Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludobójstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludobójstwo. Pokaż wszystkie posty

"Aida"

Jesień jak zwykle obrodziła kinowymi premierami. Nadchodzą tygodnie, kiedy trzeba będzie wybierać pomiędzy tytułami. Ale tym razem wątpliwości nie miałam - na "Aidę" Jasmili Żbanić czekałam od dawna i już się obawiałam, że nie trafi na polskie ekrany. Niezależnie od tego ile nagród i nominacji zebrałby ten film i tak chciałabym go obejrzeć. Po pierwsze dlatego, że widziałam dwa poprzednie obrazy tej reżyserki, "Grbavicę" i "Jej drogę" (szczególnie o tym pierwszym nie mogę zapomnieć do dziś), po drugie z powodu tematu - wojna na Bałkanach po rozpadzie Jugosławii i masakra w Srebrenicy. Wiedziałam, że idę na film przygnębiający, taki, który sponiewiera i zmasakruje. Trudno, pewne rzeczy trzeba zobaczyć i przeczytać.

Akcja filmu zaczyna się w momencie, kiedy wojska serbskie zbliżają się do Srebrenicy, którą wcześniej atakowały. Z miasta zaczynają uciekać mieszkańcy. Po chwili widzimy ogromną kolumnę ludzi zmierzającą w stronę bazy Błękitnych Hełmów, czyli wojsk ONZ-etu pilnujących ustanowionej wokół miasta strefy bezpieczeństwa. Wśród uciekających jest mąż i dwaj synowie Aidy, tłumaczki pracującej w bazie ONZ. Film jest opowieścią o tym, jak kobieta próbuje za wszelką cenę uratować swoją rodzinę. Ona może czuć się bezpieczna, oni nie. Oczywiście nikt nie wiedział jeszcze wtedy, że Serbowie zamordują ponad osiem tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców. To największe ludobójstwo w Europie od czasów Holokaustu. 

Nie, to nie jest kino spod znaku Hollywoodu, więc nie ma mowy o szczęśliwym zakończeniu. Nie będzie tak jak w amerykańskich filmach, kiedy doskonale wiemy, że spośród głównych bohaterów, któryś musi zginąć, ale inni ocaleją. Widz nie powinien przecież wyjść z kina zupełnie zdołowany, a przy tym niech się trochę wzruszy i mimochodem przyjmie do wiadomości, że rozegrała się wielka tragedia. Kiedy w pierwszych kadrach filmu kamera pokazuje jakby w zwolnionym tempie nieruchome twarze synów, męża i samej Aidy, wiemy, że ich świat się skończył, że za chwilę ich już nie będzie. Ten zabieg powtórzony zostaje jeszcze kilka razy - oglądamy w ten sam sposób pokazywane twarze innych uciekinierów. Te obrazy są jak stare przedwojenne fotografie ludzi, którzy wojny nie przeżyli. Zawsze, kiedy je oglądam, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeszcze wtedy byli szczęśliwi i nie mieli pojęcia, co ich czeka. Że ich świat zaraz się skończy. 

"Aida" pokazuje, jak było. Bezradność oenzetowskich wojsk i ich dowódców, spryt Mladko Mladica, który ograł ich jak dzieci, bezwzględne trzymanie się przepisów. Tę niemoc Holendrów w symboliczny sposób pokazuje strój żołnierzy pilnujących bazy - z powodu upału wszyscy chodzą w krótkich spodniach. Trudno oprzeć się wrażeniu, że są jak dzieci. Z drugiej strony jest morze przestraszonych ludzi, kobiet, mężczyzn, dzieci, starców, którzy zostawili swoje domy i zabrali to, co zdołali spakować i unieść. Nie wiedzą, co z nimi będzie. Koczują w upale wokół bazy - głodni, spragnieni, wymęczeni. Ci szczęśliwcy, którzy zostali wpuszczeni do środka, nie mają wcale lepiej. Nie siedzą wprawdzie pod palącym słońcem, ale duszą się w zatłoczonej hali i w smrodzie własnych ekskrementów. 

Oprócz tych wstrząsających obrazów, które działają dziś jeszcze mocniej, kiedy temat uchodźców za sprawą Afganistanu stanął znowu w centrum uwagi, niezwykle poruszyły mnie dylematy moralne i koszmarne wybory, przed jakimi stają bohaterowie. Można zżymać się na bezduszność żołnierzy, którzy nie chcą przepuścić męża i synów Aidy, ale trudno nie zgodzić się z ich argumentacją, że jeśli otworzą przed nimi szlaban, to inni też będą chcieli wejść. Gdzie jest ta granica, kiedy trzeba powiedzieć dość? Kibicujemy Aidzie i chcemy, aby ocaliła swoich najbliższych, ale jednocześnie wiemy, że i ona musiała dokonać wyboru. Co jakiś czas z tłumu koczujących za drutami słyszy krzyki swoich sąsiadów czy znajomych, którzy błagają ją o pomoc, bo wydaje im się, że może więcej. Musi pozostać głucha na ich prośby. Nie zazdrościłam jej, kiedy wypełniając obowiązki tłumaczki, przez megafon przekazywała rozkazy holenderskiego dowódcy, które uważała za bezduszne i bezwzględne. Takich sytuacji jest w filmie wiele. Najdramatyczniejsza wydała mi się ostatnia - kwestia wyboru, przed jaką staje rodzina. Nie mogę zdradzić, o jaki wybór chodzi, ale o tej scenie szczególnie nie potrafię zapomnieć.

Jak czytać zakończenie filmu? Jest optymistyczne, bo życie toczy się dalej? Co zawsze mnie zadziwia, a przecież to prawda - z czasem wszystko jakoś się układa, przynajmniej na pozór. Czy przeciwnie - pesymistyczne, bo ludzkość niczego się nie nauczyła i historia może się powtórzyć?

Po co oglądać tak mocny film? Żeby wiedzieć. Żeby wspomnieć tych, którzy zostali bestialsko zamordowani i tych, którzy ocaleli, ale wcześniej tak wiele wycierpieli. Żeby potraktować to, co miało miejsce  w Srebrenicy jak przestrogę. Ta historia wydarzyła się przecież całkiem niedawno, tak niedaleko od nas, w Europie. Wydawało się, że to niemożliwe, a jednak. Dziś jest jeszcze drugi powód - uchodźcy, uciekinierzy szukający bezpiecznego miejsca do życia. Ten film pokazuje, jak czuje się człowiek, który traci wszystko i walczy o życie.

Sven Lindqvist "Wytępić całe to bydło"

Po przeczytaniu "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry" Reni Eddo-Lodge naturalną koleją rzeczy było sięgnięcie po esej, historyczny reportaż (?) szwedzkiego pisarza, podróżnika i dziennikarza Svena Lindqvista - "Wytępić całe to bydło" (W.A.B. 2009; przełożyła Milena Haykowska), który od dłuższego czasu leżał w zakamarkach mojego czytnika. Ale każda książka ma swój czas, więc i na tę w końcu przyszła pora. Przed laty byłam nawet na spotkaniu z autorem, dziś już nieżyjącym (zmarł w maju tego roku). Być może zdarzyło się to przy okazji premiery, na pewno miało miejsce na jednym z ważnych literackich festiwali, który w tamtym czasie dopiero raczkował. Książki jednak wtedy nie kupiłam, pamiętam też, że samo spotkanie nie wywarło na mnie większego wrażenia, no ale pamięć bywa zawodna. Dziś lektura jego książki zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Niby temat znany, niby wiemy, że biały człowiek kolonizując inne kontynenty, wyrządził ich rdzennym mieszkańcom wielką krzywdę, mówiąc bez ogródek eksterminował ich, dopuszczał się ludobójstwa, ale co innego wiedzieć ogólnie, a co innego poczytać o konkretach. Ale o tym za chwilę.

Zaczyna się niewinnie relacją z podróży autora z Algierii przez Saharę. Ta podróż będzie przewijała się przez całą książkę. Ponieważ zaraz pojawiają się refleksje historyczne dotyczące podbojów kolonialnych, historie konkretnych wypraw, mnóstwo nazwisk, a wreszcie opowieść o pracy Conrada nad "Jądrem ciemności", która jest jednym z istotnych motywów książki, a to wszystko swobodnie się przeplata, długo miałam wrażenie, że Lindqvist pisze podobnie do Patricka Deville'a, którego "Kampuczę" i "Vivę" omawiałam na moim blogu. Potem jednak autor bardziej skupia się na zasadniczym temacie książki, kolonialnych podbojach i ich podbudowie ideologicznej oraz religijnej (sam Bóg sprzyja białym, zsyłając na rdzenną ludność choroby), prezentując dość szeroko poglądy brytyjskich, francuskich, a wreszcie niemieckich naukowców, czasem bardziej pseudonaukowców. Dlatego to wrażenie pokrewieństwa pisarstwa Lindqvista i Deville'a znika. 

