić całej operacji tak sprytnie i dyskretnie, jak życzyliby sobie funkcjonariusze. (...) Wreszcie mundurowi zaczęli bezradnie drapać się po głowach. "Ile on ich ma? Co to za lowelas bez precedensu? Kiedy ten nasz Valentino miałby czas na jakieś akty terroryzmu, jak miałby jeszcze między te romanse wcisnąć jakąś działalność opozycyjną?" 

Chociaż za groteską nie przepadam, tu mi zupełnie nie przeszkadzała. Przeciwnie, przyjemnie zaskoczyła i sprawiła, że "Mleczarz" nie był kolejną opowieścią o Kłopotach. No i jak zawsze muszę podkreślić znakomity przekład Agi Zano, co świetnie widać w powyższych cytatach.

Bardzo dobra powieść o tamtych tragicznych czasach.

Andrea Abreu "Ośli brzuch"

"Ośli brzuch" Andrei Abreu (ArtRage 2022; przełożyła Agata

Ostrowska) to ostatnia z moich podróżniczych lektur czytana głównie w samolocie, dokończona już w domu. Słyszałam o tym debiucie hiszpańskiej pisarki pochodzącej z Wysp Kanaryjskich, ale jakoś nie miałam na nią ochoty, bo jej bohaterkami są dwie przyjaciółki, nastolatki. Z zasady niechętnie sięgam po lektury, których głównymi bohaterkami czy bohaterami są dzieci czy nastolatki, co nie znaczy nigdy. Ot choćby całkiem niedawno pisałam tu o "Strużkach" Marii Halber, "Pływaku" Zsuzy Bánk, a kiedyś o "Kronice w kamieniu" Ismaila Kadare czy "Nocy szpilek" Santiago Roncagliolo. To pierwsze z brzegu tytuły, które przychodzą mi do głowy, a na pewno jest ich więcej. Dopiero, jak to często bywa, wspomnienie o tej książce w jakimś podcaście zachęciło mnie, aby ją przeczytać. Teraz posypuję głowę popiołem, bo powieść okazała się z gatunku tych nie tylko świetnie napisanych, ale i poruszających.

Akcja rozgrywa się w roku 2005 (podaję za notą wydawcy, w powieści nie ma żadnych wskazówek dotyczących dokładnego czasu zdarzeń, chyba, że coś przeoczyłam) na jednej z Wysp Kanaryjskich, a bohaterkami i bohaterami są mieszkańcy miasteczka, a właściwie jednej jego dzielnicy położonej na zboczu wulkanu. Gdzieś w dole toczy się inne życie, jest turystyczny raj, a my poznajemy jego brzydsze oblicze, o jakim zwykle nie myślimy, spędzając w takich miejscach leniwy urlop pod przysłowiową palmą, nad basenem, trzymając w ręce drink ozdobiony parasolką. Akcja rozpoczyna się, kiedy kończy się rok szkolny i toczy się w czasie letnich wakacji. Wspominam o tym, bo dwie główne bohaterki tej powieści - Isora i jej przyjaciółka, zarazem narratorka, zwana przez nią Shit - spędzają wolny czas, nie wychylając nosa poza swoją dzielnicę. Jeśli chcą plażować, idą nad kanał, gdzie bardziej udają, że to robią. Na plażę ktoś musiałby je zawieźć, bo to daleko, a dorośli albo nie dysponują samochodem, albo nie mają do tego głowy, bo pracują. Gdzie? Często na południu wyspy, obsługując turystów lub na budowach, prawdopodobnie, nowych hoteli czy apartamentów dla przyjezdnych. Tak właśnie zarabiają rodzice narratorki, mama oprócz sprzątania w hotelu dodatkowo dorabia na miejscu, pucując wynajmowane turystom domy wakacyjne. Wyruszają do pracy rano, wracają wieczorem, a ich córka zostaje pod opieką babci i wujka. Zakupy robią najczęściej na kredyt w miejscowym sklepie prowadzonym przez babcię Isory. Może ich sytuacja finansowa byłaby lepsza, gdyby nie długi babci, z którymi zostawił ją mąż, odchodząc w siną dal, z Niemką. Nawet pogoda jest  w tej dzielnicy inna - kiedy na dole świeci słońce, tu góry najczęściej zakrywają je chmury, zwane przez miejscowych oślim brzuchem, spowijające szczyt wulkanu.

