Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeszłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeszłość. Pokaż wszystkie posty

Kasper Bajon "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle"

Kto czytał powieści Abdulrazaka Gurnaha, a szczególnie

"Powróconych", koniecznie powinien sięgnąć po książkę Kaspra Bajona "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle" (Czarne 2025). Nie ukrywam, że był to najważniejszy powód, dla którego postanowiłam to zrobić. Oczywiście swoją wagę miało też to, że książka znalazła się w finale Nagrody Kapuścińskiego, no ale nie oszukujmy się, nie jestem w stanie czytać wszystkiego, co jest nominowane do rozmaitych nagród, nawet tych najważniejszych.

Kasper Bajon jest cenionym i odnoszącym sukcesy scenarzystą filmowym oraz autorem kilku książek. Żadnej z wcześniejszych nie czytałam, kiedyś miałam ochotę na "Fuerte", rzecz o Fuerteventurze, jednej z Wysp Kanaryjskich, no ale widocznie nie tak ogromną, aby jednak po nią sięgnąć. Jak już wspomniałam, zupełnie inaczej było z "Poznaniem kolonialnym". Po lekturze "Powróconych" ta książka spadła mi jak z nieba. A poza tym tematyka kolonialna i postkolonialna żywo mnie interesuje.

Autor wyrusza do Tanzanii w poszukiwaniu śladów swoich poznańskich przodków - stryjecznego pradziadka Stanisława Bajona, budowniczego kilku kamienic i kościoła na poznańskich Jeżycach, oraz jego szwagra Paula Fenstera, lekarza. Wpadł na ich trop, wertując rodzinne albumy i kolekcję znaczków, wśród których znalazło się kilka z Tanzanii. Niewiele o nich wie, szczególnie o ich losach afrykańskich. Dręczy go też zagadka śmierci Stanisława, który podobno popełnił samobójstwo, bo nie wiodło mu się w interesach. Niektórzy jednak poddają ten fakt w wątpliwość. Jak mogło być naprawdę, odkrywa, a przynajmniej tak mu się wydaje, bo to nadal tylko poszlaki, po powrocie, co ma związek z jego doświadczeniami.

Pochylenie się nad losami tych dwóch przodków uświadomiło Kasprowi Bajonowi, że i my, Polacy, mieliśmy swój udział w kolonizacji Afryki, a więc nie byliśmy tacy niewinni, jak nam się czasem wydaje. I nie chodzi tu tylko o Ligę Morską i Kolonialną, założoną po odzyskaniu niepodległości, i snute wtedy marzenia o zamorskich koloniach, ale o czasy znacznie wcześniejsze. Autor przypatruje się temu na przykładzie zaboru pruskiego, a szczególnie Poznania. Takich ludzi jak Paul Fenster i Stanisław Bajon było znacznie więcej. Lekarzy, inżynierów, wojskowych i przedsiębiorców. 

Polacy w służbie lub na usługach obcych mocarstw kolonizowali zamorskie tereny ochoczo i skutecznie. Byli lekarzami, żołnierzami, kupcami, budowniczymi, farmerami, urzędnikami. Wspierali opresyjny system i czerpali z niego korzyści. Udzielali się na Pacyfiku, w Namibii, Togo, Kongo, krajach Ameryki Południowej i w dzisiejszej Tanzanii. Że byli stronnikami "murzyńskiego wyzwolenia", nie ma z prawdą nic wspólnego; a tak chętnie przywoływany wszem wobec wątek haitański, który ma rzekomo wskazywać na wrodzoną miłość Polaków do wolności i samostanowienia, jest tendencyjny i nieprawdziwy.

Kiedy pod koniec XIX wieku spóźnionemu w kolonialnym wyścigu Cesarstwu Niemieckiemu coś jednak skapnęło i z obszarów dzisiejszej Tanzanii, Rwandy i Burundi powstała Niemiecka Afryka Wschodnia, wielu Poznaniaków i Wielkopolan tam właśnie wyjechało do pracy. Autor wydobywa z niepamięci niektórych z nich. Ślady ich pobytu w niemieckich koloniach można odnaleźć na przykład w poznańskich domach w postaci jakichś afrykańskich pamiątek, zdjęć w rodzinnych albumach czy znaczków w klaserach.

Ich [Poznaniaków] stosunek do kolonializmu zawsze był niejednoznaczny. Trochę obrzydzenia, trochę fascynacji. Trochę strachu, trochę zaintrygowania. Na pewno dużo fantazji.

Ale niewinność tracili też właściciele sklepów kolonialnych sprowadzający swoje towary zza morza, nie bacząc na warunki, w jakich pracowali rdzenni mieszkańcy, dzięki którym te towary mogły do Europy trafić. I oczywiście ci, którzy tam kupowali. 

Wiadomo, sklepy kolonialne - szczególnie te z ulicy Krokodyli - pachniały nam cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Czytaj: dalekimi romantycznymi podróżami i - co tu się rozwodzić - pionierstwem. Mało kto dostrzegał w nich przyczółki globalnego terroru, miejsca, w których cierpienie ludzi z południowej części świata sprzedawano w gustownych opakowaniach pod postacią herbaty czy mydła.

Podobnie i my dzisiaj nie jesteśmy niewinni, nie zastanawiając się nad tym, w jakich warunkach pracują ludzie na plantacjach cytrusów, kawy czy herbaty, w kopalniach, wydobywając niezbędne nam surowce. Ile za swoją pracę dostają pieniędzy, ile zostaje na miejscu, a ile trafia do międzynarodowych firm. No i jaki jest koszt dla środowiska. Niewygodne pytania. Kwadratura koła.

Książka Kaspra Bajona przypomina mi pisanie francuskiego pisarza i podróżnika Patricka Deville'a. Jak dotąd czytałam dwie jego pozycje, "Vivę" i "Kampuczę", a kilka innych mam w domu. Dla obu podróż jest jednocześnie celem i pretekstem do rozmaitych rozważań mnożących się w sposób dygresyjny, a więc niekoniecznie uporządkowany. Jedni polubią taki sposób pisania, innych może to odstręczać. Ja Patricka Deville'a polubiłam i na pewno wrócę do jego książek, podobnie ma się rzecz z "Poznaniem kolonialnym".

Bo autor nie tylko stara się odnaleźć ślady swoich przodków, ale także pisze o innych Poznaniakach, którzy wyjechali do niemieckiej kolonii, kreśli historię niemieckiej kolonizacji, opowiada, jaką rolę odegrały w niej badania bakteriologiczne, a szczególnie praca Roberta Kocha, przypomina afrykańską podróż Henryka Sienkiewicza, cytując jego "Listy z Afryki", powołuje się na "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha, zastanawia się nad tym, jak niemiecki kolonializm odcisnął się na mentalności mieszkańców dzisiejszej Tanzanii, jak wielu wyprał mózgi. Używa terminu kolonizacja umysłu. To przykład askarysów, czyli miejscowych, którzy służyli w pruskim kolonialnym wojsku, schutztruppe. Takiego właśnie bohatera znajdziemy w przywoływanych tu już "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha. Pisze też o współczesnych problemach - kolonializmie ekonomicznym, o którym już wspominałam, w tym wypadku polegającym na wypieraniu Masajów z ich rdzennych ziem, aby tworzyć parki narodowe, rezerwaty czy tereny do polowań dla bogatych białych. A wszystko to ponad ich głowami. Ochrona przyrody nie była problemem, kiedy Tanzanię zamieszkiwało trzydzieści milionów, ale kiedy liczba mieszkańców wzrosła do siedemdziesięciu, a do tego dochodzą migranci z sąsiednich krajów, kurczące się obszary, na których mogą normalnie żyć, stają się zarzewiem konfliktu. Z drugiej strony turystyka to poważna gałąź gospodarki. Z trzeciej do miejscowych i tak trafiają ochłapy, większość zgarniają zagraniczne firmy i tanzańska elita.

Ale oprócz tego Kasper Bajon opowiada o swojej podróży, szczególnie w drugiej części książki, gdzie temat kolonializmu trochę schodzi na bok. Opowiada niezwykle interesująco, znowu meandrując i uciekając w dygresje. Gdzieś się zaduma, gdzieś opisuje kolonialną, pruską architekturę, innym razem wizyta na cmentarzu skłania go do poszukiwania informacji o pochowanych tam ludziach.

Te dwa groby, zagubione tutaj pośród gęstej zieleni, w zapachu bugenwilli i waleriany, opodal drogi, którą do szkoły chodziły nastoletnie muzułmanki w chustach na głowie i błękitnych sukniach, opowiadały historię matki, której synek zmarł najpewniej na jedną z tropikalnych chorób. Tego wczesnego przedpołudnia, na płaskowyżu, tuż nad brzegami kapryśnej sandy river, jakoś głęboko poruszyła mnie ta na pozór nic nieznacząca, a jednak kosmicznie wielka tragedia, która wydarzyła się tutaj blisko sto lat wcześniej i jak miliardy innych tego typu małych apokalips rozpłynęła się w ludzkiej niepamięci, tak że w zasadzie nie sposób było ją teraz zrekonstruować. Tylko ból, który uszedł w kosmos, jeszcze o niej zaświadcza gdzieś na rubieżach naszej galaktyki.

Opowiada o swoich przeżyciach związanych z noclegiem w buszu, o uciążliwej jeździe samochodem, o parze, Finie i Masajce, z którymi część tej podróży odbywał, zachwyca się krajobrazami, odnotowuje posiadówki w miejscowych knajpach i tak dalej, i tak dalej. Wszystko może stać się pretekstem do snucia opowieści, refleksji, zadumy. Przytacza też fragmenty dziennika, który prowadził.

Ja bardzo lubię tego typu pisanie, dlatego książkę Kaspra Bajona przeczytałam z dużą przyjemnością. A i powodów do zadumy jest sporo. No i "Poznań kolonialny" stanowi wspaniałe uzupełnienie prozy Abdulrazaka Gurnaha.

Maciej Płaza "Kasperl i Margit"

Nie mogłam przegapić najnowszej powieści Macieja Płazy "Kasperl

i Margit" (Wydawnictwo Literackie 2026). Już od jego debiutu, "Skorunia", którym się zachwyciłam, bacznie śledzę to, co pisze. Potem był "Robinson w Bolechowie", no i "Golem", którego jeszcze nie przeczytałam, chociaż mam w czytniku. Koniecznie muszę wreszcie nadrobić tę jedną zaległość. Jak widać, ostania książka Macieja Płazy nie czekała długo pomimo sporych rozmiarów (ponad sześćset stron), co nie zdarza się często. Na ogół kiedy dokonuję kolejnego zakupu, najchętniej jak najszybciej bym po niego sięgnęła, ale rzadko tak się dzieje. Na swoją kolej czeka przecież tyle książek, a na wybór lektury składa się wiele czynników. Co zadecydowało tym razem, poza zaufaniem do autora? Może sama historia, temat tej opowieści, miejsca i czas zdarzeń? Może spotkanie z Maciejem Płazą, na którym byłam? Najprawdopodobniej to wszystko na raz. No i czas! Wiedziałam, że będę się mogła oddać tej powieści bez reszty mimo jej rozmiarów. I rzeczywiście przeczytałam ją bardzo szybko. 

"Kasperl i Margit" to historia tych dwojga tytułowych bohaterów rozciągnięta na ponad trzydzieści lat. Wszystko zaczyna się w roku 1903 w Poznaniu, a kończy w 1935 też tam. A po drodze jest Berlin, Salzburg, Monachium, miasta i miasteczka Austrii, Czech, Węgier i Niemiec, a wreszcie znowu znowu Poznań. To tam w szemranej dzielnicy Chwaliszewo pewnej nocy w 1903 roku przychodzi na świat Kasper, w czepku urodzony. Według przekazu akuszerki, która przyjmowała na świat wszystkie chwaliszewskie dzieci, od razu się uśmiechał, zdjął też sobie ten czepek z głowy i odrzucił. Trafił celnie w otwarte okno, a na podwórzu pewnie zjadły go psy. Czy to zły znak? 