Jest jeszcze jeden temat, który przewija się przez tę książkę i kto wie, czy z punktu widzenia autora nie był najważniejszy. Lindqvist pokazuje, jak kolonializm i rasizm utorowały drogę do Holocaustu. Twierdzi, podpierając to konkretnymi dowodami, że Hitler chłonął atmosferę, poglądy, jakie panowały wówczas w Europie i w Prusach, a jego działanie było ich konsekwencją. Co ciekawe akurat niemiecka nauka dość długo była wolna od myśli, jakie reprezentowali naukowcy brytyjscy, którzy głosili, że człowiek jest częścią świata przyrody, dlatego rasa silniejsza (biała) wypiera rasy słabsze (kolorowe). Ba, ponieważ one i tak w wyniku praw naturalnych skazane są na wymarcie, biały człowiek wyrządza czarnemu człowiekowi (lub innemu nie białemu) przysługę, skracając jego cierpienia. Oczywiście mocno upraszczam, Lindqvist przywołuje bardzo dużo nazwisk, tytułów dzieł, obficie cytuje albo omawia poglądy, które oczywiście trochę się od siebie różnią, ewoluują, ale w swojej istocie sprowadzają się właśnie do tego - do słów Kurtza, jednego z bohaterów "Jądra ciemności", które posłużyły za tytuł omawianej dziś przeze mnie książki: Wytępić całe to bydło. Taka ideologia usprawiedliwiała nie tylko zagarnianie ziemi, ale też niewolnictwo i wszelkie najwymyślniejsze okrucieństwa, jakie miały zmusić rdzennych mieszkańców do wykonywania rozkazów białego człowieka albo do opuszczenia ziemi. Pozwalała mordercom i katom pozbyć się wyrzutów sumienia. Do tego dochodziła całkowita bezkarność rozmaitych gubernatorów rządzących skolonizowanymi terytoriami, dowódców wypraw, generałów, bo odległość, brak komunikacji, dziewiczość miejsca powodowały brak kontroli rządów brytyjskich czy francuskich nad tym, co robią ich poddani.

Dopiero pod koniec XIX wieku niemieccy naukowcy twórczo rozwinęli myśli swoich brytyjskich czy francuskich kolegów, przygotowując podwaliny pod ideologię nazistowską. Najpierw był Friedrich Ratzel, geograf i etnograf, który głosił, że kolonie, których Prusy przecież nie miały, nie muszą znajdować się daleko, wystarczy sięgnąć po ziemie sąsiadów. Pisał też o narodach rozproszonych, na przykład Żydach czy Romach (wtedy oczywiście używało się terminu Cyganie), nie mających własnego terytorium, a w związku z tym skazanych na wymarcie. Jego książkę studiował Hitler, kiedy pisał "Mein Kampf". Potem był Aleksander Tille, który stworzył etykę postępu sprowadzającą się w uproszczeniu do tego, że racja, jak w przyrodzie, jest po stronie silniejszego. Aż wreszcie Związek Wszechniemiecki ogłasił, że Niemcy potrzebują przestrzeni życiowej i mogą ją zdobyć kosztem sąsiadów. Pojęcie przestrzeń życiowa zyskało popularność na przełomie wieku XIX i XX i doprowadziło do teorii, że naród, który nie chce wyginąć, musi wciąż swoją przestrzeń życiową powiększać. To świadectwo jego żywotności. Co było dalej, wiemy.

Lindqvist w swojej książce pokazuje, że chociaż Hitler nadał śmierci skalę przemysłową, to przecież ludobójstwa rdzennej ludności miały miejsce znacznie wcześniej. Przytacza mnóstwo przykładów, od tych najbardziej znanych, eksterminacji Indian w obu Amerykach, ludności Konga, które stało się prywatną kolonią belgijskiego króla Leopolda II (jego pomnik stoi sobie w Brukseli do dziś), po te mniej oczywiste - wytępienie Hererów przez armię niemiecką w Afryce Południowo-Zachodniej (to w tej ekspedycji bierze udział jeden z głównych bohaterów "Olgi" Bernarda Schlincka), całkowita eksterminacja Tasmańczyków, która dokonała się w nieco ponad pięćdziesiąt lat, czy rdzennej ludności Wysp Kanaryjskich (!). Kto się nad tym zastanawia? Kto myśli o rdzennej ludności Wysp Kanaryjskich? Cynizm tej sytuacji (nie wiem, czy w tym kontekście to dobre słowo) polega na tym, że postęp nauki, rozwój techniki pozwalał Europejczykom na masową zagładę właściwie przy minimalnych stratach własnych. Do połowy XIX wieku rdzenna ludność wyposażona w łuki, strzały albo prymitywną broń palną mogła jakoś odpierać ataki, stawać do walki. Potem wraz z pojawieniem się broni coraz mniej zawodnej, powtarzalnej, była bez szans. Churchill, który był korespondentem wojennym, kiedy Brytyjczycy pod koniec XIX wieku odbijali Omdurman (ten opisany przez Sienkiewicza w powieści "W pustyni i w puszczy"), pisał w swojej relacji, jak żołnierze beznamiętnie, monotonnie, mechanicznie wykonywali swoje zadanie, strzelając do bezbronnych mahdystów, których nazywa barbarzyńcami i dzikimi wojskami. W ogóle rozwój techniki ułatwił kolonizację. Kanonierki pozwalały z wody, z odległości ostrzeliwać miejscową ludność, kolej żelazna umożliwiła wywożenie, czytaj rabunek, surowców czy innych dóbr, a statki parowe przewóz żołnierzy i broni.

"Wytępić całe to bydło" momentami czyta się z ogromnym trudem z powodu przykładów niewyobrażalnego bestialstwa, jakiego dopuszczali się biali, podbijając zamorskie terytoria. Pozwolę sobie na jeden cytat, który z jednej strony obrazuje okrucieństwo białego człowieka, a z drugiej jego sposób myślenia. Oto fragment raportu z roku 1904 sztabu generalnego oddziałów niemieckiej armii, która spacyfikowała wspomnianych już Hererów, spędzając ich na pustynię i odcinając drogę odwrotu. W ten sposób okrutną śmiercią w męczarniach  zmarło osiemdziesiąt tysięcy ludzi.  Rzężenie konających i przeraźliwe krzyki obłędu (...) rozbrzmiewały w podniosłej ciszy nieskończoności. I konkluzja: Armia zasłużyła na wdzięczność całej ojczyzny. 

Kiedy tak czytałam o tym, co zrobił biały człowiek człowiekowi o innym kolorze skóry, nie mogłam uwolnić się od banalnej w gruncie rzeczy i wcale nieodkrywczej myśli, że coś potomkom tamtych eksterminowanych narodów, plemion, ludów jesteśmy winni. 

Joanna Kos-Krauze, Aleksandra Pawlicka "Jest życie po końcu świata"

Nie czytam takich książek, nie sięgam po wywiady rzeki, szerokim łukiem obchodzę książki o aktorach, a tym bardziej celebrytach. Joanna Kos-Krauze celebrytką nie jest, aktorką też nie, ale książki „Jest życie po końcu świata” (Znak Literanova 2017) napisanej wspólnie z Aleksandrą Pawlicką pewnie bym nie wzięła do ręki. Ba, nawet o niej nie słyszałam, chyba jest dość słabo reklamowana. Ale polecał ją ktoś, z czyich ust nie spodziewałabym się pochwały książki, której bohaterką jest Joanna Kos-Krauze. Powiedział, że jest przejmująca i że koniecznie trzeba ją przeczytać. Jeśli czytać to tylko teraz, zaraz po obejrzeniu filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”, tak pomyślałam i tak zrobiłam. Pochłonęłam ją w ciągu kilku dni.

„Jest życie po końcu świata” to nietypowy wywiad-rzeka, właściwie nie jest nim w ogóle. To reporterska opowieść o Rwandzie Aleksandry Pawlickiej przeplatana rozmowami z Joanną Kos-Krauze. Rozmowy te można podzielić na trzy grupy. W jednych reżyserka opowiada o swoich pobytach w Afryce, o swoim w niej pomieszkiwaniu, o jej mieszkańcach. Przyznam, że ta część książki momentami mnie drażniła. A działo się tak wtedy, kiedy Joanna Kos-Krauze zaczynała snuć rozważania na temat ludzkiej natury, psychologizować i filozofować. To, co mówiła, niekoniecznie mnie przekonywało, takie rozmowy mogłyby się śmiało znaleźć w ambitnym, ale jednak lifestylowym magazynie. Ich motywem przewodnim jest ludobójstwo i życie po nim. I kiedy Joanna Kos-Krauze mówi konkretnie, przytacza fakty, opowiada historie ludzi, których w Rwandzie spotkała, z którymi nawiązała bliższą relację, jest znacznie lepiej.

Druga grupa rozmów to historia jej związku z Krzysztofem Krauze - od początku znajomości, przez wspólną pracę, chorobę, śmierć, pogrzeb, aż po próbę budowania nowego życia. Równoprawnym bohaterem tych rozmów jest sam reżyser. Przyznam, że jego portret wydał mi się bardzo ciekawy. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że zamiast człowieka sukcesu, a tak go odbierałam, odkryłam postać tragiczną. Nie znałam go takiego - wrażliwego, rozczarowanego tym, co robi, niezadowolonego z efektów swojej pracy, niewierzącego w sukces, borykającego się z krytyką, depresyjnego. Smutna jest ta opowieść. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie reżysera, którego niebanalne obrazy zawsze bardzo przeżywałam i ceniłam. Pamiętam, że kiedy umarł, pomyślałam z ogromnym smutkiem, że już nigdy nie zobaczę jego nowego filmu.

