"Gdyby ulica Beale umiała mówić" (o filmie)

Zalew filmowych premier. Nie sposób obejrzeć wszystko, na co miałoby się ochotę. Na razie nie poszłam ani na "Kafarnaum" (Póki co biję się z myślami, czy iść. Nie stronię od trudnych tematów, właściwie stale z nimi obcuję, ale cierpienie dziecka trudno mi udźwignąć.), ani na "Ułaskawienie" Kolskiego, za to dość dla siebie nieoczekiwanie wybrałam się na ekranizację powieści Jamesa Baldwina "Gdyby ulica Beale umiała mówić" według scenariusza i w reżyserii Barry'ego Jenkinsa, twórcy znakomitego "Moonlight". Nie ukrywam, że właśnie ten fakt był magnesem, który ostatecznie spowodował zmianę moich planów. Film ma recenzje takie sobie, krytycy raczej kręcą nosami, szczególnie, że poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko, a ja nie żałuję, że go obejrzałam. Co nie znaczy, że nie mam zastrzeżeń. Mimo to najnowszy obraz Jenkinsa zrobił na mnie wrażenie, poruszył i niestety przygnębił.

Film opatrzony został przez dystrybutora trzema określeniami - dramat, komedia, romans. I rzeczywiście wszystkiego jest tam po trochu, ale naprawdę mamy do czynienia z kinem społecznym pokazującym beznadziejną sytuację czarnej społeczności w Stanach. Chociaż akcja toczy się w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, to na podstawie lektur i radiowych rozmów, jakich zdarza mi się wysłuchać, sądzę, że film ma nadal aktualną wymowę.

Zaczyna się rzeczywiście jak romans. Bardzo słodki romans,  dodajmy. Słodkie są słowa dziewiętnastoletniej Tish, która od czasu do czasu staje się narratorką, przewodniczką po tej historii i tym świecie. Nie znam powieści, ale zamierzam ja przeczytać, bo właśnie ukazała się w nowym tłumaczeniu, więc nie wiem, czy to, co mówi, pochodzi z literackiego pierwowzoru, czy jest autorstwa scenarzysty. Bardzo słodko jest też miłosna historia Tish i trzy lata starszego od niej Fonny'ego pokazywana. Wiele scen ma spowolnione tempo. To i powłóczyste spojrzenia pary kochanków, no i ta słodka narracja, nieco mnie irytowały. Nie od razu potrafiłam wejść w tę konwencję, czekałam, kiedy coś się zdarzy, bo przecież wiedziałam, że zdarzyć się musi. Drażniły mnie też elementy komediowe - szczególnie przerysowane postacie rodem z farsy.

A jednak z czasem wszystko złożyło się w całość. To przesłodzenie, ta gruba kreska, mocne, intensywnie nasycone kolory, które sprawiają, że świat staje się niemal nierzeczywisty, baśniowy (?), komiksowy (?), jak ze starych seriali (?), stanowią kontrast dla tragedii, jaka w rzeczywistości rozgrywa się na ekranie. Ta słodka opowieść staje się nagle ironiczna, zostaje wzięta w nawias, zanegowana. Chcieliście cukierkowej historii miłosnej, gdzie jedyną przeszkodą dla wielkiej miłości pary młodych, niewinnych kochanków jest wredna teściowa i jej równie wredne córki? Nic z tego. Dostaniecie historię o wykluczeniu, o poniżeniu, o waleniu głową w mur, o zderzeniu się z niesprawiedliwą machiną wymiaru sprawiedliwości. Dlaczego tak się dzieje? Bo bohaterowie tej opowieści są czarni, wychowują się w czarnych dzielnicach, na dodatek pochodzą z niższych warstw społecznych. Nie, nie są biedakami, są tylko ciężko zasuwającymi robotnikami.

Wszystko jest dobrze, jeśli trzymają się swoich ulic, swoich dzielnic. Biada im, kiedy próbują wyjść z tego świata. Niemożliwe staje się wynajęcie mieszkania, bo kiedy zjawia się czarna para, oferta raptem staje się nieaktualna. Tish jest poniżana i traktowana jak dziewczyna, którą be z trudu można przelecieć. Ale najbardziej los doświadcza Fonny'ego - trafia do więzienia, bo ktoś go fałszywie oskarżył. (Niczego nie zdradzam, te informacje można znaleźć w opisie filmu.) Nie jest ani pierwszym, ani ostatnim. Podobnie sprawy mają się i dziś. Wszystkie statystyki pokazują, że Afroamerykanie o wiele częściej trafiają do więzień niż biali. Są inaczej traktowani przez policję, z góry podejrzani, naznaczeni kolorem skóry. To, co ujdzie białemu, na przykład posiadanie narkotyków, nie ujdzie na sucho czarnemu. Jak już wspominałam, trochę o tym problemie czytałam i słuchałam.

Tish, która robi wszystko, aby wydostać ukochanego z więzienia, zderza się ze ścianą - matactwa, fałszywe oskarżenie, zemsta policjanta. Ona sama i przyjaciel Fonny'ego nie są dla sądu wiarygodnymi świadkami ze względu na kolor skóry. Z czasem film zmienia tonację, staje się coraz bardziej dramatyczny. Wielką moc ma rozmowa matki Tish z kobietą, która oskarża Fonny'ego. Ona sama jest ofiarą, też na przegranej pozycji, bo pochodzi z Ameryki Środkowej. Mimo że siła kobiet, bohaterek tej opowieści, krzepi, to jednak ja zostałam z poczuciem klęski. Zakończenie, które można odbierać różnie, mnie przygnębiło.

PS. Wielkim atutem filmu jest rewelacyjna ścieżka dźwiękowa. Należę do tych, co słoń im na ucho nadepnął, niespecjalnie znam się na muzyce, ale w tym filmie zrobiła na mnie duże wrażenie.

