Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty

Alia Trabucco Zerán "Do czysta"

"Do czysta" (Czarne 2025; przełożył Tomasz Pindel) chilijskiej

pisarki Alii Trabucco Zerán to kolejna powieść z Ameryki Łacińskiej, którą przeczytałam. Nowy boom na literaturę latynoamerykańską trwa, a ja z przyjemnością mu się poddaję, bo Ameryka Łacińska żywo mnie interesuje. Autorka należy do młodego pokolenia pisarek i pisarzy (rocznik 1983), mieszka w Santiago, studiowała w Stanach i w Londynie. "Do czysta" to jej druga powieść, jak wynika z brytyjskiej Wikipedii, bo w nocie biograficznej zamieszczonej na stronie wydawnictwa nie zostało to jasno powiedziane.

To kolejna bardzo dobra książka latynoamerykańska, jaką ostatnio przeczytałam. Książka, która sporo mówi o chilijskim społeczeństwie, a tego właśnie najchętniej szukam w literaturze obcej, a już szczególnie z miejsc odległych. Ma też oczywiście wymiar uniwersalny.

Narratorką jest czterdziestoletnia Estela Garcia, która przybywa do Santiago z jakiejś wyspy leżącej na południu Chile w poszukiwaniu pracy. Zostaje gosposią, a potem niańką dziewczynki, która ma się wkrótce urodzić. Pracuje w zamożnym domu w dobrej dzielnicy Santiago, gdzie bogate wille, jak to w Ameryce Łacińskiej bywa, otoczone są płotem zwieńczonym zwojem drutu pod napięciem. Ma tam swój niewielki pokoik przy kuchni. O pracodawcach mówi najczęściej - pani i pan, o ich córce - dziewczynka. Ona jest prawniczką w jakiejś firmie, on lekarzem w szpitalu. 

Estela opowiada historię swojej siedmioletniej (mogłam się odrobinę pomylić) pracy u państwa, znajdując się w jakimś miejscu odosobnienia. Ktoś jej być może słucha, a przynajmniej ona jest o tym przekonana. Gdzie jest, możemy się tylko domyślać. Zaraz na początku dowiadujemy się, że dziewczynka nie żyje. Jej opowieść ma wyjaśnić, jak doszło do jej śmierci. Czy ona była odpowiedzialna? Nie dopilnowała czegoś? A może ją zabiła? Dlaczego? W każdym razie miejsce odosobnienia, w którym się znajduje, oraz jej opowieść skierowana do kogoś, komu ma? chce? wyjaśnić, jak do tej śmierci doszło, mogą sugerować, że to ona jest winna. Przynajmniej ja tak to odbierałam. Jak jest naprawdę, dowiadujemy się na końcu. Muszę przyznać, że zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, ale świetnie wpisywało się w całość opowieści. 

Estela jest kobietą refleksyjną, zastanawia się nad sobą, nad światem, panią, panem i dziewczynką. Wielokrotnie używając jakichś trudniejszych słów czy sformułowań, prowokuje słuchających. Domyśla się, że dziwią się temu, że zna takie wyrazy. Noszą w sobie obraz służącej, która jest nikim - prostą, niewykształconą kobietą. Ona dziwi się ich zdziwieniu.

Wróćmy jednak do mojego głosu - gosposia powinna używać innego słownictwa, prawda? Powinna mówić pośpiesznie, niezdarnie, połykać głoski i wypowiadać je niewyraźnie. Głos inny, wyróżniający się na tle pozostałych. Żeby można taką od razu zidentyfikować, bez wkładania fartucha.

Podobnie myśleli o niej pani i pan. Chociaż była świadkiem ich życia, sprzątała po nich, oglądała ich brudną bieliznę i pościel, zajmowała się ich córką, była dla nich przeźroczysta. Dostrzegali ją, kiedy coś źle zrobiła albo kiedy wydawali jej polecenia. Czasem poprawność polityczna kazała im zaprosić ją do stołu, pocieszyć, kiedy zmarła jej matka. Żyli w jednym domu, ale prowadzili równoległe życia.

Obraz świata, jaki wyłania się z tej powieści, jest przerażający z kilku powodów.

Pierwszy to życie Esteli. Przyjechała do stolicy, aby zarobić pieniądze, pomóc matce, rozbudować i ulepszyć ich skromny domek. Była przyzwyczajona do swobody i życia blisko natury, rozpoznawała ptaki, rośliny, to wszystko było dla niej ważne. Trafiła do wielkiego, szarego miasta, żyła zamknięta w klatce domu i ogrodu swoich państwa. Wychodziła tylko do pobliskiego supermarketu na zakupy. Miała popracować rok, może trochę dłużej, została na siedem lat zmuszona okolicznościami i przyzwyczajeniem. Wielokrotnie podkreśla monotonię swojej pracy, poczucie, że żyje prowizorycznie, a nie naprawdę, swój wygląd wskazujący na więcej niż czterdzieści lat.

Twarz sześćdziesięcioletniej kobiety, kobiety liczącej sobie sto dwadzieścia milionów lat. Obwisła skóra na szyi, pierwsze siwe włosy na skroni, zmarszczki tu czy tam, opuchlizna wokół oczu ze zmęczenia. Twarz jednak, nie dajcie się nabrać, nigdy nie mówi prawdy. Twarz udaje, kłamie, ukrywa. Toteż ślady na niej są śladami najczęstszych kłamstw, grzecznościowych uśmiechów, niezliczonych godzin kiepskiego snu.

Stała się kimś, kim nie była naprawdę.

... patrzyłam na tę obcą kobietę, która zmiatała podłogę, wyrzucała spleśniałe wiśnie, myła kubeł po śmieciach, myła szyby, wyciągała włosy z odpływu wanny. Zaprawiałam się tak, jak zaprawiają się sportowcy, żeby znosić ból, jak zaprawiani jesteście wy i ja, kiedy uczy się nas wzajemnej pogardy. I sama ćwicząc, ćwiczyłam także ją. (...) Tę kobietę, która umiała stać się nieodzowna. Nauczyła się pleść warkocz małej. Nauczyła się stosować do wskazań lekarza. Nie mówić "buzia", tylko "usta". Nie mówić "przyszedli", tylko "przyszli". Odkładać noże do przegródki z nożami. Łyżki do tej z łyżkami. A słowa trzymać w gardle, skąd nigdy nie powinny wychodzić.

Z czasem coraz bardziej wtapia się w tło, znika, staje się niewidoczna, milczy, a państwu to nie przeszkadza, dopóki praca jest wykonana - warkocz małej zapleciony, łyżki odłożone do łyżek, widelce do widelców.

Trwałam w niemocie dzień po dniu i odeszła mi ochota na gadanie. Bo i z kim? Po co, skoro nie było już Yany, nie było mojej mamy? A w międzyczasie rutyna, ciągle i tak samo: wyrzucić cudze śmieci, odkurzać cudze dywany, polerować cudze lustra, prać cudze ubrania.