Wreszcie trzecia grupa rozmów dotyczy filmów – od „Długu” po najnowszy, „Ptaki śpiewają w Kigali”. Dostajemy ciekawą opowieść o pracy nad każdym z tytułów - od rodzenia się pomysłu, przez kilkakrotne albo nawet kilkunastokrotne poprawianie scenariusza, rozmaite kłopoty w czasie produkcji, wątpliwości, aż do odbioru przez widzów i recenzentów. Wiele się dowiedziałam, wiele sobie  przypomniałam. Przyznam, iż zupełnie nie pamiętałam, że „Mój Nikifor” miał początkowo słabe recenzje, a jego recepcja zmieniła się po sukcesach za granicą.

Ale może najważniejsza jest reporterska opowieść Aleksandry Pawlickiej o Rwandzie. Wydawało mi się, że po przeczytaniu książki Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć” i „Strategii antylop” Jeana Hatzfelda już niczego nowego na temat ludobójstwa się nie dowiem, a jednak myliłam się. Aleksandra Pawlicka i Joanna Kos-Krauze odwiedzają miejsca związane z tamtą tragedią i wokół nich snują dramatyczną historię wydarzeń z roku 1994. Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie to, że w Rwandzie ludobójstwo dotknęło niemal wszystkich. Albo je przeżyli, albo, jeśli przebywali w tamtym czasie za granicą, stracili bliskich, albo mordowali oni lub ich najbliżsi, a teraz muszą żyć obok siebie, bo inaczej się nie da. Pawlicka porządkuje  fakty historyczne, nakreśla polityczne tło, przypomina niechlubną rolę państw Zachodu, szczególnie Belgii i Francji, wiele też pisze o odpowiedzialności Kościoła za eksterminację Tutsi. Byli oczywiście księża, którzy pomagali, ale byli też tacy, którzy dostarczali mordercom benzyny, którą podpalano ludzi szukających schronienia w kościołach, inni sączyli nienawiść, jeszcze inni w najlepszym razie pozostali bierni. Do dziś Kościół chroni księży zamieszanych w tamte zdarzenia. Wydaje mi się, że rozdziały o Rwandzie są tym bardziej cenne, że mają szansę trafić do czytelnika, który z tymi faktami nigdy się nie zetknął albo wie na ten temat niewiele. Jeżeli skuszony rozmowami ze znaną reżyserką przeczyta całą książkę, to chwała autorkom za to.

 

"Ptaki śpiewają w Kigali"

Na najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego czekałam, od kiedy tylko reżyserska para zaczęła opowiadać o swoich planach, a było to dobrych kilka lat temu. Jestem wielką admiratorką ich twórczości, to po pierwsze, a po drugie temat żywo mnie interesuje. Choroba reżysera, zbieranie funduszy sprawiły, że projekt się przeciągał, a w międzyczasie zmieniła się też koncepcja filmu. Początkowo scenariusz miał być oparty na opowiadaniu Wojciecha Albińskiego. W pierwszej wersji drugim głównym bohaterem, oprócz Claudine, był mężczyzna. Wyszłaby z tego jeszcze jedna opowieść o miłości w czasach zagłady. Dlatego dobrze się stało, że tamten pomysł uległ zmianie. Teraz dostaliśmy uniwersalny film o wychodzeniu z traumy, o przyjaźni, o próbie zrozumienia tego, co się stało, i staraniach, aby zacząć nowe życie po apokalipsie. Film wyciszony, nieepatujący makabrą, o bardzo klarownej, czystej formie, pięknie fotografowany. "Ptaki śpiewają w Kigali" to całkowite przeciwieństwo "Wołynia" Smarzowskiego - nie oglądamy samego ludobójstwa, aktów przemocy. Dlatego też obie aktorki, Jowita Budnik i Eliane Umuhire, grają oszczędnie, są wyciszone, tylko czasami dają upust emocjom. Historia bohaterek jest tylko zarysowana, wiele pozostaje w sferze domysłu, z czasem niektóre wątki zostają dopowiedziane. Na pewno będą widzowie, których film znudzi wolnym tempem i zniechęci oszczędnymi środkami wyrazu. A ja mam kłopot, bo z jednej strony wyciszenie, czystość, klarowność i oszczędność formy zrobiły na mnie wrażenie, sprawiły, że film został ze mną, z drugiej jednak spowodowały, że tę dramatyczną historię oglądałam na chłodno. Nie wzruszyłam się, nie przeżyłam jej, nie doznałam wstrząsu. Chyba jednak nie o to chodziło. Zastanawiam się, czy opowieść, która w zamyśle twórców, ma być ostrzeżeniem przed nienawiścią prowadzącą do przemocy i tragedii, przekona nieprzekonanych, czyli widzów, którzy nie zastanawiają się nad takimi sprawami. Mam jeszcze inną uwagę - moim zdaniem w kilku miejscach nie udało się uniknąć schematycznych rozwiązań. Mimo zastrzeżeń uważam, że film należy obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 

W swoich dotychczasowych filmach Joanna Kos-Krauze i nieodżałowany Krzysztof Krauze byli mistrzami w pokazywaniu emocji. W nieprawdopodobny, niebanalny, przejmujący sposób potrafili opowiedzieć o trudnym splocie życiowych okoliczności, o  bohaterach w sytuacji bez wyjścia. Na wyżyny wznieśli się szczególnie w przerażającym "Długu" i w dojmującym „Placu Zbawiciela”, w którym pokazali piekło rozgrywające się w normalnej, zwyczajnej rodzinie. Bohaterowie tamtego filmu ranili się nawzajem, a główna bohaterka grana też przez Jowitę Budnik, to ta rola odkryła ją jako aktorkę, została zaszczuta przez najbliższych. Piszę o tym nieprzypadkowo, bo po wyjściu z kina zaczęłam się zastanawiać, czy historia Anny i Claudine nie przemówiłaby do mnie bardziej, gdyby reżyserska para poszła podobną drogą. Wszak obie bohaterki przeżyły traumę, na ich oczach ginęli ludzie, są poranione, nie potrafią się otrząsnąć, poradzić sobie ze swoim nieszczęściem. Claudine straciła całą rodzinę, Anna była świadkiem dręczenia, poniżania, a w końcu zamordowania jej ojca, profesora ornitologii, z którym współpracowała w Rwandzie. Potem z trudem udało jej się uciec. Nie wiemy, jak zakończyła się dramatyczna sytuacja w drodze na lotnisko. Czy żołnierze spełnili swoją groźbę i zgwałcili Annę? Wydaje się, że nie, ale pewności nie mamy. Po przyjeździe do Polski obie kobiety nie chcą siebie znać. Claudine woli zamieszkać w ośrodku dla uchodźców niż w domu Anny, która długo pozostaje obojętna na jej los. Dlaczego? To wyjaśni się w drugiej części filmu. Możemy się domyślać, bo pewności też nie mamy, chociaż sugestia moim zdaniem jest dość wyraźna, że Anna kochała profesora, z którym współpracowała, być może miała z nim romans. Takie rozwiązanie fabularne, chociaż tylko dyskretnie zasugerowane, wydaje mi się ogrywaniem schematu. To tłumaczyłoby jednak decyzję Claudine. Jeśli się czegoś domyślała, zrozumiałe jest, że miała do swojej wybawczyni żal. Z kolei jej obecność mogła przypominać Annie o tym, co się zdarzyło. Kiedy w końcu zamieszkają razem, dla obu będzie to bardzo trudne. Powinny się poddać terapii, szukać pomocy u specjalistów zajmujących się leczeniem stresu pourazowego. Anna udaje, że problemu nie ma, wspomnienia i traumę topi w alkoholu. Zamyka się w sobie, nie chce pomocy, nie opowiada nikomu o tym, co ją spotkało. Bo i jak o tym mówić? Kto zrozumie? Opiekowanie się poranioną Claudine nie jest proste. A to nie koniec jej problemów. Ma chorego ojca, straciła kontakt z córką, która żąda od niej wyższych alimentów. Dlaczego nie są razem? Co się zdarzyło? To wszystko sprawia, że w domu Anny rozgrywa się prawdziwa tragedia. Jednak sposób opowiadania, nagromadzenie niedopowiedzeń sprawiają, że jej nie czuję. Niezrozumiały jest też przełom, jaki następuje w relacji obu kobiet. Na koniec tej części rozważań przywołam "Gorzkie żniwa" Agnieszki Holland, które mocno mnie kiedyś poruszyły. A robię to dlatego, że jego tematem była podobna relacja - wybawiciel i wybawiona.

Pytanie, które postawiłam na początku, pozostawiam bez odpowiedzi. Doceniam szlachetność oszczędnej formy, ale jeszcze raz powtarzam, że chyba właśnie ona sprawia, że pozostaję gdzieś obok, nie czuję dramatu bohaterek. Sama jednak nie wiem, czy wyszłoby na dobre filmowi, gdyby twórcy  pokazali ich traumę, ich wzajemne ranienie się tak, jak zrobili to w „Placu Zbawiciela”. Bo z jednej strony na pewno tak opowiedziana historia działałaby na emocje, z drugiej filmowa opowieść mogłaby się wydać wtórna.

