Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mario Vargas Llosa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mario Vargas Llosa. Pokaż wszystkie posty

Mario Vargas Llosa "Zielony Dom"

Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył

Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie w tym wyborze znakomity tłumacz Tomasz Pindel, który w jednym z podcastów zaliczył tę powieść do kilku najważniejszych i jego ulubionych w twórczości peruwiańskiego noblisty. Tu krótka dygresja - niezwykle mnie ucieszyło, że wśród tych kilku znalazł się także "Lituma w Andach", który zrobił na mnie spore wrażenie. Zawsze to miłe, jeśli literackie wybory zostaną potwierdzone przez znawcę. Być może jeszcze długo "Zielony Dom" leżałby sobie na wirtualnym regale bibliotecznej aplikacji, gdyby nie śmierć pisarza. Przeczytanie powieści, której jeszcze nie znałam, to najlepszy sposób, żeby oddać hołd jednemu z moich ulubionych autorów. 

Od razu zaznaczę, że "Zielony Dom" nie jest lekturą łatwą. Należy do tych książek Llosy, w których pisarz gmatwa wątki, a narracja jest nieoczywista. Są tu rozdziały pisane po bożemu, a są takie, w których na jednej stronie akcja bez ostrzeżenia skacze od wydarzeń dziejących się na oczach czytających do tych z przeszłości bohaterów. Jakby wspominali to, co miało miejsce onegdaj. Dodatkową trudnością jest zupełny brak chronologii. Nie od razu jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy co się wydarzyło i co łączy poszczególne wątki, które wydają się być od siebie dość odległe. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, co było wcześniej, a co później i co łączy bohaterki i bohaterów. Aż w końcu składamy sobie całą historię. Nie jest też łatwo określić czas akcji, bo nie ma tu wielu odniesień do historii Peru. Udało mi się ustalić, że niektóre wydarzenia działy się w latach czterdziestych zeszłego wieku. Inne wcześniej, a inne później, bo akcja toczy się na przestrzeni może trzydziestu, a może czterdziestu lat. I to jest trudne do ustalenia. 

Kto czytał "Rozmowę w Katedrze", Powieść przez duże P, ten wie, o czym piszę. Moim zdaniem warto jednak podjąć trud, oswoić się z takim sposobem opowiadania, bo książka jest tego warta. Tym bardziej, że po jakimś czasie da się jednak odkryć jakiś porządek w tym szaleństwie. Powieść składa się z czterech części i epilogu poprzedzonych czymś w rodzaju prologu, każda część to kilka rozdziałów, a w każdym z nich przewijają się poszczególne wątki wydzielone w osobnych akapitach. Właściwie przy ponownej lekturze można by "Zielony Dom" czytać inaczej - śledząc poszczególne wątki.

Tym razem akcja powieści toczy się w Piurze, mieście na północy Peru położonym wśród pustynnych piasków, w którym kilka lat swojego dziecięcego życia spędził pisarz, ale także w peruwiańskiej części Amazonii, na rozlewiskach jej dopływów, w małej zagubionej wśród dziewiczej selwy osadzie Santa Maria de Nieva zamieszkanej przez białych i ludność rdzenną, na zagubionych w głuszy wysepkach, gdzie ukrywają się nielegalni handlarze kauczuku, w osadach rdzennych mieszkańców. To teren dziewiczy, w którym łatwo się ukryć, aby prowadzić swoje ciemne interesy. Żeby się po nim poruszać, trzeba bardzo dobrze znać rzekę i jej dopływy, wiedzieć, kiedy można po niej pływać. Dlatego tak ważni są piloci, których wojsko czy policja i wszyscy pływający po Amazonii muszą zatrudniać w roli przewodników. Takim pilotem jest Nieves, mężczyzna o mieszanym pochodzeniu, jeden z bohaterów powieści. 

Mario Vargas Llosa znakomicie oddaje atmosferę tych miejsc. Trudy życia w zagubionych osadach czy obozach, kaprysy przyrody, niebezpieczeństwa, konflikty między białymi, a rdzenną ludnością, prymitywne warunki życia. Ci, którzy się w Amazonii urodzili, kochają ją i zawsze za nią tęsknią, biali, którzy nie z własnego wyboru muszą mieszkać w niewielkich miejscowościach takich jak Santa Maria de Nieva, gdzie dostać można się tylko rzeką, często nienawidzą tego miejsca i marzą tylko o tym, aby z niego uciec.

Te dwa światy wyznaczają dwa zasadnicze wątki tej powieści. Jeden związany jest z Piurą, gdzie przed laty nagle pojawił się tajemniczy mężczyzna, Anselmo, który na skraju miasta wybudował dom, ten tytułowy Zielony Dom, dla mężczyzn miejsce cielesnych uciech, rozrywki, a dla innych, a zwłaszcza dla miejscowego księdza, zgorszenia i grzechu. Nie wiadomo, co z tamtych wydarzeń sprzed lat jest prawdą, a co mitem. Ta historia opowiadana jest inaczej, trochę jak legenda. Niektórym wydaje się, że pamiętają tamte zdarzenia z czasów, kiedy byli dziećmi, sam Anselmo, prawie niewidomy, nieszczęśliwy grajek występujący w trzyosobowym zespole w innym Zielonym Domu, wszystkiemu zaprzecza, nie chce opowiadać. Dlaczego? Pewnie dlatego, że stało się tam coś jednoznacznie złego, a jednocześnie coś tragicznego. 

