Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty

Anne Enright "Strzyżyk woleoczko"

"Strzyżyk woleoczko" Anne Enright (Filtry 2024; przełożyli Piotr

Siemion i Kaja Gucio) to kolejna powieść irlandzka, po którą sięgnęłam. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w Polsce ukazały się wcześniej dwie inne powieści tej autorki, i to jedna w dużym renomowanym wydawnictwie, ale przeszły bez echa albo ja nie zwróciłam na nie uwagi. No ale o "Strzyżyku woleoczko" nie sposób było nie usłyszeć, bo jak to zwykle bywa przy promocji książki, rozmowy z samą pisarką albo z kimś innym o jej powieści w podcastowym uniwersum wyskakiwały dosłownie zewsząd. A że i ja uległam modzie na literaturę irlandzką, więc dałam się skusić. Cóż, tym razem jednak pozostałam wobec tej książki obojętna. Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobała, nudziła, że miałam ochotę ją rzucić. Nie, nic z tego, ale spośród irlandzkich powieści przeczytanych w ostatnich latach ta zainteresowała mnie zdecydowanie najmniej. W dużej mierze wydała mi się wtórna. Minęło kilka dni od jej lektury, a ja już mam niewiele do powiedzenia na jej temat.

To historia dwóch kobiet - Carmel i jej, wychowywanej samotnie, córki, Nell. Philip, ojciec tej pierwszej i dziadek drugiej, był znanym irlandzkim poetą, pisał słodkie wiersze opiewające piękno natury - o ptakach i roślinach. Tymczasem zupełnie nie sprawdził się jako mąż i ojciec - porzucił chorą żonę i nastoletnie córki. Obiecywał i nie dotrzymywał obietnic. Żył sobie beztrosko jakby nigdy nic się nie wydarzyło. 

Kolejna kartka przyszła później tego samego roku. Przedstawiała biały wiatrak ze szkieletowym żaglem i napisem "Mykonos" pod spodem. Pocztówka została zaadresowana do nich wszystkich i zawierała odpowiedź na pytanie, którego żadna z nich nie zadała: "Każdego dnia czuję się tu coraz lepiej, dzwony rozbrzmiewają nad wodą, a na dachu małej kawiarenki rosną winorośle i zrzucają listki. Winogrona! Hep!" Wiadomość została zilustrowana wesołym obrazkiem przedstawiającym przechylony kieliszek martini z oliwką. "Na zawsze Wasz tatko". Żadna z nich nie ucieszyła się z tej wiadomości.

Historię tych kobiet i całej rodziny poznajemy z perspektywy raz jednej, raz drugiej, przy czym Nell jest narratorką rozdziałów, w których opowiada o sobie.

Czy fakt, że Carmel miała problem z ułożeniem sobie relacji z mężczyznami, był wynikiem tego, że ojciec ją opuścił, a wcześniej patrzyła na niezbyt udany związek rodziców i przemoc w domu? 

Nie wstydziły się natomiast krzyków i ciosów, pomyślała Carmel, bo te zdarzały się tylko za zamkniętymi drzwiami. Ten mężczyzna przewyższał ją dwukrotnie rozmiarami i był jej ojcem, więc grzbiet jego dłoni był nieprzewidywalny niczym pogoda, po prostu nie należało wchodzić mu w drogę. Jeśli zatem ci się to nie udawało, to sama się prosiłaś.

Czy Nell, która popełnia jeszcze większy błąd, robi to dlatego, że jest obciążona problemami rodzinnymi? To właśnie historia tej ostatniej, a ściślej opowieść o przemocowym związku, w który wchodzi, wydała mi się wtórna. O wiele ciekawiej i głębiej zrobiła to moim zdaniem Megan Nolan w "Aktach desperacji". Czy ich kłopoty i nieumiejętność ułożenia sobie życia wynikają z tego, jakie dziedzictwo dźwigał Philip? A był to bagaż przemocy, której doświadczał w dzieciństwie spędzonym na wsi. Niejednokrotnie również na nią patrzył. Jest w powieści okrutna scena - jego ojciec z zimną krwią, z zawziętością morduje borsuka, który w pewien sposób towarzyszył rodzinie, bo zadomowił się w ich ogrodzie. Miał nawet swoje imię. Jakim człowiekiem stanie się ktoś, kto w dzieciństwie jest świadkiem takiej sceny i na co dzień obcuje z przemocą? Czy jego słodkie wiersze, których bohaterką jest przyroda, to ucieczka od doświadczeń dzieciństwa? A może wyparcie?

Innym problemem poruszanym w powieści jest praca Nell w infosferze, byle jaka, śmieciowa, wykonywana dla kogoś za marne pieniądze, praca, która może daje jakąś swobodę, bo nie trzeba przychodzić do biura, ale żadnej satysfakcji.

... gdybym miała coś, co kiedyś nazywano "pracą" (...) Byłam rzeczą do wyrzucenia, nie tylko dla niego, ale dla ludzi, którzy mi płacili, i - no wiecie - infosfery, państwa narodowego, koncernów, które warzyły dla mnie alkohol. Dla influencerki Meg i jej sześciu różnokolorowych krzeseł.

Takie problemy zawsze mnie interesują, ale tym razem jakoś pozostałam obojętna. Nell, żeby poskładać swoje życie, które się rozpadło, ucieka w podróż. Zaczyna zgłębiać historię rodzinną, szuka śladów dziadka, którego nie poznała i, o paradoksie, znajduje je właśnie w infosferze. Jakiś stary wywiad z czasów, kiedy mieszkał w Stanach. Nieoczekiwanie stwierdza, że: 

Więź między nami to coś więcej niż łańcuch DNA, to rzucona z przeszłości lina, gruba, poskręcana, pełna krwi.

Ten sam wywiad na Carmel robi zupełnie inne wrażenie. Przypomina jej, jakim żałosnym pajacem był jej ojciec. Wnuczce, która dziadka nie znała, łatwiej pogodzić się z rodzinną przeszłością niż córce ponoszącej konsekwencje jego zachowania.

To tyle. Nie żałuję lektury, ale zachwytu nie było.


Georgi Gospodinow "Ogrodnik i śmierć"

Moja relacja z twórczością Georgiego Gospodinowa okazała się być

nieoczywista. Po przeczytaniu "Fizyki smutku", powieści, od której zaczęła się w Polsce kariera tego bułgarskiego pisarza wymienianego od jakiegoś czasu wśród kandydatów do Nobla, nie sięgnęłam po żadną z kolejno wydawanych jego książek. Dlaczego? Chyba po tamtym doświadczeniu bałam się czytelniczego trudu. Nie spróbowałam nawet się z nim zmierzyć po obejrzeniu spektaklu opartego na "Schronie przeciwczasowym", powieści, za którą otrzymał międzynarodowego Bookera. Wygląda na to, że jakoś sobie twórczość Gospodinowa zdemonizowałam, bo przecież, o czym przekonałam się teraz, napisałam entuzjastyczną notkę o "Fizyce smutku"! I być może już nigdy nie wróciłabym do jego twórczości, gdyby nie konieczność przeczytania jego ostatniej książki, "Ogrodnik i śmierć" (Wydawnictwo Literackie 2025; przełożyła Magdalena Pytlak), na spotkanie klubu czytelniczego. Właściwie nie do końca była to konieczność, bo nikt mi nie kazał jej czytać, nie muszę przecież iść na to akurat spotkanie. Tak czy inaczej jestem zadowolona, że do Gospodinowa wróciłam. Wpisałam sobie pozostałe jego powieści na listę książek, które zamierzam przeczytać. Pytanie, kiedy to nastąpi, jak zwykle pozostaje otwarte.

"Ogrodnik i śmierć" to książka szczególna z dwóch powodów - jest pierwszą, jaką napisał po otrzymaniu Bookera, i nie jest powieścią. To próba zmierzenia się ze śmiercią ojca. Od razu napiszę, że moje doświadczenia z tego typu pozycjami, były raczej zniechęcające. Nic mi nie dawały, nie rezonowały z moim doświadczeniem, a mam je za sobą, pozostawiły mnie obojętną. Mam za sobą dwie takie lektury - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcina Wichy i "Śmierć przychodzi nawet latem" Zsuzsy Bánk i obie nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jakiego oczekiwałam, szczególnie, że wszyscy piali z zachwytu. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jednak coś mnie w samym pisarstwie węgierskiej pisarki zaintrygowało na tyle, że sięgnęłam po jej powieść „Pływak” i tym razem byłam zachwycona. Ale dość tych dygresji, wracam do Gospodinowa.

„Ogrodnik i śmierć” to książka skomponowana podobnie do tamtych dwóch. Autor opowiada o chorobie ojca, o mierzeniu się z jej trudami, o śmierci, o związanych z tym emocjach, uczuciach, o żałobie, wspomina szczęśliwe chwile, jakie z nim spędził, snuje refleksje o śmierci i przemijaniu. Odnalazłam tu nawiązania do „Fizyki smutku”, bo kilka razy pojawia się Minotaur, który to mit pisarz zreinterpretował w tamtej powieści. Choroba i śmierć uruchamiają na nowo pamięć wspomnień.

… jego nieobecność puszcza w ruch całą mechanikę pamięci. Rzeczy, o których od dawna nie myślałem, teraz budzą się, budzę je, żeby mieć pewność, że to wszystko było.

Oczywiście wiele miejsca poświęca ojcu, który jawi się w jego książce jako człowiek niezwykle sympatyczny, ciepły, skromny i bardzo cierpliwy oraz pokorny w chorobie. Nie skarżył się, nie rozpaczał, przepraszał za kłopoty, znosił wszystko niezwykle dzielnie, chociaż cierpiał. Ale dzięki wspomnieniom poznajemy go też w pełni sil witalnych. Jego pasją był ogród, który z radością pielęgnował i uprawiał, odkąd przeniósł się razem z żoną do domu po rodzicach. W mieście się dusił. Ten ogród uratował mu życie, kiedy przed wielu laty po raz pierwszy poważnie chorował. Pisarz bardzo wiele ojcu zawdzięcza, bo to on był mistrzem opowieści i anegdoty, które z pasją opowiadał. Sam też był bohaterem wielu zabawnych historii, a one potem przechodziły do rodzinnej legendy. Nie wiem, jaki był naprawdę, ale dzięki literaturze już zawsze będzie niezwykle zabawnym, ciepłym i witalnym człowiekiem. Mistrzem życia. Mistrzem dostrzegania tego, co wzniosłe, w jakimś drobiazgu.

Być może taka była misja mojego ojca, myślę sobie, choć sam sobie nie zdawał z tego sprawy – pasterz małego stada historii, które sam wychował i które wszędzie za nim chodziło. Albo po prostu ogrodnik – tam, w ogrodzie z historiami i rodzinnymi krzewami.

Tego się od niego nauczył, tego mu zazdrościł. Bo jak pisze autor w swoim motcie:

Każda historia, nawet jeśli wydarzając się, była osobista, gdy choć raz przejdzie przez język, gdy ubierze się w słowa, nie jest już nasza, należy wówczas tak samo do porządku rzeczywistości, jak i fikcji.

A w innym miejscu zauważa:

Przeżywają jedynie historie.

Więc jest ta książka próbą zatrzymania na zawsze i dla wszystkich historii opowiadanych przez ojca i z ojcem w roli bohatera.

Czytając książkę, do pewnego momentu czułam podobne rozczarowanie jak przy wspomnianych już lekturach, potem jednak mój odbiór się zmienił. Wciągnęły mnie te skrawki, z których składa się "Ogrodnik i śmierć", podobał mi się bohater tej opowieści, czyli ojciec autora. A poza tym coś zaczęło rezonować z moimi doświadczeniami, coś mnie poruszało i sprawiało, że kilka razy poczułam dreszcze. A zawdzięczam to dwóm refleksjom, które przewijają się w książce.