 

 

 

Orhan Pamuk "Dziwna myśl w mej głowie"

Po latach wróciłam do Pamuka. A było tak. Obejrzałam bardzo ciekawą wystawę o Stambule. Głównie stare zdjęcia i takież widokówki. Zachwyciłam się, zatęskniłam za miastem, w którym nigdy nie byłam i w takim jak to ze starych fotografii nigdy nie będę, bo takiego Stambułu po prostu już nie ma. I bardzo zachciało mi się przedłużyć ten klimat. Zagubić się w uliczkach miasta, popatrzeć na Złoty Róg, na Bosfor, wspiąć się na wzgórza. I wtedy przypomniałam sobie, że w czeluściach mojego czytnika leżą sobie, czekając na swoją kolej, dwie powieści Pamuka - "Rudowłosa" i "Dziwna myśl w mej głowie" (Wydawnictwo Literackie 2015; przełożył Piotr Kawulok).  Po przeczytaniu wydawniczej notki wybór padł na tę drugą, bo jej bohaterem jest uliczny sprzedawca jogurtu, pilawu, lodów, ale przede wszystkim buzy, sfermentowanego napoju na bazie kaszy jaglanej albo innych zbóż. A do Pamuka stosunek mam niejednoznaczny. To po przeczytaniu "Śniegu" otworzyłam się na inną literaturę - między innymi bałkańską, turecką, izraelską (chociaż nie pamiętam, kto był pierwszy - Pamuk czy Amos Oz, mój bezapelacyjny numer jeden wśród pisarzy). Długo stawiałam go w rzędzie moich ulubionych autorów, ale "Muzeum niewinności" i przede wszystkim "Czarna księga" nadwątliły tę miłość. Ta pierwsza, bo z czasem stała się zbyt monotonna, przez tę drugą ledwo przebrnęłam, co naprawdę rzadko mi się zdarza. Może dlatego, kiedy ukazały się "Dziwna myśl w mej głowie" i "Rudowłosa", jakoś się do nich nie paliłam. Właściwie kupiłam je tylko dlatego, że natrafiłam na bardzo okazyjną promocję. I najwyraźniej był w tym palec Boży, bo lektura "Dziwnej myśli w mej głowie" sprawiła, że przeprosiłam się z Pamukiem! Nie wiem, jakie ta powieść miała recenzje, ale mnie sprawiła prawdziwą przyjemność. Mimo że ma prawie siedemset stron, mimo normalnego tygodnia pracy połknęłam ją w dziesięć dni.

"Dziwna myśl w mej głowie" okazała się bardzo trafnym wyborem. Bo z jednej strony jest to saga rodzinna, z drugiej historia miłości, z trzeciej opowieść o Turcji, z czwartej wreszcie opowieść o mieście - o Stambule. O Stambule, który się zmienia, który nie przypomina już dziś tego miasta z fotografii i widokówek, jakimi zachwyciłam się na wystawie. Ba, nie wyglądał już tak w latach sześćdziesiątych, kiedy to Mevlut, główny bohater, wówczas dwunastoletni chłopak, dołączył do swojego ojca, stryja i kuzynów, którzy z anatolijskiej wsi do Stambułu przyjechali kilka lat wcześniej. Przez te kilkadziesiąt lat, gdy niemal każdego jesiennego i zimowego wieczoru wychodzi z domu, aby swym melodyjnym głosem zachęcać do kupienia buzy, miasto zmieniło się nie do poznania. Zmieniły się wzgórza, na których jego ojciec i stryj zaraz po przybyciu do miasta wybudowali, oczywiście nielegalnie, swoje gecekondu, zmieniła się dzielnica Tarlabasi, w której potem razem z żoną i córkami mieszkał główny bohater. Wzgórza, początkowo niemal puste, z czasem całe pokryte zostały gecekondu, na jednym z nich stanął też meczet. Ale na tym nie koniec. W latach dwutysięcznych domki i otaczające je ogrody zaczęły znikać, a na ich miejscu postawiono wieżowce. Miasto rozrosło się niemożebnie, rozlało, wysokościowce panoszyły się na centralnych wzgórzach, a nowe gecekondu powstawały na obrzeżach. Zmiany dotknęły też Tarlabasi, jedną z centralnych dzielnic. Niegdyś, ale tego nie pamięta nawet Mevlut, mieszkali tu Grecy, Ormianie, Żydzi, mieli sklepy, drobne zakłady, życie kwitło, potem osiedlali się tu tacy jak on, ludzie, którym niezbyt się wiodło, ale nie byli też na dnie, jakoś wiązali koniec z końcem. Z czasem Mevlut zrozumie, że musi się stąd wyprowadzić, bo dzielnica się zmienia, podupada, robi się obca i niebezpieczna. I taką opinię ma do dziś, o czym właśnie czytam w reporterskiej książce Thomasa Orchowskiego "Rzeź na Tarlabasi". (Książkę Orchowskiego już dawno oczywiście skończyłam. Ten tekst powstał we wrześniu.) Co za wspaniały zbieg okoliczności! Jakie znakomite dopełnienie wystawy i powieści Pamuka! Mevlut kocha to miasto, które z czasem uznał za swoje. Kocha też chodzić po ulicach i sprzedawać buzę, lubi rozmawiać z ludźmi. Kiedy wieczorami snuje się po mieście, z którym się niemal mistycznie jednoczy, które czuje całym sobą, dziwne myśli lęgną mu się w głowie. Takich jak on, sprzedawców buzy, już właściwie nie ma. Ten napój, tak jak jogurt, który w taki sam sposób niegdyś sprzedawał jego ojciec, można kupić w sklepie. Produkują ją wielkie wytwórnie, nikt nie potrzebuje już takich ulicznych sprzedawców. Powieść Pamuka jest bardzo melancholijna i nostalgiczna. Czuć w niej upływ czasu. To wyraz tęsknoty za światem, jakiego już nie ma i nie będzie. Czy ten nowy jest lepszy?

