"Belfast"

"Belfast" Kennetha Branagha to film, który koniecznie trzeba obejrzeć. Obraz konfliktu latami toczącego Irlandię Północną. Właściwie wojny domowej, która swoje korzenie miała przede wszystkim w różnicach religijnych. A wszystko to widziane oczami chłopca, Buddy'ego, który razem z rodzicami i bratem mieszka na ulicy, gdzie żyją zgodnie rodziny katolickie i protestanckie. jego najbliżsi i on to protestanci. Ojciec pracuje w Wielkiej Brytanii, przylatuje do domu co jakiś czas. Matka wychowuje dzieci. W pobliżu mieszkają dziadkowie i inni krewni. Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1969, kiedy konflikt zaczyna narastać. Jesteśmy świadkami napaści protestanckich bojówek na mieszkania katolickich rodzin, które wcześniej zostały oznakowane. Mieszkańcy spokojnej dotąd uliczki, na której dzieci, niezależnie od wyznania, mogły się wspólnie bawić, nagle przeżywają szok. Powstaje barykada, niektóre rodziny katolickie decydują się przeprowadzić. Zaczyna działać mechanizm - kto nie z nami, ten przeciwko nam. Protestanckie rodziny muszą się opodatkować na protestanckie bojówki. Stoisz z boku, nie podoba ci się przemoc, uważaj. Na razie cię ostrzegamy, potem wyciągniemy konsekwencje. Od razu przypomniała mi się znakomita powieść baskijskiego pisarza Fernando Aramburu "Patria", gdzie został pokazany podobny mechanizm. Ojciec Buddy'ego chce, aby przeprowadzili się do Wielkiej Brytanii. Ale jak tu wyjechać, kiedy w Belfaście jest rodzina, przyjaciele, znajomi, szkoła, koledzy, wspólne zabawy i koleżanka? Jak to wszystko zostawić i pojechać w nieznane? Gdzie nikt nas nawet nie zrozumie, chociaż mówimy po angielsku? Gdzie nie będzie nauczycielki, którą Buddy bardzo lubi? I przecież trzeba dokończyć projekt o Księżycu robiony wspólnie z ukochaną koleżanką!

Ten czarno-biały lekki, sympatyczny, pełen humoru, nostalgiczny film opowiada o sprawach bardzo poważnych. Wydarzenia pokazywane z punktu widzenia małego dziecka, w dodatku przeuroczego - trudno się oprzeć jego urokowi i szerokiemu uśmiechowi - pozwalają widzowi zbliżyć się do człowieka. Pokazać w filmowym skrócie, z jakimi dylematami muszą mierzyć się dorośli i jak to działa na dzieci. Wprawdzie barykada zbudowana na ulicy i uliczne zadymy stają się elementem zabawy, ale to tym gorzej. Bo dzieci zaczynają przesiąkać nienawiścią. Jeśli tak dalej pójdzie, przemoc stanie się dla nich chlebem powszednim. To dlatego ojciec Buddy'ego chce koniecznie wyjechać. Aby uciec i aby wyrwać swoich synów ze spirali przemocy i nienawiści. Na razie o różnicach religijnych rozmawia się jak o drobnych dziwactwach, katolickich sąsiadów się lubi, ale jak długo jeszcze? Kiedy uroczy Buddy sięgnie po kamienie? Kiedy wrzuci zapaloną pochodnię do mieszkania swojej katolickiej koleżanki? Na razie to, co robi, w dobrej wierze, nieświadomy, w czym tak naprawdę uczestniczy, budzi uśmiech na twarzy widza, ale to zapowiedź czegoś strasznego. 

No i jest jeszcze w filmie Kennetha Branagha coś, co, szczególnie dziś zupełnie nieoczekiwanie, chwyta za serce. To ta trudna decyzja - wyjechać, zostawiając wszystko - rodzinę, przyjaciół, mieszkanie, cały swój dobrze znany świat i zaczynać wszystko od nowa w nowym środowisku czy zostać? Oczywiście w tym wypadku ta decyzja nie jest tak dramatyczna. Nie uciekają przed bombami, nie muszą pakować się w pośpiechu do jednej walizki, a ojciec może spokojnie przygotować w nowym miejscu grunt pod przeprowadzkę. Ale kiedy na końcu czytam dedykację: Dla tych, którzy wyjechali. i drugą: Dla tych, którzy zostali. (Cytaty z zawodnej pamięci. Była jeszcze trzecia, ale wyleciała mi z głowy.), nie potrafię nie myśleć o tych wszystkich, którzy uciekali, uciekają i uciekać będą przed wojnami, przemocą i niesprawiedliwością.       

Magdalena Grochowska "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I)

Chociaż jestem wielką fanką pisania Magdaleny Grochowskiej, a

stało się tak, kiedy przeczytałam książkę "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" jej autorstwa, jakoś nie miałam ochoty sięgać po kolejną biografię, która wyszła spod jej pióra - "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I) (Dowody na Istnienie 2021). Dlaczego? Bo życie poety wydało mi się na nieinteresujące, zwyczajne, żeby nie powiedzieć nudne. No może wypadałoby przeczytać, to przecież ważny artysta, jeden z kamieni milowych polskiej poezji i dramatu dwudziestego wieku, myślałam, ale wielką chęcią nie pałałam. Do czasu. Bo kiedy usłyszałam pierwszą rozmowę Magdaleny Grochowskiej o jej najnowszej książce, o zmaganiach z biografią poety i dramaturga, od razu zmieniłam zdanie. I nie żałuję. To, co wydawało mi się nudne i zwyczajne, okazało się fascynujące i dramatyczne.

