Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

Katia Petrowska "Może Estera"

Książka, o której dzisiaj, przepadła w pomroce dziejów, a ściślej

mówiąc, lat. Kto dziś pamięta, albo w ogóle wie, o książce Katii Petrowskiej "Może Estera" (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2015; przełożyła Urszula Poprawska)? A w 2016 znalazła się w półfinale Angelusa, mojej ulubionej nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Na tej samej liście pojawiły się wtedy między innymi "Solfatara" Macieja Hena, "Mała zagłada" Anny Janko, "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" Renaty Lis, "Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaite, "Tatuaż z tryzubem" Ziemowita Szczerka, "Usypiać góry. Historie z Polesia" Małgorzaty Szejnert, "Medgidia, miasto u kresu" Cristiana Teodorescu i przede wszystkim zwyciężczyni, "Księga szeptów" Varujana Vosganiana. Niektóre z nich czytałam i do dziś pamiętam, innych nie, ale znam tytuły, kojarzę ich autorki i autorów. Dlaczego o tym piszę? Bo ewidentnie książka Katii Petrowskiej nie przeszła próby czasu. Pytanie - dlaczego? Bo nie okazała się na tyle dobra czy może jest to nieodkryty diament? Tak przecież bywa - złoto można przeoczyć w świecie, gdzie nowość goni nowość. Znam takie książki, o których dowiedziałam się przypadkiem w kilka lat po ich wydaniu, a potem byłam wdzięczna losowi, że pozwolił mi je  przeczytać. Ot choćby "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg, "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera czy "W ogrodzie bestii" Erika Larsona.  

Jak wobec tego usłyszałam o książce Katii Petrowskiej "Może Estera"? I czy było warto po nią sięgać? Zawdzięczam ją przedsięwzięciu Buch, czyli książka, propagującemu literaturę niemiecką w Polsce, a polską w Niemczech, a ściślej jego wersji podcastowej, w której usłyszałam rozmowę z Urszulą Poprawską, tłumaczką tej książki. Natalia Prüfer, najbardziej znana twarz projektu, rozmawiała z nią o tłumaczeniach z niemieckiego i jedną z książek, przy których się zatrzymały, była właśnie "Może Estera". To, co mówiły, zainteresowało mnie na tyle, że postanowiłam przeczytać. Czy było warto? Mam mieszane uczucia. Ostatecznie nie żałuję, ale na pewno nie będzie to rzecz, która zapadnie mi w pamięć jak choćby te trzy tytuły, które przed chwilą wymieniłam. Co mnie zwabiło? Dlaczego nie pałam entuzjazmem? O tym za chwilę, a najpierw parę słów o autorce.

Katia Petrowska urodziła się w roku 1970 w Kijowie, mieszka w Niemczech. Jest Żydówką, raczej rosyjską niż ukraińską, ale korzenie jej rodziny są mocno powikłane i związane z wieloma krajami, o czym za chwilę. Książka, o której dzisiaj, uznana została za najważniejszy debiut, jak rozumiem, w roku, w którym się ukazała, i otrzymała, jak podaje wydawca, prestiżową niemiecką nagrodę literacką. Jeśli dobrze pamiętam z podcastu, chociaż głowy nie dam, coś potem jeszcze napisała, ale polski internet o tym milczy. A teraz do książki.

Autorka próbuje odtworzyć losy swojej żydowskiej rodziny. W tym celu podróżuje po miejscach, z którymi byli związani jej przodkowie, wertuje archiwa, książki, dawną prasę, rozmawia z naukowcami, archiwistami i muzealnikami. Odwiedza między innymi Polskę i Austrię, bo to w Wiedniu wyśledziła pierwszego swojego protoplastę, o którym zdołała się czegoś dowiedzieć. Była w Warszawie i w Kaliszu, wróciła do miasta swojego dzieciństwa i młodości, Kijowa, wreszcie szukała śladów dziadka, jeńca wojennego, w Mauthausen, miejscu pamięci po dawnym obozie koncentracyjnym, w którym przez jakiś czas przebywał. Odnalazła w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii żyjących krewnych, o których nie miała pojęcia. Jeździ w te miejsca, aby je poczuć, zobaczyć, jak wyglądały, albo w przypadku Warszawy tylko je sobie wyobrazić. Rozumiem to. Kto nie włóczył się w tym samym celu na przykład po miejscach związanych z dzieciństwem swoim albo swoich przodków, szedł tropem znanej pisarki czy znanego pisarza czy kogoś innego z jakiegoś powodu dla nas ważnego? Ja na przykład w zeszłym roku w czasie wizyty w Gdańsku zapuściłam się do Wrzeszcza w poszukiwaniu ulicy, na której stał dom przyjaciół moich rodziców, gdzie w dzieciństwie bywałam. Po co? Coś mnie tam ciągnęło. Kiedyś obeszłam czeski Nachod, wędrując śladami mojego ukochanego pisarza Josefa Skvorecky'ego. W jednym miejscu koniecznie musiałam podejść kawałek pod górę, bo to prawdopodobnie stamtąd przychodziła jedna z bohaterek "Przypadków inżyniera ludzkich dusz". Ani nie byłam pewna, czy to rzeczywiście tam, ani to miejsce na pewno nie wyglądało już tak jak kiedyś, ani nie było widać tej góry, za którą znajdowała się jej wioska, ale i tak chciałam je poczuć. 

Dość dygresji, wracam do książki. Autorka próbuje skonfrontować rodzinne opowieści z prawdą historyczną. Uzupełnić białe plamy, zweryfikować to, co kiedyś słyszała. Czasem odkrywa fakty niewygodne, czasem okazuje się, że to, co  opowiadano sobie w rodzinie jako prawdę najprawdziwszą, okazywało się kłamstwem. 

Przeszłość zawiodła moje oczekiwania, wyśliznęła mi się z rąk i zaczęła popełniać jedno faux-pas za drugim. Protoplasta mojego rodu, który dał początek pełnej chwały opowieści o mojej rodzinie, okazał się nieślubnym dzieckiem, tego jednak nie wolno mi było napisać, poza tym Ojzel wcale wcześnie nie owdowiał. A potem jeszcze ten Adolf , wówczas imię zwyczajne, ale mnie wprawiające w stan alarmowy. Adolf potwierdził moje obawy, że nie mam żadnej władzy nad przeszłością, że ona żyje jak chce, ale nie umiera.

Gdzieś mignęło mi barwne zdanie, że wyciąga swoich przodków jak karty z talii i za nimi podąża. Ja lubię posługiwać się porównaniem do puzzli. Składa z poszczególnych kawałków obraz całości, ale w tym wypadku jest to niemożliwe. Niektóre zginęły, przepadły na zawsze i obraz musi zostać niekompletny. I tak ma szczęście, bo niektórzy jej przodkowie nie byli anonimowi. Jedni prowadzili szkoły dla głuchoniemych, właśnie w Warszawie, a potem w Kijowie, a brat jej pradziadka zrobił w latach trzydziestych w Moskwie zamach na kogoś pracującego w niemieckiej ambasadzie. Ale nawet w tym wypadku, chociaż istnieje dokumentacja  procesu, trudno poznać tego człowieka. To tylko suche dokumenty. Czym się kierował? Brał udział w jakiejś prowokacji antyniemieckiej spreparowanej przez tajniaków? Został wykorzystany? Czy może był meszuge, czyli szalony, obłąkany, jak głosi rodzinna legenda? Dlatego czasem Katia Petrowska próbuje wyobrazić sobie, dlaczego ktoś postąpił tak, a nie inaczej. Stąd tytuł, bo może Estera, jej żydowska prababka zrobiła 29 września 1941 roku, kiedy Niemcy kazali się stawić wszystkim kijowskim Żydom w określonym miejscu, a potem zgładzili ich w Babim Jarze, to, a może tamto, co ostatecznie doprowadziło ją do śmierci z rąk gestapowców. A przecież mogła nie wychodzić z domu, była stara i niedołężna, dozorca nie miał zamiaru jej wydać. Tak to się zachowało w rodzinnych przekazach. 

Niektóre historie są ciekawe, inne mniej, ale nie w tym tkwi problem. Książka Katii Petrowskiej jest może bardziej esejem niż próbą odtworzenia rodzinnej historii. Ale te podróże w czasie i w przestrzeni prowokują autorkę do rozmaitych refleksji, do zadawania sobie różnych pytań. Czasem jej rozważania były dla mnie interesujące, a czasem brnęłam przez nie znużona, innym razem miałam wrażenie, że już to znam, już to czytałam wiele razy, już w tym nie ma żadnej świeżości. 

Jak zwykle fascynowała mnie rola losu i przypadku, który jednych jej przodków ocalił z wojennej pożogi, innych doprowadził do unicestwienia. Ile wstecz trzeba się cofnąć, aby zobaczyć, gdzie jest ten moment, ten wybór, który kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt lat później sprawi, że ktoś przeżyje, a ktoś zginie? Oczywiście z polskiej gałęzi jej rodziny ocalała jedna osoba, z tej, która z Warszawy wyjechała do Kijowa, wojnę przetrwało znacznie więcej krewnych. Gdyby jednak w chwili ewakuacji z Kijowa nie zdjęto z paki ciężarówki fikusa, dzięki czemu zrobiło się tam miejsce dla małego chłopca, który kiedyś będzie jej ojcem, nie byłoby Katii Petrowskiej. Przynajmniej taki przekaz zachował się w rodzinie, co autorka kwestionuje, no bo kto zabrałby kwiat w donicy zamiast dziecka! Ale oczywiście gdyby nie przytomność umysłu jej dziadka i jego znajomości, rodzina nie wyjechałaby z Kijowa i zginęliby rozstrzelani w Babim Jarze.

Zawsze interesuje mnie zderzenie miejsca dawnej tragedii z tym, co się tam dzisiaj znajduje. Kiedy autorka opowiada o Babim Jarze, który jest zderzeniem miejsca pamięci z bujną przyrodą, miejscem rekreacji, natychmiast myślę o terenie po KL Plaszow w moim mieście, gdzie jest dokładnie tak samo. Wiedziałam o tym miejscu - co jeszcze parę lat temu, a nawet i dziś dla mieszkańców nie jest takie oczywiste - choćby dlatego, że góruje nad nim pomnik postawiony jeszcze w czasach PRL-u, a że stoi na wzgórzu, widoczny jest z daleka. Ale kiedy pierwszy raz się tam znalazłam, przez przypadek, bo nie miałam pojęcia, że ścieżka, którą schodziłam ze spacerowych terenów, tam mnie zaprowadzi, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Była piękna wiosna, zieleń aż kipiała, mijałam spacerujących ludzi, z dziećmi, z psami, a kawałek dalej natrafiłam na pierwszą tablicę informującą, że znajduję się na terenie dawnego obozu KL Plaszow. Potem były następne. I pytanie, co robić z takimi miejscami? Odebrać je ludziom? Ogrodzić i wpuszczać za biletami? Ja już na beztroski spacer bym się tam nie wybrała. Potem chciałam zwiedzić ten teren z przewodniczką czy z przewodnikiem i udało się. Ile jest takich miejsc w naszej części Europy, po których chodzimy, nie mając pojęcia, że kryją masowe groby? O tym pisał w swojej książce "Skażone krajobrazy" austriacki pisarz i dziennikarz Martin Pollack, którego twórczość uwielbiam. (Kiedy pisałam tę notkę Martin Pollack jeszcze żył, jakiś czas później zmarł. Wielka strata. Był dla mnie ważnym autorem.)

Ciekawy jest stosunek Katii Petrowskiej do swojego żydostwa. Jak je odczuwa? Jak odczuwał go jej ojciec i jego przodkowie? Przecież w Związku Radzieckim wszyscy byli Rosjanami. 

Czułam dumę z tego, że moja babcia pochodziła z Polski, był to atut w grze, w którą nikt ze mną nie grał. Niektórzy z mojej klasy nosili uderzająco polskie nazwiska jak Studziński albo Szczygielska, my jednak byliśmy radzieckimi dziećmi, wszystkie takimi samymi, z jednakową mgłą tajemnicy otaczającą historie naszych rodzin, co może właśnie stanowiło warunek naszej równości.

