Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna domowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna domowa. Pokaż wszystkie posty

Anna María Matute "Pierwsze wspomnienie"

Po książkę hiszpańskiej pisarki Anny Maríi Matute "Pierwsze

wspomnienie" (Cyranka 2026; przełożyła Ewa Zaleska) postanowiłam sięgnąć z dwóch powodów. Pierwszym był szum, jaki się wokół niej wytworzył, achy i ochy, że to arcydzieło. Ale oczywiście nie to przeważyło. Ostatecznym impulsem był temat - opowieść o dzieciństwie w czasach hiszpańskiej wojny domowej. Z niewiadomych dla mnie powodów ta tematyka żywo mnie interesuje. Może wzięło się to od Hemnigwaya, a może wciąż nurtującego mnie zdumienia, jak to się dzieje, że ludzie mieszkający obok siebie nagle w tak okrutny sposób skaczą sobie do gardeł.

Anna María Matute jest w Polsce dotąd niezbyt rozpoznana, chociaż ze zdumieniem stwierdziłam, że "Pierwsze wspomnienie" to wcale nie jej pierwsza książka wydana w naszym kraju. Natomiast w światowym obiegu literackim uznawana jest za jedną z najwybitniejszych pisarek europejskich XX wieku, mistrzynię prozy psychologicznej. Pisała także dla dzieci, ilustrowała te książki, była wykładowczynią na amerykańskich uniwersytetach, krytyczką literacką, laureatką wielu znaczących nagród. 

"Pierwsze wspomnienie" to pierwsza część trylogii i mam wielką nadzieję, że Cyranka będzie kontynuowała ten cykl. Gdyby Annę Maríę Matute wydawały chłopaki z ArtRage'u, miałabym pewność, że tak się stanie, bo oni nie porzucają swoich autorek i autorów, nawet jeśli te książki kupuje skandalicznie mało osób. Tu dygresja. Zwykle na koniec roku podają dane sprzedażowe, co bardzo podnosi moje ego, bo zawsze jestem wśród tych nielicznych, którzy kupili i przeczytali przynajmniej kilka spośród wydanych przez nich tytułów. A jednocześnie nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie dobre książki kupiło tak niewiele osób. Koniec dygresji, czas przejść do meritum.

Skoro bardzo bym sobie życzyła, aby Cyranka wydała dwie kolejne książki z cyklu, to zapewne dla czytających te refleksje jest już jasne, jaką mam  opinię o "Pierwszym wspomnieniu". Tak, tak, zgadzam się z tymi, którzy uważają, że to rzecz niezwykła i warta lektury. Przyznam jednak, że nie od razu podzielałam ten zachwyt. Nie było mi łatwo wejść w tę książkę. Raz, że to proza gęsta, prawie bez dialogów, pełna wysublimowanych opisów przyrody, w dodatku narracja przerywana jest fragmentami w nawiasach stanowiącymi komentarz. Czyj? Może dorosłej narratorki, ale nie do końca jest to dla mnie jasne. Dwa, że kiedy ją zaczęłam, byłam dość zajęta, więc czytałam z doskoku. Tu pół godziny, tam najwyżej godzina. Dopiero kiedy wreszcie dzięki długiemu weekendowi czasu miałam w bród, połknęłam ją w ciągu jednego dnia. I dopiero wtedy doceniłam jej wielkość, wkręciłam się bardzo, mimo że nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Stąd moja rada - jeśli ktoś zamierza sięgnąć po "Pierwsze wspomnienie", do czego gorąco namawiam, to warto to zrobić, kiedy można się tej książce oddać w pełni, a nie wydzielać ją sobie drobnymi kawałeczkami niczym lek na receptę.

Cóż to za historia? Są to wspomnienia czasu, który czternastoletnia Matia, narratorka, spędzała w ponurym domu swojej oschłej, nieprzystępnej babki na jednej z hiszpańskich wysp. W książce jej nazwa nie pada, ale z info wydawcy dowiadujemy się, że to Majorka. Wprawdzie nigdy tam nie byłam, ale jednego jestem pewna - ta książkowa wyspa niczym nie przypomina turystycznego raju, jakim stała się dziś. W domu przebywa też dwa lata starszy kuzyn, Borja, jego matka, korepetytor i służba. Matka Matii od lat nie żyje, ona wychowywała się w rodzinnym domu ojca pod opieką jego starej niani. Po wyrzuceniu z kościelnej szkoły trafia do  babki. Wybuch wojny domowej sprawia, że razem z kuzynem utkwili tu na jakiś czas. Zanim znajdzie się im szkoły, są pod opieką korepetytora, niedoszłego księdza, syna służącej.

Ciotka Emilia i Borja nie mogli wrócić na półwysep, a wuj Alvaro, który miał stopień pułkownika, był na froncie. Niczym zwabieni do dziwacznej zasadzki, Borja i ja zrozumieliśmy zaskoczeni, że musimy pozostać na wyspie nie wiedzieć jak długo. Szkoła odpłynęła w dal, a w otaczającej nas atmosferze - u babki, ciotki Emilii, proboszcza, lekarza - wyczuwało się jakąś ekscytację, która nadawała monotonnemu życiu dorosłych smak anormalności. 

Ojciec Borji bije się gdzieś na froncie po tej właściwej, czyli frankistowskiej stronie. Używam tu przymiotnika właściwej w sensie ironicznym, ale dla otoczenia, w jakim przebywa główna bohaterka, to wcale nie ironia. Tymczasem ojciec Matii stoi po przeciwnej stronie barykady, czemu czasem w nienawistny sposób daje wyraz babka. Nie bardzo wiadomo, co się z nim dzieje. Czy walczy, a może siedzi w więzieniu?

W atlasie śledziłam także przebieg wojny wuja Alvara, położenie zdobytych miast ("Upadło, upadło". "Te Deum..."). Wojny, która zgubiła, pogrążyła mojego ojca i jego niesłuszne przekonania. Wojny, która tam na mapie, na niezdobytych jeszcze obszarach, pochłonęła go jak mokradła. I co z niego zostało?

