Matthew Desmond "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast"

Są takie książki, o których nie usłyszelibyśmy pewnie nigdy, gdyby nie polecenie kogoś, komu ufamy. Niereklamowane, o nieatrakcyjnym, ba, zapowiadającym nudę tytule. To banalne stwierdzenie, przecież takich pozycji jest całe morze, nawet ocean. Strach pomyśleć, ile rzeczy wartościowych przegapiamy. To przypadek książki Matthew Desmonda "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast" (Marginesy 2019; przełożył Tomasz S.Gałązka). Jasne - problem ważny, ale żeby zaraz czytać? Brzmi nieefektownie, kojarzy się z nudną ekonomią. Na szczęście usłyszałam o tej książce w radiu. Piszę na szczęście, bo jest to rzecz nadzwyczaj aktualna, opowiada o Stanach, konkretnie o problemie mieszkaniowym, z jakim borykają się najubożsi mieszkańcy USA. A wszystko na przykładzie jednego miasta - Milwaukee. Stany to kraj, który długo mitologizowaliśmy. Łuski już dawno spadły mi z oczu. Kilka tygodni temu usłyszałam od eksperta biorącego udział w dyskusji radiowej, że USA to kraj upadający. Dodał, że nigdy nie przypuszczał, iż kiedyś wypowie te słowa. Jeśli tak jest rzeczywiście, to "Eksmitowani" tylko potwierdzają tę tezę.

Warto napisać kilka słów o autorze i jego metodzie pracy. Matthew Desmond jest profesorem socjologii. Jeśli teraz, czytelniku tej notki, straciłeś całe zainteresowanie książką, bo pomyślałeś sobie, że to nudna praca naukowa, jesteś w błędzie. "Eksmitowanym" najbliżej do reportażu, który czasami przypomina powieść, bo autor odtwarza sceny z życia swoich bohaterów, ich rozmowy, pozwala im mówić swoim językiem - slangowym, kolokwialnym. Oczywiście są też partie, gdzie żywioł reportażu i powieści ustępuje miejsca dyskursowi socjologicznemu, ale pisanemu w sposób bardzo przystępny. To wszystko było możliwe, bo autor kilka lat towarzyszył ludziom, których wspólnym mianownikiem jest to, że wpadli w spiralę problemów mieszkaniowych. Co w tym wypadku oznacza słowo towarzyszył? Między innymi to, że sam na ponad rok zamieszkał na osiedlu mieszkaniowych przyczep kempingowych. Ale także to, że dosłownie współuczestniczył w ich życiu. Jadł z nimi, czasem nocował w nędznych mieszkaniach, jakie wynajmowali, chodził do sądu, pomagał w przeprowadzkach, słuchał ich rozmów. Jeśli nie był świadkiem jakiejś sytuacji, tylko poznał ją z drugiej ręki, rzetelnie o tym informuje. 

Bohaterów jest kilkoro. Różni - samotne matki, ale i samotny, kaleki ojciec, samotna starsza kobieta, para mająca problem z narkotykami, mężczyzna, który kiedyś miał dobrą pracę, mieszkał w dobrej dzielnicy, ale uzależnienie od leków, narkotyków i alkoholu sprawiło, że stracił wszystko, samotna młoda kobieta, która wychowywała się w kilku rodzinach zastępczych i właśnie rozpoczęła samodzielne życie, oraz paru innych. Czarni i biali. Desmond nie skupia się na kolorze skóry, specjalnie go nie eksponuje, po jakimś czasie nie pamiętałam już, kto jest czarny, a kto biały. W pewnym momencie zaznacza jednak, że najtrudniej zawsze mają czarne kobiety samotnie wychowujące dzieci. Ale to nie wszyscy bohaterowie. Jest jeszcze troje tych, którzy stoją po przeciwnej stronie barykady - wynajmowanie nieruchomości stało się ich jedynym źródłem zarobku. Dodam, że bardzo dobrym źródłem. Jednym z nich jest właściciel placu z przyczepami, na którym mieszkał Desmond i kilkoro spośród bohaterów książki. Kolejni to czarna para, która posiada wiele domów i mieszkań w najuboższej dzielnicy Milwaukee, zwanej gettem. Bohaterka lubi powtarzać: Getto jest git. Oznacza to tyle, że właśnie w tej najuboższej dzielnicy można robić wspaniałe interesy. Brzmi paradoksalnie, bo jak niby da się zarabiać na tych, którzy spadli na sam dół społecznej drabiny albo nigdy się z niej nie wyrwali? Otóż można i to znakomicie mimo strat ponoszonych z powodu zaległości czynszowych. Chociaż getto zamieszkują głównie czarni, to trafiają tam też ubodzy biali. Bronią się przed tym rękami i nogami, bo dzielnica ma złą sławę i w niektórych miejscach bywa bardzo niebezpieczna, ale kiedy w wyniku spirali problemów mieszkaniowych  spadają na samo dno, nie mają wyjścia.

Nie jest to książka przyjemna. Przyglądamy się ludzkiej nędzy, borykaniu się z losem. Czasem ci ludzie są sami sobie winni. Tak jest z mężczyzną, który w wyniku uzależnienia, stoczył się na dno. Można sarkać na samotne matki, które mają kilkoro dzieci, każde z kimś innym. Że źle lokowały swoje uczucia, że były nieostrożne i nieodpowiedzialne. Nie do końca jednak jest to wynikiem ich bezmyślności. Często nie potrafią żyć inaczej, bo nie miały dobrych wzorców, dziedziczą biedę i taki sposób życia. Są dziećmi samotnych matek, nie znają swoich ojców. Czasem jednak nie ma żadnej winy w tym, że ktoś ma takie problemy. Czym zawiniła młoda, niesamodzielna kobieta, która ma za sobą straszne doświadczenia dzieciństwa i młodości? Wychowywała się w kilku rodzinach zastępczych, gdzie niekoniecznie żyło jej się różowo. Kiedy osiągnęła pełnoletność, wypadła z systemu, który opiekuje się takimi jak ona, i musi żyć na własną rękę. Z samodzielnością zupełnie sobie nie radzi i popada w coraz większe tarapaty. Nikt nie zadbał o jej wykształcenie, o nauczenie jakiegoś zawodu. Nawet jednak ci, którzy sami są sobie winni, jeśli się ockną i chcą o siebie walczyć, nie znajdują instytucjonalnej pomocy. Niby mogą zapisać się na przykład do poradni leczenia uzależnień, ale w praktyce jest to droga przez mękę, bo system jest niewydolny, przyjmuje zaledwie kilku pacjentów dziennie, a kolejka długa. Nawet na takie leczenie potrzebują pieniędzy, których przecież nie mają. Trzeba wielkiej determinacji i hartu ducha, aby wytrwać na tej drodze. Bogatych uzależnionych stać na prywatne kliniki odwykowe, biedacy muszą radzić sobie sami. 

Najbardziej jednak przeraziły mnie chyba opisy mieszkań, domów i przyczep, jakie wynajmują ci ludzie. To najczęściej zdewastowane nory, o które nie dbają właściciele. Z zepsutymi kranami i toaletami, z brudnymi wykładzinami, ścianami pokrytymi farbą z ołowiem, z wybitymi szybami, drzwiami, które można otworzyć kopniakiem. Między wynajmującymi a właścicielem bez przerwy toczy się wojna o to, kto odpowiedzialny jest za naprawę, kto pokryje jej koszty. Jedni zwalają winę na drugich. Właściciele oskarżają wynajmujących o to, że zapchał się odpływ wanny i woda nie spływa, obciążają ich kosztami naprawy, jeśli w ogóle do niej dojdzie. Tak rosną długi. A w ich spiralę wpaść bardzo łatwo. Wystarczy w jednym miesiącu nie zapłacić czynszu, aby w kolejnym nie poradzić sobie z podwojoną kwotą. W położeniu tych ludzi o taką sytuację naprawdę nietrudno. Co zrobić, jeśli stoi się przed wyborem - czynsz czy leki dla dziecka albo dla siebie? Czynsz czy nowe buty, bo stare dziurawe? Czynsz czy wyprawka do szkoły? Czynsz czy wyjazd na pogrzeb kogoś bliskiego? 

A potem już z górki. Nakręca się spirala eksmisji i człowiek ląduje w coraz gorszych miejscach albo w schronisku dla bezdomnych, gdzie też nie może mieszkać wiecznie. Koszty eksmisji, składowania w specjalnych magazynach całego dobytku spadają oczywiście na eksmitowanych. Mało tego, każda eksmisja wydana przez sąd zostaje zapisana w specjalnym rejestrze dostępnym dla właścicieli nieruchomości. W takich sprawach nie przysługuje adwokat z urzędu, dlatego ci niewykształceni, bezradni ludzie nie mają szans w starciu z właścicielem. Spraw o eksmisję jest w sądach tyle, że sędziom brakuje czasu, aby pochylić się nad każdym przypadkiem. To jak taśma w fabryce, praca na akord. A kiedy ma się już taką czarną kartotekę i niewielkie fundusze, szukanie nowego lokum to droga przez mękę. Bohaterki książki potrafiły odwiedzić ponad siedemdziesiąt mieszkań, zanim udało im się wynająć cokolwiek. Kiedy znaleźć na to czas? Zwalniać się z pracy, jeśli się ją ma? Co zrobić w tym czasie z dziećmi? Szukanie trwa jeszcze dłużej, jeśli miasto przemierza się na piechotę. Dlatego eksmitowani często wolą dogadać się z właścicielem i sami opuszczają mieszkanie, co też łączy się z wieloma perturbacjami. Nie zdawałam sobie sprawy z bezmiaru problemów, jakie generują kłopoty mieszkaniowe. Choćby takie - zmiana mieszkania często oznacza nową szkołę dla dziecka i nowe sąsiedztwo. Rwą się więzi koleżeńskie i sąsiedzkie. O zawiązaniu przyjaźni mowy nie ma. Człowiek zawsze jest obcy. A to właśnie dla biednych sieć kontaktów jest bardzo ważna, często ratuje im życie. A co jeśli taka przeprowadzka zdarza się kilka razy w roku? To nie są rzadkie przypadki! Inny problem - zdarza się, że eksmitowani tracą wszystkie swoje rzeczy, cały dorobek życia, pamiątki. Dzieje się tak na przykład wtedy, jeśli nie są w stanie opłacać miejsca w magazynie, gdzie składowany jest ich dobytek. A nie są to małe kwoty. A tym wszystkim kłopotom często towarzyszy jeszcze depresja, czemu doprawdy trudno się dziwić. I bardzo niska samoocena - ci ludzie czują się nikim.

Siłą książki Matthew Desmonda jest to, że łączy w sobie perspektywę pojedynczego, konkretnego człowieka z szerszą, bo  naukową perspektywą socjologiczną. Jego opowieść poparta jest licznymi badaniami, statystykami i pracami socjologicznymi oraz ekonomicznymi. Autor znakomicie uświadamia czytelnikowi cały łańcuch problemów, jaki łączy się  z tym obszarem biedy. O niektórych pisałam przed chwilą, ale jest ich znacznie więcej. Pokazuje też cały system, który niby pomaga ubogim, ale robi to w sposób niewystarczający i często niewłaściwy. Zresztą bardzo łatwo z takiego systemu pomocy wypaść. Wystarczy, że eksmitowany całą swoją energię pożytkuje na znalezienie nowego mieszkania i zwyczajnie zapomina, że powinien się zgłosić w terminie do jakiegoś urzędu, aby pomoc przedłużyć. Za to uwielbiają ten system właściciele nieruchomości, bo dzięki bonom czy dopłatom mają gwarancję, że dostaną swoje pieniądze. Problem w tym, że ubodzy często mają niewiele więcej niż te bony czy dopłaty do czynszu. Autor pokazuje też drogi wyjścia z tej sytuacji - jak stworzyć system pomocy lepszy, efektywniejszy, jak zmniejszać strefę ubóstwa mieszkaniowego. 