Ratunkiem może być powrót na południe. Życie na swoich warunkach. Ale czy jej się to uda? Czy będzie jej łatwiej? Doświadczenie jej matki, która tak samo jak ona, musiała kiedyś harować u jakichś państwa, i kuzynki pracującej ciężko w przetwórni ryb, pokazuje, że nie będzie to pewnie możliwe. 

Przerażający jest też obraz rodziny, u której pracuje Estela. Co z tego, że mają pieniądze, stać ich na dom w dobrej dzielnicy, na gosposię. Żeby otoczyć się tym luksusem, harują od rana do nocy. Żyją w strachu przed światem pełnym przemocy, od której starają się oddzielić, przed upływem czasu i nieuchronną starością. Córkę tresują, a nie wychowują. Ma dorosnąć do ich oczekiwań, świetnie się rozwijać, uczyć, pójść do prywatnej szkoły, potem na studia. Po co? Żeby żyć tak jak oni. Ten dom jest przeraźliwie zimny, nie ma w nim ciepła, bliskości, miłości. Oni też żyją udawanym życiem, w ciągłym napięciu. Nie są sobą, nie mogą ani na chwilę opuścić gardy, udają szczęśliwych ludzi, szczęśliwe małżeństwo, szczęśliwą rodzinę i szczęśliwe życie.

Świat Esteli i jej państwa jest w gruncie rzeczy podobny. Wszyscy muszą harować, aby utrzymać się na powierzchni. Ale jest też między nimi zasadnicza różnica - ona nigdy za swoją harówkę nie dostanie takich pieniędzy, aby godnie żyć. Jej matka musiała ją zostawić na wsi z krewnymi, a sama pracowała w mieście u swoich państwa. Oni za swoją harówkę zarabiają dobre pieniądze, ich stać na nianię dla dziecka. I pewnie mają wybór - mogliby trochę zwolnić i też utrzymaliby się na powierzchni. Ale nie chcą, bo muszą mieć więcej, więcej i więcej.

A gdzieś na obrzeżach ich idealnego świata toczy się życie. Wybucha gniew takich jak Estela - wykluczonych, niezauważanych, przeźroczystych. Ten gniew miga na ekranie telewizora, na który Estela zerka ukradkiem, pracując w kuchni. Jak to się skończy?

Kolejna bardzo dobra powieść z Ameryki Łacińskiej, która nie daje o sobie zapomnieć.

Mario Vargas Llosa "Zielony Dom"

Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył

Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie w tym wyborze znakomity tłumacz Tomasz Pindel, który w jednym z podcastów zaliczył tę powieść do kilku najważniejszych i jego ulubionych w twórczości peruwiańskiego noblisty. Tu krótka dygresja - niezwykle mnie ucieszyło, że wśród tych kilku znalazł się także "Lituma w Andach", który zrobił na mnie spore wrażenie. Zawsze to miłe, jeśli literackie wybory zostaną potwierdzone przez znawcę. Być może jeszcze długo "Zielony Dom" leżałby sobie na wirtualnym regale bibliotecznej aplikacji, gdyby nie śmierć pisarza. Przeczytanie powieści, której jeszcze nie znałam, to najlepszy sposób, żeby oddać hołd jednemu z moich ulubionych autorów. 

Od razu zaznaczę, że "Zielony Dom" nie jest lekturą łatwą. Należy do tych książek Llosy, w których pisarz gmatwa wątki, a narracja jest nieoczywista. Są tu rozdziały pisane po bożemu, a są takie, w których na jednej stronie akcja bez ostrzeżenia skacze od wydarzeń dziejących się na oczach czytających do tych z przeszłości bohaterów. Jakby wspominali to, co miało miejsce onegdaj. Dodatkową trudnością jest zupełny brak chronologii. Nie od razu jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy co się wydarzyło i co łączy poszczególne wątki, które wydają się być od siebie dość odległe. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, co było wcześniej, a co później i co łączy bohaterki i bohaterów. Aż w końcu składamy sobie całą historię. Nie jest też łatwo określić czas akcji, bo nie ma tu wielu odniesień do historii Peru. Udało mi się ustalić, że niektóre wydarzenia działy się w latach czterdziestych zeszłego wieku. Inne wcześniej, a inne później, bo akcja toczy się na przestrzeni może trzydziestu, a może czterdziestu lat. I to jest trudne do ustalenia. 

Kto czytał "Rozmowę w Katedrze", Powieść przez duże P, ten wie, o czym piszę. Moim zdaniem warto jednak podjąć trud, oswoić się z takim sposobem opowiadania, bo książka jest tego warta. Tym bardziej, że po jakimś czasie da się jednak odkryć jakiś porządek w tym szaleństwie. Powieść składa się z czterech części i epilogu poprzedzonych czymś w rodzaju prologu, każda część to kilka rozdziałów, a w każdym z nich przewijają się poszczególne wątki wydzielone w osobnych akapitach. Właściwie przy ponownej lekturze można by "Zielony Dom" czytać inaczej - śledząc poszczególne wątki.

Tym razem akcja powieści toczy się w Piurze, mieście na północy Peru położonym wśród pustynnych piasków, w którym kilka lat swojego dziecięcego życia spędził pisarz, ale także w peruwiańskiej części Amazonii, na rozlewiskach jej dopływów, w małej zagubionej wśród dziewiczej selwy osadzie Santa Maria de Nieva zamieszkanej przez białych i ludność rdzenną, na zagubionych w głuszy wysepkach, gdzie ukrywają się nielegalni handlarze kauczuku, w osadach rdzennych mieszkańców. To teren dziewiczy, w którym łatwo się ukryć, aby prowadzić swoje ciemne interesy. Żeby się po nim poruszać, trzeba bardzo dobrze znać rzekę i jej dopływy, wiedzieć, kiedy można po niej pływać. Dlatego tak ważni są piloci, których wojsko czy policja i wszyscy pływający po Amazonii muszą zatrudniać w roli przewodników. Takim pilotem jest Nieves, mężczyzna o mieszanym pochodzeniu, jeden z bohaterów powieści. 

Mario Vargas Llosa znakomicie oddaje atmosferę tych miejsc. Trudy życia w zagubionych osadach czy obozach, kaprysy przyrody, niebezpieczeństwa, konflikty między białymi, a rdzenną ludnością, prymitywne warunki życia. Ci, którzy się w Amazonii urodzili, kochają ją i zawsze za nią tęsknią, biali, którzy nie z własnego wyboru muszą mieszkać w niewielkich miejscowościach takich jak Santa Maria de Nieva, gdzie dostać można się tylko rzeką, często nienawidzą tego miejsca i marzą tylko o tym, aby z niego uciec.

Te dwa światy wyznaczają dwa zasadnicze wątki tej powieści. Jeden związany jest z Piurą, gdzie przed laty nagle pojawił się tajemniczy mężczyzna, Anselmo, który na skraju miasta wybudował dom, ten tytułowy Zielony Dom, dla mężczyzn miejsce cielesnych uciech, rozrywki, a dla innych, a zwłaszcza dla miejscowego księdza, zgorszenia i grzechu. Nie wiadomo, co z tamtych wydarzeń sprzed lat jest prawdą, a co mitem. Ta historia opowiadana jest inaczej, trochę jak legenda. Niektórym wydaje się, że pamiętają tamte zdarzenia z czasów, kiedy byli dziećmi, sam Anselmo, prawie niewidomy, nieszczęśliwy grajek występujący w trzyosobowym zespole w innym Zielonym Domu, wszystkiemu zaprzecza, nie chce opowiadać. Dlaczego? Pewnie dlatego, że stało się tam coś jednoznacznie złego, a jednocześnie coś tragicznego. 