Kiedy autor patrzy wstecz, wspomina chorowanie ojca, pisze o takich momentach, które okazały się ostatnimi. Ostatni raz ojciec jechał pociągiem, ostatni raz wchodził po schodach, ostatni raz coś zjadł, ostatni raz coś powiedział. Kiedy to się działo, nikt nie wiedział, że to te ostatnie razy.

Mój ojciec siedział po raz ostatni w skórzanej kurtce i dżinsach, na zewnątrz prószył śnieg (…) To tyle, nigdzie więcej się nie ruszam, powiedział cicho. Tak będzie.

A już na pewno nikt nie przypuszczał, kiedy  opuszczał swój dom i ogród, aby pojechać do syna do Sofii na badania, że już tam nie wróci.

Mój ojciec miał przebyć te trzysta kilometrów z powrotem w karawanie pogrzebowym. Czy zanim wyruszył do Sofii przeczuwał, że to podróż w jedną stronę? Czy dostajemy jakieś znaki, czy przeciwnie, dzięki niewiedzy zostaje nam to oszczędzone?

Nigdy nie wiemy, czy coś, co się dzieje, nie zdarza się właśnie ten ostatni raz. I nie chodzi tylko o doświadczenia ostateczne, ale o jakieś inne nieoczekiwane zmiany w naszym życiu. Ja mam za sobą przynajmniej kilka takich doświadczeń. A potem przychodzi tęsknota i świadomość, że życie toczy się dalej, ale on już tego nie doświadcza, jego już nie ma.

Śmierć jest czereśniowym drzewem, które dojrzewa bez ciebie.

Druga refleksja to próba przeniknięcia tajemnicy umierania. Oczywiście z góry skazana na porażkę. Autor próbuje odgadnąć, co mógł czuć ojciec w tych ostatnich chwilach. Co chciał powiedzieć, co miał oznaczać ostatni gest ręką, a przede wszystkim właśnie, o czym myślał, jeśli w ogóle, kiedy był już tak blisko, kiedy przekraczał tę granicę.

… to ostatnia noc. Noc wielka literą. Najdłuższa noc. Próbowałem wyobrazić sobie, co czuje człowiek w taką noc, w ostatnich godzinach. I mnie, który wierzy w słowa, zabrakło słów.

Czy jesteśmy w stanie zajrzeć w jego myśli i ponieść (przez sekundę) to, co tam się dzieje?

Autor kilka razy przytacza słowa swojego ojca: To nic takiego. Czy rzeczywiście nic takiego? Tak to czuł czy miały to być słowa pocieszenia dla najbliższych?

Są też rozmaite drobne refleksje, spostrzeżenia, które ze mną też rezonują. Ot, choćby ta, że kiedy jednych dotyka tragedia, świat się nie zatrzymuje, inni przeżywają akurat największe szczęście w swoim życiu albo po prostu celebrują codzienność. Albo taka.

Dlaczego ci, którzy opuszczają ten świat, śledzą jego wiadomości? Po to, żeby było im lżej, kiedy sobie powiedzą – „opuszczam świat, który już i tak zaczął się staczać, czemu ma mi go być żal” (a wiadomości są apokaliptyczne, w pełni zsynchronizowane z naszą prywatną apokalipsą)?

No i są jeszcze takie fragmenty, które dotknęły mnie bardzo, otworzyły niezabliźnioną ranę, z którą się mierzę albo i nie mierzę, bo wolę w nią nie zaglądać, ale o tym pisać nie będę, bo to zbyt osobiste, intymne i bolesne.

Cieszę się, że zdecydowałam się przeczytać „Ogrodnika i śmierć”. Nie tylko dlatego, że nabrałam apetytu, aby sięgnąć po dwie poprzednie powieści Gospodinowa, z którymi bałam się zmierzyć. A w kwietniu wychodzi kolejna jego książka.

Eugenia Kuzniecowa "Nim dojrzeją maliny"

Dawno już nie czytałam jakiejś książki ukraińskiej pisarki albo

pisarza. A mam ich jeszcze kilka - i w czytniku, i papierowe. Pilnie też śledzę to, co wychodzi. Dlatego sięgnęłam po rzecz stosunkowo świeżą, sprzed kilku miesięcy, powieść Eugenii Kuzniecowej "Nim dojrzeją maliny" (Znak 2023; przełożyła Iwona Boruszkowska). Zanim ją kupiłam, wysłuchałam podcastowej rozmowy na jej temat, zerknęłam, bardzo pobieżnie, na recenzje zawodowców, których zdanie jakoś tam biorę pod uwagę, wybierając lekturę. Same pochwały. Jeden z nich ogłosił ją nawet książką tygodnia. I stało się tak, jak czasem w podobnych sytuacjach bywa - rozczarowanie. Może nie jakieś wielkie, ale jednak. Bo trudno powiedzieć, aby powieść Eugenii Kuzniecowej mi się nie podobała, ale spodziewałam się jednak czegoś o większym ciężarze. Cóż, chyba byłam nie dość czujna, bo słuchając rozmowy o tej książce, miałam jednak wrażenie, że tłumaczka za wszelką cenę próbuje słuchaczki i słuchaczy przekonać, że pod pozornie lekką formą kryje się coś jeszcze. Jakby koniecznie chciała udowodnić, że warto. 

Podobno wśród miłośniczek literatury funkcjonuje termin  książka otulająca. Podobno wiele z nich takich właśnie potrzebuje. Jak rozumiem, chodzi o przyjemność z lektury bez większego wysiłku. Jeden z moich ulubionych radiowych dziennikarzy mówił kiedyś o książkach deserowych. O ile pamiętam, mniej więcej to samo miał na myśli. I moim zdaniem właśnie do powieści Eugenii Kuzniecowej "Nim dojrzeją maliny" oba te określenia pasują znakomicie. Jeśli więc ktoś ma ochotę oderwać się od codzienności, dać się unieść lekturze i mieć pewność, że problemy bohaterek znajdą szczęśliwy finał, to niech śmiało po tę książkę sięga. Ja jednak liczyłam na odrobinę więcej. Trochę szkoda mi czasu na takie lektury. Czasem myślę, że może to błąd, może warto dać sobie więcej luzu. No a teraz pora na konkrety.

Akcja powieści rozgrywa się współcześnie, ale jeszcze przed wojną, chyba nawet przed tą pierwszą o Donbas, w czasie dwóch miesięcy letnich wakacji na ukraińskiej wsi nie tak odległej od dużego miasta. Kijowa? Nazwa, o ile nie zawodzi mnie pamięć, nie pada. Do domu ponad  dziewięćdziesięcioletniej Teodory przyjeżdżają jej wnuczki, dwie siostry - Mijka i Lilka. Spędziły w nim niejedno lato swojego dzieciństwa, teraz, jak łatwo się domyślić, uciekają tu przed swoimi problemami. Bo ... życie nie zawsze trzeba przeżyć, czasami trzeba się przed nim ukryć. 

Pierwsza ma dylemat - którego faceta wybrać. Tego poukładanego, ale nudnego, czy jego przeciwieństwo. Muszę przyznać, że jej hamletyzowanie nieco mnie irytowało. Może dlatego, że problemy bohaterek przedstawione są dość powierzchownie, raczej bliżej im do literackich klisz niż do psychologicznej głębi. Z kolei Lilka ma przeprowadzić się z mężem i dziećmi do Australii. Bardzo tego nie chce, ale nie widzi wyjścia. Mądra, a jakże by inaczej, babcia radzi jej, że musi tak postąpić, aby to ostatecznie mąż był przekonany, że nie ma co na drugi koniec świata jechać. Obie siostry są oczywiście samodzielne, niezależne, wykonują jakieś wolne zawody, jedna fotografuje, druga podobno coś pisze, mają za sobą liczne związki formalne i nieformalne, Lilka ma dwóch synów z różnych związków, ale oczywiście marzą o miłości i rodzinnym ciepełku. 

Babcia Teodora mimo swojego wieku jest rzecz jasna całkiem żwawa i mądra życiowym doświadczeniem. Kiedyś porzuciła wielkomiejskie mieszkanie rodziców, aby pójść za miłością swojego życia. Wspólnie wybudowali dom otoczony wielkim ogrodem. Nie zawsze było łatwo, bo dziadek Miji i Lilki spełniał swoje szalone marzenia, co nie zawsze podobało się jego żonie, ale oczywiście jest kobietą spełnioną i pogodzoną z życiem. Jej problemy, jak wszystkie w tej powieści, podane zostają w lekkiej formie, nie dotykają, nie rozwalają. Ot, były, są, będą, bo takie jest życie, ale wszystko ostatecznie skończy się dobrze. Och, jakby się chciało, żeby w realu też wszystko znajdowało szczęśliwe rozwiązanie.

Jest jeszcze kuzynka Mijki i Lilki, Marta, która wraca nieoczekiwanie z Indii, gdzie pracując w jakiejś zachodniej firmie, robiła karierę i pieniądze, i jak się okazuje, jest w ciąży. Czeka na dwóch synów, nie chce zdradzić, kto jest ojcem dziecka, ciąża pokrzyżowała jej życiowe plany. Oczywiście mądra babcia patrzy na wszystko ze spokojem, nie wtrąca się, nie krytykuje, swoje wie i jest przekonana, że wszystko się ułoży. Jednym słowem dom kobiet. A to nie wszystkie, bo wkrótce zjawiają się kolejne. Oczywiście wzajemnie się wspierają. Wiadomo. 

I tak leniwie toczy się lato. Czas mija  na rozkminianiu dylematów, załatwianiu większych i mniejszych prac związanych z domem i ogrodem. Dziewczyny a to zajmą się koniecznymi naprawami, a to posadzą mnóstwo dyń, które chcą sprzedać mieszkańcom bogatego Zachodu za ciężkie euro (jakoś nie skumałam, niby dlaczego taki interes ma się udać), a to zrobią porządki w zdziczałym sadzie dziadka, czasem trzeba pojechać z kimś do lekarza. Jednym słowem klimat nieco baśniowy, co podkreśla jeszcze zakończenie swoją formą przypominające mi to z filmu "Cztery wesela i pogrzeb". Ten zabieg trochę bierze w ironiczny nawias całą opowieść.

To, co mi się w powieści Eugenii Kuzniecowej podobało, to wykreowane miejsce - stary dom, wielki zdziczały ogród, w którym można się zgubić, roślinność, która wdziera się wszędzie. Ciepło upalnego lata, podmuchy przyjemnego wiatru, słońce i cień, jaki dają stara weranda i drzewa. Dynie, maliny i inne owoce. Pyszne jedzenie. To wszystko opisane jest bardzo sensualnie i zmysłowo. Miejsce trochę sielskie, trochę przerażające, bardzo zapuszczone, bo babcia Teodora nie ma już przecież siły wokół tego wszystkiego chodzić. Oddała więc dom i ogród w posiadanie naturze. Rodzinne gniazdo, schronienie, czas wakacji, które pamięta się do końca życia. Co się z nim stanie? Wszyscy wiedzą, że życie babci zmierza do kresu, ona też zdaje sobie z tego sprawę. Kto przejmie po niej schedę? Czy uda się uratować ten azyl, który nie zawsze i nie dla każdego był rajem? Tak zapamięta je najmłodsze pokolenie. 

Czyta się tę powieść bardzo dobrze, bezproblemowo. Miejsce nieco niczym z dramatów Czechowa, ale bohaterkom daleko do jego postaci. Nie ma w nich tego tragicznego rysu, a w powieści tej nieznośnej ciężkości bytu, z którym zmagają się bohaterki i bohaterowie Czechowa. Kto chce odpocząć, kto szuka lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej, niech śmiało sięga.