W mój czepeczek wierzyła tylko Frącka, zresztą jesli naprawdę się w nim urodziłem, to ćpnęliśmy go razem w mrok i zamiast szczęścia trafił mi się tylko chwaliszewski fyrtel, gdzie rzeka była łaskawsza niż ludzie.

Jego matką była Lilianka, która na życie zarabiała swoim ciałem. Kim był jego ojciec, nie wiadomo. W tym samym roku dziesięcioletnia Małgorzata Krzyńska razem z rodzicami idzie do teatru na występ samej Heleny Modrzejewskiej. Teatr i, przede wszystkim, legendarna gwiazda sceny robią na niej takie piorunujące wrażenie, że postanawia zostać aktorką. I rzeczywiście dopnie swego, będzie występować w teatrze Maxa Reinhardta.

Jak widać Kasper i Margit to osoby z różnych światów, z różnym doświadczeniem. Ona, wychowana w zamożnym, mieszczańskim, hrabiowskim domu, z akceptacją rodziców będzie pobierała lekcje aktorstwa, wyjdzie za mąż za poznańskiego niemieckiego lekarza, ich krótkie szczęście pokrzyżuje wielka wojna, którą spędzi w Berlinie u ciotki swojego męża. Tam dopnie swego i zacznie swoją teatralną i filmową karierę. Kto wie, jakby potoczyły się jej losy, gdyby nie wojenna zawierucha? Może zostałaby przykładną panią domu? Żoną dobrze sytuowanego lekarza? Coś straciła, coś zyskała. W każdym razie Margit to silna, samodzielna kobieta, która dzięki swojej determinacji potrafi walczyć o swoje marzenia i dźwignąć się z upadku.

Kasper to jej przeciwieństwo. Analfabeta, bękart, obraca się w szemranym towarzystwie, nie stroni od drobnych kradzieży, od bójek, kiedy trzeba się bronić, z czasem trochę z konieczności wejdzie głębiej w przestępczy świat. Ale jedno ich łączy, talent. Bo Kasper świetnie gra na akordeonie i znakomicie improwizuje uliczne ballady. Śpiewa o tym, co widzi, czego doświadcza, o czym śni, balladą komentuje rzeczywistość. Chętniej do śmiechu, do radości niż do łez i smutku. Wszak według rodzinnej legendy śmiał się już zaraz po przyjściu na świat. Polakom śpiewa po polsku, Niemcom po niemiecku, dla każdego coś miłego. Jest też znakomitym opowiadaczem, jego opowieści wspaniale się słucha. W niemiecko-polsko-żydowskim Poznaniu długo nie zastanawia się, kim jest. Być może kundlem, mieszańcem, tak o sobie myśli. Aż nieoczekiwanie dla siebie pod wpływem swojego przyjaciela Romana, kogoś w rodzaju przybranego ojca, który kiedyś nauczył go grać na harmonii, wstąpi do polskiego wojska i weźmie udział w powstaniu wielkopolskim. Potem osamotniony, trochę uciekając przed szemranym towarzystwem, z którym był wcześniej związany, wyjedzie do Berlina, aby tam szukać szczęścia. Bo Kasper to taki Dyl Sowizdrzał, wędrowny grajek, opowiadacz historii, u siebie jest wszędzie i nigdzie. 

Zaczekaj, Kasprze, powiedział Mann. Wydaje ci się pewnie, że pochodzisz z sadzy, bruku, ziemi, pyłu, powietrza i słońca, ale mylisz się, to nie wszystko. (...) Jesteś kimś więcej, choć o tym nie wiesz, i dzięki temu jesteś prawdziwy. Jesteś opowieścią, jesteś literaturą. W twoich żyłach zamiast krwi płynie pieśń ludowa. (...) Ty natomiast, niczym Dyl Sowizdrzał, jesteś wędrowcem i przyszedłeś tu sam.

Kasperle, figura z teatru marionetek, co nie jest tu bez znaczenia, o czym za chwilę.

Co powoduje, że "Kasperl i Margit" to powieść ze wszech miar warta przeczytania, po prostu bardzo dobra? Przyczyn jest wiele. Najprostsza to ta najbardziej oczywista - to po prostu bardzo ciekawa historia rozpisana na dwa głosy, Kaspra i Margit. Zdarzenia poznajemy raz z jego, raz z jej punktu widzenia, raz narratorką jest ona, raz on. Najczęściej dzielą rozdział, ale zdarzają się takie, w których opowiada jedno z nich. Właściwie przystępując do lektury, a wiedziałam nieco więcej, niż tu zdradziłam, bo wysłuchałam dwóch rozmów z autorem, jednej radiowej, drugiej na żywo, byłam niemal pewna, że to jej opowieść bardziej mnie wciągnie. Tymczasem zdarzyło się odwrotnie. To jego narracja porwała mnie całkowicie, jego bajęda, jego ballady, nieskrępowana wyobraźnia, talent bajarza, przygody, a wreszcie  język. Bo bez języka nie byłoby Kaspra. Maciej Płaza dał się już w poprzednich dwóch powieściach, które czytałam, poznać jako znakomity, a nawet brawurowy, stylista. Nie inaczej jest tutaj. Aby stworzyć Kaspra, posłużył się gwarą poznańską, która już w takim stopniu i natężeniu oczywiście nie istnieje. To nie tylko wiele odmiennych słów, ale także specyficzna składnia. 

Gdy wychodzi chwytam ją w pasie, ciągnę do góry. Wstajemy. Ubieramy dyrdok, buty, kapelusz, zmięte pończochy kitramy do kiejdy. Nie jesteśmy już piękną Lilianką, jesteśmy tylko blyrwą po funkcie, pokornie chwytamy więc gzuba za rączkę i kulamy się do domu. Oj, będzie kac jutro. Kasperku, wody byś mi tu. I po główce poczochra. I łezkę upuści. I rałs mi stąd.

Chcę grać.

No to do roboty, tej.

Otworzyłem kastę i wyjąłem rozciąganą, choć ile się przy tym nachatrałem, łejeryniu!

Na końcu książki znajduje się słowniczek, ale nie zawsze do niego sięgałam, znaczenia większości wyrazów można się oczywiście domyślić, czasem jednak sprawdzenie bywało nieodzowne. Opowieść Kaspra sprawiła mi ogromną przyjemność, weszłam w ten język zupełnie, nawet trochę nim myślałam. Pamiętam podobne doświadczenie z lektury "Chłopów" Reymonta. Margit posługuje się oczywiście zupełnie innym językiem. To język osoby z dobrego domu, a potem świadomej siebie artystki.

Kolejny powód, który sprawił, że najnowsza powieść Macieja Płazy okazała się spełnieniem, to tło historyczne. Najpierw poznajemy Poznań z początku wieku, wiele odrębnych światów, polski i niemiecki, mieszczański i ludowy. Wybucha wielka wojna, która dewastuje walczących żołnierzy niezależnie od narodowości. Potem jest powstanie wielkopolskie, o którym niewiele wiedziałam, właściwie sprowadzałam je do samego Poznania, a przecież nieprzypadkowo nazywa się wielkopolskie, walka o granice Polski. Wreszcie akcja powieści przenosi się na dobre do Berlina. Wojenna i powojenna bieda, rewolucja, niepokoje społeczne i polityczne, hiperinflacja, artystyczny tygiel, zabawa, dzielnice biedy i te mieszczańskie, a potem te nowe projektowane przez modernistów, a wreszcie atmosfera polityczna zagęszcza się, w końcu do władzy dochodzi Hitler. Kiedy Margit po latach nieobecności ponownie przyjedzie do Berlina, nie spotka tam już większości swoich żydowskich znajomych. Kto mógł, wyjechał, w Trzeciej Rzeszy nie ma już dla nich miejsca.

Ale to wcale nie wszystko. Ta powieść ma jeszcze jedną warstwę. Teatralną, filmową i literacką. Bo na kartach swojej książki umieścił Maciej Płaza wiele autentycznych postaci związanych ze światem kultury.  Maxa Reinhardta, dyrektora Deutsches Theater, reżysera filmowego Friedricha Muranu'a, wiele niemieckich aktorek i wielu aktorów, pisarzy Thomasa Manna i Stefana Zweiga, a przede wszystkim Bertolda Brechta i jego teatralną świtę. Niektórzy pojawiają się epizodycznie, inni mocno związani są  z losami Margit i Kaspra. Tak, tak, Kaspra też. Bo peregrynując po berlińskich knajpach, grając tam i śpiewając, zarabiając jako żigolo, spotyka właśnie młodego Bertolda Brechta, który jeszcze nie jest tym sławnym dramatopisarzem i twórcą teatru, i zostaje wciągnięty do jego kompanii. Autor bawi się tym wątkiem. Zdradzę tylko, że to Kasper swoimi balladami i bajędami podsunął Bertoldowi Brechtowi i Kurtowi Weillowi wiele pomysłów na "Operę za trzy grosze". Osobne miejsce zajmuje w tej powieści teatr lalkowy. Nie będę tu zdradzać, dlaczego tak się dzieje. W każdym razie wiele się na ten temat dowiedziałam. Nie jestem, w przeciwieństwie do Macieja Płazy, o czym mówił na spotkaniu, miłośniczką tego typu teatru, ale przyznam, że autor otworzył przed czytelniczkami i czytelnikami na pewno słabo znaną kuchnię i filozofię tej dziedziny sztuki. No i w tym wypadku również wprowadził na karty powieści autentyczne postacie związane z historią lalkarstwa.

A jakby tego wszystkiego było mało, to znajdziemy tutaj emocje, uczucia, miłość, stratę, rozczarowanie, tragedię, upadek i szukanie nowej drogi, budowanie siebie na nowo. A także bogactwo ludzkich losów i głębokie portrety bohaterek i bohaterów. 

Bardzo dobra, bardzo interesująca wielowymiarowa powieść. I niezwykle ucieszyła mnie deklaracja Macieja Płazy, że zamierza tworzyć takie opasłe powieści. W przeciwieństwie do Olgi Tokarczuk, która zapowiedziała, że jej najnowsza książka będzie ostatnią w jej dorobku taką grubą. A jak będzie, zobaczymy.

Gregor von Rezzori "Niegdysiejsze śniegi"

Kilka miesięcy temu zelektryzowała mnie informacja, że Czarne

wyda książkę Gregora von Rezzoriego "Niegdysiejsze śniegi" (2025; przełożyła Małgorzata Gralińska). Dlaczego? Bo przed laty zachwyciłam się jego "Pamiątkami antysemity" wydanymi przez Pogranicze. Od razu zaznaczę, że tytuł jest ironiczny. Owszem, pisarz wychował się w środowisku antysemickim, ale z antysemityzmu skutecznie wyleczyły go znajomości z Żydówkami i Żydami mającymi wpływ na jego życie. Chociaż napisał bardzo dużo, w Polsce ukazała się przed laty, w Czytelniku,  jeszcze jedna jego książka, powieść "Gronostaj z Czernopola", którą zamierzam przeczytać. (Niech żyją biblioteki!) 

Zanim o "Niegdysiejszych śniegach", kilka słów o pisarzu. Urodził się w roku wybuchu pierwszej wojny w arystokratycznej rodzinie o korzeniach sycylijskich w Czerniowcach, które w tamtym czasie były częścią Austro-Węgier. Burzliwe losy Europy sprawiły, że był obywatelem Austro-Węgier, a potem Rumunii. Mieszkał też w Wiedniu, w Rzymie, w Niemczech, gdzie stał się bezpaństwowcem. Był pisarzem, dziennikarzem, scenarzystą, ale także aktorem. Czy na tym polu odnosił jakieś sukcesy, nie wiem, ale na pewno grał w filmach obok takich gwiazd jak Brigitte Bardot czy Marcello Mastroianni. Zmarł w roku 1998.