Na koniec kilka krótkich informacji, które mnie zbulwersowały i które pokazują bezmiar problemu oraz to, że biednemu zawsze wiatr w oczy, a nad bogatym słońce nie zachodzi. W 2013 roku w Milwaukee co ósma rodzina nie była w stanie samodzielnie płacić czynszu. Trzy na cztery rodziny potrzebujące wsparcia mieszkaniowego nie dostają go. 67 % ubogich nie otrzymuje żadnej pomocy. Paradoksalnie czynsze w gorszych dzielnicach są tylko trochę niższe od tych w lepszych. Paradoks kolejny - stopa zwrotu z nieruchomości w gorszej dzielnicy jest znacznie wyższa niż w lepszej. Dlaczego? Bo czynsz wprawdzie trochę mniejszy, ale podatki, opłaty, cena nieruchomości znacznie niższe. Kiedy lokal zupełnie nie nadaje się już do użytku, zamiast remontować, wystarczy przestać płacić podatek od nieruchomości, a dom za długi przejmuje miasto bez konsekwencji dla właściciela. Właściciel placu z przyczepami, na którym mieszkał autor i niektórzy bohaterowie jego książki, należy do jednego procenta najbogatszych Amerykanów, a większość z jego lokatorów do dziesięciu procentów najuboższych. Jego roczny dochód jest trzydzieści razy wyższy od dochodu jego lokatora pracującego na pełnym etacie za pensję minimalną, a pięćdziesiąt razy wyższy od tego, który żyje z zasiłku. Co roku eksmisje dotykają milionów Amerykanów, najczęściej niebiałych kobiet z dziećmi. Co piąta rodzina ponad połowę dochodów wydaje na czynsz. Kiedy państwo ograniczało pomoc mieszkaniową dla najuboższych, jednocześnie przyznawało coraz większe ulgi właścicielom nieruchomości. W 2008 roku wydatki na pomoc mieszkaniową rządu federalnego wyniosły 40 milionów dolarów, a ulgi podatkowe dla właścicieli nieruchomości 171 miliardów dolarów.
Wystarczy? Jeśli nie, to na koniec cytat.

Ubogie rodziny żyją ponad stan w mieszkaniach, na które ich nie stać. Problem w tym, że to i tak najtańsze lokale na rynku.

Najczęściej mieszkania, o których mowa, to zaniedbane, zdewastowane nory, co zupełnie nie obchodzi ich właścicieli.

Beata Biały "Osiecka. Tego o mnie nie wiecie"

Skusiłam się na książkę Beaty Biały "Osiecka. Tego o mnie nie wiecie" (W.A.B. 2020). Może nie jestem jakoś ogromnie zafascynowana poetką, tak jak autorka, ale to przecież postać nietuzinkowa, jedna z ikon polskiej kultury owiana legendą trochę tragiczną, trochę skandalizującą. Nie sposób nie znać piosenek, do których pisała słowa. Jedną z zalet książki jest to, że aż roi się w niej od cytatów i odniesień do konkretnych utworów, co oczywiste. Agnieszka Osiecka napisała taką masę tekstów, że nie wszystkie bezbłędnie z nią kojarzymy. W trakcie lektury zdarzały się sytuacje, kiedy ze zdumieniem odkrywałam, że jakieś słowa wyszły właśnie spod jej pióra. Bywa odwrotnie, czego dowiedziałam się z rozmowy z jedną z jej przyjaciółek, Magdą Czapińską, która przyzwyczaiła się już do tego, że tekst wielkiego przeboju Maryli Rodowicz Wsiąść do pociągu byle jakiego, do którego to ona napisała słowa, jest bardzo często przypisywany Agnieszce Osieckiej. 

Drugi powód, dla którego sięgnęłam po książkę, to lektura powieści Manueli Gretkowskiej "Poetka i książę" o krótkim, platonicznym romansie Agnieszki Osieckiej z Jerzym Giedroyciem. Warto ją przeczytać nie tylko dlatego, że ciekawa i wiarygodna, bo bazuje na dziennikach poetki i innych dokumentach z jej archiwum, ale można jej lekturę potraktować jako znakomitą zachętę do sięgnięcia po biografię Jerzego Giedroycia, jego listy, przeprowadzane z nim wywiady. To postać arcyważna dla polskiego życia kulturalnego, twórca paryskiej Kultury. Polecam biografię pióra Magdaleny Grochowskiej "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu"

I wreszcie powód trzeci - od czasu do czasu mam potrzebę lektury lżejszego kalibru. Tak było i teraz. Po reportażu o bezdomności w Stanach musiałam odetchnąć, a książka Beaty Biały znakomicie się do tego nadaje.

Większość rozdziałów to rozmowy z ludźmi, którzy Agnieszkę Osiecką znali, bo albo na jakimś etapie życia byli z nią w bliskich, często przyjacielskich, relacjach, albo z nią współpracowali. Czasem jedno łączyło się z drugim. Wśród rozmówców autorki są między innymi Olga Lipińska, Maryla Rodowicz, Magda Umer, Krystyna Janda, Hanna Bakuła, Dorota Stalińska, Magda Czapińska, Barbara Wrzesińska, Urszula Dudziak, Maria Szabłowska, Daniel Olbrychski, Stan Borys, Jacek Mikuła, Jerzy Satanowski, Janusz Anderman, Andre Ochodlo i wielu innych. Autorka próbuje odpowiedzieć na pytanie, jaka była Agnieszka Osiecka, na czym polegał jej fenomen i tajemnica. Padają pytania o szczęście, nietrwałe związki z mężczyznami, miłość, rodzinę, alkoholizm, macierzyństwo, chorobę, o to, jak pracowała, jaka była dla innych, ale też o jej twórczość. Wyłania się z tych opowieści kobieta nietuzinkowa, fascynująca, niezwykle zdolna i pracowita, ale też dla wielu kontrowersyjna. 

Kontrowersje są związane najczęściej z jej macierzyństwem, z tym, że zostawiła córkę mężowi, którego porzuciła, a sama odeszła do kolejnej miłości, chyba najbardziej tragicznej. No bo o ile nie gorszymy się, kiedy tak postępuje mężczyzna, ba istnieje społeczne przyzwolenie na to, że potem nie tylko tym dzieckiem się nie interesuje, ale nawet go nie utrzymuje, o tyle jeśli to kobieta odchodzi, nie ma przebacz. Rozmówcy Beaty Biały oczywiście jej nie potępiają, starają się zrozumieć i dociec przyczyn, dlaczego tak się stało. Na pewno to jeden z tragicznych rysów życia Agnieszki Osieckiej, bo córkę kochała, miała z nią kontakt, ale jednocześnie nie potrafiła być taką codzienną, zwyczajną matką. Oczywiście nic nie jest proste, istnieje przecież druga strona - dziecko. O tym, jak przeżywała swoje złożone relacje ze sławną mamą, że nie było to łatwe, Agata Passent  mówiła w wielu wywiadach, które można znaleźć w internecie. Nie da się ukryć, że brak matki, jej alkoholizm, który sprawiał, że nie mogła na niej polegać, położył się cieniem na jej dzieciństwie i młodości. To wszystko nie oznacza, że ją potępiła i skreśliła. Największy żal ma o to, że bagatelizowała problem z alkoholem i nie chciała się leczyć. Szkoda tylko, że tego wszystkiego nie dowiedziałam się z książki, bo nie ma w niej wywiadu z Agatą Passent. Dlaczego?     

Inne kontrowersje dotyczą licznych, niestałych związków Agnieszki Osieckiej z mężczyznami. Co ciekawe, to ona zwykle padała ofiarą, cierpiała, musiała się zakochiwać, ale nie umiała zbudować głębszej relacji. Te nieszczęśliwe miłości stawały się potem wspaniałą pożywką dla jej twórczości. Niektórzy rozmówcy wręcz twierdzą, że potrzebowała tej adrenaliny, tego cierpienia, aby pisać, że kreowała swoje życie i przetwarzała je w literaturę. Inaczej nie umiała. O kolejnej kontrowersji już trochę wspominałam. To alkoholizm, który długo był tabu, przerwała je po śmierci matki Agata Passent. Agnieszka Osiecka od dawna miała z nim problem, który szczególnie nasilił się pod koniec życia, kiedy chorowała. Tu pojawia się wielokrotnie stawiane pytanie, dlaczego nie chciała się leczyć. Nie wiedziałam, że miała szansę, gdyby zdecydowała się na operację. Dlaczego tego nie zrobiła? W jednym z wywiadów pada odpowiedź. Przyznam, że ją rozumiem. 

Czego jeszcze dowiadujemy się o Agnieszce Osieckiej? Przede wszystkim była niezwykle zdolna, wierszami trzepała jak z rękawa. Świetna w pracy - szybka, solidna, nie protestowała i nie obrażała się, kiedy proszono ją o poprawki. Chciała, aby jej utwory żyły, aby efekt był widoczny natychmiast, dlatego zdarzało się, że ten sam tekst dawała kilku osobom, kto pierwszy ten lepszy, ona jak najszybciej chciała usłyszeć piosenkę, zobaczyć monodram na podstawie swojego tekstu na deskach sceny. Ale osoby, które o tym mówią w książce, nie mają do  niej żalu. Jeśli miały, to krótko. Lubiła obdarowywać, dzielić się. Zupełnie nie przywiązywała wagi do sfery materialnej. Miała pieniądze, to je wydawała. Nie gromadziła niczego. Zupełnie nie przywiązywała wagi do wyglądu, do stroju, nie potrafiła się ubrać i nie było na to rady, mimo że niektóre przyjaciółki próbowały ją reformować. Interesowała się ludźmi, umiała rozmawiać z każdym, wysłuchać, poświęcić uwagę i zapamiętać rozmowę, aby po jakimś czasie do niej wrócić. Towarzyska, potrzebowała ludzi, ale jednocześnie była samotna, co szczególnie nasiliło się w czasie choroby. Odsuwała się od przyjaciół i znajomych, nie dopuszczała do największej tajemnicy, nie chciała pomocy. Wielu nie zdawało sobie sprawy, jak poważny jest jej stan. Ukrywała swoje pobyty w szpitalu, niemal do końca funkcjonowała normalnie. Smutki i strach przed śmiercią topiła w alkoholu. Czy była szczęśliwa? A kto tak o sobie może powiedzieć? Szczęście to kwestia chwili, najczęściej krótkiej, czasem dłuższej.

Oczywiście mnóstwo w książce anegdot, zabawnych sytuacji. Jeśli czegoś mi brakuje, to, jak już wspominałam, wywiadu z Agatą Passent, która szczerze wypowiadała się w prasie na temat relacji z matką. Chciałabym też przeczytać rozmowę z Karoliną Felberg-Sendecką, która wprawdzie Agnieszki Osieckiej nie znała, ale teraz zajmuje się edycją jej dzienników i powieści. Sama mówi, że wie o jej młodości tak dużo jak nikt. Już po lekturze książki, kiedy, co czasem mi się zdarza, zaczęłam szperać w internecie, natknęłam się na bardzo ciekawy wywiad z nią.  

Mimo tych braków książkę czyta się bardzo dobrze. Nie żałuję, że zdecydowałam się po nią sięgnąć.