Wątek amazoński to poszukiwanie ukrywającego się na jednej z wysepek przestępcy, nielegalnego handlarza kauczuku i skór, który psuje interesy innym. Dlaczego tym innym handlować wolno, a jemu nie, nie jest jasne. Czy to kwestia koncesji, którą oni mają, a on nie, czy może odpowiedniego umocowania wśród ludzi władzy, którzy też czerpią z tego korzyści? W każdym razie miarka się przebrała i z Santa Maria de Nieva wyrusza ekspedycja żandarmerii i wojska, aby złapać przestępcę. Dlaczego pilot Nieves wykręca się chorobą i nie chce ich prowadzić, polecając innego? Kiedy o tym czytamy, już doskonale wiemy, czego się obawia. Oba wątki spaja postać sierżanta Litumy, który pojawia się też w innych powieściach pisarza, przede wszystkim we wspomnianej już przeze mnie - "Lituma w Andach". 

Tu dygresja. Czy historia Litumy w tych kilku książkach składa się w całość i wszystko z jego życiorysu do siebie pasuje? Trudno mi jednoznacznie orzec. "Zielony Dom" powstał w roku 1966, a "Lituma w Andach" w 1993. Pisząc pierwszą z nich, Mario Vargas Llosa na pewno nie miał pojęcia, że kiedyś wykorzysta tego samego bohatera. Aż by się chciało teraz sięgnąć jeszcze raz po tamtą powieść, aby to sprawdzić! I po "Rozmowę w Katedrze", bo i tam, wydaje mi się, pojawiają się bohaterowie innych książek Llosy.

Co mnie tak zafascynowało w "Zielonym Domu"? Oprócz niesamowitego klimatu Amazonii, ale również zmieniającej się przez lata Piury, także poruszane tematy. Wspomniany już handel kauczukiem, konflikty między białymi, a rdzennymi mieszkańcami Peru, zróżnicowanie społeczeństwa, w którym oprócz potomków hiszpańskich najeźdźców i ludności rdzennej są także Metysi. Oczywiście nie muszę wspominać, że ci pierwsi mają się za lepszych. Z tym wiąże się kolejny problem - białe zakonnice za przyzwoleniem władz odbierają rdzennym mieszkańcom dziewczynki, dzikuski, jak je nazywają, aby je chrystianizować i cywilizować. Jesteśmy świadkami tego, w jak bezwzględny sposób się to odbywa. No i przede wszystkim wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów, bardzo niejednoznaczne, w których zło miesza się ze szlachetnością i dobrem. Często są to postacie tragiczne. Nawet najbardziej bezwzględny ze wszystkich, ten poszukiwany handlarz, Fushia, w końcu budzi litość. No i wreszcie sama historia, którą musimy sobie składać z przemieszanych strzępów, dzięki czemu trzyma w napięciu, jest po prostu bardzo ciekawa.

Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Mario Vargasa Llosy bardzo polecam. Przede mną jeszcze kilka jego powieści. Kilka tych, których jeszcze nie znam, i dwie czytane bardzo dawno, "Pantaleon i wizytantki" oraz "Ciotka Julia i skryba".

Ewa Mańkowska "Hanna i Dorota"

Na książkę Ewy Mańkowskiej "Hanna i Dorota" (EMG 2024)

ostrzyłam sobie zęby, odkąd wysłuchałam kilku rozmów z autorką. To jej pierwsza książka, a zrodzona została z odkrycia rodzinnej przeszłości i z gniewu. Zanim przejdę do książki i do rozwikłania zagadki z poprzedniego zdania, kilka słów o Ewie Mańkowskiej. Jest malarką i redaktorką w wydawnictwie EMG oraz współorganizatorką dwóch wrocławskich festiwali - Międzynarodowego Festiwalu Kryminału i Bruno Schulz. Festiwal.

Zacznę od łyżki, a może nawet łychy, dziegciu - czytanie tej książki dla wielu osób może być swoistą drogą przez mękę, są pewnie i tacy, którzy będą zmuszeni przerwać lekturę. I nie, nie chodzi o treść, nie chodzi też o wojnę, która odgrywa niebagatelną rolę w tej historii, chodzi o coś tak prozaicznego jak ... druk. Otóż nie przypominam sobie, abym spotkała się z tak małą czcionką! Osoby starsze czy słabiej widzące, a nawet takie jak ja, które do czytania używają okularów, będą miały problem. Muszę przyznać, że bardzo mnie to zbulwersowało - no bo pamięta się już o osobach na wózkach, poruszajacych się o kulach, widać powszechne starania, aby robić wszystko, żeby miasto było dla nich dostępne, a nikt nie myśli o tym, aby książka była dostępna dla każdego. Jestem przekonana, że są tacy, którzy nie będą w stanie przeczytać "Hanny i Doroty". Domyślam się, że chodzi o koszty - książka jest gruba (400 stron bez bibliografii), więc wydrukowana przyzwoitą czcionką byłaby jeszcze grubsza, a więc droższa. No ale dlaczego nie ma ebooka?! To też nie rozwiązałoby problemu do końca, nie wszyscy lubią czytniki, ale na pewno poszerzyłoby krąg odbiorców, byłoby alternatywą. Piszę o tym, bo ta kwestia wydaje mi się zupełnie niedostrzegana. 

No a teraz czas przejść do książki, która okazała się tak ciekawa, że mimo objętości i tej nieszczęsnej czcionki przeczytałam ją w tydzień. Kim są kobiety, których imiona pojawiają się w tytule? Pierwsza, Hanna, jest na pewno szerzej znana - to malarka Hanna Rudzka-Cybisowa. O drugiej, Dorocie, nie słyszałam nigdy wcześniej - to też malarka Dorota Seydenman, z domu Berlinerblau, polska Żydówka pochodząca z bardzo bogatej rodziny przemysłowców. Nic zresztą dziwnego, że nie miałam o jej istnieniu pojęcia, skoro Ewa Mańkowska, która jest jej krewną, też niewiele o niej wiedziała. Pojawiała się we wspomnieniach jej ojca, którego ciotką była, tak jak i inne kobiety-malarki z tej rodziny. I to z gniewu i zdziwienia, że została zapomniana i niemal całkowicie wymazana z historii sztuki i ze wspomnień nawet tych, z którymi była blisko, wzięła się ta książka. 

