Marta Madejska "Aleja Włókniarek"

Od dawna zabierałam się za przeczytanie zbierającego bardzo dobre recenzje historycznego reportażu Marty Madejskiej "Aleja Włókniarek" (Czarne 2018), ale stale wypadało coś pilniejszego, coś, co nęciło bardziej niż opowieść o łódzkich włókniarkach. Jeszcze kilka lat temu pewnie nie spojrzałabym w kierunku takiej książki. Przecież na lekcjach historii najnudniejsza była wiedza o gospodarce. Tymczasem reportaż Marty Madejskiej czyta się z zapartym tchem. Oprócz danych statystycznych, które w tego typu pozycji muszą się pojawić, króluje historia i historie kobiet, łódzkich włókniarek. Z anonimowej masy autorka wyszukuje konkretne opowieści i relacje, jakie zachowały się w rozmaitych archiwach. Robotnice łódzkich fabryk zyskują imię, czasem nazwisko i wiek. 

Nie było łatwo, bo kobiety w historii przecież nie istniały, spychane na margines, poza nawias. Dlatego pewnie, o ironio, jedną z dłuższych ulic w Łodzi, wielopasmową arterię, w roku 1977 nazwano aleją Włókniarzy, a przecież to przede wszystkim kobiety pracowały w przemyśle włókienniczym! Kiedy w pierwszym rozdziale swojej książki autorka przywołuje powieści, których akcja rozgrywała się w przemysłowej Łodzi, w tym tę najbardziej znaną i najważniejszą, "Ziemię obiecaną" Władysława Reymonta rozsławioną przez film Andrzeja Wajdy, z niedowierzaniem zauważa, że wśród bohaterek właściwie nie ma robotnic! Z bezimiennego tłumu wybija się tylko jedna - Zośka Malinowska, którą upatrzył sobie fabrykant Kessler (w filmie gra go Zbigniew Zapasiewicz) na jedną ze swoich orgii. Ale to postać epizodyczna, autor nie poświęcił jej w powieści zbyt wiele miejsca. Może bardziej pamiętamy Zośkę z filmu, chociaż pewnie nie tyle ją, ile scenę, kiedy jej ojciec mści się na Kesslerze, wrzucając go w tryby maszyny, którą obsługuje. Dlatego Marta Madejska stara się wydobyć z niebytu kobiety-włókniarki, oddać należną im pamięć i uwagę. Bo to przecież one w dużej mierze tworzyły historię tego miasta i tego przemysłu. Ta książka wpisuje się w budzący się trend historii ludowej, której bohaterami są zwykli ludzie, nie tylko kobiety jak w tym wypadku. Trudno też nie zestawić jej z innym, także arcyciekawym, reportażem historycznym "Służące do wszystkiego" Joanny Kuciel-Frydryszak, o którym jakiś czas temu pisałam.

Marta Madejska rozpoczyna swoją opowieść od początku, od czasów, kiedy Łódź z niewielkiej osady zaczęła przekształcać się w miasto przemysłowe, ośrodek przemysłu włókienniczego. Wędruje przez wiek XIX-y, początek XX-ego, szczególnie skupiając się na zapomnianej rewolucji 1905 roku, potem przez okres po odzyskaniu niepodległości i czasy wojny, aby przejść do lat tuż powojennych  i okresu PRL-u, aż wreszcie kończy tę historię, bardzo smutno, transformacją lat dziewięćdziesiątych, kiedy  zlikwidowano wiele włókienniczych zakładów. W ten sposób otrzymujemy nie tylko historię kobiet, która jest tu oczywiście najważniejsza, ale także przy okazji  miasta, przemysłu włókienniczego i Polski. Autorka pisze o ciężkich warunkach pracy - w hałasie, pyle, wilgoci, bez wytchnienia, na nogach, w biegu, często na trzy zamiany. O protestach i strajkach tych znanych i znacznie częściej tych zapomnianych, które wydobywa z niebytu. Wszystkie były buntem i walką o lepsze warunki pracy, o przestrzeganie tego, co teoretycznie robotnicom przysługiwało, i o wyższe zarobki, a w czasach PRL-u także o lepsze zaopatrzenie sklepów, bo nie dość, że pensje niskie, że inflacja, to włókniarki zmęczone  wyczerpującą pracą wystawały w wielogodzinnych kolejkach, aby kupić kawałek mięsa. Często stały na darmo, bo kiedy już zbliżały się do lady, towar się kończył. Autorka pisze też o powszechnym, niezależnie czy to wiek XIX-y czy XX-y, mobbingu i wykorzystywaniu seksualnym robotnic przez właścicieli fabryk i majstrów. Opowiada o warunkach życia, o organizacji dnia, opiece nad dziećmi, która często wymagała niezwykłej ekwilibrystyki, o wszystkich codziennych domowych pracach. No i o tym, skąd do Łodzi przybywały te rzesze dziewczyn i młodych kobiet. Dlaczego tam ciągnęły i zatrudniały się w licznych fabrykach. A wszystko to bardzo konkretne, usiane świadectwami robotnic, o których już wspominałam, ale także, co ciekawe, często anonimowymi wierszami i pieśniami będącymi świadectwem ciężkiego losu i przejawem buntu. Całość niezwykle ciekawa i odkrywcza.

Ale na koniec nie mogę nie podzielić się refleksją, jaka towarzyszyła mi na każdym etapie lektury "Alei Włókniarek". Mimo że banalną, to jednak przytłaczającą. Świat był, jest i będzie niesprawiedliwy - tylko nieliczni, uprzywilejowani, żyją sobie bardziej lub mniej wygodnie, niektórzy nawet pławią się w luksusie, a ludzkie masy harowały, harują i będą harować za marne grosze, w znoju i trudzie, niewiele więcej mając z życia. I dobrze jeśli w ogóle pracę mają. Bo przecież jeszcze niżej w hierarchii byli, są i będą wszyscy bezrobotni, bezdomni, uchodźcy, ekonomiczni migranci, wszyscy wykluczeni, ludzkie odpady. Rzadko, chociaż przecież coraz częściej, są bohaterami opowieści, rzadko ich słuchamy, oddajemy im głos, poświęcamy im swoją uwagę. I po co to wszystko?

"Słodki koniec dnia"

Lubię filmy Jacka Borcucha, nie nakręcił ich zresztą wiele, bo późno zaczął swoją reżyserską drogę, wcześniej był aktorem. Jego najbardziej rozpoznawalna i znana rola to Stefan w niezapomnianym "Długu" Krzysztofa Krauzego. O najnowszym filmie reżysera, "Słodkim końcu dnia", stało się głośno, kiedy Krystyna Janda, która gra tu polską poetkę, laureatkę Nagrody Nobla mieszkającą w Toskanii, została w Sundance uhonorowana za swoją rolę. Przypieczętowaniem sukcesu była wygrana na krakowskim festiwalu Mastercard Off Camera w konkursie polskich filmów fabularnych. Nic dziwnego, że na "Słodki koniec dnia" czekałam z lekką niecierpliwością, tym bardziej, że ostatnio miałam za sobą okres kinowej posuchy, czego najlepszym dowodem jest zdecydowana przewaga na moim blogu w ostatnim okresie notek o książkach. Dlatego po obejrzeniu "Dzikiej gruszy" Ceylana  wybrałam się niemal natychmiast na "Słodki koniec dnia".

Jak już wspomniałam, jest to opowieść o Marii Linde, polskiej poetce od stanu wojennego mieszkającej w Toskanii. Tu wyszła za mąż, tu urodziła córkę (w tej roli Kasia Smutniak), tu żyje w okolicach Volterry w pięknym toskańskim domu. Zwieńczeniem jej kariery jest Nagroda Nobla, którą chyba nie tak dawno dostała. W europejskim środowisku artystycznym i intelektualnym jest autorytetem, zna ją też dobrze lokalna społeczność, dlatego burmistrz Volterry uhonorował Marię nagrodą. Przy Noblu to nic, ale ona to wyróżnienie też sobie ceni, bo jest stąd, bo wrosła w to miejsce, zna tu wielu ludzi nie tylko z elity, ale także tych przeciętnych, prostych - sprzedawców, policjantów, listonosza, właścicieli osterii czy tratorii.  

Ale bardzo istotnym tematem filmu Borcucha są też zmiany i lęki, jakie budzi napływ imigrantów do Włoch i do Europy. Jakby zniewalające piękno i urok Toskanii zostały zabrudzone przez obecność intruzów. Widać ich także w okolicy Volterry, także dlatego, że znajduje się tu obóz, w którym czekają na wyrok - zostaną w europejskim raju czy grozi im deportacja. Niektórzy są tu już od dłuższego czasu, zadomowili się, mają swoje lokalne biznesy, nieodwracalnie zmieniają krajobraz miasteczka. No bo kiedyś osterie prowadzili Włosi, a teraz z powodzeniem robi to przybysz z Egiptu. Niby wszyscy go lubią, cenią za kuchnię, za pracowitość, solidność, ale to jego najłatwiej oskarżyć, kiedy stanie się coś niepokojącego. 