Kjell Westo "Niebo w kolorze siarki"

Trochę hamletyzowałam, zanim kupiłam powieść "Niebo w kolorze

siarki" Kjella Westo (Wydawnictwo Poznańskie 2021; przełożyła Katarzyna Tubylewicz). Magnesem i rekomendacją była tłumaczka znawczyni Szwecji, autorka książek o swojej drugiej ojczyźnie, komentatorka spraw bieżących z nią związanych. Ale obok bardzo dobrych recenzji pojawiła się gorsza, co zniechęcało. W końcu jednak postanowiłam przeczytać. 

Zanim o książce, najpierw parę słów o autorze, bo to ważne. Otóż Kjell Westo, prozaik, poeta, dziennikarz, jest szwedzkojęzycznym Finem. Należy do szwedzkiej mniejszości zamieszkującej Finlandię, pisze po szwedzku. I właśnie tacy ludzie jak on są głównymi bohaterami jego powieści.

Akcja rozgrywa się od lat sześćdziesiątych po czasy współczesne w Helsinkach i na nadmorskim półwyspie Ramslandet, gdzie bohaterowie mają swoje letnie domy. Główną postacią i jednocześnie narratorem jest zbliżający się do sześćdziesiątki pisarz, który w ujętej w ramy retrospekcji opowieści wtajemnicza czytelnika w meandry swojego życia od czasów dzieciństwa. Ponieważ wspomnienia zależą od kapryśnej pamięci, musimy mieć świadomość, że to jego wersja opowieści. Nie wszystko musiało wydarzyć się tak, jak nam opowiada. W pewnym momencie jesteśmy świadkami bolesnego zderzenia jego wersji przeszłości z wersją przyjaciół.  Narrator przyłapuje się na tym,  że wyparł niekorzystne dla siebie zdarzenie z młodości, winą obarczając nielubianego kolegę, którego od dzieciństwa się bał. Pamięć bywa też obciążająca. Takim  ciężarem jest wojna zimowa. Narrator wychowywał się w kulcie poległego na wojnie dziadka-bohatera, którego to kultu nie rozumie. Jako dojrzały mężczyzna zda sobie jednak  sprawę, że nie warto z tym walczyć. Dla niego to nieważne, ale dla babci i matki bardzo. Byłaby więc to kolejna książka, której jednym z tematów jest pamięć? Jeśli tak, to wyznam, że jakoś mnie to w tym wypadku specjalnie nie zajmuje.   Dla mnie najważniejsze w tej powieści są dwie sprawy - zwyczajne życie i skomplikowane relacje w grupie kilkorga przyjaciół, których narrator poznał w czasie pierwszych wakacji spędzanych na półwyspie Ramslandet i w szkole, w szwedzkim liceum. To przede wszystkim rodzeństwo, Alex i Stella, ich szkolna koleżanka Linda, osiłek zwany przez narratora Jajem i  Krister, najbardziej osobny z nich.  Opowieść o życiu i relacjach panujących w tej paczce są ze sobą nierozerwalnie związane.

Bo na jego życiu zaważyło spotkanie Alexa i Stelli, rodzeństwa pochodzącego z bogatej rodziny przedsiębiorców. Przepaść klasowa jest przez narratora dość mocno eksponowana. On sam pochodzi z niższej klasy średniej. Jego rodzice wywodzą się ze wsi, jako pierwsi w swoich rodzinach zdobyli wykształcenie, ale spektakularnych karier nie zrobili. Matka była sekretarką, ojciec zastępcą kierownika jakiegoś dużego (chyba) sklepu. Potem zresztą to stanowisko stracił, stając się zwykłym sprzedawcą. Utratę prestiżu mocno odczuł. Mieszkają w zwyczajnym mieszkaniu, wakacje na łonie natury (jak wynika z powieści, rzecz dla Finów bardzo ważna) spędzają w dzierżawionej skromnej chatce bez specjalnych wygód. Alex w chwili złości, chcąc dopiec przyjacielowi, nazwie ją bieda chatką. Tymczasem on i jego siostra Stella mają za sobą historię rodu, który od kilku pokoleń bogacił się, budując finansowy dobrobyt. Mieszkają w Helsinkach w dobrej dzielnicy w dużym, eleganckim mieszkaniu, a wakacje spędzają w posiadłości w Ramsvik. Stosunek ich matki i władczego dziadka, najważniejszej postaci w rodzinie, do niezamożnego przyjaciela jest dwuznaczny i pewnie wynika ze skandynawskich uwarunkowań. Bo z jednej strony przyjmują go u siebie. Narrator bardzo często nocuje u przyjaciela czy to w Ramsvik, czy w mieszkaniu w Helsinkach, potem, kiedy z wzajemnością zakocha się w Stelli, będzie sypiał w jej pokoju, a ich związek zostanie zaakceptowany, a może tylko przyjęty do wiadomości. Z drugiej jednak strony często dają mu odczuć jego niższe pochodzenie. Traktują z wyższością, rezerwą, a dziadek ma o nim jak najgorsze zdanie. Zastanawiam się, czy w Polsce, tej komunistycznej, gdzie przecież też były zamożne, uprzywilejowane elity związane z kręgami władzy, i tej współczesnej taka relacja byłaby choćby na podobnych zasadach możliwa. Wydaje mi się, że nie. Narrator staje się poniekąd kronikarzem tej rodziny, odsłania przed nami jej wstydliwą, szczególnie dla Alexa, tajemnicę. Bo i bogatych cierpienia nie omijają.

Równie dwuznaczny charakter ma wieloletnia relacja narratora z Alexem i Stellą. To przyciąganie i odpychanie. Alex mu imponuje i dominuje go silną osobowością i pochodzeniem. To on jest tym słońcem, wokół którego krąży narrator i inni koledzy. Od jego kaprysów zależy ich relacja. Potrafi całymi tygodniami ignorować istnienie przyjaciela, żeby potem bez żadnych wyjaśnień, a tym bardziej przeprosin, przyjąć go z powrotem do swego dworu. Alex jest człowiekiem zdecydowanym, silnym i chce robić biznesy jak dziadek, pomnażać majątek rodziny. Również na drodze zawodowej nie liczy się z niczym, często postępuje nieetycznie, wykorzystuje ludzi, pomiata nimi, a jednocześnie potrafi ich do siebie przyciągać. Narrator to wszystko widzi, nie akceptuje tego, ale mimo wszystko ich relację można nazwać przyjaźnią. I to z obu stron.   

Równie skomplikowane jest to, co łączy go ze Stellą. Wielka miłość, w której niebagatelne znaczenie ma sfera erotyczna (polskiego czytelnika może zaskoczyć swoboda, jaką się cieszą już w okresie licealnym, a to lata siedemdziesiąte), stałe przyciąganie i odpychanie, otwartość na innych partnerów i zdrady. Do tego dochodzi relacja narratora z Lindą, szkolną koleżanką, która też staje się dla niego bardzo ważna. Odpychanie, przyciąganie, całe lata, kiedy się nie widzą, a jednak są dla siebie bardzo ważni. Podobnie jak Linda, trzeci wierzchołek tego trójkąta. Te dwie kobiety tak bardzo naznaczyły życie narratora, że nie potrafi i nie chce na dłużej związać się z żadną inną. A jednocześnie swoją samotność, szczególnie kiedy jest już dojrzałym mężczyzną, odczuwa bardzo dojmująco.

Jeśli ktoś myśli, że ta powieść jest ekscytującym romansem pełnym nieoczekiwanych zwrotów akcji, namiętności i czego tam jeszcze, to jest w błędzie. Bo to wszystko jest częścią życia, zwyczajnego, codziennego. Są całe okresy, kiedy w życiu narratora nic specjalnego się nie dzieje, kiedy zmaga się z codziennością. Problemami rodzinnymi, choćby świadomością, że zaniedbuje starzejących się rodziców, którzy od czasów rozwodu mieszkają oddzielnie, a przede wszystkim z własną niemocą twórczą. Bo narrator pragnie zostać pisarzem, ale zanim to mu się uda, miną długie lata byle jakich prac, łapania fuch w różnych szkołach (z wykształcenia jest historykiem, a praca nauczyciela nie jest tym, o czym marzy), a i potem po pierwszym sukcesie przyjdzie długi okres literackich niepowodzeń. Z czasem mocno będzie odczuwał upływ czasu, to, że jest coraz starszy. Można by powiedzieć, że z pozoru życie jak życie, a jednak jest w nim materiał na powieść. To zresztą kolejny temat "Nieba w kolorze siarki", bo marzeniem narratora jest przelanie relacji z Alexem i Stellą na karty powieści. Czy w życiu każdego z nas jest materiał na książkę? Czasem myślę, że tak. 

Im dłużej piszę o powieści Kjella Westo, tym więcej w niej odnajduję. Ważne miejsce w jego książce odgrywa też natura - wspomnienia wakacji spędzanych na półwyspie Ramslandet i w Ramsvik należą do moich ulubionych fragmentów. Istotny jest też wątek historyczny - pamięć wojny zimowej, o czym już wspominałam. Także problem tego, na ile kształtuje nas przeszłość, jak mocno waży na życiu. I wiele innych spraw, które wyłaniają się z codzienności, ze zwyczajnego na pozór życia.

Przyznam, że gdzieś tak w połowie powieści miałam moment zwątpienia. Zaczęłam się nieco nudzić, zastanawiałam się, o czym jeszcze będzie pisał autor przez kolejne trzysta stron. A jednak potem znowu zaskoczyło. To taki typ powieści, w której mocno związujemy się bohaterami, podążamy za ich losami, współodczuwamy, żyjemy ich życiem. Nie jest to ani rzecz wybitna, ani czytadło, ale książka dobrze napisana i interesująca. 

Tatiana Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy"

Długo zbierałam się do tej lektury. Chociaż zewsząd słychać było

same pochwały, ja zastanawiałam się, czy wpisać ją na listę książek, które chcę przeczytać. Jakoś tak mam, że nieszczególnie pasjonuje mnie ten temat - relacja matki z dzieckiem, najczęściej z córką, a w powieści rumuńsko-mołdawskiej pisarki Tatiany Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy" (Książkowe Klimaty 2021; przełożył Dominik Małecki) chodzi o więź matki z synem. W końcu uległam. Czy to o tej powieści ktoś napisał, że jeśli miałoby się przeczytać w ciągu roku tylko jedną książkę, to powinna być nią właśnie ta? Czy to ta rekomendacja przeważyła szalę? Nie pamiętam.

Nie było mi łatwo wejść w tę lekturę. Zaczyna się od takiej dawki nienawiści, że pomyślałam sobie - nie dam rady. Chociaż zazwyczaj książki, które czytam, nie należą do lekkich, łatwych i przyjemnych, tym razem miałam wrażenie, że przekroczyłam próg wytrzymałości. Może właśnie dlatego, że to nienawiść syna do matki? W dodatku bohater, Aleks, który właśnie skończył szkołę, wydawał mi się bardzo odstręczający.

Tego ranka, gdy nienawidziłem jej bardziej niż kiedykolwiek, mama skończyła trzydzieści dziewięć lat. Była mała i gruba, głupia i brzydka. Najbardziej bezużyteczna ze wszystkich matek, jakie dotąd istniały. Przyglądałem jej się przez okno: sterczała pod bramą szkoły jak żebraczka. Zabiłbym ją odłamkiem myśli. (...) Mama miała gdzieś i mnie, i to, że jednak ukończyłem szkołę.

Szybko orientujemy się, skąd w narratorze tyle nienawiści, cynizmu i sarkazmu.  

Byliśmy nikim, robiliśmy nic. Podczas wszystkich lat w tej szkole nie słyszałem ani razu, żeby jakiś kolega chwalił się wakacjami, tak jakby oprócz szaleństwa dotknął nas też trąd. (...) Ludzkie strzępy - oto czym byliśmy.