Autorka nazywa ją biografią dwóch przyjaciółek, Hanny Rudzkiej-Cybisowej i Doroty Seydenman, ale tak naprawdę jest to opowieść o całej grupie kapistów i o ludziach, którzy jakoś byli z nimi powiązani, między innymi o rozległej rodzinie Doroty. Tu koniecznie muszę wyjaśnić, kim byli kapiści, bo i ja, chociaż uwielbiam odwiedzać galerie malarstwa, jeszcze jakiś czas temu niewielkie miałam o nich pojęcie - znałam ten termin, wiedziałam, że to jacyś malarze, ale nic poza tym. Książka, chyba przez przypadek, bo pracę nad nią wydłużyła pandemia, wstrzeliła się w stulecie kapistów. Z tej okazji w moim mieście otwarto niewielką wystawę ich obrazów, a w Warszawie drugą. Niestety o tej ostatniej dowiedziałam się zbyt późno, aby na nią pojechać. Otóż była to grupa młodych studentów krakowskiej ASP, którzy zaczęli studia na tej uczelni w latach dwudziestych zeszłego wieku, różnej narodowości i o różnym statusie społecznym i majątkowym. Byli wśród nich Żydzi, jeden Ukrainiec, Polak urodzony w Petersburgu, który dzieciństwo spędził w Gruzji, Niemiec, który wybrał sobie polskość, no i oczywiście Polacy. Większość biedna, nieliczni zamożni, jeden arystokrata, ale bez pieniędzy. Oczywiście głównie mężczyźni i trzy kobiety. Wszyscy trafili do pracowni przybyłego z Paryża Józefa Pankiewicza, który stał się na pewien czas ich guru. Zafascynował ich kolor, który stał się w ich malarstwie najważniejszy. To pod wpływem Pankiewicza postanowili na jakiś czas wyjechać do Paryża, aby tam zetknąć się ze światową sztuką. Aby zrealizować ten zamiar, zaczęli zbierać pieniądze, które pozwoliłyby się im utrzymać przez jakiś czas we Francji. Kwestowali, urządzali bale, dopięli swego. Zostali w Paryżu przez dziesięć lat, oczywiście nie wszyscy, czasem z przerwami. Skąd nazwa kapiści? Od skrótu kp, czyli komitetu paryskiego, który zawiązali, aby zorganizować wyjazd. Dziś najbardziej rozpoznawalnymi z tej grupy są przede wszystkim Józef Czapski, potem Hanna Rudzka-Cybisowa i Jan Cybis. Autorka upomina się nie tylko o pamięć o swojej krewnej, ale także o Zygmunta Waliszewskiego czy Seweryna Boraczoka. Wiele ich obrazów, czasem większość, unicestwiła wojna. I ten problem został w książce bardzo mocno podkreślony. Niby się o tym wie, ale jednak fragmenty opowiadające o mechanizmie strat były jednymi z mocniejszych.

Zniknęły tysiące dzieł innych artystów niebędących bohaterami tej opowieści. Niektórym wydaje się, że artysta żyje dłużej niż inni, bo zostają jego prace. To piękne i idealistyczne stwierdzenie. Obrazy zostają albo nie. Wojny, pożary, szabrownicy, wilgoć piwnic czy dziurawe dachy niechroniące już strychów przed deszczem, który kapie na porzucone płótna, fatalne zbiegi okoliczności - wszystko to powoduje, że także dzieła sztuki mogą przepaść bezpowrotnie.

"Hanna i Dorota" to taki rodzaj książki, która pochłania całkowicie, sprawia, że się nią żyje, że się przenosi w świat jej bohaterów, a prawdziwe życie staje się tylko, niepotrzebnym, przerywnikiem. Co najbardziej zwróciło moją uwagę? Fascynująca jest opowieść o paryskim życiu kapistów, którzy musieli się mierzyć z różnymi przeciwnościami losu, z brakiem pieniędzy, z artystycznymi porażkami, a jednocześnie uwielbiali to miasto, jego artystyczną atmosferę, twórczy ferment, no i prowadzili bujne życie towarzyskie. To czas trudny, ale z drugiej strony beztroski i wspaniały. Cybisowie po powrocie do kraju wracali jeszcze do Paryża, bo tak tęsknili za jego artystyczną atmosferą. Ponieważ wiadomo, jak potoczyła się historia, tym bardziej czytając tę książkę, miałam poczucie jakiejś chwilowości, czasu darowanego, szczególnie w wypadku Doroty Seydenman, której koniec będzie tragiczny. 

Niezwykle ciekawe jest odkrywanie przez autorkę jej osoby. Są okresy w jej życiu, o których niewiele wiadomo, kopalnią wiadomości okazała się odkryta w archiwach korespondencja przyjaciółek, Hanny i Doroty. Autorka przywraca pamięć o swojej krewnej, oddaje jej sprawiedliwość, podkreśla jej bezinteresowne zasługi dla całej grupy kapistów. Ponieważ wywodziła się z bogatej rodziny, często pomagała im finansowo albo wprost, albo szukając kupców na ich obrazy. Z pamięci historii sztuki jej zasługi zostały wymazane niemal zupełnie. To Józef Czapski w swoich pismach przypisuje sobie wyłączną pomoc przyjaciołom, którą zawdzięczali nie tyle jego pieniądzom, bo ich nie miał, ale towarzyskim koneksjom. To prawda, ale nie był jedyny, a o tym, co robiła Dorota, nie wspomina. 

Ani słowa o Dosi w rozchwytywanej książce Józia  zatytułowanej "Patrząc", nasyconej wspomnieniami o kapistach, Paryżu i przyjaciołach, ilustrowanej reprodukcjami ich obrazów. Dosia została wymieniona jedynie w przypisie wyliczającym uczniów Pankiewicza, którzy wyjechali do Francji.  

Nie wspominali o niej także niemal wszyscy pozostali z tej grupy. Autorka nie przypisuje im złej woli, raczej składa wszystko na karb traumatycznych wojennych przeżyć, które spowodowały chęć odcięcia się od wspomnień, nierozgrzebywania ran. 

Chociaż sporo wiem o antysemityzmie w międzywojennej Polsce, to przykłady, które przytacza w książce Ewa Mańkowska  wstrząsnęły mną. Nigdy nie zrozumiem takiej bezinteresownej nienawiści skierowanej do osób innej narodowości czy wyznania. 

W "ABC - Nowiny Codzienne" Maria Rutkowska, marząca o Warszawie bez Żydów, zauważała na Mokotowie "gniazda luksusowych domów żydowskich". Wyliczała żydowskich właścicieli nieruchomości w tej dzielnicy, nie mogąc uwierzyć, że ktoś taki mógł żyć w dobrobycie. Ta sama felietonistka w kolejnym artykule snuła wizje wysiedlenia mieszkańców Nalewek i stworzenia nowych dzielnic, do których Żydzi będą mieć zakaz wstępu.

Niezwykłą osobą jawi się w tej książce Hanna Rudzka-Cybisowa, która długo pozostawała w cieniu męża, a przecież była równie oddana sztuce jak on. Niezależna, silna, borykająca się z trudnościami losu, a w czasie wojny chociaż ledwo wiązała koniec z końcem, pomagała wielu ludziom, no i swojej przyjaciółce Dorocie. A czas wojny to swoista kronika zapowiedzianej śmierci. Od początku przecież wiemy, że Dorota nie przeżyje. Rozdział poświęcony temu okresowi jest bardzo przygnębiający. Szamotanie się, ukrywanie, ucieczki, zmiany adresów, bieda, a w końcu śmierć najprawdopodobniej poprzedzona torturami. A przecież nie dotyczy to tylko Doroty.