Maria to kobieta niezależna, bezkompromisowa, nie liczy się z opinią otoczenia, jasno wypowiada swoje zdanie, nie kłamie, ma odwagę mówić prawdę. Jest młoda duchem, być może młodsza od córki, którą szokuje swoim postępowaniem i opiniami, ale odczuwa starzejące się ciało, chociaż przecież wygląda bardzo dobrze i nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyśli o niej jako o starej kobiecie. Kiedy jednak w czasie uroczystości z okazji przyznania jej  nagrody przez burmistrza w swojej mowie wypowie niezwykle kontrowersyjną opinię, a będzie to w momencie bardzo szczególnym, z osoby uwielbianej i honorowanej stanie się wrogiem ludu. Widz zostaje postawiony w niewygodnej sytuacji - jak się odnieść do słów Marii? Niby miała być to intelektualna prowokacja, której zadaniem było zmuszenie zadowolonych z siebie Europejczyków do myślenia, ale takie słowa nie pozostają bez echa. Wywołują reakcje i reperkusje, których pewnie Maria nie chciała. Czy przewidziała? 

Mnie to  jej jedno kontrowersyjne, prowokacyjne zdanie natychmiast zrymowało się z reportażem Niklasa Orreniusa "Strzały w Kopenhadze". Właściwie oceniając ten gest Marii, mogłabym powtórzyć niektóre moje opinie dotyczące postawy bohatera książki, szwedzkiego artysty Larsa Vilksa. Dlatego celowo użyłam też określenia wróg ludu, które pada w reportażu Orreniusa. Co nie oznacza, że pochwalam to, co przytrafiło się jej na końcu. Przeciwnie, jeśli coś budzi moją grozę, to jest to wykrzywiona nienawiścią twarz komisarza policji, który tak niedawno zachwycał się Marią. Czy ją lubię? Tak, bo lubię takie wyzwolone, zbuntowane bohaterki. Ale nie lubię tego jednego zdania - jest zbyt wykoncypowane i nie bardzo rozumiem, jak miałoby odnieść taki skutek, jakiego oczekiwałaby Maria.

Czas na konkluzję. "Słodki koniec dnia" bardzo dobrze się ogląda, choćby ze względu na piękne otoczenie i pięknych ludzi. Z zainteresowaniem śledziłam historię bohaterów, z przyjemnością patrzyłam na Krystynę Jandę i Kasię Smutniak, słuchałam ich słownych potyczek. Ale ... ale jest to film chłodny, nie wiem, czy zgodnie, czy wbrew intencjom twórców. Nie przeżywałam, no może odrobinę, raczej rozmyślałam. To stwierdzenie faktu, nie zarzut. Obejrzeć trzeba. 

PS. Już po napisaniu tej notki, rozmawiałam z moją przyjaciółką, która uznała "Słodki koniec dnia" za bardzo interesujący, ale zupełnie inaczej go odebrała. Chociaż się z nią nie zgadzam, chcę przytoczyć jej opinię. Dla niej jest to historia zapatrzonej w siebie celebrytki, która zupełnie nie liczy się z otoczeniem i nie zastanawia się ani nad konsekwencjami tego, co robi i mówi, ani czy swoim postępowaniem kogoś zrani albo dotknie.

Lyonel Trouillot "Niedziela 4 stycznia"

Po przeczytaniu bardzo dobrej powieści haitańskiej autorki Yanick Lahens "Błogie odwroty", o której ostatnio pisałam, weszłam na stronę wydawnictwa Karakter, aby poszukać jakichś interesujących beletrystycznych pozycji z kręgu literatur nieoczywistych, niszowych. Ostatecznie wybrałam dwie, skuszona tematem i bardzo atrakcyjną ceną. Jedna to powieść libańskiego autora, druga ... haitańskiego - Lyonela Trouillota "Niedziela 4 stycznia" (2016; przełożył Jacek Giszczak). Ponieważ wydała mi się ona znakomitym uzupełnieniem "Błogich odwrotów", natychmiast się za nią zabrałam. Moje przeczucia sprawdziły się, książkę, a właściwie książeczkę (ma tylko 120 stron), Trouillota można traktować jako dopełnienie mojej poprzedniej lektury. Tyle tylko, że jest jeszcze bardziej pesymistyczna i nie ma w niej tego światła i odrobiny nadziei, które znalazłam w powieści Yanick Lahens. Tylko rozpacz, smutek i beznadzieja. Na dowód trzy cytaty.

... los robi, co chce, nieszczęście nie pyta o pozwolenie, by wejść do naszego domu.

Niedosyt szczęścia rozciąga się na całe pomieszczenie, pomimo muzyki, niedosyt szczęścia rozciąga się na cały pokój. Przykrywa książki, płyty, twarze. Marazm i poszukiwanie.

... można krzyczeć razem, lecz u kresu każdy człowiek umiera ze swoją ciszą. 

Akcja powieści toczy się w ciągu kilku godzin w ową styczniową niedzielę. Napisałam styczniową, bo tak sugeruje tytuł. Z drugiej strony w książce wielokrotnie mowa jest o grudniowym słońcu nie tak morderczym jak to świecące w letnich miesiącach. No ale to tylko taka drobna dygresja. Głównym bohaterem jest czarny student, Lucien, który z ubogiej wioski w centralnej części kraju kilka lat wcześniej przybył wraz z bratem do Port-au-Prince. Wysłała ich tam do szkół ślepnąca matka. Lucien skorzystał z okazji, skończył szkołę i studiuje, jego młodszy brat, zwany Małym, nie wierzył, że wykształcenie może zmienić los. Poszedł inna drogą - siły i przemocy. To takie jak on, drobne rzezimieszki, dokonują kradzieży, napadów, z czasem stają się coraz bardziej agresywne - gwałcą, mordują, satysfakcję czerpią ze strachu innych, bogatych lub zwyczajnych szaraków z trudem utrzymujących się z jakichś drobnych biznesów. Bracia mieszkają w jednym pokoju w dzielnicy slumsów. Mały, często naćpany, pogardza starszym bratem i matką, z którą nie utrzymuje kontaktu. To Lucien ją odwiedza. Kłamie, opowiadając o Małym, bo nie potrafi zranić matki, która, chociaż na kartach powieści pojawia się tylko w jego wspomnieniach, to jest bardzo ważną figurą, istotnym punktem odniesienia. Lucien często przypomina sobie to, co mówiła - jej decyzje, pytania, a najczęściej rady przyjmujące formę sentencji wypowiadanych dostojnym (?), jakby biblijnym językiem. Ja, czarna, Ernestine Saint-Hilaire ... w taki sposób za każdym razem syn przywołuje jej słowa.

W ów styczniowy (albo grudniowy) niedzielny poranek Lucien schodzi w dół wzgórza oplecionego dzielnicą slumsów i zmierza na studencką manifestację zapowiadaną od dawna w dwusetną rocznicę uzyskania niepodległości. Dla porządku dodam, że jest prawdopodobnie rok 2004. Wcześniej wstąpi jeszcze po papierosy do sklepiku nazywanego U Rodowitego Mieszkańca Port-au-Prince, potem do domu bogatego chirurga po pieniądze za lekcje francuskiego, których udziela jego synowi - głupiemu, leniwemu, spędzającemu czas na grach. Od pierwszych stron wiemy, że zginie w czasie manifestacji. Mówi się, że władze chcą sprowokować zamieszki, w tym celu opłaciły jeden z miejscowych gangów, aby zaatakował demonstrantów. Jest to więc swoista kronika zapowiedzianej śmierci. I jak na kronikę przystało, systematycznie jesteśmy informowani o czasie.

Chociaż Lucien jest niewątpliwie głównym bohaterem, to powieść Lyonela Trouillota ma ich jeszcze kilku. Oprócz już wymienionych to jeszcze żona chirurga. Istotną rolę odgrywają też postacie przywoływane we wspomnieniach czy rozmyślaniach - inni studenci, żona sklepikarza i Cudzoziemka, czyli zagraniczna dziennikarka, która rozmawiała z Lucienem, zbierając materiał do reportażu, i na zawsze pozostała w jego wspomnieniach, chociaż nic między nimi nie zaszło, bo przecież nie mogło. Ona przyleciała tu na chwilę napisać reportaż. Najbardziej cieszyło ją słońce, znacznie mniej interesowali ludzie. Była uprzejma i miła, nic więcej. Wyjechała do swojego lepszego świata, on został. Bo ma tu matkę i Małego, który wcale nie potrzebuje jego pomocy, bo chociaż kocha morze, nie stać go na wyjazd. Co mu pozostało? Studiować i demonstrować, wierząc, że odmieni swój los. 