Kim jest dzisiaj? Kosmopolitką piszącą po niemiecku? Kwestia języka staje się w książce symboliczna, bo jej przodkowie prowadzili szkoły dla głuchoniemych sierot, ani ona, ani jej ojciec nie mówili w jidisz, ona dziś posługuje się niemieckim, kiedyś jej językiem był rosyjski.

Z perspektywy mojej kosmopolitycznej teraźniejszości myślałam, że uczyli głuchoniemych mówić we wszystkich językach świata, jakby głuchoniemota, a także sieroctwo było pustą kartką papieru - wolnością uznania za swój każdego języka i każdej historii. Nasza żydowskość pozostała dla mnie głuchoniema, a głuchoniemota czymś żydowskim. To była moja historia, moje pochodzenie, nie byłam to jednak ja. 

(...) i myślałam też o tym, że z naszym żydostwem jest jak z tymi paczkami, do których nie można już zajrzeć. Mówi się "żydowski", ale się nie wie, czym to słowo jest wypełnione. 

Bardzo długi i dość osobisty wyszedł mi ten wpis. Więc może, skoro książka sprowokowała mnie do tylu rozważań, zbyt surowo ją oceniłam?

Ludmiła Ulicka "Drabina Jakowa"

Kilkanaście lat temu przeczytałam powieść "Zielony namiot"

Ludmiły Ulickiej. Bardzo mi się ta książka podobała. Na półce od tamtej pory leży jej "Daniel Stein, tłumacz", po którego dotąd nie sięgnęłam, bo taki gruby, a ja przyzwyczaiłam się do wygody czytnika, ale kiedyś na pewno to zrobię. Dlatego bardzo ucieszyłam się, gdy nagle nastąpił wysyp książek Ludmiły Ulickiej. Wyszły trzy, w dwóch różnych wydawnictwach, wszystkie na szczęście w wersji elektronicznej. Oczywiście leżą już w moim ukochanym czytniku, a ja postanowiłam skorzystać z okresu świątecznego i sięgnąć po najgrubszą z nich, czyli "Drabinę Jakowa" (Wydawnictwo Literackie 2024; przełożyła Agnieszka Sowińska). Dodam jeszcze, że autorka mieszka na emigracji, już w 2014 roku protestowała przeciwko agresji na Ukrainę, odtąd w Rosji nie wolno wydawać jej książek, usunięto je też z bibliotek, a teraz pisarka czynnie wspiera armię ukraińską.

Wobec "Drabiny Jakowa" miałam wielkie oczekiwania, po pierwsze dlatego, że do dziś pamiętam "Zielony namiot", a po drugie ponieważ Justyna Sobolewska, którą cenię, dała tej powieści w "Polityce" maksymalną liczbę gwiazdek i wielokrotnie słyszałam, jak wyrażała swój zachwyt. I jak to w takich wypadkach bywa, jeśli poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko, łatwo o rozczarowanie. Rozczarowanie nie jest tu najlepszym słowem, bo przecież książka mi się podobała, może nawet bardzo, ale na pewno nie przyznałabym jej maksymalnej liczby gwiazdek, gdybym to robiła. Najwyższa ocena to przecież arcydzieło, a to powieść tylko/aż bardzo dobra. I nie pytajcie mnie, dlaczego nie podzielam entuzjazmu Justyny Sobolewskiej, bo przecież nie zamierzam "Drabiny Jakowa" krytykować, przeciwnie polecam ją gorąco, ale wytłumaczyć, z jakich powodów nie uważam jej za arcydzieło, nie potrafię. Po prostu brakuje jej tego czegoś. Ale do rzeczy.

"Drabina Jakowa" to historia żydowskiej zasymilowanej rodziny Osieckich, której akcja sięga do początków dwudziestego wieku, a kończy się w roku 2011. A więc saga rodzinna, a ja je uwielbiam. Wszystko zaczyna się w latach siedemdziesiątych, kiedy Nora, mieszkająca w Moskwie scenografka, dowiaduje się o śmierci swojej babci, Marusi. Kiedy razem z ojcem likwidują jej mieszkanie, a właściwie pokój w komunałce, znajdują wiklinowy kosz, w którym leżą listy pisane przez jej dziadka, tytułowego Jakowa, do żony. Jest też trochę korespondencji z synem. Natomiast listów od Marusi do męża leży w koszu zdecydowanie mniej. Początkowo Nora nie zainteresuje się znaleziskiem, sięgnie po nie dopiero w roku kończącym powieść, wtedy uda się też do odtajnionych archiwów, aby dokładniej zgłębić losy dziadka. I tak ta historia toczy się dwutorowo i ma dwoje głównych bohaterów. Jedną jest Nora, na kartach powieści poznajemy jej burzliwą historię od wczesnej młodości do wieku dojrzałego. Drugim bohaterem jest jej dziadek, Jakow Osiecki. Oczywiście jak to w sadze rodzinnej bywa, mamy też wiele postaci drugoplanowych.

Co zwróciło moją szczególną uwagę? Na pewno bogate, wieloznaczne portrety bohaterek i bohaterów. Nawet ci mniej istotni zarysowani są mocną kreską, o każdej i każdym czegoś się dowiadujemy. Druga sprawa to po prostu bardzo ciekawa opowieść - historia żydowskiej rodziny, historie miłosne, problemy rodzinne, jednym słowem życie, z wielu powodów burzliwe. 

Kolejna sprawa to teatr. Jak już wspomniałam, Nora jest scenografką, pracuje w teatrach, czasem nawet za granicą. Często współpracuje z gruzińskim reżyserem, starszym od niej Tengizem. Od kiedy zaczęli razem robić spektakle, zostali kochankami. Trudna to miłość. Kiedy przedstawienie jest gotowe, Tengiz wraca do siebie, do Tbilisi, do żony, dzieci, a później wnuków. Bywają okresy, kiedy mieszka u Nory przez kilka miesięcy, uczestniczy aktywnie w jej życiu, potem nie kontaktują się latami. Gdy wyjeżdża, ona bardzo tęskni i cierpi. Z czasem przyzwyczaja się do takiej relacji. Już samo to love story jest oczywiście bardzo ciekawe, ale wspominam o tym wątku nie z tego powodu. Kiedy Nora pracuje nad scenografią do przedstawienia, śledzimy proces  dochodzenia do koncepcji spektaklu, który rodzi się w dyskusji z reżyserem albo jest wynikiem jej samodzielnych przemyśleń podbudowanych licznymi lekturami. Dla mnie, miłośniczki teatru, te rozdziały były fascynujące - obserwowanie, jak rodzi się przedstawienie, zderzenie wystawianego tekstu z koncepcją scenografki i reżysera. 

Kolejny wątek, który zwrócił moją szczególną uwagę, to amerykańska historia Jurika, syna Nory. Dziś na pewno uznano by go za człowieka w jakimś spektrum, tę odmienność, neuroróżnorodność, jak się teraz mówi, odziedziczył po ojcu, naukowcu. Wielką fascynacją Jurika była muzyka. Nora w obawie przed wojskiem, do którego trafiłby jej syn, co na pewno skończyłoby się wysłaniem go do Afganistanu, robi wszystko, aby pojechał do swojego ojca do Stanów, tam skończył szkołę i został. Uratowała go przed wojną, ale nie mogła ustrzec przed używkami. Jurik, który w Nowym Jorku poczuł się jak w domu, którego wciągnął nowojorski undergroundowy muzyczny świat, sięgnął tam samego dna. To przejmująca historia człowieka, któremu trudno pomóc, bo on tego nie chce. Jak się skończy, czy zmagania Nory o uratowanie syna zakończą się szczęśliwie, zdradzić oczywiście nie mogę.

Ciekawa jest historia Marusi, babci Nory, żony Jakowa. Kobiety, którą życie zmusiło do porzucenia marzeń o teatrze. A może wyrzekła się ich sama w imię miłości? Dla Nory była wspaniałą babcią, źródłem inspiracji. A dla Jakowa? Marusia jest dowodem na to, ile sprzeczności mieści się w jednym człowieku, jak życie bywa niejednoznaczne, jak trudno kogoś oceniać. W liście do męża pisze:

Widzę się teraz taką, jak moja mama - zanurzoną w nudnej kobiecej codzienności, garnki, kołnierzyki, szycie i przeszywanie. Nienawidzę tego! Moja mama, nie wiesz o tym, pisała w młodości wiersze. Zachowała swój zeszycik, w którym zapisane są poetyckie strofy jako pomnik jej niezrealizowanego życia ...

Ale najbardziej przejmujący wątek to historia tytułowego Jakowa, dziadka Nory. Opowieść, jaką doskonale znamy, jeśli wiemy, jakim krajem był Związek Radziecki, szczególnie w czasach stalinowskich. Jakow został przemielony przez Historię. Akceptował rewolucję, ale i tak w pewnym momencie uznano go za wroga politycznego. Wiele lat spędzi na zesłaniach. Takie życie na odległość, z dala od żony i syna, będzie miało wpływ na ich związek. 

Surowy los zgotował mi wyjątkowo ciężką biografię. Cios za ciosem, bez chwili na oddech, lata tułaczki następowały po sobie. Mąż i żona powinni żyć razem, małżeństwo nie może się opierać na znaczkach pocztowych. I teraz dla wszystkich jest jasne, kto zniszczył moją rodzinę. I takich, jak my, widzę wokół siebie tysiące.

Czytając te listy, poznajemy jego poglądy i historię. 

Historia wielkiej miłości, historia poszukiwania sensów, twórcze podejście do życia i niewiarygodna żądza wiedzy, rozumienia rozwichrzonego i niesamowitego świata.

Mimo trudności Jakow zawsze próbuje odnaleźć się w sytuacji, w jakiej się znalazł, chce pracować, robić coś pożytecznego. Zachowuje optymizm, nie skarży się. Kocha muzykę. Kropką nad i jest ostatni rozdział, kiedy Nora sięga do archiwów, a my razem z nią poznajemy kulisy aresztowań i procesów, ich tragiczne konsekwencje. Jak ocenić postawę bliskich Jakowa? Czy mamy prawo? Ilu było takich Jakowów zniszczonych przez sowiecki i stalinowski system! 

Jakow już od dawna rozważał tę nieznośną myśl, że pochowany będzie tutaj, na kole podbiegunowym, w zbiorowym grobie, pod palikiem z numerem ... Taki przypadł los jego rodzinie, jego narodowi - w zbiorowej mogile w Kijowie, na Łukjanowce, leży młodszy brat, cztery kuzynki ... łącznie dwadzieścioro bliskich krewnych. A w Europie jeszcze wiele milionów, z którymi nie łączyło go pokrewieństwo. Diabeł był jeden, tylko wąsy o różnym kroju ...

Z posłowia autorki dowiadujemy się, że historia głównego bohatera została częściowo oparta na jej rodzinnych dokumentach. A więc Jakow miał swój pierwowzór.

Bardzo dobra powieść.

Żanna Słoniowska "Dom z witrażem"

Odkąd ponad rok temu zapisałam się do biblioteki, co każdemu

polecam, oprócz nowości zupełnie świeżych i tych nieco przeterminowanych, sięgam też dość regularnie po książki starsze. Tak było i tym razem - postanowiłam wreszcie przeczytać debiutancką powieść Żanny Słoniowskiej  "Dom z witrażem" (Znak 2015). Książka zwyciężyła w konkursie na powieść zorganizowanym swego czasu przez wydawnictwo. W roku 2016 autorka dostała Nagrodę Conrada przyznawaną właśnie za debiut, była też nominowana do Nike. Od dawna miałam ochotę ją przeczytać, ale ponieważ nie było ebooka - pojawił się po wznowieniu - sprawa leżała odłożona na święty nigdy. Od kiedy pokochałam czytnik, dość ortodoksyjnie trzymałam się książek elektronicznych, biblioteka to zmieniła. Nadal jednak wolę ebooki, jakoś niepotrzebny jest mi zapach papieru, wybieram wygodę. Ale dość dygresji.

