Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty

Mario Vargas Llosa "Pantaleon i wizytantki".

Kiedy niedawno dzieliłam się refleksjami o powieści "Czerwony kwiecień" peruwiańskiego pisarza Santiago Roncagliolo, pisałam, że dostrzegam pewne jej podobieństwo do "Pantaleona i wizytantek" Mario Vargasa Llosy (PIW 1978, są też nowsze wydania; przełożył

Carlos Marodan Casas). A że tę książkę czytałam naprawdę bardzo, bardzo dawno temu i była to pierwsza pozycja tego autora, po jaką sięgnęłam, i oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stanie się w przyszłości jednym z moich ulubionych pisarzy, zapragnęłam przeczytać ją ponownie. Odłożyłam na bok nowości, które kipią w moim czytniku, i nie namyślając się wiele, oddałam się ponownej lekturze.

Akcja książki rozgrywa się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych w Iquitos i okolicach. To peruwiańska Amazonia, miasto, do którego można się dostać tylko drogą powietrzną albo wodną. Na tych terenach rozgrywała się akcja "Zielonego domu", powieści, która trafiła do mojego prywatnego the best of Mario Vargas Llosa. Kapitan Pantaleon Pantoja pracujący w intendenturze peruwiańskiej armii, znany ze swojej pracowitości i skrupulatności, zostaje przeniesiony właśnie do Iquitos, gdzie dowództwo powierza mu ściśle tajną misję. Do tego stopnia tajną, że nie będzie mógł chodzić w mundurze, nad czym boleje, a razem z żoną i matką nie zamieszka jak zwykle w kolonii wojskowej, nad czym boleją one, tylko wynajmie sobie i rodzinie mieszkanie w mieście, a skierowani mu do pomocy żołnierze również będą występować po cywilnemu. Co to za misja? Misja, której sprzeciwia się miejscowy dowódca a zwłaszcza kapelan. Na nic jednak ich protesty i niechęć, bo to zwierzchnicy z samej Limy postanowili, że Pantaleon Pantoja w najgłębszej tajemnicy ma stworzyć ... tajną służbę wizytantek, dzięki której uda się rozwiązać palący problem gwałtów dokonywanych przez żołnierzy wypuszczanych na przepustki. Jak mówi jeden ze zwierzchników Pantaleona, powierzający mu to zadanie, Amazonia to szczególne miejsce.

- Problemem jest też sprawa rekrutów, którzy muszą żyć w tym nieprzyzwoitym upale jak cnotliwe panienki - strzela językiem Tygrys Collazos. - Odbywać służbę w puszczy [Jak nauczają geografowie, powinno być w selwie, bo w Ameryce Łacińskiej puszcza to nie puszcza, tylko selwa.], Pantoja, to odwaga, nie lada odwaga.

- W amazońskich osadach wszystkie spódniczki mają swego właściciela - gestykuluje pułkownik Lopez Lopez. - Nie ma żadnych burdelików, dziwek, niczego w tym guście.

- Cały tydzień mija w odosobnieniu, na wypełnianiu w lesie różnych zadań, a jedynym ich marzeniem jest przepustka - snuje generał Victoria. - Muszą całymi kilometrami iść do najbliższej osady. A co się dzieje, kiedy tam docierają?

- Nic a nic, z powodu cholernego braku bab - wzrusza ramionami Tygrys Collazos. - Wtedy ci, którzy sobie wcześniej nie przygadali jakiejś, tracą rozum i po byle kieliszku anyżówki rzucają się jak pumy na wszystko, co staje im na drodze.

I tak kapitan Pantaleon Pantoja, znany ze swojej pracowitości i skrupulatności, niechętnie, ale z pełnym zaangażowaniem, bo nie zwykł sprzeciwiać się przełożonym, przystępuje do tworzenia owej służby. Ponieważ sam  nigdy nie szukał podobnych rozrywek, początkowo nie bardzo wie, gdzie i jak znaleźć kandydatki na wizytantki, ale z czasem przezwycięży trudności, a stworzona przez niego służba przerośnie najśmielsze oczekiwania przełożonych.

Przystępując do lektury, trzeba mieć świadomość, że i w tej powieści Mario Vargas Llosa zastosował typowy dla siebie narracyjny trik - przeplatające się w obrębie jednego rozdziału, a tu nawet na jednej stronie, różne wątki. Trzeba się do tego przyzwyczaić i albo to polubić, albo porzucić lekturę.

- Tych głodomorów trzeba nakarmić, Pantoja - patrzy mu uroczyście w oczy Tygrys Collazos. - I tu na was kolej, tu użyjecie swojego talentu organizacyjnego.

- Panta, dlaczego jesteś taki ogłupiały i osowiały? - chowa swój bilet do torebki i pyta, gdzie jest wyjście do samolotu, Pochita. - Będziemy mieli wielką rzekę, będziemy mogli się kąpać, robić wycieczki do indiańskich osad. No już, uśmiechnij się, głuptasku. 

Tak to wygląda. Bywa, że wątki zmieniają się z dużą częstotliwością nieomal z prędkością światła. Takie fragmenty dzięki użyciu czasu teraźniejszego i nagromadzeniu kilku rozmaitych informacji pomiędzy pauzami w dialogach przypominają trochę tekst sztuki teatralnej. Ale tym razem autor pozwolił sobie na jeszcze większy eksperyment z formą. (Dziś to już żaden eksperyment.) Powieść w dużej części składa się z raportów wojskowych, listów czy cytatów z prasy. I to właśnie w tym służbistym stylu raportów, w tym podejściu Pantaleona do powierzonej mu misji dostrzegłam dalekie podobieństwo pomiędzy powieścią Mario Vargasa Llosy a wspomnianym we wstępie "Czerwonym kwietniem" Santiago Roncagliolo. 

Muszę przyznać, że czytając wspomniane raporty, ale także niektóre listy czy fragmenty artykułów prasowych, śmiałam się w głos. Po początkowym zachłyśnięciu się humorem i ironią powieści, groteskowością całej sytuacji zaczęłam się czuć z tą lekturą niewygodnie. Jak dzisiaj czytać "Pantaleona i wizytantki"? Z jednej strony mamy skupienie się nie na ofiarach gwałtów, ale na biednych żołnierzach, którzy muszą sobie przecież poużywać. Im się to po prostu należy. A ile i komu, z jaką częstotliwością, jak długo ma trwać usługa, jak uniknąć bałaganu, kiedy do jednostki przybywa konwój z wizytantkami,  to wszystko skrupulatnie opisuje i wylicza kapitan Pantaleon Pantocha w tworzonych przez siebie regulaminach i w raportach słanych do przełożonych, domagając się z czasem pozwolenia na powiększenie liczby kobiet pracujących w ten sposób na usługi wojska. Mało tego. Kiedy stworzona przez niego służba odniesie niebywały sukces, podobnych usług zaczną się też domagać cywile. Im też się przecież należy.  Cóż, dzisiaj z podobnymi oczekiwaniami spotykamy się w manosferze. I to jest ta  związana z lekturą niewygoda, o której wspomniałam. No bo z czego się śmieję? Bawiąc się, tracę z oczu problem. Nie mam pojęcia, jaka była recepcja powieści wtedy, kiedy się ukazała. Może autor rzeczywiście, jak piszą wydawcy: Pod przykrywką satyry (...) przemycił refleksje kompromitujące nie tylko armię, ale i system sprawowania władzy. Czy tylko w Peru?

Z drugiej strony dostrzegam coś jeszcze i znowu nie wiem, czy jest to zgodne z intencją pisarza. Otóż kapitan Pantaleon Pantocha wyciąga konsekwencje z tego, co robi. Bo skoro wizytantki są służbą, stają się częścią armii, więc należy się im taki sam szacunek jak żołnierzom. Jak żołnierze powinny być traktowane. I kiedy ten szacunek okazał jawnie i z wojskowymi honorami, tego przełożeni, którzy kazali utworzyć tę służbę, znieść już nie mogli. Bo jak to tak oddawać honory wojskowe dziwce? Tu hipokryzja zwierzchników ujawniła  się w całej krasie. 

Jest w tej powieści jeszcze jeden wątek. Bo równolegle ze służbą wizytantek, która rozpala emocje, pojawia się w Amazonii religijna sekta, która bardzo szybko zyskuje licznych sfanatyzowanych wyznawców. Ich działania niebezpiecznie eskalują, a wojsko, które ma zaprowadzić porządek, czuje się tak samo bezradne jak wcześniej wobec plagi gwałtów. Autor zderza ze sobą dwa fanatyzmy - religijny i fanatyzm wojskowego służbisty.

I taki to mam kłopot z powieścią jednego z moich ulubionych pisarzy. Jak czytać ją dzisiaj?

Chimamanda Ngozi Adichie "To coś na twojej szyi"

To moje drugie spotkanie z prozą nigeryjskiej pisarki mieszkającej w

Stanach Zjednoczonych i na pewno nie ostatnie, bo zamierzam krok po kroku przeczytać wszystkie jej beletrystyczne książki wydane w Polsce, a wielu ich nie ma. Bezpośrednim impulsem do sięgnięcia po "To coś na twojej szyi" (Zysk i S-ka 2011; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek) jest premiera jej najnowszej powieści, którą oczywiście będę chciała przeczytać. Wcześniej poznałam "Amerykaanę", w starym wydaniu. Wkrótce ukaże się  nowe - w  tłumaczeniu Kai Gucio w wydawnictwie Filia, które ma teraz publikować jej książki. Trochę żałuję, że nie zaczekałam, no ale po pierwsze kiedy ją kupowałam kilka lat temu, nie miałam pojęcia, że  przełoży ją ponownie Kaja Gucio, a po drugie wtedy to była jedyna powieść Chimamandy Ngozi Adichie dostępna w wersji elektronicznej.

Tym razem, jak już wspominałam, mój wybór padł na "To coś na twojej szyi". Muszę przyznać, że kiedy skończyłam pierwszy rozdział i zabrałam się za drugi, poczułam się zawiedziona, a nawet oszukana. Nie, nie dlatego, żeby mi się nie podobał, przeciwnie, zrobił na mnie duże wrażenie. Po prostu okazało się, że .... to zbiór opowiadań! Przez chwilę jeszcze miałam nadzieję, że w drugim rozdziale objawia się nowy wątek, bo po lekturze "Amerykaany" wiedziałam, iż autorka lubi mieszać wątki, miejsca i czas, ale szybko odkryłam, że nie tym razem. No a mój zawód wziął się stąd, że zawsze wolę powieść od opowiadań, w czym, niestety, nie jestem oryginalna, bo nie raz, nie dwa słyszałam narzekania, że w Polsce zbiory krótkich form sprzedają się i czytają się gorzej. Dlatego gdybym miała świadomość, że "To coś na twojej szyi" to opowiadania, wybrałabym "Fioletowy hibiskus" lub "Połówkę żółtego słońca". Skąd moja pomyłka? Otóż info wydawcy jest tak skonstruowane, że raczej trudno domyślić się, że nie chodzi o powieść. Cóż, może to zabieg celowy. 

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo gdyby nie moja błoga nieświadomość, być może wcale nie sięgnęłabym po "To coś na twojej szyi" albo odkładałabym lekturę na święty nigdy, a szkoda, bo opowiadania Chimamandy Ngozi Adichie okazały się bardzo interesujące, no i świetnie się je czytało. Czasem warto oddać się lekturze, która nie stawia oporu, a jeśli przy okazji ma się poczucie, że jest to rzecz wartościowa, to czegóż można chcieć więcej.

Podobnie jak w "Amerykaanie" pisarka umieszcza akcję w Nigerii albo w Stanach. Oddaje doświadczenia swoich rodaków mieszkających w ojczyźnie i tych, którzy zdecydowali się na wyjazd. Różny jest też czas akcji. Bohaterki i bohaterów tych opowiadań poznajemy tylko na chwilę, w jakimś momencie ich życia, raz więcej, raz mniej dowiadujemy się o ich przeszłości, ale jak potoczy się ich los, tego się nie dowiemy.