Podobnie jak w "Błogich odwrotach" naprzemiennie zmienia się perspektywa narracji - poznajemy wewnętrzne światy tych kilkorga bohaterów, ale Lucien pozostaje najistotniejszy. Nikt nie jest szczęśliwy, nawet bogaty chirurg i jego żona. Wszystkim doskwiera ... brak miłości, bliskości, brak porozumienia z drugim człowiekiem. Przyczyny są rozmaite - małżeńska rutyna, społeczna przepaść, strach. Wszyscy dźwigają garb rozczarowań. Wspominają dalszą lub bliższą przeszłość, którą być może upiększają. W tym są równi. Biednym doskwiera brak pieniędzy, a bogatym strach przed gniewem wykluczonych. Konsekwencją tego gniewu są napady, kradzieże i gwałty, dlatego żyją zamknięci w swoich domach jak w wieżach z kości słoniowej. Jak długo pozostaną tam bezpieczni? Otoczeni wysokim murem koniecznie  zakończonym czymś ostrym, wspomagani przez groźne psy i ochronę. Ale nawet w tych niesympatycznych bohaterach można na moment odnaleźć życzliwość i zwykłe ludzkie dobro. Ale tylko na moment. Nic z tego nie wynika poza chwilowym zainteresowaniem drugą osobą.

Wszystko zmierza do nieuchronnego końca. Akcja, początkowo powolna, właściwie trudno tu mówić o akcji, to przecież ciąg zwyczajnych zdarzeń i rozmyślań bohaterów, coraz bardziej przyspiesza, aby zapętlić się wokół manifestacji relacjonowanej na żywo przez radiowych i telewizyjnych reporterów, także zagranicznych. A w końcu wszystko wraca na swoje tory. A śmierć Luciena i innych? Za kilka dni, najdalej tygodni, wszyscy o niej zapomną. Każdy ma przecież swoje zmartwienia. Tylko czarna Ernestine Saint-Hilaire, jeśli się dowie, będzie pamiętała na zawsze. 

Poruszająca, bardzo ciekawa powieść. Ale uprzedzam, nie jest to łatwa lektura. Przeszkodą może być sposób narracji mnie kojarzący się z czymś co przypomina poemat. Nie jest łatwo wejść w taki sposób pisania, trzeba chwili, aby go zaakceptować i docenić. Drugą przeszkodą może być temat - cóż wolimy czytać bardziej optymistyczne historie. A ta nie dość, że smutna, pozbawiona nadziei, to jeszcze momentami bywa niezwykle dojmująca, chociaż w najbardziej przykrym momencie (wcale nie jest to śmierć Luciena) narrator nie dopowiada kropki nad i, cofa się w ostatniej chwili, resztę pozostawiając domyślności czytelnika. I lepiej tego dalszego ciągu sobie nie wyobrażać.

"Dzika grusza"

Od dawna czekałam na najnowszy film tureckiego reżysera Nuriego Bilge Ceylana, jednego z tych, których filmy oglądam zawsze. Kto zachwycił się jego poprzednimi obrazami, zwłaszcza "Pewnego razu w Anatolii" i "Zimowym snem", ten na pewno tak jak ja w ciemno wybierze się do kina na "Dziką gruszę". A pozostali? No cóż dla nich ten film będzie wielkim wyzwaniem - ponad trzy godziny snucia się i gadania, jak powiedzą złośliwi. A jeszcze bardziej złośliwi dodadzą, że gadania o niczym. Do tego mieszanie realizmu ze scenami onirycznymi też może zdezorientować i zirytować niejednego widza. Nie mam złudzeń - na seansie, na który poszłam, było kilka osób, a dwie wyszły godzinę przed końcem. No nie jest to kino dla każdego. Ja należę do tych, którym "Dzika grusza" bardzo się podobała, a uczciwie przyznam, że głosy recenzentów są różne - od zachwytów do rozczarowania. Najwyżej w dorobku tureckiego reżysera cenię "Pewnego razu w Anatolii", który chcę zobaczyć jeszcze raz - nagrany czeka na spokojny moment - a "Dziką gruszę" stawiam na drugim miejscu razem z "Zimowym snem".


Głównym bohaterem filmu jest Sinan, który właśnie ukończył studia nauczycielskie i wraca z miasta, gdzie studiował, do swojej znacznie mniejszej miejscowości. Nie bardzo wie, co ma z sobą zrobić. Najchętniej uciekłby z prowincji, ale na razie jest w zawieszeniu. Czeka na egzamin, który pozwoli mu wykonywać zawód nauczyciela. Od tego, jak go zda, zależy, gdzie będzie uczył. Czy zostanie zesłany na wschód, czy dostanie pracę w bardziej cywilizowanym i bezpiecznym miejscu. Jeśli się nie powiedzie, może pójdzie do wojska albo zatrudni się w policji, gdzie dobrze płacą? Ale naprawdę ma inne marzenie - napisał książkę, którą bardzo chciałby wydać i w różny sposób szuka na to pieniędzy. Póki co zawieszony pomiędzy codziennością a marzeniami snuje się, gada i dużo czyta. Od czasu do czasu jedzie z ojcem, albo sam, na wieś, gdzie mieszkają jego dziadkowie i gdzie jego ojciec chciałby osiąść na emeryturze.

O czym są te rozmowy, które toczy Sinan z rodzicami, dziadkami, koleżanką ze szkoły, z kolegami, ze znanym pisarzem, którego spotka w księgarni, z potencjalnymi sponsorami jego książki? O sprawach błahych i ważnych. W żadnym razie nie nazwałabym ich rozmowami o niczym. O planach na przyszłość, o twórczości, o religii, o wyborach, jakich dokonali rodzice, o tym, co w życiu ważne. Trzeba ich po prostu wysłuchać, streścić nie sposób, no i przecież nie o to chodzi.


Bardzo istotną postacią jest ojciec Sinana, nauczyciel zbliżający się do emerytury, który przez swoją beztroskę wpędził rodzinę w niezłe tarapaty. To dziwak i oryginał, uparty i dość nieodpowiedzialny, ale prawie zawsze z uśmiechem na ustach. Takie podejście do życia budzi irytację, ale jednocześnie trudno dziwić się żonie, która kiedyś się nim zachwyciła i wyszła za niego za mąż, mimo że rodzina patrzyła na takiego kandydata krzywo.  Wielką zaletą filmu Ceylana jest właśnie niejednoznaczność tego bohatera. Rodzinna legenda głosi, że wszystko dlatego, bo gdy był niemowlęciem oblazły go mrówki i chociaż na szczęście nie zrobiły mu krzywdy, to długo jeszcze wychodziły z jego uszu i nosa. 

Sinan lokuje się w opozycji do ojca, irytują go jego decyzje, wybory, postępowanie, wydaje mu się, że jest inny, lepszy, ale czy rzeczywiście? Czy marzenie o zostaniu pisarzem można postawić wyżej niż marzenie o zamieszkaniu na wsi i hodowaniu owiec? Czy sposób, w jaki zdobył pieniądze na wydanie książki, nie sprawia, że w gruncie rzeczy jest do swojego ojca bardzo podobny? A może nawet gorszy? I ile warta jest taka książka? Wydać to jedno, a odnieść sukces to drugie. A jednak ostatnia ważna rozmowa tego filmu, ojca z synem, jest budująca i niesie ukojenie. 


Mimo całej melancholii, mimo nawiązań do Czechowa, jakich doszukują się krytycy - marzenie o ucieczce z prowincji - nie ma w "Dzikiej gruszy" beznadziei i marazmu ani rozpaczy za straconymi szansami i utraconymi złudzeniami jak w "Zimowym śnie". Może dlatego, że wieś, do której ciągną Sinan i jego ojciec, pokazywana jest pięknie niezależnie od zmieniających się pór roku. Nawet miasteczko, gdzie mieszkają, mimo oczywistej szpetoty, ma w sobie coś sympatycznego. Ale przede wszystkim dlatego, że bohaterami "Dzikiej gruszy" są outsiderzy, którzy szukają swojej drogi i potrafią dostrzec wartość w sprawach drobnych, codziennych, a porażki ich nie załamują. Przeciwnie, są impulsem do dalszych poszukiwań. Na pewno taki jest ojciec. Czy Sinan, jak się wydaje, podąży jego drogą, czy może będzie jednak szukał nieosiągalnego, tego oczywiście nie możemy być pewni.

Yanick Lahens "Błogie odwroty"

Ostatnio mam szczęście do powieści. Każda przynajmniej bardzo dobra, każdą połknęłam jednym tchem, no i najważniejsze, żadna nie okazała się pospolitym czytadłem. Tak było i tym razem, kiedy z czeluści mojego czytnika wydobyłam powieść haitańskiej pisarki Yanick Lahens "Błogie odwroty" (Karakter 2018; przełożył Jacek Giszczak). Kupiłam ją jesienią po spotkaniu z autorką, która była gościem jednego z literackich festiwali. Od dawna się do niej zbierałam, ale teraz po lekturze "Zostań ze mną" nigeryjskiej pisarki Ayobami Adebayo przyszedł jej czas. Jedna niszowa literatura przyciąga drugą niszową literaturę. Ale do rzeczy.

