Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigeria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigeria. Pokaż wszystkie posty

Chimamanda Ngozi Adichie "Amerykaana"

Powieść "Amerykaana" Chimamandy Ngozi Adichie (Zysk i S-ka

2014; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek), nigeryjskiej pisarki mieszkającej w Stanach, miałam w swoim czytniku od dobrych kilku lat. Kupiłam ją po spotkaniu z pisarką na jednej z edycji Festiwalu Conrada, a było to prawie na pewno jeszcze przed pandemią. Kilkakrotnie miałam się za nią zabierać, ale zawsze okazywało się, że ze względu na jej ceglastość (ponad 700 stron), to nie jest dla niej dobry czas. Potem zapominałam, że czeka, i tak aż do niedawna. No i wreszcie przyszła odpowiednia pora, aby wydobyć ją z czeluści czytnika, a to pod wpływem impulsu, którym była informacja, że prawa do jej książek w Polsce nabyło inne wydawnictwo. Wiem na pewno, że sięgnę po trzy inne powieści pisarki wydane w Polsce. Kiedy? Oczywiście nie mam pojęcia. 

Akcja "Amerykaany" toczy się na przestrzeni kilkunastu, a może nawet lekko ponad dwudziestu, lat w Nigerii, w USA i trochę w Londynie. Są to lata dziewięćdziesiąte zeszłego wieku, kiedy w ojczystym kraju bohaterek i bohaterów trwa dyktatura wojskowa, i dwutysięczne. Jednym z momentów, który pozwala czytającym jakoś umiejscowić powieść w czasie, są wybory prezydenckie w Stanach, które wygrywa Barack Obama, co dla głównej bohaterki i jej czarnych amerykańskich znajomych jest momentem niezwykle istotnym i wzruszającym. 

W notce od wydawcy znajdziemy informację, że jest to historia miłosna. I rzeczywiście to prawda. Ifemelu i Obinze spotykają się w liceum w Lagos. Ona pochodzi z klasy średniej (raczej niższej), on z rodziny profesorskiej. Ona od początku odróżnia się od swoich rówieśniczek, jest trochę zbuntowana, trochę dziwna. On spokojny, nieco zamknięty w sobie. Szybko staną się parą. Zaczną studia w jego rodzinnym mieście, Nsukka, bo ich rodzin nie stać na opłacenie uczelni zagranicznej, chociaż Obinze marzy o Stanach, chce tam kiedyś zamieszkać, jest nimi zafascynowany, czyta tylko literaturę amerykańską. To czas kiedy, kto tylko może, wyjeżdża kształcić się za granicę, do Wielkiej Brytanii albo USA. Aż przychodzi okres strajków na uczelniach, uniwersytety są miesiącami zamknięte i Ifemelu decyduje się na wyjazd za ocean. Jest jej łatwiej, bo może się zaczepić u swojej ciotki lekarki, która walczy o nostryfikację dyplomu. Obinze ma kiedyś do niej dojechać, ale po 11 września 2001 roku staje się to niemożliwe. Piszą do siebie, dzwonią, do czasu. Potem kontakt się urywa. Po latach, kiedy Ifemelu postanawia wrócić do Nigerii, odnawiają swoją znajomość. Tu niewiele zdradzam, bo akcja nie jest prowadzona chronologicznie. Dość szybko dowiadujemy się o jej zamiarze powrotu.

To kolejna powieść, po jaką ostatnio sięgnęłam, którą znakomicie się czyta. Losy bohaterek i bohaterów, ich przeżycia są po prostu bardzo ciekawe. I nie chodzi tu tylko o główną parę protagonistów, ale także o ciotkę Ifemelu i jej syna (ciotki, nie Ifemelu), z którym łączy ją bardzo bliska więź. Wiele jest też postaci drugoplanowych, które też poznajemy bardzo dobrze. Bo portrety psychologiczne to kolejna zaleta książki. Chociaż niektóre postacie znikają z pola widzenia, to sporo możemy o nich powiedzieć. Tak jest z rodzicami Ifemelu, jej amerykańskimi partnerami, matką Obinze, ich przyjaciółkami i przyjaciółmi.

Następna zaleta powieści to obraz życia w Nigerii, zwłaszcza w Lagos. Kiedy sięgam po literatury niszowe, tego w nich właśnie szukam. Nawet najdrobniejszych przejawów codzienności, obyczajów, tego, co odmienne i wspólne, opisów miejsc, krajobrazów, zachowań ludzi, problemów społecznych, politycznych, historii, tej przez duże H. Pisałam o tym całkiem niedawno, polecając "Ciała niebieskie" omańskiej pisarki Jokhi Alhathi. W "Amerykaanie" polityka stanowi tło, nie wybija się na plan pierwszy, chociaż ma wpływ na życie bohaterek i bohaterów. Za to obraz obyczajów, życia codziennego, społeczeństwa jest bardzo interesujący.

