"Okrągły dom" Louise Erdrich (ArtRage 2026; przełożyła Agnieszka
Walulik) to druga powieść tej pisarki wydana w Polsce przez ArtRage i będą kolejne. Następna jeszcze w tym roku! No bo kiedy za wydawanie biorą się chłopaki z tego wydawnictwa, to wiadomo, że nie porzucą autorki czy autora po jednej książce. Na początku lat dwutysięcznych Muza opublikowała jej inną powieść, a jeszcze wcześniej w PIW-ie ukazał się zbiór opowiadań. Po przeczytaniu "Rzeki Czerwonej" postanowiłam pozostać wierna autorce.Zanim przejdę do refleksji nad drugą książką pisarki, kilka słów o niej. Otóż Louise Erdrich ma mieszane korzenie, o co w Ameryce nietrudno. Jej matka była Niemką, a ojciec pochodził z rdzennych ludów, z plemienia Odżibwejów. Piszę o tym, bo ten fakt znajduje odbicie w jej twórczości. Już w "Rzece Czerwonej" niektóre bohaterki i niektórzy bohaterowie pochodzili z tego plemienia, ale tam nie miało to tak wielkiego znaczenia. Zupełnie inaczej jest tym razem, o czym za chwilę.
Przyznam, że kiedy po raz pierwszy ArtRage w swoich zapowiedziach zdradziło, że będzie wydawać jej książki, miałam mieszane uczucia. No bo z jednej strony nagradzana pisarka (Booker za "Okrągły dom" i Pulitzer za "Nocnego stróża", który ukaże się jeszcze w tym roku), ale z drugiej podejmująca tematykę ludów rdzennych. No i natychmiast pojawiły się skojarzenia z lektur i filmów z dzieciństwa - Indianie, tipi, pióropusze, tomahawki, tańce wokół ogniska, polowania i całe to imaginarium ukształtowane w moim przypadku bardziej przez kino niż literaturę. Problem w tym, że ja się nigdy tym jakoś specjalnie nie interesowałam. To nie były moje tematy. Bardziej chłopackie. Dlatego zatrzymałam się z moją wiedzą na ten temat na poziomie dziecięcych wyobrażeń. No i teraz naiwnie myślałam, że będzie tak samo. Folklorystycznie. Tymczasem nic bardziej mylnego. O współczesnym życiu przedstawicieli ludów rdzennych w Stanach nie miałam bladego pojęcia. A więc po raz kolejny literatura wymazuje białe plamy.
Bo akcja "Okrągłego domu" rozgrywa się w roku 1988 właśnie w rezerwacie Odżibwejów, a głównymi bohaterkami i bohaterami są jego mieszkańcy. Mimo że po lekturze "Rzeki Czerwonej" byłam już świadoma tego, że moje wywodzące się z dzieciństwa skojarzenia dotyczące rdzennej ludności nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, to jednak podświadomie hasło rezerwat indiański przywołuje tamto imaginarium. Do tego dochodzi świadomość dyskryminacji. I to drugie niestety jest prawdziwe. Powieść Louise Erdrich, o której dzisiaj, pokazuje, z jakimi prawnymi absurdami zmagają się mieszkańcy rezerwatów.
Narratorem "Okrągłego domu" jest trzynastoletni Joe. Z perspektywy czasu opowiada historię, która zdarzyła się w roku 1988 i która naznaczyła go na całe życie. Wiemy, że skończył prawo, że podobnie jak jego ojciec został sędzią plemiennym, że ożenił się z koleżanką ze szkoły, osoby czytające uważnie odnotują nawet jej imię. Ale to tylko wzmianki, natomiast akcja powieści jest całkowicie skupiona na tragicznych wydarzeniach, jakie rozegrały się w rezerwacie w roku 1988. Wydarzeniach, które zburzyły jego dotychczasowe szczęśliwe życie. Otóż matka Joe'go, Geraldine, została brutalnie napadnięta. Cudem uszła z życiem. Wie, kto to zrobił, ale z pewnych powodów długo nie mówi, kim był agresor. Co oczywiste, nie może poradzić sobie z traumą. Po powrocie ze szpitala leży w łóżku, niewiele je, milczy. Jak by tego było mało, wszyscy mają świadomość, a potem pewność, że napastnik jest wolny i może chcieć ją zabić. Joe, który nie potrafi pogodzić się z bezradnością i, jego zdaniem, z bezczynnością dorosłych - ojca, który jest plemiennym sędzią, policji z rezerwatu i stanowej, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i razem z trzema najbliższymi przyjaciółmi dowiedzieć się, kto napadł jego matkę i jaka sprawa się za tym kryje.
