Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"

"Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery (W.A.B. 2014; przełożyła

Agnieszka Holland) to jego trzecia powieść, którą przeczytałam w ramach nadrabiania karygodnych zaległości. Z tymi karygodnymi to celowa przesada, bo już dawno zrozumiałam, że nie da się poznać ani całej klasyki, a Kundera takim klasykiem już jest, ani wszystkich nowości wartych lektury. Przestałam uważać, że coś powinnam albo muszę. Czytam, co chcę i co mnie interesuje. Nie ukrywam, że po twórczość Milana Kundery postanowiłam sięgnąć, kiedy po jego śmierci wysłuchałam dwóch ciekawych rozmów jej poświęconych. Nie zamierzam jednak czytać wszystkiego. Podążam za rekomendacjami i gustem Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego znawcy czeskiej literatury i kultury. Czegoś trzeba się trzymać. "Nieznośna lekkość bytu" to wyjątek na mojej liście książek czeskiego pisarza, którą sobie sporządziłam po wysłuchaniu wspomnianych rozmów. Dlaczego? Bo jako jedyną czytałam ją już kiedyś. Jest więc to moje ponowne z nią spotkanie, z pierwszego niewiele zostało - zarys fabuły i sylwetek trojga głównych bohaterów, świadomość, że mi się podobała.

Kundera wraca tu do swoich ulubionych tematów, którymi są splot indywidualnego losu z Historią, niszczenie jednostki przez reżim komunistyczny, rola przypadku, nad którą w sposób szczególny zastanawia się w tej powieści. Wraca też do swojej ulubionej formy - mamy kilkoro bohaterów, tym samym zdarzeniom przyglądamy się z różnych perspektyw. Za to znacznie więcej jest w "Nieznośnej lekkości bytu" fragmentów eseistycznych czy nawet rozważań filozoficznych. Przyznaję, pewnie nie po raz pierwszy, że filozofia to moja nieodwzajemniona miłość. No może miłość to zbyt duże słowo, w każdym razie bardzo bym chciała jakoś ją liznąć, ale zawsze okazuje się, że to nie na moją to głowę. Wszelkie próby kończą się fiaskiem. Dlatego i tu niektóre fragmenty, szczególnie te z przedostatniego rozdziału, a właśnie tam jest ich najwięcej, nieco mnie nużyły, bo podążanie za myślą pisarza nie do końca było łatwe. Ale też bez przesady, da się przez nie przejść i naprawdę warto czytać do końca.

Historia chirurga Tomasza, jego żony Teresy, kochanki Sabiny i kilku jeszcze drugoplanowych, chociaż też istotnych, postaci, myślę tu szczególnie o Franzu, który przez jakiś czas związany był z drugą z tych kobiet, wpisana została w opozycję ciężaru i owej tytułowej lekkości bytu, którą wywiódł Kundera od idei wiecznego powrotu Nietzschego i od Parmenidesa. Przymiotnik nieznośna jest już wkładem samego pisarza. Czy ktoś jeszcze nie zajmował się tą antynomią, pojęcia nie mam, trudno zakładać, żeby nie. W skrócie, gdyby przyjąć, że wszystko powraca, nasze życie, każdy nasz czyn byłby obciążony ciężarem odpowiedzialności. Ponieważ nie wraca pojawia się ta lekkość. Z drugiej strony dopiero ciężar sprawia, że nasze życie staje się prawdziwsze, bardziej realne, bardziej je odczuwamy, lekkość oznacza ulotność, odebranie wagi. Co w takim razie lepsze? Ciężar czy lekkość? Nietzsche wybiera ciężar, a Parmenides lekkość. Referuję za Kunderą, jeśli coś przekręciłam, czegoś nie zrozumiałam, z góry przepraszam. W to wszystko wplata też autor rolę przypadku. Teresa pojawiła się w życiu Tomasza w wyniku splotu okoliczności - musiał nastąpić szereg przypadków, aby się spotkali, z tak różnych światów byli. On, wykształcony chirurg z Pragi, który świadomie porzucił żonę i syna, aby skakać od kochanki do kochanki i oddać się pracy. Cóż, w prawdziwym życiu nazwalibyśmy go pewnie seksoholikiem, ale pisarz nadaje jego niepohamowanej skłonności do kobiet głębsze znaczenie. Ona, kelnerka z prowincji, bez wykształcenia, doświadczona przez dom rodzinny, zakompleksiona, ale, jak się później okaże, zdolna i wrażliwa. Nie jest odpowiednikiem Łucji z "Żartu". Czy wybierając ją, wybrał ciężar? Czy ją skrzywdził, bo zdradzał, chociaż tylko fizycznie? W tych skokach w bok nie było przecież żadnych uczuć, kochał ją. Ale ona odczuwała je boleśnie. A może to ona skrzywdziła jego, kiedy  wróciła z Genewy do Pragi, gdzie wyemigrowali po upadku praskiej wiosny, a on po jakimś czasie wyjechał za nią? Gdyby został, nadal byłby chirurgiem, a chirurgia była dla niego wszystkim, czymś, co wybrał świadomie, w czym się spełniał. W Pradze po jakimś czasie skończył, myjąc szyby. Ale to było przecież wynikiem jego przypadkowego chwilowego zaangażowania się w politykę. Gdyby stał z boku, może nie musiałby odchodzić ze szpitala. Nad tym wszystkim zastanawia się narrator, obserwując swoich bohaterów  z dystansu, przyglądając się im niczym eksponatom, egzemplifikacjom ludzkich postaw.