Jeśli sięgam po literatury niszowe, a bardzo chętnie to robię, szukam w nich przede wszystkim innych doświadczeń, dlatego tak bardzo lubię, kiedy znajduję tam jak najwięcej lokalności - codzienności, historii, polityki, problemów społecznych, odmiennego sposobu myślenia. Jednym słowem, chcę dowiedzieć się czegoś o miejscu, w którym umieszczona jest akcja. I właśnie to wszystko znajduję w prozie Chimamandy Ngozi Adichie. Świat w wielu punktach podobny do naszego, ale w wielu odmienny.

Są tu opowiadania nawiązujące do politycznej przeszłości Nigerii, o której nie miałam pojęcia albo coś tam tylko obiło mi się o uszy. To wojna domowa, która miała miejsce w latach 1967-1970, kiedy to od Nigerii próbowała się uwolnić Biafra, południowo-wschodnia część kraju zamieszkiwana w większej części przez lud Igbo. Echa tego konfliktu powracają w "Duchach". Ich akcja toczy się już długo po zakończeniu walk, ale bohater, emerytowany profesor, wspomina tamte wydarzenia. Zaciekawiona sięgnęłam do internetu, aby czegoś się na ten temat dowiedzieć. Tłem innego opowiadania, zatytułowanego "Osobiste przeżycie", są krwawe zamieszki, jakie wybuchły w jednym z miast. Dwie kobiety w różnym wieku z zupełnie innych warstw społecznych chronią się w zamkniętym sklepie. Są sobie zupełnie obce, różni je wszystko. Na moment się jednoczą, szukając schronienia, ale czytając, miałam świadomość, że tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą i nie rozumieją siebie wzajemnie, a gdyby dłużej były skazane na swoje towarzystwo, pojawiłaby się między nimi wrogość. Jak już wspominałam, duże wrażenie zrobiło na mnie pierwsze opowiadanie zatytułowane "Cela numer jeden". Opowiedziana w  nieco ironiczny sposób historia młodego studenta, którego rodzice pracują na tym samym uniwersytecie wstrząsanym wojną gangów. Chłopak trafia do więzienia, bo zadaje się z niewłaściwymi ludźmi. Czy jest winny, czy może stał się przypadkową ofiarą, bo policja musiała się wykazać, tego nie wiemy. Mamy tu wszystko jak w soczewce - przywileje zamożnych, beznadziejną sytuację biednych, korupcję, bezkarność policji, straszne warunki panujące w więzieniu. Ale to, co mnie poruszyło, to przemiana tego beztroskiego i niezbyt kryształowego chłopaka, która w nim zaszła pod wpływem tego, czego świadkiem był w celi.

Jak już wspominałam, opowiadania, których akcja toczy się w Nigerii, przeplatają się z tymi, których tematem jest doświadczenie emigracji do Stanów. I tu też znajdziemy bardzo różne historie. "Imitacja" to opowieść o kobiecie, której mąż jest bardzo bogaty. On mieszka w Nigerii, ona z dzieckiem w Stanach. Chociaż opływa we wszelkie luksusy,  czuje się w tym świecie samotna i obca, a jakby tego było mało, dowiaduje się, że jej mąż ma w Lagos kochankę, co wśród takich ludzi jak on nie jest czymś niezwykłym. Podwójne życie wydaje się czymś oczywistym. W opowiadaniu "W poniedziałek tydzień temu" znajdziemy zderzenie świata zamożnej Ameryki ze światem młodej Nigeryjki, która dołączyła do swojego chłopaka, a w oczekiwaniu na pozwolenie na pracę (albo zieloną kartę, nie pamiętam) opiekuje się dzieckiem prawnika i artystki. Nieoczekiwanie pod wpływem krótkiego spotkania z wciąż nieobecną mamą chłopca odkrywa w sobie coś, czego chyba wcześniej sobie nie uświadamiała. Przez moment wydaje jej się, że może być dla kogoś ważna, szybko się jednak rozczaruje. Chyba najbardziej przejmujące spośród amerykańskich  opowiadań jest to zatytułowane "Małżeństwo skojarzone przez swatów". To opowieść o młodej kobiecie wychowanej w Nigerii przez wujostwo, która zostaje przez nich wyswatana z nigeryjskim lekarzem mieszkającym w Stanach. Mamy tu zderzenie wyobrażeń o życiu w Ameryce z tym, jak to wygląda naprawdę. No i przejmującą historię dziewczyny, która jest przeraźliwie samotna, nie zna tamtego świata, tęskni za swoim dawnym życiem, chociaż nie było różowe, i orientuje się, że ten amerykański sen to dla niej pułapka. Jest jednak nadzieja - może okaże się silna i wybije się na samodzielność. Nadziei nie ma za to w opowiadaniu "Ambasada amerykańska". To zderzenie kobiety z bezdusznym urzędniczym aparatem amerykańskiej ambasady. Ona w wyniku sytuacji politycznej w kraju straciła dziecko, jej mąż, dziennikarz, musiał uciekać z Nigerii, a teraz ona stara się o azyl, aby do niego dołączyć. Nie potrafi i, pogrążona w rozpaczy, nie ma siły udowodnić, że jest ofiarą politycznych prześladowań. 

Dużo w tych opowiadaniach, których akcja toczy się w Stanach, samotności, poczucia obcości, niezrozumienia, bo przecież dla Amerykanów każdy czarny jest podobny i może wcale nie pochodzi z Afryki, a na przykład z Jamajki, i żmudnego pięcia się w górę, aby jakoś się urządzi i spełnić ten amerykański sen.

Wyjątkowe jest opowiadanie ostatnie, "Uparta historyczka", bo sięga czasów kolonialnych i opowiada historię silnej, samodzielnej kobiety mieszkającej w wiosce na głębokiej prowincji, żyjącej w społeczeństwie klanowym, która dopiero zderza się z białymi ludźmi, z ich obyczajami i religią. Ich świat z jej perspektywy jest dziwaczny, obcy i gorszy, żeby nie powiedzieć, głupi. Chcąc jednak dopiąć swojego celu, decyduje się powierzyć im swojego syna, czytaj posłać go do szkoły misyjnej. To jednak pułapka, bo on stanie się już kimś zupełnie innym. I dopiero jej wnuczka, trochę z obu tych światów, świadomie zacznie szukać swoich korzeni.

Bardzo ciekawe opowiadania. Każde można by poddać osobnej analizie, nad każdym można się zamyślić. Przyjemność lektury i poczucie, że to nie błahostka.

Anne Enright "Strzyżyk woleoczko"

"Strzyżyk woleoczko" Anne Enright (Filtry 2024; przełożyli Piotr

Siemion i Kaja Gucio) to kolejna powieść irlandzka, po którą sięgnęłam. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w Polsce ukazały się wcześniej dwie inne powieści tej autorki, i to jedna w dużym renomowanym wydawnictwie, ale przeszły bez echa albo ja nie zwróciłam na nie uwagi. No ale o "Strzyżyku woleoczko" nie sposób było nie usłyszeć, bo jak to zwykle bywa przy promocji książki, rozmowy z samą pisarką albo z kimś innym o jej powieści w podcastowym uniwersum wyskakiwały dosłownie zewsząd. A że i ja uległam modzie na literaturę irlandzką, więc dałam się skusić. Cóż, tym razem jednak pozostałam wobec tej książki obojętna. Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobała, nudziła, że miałam ochotę ją rzucić. Nie, nic z tego, ale spośród irlandzkich powieści przeczytanych w ostatnich latach ta zainteresowała mnie zdecydowanie najmniej. W dużej mierze wydała mi się wtórna. Minęło kilka dni od jej lektury, a ja już mam niewiele do powiedzenia na jej temat.

To historia dwóch kobiet - Carmel i jej, wychowywanej samotnie, córki, Nell. Philip, ojciec tej pierwszej i dziadek drugiej, był znanym irlandzkim poetą, pisał słodkie wiersze opiewające piękno natury - o ptakach i roślinach. Tymczasem zupełnie nie sprawdził się jako mąż i ojciec - porzucił chorą żonę i nastoletnie córki. Obiecywał i nie dotrzymywał obietnic. Żył sobie beztrosko jakby nigdy nic się nie wydarzyło. 

Kolejna kartka przyszła później tego samego roku. Przedstawiała biały wiatrak ze szkieletowym żaglem i napisem "Mykonos" pod spodem. Pocztówka została zaadresowana do nich wszystkich i zawierała odpowiedź na pytanie, którego żadna z nich nie zadała: "Każdego dnia czuję się tu coraz lepiej, dzwony rozbrzmiewają nad wodą, a na dachu małej kawiarenki rosną winorośle i zrzucają listki. Winogrona! Hep!" Wiadomość została zilustrowana wesołym obrazkiem przedstawiającym przechylony kieliszek martini z oliwką. "Na zawsze Wasz tatko". Żadna z nich nie ucieszyła się z tej wiadomości.

Historię tych kobiet i całej rodziny poznajemy z perspektywy raz jednej, raz drugiej, przy czym Nell jest narratorką rozdziałów, w których opowiada o sobie.

Czy fakt, że Carmel miała problem z ułożeniem sobie relacji z mężczyznami, był wynikiem tego, że ojciec ją opuścił, a wcześniej patrzyła na niezbyt udany związek rodziców i przemoc w domu? 

Nie wstydziły się natomiast krzyków i ciosów, pomyślała Carmel, bo te zdarzały się tylko za zamkniętymi drzwiami. Ten mężczyzna przewyższał ją dwukrotnie rozmiarami i był jej ojcem, więc grzbiet jego dłoni był nieprzewidywalny niczym pogoda, po prostu nie należało wchodzić mu w drogę. Jeśli zatem ci się to nie udawało, to sama się prosiłaś.

Czy Nell, która popełnia jeszcze większy błąd, robi to dlatego, że jest obciążona problemami rodzinnymi? To właśnie historia tej ostatniej, a ściślej opowieść o przemocowym związku, w który wchodzi, wydała mi się wtórna. O wiele ciekawiej i głębiej zrobiła to moim zdaniem Megan Nolan w "Aktach desperacji". Czy ich kłopoty i nieumiejętność ułożenia sobie życia wynikają z tego, jakie dziedzictwo dźwigał Philip? A był to bagaż przemocy, której doświadczał w dzieciństwie spędzonym na wsi. Niejednokrotnie również na nią patrzył. Jest w powieści okrutna scena - jego ojciec z zimną krwią, z zawziętością morduje borsuka, który w pewien sposób towarzyszył rodzinie, bo zadomowił się w ich ogrodzie. Miał nawet swoje imię. Jakim człowiekiem stanie się ktoś, kto w dzieciństwie jest świadkiem takiej sceny i na co dzień obcuje z przemocą? Czy jego słodkie wiersze, których bohaterką jest przyroda, to ucieczka od doświadczeń dzieciństwa? A może wyparcie?

Innym problemem poruszanym w powieści jest praca Nell w infosferze, byle jaka, śmieciowa, wykonywana dla kogoś za marne pieniądze, praca, która może daje jakąś swobodę, bo nie trzeba przychodzić do biura, ale żadnej satysfakcji.

... gdybym miała coś, co kiedyś nazywano "pracą" (...) Byłam rzeczą do wyrzucenia, nie tylko dla niego, ale dla ludzi, którzy mi płacili, i - no wiecie - infosfery, państwa narodowego, koncernów, które warzyły dla mnie alkohol. Dla influencerki Meg i jej sześciu różnokolorowych krzeseł.

Takie problemy zawsze mnie interesują, ale tym razem jakoś pozostałam obojętna. Nell, żeby poskładać swoje życie, które się rozpadło, ucieka w podróż. Zaczyna zgłębiać historię rodzinną, szuka śladów dziadka, którego nie poznała i, o paradoksie, znajduje je właśnie w infosferze. Jakiś stary wywiad z czasów, kiedy mieszkał w Stanach. Nieoczekiwanie stwierdza, że: 

Więź między nami to coś więcej niż łańcuch DNA, to rzucona z przeszłości lina, gruba, poskręcana, pełna krwi.

Ten sam wywiad na Carmel robi zupełnie inne wrażenie. Przypomina jej, jakim żałosnym pajacem był jej ojciec. Wnuczce, która dziadka nie znała, łatwiej pogodzić się z rodzinną przeszłością niż córce ponoszącej konsekwencje jego zachowania.