Ale "Dziwna myśl w mej głowie" to także opowieść o innej Turcji. Nie zwesternizowanej, ale tradycyjnej, napływającej za pracą i lepszym życiem do Stambułu z głębi Anatolii, z małych wiosek. Na miejscu najczęściej zostają kobiety i dzieci, tak było z matką i siostrami Mevluta, a mężczyźni wyruszają za chlebem. Przyjeżdżają, szukają zajęcia, budują nielegalnie gecekondu, licząc, że z czasem ich proceder zostanie zalegalizowany przez władze miasta, i rzeczywiście, co jakiś czas ogłaszana jest amnestia dla takich jak oni. Jedni osiągają sukces, zwłaszcza jeśli mają protekcję bogatego męża, który stawia w dzielnicy meczet i który w tej dzielnicy staje się z czasem szarą eminencją, tak było z kuzynami Mevluta, inni, tacy jak on nieudacznicy, pechowcy, marzyciele, ledwo wiążą koniec z końcem. Marzą, aby ich dzieci skończyły w Stambule liceum, a potem studia, ale ciernista to droga i tylko najwytrwalszym się udaje. Bo jak się uczyć, skoro trzeba jeszcze pomagać ojcu w pracy, skoro jest się tym gorszym, nie ma się żadnego backgroundu, żadnego intelektualnego i kulturalnego zaplecza. Dopiero kolejnemu pokoleniu może się udać ta sztuka. Mnóstwo jest w tej powieści obyczajowych szczegółów, dnia codziennego - szkoła, rodzina, los dziewcząt i kobiet, aranżowane małżeństwa, stosunek do religii, trochę polityki i światopoglądowych sporów. Wiele tu obyczajowych smaczków. Znakomita na przykład jest opowieść o z góry przegranej walce inkasentów z powszechną w Stambule kradzieżą prądu. Niezwykle to wszystko ciekawe.

Jest wreszcie powieść Pamuka sagą rodzinną i dziwną historią miłosną. Małżeństwo Mevluta wzięło się z pomyłki albo intrygi, bo przez kilka lat pisał listy miłosne nie do tej siostry, w której się zakochał. Z naszego punktu widzenia pewnie trudno mówić o miłości, jeśli ze swoją wybranką nie zamieniło się nawet słowa, tylko spojrzało się głęboko w jej piękne, czarne oczy. Ale dla bohaterów tej powieści wywodzących się z głębi Anatolii to sytuacja całkiem oczywista. Pytanie, czy uprowadził (kolejny smaczek) i ożenił się z tą, którą pokochał, z czasem położy się cieniem na małżeństwie Mevluta, chociaż ... , no ale tego nie mogę zdradzić. Wreszcie wielkim bohaterem powieści Pamuka jest sam Mevlut, świetnie sportretowany, zresztą podobnie jak inni bohaterowie. Boży prostaczek, nieco naiwny, uparty, wierny sobie, refleksyjny, idealista, wzbudzający zaufanie, litość i politowanie zarazem. Dla kuzynów i ludzi ich pokroju dziwak i naiwniak, którego łatwo można wystrychnąć na dudka. Są przekonani, że dawno by zginął bez ich pomocy, której niewdzięcznik często nie chce nawet przyjąć. Z konieczności w wielkim skrócie prześlizguję się tylko po rodzinnych relacjach i intrygach. Tak samo pobieżnie napisałam o Mevlucie. Po prostu powieść należy przeczytać. Wielka przyjemność pomieszana z melancholią.

PS. A o reportażach Thomasa Orchowskiego nie napisałam z braku czasu. Rzadko, ale tak bywa. Potem było już za późno. Ale przeczytać warto.

"Ogród rodzinny. Przyjaciel"

Mocno się wahałam, czy wybrać się na "Ogród rodzinny. Przyjaciel", najnowszy film Jana Hrebejka, reżysera pamiętnego "Niedźwiadka" i "Czeskiego błędu". Z jednej strony cztery nominacje do Czeskich Lwów, ale powiedzmy sobie szczerze w nie najważniejszych kategoriach, z drugiej praktycznie zero recenzji w naszych mediach, co daje do myślenia. Czeskie kino, jak gdzieś przeczytałam, od jakiegoś czasu przeżywa kryzys, pewnie dlatego ostatnio rzadko trafia na nasze ekrany. A jeśli już coś dotrze, to rzeczywiście raczej okazuje się niewypałem, co kilka razy przerabiałam. Mimo wszystko postanowiłam obdarzyć najnowszy film Hrebejka kredytem zaufania i pomaszerowałam do kina. Obejrzałam bez przykrości, ale i bez zachwytu. Gorzej, pozostałam zimna jak lód. Dziś, a w kinie byłam wczoraj, niemal już o nim zapomniałam. A przecież nie tak być powinno. Tym bardziej, że temat ma potencjał.

"Ogród rodzinny. Przyjaciel" to pierwsza część filmowej trylogii, historia trzech sióstr. Stąd ten dziwny, nieporęczny tytuł. Akcja toczy się w czasie drugiej wojny w okupowanej Pradze i tuż po wyzwoleniu. Bohaterkami są trzy siostry, dwie mężatki i jedna panna, chciałoby się napisać singielka, no ale to słowo nie pasuje do tamtych czasów, których mężowie trafiają do obozu koncentracyjnego za udział w konspiracji. Vilma, w tej roli Anna Geislerova, właśnie rodzi córkę. Siostry razem z dziećmi, jest jeszcze chłopiec, syn drugiej z mężatek, zamieszkają w eleganckiej willi należącej do jednej z nich. Przez całą wojnę będzie się nimi opiekować  lekarz Jirzi, przyjaciel męża Vilmy. To on ich sobie przedstawił. Jak mówi w pewnym momencie główna bohaterka  - zna go dłużej niż męża, z którym była tylko dwa lata. Tymczasem Jirzi towarzyszy siostrom bardzo intensywnie - pomaga, opiekuje się dziećmi, które traktują go jak ojca. Nic dziwnego, że między piękną Vilmą i przystojnym lekarzem rodzi się uczucie. Wszystko się komplikuje, kiedy po zakończeniu wojny nieoczekiwanie dla wszystkich wraca z obozu jej mąż. Uspokajam, niczego nie zdradziłam, tego wszystkiego można dowiedzieć się z opisu dystrybutora.