Zanim o książce, parę słów o autorce. Urodziła się we Lwowie, ma polskie korzenie. Od 2002 roku mieszka w Polsce, najpierw w Warszawie, gdzie kontynuowała studia, teraz w Krakowie. Pisze po polsku, tłumaczy. Jest autorką czterech książek - dla dzieci o Ukrainie, jeszcze jednej powieści i albumu o przedwojennym Lwowie. Tu kolejna dygresja - najpierw pomyślałam sobie: tylko dwie powieści? Dlaczego tak mało? Dopiero potem przyszła refleksja - a dlaczego miałoby być więcej? To współczesny rynek wydawniczy przyzwyczaił nas do tego, że pisarze produkują książki niemal na akord. Nie wydajesz, nie istniejesz. Nieważna jakość, ważna ilość. Dość kolejnej dygresji, czas przejść do książki.

Akcja "Domu z witrażem" toczy się we Lwowie naprzemiennie pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych, od czasu do czasu sięgając w przeszłość. To historia czterech pokoleń kobiet mieszkających w mieszkaniu we lwowskiej kamienicy, w której znajduje się unikalny witraż, prawdopodobnie w czasach rozwijającego się dzikiego kapitalizmu skazany na zagładę. Przetrwał, wprawdzie w nie najlepszym stanie, czasy ZSRR, teraz grozi mu zagłada w związku z budową plomby. Czy taka kamienica istniała, istnieje?, nie mam pojęcia. 

Od razu muszę dodać, że "Dom z witrażem" przypomina mi trochę "Dom dla Doma" Wiktorii Ameliny, która już niestety niczego nie napisze, bo zginęła w czasie wojny w ataku rakietowym na popularną pizzerię w mieście przyfrontowym, gdzie znalazła się razem z jakąś zagraniczną delegacją, której była przewodniczką. Jej śmierć dotknęła mnie jakoś wyjątkowo, także dlatego, że uczestniczyłam kiedyś w spotkaniu z nią, czego efektem było przeczytanie jej powieści, która bardzo mi się podobała. W każdym razie w obu mamy Lwów, kamienicę, historię rodzinną, u Wiktorii Amieliny znacznie bardziej rozbudowaną.

Narratorką "Domu z witrażem" jest córka Marianny, znanej we Lwowie śpiewaczki operowej, która z wyboru stała się Ukrainką i pod koniec lat osiemdziesiątych zaangażowała się w ruch niepodległościowy. Zginęła w czasie jednej z demonstracji, kula snajpera nie była przeznaczona dla niej, tylko dla najważniejszego w mieście dysydenta. Jej córka miała wtedy kilka lat, nie chciała iść na pogrzeb, który przerodził się w manifestację polityczną. Obserwowała z okna mieszkania, jak tłum przetacza się po ich ulicy. Została z Prababką i babcią, nazywaną Abą. Tego wszystkiego dowiadujemy się z pierwszego rozdziału powieści, a więc niczego tu nie zdradzam. Marianna jako pierwsza miała odwagę sprzeciwić się despotycznej Prababce i wybrać śpiew, czego nie potrafiła kiedyś zrobić Aba, która zrezygnowała z malarstwa na rzecz medycyny. W Akademii Sztuk Pięknych studiować będzie jej wnuczka. 

O czym jest powieść Żanny Słoniowskiej? Jak każda dobra książka ma wiele warstw. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście historia rodzinna, którą poznajemy dzięki narratorce. Nie została opowiedziana linearnie, poznajemy ją ze skrawków rozrzuconych tu i ówdzie. Z tych fragmentów wyłania się historia Prababki, Aby i Marianny, ich nieszczęśliwe najczęściej związki z mężczyznami, ich potyczki z Historią, która je mieli, i, co też bardzo ważne, ich bogate osobowości, no i skomplikowane relacje między nimi. Mamy więc i trochę czasów sprzed drugiej wojny, nieco samej wojny, okres powojenny, kiedy Prababka razem z Abą znalazły się we Lwowie, gdzie już zostały.

Druga warstwa to historia miłosna, można powiedzieć, że w pewnym sensie historia miłosnego trójkąta. Bo romans z Mikołajem, artystą i scenografem w operze, miłośnikiem Lwowa, co ważne w tej historii, a o czym za chwilę, najpierw miała Marianna, a wiele lat później ze swoim wykładowcą, bo Mikołaj w międzyczasie zacznie pracować też na Akademii Sztuk Pięknych, będzie romansować jej córka, główna bohaterka powieści. Nie, nie jest to historia wyciskająca łzy z oczu ani specjalnie intrygująca, bo dziwne to są romanse. Dla Marianny najpierw istotniejsza jest jej praca, a potem walka o niepodległą Ukrainę, dla jej córki ta historia wydarza się trochę z przypadku, jakby bezwolnie poddawała się Mikołajowi, który ważniejszy jest chyba dla niej jako cicerone odkrywający przed nią piękno i tajemnice Lwowa niż kochanek. Zastanawiam się nawet, czy czytając tę powieść dziś, nie patrzę na ich historię inaczej - czy nie mamy tu do czynienia z przekroczeniem, wykorzystaniem relacji mistrz - uczennica. Może jednak przesadzam, chyba nic na to nie wskazuje. W każdym razie w trakcie lektury nie odniosłam takiego wrażenia, przyszło mi to na myśl teraz.

Kolejna warstwa to opowieść o Lwowie - o jego skomplikowanej, wieloetnicznej historii, ale przede wszystkim o jego dziedzictwie materialnym, na którym przeszłość miasta i jego wielokulturowość odcisnęły swoje piętno. Mikołaj i narratorka wędrują po Lwowie, i właśnie te wędrówki ona lubi najbardziej, patrzą, jak miasto się zmienia, jak przeszłość ustępuje miejsca współczesności, jak ginie to, co przyniosły czasy ZSRR, a co często było niechciane, ale też to, co stanowi o jego oryginalności, jak zmieniają się nazwy ulic, jak znikają pomniki. Symbolem tych złych przemian jest historia tytułowego witraża, o której już wspominałam.

A wreszcie kolejna warstwa to opowieść o wieloetniczności miasta i budzeniu się ukraińskości, która za czasów ZSRR była tłumiona i rozpływała się w radzieckości, w fali przybyszów z różnych stron Związku Radzieckiego. Narratorka ma przecież po Prababce korzenie polskie, ale niezwiązane wcześniej ze Lwowem, a po męskiej linii rosyjskie. 

- Jestem Polką z krwi i kości - mówiła Aba.

- Jestem Ukrainką z wyboru - powiedziała Mama.

- Moskale, precz! - krzyknęli do mnie chłopcy.

- Jestem narodowości lwowskiej - powtórzył Mikołaj za swoim mistrzem Walerym Bortiakowem. To ostatnie odpowiada mi najbardziej. 

Warto też zwrócić uwagę na język, miejscami finezyjny.

Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że Mikołaj, czekając na mnie, zostawił w całej okolicy swoje posępne spojrzenia samoprzylepne, wisiały na drzewach, leżały na bruku i na szynach, uwaga, niektóre z nich niczym redaktora Berlioza może rozjechać tramwaj, i ja będę za to odpowiedzialna.

A miejscami dowcipny.

... wszyscy bowiem wiedzieliśmy, że życie miało wyglądać inaczej: obywatele mieli być równi i mieć tyle samo praw i obowiązków, tyle samo pomarańczy i moreli, ale wyszło inaczej, nas nie było stać prawie na nic, ich stać było na wszystko.

Powieść czyta się znakomicie. Nie jest to rzecz wybitna, ale dobra i bardzo ciekawa poznawczo. Cieszę się, że ją przeczytałam.

Jacek Dehnel "Łabędzie"

Już nie pamiętam, co mnie skłoniło, aby sięgnąć po najnowszą

książkę Jacka Dehnela "Łabędzie" (Wydawnictwo Literackie 2023). Nie śledzę jakoś specjalnie jego twórczości - dawno temu przeczytałam "Lalę" i po początkowym zachwycie gawędziarskim stylem, samą historią babci i rodziny przyszło znużenie. Za dużo, za dużo, za dużo. Tamto wrażenie jakoś trwa ze mną do dziś. Ale, ale jest oczywiście jeden wyjątek - zostałam fanką profesorowej Szczupaczyńskiej i po przeczytaniu wszystkich książek z serii niecierpliwie czekam na następną. No ale ten kryminalny cykl osadzony w dawnym Krakowie ma dwóch autorów, Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Wiosną udało mi się przez przypadek zobaczyć w Muzeum Sopotu (przez przypadek, bo nie miałam pojęcia o takim muzeum, po prostu przechodziłam obok) wystawę zdjęć z kolekcji pisarza z jego długimi podpisami. I same fotografie, i znajdujące się pod nimi refleksje były dla mnie na tyle interesujące, że wróciłam tam, bo po pierwsze nie zdążyłam obejrzeć wszystkiego przed zamknięciem, a po drugie trudno jednak było przeczytać to wszystko na raz. Dlaczego wobec tego skusiłam się na "Łabędzie", tym bardziej, że to rzecz dwutomowa, sporych rozmiarów? Po wysłuchaniu jakichś związanych z promocją rozmów z autorem coś mnie jednak skusiło.

I historia się powtórzyła - początkowo byłam zachwycona, łapczywie połykałam, nie mogłam się oderwać, ale z czasem przyszło znużenie, a szczególnie w trakcie lektury tomu drugiego. Ożywiałam się od czasu do czasu, ale znowu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor zarzuca czytelniczki i czytelników faktami, dygresjami, refleksjami, to wszystko pączkuje, mnożą się wątki, bohaterowie, trudno spamiętać, kto jest kim, do tego masa przypisów, w których pojawiają się kolejne informacje, uzupełnienia. W końcu wymiękłam i przypisy sobie darowałam, ale nie opuszczało mnie wrażenie, że coś mi ważnego może umknąć. Autor wykonał gargantuiczną pracę - przeprowadził wiele rozmów z  powinowatymi swojej babci ze strony ojca, przekopał się przez tysiące stron w archiwach IPN-u, do tego rozmowy z fachowcami, jakieś dodatkowe lektury. Zresztą research jest jego mocną stroną, co kryminałom z profesorową Szczupaczyńską dodaje wartości - to nie jest tylko rozrywka. Tym razem byłoby jednak lepiej, gdyby autor jakoś okiełznał materiał, którym się zainteresował. Jak sam w słowie odautorskim przyznaje, plan był inny - zamierzał napisać raczej lekką, gawędziarską w tonie opowieść rodzinną o powinowatych swojej babci, ludziach zamożnych, którym do pewnego momentu nawet w PRL-u udawało się żyć prawie tak, jakby nic się nie zmieniło. Kiedy jednak sięgnął do akt, nie mógł poprzestać tylko na w miarę zabawnej, skrzącej się od anegdot historii.

Czas najwyższy zdradzić, o czym naprawdę jest ta opowieść. Otóż chodzi o wielką aferę z czasów PRL-u, która wybuchła w latach siedemdziesiątych, a jak dowodzi Jacek Dehnel, na jej odpryski można było natknąć się jeszcze niedawno, a pewnie i dziś coś by się znalazło. Chodzi o przemyt za granicę na ogromną skalę dewiz, złota i antyków. Jak wielka to była skala, pokazuje cytat:

Według zestawień z listopada 1973 i kwietnia 1974 zarekwirowano majątek na sumę ponad pięćdziesięciu milionów, co stanowiło prawie dziesięć procent wszystkich dochodów państwa w ustawie budżetowej na rok 1974. 

A przecież nie udało się zarekwirować wszystkiego, choćby dlatego, że niektórzy zamieszani w ten proceder wcześniej uciekli z kraju i zamieszkali w Wiedniu. Aferę ówczesna prasa ochrzciła mianem afery złotogłowych, rozpisywano się o niej szeroko, stanowiła oręże propagandy mające zohydzić zwyczajnym zjadaczom chleba wszelkiej maści prywaciarzy, bogaczy, waluciarzy, dawnych burżujów, jednym słowem nierobów żyjących jak pączki w maśle. Dlatego w propagandowym przekazie nacisk kładziono przede wszystkim na nielegalne wywożenie z kraju zabytkowych przedmiotów, co było ułamkiem działalności zamieszanych w sprawę osób. Ich główna działalność to handel i przemycanie za granicę dewiz i złota, a to wszystko dzięki brazylijskim dyplomatom. No ale handel dewizami w czasach PRL-u to zjawisko powszechne, więc trudno by było jechać propagandowo na tym koniu.