To tyle. Nie żałuję lektury, ale zachwytu nie było.


Tommi Kinnunen "Powiedziała, że nie żałuje"

O powieści fińskiego pisarza Tommiego Kinnunena "Powiedziała, że

nie żałuje" (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożył Sebastian Musielak) słyszałam, kiedy się ukazała i sporo się o niej mówiło przy okazji promocji. Nawet zastanawiałam się, czy jej nie kupić, ale widocznie aż tak bardzo o tym nie marzyłam, skoro tkwiła sobie na liście alertów cenowych  mimo pojawiającej się od czasu do czasu atrakcyjnej ceny. Raz nawet z niej wypadła w ramach czyszczenia owej listy, ale po przeczytaniu "Pułkownikowej" Rosy Liksom wróciła, bo postanowiłam ją jednak przeczytać. Dlaczego? Bo wydała mi się znakomitym uzupełnieniem tamtej powieści - akcja obu toczy się w czasie drugiej wojny i tuż po niej w Finlandii. To takie książki, które otwierają oczy na coś, o czym się nie miało pojęcia. Pisząc o "Pułkownikowej", przyznałam się, że niewiele na temat historii Finlandii wiedziałam, ot tyle, że w czasie drugiej wojny Finom udało się odeprzeć atak armii radzieckiej, a potem utrzymać niepodległość, ale za cenę czegoś, co określa się terminem finlandyzacja. Jednym słowem i w dużym uproszczeniu znajdowali się gdzieś pomiędzy państwami bloku wschodniego, a krajami Zachodu. Teraz, przystępując do lektury książki Tommiego Kikunnena, byłam już oczywiście mądrzejsza.

Akcja powieści osnuta jest wokół ostatniego epizodu drugiej wojny na terenie Finlandii. Po zawarciu pokoju z ZSRR Finowie zerwali sojusz z III Rzeszą i doszło do wojny nazywanej lapońską. Armia niemiecka wycofała się do Norwegii z północnych terytoriów kraju, na których wcześniej stacjonowała po zawarciu paktu z neutralną Finlandią. Niemcy stosowali taktykę spalonej ziemi. Opuszczone przez Finów miasta i wioski systematycznie podpalano, mosty na rzekach burzono, minowano drogi i porty. Jak to w takich sytuacjach bywa, odwrócenie sojuszy powoduje też rozmaite niewygodne problemy. Nagle ci wszyscy, którzy dotąd popierali Niemców, stają się kolaborantami i zdrajcami. Mniejsza o polityczne tuzy, ale jak ma się w tym odnaleźć zwykły szary człowiek, który niespecjalnie zastanawiał się nad tym, co się dzieje? Nie wiedział albo wolał nie wiedzieć, co robią naziści. Bardziej lub mniej ochoczo wchodził w kontakty z niemieckimi żołnierzami. Znakomicie pokazuje to wspomniana już "Pułkownikowa".

Bohaterkami powieści Tommiego Kikunnena są właśnie takie kobiety. Jest ich pięć. Z różnych powodów zabrały się  do Norwegii z niemiecką armią, aby tam pracować na jej rzecz. Jedna była pielęgniarką i nie chciała zostawić chorego, którym się opiekowała, inna praczką, główna bohaterka, Irene, pracowała w kantynie, a jeszcze inna zajmowała się tym samym, co wcześniej - była pracownicą seksualną, chociaż przyznam, że to poprawnościowe określenie w kontekście powieści nie bardzo pasuje. Najchętniej użyłabym tego przaśnego i mocnego słowa. Takich kobiet jak one, a pewnie i mężczyzn, były setki albo i tysiące. Dlaczego to zrobiły? Jedne być może z powodów ideologicznych, inne, bo związały się z jakimś niemieckim żołnierzem, jeszcze inne, bo chciały zarobić, pewnie były i takie, które bały się poniewierki i nędzy związanej z ewakuacją na południe Finlandii i ucieczka z niemiecką armią wydała im się opcją bezpieczniejszą. Kiedy naziści ostatecznie przegrali, zostały na lodzie. Nielicznym, najczęściej tym, które były w ciąży z niemieckimi żołnierzami, pozwolono ewakuować się drogą morską razem z armią. Inna sprawa, czy dopłynęły, bo wiele statków zostało zatopionych. A jeśli, to i tak ich los mógł być marny. Pozostałe zostały zamknięte w norweskich obozach, gdzie na początek  ogolono im głowy jako widomy znak hańby. Potem miały zostać przewiezione do Finlandii, gdzie czekały na nie takie same obozy i przesłuchania. Tym pięciu kobietom, bohaterkom powieści, udało się uniknąć tego losu - odzyskały paszporty, przekroczyły granicę z Finlandią, do czego zresztą dokumenty nie były im potrzebne, bo nikt jej nie pilnował, i wyruszyły pieszo do domu. 

Szły przez pustkowie. Rzadko spotykały ludzi, bo tylko nielicznym pozwolono już wrócić do zgliszcz swoich domów. Spały najczęściej pod gołym niebem, za posłanie mając gałęzie, wydzielały sobie skromne racje jedzenia, dźwigały walizki, stopy miały całe w pęcherzach. Ogolone głowy, widomy znak ich hańby, ukrywały pod chustkami zrobionymi z sukienki. Przeprawiały się przez rzeki, musiały uważać na miny. Marzły i mokły. Szły tak przez wiele tygodni, nie bardzo wiedząc, co zastaną na miejscu i jak wytłumaczą najbliższym fakt, że wyruszyły z niemiecką armią. Im bliżej domu, tym bardziej przypominały ludzkie wraki.

Tommi Kinnunen oddaje w swojej powieści głos kobietom, o których dotąd milczano.  A dlaczego milczano? O tym mówi jedna z bohaterek.

Irene wiedziała, że nie będzie mogła nigdy opowiedzieć o tej wędrówce. Nie będzie mogła nikomu opisać, jak długo trwała ani jak strasznie była mozolna, nie będzie mogła wspomnieć o swoich towarzyszkach ani nawet próbować się dowiedzieć, co się stało z Aili albo z Siiri. Będzie musiała do końca życia milczeć ...

Autor porusza w swojej powieści trzy zasadnicze problemy. Pierwszy dotyczy tego, jak inaczej za kolaborację z Niemcami oceniano kobiety i mężczyzn. 

Finowie, którzy walczyli u boku armii niemieckiej, mają swoje towarzystwo pamięci, natomiast z pracujących dla tej samej armii Finek zrobiono po wojnie albo kurwy, albo nastolatki, którym miłość uderzyła do głowy. Dlaczego czyny mężczyzn usprawiedliwia się rozkazami z góry, a kobiety obarcza się odpowiedzialnością indywidualną? (To ze wstępu autora.)

Żołnierze nie rozumieli strachu, który ściskał serca pozostających na lądzie. Oni nie musieli się bać, bo za nich zawsze ktoś odpowiada, a kobiety są na wojnie zdane na siebie, polują na nie wszyscy.

Mężczyźni mogli wspominać w kantynie poległych towarzyszy broni, kobietom jednak nie wolno było zbyt długo opłakiwać zaginionych koleżanek. Wracający z frontu żołnierze potrzebowali ich radości, a nie smutku.

Drugi, ten najbardziej delikatny, to problem winy tych kobiet. Z jednej strony im współczujemy, z drugiej zdajemy sobie sprawę, że współpracowały z Niemcami, a wcale przecież nie musiały tego robić. Żadna z nich nie została przez niemieckich żołnierzy zabrana do Norwegii siłą. Oczywiście nie one dokonywały zbrodni, ale spały ze zbrodniarzami, gotowały dla nich, sprzątały ich kwatery, obsługiwały w kantynie. Widziały, jak żołnierze podpalają wioski mijane po drodze. Im dłużej idą, tym lepiej rozumieją, że to, co zrobiły, nie było niewinne. 

Irene zrozumiała, że chociaż sama nikogo nie skrzywdziła, to jednak miała w tym swój udział. Tak jak pozostałe, i ona słyszała, co wyprawiali niemieccy żołnierze, potem jeszcze widziała to i owo, a jednak milczała. (...) Łatwo było udawać niewiniątko, kiedy człowiek myślał, że stoi po stronie zwycięzców, i wiedział, że w imię prawdy trzeba by się pożegnać z wieloma rzeczami.

Teraz już strach przed śmiercią nie ściskał jej za gardło - jego miejsce zajął strach przed życiem.

Czy z perspektywy czasu żałowały, że pracowały dla Niemców? Czy nadal uważały, że wszystko, co robiły, było słuszne, czy jednak wiedząc, jak to się skończyło, zaczynały mieć pewne wątpliwości? A co ich kraj sądził o swoim udziale w tej wojnie?

Jest i kwestia trzecia, najbardziej optymistyczna. Otóż wspólna wędrówka zmienia te kobiety. Stają się silne i chcą same stanowić o sobie, żadna z nich nie pragnie powrotu do życia, jakie prowadziła wcześniej. 

Po powrocie do domu Siiri nie zamierzała odpowiadać za nic, za co nie pociągano do odpowiedzialności mężczyzn.

To wszystko nie oznacza, że stworzyły wspólnotę. Chociaż dużo ze sobą rozmawiały, chociaż się sobie zwierzały, chociaż się wspierały, mają świadomość, że nie będą szukały kontaktu ze sobą. Dlaczego? Może dlatego, że spotkanie przypomniałoby im o współwinie?

A wreszcie jest też w powieści moment, który karze się zastanowić nad dylematami etycznymi. Najstarsza z nich i najmniej winna, pielęgniarka, jest najsłabszym ogniwem tej drużyny. Ma problemy ze stawami, idzie najwolniej, trudno jej dźwigać walizkę. Może nie powinna z nimi wyruszyć, tylko zostać z innymi kobietami w chacie pogranicznika? Jak długo mogą jej pomagać? Co zrobić, kiedy opóźnia marsz? A kiedy nie ma już siły? Nie mogę oczywiście zdradzać szczegółów i napisać, jak jej towarzyszki rozwiązały ten dylemat. W każdym razie to moim zdaniem najbardziej tragiczna bohaterka.

I na koniec moja ulubiona refleksja, coś, co nigdy nie daje mi spokoju.

Świat został pomyślany tak dziwacznie, że gdy na jednym brzegu rzeki życie toczy się jak dawniej, drugi zostaje doszczętnie zniszczony.

Bardzo ciekawa powieść. Warto jej lekturę uzupełnić "Pułkownikową" Rosy Liksom.

Louise Erdrich "Rzeka Czerwona"

W moim czytelniczym życiu znowu nastał czas beletrystyki, a

przede wszystkim powieści. Może potrzebuję story, a może jest to związane z wakacjami, kiedy trudniej czyta się nonfiki z myślą o tych refleksjach, bo trzeba czasem coś zanotować. Jakie motywacje by mną nie kierowały, fakty są takie, że znowu piszę o powieści, a i teraz czytam kolejną. Tym razem będzie o "Rzece Czerwonej" Barbary Erdrich (ArtRage 2025; przełożyła Agnieszka Walulik). ArtRage to jedno z moich ulubionych wydawnictw, pilnie śledzę to, co wydają, i jeśli odpowiada moim czytelniczym gustom, a te, wiadomo, mam bardzo sprecyzowane, to kupuję. No i tak padło na "Rzekę Czerwoną".

Najpierw kilka słów o autorce. W Polsce niemal nieznana - ponad dwadzieścia lat temu ukazały się w dwóch różnych wydawnictwach jej dwie książki, powieść i zbiór opowiadań. Teraz ArtRage, o ile dobrze pamiętam, kupiło prawa do kilku. A jest pisarką docenianą, dostała Pulitzera i Bookera. Co najciekawsze w jej biografii, urodziła się w mieszanej rodzinie o korzeniach niemieckich i rdzennych. Jej ojciec pochodził z plemienia Odżibwe. I takie doświadczenia wykorzystuje w swojej twórczości.

