Martin Pollack "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki"

Austriacki pisarz, tłumacz, eseista, publicysta Martin Pollack to jeden z tych autorów, których czytam regularnie od momentu, kiedy objawił mi się bardzo głośną książką "Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu", w której odważnie zmierzył się z historią swojej rodziny, a przede wszystkim swojego ojca - zdeklarowanego nazisty, członka gestapo, zbrodniarza wojennego poszukiwanego listem gończym. To dyskusja wokół tej lektury uświadomiła mi, pewnie nie tylko mi, jak Austriacy sprytnie zmistyfikowali swoją historię - w powszechnej świadomości uznawani byli za ofiary drugiej wojny, a ukrywali czy umniejszali swój udział w niej. Dziś świadomość, jak było naprawdę, jest już chyba powszechna. To od "Śmierci w bunkrze" zaczęłam nie tylko sięgać po nowe książki Martina Pollacka, ale systematycznie uzupełniałam zaległości, byłam też przynajmniej dwa razy na spotkaniach z autorem. Przeczytałam znakomitego "Cesarza Ameryki", "Po Galicji", "Skażone krajobrazy" i "Topografię pamięci". Wszystkie godne polecenia. Oczywiste więc było, że sięgnę po najnowszą książkę pisarza - "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki" (Czarne 2020; przełożyła Karolina Niedenthal).

Tytuł nieco myli. Nie jest to tak naprawdę opowieść o ciotce, a właściwie siostrze dziadka, Pauline Bast, po mężu Drolc, bo po prostu niewiele o niej wiadomo. Tragiczny koniec jej życia, próba odtworzenia jej ostatnich dni, ustalenia, gdzie została pochowana, staje się pretekstem do opowiadania o historii rodziny i Dolnej Styrii, krainy, która przechodziła z rąk do rąk. Zamieszkiwana była przez Austriaków i Niemców, czyli przez ludność niemieckojęzyczną, oraz przez Słoweńców, ale także przez inne narodowości, bo przecież przed pierwszą wojną znajdowała się w granicach Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Po jej zakończeniu stała się częścią Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców przemianowanego później na Jugosławię, a od inwazji Trzeciej Rzeszy znowu wpływy odzyskali tu Niemcy. W końcu po drugiej wojnie te ziemie stały się ponownie częścią Jugosławii. Dziś należą do Słowenii. Wraz ze zmianą granic zmieniały się nazwy miejscowości - Tuffer, gdzie zamieszkała rodzina Bastów, stawał się Laszkiem, potem na odwrót i tak kilkakrotnie. Zmieniała się też pisownia nazwisk - mąż ciotki Pauline, Słoweniec, raz był Drolcem, raz z niemiecka Drolzem. Oczywiście nie działo się to dobrowolnie, zmiana nazwiska została wymuszona urzędowo. 

Historia Dolnej Styrii jest historią przemocy, symbolicznej i fizycznej, prześladowania tych, którzy akurat nie rządzą, zemsty, odzyskiwania i tracenia wpływów. Okrutni byli jedni i drudzy, po latach trudno rozplątać ten gordyjski węzeł żalów i nienawiści. Kto był winien? Kto zaczął? Dlaczego obie nacje nie mogły żyć pokojowo, szanować swoich praw? Historia się dziwnie plecie. Sąsiedzi, ludność niemieckojęzyczna i Słoweńcy, na poziomie codziennej egzystencji najczęściej żyli ze sobą w zgodzie, ale jednocześnie ci sami sąsiedzi potrafili się wzajemnie prześladować. Na przykład  pomiędzy pierwszą a drugą wojną, kiedy Dolna Styria była częścią Jugosławii, Słoweńcy atakowali Niemców chodzących w swoich narodowych strojach, które stały się przejawem wielkoniemieckiej ideologii. Z kolei ci ostatni lubili prowokować w ten sposób swoich słoweńskich sąsiadów. Sprzyjała temu polityka państwa. Kto rządził, ten z czasem, albo od razu, delegalizował stowarzyszenia zakładane przez mniejszości, usuwał ze stanowisk urzędników i nauczycieli, wprowadzał inne restrykcje. Najtragiczniejsze oczywiście były czasy drugiej wojny i tuż po niej. Prześladowania Słoweńców, działalność partyzantki, zbiorowe egzekucje stosowane przez Niemców w odwecie za akcje zbrojne. Nic dziwnego, że potem role się odwróciły. Ludność niemieckojęzyczna i ci, których uznano za kolaborantów, trafiali do obozu na zamku w Hrastovcu. Nie wszyscy przeżyli ciężkie warunki. 

Kiedy patrzymy w skali makro, myślimy - dokonała się sprawiedliwość, winnych należało ukarać. Kiedy spojrzymy w skali mikro, sprawa się komplikuje. Czym zawiniła Pauline? Dlaczego ją aresztowano? Z przekazów, które się zachowały, wynika, że była kobietą spokojną, cichą, życzliwą, lubianą przez sąsiadów, prawie nie wychodziła z domu, nie popełniła żadnej zbrodni, nie należała do żadnej organizacji, nie interesowała się polityką. Trudno dziś odtworzyć, jakie dokładnie miała poglądy, ale wydaje się, że nie była gorliwą nazistką, być może nawet ta ideologia była jej zupełnie obca. Inaczej niż jej braciom, szczególnie Ernstowi i Rudolfowi - ten drugi to dziadek Martina Pollacka. Paradoks polega na tym, że im niemal włos z głowy nie spadł, po powojennych restrykcjach, które trwały stosunkowo krótko, do końca życia byli szanowanymi adwokatami. Koniecznie trzeba też dodać, że nigdy nie zmienili swoich zapatrywań. Nie widzieli swojej winy i winy swojego narodu, uważali się za ofiary, nie wyrazili skruchy. W takiej atmosferze dorastał Martin Pollack, o czym pisał już w "Śmierci w bunkrze". To kolejny paradoks i przejaw zawiłości ludzkiego losu. Trudno oddzielić od siebie te dwie sprawy. Z jednej strony autor z sentymentem wspomina dzieciństwo, swoją rodzinę, szczególnie dziadka, z którym chodził po górach, łowił ryby, jego fascynujące rodzinne opowieści o życiu w Dolnej Styrii, która jawi się jak raj utracony, z drugiej strony zdaje sobie sprawę z ich poglądów i win, potrafi patrzeć na nich krytycznie i obiektywnie, surowo ocenić.

