Hisham Matar "Moi przyjaciele"

Od jakiegoś czasu zbierałam się, aby przeczytać powieść "Moi

przyjaciele" Hishama Matara, amerykańskiego pisarza o libijskich korzeniach (libijsko-amerykańskiego?) (Czarne 2026; przełożyła Hanna Jankowska), a dokonało się, bo autor był gościem Festiwalu Conrada a ja miałam wybrać się na spotkanie z nim. Przyznam z wielkim wstydem, że byłam zupełnie nieświadoma faktu, iż w Polsce ukazały się dotąd trzy książki Hishama Matara. Dwie powieści w Smaku Słowa i jeden nonfic, "Powrót", coś na granicy wspomnień i reportażu, w wydawnictwie Czarne. Mało tego, kiedy zobaczyłam okładkę tej ostatniej pozycji, coś zaczęło mi świtać. I bingo! Leży sobie w głębinach mojego pierwszego czytnika i czeka, czeka, czeka. Teraz się wreszcie doczeka! No cóż, na usprawiedliwienie mam tylko albo aż to, że książek wychodzi tyle, no i kupuję tyle, iż trudno to wszystko ogarnąć. Chociaż to, co kupuję, jednak powinnam.

Teraz kilka słów o pisarzu. Urodził się w roku 1970 w Nowym Jorku w rodzinie libijskiego dyplomaty. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Trypolisie, a potem w Kairze, dokąd uciekli jego rodzice w obawie przed prześladowaniami reżimu Kaddafiego. W roku 1990 jego ojciec został porwany z kairskiego mieszkania, wywieziony do Libii, gdzie trafił do więzienia. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało. I właśnie "Powrót" jest nawiązaniem do tamtych wydarzeń. To opowieść o powrocie pisarza do Libii po upadku reżimu i o poszukiwaniach śladów ojca. No i o kraju dzieciństwa w okresie przełomu. Dodam jeszcze, że Hisham Matar studiował w Londynie, gdzie mieszka, był i jest wykładowcą na rozmaitych uniwersytetach, także amerykańskich.

Powieść "Moi przyjaciele" mocno stoi na tych dwóch nogach, libijskiej i londyńskiej. Głównym bohaterem i narratorem jednocześnie jest Chaled, który na początku lat osiemdziesiątych zeszłego wieku wyjeżdża z rodzinnego domu w Bengazi na studia do Edynburga. Jest zafascynowany literaturą od czasu, kiedy w libijskiej (a może arabskiej) odnodze BBC usłyszał krótkie debiutanckie opowiadanie Hosama Zowy. Opowiadanie to, o metodycznie, kawałek po kawałku, zjadanym przez kota mężczyźnie, który w końcu mówi nie, zrobiło wrażenie nie tylko na nim, ale także na jego rodzicach i siostrze. Było to zdarzenie o tyle niezwykłe, że tekst został przeczytany zamiast wiadomości przez znanego dysydenckiego libijskiego dziennikarza. 

[opowiadanie] rzuciło długi cień na moje życie (...) jego bohater zaś wypowiedział jedno słowo, którego nikt z nas nie mógł wtedy wymówić, a które odczytane przez Mohammeda Mustafę Ramadana zostało nam na moment zwrócone: "Nie".

Chaled miał wyjechać na studia i wrócić, ale udział w demonstracji Libijczyków przed ambasadą ich kraju w roku 1984 zmienił wszystko. To wydarzenie autentyczne. Z okna ambasady padły strzały, jedenaście osób zostaje rannych, ginie brytyjska policjantka. W powieściowym świecie wśród  rannych są Chaled i jego kolega, Mustafa, także libijski student, który namówił go do wyjazdu do Londynu na demonstrację. Bohater wspomina to wszystko i swoje dalsze losy w ciągu kilku godzin w roku 2016, kiedy to wędruje przez Londyn, wracając z dworca do  mieszkania po pożegnaniu ze swoim przyjacielem ... Hosamem Zową, który razem z żoną i córeczką wyjeżdża na stałe do Stanów.

Jak wskazuje tytuł, jest to powieść o przyjaźni i ten wątek oczywiście przewija się przez całą książkę, ale  mnie zainteresowała najbardziej sytuacja, w jakiej znalazł się Chaled, kiedy został ranny. To przypadek zadecydował o jego dalszym życiu. Gdyby nie Mustafa, na pewno nie pojechałby do Londynu na manifestację. Po prostu uległ bliskiemu koledze, który przyjacielem stanie się z czasem. Równie ważne było też to, aby powłóczyć się po Londynie. Taka przygoda. Niewiele brakowało, aby Chaled opuścił demonstrację, zanim doszło do strzałów. Zdecydowały minuty, a może sekundy, a jego los potoczyłby się innym torem. Lepszym? Gorszym? Upłynie wiele czasu, zanim bohater jakoś złoży się na nowo i krok po kroku ułoży sobie życie w Londynie. Nigdy już jednak nie będzie mógł wrócić do Libii, do rodzinnego domu, do ojca, matki i siostry.

Nigdy nie znajdę słów, którymi mógłbym wyjaśnić, co to znaczy być postrzelonym, nie móc wrócić do kraju albo zrezygnować ze wszystkiego, co według moich oczekiwań miało mnie w życiu spotkać, albo dlaczego czułem, jakbym tamtego dnia na St James's Squuare umarł i za sprawą jakiegoś groteskowego przypadku odrodził się w postaci nieszczęsnego osiemnastoletniego wyrzutka zostawionego samemu sobie w obcym mieście, gdzie nikogo nie zna i samemu sobie niewiele się przydaje, a wszystko, na co potrafi się zdobyć, to przeżyć kolejny dzień od początku do końca, i tak w kółko. (...) Teraz wiem, że właśnie na tym polega rozpacz (...) 

Miną lata, zanim rodzice i siostra będą mogli odwiedzić go w jego nowej ojczyźnie. Miną miesiące, zanim zdecyduje się na pierwszy telefon. A rozmawiać trzeba ostrożnie, bo na pewno ktoś podsłuchuje.  Czy rodzice wiedzą, co się stało? Film z demonstracji pokazywała reżimowa libijska telewizja, potępiając jej uczestników. Czy został rozpoznany? Przez kogo? Jak wytłumaczyć najbliższym, że nie może wrócić? A przecież bardzo tęskni.

Ale nadeszło święto Id al-Adha, a ja bardzo tęskniłem. Zapach topionego miodu i masła, kawy, herbaty i pomarańczy, głosy rodziców w kuchni wczesnym rankiem, pieniądze pod poduszką, nowe ubrania, słodycze w kieszeniach.

Zanim to jednak nastąpi, Chaled przejdzie przez czarny czas rozsypki i poczucia pustki. Znajdzie się w limbo. 

Odchodząc, czułem, że cały jestem pusty w środku. Mimo to pustka wydawała się jakimś bytem. To sprawiło, że zapragnąłem uciec, jeszcze bardziej zagłębić się w siebie, w tę zimną nicość, aż po samo dno, powodowany tym, czymkolwiek to jest, co kusi nas do zadawania bólu, nagryzania bolącego zęba, choć wiemy, że należy zostawić go w spokoju.

A kiedy wstawał dzień, byłem znów w rozsypce, rozszczepiony w środku, rozpadałem się. Nie byłem człowiekiem, lecz zbiorem elementów, które każdego dnia trzeba złożyć na nowo. 

Jaki jest jego status w Anglii? Czy ma się bać? Co ma robić dalej? Za co żyć, kiedy skończą się podarowane przez tajemniczego mężczyznę pieniądze? Kim był ten mężczyzna, który odwiedził rannych w szpitalu? Przyjacielem czy wysłannikiem reżimu? Nieufność wobec swoich spotykanych na obczyźnie będzie mu już towarzyszyła latami. Nie tylko jemu. Inni libijscy imigranci również podszyci są tym samym uczuciem. Kiedy po latach w Paryżu Chaled zupełnie przypadkowo spotka swojego idola, Hosama Zowę, nieufność i strach będą stale towarzyszyć ich pierwszym rozmowom przy kawiarnianym stoliku. Zostali nimi zainfekowani przez autorytarny reżim. 

To właśnie dzięki przyjaciołom Chaled wydźwignie się z tego stanu beznadziei, niemocy i zawieszenia. Najpierw pomoże mu Rana, studentka z Libanu, z którą zaprzyjaźnił się jeszcze w Edynburgu. Był taki czas, kiedy myślał o niej jako o kimś więcej, ale ani on, ani ona nie odważyli się przekroczyć  granicy przyjaźni. Po latach Chaled odwdzięczy się jej, kiedy to ona będzie potrzebowała wsparcia. Potem pomógł mu jego profesor literatury z Edynburga. To dzięki jego radom otrząśnie się z marazmu i krok po kroku ułoży sobie życie. Zostanie jednak outsiderem i samotnikiem. Bo chociaż do jego życia wróci Mustafa, a potem pojawi się w nim Hosama i ta trójca przez lata będzie się regularnie spotykać przy kawiarnianym stoliku, to jednak ja miałam wrażenie, że żadnemu z nich nie uda się wniknąć w jego osobność. Dlatego żachnęłam się, kiedy prowadzący spotkanie z pisarzem tak mocno złączył tę powieść z tematyką przyjaźni. Oczywiście nie można od niej abstrahować, ale jednak coś we mnie protestuje, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę zakończenie. W każdym razie nie jest to taka przyjaźń zastępująca więzy rodzinne, o jakiej opowiadali na tym samym festiwalu trzej francuscy pisarze i intelektualiści, Didier Eribon, Edouard Louis i Geffroy de Lagasnerie, autor eseju "We trzech. Dążenie, by wyjść poza. Pochwała przyjaźni".

Napisałam wcześniej, że nigdy nie będzie mógł wrócić do kraju. Ale to nie do końca prawda, bo kiedy wybuchnie arabska wiosna, wszystko się zmieni. A jednak się nie zdecyduje, bo tamte silne przeżycia związane z udziałem w demonstracji tak go naznaczą, że będzie się bał kolejnego chaosu w swoim życiu, które z takim trudem poskładał. 

Życie, które sobie tutaj ułożyłem, jest w delikatnej równowadze. Muszę się go trzymać obiema rękami. Innego w tej chwili nie mam. Musiałbym je porzucić i choć tego pragnę, obawiam się, że nie potrafiłbym ułożyć sobie życia na nowo, nawet na bazie dawnego.

... nie mogę wrócić do tego, do czego wrócić chcę, bo zmieniło się zarówno miejsce, jak i ja sam, a świat, który sobie tutaj zbudowałem, jest może mały i skromny, ale zagarnął wszystko, co miałem, i boję się, że jeśli stąd wyjadę, opuści mnie wola powrotu i potem znów się zagubię, co już poznałem na własnej skórze, więc zrobię wszystko, żeby znów tego nie przeżyć, i że nie wiem, czy to tchórzostwo czy odwaga, nie obchodzi mnie, zdecydowałem, nie podejmując decyzji (...), że będę żyć dniem dzisiejszym, chodzić spać wtedy, kiedy jest mi wygodnie, i wstawać na czas, żeby zdążyć do pracy i zajmować się ludźmi, którzy są ode mnie zależni.

A może nigdy nie czuł w sobie tego rewolucyjnego ducha? W przeciwieństwie do Mustafy, który namówił go na udział w manifestacji. Bo inaczej postąpią jego przyjaciele. Oni nie tylko wrócą, ale czynnie wezmą udział w fermencie zwanym arabską wiosną i w wojnie domowej, która będzie w Libii jej konsekwencją.

Bardzo ciekawą postacią, postacią zagadką, jest ten trzeci, starszy kilka lat od Chaleda i Mustafy Hosama Zowa. Człowiek mający w sobie jakiś przyciągający innych magnetyzm, jednocześnie zdystansowany, nieco zamknięty w sobie, tajemniczy, dający się porwać obsesjom, włóczykij niepotrafiący nigdzie dłużej zagrzać miejsca. Dlaczego przestał pisać? Bo nie potrafił być pisarzem libijskim, nie mieszkając w Libii? Czy wrócił do ojczyzny po wybuchu arabskiej wiosny i mocno zaangażował się w wydarzenia, bo miał nadzieję, że znowu będzie mógł tworzyć? A może była to ucieczka od związku, który się wypalał? Jest w powieści taki delikatny trop, chociaż trudno przesądzić.

Bardzo dobra, bardzo interesująca powieść. Na pewno sięgnę po "Powrót", który, jak się okazało, mam, a kiedyś wypożyczę z biblioteki inne,  dwie wcześniej wydane, powieści Hishama Matara.