Wątek amazoński to poszukiwanie ukrywającego się na jednej z wysepek przestępcy, nielegalnego handlarza kauczuku i skór, który psuje interesy innym. Dlaczego tym innym handlować wolno, a jemu nie, nie jest jasne. Czy to kwestia koncesji, którą oni mają, a on nie, czy może odpowiedniego umocowania wśród ludzi władzy, którzy też czerpią z tego korzyści? W każdym razie miarka się przebrała i z Santa Maria de Nieva wyrusza ekspedycja żandarmerii i wojska, aby złapać przestępcę. Dlaczego pilot Nieves wykręca się chorobą i nie chce ich prowadzić, polecając innego? Kiedy o tym czytamy, już doskonale wiemy, czego się obawia. Oba wątki spaja postać sierżanta Litumy, który pojawia się też w innych powieściach pisarza, przede wszystkim we wspomnianej już przeze mnie - "Lituma w Andach". 

Tu dygresja. Czy historia Litumy w tych kilku książkach składa się w całość i wszystko z jego życiorysu do siebie pasuje? Trudno mi jednoznacznie orzec. "Zielony Dom" powstał w roku 1966, a "Lituma w Andach" w 1993. Pisząc pierwszą z nich, Mario Vargas Llosa na pewno nie miał pojęcia, że kiedyś wykorzysta tego samego bohatera. Aż by się chciało teraz sięgnąć jeszcze raz po tamtą powieść, aby to sprawdzić! I po "Rozmowę w Katedrze", bo i tam, wydaje mi się, pojawiają się bohaterowie innych książek Llosy.

Co mnie tak zafascynowało w "Zielonym Domu"? Oprócz niesamowitego klimatu Amazonii, ale również zmieniającej się przez lata Piury, także poruszane tematy. Wspomniany już handel kauczukiem, konflikty między białymi, a rdzennymi mieszkańcami Peru, zróżnicowanie społeczeństwa, w którym oprócz potomków hiszpańskich najeźdźców i ludności rdzennej są także Metysi. Oczywiście nie muszę wspominać, że ci pierwsi mają się za lepszych. Z tym wiąże się kolejny problem - białe zakonnice za przyzwoleniem władz odbierają rdzennym mieszkańcom dziewczynki, dzikuski, jak je nazywają, aby je chrystianizować i cywilizować. Jesteśmy świadkami tego, w jak bezwzględny sposób się to odbywa. No i przede wszystkim wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów, bardzo niejednoznaczne, w których zło miesza się ze szlachetnością i dobrem. Często są to postacie tragiczne. Nawet najbardziej bezwzględny ze wszystkich, ten poszukiwany handlarz, Fushia, w końcu budzi litość. No i wreszcie sama historia, którą musimy sobie składać z przemieszanych strzępów, dzięki czemu trzyma w napięciu, jest po prostu bardzo ciekawa.

Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Mario Vargasa Llosy bardzo polecam. Przede mną jeszcze kilka jego powieści. Kilka tych, których jeszcze nie znam, i dwie czytane bardzo dawno, "Pantaleon i wizytantki" oraz "Ciotka Julia i skryba".

Mario Vargas Llosa "Dyskretny bohater"

Tydzień temu pisałam o "Litumie w Andach" Mario Vargasa Llosy,

dziś, zgodnie z zapowiedzią, będzie o drugiej jego powieści, jaką przeczytałam w czasie tego lata. To "Dyskretny bohater" (Znak 2014; przełożyła Marzena Chrobak). Jest to pozycja łatwiejsza, nie o takiej wadze gatunkowej, i obficie czerpiącą z kanonów literatury popularnej, co nie jest wyjątkowe w twórczości Llosy. 

I tym razem akcja toczy się dwutorowo, a każdy z wątków inkrustowany jest dodatkowo retrospekcjami, z których krok po kroku poznajemy historię bohaterów. Obie historie oczywiście łączą się ze sobą, a w jaki sposób uważny czytelnik zauważy wcześniej, ten mniej dociekliwy oczywiście dowie się w swoim czasie. 

Jeden wątek to opowieść o don Rigobercie, bogatym prawniku z Limy, który właśnie postanowił przejść na emeryturę i korzystać z życia, co w jego przypadku oznacza podróż po Europie i obcowanie ze sztuką wysoką - muzyką, malarstwem, literaturą. Niestety te plany pokrzyżuje prośba bardzo bogatego szefa i przyjaciela, który nie zważając na swój wiek i nie licząc się z nikim, postanowi się ożenić. Don Rigoberto nieoczekiwanie zostanie wplątany w aferę, bo synowie jego przyjaciela zrobią wszystko, aby unieważnić małżeństwo ojca i odzyskać kontrolę nad jego majątkiem. Don Rigoberto, jego druga żona, piękna Lukrecja, i syn Fonsito byli już bohaterami innych powieści Llosy. Nie znam ich, ale zamierzam przeczytać. 

Drugi wątek, chociaż pozornie się różni, jest jednak dość podobny. Jego akcja rozgrywa się na północy Peru, w Piurze, skąd pochodzi sierżant Lituma, o którym pisałam tydzień temu. Tak, tak, słusznie domyślacie się, czytelniczko i czytelniku tej notki, że i on pojawia się na kartach książki chociaż jako postać zdecydowanie drugoplanowa. Głównym bohaterem tej opowieści jest Felicio Yanaque, właściciel dobrze prosperującej firmy przewozowej. Pozornie wszystko go dzieli od don Rigoberta. Mieszka na prowincji, nie ma wykształcenia, wywodzi się z biednej rodziny, miał ciężkie życie, do wszystkiego doszedł, harując kilkanaście godzin na dobę oraz wielkim wysiłkiem i determinacją swojego biednego ojca, który zrobił wszystko, żeby jego synowi żyło się lepiej niż jemu. Zaczynał jako kierowca, aby z czasem pójść na swoje i założyć firmę. Ciężkiej pracy uczy synów, którzy kiedyś przejmą jego przedsiębiorstwo. Nie zapomniał o swoich korzeniach, a pamięć ojca i jego słowa są dla niego świętością. Co w takim razie łączy tego skromnego, nieatrakcyjnego fizycznie mężczyznę z wykształconym don Rigoberto, człowiekiem ze stolicy, bywalcem wykwintnych restauracji, koneserem wyrafinowanej sztuki? Więcej niż mogłoby się wydawać. 