"Ojciec"

Kiedy zdecydowałam się wybrać do kina na bułgarski film "Ojciec", nie miałam pojęcia, że jego reżyserką jest Kristina Grozeva, która nakręciła znakomitą "Lekcję". Chociaż jej najnowszy film nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia, to jednak obejrzałam go z przyjemnością. To kameralna historia opowiadająca o relacji ojca i syna, którzy spotykają się na pogrzebie żony i matki. Trochę takie znacie to posłuchajcie opowiedziane nieco melancholijnie, nieco śmiesznie. Opowieść o tym, jak nieoczekiwane zdarzenia odrywają człowieka od spraw, które są dla niego ważne. Drażnią i irytują, bo zabierają czas i energię, każą się zatrzymać, zweryfikować priorytety, pomyśleć. I jeszcze o tym, jak zatajenie prawdy, nawet ze szlachetnych pobudek, komplikuje życie - jedno kłamstwo pociąga kolejne, rozbudza wyobraźnię, prowadzi do nieporozumień. No i wreszcie, o czym wspominałam, o relacjach pomiędzy ojcem i synem. 


Możemy się domyślać, że Pavel nie spodziewał się śmierci matki, jak zresztą nikt z rodziny. Jest pewien, że przyjedzie na pogrzeb i szybko wróci do Sofii do swoich zawodowych, pilnych, zobowiązań, i do żony, która źle znosi ciążę. Tymczasem troska o ojca zatrzymuje go na wsi i wpędza obu w niezłe tarapaty. Ojciec irytuje go swoim nieracjonalnym zachowaniem, gadulstwem, ale jednocześnie budzi poczucie obowiązku. Jakby nagle, kiedy zabrakło matki, dostrzegł jego starczą kruchość i bezbronność. W tle są jakieś zadawnione konflikty, żale i pretensje. Domyślamy się, że syn ma za złe ojcu jego postawę - kreował się na dysydenta, kiedy naprawdę wiele zawdzięczał koneksjom swojego ojca-komunisty. Ale Pavel też kłamie - nie powiedział żonie prawdy i musi wymyślać kolejne nieprawdziwe powody, żeby wytłumaczyć się, dlaczego nie wraca. W tle może pojawić się pytanie - czy to tylko ten raz z troski o żonę? 


Bohater cały czas rozdarty jest pomiędzy telefonami od współpracowników, którzy bombardują go pilnymi sprawami, i od żony, która się niecierpliwi i marzy o domowym dżemie z pigwy, a poczuciem obowiązku wobec ojca. Da się tu wyczuć ten nerwowy nastrój, pośpiech, zniecierpliwienie, bo ma na głowie co innego i jak najszybciej chce się wyrwać do swojego życia. Tymczasem ta nowa rzeczywistość wsysa go niczym bagno. 

Z takiej opowieści można zrobić rodzinną psychodramę, ale reżyserka wybrała inną drogę. Historia jest ciepła i zabawna, bo Pavel i jego ojciec wpadają w coraz bardziej absurdalne tarapaty. Sporo tu różnych obyczajowych obserwacji, barwnych epizodycznych postaci, śmiesznych sytuacji. Przyjemny drobiazg obsypany nagrodami na kilku festiwalach.

Elena Ferrante "Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska", "Historia ucieczki", "Historia zaginionej dziewczynki" (II)

Dziś druga część refleksji po lekturze neapolitańskiej tetralogii Eleny Ferrante. (tom I Sonia Draga 2014; przełożyła Alina Pawłowska-Zampino, pozostałe 2015-2016; przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór) Tydzień temu pisałam, co w jej powieściach mnie irytowało, a w tej notce zgodnie z tym, co zapowiadałam, będzie o tym, co mi się podobało. A wbrew pozorom nie jest tego mało. 

Przede wszystkim tło społeczne, polityczne i obyczajowe. Bohaterowie powieści pochodzą z ubogiej dzielnicy Neapolu, która jest dla nich całym światem. Spacer po centrum miasta czy nad morze to wyprawa niemal jak za granicę.  Dla małej Lenucii i Lili pierwsza taka samodzielna próba kończy się niepowodzeniem. Niektórzy nigdy nie przekroczą tej granicy. Zresztą czują, że odstają od eleganckich mieszkańców dobrych dzielnic. Tłoczą się w ciasnych mieszkaniach, w starych kamienicach, ciężko harują, są inaczej ubrani, inaczej mówią, najczęściej kończą edukację na szkole podstawowej, dziewczyny wychodzą za mąż bardzo wcześnie. To świat, w którym obowiązuje ścisła hierarchia. W domach rządzą mężczyźni, przemoc wobec kobiet i wobec dzieci jest powszechna. Nawet dorosła, wykształcona Lenucia potrafi uderzyć swoje córki w twarz w chwilach zdenerwowania. W dzielnicy są oczywiście równi i równiejsi. Rządzą lokalni bogacze powiązani z mafią. Trudno im się przeciwstawić. Kto chce jakoś żyć, kto marzy o odrobinę lepszej egzystencji, musi wisieć u ich klamki. Przemoc w dzielnicy, nie tylko w czterech ścianach mieszkania, też jest codziennością - nawet morderstwa nie są rzadkością. Do tego dochodzi polityka. Starcie faszystów z komunistami i związkowcami, o czym więcej za chwilę. 

Z takiego miejsca wywodzi się Lenucia, dla której z jednej strony to dziedzictwo będzie garbem, z drugiej stanie się inspiracją dla jej twórczości. Wychodząc poza dzielnicę, mozolnie zdobywając wykształcenie, odczuje wielokrotnie swoją gorszość w zetknięciu z ludźmi wykształconymi. Historia jej trudnej drogi jest bardzo interesująca. Od takich drobiazgów jak sposób uczenia się, przyjmowania rozmaitych strategii, aby wydać się mądrzejszą, bardziej obytą, nieustanna walka ze zniechęceniem, poczucie, że jest się tą gorszą pod każdym względem, nawet ubioru czy wyglądu, po osiągnięcie sukcesu, załamanie kariery i letarg, a wreszcie wejście na szczyt. Równie ciekawe jest jej życie osobiste. Podporządkowanie mężczyznom, szaleńcze miłości, małżeństwo, w którym nie wytrzymałabym ani chwili, mozolne próby wybijania się na niezależność, najpierw od męża, potem od kochanka. Mówimy o latach, kiedy rozwód czy separacja były czymś niezwykłym, a w środowisku, z którego się wywodziła, wywoływały oburzenie. W dzielnicy można było bezkarnie żonę bić i zdradzać, ale odejście od męża było nie do pomyślenia. Dla Lenucii małżeństwo stanie się pułapką, z której nie bardzo wie, jak się wydostać. Wreszcie jej relacja z córkami - balansowanie na granicy. Lenucia potrafi, chociaż z bólem, poświęcić je nie tylko dla kariery, ale także dla swojej wielkiej miłości. Może nie tyle poświęcić, ile postawić na drugim planie, bo przecież nie porzuca ich na zawsze. Kiedy pisałam o wadach powieści Ferrante, wspominałam, że Lenicia była dla mnie bohaterką żywą w przeciwieństwie do Lili. Dlatego podziwiałam ją, współczułam jej albo irytowałam się jej wyborami. Szczególnie drażniła mnie jej uległość wobec mężczyzn. I o ile rozumiem, jak trudno było w tamtych czasach wyjść z małżeństwa i dlatego jestem gotowa usprawiedliwić to, że tak bardzo zatraciła siebie, o tyle jej ślepe brnięcie w romans z Ninem, miłością od czasów szkolnych, strasznie mnie irytowało. Miałam ochotę krzyczeć: Kobieto, nie bądź ślepa, nie daj się znowu zdominować! Cóż, dziś łatwo mi się tak myśli, ale różnie bywało, więc wymądrzam się mądra po szkodzie, ale przecież w gruncie rzeczy doskonale rozumiem, że można się aż tak zatracić. 

Dla mnie niezwykle interesujące było też tło polityczne. Konflikty między faszystami, a komunistami, zamachy, przemoc, czasy ołowiu, rok 1968 na uczelniach, anarchia, dyskusje światopoglądowe, budzenie się świadomości feministycznej. Niestety konwencja sagi sprawia, że te wątki nie wybrzmiewają dostatecznie mocno. Na pierwszy plan wysuwają się problemy osobiste bohaterek. Z tego jednak nie czynię zarzutu, bo taka jest natura tego gatunku. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie te fragmenty, kiedy Lenucia odwiedza Lilę, która pracuje w zakładach mięsnych. Opis harówy zatrudnionych tam ludzi, opis tego upiornego miejsca wydał mi się jedną z lepszych partii powieści. Do złudzenia przypomina podobne fragmenty z "Ludzi bezdomnych" Żeromskiego, których sobie całkiem niedawno odświeżyłam. (Niestety nie napisałam, ale lekturę polecam, chociaż nie łudzę się, bo kto dziś czyta Żeromskiego.) Opowieść o tym, jak doktor Judym odwiedza w fabryce swoją szwagierkę, robi takie samo przygnębiające wrażenie. Kłania się też "Ziemia obiecana" Reymonta. Niewiele się zmieniło, mimo że dzieli te historie szmat czasu. Ciekawe, jak takie miejsca wyglądają dzisiaj. Pewnie tylko trochę mniej upiornie. Z tym fragmentem łączy się bardzo interesujący wątek walki o przestrzeganie prawa pracy, o poprawę doli pracowników, o to, aby byli traktowani jak ludzie. Pracują nie tylko w koszmarnych warunkach, niewiele zarabiając, ale poddani są mobbingowi, a kobiety wykorzystywane są seksualnie przez właściciela zakładu. Jak z tym walczyć, skoro za właścicielem stoją bojówki faszystowskie? Konflikt pomiędzy związkowcami, a lewicowymi studentami z dobrych domów, którzy w tę walkę się angażują, jest bardzo ciekawy. Pytanie, na ile rzeczywiście mogą pomóc, na ile są w stanie zrozumieć robotników, nie dzieląc ich losu, a na ile to dla nich pięknoduchowska zabawa? Czy mogą coś zrobić wbrew woli samych robotników? Studenci się znudzą albo wrócą do swoich zamożnych domów, a robotnicy zostaną w swoim zakładzie. Czy nagłośnienie sprawy w prasie pomoże, czy zaszkodzi? Wszystko komplikuje powszechna korupcja - inspektor pracy siedzi w kieszeni właściciela. A przecież nie można tym studentom odmówić szlachetnych intencji i poświęcenia. Często sami padają ofiarami faszystowskich bojówek. Warto, czytając powieść, sięgnąć do historii Włoch, aby lepiej zrozumieć tło polityczne i społeczne. Ja odsłuchałam sobie ponownie kilka podcastów z radia TOK FM - rozmów z italianistą Piotrem Podemskim, którego bardzo lubię słuchać. 

Konkluzja - w żadnym wypadku nie żałuję lektury, chociaż nie podzielam bezkrytycznych zachwytów. Postawiłabym te powieści na półce z ambitną literaturą popularną. 