Ale początki nie były łatwe. Magdalena Grochowska w swoich obu książkach, tej o Giedroyciu i drugiej, jaką przeczytałam, "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke" przyzwyczaiła mnie do innego sposobu pisania. Przezroczystego - jej, reporterki, biografki, w tych pozycjach nie było. Tymczasem tu jest inaczej, szczególnie na początku. Zanim zacznie na dobre opowiadać o Różewiczu, zwierza się z trudności, na jakie napotykała w swojej pracy. Z tego, że poeta się jej wymykał, że trudno go było namierzyć, że zacierał ślady, ukrywał to, co ważne. I nie byłoby w tym nic złego, bo mnie obecność reportera w reportażu nie przeszkadza, byle z umiarem, gdyby nie język, jakim posługuje się Grochowska w pierwszych rozdziałach, tych, które są takim swoistym rozbiegiem do prawdziwej biografii. Powiem wprost - jest to język egzaltowany, barokowy, pełen niedomówień. Na szczęście to tylko początek, potem jest bardzo, bardzo ciekawie. Jakbym otwierała jakąś niezapisaną księgę. To, co w szkolnych podręcznikach, leksykonach i encyklopediach sprowadza się do jednego suchego zdania, dzięki pracy biografki zostaje rozwinięte, a przed czytelnikiem odkrywa się cały dramat losu Różewicza. Uwielbiam takie odkrycia. 

Napisałam, że jest to książka bardzo, bardzo ciekawa, ale jest też bardzo, bardzo smutna. Ta biografia boli! Dlaczego? Z kilku powodów. Wojna sprawiła, że potem już nic nie było takie samo. Partyzantka, która wcale nie była doświadczeniem romantycznym, o czym odważył się Różewicz napisać w swoim dramacie "Do piachu", za który oberwał srogo, a i dziś, gdyby go wystawiono, rzuciliby się na niego obrońcy ojczyzny i strażnicy jedynej słusznej wersji przeszłości. Dezercja. Śmierć starszego brata, utalentowanego poety. No właśnie - to jedno z odkryć. Doskonale wiedziałam, że Różewicz miał brata Stanisława, cenionego reżysera filmowego, ale nigdy nie słyszałam o najstarszym, Januszu, który dla poety był wzorem, autorytetem, opiekunem. Ale wojenny dramat Różewicza nie sprowadzał się tylko do tego. To także śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie groziło jego matce z racji pochodzenia - była Żydówką. Co z tego, że jeszcze w młodości przeszła na katolicyzm i czuła się Polką, dla hitlerowców nie miało to żadnego znaczenia. Niebezpieczeństwo groziło także jej dzieciom, bo i one według prawa okupanta były Żydami. Również jej mężowi, bo według tego samego rozumowania ukrywał ich. I o tym, o powikłanej, tragicznej i fascynującej historii jego matki, o tym, że unikał tematu jej pochodzenia, także nie miałam pojęcia. Grochowska zastanawia się, czy ma prawo o tym pisać, skoro  poeta o tym nie mówił. A nie mówił z oczywistych powodów. Mimo tego znaleźli się dobrze poinformowani, którzy wielokrotnie w różnych miejscach przy jego nazwisku rysowali gwiazdę Dawida. Dlatego autorka pyta, a odpowiedzi otrzymuje różne, w końcu jednak dochodzi do wniosku, że biografia poety byłaby skłamana bez opowieści o jego korzeniach .

Wojna, która zdewastowała Różewicza, zniszczyła jego świat, młodość, plany, odebrała szansę na normalny rozwój, położyła się też cieniem na dalszym życiu. Przed poetą rozwarła się czarna jama rozpaczy, beznadziei, braku poczucia sensu. Dlatego uznał, że nie da się już pisać tak jak kiedyś, ładnie, nie był jedyny, który tak sądził, stworzył swój wiersz, nazywany nawet od jego nazwiska różewiczowskim. Ten sposób pisania, niepoetycki, jak pisze Grochowska, niemal reporterski, początkowo przysporzył mu wrogów. Dlatego między innymi poeta trzymał się na uboczu środowiska literackiego. Znacznie bliżej było mu do malarzy. Źle się czuł w słynnym kołchozie pisarzy na Krupniczej w Krakowie, gdzie na jakiś czas i on znalazł swoją przystań. Miał też silne poczucie nieprzystawalności - studiował, ale dziwiło go, że po tym, co się stało, można normalnie żyć, zdawać egzaminy, uczyć się, wymagać. Był rozdwojony - czuł, że świat się skończył, że nie uchroniła ludzi ani religia, ani sztuka, ale z drugiej strony zaczął studiować właśnie historię sztuki, aby odbudować wiarę w jej moc i w człowieka. Powinien milczeć, a jednak nie potrafił i pisał. Można by o nim powiedzieć to, co on powiedział o swoim przyjacielu - przeżył piekło, a jest kochankiem życia. Lubił podkreślać też swoją prowincjonalność. Jeszcze bardziej na boczny tor odsunęła go świadoma decyzja, aby zamieszkać w Gliwicach, które wtedy, kilka lat po wojnie, zupełnie nie przypominały miasta, jakim są dziś. Wojenne doświadczenia, niezrozumienie, krytyka, osobność to powody, dla których, jak napisałam, ta biografia mnie bolała. 