Bo Felcio Yanaque, chociaż jest człowiekiem prostym, niewykształconym, ma w sobie wielką wrażliwość. Nie czyta wprawdzie książek, nie ogląda albumów z malarstwem, ale uwielbia pewną pieśniarkę, której płyty kolekcjonuje i której muzyka sprawia, że zapomina o codzienności. Jej twórczość jest dla niego takim samym wytchnieniem i ucieczką jak dla don Rigoberta sztuka z najwyższej półki. Budzi w nim te same szlachetne nuty, zwykłego zjadacza chleba przerabia  w kogoś szlachetnego. Ale to nie wszystko. Obaj lubią oddawać się rozkoszom zmysłowym, don Rigoberto ze swoją piękną żoną Lukrecją, Felicio Yanaque w ramionach młodej i pięknej kochanki, powabnej Mabel. Jest wreszcie jeszcze jedno podobieństwo - i on, wbrew swojej woli, zostaje wciągnięty w wielką aferę, stanie się, podobnie jak don Rigoberto, bohaterem mediów, od których nie będzie się mógł opędzić. 

Jest to opowieść o ludziach, którzy chcą oddawać się szlachetnym, w wypadku Felicia, całkiem skromnym przyjemnościom, z dala od brudów i zgiełku świata, co okazuje się bardzo trudne. Nad ich losem unosi się pytanie - czy można się odizolować, żyć na swoich warunkach, żyć życiem pięknoducha? A poza tym znajdziemy w tej książce bogate tło społeczne i opowieść o krwiożerczych mediach, które karmią się wszystkim i z wszystkiego uczynią sensację, zmieniając życie zwykłych ludzi w piekło, na szczęście chwilowe. Poza tym historia Felicia jest zwyczajnie przejmująca. 

Warto sięgnąć po tę powieść - czytając ją, oddajemy się trochę grzesznej przyjemności obcowania z czymś lekkim i popularnym, ale pod płaszczykiem błahostki dostajemy znacznie więcej.

Mario Vargas Llosa "Lituma w Andach"

Kilka miesięcy temu urządziłam sobie mały festiwal czytelniczy

powieści Mario Vargasa Llosy. Kiedy ukazała się jego najnowsza książka "Burzliwe czasy", postanowiłam przeczytać nie tylko ją, ale nadrobić najważniejsze zaległości. Dlatego kupiłam jeszcze "Rozmowę w Katedrze" i "Święto Kozła", uważane za dwie najwybitniejsze w jego dorobku, i "Litumę w Andach", mniej znaną powieść, do której zachęcił mnie opis treści. Trzy pierwsze przeczytałam niemal pod rząd, zachwyciłam się, a "Rozmowę w Katedrze" uznałam za jedną z tych książek, które zabrałabym na przysłowiową bezludną wyspę. Tymczasem "Litumę w Andach" (Znak 2009; przełożył Wojciech Charchalis)  odłożyłam na później. Aż nieoczekiwanie przyszedł idealny dla niej czas. Ponieważ ten czas miał chwilę potrwać, dokupiłam jeszcze "Dyskretnego bohatera". Obie książki okazały się idealną lekturą, adekwatną do okoliczności. Chociaż nie są to najwybitniejsze powieści w dorobku pisarza, sprawiły mi wielką przyjemność i polecam je wszystkim. Jeśli ktoś obawia się tych najlepszych, bo wymagają uważnej lektury, śmiało może zacząć właśnie od "Litumy w Andach" czy "Dyskretnego bohatera". Zawsze lubiłam twórczość Mario Vargasa Llosy, ale w tym roku stała mi się ona jeszcze bliższa. A teraz do rzeczy.

Napisałam, że powieść "Lituma w Andach" sprawiła mi wielką przyjemność, chociaż nie jest to właściwe słowo. Wątpliwość, jakiego wyrazu użyć, pojawia się zawsze, kiedy mówimy o książce, którą bardzo dobrze się czyta, ale która opowiada o trudnych, mrocznych sprawach. I tak właśnie jest w tym przypadku. Jej akcja rozgrywa się w małej wiosce w Andach, a właściwie osadzie, w której mieszkają robotnicy budujący drogę, w czasach, kiedy w Peru toczy się walka ze Świetlistym Szlakiem, maoistowską, radykalną partyzantką posługującą się terrorem i bardzo brutalnymi metodami walki. Sierżant Lituma i jego zastępca, Tomasito, znajdują się w sytuacji beznadziejnej. Sami na posterunku w wiosce zagubionej w wysokich górach, w miejscu, do którego trudno dotrzeć, zdają sobie sprawę, że w razie ataku partyzantów, nie mają żadnych szans. A to zdarzyć się może w każdej chwili. Pogłoski o brutalnych napadach i egzekucjach wykonywanych w bestialski sposób  docierają nawet tu. W dodatku w osadzie w tajemniczych okolicznościach znikają ludzie. 