Złotogłowi byli (...) z jednej strony wykwintnymi znawcami sztuki, z drugiej pazernymi chamami, którym zależy tylko na ograbieniu ojczyzny z resztek dziedzictwa narodowego; z jednej fumiastą arystokracją przywodzącą na myśl Francję Ludwika XVI (wynajmowanie całej sali kinowej, żeby nie siedzieć z plebsem), z drugiej - prymitywnymi kryminalistami; z jednej geniuszami zbrodni, z drugiej - bandą idiotów.

Byli w tej historii - choć niekoniecznie na ławie oskarżonych - prawdziwi i wymyśleni szkodnicy: i waluciarze, i dyplomaci, i prywatna inicjatywa, i emigracja, i wykwintni esteci, i arystokraci,  i Żydzi, i ksiądz, i zepsuty urzędnik państwowy, i groźni gangsterzy, i femmes fatales.

W artykułach jednak nieustannie podkreślano rozziew między zwykłymi obywatelami a tą zgrają  Carringtonów. (...) Wszystko oparte na kontraście: uczciwi, pracujący, biedni kontra nieuczciwi, niepracujący bogaci.

Taki ich obraz przedstawiała prasa, telewizja i radio. Ja o tej sprawie nie miałam pojęcia, pewnie jak większość czytelniczek i czytelników, nic o niej wcześniej nie czytałam, chociaż autor w przypisach powołuje się też na artykuły z lat dwutysięcznych, które przypominają tę peerelowską aferę. 

Dlaczego Jacek Dehnel zajął się sprawą? Bo główny oskarżony, Witold Mętlewicz, był powinowatym jego babci. Jedna z jej sióstr wyszła za mąż za jego brata Tomasza, tego który odpowiednio wcześniej wyjechał razem z rodziną do Wiednia i uniknął odpowiedzialności. Pierwszy tom "Łabędzi" to obszerna historia dwóch rodzin, Bobolich (to panieńskie nazwisko babci autora) i Mętlewiczów, których losy splotły się w czasie wojny w zamożnej warszawskiej kamienicy, oraz rozmowy z dziećmi Tomasza i córką Witolda, z których wyłania się obraz afery widziany ich oczyma. Oczywiście tyle punktów widzenia, ile wypowiadających się osób. A poza tym obraz życia ludzi, którzy dzięki resztkom przedwojennego majątku, zaradności i sprytowi żyli w czasach PRL-u na takiej stopie, jakby niewiele się zmieniło. W dużych mieszkaniach albo willach, otoczeni pięknymi przedmiotami, mieli służbę, pieniądze, tylko wydawać niespecjalnie było na co. 

Chociaż książka Jacka Dehnela jest bardzo przegadana i okiełznanie tego żywiołu wyszłoby jej tylko na dobre, to przecież jest w niej sporo interesujących wątków. To wspomniany wyżej przykład działalności peerelowskiej propagandy czy obraz życia nielicznych bogatych, którzy z jednej strony budzili zawiść, ale z drugiej tęsknotę za estetycznym i życiowym ładem.

... dobrze znam to westchnięcie "jakby nie można było". I nie było to wcale westchnięcie milionerskie, ale znacznie powszechniejsze. "Jakby nie można było podać w czystej szklance" - mówiło się w kawiarni. (...) "Jakby nie można było tego naprawić". (...) Były w tym rozczarowanie i znużenie brzydotą, bylejakością, marnotrawstwem, ciągła niezgoda - po kilkudziesięciu latach - na codzienny tumiwisizm, na przaśność, na kiepściznę.

Cóż, bylejakość, brzydota i kiepścizna, w mniejszym oczywiście stopniu, zostały z nami do dziś. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. 

Równie interesujący jest obraz całego tego przestępczego światka, trochę półjawnego, trochę konspirującego w obawie przed wpadką, ich metod działania, kontaktowania się, zdobywania i upłynniania towaru. 

Autor poświęca też dużo miejsca sprawom niewygodnym - bogaceniu się na nieszczęściu Żydów w czasie wojny. Wiele tych antyków, cennych przedmiotów to własność ofiar Zagłady. Często w nieuczciwy sposób, dzięki kolaboracji z hitlerowcami dostały się w polskie ręce. Albo przechodziły w ręce niemieckie, a polski rzeczoznawca, a nawet żydowski antykwariusz służyli pomocą. Ten ostatni żerując na krzywdzie swoich współbraci, ratował siebie. O paradoksie, po wojnie tym, że żyje, poświadczał niewinność zbrodniarza.

Bardzo ciekawa jest historia powstania i rozkwitu manufaktury porcelany w Miśni za czasów saskich. Na wyjaśnianie, dlaczego się pojawia i to jako cały osobny wątek w pierwszym tomie, nie ma tu oczywiście miejsca. W każdym razie, czytając te fragmenty, miałam drugi raz w ostatnim czasie refleksję, że świat lubujący się w takim przepychu i bogactwie (dostępnym oczywiście nielicznym, podczas gdy większość ledwo przędła) już wtedy zmierzał do katastrofy. Ten pierwszy raz to, skądinąd bardzo dobry, francuski film "Bulion i inne namiętności". Już wtedy kwitł nadmierny, a nawet ekstremalny, konsumpcjonizm. Czymże innym było produkowanie porcelanowych zastaw składających się z ponad setki elementów, z czego niektóre wcale nie służyły do tego, aby podawać na nich jedzenie. Czymże innym było takie gotowanie, takie uczty (to w filmie). 

Równie ciekawa jest opowieść o tym, co stało się z zarekwirowanym przestępcom złotem, walutami, antykami i nieruchomościami. To dużo mówi o PRL-u. Spora część z tego została rozprowadzona, zniknęła, znalazła się w prywatnych rękach wysoko postawionych person komunistycznego reżimu, w tym Gierka i Jaroszewicza.

Akta kontrolne niby szczegółowo roztrząsają losy poszczególnych obiektów, a potem wszystko się urywa, zostają tylko drobne ślady. Nic się nie nadaje. Wille nie nadają się na przedszkole, mercedes Młynarczyka nie nadaje się do eksploatacji przez MSW (...) Rzeczy 'nienadających się" nikt potem nie szuka.

No i wreszcie interesujące są refleksje o niemożności ustalenia prawdy. Nie chodzi tylko o to, że po latach każdy inaczej pamięta, każdy inaczej opowiada o tej historii. Chodzi też o to, co jest w dokumentach. Jak są przez kolejne pióra zmieniane - tu się  usunie jedno słowo, tu doda inne i tak wątpliwość zmieni się w pewność. Do tego dochodzą bardzo liczne rozbieżności w pisowni nazwisk, tytułów obrazów, pojęć. I tak już u źródeł wszystko się gdzieś rozjeżdża. Chyba najbardziej tracą na tym osoby przypadkowo powiązane z tą aferą.

W aktach, narastających stopniowo, przez miesiące lata, dekady, obserwuję taśmociąg pewności. To, co w pierwszym dokumencie jest plotką czy przypuszczeniem, w drugim jest danymi godnymi zbadania, w trzecim - rzeczą sprawdzoną, a w artykule prasowym, który potem dociera do masowego czytelnika, faktem znajdującym potwierdzenie w dokumentach archiwalnych. Tymczasem w sekwencji papierzysk widzę, że nikt tego nijak nie potwierdzał, nie sprawdzał; jeden za drugim wyłącznie przepisywał, zmieniając tylko ton na coraz bardziej pewny siebie.

W tych miejscach non-fiction zmienia się w fiction. To już nie ludzie, tylko bohaterowie prozy. Przychodzą spomiędzy słów i między słowami przepadają, niepewni własnego istnienia, niepewni krzywd i win. 

I tak mogłabym jeszcze długo wskazywać na jakieś interesujące wątki, anegdoty, historie, refleksje. Tyle tego jest. Wór bez dna, szkatułka w szkatułce i jeszcze w jednej szkatułce. Autor sam zdaje sobie sprawę z ogromu historii i wątków. W pojawiających się co jakiś czas rozdziałach dotyczących pracy pisarza wspomina, jak z bólem musi się pożegnać z wieloma epizodycznymi postaciami, z wieloma smakowitymi historiami, które co i rusz wyskakują z dokumentów albo z czyjejś opowieści. Cóż, rozumiem ten żal, ale dla książki byłoby lepiej, gdyby przyciął jeszcze trochę.

Stasia Budzisz "Welewetka. Jak znikają Kaszuby"

O książce Stasi Budzisz "Welewetka. Jak znikają Kaszuby"

(Wydawnictwo Poznańskie 2023) oczywiście słyszałam, kiedy wyszła, bo była mocno promowana, a jeśli śledzi się na bieżąco, co w wydawniczej trawie piszczy, trudno ominąć szum wokół nowego tytułu. Wtedy jednak nie wstawiłam jej do mojego czytelniczego planu. Jednak jakiś czas temu, sama już nie pamiętam dlaczego, postanowiłam ją przeczytać. Jak znam życie, pewnie długo jeszcze ta nagła zachcianka pozostałaby w sferze planów, a może nawet nigdy by się nie zrealizowała, gdyby nie biblioteka. Doprawdy zapisanie się tam było znakomitym pomysłem.

Stasia Budzisz, dziennikarka i reporterka, dotąd zajmowała się Kaukazem i Europą Wschodnią. Kilka lat temu wydała swoją pierwszą reporterską książkę o Gruzji, gdzie przez jakiś czas mieszkała, zdarzało mi się słyszeć ją w radiu w roli komentatorki problemów związanych z obszarem jej zainteresowań. Dlaczego wobec tego zajęła się Kaszubami? Bo sama jest Kaszubką. Ale droga do tej książki wcale nie była prosta, autorka długo wypierała swoją kaszubskość, wstydziła się jej, a studia polonistyczne wybrała dlatego, aby ją definitywnie unicestwić, przynajmniej na poziomie języka. To proces, o którym dzisiaj już się mówi i który dotyczył także innych mniejszości etnicznych czy narodowych mieszkających w Polsce, na przykład białoruskiej. Po prostu w naszym homogenicznym społeczeństwie języki mniejszości długo uważane były za gwarę, a więc za coś gorszego, bo wiejskiego. W szkole wymagano znajomości polskiego, wobec tego bardzo często nawet jeśli naturalnym językiem dla kogoś był na przykład kaszubski czy białoruski, rodzice w trosce o przyszłość dziecka nie pozwalali mu mówić w tym języku i rozmawiali z nim po polsku. Co wobec tego sprawiło, że Stasia Budzisz dziś identyfikuje się jako Kaszubka? Pobyt w Gruzji, a konkretnie w Megrelii. Dla jej mieszkańców jest oczywiste, że są Megrelami. A kiedy pandemia uziemiła ją w Polsce, pojawiły się plany na książkę o rodzinnych Kaszubach. I tak ostatecznie powstała "Welewetka", reportaż o znikających Kaszubach.

Opowieść o swojej ziemi rodzinnej, jej historii i problemach łączy autorka z historią rodziny. I chociaż cała książka jest ciekawa, to przyznam, że właśnie te fragmenty zainteresowały mnie najbardziej. Może między innymi dlatego, że są to opowieści o pradziadkach i dziadkach, sięgają czasów przedwojennych, wojennych i tuż powojennych, a opowiedziane zostały w bardzo interesujący sposób. Nie było łatwo odtworzyć losy rodziny, dogrzebać się prawdy, bo o pewnych faktach milczano ze strachu albo dlatego, że były zbyt bolesne i lepiej o nich nie mówić. To oczywiście dziadek służący w  Wehrmachcie czy gwałty na Kaszubkach. Stasia Budzisz opowiada o tym, jakim szokiem dla niej było odkrycie, że jej ukochany dziadek służył w niemieckim wojsku. Tym bardziej, że wyobrażała go sobie jako polskiego patriotę i tak o nim opowiadała, konfabulując o jego życiu zgodnie z modelem polskiego patriotyzmu wtłoczonym jej przez szkołę. Dziś już wiemy, dlaczego Kaszubi, Ślązacy czy Mazurzy służyli w niemieckim wojsku. Rozumiemy ten skomplikowany dziejowy splot. Dziś otwarcie mówi się też o gwałtach popełnianych przez radzieckich żołnierzy, którzy wkraczali na wyzwalane tereny. Nie oszczędzali też Polek, ale szczególnie okrutnie traktowali Kaszubki i Mazurki, bo uważali je za Niemki.

