Niedawno pisałam tu o moich literackich przygodach z twórczością
Pisząc o "Mocy i chwale", scharakteryzowałam też trochę twórczość angielskiego powieściopisarza, więc nie będę się powtarzać, dodam jednak, że "Spokojny Amerykanin" nie jest powieścią podejmującą dylematy moralne związane z wiarą i religią. Należy też do tego odłamu jego twórczości, który pozornie może wydać się lżejszy. Ale tylko pozornie, bo bohater znowu zostaje postawiony wobec sytuacji, w której musi, a tym razem może lepiej napisać, że chce, podjąć ważką moralnie decyzję. W imię dobra wybrać zło.
Ale od początku. Akcja "Spokojnego Amerykanina" toczy się w Wietnamie, w Sajgonie w czasie wojny francusko-wietnamskiej, czyli pierwszej wojny indochińskiej, która trwała osiem lat a jej efektem było uzyskanie niepodległości przez Wietnam, Laos i Kambodżę, przy czym ten pierwszy kraj został podzielony na dwie części, północną komunistyczną i południową, co w dalszej perspektywie doprowadziło do kolejnej wojny, tym razem ze Stanami Zjednoczonymi.
Głównym bohaterem i narratorem jednocześnie jest angielski korespondent, Thomas Fowler. W polskim tłumaczeniu pochodzącym z lat 60. Tomasz, ale ja będę używać imienia angielskiego, bo dziś w przekładach już nie spolszcza się imion. Swoją pracę wykonuje bez szczególnej pasji, ale woli siedzieć w Wietnamie, bo w pewnym sensie ma tam święty spokój. Może żyć z dala od żony, z którą chętnie by się rozwiódł, ale jest przekonany, że ona, gorliwa katoliczka, nigdy się na to nie zgodzi. I tak wiedzie swój w miarę spokojny żywot. Od czasu do czasu pojedzie na północ, gdzie toczą się walki, i nada korespondencję. Z konieczności krótką, bo dłuższa nikogo nie interesuje. To, co sprowadzone zostaje do kilkunastozdaniowej informacji wypranej z emocji, często jest dramatycznym zdarzeniem. Mogą to być setki trupów Wietnamczyków pływające w rzece albo nalot bombowy z wykorzystaniem napalmu, w wyniku którego ofiary, często cywilne, płoną żywcem.
Myślałem: Jakie to dziwne, że moi koledzy po fachu wykroją z całej tej nocy jedynie dwa wiersze. Była to noc jakich wiele, a jedynym niezwykłym zjawiskiem byłem ja.
Fowler jednak pozostaje neutralny. Stara się nie angażować emocjonalnie ani ideowo po żadnej ze stron. Nie jest Francuzem, a więc nie poczuwa się do odpowiedzialności. Wykonuje tylko swoją pracę.
Byłem odpowiedzialny za ten głos płaczący w ciemności: chlubiłem się, że nie jestem zaangażowany, nie jestem wmieszany w tę wojnę, lecz to ja zadałem rany, całkiem tak, jakbym się posłużył stenem zgodnie z chęcią Pyle'a.
Ale czy rzeczywiście można być neutralnym?
- Pan nie wie, przed czym uciekam. Nie przed wojną. To nie moja sprawa. Nie jestem w to wmieszany.
- Wszyscy będziecie wmieszani pewnego dnia.
Jakże aktualnie brzmią te słowa!
Najczęściej jednak Fowler siedzi w Sajgonie, włóczy się po knajpach i ma wietnamską kochankę, Fuong. To dziwny układ. Czy łączy ich miłość? On pragnie mieć kogoś przy sobie, nie czuć się samotnie, ona najchętniej wyszłaby za mąż i wyjechała z nim do Anglii, ale na razie zadowala się tym, co dzięki niemu ma tu w Sajgonie. On nie do końca jest z nią szczery. Nie mówi jej, że w każdej chwili może zostać odwołany do kraju, a wtedy będą musieli się rozstać.
Kochają w zamian za dobro, za opiekę, za prezenty, jakie im dasz - nienawidzą za szorstkość czy za niesprawiedliwość. Nie wiedzą, że można wejść tak sobie do pokoju i pokochać obcego człowieka. Wiesz, Pyle, dla kogoś, kto się starzeje, to bardzo bezpieczne - Fuong nie ucieknie z domu, póki ten dom jest szczęśliwy.
Wszystko się zmieni, kiedy w ich życie wkroczy ten tytułowy spokojny Amerykanin, Pyle. Znacznie młodszy od Fowlera, absolwent prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu, pochodzący z szacownej profesorskiej rodziny, przybył do Wietnamu z misją medyczną. Jest zafascynowany ideami niejakiego Yorka Hardinga (postać fikcyjna), który wierzy, że w Wietnamie i innych koloniach alternatywą dla komunizmu i kolonializmu może być jakaś trzecia siła. Ich spotkanie będzie brzemienne w skutki. Pyle bardzo chce się zaprzyjaźnić z Fowlerem i zakocha się w Fuong. W końcu przekona ją do siebie, bo on w przeciwieństwie do jej dotychczasowego kochanka zaoferuje jej małżeństwo. I może wszystko tak właśnie by się potoczyło, gdyby nie został znaleziony martwy pod mostem w niebezpiecznej okolicy - najprawdopodobniej zamordowany.