Wojna domowa jest w tej książce tylko dalekim echem, tłem zaledwie. Na wyspie nie toczą się walki, a i dzieci chroni się przed okrutnymi wiadomościami o tym, co dzieje się na froncie. Ale świat, w którym obracają się Matia i Borja, też jest okrutny. Zostawieni sami sobie mają dużo swobody. Palą, piją, Borja podkrada pieniądze babce i matce. W chłopackim świecie, do którego Matia raz jest dopuszczana, a raz jest z niego wykluczana, są dwie zwalczające się bandy. W jednej są chłopcy z dobrych domów, w drugiej z tych gorszych, niezamożnych. Ich członkowie potrafią być wobec siebie okrutni. Ale bywa, że zawierają rozejmy. Borja jest hersztem, autorytetem. Potrafi być bardzo bezwzględny, kiedy z powodu zazdrości chce się na kimś zemścić. I nie będzie to już zwyczajna chłopacka zemsta, ale zemsta mająca poważne konsekwencje. Coś, co w okrutny sposób zaważy na życiu jednego z bohaterów. Do swojej intrygi wciągnie Matię, czyniąc ją współwinną tego, co się stanie, bo ze strachu, zmanipulowana przez starszego kuzyna, nie będzie potrafiła ująć się za skrzywdzonym, chociaż był dla niej kimś ważnym.

To bardzo mroczny świat. I chociaż wydarzenia rozgrywają się w większej części latem, to czytając, miałam wrażenie, jakby wyspę spowijał mrok albo przynajmniej warstwa ciężkich, ołowianych chmur wiszących nisko nad ziemią.

Matia i Borja są bardzo samotni. Przeżywają  swoje rozterki i problemy w pojedynkę. Czasem dopuszczają do nich siebie nawzajem. Coś ich łączy, ale wiele ich dzieli. Już nie dzieci, jeszcze nie dorośli i dorosnąć bardzo nie chcą. Szczególnie Matia, bo to jej perspektywę poznajemy. Boją się świata dorosłych, który jest jeszcze okrutniejszy niż ich świat. Stąd powracający motyw baśni, a szczególnie Piotrusia Pana, Nibylandii, Kaja i Gerdy. 

Wydawało mi się, że mówi prawdę, że jest bardzo samotny, podobnie jak ja, i że gdyby nie ta nasza samotność, to, kto wie, może nigdy nie zostalibyśmy przyjaciółmi.

Byliśmy tacy bezbronni, tacy zależni, a przecież zarazem tak dalecy od nich wszystkich: od portretu wuja Alvara, braci Taronji, od mojego ojca, Antonii, Mandaryna ... Jakże obcy byli dorośli, ta dziwna rasa mężczyzn i kobiet. Jacy obcy i absurdalni byliśmy my. Jak bardzo poza światem, a nawet poza czasem. Już nie byliśmy dziećmi. Nagle nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy.

Nigdy wcześniej nie zauważyłam, że [korepetytor] był tylko chłopcem, niewiele od nas starszym, uwikłanym po uszy w nieczyste sprawy mężczyzn i kobiet; zanurzonym po szyję w świecie, w tej studni, do której wszyscy już się ześlizgiwaliśmy.

... jakbym chciała krzyknąć: "Nie, nie, zatrzymajcie mnie, nie wiedziałam, dokąd biegnę, nie chcę dowiedzieć się niczego więcej". (Ale już przeskoczyłam mur i zostawiłam za sobą Kaja i Gerdę w ogrodzie na dachu).

A jednocześnie pojawiają się też pierwsze, dobre, oznaki dorosłości - współczucie, zrozumienie i empatia dla drugiego człowieka.

I patrząc na stojącego obok Mandaryna, pierwszy raz poczułam współczucie jak dorosła osoba, zapragnęłam podać mu rękę i powiedzieć: "Nie przejmuj się nimi, to tylko głupie dzieci. Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią". A równocześnie wstydziłam się tego pierwszego uczucia dorosłej osoby i czułam strach, i żałowałam samej siebie, swoich słów i litości.

Jest w tej książce jeszcze coś, na co warto zwrócić uwagę, a co może umknąć, bo nie wybija się na pierwszy plan. To zupełnie inne traktowanie dziewczyny niż chłopaka w tym tradycyjnym świecie. W tych nielicznych chwilach, kiedy babka przypomina sobie o Matii, daje wyraz takim poglądom.

Podczas pierwszych wakacji wzięli mnie ze sobą tylko raz, a i wtedy musiałam na noc wracać do domu. Babka mówiła, że jestem już zbyt duża, żeby samotnie chodzić z nimi do Gaju Pomarańczowego i spędzić trzy noce poza domem. (...) Kiedy wyprawiali się do gaju Pomarańczowego, dwa razy towarzyszyłam im aż do portu i dopiero tam się rozstawaliśmy, a babka nie miała o niczym pojęcia. Potem wracałam do domu Leontiną, nienawidząc tego, że jestem kobietą.

W tamtych czasach jedną z najbardziej upokarzających rzeczy było, pamiętam, stałe zamartwianie się babki o mój wygląd. O rzekomą przyszłą urodę, którą powinnam zyskać za wszelką cenę.

- To jedyne, co przydaje się kobiecie, jeżeli nie ma pieniędzy.

Uroda zatem była jedynym dobrem, na jakie mogłam liczyć w życiu. Jednakże była ona jeszcze cokolwiek nieobecna i odległa, a mój wygląd w przekonaniu babki pozostawiał wiele do życzenia,.

Matia zdecydowanie nie darzy babki sympatią, co znajduje wyraz w sposobie jej opisywania.

Okna dzierżawców płonęły światłem, na pewno babka szpiegowała je z saloniku przez teatralną lornetkę. Poczułam głuchą irytację. Siedzi tam pewnie jak brzuchaty, poobtłukiwany bóg, jak wielka żarłoczna lalka, pociągając za sznurki swoich marionetek. (...) Jej oczy niczym długie macki, wchodziły do tych domów, oblizywały je, zamiatały w pokojach pod łóżkami i stołami. To były lustrujące oczy, unosiły białe dachy i chłostały: prywatność, sen, zmęczenie.

Rozparta w fotelu babka przeżuwała jedną ze swoich niezliczonych pastylek. Dekolt sukienki okalał fałdy i zmarszczki wokół gardła przepasanego aksamitną tasiemką. Na szyi powyżej tasiemki również tworzyły się fałdy i zmarszczki, aż do podbródka. Jakby ktoś ją wypchał, a na szyi zacisnął węzeł: z jednej strony głowa, z drugiej ciało, jak dwa worki, każdy z innej materii.

Już z tych kilku cytatów można się zorientować, jak gęsta jest to proza i w jak niezwykły sposób została napisana. Na koniec chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną cechę tej książki. Ogromną rolę odgrywa w świecie Matii przyroda, a opisując ją, wyraża swoje uczucia. Na dowód ostatni już cytat.