Elena Ferrante "Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska", "Historia ucieczki", "Historia zaginionej dziewczynki" (I)"

Być może, czytelniku tej notki, wyda ci się dziwne, że dopiero teraz przeczytałam powieści Eleny Ferrante z cyklu neapolitańskiego. (Od razu spieszę wyjaśnić, że to moje pierwsze spotkanie z włoską pisarką.) Przecież nie sposób, aby nałogowy czytelnik nie słyszał wcześniej o "Genialnej przyjaciółce"(Sonia Draga 2014; przełożyła Alina Pawłowska-Zampino) i trzech kolejnych tomach cyklu (Sonia Draga 2015-2016; przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór). Słyszałam, słyszałam, wrzawa była wielka, recenzje pochwalne, a atmosferę podgrzewał jeszcze fakt, że Elena Ferrante to osoba tajemnicza, nie uczestniczy w życiu publicznym, nie udziela wywiadów, nie bardzo wiadomo, kim naprawdę jest. Jakoś jednak oparłam się temu szałowi, ale nazwisko pisarki  pozostało gorące, zaczęły pojawiać się jej inne pisarki i dlatego w końcu postanowiłam spróbować. Właściwie chciałam najpierw przeczytać powieść, która w Polsce ukazał się jako ostatnia. Chodzi oczywiście o "Czas porzucenia". Zamierzałam przekonać się, czy warto ewentualnie wchodzić w lekturę najgłośniejszych książek Ferrante, czyli tetralogii neapolitańskiej, ale kiedy okazało się, że właśnie na nią jest promocja, zdecydowałam, że od razu rzucę się na głęboką wodę. Wahając się jeszcze, zaczęłam szperać w internecie i ze zdumieniem stwierdziłam, że odbiór tych powieści wcale nie był, jak mi się wydawało, jednoznacznie pochwalny. Były też głosy krytyczne. Tym bardziej podbechtało to moją ciekawość. 

Czytało się znakomicie. Lektura całości przetykana innymi książkami (po każdym tomie robiłam sobie krótką przerwę na coś innego) zajęła mi trochę ponad miesiąc, a przecież w tym czasie pracowałam (zdalnie niestety). Mogę powiedzieć, że stało się to rodzajem nałogu, a może rytuału, tym bardziej, że trwał lockdown. Na szczęście nie dotknął mnie syndrom odstawienia. To wszystko jednak nie oznacza, że pozostałam bezkrytyczna. Nie mogę stwierdzić, że zaliczam się do apologetów neapolitańskiego czteroksięgu. Ba, nie mam potrzeby sięgania po inne powieści Ferrante. A już twierdzenie, jakie od czasu do czasu da się słyszeć, że to kandydatka do Nobla, uważam za nieporozumienie. Bez przesady! I nie tylko dlatego, że moi ukochani pisarze Amos Oz i Philip Roth Nobla nie dostali i już niestety nie dostaną. Ale nie mogę też stwierdzić, że całość mi się nie podobała, że to czas stracony. A więc do rzeczy. Za co doceniam ten powieściowy cykl, a co mnie w nim drażniło, czego zabrakło, co się nie podobało? Ponieważ wpis zrobił się bardzo długi, postanowiłam podzielić go na dwie części. Dziś będę marudzić, za tydzień chwalić.

Przede wszystkim nie jest to książka wielka literacko. Styl, język są doskonale przezroczyste. Mówienie, że autorka wskrzesza wielką dziewiętnastowieczną powieść, a takie głosy słyszałam, jest grubą przesadą. Ferrante skupia się głównie na zdarzeniach i życiu wewnętrznym bohaterek, niemal zupełnie zaniedbując opisy miejsc, co w powieści dziewiętnastowiecznej było normą. A przecież miasto, Neapol, jest  jednym z bohaterów. Informacje o przestrzeni są dość powierzchowne, ograniczają się raczej do topografii, nie budują nastroju. Trudno mi sobie jakoś dokładniej wyobrazić opisywane miejsca. O kunszcie językowym w ogóle nie ma co mówić. Najbardziej raziło mnie kwestia dialektu, którego autorka zupełnie nie próbowała oddać (Chyba że to wina tłumaczek? Nie przypuszczam.), a który, jak zorientowałam się w trakcie lektury, jest kwestią podstawową. To przecież język konstytuuje bohaterów. Mówią dialektem neapolitańskim od urodzenia, bo przyszli na świat i wychowali się w ubogim środowisku, w ubogiej dzielnicy. Włoski literacki poznają w szkole, jest to język aspiracji. Dla większości na zawsze zostanie czymś sztucznym. Nawet Lenucia, jedna z dwóch głównych bohaterek, która wyrwała się z dzielnicy, zdobyła wykształcenie, została pisarką, w chwilach zdenerwowania używa do dialektu. Kiedy ma kogoś zwyzywać, kiedy jest wściekła, wraca do swojego pierwszego języka, nawet w kontaktach z mężem, profesorem pochodzącym z mediolańskich intelektualnych elit. Początkowo bardzo drażniły mnie informacje narratora, że ktoś powiedział coś w dialekcie albo użył dialektalnego przekleństwa, potem przywykłam, ale uważam to za poważny brak. Przypomina to częstą praktykę kina amerykańskiego, kiedy w filmie, którego akcja rozgrywa się powiedzmy w Niemczech, bohaterowie mówią po angielsku. Zdarzało mi się z takiego powodu nie pójść do kina! Właściwie dopiero teraz, pisząc te słowa, uświadomiłam sobie, że w powieści nie pada chyba żadne grube słowo, a że przekleństwa są chlebem codziennym w dzielnicy, czytelnik jest dość często informowany. Przecież jedna z dwóch głównych bohaterek, Lila, przyjaciółka Lenucii, kiedy się nie stara albo kiedy prowokuje, mówi językiem prostackim, klnie jak szewc, o czym za każdym razem informuje czytelnika narrator. Niestety w  dialogach przekleństw brak!

Co jeszcze mnie drażniło? Dłużyzny. Niestraszne mi grubaśne powieści, przeciwnie, lubię zanurzyć się w jakąś opowieść, w wykreowany świat, żyć życiem bohaterów, ale tym razem miewałam uczucie przesytu. Ciągnące się niemiłosiernie zdarzenia, analizowanie do przesady stanów ducha bohaterek czasami, powtarzam czasami, nużyło, chociaż nie przeszkadzało w szybkiej lekturze.

I wreszcie pretensja trzecia. Bardzo irytowała mnie konstrukcja jednej z dwóch głównych bohaterek, Lili. Przyznasz, czytelniku tej notki, że to sprawa poważna, jeśli kwestionuje się sposób wymyślenia tak istotnej dla książki postaci - wszak tytuł "Genialna przyjaciółka" brzmi dwuznacznie, może odnosić się do jednej i drugiej bohaterki. Lenucia jest genialna, bo wyrwała się z dzielnicy, zdobyła wykształcenie, została pisarką, ale to Lila jest prawdziwym geniuszem, mimo że edukację zakończyła na szkole podstawowej. I w tym tkwi szkopuł. Lila wydała mi się postacią wydumaną, nieprawdziwą. We wszystkim, czego się tknie, jest doskonała. Nawet jej wady, jej odpychające zachowanie, charakter, są w jakiejś mierze zaletami. Z góry wiadomo, że jeśli zechce coś osiągnąć, to osiągnie. Jeśli przegrywa to dlatego, że jej nie zależy. Skończyła tylko szkołę podstawową, ale jak ma ochotę, to czyta nawet trudne, ambitne książki, poprawia teksty pisane przez Lenucię, natychmiast skupia na sobie uwagę wszystkich, nawet ludzi wykształconych, przy niej bledną inni. To w niej kochają się na zabój mężczyźni, to ona jest punktem odniesienia i autorytetem  dla mieszkańców dzielnicy, nawet dla tych, którzy jej nie lubią albo się jej boją, to wokół niej tańczą bracia Solarowie, rządzący dzielnicą, to o nią troszczą się przyjaciele. Z tych wszystkich powodów ginie gdzieś złożoność tej postaci, jej tragedie, depresje, a może nawet choroba psychiczna. Niby to wszystko jest, ale sprawia wrażenie wykoncypowanego. Wiem, ale nie współodczuwam z bohaterką. Wiem, że jest postacią tragiczną, rozdartą, ale nie umiem wejść w jej tragedię. Nie umiem jej współczuć, irytować się jej wyborami, podziwiać. Jest literackim konstruktem, nie kobietą z krwi i kości. Zupełnie inaczej rzecz się ma z drugą główną bohaterką, Lenucią, która jest postacią żywą. Ale o tym za tydzień, kiedy napiszę, co mi się w tetralogii neapolitańskiej podobało.

Edouard Louis "Historia przemocy"

Rzadko się zdarza, abym niemal od razu po przeczytaniu jakiejś książki sięgała po kolejny tytuł tego samego autora. Tak się stało w wypadku francuskiego pisarza Edouarda Louisa. Niedawno skończyłam "Koniec z Eddym" i niemal natychmiast zabrałam się za "Historię przemocy" (Pauza 2018; przełożyła Joanna Polachowska). Bardzo się cieszę, że obie pozycje przeczytałam w  chronologicznej kolejności, a nie w takiej, jak ukazały się w Polsce. Dlaczego? Bo Edouard Louis to pisarz, który opowiada o sobie, czerpie ze swojego życia i nadaje tym autobiograficznym opowieściom wymiar uniwersalny, pokazując pewne szersze problemy i zjawiska. W pierwszej książce pisał o dzieciństwie spędzonym w małej miejscowości w Pikardii i o swojej rodzinie, a szerzej o środowisku, a właściwie o klasie, w której się wychował. Opowiadał o wykluczeniu, dziedziczeniu biedy, postaw życiowych i losu. W swojej drugiej książce, w której zajmuje się przemocą, wielokrotnie nawiązuje do tamtych opowieści i zagadnień. Oczywiście można oba tytuły czytać w oderwaniu od siebie. 

"Historia przemocy" to rzecz jeszcze bardziej przykra niż "Koniec z Eddym". Autor opowiada o swoim własnym doświadczeniu przemocy - gwałcie i próbie morderstwa. Wszystko wydarzyło się w wigilijną noc, kiedy wracał z kolacji od przyjaciół. Najpierw spędził miłą noc z przygodnie poznanym mężczyzną, Redą, który potem zgwałcił go i próbował udusić. Czy chciał zabić, czy działał w afekcie, nie ma większego znaczenia. Dlaczego to zrobił? Przez moment zastanawiałam się, czy wyjaśniając motywy, nie będę spojlerować, ale w wypadku prozy Louisa to nie ma znaczenia, wobec tego napiszę - bo został przyłapany na kradzieży i to go tak rozwścieczyło. A wspominam o tym, bo ten aspekt wydaje mi się bardzo ważny, o czym za chwilę.

Autor szczegółowo opowiada o tym, co go spotkało i co nastąpiło potem. Przeprowadza drobiazgową wiwisekcję swojej historii i przygląda się kilku jej aspektom. Każdy z nich jest dla niego istotny, a kolejność, w jakiej będę o nich pisać, nie ma żadnego znaczenia. 