Po zapoznaniu się z historią rodziny Martina Pollacka trudno oprzeć się refleksji, jak dziwnie układają się ludzkie losy, nawet losy członków tej samej rodziny. Fascynuje też pytanie, jak to się stało, że niektórzy stali się gorliwymi wyznawcami ideologii nazistowskiej, a ojciec autora zbrodniarzem wojennym? Kim byli przodkowie Martina Pollacka? Skąd się wzięli w Dolnej Styrii? Jego pradziadek, Paul Bast, przybył do Tuffel z Nadrenii, tu zbudował dom, który jednoczył rodzinę. To w nim do końca życia mieszkała Pauline, to z jego powodu nie zdecydowała się na wyjazd, co pewnie uratowałoby jej życie. A dzięki koneksjom braci, Ernsta i Rudolfa, mogła to zrobić bez problemu. Jak to się stało, że trzech synów Paula Basta tak bardzo się zradykalizowało, a ich siostry i pozostali bracia nie? Autor dopatruje się przyczyn tego w ich drodze życiowej i środowisku, do którego trafili. Najpierw niemieckie gimnazjum w sąsiednim mieście, potem studia prawnicze w Grazu i przynależność do antysemickiej, nacjonalistycznej korporacji studenckiej Germania. Częścią jej kultury było wdawanie się w pojedynki, atakowanie Żydów, Słowian i Włochów, dumne obnoszenie blizn i niemieckiego honoru. Konsekwencjami takiej postawy były styl życia, na przykład polowania, a potem przynależność do nielegalnej w Austrii NSDAP. Bracia byli pod silnym wpływem nacjonalistycznego, antysemickiego, antykatolickiego ruchu Georga von Schonerera i zwolennikami przyłączenia Austro-Węgier do Wielkiej Rzeszy. To ich ukształtowało, tu tkwią korzenie ich poglądów. Pozostałe dzieci Paula Basta, które się nie kształciły, nie przesiąkły ideologią wielkoniemiecką i nazistowską. Jedna z sióstr wyszła za mąż za Chorwata, druga za chorwackiego Żyda. Rodzina się rozproszyła od Chorwacji po Austrię (Amstetten). A jednak mimo dzielących ich odległości i poglądów utrzymywali ze sobą bliski kontakt. O dziwo problemem nie był nawet siostrzeniec, którego ojcem był Żydem. Tak dziwnie plotą się ludzkie losy.

Książki Martina Pollacka zawsze są pretekstem do zadumy nad dziwnością i komplikacją świata, nad przypadkowością ludzkich losów, stanowią też ostrzeżenie, jak łatwo się zradykalizować i zbłądzić. Autor jest do bólu szczery, rozgrzebuje rany, odkrywa tajemnice przeszłości. Bardzo ciekawa to opowieść o dawnym życiu, obyczajach, o rodzinie i o krainie, gdzie mieszały się narodowości i języki. Ale Dolna Styria to przecież tylko przykład. Takich miejsc o skomplikowanej historii jest na świecie wiele. Co nie pozwala sąsiadom mówiącym różnymi językami żyć w pokoju? Kto miesza im w głowach? Te pytania unoszą się nad tą bardzo ciekawą i mądrą książką.

Rebecca Makkai "Wierzyliśmy jak nikt"

Wyznanie będzie z gatunku tych wstydliwych - otóż już dawno żadna książka nie wzruszyła mnie tak bardzo jak "Wierzyliśmy jak nikt" Rebecci Makkai (Wydawnictwo Poznańskie 2020; przełożył Sebastian Musielak). Wzruszyła to za słabo powiedziane - po prostu płakałam kilkakrotnie w czasie lektury. A przecież nie jest to przysłowiowa powieść dla pensjonarek. Autorce udało się połączyć ważny, bolesny temat z taką konstrukcją bohaterów, że stali mi się tak bliscy, jakby byli żywymi ludźmi. A przy tym książkę czyta się znakomicie, naprawdę trudno się od niej oderwać. Także ze zwykłej czytelniczej ciekawości - co stanie się dalej.

Chociaż bohaterowie i miejsca są tworem autorskiej wyobraźni, to kontekst jest jak najbardziej prawdziwy. Rebecca Makkai napisała powieść o epidemii AIDS w Chicago w latach osiemdziesiątych, która zbierała swoje żniwo w środowiskach gejowskich. Jeszcze nie ma skutecznego leku, specjalistyczna opieka lekarska jest ciągle w powijakach, dopiero niedawno pojawiły się testy wykrywające wirus. Konserwatywna administracja prezydenta Reagana nie robi nic, aby wspomagać zakażonych i chorujących - nie wspiera badań nad lekami, nie tworzy specjalistycznych oddziałów szpitalnych, nie refunduje jedynego dostępnego lekarstwa. Przeciwnie. Choroba, która w tamtym momencie kojarzona jest przede wszystkim ze środowiskiem gejowskim, rozgrywana jest politycznie, sprzyja homofobicznej histerii. Stąd niechęć wielu gejów do robienia testu, no bo wiadomo - kto go zrobi, znaczy gej. Sytuację komplikuje system nieobowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych w USA. Nieubezpieczony nie ma żadnych szans na przyzwoite leczenie, a właściwie na śmierć w przyzwoitych, godnych warunkach, bo przecież wtedy AIDS był równoznaczny z wyrokiem. Mylisz się, czytelniku tej notki, jeśli sądzisz, że ubezpieczenie rozwiązywało problem. Chory musiał toczyć długą i podstępną walkę z ubezpieczycielem, aby wyegzekwować swoje prawa, bo ten za wszelką cenę chciał udowodnić, że zaraził się przed zawarciem umowy. Powstają organizacje, które walczą o  wszystko, co potrzebne zakażonym i chorym. 

O tym samym problemie opowiada bardzo dobry francuski film sprzed dwóch lat - "120 uderzeń serca", który w poetyce dokumentu skupia się na pokazaniu aktywistów francuskiego oddziału amerykańskiej organizacji ACT UP, którzy wszelki metodami, często drastycznymi, starają się zwrócić uwagę opinii publicznej na problem. W powieści też obserwujemy scenę olbrzymiej demonstracji zorganizowanej w Chicago przez tę organizację, jednak autorka skupia się przede wszystkim na pokazaniu środowiska gejowskiego i spustoszeniach, jakie spowodowała epidemia AIDS. 

