Wybór powieści "Kairos" niemieckiej pisarki Jenny Erpenbeck
(Znak Literanova 2025; przełożyła Eliza Borg), za którą autorka dostała międzynarodowego Bookera w roku 2024, nie był dla mnie wcale oczywisty. Z jednej strony wabiło mnie tło historyczne - akcja powieści toczy się w latach osiemdziesiątych i w czasach przełomu w NRD - z drugiej zniechęcały mieszane recenzje i niezbyt udana przygoda z inną książką tej autorki, zbiorem opowiadań "Klucz do ogrodu", która była nominowana w roku 2011 do mojej ulubionej nagrody Angelus. Oczywiście nie wykluczam, że dzisiaj inaczej spojrzałabym na tę książkę, ale aż tak bardzo ciekawa nie jestem, aby próbować sięgnąć po nią po raz drugi. W końcu jednak zdecydowałam się przeczytać "Kairos", na szczęście wypożyczyłam go z biblioteki, gdzie kolejka po niego spora. Tak, tak, słusznie domyśla się ten, kto czyta ten wpis, że to na szczęście oznacza, iż powieść Jenny Erpenbeck nie zachwyciła mnie. Zdecydowanie jestem wśród tych, którzy dziwią się, że dostała jedną z ważniejszych nagród literackich. Spieszę wyjaśnić, co mnie rozczarowało, ale najpierw kilka zdań wprowadzenia.Akcja "Kairosa" toczy się w Berlinie Wschodnim i zaczyna się w roku 1986, kiedy to w pewien deszczowy lipcowy dzień spotykają się przypadkowo w autobusie dziewiętnastoletnia Katharina i starszy od niej o ponad trzydzieści lat Hans. Ona właśnie skończyła szkołę średnią i chce studiować grafikę, ale najpierw musi odbyć obowiązkową praktykę. Będzie pracować w teatrze we Frankfurcie nad Odrą. On ma żonę, syna, pracuje w radiu i jest pisarzem. Między tą dwójką zaiskrzy od razu i odtąd będą się spotykać. Ich burzliwa relacja potrwa kilka lat, skończy się już w latach dziewięćdziesiątych, kiedy oba państwa niemieckie połączą się w jedno na zupełnie nierównych zasadach.
Powieść ma formę wspomnień Kathariny - chociaż to nie ona jest narratorką - która po śmierci Hansa dostaje dwa kartony z jego i jej rozmaitymi zapiskami dotyczącymi ich relacji. Taki zabieg nie wydaje mi się tutaj jakoś istotny ani do końca czytelny. Jest pretekstem, aby opowiedzieć historię z dwóch perspektyw, ale równie dobrze można by to samo osiągnąć w inny sposób, choćby ten najbardziej tradycyjny. To jednak najmniejszy z moich zarzutów.
Nie ukrywam, że ostatecznie zwabiło mnie do powieści Jenny Erpenbeck tło historyczne, a więc to, że akcja toczy się w NRD, a potem dochodzi do przełomu. Po lekturze odsłuchałam sobie nawet po raz drugi rozmowę Michała Nogasia z autorką, w której to audycji Jenny Erpenbeck opowiadając o swojej książce, kładzie nacisk właśnie na te sprawy. Tymczasem tak naprawdę ta powieść jest po prostu romansem, a tło historyczne i społeczne odbieram tylko jako pretekst, bo jest go tam naprawdę niewiele. Jeśli w zamyśle pisarki było inaczej, to po prostu nie wyszło. W każdym razie ja nie tego oczekiwałam. Dlatego nie wykluczam, że jeśli ktoś nastawia się raczej na to pierwsze niż drugie, to zupełnie inaczej odbierze tę powieść.
Mnie ten romans nużył i nudził, a przede wszystkim zupełnie nie dotykał emocjonalnie, przynajmniej do czasu. Nie umiałam się wzruszyć losem Kathariny, która zakochała się w żonatym, starszym facecie, a jeszcze mniej losem Hansa, dla którego nie był to pierwszy skok w bok w małżeństwie. On od początku mnie irytował, a szczególnie jego paternalistyczny stosunek do dziewczyny, której oczywiście objaśnia świat. Jak powiedziała pewna młoda kobieta na pewnym spotkaniu, w którym niedawno uczestniczyłam, dość już o tych facetach. Tak, dość. Rozumiem, że to zapis epoki, no i że takie sytuacje także dziś się zdarzają, ale mnie się już o tym nie chce czytać. A zagotowało się we mnie, kiedy w pewnym momencie tego związku Hans zaczął się psychicznie znęcać nad Kathariną. Żeby było jasne, nikt i nigdy nie ma do tego prawa, ale w sytuacji, w której się znaleźli, a której z oczywistych względów nie mogę zdradzić, on nie miał prawa do żadnych pretensji i wyrzutów. Tak, w tym momencie wiadomo, co mnie trafiło i miałam ochotę wrzeszczeć: Uciekaj dziewczyno, zostaw tego starego dziada, który od początku cię wykorzystuje i manipuluje tobą, a teraz robi to już w sposób szczególnie okrutny. Wiem, miłość jest ślepa.
