Erik Larson "W ogrodzie bestii"

Uwielbiam takie przypadkowe-nieprzypadkowe odkrycia. Nieprzypadkowe, bo trzymam rękę na pulsie, czytam artykuły o książkach, prowadzę nasłuch radiowy i telewizyjny. Przypadkowe, bo chodzi o książki, które nowością nie są. Czasem to nieznana mi zupełnie klasyka literacka. Tak było na przykład z Siegfriedem Lenzem, o którym nie miałam pojęcia, a polecili mi go znajomi. Jego "Muzeum ziemi ojczystej" i "Lekcja niemieckiego" to powieści znakomite, żeby nie powiedzieć, wybitne. Częściej jest to coś sprzed kilku lat, o czym wcześniej nie miałam pojęcia. Tak było tym razem. Przeczytałam artykuł, w którym osoby zajmujące się zawodowo literaturą polecały książki, które warto poznać w czasie wakacji. Niekoniecznie były to pozycje lekkie, łatwe i przyjemne. I właśnie tak dowiedziałam się o reportażu historycznym Erika Larsona "W ogrodzie bestii" (Sonia Draga 2014; przełożył Przemysław Hejmej). Książka okazała się dostępna, także, na szczęście, w formie ebooka. Tak się wspaniale złożyło, że znakomicie korespondowała z moją poprzednią lekturą - "Podróżnym" Ulrika Alexandra Boschwitza.

Jest to opowieść o amerykańskim profesorze historii, Williamie E. Doddzie, który w roku 1933 po dojściu Hitlera do władzy zostaje ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Berlinie. Drugą bohaterką jest jego córka, Martha. Ale oczywiście oprócz ich historii, bardzo ciekawej, równie istotne jest tło historyczne. Przyglądamy się sytuacji w Niemczech od roku 1933 do 1937, kiedy to ambasador został odwołany. Autor skupia się jednak szczególnie na latach 33-34, żeby pokazać ewolucję poglądów, jaką w tym czasie przeszła rodzina Doddów. Nie ukrywam, że to właśnie warstwa historyczna skłoniła mnie do przeczytania książki Larsona.

Oczywiście można powiedzieć, że to, czego czytelnik dowie się o sytuacji w III Rzeszy i o postrzeganiu jej przez europejskich i amerykańskich polityków oraz zwykłych ludzi w Europie i na świecie, nie jest niczym nowym ani odkrywczym. Przecież nawet średnio zorientowany człowiek wie, że po dojściu Hitlera do władzy nasiliły się prześladowania Żydów, komunistów, socjalistów czy innych grup uznanych przez Hitlera za wrogów. Wiadomo też, że świat pozostawał głuchy i ślepy na zagrożenie, jakie niosła sytuacja w Niemczech. Ale po pierwsze w książce Larsona, która oparta jest w dużej mierze na dziennikach, pamiętnikach, listach, jednym słowem na źródłach z pierwszej ręki, mamy możliwość prześledzenia tego wszystkiego oczami konkretnych ludzi, przede wszystkim ambasadora Dodda i jego córki Marthy. Widzimy, jak w miarę zmieniania się sytuacji ewoluowały ich poglądy, widzimy, jak jednocześnie rząd Stanów Zjednoczonych bagatelizował ostrzeżenia swojego ambasadora, kiedy ten w końcu ostatecznie stracił złudzenia i nabrał przekonania, że Hitler wbrew swoim zapewnieniom szykuje się do wojny. 

Po drugie wbrew pozorom także warstwa historyczna książki Larsona pozwala przypomnieć sobie zapomniane fakty, a jednocześnie wnosi wiele nowego. Autor pokazuje jak Hitler krok po kroku wprowadzał ustawy, które w drastyczny sposób zmieniały sytuację Żydów, jak pod wpływem rządowej kampanii nazwanej Gleichschaltung (w polskim tłumaczeniu - koordynacja), która miała na celu podporządkowanie wszystkiego narodowo-socjalistycznej wizji świata, zmienia się społeczeństwo niemieckie, niezwykle chętnie akceptując wszystkie zarządzenia. Oprócz tego bardzo dużo miejsca poświęca intrygom i walce pomiędzy różnymi frakcjami w otoczeniu Hitlera, co ostatecznie doprowadziło 30 czerwca 1934 roku do nocy długich noży. Sporo pisze również Larson o atakach i zakulisowych działaniach wymierzonych w ambasadora Dodda, jakie prowadzili jego wrogowie w Stanach Zjednoczonych. Może się wydawać, że akurat ta kwestia dla polskiego czytelnika nie jest specjalnie interesująca, nic bardziej błędnego. Bo to dzięki tej warstwie książki poznajemy stosunek amerykańskich sfer rządowych i prezydenta do sytuacji w Niemczech i do kwestii żydowskiej, a poza tym dowiadujemy się sporo o stosunkach panujących w społeczeństwie amerykańskim. Otóż niechęć do Dodda nie wynikała tylko z różnicy poglądów, ale przede wszystkim z faktu, że nie był on człowiekiem z odpowiedniej sfery. Nie pochodził z zamożnej rodziny, nie posiadał majątku, nie skończył żadnej z najlepszych amerykańskich uczelni. Jednym słowem nie pasował do sfer, w jakich jako ambasador musiał się obracać. 

Ta sytuacja uświadamia, jak małą wagę w roku 1933 już po dojściu Hitlera do władzy przywiązywały Stany Zjednoczone do swojego dyplomatycznego przedstawicielstwa w Berlinie. Nie była to wtedy placówka pierwszoplanowa, w przeciwnym wypadku Dodd nigdy nie zostałby ambasadorem właśnie tam. I nie tylko dlatego, że nie był człowiekiem z odpowiednich kręgów, ale także dlatego, że nie miał żadnego doświadczenia w pracy dyplomatycznej. Wcześniej pracował jako profesor na jednej z amerykańskich uczelni. On sam też zresztą nie miał pojęcia, z jakim wyzwaniem się mierzy. Naiwnie wierzył, że wykonując misję dyplomatyczną, uda mu się dokończyć dzieło życia - kilkutomową książkę o amerykańskim Południu. A stosunek społeczeństwa amerykańskiego i prezydenckiej administracji do kwestii żydowskiej - nasilającego się prześladowania Żydów w III Rzeszy? Oględnie mówiąc bardzo niechętny. Problem żydowski to problem z imigracją, z uchodźcami, którzy ...  - nie muszę o tym pisać, argumenty nie zmieniły się specjalnie od tamtych czasów. To nie pierwsza książka na ten temat, jaką czytam. Wystarczy wspomnieć "W lesie wiedeńskim wciąż szumią drzewa" Elisabeth Asbrink czy Martina Pollacka "Cesarza Ameryki". Krótko - administracja prezydencka robiła wszystko, aby utrudnić Żydom emigrację do Stanów.

Na koniec chciałabym  jeszcze wspomnieć o tym, co w tej książce najważniejsze, czyli jak zmieniał się stosunek Doddów do tego, co dzieje się w III Rzeszy. Martha napisała o sobie: Byłam umiarkowanie antysemicka ... Nie brała Hitlera na poważnie, uważała go za klauna, który przeminie. Aby pokazać jej postawę przytoczę kilka cytatów: Nie wierzyłam w te wszystkie jej opowieści. Sądziłam, że przesadza i lekko histeryzuje. ... nie potępiać, zanim nie pozna się całej prawdy. Zachwycała się maszerującą młodzieżą (chodzi o członków SA i Hitlerjugend), jej żywotnością, zdrowiem, tężyzną fizyczną. Uważała, że z tych rewolucyjnych przemian wyłonią się nowe, zdrowe Niemcy. Tak myślała nie tylko ona. Podobne poglądy miał jej ojciec, matka, brat i amerykańskie społeczeństwo. Nawet niemieccy Żydzi początkowo lekceważyli nasilające się przejawy antysemityzmu. To tłumaczy, dlaczego bardzo wielu z nich nawet nie próbowało wyjechać z Niemiec i z Europy. Kiedy Doddowie przybyli do Berlina, pozornie panowała tam normalność. Miasto bawiło się, żyło, to zwodziło turystów i wszystkich przybyszów zatrzymujących się tam na dłużej. Oni też żyli, bawili się (szczególnie Martha), utrzymywali kontakty z prominentnymi osobami z szeroko pojętego otoczenia Hitlera. Dziś nas to szokuje, ale nie wolno nam przecież przykładać współczesnej miary do tamtych wydarzeń. Musimy wziąć pod uwagę kontekst historyczny. Powoli Doddowie tracą złudzenia, ostateczne otrzeźwienie przyjdzie po nocy długich noży. Sytuacja w Niemczech zaczyna ich mierzić, przerażać, napawać strachem. Przestają się czuć swobodnie nawet we własnym mieszkaniu. Ambasador Dodd jest coraz ostrzejszy w swoich sądach, przestrzega i alarmuje przekonany, że Hitler szykuje się do wojny. Jako jeden z nielicznych uważa, że polityka izolacjonizmu, jaka w tamtych czasach zwyciężyła w Stanach Zjednoczonych, jest poważnym błędem. Nie mógł pogodzić się z ugodową polityką wobec III Rzeszy. Uważany przez wielu za Kasandrę, lekceważony. Niestety historia przyznała mu rację. Przewidział przyszłość. To tragiczna postać.

A na sam koniec muszę dodać, że książka Larsona ma jeszcze jedną równie interesująca warstwę - niezwykle burzliwe, barwne i kontrowersyjne życie Marthy. 

"W ogrodzie bestii" to lektura obowiązkowa. Zapewniam, że znacznie bogatsza niż udało mi się tu przedstawić, a przecież i tak się rozpisałam.