Policjanci prowadzą śledztwo, ale natykają się na zmowę milczenia. Lituma czuje, że coś jest nie tak, ale nie może dotrzeć do prawdy także dlatego, że jest tu kimś obcym, nie stąd, człowiekiem z miasta. Na tym górskim odludziu czuje się trochę tak, jakby znalazł się na innej planecie. Niby wszyscy mieszkają w tym samym kraju, ale ich światy dzieli przepaść. W tej przygniatającej i beznadziejnej sytuacji jedyną rozrywką dla sierżanta są nocne zwierzenia Tomasita - opowieści o jego beznadziejnej miłości do pięknej kobiety, którą na swoją i jej zgubę wyrwał z rąk niejakiego Knura, bogatego, szemranego przedsiębiorcy. Żeby sobie dorobić do nędznej pensji policjanta, od czasu do czasu był jego ochroniarzem, a tę intratną pracę dostał dzięki protekcji swojego wpływowego ojca chrzestnego. Ponieważ Llosa czasem lubi wracać do swoich bohaterów w różnych książkach, tak jest na przykład z Litumą, mam niejasne wrażenie, ale nie pewność, że Knura, Tomasita i jego wszechmocnego ojca chrzestnego spotkałam już w "Rozmowie w Katedrze". 

Akcja powieści, jak często u Llosy, toczy się wielotorowo. Z jednej strony naprzemiennie śledzimy wątek śledztwa i miłosną historię Tomasita, z drugiej pojawiają się barwne historie zaginionych mężczyzn, równie barwne i niesamowite opowieści demonicznego i rozpustnego właściciela knajpy, jedynej rozrywki robotników, i jego równie demonicznej i rozpustnej żony, uważanej przez robotników za czarownicę. Jesteśmy też świadkami kilku brutalnych akcji przeprowadzonych przez partyzantów.  Wszystkie wątki łączą się ze sobą i służą budowaniu szerszego tła pokazującego sytuację społeczną i polityczną w Peru tamtych lat.  

Ale w tej powieści jest coś jeszcze - niesamowita atmosfera, klaustrofobiczna, tajemnicza, przerażająca. Buduje ją miejsce akcji - nieprzewidywalna przyroda, piękne, ale groźne góry i mieszkający w nich indiańscy górale, którzy wierzą w magię, czary i duchy. Te duchy mogą wejść w człowieka, mogą też żądać ofiary, która ma je przebłagać i odwrócić zły los. To nawiązanie do wierzeń wyznawanych przez rdzennych mieszkańców z czasów przedkolumbijskich. Wszystko to tworzy niesamowitą, fascynującą mieszankę. Prawda, jaką odkryje sierżant Lituma, będzie przerażająca. 

Na mnie ta powieść mocno podziałała. Mimo że od lektury upłynęło już trochę czasu, bez trudu mogę dzielić się refleksjami na jej temat, a to najlepszy dowód, że wciąż rezonuje.

Mario Vargas Llosa "Święto Kozła"

Trwam w swoim postanowieniu i właśnie skończyłam trzecią z

czterech zakupionych ostatnio powieści Mario Vargasa Llosy "Święto Kozła" (Znak 2016; przełożyła Danuta Rycerz). W moim prywatnym rankingu stawiam ją zaraz  po "Rozmowie w Katedrze", której nic nie przebije.

I tym razem jest to książka polityczna osadzona w realiach historycznych. Akcja toczy się na Dominikanie na dwóch planach czasowych. W roku 1961, kiedy grupa spiskowców dokonała zamachu na dyktatora Rafaela Trujillo, i dziewiętnaście lat później. Równolegle przeplatają się trzy wątki - śledzimy poczynania dyktatora zwanego przez współpracowników Szefem, a po jego śmierci prezydenta Joaquina Balaguera, poznajemy losy zamachowców i wreszcie historię głównej kobiecej bohaterki, Uranii Carbal, córki senatora, który nieoczekiwanie wypadł z łask wszechwładnego Trujillo. Urania pod wpływem impulsu po dziewiętnastu latach wraca na kilka dni na Dominikanę. Odwiedza schorowanego, zniedołężniałego ojca, któremu nigdy nie wybaczyła, że posłużył się nią, wtedy czternastoletnią dziewczynką, aby ponownie wkraść się w łaski kapryśnego Szefa i ratować swoją polityczną karierę. Czy tylko o karierę chodziło? Trujillo był człowiekiem nieobliczalnym i potrafił mścić się także na rodzinie tego, kogo odsuwał na boczny tor. Czy rzeczywiście senator Carbal znalazł się w sytuacji bez wyjścia? Nic nie usprawiedliwia tego, co zrobił. Tamte zdarzenia odcisnęły się piętnem na życiu Uranii. Jej opowieść o tym, co zaszło w czasach, kiedy była młodą dziewczyną, dzieckiem jeszcze, z trudem daje się czytać, tak bardzo jest wstrząsająca. Ale to wcale nie jedyny fragment, przez który brnęłam z trudem, ponieważ był taki okrutny. Bo okrutne były bezwzględne rządy Rafaela Trujillo.