Druga część filmu rozgrywa się w Rwandzie wydobywającej się z chaosu. W tym miejscu przypominają mi się słowa wiersza Szymborskiej "Koniec i początek" - Po każdej wojnie ktoś musi posprzątać. I po czterech latach od ludobójstwa trwa sprzątanie. Organizacje pomocowe segregują dary, wygrzebuje się szczątki pomordowanych, ich czaszki starannie czyści. Winni siedzą w więzieniach, odwiedzają ich kolorowo ubrane żony. Na bazarach trwa handel. Ale ofiary nie potrafią wrócić do życia. Kiedy Claudine spotyka swoją ocaloną kuzynkę, chyba jedyną żyjącą krewną, obie kobiety nie umieją się porozumieć. Radość spotkania uniemożliwia mur niezrozumienia. Trauma Christiny jest jeszcze większa, jej przeżycia straszniejsze, dziecko, które urodziła, prawdopodobnie urodziło się na skutek gwałtu. Czy Claudine, która razem z Anną mieszka w eleganckim hotelu, może ją zrozumieć? W każdym razie nie potrafi jej pomóc. Zresztą ma swoje zmartwienia - próbuje odnaleźć zwłoki bliskich, aby ich pochować. To pomoże jej zamknąć czas żałoby, zacząć nowy okres w życiu, ale okazuje się prawie niemożliwe. Ciała zamordowanych wrzucano do kloacznych dołów, grzebano w zbiorowych mogiłach albo zostawiano na pożarcie sępom. Ich obrazy pojawiają się na ekranie co jakiś czas, nieprzypadkowo Anna prowadziła badania nad tymi ptakami. Widzimy też inne sceny symbolizujące rozkład, śmierć – kilkakrotnie oglądamy mrówki, martwe ryby, wnętrzności, zwierzęce płody zanurzone w formalinie. Co zostało po zamordowanych? Tylko przedmioty – oprawki okularów, książka, stosy ubrań w kościele, w którym zamiast schronienia znaleźli śmierć.

Claudine próbuje zrozumieć, dlaczego sąsiedzi mordowali sąsiadów. Oprawca jej ojca też był ornitologiem, przyjacielem rodziny, trzymał ją do chrztu. Zapytany, jak mógł to zrobić, odpowie, że wczoraj my, jutro wy (cytat z zawodnej pamięci) i wyjdzie z sali widzeń. Każdy może stać się mordercą. Film w zamyśle twórców ma być ostrzeżeniem, dlatego pokazuje, jak zaczyna się nienawiść. W jednej z pierwszych scen słyszymy komunikaty nadawane przez rwandyjskie radio. Tutsi nazywani są karaluchami. Tak było rzeczywiście. Ludobójstwo nie wzięło się znikąd. Przez lata propaganda Hutu sączyła pogardę, podsycała nienawiść, aż Tutsi pozbawieni zostali człowieczeństwa. Skoro są karaluchami, trzeba się ich pozbyć. To może stać się wszędzie. Dlatego znamienna jest scena wizyty policjantów w domu Anny. Przyszli sprawdzić papiery Claudine, bo ktoś na nią doniósł. Nie widzimy ich, ale słyszymy rozmowę. Kobieta im się nawet podoba, ale co będzie, jak przyjedzie ich więcej? Jak sprowadzi krewnych? I niby wszystko jest w porządku, rozumiem intencje twórców, podzielam obawy, nigdy nie dość czujności, ale ta scena wydała mi się sztuczna, nazbyt łopatologiczna. Zgrzyta w tym subtelnym filmie. Jakbym widziała szwy, a przecież nie powinnam ich dostrzec. Nie tylko wtedy. Anna nieprzypadkowo nazywa się Keller. Jej ojciec ma na imię Horst. Akcja filmu toczy się we Wrocławiu i okolicach. Kto uważnie ogląda, domyśli się, że Horst Keller urodzony w roku 1910, taka data widnieje na jego grobie, był Niemcem, który po wojnie został na Dolnym Śląsku. Możemy sobie wyobrazić jego powojenne losy. Za Anną ciągnie się historia ojca. Ten wątek również wydał mi się niepotrzebny. Za dużo grzybów w barszcz.

Chociaż trochę marudzę, dzielę się wątpliwościami, to jednak muszę przyznać, że film mimo emocjonalnego chłodu zapadł mi w pamięć.

 

 

Ed Vulliamy "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki"

Właśnie przeczytałam kolejną książkę nominowaną do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. To reportaż Eda Vulliamiego "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki" (Czarne 2016; przełożył Janusz Ochab). Autor już raz, w roku 2012, został laureatem tej nagrody za  "Ameksykę. Wojnę wzdłuż granicy", arcyciekawą opowieść o pograniczu meksykańsko-amerykańskim. Ciekawe, jak będzie w tym roku, konkurencja jak zwykle silna. Na razie jest w finałowej piątce. Cieszę się, że to nie ja muszę dokonywać wyboru. Książkę kupiłam już dawno, ale dopiero nominacja zmusiła mnie, żeby po nią teraz sięgnąć.

Nie będę udawać, napiszę wprost - to nie jest przyjemna lektura. Momentami wstrząsająca.  A jednak powinno się ją przeczytać. Wojna w byłej Jugosławii wydarzyła się przecież niemal na naszych oczach, tak niedawno, w latach dziewięćdziesiątych, tak blisko. Niby pamiętamy, niby wiemy, ale lata płyną i pamięć o tamtych wydarzeniach zaciera się z każdym rokiem. W powszechnej świadomości pozostaje jeszcze Sarajewo (O życiu w oblężonym mieście opowiada wydana przez Czarne książka Barbary Demick "W oblężeniu. Życie na sarajewskiej ulicy") i masowe egzekucje dokonane przez bośniackich Serbów w okolicy Srebrenicy. Umykają naszej pamięci inne miejscowości - Zvornik, Kozarac, Sanski Most, Vlasenica, Prijedor, a to nie koniec listy. Ale najwięcej miejsca poświęca Ed Vulliamy obozom koncentracyjnym utworzonym w roku 1992 w okolicy Prijedoru przez bośniackich Serbów dla bośniackich cywilów, Muzułmanów i Chorwatów. To Omarska, Keraterm, Trnopolje. To autor tej książki wraz z ekipą telewizyjną odkrył dla świata ich istnienie, nagłośnił sprawę, pisał o niej, utrzymywał kontakty z ocalonymi, a potem zdecydował się zeznawać w Hadze przed międzynarodowym trybunałem.

Autor bardzo świadomie używa nazwy obozy koncentracyjne i bardzo świadomie czyni nawiązania do Auschwitz. Aby być pewnym, że wolno mu to robić, konsultuje się ze znawcami zagadnienia z Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, wspólnie z nimi ustala, że serbskie obozy można określić mianem echa Auschwitz. Używając nazwy obozy koncentracyjne,  nawiązuje też do jej pierwotnego znaczenia jeszcze z czasów wojny burskiej. Koncentracyjne, bo służyły koncentracji wysiedlonej ludności. Tak było też i tu, jednak to, co działo się za ich bramami, przechodzi wszelkie pojęcie. Za każdym razem, kiedy zmagam się z książką o czystkach etnicznych, masowych mordach, ludobójstwie, wojnie (Rwanda, Kambodża, Syria, Holokaust, Ormianie), wydaje mi się, że już niczego bardziej okropnego nie przeczytam. A jednak. Chyba nie ma takiej okropności, której człowiek człowiekowi, sąsiad sąsiadowi nie byłby w stanie zrobić. Przecież strażnicy tych obozów i ich więźniowie doskonale się znali, mieszkali w tych samych miejscowościach, uczyli siebie, leczyli siebie, spotykali się, razem ucztowali, razem pili.  Ed Vulliamy pisze we wstępie do polskiego wydania, że nie będzie epatował okrucieństwem, ale to, o czym czytamy, i tak wystarczy. Na szczęście książka nie opowiada tylko o tym, co działo się za drutami obozów.

To przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy przez obozy przeszli. O tym, jak ułożyli sobie życie na emigracji, o ich powrotach, na przekór wszystkiemu, do Republiki Serbskiej w Bośni, gdzie żyją otoczeni niemą wrogością, o budowaniu wszystkiego na nowo, o radzeniu sobie albo nieradzeniu z traumą. O ich żalu do świata, który nie chciał wiedzieć o nich wtedy i nie pamięta o nich dziś. O tym, że nie można przebaczyć, jeśli druga strona konsekwentnie zaprzecza zbrodniom, nie chce rozliczyć się, pokajać i przeprosić, nie pozwala upamiętniać miejsc kaźni, a sama buduje pomniki ku czci pomordowanych i poległych Serbów, a na koniec stawia się w roli ofiary. A wszystko to za przyzwoleniem świata, który pod dyktando Serbów zrównuje zbrodnie bośniackich Serbów ze zbrodniami bośniackich Muzułmanów i Chorwatów, umniejszając tym samym znaczenie tych pierwszych, chociaż przecież statystyki wyraźnie temu przeczą. Mało tego, wielu naukowców i lewicowych  intelektualistów (smutno to pisać), szczególnie brytyjskich, zaprzecza istnieniu tych obozów (wśród nich Noach Chomsky). Dlatego Ed Vulliamy spotkał się z krytyką swoich artykułów o wojnie w Bośni i książki, o której piszę. Wielu dziennikarzy potępiało też jego decyzję o zeznawaniu w Hadze. Autor nie kryje tego i tłumaczy, dlaczego się zdecydował, mimo że nie powinien. Są sytuacje, kiedy nie można stać z boku, nie można pozostać obojętnym w imię  zachowania zawodowej neutralności. Czasem trzeba nazwać rzeczy po imieniu, dać świadectwo prawdzie. Mnie przekonał. W imię takiej neutralności koncern Acellor Mittal, który kupił kopalnię w Omarskiej, na jej terenie był jeden z obozów koncentracyjnych, nie pozwala ocalałym i rodzinom ofiar postawić pomnika upamiętniającego więźniów i pomordowanych. A w pomieszczeniach, w których przebywali, w których ich poniżano, torturowano i zabijano, dziś stoją lśniące biurka i rzędy komputerów. Czy wyobrażasz sobie, czytelniku tej notki, coś takiego w Auschwitz?  Wiele miejsca autor poświęca procesom zbrodniarzy wojennych. Poddaje je krytycznej analizie, pisze o nieskuteczności, powolności i innych grzechach, ale przytacza też poważne argumenty na ich obronę. W każdym razie dotąd nie wymyślono niczego lepszego.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Jak zwykle w takich książkach obnażony zostaje cynizm polityków, którzy ze zbrodniarzami paktują, ściskają im dłonie, chronią ich i bronią  w imię rozmaitych interesów, wylewają krokodyle łzy nad losem niewinnych ofiar, ale niewiele robią, aby je ratować. Tak zawsze było, jest i pewnie jeszcze nie raz będzie. A Ed Vulliamy, Barbara Demick i inni pokazują, jak łatwo było tę wojnę skończyć.