Filmowe remanenty - "Między morzem a oceanem", "Opowieść o trzech siostrach"

Sezon filmowy rozwija się z rozmachem, premiera goni premierę, jest na co chodzić do kina, jest na co czekać. Tak to bywa po wakacyjnej kanikule. Dlatego w tym tygodniu obejrzałam aż dwa filmy, oba mocno niszowe - hiszpański "Między morzem a oceanem" i turecki "Opowieść o trzech siostrach". Mnie oba bardzo się podobały, ale nie mam złudzeń - nie jest to kino dla masowej widowni. Może nudzić, lojalnie uprzedzam.


Najpierw wybrałam się przedpremierowo na "Między morzem a oceanem" Isakiego Lacuesty. Zwykle na przedpremiery nie chodzę, ale tym razem skusiła mnie rozmowa po filmie z Aleksandrą Lipczak, reporterką, znawczynią Hiszpanii, autorką świetnego reportażu "Ludzie z placu Słońca" o hiszpańskim kryzysie. Nie żałowałam, rozmowa bardzo ciekawa, szkoda, że nie trwała dłużej, ale było już późno. Film zdobył wiele nagród, warto też dodać, że jest kontynuacją "Legendy o czasie" tego samego reżysera nakręconej kilka lat temu z tymi samymi aktorami- naturszczykami. Pokazuje ich dalsze losy, wykorzystuje też niektóre sceny z tamtego filmu, który w Polsce nie był niestety pokazywany. Jest to opowieść o dwóch braciach mieszkających w Andaluzji w pobliżu Kadyksu na wyspie San Fernando. Obaj są Gitanos, czyli Romami. Warto dodać, że hiszpańska kultura wiele im zawdzięcza, choćby flamenco. I chociaż Gitanos nie są tak wykluczani jak Romowie w naszej części Europy, to wiadomo, że mimo wszystko traktowani są gorzej niż Hiszpanie i bezrobocie dotyka ich znacznie mocniej. O tym między innymi opowiada film. Bracia przed laty przeżyli wielką tragedię, która bardzo naznaczyła ich życie. Szczególnie młodszego, Israela, tamta historia złamała, przetrąciła i wykoleiła. Odsiedział kilkuletni wyrok za handel narkotykami, po wyjściu z więzienia chce zacząć normalne życie, chce opiekować się swoimi trzema córeczkami, ale los rzuca mu kłody pod nogi. Brak godnej pracy to tylko jedna z nich. Starszemu z braci, Cheito, też nie wiedzie się różowo. Wstąpił do marynarki wojennej, ale aby dobrze zarobić, a powinien, bo spłaca długi, musi decydować się na długie okresy rozłąki z rodziną. Ma jedno marzenie, ale czy kiedyś się spełni? Niestety szanse na to są niewielkie. Cheito mimo swoich problemów toczy walkę o duszę brata. Film pokazuje Hiszpanię, do jakiej turysta się nie zapędza. Biedną, brzydką, pozbawioną perspektyw. A mimo to większość bohaterów tego filmu próbuje żyć godnie. Siłę i radość daje im rodzina i przyjaciele. Jednak w takich warunkach niezwykle łatwo się potknąć. Trzeba mieć silny charakter, aby nie ulec pokusie łatwego zarobku, bo alternatywą jest zbieranie złomu albo brodzenie po kolana w przybrzeżnym mule w poszukiwaniu skorupiaków. Film, chociaż jest fabułą, bardzo dużo czerpie z życia aktorów- naturszczyków. Odtwórcy ról Israela i Cheito też są braćmi, też są Gitanos, ale nie jest to opowieść jeden do jeden. Warto też wiedzieć, że "Między morzem a oceanem" formą przypomina dokument. Dużo jest tu zwyczajnych rozmów o życiu, brzmią one bardzo naturalnie. Widz ma wrażenie, jakby podsłuchiwał bohaterów. Jest w nich głębia, jaką czasem mają ludzie prości. Ten film nie zaleca się urodą, bo świat, który pokazuje, urody jest pozbawiony. Może zwyczajnie nudzić (film nie świat). Ja oglądałam z wielkim zainteresowaniem.


I "Opowieść o trzech siostrach", chyba jeszcze bardziej niszowa. Tureckie filmy na polskich ekranach zbyt często nie goszczą, ja zawsze staram się nie przegapić okazji, jeśli się pojawia. Właściwie, nieco upraszczając, można powiedzieć, że "Opowieść o trzech siostrach" to doprowadzona do ekstremum "Dzika grusza" Ceylana, którą niedawno można było zobaczyć w kinie. Oczywiście historia jest zupełnie inna, choćby dlatego, że głównymi bohaterkami są kobiety, trzy siostry, ale pewne podobieństwa da się zauważyć. Akcja toczy się na prowincji. Już bohater "Dzikiej gruszy" chciał się wyrwać ze swojego miasta. Tu mamy prowincję do potęgi - wioskę położoną wśród gór, do której prowadzi kręta, górska, nieasfaltowana droga. Zimą, kiedy spadnie śnieg, miejsce odcięte jest od świata. Za to jakie piękne krajobrazy! Znakomite zdjęcia to duży atut filmu. Z takich wiosek jak ta wszyscy młodzi wyjeżdżają. Żyje się tu ciężko, warunki są trudne, pracy nie ma, kopalnię zamknięto, nieliczni mieszkańcy hodują owce i nielegalnie kopią węgiel marnej jakości. Oba zajęcia są niebezpieczne. Kolejne podobieństwo - film jest gadany. Składa się właściwie tylko z rozmów, a że świat jest tu wyraźnie podzielony na męski i żeński, najczęściej kobiety gadają w swoim gronie, a mężczyźni w swoim. "Opowieść o trzech siostrach", mimo że realistyczna, ma wyraźny rys ni to baśni, ni to przypowieści. Może dzieje się tak dlatego, że ten świat jest tak odległy, tak zamknięty, taki za górami, za lasami. Dużo tu mroku - wiele scen rozgrywa się nocą albo w ciasnym i ciemnym wnętrzu kamiennego domu, rozjaśnia je tylko ogień ogniska albo paleniska. Atmosferę niezwykłości, tajemniczości buduje też wyrazista, mocna, nieco ckliwa, ale piękna muzyka. Mimo to film bardzo zanurzony jest w rzeczywistości. Opowiada o problemach tureckiej prowincji. Dla trzech sióstr nie ma innej drogi niż wyjazd do najbliższego miasta. Rozumie to ich ojciec, rozumiała nieżyjąca matka, która żałowała, że wzorem swoich sióstr nie opuściła wsi. Ale w mieście czyhają rozmaite pułapki, praca nie jest lekka, bo co mogą robić dziewczyny bez wykształcenia? Miasto zmienia. Najstarsza z sióstr mimo tradycyjnego stroju, jaki nosi, mocno się wyemancypowała, ma swoje zdanie, potrafi się postawić mężczyznom, potrafi nazwać swoje potrzeby, domagać się ich spełnienia. Ale czy uda jej się wyjechać do ciotki do Ankary, o czym marzy? I czy tam na pewno czeka ją lepsze życie? Dotychczasowe doświadczenia sióstr są pesymistyczne. Trudno uciec od biedy, trudno uciec od patriarchalnego świata. Nie jest to historia pogodna. Przeciwnie, bardzo mroczna. Wiele tu tragedii. Na pewno nie każdemu spodoba się "Opowieść o trzech siostrach". Powolne tempo, gadanie, gadanie, gadanie. Ja uległam mrocznej, nieco baśniowej atmosferze tego filmu, na mnie zrobił wrażenie.

Letnie remanenty filmowe (V) - "Sons of Denmark", "Fanny i Aleksander"

Wakacje się skończyły, skończył się letni festiwal filmowy w moim ulubionym kinie, więc to już ostatni, nieco spóźniony, odcinek letnich remanentów filmowych. Tym razem będzie o duńskim filmie "Sons of Denmark" i po raz trzeci o czymś klasycznym - "Fanny i Aleksander" Bergmana. To jeden z tych filmów, które mogę oglądać w nieskończoność. 


Duński "Sons of Denmark" to obok "Kafarnaum" najmocniejszy, najmroczniejszy film tego lata, zrobił na mnie duże wrażenie. Niestety w Polsce nie był pokazywany. Można go było zobaczyć na krakowskim festiwalu Mastercard Off Camera, gdzie w konkursie głównym otrzymał nagrodę. Szkoda, że nie wszedł do dystrybucji, bo to historia o jednym z większych problemów naszych czasów - stosunku do imigrantów, kłopotach z integracją, nietolerancji. Konsekwencją tego są rosnące po obu stronach ekstremizmy. To political fiction. W Danii po zamachu terrorystycznym zaognia się sytuacja. Radykalizują się grupy muzułmańskich imigrantów prześladowane po tej tragedii, radykalizuje się społeczeństwo. Po obu stronach narasta strach. Na tej fali coraz większą popularność zdobywa ultranacjonalistyczny polityk, głoszący radykalne antyimigranckie hasła, powiązany z młodzieżową bojówką Sons of Denmark. Film nakręcony jest w konwencji politycznego thrillera, ma mroczną atmosferę, trzyma w napięciu, działa na emocje. Zaletą jest też nieoczekiwany zwrot - w pewnym momencie głównym bohaterem okazuje się nie ten, o kim myśleliśmy. I chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się pomyśleć, że to, co w finale zrobił ten człowiek, było dla niego jedynym wyjściem. Jak nigdy potrafiłam zrozumieć jego bezradność, bezsilność, jego tragedię. Bardzo dobry film, szkoda, że nie trafił kin. 