Ewa Mańkowska doprowadza opowieść właściwie do końca wojny. Potem w dwóch krótkich rozdziałach zajmuje się pamięcią, a właściwie niepamięcią, i zwięźle relacjonuje powojenne losy najważniejszych bohaterek i bohaterów swojej opowieści.

Brakuje mi w "Hannie i Dorocie" indeksu osób, czasem można się pogubić w tym, kto jest kim, zwłaszcza wśród licznych krewnych Doroty, i może, chociaż mniej, kalendarium. Za to chwała autorce za liczne zdjęcia i kilka reprodukcji obrazów namalowanych przez kapistów. 

Bardzo ciekawa książka, skłaniająca do refleksji, a poza tym olbrzymie źródło wiedzy. Nie tylko dla osób interesujących się malarstwem.

Patrick Radden Keefe "Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego"

Do książki Patricka Raddena Keefe'a "Imperium bólu. Baronowie

przemysłu farmaceutycznego" (Czarne 2023; przełożył Jan Dzierzgowski) przymierzałam się od dłuższego czasu. Po pierwsze dlatego, że temat mnie interesuje, a po drugie ze względu na autora, który napisał znakomity reportaż o irlandzkich Kłopotach - "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej". No i wreszcie sięgnęłam po nią, tym chętniej, ponieważ zauważyłam, że ostatnio czytam tylko beletrystykę i biografie, a reportaż i inne formy poszły gdzieś w kąt.

Książka  Patricka Raddena Keefe'a opowiada historię imperium rodziny Sacklerów, którzy w znacznej mierze odpowiadają za epidemię uzależnienia od opioidów w Stanach Zjednoczonych. Jak wspomniałam, o sprawie słyszałam, od dawna polowałam na inny reportaż na ten temat - "Dreamland. Opiatowa epidemia w USA" Sama Quinonesa. Zbieg okoliczności sprawił, że kiedy czytałam "Imperium bólu", udało mi się upolować wspomnianą wyżej książkę po niezwykle atrakcyjnej cenie, więc wkrótce i po nią sięgnę. Widziałam też bardzo dobry film dokumentalny "Całe to piękno i krew". Jego bohaterką jest znana fotografka i aktywistka Nan Goldin, która po wypadku uzależniła się od leku opioidowego produkowanego przez firmę farmaceutyczną Sacklerów, a kiedy udało jej się uzależnienie pokonać, razem z innymi aktywistami doprowadziła do tego, że muzea, uniwersytety i inne tego typu miejsca zaczęły odcinać się od Sacklerów, którzy hojnie łożyli na te instytucje, i przestawały brać od nich pieniądze. Jej historia pojawia się w jednym z rozdziałów książki Patricka Raddena Keefe'a.

Jeśli miałabym krótko, ale celnie napisać, o czym jest "Imperium bólu", to byłyby to niewyobrażalna chciwość i takiż cynizm oraz powiązania wielkiego biznesu z politykami. Po trupach do celu, czyli ogromnych pieniędzy. W wypadku Sacklerów owo po trupach należy traktować dosłownie, gdyż śmiertelnych ofiar opioidów jest w Stanach więcej niż ofiar wypadków drogowych. Trudno podchodzić do tej książki na chłodno, kiedy czyta się o rozmaitych machinacjach stosowanych przez rodzinę wspomaganą przez armię suto opłacanych prawników, a celem były pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze, jakby ich mieli mało. Kiedy wziąć pod uwagę rozmaite polityczne powiązania i wpływy, z których korzystali, na myśl przychodzą jeszcze takie określenia jak ośmiornica czy mafia.

Patrick Radden Keefe zajmuje się w swojej książce jedną odsłoną opioidowego kryzysu, czyli imperium rodziny Sacklerów, ale chociaż graczy na tym rynku jest więcej, to udowadnia, że to od nich wszystko się zaczęło i oni mają największy udział w tej epidemii. Aby opowiedzieć, jak do tego doszło, zaczyna od początku, czyli od młodości trzech braci, Arthura, Raymonda i Mortimera, którzy przyszli na świat na początku dwudziestego wieku w rodzinie żydowskich imigrantów z Europy. Pierwsza część książki stanowi rodzaj prologu do dwóch kolejnych. To opowieść o najstarszym, Arthurze, którego od czasów szkolnych cechowała niezwykła obrotność i biznesowa smykałka. Zarabiał już jako uczeń, a kiedy studiował, były to już całkiem niezłe pieniądze. Stworzył coś, co z czasem kontynuowali jego bracia, dla których był bardziej ojcem. To po pierwsze model biznesowy oparty na sieci powiązanych ze sobą firm, które z jednej strony grają na siebie, a z drugiej zależności między nimi i między nimi, a właścicielem są trudne do odkrycia. Tak powstała agencja reklamowa, która wspierała raczkujący biznes farmaceutyczny Arthura. Po drugie cel, czyli wielkie pieniądze zarabiane bez oglądania się na uczciwość i etykę. Po trzecie chęć, aby przetrwało nazwisko Sacklerów, które nie miało być kojarzone z biznesem, a już na pewno nie z prowadzonym w nieuczciwy sposób, ale z filantropią. To Arthur dorobił się wielkich pieniędzy najpierw na agencji reklamowej, a potem na valium, leku uspokajającym, który masowo zażywały amerykańskie panie domu. Jedno wspierało drugie. O tamtym problemie Rolling Stonesi napisali nawet wpadającą w ucho piosenkę Mother's Little Helper, którą bez trudu można znaleźć w sieci i którą być może czytelniczko i czytelniku tej notki znacie, ale nie wiecie, że to o tym. Tak było ze mną, przecież nigdy nie wsłuchiwałam się w słowa. W końcu to Arthur zaczął łożyć duże pieniądze na wspomniane już instytucje, stawiając rozmaite warunki i wymagając, aby za każdym razem nazwisko Sacklerów było upamiętnione. Taką drogę powielili, a nawet ją udoskonalili, jego bracia, a potem ich dzieci, wprowadzając na rynek najpierw jeden lek opioidowy, a potem kolejny. Cynizm polegał na tym, że chociaż od początku doskonale wiedzieli, że ich lek przeciwbólowy uzależnia, ukrywali to. Właśnie o to chodziło, aby pacjent, który raz zacznie łykać ten lek, musiał robić to zawsze, zwiększając dawki. Tu ważne zastrzeżenie - te leki powinny być zapisywane tylko pacjentom cierpiącym na poważne bóle pod ścisłą kontrolą lekarza i przez jakiś czas, chyba że dotyczy to pacjentów terminalnych. Tymczasem firma Sacklerów zrobiła wszystko, aby były zapisywane masowo, także z błahych przyczyn, i niemal bez żadnej kontroli. Kiedy sprawa zaczęła się sypać, ich prawnicy udowodniali, że to nie wina leku, ale ludzi, którzy go zażywają.