Od razu napiszę, że na mnie "Pamiątki antysemity" zrobiły niegdyś większe wrażenie niż dziś "Niegdysiejsze śniegi". Pamiętam, że były czymś świeżym - odkryciem odsłaniającym źródła antysemityzmu. Kazały mi sobie zadać niewygodne pytanie - jakie miałabym poglądy, gdybym wychowała się w takim świecie jak Gregor von Rezzori. Od tamtej lektury upłynęło piętnaście lat, dlatego wiem znacznie więcej o problemach, jakie we właśnie wydanej książce porusza autor. Ale jest i drugi powód mojego bardzo, bardzo delikatnego rozczarowania - otóż najważniejszym tematem "Niegdysiejszych śniegów" jest rodzina pisarza, a niejako przy okazji pojawiają się wątki, które mnie interesują znacznie bardziej. To wszystko jednak nie oznacza, że żałuję lektury. Przeciwnie, uważam, że warto odkryć pisarstwo Gregora von Rezzoriego. Muszę jednak zaznaczyć, że na pewno nie jest to lektura dla każdego. Nie sprawia wielkich trudności, ale jakiś opór jednak stawia, choćby przez swoją objętość. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o stopień trudności, to bliżej tej twórczości do rodzinnych książek Martina Pollacka, "Śmierć w bunkrze" i "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki", niż do "Hałastry" Moniki Helfer.

Książka składa się pięciu rozdziałów, z których trzy poświęcone są w głównej mierze najbliższym członkom rodziny, matce, ojcu, siostrze, a dwa dwóm bardzo ważnym kobietom w jego życiu też ściśle związanym z rodziną. Pierwszy to opowieść o Kasandrze, czyli prostej kobiecie z Bukowiny, która była opiekunką autora w czasach jego dzieciństwa i być może jego mamką, przynajmniej ona tak twierdziła. Ostatni opowiada o Strausselce, która w życiu pisarza była kimś znacznie więcej niż tylko guwernantką. Wcześniej uczyła jego matkę i jej siostry. Została ponownie wezwana na łono rodziny, gdy przyszłość młodego Gregora von Rezzoriego malowała się w czarnych barwach. I rzeczywiście, wiele jej zawdzięczał, obudziła w nim zainteresowanie sztuką, pokazała inne horyzonty, przyjaźnili się do końca jej życia. 

Pisząc o kompozycji książki, użyłam sformułowania w głównej mierze, bo autor ucieka w dygresje - opowiadając o swoich bliskich, opowiada też o sobie i o Bukowinie. Wszystko to się przeplata.

Śmiało można powiedzieć, że rok urodzenia Gregora von Rezzoriego, 1914, to rok symboliczny, zmieniający wszystko. To wybuch pierwszej wojny światowej, która zmiotła z Europy monarchię austro-węgierską i powołała do życia szereg nowych państw. Dla rodzin takich jak rodzina pisarza był to koniec ich dawnego świata. Chociaż związani z kręgiem kultury niemieckiej, żyli w państwie wielonarodowym, mieszkali na Bukowinie w tyglu wielu nacji, Niemców, Rumunów, Rusinów, Ukraińców, Żydów i innych. Ale zawsze czuli się kimś lepszym, kimś, kto niesie cywilizację na te dzikie tereny. Po pierwszej wojnie nadal tak o sobie myśleli, ale nagle stali się na rumuńskiej Bukowinie nikim.

Dla klasy społecznej, z której wywodzili się moi rodzice, oznaczało to osunięcie się świata w bezsens, bezsilność, biedę, beznadzieję i brzydotę. (...) Chęć wybudzenia się z tego koszmaru zrodziła utopijne myślenie lat powojennych, a jego najgorszym wykwitem miała się okazać III Rzesza.

Ani ojciec, ani matka nie należeli do rdzennych mieszkańców tej krainy. Oboje - każde na swój sposób - żyli na wygnaniu: zostali rzuceni do kraju kolonialnego opuszczonego przez kolonialnych władców. 

Siostra pisarza, cztery lata od niego starsza, urodziła się jeszcze w tamtym szczęśliwym świecie, czego on zawsze jej zazdrościł. Dla niego był to już tylko mit. 

Przynależeliśmy do dwóch odmiennych cywilizacji. Ona pojawiła się na jeszcze rzekomo nietkniętym świecie, tuż przed nadchodzącym powszechnym spospoliceniem czasu powojennego, ja zaś byłem dzieckiem epoki spustoszenia. Fundament jej nienagannych obyczajów stanowiło (jak miało się okazać - złudne) poczucie bezpieczeństwa, jakie dawało wspaniałe imperium wraz z jego dokładnie określonymi regułami postępowania i moralności. Mnie natomiast przyszło dorastać w jednym z tych podejrzanych państw, które powstały na jego gruzach i które zaliczano do krajów bałkańskich.

Dlatego po latach próbował odnaleźć tamto prawdziwe życie, mieszkając w rodzinnym majątku matki, położonym gdzieś na bukowińskim odludziu, gdzie oboje z siostrą przyszli na świat. Tymczasem ze świetności tamtego domu, o ile kiedykolwiek była, nic już nie zostało. Mimo wszystko czas spędzony w tej pokrytej kurzem odai włączył go w nurt rodzinnej historii.

Rozpad Austro-Węgier i powstanie kadłubowej Austrii wykorzenił takich ludzi jak członkowie rodziny von Rezzori. Zostać na Bukowinie czy zamieszkać gdzieś w Austrii? To ich dylemat. Matka pisarza nigdy nie czuła się dobrze na tym odludziu. Już wcześniej często wyjeżdżała na zdrowotne kuracje, była nieobecna w życiu dzieci. Tymczasem bukowińskie lasy to żywioł jego ojca, zapalonego myśliwego. Zostali, stając się obywatelami Rumunii. Ona jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż dotąd. Odarci z dawnego prestiżu, z majątku, uważali się jednak nadal za kogoś lepszego. Swoją lepszość opierali na przedwojennym austriackim autorytecie, czuli się przecież Austriakami, a może Niemcami. Byli jak ci Anglicy, który zostali w niepodległych Indiach. 

Od 1919 do 1939 żyliśmy mrzonkami pseudofeudalnej pozycji. Nie uprawniały nas do niej ani konkretny prestiż, ani odpowiedni majątek. Opierała się ona tylko na autorytecie, jakim rodzice cieszyli się przed I wojną światową. Ten stan "jak gdyby", dziwnym trafem przez nikogo niekwestionowany, utrwalało oddziaływanie dawnego kolonialnego splendoru, w którym trwaliśmy bezsilni po rozpadzie c.k. monarchii. Uznawaliśmy siebie za niegdysiejszych Austriaków żyjących w prowincji ukształtowanej głównie pod austriackim wpływem, podobnie jak sądzili Brytyjczycy, którzy zostali w Indiach po upadku Imperium Brytyjskiego. 

To rozdarcie między miłością do bukowińskiej ziemi, a poczuciem przynależności do innej kultury ukształtowało pisarza, było czymś, z czym się zmagał.

Czułem w swoim wnętrzu pradawną niemiecką poezję, mistyczną prawdę, która to wszystko zawierała. A przecież zagłębiałem się w moją namacalną egzystencję, schodziłem w macierzystą krainę bez względu na to, w jakim języku, w świecie jakich uczuć, w kręgu jakich mitów, legend i baśni zostałem wychowany. Czułem się tak związany z tą ziemią, że w siostrze, która z radością była gotowa ją opuścić, widziałem apostatkę, niemal zdrajczynię.

Ukształtowało też jego osobowość. A przynajmniej taki swój mit zbudował w tej książce. To dlatego był pozbawiony złudzeń, zbuntowany, nieokrzesany, wybuchowy, ale też nieskrępowany i wolny, bliski naturze. Temu też zawdzięczał poczucie niższości wobec siostry. To dlatego był niespokojnym duchem, który musiał zmieniać szkoły, który nigdzie nie zagrzał na dłużej miejsca. 

Koniecznie też muszę wspomnieć, że rozpadowi tamtego przedwojennego świata towarzyszy rozpad rodziny. I o tym też jest ta opowieść. 

To właśnie te problemy zainteresowały mnie najbardziej w "Niegdysiejszych śniegach". Ale przecież ta książka oferuje znacznie więcej. To barwne, głębokie portrety najbliższych, członków rodziny i dwóch opiekunek autora. Nieszczęśliwej matki, ofiary konwencjonalnego wychowania charakterystycznego dla jej klasy społecznej. W młodości marzyła o tym, aby zostać pediatrką, a posłano ją do renomowanej szkoły gospodarstwa domowego. Potem zgodnie z oczekiwaniami rodzinnymi i społecznymi wyszła za mąż, urodziła dzieci i stała się nieszczęśliwą, zgorzkniałą żoną i matką, która ucieczki od rodziny rekompensowała dzieciom nadmierną opiekuńczością i strachem o ich zdrowie. I ojca, rozkochanego w bukowińskiej dziczy i przyrodzie, też uciekającego od rodziny, nie do eleganckich uzdrowisk, ale w teren, na polowania, patologicznego antysemity, marzącego o wielkich Niemcach, a jednocześnie przeciwnika Hitlera. Jest wreszcie ta książka hołdem oddanym Bukowinie. Wiele tu wspaniałych opisów przyrody i tamtejszego życia.

Naprawdę warto, chętnie napisałabym, że trzeba, ale nie lubię takich kategorycznych stwierdzeń. A jeszcze bardziej zachęcam do sięgnięcia po "Pamiątki antysemity".

Katia Petrowska "Może Estera"

Książka, o której dzisiaj, przepadła w pomroce dziejów, a ściślej

mówiąc, lat. Kto dziś pamięta, albo w ogóle wie, o książce Katii Petrowskiej "Może Estera" (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2015; przełożyła Urszula Poprawska)? A w 2016 znalazła się w półfinale Angelusa, mojej ulubionej nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Na tej samej liście pojawiły się wtedy między innymi "Solfatara" Macieja Hena, "Mała zagłada" Anny Janko, "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" Renaty Lis, "Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaite, "Tatuaż z tryzubem" Ziemowita Szczerka, "Usypiać góry. Historie z Polesia" Małgorzaty Szejnert, "Medgidia, miasto u kresu" Cristiana Teodorescu i przede wszystkim zwyciężczyni, "Księga szeptów" Varujana Vosganiana. Niektóre z nich czytałam i do dziś pamiętam, innych nie, ale znam tytuły, kojarzę ich autorki i autorów. Dlaczego o tym piszę? Bo ewidentnie książka Katii Petrowskiej nie przeszła próby czasu. Pytanie - dlaczego? Bo nie okazała się na tyle dobra czy może jest to nieodkryty diament? Tak przecież bywa - złoto można przeoczyć w świecie, gdzie nowość goni nowość. Znam takie książki, o których dowiedziałam się przypadkiem w kilka lat po ich wydaniu, a potem byłam wdzięczna losowi, że pozwolił mi je  przeczytać. Ot choćby "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg, "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera czy "W ogrodzie bestii" Erika Larsona.  

Jak wobec tego usłyszałam o książce Katii Petrowskiej "Może Estera"? I czy było warto po nią sięgać? Zawdzięczam ją przedsięwzięciu Buch, czyli książka, propagującemu literaturę niemiecką w Polsce, a polską w Niemczech, a ściślej jego wersji podcastowej, w której usłyszałam rozmowę z Urszulą Poprawską, tłumaczką tej książki. Natalia Prüfer, najbardziej znana twarz projektu, rozmawiała z nią o tłumaczeniach z niemieckiego i jedną z książek, przy których się zatrzymały, była właśnie "Może Estera". To, co mówiły, zainteresowało mnie na tyle, że postanowiłam przeczytać. Czy było warto? Mam mieszane uczucia. Ostatecznie nie żałuję, ale na pewno nie będzie to rzecz, która zapadnie mi w pamięć jak choćby te trzy tytuły, które przed chwilą wymieniłam. Co mnie zwabiło? Dlaczego nie pałam entuzjazmem? O tym za chwilę, a najpierw parę słów o autorce.