I coś zupełnie innego - "Fanny i Aleksander" Bergmana. Nie powiem, abym znała jakoś świetnie twórczość szwedzkiego reżysera, ale "Fanny i Aleksandra" uwielbiam. Widziałam go wcześniej na pewno dwa razy, a wydaje mi się, że chyba więcej. Ale za każdym razem odkrywam coś nowego. Dla tych, którzy nie znają, krótka informacja na temat fabuły. Początek dwudziestego wieku. Historia wielopokoleniowej bogatej mieszczańskiej rodziny. Momentami witalna, kipiąca energią (część pierwsza i ostatnia), momentami bardzo dramatyczna, smutna, ascetyczna (środek). Bardzo ważnym bohaterem tej opowieści są dzieci, przede wszystkim tytułowy Aleksander - wrażliwy, trochę wycofany, wnikliwie przyglądający się światu kilkunastoletni chłopiec. Bergman oparł scenariusz na historii swojej rodziny. W filmie realizm miesza się ze scenami fantastycznymi, chociaż te drugie oczywiście nie dominują. Na co zwróciłam uwagę, po raz kolejny oglądając ten film? Na piękne zdjęcia. Teraz uderzyło mnie, że są tu kadry nawiązujące do malarstwa, nie umiem powiedzieć, czy do konkretnych obrazów, być może tak. Szczególnie utkwił mi w pamięci obraz matki tulącej skatowanego syna. Pieta przeniesiona z płócien starych mistrzów. Kolejne spostrzeżenie - jak ważną rolę pełnią w tej rodzinie silne, mądre kobiety, seniorka rodu i jej synowa. Jest to też pochwała codziennych przyjemności i artystów, którzy takich radości i wzruszeń dostarczają. Cieszmy się, bo życie przemija, bo nie wiadomo, co się zdarzy. I o tym też jest film Bergmana. Dużo tu smutków i tragedii. Bohaterów nie omija samotność, utrata, cierpienie i świadomość upływającego czasu. Dzieciństwo w filmie Bergmana bywa radosne, ale bywa też tragiczne, a taki los gotują dzieciom dorośli. Pamięć tych zdarzeń będą prawdopodobnie dźwigać całe życie. I jeszcze jedno - zachwyt jak egalitarna i tolerancyjna była ta rodzina - na przykład w czasie ważnych uroczystości i świąt służba siadała do stołu razem z państwem. Wspaniały, genialny film. Mam nadzieję, że obejrzałam go nie po raz ostatni.

Ulrich Alexander Boschwitz "Podróżny"

Już nie pamiętam, jak dowiedziałam się o powieści "Podróżny" niemieckiego pisarza Ulricha Alexandra Boschwitza (Znak 2019; przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska). Połączenie dwóch informacji, że książka jest bardzo dobra oraz jakiego tematu dotyczy, sprawiło, że wiedziałam, iż to lektura obowiązkowa. Już sama historia autora i powieści zasługuje na uwagę. Ulrich Alexander Boschwitz razem ze swoją matką uciekł w roku 1935 z hitlerowskich Niemiec. Mieszkał w Belgii, Luksemburgu, studiował w Paryżu, potem osiadł w Anglii. Cały czas pisał. Już przed wojną na emigracji wydał kilka książek. Dalsze losy autora są bardzo smutne. Po wybuchu wojny, tak jak inni Niemcy mieszkający w Wielkiej Brytanii, internowany na wyspie Man, potem wysłany razem z podobnymi mu nieszczęśnikami statkiem, gdzie panowały koszmarne warunki, a załoga znęcała się nad pasażerami, do obozu internowania w Australii. Kiedy wreszcie wydawało się, że może los się do niego uśmiechnął, zginął w roku 1942 na pokładzie kolejnego statku trafionego niemiecką torpedą. Miał 27 lat. 

Wydawało się, że "Podróżny" na zawsze zostanie zapomniany, kiedy cudownym zrządzeniem losu jego rękopis trafił do niemieckiego wydawcy, który między innymi specjalizuje w odkrywaniu zapomnianych książek. Dzięki temu w roku 2017 po raz pierwszy ukazał się w Niemczech. Powieść powstała w ciągu kilku miesięcy roku 1938 bezpośrednio po nocy kryształowej oraz pogromach Żydów w III Rzeszy i nawiązuje do tych tragicznych zdarzeń. Jej bohaterem jest bogaty kupiec Otto Silbermann. Z dnia na dzień staje się nikim, łowną zwierzyną, człowiekiem trędowatym. Od takich jak on, Żydów, wolą trzymać się z daleka nawet ci, którzy im współczują i nie zgadzają się z polityką i poglądami Hitlera. Wolą odwracać wzrok, udawać, że nie widzą, w najlepszym razie porozmawiają, wyrażą swój żal, oburzą się, zatroskają o jego przyszłość. Z tym chodziłeś do szkoły, z tamtym uczyłeś się fachu albo siedziałeś przy piwie. A teraz? A teraz jesteś dla nich morowym powietrzem. Łatwo potępić, ale kiedy rzetelnie spróbujemy zastanowić się nad pytaniem, co zrobilibyśmy w podobnej sytuacji, najuczciwszą odpowiedzią będzie - nie wiem. Nawet Silbermann zachowuje się podobnie wobec innych Żydów. On ma dobry wygląd, dlatego jest mu łatwiej, ale jak ognia unika towarzystwa ludzi o semickich rysach. Pan mnie kompromituje - powie do swojego znajomego, starego człowieka, który został sam i nie ma środków do życia. Oczywiście czuje się głupio, wyrzuca to sobie, ale strach jest większy. (...) między mną, a tymi innymi nie ma żadnej różnicy. Tymi innymi są w tym kontekście ci, którzy odwracają się od Żydów. Tak o sobie myśli Silbermann.

Otto Silbermann musi uciekać z własnego wygodnego mieszkania w Berlinie, odwraca się od niego wspólnik w interesach, człowiek, którego dotąd uważał za swojego przyjaciela, traci niemal cały majątek. Niepokoi się o los żony, która wprawdzie nie jest Żydówką, ale została sama w mieszkaniu, kiedy dobijali się do niego wściekli bojówkarze. Co zrobić? Nawet nie bardzo może zatrzymać się w hotelu czy pensjonacie. Dlaczego? Bo jest Żydem. Ma wprawdzie, jak wspomniałam, dobry wygląd, ale zdradza go nazwisko. Do tego dochodzi strach, że go znajdą, dopadną, pobiją, aresztują, a Silbermann boi się bólu. A kto się nie boi? Co mu pozostaje? Przemierza Niemcy wzdłuż i wszerz pociągami, w nich czuje się najbezpieczniej. Groza narasta, pętla coraz bardziej się zaciska, sytuacja bez wyjścia, matnia. Próby ratunku zawodzą. Czytelnik współodczuwa z Silbermannem, a przecież nie jest on jakimś specjalnie sympatycznym bohaterem. Na tym polega też między innymi mistrzostwo tej powieści. 

Bohater żałuje, że nie posłuchał rad syna studiującego w Paryżu i nie wyjechał z kraju, kiedy było to jeszcze możliwe. Teraz zdobycie wizy jakiegokolwiek państwa graniczy z cudem. Wszyscy nie mogą przyjechać do Belgii! - usłyszy w pewnym momencie. Słowa te zostaną wypowiedziane grzecznie, uprzejmie, nawet ze współczuciem. Ale współczucie Silbermannowi nie wystarczy. Dlaczego nie starał się o wizę wcześniej, kiedy jej otrzymanie było jeszcze możliwe? Dlaczego wcześniej nie zlikwidował swoich interesów i nie próbował ułożyć sobie życia gdzieś indziej? Znowu oddam mu głos: Kto by pomyślał, że do czegoś takiego dojdzie? W środku Europy - w dwudziestym wieku! Te słowa napisał Boschwitz w roku 1938. Prawda, że brzmi znajomo? Nie pierwszy raz czytam coś, co jakoś rymuje się z naszymi czasami. A w ostatnim czasie zdarza mi się to po raz trzeci. Na koniec jeszcze jeden cytat. To głos znajomego Silbermanna, starszego człowieka znajdującego się w podobnym położeniu: (...) jak to dobrze, że jestem stary. Współczuję dzisiejszym młodym ludziom (...).

Namawiam do lektury "Podróżnika". Nie jest to wprawdzie powieść przyjemna, ale bardzo ważna i przejmująca.

Wielki powrót Pedro Almodovara - "Ból i blask"

Chyba od festiwalu w Cannes, gdzie "Ból i blask" miał swoją premierę, było słychać, że to wreszcie dzieło godne mistrza, że powrót do formy, że film znakomity albo i wybitny. Nie powiem, bardzo się ucieszyłam, bo Pedro Almodovar to jeden z moich ukochanych reżyserów, a niestety ostatnie jego filmy, od "Przerwanych objęć" licząc, w najlepszym razie były dobrymi oglądadłami (są czytadła, mogą być oglądadła), w najgorszym okazały się całkowita klapą ("Przelotni kochankowie" - spuśćmy zasłonę milczenia). No ale jednak jak zawsze w takich wypadkach radość była podszyta lekkim niepokojem, bo czy to raz ogłaszano, że arcydzieło, a potem nadmuchany balon pękał z hukiem? Otóż ze spokojnym sumieniem mogę napisać, że zachwyt recenzentów podzielam! Oglądałam ten film jak w natchnieniu, nie wiem, kiedy minął mi seans, mogłabym właściwie iść na niego natychmiast jeszcze raz i kiedyś na pewno to zrobię! Odnalazłam w nim to, co w filmach hiszpańskiego reżysera zawsze uwielbiałam, ale i nowe tony. To staro-nowy Almodovar i nie ma się co dziwić, czas płynie, człowiek się zmienia i o tym między innymi jest "Ból i blask".