Nienawiść przebijała się przez ciszę jak słońce, jak podbiegnięte ropą i krwawiące oko przez morską mgłę. Tam, na wyspie, słońce zawsze wydawało mi się złowieszcze, polerowało kamienne płyty na placu, sprawiało, że błyszczały i robiły się śliskie jak kości, jak złośliwa i dziwna kość słoniowa.

Znakomita, chociaż wymagająca uważnej lektury książka. Ale naprawdę warto się w nią wgryźć, wejść w ten mroczny, niepokojący świat już nie dzieci, jeszcze nie dorosłych. Docenić urodę języka.

Patrick Radden Keefe "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej"

Jakoś tak jest, że są tematy i strony świata, które interesują mnie od

dawna w szczególny sposób. Tak ma się sprawa z konfliktem w Irlandii Północnej, który nazywany był Kłopotami (The Troubles). Nic zatem dziwnego, że nie mogłam przegapić reporterskiej książki amerykańskiego dziennikarza i pisarza Patricka Raddena Keefe'a "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej" (Czarne 2020; przełożył Jan Dzierzgowski). Od premiery minęło już ponad półtora roku, a ja sięgnęłam po nią dopiero teraz, chociaż w moim czytniku leżała od dawna. Cóż, jeśli nowości nie przeczyta się od razu, to potem czeka wypierana przez inne świeżynki domagające się atencji. Ale teraz przyszedł dogodny dla niej czas, bo nie tak dawno obejrzałam "Belfast" Kennetha Branagha, film, który w nostalgiczny sposób, bo przefiltrowany przez perspektywę dziecka, opowiada o początkach Kłopotów. Sięgnięcie po książkę to zatem znakomita okazja, aby dowiedzieć się więcej. Już kilka lat temu była taka możliwość - w 2015 roku, również Czarne, wydało reportaż Aleksandry Łojek, Polki mieszkającej w Belfaście, "Belfast. 99 ścian pokoju". Tamta książka skupia się bardziej na procesie pokojowym i życiu w mieście, w którym obok siebie mieszkają kaci i ofiary, ludzie zamieszani w obie strony konfliktu. Natomiast "Cokolwiek powiesz, nic nie mów" to reportaż w sposób niezwykle ciekawy relacjonujący trzydzieści lat Kłopotów, które zaczęły się pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a zakończyły w roku 1998 podpisaniem porozumienia wielkopiątkowego, i czas, jaki nastąpił potem.

Jak autorowi udało się sprawić, że od książki trudno się oderwać? Po pierwsze zagadka. Otóż w grudniu 1972 Jean McConville, matka dziewięciorga dzieci, wdowa, została zabrana ze swojego mieszkania w Belfaście i już nigdy nie wróciła. Jest uznawana za jedną z dwadzieściorga znikniętych w czasie irlandzkich Kłopotów. Oskarżona przez IRA (Irlandzka Armia Republikańska) o donoszenie na rzecz lojalistów (zwolennicy pozostania Irlandii Północnej w Wielkiej Brytanii, najczęściej protestanci) została przez jej bojowników wyprowadzona z mieszkania na oczach dzieci, przesłuchana i skazana na śmierć. Ciała nie odnaleziono jak we wszystkich podobnych przypadkach. Jej zniknięcie zrujnowało życie dzieci. Długo wierzyły, że mama wróci. Młodsze, umieszczone w kościelnych sierocińcach, przeszły gehennę łącznie z molestowaniem. Historia jej zniknięcia staje się ramą dla opowieści o Kłopotach pokazanych tu przede wszystkim z punktu widzenia republikanów (zwolennicy Republiki, czyli zjednoczenia Irlandii, głównie katolicy). To oni są bohaterami tej książki. I tak historia Jean McConville i jej dzieci przeplata się z historią konfliktu, potęgując ciekawość czytelnika, który zadaje sobie pytanie, czy kobieta rzeczywiście była donosicielką, czy stała się ofiarą pomyłki, niesprawdzonego donosu, podejrzeń. 

Autor znakomicie pokazuje, jak spirala nienawiści po obu stronach się nakręca, jakie są jej historyczne źródła, jak przemoc przybiera na sile, jak życie w Belfaście w najostrzejszej fazie konfliktu staje się nie do zniesienia, jak rodzi się republikański terror, jak bezwzględne są angielskie władze, policja i służby bezpieczeństwa, które sposoby torturowania zatrzymanych wzorowały na hitlerowskich oraz północnokoreańskich i nigdy nie chciały uznać bojowników IRA za więźniów politycznych mimo ich licznych protestów głodowych zakończonych śmiercią kilku z nich. Ta ostatnia historia to czasy Margaret Thatcher, która okazała się wyjątkowo twarda i bezwzględna. Zresztą nie tylko w tym przypadku. Z równym spokojem i cierpliwością przeczekiwała strajki angielskich górników, likwidując kopalnie i nie przejmując się losem tracących pracę.

Drugi powód, który sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem, to opowieść o ludziach. Przede wszystkim o czworgu najważniejszych bohaterach tej historii. To siostry Marian i Dolours Price, Brendan Hughes i Gerry Adams. Wszyscy byli ważnymi członkami IRA, wiele lat spędzili w więzieniach, podejmowali protesty głodowe, w brawurowy sposób uciekali, organizowali zamachy, wykonywali inne zadania, a Brendan i Gerry, niegdyś przyjaciele, byli mózgami organizacji. Wszyscy oddani idei patriotycznej - zjednoczenia Irlandii, gotowi do walki i na śmierć. Ale trzeba pamiętać, że przyczynili się do śmierci wielu osób, także przypadkowych. Czy taką ofiarą była Jean McConville? Poznajemy ich historie rodzinne, widzimy, jak wyrastali szpikowani patriotycznymi ideami, podziwiając dawnych bojowników, jak dla ich rodziców oczywiste było, że dzieci przejmą pałeczkę w walce z lojalistami, obserwujemy, jak i dlaczego stopniowo się radykalizowali, a wreszcie, jak z czasem zaczęły rozchodzić się ich drogi i jakie koszty zapłacili za swoją burzliwą młodość, za bezwzględne oddanie idei zjednoczenia.  