A więc po pierwsze zachowanie i trauma ofiary. Ten aspekt jest pewnie najbardziej rozpoznany. Edouard Louis opowiada  drobiazgowo, niemal krok po kroku o tym, co myślał i co czuł w czasie, kiedy Reda dusił go i gwałcił. Z perspektywy czasu stara się zrozumieć swoją bierność i uległość, swoje reakcje. Pisze też o tym, jak to zdarzenie zmieniło jego życie - jak zaczął nim rządzić lęk, jak przez wiele miesięcy nie był zdolny do podjęcia jakiejkolwiek sensownej aktywności i trwał w letargu. Pisze o wszystkich dodatkowych cierpieniach, z którymi zmaga się ofiara, jeśli musi skorzystać z usług służby zdrowia i jeśli zdecyduje się zgłosić sprawę na policję. To syndrom opisany wielokrotnie - kiedy wpada w machinę wymiaru sprawiedliwości, zmuszona zostaje do wielokrotnego przeżywania swojej tragedii. Nawet jeśli policjanci, lekarze, a potem, gdy dojdzie do procesu, adwokaci, prokuratorzy i sędziowie będą najdelikatniejsi, to i tak wielokrotne opowiadanie o gwałcie dokłada ofierze cierpień. Do tego dochodzi mierzenie się ze wstydem. Trauma będzie jeszcze większa, jeśli wymienionym przed chwilą osobom zabraknie empatii, wrażliwości i delikatności. To między innymi dlatego wiele osób nie zgłasza gwałtów na policję.  Bohater książki również nie chciał tego zrobić, w końcu został przekonany przez przyjaciół. Nie chodzi o zemstę, ale o to, aby ustrzec innych. Na koniec tego akapitu chciałabym polecić reportaż amerykańskiego dziennikarza  Jona Krakauera "Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim", w którym autor przygląda się tym samym mechanizmom, analizując gwałty na studentkach miejscowego uniwersytetu. Chociaż książka przez swą drobiazgowość bywa nużąca, to jest bardzo ważna, pozwala wiele zrozumieć - bierność, czasem dziwne, z perspektywy obserwatora, zachowanie ofiar, powody bezkarności gwałcicieli i fenomen, dlaczego opinia publiczna bardzo często broni ich, bagatelizuje ich winę i jednocześnie zrzuca ją na pokrzywdzoną. Już po lekturze "Missouli"  kilkakrotnie zdarzyło mi się czytać artykuły o sprawach zgwałconych kobiet  i za każdym razem odnajdowałam opisane w książce mechanizmy.

Kolejny aspekt sprawy, który interesuje autora, to opowieść o przemocy. Edouard Louis przyglądając się swojej historii, zastosował pewien zabieg. Cały czas konfrontuje swoją opowieść z opowieścią siostry, która relacjonuje wszystko mężowi. Oczywiście obie są różne. I nie chodzi o rozbieżność faktów, ale o sposób ich widzenia i interpretację. I tak bohater, decydując się na opowiedzenie o tym, co się zdarzyło, traci swoją historię. Powstaje tyle jej wersji, ilu słuchaczy, a właściwie ilu opowiadaczy. Paradoks polega na tym, że od razu czuje potrzebę mówienia. Od chwili, kiedy pojawił się w szpitalu, jest gotów zwierzyć się z tego, co go spotkało, niemal każdej napotkanej osobie. Przyznam, że akurat ten aspekt sprawy wydał mi się najmniej interesujący. Wiem jednak z kilku wywiadów, jakie przeczytałam i jakich wysłuchałam, że bardzo ważny był dla autora.

I wreszcie ostatni problem, jaki porusza Edouard Louis. Dla mnie najważniejszy i najciekawszy, bardzo silnie związany z jego biografią i z zagadnieniami poruszanymi w poprzedniej książce. Tu muszę wrócić do tego, o czym już wspominałam - dlaczego nie chciał się zgłosić na policję. Jeden z powodów podałam, ale był i drugi, a nawet trzeci. Otóż w historii Redy mógł przejrzeć się jak w lustrze. Kim był jego kochanek, który zamienił się w kata? Prostym człowiekiem, hydraulikiem, utrzymującym się z dorywczych prac. Ich historia była w pewnym sensie podobna. Autor przypomina sobie swoje dzieciństwo, kradzieże, jakich dokonywał razem z kumplami. Gdyby nie wyrwał się ze środowiska, w jakim dorastał, sam mógłby skończyć w więzieniu jak wielu jego krewnych i znajomych. Miałby pewnie na sumieniu szereg drobniejszych i nieco poważniejszych wykroczeń. Reda zamierzał tylko ukraść i gdyby nie upór narratora, który za wszelką cenę chciał odzyskać ipad, bo były tam zdjęcia, na których mu zależało, prawdopodobnie do niczego więcej by nie doszło. Oczywiście to nie usprawiedliwia jego czynu. Ale jest jeszcze jedna strona tej historii. Otóż los Redy był jeszcze gorszy od potencjalnego losu autora. Bo Reda naznaczony został nie tylko klasą, z jakiej się wywodził, ale miejscem urodzenia swoich rodziców. Był Kabylem, których najczęściej myli się z Arabami, i imigrantem. Narrator wiedział, że zgłaszając tę historię na policję, będzie musiał się zmierzyć z uprzedzeniami i stereotypami. I tak rzeczywiście było, policjanci tak właśnie patrzyli na Redę. Mało tego, musiał skonfrontować się z własnymi uprzedzeniami. Bo część spadku, jaki dostał od swojego środowiska, to rasizm. Imigrantami, a szczególnie muzułmanami, straszony był przez ojca od dziecka. Trauma wywołała lęk, który szczególnie nasilał się, kiedy obok niego znalazł się mężczyzna o śniadej skórze. I chociaż wie, że ulega stereotypom, nic nie może poradzić na swój strach. Rozum jedno, emocje drugie. Z tym wszystkim wiąże się jeszcze zagadnienie poprawności politycznej. Bo czy należało nie zgłaszać przestępstwa tylko dlatego, że Reda był imigrantem z krajów Maghrebu? Oczywiście zło jest złem niezależnie od tego, kto jest jego sprawcą. Trudno się jednak dziwić, że narrator, który ma za sobą taką drogę, jest bardzo wyczulony na te problemy. Tu oczywiście moglibyśmy wkroczyć w cały splot zagadnień, które stały się znowu niezwykle aktualne za sprawą śmierci Georga Floyda, ale nie o tym jest ta notka.

"Żegnaj, mój synu"

Na ten film czekałam od dawna. Po raz pierwszy usłyszałam o nim od bliskiej mi osoby mieszkającej w Londynie. Zwykle jest odwrotnie, to ja wcześniej mam możliwość obejrzenia w kinie filmów niszowych. Przestałam się już dziwić, że tam docierają później. W czasie najostrzejszej fazy lockdownu pojawił się na jakiejś platformie filmowej i nawet zastanawiałam się, czy się nie złamać i nie obejrzeć, na szczęście wytrwałam i doczekałam się - od ponad tygodnia chiński obraz "Żegnaj, mój synu" jest w kinach! Koniecznie należy go obejrzeć. Świetny, mądry, wzruszający film, ale nieckliwy. To przykład jak udanie łączyć kino epickie z kameralnym. Wspominam o tym, bo tydzień temu pisałam o niemieckich "Obrazach bez autora" - tam ta sztuka zupełnie się nie udała. Tymczasem w tym wypadku jak najbardziej.


Akcja filmu obejmuje trzy dekady. Zaczyna się w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, kończy w czasie, kiedy Chiny przeżywają gospodarczy boom, zmieniają się obyczaje, zmieniają się miasta, króluje najgorsza postać kapitalizmu. Kto się interesuje światem, a szczególnie Chinami, wie, o czym piszę. Kiedy para głównych bohaterów po latach przyjeżdża z wizytą do miejscowości, w której niegdyś mieszkała i pracowała, nie poznaje jej. Wszystko wygląda inaczej. Miasto zmieniło się w metropolię z szerokopasmowymi drogami, wieżowcami, centrami handlowymi. Stare zniknęło i znika. Burzy się, aby na to miejsce postawić nowe. Coś jednak zostaje, wasz stary hotel robotniczy ocalał - mówi siostra głównego bohatera, usprawiedliwiając i aprobując zmiany. Ona szczęśliwie należy do tych, którzy na nich korzystają. To punkt dojścia, a punkt wyjścia? Lata osiemdziesiąte. Już po rewolucji kulturalnej, która, jak się domyślamy, zmieniła życie głównych bohaterów i stała się ich pokoleniowym doświadczeniem. Mieszkanie w ciasnych pokoikach hotelu robotniczego, praca w fabryce. Przenikająca życie ideologia. Za słuchanie zachodniej muzyki, za zachodni strój, za beztroską zabawę w czterech ścianach własnego pokoju można trafić do więzienia. Wszystko jest nadal kolektywne. Zabawa też. Czego można słuchać, jak się ubierać, o tym decyduje partia. Wprawdzie nie obowiązują już mundurki z epoki Mao, ale do całkowitej swobody stroju jeszcze daleko. No i jeszcze jeden problem tamtych czasów - polityka jednego dziecka. To ona jest osią filmu. Włos się jeży na głowie. Oglądając film, po raz kolejny uświadomiłam sobie banalna prawdę - jeśli ideologia zaczyna się mieszać do tej najintymniejszej sfery życia człowieka, wynikają z tego tylko tragedie. Żeby zrozumieć, jak w praktyce była realizowana polityka jednego dziecka, warto przeczytać powieść noblisty Mo Yana "Żaby", która właśnie o tym w nieco groteskowy, ale przerażający sposób opowiada.  

Ale tamten świat miał nie tylko cienie, były i blaski. Bardzo bliskie więzi międzyludzkie. Robotnicy nie byli już potulni - potrafili gwałtownie protestować przeciwko zwolnieniom w fabryce. 


Tło historyczne i społeczne jest w filmie ważne, ale na tyle dyskretnie pokazane, że nie dominuje nad historią jednostkową. Być może jest to zasługą decyzji twórców, że opowieść będzie rozgrywana na kilku planach czasowych. Akcja niespiesznie posuwa się do przodu, ale jest stale rozbijana retrospekcjami, dlatego nie mamy poczucia, że oglądamy historyczny bryk, przebieżkę przez dekady. Tu dygresja - kiedy po latach ponownie obejrzałam kinową wersję "Nocy i dni" Antczaka, ze zdumieniem stwierdziłam, że ten film rzeczywiście został zrobiony znakomicie. Retrospekcja okazała się kluczem do ekranizacji, powstało zwarte dzieło, a nie po bożemu, ale nudno, przeniesiona na ekran powieść, która potem staje się brykiem dla uczniów. Ten film brykiem być w żadnym wypadku nie mógł.   


Wracam do "Żegnaj, mój synu". Jak wspominałam, na pierwszym planie są ludzkie dramaty. To historia małżeństwa Yaojun i Liyun - ich życie niszczy śmierć jedynego syna, który nieszczęśliwie ginie. Ta tragedia dotyka także parę ich najlepszych przyjaciół i ich syna. Dlaczego? W jaki sposób? Jak się ma do tego polityka jednego dziecka? Tego zdradzić nie mogę. I właśnie o problemie straty, próbie budowania życia na nowo, gmatwaninie uczuć, trudnych wyborach opowiada ten film. A robi to w sposób bardzo subtelny i dojmujący. Inaczej niż w "Obrazach bez autora" bohaterowie są tu zniuansowani, ich postawy i wybory niejednoznaczne. I inaczej niż w tamtym filmie ta opowieść dotyka, boli, wzrusza, nie jest gładka i prosta. Yaojun i Liyun nie potrafią się podźwignąć po stracie syna. Mimo że spróbowali zacząć wszystko na nowo, spróbowali zalepić ranę, w czym między innymi ma pomagać codzienna rutyna, to naprawdę trwają w letargu. Jak mówi Yaojun, czekają tylko na starość. Ich życie przeniknięte jest głębokim smutkiem.

Nie wszystko znajdzie swój szczęśliwy koniec, a do pojednania i pogodzenia się ze stratą prowadzi droga długa, bolesna i najeżona błędami, które tak łatwo popełnić, kiedy rany są niezabliźnione. To proces, któremu czasem pomaga jakiś impuls, jakieś nagłe zdarzenie. Mądry, przejmujący film mimo wszystko niosący ukojenie. Nie da się zapomnieć o tragedii, ale da się zbudować życie na nowo, chociaż może to trwać latami.