Te słowa informują o wszystkim. Aleks, jak sam o sobie mówi, jest wariatem. Szkoła, którą właśnie skończył, kształci uczniów takich jak on. Dzieci z rozmaitymi deficytami i zaburzeniami. Często odrzucone przez rodziców i znienawidzone przez nauczycieli. 

Jim, mój najbliższy przyjaciel (...) Był z rodzicami, którzy w mgnieniu oka sprzedaliby go na organy, gdyby się nie bali, co ludzie powiedzą.

Inni [nauczyciele], ci mniej obrotni, każdej jesieni musieli jednak wracać i stawać naprzeciw tych samych diabolicznych uczniów, których tak nie znosili i których się bali.

Jaka przyszłość czeka chłopaka, który czuje się odrzucony przez wszystkich? Jakie ma perspektywy? Na co może czekać? O czym marzyć? Jego jedyny plan to wypad do Amsterdamu razem z dwoma kolegami, którzy też ukończyli szkołę. Wypad na trawkę i dziwki. Wprawdzie Aleks kocha się w jakiejś Jude, ale raczej nie ma u niej szans. 

Mój stosunek do bohatera zmieniał się stopniowo, kiedy poznawałam coraz więcej epizodów z jego życia. Niechęć, złość i antypatia zaczęły ustępować współczuciu, litości i rozpaczy. Bo serce się kroi, kiedy czyta się o dziecku skamlącym o miłość i uwagę matki. O dziecku, które przeżyło wielką tragedię i zostało z nią samo. O dziecku, które potrzebuje bliskości i nie może jej dostać. Nie rozumie, dlaczego jest odrzucane. Ale czy możemy winić matkę? Przecież tragedia dotyczyła całej rodziny. Jej ból był tak wielki, że pochłonął ją w całości, a świat stał się dla niej obojętny. Kiedy po latach się ocknęła, było już za późno. A gdzieś mimochodem możemy domyślać się, że to kobieta niespełniona. Czy dlatego, że jest imigrantką? Wiele w tej powieści niedomówień, białych plam, które czytelnik może wypełniać sam. Taka jest też historia babci, właścicielki sklepu, którym Aleks chyba pogardza, ale dzięki któremu dorobiła się dwóch domów.

Ale to zaledwie skrawek tej historii, początek, bo jej istotę stanowi wspomnienie tego tytułowego lata. Lata, które Aleks zgodził się spędzić ze swoją znienawidzoną matką we Francji. Lata, które radykalnie zmieniło jego stosunek do niej, pozwoliło im się na nowo zbliżyć do siebie. Chociaż Aleks zgodził się na ten wyjazd z wyrachowania, po latach, kiedy je wspomina, wie, że było to najważniejsze lato jego życia i może najszczęśliwsze, mimo że okoliczności były tragiczne. Te fragmenty książki, chociaż z powodów, jakich zdradzić nie mogę, są smutne, paradoksalnie dają jednak czytelnikowi wytchnienie i przynoszą otuchę. Mimo że skupione na na nowo budowanej więzi syna i matki, to gdzieś w tle, jak często w tej powieści ledwo naszkicowane, są i lato, i wieś, i krajobrazy, ale też mieszkający tam ludzie. I znowu poznajemy innego Aleksa, Aleksa, który zmienia się na oczach czytelnika, dojrzewa, Aleksa, który wreszcie budzi sympatię, a nawet podziw.

Ale jest jeszcze jeden Aleks, dorosły, dokładnie trzydziestodziewięcioletni. Uznany artysta - malarz tworzący dziwne obrazy mające swoje korzenie w tamtym lecie. Znowu doświadczony przez los, cyniczny. I chociaż są powody, aby mu współczuć i go rozumieć, to po raz kolejny trudno go polubić. 

Intrygująca, bardzo ciekawa książka. Jednak w całości gorzka. Bo życie nie zawsze usłane jest różami i niektórym stale wiatr w oczy. Pieniądze wprawdzie ułatwiają wiele spraw, ale szczęścia się za nie nie kupi. Niby banalna konstatacja, ale w powieści podana w niebanalny, poruszający sposób.   

Katarzyna Mirgos "Gure. Historie z Kraju Basków"

Nie wiem, skąd mi się wzięła fascynacja Krajem Basków. Czy od

Hemingwaya? Jego powieści "Słońce też wschodzi", której akcja dzieje się częściowo w Pampelunie? Z tym że Pampeluna to Nawarra, część Kraju Basków, ale tego historycznego. Czy dlatego, że Baskowie tak uparcie, nie patrząc na koszty, próbowali wyszarpać sobie autonomię, a nawet niepodległość? Że to takie romantyczne? Dziś patrzę na to inaczej. Nie ma nic gorszego niż nacjonalizmy, marzy mi się świat bez granic, w którym swobodnie mieszają się różne nacje. Wiem, wiem, naiwne i idealistyczne. Potem gdzieś przeczytałam, że San Sebastian to najpiękniejsze miasto, jakie widziała osoba, która napisała te słowa. Marzyłam o podróży do Kraju Basków, ale długo wydawało mi się, że jest tam nadal niebezpiecznie. Aż w końcu kilka lat temu zdecydowałam się pojechać - byłam i w San Sebastian, i w Pampelunie, i nawet w Bilbao, i jeszcze w kilku innych mniejszych miejscowościach. Wróciłam zachwycona, ta podróż żyje we mnie do dziś. San Sebastian jest rzeczywiście piękne, także dzięki niezwykłemu położeniu. Potem przeczytałam dwie bardzo dobre baskijskie powieści, "Patrię" Fernando Aramburu i "Samotnego mężczyznę" Bernardo Atxagi. Nic dziwnego, że kiedy Czarne wydało w swojej serii Sulina książkę Katarzyny Mirgos "Gure. Historie z Kraju Basków" (2020), koniecznie musiałam ją przeczytać.

Autorka świetnie zna materię, o jakiej pisze. Włada językiem baskijskim, wielokrotnie bywała w Kraju Basków - najpierw w podróży, a potem na stypendiach czy u przyjaciół. Ze zdumieniem przeczytałam, że przestała dziwić się temu, iż nie tylko jej studenci, ale w ogóle Polacy, nic nie wiedzą o Kraju Basków. Naiwnie zakładałam, że skoro ja się interesuję, to podstawowa wiedza jest dostępna każdemu. Okazuje się, że nie. Dlatego trzeba sięgnąć po tę książkę. Mnie sprawiła ogromną przyjemność. Także dlatego, że przypominałam sobie moją podróż sprzed kilku lat. Teraz, kiedy siedzimy zamknięci i o wyjeździe możemy tylko pomarzyć, taka literacka wycieczka jest tym bardziej cenna. Jak puzzle składałam sobie różne wspomnienia, których ślady odnalazłam w książce Katarzyny Mirgos. Napisy na murach To nie Hiszpania, to Kraj Basków, trwające kilka dni święto w San Sebastian, kubek w kubek takie, o jakich pisze autorka. Regaty żeglarskie. Dwujęzyczne napisy. Miasto wytapetowane ręcznej roboty plakatami w języku angielskim informującymi turystów o tym, że więźniowie polityczni odbywają kary w miejscowościach oddalonych setki kilometrów od domu. Pojawiały się na murach każdego popołudnia, rano już ich nie było. Zielone góry i morze. Ale oprócz ożywienia przyjemnych wspomnień książka dostarczyła mi wielu nowych wiadomości, bo przecież jedna podróż i dwie powieści, mimo że bardzo dobre, nie wystarczą.

O czym pisze Katarzyna Mirgos? O stosunku do języka baskijskiego. Kiedyś uważany za język wsi, bo to wieś i tradycyjne baskijskie gospodarstwo były ostoją baskijskości. Dlatego miastowi i ludzie, którzy mieli ambicję kształcić swoje dzieci, baskijskiego się wstydzili. Doskonale znamy takie zjawisko z polskiego podwórka - podobny był los śląskiej gwary (albo języka) czy białoruskiego, którym posługiwano się na Podlasiu. Dziś sytuacja się zmienia. Taki sam proces zaszedł w Kraju Basków - rozmaite stowarzyszenia i instytucje wykonały ogromną pracę, aby baskijski spopularyzować, uczynić obiektem pożądania, sprawić, aby stał się językiem, w którym możliwe jest uprawianie kultury. Dlatego baskijskiego uczyli się także Hiszpanie, którzy w Kraju Basków się osiedlili, a czasem nawet cudzoziemcy. Dziś stał się trochę ofiarą swojego sukcesu - bo skoro uczy się go w szkołach, to młodzi Baskowie traktują go jak obowiązek i między sobą mówią po hiszpańsku. Zagrożeniem jest także atrakcyjna popkultura w baskijskim nieobecna. No i nie zawsze Bask się z Baskiem dogada, bo oprócz języka oficjalnego, zestandaryzowanego batua, istnieją przecież dialekty. Dziś mieszkańcy Kraju Basków są z konieczności wielojęzyczni, mówią po baskijsku, ale hiszpański jest też niezbędny.

Bardzo ciekawie opowiada autorka o górach i o morzu, krajobrazach tak charakterystycznych dla tego regionu. Kiedy od drugiej połowy XIX wieku pod wpływem gwałtownej industrializacji, która spowodowała rozwój miast i napływ Hiszpanów szukających pracy w tutejszym przemyśle, Kraj Basków zaczął się zmieniać, wieś, tradycyjne gospodarstwo i góry stały się symbolem baskijskości. To w górach w czasie wędrówek można było swobodnie toczyć dyskusje o polityce, snuć marzenia o niepodległości. Do dziś wędrówki górskie są w tym rejonie niezwykle popularne, a Hiszpanie uważają je za typowo baskijskie. Z kolei morze było źródłem utrzymania. Rybacy wyruszali na połowy. Nie zawsze wracali szczęśliwie.

Pisząc o Kraju Basków, nie sposób uciec od polityki, dążeń do niepodległości i terrorystycznej działalności ETA. Autorka zauważa, jak skomplikowana jest to sytuacja. Co dla jednych stanowi przejaw patriotyzmu, poświęcenia, odwagi i działania w imię wyższych celów, dla drugich jest zbrodnią. Do dziś obok siebie żyją rodziny więźniów politycznych, byli członkowie ETA, którzy odbyli wieloletni wyrok i po powrocie zgotowano im huczne powitanie, oraz krewni ofiar, którzy zginęli w zamachach, zostali porwani i zamordowani, bo nie chcieli płacić haraczu na organizację. Szczególnie trudna była i nadal czasem jest sytuacja w małych miejscowościach. W dużych łatwiej się ukryć, bo miesza się w nich żywioł baskijski z hiszpańskim. O tym wszystkim dużo wiedziałam dzięki dwóm powieściom, o których wspominałam. Szczególnie "Patria" pokazuje wszystkie mechanizmy, o których pisze autorka. Uwikłanie, zastraszenie, milczenie, udawanie, że się nie widzi. W radiowej rozmowie, której słuchałam, Katarzyna Mirgos wypowiadała się o tej powieści nieco krytycznie, zarzucając jej schematyczność w przedstawieniu postaw bohaterów. Na mnie zrobiła wielkie wrażenie, bo świetnie pokazała mechanizmy rządzące małą społecznością, gdzie panuje zmowa milczenia.

To nie wszystkie tematy poruszane w "Gure". Jest też historia, na przykład tragiczny los Guerniki, baskijska mitologia, opowieść o pozycji kobiet, są wreszcie przemiany, jakie niesie napływ imigrantów, spotkania z ludźmi, no i pięknie opisane wędrówki po miastach i miasteczkach, jakie były udziałem autorki. Bardzo to wszystko ciekawe.