Są też w powieści takie dwa fragmenty, które mocno angażowały mnie emocjonalnie. To początki Ifemelu w Stanach. Na utrzymanie w czasie studiów nie wystarczy jej stypendium, musi znaleźć jakąś pracę. Zanim się jej to uda, minie sporo czasu, przeżyje chyba najgorszy okres w swoim dotychczasowym życiu - kiedy zabraknie jej pieniądzy, kiedy nie będzie miała na czynsz i na jedzenie, kiedy każda rozmowa o pracę będzie kończyć się fiaskiem, popadnie w duchowy letarg, niemoc, będzie miała depresję. Aż wreszcie zrezygnowana postanowi przyjąć propozycję pracy, która sprawi, że straci szacunek do siebie. I chociaż niemal natychmiast z niej zrezygnuje, to ten jeden moment pozostawi ślad w jej psychice. 

Drugi fragment dotyczy Obinze i jego stosunkowo krótkiego londyńskiego etapu życia. To, co się z nim dzieje, jak próbuje utrzymać się na powierzchni, jak się kończy jego londyńska odyseja, jest nie tylko niezwykle przejmujące, ale także bardzo aktualne. To historia jakich wiele, historia nielegalnego imigranta, człowieka wykształconego, który chciałby ułożyć sobie życie gdzieś indziej nie z powodu wojny w swoim kraju, ale dlatego, że mu się tam po prostu nie podoba. Tymczasem z racji miejsca urodzenia jest to bardzo trudne.

... wszyscy rozumieli ucieczkę przed wojną, przed rodzajem biedy, która miażdży ludzką duszę, ale nie zrozumieliby ucieczki przed przytłaczającym letargiem i brakiem wyboru. Nie zrozumieliby, dlaczego ludzie tacy jak on, którzy dorastali nakarmieni i napojeni, ale unurzani w niezadowoleniu, od urodzenia nastawieni na szukanie czegoś innego, na zawsze przekonani, że prawdziwe życie znajdą gdzie indziej, teraz posuwali się do rzeczy niebezpiecznych, nielegalnych, że uciekali nie zagłodzeni, nie zgwałceni, nie ze spalonych wiosek, ale zwyczajnie głodni wyboru i pewności.

Ale głównym problemem poruszanym w powieści jest kwestia rasy. Rasy, która staje się palącą kwestią dla Ifemelu, Obinze i innych czarnych z Afryki, kiedy znajdą się w białym świecie, a właściwie w świecie, gdzie biały kolor skóry staje się przywilejem najczęściej niezauważanym przez jej posiadacza.

... nie uważałam się za czarną, a stałam się nią dopiero po przyjeździe do Ameryki.(...) Ale wystarczy tylko wyjść i rasa natychmiast zaczyna być ważna. Ale o tym nie mówimy. Naszym białym partnerom nie mówimy nawet o drobiazgach, które nas wkurzają, i o rzeczach, które chcielibyśmy, żeby lepiej rozumieli, gdyż boimy się, iż powiedzą, że przesadzamy albo że jesteśmy przeczuleni.

Ifemelu początkowo stara się dostosować. Zna angielski bardzo dobrze, bo dzieci z takich rodzin jak ona czy Obinze są go uczone niemal od kołyski, ale każdy rozpozna ją po akcencie. Dlatego szybko uczy się akcentu i słownictwa amerykańskiego, aby się wtopić. Z tego samego powodu rezygnuje z afro, co jest jej naturalną fryzurą, i z warkoczyków. Prostuje włosy, co im bardzo szkodzi. Ale w pewnym momencie przychodzi otrzeźwienie i bunt. Ifemelu chce być znowu sobą, a nie udawać kogoś innego. Przemyślenia i obserwacje na temat rasy, koloru skóry i związanych z tym przywilejów albo ich brakiem zamieszcza na łamach bloga, który z czasem staje się nie tylko bardzo popularny, ale stanowi źródło jej dochodów. Dziś pewnie robiłaby to samo na portalach społecznościowych albo miała swój podcast. To bardzo ciekawe rozważania. Wiele do myślenia daje test dla Białych Uprzywilejowanych, jaki Ifemelu zamieszcza na swoim blogu. Pytań jest wiele, ja podam dla przykładu dwa.

Kiedy włączasz TV albo otwierasz którąś z wiodących gazet, spodziewasz się zobaczyć albo przeczytać głównie o członkach innej rasy?