Jak się okazuje, o przedwojennej i wojennej historii Kaszub sporo już wiedziałam, co nie znaczy, że tych partii "Welewetki" nie czytałam z zainteresowaniem. Zawsze warto sobie przypomnieć ulotną wiedzę, a i sporo nowych faktów poznałam. Natomiast zupełnie nie miałam pojęcia o współczesnych problemach Kaszubów. Stasia Budzisz nie lukruje rzeczywistości, otwarcie i z nieukrywaną złością pisze o konfliktach pomiędzy najważniejszymi kaszubskimi organizacjami i działaczami wynikających z tego, jak mają się Kaszubi sytuować względem Polski i polskości. Czy są przede wszystkim Polakami i mają się w Polskę wtapiać, czy stanowią jednak byt odrębny mieszkający w Polsce. Pisze o zaniechaniach względem języka, szkolnictwa, ale chyba najbardziej irytuje ją kaszubskość pielęgnowana na pokaz, jako atrakcja turystyczna, bez głębszego namysłu i znajomości historii. Okazuje się, że kaszubski strój ludowy i kaszubski haft to produkt peerelowskich folklorystów. Został wtedy wymyślony i zaakceptowany przez odpowiedni urząd. Bo czegoś takiego po prostu nie było. Autorka dowiedziała się, że to, jak napisała, wielka ściema,  kiedy zaczęła temat zgłębiać. To samo dotyczy zespołów muzycznych, a właściwie instrumentów, na których grają. W tym wypadku mylone są ich funkcje. To z tych powodów pojawił się podtytuł o znikających Kaszubach. Bardzo krytyczna jest też Stasia Budzisz wobec silnej kaszubskiej religijności, która kultywowana bezkrytycznie, bez znajomości kultury i folkloru prowadzi do konfliktów, nieporozumień, a w sferze osobistej do opresji.

Bardzo ciekawa książka. Warto było po nią sięgnąć.

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"

"Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery (W.A.B. 2014; przełożyła

Agnieszka Holland) to jego trzecia powieść, którą przeczytałam w ramach nadrabiania karygodnych zaległości. Z tymi karygodnymi to celowa przesada, bo już dawno zrozumiałam, że nie da się poznać ani całej klasyki, a Kundera takim klasykiem już jest, ani wszystkich nowości wartych lektury. Przestałam uważać, że coś powinnam albo muszę. Czytam, co chcę i co mnie interesuje. Nie ukrywam, że po twórczość Milana Kundery postanowiłam sięgnąć, kiedy po jego śmierci wysłuchałam dwóch ciekawych rozmów jej poświęconych. Nie zamierzam jednak czytać wszystkiego. Podążam za rekomendacjami i gustem Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego znawcy czeskiej literatury i kultury. Czegoś trzeba się trzymać. "Nieznośna lekkość bytu" to wyjątek na mojej liście książek czeskiego pisarza, którą sobie sporządziłam po wysłuchaniu wspomnianych rozmów. Dlaczego? Bo jako jedyną czytałam ją już kiedyś. Jest więc to moje ponowne z nią spotkanie, z pierwszego niewiele zostało - zarys fabuły i sylwetek trojga głównych bohaterów, świadomość, że mi się podobała.

Kundera wraca tu do swoich ulubionych tematów, którymi są splot indywidualnego losu z Historią, niszczenie jednostki przez reżim komunistyczny, rola przypadku, nad którą w sposób szczególny zastanawia się w tej powieści. Wraca też do swojej ulubionej formy - mamy kilkoro bohaterów, tym samym zdarzeniom przyglądamy się z różnych perspektyw. Za to znacznie więcej jest w "Nieznośnej lekkości bytu" fragmentów eseistycznych czy nawet rozważań filozoficznych. Przyznaję, pewnie nie po raz pierwszy, że filozofia to moja nieodwzajemniona miłość. No może miłość to zbyt duże słowo, w każdym razie bardzo bym chciała jakoś ją liznąć, ale zawsze okazuje się, że to nie na moją to głowę. Wszelkie próby kończą się fiaskiem. Dlatego i tu niektóre fragmenty, szczególnie te z przedostatniego rozdziału, a właśnie tam jest ich najwięcej, nieco mnie nużyły, bo podążanie za myślą pisarza nie do końca było łatwe. Ale też bez przesady, da się przez nie przejść i naprawdę warto czytać do końca.

Historia chirurga Tomasza, jego żony Teresy, kochanki Sabiny i kilku jeszcze drugoplanowych, chociaż też istotnych, postaci, myślę tu szczególnie o Franzu, który przez jakiś czas związany był z drugą z tych kobiet, wpisana została w opozycję ciężaru i owej tytułowej lekkości bytu, którą wywiódł Kundera od idei wiecznego powrotu Nietzschego i od Parmenidesa. Przymiotnik nieznośna jest już wkładem samego pisarza. Czy ktoś jeszcze nie zajmował się tą antynomią, pojęcia nie mam, trudno zakładać, żeby nie. W skrócie, gdyby przyjąć, że wszystko powraca, nasze życie, każdy nasz czyn byłby obciążony ciężarem odpowiedzialności. Ponieważ nie wraca pojawia się ta lekkość. Z drugiej strony dopiero ciężar sprawia, że nasze życie staje się prawdziwsze, bardziej realne, bardziej je odczuwamy, lekkość oznacza ulotność, odebranie wagi. Co w takim razie lepsze? Ciężar czy lekkość? Nietzsche wybiera ciężar, a Parmenides lekkość. Referuję za Kunderą, jeśli coś przekręciłam, czegoś nie zrozumiałam, z góry przepraszam. W to wszystko wplata też autor rolę przypadku. Teresa pojawiła się w życiu Tomasza w wyniku splotu okoliczności - musiał nastąpić szereg przypadków, aby się spotkali, z tak różnych światów byli. On, wykształcony chirurg z Pragi, który świadomie porzucił żonę i syna, aby skakać od kochanki do kochanki i oddać się pracy. Cóż, w prawdziwym życiu nazwalibyśmy go pewnie seksoholikiem, ale pisarz nadaje jego niepohamowanej skłonności do kobiet głębsze znaczenie. Ona, kelnerka z prowincji, bez wykształcenia, doświadczona przez dom rodzinny, zakompleksiona, ale, jak się później okaże, zdolna i wrażliwa. Nie jest odpowiednikiem Łucji z "Żartu". Czy wybierając ją, wybrał ciężar? Czy ją skrzywdził, bo zdradzał, chociaż tylko fizycznie? W tych skokach w bok nie było przecież żadnych uczuć, kochał ją. Ale ona odczuwała je boleśnie. A może to ona skrzywdziła jego, kiedy  wróciła z Genewy do Pragi, gdzie wyemigrowali po upadku praskiej wiosny, a on po jakimś czasie wyjechał za nią? Gdyby został, nadal byłby chirurgiem, a chirurgia była dla niego wszystkim, czymś, co wybrał świadomie, w czym się spełniał. W Pradze po jakimś czasie skończył, myjąc szyby. Ale to było przecież wynikiem jego przypadkowego chwilowego zaangażowania się w politykę. Gdyby stał z boku, może nie musiałby odchodzić ze szpitala. Nad tym wszystkim zastanawia się narrator, obserwując swoich bohaterów  z dystansu, przyglądając się im niczym eksponatom, egzemplifikacjom ludzkich postaw.

Bo powieść Kundery bardzo mocno wpisana została w politykę, w zdarzenia praskiej wiosny z roku 1968, a szczególnie ich konsekwencje dla czeskiej inteligencji, zwłaszcza dla tych, którzy nie potrafili stać z boku, jakoś dali świadectwo swojej niezgodzie na stłumienie chwilowej wolności zakończonej radziecką okupacją. Ich los był taki jak Tomasza. Tomasza, który wcześniej zawsze wybierał to, co lekkie, dopiero Teresa i Historia wprowadziły w jego życie ciężar. Zdegradowani, wyrzucani z uczelni, gazet, zmuszeni pracować fizycznie. Albo jeszcze gorzej zamykani w więzieniach. Pisząc o tym, autor zastanawia się nad sensem masowych protestów, owych Wielkich Marszów, jak je nazywa, organizowanych przez intelektualistów i aktywistów z Zachodu w obronie tłamszonej wolności. To polityczny teatr zamiast prawdziwego czynu. Czy mają sens, skoro najczęściej nie przynoszą rezultatów? Zwłaszcza już, natychmiast. Czy są tylko sposobem na poprawę samopoczucia protestujących, którzy nie chcą się czuć bezradni i mają złudne wrażenie, że coś robią? A dla osób sławnych, Kundera nie używa jeszcze słowa celebryci, są sposobem lansowania się, czy może zwracania uwagi na protest w słusznej sprawie? Pisarz pozostaje raczej pesymistą, przynajmniej ja tak odczytuję jego stanowisko. Lepiej jednak, gdy nie ma innej drogi, wybrać teatr, skoro nie można wybrać czynu. Z drugiej strony, przecież wiadomo, że kropla drąży skałę. Gdyby pesymizm Kundery zawsze się sprawdzał, nadal w tej części Europy panowałaby komuna i wszystko, co z nią związane.

"Nieznośna lekkość bytu", chociaż chyba najbardziej wymagająca spośród tych pozycji Kundery, które do tej pory przeczytałam (wspomniany "Żart" i "Walc pożegnalny"), daje najwięcej pola do rozważań. Wiele tu symbolicznych snów, które dręczą bohaterów, zwłaszcza Teresę, powracających scen. Są związki z muzyką, beethovenowskie ess mussein, czyli tak musi być, które dręczy Tomasza. Ale jest też kawał życia. Zwłaszcza Teresa wydaje mi się najciekawiej sportretowaną bohaterką. Godna by była osobnych rozważań, można w jej postaci odnaleźć wiele tego, co dręczy kobiety także dzisiaj. Zwłaszcza relacja z matką, która położyła się cieniem na jej osobowości, ukształtowała ją, stała się przyczyną wielu kompleksów, lęków, ale i buntu. Uczyniła ją kruchą i silną zarazem. Są też w tej powieści momenty wzruszające. Szczególnie silny związek Teresy z psem, który się do niej przyplątał, a którego nazwała Karenin. W ogóle końcówka powieści chyba najbardziej mnie poruszyła i wynagrodziła trudy czytania partii eseistycznych i filozoficznych. 

Po raz kolejny przekonałam się, że warto po Kunderę sięgnąć. W planach mam jeszcze dwie jego powieści z czasów czeskich, może najważniejsze eseje. A teraz obraz praskiej wiosny najlepiej byłoby skonfrontować z powieścią "Cud", poświęconą też praskiej wiośnie, mojego ulubionego czeskiego pisarza, Josefa Škvoreckiego. Kiedyś to nastąpi. Kiedy? Nie wiem.

Katarzyna Chudyńska-Szuchnik "Świdermajerowie"

Kiedy zobaczyłam zapowiedź reporterskiej książki Katarzyny

Chudyńskiej-Szuchnik "Świdermajerowie" (Dowody 2023), nie od razu było dla mnie oczywiste, że po nią sięgnę. Wśród tylu innych nowości jakoś niespecjalnie mnie ciągnęła. Ale ponieważ trochę interesuję się architekturą, kiedy zapoznałam się z entuzjastyczną recenzją napisaną przez osobę, której ufam, złamałam się - książkę kupiłam i dość szybko przeczytałam. Przeczytałam to za mało powiedziane - połknęłam jednym tchem, korzystając z majówkowego weekendu.

