Książkę niemieckiego pisarza i dziennikarza Haralda Jähnera
"Rausz. Niemcy między wojnami" (Wydawnictwo Poznańskie 2024; przełożyła Monika Kilis) miałam w swoim czytniku od dawna, ale dopiero teraz przyszedł jej czas. Przypomniałam sobie o niej w trakcie lektury powieści Macieja Płazy "Kasperl i Margit", o której ostatnio pisałam. Powód oczywisty - znaczna część jej akcji rozgrywa się w międzywojennym Berlinie. Nic więc dziwnego, że postanowiłam pogłębić swoją wiedzę na ten temat, a przy okazji pozostać jeszcze na jakiś czas w tamtym klimacie.Harald Jähner w swojej książce snuje opowieść o Niemczech od momentu zakończenia pierwszej wojny, zwanej wtedy wielką, do czasu, kiedy Adolf Hitler zostaje kanclerzem, a więc jest to historia Republiki Weimarskiej. Autor prowadzi czytelniczki i czytelników z jednej strony chronologicznie, z drugiej podejmuje pewne charakterystyczne dla tamtego czasu i miejsca zagadnienia. Poza rozdziałami poświęconymi problemom politycznym, w których przygląda się trudnemu okresowi powojennemu, samemu powstaniu Republiki Weimarskiej, późniejszym roszadom na szczytach władzy, wyborom parlamentarnym, próbom jej ratowania, stopniowemu narastaniu tendencji autorytarnych, a wreszcie upadkowi, pisze też o inflacji i hiperinflacji, architekturze, wielkich biurach będących opozycją do dawnych kantorów, komunikacji, transporcie i fenomenie miasta, tańcu, tak, tak, tańcu, czasie wolnym, nowej kobiecości i szukaniu nowego wzorca męskości, kryzysie i związanym z nim wielkim bezrobociu, konfliktach kulturowych i stopniowym rozpadzie społeczeństwa skutkującym brakiem porozumienia, co w rezultacie doprowadziło do dojścia Hitlera do władzy i upadku Republiki Weimarskiej.
Chociaż książkę naprawdę warto przeczytać i cieszę się, że wreszcie sobie o niej przypomniałam, to na początek wspomnę krótko o tym, co mi w niej trochę przeszkadzało. Otóż autor pisząc o poszczególnych zagadnieniach, pokazuje, jakie odzwierciedlenie znajdowały one w sztuce, a zwłaszcza w literaturze. W związku z tym przywołuje tytuły powieści, z których większość nie ma polskich wydań, i odwołuje się do ich treści. Te fragmenty, a jest ich sporo, po prostu mnie nużyły. Świadomość, że nie tylko ich nie znam, ale większości z nich nie mam żadnej szansy przeczytać, jest zniechęcająca. Tak jakbym siedziała na tureckim kazaniu. Kiedyś z takiego powodu porzuciłam książkę z esejami Jamesa Baldwina, bo autor przywoływał obficie dzieła kultury, o których z podobnych powodów nie miałam pojęcia. Na szczęście tym razem te odwołania, chociaż nużące, nie uniemożliwiały lektury i nie zabijały jej przyjemności. To była łyżka dziegciu, a teraz o tym, na co szczególnie zwróciłam uwagę.
Są w tej książce tematy, które nie były mi całkowicie obce, choćby te związane z architekturą, z modą, kryzysem, ale są też takie, z których zupełnie nie zdawałam sobie sprawy. Jednym z nich jest opowieść o nowoczesnych, wielkich biurach. Niby nic, a jednak wiąże się z tym wiele interesujących zagadnień. Otóż te nowoczesne biura były obiektem fascynacji, pisano o nich reportaże, powieści, kręcono filmy. Pracowały w nich przede wszystkim młode kobiety, chociaż ich szefami byli oczywiście mężczyźni. To rzecz jasna praca lepsza niż w fabryce, dlatego cieszyła się większym prestiżem. Obiecywała też miraż lepszego życia, kariery, najczęściej niespełnionej. Autor zwraca uwagę na kontrast pomiędzy aspiracjami tych młodych kobiet, ich wizerunkiem kobiet wyzwolonych, niezależnych, to dlatego tak rozpalały wyobraźnię, a konserwatywnym środowiskiem, z jakiego się wywodziły, i wychowaniem, jakie w nim odebrały. Sprzeczność panowała też między nowoczesnością, przestronnością biura, a ciasnymi mieszkaniami, w jakich mieszkała większość osób tam pracujących.