Akcja tej niewielkich rozmiarów książeczki toczy się współcześnie w stolicy Haiti Port-au-Prince. Powieść ma wielu bohaterów o różnych kolorach skóry, w różnym wieku, z różnych warstw społecznych. Znają się albo są ze sobą jakoś powiązani. Trudno powiedzieć, kto jest bohaterem głównym. Wszyscy są jednakowo ważni. Najstarszy, Pierre,  samotny gej. Jego siostrzenica Brune, początkująca pieśniarka. Cyprien, czarny, młody adwokat, który za wszelką cenę chce zrobić karierę, wydobyć się z dna kotła, nie opaść poniżej piany. Przez jakiś czas chłopak Brune. Nerline, przyjaciółka tej ostatniej, projektuje kostiumy teatralne. Ezechiel, student, poeta, czarny, mieszka z matką i braćmi w dzielnicy slumsów. Zbuntowany, bierze udział w studenckich manifestacjach. Waner, przeciwieństwo Ezechiela, nie aprobuje przemocy, uważa, że świat można zmieniać pracą u podstaw. Ronny i Francis zagraniczni dziennikarze. Ten drugi przyjechał na Haiti na chwilę, aby napisać gładki reportaż. O pięknych krajobrazach, o ciekawych ludziach, o różnorodności kulturowej, o tyglu artystycznym. Żadnych brudów, żadnych problemów. To nie interesuje czytelników gazety, od której dostał zlecenie. No i Joubert, sąsiad Ezechiela. Ma partnerkę, dziecko, kochankę. Najchętniej żyłby sobie w miarę wygodnie i spokojnie, oglądając programy na kanałach telewizyjnych z całego świata. Szemrana postać, więcej nie zdradzę. W krótkich rozdziałach na świat, na wydarzenia patrzymy naprzemiennie z punktu widzenia jednego bohatera. Poznajemy jego historię, marzenia, lęki, obawy, pragnienia, poglądy. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, ale od czasu do czasu zmienia się w pierwszoosobową. 

Pozornie niewiele się dzieje. Brune występuje w jednym z klubów stolicy, przyjaciele chodzą na jej występy, co tydzień spotykają się na kolacji u Pierre'a, którą on sam przygotowuje. Ezechiel bierze udział w manifestacji studenckiej, a Cyprien zostaje dopuszczony przez swojego szefa do bardzo ważnego klienta. Joubert dostanie kolejne zlecenie, które przybliży go do kupna wymarzonej anteny satelitarnej. Ale Haiti i Port-au-Prince to nie jest spokojne miejsce. Bogate dzielnice sąsiadują ze slumsami, bieda miesza się z bogactwem, piękne krajobrazy są skażone zbrodnią. Napady, zuchwałe kradzieże, strzelaniny na ulicach, ciemne interesy, korupcja, przekupni politycy, płatni zabójcy, wyroki śmierci wydawane na ludzi, którzy są przeszkodą w wielkich, nie zawsze legalnych, przedsięwzięciach, to tutejsza codzienność. Tak kilka miesięcy wcześniej zginął ojciec Brune, nieprzekupny sędzia, który wiedział za dużo i nie chciał zapomnieć. Pierre próbuje przez swych ustosunkowanych przyjaciół odkryć, co ustalono w śledztwie. Pozornie niezwiązane ze sobą zdarzenia zaczynają tworzyć jedną całość. To samo dotyczy bohaterów tej powieści. Nawet jeśli się nie znają, coś ich jednak łączy. 

Nieoczekiwanie, bo początek tego nie zapowiadał, powieść okazuje się być jak puzzle, które trzeba umiejętnie złożyć, aby naszym oczom ukazał się jakiś obraz. I chociaż na koniec poznamy prawdę o tym, dlaczego i jak zginął ojciec Brune, dowiemy się nawet, kto go zabił, to przecież nie to jest najważniejsze. Nie o ten obraz w tych powieściowych puzzlach chodzi. One mają swoje drugie dno. Czarne, przygnębiające i frustrujące. To miasto i kraj pogrążone w chaosie. Niepewność losu, przypadkowa śmierć może czyhać za każdym zakrętem. Jeśli miałeś pecha i urodziłeś się w złej dzielnicy, jeśli na dodatek masz czarny kolor skóry, to twoje szanse na odbicie się od dna kotła, na pławienie się w pianie są niewielkie. A jeśli się to uda, cena może okazać się ogromna. Jakie jest wyjście? Ucieczka? Nie ma ucieczki, bo cały świat pogrąża się w chaosie. Chociaż myślę, że nasz europejski chaos ciągle jeszcze mieszkańcowi Haiti mógłby się wydać oazą spokoju. 

Być może, czytelniku tej notki, uznasz, że to nic odkrywczego, że to wszystko wiemy. Masz oczywiście rację, ale rzecz w tym jak znakomicie jest to napisane. Skondensowany, a jednocześnie kunsztowny, piękny, nasycony metaforami język powoduje, że, po pierwsze, trudno oderwać się od wykreowanego świata. Czyta się to jak w transie, podobnie jak "Internat" Żadana, o którym niedawno pisałam. A po drugie tworzy się melancholijny nastrój, który działa. Czytelnik, podobnie jak bohaterowie, dostaje obuchem w łeb, czuje trwogę świata.

Ale mimo całej grozy oni wszyscy próbują jakoś żyć w tym strasznym mieście. Utrzymać się na powierzchni, zająć się swoimi sprawami, czerpać przyjemność, kiedy tylko to możliwe. Z poezji, z piosenki, z dobrego jedzenia, z miłego towarzystwa. I tak to się plecie - drobne sprawy, radości, chwile szczęścia, często jego źródłem jest seks, a tuż obok zbrodnia, śmierć, tragedie, brudy świata. Dużo tu pesymizmu, czarnych barw, ale jest też na przekór wszystkiemu jakaś nadzieja, jakieś światło.

PS. Powieść jest nasycona cytatami z piosenek i wierszy oraz aluzjami do tekstów literackich i filozoficznych. Na koniec zostały podane ich źródła. To dodatkowa wartość, ale dla bardzo erudycyjnego czytelnika, jakim nie jestem. Ale i bez tego lektura "Błogich odwrotów" dostarcza wielkiej satysfakcji.

PS. Ponieważ o Haiti właściwie nic nie wiedziałam, zaczęłam szperać w internecie. Znalazłam ciekawy wywiad z Yanick Lahens i kilka innych artykułów oraz reportaży.

"Przedszkolanka"

Korzystając z majowego weekendu, wreszcie wybrałam się na "Przedszkolankę", amerykański film pokazywany na festiwalu w Sundance, gdzie dostał nagrodę za reżyserię dramatu. Obraz na polskich ekranach gości już od jakiegoś czasu, ma bardzo dobre recenzje, ale jakoś nie pałałam wielką ochotą, aby go zobaczyć, no a teraz wreszcie postanowiłam nadrobić zaległość. Film obejrzałam z przyjemnością i zainteresowaniem. To takie kino, które z jednej strony zachwyca detalami, na których skupia się kamera, skłaniając do kontemplacji szczegółu, z drugiej prowokuje do zadawania pytań o wybory głównej bohaterki.


Lisa pracuje w przedszkolu, lubi swoją pracę, ma męża, dorastające dzieci, które stoją u progu wyboru drogi życiowej. Mieszka w domu na przedmieściach Nowego Jorku i od jakiegoś czasu chodzi na kurs kreatywnego pisania, a właściwie pisania wierszy. Dlaczego? Czy czuje się niespełniona? Szuka czegoś więcej? Chciałaby zacząć pisać? Albo doskonalić swoje wiersze? Nie na wszystkie pytania znajdziemy odpowiedź w filmie. W każdym razie ta decyzja zmienia życie Lisy. Zaczynają ją drażnić jej dzieci, które nie czytają książek, są przeciętne, za mało wrażliwe. Swoje pretensje pod ich adresem potrafi wyrazić w sposób tak egzaltowany, że zęby bolą.  Rozczarowana jest też sobą, bo jej poetyckie próby nie znajdują uznania ani u prowadzącego kurs, ani u pozostałych uczestników warsztatów. Tymczasem jeden z jej podopiecznych okazuje się niezwykle utalentowanym chłopcem - od czasu do czasu improwizuje wiersz. 