Głównym bohaterem filmu jest Salvador Mallo, znakomicie grany przez Antonio Banderasa, wielki reżyser filmowy, który, dręczony przez rozmaite dolegliwości zdrowotne objawiające się silnymi bólami, rozpamiętujący śmierć matki, wycofał się z życia zawodowego, unika ludzi, skrył się w swoim mieszkaniu i od lat nie nakręcił już nic nowego. Salvador wydaje się pogodzony ze swoim losem - z bólem, z samotnością, z tym, że już niczego ważnego nie dokona. Jest wycofany, spokojny, smutny. Ponieważ jeden z jego najważniejszych filmów został odnowiony cyfrowo i ma mieć ponowną premierę, zostaje zmuszony do wyjścia ze swojej kryjówki. Robi to bardzo niechętnie, z oporami. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dzięki rozmaitym zbiegom okoliczności wraca do niego przeszłość. Nie tylko we wspomnieniach z dzieciństwa i tych sprzed kilku lat związanych z matką, ale i dzięki ważnym niegdyś dla niego osobom, które nieoczekiwanie pojawiają się w jego życiu. I tak przeplatają się w filmie wspomnienia i dzień dzisiejszy. I jedno, i drugie jest źródłem radości (tego tytułowego blasku?) i bólu. Przeszłość przynosi ukojenie, ale również smutek zaniechań, rozczarowań, strat,  przywołuje dawne cierpienia. Czy można cofnąć czas? Naprawić błędy? Czy można dwa razy wejść do tej samej rzeki? Czy to już rzeczywiście koniec? Śmierć za życia? Jak wyjść z impasu niemożności? Czy sztuka, która napędzała Salvadora od dzieciństwa, może być jeszcze dla niego ratunkiem? Te wszystkie pytania pojawiają się w filmie.


Co zostało z dawnego Almodovara? Obłędne, nasycone, gęste kolory, nieco przytłaczające wnętrza. Dziwne zbiegi okoliczności, jakie towarzyszą życiu bohaterów. Humor, chociaż już nie tak zwariowany i nie w takiej ilości jak kiedyś. Nikt na widowni nie śmiał się w głos, ja parę razy miałam ochotę. Niektóre motywy pojawiające się często w jego filmach - na przykład zgryźliwa matka-staruszka (bo jest jeszcze ta młoda ze wspomnień grana przez Penelopę Cruz), pamięć o małomiasteczkowych korzeniach, które dla młodszego pokolenia bywają obciążeniem, a starsze czuje się wyrwane ze swojego miejsca i chętnie by do niego wróciło, jest też nieszczęśliwa miłość. Korzystanie z popularnych klisz. Co się zmieniło? "Ból i blask" nie ma w sobie tej dziwności, tego rysu nieprawdopodobieństwa, tego szaleństwa, tego kiczu, jakie były charakterystyczne dla kina Almodovara. Niczym też nie szokuje, ale przecież dziś coraz trudniej szokować. Reżyser wyraźnie się uspokoił. Co mamy w zamian? Mądrość doświadczenia, smutek i melancholię, namysł - świadomość, że coś bezpowrotnie minęło, że życie to pasmo strat, że nie wszystko da się naprawić. Ale jest też pokrzepienie. Bo "Ból i blask" mimo wszystko daje nadzieję. 

Ale najważniejsze jest i tak poza słowami. Ten film trzeba poczuć, przeżyć. Jeśli się komuś nie uda, a w końcu przecież nie musi, pozostanie mu pięknie sfotografowana opowieść. Wtedy jednak też będzie miał wielką przyjemność. Szczególnie wspomnienia z dzieciństwa, w których co rusz pogrąża się Salvador, są po prostu pyszne. To w tych fragmentach jest najwięcej humoru i dowcipu. Warto jeszcze dla porządku dodać, że trochę w "Bólu i blasku" wątków autobiograficznych, a poza tym, jak piszą recenzenci, film nawiązuje do "Osiem i pół" Felliniego. Na pewno mają rację, ja wypowiadać się na ten temat nie będę, bo wprawdzie "Osiem i pół" widziałam, ale po pierwsze było to dość dawno, a poza tym w czasach, kiedy byłam na niego za głupia. Zakończę stwierdzeniem, że najnowszy Almodovar jest znakomity i sprawił mi wielką przyjemność. Na każdym poziomie.

PS. Właściwie został mi jeszcze ostatni odcinek letnich remanentów filmowych, ale wstawię go na blog za kilka dni. W końcu premiera, i to taka, powinna mieć pierwszeństwo.

Filip Springer "Miedzianka. Historia znikania"

A było tak. "Miedziankę. Historię znikania" Filipa Springera (Czarne 2011) chciałam przeczytać od dawna. Co jakiś czas przy różnych okazjach przypominałam sobie o tym reportażu i niemal natychmiast zapominałam. Zawsze były jakieś pilniejsze lektury. Nie miałam jej nawet na żadnej z moich półek książek oczekujących na swoją kolej, ani na prawdziwej, ani na wirtualnej. Aż tu nieoczekiwanie, trochę przez przypadek w czasie tegorocznych wakacji razem z przyjaciółmi znalazłam się w Miedziance. Kiedy okazało się, że jesteśmy blisko, uprosiłam, abyśmy pojechali. Byliśmy tam może dwie, może trzy godziny, pokręciliśmy się, przestudiowaliśmy kilka tablic upamiętniających zniknięte miejsca, dwór, rynek, cmentarz, a potem poszliśmy do browaru na obiad i na piwo. Bardzo żałuję, że nie byliśmy odpowiednio przygotowani, aby zrobić spacer szlakiem wytyczonym przez nieistniejącą Miedziankę. Trudno, może za rok. Było oczywiste, że teraz muszę przeczytać książkę. Po powrocie do domu natychmiast kupiłam ebook i w niecałe trzy dni połknęłam. Nie dziwię się, że reportaż Springera był nominowany do kilku najważniejszych literackich nagród. Napisany jest znakomicie, a opowieść jest fascynująca, niezwykła i smutna. Skłania do refleksji o przemijaniu i przewrotności losu.

To nie tylko historia unicestwionego miasteczka, ale też kawał historii Dolnego Śląska i Polski. Historii momentami tragicznej. Miedzianka nie była kiedyś Miedzianką, nazywała się Kupferberg. Zbudowano ją na szczycie wzgórza, spod którego wydobywano miedź. Wszystko się zmieniło, ale widoki do dziś pozostały niesamowite. Los nigdy nie oszczędzał mieszkańców. Pożary, epidemie, okresy zastoju gospodarczego spowodowane zmniejszonym wydobyciem lub zamykaniem kopalń, a przede wszystkim wojny, które przetaczały się przez te tereny. Mieszkańcy wierzyli, że wszystkie nieszczęścia zaczęły się od morderstwa - brat zabił brata. Przypominały o tym dwa pokutne krzyże  z napisem memento postawione przy drodze (takich krzyży na Dolnym Śląsku jest dużo). Jeden z nich stoi do dzisiaj. Ale Kupferberg słynął nie tylko z górnictwa, od XV wieku ważne miejsce w jego rozwoju odgrywał browar, a od połowy XIX zaczęła rozwijać się turystyka.

Tak wyglądała Miedzianka kiedyś.
 Filip Springer przypomina nie tylko historię tego miejsca, on je ożywia, wskrzesza w nim dawne życie. A to wszystko za sprawą opowieści o konkretnych mieszkańcach. Im dalej cofa się w przeszłość, tym większą moc mają ludzkie losy. Postaci z czarno-białych fotografii, ludzie obecni już tylko na kartach starych kronik nagle zaczynają się poruszać, przemawiać, czuć, istnieć. Niby zwykłe codzienne życie, a opowiedziane w taki sposób staje się niebanalne, niepowszednie, fascynujące. Nie mogłam oprzeć się pokrzepiającej refleksji, że w takim razie życie każdego z nas mogłoby się stać kanwą dla fascynującej opowieści. Potrzeba tylko kogoś, kto dostrzeże w nim potencjał i ubierze je w niezwykłą formę. 

Kupferberg
 Najbardziej poruszyły mnie dwa okresy z życia miasteczka. Pierwszy wiąże się z końcem niemieckiego świata na Dolnym Śląsku, z końcem Kupferbergu, drugi z końcem Miedzianki, z jej unicestwieniem. Oba końce poprzedził kilkuletni okres powolnego rozpadu. Najpierw jest druga wojna. Front omija miasteczko. Gdyby nie to, że wielu mężczyzn zostaje wcielonych do wojska, a mieszkańcom z czasem coraz bardziej dają się we znaki kłopoty z zaopatrzeniem w żywność, można by w Kupferbergu o wojnie zapomnieć. Tylko czasem z oddali słychać dudnienie dział. Ale ta sielanka ma swój kres. Kiedy staje się jasne, że Trzecia Rzesza przegrywa, narasta strach przed Armią Czerwoną. Przed gwałtami, grabieżami, morderstwami. Strach, jak dziś wiemy, uzasadniony, ale jeszcze bardziej potęgowany plotkami i wyobraźnią. Następuje gehenna oczekiwania na najgorsze i koszmar nieudanej ewakuacji. A jest sroga zima. Chaos, cierpienie, strach, głód. Kiedy czyta się opowieści o konkretnych osobach, znanych z imienia i z nazwiska, pojawia się współczucie i litość. Trudno nie przywołać, pewnie banalnej, refleksji, że wojna jest czymś strasznym. Dla każdego, dla tych, którzy ją wywołali i dla tych, którzy zostali w nią wciągnięci. W ostatecznym rachunku wszyscy są ofiarami. Oczywiście pozostaje pytanie o odpowiedzialność. Na ile winni byli mieszkańcy miasteczka? Czy popierali Hitlera? Czy wyznawali jego ideologię? Czy byli antysemitami? Filip Springer kilkakrotnie stosuje pewien zabieg - najpierw oddaje głos mieszkańcom, czytamy spisany chór głosów, potem przywołuje fakty, stara się dotrzeć do prawdy, co oczywiście nie zawsze jest łatwe. Jeśli słuchać mieszkańców Kupferbergu, nic złego się tam nie działo. Nikt nie prześladował Żydów ani ludzi o innych poglądach. Jeśli przytoczyć fakty, obraz nie jest już tak jednoznaczny. 