I tu dochodzę do tego, co w książce amerykańskiego reportera dla mnie jest najbardziej poruszające i inspirujące. To ważne pytania, które rodzą się wraz z lekturą. Pierwsze o granice patriotyzmu. O niebezpieczeństwa, jakie ze sobą niesie. Gdzie jest granica pomiędzy tym, co szlachetne, a tym, co rodzi przemoc i nienawiść?  Niby całym sercem jestem za Irlandczykami, którym brytyjskie imperium odmówiło prawa do jednego państwa, ale koszty tej walki były ogromne. Kiedy ją przerwać? I dlaczego od razu toczyć wojnę? Czy nie można próbować metod pokojowych? Problem w tym, że druga strona - lojaliści i rząd Wielkiej Brytanii do żadnych ustępstw nie byli skłonni. Katolicy, zwolennicy Republiki byli w Irlandii Północnej obywatelami drugiej kategorii. Dlatego konflikt narastał i się radykalizował. 

Najpierw rzucaliśmy w nich kamieniami, ale przyszli z bronią. No więc nasi też musieli znaleźć sobie broń. Przecież byłoby głupotą stać bezczynnie z pustymi rękami! Nasi załatwili sobie strzelby, potem lepsze uzbrojenie. Ale wtedy Brytyjczycy, którzy niby mieli zapewniać nam ochronę, zaczęli urządzać naloty na nasze domy. Co było robić? Po prostu szło się i wysadzało ich w powietrze. Nic innego nie zostało.

Być może Marian i Dolorous Price nie stałyby się bezwzględnymi bojowniczkami IRA, gdyby nie były uczestniczkami pokojowego marszu brutalnie zaatakowanego przez fanatycznych lojalistów przy bierności sprzyjającej im policji. Bo, jak mówili ich rodzice, którzy w każdej sytuacji stali murem za córkami, można mieć pretensje do człowieka, jeśli pierwszy komuś przyłoży, ale nie wtedy, kiedy komuś odda. To była bezwzględna wojna, której z czasem doświadczyli też mieszkańcy Wielkiej Brytanii, szczególnie Londynu. I jak to w takim konflikcie bywa, nie można być neutralnym. Kto próbuje się nie mieszać, stać z boku, nie popiera takich metod walki, nie chce płacić składek na IRA, ten wróg. Być może tak naraziła się Jean McConville. To dlatego bohaterowie "Belfastu" w końcu wyjeżdżają. Nie chcą, aby ich dzieci rosły w takiej atmosferze, aby walka, terror stały się dla nich czymś oczywistym. Film znakomicie to pokazuje. Gdyby zostali, pewnie ich dzieci poszłyby drogą Marian, Dolours, Brendana i Gerrego. Kolejne pytania dotyczą tego ostatniego. Czy bardziej niż innych obciąża go śmierć wielu bojowników, dla których był autorytetem i których los trzymał w swoich rękach? Czy był bohaterem, bo zrozumiał, że dalsza walka do niczego nie prowadzi i doprowadził do podpisania porozumienia wielkopiątkowego? Czy może okazał się cynikiem, który postanowił zrobić polityczną karierę? To ostatnie zarzucali mu dawni przyjaciele. Ich drogi ostatecznie się rozeszły. Kolejne pytania - czy moralna jest współpraca z ludźmi, którzy są bezwzględnymi mordercami? Czy rząd, policja może w imię wyższych celów, przeciwdziałania terrorystycznym zamachom, kaptować takich ludzi na swoich szpiegów? Wreszcie pytanie nienowe - jak sądzić za dawne winy ludzi, którzy stoją już nad grobem? Czy sądzić? 

Kończąc, chciałabym wskazać jeszcze jedną zaletę tej książki. Chociaż to historia Kłopotów, to jest to też opowieść uniwersalna o mechanizmach wszystkich podobnych konfliktów - wojen domowych, walki o niepodległość. Opowieść o szlachetnych ideach, które prowadzą do bezwzględnej bratobójczej wojny, do terroru, nienawiści, wobec których nie da się pozostać obojętnym, bo kto nie z nami, ten przeciwko nam. A wreszcie o brudnej polityce, o zerwanych przyjaźniach i goryczy dawnych bohaterów, którzy umierają w biedzie i samotności, bo lepiej im stawiać pomniki, upamiętniać na muralach, niż zatroszczyć się o ich codzienność. Taki był los Brendana i wielu innych.

Norman Lewis "Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej"

Po książkę Normana Lewisa "Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej" (Czarne 2013; przełożył Janusz Ruszkowski) miałam ochotę sięgnąć zaraz po przeczytaniu jego "Neapolu 44. Pamiętnika oficera wywiadu z okupowanych Włoch", który zachwycił mnie nie tylko barwnymi anegdotami, obrazem świata, ale także pięknym językiem. Tak się szczęśliwie złożyło, że udało mi się dostać "Grobowiec w Sewilli" akurat teraz tuż po lekturze dwóch innych pozycji związanych z tematyką hiszpańskiej wojny domowej. Myślę o powieści Almudeny Grandes "Pacjenci doktora Garcii" i reportażu Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany". Książka słabo znanego w Polsce angielskiego pisarza Normana Lewisa jest znakomitym uzupełnieniem tamtych tytułów.

To opowieść o podróży przez bardzo niespokojną Hiszpanię w roku 1934, kiedy to  krajem wstrząsały strajki, na ulicach wielu miast dochodziło do zamieszek oraz regularnych walk z policją i wojskiem, a ich rezultatem był wprowadzany i odwoływany stan wyjątkowy. Dlatego wyprawa do Sewilli, skąd wywodziła się rodzina ówczesnej żony autora, zajęła jemu i jego szwagrowi, z którym podróżował, znacznie więcej czasu niż planowali. Jechać musieli drogą bardzo okrężną - z San Sebastian, gdzie zaczynali, przez Pampelunę i Saragossę, do Madrytu, potem przez Salamankę do ... Portugalii i dopiero w taki dziwny sposób dotarli do Sewilli. Ponieważ niemal od razu natrafili na trudności z powodu niekursujących autobusów i pociągów, w niektórych miejscach utkwili na dłużej, a część drogi, z Pampeluny do Saragossy, odbyli pieszo. "Grobowiec w Sewilli" jest drugą wersją debiutanckiej książki Lewisa "Spanish Adventure". Autor zdecydował się na taki zabieg pod koniec swojego długiego życia (zmarł w wieku 95-ciu lat). Jest więc to mieszanka młodzieńczego entuzjazmu, świeżego spojrzenia na opisywane zdarzenia i dojrzałości, pamięci przefiltrowanej przez czas.