Olga Tokarczuk "Prawiek i inne czasy"

Nobel dla Olgi Tokarczuk sprawił, że sięgnęłam w czeluście mojego czytnika i wydobyłam z nich jej dwie książki, które tam od dawna leżały "Prawiek i inne czasy" (Wydawnictwo Literackie 2015) oraz "Dom dzienny, dom nocny". Zrobiłam też coś, czego zwykle nie robię - przerwałam lekturę reportażu, który właśnie czytałam, i zabrałam się za "Prawiek", a zaraz potem za drugą z wymienionych powieści. 

Moja znajomość z prozą Tokarczuk zaczęła się kiedyś od "Ostatnich historii", które jakoś specjalnie mnie nie obeszły. Całkiem możliwe, że nie byłam wtedy gotowa na taką literaturę. Dopiero po wielu latach sięgnęłam po jej książkę ponownie - tym razem były to "Księgi Jakubowe", chociaż, przyznaję, nie zaraz po premierze. Już nie pamiętam, co mnie w końcu do tego skłoniło. Ciekawość? Pewien rodzaj przymusu, bo powieść stała się głośna i miała znakomite recenzje, a w końcu została nagrodzona Nike? Historia Jakuba Franka? Nieważne, jak było, ważne, że po lekturze doceniłam wielkość Tokarczuk. Chociaż po powieści historyczne sięgam rzadko, nie jest to mój ulubiony gatunek, "Księgi Jakubowe" przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem i wielką przyjemnością. Naprawdę warto znaleźć czas, aby zatopić się w lekturze, kontemplować ją i dać się porwać tej historii. Potem był "Pokot" Agnieszki Holland, a ja zaraz po jego obejrzeniu przeczytałam jego literacki pierwowzór - "Prowadź swój pług przez kości umarłych", którym się zachwyciłam. Czy wtedy kupiłam "Prawiek" i "Dom dzienny, dom nocny"? Czy zaraz po "Księgach Jakubowych"? Nie pamiętam. Jak to zwykle bywa, w nawale nowości, zaległości, przypadkowych inspiracji czy poleceń czekały na swoją kolej. Aż wreszcie teraz wraz z radosną nowiną o Noblu dla pisarki, o którym bałam się myśleć na serio, bo wtedy na pewno by go nie było, przyszedł ich czas.

Przyznaję, że do takiej literatury musiałam dojrzeć. Nie tyle o wiek tu chodzi, ile o zmianę i poszerzenie literackich gustów. Jest całkiem prawdopodobne, że dziś przeczytałabym do końca "Sto lat samotności" Marqueza, bo wstyd przyznać, że kiedyś nie dokończyłam lektury. Być może ponowię próbę? (Przed chwilą sprawdziłam - można kupić ebook.) Piszę o tym, bo "Prawiek i inne czasy" wykracza daleko poza konwencję powieści realistycznej. Owszem, takie ma ramy, ale rozsadza je żywioł baśni, przypowieści, trochę fantastyki. Mamy tu wprawdzie rodzinną sagę - historię rodziny Niebieskich i Boskich mieszkających w tytułowym Prawieku, ale opowieści o innych bohaterach wykraczają znacznie poza realistyczny porządek. Taka jest historia ubogiej Kłoski, która mieszka w zrujnowanym domu pod wielkim lasem, gdzie podobno przebiega niewidzialna granica świata. Taka jest opowieść o starej Florentynce, która za swoją rodzinę ma gromadę psów. Dosłownie. Taki jest wątek dziedzica Popielskiego owładniętego manią grania w dziwną grę, którą dostał jeszcze przed wojną od starego rabina. Z pogranicza snu albo baśni jest historia Złego Człowieka. Ale nawet opowieść o Izydorze Niebieskim, synu Genowefy i Michała, bracie Misi, która z czasem staje się główną bohaterką powieści, nieco wykracza poza realistyczne ramy. Wymienieni przeze mnie bohaterowie to odmieńcy, wyrzutki, dziwacy, boże prostaczki. Poruszają się po obrzeżach wiejskiego świata, świata Prawieku. To oni obdarzeni są intuicją, szóstym zmysłem, widzą to, czego inni nie dostrzegają. Samotni, skazani na egzystencję poza głównym, nurtem żyją zanurzeni w naturze. Ich żywiołem są łąki, pola, a szczególnie las otaczający wieś, bujnie krzewiąca się roślinność, zwierzęta. 

Ale obok opowieści o nich mamy sagę rodziny Niebieskich i Boskich - historię Genowefy, Michała, Misi, Pawła, Adelki. Sagę sięgającą pierwszej wojny światowej kończącą się chyba w latach osiemdziesiątych. Jest to przede wszystkim opowieść o ludziach zamkniętych w świecie Prawieku i najbliższej okolicy. Szczególnie starsze pokolenie nie wychyla nosa dalej, ale już najmłodsze ucieka ze wsi, która z czasem wyludnia się i popada w ruinę. Tylko Historia pisana z dużej litery dociera do Prawieku. To oczywiście druga wojna, która  burzy dotychczasowy porządek. Najpierw pojawiają się Niemcy. Są eleganccy, mili, ale sprowadzają zagładę na dawny świat. Znikają Żydzi zamieszkujący Jeszkotle, miasteczko niedaleko Prawieku. Zostaną wypędzeni ze swoich domów, wywiezieni w nieznane, a kto się opiera, zginie od razu. To najbardziej przejmujący moment książki. Potem przyjdą Rosjanie. Przez Prawiek przetoczy się linia frontu, która zmusi mieszkańców do ucieczki do lasu. Ale mniejsze zawieruchy odbijają się zaledwie dalekim echem, bo ludzie zajęci są codziennymi sprawami, troskami, tęsknotami, marzeniami, które najczęściej i tak się nie spełniają. 

Bo "Prawiek i inne czasy" to powieść bardzo pesymistyczna. Przynajmniej ja ją tak odebrałam. Ludzki los jest pasmem niespełnień, nieudanych wyborów, zawiedzionych miłości, codziennej krzątaniny, znoju, chorób, a w końcu śmierci. Czas płynie, wszystko przemija, a człowiek nawet po śmierci niekoniecznie zazna spokoju. Pełno w tym świecie dusz, które błąkają się między ziemią a niebem, w jakimś bezczasie i niebycie. Gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Kim jest Bóg? A właściwie jaki jest? To pytanie powraca w powieści wielokrotnie za sprawą dziwnej, tajemniczej gry, która stała się obsesją dziedzica Popielskiego. Bóg jest tu kapryśnym eksperymentatorem, który stwarza wiele światów, a potem je porzuca. Żaden nie jest udany. Wszystko wymyka się Bogu spod kontroli, a szczególnie człowiek. Dlatego jest samotny i znudzony, czasem bywa okrutny dla ludzi. Chciałby umrzeć, ale nie może, bo przecież jest Bogiem. Jego miejsce zajmuje bujnie pleniąca się natura, przyroda, która pewnie pochłonie Prawiek. A mnie zakiełkowało pytanie - czy dziś w dobie katastrofy klimatycznej Olga Tokarczuk też tak by to napisała? 

Mimo smutku i melancholii "Prawiek i inne czasy" podobał mi się bardzo. Teraz czytam "Dom dzienny, dom nocny" i już rozumiem, dlaczego przy okazji noblowskiego szumu wielu ludzi zawodowo zajmujących się literaturą jako swoją ulubioną powieść Tokarczuk wymieniało właśnie tę ostatnią. Chociaż ja uważam, że pisarka pełnię swoich możliwości pokazała w "Księgach Jakubowych", gdzie charakterystyczne dla siebie motywy i fascynującą historię połączyła z drobiazgowym opisem świata.

Herbjorg Wassmo "Stulecie"

Nie ma to jak dobra powieść, jej głód wciąż mi towarzyszy, czai się gdzieś, ćmi. Najlepiej, żeby była gruba, ciekawa i istotna. Co jakiś czas muszę odetchnąć od reportażu czy innego nonfiction, dlatego staram się wyłapywać interesującą beletrystykę. Jeśli nie ma akurat pewniaka (czytaj: jednego z moich ulubionych autorów), szukam czegoś ciekawego. Nowe nazwisko zawsze jest ruletką, czasem trafiają się perły, tak, właściwie przypadkowo, odkryłam Eginalda Schlattnera (napisał tylko trzy powieści, u nas wyszły dwie "Fortepian we mgle" i "Czerwone rękawiczki", namawiam!), innym razem wzruszam ramionami i myślę, że można było sobie darować. Ostatnio skusiłam się na norweską powieść Herbjorg Wassmo "Stulecie" (Smak Słowa 2014; przełożyła Ewa M. Bilińska), którą znalazłam na portalu Xsięgarnia. A że po lekturze "Czasów secondhand" Swietłany Aleksijewicz miałam ochotę odetchnąć, sięgnęłam właśnie po tę rodzinną sagę (uwaga dla zdezorientowanego czytelnika: notki niekoniecznie zamieszczam w kolejności, w jakiej powstały). To typowy przykład literatury środka. Nie arcydzieło, ale solidna książka dająca radość czytania i przyjemność obcowania z opowieścią. Właśnie tak, nie zachwyt, ale, niebłaha przyjemność. Po takiej lekturze nie ma się poczucia zmarnowanego czasu, ale niekoniecznie musimy zaraz sięgać po kolejną powieść autorki.

Herbjorg Wassmo oparła swoją książkę na rodzinnej historii. Jej bohaterkami uczyniła swoje najbliższe krewne: prababkę Sarę Susanne, babkę Elidę, matkę Hjordis i wreszcie siebie, ale tylko z czasów dzieciństwa. Wbrew pozorom nie powstały wspomnienia ani historia rodzinna. Nie, to powieść pełną gębą. Autorka czyni kobiety ze swojej rodziny jej pełnokrwistymi heroinami. Nie tylko odtwarza ich losy, łechcąc mile ciekawość czytelnika, ale przede wszystkim stara się wyobrazić sobie, co czuły, co myślały, o czym marzyły, co je dręczyło. Im głębiej w przeszłość, tym więcej kreacji. W pierwszym rozdziale zatytułowanym Znak, który jest rodzajem wstępu, Wassmo przyznaje, że niewiele wie o motywach najważniejszych życiowych decyzji swoich bohaterek. Szczególnie dotyczy to babci, a jeszcze bardziej prababki, którą odkryła właściwie przez przypadek. Ów znak to data jej urodzenia, 19 stycznia 1842 rok. Sto lat później na świat przyszła autorka, jeszcze później tego samego dnia urodzi swojego syna. Niezwykła, chociaż przecież przypadkowa, zbieżność stała się impulsem, a pole do snucia opowieści dawało odkrycie, że Sara Susanne pozowała do obrazu znajdującego się do dzisiaj w ołtarzu katedry na Lofotach. Jego autorem był tamtejszy pastor. Życie babki, o której co nieco wiedziała, też było niezwykle ciekawe. Dlaczego zdecydowała się oddać troje ze swoich dziesięciorga dzieci na kilka lat rodzinom zastępczym? Czy tylko dlatego, aby jechać z ciężko chorym mężem na leczenie do Kristianii (dziś Oslo), a opieka nad nim i dziećmi stała się w pewnym momencie ponad jej siły? I tu mam pewne wątpliwości. Odnoszę wrażenie, że budując portret psychologiczny Sary Susanne i Elidy, autorka przykłada do nich dzisiejszą miarkę. One myślą i marzą jak współczesne kobiety. Mają podobne wątpliwości, gnębią je udręki związane z macierzyństwem i zwyczajnym, codziennym kołowrotkiem. Kiedy czytam o niezwykłych bohaterkach sióstr Bronte, wiem, że ich historie, chociaż wykraczające poza dziewiętnastowieczną przeciętność, są prawdziwe, bo oparte na doświadczeniu autorek. Z jednej strony wykraczają poza swój świat, z drugiej są w nim zanurzone. Pewnej granicy nie przestąpią, ba, przez myśl im to nie przejdzie. Kiedy czytam o depresjach i chandrach Sary Susanne i Elidy, brzmi to dla mnie sztucznie. Gdyby zdjąć im kostium z epoki, byłyby jak, wypisz wymaluj, współczesne matki miotające się pomiędzy miłością do męża i dzieci, a pragnieniem wyrwania się z monotonnej codzienności, kieratu wiecznych kłopotów i obowiązków. Dlatego o wiele ciekawsza, bo prawdziwa, wydaje mi się opowieść o Hjordis, matce autorki i tym, co jak zadra tkwi między nimi. Nigdy niewypowiedziany żal, nigdy niezadane pytanie, trauma małej dziewczynki, której jako jedynej w powieści autorka udzieliła głosu. Każda z ksiąg, bo tak podzielone zostało "Stulecie", zaczyna się rozdziałem, którego bohaterką i narratorką jest sama autorka. Z jednej strony z perspektywy człowieka dorosłego komentuje i ujawnia pewne fakty, z drugiej oddaje głos sobie małej, pisząc w ten sposób o swoim dzieciństwie, naznaczonym lękiem przed  nim. Kogo tak nazywa, zdradzać nie będę. Czego się boi, możemy się tylko domyślać. Niestety historia Hjordis i jej córki to najkrótsza części powieści. Może autorka, zdradzając, że materią swojej książki czyni rodzinę, nie chciała posunąć się dalej. Nie wszystko na sprzedaż.