I właśnie od tego momentu widz zostaje zmuszony do zadawania sobie pytań. Jakie są prawdziwe intencje Lisy? Czy rzeczywiście zależy jej na pielęgnowaniu i rozwijaniu talentu chłopca, czy chodzi jej o coś innego? Twórcy filmu zwodzą, właściwie nie wiadomo, czy bohaterka zmienia zdanie, czy od początku jest rozdarta. I kolejne pytania - jak daleko można się posunąć, próbując pomóc chłopcu? Czy można postępować wbrew woli jego ojca, który trochę lekceważy zdolności swojego syna, przykładając wagę do praktycznej strony życia? Rozdźwięk pomiędzy tym, co praktyczne, zwyczajne, zdroworozsądkowe, a tym, co czyni ludzką egzystencję niezwykłą, czyli sztuką, jest w filmie zaznaczony dość wyraźnie, chociaż chwilami nieco nachalnie. Nie o wszystkim trzeba mówić wprost. Jakby nie dowierzano widzowi, który przecież i bez płomiennych tyrad Lisy zrozumiałby intencje twórców. Rozczarowało mnie również zakończenie  - trochę nieoczekiwanie film skręcił w inna gatunkową ścieżkę. 

Wielką wartością "Przedszkolanki" jest rola grającej główną bohaterkę Maggie Gyllenhal, której wcześniej nie widziałam, chociaż to nie anonimowa aktorka. Mimo że Lisa drażniła mnie czasem, a im dłużej film oglądałam, tym uczucie irytacji narastało, to jednak przykuwała moją uwagę. Równie magnetyzujący jest chłopiec grający utalentowanego przedszkolaka. 

"Pewnego dnia"

Jakoś ostatnio rzadziej bywałam w kinie. Nic mnie specjalnie nie ciągnęło, a i niczym się też nie zachwyciłam. A kiedy chciałam wybrać się na "Żniwa", bardzo chwalony film z RPA, nie zdążyłam, bo grali go w moim mieście tylko tydzień, a był to tydzień świąteczny! Teraz jednak nadarzyła się okazja. Wybrałam się na węgierski film "Pewnego dnia", reżyserski debiut Zsofii Szilagyi nagrodzony w Cannes nagrodą FIPRESCI w jednej z bocznych sekcji. Z kina wyszłam wreszcie usatysfakcjonowana. Chciałam napisać - zadowolona, ale to określenie nijak nie pasuje do tego, co na ekranie. Bo nie jest to film przyjemny, chociaż nie opowiada o strasznych dramatach i tragediach. Raczej o codziennej rutynie, którą z trudem da się znieść, która doprowadzić może do wściekłości, bezsilności, a może nawet na skraj depresji. 

To jeden dzień, właściwie odrobinę więcej, z życia Anny, czterdziestolatki, żony, matki trojga dzieci, lektorki włoskiego. Podglądanie codzienności. Lustro, w którym wiele (wielu?) z nas może się przejrzeć, bo odnajdzie tam swoje doświadczenia. Rutyna. Dzień jak co dzień. Trzeba wstać, zbudzić dzieci, które nie chcą opuścić łóżek, przygotować im śniadanie, rozwieźć do żłobka, przedszkola i szkoły, pójść do pracy, odebrać dzieci, zawieźć na balet, na szermierkę, znosić ich kaprysy, zrobić zakupy, kolację. Jeszcze pranie, opróżnienie zmywarki, poskładanie wszystkiego. A wokół piętrzą się sterty niepoprasowanych ubrań, wszędzie coś leży - chaos, nad którym trudno zapanować. I jeszcze od dawna popsuty zlew, i kłopoty z bankiem. No i pośpiech, pośpiech, pośpiech. Żeby zdążyć, żeby się nie spóźnić, cała logistyka. Nie ma już czasu na żadne przyjemności. Jedyną radość dają krótkie, beztroskie chwile spędzone z dzieckiem. Ale nie ma ich wiele. Zastępują je pretensje, popędzanie, przypominanie, sztorcowanie. Żywiołowość, nieokiełznanie, oryginalność dzieci zamiast cieszyć irytuje. No i jeszcze problemy z mężem. Jakie? Nie będę zdradzać, chociaż na niektórych filmowych portalach w notce informacyjnej wyłożono kawę na ławę. To wszystko sprawia, że Anna czuje się coraz bardziej samotna, zmęczona i bezradna.

Kto z nas nie ma chociaż trochę podobnych doświadczeń? Kto przynajmniej od czasu do czasu nie ma poczucia, że wszystko wymyka mu się z rąk, że wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu, że pech go prześladuje, że nie nadąża? Wprawdzie nie mam trojga dzieci, domowe obowiązki staram się ograniczać do minimum, a i tak codzienna rutyna doprowadza mnie do pasji, wydaje mi się potworną stratą czasu, który mogłabym poświęcać na to, co lubię. Jak to się dzieje, że marzenie o szczęśliwej rodzinie zamienia się w koszmar codzienności? Gdzie ucieka radość? A jeszcze piętnaście lat temu Anna mieszkała w Neapolu i wydaje mi się, że prowadziła tam inne, beztroskie życie. Potem wyszła za mąż. Na pewno miało być cudownie, ale po dziesięciu latach małżeństwa nie jest. Kiedy Anna przemierza Budapeszt, kiedy ogląda go zza szyby miejskiego autobusu albo samochodu, nawet nie zauważa jego urody. Gdzieś w tle migają oświetlone wzgórza Budy i piękne naddunajskie mosty. Miasto, które jest turystyczną mekką, które tyle oferuje, dla zabieganej, zmęczonej Anny jest doskonale przezroczyste. Zamiast zachwycać, raczej irytuje, bo korki, bo tłok w autobusie. Czy jest na to jakaś rada? Jak się zatrzymać? Gdzie szukać radości, zachwytu codziennością? 

Poczucie beznadziei, zmęczenia potęguje sposób filmowania. Bliskie plany, skupienie na detalu, częsty zabieg niepokazywania twarzy bohaterów, widzimy za to plątaninę nóg kłębiących się w wąskim przedpokoju. Klaustrofobiczne, ciemne, zagracone mieszkanie. To taki film, gdzie wiele się dzieje pomiędzy słowami - w gestach, w mimice twarzy, w spojrzeniach. W swojej stylistyce, w skupieniu na codzienności przypomina kino rumuńskie. Takie obrazy jak "Sieranevada", "Egzamin",  "Pozycja dziecka" i inne. Ten niszowy obraz, który wszedł na nasze ekrany bez rozgłosu, na pewno nie zdobędzie masowej widowni. Moim zdaniem warto go zobaczyć. Ja lubię takie kino. Niby zwyczajne, ale nasycone emocjami i skłaniające do refleksji.

Ayobami Adebayo "Zostań ze mną"

Mam w internecie miejsca, do których zaglądam w poszukiwaniu ciekawych nowości książkowych. To albo strony moich ulubionych wydawnictw, albo portale, na które wchodzę. Jednym z takich miejsc jest stała rubryka Krytyki Politycznej, którą prowadzi Kinga Dunin. Zawsze przeglądam tytuły, jeśli rzecz wydaje mi się ciekawa, próbuję zorientować się, czy warta jest grzechu. Tak trafiłam na świeżynkę - debiutancką powieść nigeryjskiej pisarki Ayobami Adebayo "Zostań ze mną" (Marginesy 2019; przełożyła Karolina Iwaszkiewicz). Przyznam, że nie czytałam dotąd żadnej książki autorstwa pisarki czy pisarza z głębi Afryki. Znam kilka powieści z RPA, coś z północy, ale nic więcej. Nie liczę tu oczywiście literatury izraelskiej, którą pilnie śledzę, ale trudno ją uznać za afrykańską. A chyba najbardziej rozpoznawalny Alain Mabanckou? Ze wstydem przyznaję, że niestety nie czytałam, a pewnie powinnam. Być może będę próbowała nadrobić zaległości. Ale kiedy? No kiedy? Mój czytnik puchnie w szwach i mimo że mieszczę się w ścisłej czołówce polskich czytelników (średnio cztery książki miesięcznie), oczywiście i tak nie nadążam. Ale do rzeczy.

Po powieść nigeryjskiej pisarki postanowiłam sięgnąć z ciekawości, skuszona egzotyką  miejsca. I nie żałuję. Znalazłam tu to, czego oczekiwałam - lokalny koloryt, tło polityczne i społeczne, ciekawe, głębokie portrety bohaterów, interesujący temat i emocje. Ta historia nie pozostawia czytelnika obojętnym. A poza tym powieść zwyczajnie wciąga, trudno się od niej oderwać. 

To historia nigeryjskiego małżeństwa, które nie może doczekać się dzieci. Oboje po studiach, ona Yejide, prowadzi własny salon fryzjerski. Właściwie zawsze chciała zostać fryzjerką, na uniwersytet poszła, aby udowodnić rodzinie, że jest coś warta. On, Akine, pracuje w banku, dobrze zarabia. Mają swój dom, samochody i dość pieniędzy, aby wykupić budynek, w którym mieści się jej zakład, aby kupować akcje, aby w razie czego pomagać rodzinie. Poznali się, kiedy Yejide studiowała, a Akine pracował już w banku. Ona od dziecka wyobcowana, osamotniona, bo wychowywała się bez matki, która zmarła przy porodzie, wśród niezbyt przychylnie nastawionych do niej kilku żon jej ojca i przyrodniego rodzeństwa, lgnie do niego, bo wreszcie jest ktoś, kto się nią interesuje. Po latach zorientuje się, że tak naprawdę go nie znała. Była naiwna i niedojrzała. Ale czy można się dziwić? 