Mihail Sebastian "Od dwóch tysięcy lat"

Powody, dla których sięgnęłam po powieść Mihaila Sebastiana "Od dwóch tysięcy lat" (Książkowe Klimaty 2020; przełożył Dominik Małecki) są dwa. Pierwszy - staram się być na bieżąco z literaturami niszowymi, także rumuńską, co oczywiście nie oznacza, że czytam wszystko. Drugim jest autor, o którym usłyszałam kilka lat temu przy okazji innej rumuńskiej powieści, "Powrotu chuligana" Normana Manei. Jej tytuł nawiązuje do eseju Mihaila Sebastiana "Jak zostałem chuliganem". To wtedy pierwszy raz usłyszałam o tym rumuńskim pisarzu. Kupiłam nawet "Dziennik 1935-1944", który uważany jest za jego najważniejszą  książkę, ale niestety dotąd go nie przeczytałam. Mihail Sebastian chociaż żył tylko trzydzieści osiem lat (zginął w wypadku samochodowym w roku 1945), jest ważną postacią rumuńskiej literatury. Właściwie nazywał się Iosif Mendel Hechter. W czasach, kiedy w międzywojennej Rumunii narastały nastroje antysemickie, faszystowskie oraz autorytarne i wielu intelektualistów, na przykład Eliade, Cioran, dało im się uwieść, on pozostał outsiderem, czego świadectwem jest wspomniany "Dziennik 1935-1944" oraz książka, o której dzisiaj.

Nie mam złudzeń, powieść "Od dwóch tysięcy lat" na pewno nie trafi do masowego odbiorcy. Ja oczywiście nie żałuję lektury i polecam, chociaż przyznaję, że zdarzały się momenty nieco nużące, ale zaraz potem dawałam się porwać wcale nie wartkiej akcji, bo takiej tu nie ma, ale rozważaniom snutym przez głównego bohatera-narratora, klimatowi, zdarzeniom. Powieść ma formę dziennika, a może bardziej luźnych zapisków prowadzonych przez głównego bohatera. Jej akcja zaczyna się w grudniu 1923 roku w Bukareszcie, kiedy to dochodzi do antysemickich zamieszek na uniwersytecie. Narrator, Żyd, ale jednocześnie Rumun i człowiek znad Dunaju (Jestem Żydem, jestem Rumunem, jestem człowiekiem znad Dunaju. - tak napisze o sobie kilka lat później) studiuje prawo. Razem z kolegami o żydowskim pochodzeniu jest nękany przez antysemicko nastawionych studentów. Powszechną praktyką są bójki, wyrzucanie z zajęć, niewpuszczanie na wykłady. W końcu uniwersytet zostaje zamknięty na kilka dni. Takie incydenty będzie obserwował bohater również kilka lat później, kiedy zostanie architektem i do Bukaresztu będzie wpadał od czasu do czasu z prowincji, gdzie doglądał budów prowadzonych przez amerykańską firmę, w której pracował. Akcja książki kończy się w latach trzydziestych, w czasach kryzysu ekonomicznego i szerzących się w Europie nastrojów antysemickich i autorytarnych.

Co znajdujemy na kartach powieści? Jak w dzienniku - trochę życia, trochę wspomnień rodzinnych, sporo wnikliwych portretów dalszych i bliższych znajomych bohatera (to ta drobiazgowość czasem mnie nużyła),  ale także refleksje i rozważania, dla których pretekstem są dyskusje światopoglądowe, które toczą jego żydowscy koledzy, i spór ideowy pomiędzy dwoma mentorami narratora - profesorem ekonomii (a może filozofii?) Ghitą Blidaru, a nietuzinkowym architektem, z którym narrator współpracuje, Mirceą Vieru. To dwie wizje świata - tradycja kontra postęp, Rumunia wiejska kontra  Rumunia nowoczesna, prymat natury kontra prymat człowieka. Vieru opowiada się za tymi drugimi alternatywami. Na terenach rolniczych prowadzi budowę kompleksu szybów naftowych dla amerykańskiego konsorcjum. Niestety ten proces modernizacji odbywa się kosztem miejscowej wspólnoty - żeby szyby powstały, trzeba przesiedlić całą wieś. Mieszkańcy się buntują, bo można zbudować nowe budynki, ale nie da się przenieść sadów ani ducha miejsca. A po kilku latach wybuchnie też bunt niezadowolonych robotników. Zdarzenia z odległej przeszłości, a jak współcześnie brzmią. Dziś w podobny sposób eksploatowane są kraje Ameryki Południowej czy Azji, a ofiarą międzynarodowych koncernów też stają się miejscowe wspólnoty, najczęściej reprezentowane przez rdzennych mieszkańców. Zainteresowanych odsyłam do dwóch świetnych i ważnych książek - Artura Domosławskiego "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary" oraz znakomitej indyjskiej pisarki Arundhati Roy "Indie rozdarte". Drugi konflikt światopoglądowy, ten żydowski, to wybór różnych dróg życiowych. Wśród kolegów narratora są zwolennicy syjonizmu, którzy szykują się do wyjazdu do Palestyny, i komuniści, dla których ważniejsza jest ideowa tożsamość niż żydowska.

Jakie stanowisko wobec tych sporów zajmuje bohater powieści, autor zapisków? Pozostaje neutralny, jest ich wnikliwym, wrażliwym obserwatorem, a nie uczestnikiem. Jak już wspominałam, nie określa go tylko jego żydostwo. Jest Żydem, ale jest Rumunem i człowiekiem znad Dunaju, bo w naddunajskiej miejscowości spędził swoje dzieciństwo i te korzenie są dla niego równie istotne. W sporze dwóch autorytetów też nie opowiada się jednoznacznie po jednej ze stron - i profesor, i architekt są dla niego ważni. Wprawdzie zwiąże się z amerykańskim konsorcjum, będzie pracował razem z Mirceą Vieru przy budowie kompleksu naftowego, ale nie jest głuchy na problemy miejscowej społeczności. Zawsze idzie swoją, osobną drogą, zawsze stoi z boku, czego symbolem staje się samodzielna budowa domu dla profesora Blidaru.

Ta osobność, niechęć do wchodzenia w konflikty jest też widoczna w stosunku bohatera do narastającego antysemityzmu. To bardzo ciekawy wątek powieści i interesująco pokazany. Po przeczytaniu informacji o książce spodziewałam się, że będzie na pierwszym planie. Tak nie jest, bo na pierwszym planie jest życie z całą jego różnorodnością. Jak pisze narrator dramat bycia Żydem nie unieważnia osobistych dramatów. Ale antysemityzm cały czas pulsuje, a narasta w latach trzydziestych. Narrator, chociaż w czasach studenckich był ofiarą wielu antysemickich incydentów, stara się zrozumieć swoich prześladowców, ba, nawet ich tłumaczyć. Bagatelizuje to, co się dzieje. Po latach samokrytycznie stwierdzi, że w młodości był na dobrej drodze, aby stać się żydowskim fanatykiem, dlatego później zawsze stara się zachować dystans, co ma konsekwencje w jego postawie. Kiedy znowu jest świadkiem antyżydowskiej manifestacji, okrzyki skierowane przeciw Żydom, traktuje z pobłażaniem. Nie dostrzega w nich niebezpieczeństwa, w jego uszach brzmią niemal jak refren niewinnej piosenki.  Najmocniejsze są te fragmenty powieści, kiedy autor nagle odkrywa, że niektórzy jego znajomi, dalsi, ale też ci najbliżsi, są antysemitami. I on, i czytelnik, dostają nagle pięścią między oczy, ale po chwilowym zamroczeniu, dochodzimy do siebie. Zdarza mu się słyszeć od nich takie zdania Gdyby wszyscy Żydzi byli tacy jak ty ..., Z Żydami takimi jak ty ... Narrator również ich próbuje zrozumieć, nie zrywa kontaktów, najwyżej wdaje się w dyskusję. Jest mu za nich głupio, to on się wstydzi, chociaż nie ma czego, to oni powinni. 

Po raz kolejny dzięki literaturze przekonuję się, dlaczego tak wielu Żydów do końca czekało, dlaczego nie słyszeli dzwonów alarmowych i nie uciekali, póki jeszcze mogli. Stopniowo przyzwyczajali się do inwektyw, przytyków, antysemickich uwag, a to usypiało ich czujność i pozwalało lekceważyć niebezpieczeństwo. Znakomitym świadectwem takiej postawy i jej konsekwencji jest całkiem niedawno na nowo przywrócona czytelnikom powieść niemieckiego pisarza Ulricha Alexandra Boschwitza "Podróżny". A bohater powieści Mihaila Sebastiana konsekwentnie stoi z boku, pozostając outsiderem. Walczy o siebie, o swoją różnorodną tożsamość, nie chce być wtłoczony w jedną - żydowską, ale nie chce też od niej uciekać. Czy taka postawa w tamtych burzliwych, smutnych czasach miała prawo bytu?

Filmowe remanenty - "Biały, biały dzień", "Obrazy bez autora"

Nareszcie wracam do kina. Oczywiście nawet w czasie lockdownu można było z oferty filmowej czerpać pełnymi garściami. Moje ulubione kino dość szybko przeniosło się do sieci, ale mam taką przypadłość, że jakoś nie bardzo lubię oglądać filmy w domu na ekranie telewizora, o monitorze laptopa nie ma co wspominać. Dlatego też nie korzystam z platform filmowych. Miałam chwilę zawahania, kiedy gdzieś pojawił się chiński film "Żegnaj mój synu", który bardzo chciałam obejrzeć. Na szczęście się nie złamałam. Na szczęście, bo właśnie wszedł do kin.  Jeśli już coś oglądam w domu, to zazwyczaj są to powtórki moich ulubionych filmów albo coś lżejszego, na co niekoniecznie poszłabym do kina. Najczęściej jednak wybieram książkę. 


Właściwie wróciłam niemal od razu, kiedy otwarło się moje ulubione kino. Natychmiast zobaczyłam islandzki "Biały, biały dzień" - ostatni film, na jaki miałam ochotę tuż przed lockdownem. Był chwalony, ale obejrzeć już nie zdążyłam. Nie pojawił się na moim blogu, bo to taki obraz, o którym trudno pisać. Może gdybym siadła do komputera od razu po seansie, notka by powstała, potem było trudno. A warto go zobaczyć. To kameralny, psychologiczny, toczący się powolnym rytmem dramat rozgrywający się na tle surowych krajobrazów. Niewiele się dzieje, główną rolę grają emocje bohaterów. Owdowiałego policjanta, który nie może dojść do siebie po tragicznej śmierci żony. Paradoksalnie dopiero gniew, jaki poczuje, kiedy przeglądając jej rzeczy, odkryje pewną tajemnicę, stanie się początkiem drogi do nowego życia. Druga ważna bohaterka to jego wnuczka, do której jest bardzo przywiązany, a ona do niego. Jednym słowem film o relacjach rodzinnych, o utracie, o przeżywaniu żałoby. Na koniec padają w nim niewypowiedziane pytania. Chcę je przywołać, ale ponieważ mogą spojlować, zapiszę je w nawiasie małą czcionką. A więc uwaga! Spojler!!! [Czym jest miłość? Co w związku dwóch osób jest naprawdę ważne? Czy zdrada może przekreślić długoletnią udaną relację? Na to ostatnie pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Bo teoria teorią, a życie życiem. W każdym razie na mnie zakończenie zrobiło spore wrażenie.] Najlepszym dowodem na to, że "Biały, biały dzień" we mnie został, jest to, że o nim w końcu coś napisałam, chociaż nie planowałam.