Akcja powieści rozgrywa się naprzemiennie na dwóch planach czasowych. Jeden to lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych w Chicago, drugi to rok 2015 w Paryżu, wybrany nieprzypadkowo, bo w czasie, kiedy doszło do zamachów terrorystycznych na teatr Bataclan, kawiarnię i kilka innych miejsc. Głównych bohaterów jest dwoje. Trzydziestokilkuletni Yale Tishman, gej pracujący w galerii sztuki należącej do jednej z chicagowskich uczelni. Wspominam o tym, bo wątek jego pracy jest bardzo istotny i ciekawy, a nawet dla polskiego czytelnika odkrywczy. Yale od kilku lat żyje w monogamicznym związku z Charliem. Właśnie teraz nadarzyła mu się wspaniała zawodowa szansa - galeria, w której pracuje, może pozyskać bardzo ciekawą i cenną kolekcję szkiców, rysunków i obrazów - między innymi Modiglianiego i innych malarzy tworzących w Paryżu na początku dwudziestego wieku. Dzieła ofiarowane zostaną za darmo, ale potrzebne są olbrzymie pieniądze na ich uwierzytelnienie, bo nie są to oczywiście prace powszechnie znane, i na ich renowację. Z pozyskaniem kolekcji i funduszy łączy się wiele dylematów moralnych. Yale musi dokonywać trudnych wyborów, stawiać na szali zawodową karierę, jeśli chce pozostać wierny swoim ideałom i słowu danemu niemal dziewięćdziesięcioletniej ofiarodawczyni. Równowaga pomiędzy przyjaźnią, lojalnością, pasją, obowiązkami, zawodowymi układami, obłaskawianiem sponsorów jest bardzo krucha. To stąpanie po cienkim lodzie.

 Drugą bohaterką jest Fiona, która w roku 1985, kiedy zaczyna się akcja, ma dwadzieścia jeden lat. Jej brat, Nico, właśnie umarł na AIDS. Od jego pogrzebu rozpoczyna się akcja powieści. Przed laty został wyrzucony przez ojca z domu, kiedy dokonał coming outu, matka nie potrafiła stanąć w jego obronie, za to Fiona potajemnie wspierała go przez cały czas. Nie chodzi tylko o wsparcie duchowe, ale i o materialne na miarę jej skromnych możliwości. Dzięki bratu Fiona przyjaźni się z innymi gejami, jego przyjaciółmi, między innymi z Yale'm. Ta młoda kobieta, właściwie jeszcze dziewczyna, dźwiga na swoich barkach ciężar niewyobrażalny. Śmierć ukochanego brata jest dla niej ogromnym ciosem, ale wkrótce następują kolejne śmierci jego przyjaciół. Fiona staje się prawnym powiernikiem i wykonawczynią ostatniej woli kilku z nich. Dlaczego? Bo bardzo często odwróciły się od nich rodziny, a jeśli zjawiają się tuż przed ich śmiercią, to na ogół zupełnie nie respektują ich woli. Nie życzą sobie na pogrzebie ich partnerów, nie pozwalają im zabrać choćby tylko pamiątek po ukochanym. Tak było z Nico. Te traumatyczne przeżycia położą się cieniem na całym życiu Fiony, na jej małżeństwie, a zwłaszcza na macierzyństwie, szczególnie , że jej córka, Claire, urodziła się w bardzo dramatycznym dla niej momencie. W 2015 roku Fiona przyjeżdża do Paryża, aby odszukać dorosłą Claire, która od kilku lat nie odzywa się do rodziców. Zatrzymuje się u Richarda, znanego fotografa, geja, którego doskonale zna z czasów chicagowskiej młodości. Richard dokumentował tamte lata, teraz przygotowuje się do retrospektywnej wystawy. To pomost, który łączy Fionę z dawnymi czasami. Właściwie trudno powiedzieć, że zapomniała o tamtych okresie swojego życia i tamtych ludziach. Mimo terapii przeszłość wciąż jest ciężarem. 

O sile powieści Rebecci Makkai stanowi chyba to, że bardzo lubimy jej bohaterów. Zwłaszcza Yale'a. Dlatego możemy tak dobrze zrozumieć dramat jego i całego środowiska. Nie tylko obserwować, ale i odczuwać boleśnie śmierć jego przyjaciół, dzielić lęk o to, czy pomimo ostrożności sam się nie zaraził. Patrzeć, jak stopniowo staje się coraz bardziej samotny, jak jego świat rozpada się na kawałki. Spróbować wczuć się w to, co czuje człowiek, kiedy po kolei chorują i umierają jego bliżsi i dalsi znajomi, kiedy nagle tak dojmująco ubywa ludzi. Nieprzypadkowo Yale'a doświadczenie zostaje tu zestawione z doświadczeniem Nory, ofiarodawczyni kolekcji, której świat rozpadł się w wyniku I wojny światowej. Chociaż wtedy zginęło oczywiście nieporównywalnie więcej ludzi, to poczucie pustki jest bardzo podobne. Ale w roku 2015 świadomość kruchości życia, końca znanego świata też jest bardzo silna. Wprawdzie AIDS to już nie wyrok, ale świat zawsze kończy się z jakiegoś powodu. W roku 2015 to terroryzm. A przecież dziś, kilka lat później, wcale nie jest lepiej. Doszły kolejne zagrożenia. Pewnie także dlatego tak bardzo wczułam się w nastrój powieści. Dlatego tak bardzo rozumiem bohaterów, którzy mówią, że żyli w złotym wieku, wieku sprzed epidemii, i nie wiedzieli o tym. Dlatego tak bardzo za swoje biorę słowa ... pędzi człowiek wyłącznie przed siebie w przerażająca przyszłość, wciąż dalej i dalej od tego, co kiedyś dawało mu szczęście. Czy jest ratunek? Jakieś antidotum? Tak. Drobne osobiste zwycięstwa, porządkowanie swoich spraw, miłość. Chociaż ta ostatnia przynosi też cierpienie, to przecież każdy zły ciąg dalszy, był kiedyś obietnicą i dobrym początkiem. Bo powieść Rebecci Makkai jest też książką o miłości, często takiej, której nie sposób zapomnieć, która tkwi cierniem przez całe życie. Jakże często kochamy tych, których nie powinniśmy. No i znowu zrobiło się ponuro, ale zapewniam, że można w tej powieści odnaleźć jakieś iskierki pocieszenia.