Film ogląda się przyjemnie. Jest bardzo elegancki - piękne wnętrza, piękne stroje, piękna Anna Geislerova, piękne dzieci. Nie ma tu ani brudu, ani grozy wojny. Wszystko jest gładkie. Nawet wracający z obozu mąż Vilmy nie wygląda na specjalnie zabiedzonego, chociaż słowa jej sióstr sygnalizują coś przeciwnego. Cóż, na ekranie wygląda to inaczej. Jak to w czeskim kinie bywa, wojenna groza, jeszcze raz powtarzam - mocno umowna, przeplata się z humorem, którego źródłem są przede wszystkim dzieci i straszna siostra męża Vilmy. I to niestety tyle. Wszystkie problemy, o których opowiadać ma ten film, są zaledwie muśnięte, raczej zasygnalizowane niż wygrane. Nie o to chodzi, aby o nich gadać, dobry film nie musi wywalać kawy na ławę i walić z grubej rury, ale tu jest aż tak subtelnie, że wszystko spływa po widzu jak woda po gęsi. Nic należycie nie wybrzmiewa. Ani miłosna tragedia, przecież to melodramat!, ani kłębowisko uczuć (radość, zawód, rozczarowanie, cierpienie, strach) po powrocie męża, ani uczuciowe rozczarowania innych bohaterów, ani niewspółmierność wojennych przeżyć (obóz i w miarę wygodne życie w okupowanej Pradze), ani bycie i niebycie bohaterem (konspiracja kontra konformizm, a może strach). Te wszystkie problemy w filmie są, potrafię je wyliczyć, ale nie potrafiłam się nimi przejąć czy wzruszyć. Obejrzałam i prawie zapomniałam. Trzeba było zostać w domu i czytać.

Tiziano Terzani "W Azji"

Nie wiem, dlaczego dotąd nie sięgnęłam po żadną z książek Tiziano Terzaniego, włoskiego reportera, który pokochał Azję. Spędził tam dużą część swojego życia, nie tylko podróżując i pisząc o tym regionie świata, ale po prostu mieszkając razem z całą rodziną. Żył między innymi w Singapurze, Hongkongu, Pekinie, Tokio i w Delhi. Te miejsca były bazą dla jego licznych reporterskich wypraw i pracy korespondenta wojennego. Swoje wrażenia relacjonował na łamach niemieckich i włoskich gazet. Aby lepiej zrozumieć ten świat, aby zbliżyć się do niego jak najbardziej, opanował język chiński i japoński, odbył studia sinologiczne.

Właśnie niedawno w idealnym dla mnie momencie dostałam książkę Terzaniego - "W Azji" (W.A.B. 2016; przełożyła Joanna Wajs). To zbiór jego tekstów w większości drukowanych wcześniej w prasie, co ciekawe autor zdecydował się umieścić je w tym zbiorze bez żadnych zmian i przeróbek. Pewnie dlatego opatrzył je wstępem, ułożył chronologicznie i połączył krótkimi notkami odautorskimi, które stanowią rodzaj spoiwa. Informuje w nich najczęściej o okolicznościach powstania jednego tekstu czy kilku następnych, albo o tym, dlaczego wyruszył w kolejną podróż. To z nich właśnie dowiadujemy się też o decyzji, aby zamieszkać z całą rodziną w Azji i o kolejnych przeprowadzkach. Pierwsze teksty, listy pisane do żony z Tokio, gdzie pracował jeszcze dla koncernu Olivetti,  to rok 1965, ostanie, świadectwo przejmowania Hongkongu przez Chiny, 1997. W ten sposób powstał ponad trzydziestoletni kalejdoskop opowiadający o Azji. Celowo użyłam słowa kalejdoskop, bo Terzani, niczym w kalejdoskopie właśnie, stale zmienia miejsca i tematy.

Jego teksty  to nie tylko zapis wojen, konfliktów, procesów politycznych, ale także historie o życiu, obyczajach, drobnych sprawach. Szczególnie wiele takich opowieści dotyczy Chin czy Japonii. Autor pochyla się na przykład nad japońskim poczuciem odrębności, nad ich systemem oświaty produkującym zastępy posłusznych absolwentów, które potem zostają trybikami w swoich zakładach pracy, pisze o specyfice japońskiej mafii. Czasem wyrusza jeszcze dalej - na Wyspy Kurylskie czy na Sachalin i  opowiada o ciężkim życiu mieszkańców, o degradacji przestrzeni, o historii konfliktu japońsko-rosyjskiego o te tereny i o historii tych miejsc.

Terzani był świadkiem wielu historycznych wydarzeń w Azji - od konfliktów indochińskich, wojny wietnamskiej, triumfu i upadku Czerwonych Khmerów w Kambodży, śmierci Mao i aresztowania bandy czworga, potem śmierci japońskiego cesarza Hirohito, który urodził się jako bóg, a umierał jako człowiek, aż po oddanie w roku 1997 Hongkongu Chinom. Pisał o wojnach i konfliktach dręczących Azję, na przykład o konflikcie między Indiami i Pakistanem o Kaszmir, o sytuacji politycznej na Filipinach, w Laosie, w Birmie, w Pakistanie. Często syntetycznie, w pigułce opowiada o historii jakiegoś regionu czy miejsca. To dobra powtórka, jeśli się już coś na ten temat wie, albo wstęp do dalszych poszukiwań. Z oczywistych względów są to teksty zatrzymane w czasie, świadectwo jakiegoś momentu. Jak potoczyła się historia, wiemy albo możemy dość łatwo sprawdzić. Wiemy, że w Birmie generałowie podzielili się władzą z Ang San Suu Kyi, która, kiedy Terzani pisał swój tekst, siedziała w areszcie domowym, wiemy, jak wygląda sytuacja polityczna w Chinach, w Kaszmirze, wiemy, że zakończyła się wojna na Sri Lance, a Kuryle nadal należą do Rosji. Ciekawe jest konfrontowanie prognoz Terzaniego z tym, co się naprawdę wydarzyło. Widać też, jak pewne procesy i zjawiska powtarzają się co jakiś czas przy okazji wybuchu kolejnych konfliktów. Myślę tu o fali uchodźców z krajów ogarniętych wojną. Autor sporo miejsca poświęca Wietnamczykom, którzy w najrozmaitszy sposób, także na łodziach przez morze, uciekali z komunistycznego Wietnamu, czy Chińczykom szukającym schronienia w Hongkongu. Szczególnie los tych pierwszych jako żywo przypomina los imigrantów z Afryki, którzy drogą morską próbują dostać się do Europy.