Potem następuje kolejny dramat. Dramat wysiedleń. Wędrówka ludów. Kupferberg staje się Miedzianką. Dotychczasowi mieszkańcy muszą opuścić miasteczko. Nie da się zabrać wszystkiego, trzeba zostawić dom, część dobytku, całe dotychczasowe życie. To wszystko nie dzieje się ot tak, w mgnieniu oka, trwa tygodniami, miesiącami, a nawet kilka lat. W tym czasie trzeba ustąpić miejsca nowym mieszkańcom. Polakom, najczęściej  przesiedleńcom z Kresów. Różnie układają się stosunki pomiędzy wysiedlanymi i przybyszami. Często są wrogie, nacechowane z jednej strony pogardą, nienawiścią i chęcią zemsty, z drugiej strachem, lękiem, wrogością. Ale bywają przyjazne. Jest współczucie, zrozumienie pokrewieństwa losu. Oczywiście ci, którzy osiedlają się w Miedziance, też są ofiarami wojny. Oni też zostawili swoje życie gdzieś indziej, też zostawili domy, meble, pościel, garnki. Tułali się długie miesiące, jechali w nieznane, a budowanie nowego życia przecież nie jest proste. Towarzyszy mu strach, również potęgowany przez stugębną plotkę i wyobraźnię, niepewność jutra. I tak plecie się w tej opowieści wina i kara, cierpienie, ludzkie tragedie. Wspólnota losu przegranych i zwycięzców. Tu dygresja osobista. Moi dziadkowie też uciekali, też musieli zostawić dom i całe swoje życie. Kilka lat po wojnie osiedlili się niedaleko Jeleniej Góry, dziś wiem, że niedaleko Miedzianki. Dostali dom po niemieckim lekarzu, dziadek dobrą pracę, też był lekarzem. Było tam wszystko. Do dziś w naszej rodzinie są, przerabiane po wielokroć w związku z licznymi przeprowadzkami, poniemieckie meble i inne drobne sprzęty. Ja sama wzięłam sobie na pamiątkę po babci miotełkę do sprzątania okruszków ze stołu ze srebrną tacką. Pewnie po niemieckim lekarzu. Jako dziecko słuchałam opowieści o życiu tam, jako dorosła osoba myślę o tym lekarzu, o jego rodzinie, o tym, że musieli uciekać. Nic więcej o nich nie wiem. Nie wiem, jakie mieli poglądy, czy coś obciążało ich sumienia. Wiem, że musieli zostawić wszystko, jak moi dziadkowie.

Aż trudno uwierzyć, że tu był kiedyś rynek!
 I kolejny dramat. Znikanie Miedzianki, jej upadek i ruina. Dramat ludzi, tym razem Polaków, którym kazano to piękne miejsce opuścić. Nie wszyscy chcieli. Przeniesieni na nowe osiedle w Jeleniej Górze, do kilku bloków. Nieliczni postanowili zostać. Miasteczko niknęło latami. Coraz więcej domów ziało pustką, rozkradane, szabrowane, chyliły się ku upadkowi, straszyły tych, którzy zostali. Coraz trudniej było żyć. Kamienice groziły zawaleniem, niektórzy, zanim ostatecznie opuścili Miedziankę, zmieniali mieszkania wielokrotnie, ale nigdzie nie było bezpiecznie. Jeszcze kiedy miasteczko nazywało się Kupferberg w kilku miejscach zapadła się ziemia. To efekt szkód górniczych, wydobycia miedzi. Ale tragiczny los Miedzianki przypieczętowały lata powojenne. Rabunkowe wydobywanie uranu przez Rosjan. Czy miasteczko można było uratować? I tu znowu Springer zderza przekonania mieszkańców z faktami. Oni twierdzą, że tak, że  wyrok na miasto to celowe działanie miejscowych władz, a szczególnie tej złej, żony miejscowego, bardzo szanowanego, doktora, ruskiej, a więc działającej na zlecenie ruskich. Prawda jest oczywiście inna. Choćby taka, że ta zła była Polką. Ale oczywiście trudno przekonać przekonanych. Być może najważniejsze pytanie pada na końcu książki. Czy gdyby Miedzianka pozostała Kupferbergiem, jej los byłby podobny? A jeśli nie, co dość prawdopodobne, to zaraz pojawia się kolejne, które zacytuję: Czy cena za przetrwanie Miedzianki nie byłaby zbyt wysoka?

Znakomita książka. I na poziomie opowieści, barwnej historii, i na poziomie refleksji. Bo z jednej strony jest fascynująca historia, tajemnica, to zderzenie powszechnego przekonania, plotek z faktami, które nie są tak barwne, nie podgrzewają wyobraźni, a z drugiej strony jest to rzecz o przemijaniu, o okrutnym walcu historii, o przenikaniu się światów, o budowaniu nowego na starym i konsekwencjach tego, o poszanowaniu lub nieposzanowaniu cudzej pamięci, cudzego świata. Ja sama wychowałam się w poniemieckim mieście. Z dzieciństwa pamiętam kilka starych cmentarzy, niektóre były w centrum miasta. Z czasem znikały, zamieniano je na parki albo budowano w ich miejscu coś innego. Wtedy oczywiście nie zastanawiałam się nad tym.

Jeśli ktoś jeszcze "Miedzianki" nie czytał, musi to zrobić koniecznie!

Początek filmowego sezonu - "Gdzie jesteś, Bernadette?", "Pewnego razu ... w Hollywood"

Kończą się wakacje, a więc w kinach coraz więcej premier, które warto obejrzeć.


 Na pierwszy ogień poszedł film "Gdzie jesteś, Bernadette?". Wybrałam się na niego niemal w ciemno, bo to obraz jednego z tych reżyserów, którego twórczość pilnie śledzę. Niestety przeżyłam spore rozczarowanie. Najnowszemu filmowi Linklatera, bo o nim mowa, daleko do jego najbardziej rozpoznawalnych tytułów - do trylogii: "Przed wschodem słońca", "Przed zachodem słońca", "Przed północą" (Nie umiem się zdecydować, która z części jest moją ulubioną - pierwsza czy druga?), a zwłaszcza do znakomitego "Boyhood". Długo nie wiedziałam, jak podejść do jego najnowszego filmu, jak go ugryźć. Czy to komedia? Czy robiona na serio historia Bernadette, która ma wielkie kłopoty w relacjach z otoczeniem? Z czasem poznajemy jej historię, która rzuca światło na to, dlaczego główna bohaterka jest właśnie taka. Najchętniej nie ruszałaby się z domu. Kiedy wychodzi, obraża ludzi, unika kontaktu z nimi, nie przebiera w słowach i na koniec popada w spore, żeby nie powiedzieć - ogromne, kłopoty. Zastanawiałam się, czy ktoś może być aż tak naiwny i bezmyślny? No ale pewnie nie powinno się przykładać do tego filmu realistycznej miary. W końcu nie przypadkiem sporo tu akcentów komediowych, wręcz groteskowych. Oczywiście wiem, że można mieszać porządki - to, co poważne, a nawet tragiczne, znakomicie łączy się z tym, co śmieszne. Nie inaczej jest przecież w realu. Tym razem jednak ten miks sprawiał, że pozostawałam całkowicie obojętna na filmową historię, nie potrafiłam w nią wejść, przejąć się, oglądałam na chłodno. A potem było jeszcze gorzej. Ostatnia część filmu, mniej więcej jedna trzecia, jest przykładem tego, czego w kinie nie lubię, w uproszczeniu nazwę to amerykańskością, w uproszczeniu, bo nie dotyczy to tylko kina amerykańskiego. Po prostu nagle historia staje się gładka, do bólu przewidywalna, przeszkody zostaną pokonane, a wszystko znajdzie wspaniały, krzepiący, nieco umoralniający finał. Bohaterowie zrozumieją swoje błędy, wezmą się za bary z życiem, odnajdą prawdziwych siebie, no i kochajmy się. Happyend jak się patrzy! A na dodatek nie obyło się bez ckliwości. Brrr! Uczciwie muszę powiedzieć, że tkwi w tym filmie pewien potencjał. Otóż Bernadette, która zupełnie nie potrafi nawiązywać relacji z ludźmi i dlatego w najbliższym otoczeniu jest nielubiana, ma znakomity kontakt ze swoją córką, która gotowa jest za nią w ogień skoczyć. Niestety ten problem nie dość mocno wybrzmiewa. "Gdzie jesteś, Bernadette?" jest ekranizacją powieści Marii Semple pod tym samym tytułem. Wcześniej nie miałam o jej istnieniu pojęcia. Po wyguglowaniu mam wrażenie, że chyba nie jest to książka z mojego kręgu zainteresowań. I nawet okładkowa pochwała Jonathana Franzena nie robi na mnie wrażenia, bo już dawno straciłam do jego twórczości serce. Być może tu tkwi błąd - w wyborze materiału. Mogę sobie wyobrazić, że najnowszy film Linklatera znajdzie swoich widzów. Ja do nich nie należę. 