Kończąc, muszę napisać, że to jeszcze nie wszystko. Jest w książce Rebecci Makkai znacznie więcej, choćby obyczajowa opowieść o życiu gejowskim w Chicago, no a przede wszystkim opis dylematów moralnych, jakie rozstrzygać musi Yale. Jego osobista historia doskonale wpisuje się w schemat antycznej tragedii - przed fatum uciec się nie da, nie wszystko od nas zależy, choćbyśmy bardzo chcieli. 

Lubię takie powieści, kiedy po skończeniu lektury, mam świadomość, że nie był to czas stracony. Przejmujące i ważne, a jednocześnie po prostu ciekawe. Nieczęsto się trafiają.

Letnie remanenty filmowe - "Ikar. Legenda Mietka Kosza", "(Nie)znajomi"

Jak zwykle latem nadrabiam filmowe zaległości. Napisałam jak zwykle, ale wcale nie było oczywiste, że moje ulubione kino zorganizuje tego lata tradycyjny wakacyjny festiwal filmowy, już czternasty. Ale jest. W tym roku częściej jednak wybieram to, co już widziałam niż to, co mi umknęło. 


Najpierw wybrałam się na bardzo palącą zaległość - "Ikar. Legenda Mietka Kosza" film Macieja Pieprzycy nagrodzony Srebrnymi Lwami na zeszłorocznej Gdyni i wieloma innymi nagrodami, w tym dla Dawida Ogrodnika za główna rolę męską. Kiedy był grany jesienią, miał silną konkurencję, wybrałam inne tytuły. Sprawdziłam na blogu - obejrzałam wtedy "Portret kobiety w ogniu", "Wysoką dziewczynę" i "Boże Ciało", wszystkie znakomite. W tej stawce opowieść o zapomnianym, niewidomym jazzmanie,  Mietku Koszu, rzeczywiście wydaje mi się najsłabsza, ale to przecież bardzo dobry film, prawdę mówiąc, znacznie lepszy, niż myślałam. Czego się spodziewałam? Sprawnie, lecz sztampowo opowiedzianej historii wyciskającej łzy z oczu. Coś w duchu "Chce się żyć" również z Dawidem Ogrodnikiem w roli głównej, za którym to filmem ja nie przepadam. Tymczasem "Ikar. Legenda Mietka Kosza" to inna bajka - opowiedziany niechronologicznie, stopniowo odkrywający przed widzem tajemnice biografii Mietka Kosza i jego niełatwej osobowości. Oczywiście, że  wzrusza, ale nie jest to gładka opowieść. Bo gładki nie był główny bohater - pochodzący z zamojskiej wsi Mietek Kosz, dla którego muzyka, a w szczególności jazz, stał się nie tylko wielką miłością, ale sposobem komunikacji ze światem. To opowieść o wyboistej drodze do muzyki, ale jednak w tamtych czasach, lata sześćdziesiąte, możliwej, o sukcesach, także międzynarodowych, upadkach, trudnym, despotycznym, wybuchowym charakterze i wielkiej samotności. A kiedy wszystko zaczęło się znowu układać, także prywatnie, nastąpił tragiczny wypadek. Mieczysław Kosz zginął w wieku 29 lat. Wypadł przez okno w niejasnych okolicznościach - legenda głosi, że popełnił samobójstwo, chociaż jego bliscy nie wierzą w tę wersję. Niewiele zachowało się po artyście, może dlatego został przez miłośników jazzu zapomniany. Chwała więc Maciejowi Pieprzycy, że przywrócił szerokiej publiczności tego kompozytora i pianistę. To niejedyne zalety filmu. O znakomitej roli Dawida Ogrodnika wiadomo, ale bardzo dobrych ról jest tu znacznie więcej. Świetny jest Cyprian Grabowski grający Mietka Kosza w dzieciństwie. Świetne są Wiktoria Gorodeckaja i Justyna Wasilewska, świetni Piotr Adamczyk i Grzegorz Mielczarek, którego dzięki charakteryzacji zupełnie nie poznałam. A jest jeszcze bardzo dużo ról epizodycznych, także bardzo dobrych. Mnóstwo w filmie znakomitej muzyki, głównie jazzu, bardzo dobre są zdjęcia. Twórcy filmu starali się pokazać, jak widział i odbierał świat niedowidzący, a potem już całkowicie niewidomy Mietek Kosz. Kto jeszcze nie widział, niech obejrzy koniecznie!


Drugi film, który zobaczyłam w ramach wakacyjnego festiwalu, to "(Nie)znajomi" - polska wersja włoskiej komedii "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" z Kasią Smutniak w tej samej roli. Punkt wyjścia identyczny - przyjaciele spotykają się na kolacji i postanawiają, że będą czytać wszystkie przychodzące smsy, a wszystkie rozmowy telefoniczne prowadzić na głos. Na jaw wychodzą mniejsze i większe sekrety, jest śmiesznie, ale w gruncie rzeczy strasznie. Również bohaterowie i ich problemy są takie same jak we włoskiej wersji, pojawiają się tylko drobne polskie smaczki. Na przykład taki, że za oknem eleganckiego mieszkania, w którym rozgrywa się akcja, trwa budowa kolejnego apartamentowca, co psuje widok z tarasu i zakłóca spokój.  Czy wobec tego warto oglądać polską wersję? Nie jest to filmowe must see, ale obejrzeć można. Przyjemny film o poważnych, codziennych sprawach. Eleganckie wnętrze, eleganccy ludzie, pierwsza liga aktorska. Idąc do kina, doskonale wiedziałam, co zobaczę. Przecież najbardziej lubimy piosenki, które dobrze znamy. Ale są dwa momenty, które robią wrażenie i mącą beztroską zabawę. To dwa monologi. Pierwszy pamiętałam z włoskiego pierwowzoru - uwaga spojler, kto nie widział żadnej wersji, niech nie czyta - to wyznanie jednego z bohaterów, dlaczego nie przyznał się dotąd, że jest gejem. Kilka zdań trafionych w punkt. Można by je pokazywać jako filmik instruktażowy tym wszystkim, którzy nie rozumieją, z czym mierzą się takie osoby. Drugi to monolog żony i matki, tkwiącej w klasycznym układzie patriarchalnym, bardzo dobitnie wypowiedziany przez Maję Ostaszewską. Obie kwestie zabrzmiały niezwykle mocno i niezwykle aktualnie w czasach szczucia na osoby takie jak bohater i w czasach, kiedy władza grozi wypowiedzeniem konwencji antyprzemocowej i pod rękę z Kościołem zagoniłaby kobiety do przysłowiowej kuchni.   