Akcja "Rzeki Czerwonej" rozgrywa się w małym miasteczku Tabor i w jego okolicach w Dakocie Północnej. To właśnie tereny zamieszkiwane kiedyś przez Odżibwe i Dakotów, a potem przyszli biali i je ukradli. Niektóre bohaterki i niektórzy bohaterowie pochodzą właśnie z tego plemienia albo mają mieszane korzenie. Nie jest to jednak jakoś mocno akcentowane, chociaż wielokrotnie przywoływane. 

Trudno w kilku zwięzłych zdaniach wprowadzić w treść tej powieści, bo bohaterek i bohaterów sporo, wątków kilka. Ważny jest na pewno czas - to ekonomiczny krach roku 2008. Może najlepiej napisać, że w dużej mierze to historia trójkąta miłosnego. Garry Geist, pochodzący z zamożnej rodziny farmerów, chce się ożenić z Kismet. Jej matka, Crystal, ciężko pracuje nocami, zwożąc ciężarówką buraki cukrowe z pól należących do wielkich farm do punktów skupu. Ojciec Kismet, niewydarzony aktor, niebieski ptak, znika nagle, a z nim fundusze na renowację miejscowego kościoła, co stawia obie kobiety nie tylko w trudnym położeniu materialnym, ale i towarzyskim - niektórzy, a zwłaszcza niektóre, uważają, że Crystal musi też mieć coś wspólnego ze sprzeniewierzeniem pieniędzy. Kismet sama do końca nie wie, czego chce, czemu trudno się dziwić, ponieważ jest bardzo młoda, właśnie kończy szkołę i powinna iść na studia, a nie wychodzić za mąż. Spotyka się z Garrym, szkolnym kolegą, ale i z młodszym od niej Hugonem, który się w niej kocha. W tle jest jeszcze wypadek, który wydarzył się jakiś czas temu i mocno odbił się na Garrym, jego kolegach i rodzinie. Co tam się naprawdę wydarzyło? Jaka tragedia? 

"Rzeka Czerwona" to tego rodzaju powieść, którą nie tylko czyta się znakomicie, ale która mocno angażuje emocjonalnie. Jesteśmy blisko bohaterek i bohaterów, mocno wchodzimy w ich życia, denerwują nas podejmowane przez nich decyzje, współczujemy im, kibicujemy. Przynajmniej ja tak miałam.

Najbardziej przejmująca i irytująca jednocześnie była dla mnie historia Kismet. Jak wspominałam, jest bardzo młoda, sama nie wie, czego chce. Tymczasem mimo wszystko decyduje się na małżeństwo. W jakiejś mierze składa siebie w ofierze. Staje się zakładniczką dorosłych, którzy aprobując jej małżeństwo z Garrym, robią sobie dobrze, że użyję tej kolokwialnej frazy, za którą nie przepadam, ale nie znajduję lepszej. Bo obie matki w tym momencie swojego życia potrzebują tego małżeństwa. Cristal szybko zacznie tego żałować, zda sobie sprawę, że popełniła błąd, pozwalając córce wyjść za mąż. Dziewczyna staje się zakładniczką rodziny Geistów, ma być remedium na ich problemy związane z tamtym tragicznym wypadkiem, po którym  Garry i jego matka nie podnieśli się. Tymczasem im potrzebna jest terapia, fachowa pomoc. Dlaczego po nią nie sięgają? Przecież mają pieniądze. Może odpowiedzią jest prowincja? Może coś, co jest naturalne w dużym mieście, tu jest nieoczywiste, nieznane? A może chodzi o to, że wypierają to, co się stało? Bo sięgnięcie po pomoc wymagałoby powiedzenia całej prawdy. Kiedy czytałam o tym, jak Kismet usługuje Geistom, jak nie ma kontaktu z matką, jak szybko orientuje się, że popełniła błąd, bo Garry jest jeszcze bardziej niedojrzały niż ona, miałam ochotę krzyczeć - dziewczyno uciekaj, ratuj siebie, nie brnij w to! Ale sprawa nie jest tak prosta. Bo Kismet z jednej strony zdaje sobie sprawę, że tak nie powinno być, z drugiej coraz lepiej rozumie, że Garry i jego matka mają potężną traumę, z trzeciej chciałaby być przy Cristal, która ma poważne kłopoty finansowe, z czwartej nie zapomniała o Hugonie ani on o niej nie zapomniał, z piątej zaczyna jej się podobać życie na wsi - kontakt z naturą, szeroki horyzont niczym nieograniczony, uprawianie ogródka, cisza i spokój.

Wielką wartością powieści jest to, że mogłabym tak analizować inne bohaterki i innych bohaterów - ich lęki, strachy, motywacje, skomplikowane emocje prowadzące do kontrowersyjnych decyzji. To nie tylko Kismet, Garry i Hugo, ale także Crystal, ojciec Kismet, matka Garry'ego, jego przyjaciel Eric. Każda  bohaterka i każdy bohater to osobna opowieść, osobne uniwersum. Ale znakomicie sportretowane są również postacie drugoplanowe czy epizodyczne. Szczególnie kobiety, które spotykają się w ramach klubu czytelniczego. Omawiana książka jest pretekstem, na jaw wychodzą animozje, zatargi, konflikty.  

Kolejną zaletą jest odmalowanie amerykańskiej prowincji, terenów, gdzie króluje rolnictwo, ale także tych, gdzie wydobywa się ropę, bo akcja na chwilę przenosi się do Dakoty Południowej. Obserwujemy ludzi bogatych i tych ciężko pracujących, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Niby ludzkość zrobiła postęp, a jednak nadal wielu pracuje jak niewolnicy, a każda łyżeczka cukru, jak niegdyś, jest tą niewolniczą pracą obciążona.

Bogaci z miasteczka czy farm jeździli do Fargo czy Minneapolis, do Mall of America, i się tym przechwalali. Kiedyś to ich uważało się za normę. Byli jak ludzie z filmów i seriali, więc można by pomyśleć, że to oni są Ameryką, lecz ostatnio Crystal i Kismet zaczęły na pewnym poziomie zdawać sobie sprawę z tego, że wcale nie, że to one są prawdziwymi Amerykankami - stroskanymi, ciułającymi, wiecznie zadłużonymi Amerykankami.

Istnieli wielcy posiadacze ziemscy, istnieli też wyrobnicy. Tak było od czasów, kiedy dolina Rzeki Czerwonej została zasiedlona. 

A Crystal, kiedy zrobił się boom na buraki cukrowe, pracowała ramię w ramię z meksykańskimi rodzinami, które przez cały rok przenosiły się w kółko po tej samej trasie za robotą. 

Tak oto każda łyżeczka cukru (...) nosiła wówczas piętno handlu niewolnikami i rzezi bizonów. Podobnie jak teraz w każdej łyżeczce cukru łączą się pragmatyczny nihilizm przemysłu cukrowniczego i śmierć naszego domu na tej ziemi. 

Ale "Rzeka Czerwona" ma jeszcze jeden temat. Autorka pochyla się nad tą ziemią, niegdyś należącą do plemienia Odżibwe, której naturalny cykl zaburza wielkoobszarowe rolnictwo stosujące na wielką skalę pestycydy i monokulturę. Kismet zachwyca się bliskością natury, ale i my, i ona widzimy, jakie spustoszenie czyni takie eksploatowanie ziemi. Nad polami wiecznie unosi się pył, bo jest sucho, pestycydy trują, ptaków jest coraz mniej. 

Ci dwaj szorstcy mężczyźni szykowali się właśnie do wytrucia jednej z najbardziej odżywczych roślin na świecie [chodzi o komosę ryżową] na rzecz uprawy buraka cukrowego - być może najmniej odżywczej rośliny na świecie. Zdaniem ewolucji było to przezabawne.

Ten brak ptactwa przejmował go niepokojem, ale on przecież ptaków nie pryskał, prawda? 

To delikatne sygnały, ale są. Budzą niepokój. Czy jest jakieś wyjście? Czy remedium jest powrót do rolnictwa naturalnego, ekologicznego? To też nie jest takie proste. Co może pojedynczy człowiek? Czy jedynym wyjściem jest pogodzić się z tym?

Poczuł na sobie ciężar tego, wszystkiego, co leżało poza jego kontrolą - jego, maleńkiego człowieczka, który harował i dokładał starań, choć w zasadzie nie miał pojęcia, jakie to wszystko jest wielkie.

Były to czasy przyjemne, ale i pełne rozpaczy. Oto był świat.

A poza tym powieść znakomicie się czyta. Nie tylko dlatego, że byłam tak blisko bohaterek i bohaterów, ale też po prostu chciałam wiedzieć, co się naprawdę zdarzyło owej mroźnej nocy, kiedy miał miejsce tragiczny wypadek, co zrobi Kismet, jak rozwiąże swoje finansowe kłopoty Crystal. 

Bardzo ciekawa, bardzo dobra powieść. A ja wrzuciłam na wirtualny biblioteczny regał dwie wydane lata temu książki Louise Erdrich. Kiedy je przeczytam nie wiem, bo i on pęcznieje niemożebnie. 

Jokha Alharthi "Ciała niebieskie"

Ponieważ z wielką ciekawością sięgam po literatury niszowe, o ile

oczywiście odpowiadają moim czytelniczym gustom, a te mam bardzo sprecyzowane, nie mogłam ominąć powieści "Ciała niebieskie" Jokhy Alharthi (ArtRage 2024; przełożyła Hanna Jankowska), omańskiej pisarki i wykładowczyni języka oraz literatury arabskiej w jej ojczystym kraju. Dodajmy, powieści nagrodzonej w roku 2019 międzynarodowym Bookerem. Jak często mamy do czynienia na naszym rynku wydawniczym ze współczesną literaturą arabską? Rzadko. A z omańską? Pewnie dotąd w ogóle. Inna sprawa, że współczesna literatura z krajów  obszaru Zatoki Perskiej powstaje od stosunkowo niedawna, co jest świadomą decyzją ich władców, a dowiedziałam się o tym z dwóch bardzo ciekawych podcastów, kiedy chciałam sobie poszerzyć pole widzenia po lekturze książki. Jeden to przedostatni odcinek sezonu drugiego "Opowieści Arabskich", czyli rozmów Agaty Kasprolewicz z Janem Natkańskim, byłym dyplomatą, które ukazywały się w ramach "Raportu o Stanie Świata" Dariusza Rosiaka. Drugi to rozmowa Macieja Okraszewskiego z Agatą Romaniuk, autorką książki o omańskich kobietach ("Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu") w ramach jego podcastu "Dział Zagraniczny". A ten reportaż mam od dawna i niedługo po niego na pewno sięgnę. Polecam, bo obie rozmowy są bardzo ciekawe, dają szerszą perspektywę i łamią stereotypy dotyczące krajów Zatoki Perskiej. 

Dość wstępu, czas przejść do powieści. Muszę powiedzieć, że "Ciała niebieskie" spełniły pokładane w nich oczekiwania. Przeczytałam je z wielką przyjemnością, chociaż zawsze mam problemy, kiedy używam takiego sformułowania, pisząc o książce opowiadającej niełatwe historie. Muszę jednak uczciwie przyznać, że nie jest to powieść tylko czarna, niesie jednak nadzieję.

Jej bohaterkami i bohaterami są mieszkańcy pewnej osady znajdującej się na omańskiej pustyni. To członkowie kilku rodzin, ich sąsiedzi i służba, która jeszcze jakiś czas temu należała do ludności niewolniczej. Tak, tak, niewolnictwo w Omanie zniesiono dopiero w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku! A ponieważ akcja toczy się częściowo w latach osiemdziesiątych, a częściowo na początku naszego wieku, wśród bohaterek i bohaterów powieści są tacy, którzy uzyskali wolność w trakcie swojego życia. Co z nią zrobili? Dla jednych była to sprawa bardzo istotna, kwestia honoru, naprawienia krzywd, pamięci o tym, skąd przywieziono ich przodków. Ci wyjechali, próbując ułożyć sobie życie w innym kraju z dala od ludzi, których niewolnikami byli oni lub ich przodkowie. Ale dla Zarify, niewolnicy i kochanki kupca Sulajmana, nie zmieniło się nic. Została w jego domu jako służąca i opiekunka jego syna, Abd Allaha. Nikt jej nie zmuszał, tak chciała, nie rozumiała rozprawiającego w kółko o wolności męża, za którego wydał ją kiedyś jej pan, a potem nie rozumiała też własnego syna. 

