Ali Smith "Jesień"

Dziś będzie o wielkim rozczarowaniu. To powieść "Jesień" (W.A.B.;

przełożył Jerzy Kozłowski) Ali Smith, która według słów wydawcy jest uznawana za najwybitniejszą współczesną szkocka współczesną pisarkę. Już wielokrotnie wspominałam w tym miejscu, jak ostrożnie podchodzę do wyboru świeżych powieści czy opowiadań. Nie lubię poczucia zmarnowanego czasu, nie lubię książek letnich, które mnie nijak nie obchodzą. Dlatego poruszanie się pośród nieprzeliczonych nowości przypomina stąpanie po polu minowym. Jeden nieostrożny wybór i zawód gwarantowany. Oczywiście jako świadoma czytelniczka nie daję się nabrać reklamom wydawców, którzy zawsze, zawsze polecają rzecz wspaniałą, znakomitą, bla, bla, bla. Ostrożnie podchodzę do rekomendacji literackich autorytetów umieszczanych na okładkach książek. Niby nie powinni zachwycać się wbrew swoim przekonaniom, ale czy ja wiem, jak jest naprawdę? Czy zawsze potrafią się oprzeć prośbom znajomego wydawcy? Nie muszę też podzielać ich gustów literackich. Staram się starannie cedzić szum medialny. Kiedy pisarz przez tydzień wyskakuje z każdego miejsca,  nawet z lodówki, to przecież efekt promocji, powtarzam sobie. Ostatecznie kieruję się przede wszystkim własnymi upodobaniami - są książki, po które prawie na pewno nie sięgnę, bo nie lubię na przykład realizmu magicznego, groteski, fantasy, fantastyki naukowej. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Kiedy już po tej ostrej selekcji zastanawiam się nad lekturą, szukam opinii kilku recenzenckich autorytetów. No ale zdarza się, że nawet suma tych działań nie chroni przed rozczarowaniem. Tak było i tym razem.

"Jesień" to pierwsza część eksperymentalnego cyklu. Trzy następne mają tytuły kolejnych pór roku. "Zima" w Polsce oficjalnie ma ukazać się na dniach, ale chyba już można ją kupić. Na czym polegał eksperyment? Każdy tom związany jest z inną porą roku, ma uchwycić czas, w którym powstaje, i aby ten walor świeżości zachować, musi zostać wydany jak najszybciej. 

"Jesień" ma dwoje głównych bohaterów. Jednym z nich jest ponad stuletni Daniel Gluck. Pogrążony w śpiączce, dożywa swoich dni w domu spokojnej starości. Druga bohaterka to znacznie młodsza, trzydziestoletnia, Elisabeth Demand, która regularnie go odwiedza. Co ich łączy? Kiedy przed laty razem z matką przeprowadziły się do nowego domu, był ich sąsiadem. Bardzo ekscentrycznym sąsiadem, dodajmy. I tajemniczym. Tak naprawdę niewiele o nim wiadomo. Jego dom wypełniony był dziwnymi, czytaj współczesnymi (w znaczeniu modern), obrazami i rzeźbami. Tak odbierała je matka Elisabeth. Mieszkał sam, niegdyś prawdopodobnie obracał się wśród artystów, niewiele o sobie mówił. Kim był? Tancerzem? Kompozytorem? Piosenkarzem? Trochę dowiadujemy się ze strzępów snów i wspomnień pogrążonego w śpiączce Daniela. Prawdopodobnie pojawiają się jakieś echa Holokaustu. Piszę prawdopodobnie, bo pewności mieć nie możemy. Jakaś rodzinna tragedia związana z jego  pochodzeniem, która wydarzyła się w dzieciństwie. 

Co łączy tych dwoje? Przed laty Elisabeth spędzała z nim wiele czasu. Daniel miał na nią ogromny wpływ, sprawił, że stała się niezależna, wyzwolił wyobraźnię, nauczył samodzielnego myślenia, pokazał, że można iść pod prąd. Ich ulubioną formą spędzania czasu było snucie opowieści. Swój początek miały w dziwnych obrazach tajemniczej malarki, które Daniel przywoływał z pamięci. Po latach, już jako studentka historii sztuki, Elisabeth odkryje, że obrazy istniały naprawdę. Malarka to Pauline Boty, postać autentyczna. Przedstawicielka brytyjskiego pop artu, która zmarła młodo, a jej twórczość została na lata zapomniana. W podtekście domyślamy się, że to jej płeć sprawiła, iż nie traktowano jej poważnie.

I tak to się wszystko plecie. Czyta się szybko i gładko. Niestety nie potrafiłam zżyć się z bohaterami, nie obeszły mnie ich problemy. Układ między Danielem i Elisabeth, jego tak wielki wpływ na nią wydaje mi się wydumany. W tle współczesna Wielka Brytania z jej problemami. Całość robi na mnie wrażenie rzeczy wykoncypowanej, uszytej według jakiegoś przepisu. Za dużo tropów, zbyt szkicowe to wszystko, aby pozwoliło czytelnikowi znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Przynajmniej takiemu czytelnikowi jak ja. Bo sądząc z kilku recenzji poważnych krytyków zamieszczonych na poważnych łamach, niektórych zachwyca. Co my tu mamy oprócz story? Niestabilność egzystencji - Elisabeth nie wie, czy nadal będzie miała pracę, na jakich zasadach zostanie zatrudniona, zarabia jakieś śmieciowe pieniądze. Brexit, społeczne pęknięcie, niechęć do imigrantów, a nawet aferę Profumo, która, jak rozumiem, ma się rymować z czasami współczesnymi - zakulisowe wpływy, polityczne machinacje i manipulacja opinią publiczną. Teraz myślę, że doświadczenia Daniela z czasów dzieciństwa też w zamyśle autorki stanowią paralelę do współczesności. Bo wszystko już było, wszystko może się powtórzyć. 

Jest jednak coś, co mi się w powieści Ali Smith podoba. To językowy słuch. Świetne są dialogi z urzędnikami na poczcie obnażające absurdy biurokracji, świetnie jest zapisana złość, jaką wylewa z siebie Elisabeth, obserwując skutki brexitu. Rozmowy z matką. I świetnie oddał to tłumacz. Ale to za mało. Mogę śmiało napisać - przeczytałam i już prawie zapomniałam. Na kolejne powieści cyklu raczej się nie skuszę. 

PS. Nie pomaga informacja od wydawcy o "Zimie".

Zima? Ponura. Mroźny wiatr, ziemia jak żelazo, woda jak kamień. Najkrótsze dni, najdłuższe noce. Drzewa gołe i drżące. Letnie liście? Martwa ściółka. Świat się kurczy; soki zanikają. Zima sprawia jednak, że pewne rzeczy stają się lepiej widoczne. I jeśli jest lód, będzie ogień.

I dalej w tym stylu. Zero konkretów. Zawsze irytują  mnie takie noty.

Justyna Sobolewska "Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu"

Trwa festiwal Kornela Filipowicza. W powszechnej  świadomości
(współczesnych) czytelników długo nie istniał, kilka (?), kilkanaście (?) lat temu odpomniany przez wielkiego admiratora jego twórczości Jerzego Pilcha, potem dzięki listom wydanym w tomie "Najlepiej w życiu ma twój kot" funkcjonował jako ten od Szymborskiej, wreszcie przyszedł czas na wznowienie jego opowiadań - dotąd ukazały się trzy wybory. Książka Justyny Sobolewskiej, propagatorki jego twórczości, "Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu" (Iskry 2020) jest póki co zwieńczeniem starań o przywrócenie pamięci o pisarzu i jego twórczości. Od dawna przymierzam się do sięgnięcia po jego opowiadania, na półce książek oczekujących na swoją kolej czeka "Romans prowincjonalny i inne historie" i pewnie już dawno bym to zrobiła, gdyby to był ebook. Czytałam uroczą korespondencję Filipowicza i Szymborskiej (jakoś o niej nie napisałam, czasem z różnych powodów tak się przytrafia), którą polecam na pandemiczne czasy (nie tylko), bo naprawdę poprawia humor. A wreszcie Filipowicz objawił mi się w znakomitej biografii Marii Jaremianki, jego pierwszej żony, którą napisała Agnieszka Dauksza (liczne nominacje i dwie nagrody Gryfia i Juliusz - za biografię). Nic dziwnego, że po książkę Justyny Sobolewskiej sięgnąć po prostu musiałam. Przeczytałam bardzo szybko z dużym zainteresowaniem.
 
Autorka, podobnie jak Izolda Kiec w biografii Zuzanny Ginczanki, patrzy na swojego bohatera także poprzez jego twórczość, obficie analizując jego opowiadania, mikropowieści i poezję. Pokazuje, jak bardzo współczesna i profetyczna jest jego twórczość, jak znakomicie wpasowuje się w wyzwania naszego czasu. Choćby jego opowiadania o zwierzętach, w których przywraca im podmiotowość. Karierę zrobił wiersz "Niewola". Nic dziwnego. Jest jak komentarz do naszej rzeczywistości. Kto nie zna, niech sobie czym prędzej wygoogluje. 
 