A teraz nowość. Spóźniona premiera - niemiecki film "Obrazy bez autora" Floriana Henckela von Donnersmacka. Nazwisko niekoniecznie coś mówi, za to więcej powie informacja, że to on wyreżyserował "Życie na podsłuchu", za które dostał Oskara. W 2019 również jego najnowszy film rywalizował o tę samą nagrodę z "Romą", "Zimną wojną", "Złodziejaszkami" i "Kafarnaum". Nie ma co ukrywać, że w tym zestawieniu to obraz zdecydowanie najsłabszy. Tamte nie tylko go wyprzedzają, ale robią to o kilka długości. "Obrazy bez autora" to historia malarza Kurta Barneta. Jego pierwowzorem jest Gerhard Richter, wybitny niemiecki artysta. Zasłynął obrazami, które są przeniesieniem zdjęć na płótno. Stąd prawdopodobnie tytuł filmu. Równie ważnym nurtem jego twórczości stała się abstrakcja, ale właściwie tego już na ekranie nie oglądamy. Akcja kończy się w momencie, kiedy Barnet odnosi swój pierwszy sukces. Jak przeczytałam, wokół filmu narosły kontrowersje. Richter, który wcześniej opowiedział reżyserowi swoją historię, potem zarzucił mu bezprawne z niej skorzystanie, ale sprawy do sądu nie wniósł. Oczywiście, jak to w takich sytuacjach bywa, Donnersmack ma swoją wersję wydarzeń. Trochę jak z naszym "Panem T."


 "Obrazy bez autora" mają różne recenzje, z przewagą średnich. Dlatego trochę się wahałam, bo seans trwa ponad trzy godziny. Siedzieć tyle na średnim filmie, w dodatku w maseczce, to duże wyzwanie. Tymczasem ogląda się go bardzo dobrze, nie ma nudy. Może też spora w tym zasługa aktorów grających główne role, Toma Schillinga i Pauli Beer. Jest w nich coś magnetycznego, chociaż nie wykluczam, że tylko na mnie tak podziałali. Splata się w tym filmie kilka ważnych tematów. Kolejność, w jakich o nich napiszę, nie ma znaczenia. Pierwszy to uwikłanie w historię, konsekwencje wojny. Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1937, kończy w czasach powojennych. Ojciec głównego bohatera, nauczyciel, długo opiera się przed wstąpieniem do NSDAP, potem niechętnie ulega pod naciskiem żony, za co po wojnie przyjdzie mu słono zapłacić. Nie ma czasu na subtelne rozważania, w jakim stopniu identyfikował się z ideologią nazistowską. Zresztą, jak to sprawdzić? Drugie, niezwykle bolesne, zagadnienie bardzo mocno wybrzmiewające w filmie to przymusowa sterylizacja osób chorych psychicznie i ich eksterminacja. Kolejne to bezwzględny konformizm. Teść Barneta, grany przez Sebastiana Kocha znanego z "Życia na podsłuchu", umie się znakomicie ustawić w każdych warunkach. W Trzeciej Rzeszy jest gorliwym wykonawcą polityki nazistów, potem w NRD dzięki szczęśliwemu trafowi też żyje mu się znakomicie, później wyemigruje i będzie ceniony na Zachodzie. To postać demoniczna, bezwzględna i zła, moim zdaniem szyta zbyt grubymi nićmi. Wreszcie kolejny temat filmu, bardzo na czasie, to uwikłanie sztuki w ideologię. Najpierw politycy od kultury w Trzeciej Rzeszy decydują o tym, jaka sztuka jest dobra, potem to samo dzieje się w NRD, króluje socrealizm. No i wreszcie temat ostatni kręci się wokół artysty. Jego wolności twórczej, inspiracji, szukania własnej drogi.


 Cóż, sporo tego. Może dlatego że reżyser chciał za dużo, nic nie wybrzmiewa dostatecznie mocno. Nie ma tu miejsca na subtelności, zniuansowanie, cieniowanie racji. Postacie są dość jednoznaczne. Z tym łączy się mój drugi zarzut. Film jest dość gładki, ociosany z kantów. Chociaż opowiada o strasznych czasach, trudnych wyborach, dramatycznych historiach, ogląda się go płynnie, całkiem przyjemnie, a chyba tak nie powinno być. Przechodzimy od zdarzenia do zdarzenia, od tragedii do tragedii. Nie ma przestrzeni, aby wybrzmiały emocje. Powstał epicki fresk, trochę jak nasz "Kamerdyner". Mimo tego nie żałuję, że obejrzałam "Obrazy bez autora", jakoś ten film we mnie pozostał, ale zdaję sobie sprawę z jego słabości.

Andrzej Leder "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej"

O książce Andrzeja Ledera "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej" (Krytyka Polityczna 2014) słyszałam oczywiście od dawna i co jakiś czas myślałam, że koniecznie powinnam ją przeczytać. No i tak odkładałam to postanowienie na wieczny nigdy, ale jakoś niedawno, może na początku pandemii, znowu ktoś gdzieś w przestrzeni medialnej powołał się na książkę Ledera, stwierdzając, że to lektura obowiązkowa. Głupio mi się zrobiło, że tak odkładam i odkładam, więc tym razem impuls wystarczył. Kupiłam i przeczytałam. 

Od razu napiszę, że nie jest to lektura prosta, właściwie spodziewałam się, że będzie przystępniejsza. Może dlatego, że znam autora z rozmów radiowych, z artykułów i wywiadów z prasy mainstreamowej, gdzie wypowiada się w sposób bardziej komunikatywny. Tymczasem w "Prześnionej rewolucji" posługuje się całym pojęciowym aparatem naukowym, swoją tezę stawia, podpierając się takimi filozofami jak Jaques Lacan, Pierre Bourdieu czy Michel Foucault. Moja ich znajomość ogranicza się właściwie tylko do nazwisk. Zdarzało mi się czytać książki, których autorzy też powoływali się na ich dorobek. Cóż, filozofia nie jest moją mocną stroną, przyznam, że bardzo imponują mi ludzie, którzy w tej dziedzinie nauki obracają się swobodnie. Mnie to niestety nigdy dane nie było. Kilkakrotnie podejmowałam próby, zawsze w końcu musiałam się poddać. To wszystko jednak nie oznacza, że przeciętny czytelnik nie poradzi sobie z książką Ledera. Po pierwsze trudne są tylko niektóre fragmenty. Natomiast tam, gdzie autor pisze o faktach historycznych, gdzie stawia tezy, wyciąga wnioski, gdzie jego książka skręca bardziej w kierunku eseju czy publicystycznego wywodu, nie ma żadnego problemu. A taka jest znakomita większość "Prześnionej rewolucji". Te partie, w których budując aparat pojęciowy, bazuje na myśli filozofów, o których wspomniałam, rozumiałam bardziej intuicyjnie niż dogłębnie. Warto jednak podjąć trud lektury, bo Leder pisze o sprawach arcyważnych i ciekawych.

Zawsze, kiedy zabieram się za książki, które wyszły już jakiś czas temu i o których dużo się mówiło, mam wrażenie, że wyważam otwarte drzwi, więc po co pisać, ale może jednak spróbuję. Andrzej Leder stawia w swojej książce tezę, że w Polsce odbyła się rewolucja. Jej najważniejszy etap to lata 1939-1956, potem z mniejszym nasileniem trwała nadal aż do roku 1989. Była to dziwna rewolucja, bo przeprowadzona przez siły zewnętrzne, Niemców i Rosjan. Polacy nie byli jej podmiotem, dokonała się bez świadomego udziału społeczeństwa. Dlatego nazywa ją prześnioną  i zastanawia się, czy można przespać taki historyczny przewrót. Ta rewolucja zniszczyła stary świat, który trwał w Polsce od czasów I Rzeczpospolitej. Świat, jak nazywa go Leder, folwarku, czyli dominacji szlachty, która wywodziła swoje pochodzenie od Sarmatów i dlatego tylko siebie uznawała za naród, a co za tym idzie tylko sobie przyznawała prawa. Chłopi, stanowiący większą część społeczeństwa, byli ich pozbawieni i musieli odrabiać pańszczyznę. Ten układ był wielkim hamulcowym w rozwoju naszego kraju. To dlatego nigdy nie wykształciło się w Polsce silne mieszczaństwo jak w innych krajach europejskich. Po rozbiorach i w II Rzeczpospolitej taka struktura społeczna przetrwała w trochę tylko zmienionej formie. Ziemiaństwo i warstwa urzędniczo-wojskowo-inteligencka, która wywodziła się najczęściej z niego, nadal trzymały rząd dusz, były uprzywilejowane i posiadały większość własności. Wywrócenie tego świata nastąpiło wraz z wybuchem drugiej wojny. Przyniosło zmianę struktury społecznej, stosunków ekonomicznych, własnościowych i kulturowych. Odbyło się za sprawą okupantów, Niemców i Rosjan. Dlatego powszechne było wyparcie. To nie ja podpisałem wyrok, to nie moje oczy widziały śmierć, to nie moje usta wypowiadały przekleństwa, to nie ja wszedłem do cudzego domu... To się jakoś stało samo. Rewolucja co prawda była prześniona, Polacy nie czuli się jej sprawcami ani nie mieli jej świadomości, ale  była spełnieniem okrutnych pragnień. Towarzyszyła jej mściwa satysfakcja, a jednocześnie wielki lęk. Dlaczego? Satysfakcja, bo bazowała z jednej strony na ogromnym wielowiekowym poczuciu krzywdy warstw chłopskich, z drugiej na antysemityzmie. Lęk, bo ginął stary świat, a przemianom zawsze towarzyszą zjawiska negatywne - wzrost przestępczości, bandytyzmu i inne. Pisząc o lęku, autor wielokrotnie powołuje się na znakomitą książkę Marcina Zaremby "Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys", którą gorąco polecam. Docenia ją bardzo, chociaż w niektórych miejscach polemizuje z autorem.

Leder wyróżnia cztery elementy tej prześnionej rewolucji. Pierwszym była eksterminacja Żydów, której dokonali wprawdzie Niemcy, ale przy biernej postawie Polaków, a bywało, że i przy ich współudziale. Zagadnienie jest znane, udokumentowane, a i ja pisałam o tych sprawach wielokrotnie przy okazji innych lektur. Autor zwraca uwagę, jak bardzo zmienił się nasz świat, kiedy z większości polskich miast i miasteczek zniknęła ponad połowa mieszkańców. Ta pustka domagała się zapełnienia. Bo potrzebne były przecież sklepy, warsztaty usługowe i wiele innych miejsc,  których właścicielami byli Żydzi. Wchodzili  w nią najczęściej chłopi migrujący do miast i przesiedleńcy z terenów, które Polska utraciła po wojnie. Nie jest łatwo i wygodnie żyć w mieszkaniu, które należało do kogoś innego, dlatego najlepiej zapomnieć, przemilczeć. Równocześnie została unicestwiona i złamana wielowiekowa dominacja warstwy ziemiańskiej i urzędniczo-wojskowo-inteligenckiej. Dokonali tego najpierw Niemcy, potem komuniści. I ten proces opisany został i znany jest bardzo dobrze. To drugi etap prześnionej rewolucji.  Kolejne to reforma rolna i zmiany stosunków własności, jakie dokonały się w Polsce w wyniku wojny i tego, co zdarzyło się potem, terror towarzyszący każdej rewolucji od pewnego etapu i industrializacja kraju. Ten ostatni proces znowu spowodował wielką migrację ze wsi do miast i pogłębienie zmiany struktury społecznej. Dziś dzieci i wnuki beneficjentów tamtej rewolucji stanowią trzon społeczeństwa. My w większości z nich. O tych procesach i towarzyszących im zjawiskach, o istocie samej rewolucji pisze autor o wiele więcej i głębiej. Wszystko to bardzo ciekawe i odkrywcze. O wielu sprawach dowiedziałam się po raz pierwszy,  inne znałam.