 No a potem wybrałam się na "Pewnego razu ... w Hollywood". Od razu wyjaśniam, że nie należę do grona wielbicieli Tarantino, a na jego ostatni film poszłam tylko i wyłącznie ze względów towarzyskich, nie do końca wiedząc, co będę oglądać. Wiem, wiem, głupio brzmi, no ale tak było. Pewnie nie jestem kompetentna, aby jego kino oceniać, bo nie mam do niego żadnych narzędzi. Wypowiem się więc krótko, jak zupełny laik. Były momenty, kiedy bawiłam się bardzo dobrze i oglądałam film z przyjemnością oraz ciekawością, ale były też i takie, kiedy nudziłam się niemiłosiernie. Gdy w pewnym momencie zerknęłam na zegarek i stwierdziłam, że nie minęła nawet godzina, zastanawiałam się, jak wytrzymam do końca. No ale potem było lepiej, a ostatnią część oglądałam z prawdziwym zainteresowaniem. Zastanawiałam się, jak Tarantino ten epizod rozwiąże. Duża w tym zasługa efektu zaskoczenia. Z drugiej jednak strony, nie bardzo wiem, co mam o tym myśleć. Kto widział film, wie, o czym piszę, a temu, kto nie widział, zdradzić nie mogę. Przyjemnie jest oczywiście popatrzeć na Leonarda DiCaprio i Brada Pitta. Na pewno znacznie większa frajdę z oglądania "Pewnego razu ... w Hollywood" będą mieli ci, którzy z historią fabryki snów i kina amerykańskiego są dobrze obeznani. Ja do nich nie należę. I tyle właściwie na temat filmu Tarantino mogę napisać. A reżyser ma najwyraźniej wielu zagorzałych miłośników, bo sala pękała w szwach.

Masha Gessen "Będzie to, co było. Jak totalitaryzm odradza się w Rosji"

Kto interesuje się Rosją, a trudno się Rosją nie interesować, powinien sięgnąć po książkę Mashy Gessen "Będzie to, co było. Jak totalitaryzm odradza się w Rosji" (Prószyński i S-ka 2018; przełożyła Magdalena Iwińska). To lektura obowiązkowa. Dodatkową rekomendacją i wabikiem powinna być informacja, że książka znalazła się w finale tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Masha Gessen to rosyjsko-amerykańska dziennikarka o żydowskich korzeniach, działaczka na rzecz praw osób LGBT, lesbijka. Piszę o tym, bo to wszystko ważne dla jej biografii i w kontekście książki. Kiedy była dzieckiem, jej rodzice opuścili Rosję. Wróciła tam jako dorosła osoba i mieszkała przez dziesięć lat, aby ponownie wyjechać w roku 2013. Po przeczytaniu jej książki trudno dziwić się tej decyzji, chociaż chroni ją pewnie amerykańskie obywatelstwo. Obawiała się jednak nie tylko o siebie, ale i o dzieci, szczególnie adoptowanego syna, którego władze zgodnie z uchwalonym prawem mogłyby próbować jej odebrać.

"Będzie to, co było" to opowieść o najnowszej historii Rosji - od czasów pierestrojki Gorbaczowa do roku 2017. Gessen z jednej strony skupia się na faktografii, z drugiej opowiada o Rosji oczyma kilkunastu bohaterów. Czworo z nich to ludzie urodzeni w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych zeszłego wieku. W czasach przełomu byli dziećmi. Jest wśród nich Żanna, córka Borysa Niemcowa - polityka, opozycjonisty, obrońcy praw człowieka, zastrzelonego w Moskwie tuż obok Kremla w roku 2015. Drugim bohaterem, który wyróżnia się swoim pochodzeniem, jest Sierioża, wnuk Aleksandra Jakowlewa - doradcy Gorbaczowa, a właściwie śmiało można go nazwać szarą eminencją pieriestrojki, a może nawet i nie szarą? Dwoje kolejnych, Masza i Liosza, nie ma tak spektakularnych korzeni, ale ich rodzinne historie też są niezwykle ciekawe. Wszyscy oni różnymi drogami dochodzą do działalności opozycyjnej, niektórzy musieli Rosję opuścić. Bohaterami tej książki są także ich dziadkowie i rodzice. Ale jest jeszcze troje bohaterów specjalnych. Marina Arutiunian, jedna z pierwszych rosyjskich psychoanalityczek, która na nowo odbudowała w Rosji psychologię i psychoanalizę. Lew Gudkow, socjolog, współpracownik Jurija Lewady, po jego śmierci szef Centrum Lewady. Kto Rosją się interesuje, od czasu do czasu musi słyszeć tę nazwę - to niezależny ośrodek badań opinii publicznej. Trzeci bohater specjalny to Aleksander Dugin, filozof. Kiedyś kontestator radzieckiej rzeczywistości, opozycjonista, dziś doradca Putina, jego ideolog. Można by dodać, złowrogi ideolog. Żeby zdać sobie sprawę, jaką drogę przebyła ta trójka, trzeba koniecznie dodać, że w Związku Radzieckim psychologia, socjologia i filozofia właściwie nie istniały. Zostały zniszczone, wyklęte jako miazmaty wrogiego, burżuazyjnego, zachodniego świata. 

Mamy więc z jednej strony bardzo bogatą faktografię, która pozwala poznać albo przypomnieć sobie najnowsze dzieje Rosji, z drugiej historię opowiedzianą przez konkretne ludzkie losy, historię żywą. Ten miks jest niezwykle ciekawy. Ale to nie wszystko. Książka Gessen ma jeszcze trzecią warstwę, powiedzmy analityczną, oczywiście najtrudniejszą w czytaniu dla przeciętnego czytelnika, ale po pierwsze bez przesady, a po drugie bardzo to wszystko ciekawe. Autorka przywołując punkty widzenia różnych filozofów czy socjologów, na przykład Hanny Arendt, próbuje zmierzyć się z pytaniem, czy demokracja jest w Rosji możliwa, a jeśli nie, to dlaczego? Dlaczego zawsze musi się skończyć na tym wyrażonym w tytule będzie to, co było. Jak to się stało, że nadzieja zapoczątkowana pieriestrojką, potem budową nowego państwa w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, skończyła się rządami Putina trwającymi już od dwudziestu lat, a ich końca nie widać. Być może kres położy im dopiero biologia. Tu pojawia się kolejne pytanie - jakim państwem jest putinowska Rosja? Totalitarnym? Autokratycznym? A może to system hybrydowy albo nieliberalna demokracja? Pada jeszcze jedna teoria - postkomunistyczne państwo mafijne. Tym rozważaniom towarzyszy namysł nad rosyjskim społeczeństwem. Jakie jest, skoro biernie godzi się na owo będzie to, co było? Jakie mechanizmy nim rządzą? Dlaczego Jurij Lewada, który wymyślił dobrze i u nas znane pojęcie homo sovieticus, pomylił się, prorokując, że homo sovieticus zniknie? Nie zniknął, przetrwał i odrodził się w nowym pokoleniu! Czy kolejna fala demonstracji, które znowu od jakiegoś czasu odbywają się w Moskwie (chodzi o wybory samorządowe), ale też w innych miastach (dotyczą różnych lokalnych problemów), jest zapowiedzią zmian? Kłopotów Putina? Czy znowu będzie to, co było? Przy okazji warto wspomnieć, że arcyciekawe są opowieści o kuchni moskiewskich demonstracji, tych sprzed kilku lat, które towarzyszyły ostatnim wyborom prezydenckim. Aktywnie uczestniczyli w nich niektórzy bohaterowie tej opowieści.

Trudno dokładnie relacjonować książkę Mashy Gessen. Jest zbyt bogata, zbyt obszerna. Na koniec chciałabym się skupić na tym, co mnie poruszyło i zbulwersowało najbardziej, zwłaszcza w kontekście tego, co od jakiegoś czasu dzieje się w naszym kraju. Chodzi o stosunek do społeczności LGBT. W Rosji i u nas. Kiedy czytałam o histerii, jaka kilka lat temu wybuchła w Rosji, o stawianiu znaku równości między gejem a pedofilem, o obronie rzekomo zagrożonej rodziny, o klęsce demograficznej, której przyczyną są oczywiście geje, lesbijki i inne osoby nieheteronormatywne, o hejcie i mowie nienawiści, jaka wylewa się na nie, o świecie zachodnich wartości, który rzekomo zagraża rosyjskiej tożsamości, rosyjskim wartościom, kiedy czytałam o zmianach prawa będących pokłosiem tej histerii (między innymi ustawa o zakazie propagandy LGBT - czy nie brzmi znajomo?), o wyrokach sądowych, o procesach, które zamieniają się w farsę, kiedy czytałam o makabrycznych konsekwencjach tego wszystkiego, o przemocy nie tylko słownej, ale i fizycznej, o masowej emigracji gejów, której przyczyną jest strach o życie, nie mogłam nie myśleć o tym, co dzieje się od jakiegoś czasu w Polsce. Czy zmierzamy w tę stronę? Naprawdę włosy jeżą się na głowie z przerażenia. Muszę zacytować słowa, jakie padły na konferencji zatytułowanej Normy społeczne i możliwości społecznego rozwoju, która odbyła się na jednym z dużych rosyjskich uniwersytetów. Otwierający ją dziekan wydziału socjologii mówił:  

Dzisiaj musimy przede wszystkim zająć się sprawami cnoty i moralności. Bez nich nie ma przed Rosją przyszłości (...) Jak w świetle tego możemy mówić o prawach homoseksualistów i lesbijek? Wszystkie te wysiłki, by organizować parady gejów, wprowadzać do szkół wstęp do wychowania seksualnego, mają na celu skalanie naszej młodzieży - musimy się temu jasno i wyraźnie przeciwstawić! W przeciwnym razie stracimy Rosję.