Losy bohaterek i bohaterów poznajemy z krótkich rozdziałów najczęściej zatytułowanych ich imieniem. Te historie nie są opowiadane chronologicznie, mieszają się czasy, mieszają osoby, dlatego moim zdaniem warto tę powieść czytać bez większych przerw, aby się nie pogubić. Na szczęście na początku zamieszczone są drzewa genealogiczne najważniejszych rodzin, co ułatwia orientację.

Najbardziej podobała mi się w "Ciałach niebieskich" warstwa obyczajowa i możliwość wglądu w historię kraju. Nie jest to oczywiście powieść historyczna, ale historia wpleciona została w życie bohaterek i bohaterów. Ot choćby problem niewolnictwa czy lewicowej partyzantki walczącej z rządem, co miało miejsce w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego wieku. Rodzina jednego z bohaterów musiała uciekać do Egiptu, bo ojciec zaangażowany był w ten ruch. Muszę przyznać, że to właśnie tego najbardziej szukam w literaturach niszowych. Problemy uniwersalne są oczywiście ważne, ale poznanie specyfiki kraju, obyczajów, konfliktów społecznych, uwarunkowań historycznych i politycznych jest dla mnie najważniejsze. A powieść Jokhy Alharthi to wszystko daje. Sprawiały mi też wielką przyjemność takie drobiazgi jak opisy domów, potraw, magicznych rytuałów, cała ta codzienność świetnie tu oddana.

Dzięki temu autorka znakomicie pokazuje zmiany, jakie zaszły i zachodzą w Omanie. Podczas gdy pokolenia babek i dziadków w czasach młodości nie miały wiele do powiedzenia, szły drogą wyznaczoną przez rodziców, to pokolenie następne ma już więcej swobody. Bohaterki z tego pokolenia, trzy siostry Majja, Chaula i Asma mają jakiś wpływ na to, kto zostanie ich mężem. Jeśli się uprą, mogą odrzucić starającego się o nie kandydata. Nadal jednak od kiedy nie są już dziećmi i dopóki nie wyjdą za mąż, zamknięte są w domach, nie mogą się też kształcić. Ale jeśli zdecydują się na zamążpójście, trafią na światłego męża i chcą, to mogą zdobywać wykształcenie. Tak robi jedna z sióstr, która jednocześnie realizuje się jako matka i jest to jej świadoma decyzja. A pokolenie ich dzieci ma tej swobody jeszcze więcej. London, córka Majji, studiuje, zostaje lekarką. Zmiany widać też w sposobie traktowania najmłodszych. Kiedyś na porządku dziennym były okrutne kary fizyczne czy niedojadanie nawet w zamożnych rodzinach, bo dzieci musiały czekać, aż posilą się dorośli, nie wypadało też łapczywie sięgać po jedzenie, kiedy byli goście, a efekt tego był taki, że często były po prostu głodne. Abd Allah za niesubordynację został przez swojego ojca Sulajmana związany liną i zawieszony w studni, o czym nie potrafi zapomnieć, trudno się zresztą dziwić. Jemu też zdarza się ukarać dzieci, ale jest to już tylko, albo aż, uderzenie w twarz. Natychmiast jednak wstydzi się tego, bo nie chce być taki jak ojciec. Chociaż w powieści dużo jest mroku, smutku, to jednak nadzieję niesie to, że każde kolejne pokolenie ma lepiej.

Dużą zaletą powieści jest fakt, że zmusza do głębszego spojrzenia na życie omańskich kobiet. Nie możemy ich oceniać z naszego punktu widzenia. Ich losy układają się różnie. Młodsze pokolenia, mające coraz więcej swobody, popełniają błędy na swój rachunek, wybierają różne modele życia. Chaula zdobywa wykształcenie, ale potem spełnia się jako matka. To jej decyzja. Najlepiej też radzi sobie jako żona, mimo że wyszła za mąż, podążając za sugestią rodziców i nie znając męża przed ślubem. Tymczasem jej siostra Asma marzy o wielkiej miłości, czeka na księcia z bajki i nie wychodzi na tym najlepiej. Może się jednak rozwieść i to też jest jej decyzja. Najbardziej tajemnicza z trzech sióstr jest Majja. Ona też potrafi postawić na swoim, kiedy upiera się, aby jej córka miała na imię London, na co krzywią się wszyscy. A sama London chociaż się kształci i ma znacznie więcej swobody, też jest zakładniczką mitu wielkiej miłości. Ale czy my, Europejki, nie ulegamy temu mitowi? Nie dajemy się ponieść uczuciu beznadziejnemu, które nas niszczy? Nie zatracamy się w miłości?

Poza tym powieść porusza też bardzo uniwersalne problemy. Choćby na nowo definiowany wzorzec męskości. Młode pokolenie mężczyzn chce się odciąć od swoich ojców, ale życie pokazuje, że zerwanie z ich modelem postępowania nie zawsze jest łatwe. Innym problemem są wewnętrzne podziały w społeczeństwie. Niełatwo komuś z niższej warstwy w swoim środowisku zdobyć szacunek i poważanie, nawet jeśli wyrwie się z biedy. Receptą bywa wyjazd. 

A poza tym bardzo ciekawe są losy bohaterek i bohaterów powieści oraz ich wzajemne relacje, zależności. Jak te tytułowe ciał niebieskie tworzą konstelacje, ale jednocześnie krążąc po własnych orbitach, pozostają samotne i samotni. Chociaż powieść jest niezbyt obszerna, to naprawdę bardzo dużo można z niej wydobyć, jest się nad czym zastanawiać, a bohaterowie nie są tylko figurami, a postaciami z krwi i kości. Na ich losy nie pozostałam obojętna, byli mi bliscy.

Jest też jedna zagadka, która nie daje mi spokoju. Dlaczego w swoim imieniu wypowiadają się tylko dwaj mężczyźni? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego żadna z kobiet? Zastanawiam się nad tym, mam jakąś odpowiedź, ale czy prawdziwą nie wiem. Zresztą, być może nie ma jednej.

Na sam koniec warto też wspomnieć o języku, czasem prostym, a czasem poetyckim. Powieść mocno zanurzona jest w arabskiej poezji. Jest tu do niej wiele odniesień i na pewno nie wszystkie metafory, symbole są dla osób z europejskiego kręgu kulturowego jasne. Ale to w niczym nie umniejsza jej wartości.

Chociaż wiele tu ciemnych barw, warto sięgnąć po "Ciała niebieskie". No i jest nadzieja. A problemy są wszędzie.

Anna Kaszuba-Dębska "Przybyszewska/Pająkówna. Głuchy krzyk"

Na podwójną biografię matki i córki "Przybyszewska/Pająkówna.

Głuchy krzyk" pióra Anny Kaszuby-Dębskiej (Marginesy 2023) ostrzyłam sobie zęby od dawna. Kiedy już ją kupiłam, a sprawiłam sobie prezent z jakiejś okazji, bo cena trzymała się mocno, stale nie miałam czasu, bo książka papierowa to ponad pięćset stron. Oczywiście należy odliczyć bibliografię i przypisy. Tak czy inaczej wydawało mi się, że będę potrzebowała czasu, aby ją przeczytać. Tymczasem kiedy wreszcie się za nią zabrałam, połknęłam w tydzień z niewielkim haczykiem.

Muszę przyznać, że zanim ukazała się książka, o Anieli Pająkównie nie słyszałam w ogóle albo niewiele, a o Stanisławie Przybyszewskiej tylko tyle, że była nieślubną córką Stanisława Przybyszewskiego i autorką dramatu "Sprawa Dantona", który po dziesięcioleciach stał się podstawą scenariusza filmu Andrzeja Wajdy pod tym samym tytułem. Widziałam go dawno temu i jakoś nie trafiła się okazja, aby zobaczyć ponownie, a szczególnie teraz, po lekturze książki, miałabym ochotę. A przed laty udało mi się obejrzeć inscenizację dramatu w reżyserii Jana Klaty ze świętej pamięci Teatru Polskiego z Wrocławia. (Jak słyszę, jest nadzieja na zmartwychwstanie, bo dyrektorem ma zostać Michał Zadara.)

Biografia obu pań nie jest bardzo łatwą lekturą, a powody są dwa. Po pierwsze autorka obszernie cytuje rozmaite listy, ale także artykuły prasowe. Czasem miałam wrażenie nadmiaru, a trzeba do tego dodać, że wywody Stanisławy Przybyszewskiej nie zawsze czyta się dobrze ze względu na filozoficzne rozważania i język, powiedziałabym, miejscami barokowy. Ale najważniejszy jest powód drugi. Otóż dawno nie czytałam biografii tak smutnych, a nawet tragicznych! Powiedzieć, że ani matka, Aniela Pająkówna, ani jej nieślubna córka, Stanisława Przybyszewska, nie miały łatwego życia, to nic nie powiedzieć. A już życie Stachny, jak była nazywana przez najbliższych, to naprawdę dramat skłaniający do niejednej refleksji.

A zaczęło się bardzo dobrze i wszystko miało potencjał ułożyć się pomyślnie, gdyby nie jedno fatalne spotkanie. Bo na życiu Anieli Pająkówny, a w konsekwencji jej córki Stanisławy Przybyszewskiej zaważyły właśnie dwa spotkania. Pierwsze było cudownym zrządzeniem losu, bo pozwoliło jej, córce stangreta w majątku rodziny Pawlikowskich w Medyce, wykształcić się i zostać uznaną portrecistką, która z powodzeniem mogła na siebie zarabiać. A koniecznie należy wspomnieć, że była przedstawicielką pierwszego pokolenia Polek wykształconych, artystek i feministek, przepraszam, emancypantek, bo tak wtedy mówiono. Niestety zdobywać wykształcenie musiała za granicą, w Paryżu, bo polskie uczelnie jeszcze dzielnie broniły się przed studentkami. Jej malarstwo zaistniało także na międzynarodowej scenie artystycznej. A więc to pierwsze, szczęśliwe, spotkanie to spotkanie ze wspomnianą już rodziną Pawlikowskich, ludźmi zamożnymi, wykształconymi i filantropami, którzy swoje życie dzielili pomiędzy Medykę i Kraków. Helena i Mieczysław zwrócili uwagę na bystrą i utalentowaną dziewczynkę i postanowili się nią opiekować, co robili z wielkim oddaniem. I pewnie życie Anieli potoczyłoby się jak w bajce, gdyby nie drugie spotkanie i związane z nim fatalne zauroczenie. Aniela Pająkówna nie była pierwszą kobietą, która uległa destrukcyjnemu wpływowi Stanisława Przybyszewskiego, guru młodopolskich artystów. Efektem tego krótkotrwałego związku była ciąża i narodziny nieślubnej córki, co w tamtym czasie oznaczało hańbę dla matki i dla dziecka. Aby jakoś żyć, za namową najbliższych udaje ... nianię dziewczynki, a ściślej rzec biorąc kobietę, która przygarnęła dziecko. To czyn szlachetny, a nie hańbiący jak urodzenie bękarta.

W towarzystwie znacznie łatwiej zaakceptować, że panna przysposobiła dziecko, bo to szlachetny czyn. Broń Boże mieć własne bez obrączki na palcu. Udawanie niani to dla kobiety mniejsze upokorzenie niż jawne przyznanie się do pozamałżeńskiego seksu i jego konsekwencji.

Bez obrączki na palcu panna z bękartem to kobieta lekkich obyczajów, upadła grzesznica, bezwstydnica. Aniela dojmująco odczuwa swój status wykolejeńca i wyrzutka społecznego.