Małgorzata Nocuń, Andrzej Brzeziecki "Armenia. Karawany śmierci"

Są książki, które muszę koniecznie przeczytać. Jestem tego pewna od pierwszej wzmianki na ich temat. Tak było z reportażem "Armenia. Karawany śmierci" (Czarne 2016) znanej spółki autorskiej, specjalistów od Europy Wschodniej, Małgorzaty Nocuń i Andrzeja Brzezieckiego. Staram się czytać i słuchać wszystkiego, co dotyczy tych rejonów. To nie pierwsza książka o Armenii, jaka wpadła w moje ręce. Znam temat z reportaży, literatury pięknej i radia. Dlatego tym razem to nie było odkrywanie białych plam, a raczej przypomnienie i poszerzenie wiedzy. No i przyjemność czytania, bo Nocuń i Brzeziecki nie tylko porządkują świat, nie tylko dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem, nie tylko opowiadają o ludziach, ale pięknie piszą. Opisy Erywania, Górskiego Karabachu czy innych miejsc są bardzo dokładne i plastyczne, dzięki nim czytelnik z łatwością wyobrazi sobie bujną zieleń i nadal częściowo zrujnowane miasta Górskiego Karabachu, stare kamienice ormiańskiej stolicy ustępujące miejsca nowoczesnym, niekoniecznie pięknym, wieżowcom. Zdaję sobie sprawę, że bardziej niecierpliwych czytelników takie szczegóły mogą nużyć, ale ja jestem miłośniczką detalu, lubię, kiedy mięsisty opis staje się pożywką dla wyobraźni, pozwala poczuć klimat miejsca, jego kolory, faktury, zapachy.

Ale książka autorskiej spółki urzekła mnie też klarownym podziałem. Najpierw, w prologu, dowiadujemy się, jak dumni ze swojej ojczyzny i narodu są Ormianie, jak bardzo wierzą, że są naj, że wszystko w ich kraju jest najpiękniejsze i wyjątkowe, nawet niebo jest wyżej i bardziej błękitne, ilu sławnych ludzi ma ormiańskie korzenie. Jednym słowem uważają się za naród wybrany. Wszak to obszar, gdzie po biblijnym potopie odrodziło się życie. A potem następuje przysłowiowe trzęsienie ziemi. W kolejnej części poznamy wszystkie nieszczęścia, jakich doświadczyła Armenia w dalszej i bliższej historii, poczynając od tureckiego ludobójstwa, tytułowych karawan śmierci, przez trzęsienie ziemi, którego skutki odczuwalne są do dziś, wojnę o Górski Karabach czy zamach w parlamencie. Stąd już tylko krok, aby przyjrzeć się politykom i polityce. To kolejna część. Następna to opowieść o Górskim Karabachu, o pięknie tej krainy, jej historii, konflikcie ormiańsko-azerskim, wojnie i jej skutkach, też niestety odczuwanych do dziś. Osobny rozdział poświęcony jest stolicy. Autorzy opowiadają o zmianach, jakie się dokonują, i szukają, bezskutecznie, jej orientalnego uroku. Ostatnią część poświęcają ormiańskiej diasporze i emigracji. Armenia to kraj, który oficjalnie liczy trzy miliony mieszkańców, naprawdę jest ich mniej, co władze wstydliwie przemilczają, chcąc ukryć problem. Wyludniają się miasta i wioski, pustoszeją domy. Tymczasem na świecie żyje potężna ormiańska diaspora, siedem milionów Ormian!

Niewesoła to książka, bo niewesoła jest historia Armenii, po której zawsze hulał krwawy wiatr historii. Ormianie mieli i mają pod górkę. Utracili swoje święte ziemie, święta góra Ararat, która jest na wyciągnięcie ręki (widać ją znakomicie z Erywania), znajduje się w Turcji, Turcji znienawidzonej, bo odpowiedzialnej za wymordowanie około półtora miliona Ormian. Pamięć ludobójstwa wciąż jest żywa, a ofiary nadal się opłakuje. Kraj zamknięty jest w potrzasku, można stąd wyjechać tylko do Iranu albo Gruzji (kiedyś i to było niemożliwe), granice z Azerbejdżanem i Turcją są nadal zamknięte. Sytuacja geopolityczna wpycha Armenię w łapy Rosji, od której jest uzależniona także gospodarczo. Konflikt o Górski Karabach stale się tli i w każdej chwili może wybuchnąć na nowo. Kraj mimo upływu lat nie podźwignął się po trzęsieniu ziemi i wojnie z Azerbejdżanem. Wciąż straszą zrujnowane domy, a uchodźcy z Azerbejdżanu, Górskiego Karabachu i mieszkańcy terenów zniszczonych przez kataklizm nadal mieszkają byle jak i byle gdzie. Jak by tego jeszcze było mało, do kraju przybywają Ormianie do niedawna mieszkający w Syrii. I oni skazani są na tymczasowość, nikt nie wita ich z otwartymi ramionami. Nie ma pracy i nie ma nadziei. Świat nie ujmie się za Armenią.

Książka to lament wygnanych, skrzywdzonych, ocalałych z ludobójstwa, dzieci i wnuków zamordowanych przez Turków, wdów i matek, które straciły synów na wojnie albo po prostu w wojsku przesiąkniętym korupcją i przestępczością, ludzi bez pracy i bez nadziei. Trudno uciec od opisów okrucieństwa, nie tylko tego sprzed stu lat, ale i tego całkiem świeżego (pogromy Ormian w Azerbejdżanie). Tylko rozdziały o ormiańskich dywanach, o ormiańskiej brandy i bujnej przyrodzie są wytchnieniem w tym morzu nieszczęść.

Wojciech Tochman "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Książka Wojciecha Tochmana "Dzisiaj narysujemy śmierć" (Czarne 2010) trochę się przeleżała na mojej półce książek oczekujących. Jeśli przyjąć, że kupiłam ją zaraz po ukazaniu się, a mogło tak być, bo od przeczytania wywiadu z francuskim reporterem Jeanem Hatzfeldem a potem jego "Strategii antylop" interesowałam się tematem, to książka Tochmana czekała na półce sześć lat. A to wcale niestety nie jest rekord. Cóż, nowsze wypiera starsze. Kilka razy solennie sobie obiecywałam, że już, już, ale nic z tego. Aż wreszcie teraz po wysłuchaniu rozmowy z autorem w końcu ją przeczytałam. Tochman jest specjalistą od tematów trudnych, ekstremalnych, które śnią się po nocach. Nie sposób o opisywanych problemach zapomnieć. Tak było z "Jakbyś kamień jadła" (wojna w Bośni), z "Eli, Eli" (slamsy Manili) mimo wszelkich wątpliwości na jej temat, a nawet ze zbiorem reportaży z Polski "Bóg zapłać". A i kolejna jego książka nie zapowiada się wesoło, bo jak dowiedziałam się z rzeczonego wywiadu, Tochman siedzi w Kambodży i zbiera materiały.