Jeśli dobrze sobie radzisz w jakiejś sytuacji, oczekujesz, iż powiedzą ci, że przynosisz zaszczyt swojej rasie? Albo nazwą cię "innym" od większości członków twojej rasy? 

Nie mogę powiedzieć, aby dla mnie jej refleksje czy spostrzeżenia były czymś zupełnie nowym, bo trochę o tym wiem. Tu szczególnie polecam esej Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już białymi o kolorze skóry" albo powieści Natashy Brown "Przyjęcie" czy Bernardine Evaristo "Dziewczyna, kobieta, inna"

Równie ciekawe są spostrzeżenia, jak liberalni biali Amerykanie za wszelką cenę starają się wobec czarnych z Afryki zachować poprawność polityczną, aby ich nie urazić, co najczęściej wypada nienaturalnie albo śmiesznie.

Och, i spotkałam dzisiaj czarującego Nigeryjczyka. Poszłyśmy do przychodni i okazało się, że właśnie zaczął u nich pracować nowy lekarz, ten Nigeryjczyk, i akurat przechodził, i przywitał się z nami. Przypominał mi ciebie, Ifemelu. Czytałam w internecie, że Nigeryjczycy są najbardziej wykształconą grupą imigrantów w tym kraju.

I jak wszystkich czarnych, ze Stanów i tych z Afryki, wrzucają do jednego worka, nie dostrzegając różnic.

 - Może kiedy ojciec Afroamerykanki nie miał prawa głosować, ponieważ był czarny, ojciec Ugandyjki kandydował do parlamentu albo studiował w Oksfordzie - powiedziała Ifemelu.

Wreszcie jest to też powieść o powrocie do siebie, do tego, co dla kogoś ważne, o trudnych zmianach, naprawianiu popełnionych błędów, co często łączy się z podejmowaniem raniących innych decyzji. Czy tak można? Co ważniejsze - spokój innych kosztem życia udawanego? Poświęcenie siebie w imię czyjegoś dobra? To dylematy, z którymi mierzą się bohaterki i bohaterowie, dylematy doskonale nam znane z naszych żyć. Kiedy Ifemelu decyduje się po latach spędzonych w Stanach wrócić do Nigerii, wszyscy się jej dziwią. Czy sobie poradzi? Czy się tam odnajdzie? Przecież stała się już ową tytułową Amerykaaną. 

Aisha przypomniała jej słowa cioci Uju, gdy ta wreszcie przyjęła do wiadomości, że Ifemelu naprawdę chce wrócić - "Poradzisz sobie?" - i sugestię, że w pewnym sensie Ameryka zmieniła ją w nieodwracalny sposób, że na skórze wyrosły jej kolce. Jej rodzice także chyba uważali, że sobie nie "poradzi" z Nigerią.

Jeśli ktoś tak jak ja lubi długie, ciekawe, ale jednocześnie mądre powieści, to "Amerykaana" jest właśnie taka.

Chigozie Obioma "Orkiestra bezbronnych"

Po lekturze debiutanckiej powieści nigeryjskiego pisarza Chigozie

Obiomy, "Rybacy", którą się zachwyciłam, było dla mnie oczywiste, że przeczytam także drugą - "Orkiestrę bezbronnych" (Albatros 2020; przełożyła Magdalena Słysz). Za obie autor był nominowany do Bookera. Szkoda, że w Polsce jego książki przechodzą niemal niezauważone. O pierwszej dowiedziałam się przypadkowo kilka lat po tym, gdy się ukazała (2016), a przecież śledzę rynek wydawniczy, wyszła w renomowanym, dużym, Wydawnictwie Literackim. Jak to się stało, że ją przegapiłam? W ubiegłym roku Chigozie Obioma gościł na Big Book Festivalu, a że w tym pandemicznym czasie wszystko odbywało się i odbywa online, mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu. To właśnie wtedy dowiedziałam się, że wkrótce wyjdzie jego druga powieść.

Od razu napiszę, że, podobnie jak "Rybacy", nie jest to rzecz ani lekka, ani optymistyczna. Mimo to akcja wciąga, a im dalej, tym trudniej było mi książkę odkładać, tak bardzo zżerała mnie ciekawość, jak potoczą się losy głównego bohatera, dwudziestokilkuletniego Chinonso. Akcja powieści rozgrywa się w pierwszej dekadzie naszego wieku głównie w Nigerii, a częściowo po tureckiej stronie Cypru. Chinonso jest sierotą - matka zmarła po urodzeniu jego siostry. Ojciec nigdy nie podźwignął się po jej stracie, ostateczny cios zadała mu córka, uciekając z domu, aby związać się ze starszym mężczyzną. Kilka miesięcy później zmarł. Chinonso jest hodowcą drobiu. Kury i koguty to jego wielka miłość i pasja. Wszystko zaczęło się od białego gąsiątka, którym się zaopiekował, kiedy ojciec upolował jego matkę. Ale mimo że był do niego bardzo przywiązany, śmiało można powiedzieć, że je kochał, to historia gąsiątka, z różnych powodów, nie potoczyła się szczęśliwie. 