Zacznę jednak od początku, bo mam świadomość, że nie wszyscy wiedzą, czym są owi tytułowi świdermajerowie, co uświadomiła mi moja koleżanka, która nie miała pojęcia, o czym mówię, polecając jej książkę. Skąd ja wiedziałam? Nie mam pojęcia, bo przecież nie mieszkam w Warszawie ani nawet w jej okolicach i nigdy ich nie widziałam. No może migają mi jakieś z okien pociągu, kiedy jadę do stolicy.  Otóż świdermajery, bo tak brzmi ich nazwa wymyślona przez samego Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, o czym dowiedziałam się z książki, to bogato zdobione drewniane domy, których charakterystycznym elementem są werandy. Domy głównie letniskowe, budowane od lat 80-tych XIX wieku do lat 30-tych wieku XX pomiędzy Warszawą, a Otwockiem. Ich pierwowzorem był popularny w Europie swiss chalet, czyli parterowy, prosty, drewniany dom budowany w górach. Nasza odmiana z czasem zyskała piętro i bogate zdobienia. Stąd ich jeszcze jedna nazwa - domy torty. Powszechnie używana czy wymyślona przez autorkę na użytek książki? To nie jest dla mnie jasne, a może coś przeoczyłam. W latach 20-tych i 30-tych świdermajery zyskały nowoczesną, modernistyczną odmianę.

Dlaczego budowano je właśnie tam - między Warszawą a Otwockiem? Ze względu na sprzyjający mikroklimat, który był zasługą lasów sosnowych rosnących na tamtejszych piaskach. Dla mieszczuchów zmęczonych miastem, spragnionych ciszy i spokoju było to miejsce idealne, szczególnie, że dojazd stał się łatwy, odkąd powstała tam linia kolejowa. Dodatkowym magnesem była rzeka, Świder, która latem dawała ochłodę, i warunki sprzyjające leczeniu rozmaitych chorób. Dlatego powstało tam najpierw kilka sanatoriów i zakładów w typie współczesnych spa, a potem jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać pensjonaty - letniaki. To jeszcze jedna nazwa świdermajerów. Kto miał trochę pieniędzy, inwestował w dom z pokojami na wynajem. Tamtejszym budowniczym pracy nie brakowało. Niektórzy decydowali się na domy całoroczne i na stałe wyprowadzali się z miasta. Okolice przyciągały wielu Żydów, którzy spędzali tam wakacje. Różne były wyjaśnienia, dlaczego upodobali sobie akurat te miejsca. Autorka podaje najprostsze i niestety przykre - przyjeżdżali do podwarszawskich letnisk, bo tu ich przyjmowano bez zastrzeżeń, czego nie można powiedzieć o innych tego typu miejscach, na przykład o Nałęczowie.

Czy książka Katarzyny Chudzyńskiej-Szuchnik spodoba się tylko czytelniczkom i czytelnikom choćby odrobinę interesującym się architekturą? Moim zdaniem nie! Mogą ją czytać śmiało wszyscy. Oczywiście autorka sporo opowiada o budynkach, o ich historii, architekturze i losach współczesnych, dzieli je na rozmaite kategorie, ale robi to w bardzo interesujący sposób. Pisze o tych, które jeszcze stoją, i o tych, po których zostało już tylko puste miejsce i ślad w pamięci mieszkańców. Te nazywa domami duchami. Zaraża swoją pasją i miłością do świdermajerów. Ja nabrałam wielkiej ochoty, aby przy okazji kolejnej wizyty w Warszawie wybrać się na wycieczkę ich śladem. A już na pewno w bliższej przyszłości pojechać do miejscowości całkiem niedaleko mojego miasta, w której stoją kuzyni świdermajerów. Bo i o nich można przeczytać w tej książce.

Ale przecież nie tylko o architekturze są "Świdermajerowie". To historie o ludziach - budowniczych tych domów, ich dawnych mieszkańcach i obecnych - tych, którzy dostali tam  przydział na mieszkanie, i pasjonatach próbujących te domy ratować, co wcale nie jest proste. Wiele tu rozmaitych ciekawostek. A wszystko to łączy się z opowieściami o historii Polski, o przemianach społecznych i obyczajowych, wreszcie o miejscach, gdzie je budowano. Choćby o Śródborowie - w założeniu mieście ogrodzie, które dziś zyskało miano jednego z polskich miast widm. 

Ale dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o świecie, który brutalnie zniszczyła wojna, a potem swoje dołożył PRL. I o nieuchronności. Bo nad książką unosi się pytanie - czy można jeszcze uratować te świdermajery, które pozostały? Czy los większości z nich jest przesądzony - są skazane na zagładę? Będą funkcjonowały tylko w ludzkiej pamięci jako domy duchy? A z czasem nawet pamięć o nich się ulotni? Zaczęły znikać zaraz po wojnie. Na opał dla falenickich piekarń rozebrano wtedy kilkaset z nich. Można się zżymać na barbarzyństwo komunistycznych władz i zdziczenie obyczajów, ale dramatycznie brakowało węgla, a chleb piec trzeba było. Te, które zostały, niszczały zasiedlone przez lokatorów z kwaterunku. I znowu można się irytować, ale przecież mieszkań brakowało. Dzisiaj niszczeją, bo w ich remont i dostosowanie do współczesnych wymogów trzeba włożyć górę pieniędzy. Stać na to nielicznych, najczęściej pasjonatów, którzy walczą o nie latami. Miasta mogą pozwolić sobie na renowację pojedynczych. I znowu można się złościć, ale dla władz samorządowych to dylemat - bo za pieniądze przeznaczone na remont jednego świdermajera można zrobić dużo dobrego dla mieszkańców. Więc pewnie skazane są na nieistnienie, pewnie przetrwają tylko nieliczne. Ich przekleństwem jest ich liczba i materiał, z którego powstały. Smutno, ale pewnie nic się z tym nie da zrobić. Ciekawe, jaki byłby ich los, gdyby historia potoczyła się inaczej? Czy nadal byłyby modne? Czy zarabiałyby na siebie? Czy ich właścicieli byłoby stać na ich utrzymanie i konieczną modernizację? Bo przecież świat i tak parłby do przodu. A może ratunkiem są współczesne podróbki świdermajerów, które już powstają? Może one przeniosą pamięć o swoich drewnianych przodkach?

Grzegorz Piątek "Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939"

"Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939"

(W.A.B. 2022) to pierwsza książka Grzegorza Piątka, po którą sięgnęłam. Oczywiście słyszałam o wcześniejszych, przede wszystkim o dwóch - o odbudowywanej z wojennych zniszczeń Warszawie i o stołecznym architekcie Bohdanie Pniewskim działającym w mieście przed i po wojnie. O obu się mówiło dużo i dobrze, "Najlepsze miasto świata" znalazło się nawet w finale Nike. Już pierwsza książka Grzegorza Piątka, biografia Stefana Starzyńskiego, dostała Nagrodę Literacką m.st. Warszawy i była nominowana do Nagrody im. Jana Długosza oraz w konkursie Książka Historyczna Roku. Nawet miałabym ochotę po nie sięgnąć, szczególnie te o Pniewskim i o Warszawie. Miałabym, gdybym mogła znaleźć czas na wszystkie tytuły, które mnie nęcą. No ale wiadomo - trzeba wybierać. 

Tymczasem najnowszej książce Grzegorza Piątka, za którą dostał Paszport Polityki, nie byłam w stanie się oprzeć. I wcale nie z powodu tej nagrody. Przyciągnęła mnie Gdynia. Dlaczego? Bo uległam jej mitowi - miasta doskonałego, które w kilka lat powstało z niczego, w miejscu, gdzie wcześniej była kaszubska wioska. Tak, taki mit, sama nie wiem, kiedy zalągł się w mojej głowie. Jeśli do tego dodać zainteresowanie historią i (odrobinę) architekturą, to wszystko jasne. Oczywiście zanim sięgnęłam po książkę, wysłuchałam kilku rozmów z autorem (niech żyją podcasty!), więc przystępując do lektury, wiedziałam, że on ten mit obala, a właściwie pokazuje, jak było naprawdę. 

No więc jaka jest prawda o przedwojennej Gdyni? Po pierwsze powstawała chaotycznie, bez urbanistycznego planu, a jej modernistyczne oblicze, przynajmniej początkowo, to skutek tempa, w jakim budowano niektóre budynki, i braku odpowiednich środków. Później oczywiście było inaczej - modernizm stał się modny. Gdynię porównywano do włoskiej Littorii, modernistycznego miasta powstałego za czasów Mussoliniego na osuszonych bagnach. Ale Littorię budowano według planów, a Gdynia rozwijała się chaotycznie, przypadkowo i spontanicznie. Zresztą nie wymyślono jej jako miasta modernistycznego. Pierwsze reprezentacyjne realizacje, na przykład dworzec kolejowy, noszą jeszcze inne piętno - są mieszanką stylów historycznych, polskich. To taka patriotyczna, swojska architektura mająca być ucieleśnieniem wyśnionej polskości, tak jak ucieleśnieniem zmartwychwstałej Polski miała być Gdynia, okno na świat otwierające nas na morze. Ale ponieważ morze ze zrozumiałych względów nie było polskim żywiołem, należało morski mit wykreować, stworzyć modę na Gdynię. Z jednej strony doniosła rola portu, któremu miasto zawsze było podporządkowane, z drugiej wypoczynek na piaszczystych plażach. To tu zaczęła ściągać na lato śmietanka towarzyska. Ale początki były trudne. Stefan Żeromski, który przyjeżdżał do Gdyni u jej zarania, kiedy z kaszubskiej wioski dopiero zaczynała przepoczwarzać się w miasto, nie był nią zachwycony. Ciekawe, co powiedziałby później, w latach trzydziestych? Cóż, pewnie nadal byłby rozczarowany.

I tu przechodzimy do obalenia mitu drugiego. Otóż Gdynia wcale nie okazała się spełnieniem marzeń o szklanych domach. Tak miało być, ale tak się nie stało. Obok miasta reprezentacyjnego, eleganckiego, szczycącego się pięknymi modernistycznymi budynkami w centrum i willową dzielnicą na Kamiennej Górze, powstało miasto drugie - nędzne, zabudowane skleconymi z byle czego barakami, slamsami, w których w wielkim zagęszczeniu gnieździli się nie tylko portowi robotnicy i ich rodziny, ale także niżsi urzędnicy czy nauczyciele. Miasto bez brukowanych ulic i bez kanalizacji. Bo do Gdyni niczym do amerykańskiego Klondike ściągali w poszukiwaniu pracy ludzie z całej Polski zwabieni jej mitem. Tymczasem o pracę wcale nie było tak łatwo, a i ona, jeśli w końcu się ją zdobyło, nie gwarantowała zarobków, za które można by było wynająć porządne mieszkanie. To zresztą problem całej międzywojennej Polski, a Gdynia dodatkowo była miastem wyjątkowo drogim. Choćby dlatego, że wszystko trzeba było tu dowozić z głębi kraju. Z czasem problem dostrzeżono i pojawiły się próby budowy osiedli robotniczych, na wzór tych warszawskich, ale szło to powoli, a w końcu, tak jak w Warszawie, czas się skończył - wybuchła wojna.

Prawda jest taka, że Gdynia budowała swoją potęgę na wyzysku. Jak pisał Tadeusz Wende, kierownik budowy portu, Gdynia zwiększa swój obrót dlatego, że jest tańsza / robotnik też jest tańszy. Stąd jej konkurencyjność.  A Grzegorz Piątek dodaje od siebie: A był tańszy nie dlatego, że w Gdyni żyło się taniej, tylko dlatego, że musiał przystać na gorsze warunki. W innym miejscu podsumowuje: Polska modernizacja była więc zbudowana na poświęceniu i nierównym podziale owoców wzrostu, a rządzący tylko ubierali to w piękne słowa. Grali na patriotycznej nucie, wymyślali hasła wyścigu czy współzawodnictwa pracy, wymagali poświęcenia w imię dobra wspólnego nie tylko od robotników, ale także od urzędników czy nauczycieli. Już wtedy zrodziła się kultura harówki, która świetnie się ma do dziś. Zresztą podobieństw do współczesności jest więcej. 