Katia Petrowska urodziła się w roku 1970 w Kijowie, mieszka w Niemczech. Jest Żydówką, raczej rosyjską niż ukraińską, ale korzenie jej rodziny są mocno powikłane i związane z wieloma krajami, o czym za chwilę. Książka, o której dzisiaj, uznana została za najważniejszy debiut, jak rozumiem, w roku, w którym się ukazała, i otrzymała, jak podaje wydawca, prestiżową niemiecką nagrodę literacką. Jeśli dobrze pamiętam z podcastu, chociaż głowy nie dam, coś potem jeszcze napisała, ale polski internet o tym milczy. A teraz do książki.

Autorka próbuje odtworzyć losy swojej żydowskiej rodziny. W tym celu podróżuje po miejscach, z którymi byli związani jej przodkowie, wertuje archiwa, książki, dawną prasę, rozmawia z naukowcami, archiwistami i muzealnikami. Odwiedza między innymi Polskę i Austrię, bo to w Wiedniu wyśledziła pierwszego swojego protoplastę, o którym zdołała się czegoś dowiedzieć. Była w Warszawie i w Kaliszu, wróciła do miasta swojego dzieciństwa i młodości, Kijowa, wreszcie szukała śladów dziadka, jeńca wojennego, w Mauthausen, miejscu pamięci po dawnym obozie koncentracyjnym, w którym przez jakiś czas przebywał. Odnalazła w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii żyjących krewnych, o których nie miała pojęcia. Jeździ w te miejsca, aby je poczuć, zobaczyć, jak wyglądały, albo w przypadku Warszawy tylko je sobie wyobrazić. Rozumiem to. Kto nie włóczył się w tym samym celu na przykład po miejscach związanych z dzieciństwem swoim albo swoich przodków, szedł tropem znanej pisarki czy znanego pisarza czy kogoś innego z jakiegoś powodu dla nas ważnego? Ja na przykład w zeszłym roku w czasie wizyty w Gdańsku zapuściłam się do Wrzeszcza w poszukiwaniu ulicy, na której stał dom przyjaciół moich rodziców, gdzie w dzieciństwie bywałam. Po co? Coś mnie tam ciągnęło. Kiedyś obeszłam czeski Nachod, wędrując śladami mojego ukochanego pisarza Josefa Skvorecky'ego. W jednym miejscu koniecznie musiałam podejść kawałek pod górę, bo to prawdopodobnie stamtąd przychodziła jedna z bohaterek "Przypadków inżyniera ludzkich dusz". Ani nie byłam pewna, czy to rzeczywiście tam, ani to miejsce na pewno nie wyglądało już tak jak kiedyś, ani nie było widać tej góry, za którą znajdowała się jej wioska, ale i tak chciałam je poczuć. 

Dość dygresji, wracam do książki. Autorka próbuje skonfrontować rodzinne opowieści z prawdą historyczną. Uzupełnić białe plamy, zweryfikować to, co kiedyś słyszała. Czasem odkrywa fakty niewygodne, czasem okazuje się, że to, co  opowiadano sobie w rodzinie jako prawdę najprawdziwszą, okazywało się kłamstwem. 

Przeszłość zawiodła moje oczekiwania, wyśliznęła mi się z rąk i zaczęła popełniać jedno faux-pas za drugim. Protoplasta mojego rodu, który dał początek pełnej chwały opowieści o mojej rodzinie, okazał się nieślubnym dzieckiem, tego jednak nie wolno mi było napisać, poza tym Ojzel wcale wcześnie nie owdowiał. A potem jeszcze ten Adolf , wówczas imię zwyczajne, ale mnie wprawiające w stan alarmowy. Adolf potwierdził moje obawy, że nie mam żadnej władzy nad przeszłością, że ona żyje jak chce, ale nie umiera.

Gdzieś mignęło mi barwne zdanie, że wyciąga swoich przodków jak karty z talii i za nimi podąża. Ja lubię posługiwać się porównaniem do puzzli. Składa z poszczególnych kawałków obraz całości, ale w tym wypadku jest to niemożliwe. Niektóre zginęły, przepadły na zawsze i obraz musi zostać niekompletny. I tak ma szczęście, bo niektórzy jej przodkowie nie byli anonimowi. Jedni prowadzili szkoły dla głuchoniemych, właśnie w Warszawie, a potem w Kijowie, a brat jej pradziadka zrobił w latach trzydziestych w Moskwie zamach na kogoś pracującego w niemieckiej ambasadzie. Ale nawet w tym wypadku, chociaż istnieje dokumentacja  procesu, trudno poznać tego człowieka. To tylko suche dokumenty. Czym się kierował? Brał udział w jakiejś prowokacji antyniemieckiej spreparowanej przez tajniaków? Został wykorzystany? Czy może był meszuge, czyli szalony, obłąkany, jak głosi rodzinna legenda? Dlatego czasem Katia Petrowska próbuje wyobrazić sobie, dlaczego ktoś postąpił tak, a nie inaczej. Stąd tytuł, bo może Estera, jej żydowska prababka zrobiła 29 września 1941 roku, kiedy Niemcy kazali się stawić wszystkim kijowskim Żydom w określonym miejscu, a potem zgładzili ich w Babim Jarze, to, a może tamto, co ostatecznie doprowadziło ją do śmierci z rąk gestapowców. A przecież mogła nie wychodzić z domu, była stara i niedołężna, dozorca nie miał zamiaru jej wydać. Tak to się zachowało w rodzinnych przekazach. 

Niektóre historie są ciekawe, inne mniej, ale nie w tym tkwi problem. Książka Katii Petrowskiej jest może bardziej esejem niż próbą odtworzenia rodzinnej historii. Ale te podróże w czasie i w przestrzeni prowokują autorkę do rozmaitych refleksji, do zadawania sobie różnych pytań. Czasem jej rozważania były dla mnie interesujące, a czasem brnęłam przez nie znużona, innym razem miałam wrażenie, że już to znam, już to czytałam wiele razy, już w tym nie ma żadnej świeżości. 

Jak zwykle fascynowała mnie rola losu i przypadku, który jednych jej przodków ocalił z wojennej pożogi, innych doprowadził do unicestwienia. Ile wstecz trzeba się cofnąć, aby zobaczyć, gdzie jest ten moment, ten wybór, który kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt lat później sprawi, że ktoś przeżyje, a ktoś zginie? Oczywiście z polskiej gałęzi jej rodziny ocalała jedna osoba, z tej, która z Warszawy wyjechała do Kijowa, wojnę przetrwało znacznie więcej krewnych. Gdyby jednak w chwili ewakuacji z Kijowa nie zdjęto z paki ciężarówki fikusa, dzięki czemu zrobiło się tam miejsce dla małego chłopca, który kiedyś będzie jej ojcem, nie byłoby Katii Petrowskiej. Przynajmniej taki przekaz zachował się w rodzinie, co autorka kwestionuje, no bo kto zabrałby kwiat w donicy zamiast dziecka! Ale oczywiście gdyby nie przytomność umysłu jej dziadka i jego znajomości, rodzina nie wyjechałaby z Kijowa i zginęliby rozstrzelani w Babim Jarze.

Zawsze interesuje mnie zderzenie miejsca dawnej tragedii z tym, co się tam dzisiaj znajduje. Kiedy autorka opowiada o Babim Jarze, który jest zderzeniem miejsca pamięci z bujną przyrodą, miejscem rekreacji, natychmiast myślę o terenie po KL Plaszow w moim mieście, gdzie jest dokładnie tak samo. Wiedziałam o tym miejscu - co jeszcze parę lat temu, a nawet i dziś dla mieszkańców nie jest takie oczywiste - choćby dlatego, że góruje nad nim pomnik postawiony jeszcze w czasach PRL-u, a że stoi na wzgórzu, widoczny jest z daleka. Ale kiedy pierwszy raz się tam znalazłam, przez przypadek, bo nie miałam pojęcia, że ścieżka, którą schodziłam ze spacerowych terenów, tam mnie zaprowadzi, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Była piękna wiosna, zieleń aż kipiała, mijałam spacerujących ludzi, z dziećmi, z psami, a kawałek dalej natrafiłam na pierwszą tablicę informującą, że znajduję się na terenie dawnego obozu KL Plaszow. Potem były następne. I pytanie, co robić z takimi miejscami? Odebrać je ludziom? Ogrodzić i wpuszczać za biletami? Ja już na beztroski spacer bym się tam nie wybrała. Potem chciałam zwiedzić ten teren z przewodniczką czy z przewodnikiem i udało się. Ile jest takich miejsc w naszej części Europy, po których chodzimy, nie mając pojęcia, że kryją masowe groby? O tym pisał w swojej książce "Skażone krajobrazy" austriacki pisarz i dziennikarz Martin Pollack, którego twórczość uwielbiam. (Kiedy pisałam tę notkę Martin Pollack jeszcze żył, jakiś czas później zmarł. Wielka strata. Był dla mnie ważnym autorem.)

Ciekawy jest stosunek Katii Petrowskiej do swojego żydostwa. Jak je odczuwa? Jak odczuwał go jej ojciec i jego przodkowie? Przecież w Związku Radzieckim wszyscy byli Rosjanami. 

Czułam dumę z tego, że moja babcia pochodziła z Polski, był to atut w grze, w którą nikt ze mną nie grał. Niektórzy z mojej klasy nosili uderzająco polskie nazwiska jak Studziński albo Szczygielska, my jednak byliśmy radzieckimi dziećmi, wszystkie takimi samymi, z jednakową mgłą tajemnicy otaczającą historie naszych rodzin, co może właśnie stanowiło warunek naszej równości.

Kim jest dzisiaj? Kosmopolitką piszącą po niemiecku? Kwestia języka staje się w książce symboliczna, bo jej przodkowie prowadzili szkoły dla głuchoniemych sierot, ani ona, ani jej ojciec nie mówili w jidisz, ona dziś posługuje się niemieckim, kiedyś jej językiem był rosyjski.

Z perspektywy mojej kosmopolitycznej teraźniejszości myślałam, że uczyli głuchoniemych mówić we wszystkich językach świata, jakby głuchoniemota, a także sieroctwo było pustą kartką papieru - wolnością uznania za swój każdego języka i każdej historii. Nasza żydowskość pozostała dla mnie głuchoniema, a głuchoniemota czymś żydowskim. To była moja historia, moje pochodzenie, nie byłam to jednak ja. 

(...) i myślałam też o tym, że z naszym żydostwem jest jak z tymi paczkami, do których nie można już zajrzeć. Mówi się "żydowski", ale się nie wie, czym to słowo jest wypełnione. 

Bardzo długi i dość osobisty wyszedł mi ten wpis. Więc może, skoro książka sprowokowała mnie do tylu rozważań, zbyt surowo ją oceniłam?

Tash Aw "Faktoria jedwabiu"

Dlaczego postanowiłam sięgnąć po powieść "Faktoria jedwabiu"

Tasha Awa, chińsko-malezyjskiego pisarza mieszkającego w Wielkiej Brytanii? Jakimi ścieżkami biegła moja myśl, skoro czytałam inną jego książkę wydaną w Polsce, "Pięć okien z widokiem na Szanghaj", i średnio mi się podobała? Chyba zdecydowałam się na tę lekturę dlatego, że bliska mi osoba wybiera się do Malezji, gdzie rozgrywa się akcja "Faktorii jedwabiu", a ja kilka lat temu też tam byłam. Chciałam poczuć tamten klimat? Klimat miejsca, w którym mieszają się różne kultury? Odświeżyć wspomnienia? Pewnie tak, nie widzę innego powodu.

Kończąc notkę o "Pięciu oknach z widokiem na Szanghaj", napisałam, że przeczytać można, choćby dla wartości poznawczych czy dla rozrywki, ale są ważniejsze lektury. Tym razem mogę powtórzyć to samo. Połknęłam w kilka dni, ale nie jest to rzecz, do której miałabym potrzebę kiedykolwiek wrócić. Ot, sprawnie napisane czytadło. 