Jeśli coś mi w tej książce przeszkadza, to świadomość, że nie potrafię stwierdzić, na ile aktualne pozostały teksty Terzaniego nietraktujące o polityce czy o wojnach. Czy szkoła japońska nadal tak wygląda, jak przedstawił ją autor? Jaka jest teraz pozycja japońskiej mafii? Jak zmieniło się życie mieszkańców Kuryli czy Sachalinu?

Bardzo ciekawa książka. Lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych Azją. Nadal nie rozumiem, dlaczego to moje pierwsze spotkanie z Tiziano Terzanim. Na pewno nie ostatnie.

"Sny wędrownych ptaków"

Nie poszłam, i raczej nie pójdę, ani na "Green Book", ani na "Faworytę", chyba murowane hity, za to w ramach nadrabiania zaległości wybrałam się na mające świetne recenzje kolumbijskie (a właściwie kolumbijsko-meksykańsko-duńskie) "Sny wędrownych ptaków". I rzeczywiście jest to film znakomity, oszałamiająco piękny, przykuwający uwagę, wprawiający w zdumienie. Film, który oglądałam z zapartym tchem, z ogromną przyjemnością, jaką daje znakomita filmowa robota, bo przecież nie przygnębiająca treść. A jest to historia narodzin kolumbijskich narkotykowych mafii i zmian, jakie pod wpływem pieniędzy zaszły w życiu rdzennych mieszkańców Kolumbii - Indian. Ale to także piękna opowieść o ich obyczajach, przywiązaniu do rodziny, wierze w sny, duchy, znaki i wszelką magię. I jeszcze więcej - przygnębiająca opowieść o zemście, chciwości, żądzy zysku i o tym, jak wielkie pieniądze deprawują. Całość podzielona została na pięć części - pieśni i jest połączeniem kina sensacyjnego, czy może mafijnego, z antropologiczną, trochę dokumentalną, opowieścią o życiu kolumbijskich Indian w momencie dla nich przełomowym. To zestawienie daje niezwykły efekt - namysł, niespieszne tempo, skupienie na szczegółach, a jednocześnie szeroki oddech, jaki dają pięknie fotografowane krajobrazy surowego, nadmorskiego pustkowia albo zielonych, górskich okolic.

Sposób opowiadania sprawia, że ta historia jest jak kronika zapowiedzianego nieszczęścia. Kiedy wszystko zaczęło się toczyć po równi pochyłej, ku zagładzie rodziny, klanu i miejscowych Indian? Kto wyjął ten pierwszy kamyk spod solidnej, odwiecznej konstrukcji? Czy Ursula, szanowana głowa jednego z indiańskich rodów, kiedy starającemu się o rękę jej córki Raphayetowi, któremu od początku nie ufała, postawiła warunki, jakich nie był w stanie spełnić? Czy mogła przewidzieć, że da to początek spirali zemsty, która unicestwi jej rodzinę? Czy może wszystko zaczęło się wtedy, kiedy Raphayet wpadł na pomysł, jak szybko zdobyć pieniądze na krowy, kozy i naszyjniki potrzebne na wkupienie się do rodziny? Ten sposób to sprzedaż pięćdziesięciu kilogramów marihuany amerykańskim hipisom. A może przyczyną wszelkiego nieszczęścia było to, że nie uszanował tradycji? Może wtedy duchy odwróciły się od Ursuli i jej rodziny, a ochronna moc amuletów przestała działać? Oczywiście z naszego racjonalnego punktu widzenia odpowiedź jest jednoznaczna, ale z punktu widzenia Indian niekoniecznie. Raphayet przyjęty do rodziny z jednej strony podporządkowuje się jej, z drugiej próbuje wprowadzać swoje porządki. To rodzi napięcie i podskórny konflikt między nim a Ursulą, co z czasem jeszcze bardziej komplikuje sytuację.

Coraz większe pieniądze z handlu marihuaną, który rozwija się na ogromną skalę, zmieniają zajmujące się tym procederem rodziny. Gliniane chaty czy drewniane, górskie domy zostają zastąpione rezydencjami. Często wygląda to bardzo groteskowo - wielki, biały budynek na szarym, nadmorskim pustkowiu. Jego mieszkańcy są jedną nogą zanurzeni w tradycji, drugą w nowej rzeczywistości. Zamiast w wielkim łóżku, wolą spać w tradycyjnym hamaku, rozmawiają z duchami, są przesądni. Jeżdżą już jednak samochodami, a ofiarowują sobie nie krowy czy kozy, ale pistolety i karabiny. Z jednej strony odprawiają tradycyjne obrządki na cześć zmarłych - wyjmują ich kości z tymczasowego grobu i przenoszą w inne miejsce, z drugiej bezczeszczą groby, trzymając w nich broń. Ale jeszcze większe zmiany pieniądze powodują w ludziach, szczególnie w młodym pokoleniu. Deprawują, co prowadzi do nieszczęścia.

Ale ten film to także rodzinna saga, opowieść o konflikcie dwóch rodów i konflikcie w rodzinie. Wspominałam już o rywalizacji, jaka toczy się pomiędzy Raphayetem, a jego teściową Ursulą. To ona wyrasta na główną bohaterkę. To ona musi podejmować bardzo trudne, dramatyczne decyzje. Jej zięć i córka raczej opowiadają się po stronie rozumu, chcą dokonywać racjonalnych wyborów. Ona kieruje się tradycją - wiernością rodzinie i nakazem zemsty. Temu samemu hołduje drugi indiański ród, co musi prowadzić do tragedii. Ciekawych bohaterów i ciekawych wątków jest tu znacznie więcej. Trudno o wszystkich pisać, trudno też zdradzać zawiłości fabuły.