Kazuo Ishiguro "Pejzaż w kolorze sepii"

Nigdy nie czytałam żadnej powieści noblisty Kazuo Ishiguro. Przed

wielu laty widziałam ekranizację jego "Okruchów dnia" w reżyserii Jamesa Ivory'ego z Emmą Thompson i Antonym Hopkinsem, ale po książkę nie sięgnęłam. Tymczasem teraz po obejrzeniu "Pejzażu w kolorze sepii" postanowiłam zajrzeć do oryginału (Rebis 1995; przełożył Krzysztof Filip Rudolf). Idąc do kina, nie nastawiałam się, że to zrobię, ale zakończenie filmu okazało się na tyle skomplikowane, że postanowiłam sprawdzić, jak to jest w powieści. Moja przyjaciółka również miała problem z odczytaniem finału, każda z nas interpretowała go inaczej, dlatego tym bardziej chciałam się przekonać, jak jest.  

Od razu muszę stwierdzić, że i powieść, i film okazały się mocno letnie, nic mnie nie porwało, a być może było tak, dlatego że bohaterki i bohaterowie zachowują się i rozmawiają ze sobą z iście japońskim dystansem, nie dopuszczając nas do siebie. Nie zawracałabym sobie dalej głowy ani jednym, ani drugim, gdyby nie to zakończenie. W każdym razie nie mam zamiaru sięgać po kolejne powieści Kazuo Ishiguro, no chyba że napisze coś, co będzie potencjalnie wydawało się bardzo interesujące.

Zanim o książce, jeszcze słowo o pisarzu, bo jego biografia miała w pewnym stopniu wpływ na tę debiutancką powieść. Urodził się w 1954 roku w Nagasaki, a w wieku pięciu lat razem z rodzicami przyjechał do Wielkiej Brytanii, co było związane z badaniami naukowymi jego ojca, oceanografa. Pobyt miał być czasowy, dlatego młody Kazuro Ishiguro wychowywany był w duchu japońskim, ale tylko w domu, bo w brytyjskiej szkole, do której uczęszczał, było oczywiście inaczej. Stąd jego dwie nogi, ta japońska i brytyjska, co przynajmniej w tej powieści bardzo widać.

Czytając "Pejzaż w kolorze sepii", stale porównywałam go do filmu, dlatego w tej notce mogą mi się zdarzyć wycieczki do ekranizacji, ale postaram się nie spoilerować. Akcja powieści rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Jeden, ten ważniejszy, to upalne lato pięćdziesiątego drugiego roku w Nagasaki, drugi to lata osiemdziesiąte zeszłego wieku w Wielkiej Brytanii. Główną bohaterką i narratorką zarazem jest Etsuko, która z drugim mężem, Brytyjczykiem, i córką z pierwszego małżeństwa, Keiko, przybyła przed wielu laty do Wielkiej Brytanii, gdzie urodziła drugą córkę, Niki. Nad obiema kobietami wisi ciężar samobójczej śmierci Keiko. Dziewczyna najprawdopodobniej nigdy nie odnalazła się w Wielkiej Brytanii i w nowej rodzinie. Kiedy mieszkająca w Londynie Niki przyjeżdża odwiedzić owdowiałą już matkę, ta wspomina owo lato pięćdziesiątego drugiego roku w Nagasaki. Tym, którzy widzieli film, a nie znają książki, napiszę, że wątek angielski w ekranizacji znacznie różni się od oryginału, jest bardziej rozbudowany.

Tamtego lata Etsuko była młodą mężatką i spodziewała się dziecka. Poznała trochę starszą od siebie Sachiko i jej córeczkę Mariko. Obie kobiety zaprzyjaźniły się i to historia ich krótkiej znajomości staje się centralną częścią  opowieści. Drugim japońskim wątkiem jest relacja Etsuko z mężem, a przede wszystkim z odwiedzającym ich teściem, emerytowanym dyrektorem szkoły. W przeszłości bohaterki jest wiele dziur, nigdy nie dowiemy się, dlaczego rozstała się z pierwszym mężem, gdzie spotkała drugiego i jaki był jej związek z teściem, którego znała, zanim wyszła za mąż. Zapewne są to niedopowiedzenia celowe. Czemu służą? Czy mają sugerować, że Etsuko wyparła niektóre fakty ze swojej przeszłości? Czy mają podbić wątek jej przyjaźni z Sachiko? A może jedno i drugie? 

Jak już wspominałam, powieść mnie nie porwała. Owszem, czytałam bez przykrości, ale i bez ekscytacji. Może dlatego, że wiedziałam, jak mniej więcej ta historia się potoczy. Jeśli coś mnie napędzało, to właśnie odkrywanie różnic między oryginałem a jego ekranizacją. Najbardziej ożywiałam się, czytając te fragmenty, które dotyczyły wojny i zmian, jakie zaszły w społeczeństwie japońskim po jej przegraniu. Nie ma tego dużo, ale więcej niż w filmie.

- Wiem, że to, co wydarzyło się w Nagasaki, było straszne - powiedziała wreszcie. - Lecz i w Tokio nie było lepiej. Trwało to tydzień za tygodniem, było bardzo źle. Pod koniec wszyscy żyliśmy w tunelach i zburzonych budynkach, a wokół nie było nic prócz gruzów. Każdy, kto mieszkał w Tokio, widział nieprzyjemne rzeczy. Tak samo Mariko.

A teraz o zmianach.

- Nieprawdopodobne rzeczy mówił twój przyjaciel. (...) To że on i jego żona głosowali na różne partie. Kilka lat temu coś takiego byłoby nie do pomyślenia. (...) Niezwykłe rzeczy dzieją się obecnie. Przypuszczam, że na tym właśnie polega demokracja (...). To wszystko, co tak ochoczo przyjęliśmy od Amerykanów, nie zawsze wyszło nam na dobre. (...) Spójrz, co się dzieje. Mąż i żona głosują na różne partie. Smutno, kiedy w takich sprawach nie można polegać na żonie. (...) Żony w dzisiejszych czasach nie czują  żadnej lojalności wobec swoich rodzin. Po prostu robią, co chcą, i tak głosują, jak im dyktuje kaprys. To typowe dla zmian, jakie zaszły w Japonii. W imię demokracji ludzie porzucają swoje zobowiązania. (...) Dyscyplina, lojalność; to wszystko spajało ongiś Japonię. (...) Teraz zamiast tego wszyscy mówią o demokracji. Słowo to słychać zawsze, gdy ludzie chcą być egoistyczni, gdy chcą zapomnieć o swoich obowiązkach.

To słowa teścia Etsuko. Jego dawny uczeń zarzuci mu, że wychowywał dzieci tak, aby niczemu się nie sprzeciwiały, nie zadawały pytań, co w rezultacie doprowadziło Japonię do klęski. Oczywiście był częścią systemu, ale nawet wiele lat po wojnie święcie wierzył, że racja jest po jego stronie. A co Etsuko, która była świadkiem obu rozmów, o tym sądzi? Jakie ma poglądy? Czy związała się z cudzoziemcem i wyjechała z ojczyzny, bo nie mogła odnaleźć się w pękniętym społeczeństwie? Jakim kosztem się to odbyło? Z jakimi dylematami było związane? O tym też jest ta powieść.

Jak wspominałam, sięgnęłam po nią, bo zakończenie filmu było dla mnie niejasne i chciałam się dowiedzieć, jak to było w oryginale. Cóż, wychodzi na to, że prawidłowo zinterpretowałam to, co się rozegrało w finale ekranizacji. Przyznam jednak, że takie rozwiązanie w powieści jest ledwie zarysowane, właściwie jednym zdaniem, które nieuważna czytelniczka i takiż czytelnik mogą przeoczyć. Bo drugi trop już nie jest taki oczywisty, może być powtórzeniem podobnej sytuacji, która miała miejsce w innym czasie. Jednak, żeby osoby czytające nie miały żadnych wątpliwości, jak należy interpretować powieść, na co wpływ ma właśnie zakończenie, dostajemy posłowie, zapewne dołączone do oryginalnego angielskiego wydania, Davida Malcolma, brytyjskiego badacza twórczości Kazuo Ishiguro. Przyznam, że nie lubię, kiedy ktoś narzuca mi interpretację tego, co czytam, i nie zostawia miejsca dla moich własnych rozkmin. 

I taka to była, nieco detektywistyczna, przygoda z "Pejzażem w kolorze sepii".

Sebastian Barry "Przypadki Eneasa McNulty'ego"

Dziś powrót do jednego z moich ulubionych pisarzy, odkrytego

dzięki niestrudzonemu wydawnictwu ArtRage, które to wydawnictwo nie zważając na zysk, niestrudzenie go wydaje. W grudniu wyjdzie  jego kolejna powieść! Tymczasem przeczytałam "Przypadki Eneasa McNulty'ego" (ArtRage 2026; przełożył Dawid Czech). Pisarz lubi układać swoje książki w cykle rodzinne. Ta  łączy się z "Tymczasowym dżentelmenem", o którym pisałam nie tak dawno temu. Eneas McNulty to najstarszy brat Jacka, bohatera tamtej powieści.

Zastanawiając się nad przeczytanymi przeze mnie pozycjami Sebastiana Barry'ego, a z opublikowanych przez ArtRage nie sięgnęłam tylko po "Tysiąc księżyców", bo mam nadzieję, że wydadzą także część pierwszą, "Dni bez końca", doszłam do wniosku, może błędnego, że pisarz tworzy panoramę losów Irlandczyków i Irlandii. Pisze o tych, którzy wyjechali do Ameryki ("Po stronie Kanaanu"), o tych, którzy walczyli w pierwszej ("Tak daleko od domu") albo drugiej wojnie ("Tymczasowy dżentelmen" no i "Przypadki Eneasa McNulty'ego"), sięga do burzliwej historii - konfliktu irlandzko-brytyjskiego, który zajmuje kluczowe miejsce w jego prozie, a w "Czasie starego boga" najbardziej wychyla się do współczesności. No i są to bardzo smutne i przygnębiające książki, a "Przypadki Eneasa McNulty'ego" to najsmutniejsza z nich, no może obok "Tak daleko od domu". Nie wykluczam jednak, że tak samo pisałam o innych. Niezła rekomendacja. Ja jednak uważam, że warto.

Zacznijmy od tytułu. Z czym kojarzy się użyte w nim słowo przypadki? Oczywiście z "Przypadkami Robinsona Crusoe" Daniela Defoe, a bardziej dociekliwym z "Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkami" Ignacego Krasickiego. No i są to skojarzenia jak najbardziej prawidłowe. Oczywiście nie przypuszczam, aby Sebastian Barry słyszał kiedykolwiek o tej drugiej książce, ale przecież o pierwszej z pewnością. Słowo przypadki oznacza tu losy, przygody, ale takie, na które bohater nie zawsze ma wpływ, bo wiele w jego życiu dzieje się właśnie przez przypadek. Że to nawiązanie celowe świadczy archaizacja języka.

- Czemuż to? - pyta ojciec. - Po co puszczać się w świat? Nie wiedziałem, że tak ci spieszno rzucić Sligo, Eneasie. Dobrze nam tu, jak u Pana Boga za piecem.

- Przecież to nie na zawsze, tatku. Każda wojna się kiedyś kończy. 

I tak to mniej więcej idzie. Jak w baśni, legendzie, przypowieści. Tyle że to nie baśń.

Akcja powieści zaczyna się na początku zeszłego wieku w nadmorskim mieście Sligo. Dzieciństwo Eneasa można uznać za szczęśliwe. Chociaż rodzina żyła skromnie, to on otoczony był miłością rodziców. Kiedy na świat przyszło rodzeństwo, poczuł się trochę zepchnięty z piedestału, ale naprawdę wszystko zniszczyła HISTORIA. Na pierwszą wojnę się nie załapał, bo był za młody. Wszystkie nieszczęścia Eneasa zaczną się, kiedy bezskutecznie poszukując pracy, za namową niczego nieświadomego ojca wstąpi do Królewskiej Policji Irlandzkiej, czym narazi się walczącym o niepodległość Irlandii. 

Eneas patrzy na wszystko prosto, a że nie uśmiecha mu się do końca życia wałęsać bez celu, wstępuje do Królewskiej Policji Irlandzkiej, otrzymawszy cynk od tatka. Nie jest głąbem kapuścianym, za jakiego ma go Jonno, ani też ostatnim niewiniątkiem na ziemi. Wie, dlaczego akurat u łapsów jest robota, kiedy gdzie indziej próżno jej szukać. Szeregi KPI wypełniają straceńcy, parobki z irlandzkich gospodarstw, głupcy i męty, młokosy bez doświadczenia czy kapki oleju w głowie.