Pomyślałam sobie, że smutek mieszkańców naszej dzielnicy to chmury, chmury przyklejone do karku, do najwyższego odcinka kręgosłupa, w porze emisji telenoweli.

Te dwa światy, turystów z klasy średniej, których stać na wakacje na Kanarach, i mieszkańców wyspy żyjących z dnia na dzień pochłoniętych przyziemną egzystencją, są szczelnie od siebie oddzielone. Nic o sobie nie wiedzą, za to sobą pogardzają. A przecież pewnie dotykają ich podobne problemy. Tu symboliczna wydaje mi się scena, kiedy narratorka zagaduje do obcej dziewczynki mieszkającej w jednym z tych wakacyjnych domów wynajmowanych przez turystów, które sprząta jej mama. Obie czują się samotne, a jednak będzie to tylko jednorazowe spotkanie i wcale nie z winy tej obcej dziewczynki. To narratorka okaże jej swoją wyższość jako miejscowa.

Problemy codziennego życia są bardzo istotnym tłem powieści, ale oczywiście głównym tematem jest relacja narratorki i jej przyjaciółki. To Isora jest tą silniejszą w tym duecie. To ona wymyśla zabawy, to ona kształtuje poglądy Shit, narzuca sposób myślenia. To w nią z uwielbieniem i bezkrytycznie, do czasu, wpatrzona jest narratorka. 

Zastanawiałam się, skąd ona wie tyle różnych rzeczy, o których ja nie mam pojęcia, i robiło mi się smutno, bo myślałam sobie, że nie mam swojego własnego smutku, że mój smutek to jej smutek, tyle że w moim ciele, imitacja smutku, duplikat, podróbka smutku, taka właśnie byłam, bo nie miałam powodów, żeby się smucić, ale je sobie wymyślałam.

A Isora jest bezczelna, nie owija w bawełnę, mówi, co myśli, krytycznie i bezkompromisowo ocenia ludzi, niczego się nie boi. Gotowa jest na każde szaleństwo, każdą awanturę i każdą złośliwość wyrządzoną komuś, kto jej zalazł za skórę. Wychowują ją babcia, której nie lubi, żeby nie powiedzieć - nienawidzi, a przynajmniej tak to deklaruje, i ciotka. Matka nie żyje, a kim był ojciec, nie wie. Tu mogę się mylić, bo jakoś tego nie zapamiętałam, w każdym razie nie było go w jej życiu. Spędzają czas letnich wakacji razem, włócząc się po dzielnicy, bo zabobonnie boją się wyjść poza jej granice. Ale oprócz swobody i organizowanych sobie samym, a najczęściej przez Isorę, przyjemności mają też obowiązki. Szczególnie ta ostatnia musi pomagać babci w sklepie. 

Bohaterki są w takim wieku, kiedy z jednej strony bawią się lalkami albo w jakieś dziecięce zabawy, z drugiej powoli zaczyna budzić się w nich seksualność. Tu też przoduje Isora, ale pewnego popołudnia zdarzy się coś, co sprawi, że narratorka stanie się o nią zazdrosna. Czy jest to zazdrość tylko o przyjaciółkę, czy o dziewczynę? Być może jej stosunek do niej nie jest niewinny, być może z jej strony rodzi się coś więcej niż przyjaźń, coś, czego narratorka nie do końca sobie uświadamia. Trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo może to jednak tylko głęboka dziewczyńska przyjaźń. 

Tym właśnie byłam, nieopierzonym, zapchlonym pisklęciem, ptakiem o zmęczonym sercu i z rozdziawionym dzióbkiem, otwartym w oczekiwaniu na Isorę, na jej słowa, na jej włosy o końcówkach pachnących opiekanym chlebem, na to czarne zgniłe coś pod jej paznokciami, obciętymi tak krótko, że przypominały morze ledwie obmywające podnóże klifu podczas odpływu. 