Autor wpisuje te zjawiska w szerszy kontekst - taki model rozwoju jest charakterystyczny dla państw peryferyjnych, które gonią kraje rozwinięte, nadrabiają zaniedbania. Ich parcie do przodu i modernizacja opiera się na wyzysku klas ludowych, robotników, niższych warstw inteligencji. W zamian dostają mgliste obietnice dostatku, kiedy kraj dogoni te rozwinięte. W międzywojennej Polsce  dobrze się żyło pracownikom zatrudnianym przez państwo i w państwowych firmach, ale ceną za wygodne życie była lojalność. Wraz z umacnianiem się dyktatury rosły podziały na swoich i nie swoich. Chociaż w Gdyni w roku 1938 robotnicy stanowili 65 procent mieszkańców, to właśnie im żyło się najgorzej. I jak gorzko zauważa Grzegorz Piątek: Dziś kultywuje się pamięć o tych robotnikach, którzy zbuntowali się przeciwko komunie, lecz ci, którzy przed wojną budowali zręby Gdyni i buntowali przeciwko ówczesnej władzy, popadli w zapomnienie. 

Autor pisze o tym, że Gdynia nie była wypadkiem przy pracy, podobne błędy, chaotyczny boom, brak planowania urbanistycznego, spekulacja gruntami, popełniano przy budowie COP-u (Centralnego Okręgu Przemysłowego), który w latach trzydziestych stał się sztandarowym przedsięwzięciem międzywojennej Polski i tym samym zdetronizował Gdynię. Oczywiście to nie jest tak, że Grzegorz Piątek wyciąga tylko ciemne strony miasta. Jak zauważa, po prostu zabrakło czasu. Być może, gdyby nie wojna, Gdynia rozwijałaby się w swoim tempie, osiągnęłaby wiek dojrzały i udałoby się rozwiązać część problemów. Bo nie zapominajmy, że Historia dała jej tylko dziewiętnaście lat, więc ciągle jeszcze była nastolatką.

Na koniec autor  spoglądając na przeszłość Gdyni, zadaje sobie i czytelnikom ważne pytanie o przyszłość. 

Czy potrafimy sobie wyobrazić świat, w którym pracownika budowlanego stać na dom, który buduje? Powiedzcie, co byłoby nie w porządku z tak poukładanym światem?

Dlaczego godzimy się na świat bez takich marzeń? Kiedy i dlaczego oduczyliśmy się marzyć? 

Jak widać "Gdynia obiecana" to książka z szerszym oddechem. No i koniecznie muszę dodać, że świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem. Warto w trakcie lektury zaglądać do netu, aby znaleźć zdjęcia budynków, o których Grzegorz Piątek szerzej pisze. Wiele znajdziemy w książce, ale nie wszystkie.

Juan Gabriel Vasquez "Kształt ruin"

Długo zastanawiałam się, czy sięgnąć po powieść kolumbijskiego

pisarza Juana Gabriela Vasqueza "Kształt ruin" (Echa 2020; przełożyła Katarzyna Okrasko). Z jednej strony literatura latynoska, a ściślej kolumbijska, i znakomite recenzje, z drugiej coś w przeglądanych pobieżnie recenzjach sprawiało, że nie mogłam się zdecydować. W końcu jednak postanowiłam przeczytać. Co było tym ostatecznym impulsem, już sama nie pamiętam. Chyba obietnica, że dowiem się czegoś o trudnej kolumbijskiej przeszłości. 

Cóż, to już trzecia książka w ostatnim czasie, która mnie rozczarowała! Dwie pierwsze to "Psi park" Sofi Oksanen i "Sofia albo początek wszystkich historii" Rafika Schami'ego. Były partie, od których nie mogłam się oderwać, ale inne mnie nudziły. Drażniła  też sama forma - książka sprawiająca wrażenie literatury non-fiction, okazuje się jednak w końcu literacką kreacją. Autor, który siebie zrobił jednym z bohaterów tej opowieści, a osią akcji uczynił dwa ważne momenty z kolumbijskiej historii, zaznacza jednak na końcu, że prawdziwe postacie, zdarzenia czy dokumenty zostały poddane beletrystycznej obróbce, a czytelnik, który chciałby doszukiwać się podobieństwa do rzeczywistości, robi to na własną odpowiedzialność. Nic nie poradzę na to, że chciałabym jednak wiedzieć trochę więcej o tym, co jest prawdą, a co zmyśleniem. 

Oczywiście łatwo sprawdzić, że Rafael Uribe Uribe i Jorge Eliecer Gaitan to  kolumbijscy politycy, którzy zostali zamordowani w Bogocie przez swoich przeciwników. Pierwszy w roku 1914, drugi w roku 1948. Po śmierci Gaitana wybuchły kilkudniowe krwawe zamieszki, w czasie których z rąk wojska zginęły setki jego zwolenników i przypadkowych ludzi. To też prawda. Te dni zyskały nawet specjalną nazwę bogotazo. Ale ile jest prawdy w opowieści o śledztwie i procesie po zabójstwie Rafaela Uribe Uribe? A czaszka tego pierwszego roztrzaskana maczetami zabójców i fragment kręgów kręgosłupa tego drugiego ze śladem po kuli traktowane przez dwóch bohaterów tej powieści jak relikwie to fantazja autora czy rzeczywiście można je gdzieś oglądać? A Anzola, który na prośbę rodziny Uribe Uribe zgodził się prowadzić prywatne śledztwo, aby wyświetlić prawdę o zabójstwie, istniał czy nie? W necie go nie znalazłam, więc chyba jednak nie. Z drugiej strony autor zręcznie podsuwa tropy sugerujące, że to postać prawdziwa. Więc może jednak istniał? Dla kolumbijskiego czytelnika to wszystko pewnie jest jasne, dla polskiego nie. 

Sprawy nie ułatwia fakt, że akcja osnuta jest wokół teorii spiskowych. Owładnięty jest nimi jeden z głównych bohaterów, Carballo, który święcie wierzy, że za morderstwem Gaitana stał jeszcze ktoś, nie tylko ten, który strzelał, a potem został zlinczowany przez rozwścieczony tłum. Wyświetleniu tej sprawy poświęcił całe swoje dorosłe życie. Dlaczego tak się stało, tego czytelnik dowiaduje się w ostatnim rozdziale. Po stronie zdrowego rozsądku stoi narrator, czyli pisarz Vasquez. Kolejne pytanie - ile w nim prawdziwego Vasqueza? Według wielu literaturoznawców nie powinno to czytelniczek i czytelników obchodzić. Narrator uważa Carballa za żałosnego maniaka i kwestionuje tezy, w które on święcie wierzy. W tej sytuacji czułam się trochę bezradna i mój zdrowy rozsądek kazał mi stanąć po stronie narratora. A może o to właśnie chodziło? Aby postawić czytelnika w takiej niewygodnej, ambiwalentnej sytuacji?

Książkowa historia ma kształt opowieści o tym, jak doszło do jej powstania. Dlaczego Vasquez mimo wielu wątpliwości zdecydował się w końcu opisać historię Carballa, a co za tym idzie historię zamachu na obu polityków, Uribe Uribe i Gaitana. Narracja przyjmuje formę niechronologiczną, wiele tu retrospekcji i obszernych dygresji. I tu tkwi mój problem z "Kształtem ruin" - opowieść bardzo długo się rozkręca i w wielu partiach jest strasznie szczególarska, co było powodem mojego znużenia i zmęczenia, o którym już wspominałam. Lubię długie powieści, ale moim zdaniem tej skróty dobrze by zrobiły. Były jednak takie fragmenty, od których nie mogłam się oderwać, o czym też już pisałam.

Co jeszcze zainteresowało mnie w "Kształcie ruin"? Historia. Opowieści o obu politykach, ich zwolennikach i przeciwnikach. Historia charakterystyczna dla Ameryki Łacińskiej - broniący swoich przywilejów bogaci kontra biedni, którzy chcieliby poprawić swój los, prawica kontra lewica, konserwatyści kontra liberałowie, a w tle Kościół. Te podziały nakręcają spiralę przemocy, która powtarza się co jakiś czas i trwała w Kolumbii do niedawna. Niewykluczone jednak, że to tylko krótka przerwa i znowu wybuchnie. Vasquez wspomina czasy swoich studiów, kiedy to bomby wybuchające na ulicach były codziennością. Zainteresowało mnie jeszcze to, co tak mocno wybrzmiewa pod koniec powieści - jest mnóstwo historii nieopowiedzianych i nigdy się o nich nie dowiemy. Przepadły. Nasz obraz świata kształtują te opowiedziane. Co o tym decyduje? Przypadek? Celowy wybór? Kto go dokonuje? Zwycięzcy? Wypływają te z większą siłą przebicia? Vasquez uważa, że świat to chaos i suma przypadków, a my jesteśmy tylko pionkami na szachownicy Historii. Carballo, że ktoś zawsze pociąga za sznurki. To pomaga mu uporządkować sobie rzeczywistość, poczuć ulgę w tym świecie nie do zniesienia.  

Nie wiem, czy sięgnę po najnowszą książkę Vasqueza, która niedawno się ukazała. Z jednej strony znowu kusi mnie temat i tło historyczne, z drugiej obawiam się podobnych pułapek. Najbardziej jednak chciałabym przeczytać wydany kilka lat temu "Hałas spadających rzeczy", ale powieść wydaje się nie do zdobycia.

Rafik Schami "Sofia albo początek wszystkich historii"

Po lekturze wyjątkowo dołującej powieści "Czas huraganów"

meksykańskiej pisarki Fernandy Melchior musiałam sięgnąć po coś lżejszego. W poszukiwaniu takiej książki zaczęłam przekopywać mój czytnik. Nie było łatwo. W końcu wybór padł na kupioną już sama nie wiem kiedy powieść syryjskiego pisarza mieszkającego w Niemczech Rafika Schami'ego - "Sofia albo początek wszystkich historii" (Noir sur Blanc 2019; przełożyła Elżbieta Zarych). W Polsce ukazało się kilka jego tytułów, ja mam jeszcze jeden - "Ciemną stronę miłości", którą kupiłam dobrych kilka lat temu. Nie słyszałam wcześniej, ani potem, o Rafiku Schamim, więc zakup podyktowany był ciekawością - bardzo lubię sięgać po literatury niszowe. Gwarancję jakości dawało wydawnictwo.  

To wielowątkowa epicka (epicka w pierwotnym znaczeniu tego słowa) opowieść, której akcja rozciągnięta jest na dziesięciolecia. Retrospekcje sięgają lat dwudziestych zeszłego wieku, koniec to styczeń 2011, kiedy w krajach arabskich zaczynają się protesty nazwane potem arabską wiosną. Czym to skończyło się w Syrii, wiadomo, więc wydźwięk tej historii musi pozostać gorzki. Tę gorycz najlepiej oddaje zdanie skierowane do Salmana, głównego bohatera tej historii, który w latach siedemdziesiątych musiał uciekać z kraju, bo był zaangażowany w partyzantkę antyrządową. Kiedy w końcu w grudniu 2010 roku przyjeżdża z wizytą do Damaszku, upewniwszy się najpierw, że już żadna z kilkunastu tajnych służb specjalnych nic do niego nie ma, od swojego kolegi, towarzysza tamtej walki, który niestety nie miał tyle szczęścia co on i spędził lata w syryjskim więzieniu poniżany i torturowany,  usłyszy słowa brzmiące mniej więcej tak  - ty wyjedziesz, my tu zostaniemy.  

Początek tej historii zaczyna się jednak dużo wcześniej, kiedy tytułowa Sofia była młodą dziewczyną i zakochała się z wzajemnością w Karimie. Ona chrześcijanka, on muzułmanin. Rodzice wybrali jej innego męża, bogatego złotnika. To ich synem będzie Salman. Karim i Sofia jeszcze jakiś czas utrzymywali swoją relację. Potem ona pomogła jemu, kiedy został fałszywie oskarżony i groziło mu więzienie, a on obiecał jej, że jeśli kiedyś będzie miała problemy, może zwrócić się do niego z prośbą o ratunek. Taka okazja nadarzy się właśnie pod koniec 2010 roku, kiedy to Salman po zapewnieniach, że będzie bezpieczny, przyjedzie odwiedzić krewnych, przyjaciół i ukochane miasto, Damaszek. Dlaczego Sofia będzie zmuszona prosić o pomoc swoją dawną miłość, tego nie mogę zdradzić. Powieść, która do tego momentu przypomina trochę rodzinną sagę, teraz nabiera charakteru sensacyjnego. Czy Karimowi uda się spełnić złożoną niegdyś obietnicę? Czy pozostanie bezpieczny, on i jego ukochana Aida? Jak to się wszystko skończy i rozwikła?