Odtąd nie zazna spokoju. Chcąc uniknąć wyroku śmierci wydanego przez ruch oporu, będzie musiał tułać się po świecie. Nawet po wielu latach wyrok okaże się aktualny. A przecież Eneas, który polityką się nie interesuje i na niej się nie zna, chciałby tylko wieść spokojne życie u boku kochanej kobiety. Niestety dana mu będzie tułaczka, samotność, bieda. Los będzie rzucał go daleko od domu. A gdyby nie urodził się w Sligo, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.

Żałuje, ach, mimo wszystko czasem żałuje, że nie urodził się synem prostego gospodarza, z dala od miejskich knowań. We właściwym czasie przypadłaby mu ta ojcowizna i każdego lata zbierałby plon swej pracy, miałby do tego powołanie, owszem i wziąłby za żonę pannę ze skromnym posagiem, każdej zimy darłby z nią koty, i odchowałby synów i córki, czas im poświęcając, i próbowałby wytyczyć własną ścieżkę na żałobnych bagnach życia i jego ukwieconych łąkach, układałby jedną solidną deskę po drugiej.

Alternatywny los. A tak nie jest panem samego siebie. Stał się samotnym wygnańcem wykluczonym ze wspólnoty. A przecież marzył tylko o zwyczajnym życiu, co z jego przeszłością i w tamtych okolicznościach okazało się niemożliwe.

Pistolety, morderstwa, akcje odwetowe, przyjaźnie w ruinie, miłości zaprzepaszczone. Co za sposób na życie.

Był moment, kiedy w oczach swoich prześladowców mógł się zrehabilitować, ale Eneas nie chciał zabijać, pewien swojego wyboru. Wierny sobie. Jego dawny przyjaciel, który stoi po przeciwnej stronie barykady, zapewni go: Wojna nie robi z ciebie mordercy. Eneas myśli inaczej. Ale czy sam, będąc w policji nie zabijał?

Ciekawe, że we wszystkich powieściach, jakie dotąd przeczytałam, bohaterowie Sebastiana Barry'ego zawsze związani są ze stroną angielską tego konfliktu. Najczęściej to perspektywa jakiejkolwiek pracy wpycha ich w ręce wroga. Polityką się nie interesują, chcą po prostu żyć. Ale w tak burzliwych czasach po prostu żyć się nie da.

Albert Camus "Obcy"

Wstyd przyznać, ale nigdy nie przeczytałam "Obcego" Alberta

Camus (W.A.B. 2014; przełożyła Maria Zenowicz, jest też tłumaczenie najnowsze, Marka Bieńczyka). Już kiedyś się do tej powieści przymierzałam, od dawna miałam ją w czytniku, ale leżała tam sobie i leżała, aż wreszcie przyszedł jej czas. Oczywiście nieprzypadkowy, bo właśnie w kinach pojawiła się ekranizacja w reżyserii Francoisa Ozona, a że film zamierzam obejrzeć, pomyślałam, że nie ma co się wybierać do kina bez znajomości oryginału.

Przyznam, że zawsze mam kłopot, kiedy zdarza mi się dzielić refleksjami na temat książek zaliczanych do klasyki literatury. A taką pozycją jest niewątpliwie "Obcy". Tu trudność jest jeszcze większa, bo wiadomo, że jej autor nie był tylko pisarzem, był też filozofem. Jak w takim razie taka zwyczajna szara czytelniczka, której z filozofią, niestety, nie po drodze, ma podejść do tak kanonicznego dzieła? Jak się nie zbłaźnić? Z głowy już dawno wyparowały resztki szkolnej wiedzy zdobytej przy okazji "Dżumy", która, kiedy ja chodziłam do szkoły, była jeszcze lekturą. Jak jest dzisiaj, nie mam pojęcia. Ale przecież każdy ma prawo do swojego odczytania dzieła literackiego i tylu jest "Obcych", ilu czytających go. Znając tę prawdę, przystępuję zatem, mimo wszystko z lekką obawą, do dzielenia się refleksjami na temat mojego odczytania "Obcego".

W trakcie lektury tej powieści towarzyszyła mi świadomość, że to książka z drugim dnem, że nie mogę czytać jej tylko w planie realistycznym, że opowieść o Meursaulcie, przeciętnym, niczym niewyróżniającym się pracowniku jakiejś firmy w Algierze (Algieria była wtedy jeszcze kolonią francuską) jest metaforą. Zacznę jednak od planu realistycznego.

Meursaulta poznajemy w momencie, kiedy umiera jego matka, którą jakiś czas temu oddał do przytułku i z którą od tamtej pory rzadko się kontaktował. Podczas  skromnej uroczystości pogrzebowej nie zachowuje się tak, jak się tego od niego oczekuje. A oczekuje się, że będzie chciał zobaczyć ciało matki w otwartej trumnie i pożegnać się z nią, że będzie widać po nim rozpacz albo przynajmniej żal. Tymczasem on wydaje się być obojętny. Najbardziej doskwiera mu upał. Potem kiedy obserwowałam go w różnych sytuacjach, miałam wrażenie, że obojętność, brak empatii, bezwolność to jego stan chroniczny. Meursault jest jak trzcina na wietrze. Działa pod wpływem innych, z łatwością dostosowuje się do sytuacji, wiele w jego życiu dzieje się przez przypadek. Marii obieca małżeństwo, bo ona go o to prosi, chociaż jej nie kocha. Ot, miło spędza z nią czas. Sąsiadowi obieca poświadczenie, że ten pobił kobietę, Arabkę, tylko dlatego bo go sprowokowała. Kiedy za zabójstwo trafi do więzienia, też się przystosuje i nie będzie specjalnie rozpaczał. Jakby godził się ze swoim losem. Taki człowiek bez właściwości. Nawet zamordował trochę przez przypadek, bo gdyby w czasie spaceru po plaży nie spotkał tamtego Araba, nic by się nie stało. Gdyby nie oślepił go promień słońca, do niczego by nie doszło.

Często myślałem wówczas, że gdyby zmuszono mnie do życia w pniu uschniętego drzewa, gdzie jedynym moim zajęciem byłoby oglądanie barwy nieba ponad moją głową, z czasem przyzwyczaiłbym się i do tego. Czekałbym na przelot ptaków lub na zderzenie się chmur, tak jak tutaj czekałem na dziwaczne krawaty mojego obrońcy lub jak dawniej, w tamtym świecie, cierpliwie wyczekiwałem soboty, by obejmować ciało Marii. (...) W końcu do wszystkiego można się przyzwyczaić;

Nie jest to człowiek zbuntowany. Jakby z góry się poddał, zdając sobie sprawę, że niewiele od niego zależy. I tu już zaczynam skrobać to drugie dno, bo przecież w planie realistycznym coś jednak od nas zależy. Chociaż jestem wyznawczynią stanowiska, że w naszych życiach wiele się dzieje przez przypadek, a już na pewno nie wierzę w przeznaczenie, to przecież nie wszystko. Nie mamy wpływu na sprawy wielkie toczące się na świecie, ale na wiele drobnych już tak. Cały czas jednak czekałam na coś jeszcze, na więcej, na coś, czego mogłabym się uczepić, no i się doczekałam. 

Bo dla mnie historia Meursaulta to metafora ludzkiego życia, którego końcem jest śmierć, której nie da się wymknąć. Bohater dziwi się, że wcześniej się nad nią nie zastanawiał, a przecież trudno myśleć o nieuchronnym końcu na co dzień, bo ta myśl paraliżowałaby wszystkie nasze poczynania. Sprawiałaby, że życie stałoby się nie do zniesienia. Meursault przyznaje zdumiony: A więc umrę. Aby po chwili skonstatować: Wcześniej niż inni, to jasne. Ale przecież wszyscy wiedzą, że życie nie jest wcale warte trudu przeżywania. Cóż, w chwilach pesymizmu, nazywanego przeze mnie realizmem, ta myśl jest mi bliska. Wobec śmierci każdy jest równy. Tylko ona jest pewna. Jakby człowiek nie kierował swoim losem i tak czeka go śmierć.

Cóż obchodziła mnie cudza śmierć, miłość matki, jakież znaczenie miał dla mnie jego Bóg, rodzaje życia, los, który się wybiera, skoro jeden tylko los miał wybrać mnie samego, a wraz ze mną miliardy uprzywilejowanych, którzy podobnie jak kapelan mienią się moimi braćmi. (...) Wszyscy byli uprzywilejowani. Istnieją tylko uprzywilejowani. Ich również skażą pewnego dnia.

Czy trudno pogodzić się ze świadomością, że kiedy nas nie będzie, świat będzie istniał bez nas?

W gruncie rzeczy dokładnie zdawałem sobie sprawę, że to nie ma znaczenia, czy się umiera w trzydziestym, czy w siedemdziesiątym roku życia, ponieważ jest oczywiste, że w obydwu wypadkach inni mężczyźni i inne kobiety żyć będą dalej, i to przez tysiące lat. Słowem, nie ma nic bardziej oczywistego. To zawsze ja bym umierał, teraz czy za dwadzieścia lat. W tym momencie  przeszkadzał mi jednak skurcz, jakiego doznawałem na myśl o tych dwudziestu latach, które miałbym do przeżycia. Musiałem to przemóc, wyobrażając sobie, czym byłyby moje myśli za lat dwadzieścia, gdy stanąłbym wszakże przed tym samym. Z chwilą gdy się umiera, słowa "jak" i "kiedy" nie mają oczywiście żadnego znaczenia.

Camus stawia też pytania o wieczność. Czy w obliczu śmierci dla każdego stanie się ważne, czy wieczność istnieje? Mersault wybiera życie, nie interesuje go to, co potem. 

Miał [ksiądz] taką pewną siebie minę - prawda? A jednak żadne z jego przeświadczeń nie było warte włosa kobiety. Nie miał nawet pewności, że żyje, ponieważ żył jak umarły. Co do mnie, zdawało się, że mam puste ręce. Lecz byłem pewny siebie samego, pewny wszystkiego, pewniejszy niż on, pewny swego życia i tej śmierci, która mnie czekała. Tak, miałem tylko to. Ale przynajmniej panowałem nad tą prawdą, w równej mierze jak ona panowała nade mną.

A więc może jednak bunt?

Niełatwo wgryzać się w te słowa. Czuję, że można by zrobić to lepiej, ale gdzieś mi umykają. 

Mario Vargas Llosa "Pantaleon i wizytantki".

Kiedy niedawno dzieliłam się refleksjami o powieści "Czerwony kwiecień" peruwiańskiego pisarza Santiago Roncagliolo, pisałam, że dostrzegam pewne jej podobieństwo do "Pantaleona i wizytantek" Mario Vargasa Llosy (PIW 1978, są też nowsze wydania; przełożył

Carlos Marodan Casas). A że tę książkę czytałam naprawdę bardzo, bardzo dawno temu i była to pierwsza pozycja tego autora, po jaką sięgnęłam, i oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stanie się w przyszłości jednym z moich ulubionych pisarzy, zapragnęłam przeczytać ją ponownie. Odłożyłam na bok nowości, które kipią w moim czytniku, i nie namyślając się wiele, oddałam się ponownej lekturze.

Akcja książki rozgrywa się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych w Iquitos i okolicach. To peruwiańska Amazonia, miasto, do którego można się dostać tylko drogą powietrzną albo wodną. Na tych terenach rozgrywała się akcja "Zielonego domu", powieści, która trafiła do mojego prywatnego the best of Mario Vargas Llosa. Kapitan Pantaleon Pantoja pracujący w intendenturze peruwiańskiej armii, znany ze swojej pracowitości i skrupulatności, zostaje przeniesiony właśnie do Iquitos, gdzie dowództwo powierza mu ściśle tajną misję. Do tego stopnia tajną, że nie będzie mógł chodzić w mundurze, nad czym boleje, a razem z żoną i matką nie zamieszka jak zwykle w kolonii wojskowej, nad czym boleją one, tylko wynajmie sobie i rodzinie mieszkanie w mieście, a skierowani mu do pomocy żołnierze również będą występować po cywilnemu. Co to za misja? Misja, której sprzeciwia się miejscowy dowódca a zwłaszcza kapelan. Na nic jednak ich protesty i niechęć, bo to zwierzchnicy z samej Limy postanowili, że Pantaleon Pantoja w najgłębszej tajemnicy ma stworzyć ... tajną służbę wizytantek, dzięki której uda się rozwiązać palący problem gwałtów dokonywanych przez żołnierzy wypuszczanych na przepustki. Jak mówi jeden ze zwierzchników Pantaleona, powierzający mu to zadanie, Amazonia to szczególne miejsce.