Po raz drugi zapytam - czy nie brzmi znajomo? Czy wszyscy ci, którzy w Polsce wypowiadają się w podobny sposób, zdają sobie sprawę, gdzie tkwią korzenie takiego myślenia? Książka Mashy Gessen powinna stać się dla nich lekturą obowiązkową. Dla polityków, dla hierarchów kościelnych, dla szeregowych księży i wszystkich tych zwykłych ludzi, którzy zieją nienawiścią przeciwko ideologii LGBT, jak mówią. Ponieważ nie mam złudzeń, że przeczytają taką grubą książkę, może warto zrobić z niej krótkie wypisy?  Ponury żart, przecież i tego by pewnie nie przeczytali.

Letnie remanenty filmowe (IV) - "Kraina wielkiego nieba", "Jutro albo pojutrze"

Nadal nie wychodzę z kina. Oglądam filmy, które z różnych powodów przeoczyłam. Zdarza mi się też iść po raz drugi na coś, co widziałam, ale o tym nie piszę, bo już to zrobiłam. A dziś będzie o amerykańskiej "Krainie wielkiego nieba" i, także amerykańskim, dokumencie "Jutro albo pojutrze".


Akcja "Krainy wielkiego nieba" rozgrywa się w latach 60-tych zeszłego wieku w miasteczku w stanie Montana. Pokazywane od czasu do czasu piękne krajobrazy zapierają dech w piersiach. Ale to historia duszna i klaustrofobiczna. Kameralny, rodzinny dramat. Kiedy mąż traci pracę i po raz kolejny, zamiast zmierzyć się z trudnościami, ucieka od problemu (zwykle jest to kolejna przeprowadzka fundowana rodzinie), ujawnia się kryzys małżeński, który tlił się od dawna. Oglądamy go oczami nastoletniego syna. Sama historia byłaby dość banalna, i kryzys, i szaleństwa zmęczonej powtarzającą się sytuacją żony (Trzeba przyznać, że szalejąc, wykazała się wyjątkową naiwnością i brakiem odpowiedzialności. To drugie można zrozumieć, bo z szaleństwem ma wiele wspólnego.), ale film zyskuje dzięki aktorstwu. Wszystko rozgrywane jest subtelnie, w milczeniu, gestem, spojrzeniem, grymasem twarzy. Mnie szczególnie podobał się młody aktor (Ed Oxenbould) grający syna. A Carey Mulligan, też bardzo dobra, nominowana była do nagrody na jednym z festiwali. A z tej smutnej historii, szczególnie smutnej dla syna, wypływa jednak pocieszający wniosek - czasem kryzysy wychodzą na dobre. Nie, czytelniku tej notki, historia wcale nie kończy się tak, jak myślisz. Konkluzja - "Krainę wielkiego nieba" można zobaczyć, ale niekoniecznie trzeba.


Drugi film - nominowany do Oscara, zwycięzca festiwalu Millenium Docs Against Gravity - dokument "Jutro albo pojutrze". Też amerykańska prowincja. Rickford w stanie Illinois. Miasto dotknięte bezrobociem i przestępczością. Bohaterami filmu są trzej przyjaciele - jednym z nich jest sam reżyser, Bing Liu - młodzi chłopcy, z rozbitych albo niepełnych rodzin, których pasją jest jeżdżenie na deskorolce. Oprócz tego imprezują, piją, palą. Każdy z nich zmaga się ze swoimi demonami, nawet jeśli tak o tym nie myśli. Brakiem odpowiedzialności, perspektyw i pomysłu na swoją przyszłość, dyskryminacją rasową, śmiercią ojca, niezbyt szczęśliwym dzieciństwem, które było wynikiem rozbicia rodziny lub problemami matek, które same nieszczęśliwe nie potrafiły poświęcić należytej uwagi dzieciom. Bing Liu rejestrował ich i swoją codzienność, najpierw spontanicznie, przez kilka lat. Dlatego obserwujemy, jak dojrzewają i jak się zmieniają. Zakończenie jest w miarę optymistyczne. Są na dobrej drodze, aby wyjść na prostą. Czy im się uda? Bardzo dobry film. Kto przegapił, niech szuka. A, i jeszcze coś - ich deskorolkarskie akrobacje oglądałam z prawdziwą przyjemnością i podziwem.

Włodek Goldkorn "Dziecko w śniegu"

Zaczyna się mocno, bardzo mocno od króciutkiego rozdziału zerowego, który objaśnia tytuł, ale zaraz potem jest dość potoczyście, gawędziarsko, interesująco, czasem nawet zabawnie, ale jednak dość przewidywalnie. Możemy odnieść wrażenie, że to wszystko już było. Ot, historia rodzinna i historia autora, który po marcu 68 roku jako szesnastoletni chłopak razem z rodzicami i siostrą opuścił na zawsze Polskę. A więc opowieść jakich w ciągu ostatnich dwóch lat ukazało się całkiem sporo przy okazji okrągłej rocznicy Marca. W dodatku ponieważ adresatem książki wcale nie jest polski czytelnik, ale włoski, bo autor, publicysta i pisarz, od lat mieszka we Włoszech, znajdujemy w tekście bardzo zgrabne i zwięzłe objaśnienia spraw dla nas oczywistych. Na przykład historię zbrodni katyńskiej czy polskiego Marca 68. To może irytować, no ale rozumiemy, nie do nas kierowane są te wyjaśnienia. 

A jednak "Dziecko w śniegu" Włodka Goldkorna (Czarne 2018; przełożyła Joanna Malawska) nie jest tylko kolejną historią wspomnieniową polsko-żydowskiej rodziny, kolejnym świadectwem człowieka z tak zwanego drugiego pokolenia Holocaustu, ofiary 68 roku. To coś znacznie więcej - eseistyczne refleksje o funkcji pamięci w kontekście Szoa, o roli ofiary, a wreszcie bardzo bolesne rozważania o tym, w jakim kształcie powinny być eksponowane miejsca zagłady, bolesne, bo połączone z wędrówką autora po Auschwitz, Birkenau, Bełżcu, Sobiborze i Treblince. 

Tak więc po gawędziarskiej, w miarę pogodnej części pierwszej, która tylko czasami bywa przerywana fragmentami eseistycznymi, przechodzimy do eseju, którego szczególnie ostatnie partie poświęcone podróży do miejsc Zagłady są bardzo przykrą lekturą. Całość to książka bardzo osobista - Goldkorn wyznaje, że "Dziecko w śniegu" jest dla niego próbą zmierzenia się z lękiem, jaki wywołuje w nim pustka Szoa. Bo w komorach gazowych Birkenau i innych obozów zagłady zniknęła większość Żydów przedwojennej Europy, a on stracił obie babcie, ciotki, wujków, kuzynów. Nigdy ich nie poznał, przyszedł na świat długo po ich unicestwieniu. Jego rodzice, przedwojenni komuniści, ocaleli, bo udało im się wyjechać do Związku Radzieckiego, chociaż przecież praca w kazachskich kołchozach też nie była sielanką. To, że jednak po latach mógł przyjść na świat, zawdzięcza determinacji ojca i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Kiedy wydawało się, że dla jego chorej na tyfus plamisty matki nie ma ratunku, zrobił wszystko, aby ją uratować. Gdyby siłą nie dobił się o wóz i konia, dzięki którym zawiózł ją do miasta, gdyby tam w tłumie podobnych nieszczęśników nie wypatrzyła ich dobra znajoma z czasów przedwojennych, pielęgniarka, matka nie przeżyłaby, a ojciec, mając świadomość, że wszyscy jego bliscy prawdopodobnie nie żyją, był gotów popełnić samobójstwo.

Najważniejsze rozważania dotyczą pamięci w kontekście Szoa. Czym jest? Zapełnia pustkę. Dlatego tak ważne dla Goldkorna, ale także dla jego rodziców, są cmentarze. Takimi cmentarzami są też obozy zagłady, pewnie z tego powodu autor poświęca im tyle miejsca. Najchętniej widziałby tam ciszę i tylko symboliczne upamiętnienie sprzyjające zadumie, wspomnieniom, milczeniu, medytacji albo modlitwie. Dlatego drażni go Auschwitz z tłumami zwiedzających, z ekspozycją (stosy butów, torebek, walizek i innych przedmiotów umieszczone za szybą), która sprawia wrażenie instalacji, a nie czegoś autentycznego. Tu dygresja osobista. Długo udawało mi się uniknąć wizyty w Auschwitz, w żadnym innym takim miejscu nie byłam do dziś, myślałam, że nie dam rady. W końcu jednak musiałam tam pojechać. Byłam już osobą dorosłą, po wielu lekturach i filmach o Holocauście, po przemyśleniach. Bałam się bardzo, ale nie wypadało tego pokazywać. Tymczasem te tłumy zwiedzających, często zachowujących się niestosownie i bezmyślnie, te stosy przedmiotów za szybami, ten czarno-biały film skażony powojenną, komunistyczną propagandą sprawiły na mnie wrażenie muzeum i tylko muzeum. Zdawałam sobie sprawę, że to nie jest kwestia mojego braku wrażliwości. W książce Goldkorna znalazłam potwierdzenie moich intuicji. Ciszę, miejsce do zadumy odnalazł autor dopiero w Bełżcu, Sobiborze czy Treblince, rzadko odwiedzanych, słabiej funkcjonujących w zbiorowej pamięci, a przecież jeszcze straszniejszych, bo służących tylko i wyłącznie zagładzie Żydów. To fabryki śmierci.