Najciekawsza w "Stuleciu" jest po prostu historia kobiet, ich mężów, krewnych i znajomych. Śledzi się ją z zapartym tchem, z prawdziwą przyjemnością. A ich losy, chociaż przecież tak zwyczajne, obfitują w dramatyczne i tragiczne momenty. Trochę tylko nie rozumiem, dlaczego autorka nie prowadzi akcji linearnie, tylko skacze na przemian od historii Sary Susanne do historii Elidy. Czemu ten zabieg służy? Poza odpowiedzią banalną: ma wzmóc ciekawość czytelnika, trzymać go w napięciu, innej nie znajduję. Ale przecież historia jest wystarczająco ciekawa, więc po co uciekać się do takich chwytów?

No i jest jeszcze jedna warstwa tej powieści, która mnie bardzo zaciekawiła. Obyczajowa. Akcja toczy się głównie na północy Norwegii, na Lofotach i w ich okolicach na stałym lądzie. Bohaterowie to przede wszystkim właściciele drobnych gospodarstw, którzy utrzymują się  trochę z ziemi, trochę z handlu, trochę z rybactwa. Ich życie związane jest z naturą, z ziemią i z morzem, zależne od pogody i od ławic ryb. Fiordy i rozwinięta linia brzegowa sprawiają, że z wizytą do krewnych czy przyjaciół płynie się łódką. To świat ludzi, którzy całe życie nie wychylają nosa poza najbliższą okolicę. Jeśli ktoś podróżuje, to mężczyźni zajmujący się handlem lub w poszukiwaniu pracy. Kobietom życie upływa na ciążach (to ich kwadratura koła, jak nie doprowadzić do kolejnej, właściwie zdane są w tym względzie tylko na naturę), karmieniu piersią, wychowywaniu dzieci i licznych gospodarskich zajęciach. W tym świecie pastor i lekarz to jedyni światowcy. Ludzie z północy są obiektem kpin mieszkańców  południowej Norwegii. Inaczej się ubierają, inaczej mówią, inaczej żyją.

Jeśli ktoś lubi rodzinne sagi, jeśli ktoś lubi poddać się rytmowi opowieści, jeśli ktoś lubi odkrywać nowe światy, może spokojnie sięgnąć po "Stulecie" Herbjorg Wassmo.


Ilona Wiśniewska "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen"

Wiedziałam, że ta książka się ukaże, widziałam ją przecież w zapowiedziach Czarnego, które pilnie śledzę. Ale co mnie obchodzi Spitsbergen? Mnie, której zima wykrada radość życia, bo zimno, bo śnieg, bo ślisko, bo ciemno. Stracone miesiące! Dlatego nie miałam zamiaru jej kupować, ale kiedy w jednym z Tygodników Kulturalnych w TVP Kultura usłyszałam, jak wszyscy dyskutanci zachwalają reportaże ze Spitsbergenu, zmieniłam zdanie. Chyba każdy mówił podobnie, że sięgał po nie z obowiązku, że temat był mu zupełnie obojętny, a tu nagle odkrycie. Zachęcona tym zgodnym chórem i ja sięgnęłam po "Białe" Ilony Wiśniewskiej (Czarne 2014; gra słów nieprzypadkowa). I rzeczywiście mieli rację. Śmiało mogę powiedzieć, że lektura tej książki ma w sobie siłę przygody. Jest w niej coś takiego, pewnie to zasługa miejsca, o którym autorka opowiada, że za każdym razem, kiedy po nią sięgałam, miałam wrażenie, że odlatuję, zamykam się w jakiejś bańce, odgradzam od świata, aby pogrążyć się w czymś nieznanym, zupełnie innym, chociaż zimnym, białym (polarny dzień) albo czarnym (polarna noc), ale jakoś przyjemnym i przytulnym. To jak sen, lodowaty i ciepły jednocześnie. Stop! Dość tego bełkotu, dość tych nieudolnych prób przekazania wrażeń i nastroju. Czas na konkrety.

Przede wszystkim to kolejna z serii reporterskich książek, które mają moc odkrywania białych plam. Co wiedziałam o Spitsbergenie przed lekturą "Białego"? Właściwie nic. Tyle tylko że jest zimno, że latem jasno, zimą ciemno, że stacje badawcze, a i że latem, wbrew pozorom, zielono i kolorowo od kwiatów (to od wujka-botanika, który kiedyś spędził kilka letnich miesięcy w stacji badawczej i zawsze marzył, żeby pojechać tam jeszcze raz). Wyobrażałam sobie, a właściwie byłam pewna, że Spitsbergen to pustka. Tylko śniegu biel i z rzadka samotna chatka, w której mieszkają naukowcy. Tymczasem to nie do końca prawda. Spitsbergen to także Longyearbyen (ponad dwa tysiące mieszkańców), stolica całego archipelagu Svalbard, do którego wyspa należy, kilka czy kilkanaście osad powstałych przy kopalniach węgla (dzisiaj niektóre z nich są już zamknięte, a osady zamieniły się w widma chętnie odwiedzane przez turystów), chatki traperów, hytty, czyli rodzaj letnich domków. I oczywiście ludzie. Stali mieszkańcy, naukowcy i wspomniani już przeze mnie turyści. To chyba jedno z większych zaskoczeń. Że w sezonie letnim do wyspy dobijają statki wycieczkowe, z których tabuny turystów schodzą na ląd i zwiedzają między innymi te opuszczone  przykopalniane osiedla. A kto mieszka na Spitsbergenie na stałe? Na stałe to zresztą nie najlepsze określenie, bo niewielu tu takich, którzy spędzili na wyspie całe życie. Średnia wieku nie przekracza czterdziestki i wcale nie z powodu dużej śmiertelności. Po prostu większość wytrzymuje na Spitsbergenie kilka czy kilkanaście lat. Co tu w ogóle robią? Jedni przyjeżdżają za pracą, bo pracować może tu każdy na równych prawach, a podatki są niskie, inni, bo fascynuje ich to miejsce. Bywa też tak, że jak już przybędą, to wpadają po uszy i zostają na długo. Sporo tu dziwaków, outsiderów, uciekinierów od świata i problemów życiowych, niespokojnych, wolnych duchów, wiecznych wędrowców, lekko szalonych kobiet, samotników, ludzi o skomplikowanych życiorysach. Autorka zna takich wielu, to jej sąsiedzi, bo sama od kilku lat mieszka i pracuje w Longyearbyen. Bohaterem jednego z rozdziałów jest na przykład Wojtek Moskal. Ja kojarzyłam jego nazwisko z wyprawą na biegun północny. Tymczasem ma on za sobą całkiem barwny i zwariowany życiorys w dużej części związany ze Spitsbergenem. Sporo w książce fascynujących opowieści o mężu autorki, dziennikarzu, weteranie Spitsbergenu, i jego przyjaciołach-traperach. Kilkakrotnie sięga Wiśniewska do czasów odległych, opowiadając jakieś dramatyczne historie, które zapisały się w dziejach wyspy. Ale oprócz arcyciekawych opowieści o mieszkańcach jest to też kronika życia w miejscu, gdzie dzika natura jest na wyciągnięcie ręki, jest ciemno przez jedną trzecią roku, prawo zabrania posiadania kotów, nie ma pająków, najwyższa roślina to trzydziestocentymetrowa trawa. Można wyliczać dalej: nie ma wirusów ani bakterii, co ma dobre , ale i uciążliwe konsekwencje, latem słońce nie zachodzi, zimą lód skuwa wody wokół wyspy, a jeśli pogoda nie sprzyja, to samoloty ze stałego lądu nie pojawiają się przez kilka dni, nie przywożąc prasy, warzyw, owoców i innych niezbędnych produktów, kiedy jest ciemno, łatwo zgubić drogę, bo za miastem wszystko wygląda jednakowo pokryte bielą śniegu. Można by tak długo jeszcze wyliczać. Ale jest też normalne życie. Uniwersytet, szkoła, muzeum, hotel, knajpy, galeria sztuki, liczne festiwale, można chodzić na aerobik. Jednym słowem żyje się tu z jednej strony jak wszędzie, z drugiej dziwnie. Trudno nam sobie wyobrazić, jak często prozaiczne czynności nastręczają rozliczne problemy. O tym wszystkim opowiada autorka, prowadząc czytelnika przez rok na Spitsbergenie od jesieni do lata.

Pisząc o wrażeniach, które towarzyszyły mi podczas lektury, wspomniałam, że to zasługa miejsca. Otóż nie tylko. Jestem pewna, że to talentowi Ilony Wiśniewskiej zawdzięczam zachwyt tym Spitsbergenem. A zafascynował mnie on do tego stopnia, że przez chwilę i ja zapragnęłam tam uciec, spędzić jeden rok (przezimować, jak się fachowo mówi). Oczywiście już ochłonęłam. Nienawidzę przecież zimy, to nie miejsce dla mnie. Tym bardziej jestem wdzięczna autorce za to, że dzięki niej mogłam przynajmniej odbyć literacką podróż na tę mroźna wyspę, do najdalej na północ wysuniętego miasta. Muszę jeszcze koniecznie dodać, że niebagatelną zaletą książki jest styl. Pisze Wiśniewska raz dosadnie, raz dowcipnie, to kolokwialnie, innym razem błyśnie metaforą, pięknym porównaniem, zachwyci trafną, przewrotną puentą. Co tu dużo mówić, jest świadoma języka i zręcznie porusza się po różnych stylistycznych rejonach. To jeszcze jeden plus tego skutego lodem reportażu, który tak mną zawładnął.

"Na głębinie"

Na książki zdarza mi się trafiać przez przypadek, ale na filmy nigdy. A islandzki film "Na głębinie" trafił mi się właśnie tak. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu, dopóki nie odkryłam go na internetowej stronie miesięcznika Kino, gdzie w prawym górnym rogu znajduje się lista tytułów, których przegapić nie wolno. Wśród nich był jeden, którego nie tylko nie widziałam, ale nie wiedziałam, że jest. Tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie zaczynali go grać w moim mieście w małej kinowej salce tylko na jednym seansie (a premierę w Polsce miał szóstego grudnia, pewnie kopii jak na lekarstwo). Chociaż niełatwo ten film wytropić, piszę o nim, bo naprawdę warto go obejrzeć. To historia oparta na faktach. W 1984 (mogłam się pomylić o rok czy dwa) zatonął kuter rybacki, z kilkuosobowej załogi ocalał jeden człowiek. Sześć godzin płynął w lodowatej wodzie. Po pięciu minutach powinien stracić świadomość i utonąć. Tak mówią prawa fizyki. Przeżył. Cud? Naukowy fenomen? Jakie siły znalazł w sobie mężczyzna, który wygrał z naturą? Czy w ogóle można to wyjaśnić? O tym opowiada ten spokojny, skromny, piękny i, zapewniam, bardzo ciekawy film. Warto jeszcze zwrócić uwagę na odtwórcę głównej roli i świetne zdjęcia surowej islandzkiej wyspy, na której toczy się akcja. A tych, którzy nadal czują się nieprzekonani, informuję, że współautorem scenariusza i reżyserem jest Baltasar Kormakur, twórca filmu "101 Reykjavik". Tyle we wstępie, a jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy.