Aby dotknąć i zrozumieć całą ohydę i grozę tego procederu, całą sieć sprytnych sztuczek, powiązań i nacisków, także politycznych, trzeba przeczytać "Imperium bólu". I chociaż na koniec po długoletniej walce uczciwych dziennikarzy, prokuratorów i sędziów nazwisko Sacklerów okryło się hańbą i stało się toksyczne, to ani nie stracili swoich ogromnych pieniędzy, ani nikt nie poszedł za kratki. Za każdym razem dochodziło do ugody, która była zgniłym kompromisem.

Ale książkę Patricka Raddena Keefe'a można traktować znacznie szerzej niż tylko jako opowieść o imperium Sacklerów, którzy za nic mają uczciwość i prawo. To opowieść o chorobie, jaka drąży współczesny kapitalizm. O niejasnym przenikaniu się państwowego i politycznego z prywatnym, o nieuczciwym lobbingu, o nachalnym marketingu, który udaje informację, o unikaniu płacenia podatków, o wybielaniu zbrukanego wizerunku firmy działalnością charytatywną, o wpływach, o bezkarności, o coraz większym rozwarstwieniu społecznym, a wreszcie o pieniądzach, pieniądzach, pieniądzach, o zysku, zysku, zysku bez oglądania się na koszty. Przecież dziś podobnie działają i podobnie są bezkarni choćby właściciele rozmaitych firm w branży IT, ale przecież nie tylko.  Nazwy i nazwiska każdy może sobie dośpiewać. A nieszczęście polega na tym, że naprawdę trudno się bez tego, co nam oferują, obejść. 

Bardzo ciekawa i bardzo przygnębiająca lektura.

Andrea Abreu "Ośli brzuch"

"Ośli brzuch" Andrei Abreu (ArtRage 2022; przełożyła Agata

Ostrowska) to ostatnia z moich podróżniczych lektur czytana głównie w samolocie, dokończona już w domu. Słyszałam o tym debiucie hiszpańskiej pisarki pochodzącej z Wysp Kanaryjskich, ale jakoś nie miałam na nią ochoty, bo jej bohaterkami są dwie przyjaciółki, nastolatki. Z zasady niechętnie sięgam po lektury, których głównymi bohaterkami czy bohaterami są dzieci czy nastolatki, co nie znaczy nigdy. Ot choćby całkiem niedawno pisałam tu o "Strużkach" Marii Halber, "Pływaku" Zsuzy Bánk, a kiedyś o "Kronice w kamieniu" Ismaila Kadare czy "Nocy szpilek" Santiago Roncagliolo. To pierwsze z brzegu tytuły, które przychodzą mi do głowy, a na pewno jest ich więcej. Dopiero, jak to często bywa, wspomnienie o tej książce w jakimś podcaście zachęciło mnie, aby ją przeczytać. Teraz posypuję głowę popiołem, bo powieść okazała się z gatunku tych nie tylko świetnie napisanych, ale i poruszających.

Akcja rozgrywa się w roku 2005 (podaję za notą wydawcy, w powieści nie ma żadnych wskazówek dotyczących dokładnego czasu zdarzeń, chyba, że coś przeoczyłam) na jednej z Wysp Kanaryjskich, a bohaterkami i bohaterami są mieszkańcy miasteczka, a właściwie jednej jego dzielnicy położonej na zboczu wulkanu. Gdzieś w dole toczy się inne życie, jest turystyczny raj, a my poznajemy jego brzydsze oblicze, o jakim zwykle nie myślimy, spędzając w takich miejscach leniwy urlop pod przysłowiową palmą, nad basenem, trzymając w ręce drink ozdobiony parasolką. Akcja rozpoczyna się, kiedy kończy się rok szkolny i toczy się w czasie letnich wakacji. Wspominam o tym, bo dwie główne bohaterki tej powieści - Isora i jej przyjaciółka, zarazem narratorka, zwana przez nią Shit - spędzają wolny czas, nie wychylając nosa poza swoją dzielnicę. Jeśli chcą plażować, idą nad kanał, gdzie bardziej udają, że to robią. Na plażę ktoś musiałby je zawieźć, bo to daleko, a dorośli albo nie dysponują samochodem, albo nie mają do tego głowy, bo pracują. Gdzie? Często na południu wyspy, obsługując turystów lub na budowach, prawdopodobnie, nowych hoteli czy apartamentów dla przyjezdnych. Tak właśnie zarabiają rodzice narratorki, mama oprócz sprzątania w hotelu dodatkowo dorabia na miejscu, pucując wynajmowane turystom domy wakacyjne. Wyruszają do pracy rano, wracają wieczorem, a ich córka zostaje pod opieką babci i wujka. Zakupy robią najczęściej na kredyt w miejscowym sklepie prowadzonym przez babcię Isory. Może ich sytuacja finansowa byłaby lepsza, gdyby nie długi babci, z którymi zostawił ją mąż, odchodząc w siną dal, z Niemką. Nawet pogoda jest  w tej dzielnicy inna - kiedy na dole świeci słońce, tu góry najczęściej zakrywają je chmury, zwane przez miejscowych oślim brzuchem, spowijające szczyt wulkanu.

Pomyślałam sobie, że smutek mieszkańców naszej dzielnicy to chmury, chmury przyklejone do karku, do najwyższego odcinka kręgosłupa, w porze emisji telenoweli.

Te dwa światy, turystów z klasy średniej, których stać na wakacje na Kanarach, i mieszkańców wyspy żyjących z dnia na dzień pochłoniętych przyziemną egzystencją, są szczelnie od siebie oddzielone. Nic o sobie nie wiedzą, za to sobą pogardzają. A przecież pewnie dotykają ich podobne problemy. Tu symboliczna wydaje mi się scena, kiedy narratorka zagaduje do obcej dziewczynki mieszkającej w jednym z tych wakacyjnych domów wynajmowanych przez turystów, które sprząta jej mama. Obie czują się samotne, a jednak będzie to tylko jednorazowe spotkanie i wcale nie z winy tej obcej dziewczynki. To narratorka okaże jej swoją wyższość jako miejscowa.

Problemy codziennego życia są bardzo istotnym tłem powieści, ale oczywiście głównym tematem jest relacja narratorki i jej przyjaciółki. To Isora jest tą silniejszą w tym duecie. To ona wymyśla zabawy, to ona kształtuje poglądy Shit, narzuca sposób myślenia. To w nią z uwielbieniem i bezkrytycznie, do czasu, wpatrzona jest narratorka. 

Zastanawiałam się, skąd ona wie tyle różnych rzeczy, o których ja nie mam pojęcia, i robiło mi się smutno, bo myślałam sobie, że nie mam swojego własnego smutku, że mój smutek to jej smutek, tyle że w moim ciele, imitacja smutku, duplikat, podróbka smutku, taka właśnie byłam, bo nie miałam powodów, żeby się smucić, ale je sobie wymyślałam.