Roman Koropeckyj "Mickiewicz. Życie romantyka"

Do książki amerykańskiego slawisty, a właściwie nawet polonisty, Romana Korepeckiego "Mickiewicz. Życie romantyka" (W.A.B. 2013; przełożyła Małgorzata Glasenapp) przymierzałam się już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno przypomniałam sobie o niej ponownie dzięki poleceniu z cyklu pięć książek na weekend. Wiem, wiem, taka deklaracja może wydać się ekscentryczna, bo kto by czytał biografię poety - narodowego wieszcza kojarzącego się ze szkolną nudą. Wiadomo, Mickiewicz wielkim poetą był, ale jak zachwyca, kiedy nie zachwyca. Nawet bliska mi osoba czytająca rzeczy poważne, a nawet bardzo poważne, mocno się zdziwiła, kiedy powiedziałam jej, za jaką książkę aktualnie się wzięłam. Obawiam się, iż nie przekonały jej moje zapewnienia, że to bardzo ciekawe. Nie będę udawać, że rzucę się teraz do ponownej lektury ballad, "Dziadów", "Konrada Wallenroda" czy "Pana Tadeusza". Po pierwsze aż tak nie zachwyca, a po drugie już dawno wyleczyłam się z romantyzmu. Ale biografia to co innego - życie Mickiewicz miał fascynujące i w gruncie rzeczy tragiczne, o czym dobitnie przekonałam się dzięki książce Koropeckiego. 

Jestem bardzo zadowolona, że w końcu zdecydowałam się na tę lekturę. No bo co wiemy o Mickiewiczu? Znamy parę faktów, które zostały nam w głowach z czasów szkolnej edukacji. Biografia pióra  amerykańskiego polonisty pozwoliła mi pozbyć się nieprawdziwych przekonań, które, nie wiadomo skąd, tkwiły mi w głowie,  uporządkować informacje i znacznie je poszerzyć. Stała się też przyczyną paru zdziwień. Co ważne, autor, Amerykanin, patrzy na Mickiewicza z odległej perspektywy, a takie spojrzenie z zewnątrz jest zawsze bardzo cenne. Wprawdzie już od licealnej lektury "Brązowników" Boya nie traktowałam naszego narodowego wieszcza z bałwochwalczym szacunkiem, ale minęło tyle czasu, że naprawdę niewiele z tej książki pamiętam. (Właśnie przed chwilą odkryłam, że bez trudu można kupić papierowe wydanie "Brązowników", a nawet ściągnąć jej elektroniczną wersję ze strony Wolnych Lektur.

Czyta się biografię poety autorstwa Koropeckiego bardzo dobrze. Autor skupia się przede wszystkim na życiu pisarza. Nie analizuje utworów, raczej pokazuje ich wpływ na współczesnych Mickiewiczowi i ich recepcję. We wstępie do tego wydania tłumaczy, że przytaczane fakty historyczne polskiemu czytelnikowi mogą się wydać oczywiste, ale książka pisana była na rynek amerykański. Zupełnie nie przeszkadza to w lekturze. Przyznam, że moja wiedza historyczna jest mocno dziurawa i zdarzało się, że w czasie lektury szperałam w internecie, żeby jeszcze coś sprawdzić i doczytać. 

Co szczególnie utkwiło mi w głowie po lekturze książki? Mnóstwo. Zwrócę uwagę na to, co najważniejsze. Korzenie poety i dzieciństwo spędzone w Nowogródku - niewielkie miałam na ten temat pojęcie. Ciekawe są informacje o porywczych stryjach i pochodzeniu rodziny - wiele na ten temat spekulacji, znacznie mniej faktów. Stosunkowo dużo wiedziałam o okresie studiów w Wilnie i pracy w Kownie, o działalności w stowarzyszeniach studenckich, które ostatecznie stały się przyczyną problemów politycznych, o przyjaźniach, jakie zawiązał, ważnych przez całe życie, chociaż wielu przyjaciół nie zobaczył już nigdy po opuszczeniu Litwy. Pozostała im tylko korespondencja. W czasach, kiedy nie było telefonów, kiedy listy wędrowały wolno z jednego końca Europy na drugi, bywało, że o czyjejś śmierci poeta dowiadywał się po latach. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Wilno w tamtych czasach było dziurą, w której niewiele się działo. Nic dziwnego, że kiedy Mickiewicz znalazł się na wygnaniu w Rosji, odżył. Nie było dla mnie tajemnicą, że tamten okres w jego życiu był całkiem przyjemny, ale niewiele na ten temat wiedziałam. Tymczasem Koropeckyj barwnie opisuje czas spędzony przez poetę w Rosji. Podróże, między innymi na Krym, pierwsze zetknięcie ze światem Orientu, życie towarzyskie, uczuciowe i przede wszystkim znajomości z literatami, wydawcami i artystami, bywanie na salonach. Mickiewicz bardzo szybko stał się ich gwiazdą i to właśnie wtedy ugruntowała się jego pisarska europejska sława. Przyniosły mu ją miedzy innymi poetyckie, głębokie improwizacje, które wygłaszał na przyjęciach i spotkaniach. To w Rosji znalazł wydawców i wpływowych ludzi, którzy uwierzyli w jego talent. Sonety, które powstały w tym okresie, były zrozumiałe dla każdego. To wtedy jego twórczość zaczęła być tłumaczona na francuski i rosyjski, co ugruntowało jego popularność. Dopiero później stał się poetą zrozumiałym tylko dla Polaków.  Do upadku powstania listopadowego, kiedy to jego książki w Rosji i w Królestwie Polskim znalazły się na indeksie,  utrzymywał się z dochodów za nie, od czasu do czasu korzystając z bezinteresownej pomocy hojnych, bogatych, zafascynowanych nim  arystokratów. Celebrytą był i później, kiedy udało mu się wyjechać z Rosji w podróż po Europie. Otoczony sławą, witany i goszczony przez arystokrację, także rosyjską, mógł oddawać się wojażom. Tu oczywiście nie mogę się powstrzymać od przywołania mojej ulubionej gorzkiej refleksji, jak los niesprawiedliwie obdziela swoimi darami. Kiedy nieliczni mogli pozwolić sobie na takie przyjemne życie w podróży, inni w tym czasie ciężko harowali. Oczywiście Mickiewicz wcale nie był bogaty, ale jednak mógł sobie pozwolić na takie życie dzięki dochodom z książek i sławie. 