- Problemem jest też sprawa rekrutów, którzy muszą żyć w tym nieprzyzwoitym upale jak cnotliwe panienki - strzela językiem Tygrys Collazos. - Odbywać służbę w puszczy [Jak nauczają geografowie, powinno być w selwie, bo w Ameryce Łacińskiej puszcza to nie puszcza, tylko selwa.], Pantoja, to odwaga, nie lada odwaga.

- W amazońskich osadach wszystkie spódniczki mają swego właściciela - gestykuluje pułkownik Lopez Lopez. - Nie ma żadnych burdelików, dziwek, niczego w tym guście.

- Cały tydzień mija w odosobnieniu, na wypełnianiu w lesie różnych zadań, a jedynym ich marzeniem jest przepustka - snuje generał Victoria. - Muszą całymi kilometrami iść do najbliższej osady. A co się dzieje, kiedy tam docierają?

- Nic a nic, z powodu cholernego braku bab - wzrusza ramionami Tygrys Collazos. - Wtedy ci, którzy sobie wcześniej nie przygadali jakiejś, tracą rozum i po byle kieliszku anyżówki rzucają się jak pumy na wszystko, co staje im na drodze.

I tak kapitan Pantaleon Pantoja, znany ze swojej pracowitości i skrupulatności, niechętnie, ale z pełnym zaangażowaniem, bo nie zwykł sprzeciwiać się przełożonym, przystępuje do tworzenia owej służby. Ponieważ sam  nigdy nie szukał podobnych rozrywek, początkowo nie bardzo wie, gdzie i jak znaleźć kandydatki na wizytantki, ale z czasem przezwycięży trudności, a stworzona przez niego służba przerośnie najśmielsze oczekiwania przełożonych.

Przystępując do lektury, trzeba mieć świadomość, że i w tej powieści Mario Vargas Llosa zastosował typowy dla siebie narracyjny trik - przeplatające się w obrębie jednego rozdziału, a tu nawet na jednej stronie, różne wątki. Trzeba się do tego przyzwyczaić i albo to polubić, albo porzucić lekturę.

- Tych głodomorów trzeba nakarmić, Pantoja - patrzy mu uroczyście w oczy Tygrys Collazos. - I tu na was kolej, tu użyjecie swojego talentu organizacyjnego.

- Panta, dlaczego jesteś taki ogłupiały i osowiały? - chowa swój bilet do torebki i pyta, gdzie jest wyjście do samolotu, Pochita. - Będziemy mieli wielką rzekę, będziemy mogli się kąpać, robić wycieczki do indiańskich osad. No już, uśmiechnij się, głuptasku. 

Tak to wygląda. Bywa, że wątki zmieniają się z dużą częstotliwością nieomal z prędkością światła. Takie fragmenty dzięki użyciu czasu teraźniejszego i nagromadzeniu kilku rozmaitych informacji pomiędzy pauzami w dialogach przypominają trochę tekst sztuki teatralnej. Ale tym razem autor pozwolił sobie na jeszcze większy eksperyment z formą. (Dziś to już żaden eksperyment.) Powieść w dużej części składa się z raportów wojskowych, listów czy cytatów z prasy. I to właśnie w tym służbistym stylu raportów, w tym podejściu Pantaleona do powierzonej mu misji dostrzegłam dalekie podobieństwo pomiędzy powieścią Mario Vargasa Llosy a wspomnianym we wstępie "Czerwonym kwietniem" Santiago Roncagliolo. 

Muszę przyznać, że czytając wspomniane raporty, ale także niektóre listy czy fragmenty artykułów prasowych, śmiałam się w głos. Po początkowym zachłyśnięciu się humorem i ironią powieści, groteskowością całej sytuacji zaczęłam się czuć z tą lekturą niewygodnie. Jak dzisiaj czytać "Pantaleona i wizytantki"? Z jednej strony mamy skupienie się nie na ofiarach gwałtów, ale na biednych żołnierzach, którzy muszą sobie przecież poużywać. Im się to po prostu należy. A ile i komu, z jaką częstotliwością, jak długo ma trwać usługa, jak uniknąć bałaganu, kiedy do jednostki przybywa konwój z wizytantkami,  to wszystko skrupulatnie opisuje i wylicza kapitan Pantaleon Pantocha w tworzonych przez siebie regulaminach i w raportach słanych do przełożonych, domagając się z czasem pozwolenia na powiększenie liczby kobiet pracujących w ten sposób na usługi wojska. Mało tego. Kiedy stworzona przez niego służba odniesie niebywały sukces, podobnych usług zaczną się też domagać cywile. Im też się przecież należy.  Cóż, dzisiaj z podobnymi oczekiwaniami spotykamy się w manosferze. I to jest ta  związana z lekturą niewygoda, o której wspomniałam. No bo z czego się śmieję? Bawiąc się, tracę z oczu problem. Nie mam pojęcia, jaka była recepcja powieści wtedy, kiedy się ukazała. Może autor rzeczywiście, jak piszą wydawcy: Pod przykrywką satyry (...) przemycił refleksje kompromitujące nie tylko armię, ale i system sprawowania władzy. Czy tylko w Peru?

Z drugiej strony dostrzegam coś jeszcze i znowu nie wiem, czy jest to zgodne z intencją pisarza. Otóż kapitan Pantaleon Pantocha wyciąga konsekwencje z tego, co robi. Bo skoro wizytantki są służbą, stają się częścią armii, więc należy się im taki sam szacunek jak żołnierzom. Jak żołnierze powinny być traktowane. I kiedy ten szacunek okazał jawnie i z wojskowymi honorami, tego przełożeni, którzy kazali utworzyć tę służbę, znieść już nie mogli. Bo jak to tak oddawać honory wojskowe dziwce? Tu hipokryzja zwierzchników ujawniła  się w całej krasie. 

Jest w tej powieści jeszcze jeden wątek. Bo równolegle ze służbą wizytantek, która rozpala emocje, pojawia się w Amazonii religijna sekta, która bardzo szybko zyskuje licznych sfanatyzowanych wyznawców. Ich działania niebezpiecznie eskalują, a wojsko, które ma zaprowadzić porządek, czuje się tak samo bezradne jak wcześniej wobec plagi gwałtów. Autor zderza ze sobą dwa fanatyzmy - religijny i fanatyzm wojskowego służbisty.

I taki to mam kłopot z powieścią jednego z moich ulubionych pisarzy. Jak czytać ją dzisiaj?

Zyta Rudzka "Tylko durnie żyją do końca"

Nie ukrywam, że moja znajomość z twórczością Zyty Rudzkiej

datuje się dopiero od powieści "Krótka wymiana ognia" i odtąd trwa. Pewnie nie jestem wyjątkiem. Wydaje mi się, że właśnie wtedy zaczął się renesans tej pisarki i od tamtego czasu każda jej nowa książka wywołuje szum, najczęściej zbiera pozytywne recenzje i nominacje do rozmaitych nagród, a w końcu i same nagrody. Jednym słowem pisarka weszła do literackiego mainstreamu, oczywiście nie jest to ten sam mainstream, w którym możemy umieścić produkcję Remigiusza Mroza. A przecież debiutowała w roku 1989, wydała kilka powieści, chyba jednak wtedy była autorką niszową, potem pisała dla teatru i dopiero wspomniana już "Krótka wymiana ognia" wyniosła ją na szczyty. 

Kiedy Zyta Rudzka opublikowała nową powieść pod ekscytującym tytułem, co stało się jej specjalnością, "Tylko durnie żyją do końca" (W.A.B. 2025), było oczywiste, że ją kupię i prędzej lub później przeczytam. Teraz nadarzył się idealny moment, bo na spotkaniu klubu czytelniczego, na które od czasu do czasu uczęszczam, będzie omawiana właśnie ta książka. 

Zanim podzielę się refleksjami na jej temat, najpierw wrócę do dwóch poprzednich powieści. Co mi z nich zostało? Z pierwszej olśnienie fenomenalnym językiem, ale już samą historię, poruszane problemy pamiętam słabo. Inaczej jest z kolejną powieścią, "Ten się śmieje, kto ma zęby", tu język też oczywiście był majstersztykiem, ale nie zaskoczył, no bo tego właśnie się spodziewałam, natomiast sama bohaterka, Wera, jej historia we mnie zostały. Z ciekawości zerknęłam do moich refleksji na temat obu tytułów. Wynika z nich, że wyżej oceniłam pierwszy, nad drugim nieco marudziłam, doceniając jednak kunszt i wagę tematu. Cóż, to żadne odkrycie, że czas weryfikuje opinie. 

No a teraz po tych przydługich, jak często, dygresjach, przyszedł moment, aby podzielić się refleksją o najnowszej powieści, "Tylko durnie żyją do końca". Wygląda na to, że przynajmniej w tym momencie, bezpośrednio po lekturze, ta książka spośród tych trzech wzbudziła we mnie najmniej emocji, ale nie wykluczam, że czas znowu zweryfikuje moją opinię. Może po raz kolejny obraz bezkompromisowej, oryginalnej bohaterki, jej sposób na życie pozostanie na długo w mojej pamięci. Zobaczymy. 

Zacznę znowu od języka, który rzecz jasna naszpikowany jest ekwilibrystycznymi sztuczkami, ale albo jest tych łamańców i celnych powiedzonek mniej, albo tak mi się tylko wydaje, bo już wiem, czego powinnam oczekiwać i ten charakterystyczny styl Zyty Rudzkiej po prostu mi się opatrzył, przyjmuję go jako coś oczywistego. Najlepszy dowód, że nie zaznaczyłam sobie żadnego cytatu, którym chciałabym się podzielić, pisząc o tej kwestii. Kiedy zerkam do moich refleksji o jej dwóch poprzednich książkach, widzę, że zagadnieniu języka poświęciłam tam sporo miejsca. W notce o powieści "Ten się śmieje, kto ma zęby" znajduje się spory akapit składający się z olśniewających cytatów.

No a teraz bohaterka. Jest nią Lida, kobieta dojrzała, nauczycielka wychowania fizycznego, która żyje po swojemu. Powiedzieć tak, to nic nie powiedzieć, że zacytuję klasyka. Ona żyje bardzo, bardzo po swojemu. Nie ogląda się na innych, za nic ma opinię środowiska, potrafi prowokować. Pochodzi z Warszawy, jej rodzice byli wziętymi adwokatami, a ona poszła swoją drogą. Nie tylko nie wybrała ich ścieżki kariery, ale wyjechała na wieś i to taką zwyczajną, niewyróżniającą się pięknym krajobrazem. Przyciągnęła ją tam rzeka, w której codziennie pływa, nago. Śmiga też na motorze po leśnych ostępach. Wbrew opinii ojca, ale dzięki jego pieniądzom, kupiła tam opuszczony dom, w nienajlepszym stanie, na odludziu, gdzie mieszka z Rochem i Ziutem, których tam poznała (To tak skończyłaś, córeczko, z pajacem [Ziut] i moczymordą [Roch].), i licznymi zwierzętami. Jednym z nich jest Elvis, prosiak. Żyją, jak mają ochotę. Roch, geodeta, pędzi bimber z pigwy, którym często raczą się wieczorami. Chcą pić, to piją, chcą po domu chodzić nago, to chodzą. 

Leżę w trawie, patrzę na pigwy. (...) Niczego mi nie brak. Cała nasza trójka miała plan, aby żyć bez planu, i ten plan w stu procentach wykonujemy.

Te słowa wypowiada wprawdzie Roch, ale i Lida, i Ziut, trzeci z tego trójkąta, na pewno się pod nimi podpisują. 

Co ciekawe, nie widać, aby ich sposób życia kogokolwiek gorszył. Ani ojca, który od czasu do czasu odwiedza Lidę i jej partnerów, zawsze nieoczekiwanie. Ani mieszkańców wsi. Ani dyrektora szkoły, nauczycielek i nauczycieli. Mało tego, wygląda na to, że Lida czasem otwiera coś w innych. Kiedy jedna ze starszych mieszkanek wsi prosi ją o lekcje pływania, po jakimś czasie również wchodzi do rzeki nago. Jej więzi z ojcem (Kiedy wyjeżdżasz? Zapytałam. Zaśmiał się sztucznie albo odkrztusił ślinę. Oddalam pytanie, powiedział. A ja je ponawiam. Jutro jadę do sklepu, podrzucę cię.), a przede wszystkim z dorosłą córką mieszkającą w Warszawie, są dość luźne. Najważniejsi dla niej są kochankowie, zwierzęta i rzeka. Ojciec podsumuje to tak:

Na tym świecie jeszcze tylko psy i pijaki trzymają się razem. Taka sielanka i wspólnota, wymamrotał.