Świetne film. Udane połączenie kina komercyjnego z artystycznym. Dla prawdziwych kinomanów pozycja obowiązkowa.

Frances Harrison "Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance"

Reportaż Frances Harrison "Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance"


(Czarne 2015; przełożyła Hanna Pustuła-Nowicka) leży na mojej półce od dawna, kupiłam go niedługo po premierze, jeden z ostatnich papierowych nabytków, potem pokochałam ebooki. Pewnie dlatego tyle czekał na swoją kolej. Ale teraz przyszedł jego czas, musiałam go przeczytać. Ręka do góry, kto słyszał o konflikcie Syngalezów i Tamilów na Sri Lance.  A o Tamilskich Tygrysach? Ale dokładniej? No właśnie, tu zaczyna się problem. Ja oczywiście też słyszałam, przecież dlatego kupiłam tę książkę. Wiedziałam, że konflikt był, że się zakończył, ale to właściwie tyle. Pewnie kiedy trwał, docierały do mnie jakieś strzępy informacji, potem szczegóły wyparowały, a Tamilskie Tygrysy stały się tylko hasłem, niewiele mówiącą nazwą. Za to Sri Lanka budzi bardzo przyjemne skojarzenia. Ciepło, woda, piękne plaże, kolorowe sari, góry, herbaciane pola, parki narodowe, zwierzęta, bogata przyroda, świątynie buddyjskie i hinduistyczne, katolickie kościoły, kolonialna architektura i azjatycki koloryt. Po lekturze reportażu Frances Harrison ten sielski obraz został mocno skażony. Tkwi w nim cierń, którego chyba już nie da się wyjąć. Kiedy czytałam tę książkę, a właściwie kiedy z bólem się przez nią przedzierałam, oczy robiły mi się okrągłe ze zdumienia. Nie przez przypadek autorka pisze o nieznanej wojnie. Że konflikt był, świat wiedział, jak wyglądał naprawdę, szczególnie w ostatniej fazie, wiedzieli nieliczni - pracownicy organizacji pomocowych (których szybko wyrzucono) i Czerwonego Krzyża ewakuujący statkami najciężej rannych. Rząd Sri Lanki zrobił wszystko, aby przedstawić wojnę domową, która była skutkiem długoletniego konfliktu etnicznego, jako element globalnej walki z terroryzmem. Jak pisze autorka: W kręgach akademickich zwycięska strategia (...) nazywana jest opcją lankijską - nowym sposobem zdławienia terroryzmu przy użyciu brutalnej siły militarnej, z pominięciem metod politycznych. Obejmuje on taktykę spalonej ziemi, zatarcie różnicy pomiędzy cywilami a bojownikami oraz zablokowanie dostępu do informacji.

Ale od początku, krótko. Sri Lankę zamieszkują Syngalezi i Tamilowie. Ci drudzy głównie północne tereny. Na wyspie zawsze stanowili mniejszość, ale lepiej wykształconą, dlatego byli forowani za czasów angielskich. Po odzyskaniu niepodległości sytuacja się zmieniła - czuli się prześladowani przez syngaleską większość. Marzyli o własnym państwie. Tak w roku 1972 powstała militarna organizacja Nowe Tygrysy Tamilskie. Od tej chwili następuje eskalacja konfliktu - z jednej strony rozruchy antytamilskie i pogromy, z drugiej ataki terrorystów-samobójców na syngaleskich polityków, obiekty wojskowe i na ludność cywilną. Garść przykładów, jak krwawe było to żniwo - rok 1996 samobójczy atak bombowy w budynku Banku Centralnego w Kolombo - ginie 91 osób, 1400 rannych! Rok 1998 samobójczy atak w najważniejszej buddyjskiej świątyni Relikwii Zęba w Kandy - 17 zabitych. Północ wyspy kontrolowana przez Tamilskie Tygrysy staje się namiastką tamilskiego państwa z własną administracją, służbą zdrowia, szkolnictwem, bankami. I tak latami toczy się konflikt - przemoc, rozmowy pokojowe przy wsparciu międzynarodowych rozjemców, rozejmy, aż od roku 2006 siły rządowe zaczęły stopniowo odzyskiwać zajęte przez Tamilskie Tygrysy tereny. Epilog tej walki to rok 2009 do maja, kiedy wojna ostatecznie się zakończyła. I właśnie o tym jest ta książka, o tych kilku potwornie krwawych miesiącach 2009 roku.

Frances Harrison, która przez kilka lat była korespondentką BBC na Sri Lance, rozmawia z kilkunastoma osobami - Tamilami przebywającymi w tym strasznym 2009 roku na kurczącym się terytorium tamilskim. Jej rozmówcom, poza jednym, tę krwawą jatkę udało się przetrwać, co naprawdę zakrawa na cud. Wszyscy mieszkają dziś poza Sri Lanką, najczęściej w Europie, i tu toczyły się te rozmowy. Mówią niechętnie, nie chcą wracać do bolesnych, traumatycznych wspomnień, nadal się boją, jeśli nie o siebie, to o swoich krewnych, którzy zostali na wyspie. Kim są? To dziennikarz, rzecznik prasowy Tamilskich Tygrysów (nie żyje, jako jedynemu, ze zrozumiałych względów, nie udało się ujść z życiem z terytorium Tamilskich Tygrysów), lekarz, katolicka zakonnica, nauczycielka, matka rebeliantka, czyli bojowniczka, wolontariusz na wózku inwalidzkim, bojownik Tamilskich Tygrysów, sklepikarz i żona, której mąż wspierał Tamilskie Tygrysy, a w swojej rodzinie miał licznych bojowników. Wszystkie te relacje są dość podobne, razem tworzą obraz krwawej jatki, jaka rozegrała się na kurczącym się terytorium Tamilskich Tygrysów w roku 2009. Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że obie strony konfliktu celowo zablokowały ewakuację ludności cywilnej z terenów walk. Tamilskie Tygrysy traktowały swoich rodaków jak żywe tarcze, zakładników, za którymi ujmie się międzynarodowa społeczność i przyjdzie Tamilom z pomocą. A Syngalezi? Chociaż nikt tego oficjalnie nie przyzna, prawdopodobnie było im na rękę, że tylu Tamilów zginie. Oczywiście bali się też, że wśród ludności cywilnej mogą kryć się bojownicy i zamachowcy. Jak inaczej wytłumaczyć to, że armia rządowa ostrzeliwała strefy bez ognia stworzone specjalnie dla ludności cywilnej przez lankijski rząd?