Koropeckyj nie ucieka od sprawy zasadniczej - pytania, dlaczego poeta nie przystąpił do powstania listopadowego. Kiedy wybuchło, przebywał w Rzymie. Wielu znajdujących się tam Polaków natychmiast wyruszyło, aby przedrzeć się na teren zaboru rosyjskiego. Mickiewicz zwlekał, pisał w listach o przeszkodach, nigdy jednak nie wyjaśniał, o jakie przeszkody chodzi. Kiedy wreszcie po kilku miesiącach wyruszył, też się nie spieszył, wybrał bardzo okrężną drogę. Gdy w końcu znalazł się w Wielkopolsce i nawet nielegalnie przekroczył granicę, natychmiast wrócił. Aż w końcu powstanie upadło. Koropeckyj pisze o tym, że Mickiewicz nie wierzył w sukces walki zbrojnej i właściwie tym tłumaczy zwłokę. A warto pamiętać, że dzięki "Konradowi Wallenrodowi" stał się ikoną dla powstańców. Cytaty z jego utworów wypisywane były na murach Warszawy. Co jednak ciekawe, poeta nie spotkał się z jakimiś specjalnymi zarzutami, krytykowali go nieliczni, nadal cieszył się sławą, szacunkiem, statusem wieszcza, nadal był gwiazdą salonów korzystającą z gościnności hojnych wielkopolskich arystokratów. Niemniej jednak ta dezercja stała się kompleksem Mickiewicza na resztę życia. Bał się, że ktoś mu to wypomni, zarzuci, dlatego jego późniejsza działalność polityczna, dwukrotna próba zorganizowania legionu polskiego, raz we Włoszech w czasie Wiosny Ludów, drugi raz w Stambule w czasie wojny krymskiej, była formą rehabilitacji. 

Druga część życia poety obfitowała w trudy. Wieczne problemy finansowe, choroba żony, liczna rodzina, kryzysy twórcze, emigracyjne piekiełko, stagnacja, depresje i przede wszystkim wpływ Towiańskiego, który zaważył na życiu jego i jego rodziny. Szczególnie boleśnie odczuła to najstarsza córka, Maria. No cóż, nie był Mickiewicz wzorowym mężem ani wzorowym ojcem. Długo wyzwalał się z okowów sekty. Akurat o jego związkach z Towiańskim wiedziałam sporo dzięki bardzo interesującej i pasjonującej, choć niełatwej, powieści węgierskiego pisarza Gyorgy Spiro "Mesjasze", która opowiada o paryskiej emigracji tamtych czasów. Towiański, Mickiewicz, Słowacki są jej bohaterami. Natomiast niewielkie pojęcie miałam o politycznej działalności poety, o jego dwóch wyprawach, których celem było zorganizowanie polskiego legionu. 

Sporo jest oczywiście o kobietach w życiu poety. Nie wszystkie znałam. Legenda Maryli Wereszczakówny już dawno została rozbrojona, Koropecky jednoznacznie stwierdza, że kiedy poeta ją poznał, była już zaręczona. Poza tym równolegle romansował z Karoliną Kowalską. Mit tej wielkiej, nieszczęśliwej miłości stworzył w swojej twórczości, szczególnie w IV części "Dziadów". Autor nie demonizuje też szczególnie Ksawery Deybel, która, o ile dobrze pamiętam, była czarnym charakterem  "Brązowników" Boya. Czas związku z Towiańskim, czas sekty był w ogóle mroczny i położył się cieniem na życiu i twórczości poety. Chociaż z drugiej strony Koropeckyj twierdzi, że Towiański wyrwał poetę z marazmu, w jakim pogrążył się na emigracji, i spełnił wobec niego rolę psychoterapeuty. Dał mu energię do działania, jednocześnie jednak z jego powodu nie wszyscy traktowali go poważnie.

W biografii poety pióra Romana Koropeckiego można znaleźć wiele interesujących wątków, informacji, także o poglądach poety,  stosunku do religii i związkach z Kościołem. Warto po nią sięgnąć, nie jest to książka dla specjalistów, ale dla zwyczajnych czytelników. 

Matthew Desmond "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast"

Są takie książki, o których nie usłyszelibyśmy pewnie nigdy, gdyby nie polecenie kogoś, komu ufamy. Niereklamowane, o nieatrakcyjnym, ba, zapowiadającym nudę tytule. To banalne stwierdzenie, przecież takich pozycji jest całe morze, nawet ocean. Strach pomyśleć, ile rzeczy wartościowych przegapiamy. To przypadek książki Matthew Desmonda "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast" (Marginesy 2019; przełożył Tomasz S.Gałązka). Jasne - problem ważny, ale żeby zaraz czytać? Brzmi nieefektownie, kojarzy się z nudną ekonomią. Na szczęście usłyszałam o tej książce w radiu. Piszę na szczęście, bo jest to rzecz nadzwyczaj aktualna, opowiada o Stanach, konkretnie o problemie mieszkaniowym, z jakim borykają się najubożsi mieszkańcy USA. A wszystko na przykładzie jednego miasta - Milwaukee. Stany to kraj, który długo mitologizowaliśmy. Łuski już dawno spadły mi z oczu. Kilka tygodni temu usłyszałam od eksperta biorącego udział w dyskusji radiowej, że USA to kraj upadający. Dodał, że nigdy nie przypuszczał, iż kiedyś wypowie te słowa. Jeśli tak jest rzeczywiście, to "Eksmitowani" tylko potwierdzają tę tezę.