Jak w poprzednich powieściach tak i w tej Zyta Rudzka nie ucieka od biologii. Fizyczność to dla Lidy coś bardzo ważnego. Nadal jest sprawna, szczupła, obdarzona dużym biustem. Ona powiedziałaby, że cycem. Stąd skojarzenia z Dolly Parton. Za to jej partnerzy albo się starzeją, albo słaba forma fizyczna wynika z przebytej choroby. Lida dostrzega to, ale myśli o nich z czułością, chociaż nie dorównują jej sprawnością. To ona, kobieta jest tu górą. To niedoskonałe męskie ciała wystawione są na widok czytelniczek i czytelników, wystawione na ich osąd.

Gdzieś w tle pojawiają się jakieś problemy. Stosunek do zwierząt - zdarza się, że  ktoś podrzuca Lidzie zwierzęta, żywe albo martwe, bo wiadomo, że je przygarnie albo pochowa. Ksiądz, który dzierży rząd dusz, doprowadzając tym niektóre z tych dusz do tragedii. Hipokryzja dyrektora, jej szkolnych koleżanek i kolegów. A i dalsi krewni przedstawieni są ironicznie.

Niby wszystko się zgadza, niby wszystko gra, problem w tym, że los Lidy ani mnie ziębi, ani grzeje, a już na pewno nie gorszy. Jeśli Zyta Rudzka chciała sprowokować, powołując do życia taką bohaterkę, to ja sprowokowana się nie czuję. Zresztą dziś o prowokację trudno.

Kiran Desai "Samotność Sonii i Sunny'ego"

Indie to jeden z tych literackich kierunków, który pilnie śledzę.

Dlatego było jasne, że sięgnę po najnowszą powieść Kiran Desai, indyjskiej pisarki mieszkającej w Stanach, "Samotność Sonii i Sunny'ego" (Wydawnictwo Literackie 2026; przełożył Jerzy Kozłowski). To tym bardziej oczywiste, że czytałam jej "Brzemię rzeczy utraconych", za którą dostała Bookera. Do dziś o tamtej powieści nie zapomniałam. Sięgnęłabym także po "Zadymę w dzikim sadzie", gdyby nie zniechęcił mnie jeden lekko nieprawdopodobny element znajdujący się w jej opisie. Mimo wszystko postanowiłam przejść nad nim do porządku i umieściłam ją na wirtualnym regale bibliotecznym, co oznacza, że będę chciała ją przeczytać. A przy okazji odkryłam, że matką Kiran Desai jest również pisarka, Anita Desai, więc natychmiast rzuciłam się, aby sprawdzić, czy jakaś jej powieść w Polsce się ukazała. I bingo! Jest jedna, "Czas postu, czas uczty", i to nawet w wersji ebookowej po bardzo przyjemnej cenie. Zdziwiło mnie to, bo wydana w roku 2004. No a lektury "Samotności Sonii i Sunny'ego" nie mogłam się już doczekać, ale potrzebowałam odpowiedniego momentu, bo powieść ma ponad osiemset stron. Na szczęście trafił się taki czas i oto piszę. Pewnie nie muszę dodawać, że jej lektura sprawiła mi ogromną przyjemność.

O czym jest ta powieść? W wielkim skrócie to historia dwóch rodzin mieszkających w Indiach, a przede wszystkim Sonii i Sunny'ego, przedstawicieli najmłodszego pokolenia każdej z nich. Ale poznajemy też bardzo dobrze starszych członków rodziny, dziadków Sonii, jej odesłaną do domu po nieudanym małżeństwie ciotkę i przede wszystkim rodziców. Ojciec Sunny'ego nie żyje, ale matka, Babita, jest jedną z ważniejszych bohaterek. Dowiemy się też co nieco o jej szwagrach, z którymi prowadzi spór o dom. Do tego dochodzi liczna domowa służba, postacie z drugiego planu, ale nadające powieści kolorytu. Jest jeszcze przyjaciel Sunny'ego, Satja. 

Sonia i Sunny studiują w Stanach i tam chcą zostać. To marzenie ich rodzin, które od początku wychowywały swoje dzieci w duchu zachodnim. Oboje są zwesternizowani, a Sunny do tego stopnia, że słabo mówi w hindi, jego językiem jest angielski. Wyobrażenia rodziców o życiu dzieci w raju, bo tak jawią się im Stany, daleko odbiegają od ich codzienności. 

Sunny po studiach mieszka wprawdzie w Nowym Jorku, pracuje w dużej gazecie, ale trudno go nazwać dziennikarzem, wykonuje podrzędną pracę i marzy, żeby się wybić, chociaż brakuje mu pomysłu na siebie. Ma amerykańską dziewczynę, o czym boi się powiedzieć matce, a nie wie, że spełniłby jej marzenie. Bo ona, kobieta mająca wielkie mniemanie o sobie, która zobaczyła trochę świata, najchętniej zamieszkałaby też w Ameryce. Tym bardziej, że w Delhi czuje się samotna. Z rodziną nieżyjącego męża jest w sporze, przyjaciółki się rozjechały, jej cały świat to zarządzanie służbą. 

Sonia kończy studia i szuka sposobu, aby zostać w Stanach. Nie jest to łatwe, musiałaby znaleźć sponsora, kogoś, kto da jej legalną pracę, co umożliwi przedłużenie pobytu i staranie się o zieloną kartę, której posiadaczem staje się w pewnym momencie Sunny.

W czasie jednej z rozmów telefonicznych rodzice Sonii orientują się, że ich córka czuje się w Stanach bardzo samotna i postanawiają ją wyswatać. A kto byłby najlepszym kandydatem? Mieszkający tam wnuk pułkownika, znajomego dziadków Sonii, czyli, czego łatwo się domyślić, Sunny. I tak machina zostaje wprawiona w ruch. Jego krewni nie są zachwyceni tym pomysłem, bo czują się lepsi od jej rodziny, jednak aby nikogo nie urazić, matka przekazuje tę wiadomość synowi. Ale zanim dojdzie do spotkania i coś między nimi zaiskrzy, upłynie wiele czasu, bo Sunny ma tę amerykańską dziewczynę, a Sonia w międzyczasie zakochuje się w dużo starszym od siebie, bogatym, ekscentrycznym, tajemniczym malarzu i całkowicie się mu podporządkowuje.

To zaledwie zarys wielowątkowej rozbudowanej akcji powieści. Bo chociaż Sonia i Sunny są tu najważniejsi, to niebagatelną rolę odgrywają też jej rodzice, jego matka, a nawet jego przyjaciel. Płynie czas, śledząc losy bohaterów przenosimy się z miejsca na miejsce. Czego tu nie ma - Delhi, Allahabad, Goa, himalajski region Indii, różne miejsca w Stanach, a nawet Meksyk i Wenecja.

Na co w takim razie w tej mnogości zdarzeń, bohaterek i bohaterów, problemów zwróciłam szczególną uwagę?

Przede wszystkim ogromną przyjemność sprawiło mi czytanie tych fragmentów, których akcja rozgrywa się w Indiach. Obserwacja życia domowego bohaterek i bohaterów, ich relacji z służbą. Autorka patrzy na nich z sympatią, a jednocześnie nie oszczędza. Kłuje ostrzem ironii. Pokazuje ich poczucie wyższości, naiwność, życie marzeniami i wyobrażeniami, pewną niepraktyczność wynikającą z tego, że nieźle się im powodzi, co wpędza ich czasem w poważne kłopoty. To ludzie w dużej mierze zwesternizowani, noszący w sobie zupełnie nieprawdziwy obraz mitycznego Zachodu. Wszystko co europejskie,  szczególnie amerykańskie, jest lepsze. 

Wśród młodych Hindusów, którzy osiedlili się na stałe w Ameryce, fundowanie rodzicom rejsu na Alaskę bylo czymś w rodzaju chwilowej mody, sposobem, by pozwolić im doświadczyć przez tydzień tego, czym obdarzyli swoje dzieci na całe życie - rozkoszy, jaką daje możność udawania, że nie jest się Hindusem i że Indie nie istnieją. Gdzieżby indziej mogli oglądać tylu białych ludzi i podziwiać tyle pustych białych pejzaży, by dojść do takiego przekonania? Najdziwniejsze było to (...), że to dążenie do ucieczki przed Indiami wydawało się patriotyczne: jeśli jesteś godnym Hindusem, stajesz się Amerykaninem.

A jednocześnie bardzo mocno zanurzeni są w indyjskiej rzeczywistości. To stanie w rozkroku pomiędzy Indiami a Zachodem pogłębia się z każdym pokoleniem, powodując coraz większe problemy. Ojciec Sonii, Papcio, nie czuje więzi ze swoją matką, Ba, bo nauka w angielskiej szkole skutecznie go wykorzeniła.

Nigdy nie przesiadywali razem na allahabadzkiej werandzie, nie rozmawiali o niczym innym niż posiłki i pogoda. Co więcej, nie mieli języka, którym mogliby się porozumiewać, bo on nie mówił biegle po gudźaracku, a ona po angielsku, a papciowy hindi nie był na tyle dobry, by mógł się zmierzyć z jakąkolwiek złożonością. Gdy wracał na ferie z Doon School, miał wrażenie, jak gdyby był gościem z wyższych sfer, a matka niewykształconą wieśniaczką z części kraju, której nigdy nie widział.

Z kolei Sonia i Sunny nie czują się dobrze ani w swoim ojczystym kraju, ani w Stanach, w których studiują i mieszkają. Chcą być jak Amerykanie, odciąć się od swoich rodaków, których tu w Ameryce się wstydzą i unikają. 

Zgrabnie doprowadził do ust trójkąt frittaty i przeżuwał mocno z zamkniętymi ustami, by umieścić siebie w odpowiednio kulturalnej odległości od rodaków, by dowieść dobrymi manierami przy stole, znajomością hiszpańskich potraw i zrozumieniem dla podróżujących kobiet, że nie jest taki jak ci mężczyźni spotykani na każdym rogu w Indiach, gapiący się pożądliwie, zwierzęco, jak gdyby nie byli ludźmi, na kobiety, których nie uważali za istoty ludzkie.

Stąd dojmujące poczucie osamotnienia. Dotyka ono także innych imigrantów. Satji, przyjaciel Sunny'ego, zdecyduje się na aranżowane małżeństwo, bo chce mieć żonę Hinduskę.

Sunny, ja chcę po prostu wrócić wieczorem do domu, pogadać w kuchni z kimś, kogo rozumiem i kto rozumie mnie ...

Sunny, który przez pewien czas jest w związku z Amerykanką, napotyka problemy, których stara się nie dostrzegać. Wierzy, że uda się pokonać różnice kulturowe. Dzięki temu związkowi czuje się lepszy, bardziej amerykański. Tak naprawdę oboje wiele przed sobą ukrywają i wstydzą się swoich rodzin. On zaborczej, zadzierającej nosa matki, ona konserwatywnych republikańskich rodziców mieszkających w Kansas pośrodku niczego.

Ulla wcześniej prosiła Sunny'ego, żeby nie wypowiadał żadnych pozytywnych uwag o socjalizmie, Jimmym Carterze ani nawet Billu Clintonie. Nie powienien wychwalać służby zdrowia na Kubie czy w Szwecji. Nie powinien wyrażać zdziwienia tym, że kobiety głosują na republikanów. Nie powinien poruszać - w żadnym wypadku - tematu broni palnej. Zawczasu poinformowała rodziców, żeby nie ujawniali, że są właścicielami pięciu sztuk broni palnej zamkniętych na klucz w piwnicy. Że sama Ulla w dzieciństwie polowała na dzikie indyki i była lepszym strzelcem niż ojciec. Zabroniła im zadawać pytań o to, czy krowy są święte i czy Hindusi wciąż mieszkają w lepiankach.

Rodziny Sonii i Sunny'ego nie zdają sobie sprawy, z czym ich dzieci się mierzą. Kiedy Babita odwiedzi syna, nie będzie mogła zrozumieć, dlaczego mieszka w dzielnicy, w której żyją tylko imigranci, zwłaszcza kolorowi. Inaczej wyobrażała sobie jego życie na tym uwielbianym Zachodzie. Ona, czująca się kimś wyjątkowym nawet w Indiach, z pogardą i zgrozą będzie patrzyła nie tylko na sąsiadów syna, ale na wszystkich kolorowych.