Bo powieść Kundery bardzo mocno wpisana została w politykę, w zdarzenia praskiej wiosny z roku 1968, a szczególnie ich konsekwencje dla czeskiej inteligencji, zwłaszcza dla tych, którzy nie potrafili stać z boku, jakoś dali świadectwo swojej niezgodzie na stłumienie chwilowej wolności zakończonej radziecką okupacją. Ich los był taki jak Tomasza. Tomasza, który wcześniej zawsze wybierał to, co lekkie, dopiero Teresa i Historia wprowadziły w jego życie ciężar. Zdegradowani, wyrzucani z uczelni, gazet, zmuszeni pracować fizycznie. Albo jeszcze gorzej zamykani w więzieniach. Pisząc o tym, autor zastanawia się nad sensem masowych protestów, owych Wielkich Marszów, jak je nazywa, organizowanych przez intelektualistów i aktywistów z Zachodu w obronie tłamszonej wolności. To polityczny teatr zamiast prawdziwego czynu. Czy mają sens, skoro najczęściej nie przynoszą rezultatów? Zwłaszcza już, natychmiast. Czy są tylko sposobem na poprawę samopoczucia protestujących, którzy nie chcą się czuć bezradni i mają złudne wrażenie, że coś robią? A dla osób sławnych, Kundera nie używa jeszcze słowa celebryci, są sposobem lansowania się, czy może zwracania uwagi na protest w słusznej sprawie? Pisarz pozostaje raczej pesymistą, przynajmniej ja tak odczytuję jego stanowisko. Lepiej jednak, gdy nie ma innej drogi, wybrać teatr, skoro nie można wybrać czynu. Z drugiej strony, przecież wiadomo, że kropla drąży skałę. Gdyby pesymizm Kundery zawsze się sprawdzał, nadal w tej części Europy panowałaby komuna i wszystko, co z nią związane.

"Nieznośna lekkość bytu", chociaż chyba najbardziej wymagająca spośród tych pozycji Kundery, które do tej pory przeczytałam (wspomniany "Żart" i "Walc pożegnalny"), daje najwięcej pola do rozważań. Wiele tu symbolicznych snów, które dręczą bohaterów, zwłaszcza Teresę, powracających scen. Są związki z muzyką, beethovenowskie ess mussein, czyli tak musi być, które dręczy Tomasza. Ale jest też kawał życia. Zwłaszcza Teresa wydaje mi się najciekawiej sportretowaną bohaterką. Godna by była osobnych rozważań, można w jej postaci odnaleźć wiele tego, co dręczy kobiety także dzisiaj. Zwłaszcza relacja z matką, która położyła się cieniem na jej osobowości, ukształtowała ją, stała się przyczyną wielu kompleksów, lęków, ale i buntu. Uczyniła ją kruchą i silną zarazem. Są też w tej powieści momenty wzruszające. Szczególnie silny związek Teresy z psem, który się do niej przyplątał, a którego nazwała Karenin. W ogóle końcówka powieści chyba najbardziej mnie poruszyła i wynagrodziła trudy czytania partii eseistycznych i filozoficznych. 

Po raz kolejny przekonałam się, że warto po Kunderę sięgnąć. W planach mam jeszcze dwie jego powieści z czasów czeskich, może najważniejsze eseje. A teraz obraz praskiej wiosny najlepiej byłoby skonfrontować z powieścią "Cud", poświęconą też praskiej wiośnie, mojego ulubionego czeskiego pisarza, Josefa Škvoreckiego. Kiedyś to nastąpi. Kiedy? Nie wiem.

Tove Ditlevsen "Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane"

"Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane" Tove Ditlevsen
(Czarne 2022; przełożyła Iwona Zimnicka) to czwarta, tak, tak, czwarta, 
   wydana w Polsce książka tej duńskiej pisarki, o której w bańce czytających zrobiło się głośno dopiero za sprawą Czarnego. Pierwsze w roku 2007 wyszły "Twarze" i nawet ja zapomniałam, że wygrzebałam tę informację, pisząc o jej poprzednich książkach. Właśnie sprawdziłam - bez problemu można ją dostać w bibliotece, więc pójdę za ciosem. Druga to  "Ulica dzieciństwa", wydana przez Marpress w roku 2021, też przeszła bez echa, dopiero trzecia, "Trylogia kopenhaska", która ukazała się nakładem Czarnego rok później, narobiła szumu, zapewne dzięki sile przebicia wydawnictwa. Bo zapewniam, że "Ulicę dzieciństwa" miłośnicy Tove Ditlevsen też powinni przeczytać. Cóż, lepiej późno niż wcale albo do trzech razy sztuka - bardzo dobrze się stało, że dzięki Czarnemu zrobiło się o tej duńskiej pisarce, która zmarła w roku 1976, tak głośno.
 
"Moja żona nie tańczy" to, jak zaznaczono w podtytule, zbiór opowiadań. Pochodzą z kilku okresów  twórczości pisarki. Z opowiadaniami mam zawsze kłopot, a już szczególnie tak krótkimi jak te. Przyznaję, nie jest to moja ulubiona forma, zdecydowanie wolę dłuższe i jeszcze jakiś czas temu niemal w ogóle   opowiadań nie czytałam. Teraz to się zmieniło, chociaż coś, czyli najczęściej tematyka, musi mnie do nich przyciągnąć, abym sięgnęła po ich zbiór. Bo jak je czytać, zwłaszcza jeśli są takie króciutkie jak te, które pisała Tove Ditlevsen? Robić po każdym przerwę? Przejść od razu do kolejnego? A to kolejne to przecież nowe bohaterki i nowi bohaterowie, inny świat, inne problemy. Chociaż w wypadku tego zbioru jest jeden wspólny dominujący problem, o czym za chwilę. Właściwie przecież każde z nich mogłoby być zaczątkiem dłuższego opowiadania albo powieści. Tyle tu ludzkich historii! Cóż, nieprzypadkowo wybrałam  tę książkę właśnie teraz, chociaż w moim czytniku leżała od dłuższego czasu - wiedziałam, że w najbliższym okresie będę musiała wykradać chwile poświęcone lekturze, więc takie króciutkie opowiadania były znakomite. Czytałam po jednym, dwa, czasem więcej. Może zresztą dobrze się złożyło, bo są bardzo przygnębiające i pochłaniane w większych dawkach mogłyby nieźle zdołować, a ja nie potrafię czytać dwóch książek jednocześnie, żeby zrobić sobie odskocznię. Zawsze kończy się to odłożeniem jednej i z nieznanych mi przyczyn potem bardzo trudno mi do niej wrócić.
 