Być może Chinonso byłby do końca życia szczęśliwym hodowcą drobiu, gdyby na jego drodze nie stanęła Ndali, której uratował życie. Miłość rodząca się między nimi  napotyka na przeszkodę. Dzieli ich przepaść majątkowa, ona pochodzi z bardzo bogatej rodziny, i przede wszystkim status społeczny. Ndali studiuje, Chinonso skończył ledwie szkołę średnią. I ten fakt jest dla jej rodziców i brata barierą nie do pokonania. Spotykają go z ich strony jawna niechęć i wyrafinowane szykany. Znienawidzony, pogardzany, poniżony postanawia zdobyć wykształcenie, bo wydaje mu się, że to jedyna droga, aby skruszyć niechęć jej rodziny i na nią zasłużyć. Aby swoje plany zrealizować, gotów jest na największą ofiarę - sprzedaje dom rodzinny i fermę drobiu, aby zdobyć pieniądze na studia na Cyprze. Omamiony przez szkolnego kolegę, naiwny, łatwowierny decyduje się na taki krok, nie sprawdziwszy niczego. Kiedy przybędzie na miejsce, okaże się, że został oszukany. 

Od razu uprzedzam, że nie zdradzam nic ponad to, czego można dowiedzieć się z informacji od wydawcy. Poza tym po pierwsze to dopiero początek tego, co czeka go dalej, a po drugie w tej powieści nie tylko akcja się liczy. Tak jak w "Rybakach" ważny jest niezwykle głęboki i wielowymiarowy portret głównego bohatera. Czytelnik śledzi jego emocje, przeżycia wewnętrzne, poznaje motywacje. Przygląda się splotowi sprzecznych uczuć, które nim targają, i mrocznym zakamarkom jego duszy. Wybudzony przez miłość z letargu, w jakim pogrążył się po śmierci ojca, podlega skrajnym emocjom. Jeśli kocha, to do szaleństwa, miłością wielką, na całe życie. Jeśli cierpi, to też gwałtownie. Zraniony, nienawidzi i jest gotów mścić się. Dobro i zło ścierają się w jego duszy i toczą nieustanną walkę. Poniżony, oszukany wstydzi się przyznać do porażki, nie ma odwagi powiedzieć prawdy. Być może, gdyby się na to zdobył, jego historia potoczyłaby się inaczej.

"Orkiestra bezbronnych" ma wiele wymiarów. Przede wszystkim jest to powieść o wielkim cierpieniu i wielkiej miłości, która z czasem przeradza się w obsesję. Autor nawiązuje do mitu o Odyseuszu, na którego czekała wierna Penelopa, wbrew wszystkiemu i wszystkim wierząc, że jej mąż wróci. Czy Ndali też będzie czekać na Chinonso? Pojawia się szereg pytań. Ile można poświęcić dla kogoś? Czy w zamian mamy prawo oczekiwać takiego samego poświęcenia? Co sprawia, że człowiek nie potrafi się podnieść z upadku, rozpocząć życia na nowo, mimo że ma na to szansę? Jest to też opowieść o wybaczeniu, stracie, wielkim cierpieniu, zemście i wreszcie o roli przypadku w życiu. Gdyby Chinonso nie przejeżdżał tego wieczoru przez most, nie spotkałby Ndali. Na Cyprze też nieszczęśliwy splot okoliczności zdecydował o jego losie. 

Bardzo ważny jest również wymiar społeczny tej książki i tło obyczajowe. O różnicach klasowych już wspominałam, ale równie istotny jest wątek podróży do Europy. Chinonso naiwnie wierzy, że studia na Cyprze będą początkiem świetlanej przyszłości. Nie jest jedyny. Już w podróży dowiaduje się od tych, którzy studiują dłużej, że rzeczywistość nie jest tak różowa, jak malują ją rekruterzy pragnący zwabić jak najwięcej studentów. Mimo że tych z Afryki jest w tureckiej części Cypru sporo, stykają się z niechęcią i przejawami rasizmu ze strony miejscowych. Poza uczelnią trudno się porozumieć nawet na poziomie języka, bo mieszkańcy niekoniecznie znają angielski. Barierą są obyczaje i zupełnie inny świat. Dla Chinonso to pierwszy wyjazd z kraju i do Europy. Gdzieś pojawia się pytanie, jak poradziłby sobie na studiach, skoro jego angielski nie jest najlepszy, a wiedza zdobyta w szkole też chyba pozostawia sporo do życzenia? I ile warte jest takie wykształcenie?