Jak już wspominałam, kupiłam tę powieść z ciekawości, sięgnęłam teraz, aby trochę odetchnąć od trudnych tematów. Kto czytał uważnie, pewnie się zorientował, że skoro tłem tej historii jest syryjska polityka, to nie może być przyjemnie. Tak jest w rzeczywistości. Nie uniknęłam opisów więzienia, a przede wszystkim tortur, chociaż nie było ich jakoś specjalnie dużo. Jest to taki typ powieści, który w sposób atrakcyjny, nieprzesadnie ciężki opowiada o sprawach trudnych. Można by ten typ literatury określić mianem deserowej  albo pluszowej. Oba określenia zaczerpnęłam od kogoś, nie ja na nie wpadłam, czego żałuję. Czyta się więc "Sofię" bardzo dobrze, może nawet za dobrze. 

Czy zaspokoiłam swoją ciekawość? Tak. Na pewno sporo dowiedziałam się o Syrii, szczególnie o okresie lat siedemdziesiątych, kiedy to lewicowa partyzantka walczyła z reżimem. Najciekawsze jednak było tło obyczajowe. Mieszanka kultur, religii, życie codzienne. A największą przyjemność sprawiły mi opisy Damaszku. Autor szczegółowo opowiada o swoim mieście, dokładnie wykorzystując jego topografię. Gdybym miała plan, mogłabym śledzić wędrówki bohaterów. Oczywiście da się to zrobić w internecie, ale nie chciałam, aby komputer czy smartfon odciągał mnie od lektury, a poza tym jestem przywiązana do map papierowych. Mogłam też sobie znakomicie wyobrazić wnętrza domów, wewnętrzne dziedzińce, wspaniałe ogrody, uliczki starego miasta, kawiarnie i wiele innych miejsc. Cóż, lubię taką rozlewną literaturę, lubię, kiedy autor dzięki opisom pozwala mi wyobrazić sobie świat, o którym opowiada. Nie zawsze zwięzłość jest cnotą, chociaż mam wrażenie, że dziś jest w cenie. Zwięzłość, nie cnota.

Jeśli ktoś  po przeczytaniu tego wszystkiego, co już napisałam, nabrałby przekonania, że jestem powieścią Rafika Schami'ego zachwycona, to się myli. Uczucia mam mieszane. Do plusów, które już wymieniłam, dorzuciłabym jeszcze barwne, pogłębione portrety bohaterów, opowieść o rozczarowaniu Salmana po przyjeździe do Damaszku, jakie niesie nieuchronne zderzenie wspomnień z rzeczywistością, która od nich odstaje. Salman w swoim rodzinnym mieście nie czuje się już do końca u siebie, nudzą go krewni i znajomi, z którymi bez przerwy musi się spotykać, niewiele ma już z nimi wspólnego, smucą zmiany, jakie zaszły. Interesujący jest też wątek późnej miłości dwojga bardzo dojrzałych ludzi, którzy mają za nic, co sąsiedzi o nich powiedzą. Ale właśnie między innymi z tym wątkiem łączy się to, co mnie w tej książce irytowało. To sposób opowiadania o uczuciach, nieco egzaltowany, naiwny, przypominający baśń. Być może autor czerpał z tradycji arabskiego snucia opowieści, której nie znam i nie czuję. Tak więc ciekawość i przyjemność mieszały się z irytacją, a z czasem nawet ze znużeniem. Dopiero kiedy powieść nieoczekiwanie przybrała formę sensacyjną, irytacja zniknęła, a ja zwyczajnie byłam ciekawa, jak poradzi sobie bohater, jak wyrwie się z matni i uniknie niebezpieczeństwa. 

Czytać?  Nie czytać? Jak kto chce. Ja na pewno kiedyś sięgnę po tę drugą powieść Rafika Schami'ego, skoro mam ją w czytniku.

Tania Malarczuk "Zapomnienie"

Kolejna ukraińska książka, o której piszę. I wcale nie ostatnia - kilka

tytułów czeka jeszcze na lekturę, a przecież stale wychodzą nowe. Tym razem to powieść Tani Malarczuk "Zapomnienie" (Warstwy 2019; przełożył Marcin Gaczkowski).

Jest to historia, która powinna nam być bliska. Dlaczego? Bo jej głównym bohaterem jest Wiaczesław Lipiński, który przyszedł na świat w roku 1882 w polskiej ziemiańskiej rodzinie mającej swój majątek na Wołyniu w Zaturcach w okolicach Łucka. Na chrzcie nadano mu imię Wacław, a on jako student zdecydował, że czuje się Ukraińcem, co wywołało skandal wśród najbliższych i  znajomych. Takie sytuacje zdarzały się na terenach, gdzie mieszały się narodowości. Mój kolega historyk, kiedy opowiedziałam mu bohaterze tej powieści, natychmiast sypnął dość znanymi nazwiskami. Teraz, kiedy piszę te słowa, przyszła mi do głowy pewna refleksja - dlaczego oburzano się na Lipińskiego, a przyjmowano za naturalne procesy odwrotne, bo przecież i takie były. Wystarczy przywołać najbardziej znane przykłady - Radziwiłłów czy Wiśniowieckich.  Od razu wyjaśniam, że Lipiński nie jest bohaterem wymyślonym. Informacje o nim można bez trudu znaleźć w sieci. Konia z rzędem takiemu szaraczkowi jak ja, który wcześniej o tej postaci słyszał. Ja dowiedziałam się o nim, kiedy usłyszałam o książce i postanowiłam ją przeczytać. Ciekawa jestem, na ile Wiaczesław Lipiński znany jest w Ukrainie. Przyznam, że nie od razu zdecydowałam się na lekturę, bo temat w pierwszej chwili wydał mi się nieciekawy. Byłam w błędzie. A haczyk złapałam, kiedy dowiedziałam się, że Tania Malarczuk będzie gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada.

Powieść ma właściwie dwoje bohaterów - wspomnianego już Wiaczesława Lipińskiego i narratorkę - pisarkę, która z powodu nagłych napadów lęku  przestaje wychodzić z mieszkania. 

I oto w jednej z chwil cierpienia bezdennej marności zaczęłam nagle myśleć o czasie jako o tym, co spaja nieskończony różaniec niedorzecznych zdarzeń. Doszłam do wniosku, że tylko w konsekwencji tych zdarzeń jakikolwiek sens istnieje i że nie Bóg, nie miłość, nie piękno, nie potęga rozumu określają ten świat, a wyłącznie czas, upływ czasu i mgnienie ludzkiego życia.

Dlatego zaczęła maniakalnie studiować stare ukraińskie gazety. W jednej z nich, wydawanej w Stanach Swobodzie,  znalazła informację o śmierci Wiaczesława Lipińskiego. Nie miała pojęcia, kim był, ale uznała, że kimś ważnym, skoro redakcja poinformowała o tym na pierwszej stronie! Odtąd zaczęła się jej fascynacja Lipińskim. 

Rozdziały powieści opatrzone tytułem i datą układają się w rodzaj kalendarium z życia ich obojga. Większość poświęcona jest Wiaczesławowi Lipińskiemu. I tak pisarka pogrążona w kryzysie i niemocy odnajduje sens, odgrzebując z mroków niepamięci człowieka, który nieoczekiwanie stał się jej bliski. 

Co w nim takiego fascynującego? Wiele. Już sama zmiana narodowej tożsamości z polskiej na ukraińską wymagała hartu ducha i odwagi. Lipiński wywołał skandal nie tylko wśród rodziny czy znajomych, ale również w czasie studiów w Krakowie, kiedy zabierał głos w dyskusjach o sprawie ukraińskiej. Ponieważ uważany był za Polaka, jego poglądy spotykały się wśród naszych rodaków z krytyką, uważano je za haniebne. On jednak uparcie trwał przy swoim i z czasem stał się cenionym i niezwykle ważnym ukraińskim socjologiem, publicystą, historykiem, a wreszcie politykiem. Nic dziwnego, że kiedy w wyniku wielkich zmian  zachodzących w Europie po pierwszej wojnie państwa takie jak Ukraina znalazły się w tym krótkim okienku dziejowym, kiedy mogły zyskać niepodległość, został ambasadorem jednego z krótkotrwałych ukraińskich rządów w Austro-Węgrzech. Nie trwało to długo. Jak wiemy, w tamtym czasie marzenia Ukraińców o wolności nie spełniły się. 

Lipiński to postać tragiczna. Nic mu się nie udało. Małżeństwo szybko okazało się porażką, córki prawie nie widywał, stracił, jak wielu Polaków i Ukraińców, majątek, który dostał od bogatego wuja. Wreszcie z jego marzeń o niepodległej Ukrainie nic nie wyszło. Niemal całe życie zmagał się z poważnymi chorobami. Ostatnie lata (zmarł w roku 1931) spędził w skromnym domku w austriackiej Styrii w towarzystwie służącej i wiernego sekretarza. Utrzymywał się ze skromnych sum przysyłanych mu regularnie przez brata. Osamotniony, oskarżany przez dawnych politycznych przyjaciół o sprzeniewierzenie pieniędzy, wytrwale pracował nad kolejnymi artykułami czy książkami. Idea, jaką wyznawał, aby niepodległa Ukraina była domem dla wszystkich zamieszkujących ją narodów, poniosła klęskę. Do głosu doszedł ukraiński nacjonalizm, od którego się odżegnywał. Po śmierci został zapomniany.

Ale książka Tani Malarczuk to także bardzo ciekawa historia budzenia się ukraińskiej świadomości narodowej, starań o niepodległość, walk rozmaitych politycznych stronnictw i idei, upadek nadziei, a wreszcie historia emigrantów, którzy uciekli z terenów wcielonych do ZSRR. Emigrantów, którzy stracili wszystko, klepali biedę i ... pogrążali się w animozjach, sporach i kłótniach. Skąd my to znamy! Naprawdę wiele się z niej dowiedziałam. Wprawdzie dobrych kilka lat temu czytałam książkę brytyjskiej dziennikarki i historyczki Ann Reid "Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015", ale naprawdę niewiele z niej pamiętam. Cóż, gdybym miała czas, chętnie bym do niej wróciła.

Pozostaje na koniec zadać pytanie - czy oba wątki łączy coś poza tym, że narratorka zafascynowana jest Lipińskim? Tak. To historia Ukrainy. Wspominając babcię Sonię i dziadka Bączyka, bohaterka trochę opowiada o losach tych, którzy nie wyjechali. Pojawiają się wspomnienia Hołodomoru, kolektywizacji, wojny, czasów powojennych. Przetrwali ci, którzy byli twardzi, jak babcia Sonia, prosta, wiejska kobieta, albo ci, którzy umieli sprytnie manewrować pomiędzy meandrami Historii. Można to nazwać oportunizmem, ale ocalili życie. To przypadek dziadka Bączyka, który śmiechem przykrywał świadomość swoich kompromisów z losem. Dzięki temu, że oni przetrwali, na świecie pojawiła się narratorka. A przecież tak niewiele brakowało, aby jej nie było. Ceną za życie była utrata zbiorowej pamięci. Nie pierwszy raz wraca ten wątek w ukraińskiej literaturze. Z podobnym problemem mierzyła się rodzina Ciłyków w powieści Wiktorii Amieliny "Dom dla Doma", o której niedawno pisałam.  

Zaczęłam płakać, wciąż powtarzając sobie, że łzy są gniewem adresowanym do kogoś innego. Ale kto to był? (...) Partyjni, którzy wydawali rozporządzenia zgodnie z kursem na likwidację szkodliwej historii, na lobotomię pamięci? Czy może moi dziadkowie i babcie, pradziadkowie i prababcie, którzy okazali się zbyt słabi, aby przeciwstawić się lobotomii? Kto winien? Na kogo się złościć? 

Warto sięgnąć po tę ciekawą, ale smutną książkę. 

Popularne posty