Jaki był Kornel Filipowicz? Jaki pozostał w pamięci bliskich? Czy dowiedziałam się o nim czegoś nowego? Po lekturze biografii Jaremianki, w której go ze zrozumiałych względów pełno, korespondencji z Wisławą Szymborską, kilku artykułach i wywiadach (o nim, nie z nim) mogłoby się wydawać, że poznałam go nieźle. Ale to oczywiście  złudzenie. Nowością był dla mnie okres jego wczesnego dzieciństwa, spędzony wraz z matką w podróży w poszukiwaniu nowego miejsca do życia po ucieczce z Tarnopola, i młodości w Cieszynie.  No prawie nowością, bo Justyna Sobolewska opowiadała o tym w rozmowie prowadzonej przez Michała Nogasia w Radiu Książki, której jak zwykle z ciekawością wysłuchałam. Podobnie rzecz się ma z jego przyjaźnią z wybitnym awangardowym poetą Julianem Przybosiem, który był jego nauczycielem w gimnazjum. A już zupełnym zaskoczeniem stała się wiadomość, że Kornel Filipowicz kilka lat po śmierci Jaremianki ożenił się ponownie, a właściwie został wyswatany przez swojego przyjaciela, poetę Tadeusza Różewicza, z Marią Próchnicką, historyczką sztuki z Łodzi. Ba, miał z nią syna Marcina i mimo że małżeństwo od początku było niedobrane, osobne i na odległość, nigdy oficjalnie się nie rozwiedli. Po prostu Filipowicz nie bardzo nadawał się do udomowionego życia - do rutyny, krzątactwa, codzienności. Jego pierwsze małżeństwo z Marią Jaremianką było związkiem dwojga artystów skupionych na swojej twórczości. W krakowskim mieszkaniu na Lea (wtedy Dzierżyńskiego) każde z nich spędzało czas w swojej pracowni, Filipowicz pisał, Jaremianka malowała. Ich syn, Aleksander, wychowywał się z babcią i ciotką w domu na Woli Justowskiej, gdzie do dziś mieszka. Relacja pisarza z Wisławą Szymborską też nie była oparta na codzienności. Nie afiszowali się specjalnie, chociaż, że są parą, nie było tajemnicą, nie mieszkali razem. On u siebie na Lea, ona u siebie na Chocimskiej. Maria Próchnicka była inna, nie chcę pisać zwyczajna, bo to krzywdzące. Od początku do siebie nie pasowali, ona, nieśmiała i wycofana, źle czuła się w literackim środowisku Kornela. Rozstawali się i schodzili, w końcu wzięli ślub, kiedy była w ciąży.
 
Jaki był Filipowicz? Przedwojenny lewicowiec szybko rozczarował się do nowego ustroju, ale poglądów nie zmienił. Tuż przed śmiercią ze wzruszeniem przyjął z rąk Jana Józefa Lipskiego legitymację reaktywowanego PPS-u z numerem jeden. Adorowany przez dziewczyny i kobiety - zachowały się liczne listy z ich żalami, bo nie dał się im usidlić. Doświadczony pobytem w hitlerowskich obozach, czego omal nie przypłacił życiem. Powszechnie lubiany, był autorytetem w środowisku literackim i wsparciem dla młodych twórców. Wizyty u niego wspominał w swoich felietonach Jerzy Pilch. Zapalony wędkarz i kajakarz, wiele lat organizował dla przyjaciół coroczne letnie spływy kajakowe. A wymagało to wielkiej logistyki. Rządził w czasie tych wypraw niepodzielnie, raz nawet doszło do buntu - próbowano pozbawić go władzy. Skromnie, albo kokieteryjnie, twierdził, że pisanie jest tylko jednym z wielu jego zajęć i zainteresowań. Był znakomitym majsterkowiczem, potrafił zrobić wiele rzeczy, czasem nawet bardzo precyzyjnych i pięknych. Jawi się jako człowiek prawy, ciepły, dowcipny, po prostu sympatyczny. Zatem ideał? No na szczęście nie. Nie był przecież najlepszym ojcem, a już na pewno nie według dzisiejszych standardów. Miał na koncie sporo złamanych dziewczęcych i kobiecych serc. Pewnie nie był też wolny od innych wad i słabości.
 
Warto sięgnąć po książkę Justyny Sobolewskiej, no i przy okazji po biografię Jaremianki pióra Agnieszki Daukszy. Warto czytać to, co napisał. Tę ostatnią radę kieruję także do siebie. 

Sarah M. Broom "Żołty dom. Wspomnienia"

Sama już nie pamiętam, jak to się stało, że spośród mnóstwa nowych

książek, jakie ukazują się co tydzień, wpadł mi w oko "Żółty dom. Wspomnienia" Sarah M. Broom (Agora 2020; przełożył Łukasz Błaszczyk). Czy gdzieś o nim usłyszałam? Przeczytałam? Czy po prostu zobaczyłam wśród nowości i zainteresował mnie temat? Tak czy siak, wpisałam na listę książek, które chcę kupić i przeczytać i dość szybko, korzystając z promocji, zadanie wykonałam. Czym jest ta nagrodzona National Book Award książka afroamerykańskiej dziennikarki i pisarki? To historia rodziny, wspomnienia, a raczej historia, samej autorki, ale także opowieść o życiu ludzi z gorszych albo nawet złych dzielnic, szczególnie o Afroamerykanach, o mieście - Nowym Orleanie, o traumie związanej z huraganem Katrina, który w sierpniu 2005 roku je spustoszył, i o domu w sensie dosłownym i symbolicznym. 

Problemem tej książki jest moim zdaniem właśnie jej wszystkoizm. Za dużo srok za ogon chciała na raz złapać autorka. Dlatego lekturze towarzyszyły zmienne odczucia - całe partie książki pochłaniałam z wielkim zainteresowaniem, aby potem natrafić na jakiś nużący fragment. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przecież to już było, podobne historie już nie raz  czytałam. Gubiłam się też w mnogości bohaterów - rodzina autorki była i jest bardzo liczna, wszyscy jej członkowie, niektórzy częściej, inni rzadziej, pojawiają się na kartach jej wspomnień. Do tego dochodzą sąsiedzi, koleżanki i koledzy ze szkoły, przyjaciele. Najmniej interesujące i najbardziej banalne wydały mi się wspomnienia i osobista historia Sarah M. Broom. Autorka opowiada nie tylko o swoim dzieciństwie, ale także o poszukiwaniu drogi życiowej już po studiach, czyli na przykład o pracy w jednym z biedniejszych afrykańskich państw, Burundi. Jak to się ma do innych tematów książki? Był moment, kiedy wydawało mi się, że to kobieca wersja historii Didiera Eribona ("Powrót do Reims"), czyli opowieść o szukaniu własnej drogi przez kogoś, kto nie dość, że pochodzi z niższej warstwy społecznej, to jeszcze należy do jakiejś mniejszości. On jest gejem, ona jest czarna. Ktoś taki chcąc wyrwać się ze swojego środowiska i aspirując do zdobycia wykształcenia, jest skazany na szukanie po omacku, bo nie ma tego całego zaplecza kulturowego, tego całego backgroundu, jaki mają ludzie zamieszkujący piękne dzielnice (czytaj: lepsze). Dlatego jego droga jest trudniejsza, najeżona przeciwnościami, dłuższa, okupiona wieloma złymi wyborami. Kiedy już, już wydawało mi się, że to po to autorka opowiada swoje perypetie, wszystko jednak rozmywało się w nadmiarze szczegółów i bocznych dróg.

A teraz o tym, co ciekawe i co sprawiło, że lektury "Żółtego domu" nie uważam za czas stracony. Najbardziej zainteresowały mnie dwie sprawy, które ściśle są ze sobą powiązane. Pierwsza to warstwa społeczna tej opowieści, a druga huragan Katrina, a przede wszystkim jego konsekwencje, z którymi miasto, władze stanowe i krajowe nie uporały się przynajmniej do roku 2011, sześć lat po huraganie, kiedy to autorka po raz kolejny wraca do swojego rodzinnego miasta, aby w nim na jakiś czas znowu zamieszkać. Jak jest dzisiaj, piętnaście lat po Katrinie, nie wiem. Trochę nawet szperałam po internecie, ale właściwie niczego nie znalazłam.

Sarah M. Broom urodziła się i wychowała we wschodniej dzielnicy Nowego Orleanu, w dzielnicy, gdzie tereny mieszkaniowe mieszały się z przemysłowymi albo z takimi zostawionymi odłogiem, sprawiającymi wrażenie niczyich. Był moment kiedy przed tym miejscem według władz miasta sprzymierzonych z biznesem, szczególnie deweloperskim, rysowała się świetlana przyszłość. Przynajmniej na papierze. Dlatego powstawały nowe osiedla, zachęcano do kupowania mieszkań, ale plany te, jak się okazało, z różnych przyczyn od początku były palcem na wodzie pisane, a ostatecznie nigdy się nie urzeczywistniły, a gwoździem do ich trumny stała się Katrina, która dzielnicę zrujnowała doszczętnie i sprawiła, że większość tych, którzy nie zginęli, musiała opuścić Nowy Orlean, szukając schronienia u krewnych w innych miastach i stanach. Taki los spotkał także wielu bliskich autorki - w mieście zostali nieliczni. Mimo szumnego planu powrotów ogłoszonego przez władze miejskie do roku 2011 większość z uciekinierów nadal pozostawała przesiedlona, bo zwyczajnie nie miała do czego wracać. Program pomocy grzązł w biurokratycznych procedurach i ślimaczył się niemożebnie. Nawet znajomości nie mogły niczego przyspieszyć. W dzielnicy, w której urodziła się i mieszkała autorka, zawsze było brzydko i niebezpiecznie, a po przejściu huraganu zrobiło się jeszcze gorzej. 

To właśnie w tam, we wschodnim Nowym Orleanie, jej matka, kiedy miała zaledwie dziewiętnaście lat, kupiła niewielki domek, ten tytułowy żółty dom. Była pierwszą osobą ze swojej licznej rodziny, która stała się właścicielką nieruchomości. Wtedy oznaczało to wielkie osiągnięcie. Niestety dom, który był dumą rodziny, z czasem stał się pewnego rodzaju obciążeniem. Po pierwsze z upływem lat ulica, na której się znajdował, stała się złą ulicą, po drugie systematycznie podupadał, a na remonty właścicielki nie było stać. O sprzedaży i kupnie czegoś innego trudno było marzyć, bo dom stracił znacznie na wartości, okolica stała się zupełnie nieatrakcyjna, a ceny przyzwoitych nieruchomości poszybowały w górę. Ostateczny cios zadał mu najpierw inny huragan na wiele lat przed Katriną, a potem niespodziewana śmierć ojca autorki, którego właściwie nie poznała, bo zmarł, kiedy była jeszcze niemowlęciem. Odtąd dom systematycznie chylił się ku upadkowi, aby ostatecznie przestać istnieć w wyniku niszczycielskiego kataklizmu, jakim okazała się Katrina. Dlatego Sarah M. Broom zna jego  świetność  tylko z rodzinnych wspomnień. Jej uczucia wobec żółtego domu są dwuznaczne. Z jednej  strony to bardzo ważne miejsce, rodzinne gniazdo scalające liczne rodzeństwo, korzenie, historia, wspomnienia, kiedyś powód do dumy. Miejsce na ziemi, to jedyne. Z drugiej strony powód do wstydu. Ani Sarah, ani starsze rodzeństwo, które za czasów jej dzieciństwa i młodości mieszkało jeszcze w żółtym domu, nie odważyło się zaprosić tu swoich rówieśników ze szkoły, co z czasem stawało się powodem wykluczenia. Jej koleżanki nie zdawały sobie sprawy, jaka jest rzeczywista przyczyna takiego stanu rzeczy, dlatego brak rewanżu traktowały jako przejaw lekceważenia, niechęci, złego wychowania. Autorka opowiada o całej strategii, jaką stosowała, próbując wymigać się od zaproszenia kogoś, u kogo wcześniej gościła. Wszystko na nic - zawsze kończyło się ochłodzeniem znajomości lub jej zerwaniem. A jednak szczególnie jej dwaj starsi bracia i matka obsesyjnie wracają do zrujnowanego domu, a potem już na samą działkę po nim. Posiedzą na trawie, grilują, strzegą. Czego, skoro nic nie zostało? Wspomnień, rodzinnej historii. 