A Isora jest bezczelna, nie owija w bawełnę, mówi, co myśli, krytycznie i bezkompromisowo ocenia ludzi, niczego się nie boi. Gotowa jest na każde szaleństwo, każdą awanturę i każdą złośliwość wyrządzoną komuś, kto jej zalazł za skórę. Wychowują ją babcia, której nie lubi, żeby nie powiedzieć - nienawidzi, a przynajmniej tak to deklaruje, i ciotka. Matka nie żyje, a kim był ojciec, nie wie. Tu mogę się mylić, bo jakoś tego nie zapamiętałam, w każdym razie nie było go w jej życiu. Spędzają czas letnich wakacji razem, włócząc się po dzielnicy, bo zabobonnie boją się wyjść poza jej granice. Ale oprócz swobody i organizowanych sobie samym, a najczęściej przez Isorę, przyjemności mają też obowiązki. Szczególnie ta ostatnia musi pomagać babci w sklepie. 

Bohaterki są w takim wieku, kiedy z jednej strony bawią się lalkami albo w jakieś dziecięce zabawy, z drugiej powoli zaczyna budzić się w nich seksualność. Tu też przoduje Isora, ale pewnego popołudnia zdarzy się coś, co sprawi, że narratorka stanie się o nią zazdrosna. Czy jest to zazdrość tylko o przyjaciółkę, czy o dziewczynę? Być może jej stosunek do niej nie jest niewinny, być może z jej strony rodzi się coś więcej niż przyjaźń, coś, czego narratorka nie do końca sobie uświadamia. Trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo może to jednak tylko głęboka dziewczyńska przyjaźń. 

Tym właśnie byłam, nieopierzonym, zapchlonym pisklęciem, ptakiem o zmęczonym sercu i z rozdziawionym dzióbkiem, otwartym w oczekiwaniu na Isorę, na jej słowa, na jej włosy o końcówkach pachnących opiekanym chlebem, na to czarne zgniłe coś pod jej paznokciami, obciętymi tak krótko, że przypominały morze ledwie obmywające podnóże klifu podczas odpływu. 

Tym trudniejsze to wszystko, że jednocześnie ma do niej żal, traci zaufanie. Nie mogę oczywiście zdradzać tego, co doprowadza do kryzysu w ich relacji, a co ostatecznie stanie się na pewno punktem przełomowym w życiu narratorki. Tym bardziej, że zaraz zdarzy się coś jeszcze, co ją naznaczy na życie. Takich przeżyć się nie zapomina, odbijają się w nas na zawsze i są kresem dziecięcej iluzji, że życie jest wspaniałe. Inna sprawa, czy bohaterki dorastając w świecie, gdzie nierówności nie sposób nie zauważyć, wierzyły kiedykolwiek w taką bajkę.

Bardzo ciekawa powieść. Jej dodatkową zaletą jest też język i migawkowe, ale celne i interesujące portrety mieszkanek i mieszkańców dzielnicy, których poznajemy dzięki narratorce. Zdecydowanie polecam.

Gabriel Krauze "Tu byli, tak stali"

Kiedy ponad dwa lata temu ukazała się powieść Gabriela Krauzego

"Tu byli, tak stali" (Czarne 2022; przełożył Tomasz S. Gałązka), bardzo dużo się o niej mówiło, miała znakomite recenzje, a wcześniej zdążyła już trafić na długą listę tytułów nominowanych do Bookera. Ponieważ wiedziałam, że to lektura specyficzna, a jej temat niezbyt  mnie interesuje, zastanawiałam się, czy ją kupić. Ostatecznie nie zrobiłam tego. Teraz jednak zmieniłam zdanie, a to dlatego, że autor miał być gościem tegorocznej edycji Festiwalu Conrada, którego hasłem była autentyczność. Udało mi się skończyć książkę przed spotkaniem. A samo spotkanie było bardzo interesujące - przybrało niekonwencjonalną formę, bo autor razem z prowadzącym usiedli wśród publiczności. Gabriel Krauze mówi ze swadą, bardzo dużo i dobitnie, słucha się go wspaniale, ma w sobie niezwykłą charyzmę. Trwało całe półtorej godziny i skończyło się tylko dlatego, że w kolejce czekało następne. Dlaczego o tym piszę? Bo dla mnie stało się dopełnieniem książki, w której autor obficie czerpie ze swojej historii.

O czym jest ta powieść? To historia chłopaka o ksywce Snoopiacz, synu polskich imigrantów, który studiuje literaturę na uniwersytecie, jest bardzo inteligentny, oczytany, i jednocześnie zajmuje się dilerką, kradzieżami, napadami. Wspina się w hierarchii młodzieżowego gangu z jednego z blokowisk. Narrator opowiada o kilkunastu latach takiego życia, które nie jest niewinne i  niesie za sobą konsekwencje - prędzej czy później trafia się do więzienia, a na ulicy też czyha niebezpieczeństwo. Można nadepnąć na odcisk komuś z innego gangu, z innej dzielnicy, możesz się narazić, bo wyrosłeś za wysoko. Kiedy po latach Snoopiacz wraca na blokowisko South Kilburn, nie spotyka dawnych ziomków. Niektórzy siedzą w więzieniu, niektórzy nie żyją, inni ustatkowali się, założyli rodziny. Zmienia się też miejsce - wielkie bloczyska o wdzięcznych nazwach Austen House, Dickens House, Bronte House są burzone. Na ich miejscu pojawią się nowe apartamentowce, dzielnica się gentryfikuje. Czy problem takich chłopaków jak on zniknie? Nie, przeniesie się do innych dzielnic.

Bo skąd się bierze? Wiadomo - z rozwarstwienia społecznego, z braku perspektyw, że kiedyś będzie można choćby zbliżyć się do takich ludzi jak ci, którzy mieszkają w tych eleganckich domach w pięknych dzielnicach, na rękach noszą drogie zegarki, na palcach pierścionki z brylantami. Te młode, najczęściej o niebiałym kolorze skóry, ziomki z blokowisk też chcą mieć pieniądze, a dilerka, napady i kradzieże wydają się im najłatwiejszym i najszybszym sposobem ich zdobycia. Nie mają wyrzutów sumienia. Racjonalizują sobie napady - jeśli ktoś jest tak bogaty, to kupi sobie nowy drogi zegarek i stać go będzie na wizyty u psychoterapeuty, który pomoże mu się uporać z traumą po napadzie. Do tego dochodzi adrenalina, która uzależnia, szacunek wśród ziomali i poczucie wspólnoty. O tym, jak to się najczęściej kończy, nie myślą. To świat jak z Darwina - silniejszy wygrywa, owce nie mogą mieć pretensji do wilków, tak to jest urządzone.

Ale ten typ, co go dziś obrobiliśmy? On by nie powiedział że jesteśmy źli. Tak samo my nie uważamy że on jest zły. Bo i czemu? Po prostu jedne wilki są silniejsze, inne słabsze. Co tam pisał o wilkach Nietzsche? Coś że to niedorzeczne - tak właśnie było to ujęte: że to niedorzeczne - żeby owce mówiły że wilki są złe, skoro te idą tylko za instynktem. Złe jest tylko jedno, bezsilność.