Innym zagadnieniem, jakie mnie bardzo zainteresowało, były kwestie komunikacji, transportu, co skutkowało rozwojem miasta, które w związku z powiększającą się liczbą samochodów stawało się bardzo hałaśliwe i musiało się przeobrażać. Jednych to nowe miasto fascynowało, najczęściej ludzi o poglądach lewicowych, demokratycznych, innych, oczywiście konserwatystów i tych o poglądach prawicowych, przerażało i oni fetyszyzowali wieś, naturę. Dla jednych samochód stał się synonimem wolności, inni widzieli w nim zagrożenie. Pojawiło się też nowe zjawisko - nowoczesna kobieta za kierownicą samochodu. Taką kobietą była córka Thomasa Manna, Erika. Nie tylko prowadziła samochód, ale uczestniczyła w rajdach. Autor przywołuje kilka innych podobnych przykładów znanych w tamtym czasie kobiet. Ja zapamiętałam Erikę, bo niedawno obejrzałam świetną "Ojczyznę" Pawła Pawlikowskiego, której jest jedną z bohaterek. Rozwój motoryzacji przypadł na czas kryzysu i wielkiego bezrobocia, które oczywiście nie dotknęło wszystkich. Kiedy jedni nadal pławili się w luksusie, inni w ogromnym ścisku jechali do pracy komunikacją publiczną, oczywiście jeśli pracę mieli. Dla nich kobieta za kierownicą nie mogła stać się wzorem do naśladowania, pewnie wielu irytowała.
O fenomenie tańca w Berlinie czasów Republiki Weimarskiej trochę wiedziałam, ale autor pisze o tym znacznie więcej i bardzo interesująco. Ja przytoczę tu tylko dwa cytaty. Jeden to wypowiedź Klausa Manna.
Pobity, zubożały, zdemoralizowany naród szuka w tańcu zapomnienia. (...) Taniec staje się manią, idée fixe, kultem. Giełda skacze, ministrowie się chwieją, Reichstag dokonuje wybryków. Kaleki wojenne i spekulanci wojenni, gwiazdy filmowe i prostytutki (...) - wszyscy machają kończynami w straszliwej euforii. (...) Tańczy się głód i histerię, strach i chciwość, panikę i przerażenie.
Drugi dotyczy berlińskich pałaców tańca, w których oddawano się temu zbiorowemu szaleństwu.
... chętny do odwiedzenia stolicy turysta otrzymywał tu w latach dwudziestych taką dawkę odurzenia, jakby miała mu ona wystarczyć na pół życia.
Na koniec chcę zwrócić uwagę na coś, co bardzo mnie uderzyło w trakcie lektury. Otóż autor pisze o takich zjawiskach, jakie i my dzisiaj doskonale znamy, obserwujemy, w jakich uczestniczymy. Jednym z nich są przemiany obyczajowe - promowany i wcielany w życie nowy wzorzec kobiety - nowoczesnej, samodzielnej, pracującej, spędzającej czas wolny z koleżankami, eksperymentującej z płcią, inaczej ubranej, inaczej uczesanej. Stefan Zweig był pewny, że przyszła historia kultury bardziej będzie się zajmować tym całkowitym przewartościowaniem i przemianą europejskich kobiet niż wojną. Z tym wiąże się zagubienie mężczyzn, którzy nie potrafili odnaleźć się w nowej sytuacji. Silne kobiety, niepewni mężczyźni. Inne podobieństwo to upolitycznianie wielu zagadnień z polityką niezwiązanych. Przejawem tego była bitwa o dach - płaski, jak chcieli architekci związani z Bauhausem i modernizmem, czy tradycyjny, spadzisty.