Uważała, że czarnoskórzy stoją niżej w hierarchii niż brązowoskórzy. (...) ... gdy na jarmarku ulicznym z okazji Cinco de Mayo kilka razy szturchnięto Babitę spoconym łokciem, i wykrzyknęła: "Wyobrażasz sobie, co by się stało, gdyby to towarzycho tutaj dorwało się do władzy?". Komentarz ten ujawniał, że jej zdaniem brązowoskóra ludność latynoska też stoi niżej w hierarchii niż brązowoskórzy Hindusi.

Jednocześnie Babita zda sobie sprawę, że wychowywanie dzieci na obywateli świata, westernizowanie ich za wszelka cenę to pułapka. Bo kiedy już ułożą sobie życie w tej mitycznej Ameryce czy na innym Zachodzie, zapominają o rodzicach, nie czują się zobowiązani do opiekowania się nimi. Rwą się wielopokoleniowe tradycyjne więzi w indyjskich rodzinach. Dlatego czuje się samotna. A Sunny rzeczywiście się od niej oddala i opędza. Wstydzi się jej poglądów wyrażanych bez zahamowania, jej poczucia wyższości i zachowania.

Powiedziała: "Ci Chińczycy tak śmiesznie biegają. O, patrz, jak ta Chinka zasuwa do autobusu". I potwornie się pokłócili. (...) Ale w ten właśnie sposób Babita podtrzymywała w sobie poczucie wyższości w wielkim świecie. Sunny przyswoił sobie odwrotną sztuczkę: podtrzymywał swoje poczucie wyższości, wypowiadając potworne rzeczy o białych. Babita uważała w duchu, że to niezbędny kompromis, gdy się wyjeżdża na Zachód. Nie możesz być sobą - Wielkim, Złym, Wolnym Sobą - a z drugiej strony czekają cię przyjemności nie do pogardzenia, na przykład grillowany łosoś we francuskim bistro o egzotycznej jesiennej porze.

To właśnie zderzenie świata Indii ze światem Zachodu, wzajemne przyglądanie się, ten splot poczucia wyższości i winy, pogardy i poprawności politycznej są wielkim tematem tej powieści. Bo autorka nie oszczędza też białych Amerykanów czy szerzej białych ludzi Zachodu. Im też się dostaje.

W skrytości ducha [Sunny] uważał, że ta kobieta ma nie lada tupet, skoro opuściła swoje nowojorskie mieszkanie - niewątpliwie wyposażone w  kuchenkę, mikrofalę, toster, lodówkę, blender, ekspres do kawy, suszarkę do włosów, odkurzacz, telewizor, komputer, sprzęt grający, grzejnik, wentylator, klimatyzację, bojler, piec, a pewnie też i rower lub samochód - i namawiała Hinduski do gotowania ryżu w tekturowym pudełku przykrytym srebrnym papierem odblaskowym, ażeby zapobiec wycinaniu lasów i zmianom klimatycznym.

Kraje, które zezwalają na imigrację tych, którzy mają dość pieniędzy, by sobie kupić do niej prawo, przyjmują przestępców z całego świata. Co prowadzi do pytania: dlaczego Nową Zelandię lub Kanadę ma się uważać za kraje bez skazy, podczas gdy dotkniętych biedą policjantów, urzędników i bandytów porzuconych krajów - Indii, Chin, Brazylii - uważa się za skorumpowanych, bo biorą łapówki, by zapomnieć, że widzieli to, co widzieli, że słyszeli to, co słyszeli, że czuli nosem to, co wywęszyli?

Powiedział:

- Pociąg, który się spóźnia i psuje w uroczy sposób jest włoski. Pociąg, który się psuje w sposób nieuroczy, jest indyjski. Lenistwo w Indiach jest w najwyższym stopniu irytujące i wywołuje niechęć. We Włoszech świadczy o umiejętności korzystania z  przyjemności życia. W tratorii blask świec tworzy romantyczną atmosferę. W Indiach równa się awarii prądu i wystawia romantyzm na próbę.

Niby to wszystko bardzo indyjskie, a przecież w tych wszystkich mechanizmach, o których pisze w swojej powieści Kiran Desai, możemy odnaleźć też swoje odbicie. Czyż i my mieszkając na Zachodzie lub go odwiedzając, nie unikaliśmy naszych rodaków? Czy się ich nie wstydziliśmy? Czy i my nie zadzieramy nosa? Czy nie mitologizowaliśmy Zachodu, a zwłaszcza Ameryki? Czy będąc tam, nie chcieliśmy być jak oni? Czy i w nas nie miesza się poczucie wyższości ze wstydem, że jednak nie dorastamy?

Ale to nie wszystko, co oferuje nam ta monumentalna powieść. Pobrzmiewają tu także echa dramatycznych wydarzeń z najnowszej historii Indii spowodowanych konfliktami między hindusami a muzułmanami, dające o sobie znać do dziś skutki podziału na Indie, Pakistan i Bangladesz. Mocno wybrzmiewają klasowe podziały i wynikające z tego problemy.

Nie ma gorszej trwogi niż uświadomienie sobie słabości chlebodawcy, na którego siłę się zdajesz, bo sam jesteś bezsilny. 

Bardzo ważnym tematem jest też opowieść o różnych drogach, jakimi podążają dzisiaj Hinduski. Jedne żyją życiem tradycyjnym, całkowicie podporządkowane mężczyznom i rodzinom - tu szczególnie przejmujący jest los ciotki Sonii - inne miotają się, szukając samodzielności, bo albo są do niej zmuszone jak samotna Babita, albo mają już dość nieudanego małżeństwa i decydują się odejść od męża jak matka Sonii. Jeszcze inaczej szukają swojej drogi te najmłodsze, zwesternizowane, ale okazuje się, że ani wykształcenie, ani Ameryka nie chronią przed toksycznym związkiem, z którego zakochanej kobiecie bardzo trudno się wyrwać. Na tym nie koniec, bo znajdziemy w tej powieści o wiele więcej. 

No i przede wszystkim jest opowieść - bardzo ciekawa, wielowątkowa historia.

Lektury podróżne (III) - epilog - John Treherne "Zbrodnia w raju. W poszukiwaniu utopii na Galapagos"

Dziś epilog cyklu podróżnego - "Zbrodnia w raju. W poszukiwaniu

utopii na Galapagos" (Czarne 2024; przełożył Adam Czech). Tytuł na pewno obił mi się o uszy, a właściwie wpadł mi w oczy, bo systematycznie sprawdzam nowości Czarnego, więc musiałam zobaczyć go na stronie. Wtedy jednak nie zwróciłam na niego uwagi, ale w czasie moich peregrynacji  koleżanka powiedziała mi o tej książce, więc po powrocie natychmiast się za nią zabrałam, traktując jako znakomite uzupełnienie wyjazdu.

To zapomniana historia na nowo ożywiona przez Johna Treherne w jego książce, która w oryginale ukazała się w roku 1983. Ale  w latach trzydziestych, kiedy ten dramat się rozegrał, rozgrzewała światową prasę do czerwoności. 

Nieżyjący już autor był angielskim entomologiem, wielokrotnie odwiedzał archipelag wysp Galapagos, aby prowadzić tam badania naukowe. To wtedy dowiedział się o tajemniczych zdarzeniach na jednej z wysp, Floreanie, i postanowił napisać książkę, aby rozwikłać zagadkę  zniknięcia dwóch osób i śmierci kolejnych trzech. Tego celu nie osiągnął, bo zbyt wiele czasu upłynęło od tamtych wydarzeń. Jak pisze w posłowiu: Okazało się jednak, że kluczowe dowody są fragmentaryczne i wzajemnie sprzeczne. Tajemnica pozostała tajemnicą. Trudno jednak oprzeć się pokusie stworzenia satysfakcjonującej hipotezy. I właśnie we wspomnianym posłowiu pozwala sobie na snucie hipotez dotyczących tego, co stało się z dwojgiem zaginionych, w jakich okolicznościach zginęło tych dwóch, których ciała odnaleziono, i dlaczego umarł ten trzeci. Jak było naprawdę, tego nigdy się nie dowiemy, ale hipotezy autora wydają się przekonujące. Zresztą, czy musimy wiedzieć wszystko? Czyż takie nierozwikłane zagadki nie dostarczają nam  przyjemnego i ekscytującego dreszczu emocji?

O czym w takim razie opowiada ta książka i czy warto ją przeczytać? Może nie jest to lektura konieczna, ale na pewno z przyjemnością sięgną po nią miłośnicy spraw niewyjaśnionych, dziwacznych, zaskakujących historii i ci, których zainteresuje życie pionierów na na niezamieszkanej, nieprzyjaznej człowiekowi wyspie gdzieś na końcu świata. Dlaczego wyjechali tam z dalekiej Europy? Jak to jest być takim Robinsonem z wyboru? Jak zorganizowali sobie życie? No i koniecznie powinni poznać ją ci szczęściarze, którzy na Galapagos byli lub się tam wybiorą.

Floreana, na której rozegrała się ta historia, to jedna z czterech zamieszkanych wysp  archipelagu Galapagos. Ma najmniej mieszkańców i ponieważ jest słabo skomunikowana z pozostałymi trzema, najrzadziej docierają tam turyści. W roku 1929, kiedy przybyła tam ekscentryczna niemiecka para, lekarz i filozof, miłośnik Nietschego, Friedrich Ritter i zapatrzona w niego kochanka Dore Strauch, na stałe nie mieszkał tam już nikt. Wcześniej wyspa była odwiedzana przez piratów, wielorybników, osadzano tam więźniów, a od czasu do czasu ktoś próbował zostać na niej na stałe, ale bez sukcesu. Kilka lat przed przybyciem Friedricha i Dore mieszkało tam dwudziestu dwóch Norwegów znęconych wizją majątku, jaki rzekomo można tu było zbić na polowaniu, rybołówstwie i rolnictwie. Po roku większość z nich opuściła wyspę, tuż przed przybyciem nowych osadników zdezerterowało trzech ostatnich. Pozostał po nich w pobliżu jednej z zatok drewniany dom pokryty blachą falistą.

Opuszczony norweski dom stanowił symbol ludzkiej klęski, co nie mogło ujść uwadze obdarzonej bogatą wyobraźnią Dore Strauch, gdy postawiła swoją nogę na tym skrawku lądu.

Po jakimś czasie wyspa skusiła inną niemiecką parę, małżeństwo Margret i Heinza Wittmerów, które przybyło tu wraz z jego kilkunastoletnim synem z pierwszego związku, a jakby tego było mało, kobieta była w ciąży. Jaką determinację, odwagę i ... jaki brak wyobraźni trzeba było mieć, aby w takiej sytuacji rzucić wszystko i ruszyć w nieznane. I być może nie doszłoby do żadnych nieszczęśliwych zdarzeń, gdyby jakiś czas potem na Floreanę nie przybyła baronessa Eloise Wagner de Bosquet wraz z dwoma młodszymi kochankami, którzy zaczną między sobą rywalizować o tę despotyczną, ekscentryczną i niebezpieczną kobietę zatruwającą pobyt na wyspie obu parom.

Co przygnało na koniec świata tych ludzi?

Wybór Galapagos był wyjątkowo odpowiedni dla doktora Rittera i jego wyznawczyni. Ich mroczny, nietzcheański romantyzm nie pasowałby do scenerii tropikalnej wyspy ze stereotypowych wyobrażeń: palmy, owoce i miękki złocisty piasek. O ileż bardziej adekwatnym wyborem dla bohaterskiego nadczłowieka był odległy archipelag Galapagos ze specyficzną fauną, zamglonym krajobrazem wulkanicznym i skojarzeniami z Charlsem Darwinem. Związki z tymi wyspami miał nawet pierwowzór ulubionego bohatera Friedricha z dzieciństwa, Robinson Crusoe (którego imię Ritter połączy ze swoim, tytułując się "Robinsonem z Galapagos").

Ta para snuła romantyczną wizję ucieczki od cywilizacji. Natomiast Wittmerowie zdecydowali się na wyjazd z powodu  bytowych kłopotów i mieli nadzieję, że klimat Galapagos będzie sprzyjał chorowitemu synowi Heinza. Oni, najbardziej solidni i pragmatyczni, zostali na Floreanie na zawsze, a jak wynika z moich poszukiwań internetowych, ich potomkowie mieszkają tam do dziś i zajmują się biznesem turystycznym. A baronessa? Przypłynęła zwabiona medialną sławą swoich poprzedników, chciała się tam osiedlić, zbudować hotel dla bogatych amerykańskich turystów i wyobraziła sobie, że zostanie  władczynią wyspy. Uprzykrzała życie wszystkim, także swoim kochankom, intrygowała, była łasa na sławę i zazdrosna o wszystko.