Muszę przyznać, że "Okrągły dom" podobał mi się, chyba, jeszcze bardziej niż "Rzeka czerwona". W każdym razie ta lektura tylko umocniła moje postanowienie, że będę konsekwentnie sięgać po kolejne książki Barbary Erdrich. I dziwię się, że tak mało się o jej powieściach mówi i chyba, niestety, nie są to bestselery. Pewnie gdyby jej książki wydawała inna oficyna, najprawdopodobniej skończyłoby się na jednej, góra dwóch. A przecież są to pozycje, które łączą w sobie to, co najlepsze - opowiadają w poruszający, emocjonujący sposób o ważnych sprawach, dodatkowo, jak w tym przypadku, mało w Polsce znanych, a jednocześnie znakomicie się je czyta. Po prostu połyka. Bo uczynienie głównym bohaterem nastolatka i umieszczenie akcji latem sprawia, że ta powieść ma wiele z takiej przygodowej, dziecięco-chłopackiej lektury. Chociaż Joe bardzo przeżywa to, co się stało, to przecież są wakacje, więc spędza czas z przyjaciółmi, którzy mają swoje nastoletnie problemy, no i poza tym solidarnie pomagają mu prowadzić prywatne śledztwo. Narzucenie takiej perspektywy ma jeszcze jedną konsekwencję - momentami powieść jest po prostu bardzo zabawna. Niby wzdrygam się przed książkami, które pisane są z dziecięcej perspektywy, ale co jakiś czas na coś się jednak porywam i na ogół są to rzeczy bardzo dobre. Tak było choćby z "Pierwszym wspomnieniem" Anny Maríi Matute.
Ale oczywiście gdyby była to powieść tylko dziecięco-chłopacka, to nie zawracałabym sobie nią głowy. Są oczywiście ważniejsze powody, które sprawiają, że naprawdę warto po nią sięgnąć. Jeden z nich to przyglądanie się temu, jak tragedia, która spotkała matkę, wpływa na rodzinę i szczególnie na dziecko. Jego spokojny, bezpieczny świat został zburzony. Czuje się porzucony i samotny.
... zdałem sobie sprawę z tego, że ojciec nawet nie sprawdził, czy jestem w domu. Zupełnie o mnie zapomniał. Leżałem w łóżku teraz już rozbudzony i oburzony. Raz po raz odtwarzałem w głowie wydarzenia ostatniego dnia. Pełno w nim było zdradliwych odkryć i nowych informacji. (...) Całym swoim jestestwem pragnąłem wrócić do czasu, zanim to wszystko się wydarzyło. Chciałem znowu wejść do naszej kuchni pełnej przepysznych zapachów i usiąść przy stole z matką, zanim mnie uderzyła i zanim ojciec zapomniał o moim istnieniu. Chciałem usłyszeć, jak się śmieje, tak mocno, że aż prycha.
Joe bardzo przeżywa to, co się stało, a jednocześnie czuje się odepchnięty. Miotają nim sprzeczne emocje - jest przerażony, martwi się o matkę, a jednocześnie kipi w nim złość na dorosłych, którzy z jednej strony obarczają go obowiązkami związanymi z opieką nad matką, stawiają w swojej roli, a z drugiej strony milczą, nie chcą z nim rozmawiać na ten temat, odpowiadać na jego pytania. Jest też zły na matkę za to, że się zamknęła w sobie, wycofała z życia. Brzydzi ją jej zaniedbany wygląd, smród panujący w sypialni, w której leży.
Nie chciałem mijać zatrzaśniętych drzwi do pokoju matki. Nie chciałem wiedzieć, że ona tam leży, że tam oddycha i swoim niezmiennym cierpieniem wysysa ... [Tu urywam, bo nie chcę odbierać przyjemności czytania związanej z rozmaitymi nieoczekiwanymi zdarzeniami, w które ta powieść obfituje. W skrócie chodzi o radość, jaką przeżywa narrator w związku z tym, co mu się przytrafiło.]
Drażni go bezczynność ojca. Dlatego z jednej strony czuje się w obowiązku pomagać, z drugiej ciągnie go do kolegów. Bo przecież są wakacje!
Kolejny powód, dla którego warto po "Okrągły dom" sięgnąć, to obraz rdzennej ludności z rezerwatu. Jest to życie z jednej strony normalne. Nie, nie mieszkają przecież w tipi, tylko w domach. Pracują, uczą się, swobodnie przemieszczają się poza granice rezerwatu. Z drugiej strony pielęgnują swoją przeszłość i obyczaje. Wiekowy dziadek Joe'go, postać pokazana bardzo barwnie, też generująca wiele zabawnych scen, sięga pamięcią do dawnych, trudnych czasów, opowiada dramatyczne historie związane z życiem plemienia. Nie wiadomo, ile w nich prawdy, ile legendy. Wiele jest tu elementów nieco magicznych związanych właśnie z legendami, z obyczajami, z wierzeniami, rytuałami. Odżiwbeje kultywują swoją tradycję i kulturę, ale nie ma to nic wspólnego z folklorem na pokaz. Autorka pokazuje też, jak rdzenni mieszkańcy często spotykają się z reakcjami rasistowskimi i dziwacznymi wyobrażeniami na swój temat.