Ale do rzeczy. Co łączy opowiadania Tove Ditlevsen? Wszystkie mówią o samotności, często też poczuciu pustki, wynikającej z braku porozumienia między bohaterkami i bohaterami. Tych pierwszych jest zresztą więcej. Stop! Może nie tyle więcej, ile są najczęściej na pierwszym planie. Bo wcale nierzadko jest tak, że sytuację oglądamy z punktu widzenia dwojga, jej i jego. W kilku jest to dziecko i rodzice. Te są szczególnie przejmujące. Bo bohaterki i bohaterowie Tove Ditlevsen milczą. Oczywiście nie w sposób dosłowny. Komunikują się ze sobą, ale są to rozmowy o sprawach codziennych. Milczą o tym, co czują, o co mają pretensje, o swoich pragnieniach i o tym, co ich boli, denerwuje. Egzystują w swoim zamkniętym świecie. Jakby każde z nich otoczone było niewidzialną bańką. Żyją razem, ale obok siebie, mijają się. To milczenie czyni ich życie trudnym, czasem nie do zniesienia, wręcz beznadziejnym, bo dopóki nie zaczną z sobą rozmawiać, dopóty tkwić będą w marazmie, emocjonalnej drętwocie, a rozmawiać nikt ich nie nauczył. 
 
Potem wyminęła męża i weszła do niewielkiego salonu, z powrotem do tego, co przewidywalne, znośne, raz na zawsze ustalone. 
 
W oczach bez wyrazu mieli wypisane małżeństwo i pracę biurową.
 
Bohaterki i bohaterowie rzadko przeżywają wielkie tragedie, niewiele tu fizycznej przemocy, za to mnóstwo psychicznej, zupełnie nieuświadamianej. Najczęściej dzielą ich oczekiwania, pragnienia. Skąd to milczenie? W dużej mierze ma korzenie w patriarchacie. Kobiety, mężczyźni i dzieci to tutaj osobne światy. Co z tego, że są razem - w sferze relacji niewiele z tego wynika. Mężczyźni zajęci swoimi sprawami, nie dostrzegają potrzeb swoich żon, kochanek, rzadziej partnerek. Zresztą, gdyby nawet dostrzegali, to i tak pewnie by się z nimi nie liczyli. Pracują, przynoszą do domu pieniądze, potem odpoczywają, usypiając nad gazetą, jeśli mają problemy, topią je w alkoholu, wyładowują wybuchami agresji. A kobiet nikt nie nauczył, aby mówić, czego chcą, co je boli. Wchodzą w przypisane im od dzieciństwa role żony, matki, a potem babci. Tak dzieje się z bohaterką opowiadania "Młoda kobieta zostaje babcią".
 
Słuchaj, mamo, teraz kiedy zostaniesz babcią, naprawdę musisz skończyć z byciem młodą dziewczyną. 
 
Takie słowa słyszy od swojej córki, która oczekuje dziecka. Podobnie myśli jej mąż, przyszły dziadek. 
 
Masz w sobie niesamowitą witalność. (...) Kobiety w twoim wieku zaczynają żyć jednak trochę spokojniej.
 
Podobnie widzi ją fryzjerka, do której zawsze chodzi. A ona odczuwa zamęt, raz chce być taka jak dotąd, raz wydaje jej się, że powinna dopasować się do tych oczekiwań. Zawsze od niej czegoś chcieli. Najpierw, żeby wyszła za mąż, potem, żeby była młoda, wręcz wciskali ją w młodość tak, jak teraz wciskają ją w babciowość. A ona nie wie, kim chciałaby być naprawdę. Umie być żoną, matką, kiedyś umiała być wnuczką, teraz sama będzie musiała nauczyć się być babcią, co ją przeraża, ale nie potrafi o tym powiedzieć. Czy się dostosuje? Nie ma tu zbuntowanych bohaterek.
 
Kobiety nie chcą być bez mężczyzny, bo będą postrzegane jako te gorsze. Tak je wychowano. Często małżeństwo jest ucieczką od ciężkiej, nisko płatnej pracy. Potem dopasowują się do tego, czego oczekują od nich ich partnerzy i są nieszczęśliwe. 
 
(...) wieczorem weszły w małżeństwo tanecznym krokiem, a rano obudziły się z widokiem na ciągłe zmywanie i samotność w świecie istniejącym dzięki mężczyznom, lecz w którym one są zbędne.
 
Dlatego porzucenie jednego mężczyzny dla drugiego najczęściej niewiele w ich sytuacji zmienia. Za wszelką cenę starają się spełniać nowe oczekiwania. 
 
Jego ciągła obecność wywróciła jej życie do góry nogami, bo w kobiecie głęboko zakorzenione jest przekonanie, że mąż ma wychodzić rano i wracać wieczorem.. Nie wiedziała, jak ma się zachowywać przy mężczyźnie, który całe dnie spędza w domu. Stał się dla niej obcy. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, poza tym musiała trzymać dzieci z dala od niego, ponieważ go irytowały. 
 
Wiedzą, że coś je uwiera, ale albo nie potrafią powiedzieć co, albo nie umieją się zbuntować. Boją się samotności. Zresztą mężczyźni też wchodzą w przypisywane im role, o czym już wspominałam. Jeśli nie potrafią im sprostać, rodzi się strach. Tak jest z bohaterem opowiadania "Lęk". Ale może jeszcze gorsza jest sytuacja dzieci. Dzieci, które ze względu na sytuację materialną albo pojawienie się młodszego  rodzeństwa, musiały przejąć obowiązki dorosłych albo nawet wejść w ich rolę i troszczyć się o ich dobro. Innym bezpieczny świat zrujnowało rozstanie rodziców. Są bezradne, nic nie mogą zrobić. Pragnienie bliskości, ciepła, okazanego uczucia aż się z nich wylewa, ale boją się o tym mówić. Milczą i cierpią, udając, że wszystko jest w porządku. Trudno się zatem dziwić, że jako dorośli zachowują się podobnie. 
 
Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie "Dobry interes". O kobiecie porzuconej przez męża, która musi sprzedać dom, aby utrzymać siebie i troje dzieci. Czuje się bezradna, zmęczona, nie zna się na interesach, co bezwzględnie wykorzystują agent nieruchomości i jego klient. W to wszystko wpleciona jest jeszcze jedna kobieta, żona kupującego, która wkrótce sama zostanie matką. Z jednej strony współczuje tej obcej kobiecie. Z drugiej nie potrafi sprzeciwić się mężczyznom, chociaż wie, że wykorzystują podbramkową sytuację porzuconej żony. Z trzeciej cieszy się, bo dom jej się podoba. Jak to jest znakomicie rozegrane, jak subtelnie napisane!

Opowiadania Tove Ditlevsen są gęste, o każdym można by rozmawiać z osobna, analizować postawy bohaterek i bohaterów. Mimo tak małej objętości wchodzimy głęboko w ich osobowość, w ich wewnętrzny świat. Wiele dzieje się pomiędzy słowami. To naprawdę mistrzostwo. Najlepszym probierzem tego, jakie zrobiły na mnie wrażenie, jest łatwość, z jaką mi się o nich pisało, chociaż nie od razu po zamknięciu książki miałam czas, aby podzielić się tu moimi refleksjami. Pisząc, zupełnie nie musiałam zerkać do notatek, które robiłam, słowa same płynęły spod palców. 
 
Mottem opowiadań Tove Ditlevsen mógłby być cytat z jednego z nich: Może wiele nieszczęść wynika stąd, że ludzie nie są zbyt zainteresowani tym, co się dzieje w kimś najbliższym. A zaczynając robić notatki po lekturze kilku pierwszych, napisałam: o życiu, co stale stawia nowe wymagania i nie daje spokoju.

Bernardine Evaristo "Mr Loverman"

A było tak. Nie zamierzałam sięgać po drugą wydaną w Polsce

powieść Bernardine Evaristo "Mr Loverman" (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożyła Aga Zano), może nigdy, a na pewno nie w najbliższym czasie. Jej pierwsza książka, która ukazała się w Polsce, "Dziewczyna, kobieta, inna", a wokół której było bardzo, bardzo dużo szumu, achów, ochów i zachwytów, mnie aż tak bardzo nie porwała. Nie żeby mi się nie podobała, no ale żeby aż takie halo robić? (Przed chwilą odświeżyłam swoje wrażenia, czytając moją notkę, i odkryłam, że jakoś bardzo krytyczna nie byłam, chociaż kilka zastrzeżeń miałam. A jednak, jak widać, z czasem lektura zblakła.)  Dlatego wobec morza innych ważnych, a przynajmniej na takie się zapowiadających, książek postanowiłam odpuścić. Nawet nie zainteresowałam się, jaki jest temat "Mr Lovermana". Tymczasem na pewnym spotkaniu nie tylko mnie do niej przekonano i zapewniono, że warto, ale nawet nieoczekiwanie dostałam ją w prezencie. Wobec takiego obrotu spraw zrejterowałam i niemal natychmiast pogrążyłam się w lekturze.  

A  zanętą stała się karaibskość powieści. Tym razem Bernardine Evaristo, która ma korzenie angielsko-nigeryjskie, opowiada o środowisku migrantów z Karaibów, którzy w latach sześćdziesiątych osiedlili się w Londynie. Jej bohaterki i bohaterowie pochodzą z Antigui, a wyjazd do Anglii był dla nich czymś oczywistym. I nie tyle chodziło o lepszy byt materialny, bo nie wiodło im się jakoś źle, przynajmniej nie wszystkim,  ale o perspektywy, których na małej rodzinnej wyspie dla siebie nie widzieli. To trochę tak jak migruje się z prowincji do metropolii, bo nudno, bo brak widoków na lepszą pracę. Dziś mogliby szukać swojej szansy w turystyce i ci, którzy wrócili, znaleźli ją dzięki finansowym zasobom. 

Tym razem nie problem rasy i koloru skóry oraz sytuacja czarnych kobiet  jest tematem powieści, chociaż też się przecież pojawia. Głównemu bohaterowi, zarazem jednemu z dwojga narratorów, Barremu, powiodło się finansowo, nawet bardzo, dzięki inwestycjom w nieruchomości i nie rozpamiętuje jakoś specjalnie upokorzeń czy krzywd, których pewnie trochę zaznał. Jest człowiekiem inteligentnym, oczytanym, zakochanym w Szekspirze, wprawdzie nie ma formalnego wykształcenia, ale nie jest to wynik braku białego przywileju, bo studia skończyć mógł. Zrobiła to jego żona, Carmel, druga narratorka powieści. Wprawdzie jako dorosła osoba, ale jednak. Miała potem całkiem przyzwoitą pracę w wydziale mieszkalnictwa w swojej dzielnicy, co z dumą lubi podkreślać. Studia skończyły ich dwie córki, a zdolny wnuk dostał się na Harvard. 

O czym w takim razie jest powieść Bernardine Evaristo? W szerszej perspektywie o tym, jak życie w zakłamaniu niszczy nie tylko tego, kto buduje je na fałszu, ale także jego bliskich. I o tym, że zawsze jeszcze można wszystko naprawić, zacząć żyć pełną piersią. To ostatnie brzmi jak z taniego poradnika, no i nie ma co ukrywać, że trochę takie ulukrowane jest. Bo wprawdzie "Mr Loverman" mówi o naprawdę poważnych problemach, które rujnują ludziom życia, a przynajmniej bardzo je wikłają, ale jednak w sposób dość  pogodny. Czy to zasługa takiej a nie innej konstrukcji głównych bohaterów? Pewnego siebie, a pewność być może dają mu pieniądze, jakich dorobił się dzięki zmysłowi do biznesu i pracy, pogodnego gaduły Barrego, który sam o sobie z dumą mówi, że jest grzesznikiem i pijakiem, no i wcale się tego nie wstydzi? Z przyjemnością podążałam za jego gawędą, a źródłem tej przyjemności było przede wszystkim to, jak opowiadał. Z kolei Carmel, ta bardziej poszkodowana, nad którą powinnam się pochylić, żałować jej, współczuć, bo nie z własnej winy znalazła się w opresji, nie budziła mojej wielkiej sympatii, bo została przedstawiona jako bigotka. A przecież to ona przeżywa prawdziwy dramat i kiedy wreszcie dociera do niej, że zmarnowała pięćdziesiąt lat swojego życia, pięćdziesiąt!, i nawet fakt posiadania dwóch córek nie jest w stanie jej tego wynagrodzić, to świadomość wagi tych słów sprawia, że na chwilę staje się to bardzo, bardzo mocne. Nawet jako narratorka pozostaje w cieniu Barrego - to on opowiada więcej, to jego rozdziały opatrzone są zawsze słowem sztuka, czyniąc go artystą stąpania po kruchym lodzie, ślizgania się pomiędzy przeszkodami i po powierzchni życia tak, żeby to jemu było wygodniej. Tymczasem jej narracja to pieśń, najczęściej smutna i zawodząca. Od pieśni słodyczy, jaką odczuwa naiwna młoda dziewczyna zakochana w swoim świeżo poślubionym mężu, przez pieśń rozpaczy, modlitwy, pożądania, aż do pieśni siły. Ja jednak najbardziej zapamiętałam jej lamentacyjny ton, marudzenie i drażniącą mnie fanatyczną religijność. I chociaż oboje są ofiarami patriarchatu, tak, tak, on też, to jednak Barry zawsze górą. Czytając książkę, to jemu współczułam, a teraz myślę, że to ona została bardziej skrzywdzona.