Warto napisać kilka słów o autorze i jego metodzie pracy. Matthew Desmond jest profesorem socjologii. Jeśli teraz, czytelniku tej notki, straciłeś całe zainteresowanie książką, bo pomyślałeś sobie, że to nudna praca naukowa, jesteś w błędzie. "Eksmitowanym" najbliżej do reportażu, który czasami przypomina powieść, bo autor odtwarza sceny z życia swoich bohaterów, ich rozmowy, pozwala im mówić swoim językiem - slangowym, kolokwialnym. Oczywiście są też partie, gdzie żywioł reportażu i powieści ustępuje miejsca dyskursowi socjologicznemu, ale pisanemu w sposób bardzo przystępny. To wszystko było możliwe, bo autor kilka lat towarzyszył ludziom, których wspólnym mianownikiem jest to, że wpadli w spiralę problemów mieszkaniowych. Co w tym wypadku oznacza słowo towarzyszył? Między innymi to, że sam na ponad rok zamieszkał na osiedlu mieszkaniowych przyczep kempingowych. Ale także to, że dosłownie współuczestniczył w ich życiu. Jadł z nimi, czasem nocował w nędznych mieszkaniach, jakie wynajmowali, chodził do sądu, pomagał w przeprowadzkach, słuchał ich rozmów. Jeśli nie był świadkiem jakiejś sytuacji, tylko poznał ją z drugiej ręki, rzetelnie o tym informuje. 

Bohaterów jest kilkoro. Różni - samotne matki, ale i samotny, kaleki ojciec, samotna starsza kobieta, para mająca problem z narkotykami, mężczyzna, który kiedyś miał dobrą pracę, mieszkał w dobrej dzielnicy, ale uzależnienie od leków, narkotyków i alkoholu sprawiło, że stracił wszystko, samotna młoda kobieta, która wychowywała się w kilku rodzinach zastępczych i właśnie rozpoczęła samodzielne życie, oraz paru innych. Czarni i biali. Desmond nie skupia się na kolorze skóry, specjalnie go nie eksponuje, po jakimś czasie nie pamiętałam już, kto jest czarny, a kto biały. W pewnym momencie zaznacza jednak, że najtrudniej zawsze mają czarne kobiety samotnie wychowujące dzieci. Ale to nie wszyscy bohaterowie. Jest jeszcze troje tych, którzy stoją po przeciwnej stronie barykady - wynajmowanie nieruchomości stało się ich jedynym źródłem zarobku. Dodam, że bardzo dobrym źródłem. Jednym z nich jest właściciel placu z przyczepami, na którym mieszkał Desmond i kilkoro spośród bohaterów książki. Kolejni to czarna para, która posiada wiele domów i mieszkań w najuboższej dzielnicy Milwaukee, zwanej gettem. Bohaterka lubi powtarzać: Getto jest git. Oznacza to tyle, że właśnie w tej najuboższej dzielnicy można robić wspaniałe interesy. Brzmi paradoksalnie, bo jak niby da się zarabiać na tych, którzy spadli na sam dół społecznej drabiny albo nigdy się z niej nie wyrwali? Otóż można i to znakomicie mimo strat ponoszonych z powodu zaległości czynszowych. Chociaż getto zamieszkują głównie czarni, to trafiają tam też ubodzy biali. Bronią się przed tym rękami i nogami, bo dzielnica ma złą sławę i w niektórych miejscach bywa bardzo niebezpieczna, ale kiedy w wyniku spirali problemów mieszkaniowych  spadają na samo dno, nie mają wyjścia.

Nie jest to książka przyjemna. Przyglądamy się ludzkiej nędzy, borykaniu się z losem. Czasem ci ludzie są sami sobie winni. Tak jest z mężczyzną, który w wyniku uzależnienia, stoczył się na dno. Można sarkać na samotne matki, które mają kilkoro dzieci, każde z kimś innym. Że źle lokowały swoje uczucia, że były nieostrożne i nieodpowiedzialne. Nie do końca jednak jest to wynikiem ich bezmyślności. Często nie potrafią żyć inaczej, bo nie miały dobrych wzorców, dziedziczą biedę i taki sposób życia. Są dziećmi samotnych matek, nie znają swoich ojców. Czasem jednak nie ma żadnej winy w tym, że ktoś ma takie problemy. Czym zawiniła młoda, niesamodzielna kobieta, która ma za sobą straszne doświadczenia dzieciństwa i młodości? Wychowywała się w kilku rodzinach zastępczych, gdzie niekoniecznie żyło jej się różowo. Kiedy osiągnęła pełnoletność, wypadła z systemu, który opiekuje się takimi jak ona, i musi żyć na własną rękę. Z samodzielnością zupełnie sobie nie radzi i popada w coraz większe tarapaty. Nikt nie zadbał o jej wykształcenie, o nauczenie jakiegoś zawodu. Nawet jednak ci, którzy sami są sobie winni, jeśli się ockną i chcą o siebie walczyć, nie znajdują instytucjonalnej pomocy. Niby mogą zapisać się na przykład do poradni leczenia uzależnień, ale w praktyce jest to droga przez mękę, bo system jest niewydolny, przyjmuje zaledwie kilku pacjentów dziennie, a kolejka długa. Nawet na takie leczenie potrzebują pieniędzy, których przecież nie mają. Trzeba wielkiej determinacji i hartu ducha, aby wytrwać na tej drodze. Bogatych uzależnionych stać na prywatne kliniki odwykowe, biedacy muszą radzić sobie sami. 

Najbardziej jednak przeraziły mnie chyba opisy mieszkań, domów i przyczep, jakie wynajmują ci ludzie. To najczęściej zdewastowane nory, o które nie dbają właściciele. Z zepsutymi kranami i toaletami, z brudnymi wykładzinami, ścianami pokrytymi farbą z ołowiem, z wybitymi szybami, drzwiami, które można otworzyć kopniakiem. Między wynajmującymi a właścicielem bez przerwy toczy się wojna o to, kto odpowiedzialny jest za naprawę, kto pokryje jej koszty. Jedni zwalają winę na drugich. Właściciele oskarżają wynajmujących o to, że zapchał się odpływ wanny i woda nie spływa, obciążają ich kosztami naprawy, jeśli w ogóle do niej dojdzie. Tak rosną długi. A w ich spiralę wpaść bardzo łatwo. Wystarczy w jednym miesiącu nie zapłacić czynszu, aby w kolejnym nie poradzić sobie z podwojoną kwotą. W położeniu tych ludzi o taką sytuację naprawdę nietrudno. Co zrobić, jeśli stoi się przed wyborem - czynsz czy leki dla dziecka albo dla siebie? Czynsz czy nowe buty, bo stare dziurawe? Czynsz czy wyprawka do szkoły? Czynsz czy wyjazd na pogrzeb kogoś bliskiego? 