Kiedy myślimy o takich znanych turystycznie miastach jak Nowy Orlean, o czym właściwie myślimy? Kiedy je odwiedzamy, co oglądamy? Odpowiedź jest oczywista - te miejsca w powszechnej świadomości to tylko to, co atrakcyjne turystycznie. W wypadku Nowego Orleanu  Dzielnica Francuska, zaledwie kilkanaście ulic położonych na niewielkim ułamku terenu, jaki zajmuje całe miasto. Ale przecież to obraz fałszywy. Prawdziwe życie jest gdzie indziej. W lepszych i gorszych dzielnicach. Tym wszystkim nie zaprzątamy sobie głowy. Między Dzielnicą Francuską, a wschodnią, skąd wywodzi się autorka i jej rodzina, jest przepaść. Sarah M. Broom, kiedy w 2011 roku po powrocie do miasta wynajęła mieszkanie właśnie w tej najatrakcyjniejszej dzielnicy, wspomina swoje nieliczne wizyty w tym miejscu - w szkolnych czasach była tam zaledwie kilka razy. Z wycieczką  albo z matką, od wielkiego święta. Turystka w swoim mieście. Właściwie nawet nie turystka, raczej ktoś z innego świata. Bo nie czuła się tu ani u siebie, ani ze swobodą, jaka charakteryzuje turystę.

I właśnie to jest w tej książce najciekawsze. Frapujące i przerażające są też opisy żywiołu, jakim była Katrina. Warto przeczytać te fragmenty, bo uświadamiają, czym są i przede wszystkim, jakie dramatyczne skutki niosą za sobą takie katastrofy. Pamiętam, że słuchając w polskich mediach relacji o tamtych zdarzeniach, po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że nawet wielkie mocarstwo jest bezbronne w obliczu takiego kataklizmu. Dziś po rozmaitych lekturach wiem, że to mocarstwo już wtedy stało na glinianych nogach. Teraz jego bezsilność obnaża pandemia. 

Lucia Berlin "Wieczór w raju. Opowiadania zebrane"

Na kolejny zbiór opowiadań Lucii Berlin "Wieczór w raju.

Opowiadania zebrane" (W.A.B. 2020; przełożyła Dobromiła Jankowska) czekałam prawie dwa lata, bo właśnie w styczniu 2019 roku tuż po lekturze pierwszej wydanej w Polsce książki amerykańskiej autorki, "Instrukcji dla pań sprzątających", która mnie zachwyciła, znalazłam w zapowiedziach wydawniczych informację, że wiosną ukaże się kolejny zbiór jej opowiadań. Okazało się, że moja cierpliwość została wystawiona na próbę - książka ostatecznie wyszła dopiero w październiku tego roku. No ale w końcu jest, a ja, kiedy tylko ją kupiłam, niemal natychmiast zabrałam się za lekturę i ponownie zanurzyłam się w klimacie znajomych opowieści. To jak wejście do dobrze znanego świata. 

I znowu zachwyt tyle, że tym razem z góry oczekiwany. Bo przecież zdawałam sobie sprawę, o czym i jak Lucia Berlin pisze, wokół jakich tematów krąży jej twórczość, a wreszcie znałam historię jej życia i wiedziałam, jak bardzo przetwarzała je na literaturę. Dlatego nieważne, jak mają na imię jej bohaterki, czy będzie to Laura, Maja, Maggi albo jeszcze inna, to zawsze mam wrażenie, jakbym cały czas czytała o tej samej osobie. Jeszcze silniej towarzyszyło mi to przekonanie w trakcie lektury "Instrukcji dla pań sprzątających". Może dlatego, że układały się w historię życia jednej kobiety, jak i tu pod wieloma postaciami, - od młodości do starości, chociaż bez zachowania chronologii. W "Wieczorze w raju" dostajemy tylko dwa opowiadania sięgające do dzieciństwa bohaterki spędzonego w Teksasie i również dwa do młodości, kiedy razem z rodzicami mieszkała w Chile, w Santiago. Te historie rozpoczynają tom. Kolejne opowieści stanowią wersję losu kobiety dojrzałej, obarczonej dziećmi, jeszcze mężatki albo znowu samotnej. Chociaż w tym zbiorze zdarzają się też, wprawdzie nieliczne, historie o mężczyznach. Tak jak poprzednio akcja opowiadań rozgrywa się oprócz wspomnianych już Teksasu i Chile, także w Kalifornii i w Meksyku. Na prowincji albo na obrzeżach większych miast. 

"Wieczór w raju" pozornie wydaje się jaśniejszy niż "Instrukcja dla pań sprzątających", ale tylko pozornie. Bohaterki, kobiety po przejściach albo na życiowym zakręcie, zmagają się z samotnością, z zawiedzionymi uczuciami, z niezrozumieniem ze strony partnera, z trudnościami życia codziennego, z brakiem pieniędzy, z poczuciem upływającego czasu, a wreszcie z chorobą alkoholową czy z uzależnieniem od narkotyków. To ostatnie najczęściej dotyczy ich mężów albo kochanków. A są to głównie artyści - muzycy, pisarze, rzeźbiarze. Zajęci swoją pracą lekceważą problemy dnia codziennego, z jakimi zmagają się ich żony czy partnerki. Może dlatego niektóre z bohaterek próbują wraz ze swoją rodziną osiąść na wsi w domku z wypalanej cegły otoczonym ogrodem, wśród pól, w bliskości z naturą, gdzieś nad rzeką albo morską zatoką, z dala od cywilizacji. Tam raj wydaje się na wyciągnięcie ręki. Można wylegiwać się w hamaku z książką w ręku, pielęgnować zasadzone rośliny, pozwolić dzieciom pluskać się w wodzie, jeść to, co wyhodowało się w ogródku. Chociaż to proza oszczędna, to opisy tych miejsc były tak sensualne, że sama miałam ochotę dotknąć tego rajskiego zakątka. Ale to tylko pozory. Bo albo proza dnia codziennego daje o sobie znać, zaczyna doskwierać brak kanalizacji, bieżącej wody, uciążliwy sąsiad, który za dnia potrafi być miły i uczynny, ale wieczorami urządza uciążliwe libacje. Mąż zajęty swoją pracą nie ma zrozumienia dla tych niedogodności. Znacznie gorzej, gdy rajskie życie z dala od cywilizacji przerywa nieoczekiwane spotkanie z dilerem męża, który zrobi wszystko, aby odzyskać takiego świetnego, bogatego klienta. To chyba najbardziej przejmujące opowiadanie z tego zbioru. Najmocniej zapadło mi w pamięć. 

Z pisaniem o krótkich formach jest ten kłopot, że niemal wszystko zasadza się na nastroju, na klimacie, najwięcej dzieje się gdzieś pomiędzy wierszami, pomiędzy słowami. To wszystko często jest ulotne, nienamacalne. I albo się poczuje to nieuchwytne coś, albo nie. Nigdy nie pociągnęły mnie na przykład opowiadania noblistki Alice Munro, przeczytałam jeden tom i nie sięgnęłam po więcej, za to uwielbiam zbiory opowiadań Amosa Oza, "Wśród swoich" i "Sceny z życia wiejskiego". Podobnie stało się z Lucią Berlin. Trafiona zatopiona. Mam nadzieję, że to nie koniec. Wprawdzie autorka napisała ich tylko siedemdziesiąt kilka, ale nie wszystkie znalazły się w obu wydanych w Polsce książkach. Czekam na pozostałe. 

Jarosław Mikołajewski "Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki"

Bardzo lubię czytać i słuchać Jarosława Mikołajewskiego. Jego
książki, eseje, radiowe wywiady. Pełne namysłu, refleksji, zadumy, pytań, wątpliwości. Na wiele spraw patrzę podobnie jak on. Duże wrażenie zrobiły na mnie "Terremoto" i "Wielki przypływ".  Dlatego bardzo ucieszyłam się, kiedy usłyszałam, że pisze książkę o Zuzannie Ginczance. Początkowo mówiło się, że to będzie biografia, potem że nie do końca. Może dlatego, kiedy kupiłam, nie sięgnęłam od razu. Aż przyszedł moment idealny. Gdy skończyłam czytać biografię Ginczanki pióra Izoldy Kiec, o której pisałam ostatnio, stwierdziłam, że właśnie teraz nastał czas na książkę Jarosława Mikołajewskiego "Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki" (Dowody na Istnienie 2019). I rzeczywiście, nie jest to biografia. 
 
Co w takim razie dostajemy? Świadectwo fascynacji Jarosława Mikołajewskiego Zuzanną Ginczanką, która ciągnie się od wczesnych lat licealnych. Fascynacja to za mało powiedziane - jak przyznaje autor, jest to rodzaj obsesji, chociaż sam tego słowa chyba nigdy nie używa. Poetka, jej wiersze i tak szybko, tragicznie zakończone życie nie dają mu spokoju. Wciąż za nią goni, szuka jej cienia. A ona wciąż umyka, nie daje się poznać do końca. Ta niemożność przyszpilenia, zafiksowania duchowego portretu wyraża się w cytacie pochodzącym z jednego z jej wierszy - Nie upilnuje mnie nikt, który stał się też motywem przewodnim ostatniej książki Izoldy Kiec. A dowód na to znajdujemy w drugiej części tytułu - "Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt". 
 