Czas zdradzić, o czym jest ta powieść w węższej perspektywie, czyli na jakim kłamstwie zbudował swoje życie Barry. I od razu dodaję, to nie spojler, bo dowiadujemy się tego z pierwszego rozdziału, a i okładka nie pozostawia wątpliwości. Otóż główny bohater tej powieści jest gejem i od lat nastoletnich pozostaje w ściśle ukrywanym przed wszystkimi związku z Morrisem, który trochę wcześniej opuścił Antiguę. Stop, to znowu, podobnie jak w chilijskiej powieści Pedro Lemebela "Drżę o ciebie matadorze", jest nieco bardziej skomplikowane. On nigdy tak o sobie nie myślał. W czasach młodości jego i Morrisa, w Antigui, ale także w Londynie, a szczególnie w dzielnicy, w której zamieszkali, słowa gej nikt nie używał. Nawet kiedy jako dojrzały mężczyzna zaczyna poważnie mierzyć się z komplikacjami, jakie niesie ukrywanie prawdziwej tożsamości, wzdraga się przed słowem homoseksualista, a co dopiero gej. Tego wyrazu nie ma w jego języku.

- Barry, jesteś homoseksualistą. - Morris patrzy na mnie i jeszcze bardziej się krzywi. - Ustaliśmy to już bardzo dawno temu.

- Morris, mój drogi, żaden ze mnie homoseksualista. Ja jestem ... Barryseksualistą! 

Nie dam się nikomu upchnąć w żadną szufladę i zalepić etykietą. Jeszcze czego.

I nie jest to dowód dzisiejszego queerowego podejścia do problemu, wielu gejów i wiele lesbijek nie lubi się etykietować, o czym pisze na przykład Renata Lis w swojej książce "Moja ukochana i ja" (Niestety nie napisałam o niej, bo skończyłam tuż przed urlopem, a po miesiącu było mi już trudno do niej wrócić.), ale strachu, a nawet jakiejś skrywanej homofobii, która też czasem w tym środowisku występuje. Jest więc to powieść o opresji, jaką nakładały społeczeństwa, rodziny, środowiska na osoby nieheteronormatywne. Opresja Barrego i Morrisa była jeszcze silniejsza, bo wywodzili się z Karaibów i w Londynie obracali się też głównie w takim środowisku. Dlatego zastygli ze swoją homoseksualnością w czasach swojej młodości i kiedy w końcu wychodzą z szafy, przecierają oczy ze zdumienia, tak inaczej wygląda dziś świat takich jak oni. Dziwią się wszystkiemu jak dzieci. Ale nawet w roku 2010, w którym toczy się zasadnicza część zdarzeń, nie jest łatwo. Uprzedzenia, homofobia mają się dobrze także w środowisku białych, bogatych Anglików, czego dowodem jest pewna bardzo ważna scena, która wywołuje lawinę konsekwencji. I może najważniejsze - jest to także powieść o gejach starszych, żeby nie powiedzieć starych, bo po siedemdziesiątce, o których mało się mówi, bo, tak jak Barry i Morris, urodzili się w czasach, kiedy wyjście z szafy było niemal niemożliwe. Tacy jak oni dla kamuflażu żenili się, mieli dzieci i unieszczęśliwiali swoje żony. Odbijało się to też na dzieciach, rodziło dramaty. O tym wszystkim jest ta powieść, chociaż opowiedziana w tonie raczej lekkim, dzięki językowi Barrego nawet humorystycznym, ironicznym. Czy to zarzut? Może trochę. bo, jak pisałam, ofiarą takiego zabiegu pada odbiór Carmel. Ale nie wykluczam, że to tylko moje wrażenia.

I na koniec, bo bardzo się rozpisałam, muszę wspomnieć o języku. W tym Bernardine Evaristo, no i jej tłumaczka, Aga Zano, są mistrzyniami. Tym razem chodzi o oddanie nie tylko różnej maści angielszczyzny, ale w dodatku angielszczyzny zabarwionej naleciałościami patois, którym porozumiewają się mieszkańcy Antiguy. Inaczej mówi Barry, inaczej Carmel, inaczej ich córki i wnuk. Nie tylko z powodu tego, gdzie się wychowali i do jakich szkół chodzili, ale też dlatego, że każde z nich ma inną osobowość i obraca się w innym środowisku. Całe bogactwo języka, łamańce, kolory. Wielka przyjemność czytania. Aga Zano w posłowiu opowiada o trudnościach, jakie napotkała, i o strategii, którą wybrała. Nie byłabym sobą, gdybym nie zacytowała, tak na zanętę.