Berliński krytyk architektury Karl Scheffler zauważał zirytowany, że już nie jakość dachu ma decydujące znaczenie, ale światopogląd, jaki się poprzez dach wyraża. "Dzisiaj, gdy architekt buduje wysoki, spiczasty, szeroki dach, uważa się to za symbol niemieckich uczuć narodowych. Kiedy dach nieco spłaszcza, powstaje coś w rodzaju domu demokratycznego; ale jeśli dach czyni całkiem płaskim, okazuje tym samym radykalne komunistyczne nastawienie. Dach staje się wyrazem postaw politycznych".
Prawda, jak znajomo brzmi? Znajomo wydają się też inne konflikty kulturowe.
Przekształcenie krytyki kapitalizmu w krytykę kultury sprawiło, że atak był totalny: kapitalizm pojawił się jako jedyna struktura demoralizująca, która wypierała miłość z seksu, jakość z towarów, przyzwoitość z pracy i sens ze sztuki. (...) teraz pojawiła się również rosnąca potrzeba oficjalnego zamknięcia tej całej spelunki i posprzątania żelazną miotłą.
I tak następuje zwrot ku temu, co narodowe, krytyka tego, co obce. Znowu zmienia się moda, następuje odwrót od modnych tańców, od jazzu, powoli pojawia się narodowa sztuka. Jak to się skończyło, wiadomo. Autor zwraca też uwagę na to, co i dziś znamy doskonale - zamykanie się w swoich bańkach, brak komunikacji pomiędzy ludźmi myślącymi inaczej, o innych poglądach, brak dyskusji. Łączy to między innymi z faktem, że Niemcy subskrybowali prasę, co łączyło się z przywiązaniem do jednego konkretnego tytułu i zamknięciem się na poglądy innej strony. A poza tym mamy też podsycanie lęków w okresie kryzysu, szukanie kozła ofiarnego, Żydów, wskazywanie łatwych rozwiązań. I tak krok po kroku skończyła się Republika Weimarska i powstała Trzecia Rzesza. Jak twierdzi autor we wstępie, to nie musiało się tak skończyć.
Na koniec jeszcze dwa cytaty. Jeden dotyczy wyborów do Reichstagu, które odbyły się w marcu 1933 roku, a w wyniku których NSDAP zdobyło rządową większość. W tym czasie Hitler od dwóch miesięcy był już kanclerzem, a jego bojówki siały terror.
Do urn stawiło się prawie dziewięćdziesiąt procent uprawnionych do głosowania. Dla tych, którzy mieli jeszcze nadzieję, że niektórym zwolennikom Hitlera akty terroru otworzyły oczy, rezultat wyborów był druzgocący.
I drugi o tym, co działo się później.
Ci, którzy potrafili odwracać wzrok i byli wystarczająco pozbawieni skrupułów, mogli jeszcze w pierwszych latach Trzeciej Rzeszy mieć nadzieję na dobrą zabawę. Wystarczyło nie brać poważnie nazistowskich fanatycznych tyrad, by nadal czuć się częścią cywilizowanego narodu. Należało jedynie zdecydowanie odwracać wzrok, gdy bito i zabierano żydowskiego sąsiada, nie dopuszczając do siebie myśli, co się z nim stanie.
O tym, jak to wyglądało, opowiada znakomita powieść odkryta na powrót kilka lat temu, "Podróżny" Ulricha Alexandra Boschwitza. Wstrząsające studium zaszczutego człowieka, zamożnego Żyda, od którego nagle wszyscy się odwracają.
Zachęcona tą lekturą postanowiłam, że sięgnę po inną wydaną książkę Haralda Jähnera, "Czas wilka. Powojenne losy Niemców", która opowiada o pierwszym dziesięcioleciu po drugiej wojnie światowej. Ale kiedy to się stanie, nie wiem.