Mikołajewski zdaje w swojej książkę relację ze swojej pogoni za Ginczanką. Opowiada o spotkaniach z ludźmi, którzy ją znali. Jest gotów jechać na drugi koniec Polski, jeśli po jakimś jego tekście poświęconym poetce odezwie się ktoś, kto może o niej powiedzieć więcej z osobistej perspektywy, bo albo się z nią zetknął, albo znał ją ktoś z jego bliskich. Pisze o tych, z którymi dzieli lub dzielił swoją fascynację. Sporą część książki zajmują urywki korespondencji z jego włoskim przyjacielem, tłumaczem z polskiego, Silvano de Fantim, którego namawiał, aby zainteresował się twórczością poetki. I są to listy arcyciekawe, które czytałam z wielką przyjemnością. Zastanawia się, jak mógłby wyglądać film o Zuzannie, kto mógłby ją zagrać i w jaki sposób. Opowiada o tym, jak chodził jej śladami w miejscach, w których przez jakiś czas mieszkała. Działo się to najczęściej przy okazji podróży służbowych. Jak szukał pamiątek po niej. Próbuje bezskutecznie rozwiązać zagadki jej życia. Najbardziej chyba dręczy go pytanie, czy Ginczanka ukrywając się, pisała. Czy rzeczywiście jej słynny wiersz zaczynający się od słów Non omnis moriar, w którym unieśmiertelniła swoją prześladowczywnię, dozorczynię lwowskiej kamienicy, Chominową, jest jej ostatnim? Czy to możliwe? Wyobraża sobie, co mogło się stać z wierszami, które jednak pisała. Wreszcie na końcu umieszcza krótki dramat swojego autorstwa o jej pobycie na Mikołajskiej w Krakowie, gdzie została aresztowana. Oczywiście są to chwile w dużej części wyobrażone. To wszystko przeplata autor  sporą dawką informacji o Zuzannie Ginczance, ale w żadnym razie nie jest to regularna biografia. Dlatego nie można jej czytać zamiast. Sama nie umiem się zdecydować, co lepsze dla kogoś, kto o poetce wie niewiele albo zgoła nic - zacząć od tej książki, a potem sięgnąć po książkę Izoldy Kiec czy odwrotnie?
 
Jak zwykle czytałam to, co napisał Jarosław Mikołajewski, z ogromną przyjemnością, która płynie ze sposobu operowania językiem, z refleksyjnego charakteru jego twórczości, z erudycji, z podążania za jego rozważaniami, wędrówkami, spotkaniami z ludźmi. Warto wiedzieć, że jest to rzecz bardzo osobista, często na granicy duchowego ekshibicjonizmu, autor dopuszcza nas bardzo blisko swojego duchowego wnętrza, sporo w jego pisaniu egzaltacji. Może dlatego tak łatwo przychodzi mu eksponowanie siebie, bo jest poetą? Ale w pewnym momencie, gdzieś tak około połowy, przyłapałam się na wrażeniu, że autor wyczerpał temat, że nie chcąc pisać biografii, ucieka w erudycję, mnoży refleksje i rozważania, aby to, co pisze, nabrało rozmiarów choćby krótkiej książeczki. Czasem drażniły mnie też te bardzo osobiste wynurzenia. Mimo wszystko lektury nie żałuję, chociaż na pewno nie jest to książka dla każdego.

Izolda Kiec "Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt"

Mam wrażenie, że ostatnio trwa sezon na biografie. Jaremianka, Pola
Kiereńska, Anna Kowalska, Kornel Filipowicz (Właśnie kupiłam i już nie mogę się doczekać lektury.), Hłasko.  A jednak nie spieszyło mi się po książkę Izoldy Kiec "Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt" (Marginesy 2020). Właściwie sama nie wiem dlaczego. Przecież odkąd kilka lat temu pierwszy raz usłyszałam o Zuzannie Ginczance, nie potrafię zapomnieć o jej tragicznym losie. Od tamtej pory czytałam każdy artykuł na jej temat, jaki wpadł w moje ręce. Jakiś czas temu kupiłam książkę Jarosława Mikołajewskiego "Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki", bardzo na nią czekałam, ale wyparły ją inne lektury. Może mój zapał nieco ostygł, kiedy okazało się, że nie jest to klasyczna biografia. Ale wracam do biografii Ginczanki pióra Izoldy Kiec - znowu wywiad z autorką, długa, spokojna rozmowa Michała Nogasia w Radiu Książki, sprawił, że jednak postanowiłam, iż przeczytać tę książkę muszę. Nie pierwszy to raz, kiedy pod wpływem tych rozmów decyduję się na lekturę. Taka ich rola. 
 
Izolda Kiec, literaturoznawczyni i kulturoznawczyni, Zuzanną Ginczanką zajmuje się od dawna. W 1993 roku obroniła doktorat na jej temat. Potem wydała biografię poetki i opracowała na nowo wiersze. Przez te wszystkie lata nadal zajmowała się jej twórczością i losem, próbując wymazać białe plamy z życiorysu. Mimo to nadal nie wszystko o niej wiemy i być może niektóre tajemnice nigdy nie zostaną wyjaśnione. 
 
Książka, która ukazała się niedawno, jest nową wersją tej pierwszej z roku 1994. Bogatsza o nowe ustalenia i o inne doświadczenia autorki. Jak pisze Izolda Kiec we wstępie:  
Zuzannę Ginczankę spotykam od lat nieustannie. Za każdym razem inną, odmienioną głównie moim doświadczeniem, coraz bardziej różniącym się od jej dwudziestoparoletniego świata. (...) Czy dlatego obraz poetki wydaje się odpomniany nie w pełni, wciąż zamazany, niejasny? (...) Jego rekonstrukcja to prawdziwa archeologia fragmentów, śladów, ruin. 
Dlatego autorka przyznaje, że nie wszystkie zagadki biografii poetki potrafi rozwiązać. Mimo spotkań i korespondencji prowadzonej z tymi, którzy ją znali. Każdy jednak pamięta i interpretuje pewne wydarzenia inaczej. Nie wiadomo, z którymi mężczyznami była rzeczywiście związana silnym uczuciem - bo w niej kochało się kilku. Dlaczego nagle zdecydowała się na małżeństwo ze starszym od siebie Michałem Weinzieherem? Dlaczego, kiedy czas robił się coraz bardziej ponury i przeczucie katastrofy zaczęło towarzyszyć nie tylko jej, nie próbowała wyjechać za granicę, skoro od lat mieszkali tam jej rozwiedzeni rodzice? Kto zdradził jej ostatnią kryjówkę w Krakowie na ulicy Mikołajskiej? Kiedy dokładnie zginęła? Czy pisała coś w czasie wojny? Jeśli tak, to gdzie są te wiersze? Mimo licznych świadectw słabo rozpoznany jest okres jej pobytu we Lwowie, jeszcze słabiej to, co działo się z nią po ucieczce stamtąd. Nawet na rolę niesławnej Chominowej Izolda Kiec rzuca nieco inne światło. Nie żeby zdejmowała z niej zarzuty, ale podkreśla też współwinę jej męża i syna. Tych dlaczego, kiedy, kto, czy, jak jest w biografii Ginczanki znacznie więcej. Dlatego autorka wielokrotnie prezentuje różne punkty widzenia, stawia swoją hipotezę, zawsze pokazując przesłanki, jakie doprowadziły ją do takiego, a nie innego wniosku, ale równie często przyznaje, że nie sposób rozstrzygnąć, jak było naprawdę. Swoje śledztwo prowadzi także, opierając się na interpretacji poezji Ginczanki. Analizując, interpretując i obficie przytaczając jej wiersze, to w nich szuka odpowiedzi na wiele pytań. Bo książka Izoldy Kiec to nie tylko biografia, ale także pochylenie się nad jej dorobkiem.
 
Co wiadomo? Co tak bardzo przyciąga do Ginczanki nie tylko Izoldę Kiec? Że od wczesnej młodości, jeszcze w czasach szkolnych, zdradzała nieprzeciętny talent poetycki poparty niezwykłą w tak młodym wieku dojrzałością. Że urodzona i wychowana w kręgu języka i kultury rosyjskiej świadomie wybrała język i kulturę polską. Że bardzo przeżyła fakt, iż rodzice poszli swoją drogą, zostawiając ją z babcią, z którą była bardzo związana. Autorka używa nawet terminu zdrada. Nie ostatnia w jej życiu. Że mimo ludzi, którzy ją otaczali i w Równem, gdzie się wychowywała, i potem w Warszawie, silnie odczuwała swoją osobność i dlatego w gruncie rzeczy była samotna. Zawsze się wymykała, stąd to symboliczne: Nie upilnuje mnie nikt. Że była piękna, ale uroda, która zdradzała jej pochodzenie, w czasie wojny stała się przekleństwem. Największym dreszczem przeszywa jednak świadomość, że tak krótko żyła, że Historia ją skazała, że jej czas biegł nieubłaganie do tragicznego końca. Że w ostatnim okresie życia była samotna, musiała liczyć tylko na siebie. Taka młoda, tyle jeszcze mogła mieć przed sobą. Ledwie zaczęła żyć, a jej czas się wypełnił. Teraz przyszło mi do głowy, że w tym losie ucieleśnia się los wszystkich innych młodych ludzi, których zabrała Zagłada albo wojna. Kiedy w 1935 roku wyjeżdżała z Równego do Warszawy, jeszcze tego nie przeczuwała. My, czytając o tym pozornie radosnym, szalonym, bogatym towarzysko okresie jej życia, doskonale wiemy, że zostało jej tylko kilka lat. Im bliżej wojny, tym bardziej to czuła, ona i jej towarzyski krąg, literaci związani z Cyrulikiem Warszawskim i Szpilkami. Dlatego szaleńczo się bawili, nie stroniąc od używek, w przeciwieństwie do starszych o pokolenie twórców z kręgu Skamandra. Dlatego za swoje życiowe credo przyjęli cytat z "Wesela Figara":
Śmiejmy się! Kto wie, czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie.
Właściwie miałam ochotę dorzucić tu swój tradycyjny komentarz, ale, przyznam, przestraszyłam się trochę. Nie chcę wywoływać wilka z lasu. 
 