"Na głębinie" to opowieść o zwyczajnym człowieku, który w ekstremalnej sytuacji znalazł w sobie niezwykłą siłę, aby ratować  życie. Misiowaty Gulli niczym specjalnym się nie wyróżnia. Pracuje na kutrze, mieszka z rodzicami, wolne wieczory spędza, jak inni, w pubie. Tańczy, pije, pali jak smok, jeśli trzeba w obronie kumpla wda się w awanturę. Jest nieco nieśmiały, nie znajdzie w sobie odwagi, aby nawiązać znajomość z dziewczyną, która mu się podoba. Nie zrobi tego nawet, kiedy wróci do miasteczka, chociaż była to jedna z obietnic złożona sobie i Bogu, gdy walczył o życie. Spełni inne: zaopiekuje się psem kolegi, pocieszy wdowę po przyjacielu i jej dzieci. To jednak prostsze niż poderwanie nieznajomej. Będzie dziwił się sławie, jaką nagle zyskał. Rozgłos nie pasuje do tego zwyczajnego, nieśmiałego faceta. Chociaż boi się powrotu do domu, wróci na swoją wyspę, do miasteczka, a w końcu nawet na kuter. Będzie żył jak dawniej.

Oczywiście najważniejsze miejsce w filmowej opowieści stanowi niezwykły wyczyn Gulliego i pytanie: jak to było możliwe? Rozpacz, zwątpienie, nadzieja i determinacja mieszają się ze sobą. Gulli wie jedno, za wszelką cenę musi płynąć, musi się starać dotrzeć do brzegu. Jeśli będzie czekał na pomoc, na pewno zamarznie. Najpierw zrobi wszystko, aby ratować przyjaciela. Kiedy zostanie sam, przyjdzie pierwsza chwila zwątpienia. Samotność jest pewnie tym bardziej dojmująca, że wokół noc. Przygniata go świadomość, że jest nic nieznaczącą drobinką w żywiole oceanu. Pociechę dają mu mewy. Jak powie potem, nigdy nie był dla nich dobry. Teraz to jedyne żywe stworzenia. Gulli modli się, ale bez przesady. Chyba ważniejsze są rozmowy z ptakami i wspominanie przeszłości. Nie myśli o śmierci, skupia się na zadaniu. Zanim dotrze do celu, stoczy walkę z własną słabością i przeciwnościami natury. Nadzieja pojawia się i znika. Najpierw statek, który go nie zauważa, potem, kiedy dopłynie do wyspy, musi jeszcze ją zdobyć. Nie da się wspiąć po klifie w miejscu, w którym wyszedł z wody smagany wiatrem i falami, musi jeszcze raz wejść do lodowatego oceanu i płynąć dalej. Ile hartu ducha trzeba w sobie mieć, aby w takiej chwili nie załamać się i na nowo podjąć wyzwanie! Przyznam, że mnie najbardziej przeraził moment, kiedy okazało się, że Gulli, zanim dotrze do miasteczka, ma do pokonania skalisto-lodowe pustkowie. Wtedy poczułam potworne zimno, rany na bosych nogach, chłód mokrej koszuli na wyziębionym ciele. Jaką determinację trzeba mieć, aby brnąć przed siebie? Może klucza należy szukać w przeszłości? Mieszkańcy wyspy doskonale pamiętają katastrofę sprzed lat, wybuch wulkanu, który przysypał miasteczko czarnym pyłem. Najpierw nocna ewakuacja, w pośpiechu, w panice. Sceneria tyleż groźna, co piękna. Ognista lawa i  płonące domy rozświetlają czarną noc. Nie wszyscy zdecydowali się wrócić. To, co zobaczyli śmiałkowie, było i fantastyczne, i przerażające zarazem. Miasteczko utopione w wulkanicznym, czarnym pyle. Powtórzę po raz kolejny: ile determinacji trzeba w sobie mieć, aby zacząć tu nowe życie? Skąd wziąć siłę, aby oczyścić dom, w którym czarno? A jednak po latach miasteczko żyje i wygląda niezwykle usadowione w nadmorskiej kotlinie otoczonej wzgórzami. Szczególnie nocą, kiedy proste, małe, białe domki przypominają rozżarzone lampiony. No więc może tamto doświadczenie go zahartowało? Ale czy da się w ogóle znaleźć odpowiedź? Gulli godzi się wziąć udział w naukowych badaniach. Miałam wrażenie, że robi to z zaciekawieniem i pewnym rodzajem pasji. W końcu jednak rezygnuje i wraca do domu. Dlaczego? Bo tak naprawdę nie ma odpowiedzi? A może odpowiedź nie jest dla niego ważna? Naukowcy próbują swoim szkiełkiem i okiem rozwikłać zagadkę, zmierzyć, zbadać, znaleźć rozwiązanie i skuteczne remedium dla innych rozbitków. Gulli mówi dość i zostaje z tajemnicą.

Amos Oz "Może gdzie indziej"

Kolejna książka mojego ulubionego Amosa Oza. Trochę czekała na swoja kolejkę, tymczasem na półce leży jeszcze jedna, a w księgarni następna, świeżo wydana. "Może gdzie indziej" (Cyklady 2010; przełożył Leszek Kwiatkowski) to jedna z pierwszych powieści pisarza, napisana w roku 1965. Jej akcja toczy się w kibucu znajdującym się tuż nad granicą może syryjską, a może libańską, gdzieś niedaleko Jeziora Tyberiadzkiego. Pisarz niewątpliwie wykorzystał w niej swoje doświadczenia, bo w jednym z kibuców mieszkał wiele lat. Powieściowy kibuc jest pięknie położony w zielonej dolinie wśród majestatycznych gór. Ta perspektywa jest tu bardzo ważna. Majestatyczne, niezmienne sięgające nieba góry były tu od zawsze. Zielona dolina zmieniała się: raz zamieszkiwali ją Arabowie, raz Żydzi, przed wiekami jej gospodarzami były tylko zwierzęta. A góry trwają i trwać będą, niewzruszone, poszarpane, dzikie, chaotyczne, wolne. Co innego kibuc. Wydarty naturze, powstał z niczego dzięki ciężkiej pracy pionierów-entuzjastów. Ma porządkować świat, doskonalić go. Panuje w nim porządek, nie ma chaosu, jest symetria. Porządek rozciąga się nie tylko na schludne otoczenie, również na ludzi. Tu każdy zna swoje miejsce, każdy ma wyznaczone zadania. To rada kibucu decyduje o tym, kto do jakiego zadania zostanie przeznaczony. Kto będzie pracował w polu, kto prowadził ciężarówkę, kto gotował w stołówce, kto uczył, kto opiekował się dziećmi w dziecińcu. Dzień kibucników wypełnia ciężka praca, ale jest też czas na rozrywki. Przywiodły ich tu ideały. Wiara, że można wspólnie pracować, dzielić się owocami pracy, pomagać sobie. Idealny świat? Kto zna twórczość pisarza, domyśla się, że to pozory, wszak Amos Oz nie pisze przecież o świecie szczęśliwym, o szczęśliwych ludziach, o szczęśliwych rodzinach.

Kiedy przyjrzeć się bliżej kibucowemu mikrokosmosowi, zauważymy rysy na tym idealnym rysunku. Bliskość granicy oznacza bliskość wroga. Dlatego od czasu do czasu niebo przecina huk wojskowych samolotów. Czasem nocną ciszę przerywają strzały. Czy to tylko przechwałki, czy zapowiedź ataku? Stale trzeba być czujnym, gotowym stawić czoła wrogowi. W przeszłości zdarzały się ataki, które zebrały śmiertelne żniwo. Wróg to oczywiście Arabowie. Większość ich nienawidzi, nawet dzieci bawią się w wojnę. Tylko nieliczni, wśród nich jest Ruwen, nauczyciel i poeta, wierzą, że możliwe jest pojednanie, dostrzegają we wrogu człowieka. Ale to nie jedyne zmartwienie kibucników. Coś złego dzieje się z kibucową młodzieżą. Efektów nie przynosi wychowanie: ani rodzicielskie, ani szkolne, ani kibucowe. Jest w niektórych młodych chłopakach cynizm i jakaś dziwna, bezmyślna agresja, chęć niszczenia, destrukcji. Za nic mają sobie wszelki autorytet, drwią z kibucowych mędrców. Dlaczego tak się dzieje? Może z nudów, bo jest im za dobrze? Może drażnią ich kibucowe ideały? Może już w nie nie wierzą, jak wierzyli ich rodzice? A może ich cynizm wziął się z obserwacji tego, co dzieje się między sąsiadami, w ich rodzinach?

U źródeł ruchu kibucowego były ideały, ale ludzie są tylko ludźmi, nigdzie nie są wolni od słabości, błędów, wszędzie dopadnie ich nieszczęście. Także tu. W dodatku w tym mikroświecie wszystko widać jak na dłoni, niczego się nie ukryje, wieści szybko się rozchodzą, stugębna plotka święci swoje triumfy. Kogoś przed laty opuściła żona. Uciekła z kuzynem i wyjechała za nim do Niemiec. Mężczyzna nie może żyć długo sam, ale dlaczego ukojenia szuka w ramionach mężatki? Może dlatego jego nastoletnia córka zamiast szukać towarzystwa rówieśników, wdaje się w romans z dorosłym mężczyzną, który mógłby być jej ojcem? Sporo tu nieszczęśliwych ludzi. Samotnych, porzuconych, zranionych, osieroconych, owdowiałych, zmagających się z upływem czasu, z utratą urody, siły. Zawiedzionych i rozczarowanych. Gdzieś pod powierzchnią tlą się konflikty pomiędzy przybyszami z Niemiec a tymi z Europy Wschodniej. Jedni gardzą drugimi, choć nikt nie mówi o tym głośno. Spokój mąci przybysz z Niemiec, obcy. Niby przyjechał  tu w odwiedziny do swojego brata, niby chce skleić na nowo jego rodzinę przeżywającą kryzys. Ale czy jego intencje rzeczywiście są dobre? Kim jest? Czego chce? Dlaczego niektórzy się go boją? Źle czują się w jego obecności? Dlaczego tak ciąży im ta wizyta? To postać bardzo niejednoznaczna, także dlatego, że ma w sobie coś nierzeczywistego. Jakby wiedział więcej, jakby kpił sobie z ludzi, jakby wodził ich na pokuszenie, jakby toczył z nimi grę, siłował się i mocował. Kto zwycięży?

Może to wszystko brzmi banalnie niczym jakieś tanie romansidło, ale kto zna twórczość Amosa Oza, ten wie, że takie nie jest. Jak zwykle obok warstwy realistycznej mamy też tę drugą: oniryczną, filozoficzną, metafizyczną. Sporo tu snów, dziwnych monologów, wizji. Nie wszystko daje się jednoznacznie i łatwo zinterpretować. Ale przede wszystkim, jak zawsze u pisarza, jest kilka pełnokrwistych postaci. Trochę dziwnych, trochę smutnych, trochę na życiowym zakręcie. Po prostu to kolejna książka Amosa Oza. Nie stawiam jej wśród moich ulubionych (wymieniam w przypadkowej kolejności, bo naprawdę nie potrafię rozstrzygnąć, która jest tą naj: "Mój Michael", "Opowieść o miłości i mroku", "Fima", "Sceny z życia wiejskiego" i "Zrozumieć kobietę", ustawiana przeze mnie ociupinkę niżej od tej złotej czwórki), ale ma swoje miejsce w drugim szeregu. Amos Oz należy do tych pisarzy, po których można sięgać w ciemno. Ja nigdy się na nim nie zawiodłam, a przeczytałam prawie wszystko, co w Polsce wyszło. Przynajmniej warto spróbować. Zachęcam. Może pierwsza jego książka stanie się początkiem kolejnej czytelniczej przygody? Tak było ze mną.