Najważniejsze są jednak wnioski. Bo Andrzej Leder sięga do historii i filozofii, aby rzucić światło na to, co dziś. Dlaczego jesteśmy tak bardzo podzieleni? Skąd taki duży stopień nieufności społecznej? Dlaczego towarzyszy nam taka niepewność? Dlaczego niemożliwa stała się dyskusja? Dlaczego oburzamy się na wszelką krytykę i nie wyciągamy z niej wniosków? Dlaczego zawsze winni są inni? A bez tego wszystkiego nie da się realizować wielkich projektów. To dlatego one się w Polsce nie udają. Dlatego dominuje myślenie krótkowzroczne, plany na jutro, na najbliższą przyszłość, nieliczenie się z tym, co za lat kilka, o kilkunastu czy kilkudziesięciu nie ma co mówić. Żaden polityk nie myśli w takiej perspektywie, a i my nie domagamy się tego od nich. Po nas choćby potop. Korzeni tego wszystkiego dopatruje się autor właśnie w tej prześnionej rewolucji. Bo stary świat runął z jego symboliką i imaginarium, a na to miejsce nie wytworzyło się nowe pole symboliczne, nowa forma istnienia. Ta niepewność i nieświadomość, skąd jesteśmy, powoduje na przykład to, że dzieci, a jeszcze bardziej wnuki, beneficjentów rewolucji tak chętnie odwołują się do symboliki szlacheckiej. Stąd domy na wzór dworków, stąd pańska mentalność, niechętne przyznawanie się do chłopskich korzeni. Ale konsekwencji prześnionej rewolucji jest znacznie więcej. To jej dalszy, spokojniejszy, etap, lata 1956-1989, spowodował ukształtowanie się trwającego do dziś konsensusu sił liberalno-konserwatywnych i słabość polskiej lewicy. Tu niebagatelną rolę odegrała uprzywilejowana pozycja Kościoła i mała stabilizacja z czasów Gierka. Dopełnieniem koła rewolucji był rok 1989. I jak w prawdziwej rewolucji największymi jej przegranymi okazały się jej dzieci, czyli ci, w imieniu których się zaczęła - robotnicy i drobni chłopi. Andrzej Leder pokazuje pozytywne i negatywne skutki prześnionej rewolucji. Najważniejsza wydaje się jego konkluzja, że nie można iść do przodu, tworzyć czegoś nowego, zamykając oczy na przeszłość, na fakt, że jesteśmy jej dziećmi i wnukami. A wszystko dlatego, że ją prześniliśmy.

Jak już pisałam, "Prześniona rewolucja" jest o wiele głębsza, autor znacznie dokładniej, niż ja to zrobiłam, bo z konieczności musiałam posłużyć się skrótem, uzasadnia swoją tezę, przygląda się i analizuje zjawiska, o których pisze.

Edouard Louis "Koniec z Eddym"

Nie wiem, jak to się stało, że prawie zupełnie umknęło mi pojawienie się na polskim rynku wydawniczym francuskiego pisarza Edouarda Louisa. Kiedy teraz po przeczytaniu jego debiutanckiej powieści "Koniec z Eddym" (Pauza 2019; przełożyła Joanna Polachowska), która w Polsce ukazała się w drugiej kolejności, rzuciłam się, aby szukać jakichś wywiadów z autorem, okazało się, że jest ich sporo, a znakomita większość dotyczy powieści, która w Polsce ukazała się jako pierwsza, czyli "Historii przemocy". Nie powiem, żeby wtedy, w roku 2018, ten tytuł nie obił mi się o uszy, ale jakoś nie zadałam sobie trudu, aby sprawdzić, co to jest. Wstyd się przyznać, byłam przekonana, że to rzecz popularnonaukowa. Aż jakiś czas temu usłyszałam o powieści "Koniec z Eddym". Jak magnes podziałała na mnie informacja, że to beletrystyczny rewers znakomitej autobiografii francuskiego filozofa i pisarza Didiera Eribona "Powrót do Reims". Ta super ważna książka, lektura obowiązkowa, zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Dlatego natychmiast "Koniec z Eddym" kupiłam. Moment lektury też nie był przypadkowy. Otóż postanowiłam przeczytać ją w przerwie pomiędzy pierwszym, a drugim tomem neapolitańskiego cyklu Eleny Ferrante. Im większa irytacja na przegadanie i doskonałą przezroczystość stylu "Genialnej przyjaciółki" mnie ogarniała, tym bardziej chciałam sprawdzić, jak o tym podobnych problemach piszą inni.

I rzeczywiście "Koniec z Eddym" to antypody włoskiej powieści. Przede wszystkim jest to książka krótka - niecałe dwieście stron. Ja, miłośniczka grubych cegieł, po raz kolejny przekonuję się, że czasem mniej znaczy więcej. Że wszystko zależy od możliwości pisarza i nie zawsze trzeba zaczerniać tysiące stron, aby dosadnie i mocno przekazać czytelnikowi to, co ma się do powiedzenia. Że siła tkwi w języku i w emocjach. Taki właśnie jest "Koniec z Eddym", krótki, zwięzły, ale niezwykle dosadny i mocny. Często czytałam powieść Edouarda Louisa z dojmującą przykrością, ale nie potrafiłam odłożyć lektury. Kiedy skończyłam, miałam potrzebę przeczytania jakiejś rozmowy z pisarzem, drążenia tematu. No i natychmiast wpisałam "Historię przemocy" na listę książek, które chcę przeczytać, chociaż wiem, że będzie to jeszcze trudniejsza lektura. (Już przeczytałam! Wkrótce napiszę i o niej.)

"Koniec z Eddym" to ubrana w formę powieściową, dość surową, historia dzieciństwa i dorastania pisarza. Jego los był rzeczywiście dość podobny do losu Didiera Eribona. Tytułowy Eddy, jak wielu jemu podobnych, już w dniu urodzenia skazany jest na porażkę, historia jego życia została napisana w momencie, kiedy przyszedł na świat w robotniczej rodzinie w małym miasteczku w Pikardii. Ślepy przypadek sprawił, że wyciągnął złą kartę. A przecież mógł urodzić się w dobrze sytuowanej rodzinie paryskich intelektualistów, lekarzy albo prawników. Mogło być oczywiście jeszcze lepiej, gdyby był synem bogatego przemysłowca albo bankiera. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że i tak nie trafił najgorzej. Na samym dnie znalazłby się, gdyby przyszedł na świat w rodzinie z nizin społecznych w Afganistanie albo w Salwadorze czy w innym podobnym miejscu. Tym bardziej historia Eddiego powinna być nam bliska, bo toczy się tuż obok, w centrum Europy, w bogatej Francji. Właściwie współcześnie, a nie w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku.  

Na co los skazał Eddiego? Na biedę. Na chodzenie w cienkiej kurtce zimą. Na wieczory, kiedy jedyną kolacją jest mleko. Na mieszkanie w zawilgoconym domu w potwornej ciasnocie. Na przemoc w rodzinie, bo bicie i wyzywanie to jedyne metody wychowawcze, jakie znają tamtejsze rodziny. Na słuchanie kłótni, wrzasków i wyzwisk rodziców oraz starszego rodzeństwa. Na życie w środowisku, gdzie podział na świat silnych, agresywnych mężczyzn i podporządkowanych im, słabych, zaharowanych kobiet jest czymś normalnym. Na brak czułości i serdeczności. Na brak jakichkolwiek innych rozrywek poza tymi, które płyną z włączonego cały dzień telewizora albo wysiadywania z kolegami na autobusowym przystanku. Na wszechogarniający prymitywizm. Na byle jaki, prosty, wulgarny język. Na alkoholizm. Na nienawiść do muzułmanów, Arabów, kolorowych i gejów. Na patrzenie na bezsilność rodziców - na ojca, który po wypadku w fabryce, jedynym miejscu zatrudnienia w okolicy, skazany jest na wegetację, na matkę, która musi zajmować się domem i podejmować nisko płatne prace, aby zapewnić jakikolwiek byt rodzinie. Na brzydkie, zdewastowane otoczenie. Tak, los Eddiego został z góry zaprogramowany - miał skończyć najbliższą szkołę podstawową, najbliższe gimnazjum, a potem podjąć pracę w tej samej odlewni, w której pracowali niemal wszyscy mężczyźni z okolicy. Po pracy pić z kumplami, opowiadać grube dowcipy, naśmiewać się z głupich bab i z pedałów. Spotykać się z dziewczynami, uprawiać pokątny seks, zrobić jednej z nich dziecko, ożenić się. Nie wychylać nosa poza najbliższe miasteczko. I tak do końca. Dzień za dniem. Bez perspektyw.

Ale ślepy los zażartował z Eddiego w dwójnasób. Nie dość, że przyszedł na świat w robotniczej rodzinie w małym miasteczku w Pikardii, to jeszcze urodził się odmieńcem. Od początku był inny. Miękki, delikatny, nie panował nad gestykulacją. Nie chciał grać w piłkę jak wszyscy chłopcy. Miał inne zainteresowania. Obraza dla ojca, który musi mieć syna. A tu taki syn, nie syn. W dodatku, o czym przekonał się z czasem, podobali mu się chłopcy. Chociaż długo robił, co mógł, aby chodzić z dziewczyną jak wszyscy jego koledzy. Dlatego Eddy oprócz biedy, słownej i fizycznej przemocy w domu, co było codziennością jego rówieśników, codziennością, na którą nie zwracali uwagi, bo innej przecież nie znali, doświadczył przemocy w szkole ze strony rówieśników. Przemocy, której biernie się poddawał, którą znosił z pokorą, o której nikomu nie mówił. Żeby oddalić od siebie podejrzenie o bycie gejem, pedałem, ciotą, jak mówili wszyscy, przybierał maskę homofoba i  szukał kogoś, z kogo i on mógłby szydzić, kogo mógłby ustawić jeszcze niżej w hierarchii. 

A jednak na przekór wszystkiemu od czasu do czasu jednemu z takich Eddich się udaje. Uciec z Pikardii, uciec z Reims, uciec od środowiska, od kolegów. Zdobyć wykształcenie, próbować realizować swoje marzenia, rozwijać się. Niestety nie dzieje się tak w wyniku jakiejś przemyślanej strategii społecznej, która pozwalałaby uzdolnionym dzieciom piąć się w górę, a tym, którzy chcą pracować w fabryce, ktoś przecież musi, godnie żyć. Jeśli Eddiemu się udało, to zawdzięczał to swojemu talentowi, determinacji, o paradoksie,  napędzanej gniewem i nienawiścią, nielicznym dobrym ludziom, których spotkał na swojej szkolnej drodze. Aby uwolnić się od pogardy i nienawiści, musiał uciec, nie tylko od miejsca, ale i od ludzi.

Bardzo ważna książka, która pokazuje, skąd się biorą wyborcy Frontu Narodowego we Francji czy innych populistycznych ruchów w Europie i na świecie. Zostawieni sami sobie, upokorzeni, zapomniani przez państwo, niedostrzegani lub pogardzani przez tych, którzy urodzili się w pięknych dzielnicach, zdradzeni przez lewicę, podążają za tymi, którzy suflują im łatwe rozwiązania i pokazują wroga - muzułmanów, Arabów, kolorowych i gejów. Kto nie ma siły zmierzyć się z "Powrót do Reims" Didiera Eribona, książką bardziej wymagającą, powinien sięgnąć po powieść Edouarda Louisa. A najlepiej przeczytać obie.

PS. A o tetralogii Eleny Ferrante napiszę, kiedy przeczytam całość. Właśnie jestem na etapie części drugiej. 
PS2. Na etapie części drugiej byłam, kiedy pisałam tę notkę. Kilka dni temu skończyłam całość. Za jakiś czas podzielę się refleksjami.

Popularne posty