Książkę Izoldy Kiec znakomicie się czyta. Jak każda dobra biografia jest także obrazem czasów, w jakich żyła Ginczanka. Znakomitym pomysłem wydają mi się początki kolejnych części - autorka, cytując rozmaite źródła, portretuje miejsca, z którymi poetka była związana - Równe i Warszawę. Zachęcam.

Mario Vargas Llosa "Święto Kozła"

Trwam w swoim postanowieniu i właśnie skończyłam trzecią z

czterech zakupionych ostatnio powieści Mario Vargasa Llosy "Święto Kozła" (Znak 2016; przełożyła Danuta Rycerz). W moim prywatnym rankingu stawiam ją zaraz  po "Rozmowie w Katedrze", której nic nie przebije.

I tym razem jest to książka polityczna osadzona w realiach historycznych. Akcja toczy się na Dominikanie na dwóch planach czasowych. W roku 1961, kiedy grupa spiskowców dokonała zamachu na dyktatora Rafaela Trujillo, i dziewiętnaście lat później. Równolegle przeplatają się trzy wątki - śledzimy poczynania dyktatora zwanego przez współpracowników Szefem, a po jego śmierci prezydenta Joaquina Balaguera, poznajemy losy zamachowców i wreszcie historię głównej kobiecej bohaterki, Uranii Carbal, córki senatora, który nieoczekiwanie wypadł z łask wszechwładnego Trujillo. Urania pod wpływem impulsu po dziewiętnastu latach wraca na kilka dni na Dominikanę. Odwiedza schorowanego, zniedołężniałego ojca, któremu nigdy nie wybaczyła, że posłużył się nią, wtedy czternastoletnią dziewczynką, aby ponownie wkraść się w łaski kapryśnego Szefa i ratować swoją polityczną karierę. Czy tylko o karierę chodziło? Trujillo był człowiekiem nieobliczalnym i potrafił mścić się także na rodzinie tego, kogo odsuwał na boczny tor. Czy rzeczywiście senator Carbal znalazł się w sytuacji bez wyjścia? Nic nie usprawiedliwia tego, co zrobił. Tamte zdarzenia odcisnęły się piętnem na życiu Uranii. Jej opowieść o tym, co zaszło w czasach, kiedy była młodą dziewczyną, dzieckiem jeszcze, z trudem daje się czytać, tak bardzo jest wstrząsająca. Ale to wcale nie jedyny fragment, przez który brnęłam z trudem, ponieważ był taki okrutny. Bo okrutne były bezwzględne rządy Rafaela Trujillo.

Mario Vargas Llosa stwarza wnikliwy, fascynujący portret dyktatora - człowieka bezwzględnego i groteskowego jednocześnie. Pokazuje go nie tylko jako polityka, ale też jako człowieka. Trujillo sprawuje rządy dyktatorskie, wszystko w kraju zależy od jego kaprysu. Jak swoją własność traktuje kobiety - jego woli nikt nie śmie się sprzeciwić, dlatego współpracownicy udają, że nie widzą, kiedy odwiedza ich żony. On sam jest przekonany, że dla nich to zaszczyt. Uważa się za wspaniałego kochanka. Intryguje, bezwzględnie rozprawia się ze swoimi przeciwnikami politycznymi i tymi, którzy mu podpadli, za swoją prawą rękę mając sadystycznego szefa służb specjalnych Johnnego Abbesa Garcię, tego samego, który jest jednym z głównych bohaterów najnowszej powieści Llosy "Burzliwych czasów". Tortury, skrytobójstwa, polityczne morderstwa. Cieszące się ponurą sławą więzienia są pełne. Taki los spotyka nie tylko politycznych wrogów, ale także ich rodziny. Aresztuje się nawet dzieci. Jednocześnie szerzy się kult jednostki - dyktatora traktuje się niemal jak cesarza albo boga. Kultem otoczona jest także rodzina Truijllo - matka, bracia, synowie, córka. Wszyscy oni czerpią oczywiście finansowe zyski z jego władzy - on sam jest właścicielem wielkich obszarów ziemi i licznych przedsiębiorstw. A Trujillo nimi gardzi, ma ich za nierobów, rozpustników, krwiopijców, którzy przysparzają mu nieustannych kłopotów. W tym jednym ma rację - tacy naprawdę są. Otoczony jest dworem pochlebców gotowych zrobić wszystko, aby nie wypaść z łask Szefa, aby być jak najbliżej jego ucha. Groteskowe są cowieczorne spacery dyktatora w otoczeniu tych klakierów. Groteskowy jest sposób, w jaki mówi, jak się zachowuje, groteskowa jest jego mania wielkości. Jednocześnie poznajemy jego słabe miejsca - strach przed starzeniem się, przed niesprostaniem roli kochanka.

Jak wspominałam, trzecim wątkiem są historie politycznych przeciwników dyktatora, którzy zdecydowali się zawiązać spisek i zamordować go. To jedyna droga, aby zmienić sytuację w kraju, która staje się nie do zniesienia. Ale sam zamach nie wystarczy, potem trzeba doprowadzić do przejęcia władzy przez opozycjonistów. To bardzo ryzykowna gra. Każdy z nich ma swoje powody, aby zaangażować się w tę sprawę. Prawie wszyscy długie lata współpracowali z reżimem, ale w końcu powiedzieli dość. Doskonale wiedzą, że jeśli coś pójdzie nie tak, konsekwencje poniosą nie tylko oni, ale ich rodziny, także dzieci. Zanim stracą życie, zostaną poddani bezwzględnym torturom. Mimo tej świadomości decydują się wziąć udział w spisku. Ale czy mają prawo dysponować losem swoich bliskich? Po zamachu następuje kilka miesięcy bezwzględnego terroru, zanim rzeczywiście kraj wpłynie na nowe tory. Dotąd marionetkowy prezydent, z którym nikt się nie liczył, Joaquin Balaguer, nieoczekiwanie dla wszystkich chwyta wiatr w żagle. Manewrując, sprytnie intrygując, przypochlebiając się żonie i synowi zmarłego Szefa, poświęcając życie niektórych, aby przynajmniej uratować kilku innych, stąpając po bardzo kruchym lodzie, ostatecznie osiąga cel - pozbywa się rodziny Trujillo i zaprowadza w kraju nowe porządki.

Powieść od początku do końca trzyma w napięciu. Chociaż mogłam sobie bez trudu wygooglować fakty historyczne, to i tak z zapartym tchem śledziłam zdarzenia. Fascynujące są wnikliwe portrety bohaterów, ich rozterki wewnętrzne, zaniechania, słabości, które doprowadzają do klęski. Albo odwrotnie ich wierność raz podjętej decyzji, siła, poświęcenie. Są tchórze gotowi zadenuncjować, ale są też cisi bohaterowie gotowi pomóc, narażając swoje życie. Fascynują kulisy polityki i jej mechanizmy. A nad wszystkim unoszą się pytania. O granice poświęcenia. O prawo do narażania innych w imię wyższych wartości. Znakomita książka.

Matilda Gustavsson "Klub. Seksskandal w komitecie noblowskim"

Właściwie nie zamierzałam czytać książki Matildy Gustavsson
"Klub. Seksskandal w komitecie noblowskim" (Wielka Litera 2020; przełożyła Justyna Czechowska). Wydawało mi się, że na temat metoo powiedziano już tak dużo, że nie dowiem się niczego nowego. A to właśnie na tej fali wypłynął skandal w Akademii Szwedzkiej, który wstrzymał na rok przyznanie literackiego Nobla. Mechanizmy, jakie towarzyszą przemocy seksualnej, świetnie opisał amerykański reporter Jon Krakauer w swojej książce "Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim", którą przeczytałam już jakiś czas temu. Po co kolejna pozycja na ten temat, myślałam. Dopiero radiowa dyskusja o reportażu Matildy Gustavsson sprawiła, że zmieniłam zdanie. I nie żałuję, wdzięczna jestem dyskutantom, że mnie przekonali. A powodów jest kilka.

Niby wiadomo, co się stało, sprawa miała przecież międzynarodowy zasięg ze względu na literacką Nagrodę Nobla, wydawało się nawet, że może to być jej koniec, więc trudno było się nie zainteresować. Ale kiedy czytałam reportaż Matildy Gustavsson, okazało się, że tak naprawdę poza ogólnikami niewiele wiedziałam. A sam skandal, chociaż wypłynął na fali metoo, ma o wiele szersze tło. Chodzi nie tylko o molestowanie seksualne, ale także o bardzo szeroko pojęte wykorzystywanie pozycji i w związku z tym nadużywanie władzy. A to wszystko w świecie kultury, wśród ludzi cieszących się szacunkiem i dużym autorytetem, jaki daje zasiadanie w Akademii Szwedzkiej lub pozostawanie w jej kręgu. 
 