Tym trudniejsze to wszystko, że jednocześnie ma do niej żal, traci zaufanie. Nie mogę oczywiście zdradzać tego, co doprowadza do kryzysu w ich relacji, a co ostatecznie stanie się na pewno punktem przełomowym w życiu narratorki. Tym bardziej, że zaraz zdarzy się coś jeszcze, co ją naznaczy na życie. Takich przeżyć się nie zapomina, odbijają się w nas na zawsze i są kresem dziecięcej iluzji, że życie jest wspaniałe. Inna sprawa, czy bohaterki dorastając w świecie, gdzie nierówności nie sposób nie zauważyć, wierzyły kiedykolwiek w taką bajkę.

Bardzo ciekawa powieść. Jej dodatkową zaletą jest też język i migawkowe, ale celne i interesujące portrety mieszkanek i mieszkańców dzielnicy, których poznajemy dzięki narratorce. Zdecydowanie polecam.

György Dragomán "Biały król"

Dziś będzie o książce zapomnianej, bo wydanej w Polsce prawie

dwadzieścia lat temu. Seria, w której się ukazała, też należy już  do przeszłości. To "Biały król" György'ego Dragomána (Czarne 2007; przełożyła Elżbieta Cygielska) z porzuconej przez wydawnictwo serii Inna Europa, Inna Literatura. Obiecałam sobie, że poszperam w tym cyklu, bo można tam znaleźć prawdziwe perełki. Ot, choćby niedawno czytałam "Pływaka" Zsuzsy Bánk

A jak wpadłam na "Białego króla"? Od dawna miałam ochotę wybrać się na spotkanie Klubu Książki Środkowoeuropejskiej, ale zawsze coś mi nie pasowało. Kiedy przeczytałam listę tytułów na kolejny sezon, zainteresował mnie właśnie ten - uznałam, że to coś dla mnie.

Najpierw kilka słów o autorze. György Dragomán jest Węgrem urodzonym i wychowanym w Rumunii. Kiedy miał piętnaście lat, a był to rok 1988, jego rodzina przeniosła się na Węgry, gdzie (chyba) do dzisiaj mieszka. Wydał trzy książki. Dwa lata temu w innym wydawnictwie ukazała się jego powieść "Stos", którą mam w czytniku, ale zabierając się za "Białego króla", oczywiście nie skojarzyłam autora. Jest też tłumaczem.

"Biały król" to zbiór opowiadań, połączonych osobą narratora i innych postaci, o dzieciństwie spędzonym w komunistycznym kraju nigdzie w książce nienazwanym. Są jednak dwa tropy, chociaż wzajemnie sprzeczne. Jeden wskazuje bezpośrednio na Rumunię - ojciec narratora zostaje aresztowany i zesłany do obozu pracy przy budowie kanału Dunaj-Morze Czarne. Wiadomo, że ten rumuński kanał został wybudowany rękoma więźniów politycznych. Z drugiej jednak strony w pewnym momencie wspomniana jest wojna domowa. To z kolei wskazywałoby na rok 1956 na Węgrzech. Wprawdzie takie pojęcie też pojawia się w najnowszej historii Rumunii, ale dotyczy roku 1989, a uważne czytelniczki i tacy czytelnicy nie przeoczą informacji, że akcja toczy się w roku 1986, bo w jednym z rozdziałów mowa jest o zatajonym przez władzę wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Wprawdzie miejsce nie zostaje nazwane wprost, ale skojarzenie jest jednoznaczne. Czy autor celowo myli tropy, nie pisze konkretnie, chcąc stworzyć obraz uniwersalny? Czy może pojęcie wojna domowa to inwencja tłumaczki, wobec tego oczywistym jest, że miejsce akcji to Rumunia? 