Akine, który bardzo ją kocha, jest gotów bardzo dużo dla niej poświęcić. Jak się później okaże, wielka miłość do żony, chęć zrealizowania jej największego marzenia doprowadzi ich związek do ruiny. Bo pragnieniem Yejide i jej powinnością jest posiadanie dziecka, a najlepiej kilkorga. I koniecznie musi być przynajmniej jeden syn. Kiedy kilka lat po ślubie dziecka nie ma, do ataku rusza rodzina Akine. Dla wszystkich jest oczywiste, że wina leży po stronie Yejide. Teściowa, kobieta prosta, wierzy w znachorów, zioła, szamanów i inne tego typu metody. Zrozpaczona Yejide, także pod presją rodziny męża, jest gotowa na wszystko, aby tylko urodzić dziecko. Akine, jak już wspomniałam, też zrobi wiele, bardzo wiele, aby spełnić pragnienie swojej żony. Ten splot rozmaitych okoliczności doprowadzi do depresji, rozpaczy, nieszczęść i tragedii. 

Bardzo trudno pisać o istocie powieści Ayobami Adebayo bez spojlerowania, a to byłoby jednak grzechem niewybaczalnym. Wiele tu zaskoczeń, skrywanych głęboko tajemnic, które czytelnik poznaje stopniowo. Z pierwszych stron powieści dowiadujemy się tylko, że małżeństwo Yejide i Akino właściwie nie istnieje. Potem następuje retrospekcja, najważniejsza część książki, z której poznajemy historię ich związku. Akcja toczy się trochę w roku 2008, ale zasadnicza część opowieści to lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Każda z czterech części coraz bardziej przybliża nas do odkrycia niezwykłej tajemnicy. Powie ktoś, że to, czego się w końcu dowiemy, jest niewiarygodne, że to bujna wyobraźnia pisarki. Zapewniam, że znam podobną historię z naszych polskich realiów. Tyle tylko, że zakończoną happyendem. Przynajmniej pozornie, bo co naprawdę czuli uczestnicy dramatu, tego nie wie nikt. Jakie namiętności nimi szarpały? Jakie zazdrości?

O czym w takim razie mogę napisać? O ciekawym tle politycznym i społecznym. Bohaterowie, chociaż pogrążeni w swoich nieszczęściach, żywo interesują się polityką. Zamachy stanu, polityczne protesty, rządy wojskowych, wreszcie upragnione wybory, korupcja - to wszystko niby pozostaje na marginesie zasadniczych zdarzeń, ale stanowi jednak istotne tło. Podobnie jak stające się plagą kradzieże, zuchwałe napady i ściąganie haraczy, które zmuszają klasę średnią do robienia ze swoich domów fortec i zatrudniania na osiedlach ochroniarzy przechadzających się po ulicach z bronią w ręku. Mogę też napisać o bardzo ciekawym tle obyczajowym. O rozdźwięku między pokoleniem rodziców i dzieci. Wiara w duchy, szamanów, sny, przepowiednie kontra wykształcenie i rozum. Matka Akina z pogardą i złością mówi o tym, że młodzi dali się zwesternizować. Oczywiście formułuje to znacznie prościej i dosadniej. Ona raczej powie o tym, że biali odebrali im duszę.

A poza tym jest to też opowieść o wielopokoleniowej, nigeryjskiej rodzinie, o rodzinnych więzach, tajemnicach, dramatach. Rodzinie, w której normalne jest wielożeństwo, w której szacunek należy się według starszeństwa, w której niezwykle silna jest rola matki, seniorki rodu. Młode, wykształcone pokolenie niby ucieka od tradycji, ale jeszcze mocno jest w niej zanurzone. No i wreszcie mamy tu historię kobiety. Jej zmagań z cierpieniem, nieszczęściem, borykania się z losem, który co i rusz mocno uderza. I jej wyborów, które mogą dziwić, szokować, budzić zdumienie. Ja rozumiem decyzję Yejide, głęboko jej współczuję. 

Całość można wpisać w plan antycznej tragedii, w której bohaterowie nie mają dobrego wyboru. Czego by nie zrobili i tak będzie źle. Los zemści się na nich. Dlaczego? Bo milczeli, bo nie potrafili przyznać się do swoich ograniczeń i słabości, bo kłamali. Tym to trudniejsze, że rozgrywa się w społeczeństwie patriarchalnym, tradycyjnym. Czy Akine mógł postąpić inaczej? Też był pod presją swojej matki i rodziny.

Powieść nigeryjskiej pisarki okazała się nadzwyczaj ciekawa. Nie tylko ze względu na tamtejsze realia. No i inaczej spojrzałam na Nigerię, która dotąd kojarzyła mi się tylko źle. Oczywiście problemów tam nie brakuje, ale normalne życie też się toczy.

Niklas Orrenius "Strzały w Kopenhadze"

O książce Niklasa Orreniusa "Strzały w Kopenhadze" (Wydawnictwo Poznańskie 2018; przełożyła Katarzyna Tubylewicz) usłyszałam w radiowej audycji. Wszyscy dyskutanci tak bardzo się nią zachwycali, że kupiłam ją przy pierwszej sprzyjającej cenowej okazji. Potem reportaż szwedzkiego dziennikarza znalazł się na liście tytułów nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, co tylko potwierdziło jego wagę. Wprawdzie kiedy piszę ten tekst, już wiadomo,  że nie wszedł do finałowej piątki, ale samo znalezienie się na dłuższej liście też nobilituje. Nie czekałam dłużej i zabrałam się do czytania. O czym jest ta historia?
Być może niektórzy pamiętają awanturę, jaka wybuchła w roku 2006 w świecie islamskim, kiedy duńska gazeta Jyllands-Posten zamieszczała na swoich łamach karykatury Mahometa. Za to na pewno wszyscy mają w pamięci zamach z 2015 roku na paryskie satyryczne pismo Charlie Hebdo,  które te karykatury przedrukowywało I publikowało własne o podobnej treści. Niklas Orrenius zajął się w swoim reportażu podobną sprawą. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy o niej słyszałam, czy zlała mi się z duńską historią, bo początek obu jest podobny. Punktem wyjścia dla reportażu Orreniusa  jest zamach w Kopenhadze dokonany w roku 2015 na szwedzkiego artystę Larsa Vilksa, który w 2007 roku narysował rysunek przedstawiający Mahometa jako psa. Obelga była podwójna - po pierwsze islam zabrania rysowania czy malowania portretów proroka, po drugie został on przedstawiony jako pies. Natychmiast w świecie islamskim zrobił się wokół tego szum, radykalne organizacje wydały na Vilksa wyrok, a ówczesny premier Szwecji starając się sytuację załagodzić, spotkał się z ambasadorami krajów, które przeciwko rysunkowi i jego autorowi protestowały. Vilks dostał od państwa ochronę, a od zamachu nie mieszka w swoim domu - systematycznie zmienia miejsce pobytu. Całą dobę strzeże go kilku ochroniarzy, nie może zrobić bez nich kroku. Każde jego pojawienie się w jakimś miejscu, na wykładzie, w restauracji, w muzeum, na seminarium czy festiwalu literackim, w którym bierze udział, poprzedzone jest logistyczną operacją i wymaga dodatkowej ochrony.
Kiedy, czytelniku tej notki, przeczytałeś to wprowadzenie, zapewne zacząłeś współczuć Vilksowi, który stał się ofiarą wolności słowa. Do współczucia dojdzie oburzenie, kiedy przypomnisz sobie, że zamach na Charlie Ebdo był powiązany z atakiem na żydowski koszerny sklep, w którym też zginęli ludzie. Podobnie było z atakiem terrorystycznym w Kopenhadze. I tam terrorysta zaatakował tego samego popołudnia największą synagogę w mieście. Początkowo ja też czułam i myślałam podobnie. Ale z każdym kolejnym przeczytanym rozdziałem zaczynałam rozumieć, że sprawa Vilksa nie jest taka prosta. Na tym właśnie między innymi polega wartość reportażu Orreniusa, że naświetla problem z różnych stron i stale zwodzi czytelnika. Autor przez rok obserwował szwedzkiego artystę - spotykał się z nim wielokrotnie, brał udział w wydarzeniach, w których on uczestniczył, przeprowadził wiele rozmów z ludźmi ze świata sztuki, ze szwedzkimi muzułmanami i z wieloma innymi osobami bezpośrednio lub tylko pośrednio związanymi z jego sprawą. Chciał go poznać i zrozumieć, chciał odpowiedzieć na kilka pytań. Dlaczego Vilks narysował ten kontrowersyjny rysunek? Czy rzeczywiście cierpi? Czy jest ofiarą? Czy jest wrogiem ludu jak bohater  Ibsena? Czy rację mają ci ludzie sztuki, którzy nie chcą go widzieć na wernisażach, nie chcą wystawiać jego prac, odcinają się od niego? Czy może ci, nieliczni, którzy stoją za nim murem, broniąc wolności słowa i wolności artysty do swobodnej wypowiedzi? Jaką wartość artystyczną przedstawiają w ogóle jego prace? Każdy, kto przeczyta książkę Orreniusa, wyrobi sobie własne zdanie. 