Mario Vargas Llosa stwarza wnikliwy, fascynujący portret dyktatora - człowieka bezwzględnego i groteskowego jednocześnie. Pokazuje go nie tylko jako polityka, ale też jako człowieka. Trujillo sprawuje rządy dyktatorskie, wszystko w kraju zależy od jego kaprysu. Jak swoją własność traktuje kobiety - jego woli nikt nie śmie się sprzeciwić, dlatego współpracownicy udają, że nie widzą, kiedy odwiedza ich żony. On sam jest przekonany, że dla nich to zaszczyt. Uważa się za wspaniałego kochanka. Intryguje, bezwzględnie rozprawia się ze swoimi przeciwnikami politycznymi i tymi, którzy mu podpadli, za swoją prawą rękę mając sadystycznego szefa służb specjalnych Johnnego Abbesa Garcię, tego samego, który jest jednym z głównych bohaterów najnowszej powieści Llosy "Burzliwych czasów". Tortury, skrytobójstwa, polityczne morderstwa. Cieszące się ponurą sławą więzienia są pełne. Taki los spotyka nie tylko politycznych wrogów, ale także ich rodziny. Aresztuje się nawet dzieci. Jednocześnie szerzy się kult jednostki - dyktatora traktuje się niemal jak cesarza albo boga. Kultem otoczona jest także rodzina Truijllo - matka, bracia, synowie, córka. Wszyscy oni czerpią oczywiście finansowe zyski z jego władzy - on sam jest właścicielem wielkich obszarów ziemi i licznych przedsiębiorstw. A Trujillo nimi gardzi, ma ich za nierobów, rozpustników, krwiopijców, którzy przysparzają mu nieustannych kłopotów. W tym jednym ma rację - tacy naprawdę są. Otoczony jest dworem pochlebców gotowych zrobić wszystko, aby nie wypaść z łask Szefa, aby być jak najbliżej jego ucha. Groteskowe są cowieczorne spacery dyktatora w otoczeniu tych klakierów. Groteskowy jest sposób, w jaki mówi, jak się zachowuje, groteskowa jest jego mania wielkości. Jednocześnie poznajemy jego słabe miejsca - strach przed starzeniem się, przed niesprostaniem roli kochanka.

Jak wspominałam, trzecim wątkiem są historie politycznych przeciwników dyktatora, którzy zdecydowali się zawiązać spisek i zamordować go. To jedyna droga, aby zmienić sytuację w kraju, która staje się nie do zniesienia. Ale sam zamach nie wystarczy, potem trzeba doprowadzić do przejęcia władzy przez opozycjonistów. To bardzo ryzykowna gra. Każdy z nich ma swoje powody, aby zaangażować się w tę sprawę. Prawie wszyscy długie lata współpracowali z reżimem, ale w końcu powiedzieli dość. Doskonale wiedzą, że jeśli coś pójdzie nie tak, konsekwencje poniosą nie tylko oni, ale ich rodziny, także dzieci. Zanim stracą życie, zostaną poddani bezwzględnym torturom. Mimo tej świadomości decydują się wziąć udział w spisku. Ale czy mają prawo dysponować losem swoich bliskich? Po zamachu następuje kilka miesięcy bezwzględnego terroru, zanim rzeczywiście kraj wpłynie na nowe tory. Dotąd marionetkowy prezydent, z którym nikt się nie liczył, Joaquin Balaguer, nieoczekiwanie dla wszystkich chwyta wiatr w żagle. Manewrując, sprytnie intrygując, przypochlebiając się żonie i synowi zmarłego Szefa, poświęcając życie niektórych, aby przynajmniej uratować kilku innych, stąpając po bardzo kruchym lodzie, ostatecznie osiąga cel - pozbywa się rodziny Trujillo i zaprowadza w kraju nowe porządki.

Powieść od początku do końca trzyma w napięciu. Chociaż mogłam sobie bez trudu wygooglować fakty historyczne, to i tak z zapartym tchem śledziłam zdarzenia. Fascynujące są wnikliwe portrety bohaterów, ich rozterki wewnętrzne, zaniechania, słabości, które doprowadzają do klęski. Albo odwrotnie ich wierność raz podjętej decyzji, siła, poświęcenie. Są tchórze gotowi zadenuncjować, ale są też cisi bohaterowie gotowi pomóc, narażając swoje życie. Fascynują kulisy polityki i jej mechanizmy. A nad wszystkim unoszą się pytania. O granice poświęcenia. O prawo do narażania innych w imię wyższych wartości. Znakomita książka.

Mario Vargas Llosa "Burzliwe czasy"

Festiwalu książek Mario Vargasa Llosy  odsłona druga, a będą

jeszcze dwie. Po uznawanej za najważniejszą "Rozmowie w katedrze"  przyszedł czas na najnowszą powieść "Burzliwe czasy" (Znak 2020; przełożyła Marzena Chrobak). Niestety takie zestawienie miało nieco niekorzystny wpływ na mój odbiór ostatniej książki noblisty. Nie, czytelniku tej notki, to nie jest tak, że "Burzliwe czasy" uznaję za rzecz słabą. Przeciwnie to powieść bardzo dobra i ważna. Ale czytana bezpośrednio po "Rozmowie w Katedrze" musi trochę rozczarować. Dlaczego? 

Przyczyn jest kilka. Pierwsza - nie ma tu tak rozbudowanych, tak wnikliwych i niejednoznacznych portretów bohaterów i tak fascynujących historii. Losy Santiago, Ambrosia, Amalii, Hortensji, don Fermina niezależnie od tego, co myślałam o tych postaciach, bardzo mnie poruszyły. Nie tylko nie mogłam oderwać się od lektury, śledząc opowieść o nich, ale współodczuwałam z nimi. Mario Vargas Llosa w swojej najlepszej powieści w jej polityczne, historyczne ramy wplótł historie zwyczajnych ludzi. W "Burzliwych czasach" właśnie tego mi zabrakło. Mamy polityczne intrygi, wydarzenia historyczne, ale nie możemy współodczuwać z ofiarami przewrotów wojskowych i wojny domowej, bo nie ma tu takich bohaterów - zwyczajnych ludzi. Bo bohaterami są ludzie władzy. Drugi powód to konstrukcja powieści ... znacznie prostsza. Coś, co początkowo utrudniało lekturę "Rozmowy w Katedrze", potem stało się frapujące, nadawało tamtej książce niezwykły rytm. Oczywiście po pierwsze to moje subiektywne odczucia. Po drugie doskonale zdaję sobie sprawę, że nie czyniłabym tych uwag, gdybym nie była świeżo po lekturze powieści uznawanej za najwybitniejszą w dorobku pisarza. A po trzecie wiem doskonale, że dla większości czytelników fakt, że "Burzliwe czasy" są napisane niemal po bożemu, będzie akurat zaletą. Dlatego, czytelniku tej notki, nie zważaj na moje marudzenia, tylko zabieraj się za lekturę.