Akcja powieści toczy się na Malajach tuż przed japońską inwazją na tę brytyjską kolonię. Książka składa się z trzech części, każda napisana jest z innej perspektywy. Pierwsza to próba rekonstrukcji życia Chińczyka, Johnny'ego Lima, którego historię po jego śmierci próbuje odtworzyć dorosły syn. Syn, który nienawidzi ojca, bo uważa go za człowieka złego do szpiku kości. Kim był Johnny Lim? Urodził się w  wiosce w malajskiej dolinie Kinta, początkowo pracował w jednej z licznych angielskich kopalń cyny znajdujących się w tamtym rejonie. Poniżany, wykorzystywany, pogardzany jak inni górnicy. Potem zatrudnił się w nieźle prosperującym sklepie z materiałami w mieście Kampar i wkradł się w łaski chińskiego właściciela, wreszcie ożenił się z piękną Snow, córką bogatego przedsiębiorcy i naukowca, też Chińczyka. Później robił dalszą karierę biznesową, założył tę tytułową faktorię jedwabiu, która, jak twierdzi syn, służyła mu za przykrywkę do ciemnych interesów.

Obraz Johnny'ego Lima, jaki wyłania się z kolejnych części, jest zupełnie inny. Druga to dziennik jego zmarłej żony, Snow, a trzecia wspomnienia zakochanego w Malajach i w tropikach ekscentrycznego Anglika, Petera, który poznał Johnny'ego w Singapurze. Zaprzyjaźnili się i polubili, razem wędrowali po malajskiej dżungli, zwiedzali dolinę, a Peter stał się dla niego autorytetem, zwłaszcza w dziedzinie języka i kultury. Bo Johnny, chłopak z biednej wioski, chciał być kimś, nie tylko zdobyć pieniądze, ale i ogładę. Z dziennika Snow i ze wspomnień Petera wyłania się człowiek nieśmiały, nieszczęśliwy, łagodny, zamknięty w sobie. Jaki był naprawdę? Podstępny, bezwzględny, wilk w owczej skórze czy szlachetny, nieśmiały, zakompleksiony dobry, tylko okoliczności zmuszały go czasem do działań nieetycznych?  Kto ma rację? Syn czy tamtych dwoje? Trudno rozstrzygnąć.  Szczerze mówiąc, a właściwie pisząc, nie zajmowało mnie to jakoś szczególnie.

Jeśli coś mnie zainteresowało w tej powieści, poza samą story, za którą z ciekawością podążałam, chociaż nie aż z taką, żeby zarwać noc, to klimatyczna, melancholijna opowieść o wyprawie, którą odbyła tamta trójka w towarzystwie tajemniczego japońskiego profesora i drugiego Anglika, dyrektora jednej z kopalń. Wyruszyli samochodem przez dżunglę, po bezdrożach w kierunku wybrzeża, aby popłynąć na tajemnicze wyspy Siedem Dziewic. Na jednej z nich natknęli się na zarośniętą przez bujną tropikalną roślinność ruinę, która zafascynowała Petera. Najpierw pomyślałam, że to fantazja, ale tak przecież musiały wyglądać ruiny Angkoru, hinduskich świątyń czy majańskich piramid, kiedy je odkrywano. A wszystko to miało miejsce w przededniu japońskiej inwazji na Malaje. Ta podróż, o której nie miał pojęcia syn Johnny'ego, zmieniła wiele w życiu bohaterów. Jak to się mówi, nigdy już nic nie było takie samo. Każdy tam grał swoją grę, a Johnny jawi się jako ofiara. Czy był nią rzeczywiście? Nie wiem, ale naprawdę trudno mi powiedzieć, aby jakoś szczególnie obeszły mnie losy bohaterów.

Poza tym dostajemy trochę historii Malajów, trochę lokalnego kolorytu, ale nie tak wiele, aby zrozumieć specyfikę tego kraju. Jeśli ktoś w Malezji był albo się w te rejony wybiera, albo lubi takie tropikalne klimaty, albo szuka poczciwego czytadła, może po "Faktorię jedwabiu" sięgnąć, ale na pewno są ważniejsze lektury.

Alicja Urbanik-Kopeć "Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym"

"Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym" (Czarne 2022) to

druga książka Alicji Urbanik-Kopeć, po którą sięgnęłam i wiem, że sięgnę po dwie inne, które wydała, i po każdą następną, którą, mam nadzieję, jeszcze napisze. Tą pierwszą była znakomita "Instrukcja nadużycia.  Służące w XIX-wiecznych polskich domach", nie mylić ze  "Służącymi do wszystkiego" Joanny-Kuciel-Frydryszak, tej od "Chłopek". Co ciekawe, obie pozycje wyszły mniej więcej w tym samym czasie i obie bardzo polecam. 

Zanim o książce, kilka słów o autorce. Alicja Urbanik-Kopeć jest kulturoznawczynią, adiuntką w Instytucie Historii Nauki PAN, zajmuje się  historią kobiet w XIX wieku i w początkach XX. Oprócz dwóch wymienionych wydała też książki o robotnicach fabrycznych i pracy seksualnej w XIX wieku. Mimo że jest naukowczynią, pisze w sposób popularyzatorski, jej książki po prostu bardzo dobrze się czyta. Mnóstwo w nich cytatów z prasy, pamiętników i  poradników z okresu,  którym się zajmuje, odwołuje się także do klasyki literatury. Bada, jak problem, który jest przedmiotem jej zainteresowań, był przedstawiany w powieściach czy nowelach funkcjonujących nadal w literackim obiegu.

"Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym" to opowieść o mechanizmach, jakie rządziły zawieraniem małżeństw w wieku XIX i na początku XX. Autorka przygląda się kilku aspektom związanym z zawieraniem małżeństw w tamtym okresie. Pierwszym z nich jest posag. Oczywiście małżeństwa były w większej części aranżowane, ale nawet jeśli ktoś sam szukał sobie żony czy męża przez ogłoszenia matrymonialne w prasie - co pod koniec XIX wieku stawało się coraz bardziej popularne, chociaż nie do końca akceptowane - wśród ludzi, za którymi nie stały rodziny i nie byli osadzeni w towarzystwie, bo na przykład pochodzili z prowincji, to zawsze liczyło się jedno - posag panny. Im większy, tym większe szanse na lepszą partię. Bo małżeństwo było transakcją finansową i ekonomiczną dla obu stron. Kobieta, która w tamtym okresie nie była traktowana jako podmiotowa jednostka, musiała znaleźć męża, który stawał się jej opiekunem w zastępstwie ojca. Jeśli nie wyszła za mąż i tak nie mogła dysponować swoim posagiem! W małżeństwie zresztą najczęściej też nie. A jaki był los panny dobrze urodzonej, która męża nie znalazła? Musiała pozostawać na łaskawym chlebie u bliższych lub dalszych krewnych. Literatura pełna jest portretów takich nieszczęśnic, traktowanych pogardliwie, będących obiektem dowcipów w prasie satyrycznej, zdziwaczałych, nieszczęśliwych. Ale i dla mężczyzny posag był niezwykle istotny. To były pieniądze, które mogły pokryć jego długi kawalerskie, dokapitalizować biznes. Autorka przytacza przykłady, prawdziwe i literackie. Tak powstała fortuna Wedlów w Warszawie, tych od czekolady, fabrykantów Schleibrerów w Łodzi i Wokulskiego, bohatera "Lalki" Bolesława Prusa. O tym, że swój sukces zawdzięczają nie tylko  biznesowym talentom, ale i posagom żon, nikt nie pamięta, a te kobiety często były pokazywane w złym świetle. Jak Minclowa z "Lalki" czy Mada Muller z "Ziemi obiecanej" Reymonta. Chociaż tę ostatnią w niekorzystnym świetle przedstawił film Andrzeja Wajdy. 

A jak radziły sobie kobiety z warstw niższych, które posagu nie miały? Oczywiście pracowały i próbowały odkładać pieniądze. To robotnice fabryczne, służące, szwaczki, ale też guwernantki, bony, nauczycielki. Zarabiały jednak tak mało, że bardzo trudno było im zrealizować swój cel. Dlatego z pomocą przychodziły rozmaite kasy posagowe, gdzie mogły odkładać co miesiąc jakąś kwotę, a kiedy wychodziły za mąż, dostawały odłożone pieniądze. Z powodu, o którym przed chwilą pisałam, kasy nie miały płynności finansowej i musiały wspierać się dobroczynnością, bo z samych składek trudno było spiąć budżet. Wiele z tych kobiet nigdy nie wychodziło za mąż. Były i takie, które celowo rezygnowały z małżeństwa.

Drugi aspekt, jakim zajmuje się autorka, to kompetencje i pozycja. Kompetencje, czyli to wszystko, czego oczekiwano od żony. A oczekiwano, że będzie umiała prowadzić dom, co w tamtym czasie oznaczało nadzorowanie służby, rozdzielanie jej zadań, dbanie o to, żeby wszystko działało jak dobrze naoliwiona maszyna. Proste? Okazuje się, że nie bardzo, jeśli dziewczynę wychowywano z dala od tak przyziemnych spraw. A było to zjawisko powszechne w sferach ziemiańskich czy arystokratycznych. Młode mężatki nie znały najczęściej wartości pieniądza, nie miały pojęcia, ile co kosztuje, ile dać służącej na zakupy. A pieniądze na prowadzenie domu wydzielał oczywiście mąż. 

Kolejna sprawa to pozycja. Tu autorka zastanawia się, kiedy małżeństwo budowało pozycję obu stron, kiedy było mezaliansem, a kiedy awansem. Otóż mezalians niekoniecznie wiązał się z przekroczeniem klasy społecznej. Jeśli towarzyszyły mu pieniądze z posagu, nie było problemu. Małżeństwo uważane było za mezalians, jeśli przekroczeniu klasy towarzyszył ich brak. Najwięcej ryzykowała kobieta z warstwy niższej wychodząca za mąż za mężczyznę stojącego w hierarchii  społecznej wyżej, bo narażona była na ostracyzm towarzyski. Nawet jeśli kompetencje kulturowe małżonków nie różniły się bardzo, bo ona była ziemianką, a on arystokratą. Małżeństwa między kobietą z klasy niższej, służącą, guwernantką, boną, a mężczyzną z wyższej zdarzały się bardzo rzadko. Na mezalians, czyli nieoglądanie się na opinię otoczenia, mogli sobie pozwolić albo mężczyźni bardzo bogaci, albo uważani za ekscentryków, na przykład artyści. Autorka przytacza w tym rozdziale bardzo ciekawe przykłady z literatury - pisze o "Lalce" Prusa i "Trędowatej" Mniszkówny, a także o "Moralności pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej. Szczególnie ten ostatni przykład jest bardzo interesujący. Alicja Urbanik-Kopeć bardzo konkretnie uzasadnia, dlaczego Hance nie opłacałoby się wyjść za mąż za Zbyszka nawet wtedy, gdyby nie zdezerterował. Otóż otrzymana duża rekompensata finansowa pozwoliła jej urządzić się na wsi, gdzie miała narzeczonego. Jako żona Zbyszka byłaby nikim - pogardzana, wyśmiewana, trzymana z dala od towarzystwa.

Ostatni aspekt to los tych kobiet i mężczyzn, które i którzy nie znaleźli kandydata na męża czy kandydatki na żonę. I tu znowu  w najgorszej sytuacji były kobiety. Obdarzone pogardliwym epitetem starych panien, wyśmiewane, pogardzane, postrzegane przez liczne stereotypy. Że zgryźliwe, złośliwe, kapryśne, że same sobie winne, bo odtrącały licznych kawalerów, że zamiast wychowywać dzieci, zajmują się zwierzętami. Litowano się tylko nad tymi, które uważano za brzydkie albo nad chorymi czy ułomnymi. Ponieważ kobieta była tylko wtedy coś warta, jeśli była użyteczna, w rozmaitych artykułach, poradnikach czy książkach doradzano im, aby zajęły się na przykład wychowywaniem dzieci swoich sióstr czy innych krewnych. Nie do pozazdroszczenia był los starych panien z klas niższych. Kiedy traciły zdrowie, starzały się i nie mogły już pracować, zdane były na instytucje dobroczynne. Po pierwszej wojnie światowej bardzo powoli do świadomości społecznej przebijała się myśl, że kobieta może nie wyjść za mąż nie dlatego, że nie znalazła odpowiedniego kandydata, ale dlatego, że nie chce. Było to związane z tym, że wielu mężczyzn zginęło w czasie wojny, a kobiety zaczęły pracować, coraz więcej też zdobywało wykształcenie.