Ale to nie jest tak, że Różewicz był tylko szlachetnym męczennikiem. Ta książka nie została napisana na kolanach, nie jest hagiografią. Autorka pokazuje też mniej sympatyczną twarz poety. Pisze o jego stosunku do kobiet, który dziś trudno zaakceptować. Miał ogromny szacunek dla kobiet starych, dla matek Polek - figura matki, starej kobiety zajmowała ważne miejsce w jego twórczości. Był silnie związany ze swoją matką i teściową, obie mieszkały do swojej śmierci u Różewiczów. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w stosunku do młodych kobiet był po prostu mizoginem. Grochowska przytacza na to dowody - cytaty z listów, wywiadów, audycji. Jeden sięga nawet roku dwutysięcznego! Nie był też najlepszym ojcem. Zajmowanie się domem i dziećmi spadało na żonę. On pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Często był też nieobecny, bo wiele podróżował. Te wojaże również mogą być źródłem zastrzeżeń - korzystał z możliwości, jakie stwarzało literatom komunistyczne państwo. Oczywiście nie on jeden. Rażą jednak Grochowską jego reportaże z Węgier - jakby nie dostrzegał tragedii rewolucji 1956 roku, jaka się tam rozegrała. 

Autorka jak zwykle ma za sobą ogromną pracę. Przekopała się przez dokumenty, próbowała przyszpilić swojego bohatera, szukając tropów w jego twórczości, rozmawiając z przyjaciółmi, rodziną, która udzieliła jej wsparcia, znawcami jego życia i twórczości. Jeździła też śladami poety, o czym opowiada, przybliżając czytelnikowi miejsca dla niego ważne. Warto też dodać, że nie jest to biografia ortodoksyjnie chronologiczna - poszczególne rozdziały, chociaż wyznaczane etapami jego życia, podporządkowane są bardziej problemom, dlatego autorka wybiega w przód, aby w potem znowu się cofnąć. 

Bardzo ciekawa, chociaż emocjonalnie niełatwa, lektura. Czekam na drugi tom, który dopiero powstaje.   

Filmowe remanenty - "Matki równoległe", "Wszystko poszlo dobrze"

Dawno, a nawet bardzo dawno, nie pisałam o kinie. Nie pamiętam, czy oprócz filmów, o których dzisiaj, coś w tym czasie widziałam. Jeśli tak było, to najwyraźniej nie zrobiło na mnie wrażenia, skoro nie zapamiętałam tytułu. Teraz jednak zmobilizowałam się, aby podzielić się refleksjami o jednym gorącym tytule, który premierę miał w ten weekend, i drugim, który jeszcze wciąż na ekranach kin można obejrzeć.

Ta świeżynka to "Matki równoległe" Pedro Almodovara, jednego z moich ulubionych reżyserów. Premierę ze względu na pandemię odkładano, ale film można było obejrzeć na pokazach przedpremierowych, przynajmniej w moim ulubionym kinie. Nie mogąc się doczekać, wybrałam się na taki seans. Czas był świąteczny i pewnie dlatego wtedy na gorąco nie podzieliłam się swoimi refleksjami. Ale chyba nie tylko taki był powód. Cóż, film, który zbiera skrajne głosy - od zachwytów do batów - nie powalił mnie na kolana, pozostawił dość obojętną i nie bardzo wiedziałam, jak go ugryźć. Przyznam, że po znakomitym "Bólu i blasku" spodziewałam się czegoś równie dobrego. Wprawdzie mój ulubiony reżyser bywał już w znacznie gorszej formie, czasem nawet żenująco złej, ale "Matkom równoległym" daleko do jego największych osiągnięć. Mimo że znaleźć tu można to, za co go tak uwielbiam - pokręconą historię, nieoczywistość losów bohaterek, kiczowaty sentymentaliz i kolory, kolory, których we wszechobecnej szarzyźnie potrzebuję jak kania dżdżu - jakoś to wszystko nie działa. Ogląda się z przyjemnością, potem jednak zapomina. Z przykrością to piszę. Może Almodovar chciał za dużo? Może połączenie w jednym filmie problematyki historyczno-politycznej - poszukiwanie grobów zaginionych w czasie hiszpańskiej wojny domowej - z opowieścią o różnym podejściu do macierzyństwa po prostu się nie klei? Niby w scenariuszu wszystko się zgadza, a jednak znać szwy. Oczywiście miłośnicy Almodovara, a właściwie nie tylko oni, powinni "Matki równoległe" zobaczyć, bo, jak wspominałam, bardzo dobrze się je ogląda, poza tym jest o czym pomyśleć, no i warto wyrobić sobie swoje zdanie. Przecież niektórzy się zachwycają.