Ożywiałam się dopiero w takich momentach, kiedy pojawiało się to, na co czekałam.
Obrazy życia w NRD, a szczególnie w podzielonym murem Berlinie.
Do tej pory Katharina żyła z widokiem na pas muru, na ptaki, które ćwiczyły loty nad granicą państwa. Kiedy spacerowała po kratkach szybów wentylacyjnych, słyszała turkot zachodnioberlińskiego metra pod stopami, może nawet czuła prąd unoszącego się w górę powietrza, które mieszało się z powietrzem socjalistycznym. (...) Czy cały Zachód pachniał tak jak paczki od babci i ciotki: proszkiem do prania, misiowymi żelkami, kawą?
Jak wyglądają domy na Zachodzie? W niektórych nowych budynkach balkony pomalowane są na niebiesko, żółto, a nawet pomarańczowo, ale pelargonie wyglądają zupełnie tak samo jak te u matki na parapecie w kuchni. A jednak. Czym jest to coś, co szczególną aurą otacza zwyczajną, tęgą kobietę rozwieszającą pranie na zachodnim balkonie?
Zupełnie inne podejście do ludowej ojczyzny jego i jej.
Katharina to jedno z tych dzieci, które (...) przeszły wszystkie etapy stworzone dla nich przez socjalistyczne państwo, by uczynić z nich obywateli przyszłości. A jednak dystans, jaki ma Katharina wobec tego państwa jest ogromny. Dystans, bo nie jest to sprzeciw, lecz coś jak brak zainteresowania, znużenie polityką, w odczuciu Hansa pozostające w trudno zrozumiałej dysproporcji do jej młodości. Jakby już nawet nie wiedziała, czego w ogóle warto poszukiwać. On za to do końca wojny był żarliwym małym nazistą. W jego przypadku manipulacja w złym celu udała się znacznie lepiej. Ale dlaczego?
Kwestia odpowiedzialności za zbrodnie drugiej wojny światowej w kraju, gdzie mieszkają ci dobrzy Niemcy.
Mając osiemnaście lat, chciał udowodnić sobie i ludzkości, że on postąpiłby inaczej niż ojciec. Ale czy rzeczywiście zachowałby się inaczej? Czy też każdy człowiek jest tylko naczyniem, które czas napełnia tym, co mu akurat przyjdzie do głowy?
A wreszcie sam moment przełomu, który z jednej strony miał naprawić historyczne winy, a z drugiej okazał się bardzo niesprawiedliwy, bo nie było to połączenie dokonane na równych zasadach, tylko wchłonięcie jednego kraju przez drugi bez oglądania się na jednostki. Pokolenie Hansa i rodziców Kathariny odczuło to szczególnie boleśnie.
Dzielnice, gdzie do tej pory Katharina czuła się u siebie, nigdy już nie będą tak spokojne i tak puste, jak znała je przez całe swoje dotychczasowe życie. Już teraz we wschodniej części miasta zaczyna pachnieć inaczej, wyperfumowani zachodni berlińczycy oglądają ulice (...) Natomiast gdy Katharina porusza się po Berlinie Zachodnim, czuje się jak marna kopia ludzi mających tam swoją codzienność, czuje się jak oszustka, w każdej chwili narażona na zdemaskowanie.
Tak więc za bezkarne przekraczanie białej linii i za tanie wino, które od czasu unii walutowej można kupić wszędzie, płaci się egzystencjalną niepewnością.
Cóż, jest tu tego trochę, ale ja chciałabym znacznie więcej. Nie powiem, abym lektury żałowała, traktuję ją jako doświadczenie poznawcze - w takich wypadkach, kiedy książka budzi mieszane uczucia, od zachwytów po krytykę, jestem ciekawa, co ja na to. Jeśli ktoś ma ochotę na romans, proszę bardzo, jeśli tak jak ja jest ciekaw swojego zdania, może być, ale jeśli żadna z tych opcji nie wchodzi w grę, niekoniecznie.