A "Dzisiaj narysujemy śmierć" to reportaż z Rwandy. Wiedziałam oczywiście, o czym jest książka, a jednak co jakiś czas musiałam przerywać lekturę, a o czytaniu przed snem nie było mowy. Jak przed chwilą wspominałam, znałam "Strategię antylop", ale albo szczegóły wyleciały mi z głowy, albo autor pisze o zbrodniach, o których Hatzfeld nie wspominał. Tochman przede wszystkim oddaje głos ocalonym, którzy opowiadają o tamtych kwietniowych dniach roku 1994. Głos mają dzieci, które straciły całe rodziny, a same cudem ocalały, gwałcone kobiety i inni, którzy uniknęli śmierci. Ale wszyscy oni byli świadkami zbrodni nieprawdopodobnych, niewyobrażalnych. Reporter pokazuje, jakie spustoszenia zostawiła ludobójstwo. Minęło prawie dwadzieścia lat (biorę pod uwagę czas powstawania książki), a ofiary wciąż mierzą się z traumą. Nie potrafią kochać, nie potrafią być blisko. Nie przypadkiem tyle w Rwandzie nieszczęśliwych małżeństw, a młodzi często żyją samotnie. Tochman ogląda zdjęcia, tych, którzy zginęli. Chce ich zapamiętać, opowiedzieć o nich tyle, ile można, a można niewiele. Daje też świadectwo o tych Hutu, którzy narażając własne życie, ratowali Tutsi. Rozmawia również z mordercami, którzy najczęściej twierdzą, że są niewinnymi ofiarami donosów i fałszywych oskarżeń. Pisze o trudnym procesie pojednania, właściwie nie bardzo możliwym, przeprowadzanym na siłę. Przypomina, jak do ludobójstwa doszło. Jak rząd przy pomocy radia przez lata prowadził systematyczną kampanię zohydzającą Tutsi. Jak nazywano ich karaluchami, robactwem, stopniowo odzierano z godności. Tochman przypomniał o tym w wywiadzie, o którym tu wspominałam. Zrobił to, aby to ostrzeżec. Czasem myślę, to przesada, ale zaraz dodaję, przecież zawsze wydaje się, że ci, którzy straszą, przesadzają.

Książka swego czasu narobiła sporo szumu przede wszystkim dlatego, że autor napisał o niechlubnej karcie kościoła katolickiego w rwandyjskiej masakrze. Księża albo przyglądali się biernie wypadkom, albo jawnie wspierali Hutu. Niektórzy byli uczestnikami tego szaleństwa. Nieliczni zachowali się bohatersko, nieliczni potrafią przyznać się, że zawiedli i stchórzyli. Takie świadectwo robi największe wrażenie. Pisze też Tochman o tym, jak kościół pomaga katom oczyścić się z winy, usprawiedliwić. To nie ludzie mordowali, to robił szatan. Jednym z księży, który lata spędził w Rwandzie, był dzisiejszy arcybiskup warszawsko-praski Henryk Hoser. Tochman zadał mu szereg pytań, między innymi chciał wiedzieć, czy pomagał uciec księżom, którzy czynnie brali udział w ludobójstwie, ale odpowiedzi się nie doczekał.

Reportaż przesiąknięty jest emocjami. Autor ich nie kryje. Nie kryje gniewu, oburzenia, przerażenia, pisze o swojej bezradności. Oskarża, ocenia. Stawia wiele pytań ociekających złością. Pewnie niektórych takie pisanie bebechami razi, ja go rozumiem. Daję mu prawo do emocji, skoro przez dwa lata wysłuchiwał tych niewyobrażalnie potwornych opowieści. Obcował ze złem, zbrodnią, łzami, rozpaczą, pustką, nieszczęściem. Można oczywiście zapytać - po co? Po co o tym pisać, po co o tym czytać? Takie pytanie zadaje Tochman czytelnikowi. Wywołana do tablicy odpowiadam, pewnie dość banalnie - trzeba wiedzieć, nie można żyć pod kloszem, udawać, że świat jest wspaniały, że zła nie ma. Przynajmniej tyle możemy zrobić dla ofiar - pamiętać o nich, o ich cierpieniu.


"Strategia antylop" Jeana Hatzfelda. O książce i spotkaniu.

Ten wpis będzie o tyle nietypowy, że tym razem nie tylko przeczytałam książkę, ale miałam też okazję uczestniczyć w bardzo ciekawym spotkaniu z jej autorem. Tak więc to, co przeczytałam i to, co usłyszałam trochę się wymieszało. Myślę jednak, że niczemu to nie przeszkadza, przeciwnie.

A zaczęło się wszystko kilka miesięcy temu, kiedy to w Dużym Formacie znalazłam krótki wywiad z Hatzfeldem. Wiedza, którą z niego wyniosłam, wstrząsnęła mną. Niby coś tam słyszałam o masakrze w Rwandzie. Tutsi, Hutu, jakieś straszne rzezie i okrucieństwa, ale na dobrą sprawę nie bardzo nawet pamiętałam, kto kogo wymordował. Tyle lat już od tamtych wydarzeń upłynęło, świat zdążył o nich zapomnieć, stale dzieje się coś niewyobrażalnego. Potem przeczytałam "Heban" Kapuścińskiego, który w swojej książce poświęca tym wydarzeniom rozdział, jeszcze później w Wysokich Obcasach natknęłam się na wywiad z mieszkającą w Paryżu Tutsi, której prawie cała rodzina zginęła w rzezi, a ona dzięki wyjazdowi na studia uniknęła tego losu, a teraz zajmuje się naukowo tymi wydarzeniami, porównując je do Holokaustu. O tym wszystkim nie mogłam zapomnieć, więc kiedy książka Hatzfelda ukazała się w Polsce, oczywiście ją kupiłam.

Teraz trochę porządku. Ludobójstwo, o którym mowa, zdarzyło się w roku 1994. Zamieszkujący Rwandę Hutu w ciągu trzech miesięcy wymordowali około osiemset tysięcy Tutsich, również mieszkańców tych samych ziem. Robili to w sposób planowy, zorganizowany i przemyślany. Cel był jeden: zlikwidować Tutsich. Kiedy dziennikarze zjechali do Rwandy, zobaczyli Hutu uciekających do Konga w obawie przed zemstą i to ich początkowo uznano za ofiary. Hatzfeld zjawił się tam właśnie wtedy, aby relacjonować to, co się dzieje, dla swojej gazety. Obserwował, pisał, aż po jakimś czasie, jak wszyscy, wrócił do domu, do Paryża. Świat powoli zapominał o Rwandzie. Hatzfeld czytał, zastanawiał się i doszedł do wniosku, że uległ wraz z resztą reporterskiej braci złudzeniu. To Tutsi byli ofiarami zaplanowanego ludobójstwa. Po trzech latach wrócił tam, zamieszkał w wiosce Nayamata i próbował rozmawiać z ocaleńcami. Nie było to łatwe, bo ludzie ocaleni z ludobójstwa na ogół nie chcą mówić o swoich przeżyciach. Chodzi nie tylko o to, że pragną zapomnieć. Po prostu wstydzą się poniżenia, upokorzenia, zezwierzęcenia, brudu, wszy, nagości. Poza tym mają klopot z pamięcią o tym, co przeżyli. Nie wiedzą, co jest prawdą, a co im się tylko wydaje. Boją się, że nie pamiętają wszystkiego. Po jakimś czasie udało mu się nawiązać kontakt z kilkunastoma Tutsi i w ten sposób powstała książka pierwsza "Nagość życia. Opowieści z bagien Ruandy." (Czarne wyda ją w 2011). W sumie spędził tam dziesięć lat z przerwami na Paryż i napisał jeszcze dwie książki: "Sezon maczet" (również wyjdzie w 2011), czyli rozmowy z kilkunastoma oprawcami, Hutu, i "Strategię antylop", ostatnią część rwandyjskiej trylogii (Czarne 2010; wiosną otrzymała, po raz pierwszy przyznaną, Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki; swoją drogą nie rozumiem strategii wydawnictwa, które najpierw wydaje część ostatnią).

"Startegia antylop" to opowieść o tym, jak muszą żyć obok siebie w wioskach Rwandy ofiary i kaci, ocaleńcy - Tutsi i mordercy - Hutu. To rozmowy z mieszkańcami tej samej wioski Nayamata, sąsiadami. Jedni w 1994 roku ukrywali się w pobliskich bagnach (celowo używam zaimka w a nie na) lub w lasach porastających pobliską górę Kayumbę. Drudzy codziennie rano wychodzili z maczetami i przez kilkanaście godzin (z przerwą na obiad) polowali na swoich sąsiadów Tutsi, aby dosięgnąć ich  maczetą i ściąć. Wieczorem wracali do swoich domów, do żon i dzieci, jedli kolację, bawili się, śmiali, żartowali, kochali. Słowem żyli normalnie. Zabijanie stało się ich pracą. Pamiętam, że kiedy kilkanaście miesięcy temu przeczytałam wywiad z Hatzfeldem, to właśnie zrobiło na mnie takie wstrząsające wrażenie: codzienne wychodzenie na polowania na ludzi, od ósmej do siedemnastej, z przerwą na obiad (w Naymacie rzezie trwały siedem tygodni). Dlaczego są na wolności? Dlaczego nie siedzą w więzieniach? Początkowo tak było, myśleli, że zostaną tam do końca swoich dni, ale przyszła amnestia i w więzieniach zostali tylko ci, którzy byli strategami i ideologicznymi planistami ludobójstwa oraz wielokrotni zabójcy. Pozostałych wypuszczono, bo nie sposób skazać wszystkich (dla tej ilości skazanych brakuje sędziów, sądów itd.), poza tym ktoś musi uprawiać ziemię. Rwanda to mały kraj, brakowało ludzi. Wymyślono więc politykę pojednania (wspólnie z ludźmi Zachodu). Wypuszczeni na wolność Hutu trafiali najpierw do obozów przejściowych, gdzie uczono ich, jak mają się zachowywać wobec ocalonych, jak reagować na możliwe zaczepki czy akty nienawiści. I tak wrócili do swoich wiosek i żyją obok tych, których kiedyś ścigali, na ulicach mijają tych, którym zamordowali rodzinę. Obie strony zostały zmuszone do udawania, że da się tak egzystować obok siebie. Proces, który w Europie trwał kilkadziesiąt lat, tu musiał dokonać się w ciągu kilku. Oczywiście prawdziwe pojednanie się nie dokonało, bo nie mogło. Wszyscy udają, próbują, bo nie mają wyjścia. Nie ma jednak mowy o prawdziwym wybaczeniu, zapomnieniu i pojednaniu. Bohaterowie książki Hatzfelda rozumieją, że tak trzeba, ale jest to dla nich, dla ocaleńców Tutsi, źródłem ciągłego bólu. Jak można zapomnieć, jak można żyć, skoro twój oprawca mieszka obok ciebie? Wielu nie potrafi wyzbyć się lęku. Mówią, że skoro raz się zdarzyło, może zdarzyć się ponownie. Czytając książkę, miałam nieodparte wrażenie, że to Hutu wchodzą w role ofiar. To z nimi trzeba się cackać, nie można ich urazić, trzeba pomóc wrócić do normalnego życia, dobrocią i wyrozumiałością przywrócić społeczeństwu. Z bólem Tutsi nikt się aż tak nie liczy, skoro skazuje się ich na życie obok morderców. Czy było inne wyjście? Jeśli zdecydowano się na wypuszczenie ich z więzień, to pewnie nie. Rwanda to niewielki kraj (proszę spojrzeć na mapę), więc jak ich rozdzielić?