Za to najnowszy film Francoisa Ozona "Wszystko poszło dobrze" polecam gorąco. Chociaż dotyczy eutanazji, tematu ciężkiego, a w Polsce tabu, to wbrew pozorom ma w sobie wdzięk francuskiego kina. Jednym słowem ładny film o ważnej sprawie. Jest to historia sióstr, których ułożone życie rodzinne i zawodowe przerywa nagła wiadomość o chorobie ojca. Bogaty przemysłowiec i kolekcjoner dzieł sztuki w wyniku udaru został częściowo sparaliżowany. I wprawdzie stopniowo jego stan się poprawia, ale nigdy już najprawdopodobniej nie odzyska dawnej sprawności. Zawsze będzie zdany na pomoc innych i nie będzie mógł żyć jak dotąd. Zrezygnowany prosi jedną z córek o eutanazję, która we Francji jest nielegalna. Film pokazuje całą komplikację związaną z jego życzeniem, a właściwie żądaniem. Bo, jak mówią córki, ojcu nie da się odmówić. Od spraw organizacyjnych, przez pytania, czy powinien, a właściwie, czy ma prawo, po uczucia obu córek. Bo przecież jego sytuacja wcale nie jest taka zła. Po pierwsze ma pieniądze i może sobie pozwolić na doskonałą opiekę. Po drugie odzyskał częściową sprawność - może poruszać się na wózku. Czy wobec tego ma prawo do takiej decyzji tylko dlatego, że nie będzie się już cieszył pełnią życia? Być może najważniejsze pytanie brzmi - czy w takiej sytuacji ma prawo narażać swoje córki i stawiać je w niezwykle trudnej dla nich, także emocjonalnie, sytuacji? A z wielu powodów jest ona nie do pozazdroszczenia. Naprawdę niełatwo odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Wiem, jak czuje się człowiek, który nagle musi przestać prowadzić życie, jakie uwielbiał. I wiem, że jedni potrafią się z tym pogodzić i powiedzieć sobie - trudno, przecież mogło być gorzej - a inni nie są w stanie tego zaakceptować. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak czują się córki postawione wobec takiego żądania. Mądry, wyważony, niebanalny film. A kto lubi Sophie Marceau, ma dodatkowy powód, aby go obejrzeć. 

PS. "Wszystko poszło dobrze" znakomicie współgra z szeroko komentowaną książką Mateusza Pakuły "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję". Nie czytałam, ale wiele słyszałam, także bardzo ciekawą rozmowę z autorem. Pewnie powinnam sięgnąć. Może to zrobię.

Antonio Lobo Antunes "Zadupia"

Skuszona entuzjastyczną recenzją jednego z cenionych przeze mnie

krytyków sięgnęłam po powieść "Zadupia" słabo znanego w Polsce portugalskiego pisarza Antonia Lobo Antunesa (Noir sur Blanc 2021; przełożył Wojciech Charchalis). Przed wielu laty, ściślej rzecz biorąc na początku naszego wieku, ukazały się w innym wydawnictwie jego dwie książki, a potem cisza. Nie przypuszczam, aby dziś ten sam wydawca, który w międzyczasie przekształcił się w koncern wydawniczy, zdecydował się na publikację tych tytułów. Ciekawa jestem, czy Noir sur Blanc pójdzie za ciosem i doczekamy się innych książek tego ważnego dla literatury portugalskiej pisarza. W tym miejscu kilka słów o nim. 

Urodził się w roku 1942, z wykształcenia jest lekarzem psychiatrą. Ma za sobą, jak całe pokolenie portugalskich mężczyzn, traumatyczne doświadczenie wojny w Angoli, która przez wiele lat usiłowała wyrwać się spod portugalskiego kolonialnego buta. W swojej twórczości rozlicza się właśnie z przeszłością swojego kraju. A "Zadupia" są opowieścią o dewastującej sile wojny. Dodajmy - bezsensownej wojny. Dla Portugalczyków. 

Od razu napiszę, że nie jest to rzecz dla każdego. Ze względu na formę i język wymaga skupienia i wysiłku. Nie można jej czytać z doskoku, ale też nie da się tej ledwie ponad dwustu stronicowej książki połknąć w dwa, trzy dni. Lektura stawia opór i z konieczności jest powolna. Kłopot przede wszystkim sprawia język - najczęściej, bo nie zawsze, nasycony metaforami i porównaniami. Do tego długie, wielokrotnie złożone zdania z dowolnie traktowaną interpunkcją. Nie raz, nie dwa wracałam do początku, aby złapać ich sens, aby zrozumieć, czemu służy rozbuchane obrazowanie. Ten nadmiar może razić, ale jest przecież celowy. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu autor osiąga melancholię i smutek, jakie przenikają tę książkę. Słychać dźwięki portugalskiego fado. Do tego dochodzi dystans do opowiadanych zdarzeń, ale z drugiej strony nieprawdopodobnie silne emocje, które co jakiś czas dają o sobie znać. ... proszę przedstawić jakieś wyniki, które można pokazać - przemawiał pułkownik, a my mieliśmy do pokazania tylko amputowane nogi trumny żółtaczki malarie zmarłych pojazdy zmienione w harmonię rupieci. (interpunkcja oryginału) Melancholia i dystans przywołują skojarzenia z "Casablancą". W pewnym momencie narrator porównuje się do Humphrey'a Bogarta. Ale uwaga - w żadnym razie nie jest to wzruszający, wyciskający łzy melodramat. Chyba że a rebours - bo miłości bohatera rozpadały się w nie tak romantyczny sposób. Zniszczyła je wojna i jej skutki.