Jej dalsze, krótkie, życie to zmagania z codziennością, malowanie, opieka nad córką i bezustanne starania o to, aby ojciec uznał oficjalnie dziecko i zechciał się z nim zobaczyć. Można powiedzieć, że to pogoń za Stanisławem Przybyszewskim, który ją nieustannie zwodził, zapewniając o ... swojej miłości i swoich dobrych chęciach wobec dziecka, a niepowodzenia zrzucał na zazdrosną żonę, Jadwigę, dawniej Kasprowiczową, z którą w atmosferze skandalu zaczął romansować wtedy, kiedy równocześnie uwodził Anielę. Powiedzieć, że był to męski odpowiednik femme fatale, to nic nie powiedzieć. Złamał życie niejednej kobiecie. A bezsilna w tej sytuacji Aniela potrafiła mu jeszcze wysyłać pieniądze, których stale nie miał! To krótkie, naznaczone nieszczęściem życie, miało trzy jasne punkty - malowanie, miłość do dziecka i pomoc kilku życzliwych osób, w tym rodziny Pawlikowskich, która nigdy nie odwróciła się od Anieli i od jej córki.

Natomiast życie jej córki, Stanisławy Przybyszewskiej, to jedno pasmo tragedii i ... samozagłada. Chociaż otoczona miłością matki, od dzieciństwa żyła w schizofrenicznej rzeczywistości, bo do Anieli musiała mówić nianiu. Kiedy zrozumiała, że to jej matka? Trudno powiedzieć, potem już zdawała sobie sprawę, jaka jest prawda. Kolejne problemy, które odcisnęły się na jej życiu, to oczywiście relacja z ojcem, którego za życia matki widziała chyba dwa razy. Najpierw była nim zafascynowana, potem znienawidziła. Jako kobieta stanie się też ofiarą rozgrywek pomiędzy Stanisławem Przybyszewskim, a jego żoną Jadwigą, która robiła wszystko, aby utrudnić mu kontakt z córką. To oczywiście go nie usprawiedliwia, bo tak jak zwodził kiedyś Anielę, tak później zwodził Stanisławę. Obiecywał, usprawiedliwiał się żoną, nie odzywał się miesiącami. No i oczywiście wielką tragedią w życiu dziewczynki była śmierć jej matki. Chociaż Aniela zdając sobie sprawę, że umiera, w ostatniej chwili powierzyła opiekę nad córką życzliwym sobie osobom, to nie w każdym domu Stachna znalazła ciepło i bliskość. Najlepiej czuła się u ciotki, z którą utrzymywała kontakt do końca życia. Do czasu osiągnięcia pełnoletniości mogła też liczyć na finansową pomoc Pawlikowskich.

Najbardziej jednak przerażające jest to, co stało się z dorosłą Stachną. Można powiedzieć, że unicestwiła ją sztuka. Chciała tworzyć i chciała się twórczości oddać całkowicie, a do tego musiała być wolna. 

Ceną wolności są żebraczo-pustelnicze życie, głód, choroby i nędza. Czasem niespodziewanie zdarzy się cud, raz w postaci ciepłego posiłku od Stefanii Augustyńskiej, innym razem nieoczekiwanego przekazu pieniężnego od cioci Barlińskiej z Warszawy.

Dlatego z czasem rzuciła nawet korepetycje, których niechętnie, ale jednak, udzielała, i pisała, pisała, pisała. Obsesyjnie i maniakalnie. Część swojej twórczości traktowała jako wprawki, rodzaj doskonalących ćwiczeń, inne utwory przerabiała wielokrotnie, pisała ich nowe wersje. Właściwie tylko "Sprawą Dantona", najważniejszym dla niej utworem ze względu na ogromną fascynację rewolucją francuską i Robespierrem, próbowała zainteresować pisma literackie, wydawców i teatr, innych nie próbowała wydawać. Była przekonana o swojej wielkości, nie znosiła kompromisów. Pogrążała się w samotności, biedzie, strachu przed śmiercią i brakiem pieniędzy. Żyła na kredyt udzielany przez okolicznych sklepikarzy. Ukojenie znajdowała w morfinie, którą po raz pierwszy dostała od ojca, i dzięki silnym lekom uspokajającym. Gdyby nie finansowa pomoc przyrodniej siostry Iwi, córki Stanisława Przybyszewskiego i Dagny Juel-Przybyszewskiej, oraz ciotki, a także opieka sąsiadki, która nie mogła bezczynnie patrzeć na jej nędzę i samounicestwienie, umarłaby z wycieńczenia i głodu znacznie wcześniej. Do głodu, zimna i biedy dokładają się jeszcze szykany ze strony uczniów miejscowego gimnazjum.

Wybili szyby, otwierają okna od środka, odczepiają okiennice i dla własnej uciechy wynoszą je do ogrodu miejskiego, zaglądają do wnętrza pokoju i z głupawymi śmiechami głośno komentują życie mieszkanki "mrozowni".

Aby pokazać, w jakiej nędzy żyła, przytoczę garść cytatów.

Z bólem szczypiących poranionych rąk, czarna jak Kongijczyk i lodowata jak sopel rozpala zimny piec. Zmora zatyka się średnio raz na trzy, cztery dni, doszczętnie zadymiając mieszkanie. Tej zimy żyje z dymem za pan brat. W stanie niekończącej się walki o przestrzeń do oddychania rozpędza smog rękami i szmatami, nawet po trzy godziny wietrząc w mrozie pokój. Sadza niczym całun pokrywa meble, rzeczy osobiste, książki i maszynopisy. 

Żeby móc wystukiwać słowa na maszynie i kontynuować pracę literacką, co chwilę moczy ręce w gorącej wodzie.

Egzystuje teraz w zimnym baraku z wybitym oknem, hulającym wiatrem i myszą wybudzającą ją ze snu.

Mimo ochrony skórzanej walizki adleretta [maszyna do pisania] pokrywa się rdzą, z kolei na ubraniu i butach pojawia się obrzydliwy biało-zielonkawy nalot. W liście do siostry Stachna z wrodzonym sarkazmem dziwi się, oglądając własną skórę, że jeszcze nie jest zielona. Mimo przeszkód, stadka myszy, wszechobecnej wilgoci, zimna i pleśni pracuje i próbuje nawiązywać kontakty z wydawcami. 

Nie chciała dać sobie pomóc, a trudno nieść komuś prawdziwą pomoc, jeśli ktoś ją odrzuca. Godziła się tylko na tę doraźną, często o nią prosiła. Na kompleksową pod żadnym pozorem. A czy można winić państwo, które nie dba o swoich artystów? W jej przypadku chyba jednak nie. To była jej cena za wolność i możność całkowitego oddania się sztuce. Pytanie, czy było warto? Za życia nie odniosła sukcesu, "Sprawa Dantona" po wielu perypetiach została wystawiona dwukrotnie, odbiór sztuki i spektaklu był różny. Jedni uznawali jej tekst za arcydzieło, inni krytykowali. Znacznie gorszy był odbiór samych inscenizacji. A dziś kto czyta, Stanisławę Przybyszewską? Kto wie, że pisała też powieści? Na pewno do historii literatury i teatru przeszła jej "Sprawa Dantona". Więc czy było warto? Jej odpowiedź była jednoznaczna.  

Tylko, że niestety, nie posiadam innego życia. Niestety? Raczej dzięki Bogu. Czarna nędza, w jakiej żyję, to doprawdy niezbyt wysoka cena za posiadanie własnego życia. Niezbyt wysoka zapłata za możność napisania "Sprawy Dantona".

Jestem szczęśliwa, bo mogłam postawić na swoim i żyć zgodnie z moją naturą - spełnić zadanie nałożone mi przez Stwórcę. Mimo stałego strachu przed śmiercią, mimo wielu tygodni piekła: dopóki nie głoduję, jestem znacznie szczęśliwsza od większości ludzi z mego otoczenia. (...) Męki doznane tego roku, muszą mieć sens, muszą być w jakiś sposób konieczne dla mego dalszego rozwoju.

Niestety z czasem zaczyna też głodować. 

Bardzo smutne życia, bardzo smutna książka.

Ewa Mańkowska "Hanna i Dorota"

Na książkę Ewy Mańkowskiej "Hanna i Dorota" (EMG 2024)

ostrzyłam sobie zęby, odkąd wysłuchałam kilku rozmów z autorką. To jej pierwsza książka, a zrodzona została z odkrycia rodzinnej przeszłości i z gniewu. Zanim przejdę do książki i do rozwikłania zagadki z poprzedniego zdania, kilka słów o Ewie Mańkowskiej. Jest malarką i redaktorką w wydawnictwie EMG oraz współorganizatorką dwóch wrocławskich festiwali - Międzynarodowego Festiwalu Kryminału i Bruno Schulz. Festiwal.

Zacznę od łyżki, a może nawet łychy, dziegciu - czytanie tej książki dla wielu osób może być swoistą drogą przez mękę, są pewnie i tacy, którzy będą zmuszeni przerwać lekturę. I nie, nie chodzi o treść, nie chodzi też o wojnę, która odgrywa niebagatelną rolę w tej historii, chodzi o coś tak prozaicznego jak ... druk. Otóż nie przypominam sobie, abym spotkała się z tak małą czcionką! Osoby starsze czy słabiej widzące, a nawet takie jak ja, które do czytania używają okularów, będą miały problem. Muszę przyznać, że bardzo mnie to zbulwersowało - no bo pamięta się już o osobach na wózkach, poruszajacych się o kulach, widać powszechne starania, aby robić wszystko, żeby miasto było dla nich dostępne, a nikt nie myśli o tym, aby książka była dostępna dla każdego. Jestem przekonana, że są tacy, którzy nie będą w stanie przeczytać "Hanny i Doroty". Domyślam się, że chodzi o koszty - książka jest gruba (400 stron bez bibliografii), więc wydrukowana przyzwoitą czcionką byłaby jeszcze grubsza, a więc droższa. No ale dlaczego nie ma ebooka?! To też nie rozwiązałoby problemu do końca, nie wszyscy lubią czytniki, ale na pewno poszerzyłoby krąg odbiorców, byłoby alternatywą. Piszę o tym, bo ta kwestia wydaje mi się zupełnie niedostrzegana. 

No a teraz czas przejść do książki, która okazała się tak ciekawa, że mimo objętości i tej nieszczęsnej czcionki przeczytałam ją w tydzień. Kim są kobiety, których imiona pojawiają się w tytule? Pierwsza, Hanna, jest na pewno szerzej znana - to malarka Hanna Rudzka-Cybisowa. O drugiej, Dorocie, nie słyszałam nigdy wcześniej - to też malarka Dorota Seydenman, z domu Berlinerblau, polska Żydówka pochodząca z bardzo bogatej rodziny przemysłowców. Nic zresztą dziwnego, że nie miałam o jej istnieniu pojęcia, skoro Ewa Mańkowska, która jest jej krewną, też niewiele o niej wiedziała. Pojawiała się we wspomnieniach jej ojca, którego ciotką była, tak jak i inne kobiety-malarki z tej rodziny. I to z gniewu i zdziwienia, że została zapomniana i niemal całkowicie wymazana z historii sztuki i ze wspomnień nawet tych, z którymi była blisko, wzięła się ta książka. 

Autorka nazywa ją biografią dwóch przyjaciółek, Hanny Rudzkiej-Cybisowej i Doroty Seydenman, ale tak naprawdę jest to opowieść o całej grupie kapistów i o ludziach, którzy jakoś byli z nimi powiązani, między innymi o rozległej rodzinie Doroty. Tu koniecznie muszę wyjaśnić, kim byli kapiści, bo i ja, chociaż uwielbiam odwiedzać galerie malarstwa, jeszcze jakiś czas temu niewielkie miałam o nich pojęcie - znałam ten termin, wiedziałam, że to jacyś malarze, ale nic poza tym. Książka, chyba przez przypadek, bo pracę nad nią wydłużyła pandemia, wstrzeliła się w stulecie kapistów. Z tej okazji w moim mieście otwarto niewielką wystawę ich obrazów, a w Warszawie drugą. Niestety o tej ostatniej dowiedziałam się zbyt późno, aby na nią pojechać. Otóż była to grupa młodych studentów krakowskiej ASP, którzy zaczęli studia na tej uczelni w latach dwudziestych zeszłego wieku, różnej narodowości i o różnym statusie społecznym i majątkowym. Byli wśród nich Żydzi, jeden Ukrainiec, Polak urodzony w Petersburgu, który dzieciństwo spędził w Gruzji, Niemiec, który wybrał sobie polskość, no i oczywiście Polacy. Większość biedna, nieliczni zamożni, jeden arystokrata, ale bez pieniędzy. Oczywiście głównie mężczyźni i trzy kobiety. Wszyscy trafili do pracowni przybyłego z Paryża Józefa Pankiewicza, który stał się na pewien czas ich guru. Zafascynował ich kolor, który stał się w ich malarstwie najważniejszy. To pod wpływem Pankiewicza postanowili na jakiś czas wyjechać do Paryża, aby tam zetknąć się ze światową sztuką. Aby zrealizować ten zamiar, zaczęli zbierać pieniądze, które pozwoliłyby się im utrzymać przez jakiś czas we Francji. Kwestowali, urządzali bale, dopięli swego. Zostali w Paryżu przez dziesięć lat, oczywiście nie wszyscy, czasem z przerwami. Skąd nazwa kapiści? Od skrótu kp, czyli komitetu paryskiego, który zawiązali, aby zorganizować wyjazd. Dziś najbardziej rozpoznawalnymi z tej grupy są przede wszystkim Józef Czapski, potem Hanna Rudzka-Cybisowa i Jan Cybis. Autorka upomina się nie tylko o pamięć o swojej krewnej, ale także o Zygmunta Waliszewskiego czy Seweryna Boraczoka. Wiele ich obrazów, czasem większość, unicestwiła wojna. I ten problem został w książce bardzo mocno podkreślony. Niby się o tym wie, ale jednak fragmenty opowiadające o mechanizmie strat były jednymi z mocniejszych.