Świadomość, jak niewiele można zrobić, jest przygnębiająca. Podobnie refleksja, że trudno takim zdarzeniom zapobiec, a kiedy już do nich dochodzi, przerwać. Co jakiś czas w jakimś zakątku świata ludzie fundują sobie masakrę. I mimo że potem, kiedy wszystko zostaje opisane, osądzone, zagojone, obiecujemy sobie, że nigdy więcej, że będziemy mądrzejsi, że nie dopuścimy, że nie damy się porwać nienawiści, to po jakimś czasie gdzieś historia się powtarza. Hatzfeld mówi i pisze o tym, że zobaczyć coś, przeczytać o czymś, dowiedzieć się nie jest tym samym, co zrozumieć i przyjąć do wiadomości. A dopiero wtedy można zacząć działać. W ten sposób tłumaczy bierność świata, który nie przyszedł z pomocą Tutsim. Nie przyszedł, bo nie uwierzył, nie przyjął do świadomości, że takie okrucieństwo jest możliwe. Podobnie było w czasie Holocaustu. Długo nie dawano wiary w to, co działo się w Auschwitz czy w innych obozach zagłady. Początkowo buntowałam się przeciw takiemu stawianiu sprawy, ale kiedy zastanowić się nad tym, to niestety przychodzi stwierdzić, że rację ma autor. Podobnie poczułam rozczarowanie, kiedy Hatzfeld powiedział, że swoich książek nie napisał, aby interweniować, ale po prostu z potrzeby pisania. Naiwnym jest myślenie, że książka coś zmieni. Może jedynie pokazać tym, którzy zechcą ją przeczytać, świat, jakiego nie znają. Patrz drogi czytelniku: oto w Rwandzie w 1994 sąsiedzi wymordowali sąsiadów, oto teraz muszą żyć obok siebie, robiąc dobrą minę do złej gry. I ty, drogi czytelniku, i ja, autor tej książki, nic nie możemy zrobić. Niestety nie mamy też gwarancji, że coś takiego się nie powtórzy i to niekoniecznie gdzieś w odległej Afryce (patrz Bośnia). Po zastanowieniu i ta argumentacja mnie przekonała.

Rozpędziłam się, więc na koniec jeszcze o tym, co zrobiło na mnie wrażenie (przygnębiające).

Banalność zła. Hatzfeld mówi i pisze o tym, że oprawcy, z którymi rozmawiał to grzeczni, uprzejmi, normalni ludzie, zwykli sąsiedzi. Tacy, o których nieraz się mówi, że nigdy nie spodziewalibyśmy się po nich, że są zdolni do niewyobrażalnego okrucieństwa. Jak w człowieku rodzi się bestia? I czy każdy bestią może zostać? Ja też? Co bym zrobiła? Milczała, jak żony wykonujących swoją morderczą dniówkę Hutu? Plądrowała domy opuszczone przez Tutsich ukrywających się w bagnach lub lasach Kayumby? Żadna z tych kobiet głośno się nie buntowała, najwyżej niektóre same przed sobą przyznawały, że to, co się dzieje, im się nie podoba. Ale nie zrobiły nic. Bały się swoich mężów?

Świadectwa ocalonych. Szczególnie przejmujące są opowieści tych kilku osób, które ocalały z masakry w lasach Kayumby. Z sześciu tysięcy, które się tam skryły ocalało dwadzieścia osób i niektóre z nich opowiadają, jak całymi dniami uciekały przed ostrzami maczet, jak gromadziły się w kilkuosobowych grupach, jaką startegię przyjmowały, jak spędzały noce (jedyne chwile wytchnienia), o czym myślały. Wstrząsające, podobnie jak opowieści ocalonych z bagien.

I ostatnia sprawa. Co uderza w opowieściach ocalonych Tutsi i wypuszczonych na wolnośc Hutu? To że wszystko zmieniło się na gorsze, w każdym wymiarze, także tym osobistym. Dawniej żyło się lepiej. Wielu z nich miało sporo ziemi, pozycję, jakieś urzędnicze czy inne posady. Teraz wszystko trzeba zaczynać od nowa ze świadomością, że nie zdąży się już osiągnąć tego, co  kiedyś. Z urzędnika w garniturze stało się rolnikiem ciężko pracującym na kawałku ziemi. Wygodny dom trzeba było zamienić na glinianą lepiankę. I wzajemna nieufność, udawanie, że życie wraca do normy (i na powierzchni tak jest: ludzie pracują, uczą się, kochają, spotykają w knajpach, rozmawiają), no i świadomość, że wszystko może sie powtórzyć. Więc dlaczego i po co?

P.S. W listopadzie Czarne ma wydać książkę Wojciecha Tochmana o Rwandzie. Ciekawa jestem, co napisał po Hatzfeldzie.


O Bośni poważnie i ironicznie, czyli "Jakbyś kamień jadła" Tochmana i "Sahib" Velickovica

Jeszcze przez jakiś czas postanowiłam pozostać w bałkańskim kręgu literackim i sięgnęłam po dwie krótkie książeczki, które od dawna leżały na półce, czekając na swoją kolej: reportaż Wojciecha Tochmana "Jakbyś kamień jadła" (Czarne 2008) i powieść bośniackiego autora Nenada Velickovica "Sahib" (Czarne 2007). Tę drugą można w pewnym sensie traktować jako uzupełnienie pierwszej, bo jej akcja toczy się już po wojnie bałkańskiej w Sarajewie, stolicy niepodległej Bośni i Hercegowiny.

Na reportaż Tochmana składają się spotkania z ludźmi, głównie kobietami, które opowiadają o tym, co działo się z nimi i ich rodzinami w czasie wojny. Mówią też, jak wyglądało ich życie przed i jak żyją teraz. Teraz to początek naszego wieku, książka powstała w roku 2003. Reporter oddaje głos nie tylko Bośniakom, ale i Serbom mieszkającym w Republice Serbskiej. Niezorientowanym wyjaśniam, że to część Bośni i Hercegowiny (książka zaopatrzona jest w mapę, która bardzo ułatwia odnalezienie się w opisywanych realiach). Rozmawia także z doktor Ewą Klonowski, polską antropolog, specjalistką od kości, która z wielkim poświęceniem od lat pracuje na tamtych terenach, identyfikując szczątki odnalezione w zbiorowych mogiłach, składając z nich zaginionego człowieka, aby rodziny (głównie kobiety) mogły pochować tych, których opłakują.