Petra Hulova "Stacja tajga". Odkrywanie nieznanego.

Kto oczekuje czeskich realiów, będzie zawiedziony, bo choć  "Stacja tajga" (W.A.B. 2011) to książka napisana przez Czeszkę, jej akcja toczy się albo w Rosji, głównie na Syberii, albo w Danii. Może bohaterami są przynajmniej Czesi? Nic z tego: to  Duńczycy, Rosjanie i plemiona zamieszkujące Syberię. Dlaczego? Dlaczego czeska pisarka, pisząc swoją powieść, tak zupełnie odrywa się od znanych sobie realiów? Przyznam się, że usiłowałam znaleźć odpowiedź na to pytanie przede wszystkim dlatego, gdyż zastanawiałam się, na ile prawdziwe jest to, co pisze o Syberii i jej mieszkańcach. Mieszkała tam? Podróżowała? Niewiele udało mi się znaleźć. Szperając, natrafiłam na wywiad, którego udzieliła czeskiemu radiu po wydaniu swojej pierwszej powieści "Czas Czerwonych Gór" (W.A.B. 2002), której akcja toczy się w Mongolii. Otóż Hulova studiowała mongolistykę i kulturoznawstwo i rok spędziła w tym egzotycznym kraju. To tłumaczy Mongolię. Ale Syberia? W innym mini wywiadzie z lutego tego roku wspomina o podróżach, które stają się inspiracją dla jej pisarstwa. Może to jest ślad? Nie wiem. A Dania? Tu trop wydaje się łatwiejszy: autorka była stypendystką jakiejś duńskiej organizacji literackiej. A teraz do rzeczy.

Muszę przyznać, że te syberyjskie realia zafascynowały mnie bardzo. To jak odkrycie kolejnego nieznanego świata, spotkanie z innym. Dlatego nie daje mi spokoju pytanie: na ile jest to portret prawdziwy? Cóż, pozostaje ufać w porządny reaserch, a może własne pisarskie doświadczenia. Akcja tej powieści rozgrywa się przede wszystkim w małej, syberyjskiej wiosce Charyń zagubionej gdzieś wśród tajgi. Warunkiem dalszego istnienia osady jest kolej transsyberyjska, przy której leży. Dopóki pociągi będą zatrzymywać się na stacji Charyń, dopóty wioska będzie istnieć. Kiedy przestaną, podzieli los podobnych jej: z czasem mieszkańcy porzucą swoje domy, a w ich miejsce powoli będzie wdzierać się tajga. Niezwykle fascynujące są plastyczne, dokładne opisy wioski: małych, drewnianych domków otoczonych niewielkimi obejściami, porzuconych domostw, poczty, na której praca jest marzeniem wielu tutejszych kobiet, osiedla buraczarzy (miejscowe plemię zajmujące się dość tajemniczą produkcją czegoś z buraków; stąd ich potoczna nazwa)  składającego się z byle jak i z byle czego skleconych chat, wreszcie tajgi: groźnej i fascynującej zarazem. Tajga jest domem dla miejscowych, z niej żyją, potrafią się po niej bezbłędnie poruszać, nią się zachwycają. Ale może być jednocześnie zgubą dla kogoś, kto jej nie zna, i pułapką dla uciekinierów z łagru. Taki jest ten świat: obok zachwycającej przyrody, groza przeszłości. Dziś łagier zwiedzają nieliczni turyści, kiedyś był więzieniem, miejscem zsyłki, wyniszczającej pracy, a dla tubylców źródłem zarobku. Nie przejmowali się losem więźniów, traktowali ich jak pospolitych przestępców, może nawet wierzyli, że tak jest. Kiedy uciekinier wpadł w ręce Bura, ten wydawał go bez skrupułów. Nawet mieszkający w Charyniu przed laty zesłaniec polityczny, lekarz Welor, aby przetrwać, musiał się jakoś dostosować do tutejszych warunków i żyć w zgodzie z miejscową władzą.

Równie fascynujący jest portret mieszkańców osady. To wieś pęknięta na pół: żyją w niej Rosjanie, potomkowie dawnych osadników (historia założenia Charynia jest nieco tajemnicza: nie wiadomo, ile w niej prawdy, a ile legendy) i owi buraczarze, miejscowe plemię, które być może przybyło tu kiedyś z północy. Jedni i drudzy darzą się niechęcią, żyją niby w tej samej wsi, ale oddziela ich symboliczny mur, różni wszystko. Rosjanie gardzą buraczarzami, uważają ich za ludzi prymitywnych, prostaków, a ci nieliczni, którzy mają w sobie domieszkę ich krwi, starannie to ukrywają. Buraczarze traktują Rosjan jak najeźdźców, kolonizatorów, uzurpatorów, którzy kiedyś wtargnęli na ich ziemię i bezpowrotnie zmienili ich życie, wyzyskując. Dzielą los innych rdzennych mieszkańców różnych zakątków świata: Indian, Aborygenów, Afrykanów. Sowiecka władza wykorzystując ich, próbowała jednocześnie na siłę cywilizować, dzisiaj, kiedy Związek Radziecki się rozpadł, i nikt ich do niczego nie zmusza, nie chcą integracji, izolują się, co prowadzi do degradacji. I jedni, i drudzy potrafią być okrutni i nieczuli na ludzki los. Ponieważ akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych, poznajemy życie Charynia w powojennych latach czterdziestych i współczesnych. Obserwujemy zmiany, jakie zaszły. Kiedyś komunistyczna rzeczywistość w realiach syberyjskich. Kto tu mieszkał lub przybył, właściwie był już skazany na to miejsce. Aby opuścić Charyń, trzeba się było uciekać do krwawych podstępów, a krewni tego, komu udało się wyjechać, byli srogo karani za niezawinioną winę uciekiniera: pragnienie wolności. Jednocześnie w tamtych okrutnych czasach Rosjanie potrzebowali tubylców, buraczarzy. Bez nich nie mogło się odbyć coroczne zimowe polowanie, które stanowiło o być albo nie być mieszkańców. Nawet wszechwładna władza radziecka nic tu pomóc nie mogła. Jeśli polowanie się nie udało, wioskę dziesiątkował głód. Rosjanie byli zależni od buraczarzy, od ich świetnej znajomości tajgi i tras wędrówek zwierzyny, a nawet czarów. Dziś wioskę można swobodnie opuszczać, zimowych polowań już nie ma, więc buraczarze są tylko szkodnikami, którzy zatruwają powietrze wyziewami z buraków. Społeczność Charynia, chociaż wewnętrznie podzielona, stanowi monolit dla obcych, przybyszów z dalekiej, prawie mitycznej Europy, którzy próbują traktować miejscowych jak etnograficzną i antropologiczną ciekawostkę, przedmiot badań. W latach czterdziestych przyjechał tu naiwny Duńczyk, Hablund, który naczytał się nie do końca prawdziwych informacji o tym świecie. Zafascynowany nim porzucił swoje ustabilizowane życie, które go znudziło, i przybył tu, aby nakręcić film o miejscowych. Dziś, trochę przypadkowo, jego tropem wyrusza młody Duńczyk, Erskine, student antropologii, który w zgłębieniu tajemnicy Hablunda i życia miejscowych upatruje swoją szansę na karierę naukową. Obaj wydają się śmieszni. Tak naprawdę nic nie wiedzą o tym świecie i nie potrafią się w nim poruszać, traktują jego mieszkańców niby z życzliwością, ale jednocześnie z europejską wyższością. W gruncie rzeczy są przedmiotem kpin, z czego nie zdają sobie sprawy. Próbują pozyskać życzliwość tubylców, aby prowadzić swoje badania, ale walą głowa w mur. Tu nie można być tylko obserwatorem, to się nie uda. Obserwator nie odkryje tajemnicy, znudzi się i zrezygnuje. Żeby poznać ten świat, trzeba stać się jego częścią, ale to też tylko pozory. I tak pozostanie się kimś obcym, takim najsłabszym ogniwem, co okaże się w chwili kryzysu.   

Niezwykle ciekawe są opisy podróży koleją transsyberyjską. Jeden z bohaterów, Fiedia, pracuje jako konduktor na trasie między Moskwą a Władywostokiem. Od czasu do czasu towarzyszymy mu w jego pracy. Poznajemy jej tajniki, obserwujemy pasażerów, podziwiamy krajobrazy za oknem, szczególnie tajgę, którą i on jest zafascynowany. Włóczymy się razem z nim po Władywostoku, który mnie jawi się jak miejsce ziejące jakąś dziwną pustką.

Ta powieść to również, a może przede wszystkim, fascynujące ludzkie historie, portrety kilku głównych bohaterów i kilkunastu drugoplanowych, ale jakże ważnych. Obok losów dwóch wspomnianych już Duńczyków, Hablunda i Erskina, i konduktora Fiedii, poznajemy też historię pozostawionej w Danii Mariane, żony Hablunda, jej przyjaciółki, nieco tajemniczej syberyjskiej emigrantki Tani Krasnoludkowej. Ale równie bogate i ciekawe są portrety miejscowych: Bura, rodziny Kawaryczów, zesłańca Welora i jego charyńskiej żony, wariatki, a także wielu, wielu innych. Na szczególną uwagę zasługuje los kobiet, co, jak czytałam, zdaje się nie tylko w tej powieści interesować Petrę Hulovą. To kobiety bardzo często dźwigają ciężar codzienności. Porzucone przez mężczyzn goniących za swoimi fascynacjami, zostawione same sobie muszą być silne i stać się samodzielne, nawet jeśli dotąd takie nie były. Inne mają mężów nieudaczników, darmozjadów, więc i one muszą same zmagać się z życiem. Jeszcze inne są przez mężczyzn wykorzystywane. Wszystkie są twarde i potrafią radzić sobie w każdych warunkach. Szczególnie w Charyniu nie ma właściwie podziału na to, co męskie i kobiece. Kobieta-więzień tak jak mężczyzna-więzień będzie zmuszona do morderczej pracy. Kobiety wyruszą razem z mężczyznami na zimowe polowanie, wprawdzie nie po to, aby polować, ale na równi z nimi muszą znosić trudy wędrówki przez zimową tajgę, obsługując ich na wielu różnych polach. Ale kobiety potrafią być równie bezduszne i okrutne jak mężczyźni. Ich portret nie jest wcale cukierkowy.

Powieść ma ciekawą konstrukcję. Tytuły rozdziałów to imiona głównych bohaterów. Wędrując od rozdziału do rozdziału, stopniowo poznajemy ich historie, odkrywamy tajemnice, cofamy się w  przeszłość, nieraz odległą. Ich losy zaczynają się zazębiać, wszystko składa się w jedną całość niczym kartoniki puzzli. A prawda o nich, jaka się na końcu wyłania, bywa banalna. Ich wybory są często przypadkowe, a to, co początkowo może się wydawać wielkie i szlachetne, okazuje się po prostu zwyczajne i małe. 

Bardzo ciekawa powieść, do przeczytania jednym tchem. Przewodnik po nieznanym świecie. Nie jestem pewna, czy taka była główna intencja autorki, ale mnie to właśnie najbardziej zainteresowało.     

Popularne posty