Powieść ma jeszcze jeden wymiar - autor sięga do mitologii i wierzeń ludu Igbo. Narratorem jest Chi, opiekuńczy duch, który towarzyszy człowiekowi od momentu poczęcia do śmierci. Może starać się wpłynąć na zachowanie i decyzje swojego gospodarza, jak nazywa człowieka, którym się opiekuje, ale on nie musi go słuchać, bo ma wolną wolę. Zresztą Chi mimo że chce jak najlepiej, nie jest nieomylny - nie zna przyszłości i nie wie wszystkiego, chociaż może opuścić na chwilę ciało swojego gospodarza. Dzięki temu, że Chi wcześniej opiekował się przodkami Chinonso, jego jednostkowa historia zostaje wpleciona w historię ludzkości, staje się uniwersalna i zyskuje walor przypowieści. Także dzięki językowej manierze, jaką jest opowiadana. Chigozie Obioma eksponuje ciemną stronę historii. Chinonso nie jest pierwszym, który cierpi, ani na pewno nie ostatnim. Wśród jego przodków byli na przykład niewolnik pracujący na amerykańskiej plantacji i żołnierz, który walczył w wojnie domowej o Biafrę. Tytułowa orkiestra bezbronnych to lament i cierpienie ubogich, poniżonych, tych z nizin społecznych. 

Dołączył do wielu innych, oszukanych i ograbionych (...) Do tych, którzy byli zakuwani w kajdany i bici, których ziemie plądrowano, a kultury niszczono, uciszanych, gwałconych, upokarzanych i zabijanych. Byli maluczkimi tego świata i nie mieli innego wyjścia, jak tylko przyłączyć się do powszechnej orkiestry, w której pozostaje jedynie płakac i zawodzić.

 Tak jak kury Chinonso żyją w ciągłym strachu przed atakiem jastrzębia, tak ludzie też wystawieni zostają na rozmaite ciosy i są wobec nich bezradni i bezbronni. Życie człowieka również podszyte jest nieustannym lękiem i strachem. To nie jedyna metafora, jaka pojawia się w powieści.

Chociaż proza Chigozie Obiomy jest pesymistyczna, nie inaczej było w "Rybakach", to naprawdę warto się z nią zmierzyć.

Chigozie Obioma "Rybacy"

Już od jakiegoś czasu w moim czytniku leżała powieść nigeryjskiego

pisarza Chigozie Obiomy "Rybacy" (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Sebastian Musielak). Jak się o niej dowiedziałam kilka lat po premierze, nie pamiętam. Co jakiś czas przypominałam sobie, że chcę ją przeczytać, po czym sięgałam po coś innego, aż tu okazało się, że autor jest gościem tegorocznego Big Book Festivalu. A że dzięki covidowi większość spotkań można było obejrzeć online, skorzystałam z okazji, no i niemal natychmiast wzięłam się do lektury. To kolejna powieść, z tych przeczytanych ostatnio, która okazała się bardzo intensywna, emocjonująca, zagarniająca tak bardzo, że nawet jednej nocy miałam sen z całą pewnością inspirowany powieściową akcją. Nie był to sen przyjemny, bo książka, która zaczyna się dość pogodnie, z czasem zmierza ku niewyobrażalnej tragedii.