Córcia wyciąga z torebki pudełeczko sushi - jedzeniopodobna bzdurka, popularna wśród anorektyczek. Zrywa folię czarnymi szponami i wkłada sobie do ust jeden z tych ponoć zdatnych do spożycia klocków. Wychylam się z fotela, by rzucić okiem na ten jej "obiad": cztery skrawki surowego łososia na wałeczkach ryżu wielkości kciuka, parę listków sałaty i ze dwadzieścia strączków z ogonkami, przypominających trochę ludzkie embriony, kołtun ze startej marchewki,  szczypta ziarna dla ptaków, kilka plasterków marynowanego imbiru i jakieś oślizgłe liściaste zjawisko, któremu należało pozwolić pozostać w morzu.

Monika Śliwińska "Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat"

Każda książka ma swój czas. Kolejny tytuł Moniki Śliwińskiej

"Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat" (Wydawnictwo Literackie 2020) przeleżał w moim ukochanym czytniku trochę, aż wreszcie teraz okazał się znakomitym uzupełnieniem wystawy malarstwa Włodzimierza Tetmajera, którą niedawno obejrzałam. Wcześniej porwały mnie jej dwie inne książki - "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich" oraz "Wyspiański. Dopóki starczy życia". Z niecierpliwością czekam na biografię Boya, oczywiście tej samej autorki, która powstaje. 

Monika Śliwińska kręci się wokół podobnych tematów, wyraźnie interesuje ją Młoda Polska, a co za tym idzie - Kraków, jej książki uzupełniają się wzajemnie, tworząc coraz szersze uniwersum. We wszystkich trzech pozycjach pojawia się wiele tych samych postaci, co oczywiste, nie może być przecież inaczej. Ja jednak nie narzekam, bo pamięć jest tak zawodna, że przeczytanie po raz kolejny tych samych informacji, raz w wersji rozszerzonej, raz okrojonej, zawsze pod trochę innym kątem, powoduje, że coś się tam w głowie uleży. Jej opowieści mają to do siebie, że wpadam w nie całkowicie. Działają na  mnie na wielu polach - wywołują emocje, pobudzają wyobraźnię, dostarczają solidnej dawki wiedzy, czasem pozwalają spojrzeć na pewne sprawy znane ze szkolnych czasów w nowy sposób, a często odsłaniają zupełnie nieznane światy. Tak było szczególnie w przypadku biografii sióstr Pareńskich i teraz Mikołajczykówien.

Zacznę od wyjaśnienia istotnej kwestii. Otóż książka Moniki Śliwińskiej, o której piszę dzisiaj, to jednak bardziej sygnalizowany w tytule ich świat niż biografia sióstr upamiętnionych na zawsze przez Stanisława Wyspiańskiego w "Weselu". To nie znaczy, że ich tam nie ma, oczywiście są, ale znacznie więcej miejsca poświęca autorka obyczajom bronowickich włościan, Krakowowi, a przede wszystkim sławnym mężom dwóch sióstr, Włodzimierzowi Tetmajerowi, który ożenił się z najstarszą Anną, i Lucjanowi Rydlowi, który zakochał się w tej najmłodszej. Co ciekawe najmniej informacji znajdziemy w książce o średniej, Marii, w której, jak głosi legenda, zakochał się malarz Ludwik de Laveaux. Podobno byli nawet zaręczeni, ale jego przedwczesna śmierć pokrzyżowała ich plany. Monika Śliwińska wątpi w prawdziwość ich zaręczyn, udowadniając swoją hipotezę na podstawie różnych źródeł. 

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego w "Pannach z "Wesela"" jest mniej biografii, a  więcej  ich świata. Podejrzewam, że w tym wypadku sprawdziło się przysłowie, tak krawiec kraje, jak materii staje. Siostry Mikołajczykówny, inaczej niż sportretowane przez autorkę wcześniej siostry Pareńskie, były chłopkami z Bronowic i najprawdopodobniej jest na ich temat znacznie mniej materiałów. Nie pochodziły ze znanej zamożnej krakowskiej rodziny związanej ze światem naukowym i artystycznym, wychowały się w Bronowicach w chałupie Jacentego Mikołajczyka. Z trudem przychodziło im pisanie, czego wstydziły się do końca życia, szczególnie Jadwiga. Dlatego też pewnie najmniej wiemy o Marii, bo obaj jej mężowie, tak jak i ona, pochodzili z ludu. Anna i Jadwiga są bardziej znane dzięki ich sławnym mężom. No i zostały uwiecznione w "Weselu", co za ich życia niekoniecznie się im przysłużyło, szczególnie Jadwidze. Oliwy do ognia dolała jeszcze "Plotka o "Weselu"" Boya.

W takim razie czego się o nich dowiadujemy? Że wychodząc za mąż za panów z miasta, artystów musiały się początkowo zmierzyć z niechęcią ich rodzin, a nawet z ostracyzmem krakowskiego towarzystwa. To ostanie szczególnie dotknęło Jadwigę, którą, kiedy pojawiała się w Krakowie, traktowano jak dziwowisko. Zdarzało się, że na ulicy dotykano jej stroju, przyglądano się jej z niezdrową ciekawością, a nawet bywało, że ktoś napluł jej pod nogi. Dlatego kiedy w kryzysowych finansowych sytuacjach albo zimą zdarzało się Rydlom, wcale nie tak rzadko, mieszkać w mieście, Jadwiga niechętnie wychodziła z domu. Niechętnie bywała też w teatrze z tych samych powodów. Znacznie łatwiej było Annie, bo małżeństwo Tetmajerów zostało przez rodzinę i krakowskie towarzystwo zaakceptowane szybciej. Potem nie mogli opędzić się od gości, co utrudniało im codzienne życie. Obie też nigdy nie wyrzekły się swoich chłopskich, bronowickich korzeni. Prowadziły gospodarstwo, sprzedawały plony, szczególnie na początku, na krakowskim targu, który wtedy mieścił się na placu Szczepańskim. Zawsze chodziły w bronowickich strojach. Ale już dzieci kształciły i ubierały po miejsku. 