Nie zdradzam tu niczego, bo dowiadujemy się o tym na pierwszych stronach powieści. Jej akcja prowadzona jest bowiem naprzemiennie - to, co się dzieje po śmierci Pyle'a, miesza się z retrospekcjami, dzięki którym poznajemy historię znajomości obu mężczyzn, ich rywalizację o Fuong, dramatyczne zdarzenie, które ich połączy, a przede wszystkim dyskusje na tematy światopoglądowe ściśle związane z miejscem, w którym przebywają. Z oczywistych względów nie mogę zdradzić więcej.
Muszę przyznać, że początkowo miałam wrażenie, iż będzie to tym razem ta z powieści Grahama Greene'a, która ma mniejszy ciężar gatunkowy. Myliłam się jednak. Im głębiej wchodziłam w lekturę, tym zdarzenia i różnice światopoglądowe nabierały coraz większej wagi.
Przerażające są trzy epizody z pola wojny. Dramatyczne obrazy niedające spokoju Fowlerowi, który stara się nie angażować po żadnej ze stron. A jednak te setki trupów Wietnamczyków pływające w rzece, lot bombowcem, rozmowa z jego pilotem, który zrzuca bomby albo napalm na przypadkowe wietnamskie cele, robią na nim wrażenie. Coraz bardziej podkopują jego neutralną, cyniczną postawę.
Działko posłało jeden jedyny pocisk i sampan rozprysnął się w fontannę iskier. Nawet nie czekaliśmy, by zobaczyć, jak nasze ofiary walczą o życie, tylko nabraliśmy wysokości i skierowaliśmy się ku bazie. Pomyślałem znowu to, co wówczas, gdy zobaczyłem umarłe dziecko w Fat Diem: Nienawidzę wojny. Było coś tak oburzającego w naszym nagłym, przypadkowym wyborze łupu - przelatywaliśmy sobie mimochodem, wystarczył jeden strzał, nikt nie odpowiedział na nasz ogień i znowu lecieliśmy dalej, dorzuciliśmy maleńki wkład do globalnej liczby zmarłych.
Pilot stara się jak najbardziej zdystansować od tego, co robi, wmawia sobie, że wykonuje tylko rozkazy, że walczy z wrogiem, ale to tylko pudrowanie rzeczywistości, przybrana maska. Poza tym co to za wróg, który walczy z kolonialnym mocarstwem? Ale jeszcze wcześniej Fowler i Pyle znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, które ich mocniej złączyło. Już wtedy w niezwykle dramatycznych okolicznościach narrator będzie miał wyrzuty sumienia, bo ratując siebie, na niebezpieczeństwo narazili dwóch bogu ducha winnych wietnamskich strażników.
A potem wszystko się jeszcze bardziej skomplikuje. Kim naprawdę jest Pyle? Czym naprawdę się zajmuje? No i najważniejsze pytanie - czy aby zapobiec większemu złu, można uciec się do mniejszego? Taki dylemat postawi przed sobą Fowler.
- Prędzej czy później - rzekł Heng (...) - trzeba stanąć po czyjejś stronie. Jeśli ma się pozostać człowiekiem.
Ciekawa jest też Fuong, chociaż patrzymy na nią, jak na wszystko, oczami Fowlera. Cicha, spokojna, wycofana, grzeczna, pokorna, ale jednocześnie dba o swój interes. Czy kocha któregoś z nich, czy to tylko wyrachowanie i myśl o zapewnieniu sobie przyszłości skłania ją do podejmowania takich, a nie innych decyzji? Za nią stoi jej starsza siostra, która zdaje się ją skłaniać do wyborów, jakie podejmuje. Takich dziewczyn, które wiązały się z Europejczykami czy Amerykanami, aby zapewnić sobie lepszą przyszłość, było bardzo dużo. Tu chciałabym wspomnieć o świetnym, nagradzanym, filmie dokumentalnym, sięgającym do wojny amerykańsko-wietnamskiej, "Dziecko z pyłu" Weroniki Milczewskiej opowiadającym o dramatycznych losach dzieci urodzonych z takich związków.
Kończąc, dodam jeszcze, że bardzo ciekawe, w powieści oczywiście, są portrety obu bohaterów.
Niewielka, ale bardzo interesująca i inspirująca powieść Grahama Greene'a, który zasługuje na wydobycie z niepamięci, o czym przekonałam się po raz kolejny.