Akcja "Rybaków" rozgrywa się w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku w jednym z nigeryjskich miast. Jej narratorem jest Benjamin, który jako dorosły już człowiek, opowiada historię rozpadu swojego dzieciństwa i rodziny, w której się wychowywał. Wszystko zaczyna się, kiedy ojciec, urzędnik bankowy, wyjeżdża do pracy w oddziale banku znajdującym się w odległym mieście.  Z dziećmi, a jest ich sześcioro, zostaje matka, która na pobliskim targowisku prowadzi sklepik. Zajęta pracą, dwójką młodszego rodzeństwa i obowiązkami domowymi traci z oczu czterech starszych synów - Ikennę, Boję, Obembę i Benjamina, uczniów prywatnej szkoły, która ma im dać zachodnie wykształcenie i być przepustką do wymarzonej przez ojca kariery. Matka wierzy, że jego surowe napomnienia wystarczą, aby chłopcy zachowywali się odpowiedzialnie. Tymczasem oni postanawiają, jak mówią, zostać rybakami. Nie, to nie oznacza, że rzucają szkołę i zatrudniają się na jakimś kutrze. Nie, po prostu chodzą nad rzekę, która cieszy się wśród mieszkańców złą sławą, i spędzają tam całe popołudnia, łowiąc ryby. Niewinna zabawa nie zwiastuje początkowo łańcucha nieszczęść, które wydarzą się wkrótce. Wszystko zaczyna zmierzać ku tragedii, kiedy następuje splot dwóch zdarzeń. Miejscowy szaleniec przepowiada jednemu z braci, że wkrótce zanurzy się w krwawym strumieniu, a jednocześnie, kiedy wychodzi na jaw, gdzie i jak chłopcy spędzają czas, ojciec karze ich dotkliwie. Najbardziej obrywa najstarszy, Ikenna, tymczasem to właśnie on nie miał już ochoty chodzić nad rzekę. Kara, urażona duma, poczucie niesprawiedliwości i przepowiednia sprawiają, że coraz bardziej zamyka się w sobie, oddala się od rodzeństwa, zmienia się na niekorzyść. 

Jedność między braćmi pryska - dotąd stanowili zgraną, zżytą drużynę, teraz nie potrafią się dogadać z Ikenną, nie rozumieją jego okrucieństwa i złośliwości. Ich emocje, dramatyczne rozterki, strach poznajemy dzięki narratorowi, który wprawdzie jest już człowiekiem dorosłym, ale na nowo przeżywa tamte zdarzenia, sprawiając, że czytelnik ogląda je oczami zagubionego, przestraszonego dziecka niepotrafiącego poradzić sobie z sytuacją. Dlatego cierpi i podejmuje, najczęściej wbrew swojej woli, pod wpływem starszych braci, decyzje, których skutki okazują się fatalne. Z drugiej strony taka konstrukcja narratora pozwala zderzyć dziecięcy punkt widzenia z perspektywą wrażliwego dorosłego, który swojej opowieści nadaje egzystencjalny, metafizyczny charakter. Czytelnik jest świadkiem rozterek i wahań, patrzy, jak Benjamin walczy ze strachem, jak się gryzie. Dzieci w powieści Chigozie Obiomy wcale nie są niewinne. Potrafią być okrutne, ale potrafią też podejmować dorosłe decyzje, stawać w swojej obronie, ratować to, co zostało z braterskiej więzi,  i brać odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety zgodnie z nigeryjskim prawem ponoszą też ich konsekwencje - tak jak dorośli. Inna sprawa, jak oceniać to, co robią, a co wielu dorosłych z ich otoczenia aprobuje. Trudno pisać o "Rybakach", bo aby snuć dalsze rozważania, spróbować ocenić to, co zrobili, musiałabym zdradzić zbyt wiele. Chociaż  miałabym na to ochotę, nie zrobię tego. Ta powieść to świetny punkt wyjścia do dyskusji i etycznych rozważań.

Książka Chigozie Obiomy łączy w sobie to, co uniwersalne i to, co lokalne. Z jednej strony jest bardzo zanurzona w nigeryjskich realiach. Znajdziemy tu codzienną egzystencję, politykę, niepokoje społeczne, etniczną różnorodność, sąsiedzkie stosunki, marzenia o lepszym życiu w zachodnim świecie, dziecięce zabawy, życie rodzinne, relacje pomiędzy rodzicami a dziećmi i wreszcie opisy otoczenia, dzięki którym jeszcze lepiej zanurzamy się w opisywaną rzeczywistość, a opowiedziana historia staje się bardzo konkretna. Niezwykle ważną rolę odgrywa też mentalność mieszkańców miejscowości - wiara w przepowiednie, w przeznaczenie, ich sposób mówienia. Metafora, symbol, alegoria są na co dzień obecne w języku. Posługują się nimi rodzice w rozmowach z dziećmi. Metaforą, czasem zaczerpniętą z ludowych wierzeń, a czasem z własnej wyobraźni, posługuje się również Benjamin, kiedy opowiada o zdarzeniach, o swojej rodzinie i innych osobach zamieszanych w tę historię. Na przykład pająki to zwiastuny żałoby, gnieżdżą się w domach, w których doszło do nieszczęścia, symbolem nienawiści staje się pijawka, bo przysysa się do człowieka i karmi sokami jego duszy, nadzieja to kijanka małe stworzonko, które się łapie i zanosi do domu w puszcze, a które - choć trzymało się je w wodzie z rzeki - i tak wkrótce znika, matka jest sokolnikiem, ktoś wróblem, ktoś grzybem. Także rybacy mają drugie, metaforyczne, znaczenie. Tak właśnie zatytułowana jest większość rozdziałów. Z drugiej strony jest to opowieść uniwersalna. Można ją śmiało wpisać w ramy antycznej tragedii, bo bohaterowie, tak jak bohaterowie mitów, nie są w stanie uciec przed przeznaczeniem, które wypowiedziane zostaje w formie przepowiedni przez miejscowego szaleńca wieszczącego niczym grecka Pytia. Kiedy jednak spojrzymy na opowiadane zdarzenia z innej, realistycznej perspektywy, musimy postawić sobie bardzo uniwersalne pytania. Czy rzeczywiście przed przeznaczeniem nie da się uciec? Czy może sami ściągamy na siebie nieszczęścia? Ile w tym, co nas spotyka, przypadku, splotu niefortunnych zdarzeń? Jednym słowem, czy nieszczęścia dało się uniknąć? Pozostajemy też w kręgu odwiecznych egzystencjalnych pojęć - zemsty, honoru, kary, rodziny, braterskiej miłości. Na koniec nie mogę nie wspomnieć, że książka jest świetnie napisana. Przejmująca, znakomita lektura. Warto po nią sięgnąć. A kolejna powieść Chigozie Obiomy ma także ukazać się w Polsce, o czym autor mówił w trakcie spotkania na Big Book Festivalu.