Zniknęły tysiące dzieł innych artystów niebędących bohaterami tej opowieści. Niektórym wydaje się, że artysta żyje dłużej niż inni, bo zostają jego prace. To piękne i idealistyczne stwierdzenie. Obrazy zostają albo nie. Wojny, pożary, szabrownicy, wilgoć piwnic czy dziurawe dachy niechroniące już strychów przed deszczem, który kapie na porzucone płótna, fatalne zbiegi okoliczności - wszystko to powoduje, że także dzieła sztuki mogą przepaść bezpowrotnie.

"Hanna i Dorota" to taki rodzaj książki, która pochłania całkowicie, sprawia, że się nią żyje, że się przenosi w świat jej bohaterów, a prawdziwe życie staje się tylko, niepotrzebnym, przerywnikiem. Co najbardziej zwróciło moją uwagę? Fascynująca jest opowieść o paryskim życiu kapistów, którzy musieli się mierzyć z różnymi przeciwnościami losu, z brakiem pieniędzy, z artystycznymi porażkami, a jednocześnie uwielbiali to miasto, jego artystyczną atmosferę, twórczy ferment, no i prowadzili bujne życie towarzyskie. To czas trudny, ale z drugiej strony beztroski i wspaniały. Cybisowie po powrocie do kraju wracali jeszcze do Paryża, bo tak tęsknili za jego artystyczną atmosferą. Ponieważ wiadomo, jak potoczyła się historia, tym bardziej czytając tę książkę, miałam poczucie jakiejś chwilowości, czasu darowanego, szczególnie w wypadku Doroty Seydenman, której koniec będzie tragiczny. 

Niezwykle ciekawe jest odkrywanie przez autorkę jej osoby. Są okresy w jej życiu, o których niewiele wiadomo, kopalnią wiadomości okazała się odkryta w archiwach korespondencja przyjaciółek, Hanny i Doroty. Autorka przywraca pamięć o swojej krewnej, oddaje jej sprawiedliwość, podkreśla jej bezinteresowne zasługi dla całej grupy kapistów. Ponieważ wywodziła się z bogatej rodziny, często pomagała im finansowo albo wprost, albo szukając kupców na ich obrazy. Z pamięci historii sztuki jej zasługi zostały wymazane niemal zupełnie. To Józef Czapski w swoich pismach przypisuje sobie wyłączną pomoc przyjaciołom, którą zawdzięczali nie tyle jego pieniądzom, bo ich nie miał, ale towarzyskim koneksjom. To prawda, ale nie był jedyny, a o tym, co robiła Dorota, nie wspomina. 

Ani słowa o Dosi w rozchwytywanej książce Józia  zatytułowanej "Patrząc", nasyconej wspomnieniami o kapistach, Paryżu i przyjaciołach, ilustrowanej reprodukcjami ich obrazów. Dosia została wymieniona jedynie w przypisie wyliczającym uczniów Pankiewicza, którzy wyjechali do Francji.  

Nie wspominali o niej także niemal wszyscy pozostali z tej grupy. Autorka nie przypisuje im złej woli, raczej składa wszystko na karb traumatycznych wojennych przeżyć, które spowodowały chęć odcięcia się od wspomnień, nierozgrzebywania ran. 

Chociaż sporo wiem o antysemityzmie w międzywojennej Polsce, to przykłady, które przytacza w książce Ewa Mańkowska  wstrząsnęły mną. Nigdy nie zrozumiem takiej bezinteresownej nienawiści skierowanej do osób innej narodowości czy wyznania. 

W "ABC - Nowiny Codzienne" Maria Rutkowska, marząca o Warszawie bez Żydów, zauważała na Mokotowie "gniazda luksusowych domów żydowskich". Wyliczała żydowskich właścicieli nieruchomości w tej dzielnicy, nie mogąc uwierzyć, że ktoś taki mógł żyć w dobrobycie. Ta sama felietonistka w kolejnym artykule snuła wizje wysiedlenia mieszkańców Nalewek i stworzenia nowych dzielnic, do których Żydzi będą mieć zakaz wstępu.

Niezwykłą osobą jawi się w tej książce Hanna Rudzka-Cybisowa, która długo pozostawała w cieniu męża, a przecież była równie oddana sztuce jak on. Niezależna, silna, borykająca się z trudnościami losu, a w czasie wojny chociaż ledwo wiązała koniec z końcem, pomagała wielu ludziom, no i swojej przyjaciółce Dorocie. A czas wojny to swoista kronika zapowiedzianej śmierci. Od początku przecież wiemy, że Dorota nie przeżyje. Rozdział poświęcony temu okresowi jest bardzo przygnębiający. Szamotanie się, ukrywanie, ucieczki, zmiany adresów, bieda, a w końcu śmierć najprawdopodobniej poprzedzona torturami. A przecież nie dotyczy to tylko Doroty.

Ewa Mańkowska doprowadza opowieść właściwie do końca wojny. Potem w dwóch krótkich rozdziałach zajmuje się pamięcią, a właściwie niepamięcią, i zwięźle relacjonuje powojenne losy najważniejszych bohaterek i bohaterów swojej opowieści.

Brakuje mi w "Hannie i Dorocie" indeksu osób, czasem można się pogubić w tym, kto jest kim, zwłaszcza wśród licznych krewnych Doroty, i może, chociaż mniej, kalendarium. Za to chwała autorce za liczne zdjęcia i kilka reprodukcji obrazów namalowanych przez kapistów. 

Bardzo ciekawa książka, skłaniająca do refleksji, a poza tym olbrzymie źródło wiedzy. Nie tylko dla osób interesujących się malarstwem.

Joanna Bator "Piaskowa Góra"

Wstyd powiedzieć, a może jednak nie, ale "Piaskowa Góra" (Znak

2019, wydanie I 2009) to moje pierwsze spotkanie z prozą Joanny Bator. Już od dawna chciałam sięgnąć po jakąś powieść jej autorstwa, kilka lat temu kupiłam "Gorzko, gorzko", które do dziś spoczywa w głębinach mojego czytnika, czekając na swoją kolej. Zawsze jednak były lektury, na których zależało mi bardziej. Aż w końcu pod wpływem zachwytów koleżanki, z którą wymieniamy od czasu do czasu uwagi o książkach, pomstując na ilość czekających w kolejce tytułów, postanowiłam wreszcie sięgnąć po "Piaskową Górę", którą to rzeczona koleżanka właśnie się zachwycała. No i stało się.

"Piaskowa Góra" jest pierwszą częścią trylogii wałbrzyskiej. To rozbudowana historia rodzinna z rozgałęzieniami w stronę opowieści o sąsiadach i znajomych głównych bohaterek. Sięga czasów przedwojennych, aby zakorzenić się w PRL-u, a zakończyć już w okresie transformacji. Wiele tu wątków, epizodów, odnóg i kłączy. Konstrukcja tej opowieści kojarzy mi się z drzewem o mocno rozbudowanej koronie i rozlicznych korzeniach. Zagłębiając się w nią, meandrując, składamy sobie krok po kroku historię bohaterek. A są to Jadzia, jej córka Dominika i jej matka, ważna jest też teściowa. Jadzia, która urodziła się w czasie wojny w Zalesiu, gdzieś w centralnej Polsce, przyjeżdża do Wałbrzycha za pracą, bo tu mieszka jej krewny, obrotny Kazimierz. Poznaje Stefana, pracującego w kopalni górnika, którego rodzice przybyli do Wałbrzycha już po wojnie i zajęli mieszkanie po Niemcach. Jadzia i Stefan pobiorą się i po kilku latach, już w epoce Gierka, otrzymają wymarzone mieszkanie w wieżowcu z wielkiej płyty w dzielnicy zwanej Piaskową Górą. Z czasem coraz ważniejszą bohaterką staje się ich córka, Dominika, niespełniająca oczekiwań matki, bo tak do nikogo niepodobna. W niczym nie przypomina wymarzonej córki - ani ładna, ani grzeczna. Istna buszmenka, tak nazywa ją zniesmaczona jej wyglądem Jadzia. No i jeszcze ten nieoczekiwany talent matematyczny. Skąd się wziął? A skąd jej czarna, bujna czupryna czyniąca z niej dziwadło? Z czasem historia skręca w stronę mieszkającej w zalesiu matki Jadzi i rozwija się w nieoczekiwanym kierunku.

Połknęłam "Piaskową Górę" błyskawicznie, bo to powieść, która zwyczajnie wciąga, a im dalej w las, tym bardziej chciałam się dowiedzieć, jak toczyły się losy bohaterek i bohaterów, jak rozwiąże się ta historia. Jednak cały czas towarzyszyło mi pytanie, co aż tak bardzo zachwyciło moją koleżankę, no i dlaczego książka była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. Kiedy pisałam te słowa, od lektury upłynął tydzień i muszę przyznać, że wrażenia nieco wyblakły, wyparła je książka, którą właśnie czytałam. Nie mogę powiedzieć, abym żałowała lektury, przeciwnie cieszę się, że po "Piaskową Górę" wreszcie sięgnęłam i na pewno sięgnę po kolejne dwie części trylogii wałbrzyskiej, no i wreszcie po "Gorzko, gorzko". Ale, jak to często bywa, kiedy oczekiwania szybują w kosmos, spodziewałam się czegoś o większym ciężarze.

Wydaje mi się, że "Piaskowej Górze" zaszkodził czas. Myślę, że inaczej odbierałabym ją wtedy, kiedy została napisana, bo w roku 2009 była świeża tematami, które dopiero wydobywano na światło dzienne. Dziś o tym wszystkim napisano już wiele książek, powiedziano dużo, stąd wrażenie, że to już było, że to znam, że to dla mnie nic nowego.

Bo jednym z głównych tematów jest Wałbrzych, miasto na Ziemiach Odzyskanych, a właściwie pozyskanych, czyli poniemieckich. Miasto, skąd uciekli albo zostali wysiedleni Niemcy, po których zostały domy, mieszkania i sprzęty codziennego użytku. Na ich miejsce przybyli przesiedleńcy ze wschodu, z ziem utraconych. To historia teściów Jadzi. Inni przyjechali z Polski centralnej, bo łatwiej tu było robić interesy, ukryć się, zacząć wszystko od nowa. To przypadek Kazimierza, krewnego Jadzi. 

Innym tematem, który łączy się z pierwszym, można powiedzieć, że z niego wypączkował, to opowieść o mieście, gdzie węgiel stał się najpierw błogosławieństwem, a potem w czasach transformacji przekleństwem, bo kopalnie zaczęto zamykać, a Wałbrzych stopniowo popadał w ruinę.  Już w smętnych latach osiemdziesiątych, po załamaniu się gierkowskiego eldorado, kto mógł, wyjeżdżał do Niemiec, a jeśli nie mógł, to przynajmniej robił z Niemcami interesy. 