Ale trud włożony w czytanie tej powieści zostaje wynagrodzony. To rzeczywiście rzecz znakomita i niepozostawiająca czytelnika obojętnym. Proza tak skondensowana i gęsta, że aż roi się od celnych stwierdzeń. Zaznaczyłam sobie wiele cytatów i chętnie przywołałabym tutaj wszystkie, no ale ze względu na szczupłość miejsca i wytrzymałość osób czytających tę notkę nie zrobię tego. Ale jakieś (jeszcze) będą.

Narratorem jest mężczyzna opowiadający przygodnie spotkanej kobiecie, z którą spędzi noc, swoje wspomnienia z wojny, swoje życie. Robi wrażenie człowieka starego, który wszystko ma już za sobą, chociaż jeśli uważnie śledzi się tok narracji, można się zorientować, że opowiada o zdarzeniach, które miały miejsce sześć lat wcześniej. A na wojnę poszedł, mając dwadzieścia kilka lat! Dlaczego tak jest? Bo wojna zdewastowała jego życie, sprawiła, że stał się ruiną człowieka. Pozbawiła go planów, marzeń, sensu, zniszczyła rodzinę.  ... mam dwadzieścia kilka lat, jestem w połowie życia i wszystko wydaje mi się zawieszone  wokoło mnie ... Marzył o zostaniu pisarzem, ale Nigdy słowa nie wydawały mi się tak powierzchowne jak w tym czasie popiołów, pozbawione sensu, który zwykle im nadawałem ...  Chociaż od powrotu z Angoli minęło kilka lat, wciąż wracają do niego te same obrazy śmiertelnie rannych kolegów - żołnierza, który strzelił sobie w głowę, ale zrobił to tak nieumiejętnie, że umierał kilka godzin, innego, który błagał go o to, aby wymyślił mu jakąś chorobę, która odeśle go do domu, bo jeśli nie, to skończy ze sobą, jeszcze inny siedział przy drodze i rękami podtrzymywał swoje wnętrzności, bo pocisk rozerwał mu brzuch. A on, wojskowy lekarz, nie był w stanie im pomóc. Niewiele mógł zrobić. Jak pisze, naprawiał igłą i nitką bohaterskich obrońców imperium.

Jak już wspominałam, z jednej strony jest to opowieść nasycona smutkiem, melancholią, cynicznym dystansem, z drugiej wściekłością. Wściekłością na bezsensowną wojnę, na zmarnowane życie. Dawno nie czytałam książki, która w tak znakomity sposób obnażałaby absurdy wojny. Szczególnie takiej - kolonialnej, niesprawiedliwej, toczonej z powodu widzimisię polityków, którzy nie potrafią wyrzec się mocarstwowych zachcianek i ambicji. Bohater pisze wprost, że to nie jego wojna, że został do niej zmuszony jak tysiące innych portugalskich mężczyzn. Ale przecież, jak zawsze, są równi i równiejsi. Politycy, bogaci przemysłowcy i ich synowie nie muszą walczyć. Ci pierwsi decydują o losie innych, ci drudzy na wojnie zbijają majątki. Kto tak naprawdę morduje bohatera i współtowarzyszy jego losu - partyzanci czy Lizbona w imię wielkiej polityki? Narrator wyrzuca z siebie swój gniew, jakby wyrzygiwał wściekłe słowa. Nagle kunsztowny język pełen poetyckich obrazów zostaje rozbity przez dosadne słownictwo skurwysyny, dojebać [polityków] w dupę. Po chwili znów jest sobą - ... co oni zrobili z moim narodem, co oni zrobili z nami, że tak siedzimy (...) na ziemi, która do nas nie należy, umieramy na malarię i od kul ...

Autor znakomicie oddaje absurd wojny. Narrator nagle zostaje wyrwany ze swojego świata i przeniesiony dziesięć tysięcy mil od Lizbony,  Portugalii,  rodziny i trafia w miejsce zupełnie mu obce. Obce pod każdym względem - klimatycznym, krajobrazowym, kulturowym. I musi się bić, bronić sprawy, która nie jest jego sprawą. I znowu jak we śnie wracają obrazy, tym razem nędzy i cierpienia miejscowej ludności. Absurd jest podwójny - bo z jednej strony dla niego wieści z domu są jak wiadomości z innego świata, z drugiej strony jego bliscy, którzy zostali w Portugalii, nie są w stanie wyobrazić sobie, co przeżywa on i współtowarzysze jego losu. Nikt, kto tam nie był, nie zrozumie, z czym się mierzyli, czego świadkami byli. To niemożliwe. Ta niekompatybilność doświadczeń czyni z niego i takich jak on ludzi samotnych, oderwanych od świata, wyobcowanych. Tym dotkliwsza jest trauma, bo nikt jej nie rozumie. Dla rodziny, rodziców, ciotek, wujków, babek i dziadków był powodem do dumy. Wojna miała zrobić z niego mężczyznę. Tymczasem wykorzeniła go z poprzedniego życia, nigdzie już nie należy, jest potwornie samotny. Wrócił chudy, co z przykrością stwierdzili rozczarowani krewni. A przecież miał stać się mężczyzną! Nie zdają sobie sprawy, że chudość to jego najmniejszy problem.