Główny oskarżony, od którego wszystko się zaczęło, Jean-Claude Arnault, mąż poetki Katariny Frostenson zasiadającej w Akademii Szwedzkiej, dyrektor artystyczny opiniotwórczego klubu kulturalnego Forum w Sztokholmie, gdzie odbywały się koncerty, wystawy, spotkania z literatami i inne artystyczne imprezy cieszące się prestiżem w świecie artystycznym, został skazany za dwa gwałty. Znacznie trudniej udowodnić mu cały szereg innych przewinień. Część spraw się przedawniła, większość zwłaszcza po latach trudno uchwycić. I nie chodzi tylko o nadużycia seksualne - molestowanie młodych kobiet, brutalny seks bez ich zgody,  gwałcenie, nękanie i zastraszanie, kiedy nie chciały się z nim spotykać, wykorzystywanie swojej pozycji, aby ułatwić lub utrudnić im karierę artystyczną - chociaż te oczywiście najbardziej bulwersują. Chodzi też o wykorzystywanie faktu, że jego żona zasiadała w Akademii Szwedzkiej. Lista przewinień Jean-Caude'a Arnault jest długa. Nie zawsze wiąże się z łamaniem prawa, często były to działania nieetyczne. Kilkukrotnie zdradził, kto dostanie literackiego Nobla (ciekawostka z naszego podwórka - przed ogłoszeniem werdyktu powiedział komuś ze znajomych o nagrodzie dla Wisławy Szymborskiej), informował zainteresowanych, że zostanie im złożona propozycja zasiadania w Akademii, kiedy zwolniło się miejsce, wykorzystywał służbowe mieszkania należące do tej szacownej instytucji, nie płacił artystom wystawiającym w Forum albo zaniżał stawki, no i przede wszystkim czerpał korzyści finansowe - dostawał dotacje na działalność klubu, granty i stypendia, jakie przyznaje Akademia Szwedzka. Bo trzeba wiedzieć, że Akademia nie odpowiada tylko za Nobla i inne nagrody literackie, ale przede wszystkim dysponuje dużymi pieniędzmi na działalność artystyczną i kulturalną. Oczywiście współwinną tych ostatnich nadużyć była Katarina Frostenson, członkini Akademii. Bez niej, jej wiedzy i możliwości, to wszystko przecież nie byłoby możliwe. Jean-Caude Arnault nie byłby tak wszechwładny, nie rozdawałby kart w świecie artystycznym i kulturalnym, nie mógłby pomóc w karierze albo zaszkodzić.

Najbardziej bulwersujący i chyba najciekawszy jest mechanizm, który pozwalał mu w taki sposób tak długo funkcjonować w tym świecie. Oczywiście wszyscy widzieli, ale udawali, że nie widzą. Otaczanie się młodymi, pięknymi dziewczętami, chamskie odzywki pod ich adresem, wkładanie rąk pod spódnicę, chwytanie za biust i inne tego typu gesty wykonywane publicznie to wszystko było traktowane jak drobne dziwactwo, słabość, koloryt Jean-Claude'a Arnault. Co najwyżej ostrzegano młode znajome, aby uważały. Był przecież taki uroczy, taki mądry, taki dowcipny, roztaczał wokół siebie taką niezwykłą aurę. Doskonale znamy ten mechanizm nawet z naszego podwórka. Zaraz po metoo wybuchła sprawa znanego pisarza, który miał zwyczaj zwracać się do kobiet w wyjątkowo chamski sposób, a kto protestował, widocznie nie był cool, bo ten uroczy człowiek miał po prostu taki dowcipny sposób bycia.  Ostatnio głośno zrobiło się o znanym dziennikarzu radiowym i telewizyjnym, który miał wśród kobiet ksywę mammograf, ale jak mówi, nic złego  nie robił, przyznaje tylko, że jest miłośnikiem damskich biustów. Ale koniec tej dygresji, bo zaraz się wzburzę i będę musiała napisać coś mocnego. Wracam do książki. Po raz kolejny okazuje się, jak trudno przeciwstawić się i nazwać zło złem, kiedy pozostaje się w tym samym kręgu towarzyskim albo jest się zawodowo zależnym od wpływowej osoby, która przekracza granice lub popełnia przestępstwa. Niektórzy członkowie Akademii próbowali rozmawiać z Katariną Frostenson, ale, jak mówią, wtedy ona wpadała w szał, no a oni w imię dobrych relacji woleli jej nie drażnić.

Oczywiście zasadniczym tematem książki jest sprawa ofiar. Na pewno mogą pojawić się głosy, że niektóre z nich same się prosiły, szły z nim do łóżka dobrowolnie. W kilku przypadkach tak rzeczywiście było, o czym otwarcie mówi kilka kobiet, które zdecydowały się ujawnić w reportażu Matildy Gustavsson. Ale po pierwsze nie zmienia to faktu, że Jaen-Caude Arnault wykorzystywał swoją pozycję - typowa obietnica pracy lub kariery za seks - a po drugie nawet jeżeli najpierw rzeczywiście szły z nim do łóżka dobrowolnie, to potem, kiedy mówiły nie, bo nie miały już ochoty albo nie akceptowały jego przemocowego zachowania, on nie respektował ich odmowy. Nie przyjmuję też oskarżeń w stylu: Ale potem jechały z nim jedną taksówką albo jeszcze się spotkały. Jak to działa, opowiadają same pokrzywdzone. Znakomicie te mechanizmy opisuje Jon Krakauer w książce, o której już dziś wspominałam. Jego reportaż to naprawdę lektura obowiązkowa, aby zrozumieć ofiary oraz mechanizmy krycia i usprawiedliwiania sprawcy.

Na koniec wspomnę jeszcze o innych zaletach książki Matildy Gustavsson, bo to nie wszystkie. Bardzo ciekawe są też wiadomości o tym, jak funkcjonowała i funkcjonuje Akademia Szwedzka. Zawsze, kiedy zdarzyło mi się widzieć migawki z uroczystości noblowskich, a szczególnie z bankietu, miałam nieodparte wrażenie, że to jakiś bizantyjski przepych nieprzystający do dzisiejszych realiów, a wręcz nieprzyzwoity. I podobnie teraz po lekturze reportażu postrzegam samą Akademię - jako instytucję anachroniczną. Tradycja tradycją, ale do czego prowadzi takie zamknięcie się w wieży z kości słoniowej, bo tak to funkcjonuje, widać. Równie interesujące jest też to, co działo się po opublikowaniu reportażu w gazecie (książka jest jego rozwinięciem), a szczególnie rozmaite reakcje członków Akademii - tylko nieliczni zachowali się przyzwoicie, byli tacy, którzy bronili Jean Claude'a Arnault do upadłego. Autorka relacjonuje to wszystko bardzo dokładnie, właściwie ten materiał stanowi niemal drugą część jej książki. A wreszcie zaleta ostatnia - całość trzyma w napięciu, bo Matilda Gustavsson nadała swojemu reportażowi formę dziennikarskiego śledztwa, jakie rzeczywiście prowadziła. Z tych wszystkich powodów warto, a może nawet należy, po tę książkę sięgnąć.

Goran Vojnović "Moja Jugosławia"

O książce słoweńskiego filmowca i pisarza Gorana Vojnovicia "Moja
Jugosławia" (Wydawnictwo Akademickie Sedno 2019; przełożyła Joanna Pomorska) usłyszałam wiele miesięcy temu w audycji radiowej. Musiałam jednak słuchać bardzo nieuważnie, skoro, wstyd przyznać, nie zorientowałam się nawet, że to powieść. Przypomniałam sobie o niej, kiedy znalazła się na długiej liście nominowanych do Angelusa, a kiedy weszła do ścisłego finału, zastrzygłam uszami. A potem, znowu w radiu, wysłuchałam bardzo ciekawej rozmowy
z profesorem Maciejem Czerwińskim o książce, jej autorze i o Słowenii. Już wtedy wiedziałam, że muszę ją przeczytać. A kiedy w końcu jakoś tak zupełnie niezauważenie, bez echa, to właśnie Goran Vojnović dostał Angelusa, prawie natychmiast rzuciłam się do lektury. W końcu pokonał samego Serhija Żadana i jego fenomenalny "Internat". Od razu bez owijania w bawełnę napiszę, że chociaż moim zdaniem to właśnie powieść Żadana powinna wygrać w tym pojedynku (pozostałych finalistek nie znam), to jednak "Moja Jugosławia" jest rzeczywiście książką bardzo dobrą, poruszającą i ważną. Szkoda, że tak niewiele się o niej mówiło, naprawdę zasługuje na uwagę. Niestety obawiam się, że Angelus niewiele tu pomoże, bo chyba nie ma takiego przełożenia na wzrost popularności autora i książki jak choćby nagroda Nike. Ale może się mylę. Oby.
 
Zaczyna się dość niefrasobliwie, nie od razu mnie porwało, ale szybko zaczęłam się wciągać, aż wreszcie nie mogłam się oderwać, a potem czytałam ze ściśniętym gardłem. Akcja rozgrywa się na dwóch planach czasowych - na przemian w roku 1991, kiedy w krwawej wojnie domowej rozpada się Jugosławia, i mniej więcej siedemnaście lat później (o ile dobrze policzyłam). Narratorem jest zbliżający się do trzydziestki Vladan, syn Serba i Słowenki, któremu w 1991 roku rozpadła się nie tylko jego Jugosławia, ale także rodzina, a właściwie życie. Śmiało można powiedzieć, że nigdy nie podźwignął się po tamtej stracie. Po latach niezabliźniona rana zaczęła krwawić na nowo, kiedy w internecie odkrył, że jego ojciec, oficer Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, nie tylko żyje (Vladan był przekonany, że zginął w czasie wojny), ale jest poszukiwany jako zbrodniarz wojenny. Za wszelką cenę postanawia go odnaleźć. Świadomość, że ktoś, kogo opłakał, kogo pamięta jako swojego ukochanego tatę, okazał się zbrodniarzem, który z zimną krwią spacyfikował chorwacką wioskę, mordując kobiety, dzieci i starców, nie pozwala mu normalnie żyć. Jak to się mieści w jednym człowieku? Dręczy go to pytanie i sprzeczne uczucia. Czy może spróbować czyn ojca zrozumieć? Jakoś usprawiedliwić? Czy próbując to zrobić, stanie się współodpowiedzialny? Czy powinien tylko potępić i swoją nienawiść wykrzyczeć mu w twarz, jeśli uda mu się go odnaleźć? Czy ma przyjąć za dobrą monetę wyjaśnienie, że ojciec był tylko trybikiem w machinie wojny, polityki, nienawiści i krwawej drugowojennej przeszłości? Że to wina przeklętego losu i przeklętego fatum?  
 