A potem już z górki. Nakręca się spirala eksmisji i człowiek ląduje w coraz gorszych miejscach albo w schronisku dla bezdomnych, gdzie też nie może mieszkać wiecznie. Koszty eksmisji, składowania w specjalnych magazynach całego dobytku spadają oczywiście na eksmitowanych. Mało tego, każda eksmisja wydana przez sąd zostaje zapisana w specjalnym rejestrze dostępnym dla właścicieli nieruchomości. W takich sprawach nie przysługuje adwokat z urzędu, dlatego ci niewykształceni, bezradni ludzie nie mają szans w starciu z właścicielem. Spraw o eksmisję jest w sądach tyle, że sędziom brakuje czasu, aby pochylić się nad każdym przypadkiem. To jak taśma w fabryce, praca na akord. A kiedy ma się już taką czarną kartotekę i niewielkie fundusze, szukanie nowego lokum to droga przez mękę. Bohaterki książki potrafiły odwiedzić ponad siedemdziesiąt mieszkań, zanim udało im się wynająć cokolwiek. Kiedy znaleźć na to czas? Zwalniać się z pracy, jeśli się ją ma? Co zrobić w tym czasie z dziećmi? Szukanie trwa jeszcze dłużej, jeśli miasto przemierza się na piechotę. Dlatego eksmitowani często wolą dogadać się z właścicielem i sami opuszczają mieszkanie, co też łączy się z wieloma perturbacjami. Nie zdawałam sobie sprawy z bezmiaru problemów, jakie generują kłopoty mieszkaniowe. Choćby takie - zmiana mieszkania często oznacza nową szkołę dla dziecka i nowe sąsiedztwo. Rwą się więzi koleżeńskie i sąsiedzkie. O zawiązaniu przyjaźni mowy nie ma. Człowiek zawsze jest obcy. A to właśnie dla biednych sieć kontaktów jest bardzo ważna, często ratuje im życie. A co jeśli taka przeprowadzka zdarza się kilka razy w roku? To nie są rzadkie przypadki! Inny problem - zdarza się, że eksmitowani tracą wszystkie swoje rzeczy, cały dorobek życia, pamiątki. Dzieje się tak na przykład wtedy, jeśli nie są w stanie opłacać miejsca w magazynie, gdzie składowany jest ich dobytek. A nie są to małe kwoty. A tym wszystkim kłopotom często towarzyszy jeszcze depresja, czemu doprawdy trudno się dziwić. I bardzo niska samoocena - ci ludzie czują się nikim.

Siłą książki Matthew Desmonda jest to, że łączy w sobie perspektywę pojedynczego, konkretnego człowieka z szerszą, bo  naukową perspektywą socjologiczną. Jego opowieść poparta jest licznymi badaniami, statystykami i pracami socjologicznymi oraz ekonomicznymi. Autor znakomicie uświadamia czytelnikowi cały łańcuch problemów, jaki łączy się  z tym obszarem biedy. O niektórych pisałam przed chwilą, ale jest ich znacznie więcej. Pokazuje też cały system, który niby pomaga ubogim, ale robi to w sposób niewystarczający i często niewłaściwy. Zresztą bardzo łatwo z takiego systemu pomocy wypaść. Wystarczy, że eksmitowany całą swoją energię pożytkuje na znalezienie nowego mieszkania i zwyczajnie zapomina, że powinien się zgłosić w terminie do jakiegoś urzędu, aby pomoc przedłużyć. Za to uwielbiają ten system właściciele nieruchomości, bo dzięki bonom czy dopłatom mają gwarancję, że dostaną swoje pieniądze. Problem w tym, że ubodzy często mają niewiele więcej niż te bony czy dopłaty do czynszu. Autor pokazuje też drogi wyjścia z tej sytuacji - jak stworzyć system pomocy lepszy, efektywniejszy, jak zmniejszać strefę ubóstwa mieszkaniowego. 

Na koniec kilka krótkich informacji, które mnie zbulwersowały i które pokazują bezmiar problemu oraz to, że biednemu zawsze wiatr w oczy, a nad bogatym słońce nie zachodzi. W 2013 roku w Milwaukee co ósma rodzina nie była w stanie samodzielnie płacić czynszu. Trzy na cztery rodziny potrzebujące wsparcia mieszkaniowego nie dostają go. 67 % ubogich nie otrzymuje żadnej pomocy. Paradoksalnie czynsze w gorszych dzielnicach są tylko trochę niższe od tych w lepszych. Paradoks kolejny - stopa zwrotu z nieruchomości w gorszej dzielnicy jest znacznie wyższa niż w lepszej. Dlaczego? Bo czynsz wprawdzie trochę mniejszy, ale podatki, opłaty, cena nieruchomości znacznie niższe. Kiedy lokal zupełnie nie nadaje się już do użytku, zamiast remontować, wystarczy przestać płacić podatek od nieruchomości, a dom za długi przejmuje miasto bez konsekwencji dla właściciela. Właściciel placu z przyczepami, na którym mieszkał autor i niektórzy bohaterowie jego książki, należy do jednego procenta najbogatszych Amerykanów, a większość z jego lokatorów do dziesięciu procentów najuboższych. Jego roczny dochód jest trzydzieści razy wyższy od dochodu jego lokatora pracującego na pełnym etacie za pensję minimalną, a pięćdziesiąt razy wyższy od tego, który żyje z zasiłku. Co roku eksmisje dotykają milionów Amerykanów, najczęściej niebiałych kobiet z dziećmi. Co piąta rodzina ponad połowę dochodów wydaje na czynsz. Kiedy państwo ograniczało pomoc mieszkaniową dla najuboższych, jednocześnie przyznawało coraz większe ulgi właścicielom nieruchomości. W 2008 roku wydatki na pomoc mieszkaniową rządu federalnego wyniosły 40 milionów dolarów, a ulgi podatkowe dla właścicieli nieruchomości 171 miliardów dolarów.
Wystarczy? Jeśli nie, to na koniec cytat.

Ubogie rodziny żyją ponad stan w mieszkaniach, na które ich nie stać. Problem w tym, że to i tak najtańsze lokale na rynku.

Najczęściej mieszkania, o których mowa, to zaniedbane, zdewastowane nory, co zupełnie nie obchodzi ich właścicieli.

Popularne posty