Jeśli ktoś spodziewa się obrazu sielskiego dzieciństwa, bardzo się myli. To, co najbardziej zwróciło moją uwagę, to wszechobecna przemoc. Zaczyna się od opresji władzy wobec obywateli. Jak już wspomniałam, ojciec narratora za podpisanie jakiejś petycji zostaje aresztowany i zesłany do obozu pracy na budowę kanału Dunaj-Morze Czarne. Ani kilkunastoletni syn, ani jego matka, ani  ojciec, który był pierwszym sekretarzem partii w mieście i ma znajomości w kręgach władzy, nie mają od niego żadnych wiadomości. A wieści z tych obozów dochodzą straszne - to praca ponad siły. Czy żyje? Kiedy zostanie zwolniony? Nie sposób się dowiedzieć. Kiedy matka narratora spróbuje uzyskać jakieś informacje o mężu dzięki koneksjom teścia, który nie utrzymuje z nią kontaktów, i spotka się z jego znajomym nazywanym w książce ambasadorem, też zostanie przez niego potraktowana brutalnie. Bicie i fizyczne znęcanie się jest powszechnie stosowaną karą przez nauczycieli w szkole, ale też przez innych dorosłych wobec dzieci. I nikogo to nie dziwi. 

... Żelazna Pięść mnie nie uderzył, zgasił papierosa, potem palec wskazujący przyłożył do ust i syknął - pssst! Zamilkłem jednak dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem, że drugą rękę wkłada do kieszeni, wiedziałem, że zaraz wyjmie kastet i będzie po mnie, dobrze, jeśli skończy się na szpitalu ...

Okrutni wobec siebie są też koledzy narratora. To nie zwykłe bójki, to przemoc, która może doprowadzić do śmierci, a w wyniku jednej z zabaw, chociaż tę bitwę o piłkę i boisko trudno tak nazwać, o mało nie doszło do groźnego pożaru. Okrutni wobec siebie są także dorośli. Kiedy w sklepie skończą się pomarańcze, wybucha niezwykła agresja, która przeradza się w bijatykę, demolowanie sklepu, kradzieże i próbę linczu na bogu ducha winnej ekspedientce. Najbardziej jednak chyba przejmująca jest scena, kiedy w czasie nauki strzelania dziadek na oczach wnuka zabija kota. Ale wszechobecna jest też przemoc psychiczna. Dziadkowie narratora żyją jak pies z kotem, robotnicy kładący rury na boisku żartują sobie w okrutny sposób z narratora, twierdząc, że jego ojciec pracuje na tej budowie, a nie wrócił do domu, bo twarz ma pokrytą strasznymi bliznami po przejściu ciężkiej choroby, której nabawił się na budowie kanału. Takich przykładów jest o wiele więcej. Przemoc w tym strasznym świecie została znormalizowana i nikogo nie dziwi, nikt przeciwko niej nie protestuje i nie buntuje się. Przeciwnie, każdy przyjmuje ją jako coś zwyczajnego. 

Znormalizowane zostały też rozmaite oszustwa i kanty. Przynajmniej dwa razy dochodzi do sytuacji, że w zawodach szkolnych drużyn z góry wiadomo, która zwycięży. Nie ma się po co starać. Przeciwnie, najlepiej byłoby tak grać, aby nie zająć pierwszego miejsca. W razie czego wynik i tak zostanie sfałszowany.

... patrzyłem na usta komendantki i jak w zwolnionym tempie widziałem, że formułuje słowa, głos jednak do mnie nie docierał, tylko z ruchu warg odczytałem więc sześćdziesiąt trzy punkty, chciałem krzyknąć, że to nieprawda. To oszustwo, zdobyłem przecież komplet punktów ...

Bywa, że przerażenie miesza się z humorem. Trudno się nie uśmiechnąć, kiedy czyta się groteskowe opisy awantur czy bijatyk albo scenę, kiedy uczniowski wybryk może przerodzić się w akt sabotażu, jeśli tak zdecyduje nauczyciel.

... potem Żelazna Pięść schował wentyl, odwrócił się do mnie tyłem i udawał, że wygląda przez okno, następnie powiedział, że chyba wiem, co zrobiłem, że to nie był uczniowski kawał, tylko akcja sabotażowa, antypaństwowy sabotaż, i jak będzie chciał, to nie dość, że wyrzucą mnie ze szkoły, ale jeszcze trafię do domu poprawczego ...