Chociaż tę niewielkich rozmiarów książkę czytałam bardzo szybko i z przyjemnością, muszę szczerze przyznać, że trochę mnie jednak rozczarowała. Po lekturze "Neapolu 44" poprzeczka zawieszona była znacznie wyżej. Czego mi zabrakło? Językowej finezji. "Neapol" mnie zdumiał i zachwycił między innymi właśnie znakomitym językiem, bo nie wiedząc nic o autorze, przystępowałam do lektury przekonana, że mam do czynienia po prostu z pamiętnikami żołnierza obrobionymi przez redaktorów z wydawnictwa. Tymczasem okazało się, że ten żołnierz był już w chwili wydania swojego dziennika autorem wielu książek podróżniczych i beletrystycznych. Nie jest to wina tłumacza, bo obie pozycje przełożył  Janusz Ruszkowski. Tylko we fragmentach opisujących krajobrazy widać ślady urody języka. 

Mimo tych uwag nie żałuję lektury. Po pierwsze, jak już wspominałam, "Grobowiec w Sewilli" w tej chwili stanowi dla mnie domknięcie pewnego cyklu związanego z tematyką hiszpańskiej wojny domowej i dyktatury Franco. Dlatego bardzo interesowało mnie świadectwo czasu - opowieść o zrewoltowanej Hiszpanii. Przyznam, że nie miałam pojęcia o wydarzeniach z jesieni 1934 nazywanych rewolucją 1934 roku. Zmusiło mnie to do szperania w internecie. To zawsze cenne. Co jeszcze? Podobnie jak w "Neapolu 44" znajdujemy tu mnóstwo zabawnych anegdot o spotykanych ludziach. Poza tym "Grobowiec w Sewilli" śmiało można traktować jak książkę łotrzykowską. W takiej konwencji Lewis opowiada o przeszkodach, jakie na swojej drodze napotkali obaj podróżnicy. Więcej tu młodzieńczego awanturnictwa i dezynwoltury, opowieści o niebezpiecznej przygodzie, z której uszło się cało, a którą po latach wspomina się i opowiada z ekscytacją, robiąc wrażenie na słuchaczach, niż grozy wydarzeń. A przecież autor i jego kompan byli świadkami zamieszek, ulicznych bitew, widzieli krew i zabitych, musieli chronić się przed świszczącymi kulami snajperów. To wszystko tu jest, ale przetworzone, przefiltrowane przez łotrzykowską konwencję. Dla mnie dodatkową przyjemnością był fakt, że mam do opisywanych miejsc emocjonalny stosunek, bo w większości z nich byłam i wspominam te podróże z dużym sentymentem.

Na koniec pozostaje pytanie, jaki był stosunek autora do opisywanych wydarzeń. Po której stronie się opowiadał? Zachowywał dystans, nie był entuzjastą strajkujących i demonstrujących. Kojarzył ich z komunistami. Inaczej jego szwagier - jednoznacznie opowiadał się po stronie sił republikańskich. Chciał nawet w Hiszpanii zostać i pomagać zrewoltowanym masom. Wtedy wyjechał, ale wrócił w czasie wojny domowej. Był kierowcą ambulansu. Udział w tamtych wydarzeniach nadszarpnął jego zdrowie.

Dariusz Zalega "Śląsk zbuntowany"

Lektura "Pacjentów doktora Garcii" Almudeny Grandes, powieść o hiszpańskiej wojnie domowej i czasach dyktatury generała Franco, pociągnęła za sobą kolejne czytelnicze wybory. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w tym samym czasie pojawił się reportaż Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" o ruchu poszukiwania zaginionych w tamtych czasach i z licznymi odniesieniami do historii, oraz "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi (Czarne 2019). Jaki ta ostatnia książka ma związek z hiszpańską wojna domową? Otóż opowiada o ochotnikach ze Śląska walczących w międzynarodowych brygadach w Hiszpanii. A szczęśliwy traf sprawił, że zdobyłam też rzecz, którą już od jakiegoś czasu chciałam też przeczytać - "Grobowiec z Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej" Normana Lewisa autora świetnego "Neapolu 44. Pamiętnika oficera wywiadu z okupowanych Włoch". Po tym wstępie przechodzę do historycznego reportażu Dariusza Zalegi.

"Śląsk zbuntowany" to książka, którą można umieścić w nurcie pozycji zajmujących się tak zwaną ludową historią, czyli opowieścią o przeszłości pisaną z punktu widzenia zwykłego człowieka, a nie królów, dowódców, polityków. Bohaterami reportażu Dariusza Zalegi są robotnicy, szczególnie górnicy. Pisząc o nich, opowiada o Śląsku, a potem o wojnie domowej w Hiszpanii. Pokazuje, jak to się stało, że około dwustu ochotników z tamtych terenów, nie tylko Polaków, także Niemców i Czechów, zaciągnęło się do międzynarodowych brygad, aby walczyć o nieswoją przecież sprawę. Czy rzeczywiście nieswoją? Co ich ukształtowało? Co doprowadziło do podjęcia tak trudnej decyzji?  

Ich zaangażowanie nie wzięło się z niczego. To ludzie, którzy sprawdzili się dużo wcześniej, często jeszcze zanim część Śląska została po plebiscytach i powstaniach przyłączona do Polski. Działacze związkowi, członkowie lewicowych partii czy zwykli robotnicy walczący o swoje prawa. Brali udział w licznych strajkach, często byli ich organizatorami, walczyli w powstaniach. Ci najaktywniejsi intensywnie zdobywali wiedzę, czytając książki, biorąc udział w dyskusjach i innych formach samokształcenia. Ciekawy jest problem ich identyfikacji narodowej. Kim się czuli? Polakami? Niemcami? Ślązakami? Bardzo różnie. Na pewno dla większości z nich była ważna jeszcze jedna identyfikacja - robotnicza. Autor opowiada o tych wszystkich sprawach i problemach, zanim wyruszy za swoimi bohaterami do Hiszpanii. Pisze o podziale Śląska po pierwszej wojnie, o powstaniach, o górniczych strajkach, o działalności związkowej i politycznej, o kryzysie gospodarczym, wreszcie o rozczarowaniu polityką II Rzeczpospolitej wobec tych terenów. Upraszczając, można powiedzieć, że Śląsk został wykorzystany, a potem był nierozumiany, zapomniany, ale jednocześnie intensywnie eksploatowany. Bardzo ważne miejsce zajmuje opowieść o licznej emigracji ze Śląska. Górnicy wyjeżdżali do pracy w kopalniach francuskich czy belgijskich. Polska eksportowała swoich bezrobotnych, pozbywając się problemu. Na obczyźnie często kontynuowali swoją związkową i polityczną działalność. Potem wielu z nich angażowało się w pomoc ochotnikom, w przerzucanie ich za Pireneje, wreszcie sami wyruszali do Hiszpanii.