Jaki obraz wyłania się z tych relacji? Ucieczka z miejsca na miejsce, przez zatłoczone drogi, przez dżunglę, przez bagna. Wieczny ostrzał, wybuchające bomby. Budowanie prowizorycznych schronów w miejscach, gdzie się na dłuższą chwilę zatrzymywali. Głód, ranni, konający, zabici. Morze trupów, porozrywane ludzkie szczątki. Porzuceni starcy, chorzy, ci wszyscy, którzy stawali się obciążeniem. Chociaż początkowo dużo było wśród ludzi życzliwości, uciekinierzy pomagali sobie wzajemnie, z czasem każdy obojętniał, myślał tylko o sobie albo o swoich najbliższych, jak przeżyć. Kilku bohaterów mówi o prześladujących ich do dziś wyrzutach sumienia, bo komuś nie pomogli, bo kogoś zostawili, bo nie udało się kogoś uratować, bo na przykład pieniędzy wystarczyło tylko na łapówkę za siebie. Lekarz, który został ze swoimi rannymi niemal do końca, nie może sobie wybaczyć, że w ostatniej chwili się ewakuował, zostawiając chorych i rannych. Ich by i tak nie ocalił, sam by zginął, a jednak trudno mu żyć z tą myślą. Najdramatyczniejszy był los rodziców mających pod opieką małe dzieci, chorych, rannych, kobiet w ciąży. Wszyscy uciekali ku morzu albo do stref bez ognia, które takie były tylko z nazwy. Ta gehenna kończyła się podobnie - albo ewakuacją na statku Czerwonego Krzyża do strefy kontrolowanej już przez siły rządowe (nieliczni), albo dobrowolnym opuszczeniem terytorium Tamilskich Tygrysów, co w końcowej fazie wojny stało się już możliwe. Wielu jednak nie chciało do końca skorzystać z tej możliwości. Dlaczego? Ze strachu albo wciąż naiwnie wierzyli w odwrócenie sytuacji. Co potem? Potem nie było lepiej. Poniżające rewizje, poszukiwanie bojowników, pobyt w obozach internowania. Niedożywienie, fatalne warunki, jeśli kogoś podejrzewano o związki z Tamilskimi Tygrysami, czekały go przesłuchania, tortury, więzienie, śmierć. Wielu ginęło bezpowrotnie. Osobnym problemem są oczywiście gwałty na tamilskich kobietach. Jak na każdej wojnie to one padają ofiarą przyzwolenia na przemoc. W tej sytuacji ratunek, ucieczka rzeczywiście zakrawają na cud. Większości bohaterów tej książki udało się to tylko dzięki łapówkom. Pieniądze gromadziła najczęściej rodzina. Wydostać się ze Sri Lanki też nie było łatwo. Ocaleli, wydostali się z piekła, ale na zawsze naznaczeni są wojenną traumą, ranami, bliznami, kalectwem, chorobami. Jak pisze autorka, ta wojna po Iraku, Afganistanie i Darfurze przyniosła najwięcej ofiar. Kto sobie z tego zdaje sprawę?

Frances Harrison opisuje ofiary po stronie tamilskiej, patrzy ich oczami, im oddaje głos, co nie znaczy, że obarcza winą tylko stronę rządową. Pokazuje zaślepienie Tamilskich Tygrysów, ich niezdolność do negocjacji, nieliczenie się z realiami, ślepą wiarę, do samego końca, że odwrócą losy konfliktu. Pokazuje też, jak cywilne ofiary tej wojny, jej rozmówcy, wolą przemilczeć winę swoich bojowników, nie mówić o niewygodnych sprawach, udawać, że ich nie było, nie pamiętać o zabitych w terrorystycznych zamachach.

Książka powstała w roku 2012. Wtedy rany cały czas były świeże, na Sri Lance mimo pokoju trwało polowanie na bojowników prawdziwych i wyimaginowanych, ludzie znikali, byli torturowani, więzieni, zabijani. Rząd prowadził politykę osiedlania Syngalezów  na tamilskich  terytoriach. Państwo się zmilitaryzowało. Jak jest dziś? Pewnie spokojniej, ale czy zupełnie? Frances Harrison za ekspertami twierdzi, że konflikt może się odrodzić. I ostatnia refleksja, jaka towarzyszyła mi w trakcie lektury. Czy jest na Ziemi jakiś skrawek nieskażony wojną, zabijaniem, cierpieniem? Gdzie się obrócić tam rozpacz. Teraz, kiedyś.

Lektura obowiązkowa, szczególnie dla tych, którzy wybierają się na Sri Lankę. A przecież to popularny cel podróży. Musisz to przeczytać i musisz z tym żyć.

PS I. Doskonałym, syntetycznym uzupełnieniem tej książki są dwa rozdziały ("Sri Lanka. Wyspa obłędu" i "Umrzeć jako dziecko") z książki Tiziano Terzaniego "W Azji", którą właśnie skończyłam czytać. Napiszę o niej wkrótce.

PS II. Nie będę ukrywać, że po ten reportaż sięgnęłam teraz, bo wybierałam się na Sri Lankę. Zmąciła mi radość wyjazdu, ale na miejscu łatwo się o tych okropnościach zapomina. Nawet na północy wyspy, gdzie ten krwawy konflikt się toczył. Na pozór życie toczy się normalnie, śladów wojny nie widać. Jak jest naprawdę? Niełatwo znaleźć jakieś informacje.