Ale zaraz śmiech więźnie w krtani, bo jesteśmy świadkami jakiegoś pandemonium.

Drugim dojmującym wrażeniem z lektury jest samotność narratora. Pozornie wiedzie chłopackie życie. Spotkania z kolegami, gra w piłkę, jakieś zabawy, jakieś draki, ale głęboko odczuwa utratę ojca. Jego zdjęcie nosi w kieszeni, martwi się brakiem wiadomości. Nie znajduje jednak oparcia u dorosłych. Matka pochłonięta jest swoją rozpaczą i niemocą. W dodatku straciła pracę, bo jest przecież żoną wroga politycznego, więc dochodzi jeszcze jedna troska. Nie ma więc głowy, aby zajmować się uczuciami syna. Odnosiłam wrażenie, że czasem to on wchodził w rolę dorosłego, wyczuwając nastroje matki. Pocieszenia narrator nie znajdzie też u dziadków, których odwiedza bardzo rzadko. Zresztą o jakiej bliskości może być mowa, skoro do dziadka zwraca się towarzyszu sekretarzu. Towarzyszami są tu zresztą wszyscy, nauczyciele w szkole, trener w klubie, niemal każdy dorosły.

Straszny to świat, w którym królują przemoc, hipokryzja, strach i samotność. Świat, w którym lepiej udawać, że o pewnych sprawach się nie wie.

... wiedziałem, że są sprawy, o których nawet rozmawiać jest niebezpiecznie, na przykład, co się dokładnie działo podczas wojny domowej albo kto za ile potrafi załatwić mięso lub kawę, albo kogo i czym można przekupić, albo dlaczego pieprzonym zdrajcą ojczyzny jest pierwszy sekretarz partii i naczelny dowódca sił zbrojnych, albo kogo z naszych znajomych zabrali, czy też u kogo i dlaczego odbyła się rewizja.

Cieszę się, że odkryłam "Białego króla", chociaż gorzka to lektura.

Anna Kamińska "Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak"

O książce Anny Kamińskiej "Simona. Opowieść o niezwyczajnym

życiu Simony Kossak" (Wydawnictwo Literackie 2015, najnowsze wydanie 2024) oczywiście słyszałam, ale wystarczyło mi  kilka bardzo ciekawych rozmów z autorką, aby dowiedzieć się czegoś więcej o Simonie Kossak, dlatego jej biografii czytać nie zamierzałam. Cóż, w oceanie książek, które bardzo chciałam przeczytać, zwyciężały inne tytuły. Potem był bardzo dobry dokument "Simona" Natalii Korynckiej-Gruz, a niedawno film fabularny Adriana Panka "Simona Kossak". Recenzje miał różne, mnie się podobał, chociaż nie bezkrytycznie. No i to był ten impuls, aby jednak sięgnąć po biografię tej nietuzinkowej kobiety. Zrobiłam to i nie żałuję, czyta się znakomicie, połknęłam ją w ciągu paru dni, wśród których były takie, kiedy nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie.

Książka Anny Kamińskiej nie powstała wcale z  zainteresowania autorki postacią Simony Kossak, po prostu była to propozycja od wydawnictwa, ale w miarę pracy nad jej biografią pojawiła się fascynacja, o czym przekonujemy się, czytając ostatni rozdział, a właściwie list autorki do bohaterki jej biografii. To jednak wcale nie oznacza, że książka napisana została na klęczkach. I chyba w tym wypadku byłoby to niemożliwe, ponieważ Simona Kossak już za życia wzbudzała liczne kontrowersje. Jedni ją uwielbiali, inni nie lubili, uważali za osobę apodyktyczną i awanturnicę. 