Z czego wynikają te różnice? Przyczyny moim zdaniem są dwie. Pierwsza oczywista - "Burzliwe czasy" to powieść znacznie skromniejszych rozmiarów niż "Rozmowa w Katedrze". Na co można sobie pozwolić na niemal siedmiuset stronach, na to nie ma miejsca na stronach czterystu. Stąd pewnie ograniczenie wątków i nie tak rozbudowane portrety oraz historie bohaterów. Druga przyczyna jest innej natury - otóż najnowsza książka Llosy to rzecz niemal dokumentalna, reporterska prawie. Oczywiście to jest powieść, ale powieść oparta na faktach. Stąd wszyscy główni bohaterowie, a pewnie i większość drugoplanowych, to postacie autentyczne. Początkowo myślałam, że przynajmniej niektóre dramatis personae zostały wymyślone, ale wystarczyło wrzucić ich nazwiska do wyszukiwarki, aby przekonać się, że naprawdę istniały. Nawet najbardziej nieprawdopodobny i dziwaczny, wyjątkowa kanalia, Johnny Abbes Garcia, spiritus movens politycznej intrygi, ma swoje miejsce w hiszpańskiej Wikipedii. Podobnie jak główna bohaterka kobieca, Miss Gwatemali (naprawdę nie była żadną miss, tak była nazywana ze względu na wyjątkową urodę).  To w połączeniu ze sposobem opowiadania sprawiło, że w trakcie lektury niektórych fragmentów powieści, miałam wrażenie, że czytam reportaż historyczny. Chwilę mi zabrało, zanim się przestawiłam i zaakceptowałam. 

Dlaczego wobec tego uznaję, że "Burzliwe czasy' to powieść warta przeczytania? Bo odsłania kawał historii Ameryki Środkowej i pokazuje zakulisową rolę Stanów Zjednoczonych w wydarzeniach, które się tam rozegrały i miały potem wpływ na losy innych krajów Ameryki Łacińskiej. Jak twierdzi Mario Vargas Llosa w wywiadzie, którego udzielił Michałowi Nogasiowi, tamta słabo pamiętana historia spowodowała, że wszystkie polityczne strony niezwykle się potem zradykalizowały, czego skutki odczuwane są do dziś. Kiedy się o tym wszystkim czyta, trudno pohamować wściekłość. Kto zna i ceni książki Artura Domosławskiego o Ameryce Południowej ("Goraczka latynoamerykańska","Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary"), ten koniecznie musi poznać "Burzliwe czasy". 

Akcja powieści toczy się w latach pięćdziesiątych przede wszystkim w Gwatemali, częściowo na Dominikanie. To czasy kiedy władzę w tym pierwszym kraju  objął w wyniku rewolty lewicujący pułkownik Jacobo Arbenzo Guzman, obalając rasistę i dyktatora generała Jorge Ubico. Zapoczątkował reformy i doprowadził do demokratycznych wyborów. Zwyciężył Juan Jose Arevalo, który kontynuował zmiany. Przede wszystkim skupił się na reformie rolnej. A to zagroziło interesom amerykańskiego koncernu United Fruit Company, który dotąd czerpał ogromne zyski z uprawy i eksportu owoców, głównie bananów, które wypromował na amerykańskim rynku. Firma stanowiła państwo w państwie, nie płaciła oczywiście żadnych podatków, wykorzystywała tanią siłę roboczą i tak dalej, i tak dalej. Kiedy wydawało się, że to eldorado się skończy, zrobiono wszystko, aby przedstawić demokratyczne i lewicowe reformy jako rewolucję komunistyczną robioną rękami Związku Radzieckiego. A to na administrację amerykańską w mrocznych czasach maccartyzmu podziałało jak płachta na byka. I tak chroniąc interesy prywatnego koncernu, doprowadzono do obalenia rządów Arevalo, trwającej lata krwawej wojny domowej i destabilizacji kraju. Nieważne były ofiary, nieważne aspiracje reformującego się państwa i demokratyzującego się społeczeństwa. Ważny był interes firmy i wyimaginowana, wykreowana wojna z komunizmem. To w skrócie. I właśnie te misterne intrygi ujęte w powieściowe ramy stanowią treść najnowszej książki Mario Vargasa Llosy. Posłużę się cytatem z wywiadu, który już przywoływałam. ...chciałem przypomnieć o demokratycznie wybranym prezydencie, którego obaliła za pomocą fałszywych wiadomości największa demokracja świata. Od Gwatemali się zaczęło - odtąd Stany zaczęły się nieustannie mieszać w sprawy Ameryki Łacińskiej, popierając wojskowe dyktatury przeciwko ruchom lewicowym. Przeczytać "Burzliwe czasy" należy koniecznie, żeby zrozumieć nie tylko wydarzenia z przeszłości, ale mechanizmy, które rządzą światem do dziś.

Mario Vargas Llosa "Rozmowa w Katedrze"

Zacznę od wyznania - literaturę latynoamerykańską znam bardzo
słabo. A i to za dużo powiedziane, bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że właściwie jej nie znam. Nie czytałam Cortazara, Borgesa ani Marqueza, sztandarowych pisarzy Ameryki Południowej. Próbowałam kiedyś przebrnąć przez "Sto lat samotności", ale porzuciłam. Nie dla mnie realizm magiczny. O współczesnych pisarzach też nie ma co mówić. Nie uległam popularności Cabre i nie sięgnęłam po żadną jego książkę. W tym przypadku zraziły mnie głosy, że to literatura popularna udająca wielką. A takiego podszywania się bardzo nie lubię. Być może to nieprawda, może powinnam spróbować. Po Isabelle Allende nawet nie próbuję się zabierać, od kiedy obejrzałam ekranizację jej powieści "Dom duchów" (film nosił tytuł "Dom dusz"). 
 