Ayobami Adebayo "Zostań ze mną"

Mam w internecie miejsca, do których zaglądam w poszukiwaniu ciekawych nowości książkowych. To albo strony moich ulubionych wydawnictw, albo portale, na które wchodzę. Jednym z takich miejsc jest stała rubryka Krytyki Politycznej, którą prowadzi Kinga Dunin. Zawsze przeglądam tytuły, jeśli rzecz wydaje mi się ciekawa, próbuję zorientować się, czy warta jest grzechu. Tak trafiłam na świeżynkę - debiutancką powieść nigeryjskiej pisarki Ayobami Adebayo "Zostań ze mną" (Marginesy 2019; przełożyła Karolina Iwaszkiewicz). Przyznam, że nie czytałam dotąd żadnej książki autorstwa pisarki czy pisarza z głębi Afryki. Znam kilka powieści z RPA, coś z północy, ale nic więcej. Nie liczę tu oczywiście literatury izraelskiej, którą pilnie śledzę, ale trudno ją uznać za afrykańską. A chyba najbardziej rozpoznawalny Alain Mabanckou? Ze wstydem przyznaję, że niestety nie czytałam, a pewnie powinnam. Być może będę próbowała nadrobić zaległości. Ale kiedy? No kiedy? Mój czytnik puchnie w szwach i mimo że mieszczę się w ścisłej czołówce polskich czytelników (średnio cztery książki miesięcznie), oczywiście i tak nie nadążam. Ale do rzeczy.

Po powieść nigeryjskiej pisarki postanowiłam sięgnąć z ciekawości, skuszona egzotyką  miejsca. I nie żałuję. Znalazłam tu to, czego oczekiwałam - lokalny koloryt, tło polityczne i społeczne, ciekawe, głębokie portrety bohaterów, interesujący temat i emocje. Ta historia nie pozostawia czytelnika obojętnym. A poza tym powieść zwyczajnie wciąga, trudno się od niej oderwać. 

To historia nigeryjskiego małżeństwa, które nie może doczekać się dzieci. Oboje po studiach, ona Yejide, prowadzi własny salon fryzjerski. Właściwie zawsze chciała zostać fryzjerką, na uniwersytet poszła, aby udowodnić rodzinie, że jest coś warta. On, Akine, pracuje w banku, dobrze zarabia. Mają swój dom, samochody i dość pieniędzy, aby wykupić budynek, w którym mieści się jej zakład, aby kupować akcje, aby w razie czego pomagać rodzinie. Poznali się, kiedy Yejide studiowała, a Akine pracował już w banku. Ona od dziecka wyobcowana, osamotniona, bo wychowywała się bez matki, która zmarła przy porodzie, wśród niezbyt przychylnie nastawionych do niej kilku żon jej ojca i przyrodniego rodzeństwa, lgnie do niego, bo wreszcie jest ktoś, kto się nią interesuje. Po latach zorientuje się, że tak naprawdę go nie znała. Była naiwna i niedojrzała. Ale czy można się dziwić? 