Dla mnie przy ocenie jego postawy ważne są dwie sprawy. Po pierwsze wydaje się, że Vilks czuje się w tej sytuacji jak ryba w wodzie. Dlaczego? Bo takie ma podejście do twórczości. Dzieło sztuki ma wywoływać reakcję, wchodzić w relację ze światem, z rzeczywistością, prowokować. Żeby to zrozumieć, Orrenius śledzi historię jego wcześniejszej drogi twórczej. Przede wszystkim kontrowersji, jakie budziło jego najbardziej znane dzieło Nimis - stale rozbudowywana rzeźba z resztek drewna ustawiona bez pozwolenia w rezerwacie przyrody. Warto zobaczyć jej zdjęcia w internecie. Z punktu widzenia Vilksa wszystko, co dzieje się wokół niego od roku 2007, kiedy narysował Mahometa - awantury, dyskusje, kontrowersje, a nawet niedogodności, jakie go spotykają, to nieustanny proces twórczy. Dlatego bagatelizuje i lekceważy ograniczenia, jakim musiał się podporządkować. Twierdzi, że warto ponosić takie koszta. Podobnie traktował liczne procesy, jakie wytaczała mu gmina za bezprawne ustawienie Nimis w rezerwacie przyrody. Dlatego nie mogę powiedzieć, abym go żałowała. Z czasem zaczął mnie irytować. Oczywiście nie można wykluczyć, że udaje i gra. Jeśli tak jest, to Orreniusowi nie udało się go zdemaskować.
Ale oceniając postawę Vilksa, trzeba wziąć pod uwagę coś znacznie ważniejszego. Otóż stał się on z jednej strony ofiarą muzułmańskich fanatyków religijnych, ale jednocześnie został ulubieńcem środowisk antyimigranckich, rasistowskich, skrajnie nacjonalistycznych i prawicowych, a nawet neonazistowskich. Mało tego. Przyjmuje zaproszenia od takich organizacji, bywa gościem honorowym na organizowanych przez nich imprezach i spotkaniach. Lekceważy pytania o to, czy sam jest rasistą, czy nie przeszkadzają mu antyimigranckie i rasistowskie poglądy ludzi, którzy go hołubią i zapraszają. Orreniusowi również nie udało się uzyskać odpowiedzi na te pytania. Szczególną czcią otaczany jest w Danii, a w rodzinnej Szwecji na sztandary wzięli go sobie Szwedzcy Demokraci. Niezorientowanym wyjaśniam, że wbrew nazwie jest to partia skrajnie prawicowa, antyimigrancka, która z każdymi kolejnymi wyborami zdobywa coraz więcej miejsc w parlamencie. Kiedy to wszystko czytałam, Vilks stawał się w moich oczach postacią coraz mniej zasługująca na współczucie, za to budził we mnie coraz większą niechęć. Moim zdaniem przekroczył granice, jakich przekraczać nie wolno. Bo poglądy głoszone przez środowiska, od których nie odżegnuje się szwedzki artysta, nie pozostają bez wpływu na atmosferę w Szwecji, o czym za chwilę.
Ale Orrenius w swojej książce stawia znacznie więcej ważnych pytań. Czy szwedzcy muzułmanie mają prawo domagać się ograniczenia wolności słowa, ba, wprowadzenia pewnych zakazów z tym związanych do konstytucji? Jaka jest odpowiedzialność polityków? Czy po awanturze wywołanej przez rysunek Vilksa ówczesny premier powinien twardo bronić szwedzkich wartości, czy  załagodzić spór dla dobra współobywateli, którzy mogą stać się ofiarami zamachów? A odpowiedzialność samego artysty? A galerii sztuki, które podobne prace zechcą ewentualnie wystawiać? Czy to już autocenzura, czy rozsądek i odpowiedzialność? Czy moralne jest łożenie ogromnych sum na ochronę Vilksa? Dlaczego tyle mówi się o zagrożeniu, jakie grozi mu ze strony muzułmańskich fanatyków, a milczy się o atakach na artystów ze strony Szwedzkich Demokratów i neonazistów?
Aby odpowiedzieć na te pytania i dokładnie oświetlić sprawę Vilksa, Orrenius przedstawia bardzo szeroki kontekst. Pisze dogłębnie między innymi  o historii Szwedzkich Demokratów, o środowiskach skrajnie antyimigranckich, o sytuacji imigrantów, o zwiększającej się liczbie ataków na nich, ale też o młodych muzułmanach wyjeżdżających do Iraku i Syrii, aby walczyć po stronie ISIS. Żeby wyjaśnić, dlaczego Vilks tak bardzo hołubiony jest w Danii, a tak niewielu zwolenników znajduje w Szwecji, przedstawia różnice w sytuacji politycznej i społecznej między oboma krajami. Bardzo to wszystko ciekawe, bardzo dużo można się dowiedzieć.
Chociaż czasami książka odrobinę mnie nużyła, w żadnym razie nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Warto reportaż Orreniusa przeczytać. Aby poszerzyć swoje horyzonty, aby dać się sprowokować, aby skonfrontować się z trudnymi pytaniami. Jest on doskonałym uzupełnieniem innej książki o Szwecji. Myślę tu o Katarzynie Tubylewicz i jej reportażu "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie"



Bernard MacLaverty "Przed końcem zimy"

Jakoś tak się składa, że najczęściej na książki-niespodzianki trafiam z nasłuchu radiowego lub z telewizyjnego. Najrzadziej kieruję się recenzjami prasowymi. Ukułam nawet na własny użytek taką złotą myśl - albo czytam książki, albo o książkach. Dlatego ani nie kupuję, ani nie mam cyfrowej prenumeraty prasy zajmującej się literaturą. Człowiekowi pracującemu na wszystko czasu nie wystarczy. Tym razem jednak było inaczej. Po powieść irlandzkiego, podobno wybitnego, pisarza, Bernarda MacLaverty'ego, "Przed końcem zimy" (Agora 2019; przełożył Jarek Westermark) sięgnęłam po zerknięciu na recenzję Jerzego Jarniewicza, który książkę wychwalał. A ponieważ zainteresował mnie temat, postanowiłam przeczytać. I ... zachwyciłam się. Jestem pełna podziwu dla kunsztu autora, który w tak niewielkiej powieści, potrafił tyle zmieścić! Mało tego - jego książka wcale nie jest ascetyczna językowo. Przeciwnie, znajdziemy tu bogate opisy miejsc i stanów wewnętrznych. Co najdziwniejsze mimo niewielkich rozmiarów i bogactwa poruszanych problemów nie miałam wrażenia sztuczności. Nie szeleściło papierem, literackie szwy były starannie ukryte. I jakby tego było mało, powieść połyka się jednym tchem. Warto poświęcić dla niej weekend, warto się rozsmakować.

Zasadnicza część historii rozgrywa się współcześnie w ciągu kilku styczniowych dni, które Stella i Gerry, irlandzkie małżeństwo z wieloletnim stażem, spędzają w Amsterdamie. Zrobili sobie krótkie wakacje. Zimą? Tak, zimą. Oboje pochodzą z Irlandii Północnej, od lat mieszkają jednak w Glasgow. Ona była nauczycielką angielskiego, on architektem, dziś są już od dawna na emeryturze. Mają jednego, bardzo dorosłego, syna, który razem z żoną i kilkuletnim synkiem mieszka w Kanadzie. Prowadzą nieco nudny, uregulowany tryb życia. On zdecydowanie za często sięga po alkohol, ale pije elegancko (czytaj - na oko nie wygląda jak alkoholik). Ona jest znużona matkowaniem mu. Nudne? Przeciwnie. Fascynujące! 

Już same spacery po Amsterdamie i z konieczności pobieżne zwiedzanie miasta są opisane w sposób bardzo sensualny. Niemal czujemy zimno styczniowych, krótkich dni, drżymy osaczeni wilgocią wiszącą w powietrzu, pada drobny deszcz, czasem wychodzi słońce. Wędrujemy wzdłuż kanałów, trafiamy do zabudowań, w których niegdyś mieszkała wspólnota beginek, jeśli jesteśmy czuli na słowo, zachwycamy się spokojem, ciszą i architekturą tego miejsca. Potem dom Anny Frank i zupełnie inne wrażenia, inne refleksje. Albo dzielnica Czerwonych Latarni, którą wspólnie przemierzają małżonkowie. Oboje czują się nieco niezręcznie, on chyba bardziej, to był jej pomysł. Ta sama restauracja każdego wieczora, jakieś puby, gwarne, zatłoczone, odpoczynek w kawiarni nad filiżanką kawy. I pokój hotelowy.