Jakie wnioski płyną z książki Alicji Urbanik-Kopeć? Po pierwsze, że kobiety zawsze mierzono inną miarą niż mężczyzn. To, co uchodziło mężczyźnie, nie uchodziło kobiecie. Po drugie, że kobiety były finansowo uzależnione od mężczyzn, najpierw od ojców, potem mężów. Ich wartość mierzono wysokością posagu i przydatnością do małżeństwa. Nie były traktowane podmiotowo, ich racja bytu to przydatność małżeńska, a jeśli to się nie udało, to jakakolwiek inna. Po trzecie od kobiet wymagano niemożliwego. Przed ślubem miały być eterycznym puchem marnym trzymającym się z dala od codziennych spraw, a po ślubie musiały od razu stać się żonami obeznanymi z przypisanymi im obowiązkami. Także tymi ze sfery seksualnej, a przecież nikt ich nie uświadamiał. To dopiero był horror! Takich sprzeczności i wymagań niemożliwych było znacznie więcej, także wobec kobiet z klas niższych, które musiały pracować. No i po czwarte chociaż wiele się w tej dziedzinie zmieniło, to przecież nie wszystko.

Bardzo, bardzo ciekawa książka!

Adania Shibli "Drobny szczegół"

O krótkiej powieści "Drobny szczegół" palestyńskiej pisarki Adanii

Shibli (Drzazgi 2023; przełożyła Hanna Jankowska) zrobiło się  w Polsce głośno, kiedy po wybuchu kolejnej odsłony konfliktu izraelsko-palestyńskiego odwołano jej udział na targach książki we Frankfurcie, gdzie miała odebrać prestiżową nagrodę za niemieckie wydanie swojej powieści. Awantura zbiegła się z polską premierą książki, która na świecie ukazała się w roku 2020 (w jednym ze źródeł znalazłam nawet informację, że w 2017). Powieść nominowana była do Międzynarodowego Bookera i National Book Award, a w Polsce zbiera bardzo dobre recenzje. Jednak ani rozgłos wzmocniony przez awanturę wokół odwołania pobytu pisarki we Frankfurcie, ani bardzo dobre recenzje nie miały wpływu na moją decyzję, że muszę tę powieść przeczytać. Jak już nie raz tu wspominałam, interesuje mnie ten zakątek świata i dlatego pilnie śledzę literaturę izraelską i książki pisane przez palestyńskich autorów, których w Polsce ukazuje się znacznie mniej. Kiedy tydzień temu pisałam o "Jestem stamtąd, jestem stąd" nieżyjącego już palestyńskiego poety Mourida Barghoutiego, polecałam inne pozycje palestyńskich autorów, przede wszystkim trzy książki Raja Shehadeha wydane przez Karakter i "Żywopłot" Dorit Rabinyan. Naprawdę warto po nie sięgnąć. Krótka powieść Adanii Shibli, której przeczytanie stale odkładałam na rzecz innych tytułów, stała się teraz znakomitym dopełnieniem książki Mourida Barghoutiego.

"Drobny szczegół" składa się z dwóch części. Akcja pierwszej rozgrywa się w roku 1949 na pustyni Negew. Oddział izraelskich żołnierzy zostaje tam skierowany, aby strzec płynnych jeszcze granic i przeczesywać pustynię w poszukiwaniu infiltratorów. Tak określani są wrogowie nowego państwa, Arabowie i Beduini. Zdarzenia opowiadane w beznamiętny sposób poznajemy z punktu widzenia dowódcy oddziału. Każdy dzień jest do siebie podobny. Poranna toaleta, posiłki, patrolowanie pustyni, upał, od którego odpocząć można tylko wczesnym rankiem albo po zachodzie słońca. Dowódca tłumaczy swoim żołnierzom, jak ważna jest ich rola, po co tu są, stara się wzmocnić w nich wiarę w sens tego, co robią, chociaż nie widać oznak buntu czy niezadowolenia. Ta monotonia zostaje nagle przerwana przez zdarzenie, którego się spodziewałam, przystępując do lektury, bo zostało zapowiedziane w informacjach od wydawcy. To gwałt na schwytanej beduińskiej dziewczynie i jej zastrzelenie. Chociaż wiedziałam, że o tym jest ta książka, czytając te fragmenty, dostałam obuchem w głowę. Siła przekazu zostaje wzmocniona przez chłodny, beznamiętny styl. Nie wiemy, co siedzi w głowie dowódcy, który najpierw każe strzec dziewczyny, chce ją nawet skierować do pracy w polowej kuchni, a potem sam ją gwałci, a na koniec każe zastrzelić. Przez moment wydaje się, że może szuka bliskości. Jest samotny, ma trudne zadanie, w dodatku męczy go rana na nodze, pamiątka po ugryzieniu przez jakiegoś owada.  Nawet gdyby tak było, nic go nie usprawiedliwia. Pewnie w cywilu był porządnym człowiekiem, pewnie przybył do Palestyny niesiony wzniosłą ideą budowy żydowskiego państwa, pewnie cieszy się, że powstało. Tacy jak on pionierzy są pewnie wzorem do naśladowania, bo przecież to, co się wydarzało w czasie podobnych patroli, albo nigdy nie wyszło na jaw, albo było przyjmowane jako oczywisty koszt budowy państwa. Wojna to wojna, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. To beznamiętna skala makro. W powieści dostajemy skalę mikro, która budzi grozę.

Druga część powieści to historia Palestynki mieszkającej i pracującej w  Ramallah, która przeczytała w izraelskiej prasie artykuł o tamtych zdarzeniach. Historia zgwałconej i zamordowanej Beduinki nie daje jej spokoju także dlatego, że urodziła się dokładnie dwadzieścia pięć lat po jej śmierci. Za wszelką cenę chce się dowiedzieć więcej na jej temat, dlatego wyrusza w podróż do Izraela. Nic prostszego, ale nie dla Palestynki. Chociaż wszędzie jest blisko, aby dojechać na pustynię Negew, musi przejechać przez liczne granice, ominąć mur, poddać się kontrolom na chceckpointach. W podróż zabiera ze sobą trzy mapy. Wśród nich jedną starą, drugą współczesną. Te mapy uświadamiają jej, jak bardzo zmienił się krajobraz i ten teren. Także, a może szczególnie, na Zachodnim Brzegu. Droga, którą wolno jej jechać, to labirynt, łatwo się w nim zgubić, a kolejna kontrola może oznaczać kłopoty. Sama pustynia zmieniła się i nie zmieniła jednocześnie. Rzeczywiście ziściło się marzenie ludzi takich jak dowódca i udało się ją okiełznać - okrzepły kibuce, które stały się zielonymi oazami, powstały plantacje warzyw i owoców, a jednocześnie nadal gdzieś w jej głębi są biedne beduińskie wioski sklecone z byle czego. Tu odsyłam do zbioru reportaży Pawła Smoleńskiego "Wieje szarkija. Beduini z pustyni Negew".  Jak już wspominałam, czas zatarł tamte zdarzenia. Śledząc poszukiwania narratorki, patrzymy na historię i współczesność z dwóch punktów widzenia. Dla niej te zmiany są niezabliźnionymi ranami, pamięcią o tym, co utracone, żywym dowodem na to, jak świat został pocięty granicami, które kiedyś kreślono na piasku, a które teraz wyznaczają mury, checkpointy i drogi, którymi mogą poruszać się obywatele Izraela i turyści, ale nie mieszkańcy Zachodniego Brzegu. A dla sympatycznych osadników z kibucu, w którym nocuje, te zmiany to dowód na siłę państwa i pionierów, którzy o nie walczyli i które budowali. 

Trudno oprzeć się gorzkiej refleksji, że w imię ideałów mających stworzyć lepszą przyszłość, zbudowano świat podzielony, w którym obu stronom konfliktu towarzyszy strach, przemoc i upokorzenie. To ostatnie dotyczy poniżanych Palestyńczyków. Tamta wojna wcale się nie skończyła. A rozwiązania tego węzła gordyjskiego, jakim stały się stosunki izraelsko-palestyńskie, nie widać, czego dowodzi kolejna odsłona konfliktu.

PS Historia zgwałconej i zamordowanej Palestynki jest prawdziwa. Gdzieś słyszałam, że sprawcy tamtego zdarzenia zostali ukarani, o czym w powieści autorka nie wspomina. Moim zdaniem nie ma to jednak znaczenia, bo nie o szukaniu sprawiedliwości jest "Drobny szczegół". Poza tym to w końcu powieść.

Kibuc Nirim znajdujący się obok Strefy Gazy, który odwiedza i w którym nocuje narratorka drugiej części powieści, jest jednym z miejsc brutalnie zaatakowanych siódmego października zeszłego roku przez terrorystów z Hamasu. Kolejny dowód, jak skomplikowana to sytuacja. 

Milan Kundera "Żart"

Z Milanem Kunderą nie było mi dotąd po drodze. Dlaczego? Nie

mam pojęcia. Dawno, dawno temu przeczytałam "Nieznośną lekkość bytu". Dziś niewiele z tej lektury pamiętam. Kiedy w lipcu pisarz zmarł, a ta wiadomość zastała mnie w czasie wakacyjnej podróży, ściągnęłam sobie dwie radiowe rozmowy o jego twórczości, ale jakoś specjalnie nie spieszyło mi się do ich odsłuchania. W końcu jednak po nie sięgnęłam. Nie wiem, czy to zasługa Aleksandra Kaczorowskiego, znakomitego znawcy czeskiej kultury, który o twórczości pisarza bardzo ciekawie opowiadał, ale postanowiłam wrócić do twórczości Milana Kundery, a precyzyjniej mówiąc, poznać ją. Kierując się słowami i gustem wspomnianego już Aleksandra Kaczorowskiego zrobiłam sobie listę ośmiu książek, wśród nich jest zbiór opowiadań, pięć powieści i ewentualnie dwa eseje, które postanowiłam przeczytać. Znajduje się też na niej przywołana "Nieznośna lekkość bytu". Aby nie odkładać lektury na święty nigdy, zapisałam się nawet do biblioteki, bo na regale mam tylko "Żart" i to w takim beznadziejnym wydaniu z początku lat dziewięćdziesiątych, że trudno go czytać. No i właśnie od tej debiutanckiej powieści (W.A.B. 2014; przełożyła Emilia Witwicka), uważanej przez niektórych za najlepszą w dorobku pisarza, zaczęłam swoją przygodę z Milanem Kunderą.

Akcja tej książki rozgrywa się w małej miejscowości na Morawach w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To miasto rodzinne Ludwika, głównego bohatera i zarazem jednego spośród kilkorga narratorów. Po latach wraca tu tylko na dwa dni z Pragi, gdzie mieszka i pracuje, aby dokonać porachunków ze swoją tragiczną przeszłością, a ściślej rzecz biorąc, zemścić się na kimś, kto go kiedyś skrzywdził i jedną decyzją sprawił, że jego życie na kilka lat wyleciało z obranej przez niego trajektorii i potoczyło się zupełnie inaczej, niż planował. Na kim ma się zemścić? W jaki sposób? Tego dowiadujemy się stopniowo, bo, jak wspominałam, narracja prowadzona jest z kilku perspektyw, co celowo spowalnia akcję, wprowadzane są nowe wątki, które oczywiście złożą się w całość. 

Co stało się przed piętnastu laty? Kto go skrzywdził? W jaki sposób? Wszystko było wynikiem tego tytułowego żartu, którego dopuścił się Ludwik, zabiegając o względy koleżanki ze studiów. Podobała się nie tylko jemu. Pamiętajmy, że był to koniec lat czterdziestych, już po przejęciu całkowitej władzy przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji, kiedy po tragicznej śmierci Jana Masaryka stalinizm rozpanoszył się na dobre. Konsekwencje żartu okazały się tragiczne - Ludwik został nie tylko wyrzucony z partii, ale także ze studiów. Na zebraniu zwołanym w jego sprawie nie ujął się za nim nikt, wszyscy poparli postawiony wniosek. W tamtych okolicznościach nie było to nic nadzwyczajnego. Jedni podnosili ręce za, bo byli komunistycznymi fanatykami, inni ze strachu. Czy można ich nazwać oportunistami? Sam Ludwik, kiedy przygotowując swoją zemstę, wspomina tamte tragiczne wydarzenia, zastanawia się, jak on zachowałby się w podobnej sytuacji.