Vladan opuszcza Lublanę, w której zamieszkał z matką, kiedy rozpadł się ich świat, i wyrusza swoim starym samochodem do Serbii, aby spróbować odnaleźć ojca i skonfrontować się z tymi wszystkimi uczuciami i rozterkami. Desperacko chce go odnaleźć, a jednocześnie bardzo boi się tego spotkania. Zmartwychwstanie ojca i odwiedziny miejsc, w których był jako jedenastolatek, przywołują wspomnienia z dzieciństwa. Te szczęśliwe, z czasów, kiedy z rodzicami mieszkał w Puli, gdzie miał kolegów z podwórka i ze szkoły, gdzie beztrosko kąpał się w ciepłym morzu, gdzie razem z ojcem chodził na występy do Areny, gdzie był jego szczęśliwy świat. I te nieszczęśliwe, kiedy wszystko się rozpadło w dniu, w którym ojciec nagle dostał przeniesienie do Belgradu. W ciągu jednego paru godzin musieli się spakować, opuścić mieszkanie, zamieszkać w belgradzkim hotelu wraz z takimi nieszczęśnikami jak oni. Potem było jeszcze gorzej - ojciec wyruszył w teren, jak eufemistycznie on i matka nazywali front.
 
Powieść Gorana Vojnovicia skupia się na kilku równorzędnych tematach. O wojnie już pisałam. Kolejnym jest przekleństwo pamięci i idącej za nią zemsty, z której narody zamieszkujące dawną Jugosławię nie potrafią się wyrwać. Niech przemówią cytaty. W gruncie rzeczy nie oni zabijali - zabijały groby ich ojców i matek, braci i sióstr, w ich imieniu robili to, co robili. Gwałcili, palili, mordowali. Bo w imieniu grobów wszystko jest święte ... i wszystko potrzebne. I cytat drugi. Przeklęte są te opowieści ... powinno się zabronić ich powtarzania, a tych, którzy to robią, powinno się zastrzelić, bo zatruwają nimi własne dzieci i wnuki, bo je zarzynają. I jeszcze jeden, króciutki. Ludzie pamiętają (...) to jest ich największe przekleństwo. Ofiarą tego przekleństwa pamięci jest między innymi ojciec Vladana. Nie tylko pamięci, także armii, która stała się dla niego remedium na metafizyczną pustkę.
 
Inny temat, niezwykle przejmujący, to dezintegracja rodziny i potworna samotność, która stanie się udziałem jedenastoletniego chłopca, jego matki i pewnie ojca. Tego ostatniego możemy się tylko domyślać. Matka, która kiedyś zerwała więzi z rodzicami, uciekając z patriarchalnej rodziny, nie radzi sobie w momencie, gdy po raz kolejny rozpada się jej świat. Wtedy, przed laty, dokonała świadomego wyboru, którego konsekwencją był nowy, wspaniały początek. Teraz zdecydowano za nią i w tamtej chwili ani nie potrafi, ani nie ma możliwości, żeby zaczynać jeszcze raz. Męczy ją tymczasowość i niepewność, co będzie dalej. Męczy ją milczenie męża dźwięczące w słuchawce telefonu. Nie znajduje siły, aby zająć się swoim jedenastoletnim synem, który nagle stracił wszystko. Ona całe dnie wędruje po Belgradzie, on spędza samotne godziny w obskurnym hotelowym pokoju. W Lublanie, gdzie ostatecznie zamieszkają, wcale nie będzie lepiej. Matka i syn będą wiedli osobne życia w ciasnym mieszkanku. Dla chłopca wszystko będzie tu nowe i obce. Nawet, a może zwłaszcza, język. Samotność i poczucie wykorzenienia nie miną nigdy. Vladan nie nauczy się kochać, nie nauczy się prosić o czyjąś uwagę i obecność. Przejmujące są jego wspomnienia. Ale nawet jeśli początkowo obwiniałam jego matkę, że właściwie porzuciła syna, kiedy w końcu poznałam jej perspektywę, nie potrafiłam jej potępić.
 
Wreszcie temat ostatni, ale przecież równie ważny. To problem tożsamości, który pojawia się nagle wraz z rozpadem Jugosławii. Dawniej, to znaczy wtedy, kiedy Vladan był dzieckiem, nie miało znaczenia, kto był kim. Jego ojciec to Serb, matka Słowenka, mieszkali w chorwackiej Puli mocno naznaczonej wpływami włoskimi. Aż tu nagle staje się ważne, kto mówi jakim językiem. Nagle imiona i nazwiska wyznaczają tożsamość. O tym wszystkim Vladan jeszcze niedawno nie miał pojęcia. Teraz przechodzi błyskawiczną edukację, którą prowadzi jego kolega ze szkolnej ławki. Za tym idzie pogarda podsycana stereotypami, czasem nienawiść, tak rodzi się nacjonalizm. Kim jest Vladan? Urodzony i wychowany w Puli? Z ojca Serba, z matki Słowenki?
 
Chociaż z powieści bije dojmujący smutek, to jest tu wiele scen pogodnych i zabawnych, sporo trafnych, ironicznych obserwacji obyczajowych. Mnie szczególnie podobał się epizod rozgrywający się w Nowym Sadzie, gdzie matka i syn przez jakiś czas zatrzymali się u kuzyna ojca. Opisy jego rodziny i najbliższych sąsiadów są naprawdę pyszne. Ale w kolejnym rozdziale zostają skontrowane opowieścią o starym, owdowiałym człowieku, który został sam w mieszkaniu i nie radzi sobie z codziennością. Dojmujące jest poczucie pustki, rozpadu, upływu bezlitosnego czasu, który wszystko obraca w niwecz. Przejmująca książka.

Mario Vargas Llosa "Burzliwe czasy"

Festiwalu książek Mario Vargasa Llosy  odsłona druga, a będą

jeszcze dwie. Po uznawanej za najważniejszą "Rozmowie w katedrze"  przyszedł czas na najnowszą powieść "Burzliwe czasy" (Znak 2020; przełożyła Marzena Chrobak). Niestety takie zestawienie miało nieco niekorzystny wpływ na mój odbiór ostatniej książki noblisty. Nie, czytelniku tej notki, to nie jest tak, że "Burzliwe czasy" uznaję za rzecz słabą. Przeciwnie to powieść bardzo dobra i ważna. Ale czytana bezpośrednio po "Rozmowie w Katedrze" musi trochę rozczarować. Dlaczego? 

Przyczyn jest kilka. Pierwsza - nie ma tu tak rozbudowanych, tak wnikliwych i niejednoznacznych portretów bohaterów i tak fascynujących historii. Losy Santiago, Ambrosia, Amalii, Hortensji, don Fermina niezależnie od tego, co myślałam o tych postaciach, bardzo mnie poruszyły. Nie tylko nie mogłam oderwać się od lektury, śledząc opowieść o nich, ale współodczuwałam z nimi. Mario Vargas Llosa w swojej najlepszej powieści w jej polityczne, historyczne ramy wplótł historie zwyczajnych ludzi. W "Burzliwych czasach" właśnie tego mi zabrakło. Mamy polityczne intrygi, wydarzenia historyczne, ale nie możemy współodczuwać z ofiarami przewrotów wojskowych i wojny domowej, bo nie ma tu takich bohaterów - zwyczajnych ludzi. Bo bohaterami są ludzie władzy. Drugi powód to konstrukcja powieści ... znacznie prostsza. Coś, co początkowo utrudniało lekturę "Rozmowy w Katedrze", potem stało się frapujące, nadawało tamtej książce niezwykły rytm. Oczywiście po pierwsze to moje subiektywne odczucia. Po drugie doskonale zdaję sobie sprawę, że nie czyniłabym tych uwag, gdybym nie była świeżo po lekturze powieści uznawanej za najwybitniejszą w dorobku pisarza. A po trzecie wiem doskonale, że dla większości czytelników fakt, że "Burzliwe czasy" są napisane niemal po bożemu, będzie akurat zaletą. Dlatego, czytelniku tej notki, nie zważaj na moje marudzenia, tylko zabieraj się za lekturę.

Z czego wynikają te różnice? Przyczyny moim zdaniem są dwie. Pierwsza oczywista - "Burzliwe czasy" to powieść znacznie skromniejszych rozmiarów niż "Rozmowa w Katedrze". Na co można sobie pozwolić na niemal siedmiuset stronach, na to nie ma miejsca na stronach czterystu. Stąd pewnie ograniczenie wątków i nie tak rozbudowane portrety oraz historie bohaterów. Druga przyczyna jest innej natury - otóż najnowsza książka Llosy to rzecz niemal dokumentalna, reporterska prawie. Oczywiście to jest powieść, ale powieść oparta na faktach. Stąd wszyscy główni bohaterowie, a pewnie i większość drugoplanowych, to postacie autentyczne. Początkowo myślałam, że przynajmniej niektóre dramatis personae zostały wymyślone, ale wystarczyło wrzucić ich nazwiska do wyszukiwarki, aby przekonać się, że naprawdę istniały. Nawet najbardziej nieprawdopodobny i dziwaczny, wyjątkowa kanalia, Johnny Abbes Garcia, spiritus movens politycznej intrygi, ma swoje miejsce w hiszpańskiej Wikipedii. Podobnie jak główna bohaterka kobieca, Miss Gwatemali (naprawdę nie była żadną miss, tak była nazywana ze względu na wyjątkową urodę).  To w połączeniu ze sposobem opowiadania sprawiło, że w trakcie lektury niektórych fragmentów powieści, miałam wrażenie, że czytam reportaż historyczny. Chwilę mi zabrało, zanim się przestawiłam i zaakceptowałam. 

Dlaczego wobec tego uznaję, że "Burzliwe czasy' to powieść warta przeczytania? Bo odsłania kawał historii Ameryki Środkowej i pokazuje zakulisową rolę Stanów Zjednoczonych w wydarzeniach, które się tam rozegrały i miały potem wpływ na losy innych krajów Ameryki Łacińskiej. Jak twierdzi Mario Vargas Llosa w wywiadzie, którego udzielił Michałowi Nogasiowi, tamta słabo pamiętana historia spowodowała, że wszystkie polityczne strony niezwykle się potem zradykalizowały, czego skutki odczuwane są do dziś. Kiedy się o tym wszystkim czyta, trudno pohamować wściekłość. Kto zna i ceni książki Artura Domosławskiego o Ameryce Południowej ("Goraczka latynoamerykańska","Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary"), ten koniecznie musi poznać "Burzliwe czasy". 