Jest wreszcie wątek żydowski, który pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. No i historia PRL-u. Od powojennej biedy, przez gierkowską małą stabilizację, czasy kryzysu, stanu wojennego, aż po transformację. Te wszystkie tematy od roku 2009, kiedy powieść się ukazała, zostały już na wiele sposobów opowiedziane, przenicowane. Stąd moje wrażenie, że nie czytam o niczym, czego bym wcześniej nie wiedziała.

Dalej też dziś jesteśmy, jeśli chodzi o tematy feministyczne. Dobroduszna, naiwna Jadzia, wychowana na "Trędowatej", marząca o rycerzu na białym koniu, który w jej snach na jawie przybiera postać  kogoś w rodzaju ordynata Michorowskiego, a jeszcze lepiej cudzoziemca, zderza się z prozą życia, czyli z górnikiem Stefanem, jak się okaże nieudacznikiem, co mu życie przeleci koło nosa, co to wszystkich obwinia za to, że stoi w miejscu, co smutki i zawody topi w alkoholu. 

Życie, co Jadzia już zaczyna widzieć wyraźnie, nie dało jej zbyt wielu możliwości i tylko patrzeć, jak przejdzie obok, zostawiając ją z pustymi rękoma (w tym jedną upośledzoną też z winy życia). Przez godzinę romantycznego luksusu Jadzia żona i matka pozwala Jadzi nieżonie i niematce na fantazje o Cudzoziemcu, ordynacie, który jest tym wszystkim, czym Stefan nie jest, a ona przy nim nie jest niczym innym niż Jadzią.

Jeśli Jadzi się nie udało, to może przynajmniej uda się Dominice i ona zdobędzie swojego cudzoziemca? Ale jak ma się jej udać, skoro przypomina buszmenkę, a ubiera się jak chłopak? Dominika też ma swoje marzenia, inne niż matka, a przecież jakoś podobne.

Odbita w takim wyjątkowym lustrze, mogła się coraz bardziej do Jadzi nieupodabniać.

Ona też marzy o swoich wyspach Bula-Bula i o tym, aby uciec od codzienności, a już zwłaszcza od takiej, jaką żyje jej matka. 

Z takim kimś nie zdarzyłaby się żadna codzienność i zwykłość, nie byłoby przyziemnych rozmów o pieniądzach i o zakupach, żadnego: a co jutro na obiad. (...) Taka miłość sprawiłaby, że ukorzeniony sznur łączący ją z Jadzią naprężyłby się tak bardzo, że w końcu by pękł, a siła odrzutu wykatapultowałaby Dominikę wprost na wyspę Bula-Bula.

I chociaż patriarchat w tym świecie ma się dobrze, to kobiety są silne, a mężczyźni słabi. Takie są Jadzia, jej teściowa i matka oraz inne bohaterki drugoplanowe. A faceci u ich boku to tacy jak Stefan rozczarowani życiem słabeusze topiący swoje niepowodzenia w alkoholu. Faceci, którym nikt nie powiedział, jak być ojcem, a już szczególnie ojcem dorastającej córki, więc abdykują i w tej dziedzinie.

Jadzia już nie jest żoną amatorką, nabrała doświadczenia w radzeniu sobie ze Stefanem i coraz bardziej zdaje sobie sprawę ze swojej władzy. To władza pełna złości, nie gniewu; władza szczypiąco-szarpiąca, jej oręż to miotła i ściera. Kuchenna królowa miotłą pogoni, ścierą da przez łeb, gdy się jej pod rękę poddany jakiś nawinie. Ze złości władczyni urabia sobie ręce i wypruwa żyły, ukrzyżowuje się codziennie za grzechy chłopa, który wstrętny jest. Chłopy,  z brudu i głodu jeden z drugim by zdechł, gdyby sami zostali. Ofermy, ochlapusy i dziady.

Co z tego, kiedy te silne kobiety rządzą tylko w swoim domu, a  ton nadają tacy cwani kombinatorzy jak Kazimierz, który w nowych czasach, kto wie, czy nie popłynie w politykę.

Co w takim razie po latach zostaje z "Piaskowej Góry", skoro wszystko już było? Sama historia po prostu bardzo ciekawa, portrety bohaterek i bohaterów, nawet tych z drugiego planu, no i wreszcie język. Czasem jak z baśni, czasem ironiczny, rozbuchany wyobraźnią autorki, czasem przypominający frazę Masłowskiej. 

Dahlia de la Cerda "Wściekłe suki"

O książce "Wściekłe suki" (Filtry 2024; przełożyła Katarzyna

Okrasko) Dahlii de la Cerdy, meksykańskiej pisarki i aktywistki, kobiety wielu zawodów, a właściwie zajęć, jakich się imała, zanim jej literacki debiut odniósł sukces w Meksyku i został wydany w kilku innych krajach, oczywiście usłyszałam od razu, bo śledzę w social mediach stronę Filtrów, podobnie jak  strony innych moich ulubionych wydawnictw. Najpierw zastrzygłam uszami, bo, nie tylko z powodu panującej mody, interesuję się literaturą z Ameryki Łacińskiej i zawsze jestem gotowa sięgnąć po coś z tego obszaru, jeśli tylko czuję, że odpowiada moim czytelniczym gustom. Tym razem jednak początkowo stwierdziłam, że "Wściekłych suk" nie przeczytam, przede wszystkim dlatego, że to zbiór opowiadań. Tak, tak, nie po raz pierwszy przyznaję ze wstydem, że opowiadanie to nie należy do moich ulubionych form literackich, w czym w Polsce nie jestem odosobniona. I tak zrobiłam postęp, bo jeszcze jakiś czas temu po zbiory opowiadań nie sięgałam z zasady. Drugim powodem był tytuł. Dlaczego? Sama nie do końca sobie to uświadamiam. Na pewno chodziło o użyte w nim słowo suki, za którym nie przepadam. Cóż, nie najmądrzejszy powód. To wszystko sprawiło, że niezbyt dokładnie wczytałam się w informację o książce. Dopiero wysłuchanie bardzo ciekawej rozmowy podcastowej o tej książce i o problemach Meksykanek sprawiło, że natychmiast wypożyczyłam ją z biblioteki. Dziś wiem, że popełniłabym duży błąd, gdybym "Wściekłe suki" przeoczyła.

To zbiór kilkunastu krótkich opowiadań, których bohaterkami, a zarazem narratorkami, są kobiety z dwóch krańców drabiny społecznej - jedne wywodzą się z rodzin bardzo zamożnych albo nawet bajecznie bogatych, inne stoją na samym dnie drabiny społecznej i próbują jakoś sobie radzić, zarabiając na życie w rozmaity sposób. Wyjątkiem jest tu pierwsze opowiadanie, o bohaterce którego niewiele wiemy. Obserwujemy ją w jednym momencie jej życia. Chciałam napisać trudnym, ale czy dla niej rzeczywiście jest on trudny? Owszem, ma pewien problem i postanawia z niego wybrnąć w najprostszy możliwy sposób. Kiedy się uda, odetchnie z ulgą i prawdopodobnie zapomni. Mam wrażenie, że to jedno opowiadanie nie do końca pasuje do pozostałych. Jakoś nie widzę nici łączącej je z kolejnymi - jest z innego porządku i chyba najmniej mnie zainteresowało. Potem było już tylko dobrze. Nie przeszkadzało mi nawet to, że autorka łamie czasami konwencję realistyczną i niektóre kobiety opowiadają swoje historie już po śmierci. Dla porządku dodam jeszcze, że chociaż jest to zbiór opowiadań, to kilka bohaterek jest ze sobą powiązanych. Kiedy czytałam kolejne, po chwili orientowałam się, że jego narratorka w jakiś sposób pojawiła się w jednym z poprzednich. A to jako przyjaciółka bohaterki, a to jej siostra, a to jej ochroniarka, a to dziewczyna, która napada na dom zamieszkiwany przez ubogie siostry trudniące się szyciem.

Jakie jest sedno tych opowieści? O czym nam chcą powiedzieć? O meksykańskich kobietach i o meksykańskim społeczeństwie. Jak już wspomniałam, są tu bohaterki z przeciwnych biegunów drabiny społecznej. Te ubogie, wywodzące się z dołów, z biedy jakoś próbują sobie radzić. Zarabiają szyciem, jak te siostry mieszkające w domku wybudowanym przez ich ojca gdzieś na obrzeżach miasta na osiedlu bez kanalizacji i prądu. Inna dziewczyna jedzie na północ Meksyku, aby zatrudnić się w jednej z tych fabryk znajdujących się blisko amerykańskiej granicy w strefie wolnego handlu, gdzie płaci się zatrudnionym w nich kobietom marne grosze. Jedzie na dachu osławionej Bestii, towarowego pociągu przemierzającego Meksyk, razem z innymi biedakami, przede wszystkim imigrantami z krajów Ameryki Środkowej, chociaż nie tylko, którzy będą próbowali sforsować granicę, aby dostać się do lepszego świata. Żeby dowiedzieć się, jakim piekłem jest ta droga, trzeba przeczytać znakomity reportaż Oscara Martineza " La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą". Dlaczego wybrała taki niebezpieczny środek transportu? Bo nie stać jej na bilet! Ale są i takie, które szukają innej drogi. Można zarobić dużo, a nawet bardzo dużo, ale sposób to ryzykowny, bo przestępczy, trzeba schować do kieszeni wyrzuty sumienia, no i łatwo o śmierć. Tak zarabiają wspomniane już tutaj dwie dziewczyny - złodziejka i ochroniarka pracująca dla jednego z karteli. Za każdą z tych kobiet ciągnie się jakaś smutna historia - żyły w biedzie, bez perspektyw, wcześnie urodziły dziecko, efekt gwałtu, marzeń o wielkiej miłoś
ci albo chwili zapomnienia, i zostały z nim same, bo ojciec albo nieznany, albo nieodpowiedzialny.

Ale są i inne bohaterki wywodzące się z domów bogatych. To córka mafiosa stojącego na czele jednego z karteli, ojciec dwóch innych jest federalnym deputowanym. Pozornie niczego im nie brakuje, ale to kobiety równie tragiczne jak te, które niewiele mają i aby zarobić na życie muszą ciężko pracować. Dlaczego? Bo są więźniarkami świata, w jakim się urodziły. Wyrwać się z niego, byłoby im bardzo trudno. Jaki los je czeka? Albo pustej lali, która żyje w świecie mediów społecznościowych, gromadzi lajki i naiwnie marzy, aby zostać narzeczoną mafiosa. Albo trzeba zająć miejsce ojca, przejąć jego interesy. Albo usunąć się w cień i zostać bogatą panią domu przy wpływowym mężu. Przyznam, że zajrzenie do świata tych kobiet, o których niewiele wiedziałam, bo częściej zdarza mi się czytać o tych z dołów społecznych, było dla mnie bardzo ciekawe. Czytałam te opowiadania ze zdumieniem i z irytacją jednocześnie.

Co łączy te bohaterki reprezentujące tak różne światy? To, że są w nich uwięzione, że nie bardzo mogą z nich wyjść. Jakby ich drogi zostały wytyczone w chwili urodzenia. Mają kilka wariantów do wyboru, ale żaden nie doprowadzi do szczęścia. Jest jeszcze coś. Większość z nich to ofiary maczyzmu, męskiej przemocy, mizoginii. Mężczyźni rzadko obecni są w ich życiu na stałe. Zostawiają po sobie nieślubne dzieci, traktują te kobiety i dziewczyny jak efektowne trofeum, którym się chwali, ale z którym można zrobić, co się chce, albo jak obiekt seksualnej rozrywki. Nikt się o nie nie upomni, nikt nie wymierzy sprawiedliwości przestępcom. Co im pozostaje? Wściekłość, która prowadzi do zemsty. Tylko tak mogą dojść sprawiedliwości, bo na władzę przeżartą korupcją nie mogą liczyć.

Tytuł jednego z opowiadań brzmi "Tutaj Bóg nie zagląda". Moim zdaniem mógłby być mottem całego zbioru.  

Bardzo ciekawe opowiadania. Jest w nich energia, która sprawia, że trudno przejść obok nich obojętnie, trudno o nich zapomnieć.

Popularne posty