Bo jakiego mężczyznę miała z niego zrobić wojna? Nieczułego, bezrefleksyjnego, posłusznie podporządkowującego się rozkazom z Lizbony? Tchórzliwego oportunistę, który nie stanie w obronie gnębionych, upokarzanych i mordowanych, bo chce wrócić z tej wojny do swojego świata? Okrutnego i bezwzględnego? Takiego, z którego wychodzi zwierzę? Który gwałci, poniża, upokarza i morduje? Jeśli o taką męskość chodziło,  to się udało. 

... wojna (...) skazywała nas na nędzę rozpaczy i czyniła z nas ponure, rozżalone bydlęta, gwałcące kobiety oparte o zimną, lustrzaną biel glazury ... 

Znakomita, dająca do myślenia, działająca na emocje pacyfistyczna powieść. I nie ma znaczenia, że opowiada o jakiejś konkretnej wojnie. Jest po prostu uniwersalna. Może także dzięki swojej formie, która przenosi doświadczenia bohatera w rejony szersze niż tylko portugalskie. Warto zadać sobie trud, znaleźć czas i skupienie, aby ją przeczytać. 

PS. Świetny jest też wstęp Wojciecha Charchalisa, który przystępnie i zwięźle pokazuje tło historyczne, z którego wyrasta ta powieść - odkrycia geograficzne, kolonialne podboje, czasy dyktatury Salazara, Nowego Państwa, a wreszcie konwulsji kolonialnego, imperialnego świata. 

Katarzyna Wężyk "Aborcja jest"

 Nie od razu zdecydowałam się na lekturę książki Katarzyny Wężyk

"Aborcja jest" (Agora 2021). Poglądy w tej sprawie mam sprecyzowane, uważam, że to decyzja kobiety, prawo powinno zostać zliberalizowane, powtarzam zliberalizowane, nie mam więc na myśli powrotu do zgniłego kompromisu, który obowiązywał do jesieni 2021, podpisałam się pod społecznym projektem ustawy o legalnej aborcji. Dlatego wydawało mi się, że nie mam powodu, aby sięgać po reportaż Katarzyny Wężyk, no bo po co przekonywać przekonanego, kiedy tyle innych książek czeka w długiej kolejce, wciąż i wciąż przybywają nowe, więc z czegoś trzeba zrezygnować. Chociaż przyznać muszę, że od początku kusiła mnie warstwa historyczna. Jaki był stosunek do aborcji kiedyś? Jak kobiety zapobiegały ciąży? Dlatego w końcu uległam. Kiedy książka dostała nagrodę Grand Press w kategorii Reporterska Książka Roku, postanowiłam przeczytać. I nie żałuję. Powodów jest kilka.

Po pierwsze zaspokoiłam swoją historyczną ciekawość. Autorka, zaczynając od starożytności, opowiada o tym, jak zmieniał się stosunek do aborcji i jakimi metodami dysponowały kobiety, aby nie zajść w niechcianą ciążę. Relacjonuje dyskusje toczone nie tylko wśród teologów na temat tego, od kiedy płód staje się dzieckiem. Ten historyczny rys pokazuje, jak seksualność kobiet od zawsze była narzędziem sprawowania nad nimi władzy, a stosunek do ich praw reprodukcyjnych, a więc i do aborcji, podporządkowywano rozmaitym celom, ale nigdy nie chodziło o dobro kobiet. Bo nawet w starożytności, kiedy dzieciobójstwo, porzucanie noworodków i aborcja były czymś powszechnym, a tę ostatnią traktowano jak jeden ze środków zapobiegania ciąży, decyzja o usunięciu płodu nie należała do kobiety, tylko do jej męża. Jeśli miał już męskiego potomka, najczęściej nie widział problemu. Od czasów średniowiecza za sprawą Kościoła seks uznany został za coś grzesznego. Miał służyć tylko prokreacji, nie przyjemności, a ideałem stała się wstrzemięźliwość. Ale dopiero w 1917 Kościół uznał aborcję za zabójstwo, wcześniej był to po prostu grzech. I nie tylko Kościół mieszał w tym kotle. Wraz z rodzącym się kapitalizmem kobiety miały stać się inkubatorami dostarczającymi siły roboczej, a kiedy w XIX wieku zaczęła rodzić się idea państw narodowych, ich zadaniem było rodzenie nowych obywateli - najlepiej chłopców, żołnierzy. No a w krajach takich jak Stany Zjednoczone koniecznie białych. Swoje dołożyli lekarze - ciąża i poród stały się sprawą mężczyzn, bo wraz z rozwojem medycyny odebrano tę sferę kobietom, akuszerkom i położnym. Długo jednak kwestii przerywania ciąży nie regulowało prawo, dopiero w XIX wieku państwa stopniowo wprowadzały jej zakaz i kryminalizację. Mimo władzy Kościoła, a potem państwa, aborcja zawsze była, a dzietność systematycznie spadała. I zawsze najlepiej radziły sobie z problemem kobiety zamożne, a najgorzej ubogie, a szczególnie piętnowano samotne. Bo jak to tak - była grzeszna przyjemność, której skutkiem jest ciąża, a nie ma kary? Co ciekawe w powszechnej świadomości długo termin aborcja stosowano do usuwania płodu nazywanego ożywionym, czyli takiego, który już się rusza. Przerywanie ciąży we wcześniejszych tygodniach określano doskonale nam znanym terminem - przywracanie menstruacji.

