Książka Elizy Kąckiej, literaturoznawczyni, krytyczki literackiej,
felietonistki i pisarki, "Wczoraj byłaś zła na zielono" (Karakter 2024) stała się czytelniczym bestselerem. Co to znaczy w polskich warunkach, kiedy wydawcy nie ujawniają nakładów, nie wiadomo. Wiadomo za to, że było o niej bardzo głośno, no a dowodem sukcesu, jest podwójna nagroda Nike, jury i czytelniczek oraz czytelników. A taki dublet w ciągu dwudziestu dziewięciu lat zdarzył się tylko sześć razy. A i dzisiaj książka jest cały czas w czytelniczym obiegu, o czym świadczy fakt, że w moim mieście w zdecydowanej większości bibliotecznych filii na tę pozycję trzeba czekać w kolejce. Nie przypuszczam, aby było wyjątkiem. Mimo tego jakoś nie miałam ochoty po książkę Elizy Kąckiej sięgać. No może trochę z ciekawości. Kiedy na coś robi się aż taki hajp, we mnie budzi się przekora. No chyba że lubię twórczość autorki czy autora albo jestem zajarana tematem. Ale to nie ten przypadek. I najprawdopodobniej po książkę bym nie sięgnęła, ale nadarzyła się okazja, aby jednak ją sprawdzić. To dyskusja w klubie czytelnicym, na spotkania którego od czasu do czasu chodzę.Przyznam, że bałam się trochę tej lektury. Bałam się elokwencji autorki, bo zdarzało mi się jej słuchać i nie zawsze było to przystępne doświadczenie. Tymczasem książkę przeczytałam bardzo szybko. Chociaż muszę przyznać, że barokowy język tej opowieści może być dla kogoś barierą. Ja lubię językowe łamańce, czasem jednak ta słowna ekwilibrystyka wznosiła się na takie wyżyny, że trudno było odnaleźć w niej jakieś znaczenie. No bo co znaczy takie zdanie: Nikt tak skutecznie jak anioł nie wygryzie niesamowitości z etatu. O jaki etat chodzi? Jest jakiś inny niż ten powszechnie znany? Powodowana dociekliwością sprawdziłam w słowniku, owszem jest kilka znaczeń, ale żadne tu nie pasuje. To przykład ekstremalny i jeśli o mnie chodzi barokowy język mi nie przeszkadzał. Najczęściej sprawiał przyjemność. Nie mogę jednak powiedzieć, że aprobuję książkę Elizy Kąckiej bez zastrzeżeń i abym się nią zachwyciła.
Zacznijmy od pytań. Czy to rzeczywiście esej, czy może jednak autofikcja? A jeśli autofikcja, to ile w niej historii osobistej, a ile fikcji? Czy powinniśmy mówić o autorce czy jednak o narratorce? Bo jeśli o autorce, to może pojawić się wątpliwość o charakterze etycznym - czy autorka ma prawo pisać o swojej neuroróżnorodnej córce, nawet jeśli opowiada o niej z wielką empatią, stawiając często jej świat, do którego tak trudno się dostać, wyżej od naszego zwykłego?
Chyba dopiero tacy jak Ruda - a pośrednio każdy, kto dzięki Rudym wszedł w to bez reszty - dają nam pojęcie o innej naturze świata. Tego, w którym odkładają się, kumulują myśli, słowa, gesty.
Czy osiemnastoletnia Ruda, bo tyle ma lat w momencie, kiedy Eliza Kącka urywa swoją opowieść, przeczytała tę książkę? Czy ją zaakceptowała? Dlatego wolałabym myśleć, że jednak więcej tu fikcji wywiedzionej z trudnego doświadczenia. Autorka ma przecież na swoim koncie pozycje prozatorskie. Szczególnie fragmenty opowiadające o okresie, kiedy narratorka razem z Rudą mieszkała w swoim rodzinnym Lidzbarku Warmińskim, bardzo przypominają mi powieść. Ja przynajmniej wchodziłam w nie jak w zagarniającą fikcję.
To, co było dla mnie interesujące i odkrywcze, to zderzenie się z doświadczeniem, z którym nigdy nie miałam do czynienia, czyli kontakt z dzieckiem o tak dużym stopniu neuroróżnorodności. Narratorka nigdzie nie zdradza diagnozy, co przemawiałoby na rzecz fikcji. Jest to więc opowieść o niemożności przeniknięcia do świata Rudej mimo wielkiej chęci i wielkiego wysiłku w to wkładanego.