... sam wprawdzie nigdy nie podniosłem ręki na czyjąś zgubę, ale dobrze wiedziałem, że jest to zasługa dość problematyczna, jako że prawa do podnoszenia ręki wystarczająco wcześnie mnie pozbawiono. Długi czas co prawda usiłowałem sobie przynajmniej wmówić, że w podobnej sytuacji nie podniósłbym ręki, ale jestem na tyle uczciwy, że w końcu sam musiałem siebie wyśmiać: ja jeden nie podniósłbym ręki? ja jeden jestem sprawiedliwy? ach, nie znajdowałem w sobie żadnej gwarancji, że byłbym lepszy od innych; tylko co z tego wypływa, jeśli chodzi o mój stosunek do ludzi? Świadomość własnej małości absolutnie nie godzi mnie z małością innych.

Po wyrzuceniu z uczelni Ludwik wie, że pójdzie do wojska. Trafia do karnej kompanii i przez kilka lat niemal odcięty od świata i wolnych ludzi pracuje w ostrawskiej kopalni. Ale nie ciężka fizyczna praca, nie głupota zwierzchników, nie ich bezwzględność i sadyzm są najgorsze. Najgorsza jest samotność i utrata złudzeń. W dodatku szybko zdaje sobie sprawę, że podobne mechanizmy, to symboliczne podniesienie ręki, są nieodłączną cechą każdej grupy, każdego kolektywu. Działają także wśród jego towarzyszy niedoli. 

Zacząłem sobie uświadamiać, że nasz czarny kolektyw tak samo potrafi zaszczuć innego człowieka (...) jak kolektyw tych, którzy jednomyślnie podnosili ręce, i jak każdy chyba kolektyw ludzki.

Te doświadczenia i ta świadomość położą się cieniem na życiu Ludwika, to będzie gnało go do zemsty, to uczyni go cynikiem, który nie potrafi zbudować trwałej relacji nie tylko z kobietą, ale w ogóle z nikim. Bo po odbyciu kary wróci na studia, skończy je, dostanie pracę na uczelni, ale nie pozbędzie się jadu nieufności i zemsty. Takie zaślepienie spowoduje, że sam będzie krzywdził. Nawet wymierzenie sprawiedliwości ma się przecież dokonać przez osobę bliską sprawcy, która nieuchronnie zostanie skrzywdzona. Po trupach do celu.

W powieści postawa Ludwika zostanie skonfrontowana z postawą jego znajomego, Kostki, który jest człowiekiem bardzo religijnym. Może właśnie dlatego sądzi, że aby iść dalej, aby nie żyć w piekle, powinien przebaczyć. Kostka godzi się z tym, co przynosi mu życie, uważał, że wszystkie złe doświadczenia były zrządzeniami losu, które ustrzegły go przed gorszym złem. Nie może zrozumieć kolegi opanowanego żądzą zemsty. Przebaczać, przebaczać, przebaczać! Ale to nie jest takie proste. Bo po pierwsze przebaczenie nie unieważni grzechu, nie uczyni czegoś niczym, tak myśli Ludwik, a po drugie Kostka w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że te dotykające go zrządzenia losu były mu na rękę - pozwalały uciec najpierw od niekochanej żony, potem od miłości do innej kobiety, z którą jednak nie chciał się wiązać.

Kundera konfrontuje swoich bohaterów z ważnymi pytaniami. Jaki sens ma zemsta po latach? A jeśli ten, który wyrządził krzywdę, zmienił się? Jest już innym człowiekiem? Lubianym i szanowanym? Może zemsta miałaby sens od razu? Ale na to Ludwik nie miał wtedy, na tamtym zebraniu, odwagi. Nie dał swojemu przeciwnikowi w twarz, nie wykonał żadnego gestu sprzeciwu. Nie był żadnym bohaterem, do karnych brygad trafił przez przypadek, z powodu głupiego żartu.  Ludwik zrozumie jeszcze jedno - że i tak wszystko unieważnia czas. Dla młodego pokolenia tamte konflikty nie mają znaczenia. Dzieci nie rozumieją swoich rodziców, nie zastanawiają się nad ich problemami z przeszłości, chcą żyć po swojemu. 

... wszystko zostanie zapomniane i nic nie będzie naprawione. (...) Nikt nie naprawi krzywd, które wyrządzono, ale wszystkie krzywdy ulegną zapomnieniu.

Towarzyszą mu takie gorzkie refleksje.  Co go uratuje? Sztuka, powrót do korzeni, do dawnej przyjaźni.

Nie mogę tu nie wspomnieć o stosunku Ludwika do kobiet. W powieści pojawiają się dwie, Łucja i Helena. Obie traktuje instrumentalnie, obie skrzywdzi. Chociaż będzie sobie wmawiał, że Łucję kochał. Czy tak rzeczywiście było? Czy nie traktował jej jak plastra na swoją samotność? Czy to była miłość, czy tylko pożądanie wyposzczonego żołnierza? Dla niej ma jednak jakąś tkliwość, jego stosunek do niej nie jest jednoznaczny. Natomiast Helena staje się od początku tylko narzędziem w jego rękach. Wystarczy spojrzeć na nią jego oczami, jak opisuje wszystkie mankamenty jej dojrzałego ciała, z jaką pogardą myśli o jej fizyczności.

Powieść Kundery łączy w sobie atrakcyjną fabułę skonstruowaną w sposób podsycający ciekawość z bogatymi portretami bohaterów i wagą problemów, jakie porusza, które w dodatku okazują się niezwykle aktualne, szczególnie w polskiej rzeczywistości, co nie dziwi. W końcu łączy nas z naszymi południowymi sąsiadami wspólnota losów. Czytając "Żart", nie mogłam oprzeć się refleksji, że nowości, za którymi tak gonię, najczęściej nie dorastają do pięt takiej literaturze. Są przy niej miałkie. Po zapisaniu się do biblioteki sporządzam sobie listę książek niedostępnych, które chciałam przeczytać. Mam ochotę zwolnić z nowinkami i częściej sięgać po tytuły zapomniane. Na pierwszy ogień idzie Kundera.

Skoro podzieliłam się refleksjami o "Żarcie", muszę przywołać tu cztery inne książki czeskich autorów, których akcja dotyka, przynajmniej częściowo, tamtego okresu. To oczywiście "Przypadki inżyniera ludzkich dusz" i "Gorzki świat" Josefa Skvoreckiego, "Siódmy życiorys" Oty Filipa i najmniej znana - "Zaginiony" Egona Hostovskiego. Wszystkie bardzo ciekawe, wszystkie warte lektury.

 

Zeruya Shalev "Los"

Izraelska pisarka Zeruya Shalev należy do moich ulubionych. Odkąd

zetknęłam się z jej twórczością, a było to dopiero kilka lat po jej polskim debiucie, kupuję i czytam wszystkie jej powieści, nie oglądając się na recenzje, które zresztą zawsze są pozytywne. Jej książki mogą mi się podobać bardzo, rzadziej trochę mniej, to był przypadek wychwalanego "Bólu", ale zawsze trzymają poziom. Shalev należy do tych autorek, które właściwie zawsze piszą jedną powieść. Jej tematy to splątane relacje rodzinne, uczuciowe kryzysy, rozstania, nowe związki, spotkania po latach, relacje rodzice dzieci, no i w centrum zawsze są kobiety. A to wszystko na tle historii Izraela, tej dawniejszej i tej współczesnej, do tego tamtejsze realia i trochę symboliki biblijnej. Dla kogoś, kto jak ja tamtym obszarem świata interesuje się bardzo, to lektury wymarzone. 

Znakiem szczególnym pisarki jest proza gęsta, mięsista - bogate portrety bohaterek i bohaterów, głęboki wgląd w ich jaźń, a że są to osoby na zakręcie, w jakimś egzystencjalnym kryzysie, tworzy się z tego psychologiczny rollercoaster. Czasem bywa to męczące, wymaga oddechu w lekturze, ale w całości daje efekt znakomity. Nic więc dziwnego, że nie zwlekałam długo z lekturą najnowszej powieści Zeruyi Shalev "Los" (W.A.B. 2023; przełożyła Magdalena Sommer). Muszę przyznać, że po "Bólu", który nieco mnie rozczarował, autorka wróciła do swojej najwyższej formy. Jednym słowem spełnienie. Dla miłośników pisarki lektura obowiązkowa, innym bardzo mocno polecam.

Głównymi bohaterkami "Losu" są dwie kobiety, które jeszcze niedawno nie tylko się nie znały, ale nie wiedziały o swoim istnieniu, mimo że coś je łączyło, a wyrażając się precyzyjniej, trzeba napisać ktoś. To pięćdziesięcioletnia Atara, architektka, której pasją jest przywracanie starym domom ich dawnej świetności. Mieszka w Hajfie, ma swoją firmę, jest mężatką, ma dwoje dorosłych dzieci - córkę z pierwszego małżeństwa i syna z obecnego. Druga bohaterka to ponad dziewięćdziesięcioletnia Rachel. Jest wdową, ma dwóch dorosłych synów, jeden stał się religijnym ortodoksą, drugi to lewicowy liberał, dlatego jest w konflikcie z matką, która mieszka w jednym z pierwszych żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. W czasach swojej młodości była bojowniczką skrajnej organizacji Lechi, która walczyła z Brytyjczykami sprawującymi w tamtym okresie (lata 1940-1948) władzę mandatową nad Palestyną. Chcieli nie tylko utworzenia państwa, ale w pierwszym rzędzie nie zgadzali się z polityką Brytyjczyków, którzy nie wpuszczali na teren Palestyny żydowskich imigrantów z diaspory, co było przyczyną licznych tragedii. W swojej działalności członkowie Lechi stosowali metody terrorystyczne. Rachel do organizacji trafiła, bo zakochała się w młodym bojowniku. Szybko wzięli ślub, ale ich małżeństwo trwało tylko rok. Potem w wyniku tragicznego zdarzenia, za które się obwiniał, nagle i radykalnie zerwał z nią wszelkie kontakty i odszedł z organizacji. 

Kto łączy obie kobiety? Pierwszy ukochany Rachel, który po kilkunastu (?) latach po rozwodzie  ożenił się po raz drugi, a  jedną z jego dwóch córek była właśnie Atara. Po śmierci ojca, wybitnego profesora zajmującego się badaniem mózgu, z którym była w konflikcie - powiedzieć w konflikcie, to nic nie powiedzieć, ich relacja z jego winy była toksyczna, Atara czuła się odrzucona, żyła w wiecznym lęku przed wybuchami gniewu ojca skierowanymi w jej kierunku - postanawia za wszelką cenę odszukać Rachel, o której dowiedziała się w chwili ostatniego spotkania z ojcem, kiedy był już właściwie nieprzytomny. Kim była kobieta, za którą wziął swoją córkę i do której skierował swoje ostatnie miłosne wyznanie? Dlaczego myślał o niej, gdy był bliski śmierci? Spotkanie Rachel i Atary będzie brzemienne w skutki. Dla tej pierwszej, bo przywoła bolesne wspomnienia z czasów, kiedy była bojowniczką Lechi, w tej drugiej wywoła lawinę wyrzutów sumienia spowodowanych pewnym zaniechaniem. Atara będzie się obwiniała o tragiczne zdarzenie, do którego dojdzie. Niestety tylko tyle mogę napisać, aby nie spojlerować. Wszak w powieściach Zeruyi Shalev ważna jest także fabuła - splątane, zaskakujące losy bohaterów. A wszystkiego, o czym napisałam wcześniej, dowiadujemy się na początku książki.