Srebrenica, Bihac, Tuzla, Mostar, Sarajewo to nazwy miejscowości, które w latach dziewięćdziesiątych i później często wymieniane były w serwisach informacyjnych, dziś słyszymy o nich coraz rzadziej, zapominamy. A chyba nie powinniśmy, bo ta wojna i to ludobójstwo zdarzyło się tak niedawno i tak blisko nas, w Europie, w kraju chętnie odwiedzanym podczas wakacyjnych podróży. A kiedy czytam to, co mówią Serbowie, którym udziela głosu Tochman, obawiam się, że ta krwawa historia może się kiedyś powtórzyć. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie rozumieją swojej winy, wypierają ze zbiorowej i indywidualnej świadomości to, co zrobili swoim sąsiadom Bośniakom: oblężenia, wyrzucanie z domów i wiosek, zamykanie w obozach, okrutne torturowanie, masowe zabijanie, wrzucanie ciał do zbiorowych mogił, zacieranie śladów, gwałcenie kobiet. Zaraz pojawia się też replika. Mówią o wyolbrzymianiu ich win i o okrucieństwach doznanych od Bośniaków. I choć to prawda, że ci ostatni też mają sporo na sumieniu, to jednak o żadnej równowadze nie może być mowy: obozy koncentracyjne i masowe mordy plamią ręce Serbów. I druga przyczyna, która może stać się w przyszłości zarzewiem nowego konfliktu: tymczasowość i beznadzieja obecnej egzystencji Serbów na terenach Republiki Serbskiej (przypominam: to część Bośni i Hercegowiny, nie Serbii!). Paradoks polega na tym, że Serbowie żyją na terenach, o które walczyli, z których wyrzucili swoich sąsiadów Bośniaków (także Chorwatów), ale żyją w poczuciu tymczasowości. Mieszkają w bośniackich domach lub prowizorycznych barakach, nie mają pracy, wszystko wokół jest zrujnowane, nawet przyroda wydaje się być nieprzyjazna: spalona słońcem, sucha ziemia. Te miejsca kreślone oszczędnym stylem Tochmana robią przygnębiające wrażenie. W życiu społecznym uczestniczą głównie kobiety, mężczyźni siedzą w domach, nie chcą rozmawiać z obcymi, boją się wychodzić czy wyjeżdżać, bo mogą zostać rozpoznani i postawieni przed wymiarem sprawiedliwości. Poczucie tymczasowośći podtrzymują zapisy pokojowego traktatu z Deyton, na mocy którego obie strony, Bośniacy i Serbowie, mogą odzyskiwać swoje domy, z których zostali wyrzuceni. I jedni i drudzy żyją w ciągłym strachu, że tak się stanie, więc niewiele robią, aby zapuścić korzenie. Niektórzy rzeczywiście sięgają po swoją własność, ale tylko po to, aby odzyskane mienie natychmiast sprzedać. Po tym, co sie stało, nie chcą i nie potrafią żyć obok siebie, jak kiedyś. Chyba właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie: to sąsiedzi wyrzucili, torturowali, gwałcili i zabijali sąsiadów. W obozach spotykali się nauczyciel i uczeń, sklepikarz i jego klient, lekarz i pacjent i tak dalej, i tak dalej, można by wyliczać bez końca. Tym razem jednak nie świadczyli sobie nawzajem usług: jeden stawał się katem, drugi jego ofiarą. Po stronie bośniackiej życie toczy się normalniej, szybciej wraca w swoje zwykle koleiny, chociaż nie jest to w żadnym razie normalność sprzed wojny.

Co jeszcze zwraca uwagę w tych relacjach?

Kontrast pomiędzy piękną, spokojną, być może trochę idealizowaną przeszłością, a tym, co zdarzyło się potem i co jest teraz. Można by to opowiedzieć jak baśń, ale bez happy endu. W pewnej pięknej, górzystej krainie żyli sobie szczęśliwie i zgodnie Bośniacy, Chorwaci i Serbowie. Jedni hodowali zwierzęta, uprawiali warzywa i owoce, inni byli prawnikami, lekarzami, nauczycielami, jeszcze inni utrzymywali sie z handlu, wszyscy wychowywali i kształcili dzieci, po pracy tańczyli, śpiewali, bawili się i odpoczywali. Aż nagle, nie wiadomo dlaczego, Serbowie ... . Dalszy ciąg znamy.

Poszukiwanie zaginionych. Po tym wszystkim, co się stało, największą pociechą osamotnionych kobiet, które często straciły w wyniku serbskiego ludobójstwa nie tylko mężów, ale i dzieci, jest odnalezienie i zidentyfikowanie ich szczątków i ich godne pochowanie. Dopiero wtedy będzie można zamordowanych należycie opłakać i symbolicznie zamknąć za sobą pewien etap, no i dalej żyć. Chociaż trudno mi wyobrazić sobie, jak możliwe jest życie po takiej tragedii. Jak może poradzić sobie ze wspomnieniami kobieta, którą wygnano z domu, jej męża, ojca, braci torturowano i zamordowano, dzieci zabito, często na jej oczach, a ją zgwałcono, nawet wielokrotnie? Jak można dalej żyć? Nie wiem, ale one jakoś starają się na nowo odbudować swoją egzystencję. I podkreślam jeszcze raz bardzo mocno: to wszystko zdarzyło sie niedawno i niedaleko, to nie film, nie powieść!

I inne pytania, które sobie zadaję.

Jak sąsiad może to zrobić sąsiadowi, człowiek człowiekowi? Jak można iść do baraku, w którym zamknięci są więźniowie, wybrać sobie jednego i metalowym prętem tłuc, gdzie popadnie, a potem wrócić do domu do żony i dzieci?

Czy jest sens o tym pisać i czytać, skoro niewiele można z tą wiedzą zrobić? Ale przecież niepisanie i nieczytanie oznaczałoby zapomnienie, a tego, jestem pewna, zrobić nie wolno. Tu oddam głos innemu reporterowi Jeanowi Hatzfeldowi autorowi nagrodzonej właśnie Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego "Strategii antylop", książce o ludobójstwie w Ruandzie (to trzecia książka Hatzfelda na ten temat, pierwsza wydana w Polsce). W rozmowie z Olgą Stanisławską na łamach "Gazety Wyborczej" mówi: "Nie łudźmy się, że literatura może powstrzymać jakąś wojnę lub ludobójstwo. (...) To, co może jednak zrobić reportaż, to pozwolić wejść troche głębiej w ten świat. Może pozwolić spotkać ludzi podobnych do was, ale którzy przeszli staszne doświadczenia - ocalonych (...) albo zabójców. (...) Może opowiedzieć, jak to przeżyli i co o tym mówią. Może pomóc zbliżyć się trochę bardziej do tego wydarzenia, trochę bliżej przepaści. Lecz nic wiecej." A ja ciągle zastanawiam się, co ja-czytelnik mogę, powinnam z tą wiedzą zrobić.

I druga książeczka, jak wspomniałam, w pewnym sensie uzupełnienie reportażu Tochmana: "Sahib" Nenada Velickovica. Opisywane zdarzenia rozgrywają się w Sarajewie już po wojnie, w niepodległej Bośni i Hercegowinie. Bohaterem i narratorem jest Anglik, pracownik międzynarodowej organizacji pełniącej misję humanitarną, pomagającej odbudować kraj. Jego poglądy, refleksje, opisy kraju, w którym się znalazł, także jego mieszkańców, poznajemy z listow, które śle regularnie do Georga, swego życiowego partnera. Po powieść sięgnęłam ze względów poznawczych: chciałam się przekonać, jak w Sarajewie toczy się życie po wojnie. Oczekiwałam, że odnajdę tutaj podobne klimaty jak w filmie "Grbavica" Jasmili Żbanic, tymczasem nic z tego. To powieść obrazoburcza, można by rzec: kalająca własne gniazdo. Niewiele tu wspominków wojny, prawie się o niej nie mówi, nie roztrząsa problemów, które wygenerowała. Pisana przez Bośniaka przedstawia, oczami angielskiego urzędnika, mieszkańców Bośni i Hercegowiny w sposób lekceważący, wręcz pogardliwy. W swoich listach narrrator traktuje ich z poczuciem wyższości, niczym dziewiętnastowieczny, biały kolonizator mieszkańców Afryki. Podkreśla przepaść cywilizacyjną dzielącą ich od tej lepszej Europy, z której pochodzi. Jest przekonany, że bez takich jak on nie poradziliby sobie, a i z nimi długo będą gonić ten wspaniały świat. Nie rozumie ich kultury, obyczajów, nie wyobraża sobie, jak można żyć w takich warunkach. W jego oczach to prymitywni, głupi ludzie, którym cywilizowana Europa, traktując ich z wyższością i protekcjonalnie, zmuszona jest pomagać. Gdyby przynajmniej potrafili być wdzięczni! Nie, są gotowi oszukać swych dobroczyńców na każdym kroku. Ale powoli, nie wiadomo kiedy i jak, ten obcy, gorszy, zacofany świat zaczyna go fascynować. Nie ma jednak mowy o porozumieniu, zadzierzgnięciu bliższych więzów: Bośniacy, chociaż ze względów ekonomicznych przyjmują służalczą postawę, pozostają dumni i gardzą przybyszami. Symboliczna w tym kontekście wydaje się być jedna z ostatnich scen powieści.

Ale angielski urzędnik z taką samą ironią, którą posługuje się kreśląc obraz Bośniaków, traktuje pracowników tej międzynarodowej misji. To banda darmozjadów, którzy przyjechali do Sarajewa, niewiele o nim i jego mieszkańcach wiedząc. Nie kierują się szlachetną chęcią pomocy. Chcą dobrze zarobić. Nie dość, że ich pensje są tu wysokie, to jeśli tylko nadarza się okazja, są gotowi popełnić finansowe nadużycia, aby na boku zgarnąć niemałą sumkę. Nie mają nic wspólnego ze szlachetną panią antropolog Ewą Klonowski z reportażu Tochmana. Nie tylko szeregowi urzędnicy kierują się niskimi pobudkami. Podobnie jest przedstawiona organizacja, dla której pracują, i jej zwierzchnicy: możni władcy świata. Bośnię traktują jak rodzaj zsypu, do którego można zrzucić niechciane u siebie technologie, lub jak kraj, który modernizowany na modłę zachodnią uzależni się od bogatej Europy i stale będzie jej potrzebował. Jak pisze w jednym z listów narrator: "(...) nawpuszczaliśmy im ryb do potoków nie dlatego, by stworzyć miejsca pracy, tylko by zakręcić kurki z pitną wodą. Nie jest naszym celem kupowanie od nich ryb, tylko spowodowanie, by to oni kupowali od nas wodę."

Cóż, trudno ocenić, na ile ten obraz pomagających i wspomaganych jest bliski prawdy. Nie należy zapominać, że Velickovic posługuje się w swojej powieści ironią i groteskową przesadą.

Popularne posty