To wszystko jest bardzo ciekawe, a równie interesująca jest opowieść o udziale śląskich robotników w hiszpańskiej wojnie domowej. Niby wiedziałam, że na wieść o puczu generała Franco do Hiszpanii wyruszyli ochotnicy z wielu krajów, aby walczyć po stronie Republiki przeciwko faszyzmowi. Nie miałam jednak pojęcia przynajmniej o dwóch aspektach tej sprawy. Po pierwsze o tym, ile determinacji wymagało dołączenie do tych brygad, jak trudne to było, bo nielegalne, z iloma niebezpieczeństwami się wiązało. Niektórzy próbowali kilka razy, zanim udało im się dotrzeć do Francji, gdzie brygady się organizowały. Większość państw zachowywała neutralność wobec konfliktu, co oznaczało nieangażowanie się w pomoc ochotnikom i bierne przyzwolenie na wojskowy pucz Franco. Dlatego wędrówka tych zapaleńców była nielegalna, dopiero we Francji, i to tylko do jakiegoś czasu, traktowani byli przychylnie. Ta krótkowzroczność, jak często w dziejach, okazała się mieć dalekosiężne skutki. Gorzko mówi o tym jeden z uczestników tamtych wydarzeń - niemiecka armia bombardując hiszpańskie miasta znajdujące się na terenach, gdzie broniła się Republika, miała doskonały trening przed bombardowaniem polskich miast, co miało nastąpić już wkrótce

Drugą sprawą, o której nie bardzo miałam pojęcie, był los ochotników po zwycięstwie faszystowskiej dyktatury. Oczywiście wielu z nich zginęło, ale ci, którzy przeżyli, schorowani, wycieńczeni, okaleczeni, nie mieli do czego wracać. W Polsce i w III Rzeszy traktowani byli jak nielegałowie (stracili polskie paszporty, stali się bezpaństwowcami), wywrotowcy, element niebezpieczny. Nękano ich rodziny. Do Związku Radzieckiego też nie mogli się udać po czystkach, jakie nastąpiły z chwilą rozwiązania Komunistycznej Partii Polski. Większość wylądowała we francuskich obozach internowania, gdzie też nie witano ich entuzjastycznie. Panowały tam koszmarne warunki. Tak dotrwali do wybuchu wojny. Potem albo próbowali walczyć, albo trafiali do niemieckich obozów. Alternatywą często było zaciągnięcie się do Legii Cudzoziemskiej, szybko jednak rozumieli, że to błąd. Szlachetna decyzja o pomocy hiszpańskiej Republice zaważyła na ich dalszych losach. Dopiero po drugiej wojnie w PRL-u patrzono na nich z sympatią, ale wykorzystywano propagandowo. Jednak wielkich karier nie zrobili. Niekoniecznie też o nich marzyli zmęczeni wojnami i poniewierką. Dziś wahadło znowu się odwróciło. Co jakiś czas wybuchają awantury o to, czy zostawiać poświęcone im upamiętnienia. Dla prawej strony naszej sceny politycznej są komunistami, którzy opowiedzieli się po stronie Stalina. Historia nie jest taka prosta. Nie będę wdawać się tu w przedstawianie, jak bardzo różnorodne ideologicznie były siły opowiadające się za hiszpańską Republiką. To przecież nie tylko staliniści ze Związku Radzieckiego, nie od razu Stalin miał też tak duże wpływy. Gdyby nie neutralność innych państw, być może Republika nie byłaby tak podatna na komunistyczne wpływy. Kończę te dywagacje, bo nie czuję się na tyle kompetentna, a poza tym historycy nie lubią takiej gdybologii. I jeszcze jedna refleksja. Czy dziś byłoby tak dużą grupę ludzi stać na tak szlachetny gest? Kiedy czytam o ochotnikach z wielu krajów walczących w hiszpańskiej wojnie domowej, ta sprawa wydaje mi się jak z kosmosu. A książkę "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi polecam.

Katarzyna Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany"

Czasem tak się szczęśliwie składa, że kiedy kończę jedną książkę, czeka już na mnie następna o tej samej lub podobnej tematyce. Bardzo lubię takie literackie łańcuchy - jedna pozycja uzupełnia drugą, poszerza perspektywę, czasem pokazuje problem z innej strony. Tak było i tym razem. Kiedy czytałam "Pacjentów doktora Garcii" Almudeny Grandes, w moim czytniku leżał już reportaż Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" (Czarne 2019) - rzecz o ruchu poszukiwania zaginionych z czasów hiszpańskiej wojny domowej, ekshumowaniu pochowanych w masowych grobach, o Dolinie Poległych, o której ostatnio było bardzo głośno, i wreszcie o zupełnie nieznanym fakcie - hiszpańskich więźniach w hitlerowskich obozach. Chociaż książka dotyczy współczesności - krąży wokół pytania, jak Hiszpania radzi sobie z tą niezwykle trudną przeszłością, to przecież trudno uniknąć sięgania do historii. Wbrew temu, co słyszałam, autorka sporo miejsca poświęca faktografii z czasów hiszpańskiej wojny domowej i dyktatury generała Franco, dzięki czemu mogłam się na ten temat jeszcze więcej dowiedzieć i szerzej spojrzeć na problemy pokazane w powieści Almudeny Grandes. Sama nie wiem, którą z nich należałoby przeczytać w pierwszej kolejności. A może to bez znaczenia? W każdym razie obie gorąco polecam! Zanim przejdę do konkretów jeszcze jedna dygresja. Otóż Katarzyna Kobylarczyk jest też autorką innej książki o Hiszpanii - to "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty", którą dobry kawał czasu temu bardzo się zachwycałam. Jakże inna to opowieść - radosna, pogodna, przepełniona fascynacją dla kraju i jego, czasem dziwnych, obyczajów, a przy tym pięknie napisana. Kto ma ochotę choćby na chwilę odetchnąć od ciężkich lektur, od trosk świata, kto interesuje się Hiszpanią, kto ją zna albo poznać chce, kto się do niej wybiera, niech koniecznie przeczyta "Pył z landrynek"!