Ale pamięć o Szoa ma nie tylko zapełnić pustkę. Goldkorn przypisuje jej o wiele ważniejszą funkcję. Ma służyć czujności i ostrzeganiu, gdy dzieje się coś złego. Jak pisze, powinna wywoływać skandal. Nie ma żadnego sensu, jeśli nie służy obronie pokrzywdzonych wszędzie i zawsze. Jemu dała zdolność do buntu i odróżniania dobra od zła. Nie mogę powstrzymać się, aby nie przytoczyć jednego cytatu: Dla mnie pamięć o Szoa oznacza umiejętność posługiwania się językiem rewolty i przekazywania go innym, oznacza nieustanną, radykalną kontestację prawd władzy. Za rozważaniami idą konkrety. Autor najczęściej przywołuje w tym kontekście los uchodźców, przed którymi Europa zamyka drzwi. Ale przecież nie tylko o uchodźców chodzi. Te refleksje wydają mi się szczególnie ważne dzisiaj. Tak się złożyło, że czytałam "Dziecko w śniegu" dokładnie wtedy, kiedy częścią opinii publicznej i mediów wstrząsnęły wydarzenia w Białymstoku w czasie Parady Równości, kiedy coraz więcej samorządów uchwala strefy wolne od LGBT (niech się zastanowią, co to w praktyce oznacza), kiedy jedna z prawicowych gazet drukuje nalepkę o takiej treści. (W tej sprawie chyba najbardziej wstrząsnęło mną to, że mimo medialnego szumu, mimo sprawy w sądzie redakcja nie zdecydowała się zrezygnować z tego haniebnego pomysłu.) Może dlatego potraktowałam książkę Goldkorna jak zbiór przykazań, istotnych życiowych wskazówek. 

Na koniec przytoczę jeszcze jedno wstrząsające przemyślenie autora, ale najpierw konieczne wprowadzenie. Pada ono w kontekście całkiem niewinnym - kiedy Goldkorn uświadamia czytelnikowi, że sztetl, który w powszechnej świadomości funkcjonuje dziś jako miejsce piękne, romantyczne, sielankowe, wcale taki nie był. Ze sztetla, jeśli miało się ambicję, chciało się uciekać, bo był brudny, biedny, zaściankowy, zachowawczy, patriarchalny, był miejscem kłótni i przemocy wobec kobiet. Stąd ucieczki w asymilację, w socjalizm, a nawet w komunizm, po prostu w postępowe idee. Otóż pisze Goldkorn, że płaczemy nad losem Żydów, nad Szoa, ale jednocześnie pogardzamy Romami, bo brudni i kradną, pozwoliliśmy na Srebrenicę, bo chodziło o muzułmanów, odwracamy się od płynących do Europy uchodźców, bo też najwięcej wśród nich muzułmanów. Ale jest jeszcze dalszy ciąg tych rozważań. Swoją myśl kończy autor w taki sposób - gdyby dziś żyli wśród nas Żydzi tacy jak ci ze sztetli, też byśmy pewnie nimi gardzili jak Romami, muzułmanami i uchodźcami. Bo byliby brudni, biedni, dziwni. Potwierdzeniem tej tezy może być znakomita powieść o przewrotnym tytule "Pamiątki antysemity" mało znanego w Polsce pisarza Gregora von Rezzori, urodzonego w Czerniowcach, zmarłego w Toskanii. Warto jej poszukać i przeczytać.

Żeby nie kończyć tak pesymistycznie, wspomnę jeszcze o tym, co zaskoczyło mnie szczególnie w pierwszej części książki. Autor nie pielęgnuje w sobie uczucia zemsty i nienawiści, nie osądza czynu swojej ciotki Chajtele (tej od rozdziału zerowego rozpoczynającego książkę), ani obojętności tych wszystkich, którzy patrzyli niemo na Zagładę, mimo że, jak pisze, rozpoczyna każdy dzień od wspominania wszystkich swoich pomordowanych krewnych.  Za to stawia sobie pytania - co ja bym zrobił? co bym czuł? o czym bym myślał? Tego nauczyli go rodzice. I to jeszcze jedna istotna wskazówka dla czytelnika. 

Teraz, kiedy spisałam swoje wrażenia, "Dziecko w śniegu" Włodka Goldkorna wydaje mi się jeszcze ważniejsze. Nie dziwi mnie, że znalazło się na długiej liście książek nominowanych do Nagrody Angelus (przypominam - dla autorów z Europy Środkowej, chyba moja ulubiona nagroda literacka). Czy dojdzie do finału, zobaczymy.

Letnie remanenty filmowe (III) - "Śniadanie u Tiffaniego", "Kafarnaum"

Letnich remanentów filmowych odcinek kolejny i wcale nie ostatni. Jak poprzednio jeden klasyk i jedna zaległość.


  
Klasyk to adaptacja słynnego opowiadania Trumana Capote "Śniadanie u Tiffaniego" z rewelacyjną Audrey Hepburn w roli Holly Golightly. Zupełnie nie pamiętam, czy czytałam literacki oryginał, nie wykluczam, ale pewności nie mam. Jeśli tak, to nic w mojej głowie nie zostało. Film sprawił mi ogromną przyjemność. Audrey Hepburn w tej roli można jeść łyżkami. Tworzy postać niepokorną, szaloną, podchodzącą do życia z lekkością, ale w gruncie rzeczy nieszczęśliwą, ciągnącą za sobą smutną przeszłość. Trudno jej nie polubić, chociaż kiedy przyjrzeć się jej postępowaniu bez emocji, trudno  je pochwalać. Ulegamy jednak jej urokowi i gotowi jesteśmy wszystko wybaczyć. Film świetnie się ogląda, jest lekki, zabawny, ale przez śmiech przebija powaga i wzruszenie. Kto nie widział, jeśli będzie miał okazję, zobaczyć powinien koniecznie.



O ile "Śniadanie u Tiffaniego" wprowadziło mnie w nastrój doskonały, o tyle po obejrzeniu "Kafarnaum" libańskiej reżyserki Nadine Labaki nie mogłam dojść do siebie. Ze złości i z bezradności. Wzruszyłam się nawet, sądząc po odgłosach dochodzących z sali nie ja jedna, ale nie wzruszenie było najważniejszym uczuciem, jakie towarzyszyło mi w czasie seansu. Najistotniejsze były właśnie gniew i bezradność. Być może zresztą moje starannie skrywane łzy to wcale nie objaw wzruszenia, ale odreagowaniem nagromadzonych emocji. Długo broniłam się przed tym filmem, nie obejrzałam go wcześniej mimo świetnych recenzji, licznych nagród i nominacji. Kto zagląda na mój blog, pewnie zorientował się, że nie stronię od tematów poważnych, bolesnych i przykrych. Szkoda mi już czasu na błahe lektury i takież filmy. Wiele się ich w życiu naczytałam i naoglądałam. Dużo jestem w stanie przyjąć, ale nie daję rady, kiedy mowa jest o cierpieniu dzieci. A o tym traktuje "Kafarnaum". O losie dzieci żyjących w slumsach, niechodzących do szkoły, zmuszonych do pracy, spędzających wolny czas na ulicy, przeklinających, kradnących, pozbawionych rodzinnego ciepła. Co z tego, że główny bohater, dwunastolatek Zejn, ma rodziców, kiedy nie dają mu tego, co dać powinni. Nie, sytuacja ani nie jest prosta, ani czarno-biała. Kiedy pozna się ich historię, trudno jednoznacznie osądzać, można im tylko współczuć. Bardzo mocno brzmią słowa matki Zejna w czasie rozprawy sądowej. Są oskarżeniem rzuconym nam prosto w twarz. Bo ludzie tacy jak ona to wyrzutki, nieistnieją dla świata, wykluczeni. Ale biedny Liban, który nie radzi sobie ze swoimi wykluczonymi, przyjmuje jeszcze uchodźców z Syrii, ma też licznych nielegalnych imigrantów stojących chyba najniżej w tej hierarchii. To kolejny temat filmu, bo drugą główną bohaterką "Kafarnaum" jest nielegalna imigrantka z Etiopii, Rahil. Wszyscy oni marzą o lepszym życiu, o raju, jakim jawi im się Turcja albo Szwecja. Ale do raju niełatwo się dostać ani nie jest taki rajski, jak się wydaje, z czego oczywiście nie zdają sobie sprawy. Po wyjściu z kina towarzyszyły mi niewesołe refleksje. A przecież ekranowa rzeczywistość i tak jest na pewno jakoś upiększona. Przecież to nie kino dokumentalne, chociaż główne role grają amatorzy, których losy przypominają historie bohaterów, o czym przeczytałam w wywiadzie z Nadine Labaki. Tacy ludzie istnieją naprawdę, takie historie nie są produktem wyobraźni twórców. Tylko nielicznym udaje się odmienić swój los. Czy film niesie nadzieję? I tak, i nie. Być może los Zejna za sprawą medialnego szumu, jaki spowodował proces, który wytoczył swoim rodzicom za to, że sprowadzili go na świat, zmieni się, ale na ulicy, w więzieniach i zakładach poprawczych pozostaną tysiące takich jak on. Zejn nawet w najgorszych chwilach miał w sobie prawość, uczciwość w najważniejszych sprawach, życiową twardość i wewnętrzną jasność, ale większość jemu podobnych wykolei się albo wpadnie w łapy religijnych ekstremistów. Czy można im się dziwić?

Popularne posty