Po drugie Katarzyna Wężyk bardzo dokładnie, krok po kroku, pokazała, jak to się stało, że po roku 1989 w czasie transformacji peerelowską liberalną ustawę dotyczącą przerywania ciąży zastąpiono nową nazywaną jeszcze do niedawna dość powszechnie kompromisem aborcyjnym. I znowu prawa kobiet, jak zawsze w historii i nie tylko w Polsce, stały się elementem jakiejś gry i z naszym zdaniem nikt się nie liczył. Po prostu przehandlowano je, nie tylko te reprodukcyjne, za poparcie Kościoła dla transformacji, a potem wejścia do Unii. Ale może najbardziej istotne jest uświadomienie sobie, jak ważny był język. Bo to język sprawił, że, poza  najbardziej świadomymi spośród nas, dałyśmy sobie zrobić wodę z mózgu, wtłoczyć w poczucie winy i pogodzić się z tym zgniłym kompromisem. Zamiast płodu, pojawiło się dziecko, które matka nosi pod sercem (brr, takiej dawki egzaltacji nie jestem w stanie znieść), zamiast przerwania ciąży czy aborcji morderstwo i cały ten dyskurs o cywilizacji śmierci. Muszę przyznać, że bardzo mało pamiętam z tamtych wydarzeń. Jakby lata dziewięćdziesiąte w mojej pamięci zasnuła jakaś mgła. Jakbym je wyparła, zapomniała. Dlatego rozdziały, w których autorka opowiada o polskiej potransformacyjnej bitwie o aborcję, były dla mnie bardzo ciekawe, chociaż wcześniej wydawało mi się, że nie będą już tak interesujące, bo wszystko przecież wiem. Myliłam się.

Po trzecie Katarzyna Wężyk oddaje głos kobietom, które miały aborcję. Rozdziały historyczne przeplecione są ich zwierzeniami. To bardzo różne historie. Mamy tu pełne spektrum losów i powodów, dla których kobiety zdecydowały się ciążę usunąć. Jedne były w takim momencie życiowym, że nie chciały albo wręcz nie mogły sobie pozwolić na dziecko, inne dzieci w ogóle nie planowały, a antykoncepcja zawiodła. O aborcji mówią też kobiety, które na dziecko czekały, ale płód miał wady letalne. Te przeżywały największe dylematy i tragedie. Najbardziej jednak wstrząsające w tych opowieściach jest zmaganie kobiet o wyegzekwowanie przysługującego im prawa. Bo w tej ostatniej grupie wszystkie miały do tego prawo, a jednak lekarze robili wiele, aby ciąży nie usunąć. Jedne znalazły w sobie tyle siły, aby walczyć, nawet w sądzie, inne, obawiając się mitręgi, wolały wziąć sprawę w swoje ręce mimo przysługującego im prawa do aborcji. Katarzyna Wężyk bardzo mocno pisze o lekarzach, którzy obok Kościoła i polityków zgotowali kobietom w Polsce taki los. Ich udział w zaostrzeniu prawa jest ogromny. Najbardziej wstrząsnęła mną historia, szeroko kilka lat temu opisywana, zgwałconej nastolatki, której obrońcy życia urządzili piekło, zanim w końcu znalazł się szpital, który zrobił zabieg. O swojej aborcji opowiadały też kobiety, które miały ją jeszcze w czasach PRL-u, kiedy obowiązywało liberalne prawo.

Uważam, że "Aborcja jest" to lektura obowiązkowa, bo jak powiedziała Beata Stasińska:  Materiał dowodowy jest w tej książce wstrząsający. Mamy wreszcie książkę, która odczarowuje temat.

Magdalena Parys "Tunel"

Do lektury którejś z powieści Magdaleny Parys przymierzałam się

od czasu do czasu, zazwyczaj, kiedy przy okazji promocji jej kolejnej książki wpadł mi w ręce, albo w ucho, wywiad z autorką. Najwyraźniej nie było to pragnienie bardzo silne, skoro dotąd nic z tego nie wyszło. I pewnie nie wyszłoby nadal, gdybym nie natknęła się na super atrakcyjną promocję "Tunelu" (Agora 2020), pierwszej części Trylogii Berlińskiej. Pierwsze wydanie to rok 2011, w międzyczasie ukazały się dwa kolejne tytuły cyklu, "Magik" i "Książę". Jeśli ktoś o autorce nie słyszał, informuję, że Magdalena Parys to polska pisarka urodzona w Gdańsku, mieszkająca w Berlinie Zachodnim. W Niemczech znalazła się, kiedy miała trzynaście lat. Echa doświadczeń, które były jej udziałem, widać w "Tunelu", ale o tym za chwilę. 