Pozornie niewiele się dzieje. Ale pobyt w nostalgicznym, melancholijnym Amsterdamie skłania do wspomnień. Często odległych. Nie tylko tych miłych, związanych z domem rodzinnym, z początkiem ich znajomości. Są i wspomnienia tragiczne - pokłosie trwającego latami konfliktu w Irlandii Północnej. Byli świadkami zamachów bombowych, strzelanin, ona, praktykująca katoliczka, odczuwała na własnej skórze dyskryminację. To wszystko nakreślone jest delikatnie, cienką kreską, często tylko zasygnalizowane. Czy dlatego wyjechali do Szkocji? Czy może on pognał za zawodowymi wyzwaniami? Czy przegoniło ich stamtąd wspomnienie pewnego tragicznego, traumatycznego zdarzenia, którego nie mogę zdradzić?
Kolejny temat to wiara. Ona, jak wspomniałam, praktykująca katoliczka. Religia, duchowość są dla niej bardzo ważne. Konstytuują ją. On ateista. Potrafi kpić z jej wiary, szczególnie, kiedy za dużo wypije. Wbrew temu, co może się wydawać, Gerry nie jest potworem, przeciwnie, budzi sympatię, może nawet większą niż chłodna, spokojna, zdystansowana Stella? Dlaczego pije? Sam nie bardzo wie. Czy alkohol zagłusza pustkę? Czy tłumi żal z powodu zawodowego niespełnienia? Czy odwrotnie - nie osiągnął sukcesu, bo za dużo pił?
Ale w czasie pobytu w Amsterdamie rozgrywa się między nimi cichy dramat. Stella odczuwa pustkę pogłębioną przez nieobecność w jej  życiu syna i wnuka. Dlatego chce coś zmienić, chce nadać głęboki sens swojemu istnieniu, chce być pożyteczna, żyć jeszcze bardziej religijnie, duchowo. Podjęła pewną decyzję. Nie widzi w swoim dalszym życiu miejsca dla swojego męża. Szczególnie, że Gerry za dużo pije. Już nie chce go niańczyć. A on się boi, że zostanie sam. Jednak nie rozpacza, czeka. Ale i jej przyjdzie przeżyć wielkie rozczarowanie. Poczucie pustki jeszcze się pogłębi. Splot gwałtownych, ale skrywanych, uczuć. Lęku, znudzenia, rozczarowania, tęsknoty, samotności i miłości. Bo przecież nie można powiedzieć, że się nienawidzą, że są nieszczęśliwym małżeństwem. Przeciwnie, wydaje się, że mimo wszystko łączy ich uczucie i przyjaźń. Ten krótki trochę udany, ale i pełen rozczarowań, wypad do Amsterdamu może nieoczekiwanie stanowić nowy początek. Czy tak się stanie? Nie wiadomo. Czy będzie jak zwykle?

No i jeszcze jeden temat, od którego trudno w tym wypadku uciec. To starość. Chociaż pobyt w Amsterdamie sprzyja miłości fizycznej, to doskonale zdają sobie sprawę z upływu lat. Oboje w zaciszu łazienki przyglądają się zmarszczkom, obwisłym fałdom skóry, która dawno straciła jędrność. Mają swoje dolegliwości, zażywają lekarstwa. To wszystko jest uciążliwe, ale da się z tym żyć. Nie marudzą, pozwalają sobie przez godzinę dziennie, ale nie więcej, rozprawiać o swoich przypadłościach. 

Wspaniała, melancholijna powieść. To taki rodzaj książki, której istoty i piękna nie odda żadne pisanie, żadne gadanie. Bo wszystko tkwi w języku, w klimacie, w niedopowiedzeniach, w subtelnościach. Tak się nią zachwyciłam, sprawiła mi taką przyjemność, że natychmiast sprawdziłam, czy w Polsce wyszło coś jeszcze Bernarda MacLaverty'ego. Niestety tylko jedna rzecz, "Cal", już niedostępna. Pozostaje mieć nadzieję, że Agora pójdzie za ciosem i wyda inne powieści autora "Przed końcem zimy".

Remigiusz Ryziński "Dziwniejsza historia"

Jakiś czas temu pisałam tu pochlebnie o pierwszej książce Remigiusza Ryzińskiego "Foucault w Warszawie", o której mówiło się dużo i bardzo dobrze. Nic zatem dziwnego, że sięgnęłam po kolejny reportaż autora - "Dziwniejszą historię" (Czarne 2018). Tym razem opinie  były już znacznie bardziej zróżnicowane. A i ja po lekturze mam mieszane uczucia.
"Dziwniejsza historia" jest w pewnym sensie kontynuacją poprzedniej książki Ryzińskiego, która opowiadała o środowisku gejowskim w Warszawie pod koniec lat pięćdziesiątych. A pretekstem do tego był roczny pobyt wybitnego francuskiego filozofa, Michela Foulcaulta, w naszej stolicy i historia jego romansu z nieznanym chłopakiem. Ale jest w tym reportażu  znacznie więcej - opowieść o Warszawie i Polsce tamtych lat, między innymi o wszechobecnej inwigilacji przez służby bezpieczeństwa. Z lektury pamiętam, że bardzo mnie to poruszyło, chociaż przecież zdawałam sobie sprawę, jak wyglądała tamta rzeczywistość. A jednak dziś wydaje się absurdalne zainteresowanie służb tak prywatną sferą życia. Ryziński przyznaje w wywiadach, że po napisaniu poprzedniej książki miał poczucie, że zostało mu dużo niewykorzystanego materiału, poznał wielu ciekawych ludzi, którzy mogli mu jeszcze sporo powiedzieć, a spieszyć się trzeba było, bo jego rozmówcy to przede wszystkim roczniki trzydzieste zeszłego wieku. 

Muszę przyznać, że "Dziwniejszą historię" się świetnie czyta. Można połknąć ją w weekend. W czym zatem tkwi problem? Moim zdaniem jest ich kilka. Pierwszy i najważniejszy - mam wrażenie, że książka jest jakoś pęknięta. Jakby autor nie potrafił zdecydować się, o czym ma pisać. Dlatego znajdziemy tu i okupacyjną Warszawę, i płonące getto, i polski antysemityzm, i stosunek do Żydów w czasie wojny, i powstanie warszawskie, i temat tabu - romanse Polaków i Niemców oczywiście w kontekście homoseksualnym. Wreszcie lata powojenne, w tym także Marzec 68. No i jest temat wiodący - odkrywanie swojej tożsamości, a potem życie gejowskie przede wszystkim w czasach PRL-u. Oczywiście nikt wtedy nie używał słów gej, gejowskie. Ponieważ rozmówcy Ryzińskiego to ludzie osiemdziesiąt plus, sporo miejsca zajmuje sprawa różnic w postrzeganiu problemów środowiska LGBT przez starsze i młodsze pokolenie. I znowu konieczny jest przypis - termin LGBT też w tamtym czasie nie funkcjonował. 

To wszystko jest oczywiście bardzo ciekawe, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że wyszedł z tego trochę groch z kapustą. Oczywiście domyślam się, z czego ten problem wynika. Ryziński podąża pewnie za swoimi rozmówcami, a jednym z nich jest wybitny literaturoznawca, specjalista między innymi od nowomowy, profesor Michał Głowiński, który długo ukrywał swoje podwójne wykluczenie - był Żydem i homoseksualistą. To ostanie ujawnił dopiero w swojej autobiografii. Stąd pewnie tak mocno wybrzmiewający wątek żydowski.

A może powód tematycznego bałaganu jest jeszcze inny? Prawdopodobnie za mało było materiału, aby skoncentrować się tylko na jednym zagadnieniu. Być może autor sam zdawał sobie sprawę z owego wszystkoizmu i dlatego wyraźnie podzielił swój reportaż na dwie części - przedwojenną i wojenną oraz drugą - powojenną. 

Kolejny problem - bohaterkami książki są również lesbijki, ale zostało to przeprowadzone bardzo niekonsekwentnie, bo autor o nich zapomina. O ile pozostali bohaterowie pojawiają się z pewną regularnością, najczęściej Hubert, architekt mieszkający od lat we Francji, o tyle kobiety gdzieś po drodze znikają. A szkoda, bo temat znacznie mniej rozpoznany, co Ryziński i jego bohaterki przyznają. Dlaczego wobec tego są, a jakby ich nie było? Czy tak niewiele powiedziały? Czy okazały się mniej interesującymi rozmówczyniami a trudniej było znaleźć inne? 

I wreszcie trzecia wątpliwość. Ktoś, kto zna poprzednią książkę Ryzińskiego, czytając część  opisującą czasy PRL-u, może mieć  poczucie powtarzalności, bo o wielu sprawach  autor pisał już w swoim pierwszym reportażu.  

Mimo tych zastrzeżeń nie żałuję, że "Dziwniejszą historię" przeczytałam.

Popularne posty