Obie wspierały swoich mężów, były im oddane, podobnie jak oni im. Lucjan Rydel mimo ciągłych kłopotów finansowych  rozpieszczał Jadwigę, nie żałował pieniędzy na jej stroje, które, jak się okazuje, były kosztowne. Zmagały się z problemami dnia codziennego, kłopotami z lokum. Zanim Tetmajerowie osiedli w swoim trzecim i ostatnim domu, a Rydlowie ostatecznie w dworku, który dziś znany jest jako Rydlówka, a w którym odbyło się ich wesele uwiecznione, ku utrapieniu nie tylko ich, przez Stanisława Wyspiańskiego, tułali się po różnych miejscach. Towarzyszyły im kłopoty finansowe, bo pieniądze pojawiały się nieregularnie i znikały bardzo szybko. Jadwiga była słabego zdrowia w przeciwieństwie do Anny, której nie nadwyrężyły liczne porody i połogi. 

Ale najbardziej niesamowite są jej wojenne losy. Z najmłodszą córką, jej mężem, dziećmi, teściową trafiła na zesłanie na Syberię. Mimo niewyobrażalnie ciężkich warunków nie straciła ducha, wspierała córkę, która musiała katorżniczo pracować, wierzyła, że wróci do swoich Bronowic. Potem cudem znalazły się wśród rodzin żołnierzy Armii Andersa ewakuowanych najpierw do Iranu, a potem do Indii. A nie była to łatwa droga. Jak się okazuje, niewiele na ten temat wiedziałam. Mimo tych trudów wróciła do swoich ukochanych Bronowic, przetrwała wszystko i dożyła naprawdę sędziwego wieku. Opowieść o tym okresie jej życia jest wzruszająca.

Równie ciekawa jest historia Włodzimierza Tetmajera i Lucjana Rydla, o których coś tam wiedziałam, więcej oczywiście o tym drugim, ale jak się okazuje i tak niewiele. To dla mnie też odkrycie. Tak jak olśnieniem okazało się bajecznie kolorowe malarstwo Tetmajera, którego nie znałam. Widziałam pojedyncze obrazy w muzeach, ale wypadły mi z pamięci. Zgromadzone na jednej wystawie robią wrażenie, barwą, witalnością, tematyką. Nie będę tu pisała o losach obu artystów, wspomnę tylko o tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę. Ich małżeństwa nie były przejawem kaprysu, chwilowej mody, jak się je często przedstawiało, ale wynikiem miłości. Musieli pokonać opór swoich rodzin i ostracyzm krakowskiego towarzystwa. Okazały się udane, a oni na zawsze związali się z Bronowicami i ich mieszkańcami, pozostali wierni temu miejscu, mimo że obracali się także w miejskim i artystycznym środowisku. Uczestniczyli w życiu wsi i zajmowali się także gospodarstwem. Koegzystencję tych dwóch światów widać w obu domach, które wybudowali Tetmajerowie, w Rydlówce i w tym  trzecim, który stał się rodzinną siedzibą i do dziś pozostaje w rękach ich potomków. To zawsze miało być połączenie wiejskiej chałupy i dworku szlacheckiego.

Bardzo ciekawa książka. Wiele się z niej dowiedziałam. Mam nadzieję, że po biografii Boya Monika Śliwińska nie zarzuci swoich zainteresowań epoką i będzie rozszerzała uniwersum, które tworzy w swoich książkach.

Miriam Akavia "Moja winnica"

Książkę Miriam Akavi "Moja winnica" (Wydawnictwo Literackie

2014) miałam od dawna, ale jakoś nigdy się nie składało, aby po nią sięgnąć, aż do niedawna, kiedy po skończeniu "Złotej dziewczynki z Jassów" Cătălina Michuleaca potrzebowałam czegoś lżejszego. Pomysł, żeby na odtrutkę wybrać sagę żydowskiej rodziny, nad którą, jak doskonale dzisiaj wiemy, wisiało fatum przyszłej wojny, może nie był najszczęśliwszy, ale jakoś nie znalazłam niczego innego.

Ale zanim o książce, parę słów o autorce. Miriam Akavia, właściwie Matylda Weinfeld, zwana w domu Maniusią albo Anią, to polska Żydówka urodzona i wychowana w Krakowie w połowicznie zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Językiem jej i jej rodzeństwa od początku był polski, ale rodzina przestrzegała żydowskich świąt, dla ojca religia była ważna, dla matki nieco mniej. Rodzice i dziadkowie wywodzili się z Kazimierza, ale potem, kiedy ojcu zaczęło się wieść finansowo, przenieśli się do centrum miasta, zamieszkali na ulicy Łobzowskiej wśród Polaków, chociaż nie tylko, bo w dwudziestoleciu międzywojennym wielu Żydów, zwłaszcza zasymilowanych, opuszczało Kazimierz i osiedlało się w centrum Krakowa. To zjawisko ma nawet swoją nazwę - marsz na Rynek. Kiedy wybuchła wojna, Miriam Akavia miała dwanaście lat. Trafiła do krakowskiego getta, potem do obozu KL Plaszow (powinno używać się niemieckiej nazwy, więc Plaszow, nie Płaszów), wreszcie do Auschwitz i Bergen- Belsen. Z jej bardzo licznej rodziny ocalało sześć osób! Dwie tak jak ona zamieszkały w Izraelu, trzy osiadły w innych miejscach świata. Pisać zaczęła późno, zadebiutowała, kiedy miała czterdzieści siedem lat. Tworzyła albo po polsku, albo sama przekładała swoje książki z hebrajskiego na język dzieciństwa. Zmarła w roku 2015.

"Moja winnica" to opowieść o żydowskich rodzinach Weinfeldów, Karmelów i Plessnerów, z których wywodziła się autorka. Książka podzielona została na trzy części, w starszych wydaniach znajduje to wyraz w podtytule. Pierwsza obejmuje lata 1909-1920 i opowiada historię dziadków, dzieciństwo oraz wczesną młodość rodziców. Część druga to rok1927, skupiona jest na losach dwóch sióstr ojca autorki, Heli i Hani, oraz na małżeństwie jej rodziców. Kończy się przyjściem na świat małej Ani, czyli Miriam. Część trzecia to lata 1934-1939, opowiada o dzieciństwie autorki, jej starszego rodzeństwa i kuzynki.