No a teraz do rzeczy, czyli do tematu zupełnie niewesołego. Kiedy po śmierci generała Franco Hiszpania wkraczała na drogę ku demokracji, jak często w podobnych sytuacjach, obie strony zgodziły się, aby nie wracać do przeszłości. Nie szukać winnych, budować przyszłość. Taką postawę przypieczętował strach - przecież trudno od razu otrząsnąć się po latach dyktatury -  spotęgowany jeszcze nieudanym zamachem stanu, który miał miejsce krótko po wkroczeniu na drogę demokracji. I tak Hiszpania budowała autostrady, zachłysnęła się wolnością, ale przecież o swoich zamordowanych i zaginionych z lat wojny domowej i czasów faszystowskiej dyktatury nie zapomniała. Ruch poszukiwania ciał ofiar, które najczęściej pochowane zostały w anonimowych, zbiorowych grobach gdzieś pod murem cmentarza, pod płotem, w polu, w wiejskiej studni, zaczął się na początku lat dwutysięcznych trochę przez przypadek. Dziś to najczęściej wnuki chcą odnaleźć ciała swoich dziadków, rzadziej mocno wiekowe dzieci szukają kości rodziców. Od tamtej pory powstało ileś organizacji, które najczęściej wolontaryjnie, przy znikomej pomocy państwa zajmują się poszukiwaniami i ekshumacjami. Po raz pierwszy przeczytałam o tym w znakomitej reporterskiej książce Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca". A szukać wcale nie jest łatwo, choćby dlatego, że egzekucje najczęściej nie odbywały się we wsi czy miasteczku, gdzie mieszkał aresztowany, zwykle wyroki wykonywano gdzieś w okolicy. Można ironicznie i gorzko powiedzieć, że aby sąsiad nie mordował sąsiada, mieszkańcy okolicznych miejscowości wyręczali się wzajemnie. Z pomocą przychodzi ludzka pamięć, bo chociaż tyle lat milczano, teraz nagle, kiedy w okolicy prowadzi się poszukiwania, często rozwiązują się języki. Ludzie pamiętają, jakby to było wczoraj. Tylko w latach 2000-2009 otwarto ponad 740 zbiorowych mogił, ekshumowano ponad dziewięć tysięcy ciał. Największa, w Maladze, liczyła ich 2800. Ile takich mogił jeszcze czeka na odkopanie? 500? Tego nikt nie jest w stanie oszacować. 

Z książki Katarzyny Kobylarczyk po raz kolejny wyłania się obraz kraju ogarniętego zbiorowym szaleństwem i zbiorową nienawiścią. A wszystko z imieniem Boga na ustach, w imię obrony tradycji i religii. Oczywiście musi paść kontrargument, że druga strona też dopuszczała się strasznych zbrodni. Jej ofiarami byli księża, zakonnicy, zakonnice i wszyscy, którzy z kościołem mieli jakiekolwiek związki, choćby produkowali świece. To prawda. Katarzyna Kobylarczyk pokazuje argumenty drugiej strony, pisze o ich pomordowanych, cały obszerny rozdział poświęca przecież  Dolinie Poległych. Ale ofiar po stronie republikańskiej było jednak znacznie więcej. Po wojnie szaleństwo się nie skończyło - trwały aresztowania, procesy i egzekucje wszystkich w jakikolwiek sposób opowiadających się za Republiką. Zapełniły się więzienia, a tłok w nich był tak nieprawdopodobny, że zamieniano na nie szkoły, fabryki, klasztory, a potem wymyślono program praca za skrócenie kary. Znowu z Bogiem i miłosierdziem na ustach. Wielu wolało skorzystać z takiej okazji, niż cierpieć niewygody i głód w przepełnionych więzieniach. Ale praca wcale nie była lekka. Więźniowie budowali drogi, kopali kanały, harowali w kopalniach, pracowali przy budowie Doliny Poległych. To ostatnie miejsce pracy wbrew temu, co się uważa, akurat nie należało do najgorszych. Trudno uwierzyć, że ostatni obóz pacy zamknięto dopiero w roku 1970! Nie ma też równości po śmierci. Frankiści dbali o swoich poległych i zamordowanych, wydobywając ich z masowych mogił, urządzając uroczyste pogrzeby, a wreszcie budując wspomnianą Dolinę Poległych, w której bez pytania chowali też kości wrogów, stwarzając tym samym pozory pojednania. A temat tego mauzoleum wrócił ostatnio za sprawą przeniesienia szczątków Franco. Kiedy Katarzyna Kobylarczyk pisała swoją książkę, wciąż jeszcze tam spoczywał, dziś wiemy, że hiszpańskiemu rządowi udało się jednak doprowadzić do jego ekshumacji. 

Bardzo ciekawa jest trzecia część książki. To opowieść o hiszpańskich więźniach hitlerowskich obozów. Fakt mało znany również w Hiszpanii. O ironio trafiali do nich zwolennicy Republiki, którym po zwycięstwie Franco udało się opuścić Hiszpanię i schronić we Francji. Najpierw siedzieli w obozach internowania, gdzie przebywali w okropnych warunkach, a po zajęciu Francji przez Trzecią Rzeszę zostali zabrani do obozów hitlerowskich. Tam czekał ich jeszcze potworniejszy los. Ginęli z wyczerpania pracą ponad siły, od chorób, z niedożywienia albo mordowani. Ci, którzy doczekali wyzwolenia, nie bardzo wiedzieli, co mają z sobą zrobić. Nikt ich nie chciał, do Hiszpanii bali się wracać. 

Aż trudno uwierzyć, że wszystko to działo się na naszym kontynencie niecałe sto lat temu. Wciąż jeszcze żyją ludzie, którzy w tamtych wydarzeniach uczestniczyli. Bardzo ciekawa, bardzo gorzka książka.  

Almudena Grandes "Pacjenci doktora Garcii"

"Pacjenci doktora Garcii" (Sonia draga 2019; przełożyły Zofia Siewak-Sojka, Magdalena Olejnik) to druga powieść hiszpańskiej pisarki Almudeny Grandes wydana w Polsce. Chociaż pierwsza, "Pocałunki składane na chlebie", trochę mnie rozczarowała, postanowiłam sięgnąć po kolejną z dwóch powodów. Po pierwsze temat - hiszpańska wojna domowa, a po drugie bardzo ciekawe spotkanie z autorką na krakowskim Festiwalu Conrada, na który nie zaprasza się byle kogo. Śmiało mogę powiedzieć, że Almudena Grandes tym, co mówiła, ale także sposobem bycia, zrehabilitowała się w moich oczach. 

I rzeczywiście "Pacjenci doktora Garcii" to książka bardzo ciekawa i zdecydowanie lepsza niż wspomniane "Pocałunki składane na chlebie". Warto po nią sięgnąć choćby ze względów poznawczych. A czyta się znakomicie, bo akcja wpisana została w ramy powieści szpiegowskiej. Co prawda trudno mi wyrokować, jak sama intryga ma się do najlepszych wzorców gatunku, bo z braku czasu nie czytam takiej literatury, więc nie mam do czego porównać. Poza tym nie z powodu szpiegowskiej intrygi zainteresowałam się powieścią Almudeny Grandes. Dla mnie, o czym już wspominałam,  magnesem był temat - wojna domowa w Hiszpanii. 