Zwijała się ze śmiechu, a ja obserwowałam dzikie tango kwiatków i zazdrościłam dali, że wygrywa ze mną. Dali, w którą patrzyła przez burtę wózka jak przez szybę. Ważne, że w jej śmiechu była radość. Szkoda, że nie mogłam się do niej włamać. (...) Po chwili pocieszam się, że na pewno ma się dobrze, że to tylko ważne. Gorzej, gdyby cierpiała i nie dawała poznać po sobie. A jednak walczy się z poczuciem porzucenia, za każdym razem. Zdrady, za którą nie ma kogo winić.
"Dość!". Natychmiastowa blokada spektaklu. I znów nie mogłam włamać się w jej stan, podważyć miny, by zobaczyć, co pod nią ukrywa. Siedziała za maską, jakby już wcześnie trzymała ją w dłoniach i naraz zdecydowała się nałożyć, by skończyć zabawę. (...) Zawsze boli nagłość tego przykrócenia, odcięcia. Skok z ciepła zabawy w pustkę.
Nawet jeśli narratorka z czasem zaczyna rozumieć jej język, to jednak nigdy nie pojmie go do końca. Może sobie tylko na ten temat fantazjować i spekulować. Dlaczego nagle córka zaczyna nazywać ją Pingwinem? Dlaczego pewnego razu kieruje do niej to zdanie, które stało się tytułem? Chyba jednak największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty pokazujące, jak łatwo zaburzyć świat takiego dziecka, który oparty jest na rutynie, powtarzalności, stałości. A przecież rzeczywistość stwarza tyle bodźców, które mogą tę kotwicę wyrwać. Ot taka podróż metrem. Wystarczy, że ktoś zmieni miejsce, zrobi coś nieoczekiwanego - jeśli zaburzony zostanie układ, który Ruda zastała, wchodząc do wagonu, natychmiast rozlegnie się płacz i krzyk rozpaczy. I oczywiście nie spotka się to ze zrozumieniem współpasażerów. Trudno też tłumaczyć, że to nie kaprysy, tylko inny odbiór rzeczywistości. A przecież w metrze stale coś się zmienia.
Podjeżdża pociąg metra (...) Czuję, jak bardzo jest napięta, gdy siadamy tuż przy wejściu. Jesteśmy dwugłowym terrorystą, bombą z opóźnionym zapłonem. Trzymam ją na kolanach i okopuję się w nadziei, że wytrzyma, gdy pierwszy sąsiad wstanie, pierwsze dziecko zacznie machać nogami. (...) Patrzę przepraszająco na staruszki, matki, ojców, nastolatki. Chciałabym przekazać im telepatycznie, by nie wstawali aż do stacji Politechnika, a jeśli już muszą się poruszyć, to czy mogliby nie dziwić się naszej reakcji? (...) Na Gdańskim wsiada matka z dziećmi i te zaczynają grę w "chcę twoje miejsceee". Tego nie robi się naszemu światu. Bomba, ona wybucha. Tak, widzę wasze oburzenie. Zła matka, niegrzeczny bachor. Bezradna matka i mała złośnica. (...) Przed chwilą jeszcze uśmiechaliście się do mnie, bo nie wiedzieliście, że wiozę kota w worku. Ale w końcu wyślizguje mi się, wyrywa, spada na podłogę metra i zaczyna wierzgać i kopać z całej siły.
A takich sytuacji jest przecież na co dzień bardzo dużo.
Drugim tematem tej książki jest macierzyństwo. I nie chodzi tu tylko o doświadczenie macierzyństwa ekstremalnie trudnego i dodatkowo samotnego, ale także o oczekiwania, jakie otoczenie ma wobec matki, a zwłaszcza wobec matki takiego dziecka. Powinna przecież zrezygnować z siebie i poświęcić się całkowicie. Być tylko matką.
Matki należą do tytanów innego rzędu, a na końcu ich prac nie stoi wolność. Matka nie może bezkarnie oddawać się fantazjom o ludzkości. Matka ma poczucie winy. W macierzyństwie zaprzężonym do wózka martwiło mnie zawsze oddanie jednej osobie, wąskość perspektywy. Martwiło, nim sama weszłam w te rolę.