Oba wątki, Atary i Rachel, są prowadzone naprzemiennie - jeden rozdział to historia jednej, kolejny drugiej. Muszę przyznać, że dla mnie bardziej interesujący był wątek Rachel, a to ze względów historycznych. Dotąd  nie słyszałam o Lechi, chociaż sporo na temat historii Palestyny i Izraela wiem, więc z oczywistych względów te nowe informacje były dla mnie ciekawe. W ogóle tamten okres w historii tego obszaru odkrywam trochę na nowo. Tu polecam zbiór opowiadań Yossiego Granowskiego "Atari. Opowieści z Jafy", który ukazał się niedawno. Akcja tych opowiadań toczy się właśnie w czasach Mandatu Brytyjskiego i tuż po powstaniu Izraela. Dla Rachel walka z Brytyjczykami, walka o powstanie żydowskiego państwa była sprawą kluczową. Poświęciła jej swoją młodość - porzuciła rodziców, żyła w ukryciu, jej pierwsze małżeństwo było czysto symboliczne, bo bardzo często musieli się rozdzielać, narażała swoje życie, zabijała i opłakiwała swoich towarzyszy, którzy zginęli w akcjach. Co jakiś czas przywołuje ich imiona niczym litanię. Nie może się pogodzić, że ich ofiara poszła trochę na marne, a przede wszystkim, że o nich zapomniano. Wprawdzie Izrael powstał, ale nie taki, o jakim marzyli. Państwo z ich snów miało być wielonarodowe i równo traktować wszystkich obywateli bez względu na to, czy są Żydami, czy Arabami, miało być też tolerancyjne. W Lechi nie były ważne poglądy, religia, ważny był cel. Tymczasem po powstaniu Izraela prym wiedli inni bojownicy, z Hagany. Tamte ideały zaprowadziły ją na Zachodni Brzeg. Chociaż starała się potem prowadzić życie dobrej żony i matki, to przeszłość ciążyła nad jej stosunkiem do męża i synów. Ci ostatni czuli się mniej ważni, żyli w cieniu ideałów młodości swojej matki. W jakimś sensie zatruła ich nimi.

Wątek Atary  to z kolei opowieść o rodzinie, o związkach, o cenie, jaką się płaci za rozbicie pierwszego małżeństwa i pytanie, czy warto. Przyznam, że początkowo, kiedy czytałam o jej problemach małżeńskich, pomyślałam sobie - o nie znowu to samo, ale szybko jej historia skręciła w inną stronę. Najpierw pojawiły się ważne pytania, a potem nastąpiło to coś, co zmieniło jej losy.  Co zostaje z płomiennej miłości? Dlaczego, kiedy  usankcjonuje się ją ślubem, coś bezpowrotnie ginie? Czy musiało tak się stać? Czy błędem było to, że Atara na pierwszym miejscu zaczęła stawiać dzieci? Córkę z pierwszego małżeństwa, żeby nie czuła się odrzucona, a potem syna z drugiego, który był owocem tej wielkiej miłości i miał scementować ich związek. Jaki wpływ na taką postawę miało dzieciństwo Atary? Stosunek ojca do niej? Za wszelką cenę nie chciała popełnić jego błędów. I czy warto tak bardzo poświęcać się dla dzieci, skoro i tak nie mamy wpływu na ich życiowe wybory? Choćbyśmy nie wiadomo, co robili i tak pójdą swoją drogą, którą niekoniecznie akceptujemy. Podobny problem ma Rachel, która nie pochwala ani ortodoksyjnej religijności jednego syna, ani lewicowych poglądów, czytaj przeciwnych żydowskiemu osadnictwu na Zachodnim Brzegu, drugiego. Chociaż ich stosunek do macierzyństwa był różny, skutki podobne - dzieci i tak zrobią, co zechcą.

Centralnym zagadnieniem, jakie pojawia się w powieści, jest ten tytułowy los. Jaki wpływ mamy na swoje życie? Za co odpowiadamy, a za co nie? Nieszczęście to kwestia przypadku, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności? Ile w nim naszej winy? Obie bohaterki stanęły w swoim życiu w obliczu takich pytań. Atara obwinia siebie, uważa, że doprowadziła do tragedii, która się wydarzyła i która całkowicie zmieni jej życie. Rachel patrzyła na to trzeźwo, ale jej pierwszy mąż zupełnie inaczej. To w wyniku innej tragedii, do której doszło w innych okolicznościach i czasach, odszedł od Rachel, porzucił organizację, a potem stworzył toksyczną relację z jedną z córek. Jakby dając jej imię, które miało mu cały czas przypominać o tamtym tragicznym zdarzeniu, karał ją za to. 

A to wszystko pokazane jest na tle innych problemów współczesnego Izraela. Pisarkę głównie zajmują podziały w izraelskim społeczeństwie, nie tylko narodowościowe, ale także religijne. Świeccy kontra ortodoksi, odwołujący się do początków powstania państwa kontra ci, którzy nie mogą pogodzić się z jego obecnym kształtem - tyle i wiele więcej pojawia się w tle zasadniczej opowieści.

Bardzo dobra powieść.

Yiyun Li "Czy muszę odchodzić?"

Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że wydawnictwo Pauza wydaje

powieść Yiyun Li. Kilka lat temu przeczytałam dwie książki tej amerykańskiej autorki o chińskich korzeniach - powieść "Łaskawszy niż samotność" i zbiór opowiadań "Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna". Obie bardzo mi się podobały. Miałam zamiar sięgnąć po dwie inne wydane wcześniej, ale były już niedostępne i jakoś tak zeszło. Nic dziwnego, że nie mogłam się doczekać na kolejną powieść Yiyun Li "Czy muszę odchodzić?" (Pauza 2023; przełożyła Dobromiła Jankowska). Kupiłabym ją w ciemno, ale recenzje, z którymi się zetknęłam, były znakomite, więc jeszcze bardziej pragnęłam ją przeczytać.

Pierwsze rozczarowanie przyszło od razu - akcja powieści toczy się w Stanach, w Kanadzie i w Anglii, a bohaterami są mieszkańcy tych krajów. Tymczasem w poprzednich książkach Yiyun Li fascynowało mnie to, że były to opowieści o Chinach! Tak bardzo cieszyłam się na tę lekturę, że właściwie nie zadałam sobie trudu, aby sprawdzić, o czym jest. Cóż, nawet gdybym tę wiedzę posiadła wcześniej, pewnie i tak bym po nią sięgnęła. Dla tego, kto zetknie się z twórczością pisarki po raz pierwszy, to i tak nie będzie miało znaczenia. 

Drugie rozczarowanie narastało w trakcie czytania i miało charakter zasadniczy. Z wielką przykrością muszę stwierdzić, że książka mnie po prostu nudziła, a losy bohaterów niewiele obchodziły! Dawno już nie miałam takiego poczucia, że poświęcam czas powieści, która kompletnie do mnie nie trafia, zupełnie się z nią rozmijam. Mogłabym powiedzieć, że jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi, gdyby rzecz nie dotyczyła słowa pisanego. Właściwie najchętniej bym ją odłożyła, ale po pierwsze rzadko to robię, a po drugie długo miałam nadzieję, że wreszcie doczekam się czegoś, co mnie poruszy. No a potem byłam po prostu perwersyjnie ciekawa, jak to się skończy. Rozczarowanie było tym większe, że dotyczyło pisarki, której wcześniejsze książki bardzo mi się podobały, no i te znakomite recenzje krytyczek i krytyków, których cenię. Pisząc tę notkę, z ciekawości przejrzałam opinie czytelniczek i czytelników na jednym z książkowych portali, co rzadko robię, i okazuje się, że też są krytyczne. Spodobało mi się stwierdzenie: Po prostu ktoś podmienił mi wspaniałą autorkę!!! Nic dodać, nic ująć. Żałuję, że nie ja wymyśliłam to celne zdanko. Cóż, widocznie jest to ten przypadek, kiedy głosy recenzenckie rozmijają się z czytelniczymi.

"Czy muszę odchodzić?" to historia Lilii Imbody, która w młodości miała przelotny romans z kilkanaście lat od siebie starszym Kanadyjczykiem, Rolandem. Działo się to w roku 1946. Ich krótka znajomość sprowadzająca się do dwóch czy trzech spotkań okazała się brzemienna w skutkach. Chociaż Lilia miała później trzy udane małżeństwa, urodziła pięcioro dzieci i doczekała się kilkanaściorga wnucząt, nigdy go nie zapomniała. Roland chciał zostać pisarzem, ona była prostą dziewczyną wychowaną na ranczu, ale śmiałą i bez kompleksów. Nie została uwiedziona, oboje mieli na tę krótką przygodę ochotę, ona pogodziła się z tym, że to historia przelotna, dla niego to jedna z wielu takich chwilowych znajomości. Roland zostawił po sobie dzienniki, to jedyna rzecz, którą napisał. Zostały wydane po jego śmierci. Kiedy Lilia skończy osiemdziesiąt jeden lat, a przebywa już wtedy w luksusowym domu opieki, po raz kolejny wraca do tych dzienników, komentując w zapiskach ich fragmenty. Chce je razem ze swoimi notatkami zostawić jednej z wnuczek i jej córce. I to właśnie ta część powieści, zdecydowanie najdłuższa, tak bardzo mnie nudziła! Dwie pierwsze, które są niechronologicznymi wspomnieniami jej dzieciństwa, rodziców, młodości i tego, co zdarzyło się później, były jeszcze  w miarę ciekawe i dawały nadzieję na takiż dalszy ciąg. Tymczasem dziennik Rolanda i komentarze Lilii zupełnie mnie nie interesowały. Jaka to różnica między miłością do róż, które kwitną teraz, i miłością do róż, które kwitły pięćdziesiąt lat temu? - pisze Lilia w swoich notatkach. I tak w kółko, takie ple, ple, ple. Do tego mnóstwo jałowych dialogów, szczególnie w dziennikach Rolanda.

Oczywiście z tego morza nudów można wyłowić jakąś ideę, myśl. Jest to opowieść o dwojgu zupełnie różnych ludziach. Lilii, osobie zadowolonej z życia mimo licznych nieszczęść, które ją dotykały, i Rolandzie, lekkoduchu, niespełnionym artyście i człowieku, który poniósł fiasko w miłości. Sidelle Ogden,  jego długoletnia kochanka, którą naprawdę kochał, nie traktowała go poważnie. Cóż, woził wilk razy kilka, powieźli i wilka - on podobnie postąpił z wieloma kobietami, z którymi miał przelotne przygody, a o których w dzienniku wspominał zaledwie w kilku zdaniach. Lilia to osoba silna, która niezwykle trzeźwo patrzy na życie, potrafi przyjąć  przeciwności losu, bo wie, że tak po prostu jest. Nikt nikomu szczęścia na tym świecie nie obiecywał. Właściwie taka bezpretensjonalna, pogodzona z losem, zadowolona ze swojego życia jest tak doskonała, że aż nieprawdziwa i irytująca. Podobne podejście do życia ma kochanka Rolanda. 

- ... Mówienie "nie" nie powstrzyma choroby, śmierci czy wojny ani żadnego z moich małych nieszczęść.

- Ale przecież nie można witać tych niepowodzeń z otwartymi ramionami - zauważyłem.

- Z otwartymi ramionami nie, ale z obojętnością.

- A potem co?

- Czekasz po prostu, co przyniesie ci życie ...

To Sidelle i Roland. A Lilia dodaje: ... protestuj, ile chcesz, donikąd cię to nie zaprowadzi. I tyle warto z tej powieści zapamiętać. Ach, krytyczki i krytycy dodadzą jeszcze, że jest to rzecz o traumie i o stracie. To prawda, tyle, że zostało to tak napisane, że mnie zupełnie nie rusza. Może ktoś mi zarzuci brak wrażliwości, trudno.

Jeden z recenzentów, którego cenię, napisał, że to proza gęsta, chwilami fizycznie męcząca, co oczywiście nie miało być zarzutem. Męcząca? Z tym się zgadzam, tyle że z nudów. Gęsta? Chyba czytaliśmy inne książki.

Popularne posty