Kiedy ja o niej usłyszałam? Nie umiem powiedzieć, ale było to dawno, jeszcze przed ukazaniem się książki, a tym bardziej obu filmów. Wydaje mi się, że przeczytałam jakiś artykuł w "Przekroju" w czasach, kiedy ukazywał się jeszcze jako tygodnik w Krakowie. Mgliście pamiętam, że już wtedy Simona i mnie jakoś zainteresowała. Kiedy kilka lat temu byłam w Białowieży, oczywiście nie mogłam ominąć Dziedzinki. Poszłyśmy z koleżankami na piechotę tą samą drogą, którą ona przemierzała kiedyś na rowerze lub na motocyklu, a potem już samochodem, aby obejrzeć opuszczoną siedzibę Simony Kossak i Lecha Wilczka. Można na nią spojrzeć zza ogrodzenia, a przed bramą obejrzeć trochę zdjęć wyeksponowanych w czymś w rodzaju dużego albumu przyczepionego łańcuchem do drewnianego pulpitu. Nigdy natomiast nie słuchałam żadnych jej radiowych felietonów ani nie czytałam książek czy artykułów jej autorstwa.

Na co przede wszystkim zwróciłam uwagę w biografii Simony Kossak? 

Z wielką ciekawością czytałam pierwszą część książki zatytułowaną Kraków. Upadł mit wspaniałej rodziny Kossaków i wspaniałej Kossakówki, który zbudowałam sobie dawno temu dzięki lekturze "Marii i Magdaleny" Magdaleny Samozwaniec. Oczywiście tamta książka opowiada o wcześniejszych czasach, jest też możliwe, że w mojej pamięci nie pozostały żadne krytyczne uwagi dotyczące rodu Kossaków oraz ich rodzinnego domu i ja sama zmitologizowałam sobie tych ludzi i to miejsce. Kossakówka, i jej mieszkańcy, widziana oczami Simony i innych wypowiadających się w książce osób to miejsce, w którym w życiu nie chciałabym się znaleźć. Zagracone, śmierdzące stęchlizną, hołdujące wartościom, które nie są mi bliskie. Egzystencja tam w czasach, do których odnosi się książka, czyli za życia ostatniego z trójcy Kossaków, Jerzego, ojca Simony i Glorii, wcale nie była łatwa. Już wtedy brakowało pieniędzy, Jerzy malował niemal na akord, dzieci trzymane były krótko, panował zimny wychów. W dodatku przynajmniej jedno z nich powinno być chłopcem, aby kontynuować tradycję rodzinną. A jeśli już były dziewczynami, to z góry wyznaczono im role - jedna powinna malować, a druga pisać. Niestety Simona nie dawała nadziei na spełnienie żadnego z tych oczekiwań. Po śmierci Jerzego sytuacja finansowa jeszcze się pogorszyła. Trzeba przyznać, że najpierw Elżbieta, matka obu sióstr, a potem Gloria, która pozostała w Kossakówce, wykazywały się ogromną zaradnością, aby utrzymać się na powierzchni. Chociaż obie raczej jawią się jako czarne charaktery, to w tej dziedzinie należy im się sprawiedliwość. A Simona nie odnajdowała się ani w rodzinie, ani w Krakowie. Od dzieciństwa najlepiej czuła się wśród zwierząt i w ogrodzie, a kiedy wreszcie odnalazła swoją drogę, studiując biologię, marzyła o ucieczce w Krakowa i zamieszkaniu w dziczy. Celowała w Bieszczady, Białowieża miała być tylko przystankiem na tej drodze.

Pasjonująca jest oczywiście opowieść o życiu w Białowieży, a szczególnie w Dziedzince. Chociaż jestem człowiekiem miasta, za żadne skarby nie przeniosłabym się na wieś, a już na pewno nie w taką głuszę, lubię wygody, nie chciałabym, aby zwierzęta wyglądały z każdego kąta mojego mieszkania, to jednak jakaś cząstka mnie zazdrości jej takiego życia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że je romantyzuję, czytam o tym tak, jak w dzieciństwie czytałam powieści przygodowe. Było to przecież życie pełne niewygód i trudów, ale Simona kochała Dziedzinkę, współbycie ze zwierzętami i z naturą.