Akine, który bardzo ją kocha, jest gotów bardzo dużo dla niej poświęcić. Jak się później okaże, wielka miłość do żony, chęć zrealizowania jej największego marzenia doprowadzi ich związek do ruiny. Bo pragnieniem Yejide i jej powinnością jest posiadanie dziecka, a najlepiej kilkorga. I koniecznie musi być przynajmniej jeden syn. Kiedy kilka lat po ślubie dziecka nie ma, do ataku rusza rodzina Akine. Dla wszystkich jest oczywiste, że wina leży po stronie Yejide. Teściowa, kobieta prosta, wierzy w znachorów, zioła, szamanów i inne tego typu metody. Zrozpaczona Yejide, także pod presją rodziny męża, jest gotowa na wszystko, aby tylko urodzić dziecko. Akine, jak już wspomniałam, też zrobi wiele, bardzo wiele, aby spełnić pragnienie swojej żony. Ten splot rozmaitych okoliczności doprowadzi do depresji, rozpaczy, nieszczęść i tragedii. 

Bardzo trudno pisać o istocie powieści Ayobami Adebayo bez spojlerowania, a to byłoby jednak grzechem niewybaczalnym. Wiele tu zaskoczeń, skrywanych głęboko tajemnic, które czytelnik poznaje stopniowo. Z pierwszych stron powieści dowiadujemy się tylko, że małżeństwo Yejide i Akino właściwie nie istnieje. Potem następuje retrospekcja, najważniejsza część książki, z której poznajemy historię ich związku. Akcja toczy się trochę w roku 2008, ale zasadnicza część opowieści to lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Każda z czterech części coraz bardziej przybliża nas do odkrycia niezwykłej tajemnicy. Powie ktoś, że to, czego się w końcu dowiemy, jest niewiarygodne, że to bujna wyobraźnia pisarki. Zapewniam, że znam podobną historię z naszych polskich realiów. Tyle tylko, że zakończoną happyendem. Przynajmniej pozornie, bo co naprawdę czuli uczestnicy dramatu, tego nie wie nikt. Jakie namiętności nimi szarpały? Jakie zazdrości?

O czym w takim razie mogę napisać? O ciekawym tle politycznym i społecznym. Bohaterowie, chociaż pogrążeni w swoich nieszczęściach, żywo interesują się polityką. Zamachy stanu, polityczne protesty, rządy wojskowych, wreszcie upragnione wybory, korupcja - to wszystko niby pozostaje na marginesie zasadniczych zdarzeń, ale stanowi jednak istotne tło. Podobnie jak stające się plagą kradzieże, zuchwałe napady i ściąganie haraczy, które zmuszają klasę średnią do robienia ze swoich domów fortec i zatrudniania na osiedlach ochroniarzy przechadzających się po ulicach z bronią w ręku. Mogę też napisać o bardzo ciekawym tle obyczajowym. O rozdźwięku między pokoleniem rodziców i dzieci. Wiara w duchy, szamanów, sny, przepowiednie kontra wykształcenie i rozum. Matka Akina z pogardą i złością mówi o tym, że młodzi dali się zwesternizować. Oczywiście formułuje to znacznie prościej i dosadniej. Ona raczej powie o tym, że biali odebrali im duszę.

A poza tym jest to też opowieść o wielopokoleniowej, nigeryjskiej rodzinie, o rodzinnych więzach, tajemnicach, dramatach. Rodzinie, w której normalne jest wielożeństwo, w której szacunek należy się według starszeństwa, w której niezwykle silna jest rola matki, seniorki rodu. Młode, wykształcone pokolenie niby ucieka od tradycji, ale jeszcze mocno jest w niej zanurzone. No i wreszcie mamy tu historię kobiety. Jej zmagań z cierpieniem, nieszczęściem, borykania się z losem, który co i rusz mocno uderza. I jej wyborów, które mogą dziwić, szokować, budzić zdumienie. Ja rozumiem decyzję Yejide, głęboko jej współczuję. 

Całość można wpisać w plan antycznej tragedii, w której bohaterowie nie mają dobrego wyboru. Czego by nie zrobili i tak będzie źle. Los zemści się na nich. Dlaczego? Bo milczeli, bo nie potrafili przyznać się do swoich ograniczeń i słabości, bo kłamali. Tym to trudniejsze, że rozgrywa się w społeczeństwie patriarchalnym, tradycyjnym. Czy Akine mógł postąpić inaczej? Też był pod presją swojej matki i rodziny.

Powieść nigeryjskiej pisarki okazała się nadzwyczaj ciekawa. Nie tylko ze względu na tamtejsze realia. No i inaczej spojrzałam na Nigerię, która dotąd kojarzyła mi się tylko źle. Oczywiście problemów tam nie brakuje, ale normalne życie też się toczy.

Popularne posty