Akcja "Pacjentów doktora Garcii" toczy się na przestrzeni wielu lat. Rozpoczyna się w Madrycie w roku roku 1936, kończy w drugiej połowie lat siedemdziesiątych już po śmierci generała Franco w czasach rozpoczynającej się transformacji. Powieść ma dwóch głównych bohaterów. Tytułowy to doktor Guillermo Garcia Medina, chirurg pracujący w jednym z madryckich szpitali opowiadający się zdecydowanie po stronie Republiki. Drugim jest Manuel Arroyo Benitez, wywodzący się ze społecznych dołów republikański dyplomata. Ich losy splotą się nieoczekiwanie w wojennym Madrycie, kiedy to Guillermo ocali Manuelowi życie. Po upadku Republiki przyjaciel odwdzięczy mu się tym samym - wręczając fałszywe papiery i ofiarowując nową tożsamość, która uratuje go przed więzieniem albo nawet śmiercią. Po kilku latach spotkają się znowu i tak zacznie się szpiegowska intryga. 

Jak widać hiszpańska wojna domowa to zaledwie punkt wyjścia. Potem zaczyna się to, co najciekawsze, bo, przynajmniej dla mnie, nowe. Jakoś nigdy ani nie zastanawiałam się, ani nie czytałam o tym, co nastąpiło potem. Moja uwaga z racji lektur skupiła się na okrucieństwach samej wojny, ale po upadku Republiki i zwycięstwie generała Franco wcale nie było lepiej. Nastąpiły lata dyktatury, która w bezwzględny sposób rozprawiała się ze swoimi przeciwnikami, skazując ich na wieloletnie więzienie, obozy pracy albo śmierć. Gdyby doktor Garcia nie porzucił swojego dotychczasowego życia, tak by właśnie skończył. Porzucić oznaczało nie tylko przyjąć nową tożsamość, ale także opuścić wygodne mieszkanie, utracić wszystko i pożegnać się z pracą w szpitalu. I tak główny bohater ze świetnie zapowiadającego się chirurga stał się urzędnikiem firmy przewozowej. 

Kolejny ważny temat tej powieści, też dla mnie nowy, to rola Hiszpanii w ukrywaniu zbrodniarzy z czasów drugiej wojny światowej, którzy tu byli więcej niż tolerowani. Dla znacznej części z nich to przystanek w drodze do Argentyny, gdzie znaleźli ostateczne schronienie. Stało się tak dzięki działalności Clary Stauffer, falangistki i nazistki, zwolenniczki Franco i Hitlera, kobiety o niemiecko-hiszpańskich korzeniach. To postać autentyczna jak wiele innych w powieści. Na ile słabo w Polsce rozpoznana najlepiej świadczy fakt, że kiedy wpisałam jej nazwisko do wyszukiwarki, wyskoczyły materiały po hiszpańsku, niemiecku i angielsku. Po polsku pojawia się tylko w kontekście tej powieści! To właśnie wokół działalności założonej przez nią organizacji pomagającej szukającym ratunku w Hiszpanii zbrodniarzom wojennym osnuta jest szpiegowska intryga. 

"Pacjenci doktora Garcii" to bardzo gorzka powieść. Nie będzie happy endu, bo być nie może. Ani w planie osobistym, ani  w ściśle z nim splecionym politycznym. Nie dokona się dziejowa sprawiedliwość, nie spełnią się marzenia bohaterów książki o upadku dyktatury, o potępieniu jej przez międzynarodową społeczność. Bo wielka polityka jak zwykle zwyciężyła - w czasach zimnej wojny świat zaczął przymykać oczy na rządy generała Franco, a rola hiszpańskich władz w pomaganiu nazistom została przemilczana. Strach przed rozszerzaniem się komunistycznej zarazy zrobił swoje, a głównym wrogiem stał się Związek Radziecki. Stąd niechlubna rola Stanów Zjednoczonych w popieraniu południowoamerykańskich dyktatur, o czym także opowiada ta powieść. Kto chce wiedzieć więcej, niech koniecznie zajrzy do znakomitego reportażu Artura Domosławskiego "Gorączka latynoamerykańska", o którym nie tak dawno pisałam.

Ale wątek szpiegowski to nie tylko intryga. To także bardzo ciekawy problem etyczny i moralny. Tajna operacja, w której biorą udział bohaterowie, wymaga od nich zanurzenia się w środowisku, które jest im z gruntu obce i obrzydliwe, zajmowania się działalnością przynoszącą korzyści materialne zbrodniarzom wojennym i zacierającą ślady dokonywanych przez nich grabieży, podejmowania trudnych decyzji i wykonywania zadań, z których trudno się otrząsnąć. Najsmutniejsze jest to, że ich wieloletnie wyrzeczenia, narażanie życia na niewiele się zdają. Szczególnie Manuel czuje się przegrany. Bardzo gorzko wypada jego rozliczenie z własnym życiem. 

Powieść Almudeny Grandes ma wiele wątków, wielu bohaterów, jej akcja toczy się nie tylko na przestrzeni lat, ale również w rozmaitych miejscach. Oprócz Hiszpanii to także Związek Radziecki, Estonia, Francja, Anglia, Szwajcaria, Argentyna i Niemcy. Szczególnie epizody rozgrywające się w tych dwóch ostatnich krajach są bardzo ciekawe. Niezwykle interesujący jest obraz powojennego Berlina. Pokonanego, zrujnowanego, biednego i głodnego. Warto wspomnieć, że pomiędzy intrygę autorka wplotła rozdziały z innego porządku. Znajdziemy w nich wiadomości historyczne związane z tematem powieści - informacje o autentycznych postaciach pojawiających się na kartach książki czy kulisy politycznych wydarzeń.

Tak się świetnie złożyło, że również niedawno ukazała się reporterska książka Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" zahaczająca o temat hiszpańskiej wojny domowej. I tak miałam zamiar ją przeczytać, ale w tej sytuacji sięgnęłam po nią od razu po lekturze "Pacjentów doktora Garcii". Znakomicie ją uzupełnia, o czym za tydzień.

PS. Przy okazji chciałabym polecić inną powieść o hiszpańskiej wojnie domowej. To "We mgle czasów" Antonia Munoza Moliny. Zrobiła na mnie duże wrażenie.

Popularne posty