Książkę czyta się bardzo dobrze. Losy licznych krewnych, tych najbliższych, sióstr i brata jej ojca, rodziny matki, i tych dalszych, licznych ciotek, wujków, kuzynek i kuzynów, są bardzo interesujące. Dostajemy całą panoramę żydowskich postaw. Wśród jej krewnych byli Żydzi religijni i tacy, którzy stopniowo się asymilowali, szczególnie dziewczęta od dzieciństwa mówiły po polsku, a chłopcy, jak pisze autorka, po żydowsku, czyli w jidisz. Oni też byli bardziej religijni, bo pobierali nauki w chederach czy w jesziwach, a ich siostry chodziły do normalnych szkół. Czuły się Polkami, odzyskanie przez Polskę niepodległości przyjęły z radością, emancypowały się. Byli wśród jej  krewnych syjoniści, którzy szykowali się do wyjazdu do Erec Israel, jej matka Bronka i ciotka Hania, przyjaciółki od dzieciństwa, bundowcy, ciotka Hela, najbardziej samodzielna, wyemancypowana, nieszczęśliwie zakochana, nigdy nie ułożyła sobie życia, i komuniści. 

Życie jej przodków po raz pierwszy zakłócił zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, a właściwie jego konsekwencje, czyli wojna. Jej koniec przyniósł nie tylko odrodzenie Polski, ale też strach przed pogromami. Kiedy młode ciotki autorki w centrum Krakowa stają się świadkiniami wybuchu radości z powodu odzyskanej niepodległości, czują potrzebę przyłączenia się do świętującego tłumu, razem z innymi śpiewają Mazurek Dąbrowskiego. W tym samych godzinach na Kazimierzu żydowscy mężczyźni gromadzą się przed synagogami i tworzą ochotniczą straż, która ma uratować mieszkańców dzielnicy przed pogromem, co się udaje. Z czasem wszystko wskakuje na zwyczajne, codzienne tory. Część krewnych opuszcza Kazimierz, osiedla się w centrum Krakowa. Żyją bezpiecznie, ale raczej w izolacji, trudno nawiązać bliższe relacje z polskimi sąsiadami. Mieszkają na tych samych ulicach, w tych samych kamienicach, a jednak osobno. Inni wyjeżdżają za granicę, często do Niemiec. Jedna z jej ciotek, Rózia, która nagle opuściła miasto, odnajduje się po jakimś czasie w Palestynie. W Polsce narasta antysemityzm, coraz częściej pojawiają się napisy na murach wysyłające Żydów do Palestyny, początkowo szokują i przerażają, potem stają się przezroczyste, niewidoczne. Polacy bojkotują żydowskie biznesy, ale i z tym ojciec Ani i jej wujek jakoś sobie radzą. Potem dochodzi do napadów na Żydów - w jednym z nich zginie ich krewny. W Niemczech karierę polityczną zaczyna robić Hitler, początkowo lekceważony, z czasem coraz groźniejszy. Matka i ciotka Hania od czasu do czasu mówią o wyjeździe do Palestyny, o którym jako zaangażowane syjonistki marzyły w młodości, ale przeszkód jest wiele. Jak porzucić wygodne życie? Dobrze prosperujące interesy? Jak wyrwać dzieci z ich szkół, od przyjaciół? A co ze starą matką? I tak czas płynie, temat wyjazdu od czasu do czasu wraca, ale nigdy się nie konkretyzuje. Tylko nieliczni krewni zdecydują się na opuszczenie Polski i Europy. 

Jak wspominałam, książkę czyta się bardzo dobrze, ale świadomość, jak ta historia musi się skończyć, ciąży nad lekturą. Im bliżej końca, tym bardziej. Jest taka dramatyczna scena na dworcu pod koniec sierpnia 1939 roku, ostatni moment, kiedy rodzina Ani może wyjechać, wsiąść do jednego z ostatnich pociągów, którymi da się opuścić kraj. Tym razem ojciec jest gotów, ale Bronka nie czuje się na siłach, jest zmęczona po powrocie z letniska, martwi się o starą matkę. Chwila wahania, rozterek i okienko możliwości się zamyka. Potem jest za późno. Jaki był finał, wiemy.

Chcę jeszcze koniecznie wspomnieć jeden poruszający fragment, bardzo współgrający z tym, co teraz. To stosunkowo słabo w Polsce znana historia wypędzenia z Niemiec jesienią 1938 roku siedemnastu tysięcy polskich Żydów. Słabo znana, bo wstydliwa - polskie władze nie chciały ich przyjąć. Przez jakiś czas koczowali pomiędzy granicami, potem zostali wpuszczeni do czterotysięcznego Zbąszynia, gdzie z pomocą przyszli im mieszkańcy i organizacje żydowskie, ale nie władze. Część dołączyła do swoich rodzin w innych miejscach w Polsce. W takiej sytuacji znaleźli się krewni autorki. Większość z nich nie mówiła po polsku, ci zasymilowani nie znali też jidysz. To preludium Zagłady.

Książka napisana jest nieco staroświecko, co początkowo trochę mi przeszkadzało, ale potem się przyzwyczaiłam i dałam się porwać ciekawej rodzinnej historii. Może dlatego wszystkie tragedie, poza tą ostateczną, nie wybrzmiewają dostatecznie mocno. A może taki był zamysł autorki, która chciała skupić się na zwyczajnym życiu, ocalić je, przywrócić, a nie rozdrapywać rany? Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie przed laty lektura "W ogrodzie pamięci"  Joanny Olczak-Ronikier. Jak bardzo dotarła do mnie wtedy świadomość, że nawet zasymilowani Żydzi, którzy czuli się Polakami, byli odtrącani, skazani na izolacji. Ale może zadziałała tak silnie dlatego, że była to pierwsza książka, która uświadomiła mi los polskich Żydów, także tych, którzy nie żyli jeszcze w cieniu Zagłady. I chyba był to moment, kiedy zaczęłam się tym tematem interesować i stopniowo sięgać po inne lektury.

"Moja winnica" to znakomita książka dla młodego pokolenia i dla tych, którzy niewiele wiedzą o życiu żydowskiej diaspory w Polsce. Dodatkową przyjemność mają czytelniczki i czytelnicy z Krakowa, bo przecież to po kazimierskich i krakowskich ulicach chodzili przodkowie Miriam Akavi  i ona sama. 

Popularne posty