Od tej reguły są jednak dwa wyjątki - przeczytałam "Czwartkowe wdowy" argentyńskiej pisarki Claudii Pineiro, która kilka lat temu była gościem festiwalu Literacki Sopot, a drugą jej książkę mam w czytniku i na pewno kiedyś po nią sięgnę. No ale przede wszystkim znam kilka powieści Mario Vargasa Llosy i bardzo je lubię. Czytałam je dość dawno, niektóre nawet bardzo dawno, jeszcze przed erą bloga. To "Pantaleon i wizytantki", "Ciotka Julia i skryba", "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i jeszcze coś, czego nie pamiętam. Zawsze chciałam więcej, no ale wiadomo, tyle jest do czytania. Na półce mam nawet stare wydanie "Rozmowy w Katedrze", uznawanej przez wielu za najwybitniejszą powieść Llosy, i już kilkakrotnie chciałam zabrać się za jej lekturę, ale wyblakły druk i niewielka czcionka skutecznie mnie zniechęcały, szczególnie odkąd rozleniwił mnie czytnik. Aż tu nagle, chyba przy okazji premiery najnowszej powieści "Burzliwe czasy", pojawiły się ebooki z książkami Llosy i to w bardzo miłych cenach. Natychmiast kupiłam "Rozmowę w Katedrze" i dwa inne, a potem, już w nie tak atrakcyjnej cenie, świeżynkę - "Burzliwe czasy". No i teraz, czytelniku tej notki, spodziewaj się festiwalu wpisów o powieściach Llosy, bo postanowiłam przeczytać wszystkie nabytki jak najszybciej, przeplatając każdy z nich książką innego pisarza. To tak dla higieny psychicznej, żeby nie przedobrzyć.
 
Na pierwszy ogień poszło moje wieloletnie czytelnicze marzenie - "Rozmowa w Katedrze" (Znak 2017; przełożyła Zofia Wasitowa). Nie mogłam się od tej książki oderwać, mimo że nie zawsze jest to  łatwa lektura, a dlaczego, o tym za chwilę. Akcja powieści toczy się w latach pięćdziesiątych w Peru w czasach dyktatury generała Odrii i opowiada o mechanizmach władzy autorytarnej. Jeśli, czytelniku tej notki, w tym momencie westchnąłeś głęboko, bo uznałeś, że to nuda, nic bardziej błędnego. Powieść toczy się na wielu planach, ma wielu bohaterów i to ich osobiste historie pokazane na tle burzliwych wydarzeń politycznych tamtych lat stanowią jej oś fabularną. Ale przyglądanie się mechanizmom dyktatury jest naprawdę fascynujące. Zakulisowe gry, walki frakcyjne, polityczne prowokacje, zwalczanie opozycji, lewe interesy, działalność konspiracyjnych organizacji, wybory, wiece, bunty, strajki, oglądanie się na Stany, które mieszały w polityce krajów Ameryki Południowej, wspierając wojskowe dyktatury w imię walki z lewicą mniej lub bardziej radykalną. To wszystko tu znajdziemy. I nie trzeba być znawcą  historii Peru, aby to zrozumieć. Owszem, można wygoolglować sobie co nieco, ale równie dobrze można się obejść bez tej wiedzy, bo  Llosa opisuje mechanizmy uniwersalne. Nie muszę dodawać, że wiele z nich odnajdziemy niestety w naszej rzeczywistości. Aby w moich zachwytach nie być gołosłowną i pokazać, jak to jest zrobione, dam przykład tylko jednej trzymającej w napięciu sceny rozciągniętej do rozmiarów sporego rozdziału. W  odległym od stolicy górskim mieście ma się odbyć wiec przeciwników dyktatury. Władza szykuje prowokację - ściąga krzepkich mężczyzn, którzy wmieszają się w tłum i doprowadzą do zamieszek, rozbijając zgromadzenie. Ale prowokacja okazuje się być piętrowa - przeciwnicy ministra do spraw bezpieczeństwa sabotują dowodzoną przez niego akcję, czym chcą doprowadzić do jego upadku. To wszystko, chociaż wcześniej już wiemy, że minister został zdymisjonowany, bo akcja nie toczy się chronologicznie, rozgrywa się na oczach czytelnika - śledzimy przeplatające się rozmowy telefoniczne skonsternowanych polityków, którzy próbują jakoś opanować sytuację wymykającą się spod kontroli, i opowieść jednego z bohaterów zwerbowanego do przeprowadzenia prowokacji. Naprawdę trudno się oderwać, chociaż zdarzenia relacjonowane są polifonicznie.
 