Najpierw jednak bez krygowania się napiszę, że od powieści nie mogłam się oderwać. Czytałam ją w tym około świątecznym czasie, kiedy świat nieco zwalnia, czyli między Świętami a Nowym Rokiem. I takiej właśnie pozycji, dla której zarywa się noc, było mi trzeba. Ale "Tunel" jest czymś znacznie więcej niż książką sensacyjną. Bo atrakcyjna dla czytelnika rama skrywa istotne treści. Na pewno sięgnę po kolejne tomy berlińskiego cyklu. 

Zasadnicza akcja to rok 2010, ale razem z bohaterami wędrujemy w przeszłość - druga wojna, zimna wojna, podział Berlina, lata osiemdziesiąte, wreszcie zjednoczenie Niemiec. Chociaż większość wydarzeń rozgrywa się w obu częściach Berlina, to trafiamy też do wojennego Gdańska i w inne miejsca. Sensacyjna intryga osnuta jest wokół wydarzeń z lat osiemdziesiątych, kiedy Roman, mieszkający razem z matką w Berlinie Zachodnim, organizuje ucieczkę swojego brata, który z ojcem został we wschodniej części miasta. Postanawia wybudować tunel. Nie on pierwszy. Szybko orientuje się, że przedsięwzięcie przerasta jego siły, dlatego w intrygę wciąga przyjaciół i przede wszystkim specjalistów od takiej roboty, którzy nie pierwszy raz angażują się w pomoc w ucieczce. Sprawa komplikuje się, na jaw wychodzą nowe, zaskakujące, fakty, niemal każdy tu coś ukrywa. Jeden z uczestników tamtych wydarzeń po latach postanawia wyjaśnić tajemnice tamtej akcji, które nie dają mu spokoju. I tak krok po kroku czytelnik dzięki jego śledztwu dowiaduje się coraz więcej. 

Książka Magdaleny Parys ma wiele zalet, minusów nie dostrzegam, no może poza jednym drobnym, na którym tu skupiać się nawet nie będę. Co sprawia, że po "Tunel" warto sięgnąć? 

Skoro to powieść włożona w konwencję sensacyjną nie bez znaczenia jest intryga - fascynująca, bardzo skomplikowana, a jednak klarownie prowadzona. Autorka nie raz wodzi czytelnika za nos, myli tropy, w pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że coś się nie zgadza, że może coś przeoczyła albo ja źle zapamiętałam, ale nie, tak właśnie miało być, wszystko logicznie zostaje wyjaśnione. Powoli puzzle wskakują na swoje miejsce, a kropkę nad i stanowi epilog.  

Kolejna zaleta - bohaterowie. Jest ich kilku, dwa pokolenia - jedni pamiętają czasy wojny, inni urodzili się później, w latach czterdziestych albo pięćdziesiątych zeszłego wieku. Poznajemy relacje między nimi i ich, często bardzo skomplikowane, losy, ale przede wszystkim wszyscy zostali znakomicie sportretowani. To ludzie z krwi i kości, kochający, nienawidzący, oddani innym, czasem śmieszni, mający rozmaite słabości. Nie ma wśród nich herosów bez skazy, niestety znajdą się szuje, które trudno polubić. Wydarzenia sprzed lat poznajemy z perspektywy każdego z nich, co jest oczywiście dodatkową zaletą powieści. Każda kolejna historia to cegiełka, która pozwala inaczej spojrzeć na relacje między nimi i zdarzenia, w które byli zamieszani.

Wreszcie rzecz najważniejsza - powieść Magdaleny Parys to nie jest tylko książka sensacyjna. "Tunel" porusza wiele problemów i wątków historycznych. Jest to opowieść o pękniętym mieście i rozdzielonych rodzinach. Jednym się udało i żyli w Berlinie Zachodnim, inni musieli się jakoś urządzić po wschodniej stronie. Ale zachodnia część też nie od razu była rajem. Magdalena Parys sięga do czasów blokady, kiedy wydawało się, że mieszkańcom grozi głód. Najważniejszym problemem, jaki porusza, wydają mi się zaszłości historyczne. Cień Trzeciej Rzeszy i drugiej wojny rozpościera się nad bohaterami, a szerzej nad niemieckim społeczeństwem. Autorka pokazuje uwikłania bohaterów w nazistowską ideologię. Zastanawia się, czy możliwe jest zbudowanie nowego państwa i nowego społeczeństwa na gruzach potwornej przeszłości bez ubrudzenia się. Okazuje się, że żadna strona, ani umowna Zachodnia, ani umowna Wschodnia, nie wychodzi z tego bez szwanku. Bo często nie da się zupełnie odciąć od przeszłości, no bo ktoś ten nowy świat musi nawet nie tyle budować, ile obsługiwać, a czasem jest też pokusa, aby iść na skróty i z haniebnej przeszłości po prostu korzystać. I znowu dotyczy to obu stron. Konkluzja jest może nie nowa, ale zawsze warto o niej pamiętać. Niestety przykra - wszystko sprowadza się do brudnej, cynicznej polityki, w której szlachetne ideały są jedynie zasłoną dymną dla mas.

Na koniec dodam jeszcze, że mnie zainteresował wątek dramatycznej ucieczki z Gdańska zdobywanego przez Armię Czerwoną, no i bogate tło obyczajowe. 

Kto ma ochotę na niebłahą powieść, którą znakomicie się czyta, niech koniecznie po "Tunel" sięgnie.  

Popularne posty