Akcja powieści toczy się w latach pięćdziesiątych przede wszystkim w Gwatemali, częściowo na Dominikanie. To czasy kiedy władzę w tym pierwszym kraju  objął w wyniku rewolty lewicujący pułkownik Jacobo Arbenzo Guzman, obalając rasistę i dyktatora generała Jorge Ubico. Zapoczątkował reformy i doprowadził do demokratycznych wyborów. Zwyciężył Juan Jose Arevalo, który kontynuował zmiany. Przede wszystkim skupił się na reformie rolnej. A to zagroziło interesom amerykańskiego koncernu United Fruit Company, który dotąd czerpał ogromne zyski z uprawy i eksportu owoców, głównie bananów, które wypromował na amerykańskim rynku. Firma stanowiła państwo w państwie, nie płaciła oczywiście żadnych podatków, wykorzystywała tanią siłę roboczą i tak dalej, i tak dalej. Kiedy wydawało się, że to eldorado się skończy, zrobiono wszystko, aby przedstawić demokratyczne i lewicowe reformy jako rewolucję komunistyczną robioną rękami Związku Radzieckiego. A to na administrację amerykańską w mrocznych czasach maccartyzmu podziałało jak płachta na byka. I tak chroniąc interesy prywatnego koncernu, doprowadzono do obalenia rządów Arevalo, trwającej lata krwawej wojny domowej i destabilizacji kraju. Nieważne były ofiary, nieważne aspiracje reformującego się państwa i demokratyzującego się społeczeństwa. Ważny był interes firmy i wyimaginowana, wykreowana wojna z komunizmem. To w skrócie. I właśnie te misterne intrygi ujęte w powieściowe ramy stanowią treść najnowszej książki Mario Vargasa Llosy. Posłużę się cytatem z wywiadu, który już przywoływałam. ...chciałem przypomnieć o demokratycznie wybranym prezydencie, którego obaliła za pomocą fałszywych wiadomości największa demokracja świata. Od Gwatemali się zaczęło - odtąd Stany zaczęły się nieustannie mieszać w sprawy Ameryki Łacińskiej, popierając wojskowe dyktatury przeciwko ruchom lewicowym. Przeczytać "Burzliwe czasy" należy koniecznie, żeby zrozumieć nie tylko wydarzenia z przeszłości, ale mechanizmy, które rządzą światem do dziś.

Zbigniew Rokita "Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku"

Dziś kontynuuję śląską tematykę. Natychmiast po odłożeniu
powieści Anny Dziewit-Meller "Od jednego Lucypera" sięgnęłam po świeżo wydaną książkę Zbigniewa Rokity "Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku" (Czarne 2020). Rzecz ukazała się w serii Sulina, bliżej jej więc do eseju niż do reportażu, co mnie bardzo ucieszyło, bo powoli mam dość książek reporterskich złożonych z tekstów drukowanych wcześniej w prasie. I nie zawiodłam się. Przeczytałam jednym tchem i, co bardzo ważne, książka otworzyła mi oczy na wiele zagadnień, z których dotąd nie zdawałam sobie sprawy. Przede wszystkim dotyczy to Śląska współczesnego, bo o historii tego regionu wiem więcej dzięki poprzednim lekturom, co nie znaczy oczywiście, że wszystko. A nie ma chyba nic gorszego niż czytanie czegoś, czego treść jest przewidywalna. Nie lubię tego poczucia zawodu, że wszystko to już wiedziałam, które pojawia się po zamknięciu ostatniej strony.

Zbigniew Rokita urodził się w Gliwicach. Dlaczego o tym piszę? Bo to z jego rodzinnych korzeni, długo nieznanych i wypieranych, wzięło się "Kajś". Jak pisze, od dzieciństwa czuł związek tylko z lwowską gałęzią swojej rodziny, o tej śląskiej nie myślał, niemal nic o niej wtedy nie wiedział. Nie zastanawiał się, dlaczego niektórzy jego przodkowie mieli jakieś dziwne imiona - Urban, Reinhold, Liselotte. Oczywiście w tej sytuacji uważał się za stuprocentowego Polaka. Jak pisze: W podstawówce pani Chmiel grała nam na akordeonie Rotę, a ja nie miałem pojęcia, że ów plujący w twarz Niemiec z pieśni był moim przodkiem. Dopiero znacznie później, kiedy wyjechał na studia do Krakowa, zaczął zastanawiać się, kim jest, a za tym poszło mozolne odkrywanie historii śląskiej gałęzi familii. W książce połączył opowieść rodzinną z opowieścią o historii Śląska i z rozważaniami, czym była śląskość kiedyś, a czym jest dzisiaj. Odpowiedzi szukał, rozmawiając z osobami, które tą tematyką zajmują się od lat - historykami, językoznawcami, socjologami, działaczami i wielu innymi. Bardzo to wszystko ciekawe i często zaskakujące. W moich refleksjach chciałabym skupić się na tym, co wydało mi się świeże i odkrywcze. 
 
Po pierwsze mit śląska stworzony przez Kazimierza Kutza w jego filmach. Jak twierdzi Zbigniew Rokita, po drugiej wojnie w wyniku rozmaitych procesów świadomość śląskości zaczęła rozpływać się, zanikać. Ofiarą tego był też i on. Dopiero Kazimierz Kutz swoją śląską trylogią sprawił, że zaczęła się odradzać. Ślązacy uwierzyli w mit, jaki reżyser wykreował na ekranie. Bo wizja jego Śląska jest tam wyidealizowana, zmitologizowana właśnie. Teraz osobista dygresja. Jeszcze za życia reżysera byłam na projekcji odnowionej cyfrowo "Perły w koronie", wstyd się przyznać, ale widziałam ten film wtedy po raz pierwszy. Zachwycił mnie. I ja uwierzyłam w ten mit. Na krótko, bo po seansie zaplanowano spotkanie z reżyserem, w czasie którego przyznał, że barwne sceny pochodów towarzyszących strajkowi są kreacją, a nie realistycznym odtworzeniem rzeczywistości. Kutz, który w swoich felietonach często nie szczędził Ślązakom słów krytyki, w filmach pokazał ich piękną, ale nie do końca prawdziwą, twarz. A oni chętnie w nią uwierzyli i na nowo zaczęli się interesować swoją tożsamością. Rewersem filmowej trylogii Kutza jest powieść Janoscha "Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny", którą autor przywołuje. Janosch, a właściwie Horst Eckert, wywiódł swoją książkę ze wspomnień z dzieciństwa spędzonego na Górnym Śląsku. Pokazał w niej brzydką, byle jaką, prymitywną i prostacką twarz Ślązaków.

Kolejne zagadnienie, które było dla mnie odkryciem, to pytania krążące wokół spraw tożsamości. Ślązak. No dobrze, ale który? Przywiązany do swoich niemieckich korzeni czy do polskich? Czy w ogóle jest ktoś taki jak Polak i Ślązak w jednym? I co to znaczy? Niektórym działaczom śląskich organizacji wydaje się to niemożliwe, a jednak się zdarza. Przykładem takiej mieszanki jest właśnie Zbigniew Rokita. Ale to nie koniec palety - mieszka przecież na Śląsku, zwłaszcza na Opolszczyźnie, mniejszość niemiecka. To ta opcja niemiecka, którą swego czasu lubili straszyć politycy, dopóki nie znaleźli sobie innych wrogów. Kim są ci Niemcy ze Śląska? Nigdy przecież nie żyli w Niemczech. Znikąd nie przybyli, tu się urodzili i tu zostali. Nie można więc uznać ich za  diasporę. Czy przetrwają? Każda mniejszość przecież  z czasem rozpływa się w większości, asymiluje, to procesy nieuchronne. Póki co to jeden z ostatnich reliktów śląskiej różnorodności. Zbigniew Rokita przywołuje swoje rozmowy z socjolożką, która przez wiele lat bada kwestie tożsamości. Wnioski? Pod koniec PRL-u dominowała tożsamość Śląska, po 1989 znacznie wzrosła liczba osób deklarujących się jako Niemcy. Dlaczego? Odpowiedź wcale nie jest prosta. Nie chodzi tylko o to, że wielu rzeczywiście tak się czuło i uznało, że teraz wreszcie wolno do niemieckości się przyznawać. Ale była też spora grupa, która  uwierzyła w materialne profity, jakie pójdą za taką deklaracją. A tak naprawdę nikt ich nie obiecywał. Z czasem znowu zaczęła dominować tożsamość śląska. I po raz kolejny powraca pytanie, co ona dziś oznacza? Czy to tylko deklaracja, często na złość władzom, które straszyły zakamuflowaną opcją niemiecką, autonomią Śląska, a w perspektywie oderwaniem tego regionu od Polski? Czy idzie za tym coś więcej? Zbigniew Rokita pisze, że dziś spada raczej świadomość odrębności całego regionu. Śląskość kultywuje się raczej w małych, regionalnych wspólnotach. W tym pakiecie zagadnień nie może oczywiście zabraknąć rozważań na temat godki śląskiej. Czyli czego? Gwary czy języka? Odwieczny spór.

Kończy się "Kajś" dość pesymistycznie. Autor pisze o śląskiejsmucie. Bo po roku 1989 niczego nie udało się Ślązakom uzyskać. Ani uznania gwary za język, ani oficjalnego uznania ich za mniejszość etniczną, ani zmian granic województwa. A w tej kwestii panuje nieopisany bałagan - większą część województwa śląskiego stanowią ziemie w ogóle ze Śląskiem niezwiązane: Jura, Żywiecczyzna, fragmenty Małopolski. Za to Opolszczyzna, historycznie będąca częścią Ślaska, stanowi odrębne województwo. I kwestia ostatnia, może najistotniejsza - nie udało się  tym bardziej wywalczyć autonomii.

To tylko garść zagadnień - tych, które dla mnie były odkrywcze. A jest przecież historia tego regionu i bardzo ciekawe śledztwo dotyczące historii rodzinnej, a na koniec robi autor przewrotkę i zdradza pewną tajemnicę swojej babci. Lektura obowiązkowa.

Popularne posty