Bardzo ciekawy jest też portret społeczeństwa peruwiańskiego. Wśród bohaterów znajdziemy ludzi różnych klas społecznych. Są ci najbogatsi - związani z władzą przemysłowcy, czerpiący wymierne profity z tych bliskich, nieformalnych relacji, politycy, senatorowie, potomkowie starych rodów. Większość z nich to ludzie biali. Mieszkają w dobrych dzielnicach, w wygodnych domach otoczonych ogrodami. Mają oczywiście prawicowe poglądy, chociaż nie wszystkim w smak wojskowa dyktatura. Jest warstwa średniaków, dziennikarze, nauczyciele, pielęgniarka. Są spiskujący studenci i panienki lekkich obyczajów. Świat tych ostatnich ściśle łączy się ze światem polityki. Są wreszcie ci z dołów drabiny społecznej - kolorowe służące, czarni kierowcy, ludzie do wynajęcia. Niewidzialni, którym zawsze wiatr w oczy. Te grupy się nie spotykają, żyją osobno, chociaż obok siebie. O tym, jak bardzo rozwarstwione jest społeczeństwo peruwiańskie, najlepiej świadczy awantura, do jakiej doszło w rodzinie bogatego przemysłowca i polityka, kiedy młodszy syn, outsider i czarna owca, ożenił się z pielęgniarką. Kiedy się to czyta, aż trudno uwierzyć, że taka reakcja była w ogóle możliwa.
 
Ale nie ma powieści bez fascynujących ludzkich historii. I tak jest u Llosy. "Rozmowa w Katedrze" ma kilku głównych bohaterów. Może najważniejszym z nich jest Santiago. To o nim wspomniałam przed chwilą. To on jest wiecznym zmartwieniem dla rodziców. Bo najpierw zamiast iść na uniwersytet katolicki, jak robią dzieci z takich rodzin, poszedł na uniwersytet państwowy, siedlisko zrewoltowanych, lewicowych studentów o różnym kolorze skóry, potem przysporzył ojcu problemów swoją polityczną, konspiracyjną działalnością, a wreszcie wyprowadził się z domu, rzucił uczelnię i zaczął pracować w jednej z gazet. Nie, nie zrobił kariery, stał się wyrobnikiem pióra. To postać pęknięta, która buntuje się przeciw światu, z którego pochodzi, ale nie potrafi tego buntu przekuć w coś więcej. Wie, że nie chce żyć tak jak jego rodzice i rodzeństwo, ale nie bardzo ma pojęcie, co dalej. Grzęźnie w prozie życia, jedne kompromisy zamienia na inne. Czy na jego losie zaważył miłosny zawód, jaki przeżył? Czy ciąży mu pochodzenie i koneksje ojca, z których nie omieszkał skorzystać, kiedy wpadł w tarapaty? Czy to go przetrąciło i wmanewrowało w byle jaką codzienność? Drugi ważny bohater to Ambrosio, czarnoskóry biedak z prowincji, który w Limie szuka szczęścia. Najpierw dzięki znajomościom z rodzinnej miejscowości zostaje kierowcą ważnego polityka, potem jest kierowcą ojca Santiago. To rozmowa tych dwóch bohaterów, którzy przypadkowo spotykają się po latach w odrażających okolicznościach i idą porozmawiać do podłej knajpy zwanej Katedrą, stanowi oś opowieści. Ambrosio to postać tragiczna, wielowymiarowa, próbuje kierować swoim losem, wydrzeć życiu, co się da, potrafi być oddany do granic, poświęcić siebie, ale i tak dostaje od życia kopniaka. Przytoczę jego przejmujące słowa. Może najważniejsze w powieści?
Tak, paniczu. I co będzie robił?To co przedtem (...) Zawsze coś się złapie, jak nie tu, to gdzie indziej (...), i tak to tu, to tam, no a później to już mu pewnie przyjdzie umrzeć, no nie, paniczu?
Żeby zrozumieć cały bezmiar tragedii, jaka jest w tych słowach, napiszę, czym zajmował się Ambrosio, kiedy po latach spotkał go Santiago. Pracował w schronisku dla zwierząt, wyłapywał bezpańskie psy w czasie epidemii wścieklizny i bezwzględnie je zabijał. Robił  to za marne grosze, bo innego zajęcia nie mógł znaleźć. 
 
Ważnych bohaterów w powieści jest znacznie więcej. Ojciec Santiago, don Fermin - postać równie tragiczna, pęknięta, niejednoznaczna. Amalia, czarna służąca w domu don Fermina. Hortensja i Queta, damy do towarzystwa, a może po prostu panienki lekkich obyczajów. I minister do spraw bezpieczeństwa, o którym już wspominałam. Każdy z nich niesie swoją historię, każdy jest znakomicie sportretowany. Ich losy zazębiają się. Jest też cała masa bohaterów drugiego i trzeciego planu. Na szczególną uwagę zasługują dwie historie - ojca i syna, pana i służącego mu kierowcy.
 
Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o dwóch sprawach. Pierwsza to sensacyjny wątek, który pojawia się w powieści, tajemnica jednego z bohaterów wyjaśniająca się z czasem. To dlatego losy niektórych postaci układają się tragicznie. Druga to konstrukcja powieści, która może sprawiać momentami trudność w czytaniu. Opowieść snuta jest z perspektywy kilku bohaterów. Mieszają się narracje, kilka pierwszoosobowych z trzecioosobową, mieszają się też czasy - historia nie jest opowiadana chronologicznie. Niby całość wpleciona jest w tę tytułową rozmowę w Katedrze, która uruchamia ciąg wspomnień, ale co jakiś czas czytelnik uświadamia sobie, że śledzi i inne rozmowy. Może najtrudniejsze są te fragmenty, w których polifonicznie prowadzonych jest kilka wątków - przypomina to szybki filmowy montaż. Wtedy trzeba czytać uważnie, ale bez przesady, naprawdę nie stanowi to trudności nie do pokonania.
 
Nie da się o tak bogatej, tak wielowątkowej powieści opowiedzieć wszystkiego, nie można też za wiele zdradzać, bo w końcu sama story też jest tu ważna, a może nawet najważniejsza. Pozostaję z niedosytem, że zaledwie napomknęłam to i owo. Po prostu taką powieść trzeba przeczytać, a nie o niej rozprawiać.

Popularne posty