Na imię miała Zelia i przyjechała z Heleny w stanie Montana, żeby nawracać Indian, którzy - jak się okazało - w ogóle nie mieszkali w tipi, a wielu z nich miało skórę jaśniejszą niż ona, co zrobiło w jej głowie straszny mętlik.
Jak widać nie tylko ja miałam takie wyobrażenia na temat rdzennej ludności.
Chyba jednak najbardziej interesujące, bo zupełnie nieznane, jest pokazanie rozmaitych problemów prawnych związanych z życiem w rezerwacie. Geraldine pracuje w biurze rezerwatu, gdzie zajmuje się szukaniem informacji o przodkach tych, którzy się do niej zgłaszają, i rozpatrywaniem podań o przyjęcie w poczet plemienia. To też związane jest z poszukiwaniem korzeni.
... mama (...) wróciła do biura i podjęła pracę w zwykłych godzinach. Narobiło jej się sporo zaległości: miała do wyliczenia procenty krwi, kolejkę genealogów-amatorów ciekawych, czy ich prababki naprawdę były indiańskimi księżniczkami, bo to dałoby im romantyczny rodowód. Dzieci powracające jako dorośli i osoby adoptowane przez białych, które zostały odcięte od swojej plemiennej historii - czy w zasadzie skradzione przez agencje opieki społecznej. Wreszcie ci, którzy sami zrezygnowali z indiańskiej tożsamości, ale ich dzieci pragnęły kontaktu z przeszłością i planowały sentymentalne wakacje w rezerwacie, aby poznać swoją spuściznę.
Ale jeszcze ciekawszy jest problem prawny, który łączy się z popełnionym przestępstwem. Bo kiedy w końcu wiadomo już, kto to zrobił, nie można go osądzić, gdyż Geraldine nie wie, w którym miejscu to się stało. A jakie to ma znaczenie? Zapyta ktoś. Otóż zasadnicze. Bo jeśli zdarzyłoby się to na terenie rezerwatu, to przestępca podlega prawu plemiennemu i stanie przed sądem plemiennym. I nie, nie ma to nic wspólnego z dziecięcym wyobrażeniem o Indianach w pióropuszach na głowach, palących fajki, zgromadzonych wokół ogniska. A jeśli zdarzyło się to poza rezerwatem, stanie przed normalnym sądem.
Zbrodnię popełnił ... Ale na jakim terenie? Powierniczym? Plemiennym? Na ziemi białych? Stanowej? Nie możemy wnieść oskarżenia, jeśli nie wiemy, jakie prawo powinno sądzić w tej sprawie.
Nawet jeśli Geraldine przypomniałaby sobie, gdzie została napadnięta, mogłoby się okazać, że trudno jest rozstrzygnąć, do kogo to miejsce należy. Bo tereny rezerwatu są często pokawałkowane. W posłowiu autorka wyjaśnia, że od 1988 niewiele się w tej sprawie zmieniło i nadal bardzo często sprawcy napadów popełnionych na osobach należących do rdzennej ludności pozostają nie tylko z tych powodów bezkarni.
Podobnie jak w "Rzece Czerwonej" i w tej powieści widać zachwyt przyrodą. Dla bohaterek i bohaterów zanurzenie w naturze, obcowanie z nią jest bardzo ważną częścią ich życia. Znowu pojawiają się nazwy wielu ptaków i roślin, a opisy przyrody przesycone są czułością. (Sorry za to słowo, ale w tym wypadku trudno znaleźć lepsze.)
I teraz ten (...) żuraw (...) znowu przeleciał za moim oknem, powoli strzepując skrzydłami. Tego wieczoru rzucał na moją ścianę cień nie własny, ale jakiegoś anioła. Patrzyłem na tę sylwetkę. Jakieś zagięcie słonecznych promieni sprawiło, że skrzydła wygięły się łukiem ponad szczupły tułów. A potem pióra zajęły się ogniem tak, że stworzenie zostało pochłonięte przez światło.
No i wreszcie jest to powieść o dylematach moralnych bohaterów. Jak mają się zachować, kiedy kat może sobie swobodnie chodzić po świecie, robić zakupy w tym samym sklepie, co ofiara i jej rodzina, patrzeć im wyzywająco w oczy? Jak zareagować w takiej sytuacji? Co robić, kiedy wymiar sprawiedliwości jest bezsilny? Kiedy zgodnie z prawem nic zrobić się nie da? Czy przestępcy ma ujść na sucho to, co zrobił? Czy można wziąć sprawy w swoje ręce? Z takimi dylematami muszą zmierzyć się bohaterowie. Rozum mówi jedno, emocje i poczucie sprawiedliwości podpowiadają coś innego.
Jest to też powieść o sile wspólnoty. Bo mieszkańcy rezerwatu wspierają się wzajemnie, są dla siebie podporą, pomagają sobie.
No i nie mogę nie wspomnieć o bardzo zaskakującym zakończeniu. Tego, co tam się zdarzyło, nie dało się naprawdę przewidzieć.
Bardzo dobra powieść. Z niecierpliwością czekam na kolejną.