"Zabawa, zabawa"

Znowu narobiłam sobie kinowych zaległości. Tym razem z powodu podróży. Bardzo wiele nie straciłam, na szczęście w tym czasie nie wyświetlano niczego, na czym by mi jakoś szczególnie zależało. Zamiast jednak wybrać się na wenezuelskie "Sny wędrownych ptaków", które zbierają znakomite recenzje (mam nadzieję, że jeszcze je zobaczę), poszłam na "Zabawę, zabawę" Kingi Dębskiej, która premierę miała tydzień przed moim wyjazdem. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że ten film aż tak długo utrzyma się w repertuarze. Tymczasem po czterech tygodniach od premiery jest nie tylko nadal grany, ale w sobotnie popołudnie w moim ulubionym kinie sala była pełna. Cóż, Kinga Dębska stała się specjalistką od przyjemnych filmów o trudnych/poważnych/dramatycznych sprawach. Nie ona jedna, podobnych produkcji jest przecież sporo. Pokazuje się ważny, trudny problem, ale w miłym, eleganckim anturażu. Trochę powagi, trochę humoru, popularni, bardzo dobrzy aktorzy, ładne otoczenie, ładne twarze, takież same stroje, kanty złagodzone, żadnych brudów, żadnego weryzmu. Ostatecznie mogę to oglądać telewizji, w kinie o coś więcej mi idzie. Takie były "Moje córki krowy", które bardzo mnie zirytowały i zawiodły, taki był "Plan B" z założenia bardziej rozrywkowy, więc należy mierzyć go inną miarą. Taka jest też "Zabawa, zabawa".

Muszę uczciwie przyznać, że przynajmniej tym razem wybór eleganckiego otoczenia jest jakoś uzasadniony, bo film porusza problem alkoholizmu kobiet wykształconych, bardzo dobrze zarabiających, na stanowiskach. Moim zdaniem twórcy prześlizgują się nad tematem dość gładko, raczej sygnalizując problem, niż się w niego wgłębiając. Dlatego "Zabawę, zabawę" obejrzałam z przyjemnością, kilka razy nawet się uśmiechnęłam, ale niespecjalnie poruszyła mnie sytuacja bohaterek. Raczej przyglądałam się im, jakby były egzemplifikacją problemu, a nie kobietami z krwi i kości. Nie wyszłam z kina ani poruszona, ani wściekła, ani zniesmaczona. A przecież nie tak chyba być powinno.

Nie dowiedziałam się też niczego nowego. Że kobiety piją inaczej niż mężczyźni, wiem, że są to często kobiety dobrze sytuowane, wykształcone, na stanowiskach, też wiem, że udają przed sobą i otoczeniem, iż problemu nie mają, o tym również czytałam. Przyczyny ich picia też są oczywiste - samotność, zdrada męża, studencki tryb życia. Chyba najciekawsze jest w filmie Kingi Dębskiej pokazanie mechanizmu, który sprawia, że tak długo pozostają bezkarne. Otoczenie, nawet kiedy problem dostrzega, boi się o tym głośno mówić, staje się on tajemnicą poliszynela. Nikt z personelu medycznego nie odważy się powiedzieć pani profesor, że powinna zejść z dyżuru, bo jest pijana, nikt nie zawiadomi dyrekcji szpitala. Pani prokurator zręcznie ukryje się za immunitetem i koneksjami męża polityka, a jej szefowie nie wyciągną wniosków takich, jak powinni. I tak to się toczy. Szkoda, że ten problem został tylko zaanonsowany i nie wybrzmiał tak mocno, jak powinien. Trochę utonął w śmiesznych scenach z parą nieco safandułowatych policjantów, którzy za każdym razem z innego powodu okazują się wobec pijanych w sztok bohaterek bezradni. Ta scena powraca niczym świetny żart aż trzykrotnie. Obsadzenie w roli jednego z nich Rafała Rutkowskiego, kojarzącego się raczej z komediowym repertuarem, tym bardziej rozmywa problem.

Najbardziej poruszający wydał mi się wątek pani profesor pediatrii granej przez Dorotę Kolak. Ale stało się tak być może dzięki świetnej grze aktorki, która drobnym gestem, miną, spojrzeniem potrafiła jej dramat uwiarygodnić. Z jednej strony udaje przemiłą matkę, lekarkę, spod ręki której wyszło wielu wspaniałych absolwentów, z drugiej córkę ma za nieudacznicę z prowincjonalnego szpitala, a kto wie, co myśli o swoich uczniach, których publicznie tak wychwala. Z jednej strony to pewna siebie kobieta sukcesu, z drugiej bardzo samotna. Nawet na przyjęciu, którego jest gwiazdą, bo dostała nagrodę, po zamienieniu, z kim trzeba, zdawkowych uprzejmości, po rozdaniu uśmiechów, po odbyciu obowiązkowych smalltoków zostaje w tłumie zaproszonych sama, maskując samotność dobrą miną, pewnym siebie zachowaniem, wzięciem kieliszka do ręki. Trudno jednak zapomnieć jej spojrzenie, za którym kryje się niepewność i rozpacz. Potem na przemian chwyta za serce albo jest żałosna - kiedy błaga o alkohol, kiedy błaga o miłość, a może tylko o fizyczną bliskość, a wreszcie kiedy sama siedzi na przystanku, nie czekając na żaden autobus. Ma zmęczoną, starą twarz. Czy jeszcze raz niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stanie na nogi? Czy wróci do domu, weźmie prysznic, włoży sukienkę, buty na obcasach, zrobi makijaż i znowu będzie pewną siebie, twardą kobietą? Robiła tak już wielokrotnie na naszych, widzów, oczach. Czy może jednak tym razem sięgnęła dna?

Ale poza tymi kilkoma scenami i jeszcze jedną związaną z wątkiem najmłodszej bohaterki granej przez Marię Dębską jest stanowczo zbyt przyjemnie, zbyt gładko i śmiesznie. To nie moje kino.

Popularne posty