Oprócz samej podlanej tajemnicą historii, portretów barwnych, chociaż w większości niesympatycznych, bohaterek i bohaterów najbardziej zainteresowały mnie te fragmenty, które opowiadały o niewyobrażalnych trudach życia na bezludnej Floreanie. O zaczynaniu wszystkiego od nowa w nieznanym górzystym, pokrytym zaschniętą lawą terenie, gdzie wprawdzie roślinność mnoży się bujnie, ale założonemu warzywnikowi zagrażają dzikie zwierzęta, a o wodę trudno. Jak zbudować jakieś schronienie? Co jeść? Jak urodzić dziecko w takich warunkach? Jak je potem wychować? A co jeśli ktoś zachoruje? Skojarzenia z Robinsonem Crusoe naprawdę nie są tu nadużyciem. Niech o ogromie wyzwań zaświadczą cytaty.

Wszystko to [przywieziony z Europy dobytek] trzeba było przenieść przez przez poszarpane połacie zastygłej lawy, gdzie pojedyncze potknięcie mogło skończyć się złamaniem kostki albo bolesnym zranieniem, następnie zaś przez plątaninę drzew i kaktusów, które stanowiły zagrożenie dla twarzy i oczu. (...) Przez kolejne dwa tygodnie karawana złożona z Friedricha, Dore i konia [jedynego, którego udało im się złapać] codziennie przenosiła masę sprzętu z Zatoki Pocztowej do Friedo [Tak nazwali miejsce, w którym postanowili się osiedlić.]. Noce o tej porze roku były chłodne i deszczowe, jednak każdego ranka równikowe słońce przeganiało chmury oraz mgłę i atakowało bezlitośnie. (...) Regularnie była [Dore] u granic swoich możliwości i z płaczem błagała Friedricha o pomoc. Ten jednak ignorował jej prośby. Zostawiał ją na ziemi przygniecioną ciężarem, łkającą i wyczerpaną.

Regularne marsze przez poszarpane lawowe zbocza zdarły ich europejskie buty do cna. To samo spotkało drewniane chodaki wykonane dla Dore przez Friedricha. Do ran na stopach doszła jeszcze opuchlizna spowodowana przez pchły piaskowe, które wnikają głęboko w skórę zazwyczaj w okolicach palców u stóp. 

Z podobnymi trudami mierzyli się też Wittmerowie. Mieszkańcy wyspy, a szczególnie Ritter i baronessa stali się kimś w rodzaju współczesnych celebrytów. Rozpisywała się o nich prasa, na Floreanę zawijali rozmaici żeglarze, aby ich poznać i zobaczyć, jak żyją. Oboje byli zazdrośni o swoją sławę. Kilka lat później, kiedy doszło do tragedii, prasa tym bardziej będzie miała używanie.

Przeczytałam tę książkę z przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Mojej lekturze towarzyszyło nieustanne zdumienie determinacją, siłą woli i pewnie brakiem wyobraźni mieszkańców Floreany.

PS. Już po napisaniu tej notki odnalazłam w internecie raczej wiarygodną informację, że kilka lat temu Paweł Pawlikowski chciał nakręcić film o tamtych zdarzeniach. Przyznam, że o tym nie słyszałam. Ciekawa jestem, czy nie zrezygnował z pomysłu. Póki co zamiast opowieści o pionierach z Floreany dostaliśmy znakomitą "Ojczyznę".

Lektury podróżne (II) - Lorena Salazar Masso "Rana pełna ryb", Caro De Robertis "Perła"

Dziś druga i ostatnia część moich refleksji o książkach czytanych w podróży. Poprzednio pisałam o "Niedobrym zwyczaju" Alany S. Portero i "Czerwonym kwietniu" Santiago Roncagliolo.

Kolejną powieścią, jaką udało mi się przeczytać, jest "Rana pełna

ryb" kolumbijskiej pisarki Loreny Salazar Masso (Mova 2022; przełożyła Katarzyna Sosnowska). O tej książce usłyszałam kilka lat temu w podcaście, w którym ekspertka od Ameryki Łacińskiej, Doma Matejko, opowiadała o twórczości trzech kolumbijskich pisarek. A że ten zakątek świata bardzo mnie interesuje, co jakiś czas sięgam po jedną z omawianych wtedy pozycji. Ta jest trzecia, wcześniej przeczytałam "Otchłanie" Pilar Quintany i "Delirio" Laury Restrepo. Kolejne czekają w czytniku i w bibliotece. Muszę od razu napisać, że "Rana pełna ryb" zrobiła na mnie duże wrażenie i okazała się obok "Niedobrego zwyczaju" najciekawszą z tegorocznych podróżnych lektur. Jakież było moje zdumienie, kiedy z posłowia tłumaczki dowiedziałam się, że była pracą zaliczeniową na studiach kreatywnego pisania. Dopiero wykładowcy zachęcili jej autorkę, aby spróbowała poszukać wydawcy. 

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku dni w roku 2002. Główna bohaterka i narratorka płynie ze swoim przybranym synem rzeką Atrato z miejscowości, w której mieszkają, do osady Bellavista. Droga mogłaby im zająć kilka godzin, gdyby stać ich było na bilety na szybki statek, ale ponieważ tak nie jest, skazani są na niewygody podróży łodzią, która tę trasę pokonuje znacznie wolniej. Tu koniecznie muszę dodać, że są to tereny słabo zurbanizowane, biedne, do których trudno się dostać, a najwygodniejszą drogą jest właśnie ta rzeka. Tak zresztą było w tym regionie zawsze. No i trzeba też wiedzieć, że w roku 2002 w Kolumbii wojna domowa trwała w najlepsze, a właśnie takie regiony jak ten, trudno dostępne, dzikie, były szczególnie nękane przez organizacje partyzanckie walczące z rządem. Tu łatwo było się ukryć, łatwo też było, często siłą, pozyskać nowych kandydatów na partyzantów. Miejscowa ludność daremnie prosiła władzę o pomoc, ale zostawiono ich samym sobie. Ślady nawiązujące do czającego się niebezpieczeństwa zorientowana w najnowszej historii Kolumbii czytelniczka lub takiż czytelnik odnajdą w powieści. A to łódź zwalnia, a sterniczka prosi wszystkich o ciszę i nieoglądanie się za inną łodzią, która właśnie ich mija. A to w jednej z osad, w której się zatrzymają, zostało spalonych kilka domów. A to jakiś mężczyzna pokazuje chłopcu broń, a potem znika spłoszony. A to jakaś matka skarży się, że  jej synowie zostali zabrani przez partyzantów. No i książka bezpośrednio nawiązuje do jednego ze zdarzeń, jakie rozegrały się w tym rejonie. Wszystkich interesujących się Kolumbią i jej problemami odsyłam do bardzo interesującej książki "Cafe Macondo. Reportaże z Kolumbii" Macieja Wesołowskiego, jednej z moich lektur podróżnych sprzed kilku lat, o której niestety z braku czasu nie napisałam.

Dlaczego wobec tego bohaterka wybiera się z kilkuletnim chłopcem w tak trudną i niebezpieczną podróż? Bo spełnia życzenie matki swojego przybranego syna, która chce go zobaczyć.  Kiedyś zjawiła się u swojej dalekiej znajomej z niemowlęciem, które jej zostawiła, właściwie stawiając przed faktem dokonanym, bo nie stać jej było na kolejne dziecko. Teraz narratorka boi się, że rodzona matka zechce odzyskać swojego syna.

To bardzo poruszająca, pięknie napisana powieść. Chociaż niewielkich rozmiarów sporo mówi o Kolumbii. Znajdziemy tu i opisy przyrody, bujnej selwy porastającej brzegi rzeki, i historie ludzi spotkanych na łodzi albo w osadach, w których się zatrzymają. Najczęściej ich losy są smutne. Poznamy też historię głównej bohaterki, która wspomina niektóre epizody ze swojego dzieciństwa. Jest też o różnicach klasowych i rasowych. Ale przede wszystkim to piękna opowieść o miłości matki i syna. O więzi, która się między nimi nawiązała. O trosce i staraniu o dziecko, któremu mimo skromnych możliwości chce się zapewnić jak najlepsze życie. Wzruszający jest też obraz czarnoskórego chłopca, który został przybranym dzieckiem białej kobiety.

Ta powieść na pewno zostanie w mojej pamięci.

Ostatnią podróżną lekturą jest "Perła" argentyńskiej pisarki Caro

De Robertis (Albatros 2025; przełożyła Izabela Matuszewska). Jak się o tej powieści dowiedziałam, nie pamiętam. Z pewnością musiałam o niej usłyszeć w jakimś podcaście, sama bym raczej jej nie odgrzebała w morzu wydawanych tytułów, tym bardziej że rzadko zdarza mi się sięgać po książki Albatrosa. Jeśli w ogóle. Prawdopodobnie zostałam zachęcona do lektury, a że temat bardzo mnie interesuje, więc zdecydowałam się nawet na kupno. Jakiż to temat? Opowieść nawiązuje do tragicznego okresu w historii Argentyny - dyktatury wojskowej junty w latach 1976- 1983. Nie jest to pierwsza powieść, jaką na ten temat przeczytałam. Kilka lat temu pisałam tu o wstrząsającej książce "Dwa razy czerwiec" Martina Kohana. Oczywiście trochę też o tym wiedziałam dzięki reportażom nieocenionego Artura Domosławskiego. Specjalnością junty były okrutne tortury więźniów politycznych, zrzucanie ich do oceanu z helikopterów albo masowe egzekucje, odbieranie niemowląt i małych dzieci więzionym matkom i oddawanie ich na wychowanie ideologicznie zdrowym rodzinom. Mówi się o tych ludziach zniknięci (desaparecidos). Do dziś rodziny poszukują swoich znikniętych dzieci lub wnucząt. I jeszcze jeden bulwersujący fakt - kiedy krwawy terror miał się w Argentynie znakomicie, odbyły się tam mistrzostwa świata w piłce nożnej. Nikogo jakoś ten dysonans nie ruszał. O tym jest właśnie powieść Martina Kohana.

Akcja "Perły" toczy się już kilkanaście lat po upadku dyktatury. Główną bohaterką i narratorką wielu fragmentów jest Perla Correa, studentka psychologii, która wychowuje się  w zamożnej dzielnicy w rodzinie emerytowanego oficera marynarki wojennej. Dziewczyna jest bardzo przywiązana do swoich rodziców, zwłaszcza do ojca. A i on darzy ją wielką miłością. Wątpliwości pojawiają się, kiedy poznaje i zakochuje się z wzajemnością w starszym o kilku lat dziennikarzu zaangażowanym politycznie po przeciwnej stronie barykady. Gabriel zajmuje się w swojej pracy zbrodniami wojskowej junty. To, co opowiada Perli, stoi w sprzeczności z tym, jak mówią jej o tamtych czasach rodzice. Dlatego dziewczyna ukrywa przed nimi swój związek. Kiedyś jednak stanie pewnie przed dylematem - Gabriel i skonfrontowanie się z przeszłością rodziny czy całkowita lojalność wobec rodziców i rozstanie z ukochanym.

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia wobec tej powieści. Na pewno do plusów zaliczam temat. Może nie dowiedziałam się wiele nowego, ale nigdy nie zawadzi sobie przypomnieć. Od razu ostrzegam, że sporo tu okrutnych, wstrząsających scen. Autorka nie oszczędza czytających. Ciekawie pokazana jest relacja córki i ojca. Odwieczny dylemat - jak pogodzić dwa oblicza tego samego człowieka? Kochającego, czułego, troskliwego, ubóstwianego ojca i fanatycznego zwolennika wojskowej junty. Bardzo ciekawa jest też sama historia. Jak się to wszystko skończy? Na co zdecyduje się Perla?

Co w takim razie budzi moje wątpliwości? Przede wszystkim elementy realizmu magicznego, jakie znajdują się w powieści. Nieraz już dawałam tutaj wyraz moim upodobaniom - realizm, realizm, realizm. To jest to, co najbardziej w literaturze lubię. Więc kiedy od razu na początku pojawił się taki właśnie element, najpierw mnie zmroziło, a potem pomyślałam sobie - trudno, potraktuj to jako metaforę. W gruncie rzeczy ta powieść jest przecież do bólu prawdziwa. Jeszcze bardziej jednak irytowały mnie fragmenty mocno egzaltowanej narracji pisanej z perspektywy jednego z bohaterów, takie emocjonalne pustosłowie. 