Ale najbardziej fascynująca jest sama bohaterka tej książki. Kobieta niejednoznaczna, przez jednych uwielbiana, przez innych darzona szacunkiem, a przez innych znienawidzona. Żyjąca w cieniu rodziny, próbująca się wyzwolić z tych pęt, jednocześnie to dziedzictwo okazało się dla niej ważne, czego najlepszym dowodem jest jej relacja ze społecznością Liceum Plastycznego z okolic Łomży - szkole nadano imię Wojciecha, który przyjeżdżał tam, kiedy starał się o rękę swojej przyszłej żony pochodzącej z okolicy. To tam w rodzinnym grobie swoich przodków kazała się pochować. 

Simona żyła cały czas w cieniu nazwiska. I przywiozła do Białowieży ten bagaż nazwiska, kompleks męskiego potomka, napięcie, że ma być kimś wielkim jak każdy Kossak. Odcięła się od Krakowa, ale nigdy nie odcięła się od tradycji rodziny.  

Była pionierką obrony Puszczy Białowieskiej, potrafiła toczyć boje w tej sprawie, co sprawiało, że skłóciła się z wieloma osobami, które wcześniej były jej życzliwe. Jedni uważali, że ma rację, inni, że nie rozumie postępu naukowego w dziedzinie badań nad zwierzętami. Jednocześnie wpuściła do ogrodu Dziedzinki nawłoć, roślinę ładną, ale bardzo ekspansywną i trudną do wytępienia. Takich sprzeczności było znacznie więcej. 

A tak naprawdę smak Simony jest słodko-gorzki. Ona była ostra. Miała charyzmę. Jak się wkurzała - to zdrowo. W momencie zagrożenia nie waliła na oślep, tylko była coraz bardziej celna w swoich złośliwościach. I do tego padały wulgarne słowa. Mieliła ludzi i w ten sposób narobiła sobie wrogów.

Ona była w życiu otoczona wrogim światem: rodziny, w której mężczyźni dobrze malowali, i ona też miała być mężczyzną; miastem, którego nie lubiła; społecznością naukową, która walczy ciągle o pieniądze na badania i ze sobą rywalizuje. Musiała się chyba zahartować w bojach, bo potrafiła walczyć i się bronić. 

"Były dwie Simony - twierdzi bliska jej osoba. - Pierwsza szukała akceptacji. W dzieciństwie nie była akceptowana przez rodziców i przez całe życie chciała udowodnić, że jest coś warta. (...) Chciała robić karierę i była mocno skoncentrowana na pracy." (...) Druga Simona - kontynuuje bliska osoba - urodziła się, gdy zdobyła tytuły naukowe i uwierzyła w siebie. Kiedy zaspokoiła potrzebę akceptacji, osiągnęła wszystko, co można w nauce, czyli otrzymała tytuł profesora - urodził się człowiek wszechwiedzący. Zrobiła się apodyktyczna, nie słuchała innych. To inni ją musieli wysłuchiwać - wygłaszała monologi, pouczała i nie dała nikomu dojść do słowa. Traktowała ludzi instrumentalnie, nawet przyjaciół.

No i wreszcie ekscytację budzi jej relacja z Lechem Wilczkiem, fotografikiem, z którym mieszkała w Dziedzince. Nie byli małżeństwem, nie byli nawet parą w takim sensie, jak lubimy to widzieć. To związek niekonwencjonalny dwójki ludzi nieznoszących żadnych więzów. Wygląda jednak na to, że to Simona w tym układzie znosiła więcej wyrzeczeń i czasem cierpiała w milczeniu. Niektóre osoby opowiadające w książce o ich związku twierdzą, że Lech dopiero po jej śmierci zaczął ich relację idealizować, a za jej życia był trudnym partnerem. Inni uważają, że na pewno łączyło ich uczucie. Cóż, to skomplikowane.

Fascynująca, nietuzinkowa, niejednoznaczna bohaterka. Ale takie osoby są przecież najciekawsze, chociaż nie zawsze łatwo się z nimi żyje. Cieszę się, że przeczytałam biografię Simony Kossak.

Popularne posty