Przyjeżdżali z Warszawy, by zobaczyć się z kimś, kto przestał istnieć, a zarazem zaczął istnieć bardziej, bo w podwojeniu. Czekałam na nich, ale i bałam się tych odwiedzin. (...) Ciekawe, że będąc z córką sam na sam, nie miałam poczucia, że noszę mundur matki. I że jest to nie tylko forma służby, co było dla mnie jasne, lecz także forma nabytej powagi, czego nie chciałam. Przyjęłam odpowiedzialność, nie chciałam roli.
Agencja ochroniarska "Matka", osłaniająca spotkania dziecka ze światem. Nie rzuca się w oczy, nie robi sobie przerwy. (...)
- Jaką piękną ma pani córeczkę. Co za kolor! Mieszkacie w Lidzbarku?
- Tak.
- Jakie ma pani plany? Zostaniecie tu?
- Nie wiem.
(...) Naprawdę nie wiedziałam. A bałam się przyznać, że próbuję skończyć studia. Jakoś to głupio godzić z karierą ochroniarską.
Czas przejść do tego, co w książce Elizy Kąckiej budziło moje wątpliwości i zastrzeżenia. Pierwszy zarzut dotyczy pewnej powtarzalności. Po jakimś czasie miałam wrażenie, że już niczego nowego się nie dowiem, że w gruncie rzeczy ta książka mogłaby być krótsza, że dużo w niej słownej waty, na różne sposoby opowiadania o tym samym. Że mnożą się podobne sytuacje, podobne refleksje i przemyślenia.
Drugi zarzut związany jest z przedstawieniem świata, z jakim styka się narratorka i jej córka. Ten świat jest wrogi i nie rozumie. Poucza, udziela nieprzydatnych rad, wymądrza się, krytykuje, nie chce mieć kontaktu, jakby miał się od Rudej zarazić.
W trakcie jednego z seansów dołączył do nas chłopiec w jej wieku. Trzymał w lewej dłoni ogryzek gofra i półotwartymi ustami wodził wzrokiem to po mnie, to po niej, wolno i systematycznie, jakby miał pod powieką wykrywacz nielegalnych środków. (...)
- Kaaamileeek, chodź, wujek cię nad jezioro wyrzuci.
Usta Kamilka ściągnął grymas niedosytu. Przerwali mu, a przecież kupił sobie bilet na nas w komplecie z tym gofrem. I jeszcze nie skończył. W odwecie zaczął przycinać mi spojrzeniem nogawki.
- No, co tam? Jaki rezultat skanowania? - nie wytrzymałam. (...)
- Spierdalaj - oddał z powagą. I połknął gofra.
Jedyni życzliwi ludzie, poza rodzicami narratorki czynnie uczestniczącymi w opiece nad Rudą, to ci, którzy mają podobne doświadczenia. Pozostali wykazują się brakiem empatii, są po prostu wredni. To widać szczególnie w pierwszej części książki. A przecież trudno sobie wyobrazić, że wszyscy tak wrogo reagują. Może większość, ale wszyscy?
Wreszcie zarzut trzeci, a może bardziej znowu wątpliwość. Kiedy teraz myślę o tej książce, to przypominają mi się wszystkie amerykańskie filmy, które opowiadają o trudnych problemach, wygładzając wszelkie kanty. Niby jest ciężko, ale jednak nijak to prawdziwego życia nie przypomina. Niby jest ciężko, ale jednak zawsze będzie szczęśliwe zakończenie. I trochę tak jest tutaj. Oczywiście narratorka opowiada o problemach, o trudach, ale jednak nie do końca. Jakoś tak nieoczekiwanie Ruda radzi sobie coraz lepiej, zalicza kolejne etapy edukacji, chodzi do szkoły średniej, staje się pełnoletnia, coraz lepiej komunikuje się ze światem. Jaka droga do tego doprowadziła? Jak to się stało? Narratorka przede wszystkim skupia się na początkowym okresie życia córki, powiedzmy do czasu młodszej podstawówki, ten drugi traktując bardziej powierzchownie. Jakim cudem narratorce udało się skończyć studia, a potem robić doktorat? Jakim trudem było to okupione? Nawet jeżeli miała ogromną pomoc rodziców. A miała. Dlatego bliżej tej książce do pięknej baśni, w której wszystkie przeszkody uda się pokonać i będzie szczęśliwe zakończenie, niż do realistycznej prozy. Takie wrażenie potęguje jeszcze ekwilibrystyczny język.
Lektury nie żałuję, ale zachwytów nie podzielam.