Mimo wszystko nie żałuję lektury. Jeśli ktoś interesuje się Ameryką Łacińską albo chciałby się zainteresować, to warto sięgnąć po każdą ze wspomnianych tutaj książek.

Lektury podróżne (I) - Alana S. Portero "Niedobry zwyczaj", Santiago Roncagliolo "Czerwony kwiecień"

Dziś pierwsza część refleksji o lekturach, po które sięgnęłam w czasie mojej wakacyjnej podróży. Tym razem udało mi się przeczytać aż trzy powieści, przyznaję, niezbyt długie, a jedną tuż przed wyjazdem. Dołączam ją jednak do tego sprawozdania, bo  w ferworze przygotowań  nie zdążyłam już o niej napisać, a i wybrałam ją już pod kątem regionu, w który się wyjeżdżałam. Bo zawsze w podróż staram się zabrać książki z miejsc, które odwiedzam albo przynajmniej jakoś im pokrewnych. Tym razem z braku laku to ten drugi przypadek. Takie pisanie po czasie obarczone jest oczywiście wadami, bo pamięć sprawia, że coś umyka, a i refleksja nie taka świeża. Z drugiej strony te niedoskonałości dobrze weryfikują lekturę, bo jeśli książka siedzi we mnie mocno mimo upływu czasu, to znaczy, że przynajmniej dla mnie była to rzecz ważna. Coś we mnie poruszyła. Mimo wszystko jeśli po wakacyjnej  podróży nie znajdowałam czasu, aby podzielić się tu refleksjami, zawsze tego żałowałam. Dość wstępu, czas przejść do rzeczy. Książki pojawią się w kolejności, w jakiej po nie sięgałam.

A więc na pierwszy ogień idzie powieść przeczytana tuż przed

wyjazdem. To "Niedobry zwyczaj" Alany S. Portero (Filtry 2025; przełożyła Agata Ostrowska). Muszę przyznać, że ta lektura pewnie by mi umknęła w powodzi tego, co się wydaje, gdyby nie audycja radiowa jej właśnie poświęcona. No i znowu szczęśliwemu przypadkowi zawdzięczam książkę ciekawą, ważną i poruszającą. Może to nie odkrycie na miarę "Drżę o ciebie matadorze" chilijskiego pisarza Pedro Lemebela, "Naszych dni wczorajszych" Natalii Ginzburg czy "Dziewczyny na via Flaminia" Alfreda Haeysa, ale naprawdę rzecz jest interesująca i poruszająca. A wspomniane w poprzednim zdaniu książki należą do kategorii odkryć, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, a o których dowiedziałam się trochę z przypadku, bo było o nich cicho. Oczywiście jest jeszcze pokrewna kategoria  - książek bardzo ważnych, o których jest cicho, a które wybrałam świadomie, śledząc na przykład wydawnictwo. To przypadek "Imion Krymu" Anastasiji Lewkowej. Sorry za tę dygresję, ale dawno nic mnie w światku literackim tak nie zirytowało, a miałabym ochotę użyć tu słowa niecenzuralnego, jak prześlepienie przez szanowne recenzentki i szanownych recenzentów zajmujących się pisaniem o książkach zawodowo tej świetnie napisanej i super ważnej powieści. Wiem, wiem, nowości wychodzi tyle, że nikt nie jest w stanie tego ogarnąć, ale wydaje mi się, że przynajmniej ludzie zajmujący się pisaniem o literaturze z oczywistych względów powinni mieć radar nastawiony na literaturę ukraińską. Dobra, dość wzmożenia, wracam do "Niedobrego zwyczaju".

Akcja powieści osadzona jest w Madrycie w latach osiemdziesiątych w  czasach transformacji po śmierci Franco. To wtedy rozbłysła gwiazda Pedro Almodovara, to wtedy Madryt stał się miejscem, w którym to, co w sferze obyczajowej dotąd tłamszone, mogło swobodnie wybuchnąć. A przynajmniej w niektórych dzielnicach i w niektórych środowiskach. Piszę to nieprzypadkowo, bo właśnie o tym traktuje ta książka. Jest to opowieść Alex, dziewczynki uwięzionej w ciele chłopca, która wychowuje się w robotniczej dzielnicy San Blas. A tam o takich sprawach się milczy, bo nie jest tak, że ich nie ma. Powieść można zaliczyć do kategorii bildungsroman, czyli rzeczy opowiadających o dorastaniu i kształtowaniu siebie, swojej tożsamości. Tak jest i w tym przypadku. Alex, bohaterka i narratorka, opowiada swoją historię z perspektywy czasu. Zaczyna ją od momentu, kiedy była kilkuletnią dziewczynką, kończy,  kiedy po wielu perypetiach, także tragicznych, całkowicie akceptuje siebie i wreszcie wychodzi z szafy. A nie był to proces łatwy. Nie tylko ze względu na środowisko, w jakim się wychowywała, ale także z powodu  jednego tragicznego zdarzenia, które ten proces na wiele lat zahamowało. 

Co poza problemami, z jakimi musi się zmierzyć transdziewczynka i transkobieta, sprawiło, że ta powieść we mnie zostanie? No bo to akurat jest oczywiste. W końcu po to, aby poznać odmienne doświadczenia nijak nieprzystające do naszych, sięga się po takie książki. Ale czy jest coś jeszcze? Tak. Dla mnie bardzo interesujący był obraz robotniczej dzielnicy San Blas, w jakiej wychowywała się Alex, i obraz jej rodziny. Dlatego szczególnie zainteresowała mnie pierwsza część powieści, w której  narratorka portretuje swoje otoczenie - rodziców, brata, sąsiadów, a zwłaszcza sąsiadki. A jest tu kilka postaci barwnych i wzruszająco nakreślonych. Mieszkańcy tego robotniczego osiedla tworzą wspólnotę, która się wspiera. Zwłaszcza kobiety. I chociaż o wielu sprawach się milczy, o przemocy domowej, o wszelkiej maści odmieńcach takich jak Alex, to jednak ofiary tej pierwszej mogą liczyć na pomoc kobiet, a odmieńcy na cichą akceptację bez nazywania istoty rzeczy i wgłębiania się w problem. Celowo użyłam tu słowa odmieniec, bo tak są tam takie osoby postrzegane. Chociaż Alex nie odważa się mówić o swojej kondycji głośno w otoczeniu najbliższych, kryje się w szafie, to ciepło pisze o swojej rodzinie. Nawet o matce, która chyba domyśla się, że Alex nie jest takim chłopcem jak jej starszy syn, więc na wszelkie sposoby stara się podkreślać i budować w nim męskość. Bardzo zainteresowały mnie też oczywiście problemy klasowe, o jakich opowiada ta książka. Praca ojca w fabryce, działalność w związkach zawodowych, strajki, harówka matki, która dorabia sprzątaniem, trudności wynikające z biedy i pozostawienie tych ludzi na marginesie. No i jeszcze jedno, coś, na co jestem wrażliwa - piękny, oryginalny, nieprzezroczysty język, jakim ta powieść jest napisana.

Pierwszą powieścią, po którą sięgnęłam w drodze, był "Czerwony

kwiecień" Santiago Roncagliolo (ArtRage 2026; przełożył Tomasz Pindel). Od momentu, kiedy przeczytałam jego "Noc szpilek", chciałam wypożyczyć z biblioteki "Czerwony kwiecień", który ukazał się kiedyś w innym wydawnictwie i oczywiście był już niedostępny. Na szczęście zanim to zrobiłam, ArtRage, który pozostaje wierny autorkom i autorom, wznowił tę powieść peruwiańskiego pisarza. A chciałam ją przeczytać nie tylko dlatego, że podobała mi się "Noc szpilek". Oczywiście słowo podobała się w wypadku takich wstrząsających książek nie jest najlepsze. Są przynajmniej jeszcze dwa powody. Jeden to moje zainteresowanie Ameryką Łacińską, w tym Peru, a drugi to okres, o jakim ta powieść opowiada. A jest to rok 2000, kiedy właśnie zasadniczo uporano się ze Świetlistym Szlakiem, i zbliżają się kolejne wybory prezydenckie. Wystartuje w nich ponownie Alberto Fujimori, którego rządy przyczyniły się do znacznego ograniczenia działalności tej brutalnej maoistowskiej partyzantki terroryzującej  kraj w imię szlachetnych ideałów. Użyłam słowa zasadniczo, bo nie wszędzie problem został rozwiązany. Większość kraju wolna już jest od terroru, ale na prowincji, a zwłaszcza w okolicy andyjskiej miejscowości  Ayacucho wciąż jeszcze dochodzi do rozmaitych incydentów. To region, który, jak sprawdziłam, bardzo ucierpiał w tamtych czasach. 

Bohaterem "Czerwonego kwietnia" jest zastępca prokuratora okręgowego Felix Chacaltana Saldivar, który po śmierci matki i po rozwodzie wraca z Limy do rodzinnego miasta. To dziwna decyzja, bo wielu przedstawicieli aparatu władzy najchętniej by stamtąd uciekło, traktują pracę w tym miejscu jak zesłanie. Dziwny jest też główny bohater. Rozmawia ze zmarłą matką, jest służbistą, wypiera dramatyczne wspomnienia z dzieciństwa, zwierzchnicy traktują go lekceważąco. Zostaje mu przydzielona sprawa okrutnego morderstwa. Wkrótce okaże się, że dojdzie do całej serii równie makabrycznych zbrodni. Czy stoi za nimi Świetlisty Szlak? Władze za wszelką cenę wolą udawać, że tak nie jest, szczególnie, że zbliża się Wielki Tydzień, na który do miasta ściągnie tłum turystów pragnących oglądać znane w Peru obchody, no i mają odbyć się wybory, których nic nie powinno zakłócić. Felix Chacaltana Saldivar nieoczekiwanie dla siebie, wbrew woli przełożonych, którym zazwyczaj jest posłuszny, postanowi rozwikłać zagadkę tych morderstw. 

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia dotyczące tej powieści. Najpierw o tym, co mi się bardzo podobało i wciągnęło bez reszty. Oczywiście sama intryga. Trzeba przyznać, że akcja trzyma w napięciu, wszystko się wikła, następują nieoczekiwane zwroty. Im dalej w las, tym bardziej byłam ciekawa, jak to wszystko się skończy. Poza tym oczywiście interesowało mnie tło polityczne, o czym już wspominałam. Najbardziej jednak przypadło mi do gustu to, że odnajdywałam w tej powieści echa książek mojego ulubionego latynoskiego pisarza, i w ogóle jednego z najbardziej ulubionych, Mario Vargasa Llosy. Szczególnie dwóch. Nie wiem, na ile to odwołania świadome, a na ile moje luźne skojarzenia. Jedna to "Lituma w Andach". I nie chodzi tylko o to, że akcja tej powieści też nawiązuje do działalności Świetlistego Szlaku, chociaż opowiada o czasach, w których ta lewicowa partyzantka była cały czas niebezpieczna. Podobna jest atmosfera napięcia, osaczenia. Bohater znalazł się w matni tak jak Lituma i jego pomocnik pilnujący andyjskiej osady, w której mieszkają robotnicy budujący drogę. Akcja obu powieści toczy się w górach na głębokiej prowincji, w regionach, o których Lima najchętniej by zapomniała. Poczucie osamotnienia, opuszczenia, bezradności bohaterów wobec tego, co się dzieje, jest w obu powieściach dojmujące. Odnajduję  tu też jakąś dzikość wiążącą się z wierzeniami rdzennej ludności. Natomiast podobieństwo do "Pantaleona i wizytantek" dostrzegam w konstrukcji bohaterów. Obaj są służbistami, co powoduje, że powieści mają rys groteskowy. O ile pamiętam, a czytałam bardzo dawno i na pewno wkrótce zrobię to ponownie, groteski w książce Llosy jest znacznie więcej. W "Czerwonym kwietniu" robi się znacznie dramatyczniej.

Co w takim razie sprawiło, że mam mieszane uczucia? Tylko jedno - zakończenie, rozwiązanie zagadki. Wydało mi się po prostu nazbyt wydumane. Wydarzenia już tak się pokomplikowały, poobracały, że się w tym wszystkim pogubiłam. Odłożyłam powieść z poczuciem nadmiaru. Może to, kto ostatecznie stał za tymi zbrodniami, nie wydałoby mi się nieprawdopodobne, gdyby nie tyle poprzednich tropów i zwrotów akcji. Mimo to lektury nie żałuję i na pewno będę po książki Santiago Roncagliolo sięgać. W szczególności po jego reportaż o Świetlistym Szlaku, który czeka już w czytniku.

Popularne posty