Ale przypadek Snoopiacza nie jest typowy. Co prawda też mieszkał w blokowisku, ale pochodził z dobrej rodziny. Jego ojciec to rysownik Andrzej Krauze, matka jest malarką, mieszkający w Polsce wuj Antoni znanym reżyserem (tym od "Czarnego czwartku" i "Smoleńska"), brat uczył się gry na skrzypcach. Dlaczego ktoś z takiego domu, ktoś wychowany na literaturze i marzący o pisaniu trafia w takie środowisko, wybiera taką drogę? Przecież jego bratu się to nie przytrafiło. Trudne relacje z matką? Bunt i upodobanie do życia niekonwencjonalnego, na krawędzi? ... wcale nie chcę mieć w życiu prosto i łatwo. (...) Chcę żyć na pełnej k..ie, na rubieżach istnienia. Fakt, że kiedy miał kilkanaście lat, został napadnięty na blokowisku i nie potrafił się obronić? O tym wszystkim opowiada Snoopiacz. A potem już leci - coraz większy szacunek wśród ziomali, poczucie, że jest się kimś, wspólnota. Rzadko bywa w domu, woli mieszkać kątem u kolesi. A jednocześnie studiuje i bardzo mu na studiach zależy. Nie chce zawalać terminów egzaminów, oddawania prac, które pisze w pokoju, w którym inni jarają i dzielą towar na porcje. W plecaku nosi książki i kominiarkę, w kieszeni nóż, na zębach złote nakładki będące w tym środowisku oznaką statusu. 

Obłęd że trybię ten świat przypału i odj..anych akcji kiedy jednocześnie znam świat chodzenia na uniwerek i pocenia się nad pracą na trzy tysiące słów o "Narodzinach tragedii", ale też ten świat który kręci się wokół pobudki rano, chodzenia do roboty, wyjazdów na wczasy, kupowania tego, tamtego i siamtego, odhaczania tego punktu, tu krzyżyk, tam krzyżyk i tu też krzyżyk. A ludzie ze świata uniwerka i ze świata odhaczania nie znają tego świata w którym jestem właśnie teraz. 

Za zdobyte pieniądze kupuje mnóstwo butów, markową kurtkę. Jest jedynym białym w tym towarzystwie. Zdaje sobie sprawę, że jemu jest łatwiej, że kiedy dojdzie do rozprawy, sędzia spojrzy przychylniejszym okiem na białego, studiującego chłopaka. Pokaja się i grzecznie poprosi, aby nie odbierano mu szansy na studia. Dostanie niższy wyrok. Takie myślenie nie dotyczy tylko sędziego. Przestępstwo kojarzy się białemu, uprzywilejowanemu społeczeństwu z innym kolorem skóry. 

Taki niby grzeczny rasizm. Jak tylko słyszą kogoś agresywnego i słyszą gadkę z ulicy to od razu zakładają że to czarny chłopak. Od kiedy bywam na ulicy cały czas k...wa słyszę takie wrzuty od białych że na bank jestem mieszaniec, na pewno półkrwi czarny, nawet pały pytają kto z rodziców jest z Jamajki.

Bardzo ciekawa jest tu, pojawiająca się mimochodem, perspektywa rodziców. Czy można uchronić syna przed takim życiem? Co zrobić? Jak reagować? Jaki wpływ ma się na swoje dziecko? Czy odpowiadamy za jego życiowe wybory? Lepiej wgryzać się w jego życie czy wiedzieć jak najmniej, skoro i tak nic nie można z tym zrobić? Do tego dochodzi strach, że coś mu się stanie, że zginie, że trafi do więzienia. No i o siebie, bo rodzina może oberwać rykoszetem w porachunkach ziomali. Snoopiacz wie, że istnieje takie niebezpieczeństwo, dlatego chroni rodziców i brata - nikomu nie zdradza, gdzie mieszkają. Rodzice reagują różnie. Matka miota się, irytuje, denerwuje, wszczyna awantury, jawnie potępia, ale i tak nie jest w stanie nic zrobić. Ojciec martwi się o niego i mówi mu o swoim strachu, ale nie prawi kazań, obdarza bezwarunkową miłością. Podobną bezradność znalazłam w książce Andy Rottenberg "Proszę bardzo", kiedy pisała o swoim synu uzależnionym od narkotyków. Jest w Snoopiaczu jakiś żal za dawnym życiem, za dawnym sobą. Budzi się w nieoczekiwanych momentach - na przykład kiedy omija go coroczny, kultywowany z ojcem, rytuał malowania jajek na Wielkanoc. Bo zapomniał, bo przyszedł za późno. 

Jestem przy stole, trzymam jedno z nienaruszonych jajek - zielone, w moim ulubionym kolorze - pocieram je delikatnie dłońmi i sam nie wiem co to takiego ale mam wrażenie że gdzieś tam na mieście zagubiłem jakąś część siebie.

Książka jest językowym majstersztykiem znakomicie przełożonym przez Tomasza S. Gałązkę. Łączy w sobie język ulicy i język wzniosły. Inaczej opowiada Snoopiacz o swoich ziomkach, o swoim gangsterskim życiu, a inaczej o rodzinie, o  uniwersytecie i w momentach, kiedy snuje refleksje. To wszystko mieści się w jednym człowieku.

Powieść daje wgląd w środowisko obce, w świat nieznany, z jakim wolałabym się nie zetknąć, a jednak taki świat istnieje i trudno na to zamykać oczy. 

... obok przejeżdżają samochody wiozące zwykłych ludzi prowadzących zwykłe życia nieświadomych faktu, że my tu zaraz odmienimy rytm czyjegoś istnienia.

Takie refleksje snuje narrator tuż przed kolejnym napadem. Snoopiacz budzi mieszane uczucia, trudno pochwalać to, co robi, a jednocześnie czułam do niego sympatię. Może dlatego, że ostatecznie wybrał inne życie, chociaż tamtego się nie wyparł, wie, że na zawsze zostanie jego częścią. 

Nie jest to łatwa i przyjemna lektura. Trzeba wejść w ten język i w ten świat. Był moment, kiedy wydawało mi się, że już nic więcej, poza tym, co przeczytałam, nie będzie, że autor się powtarza, ale szybko okazało się, że nie są to tylko luźne historie, jakieś niepowiązane ze sobą obrazki. Powieść pokazuje drogę, jaką przebył Snoopiacz, jest refleksją nad nieoczywistym losem i życiem.

Jacek Dehnel "Łabędzie"

Już nie pamiętam, co mnie skłoniło, aby sięgnąć po najnowszą

książkę Jacka Dehnela "Łabędzie" (Wydawnictwo Literackie 2023). Nie śledzę jakoś specjalnie jego twórczości - dawno temu przeczytałam "Lalę" i po początkowym zachwycie gawędziarskim stylem, samą historią babci i rodziny przyszło znużenie. Za dużo, za dużo, za dużo. Tamto wrażenie jakoś trwa ze mną do dziś. Ale, ale jest oczywiście jeden wyjątek - zostałam fanką profesorowej Szczupaczyńskiej i po przeczytaniu wszystkich książek z serii niecierpliwie czekam na następną. No ale ten kryminalny cykl osadzony w dawnym Krakowie ma dwóch autorów, Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Wiosną udało mi się przez przypadek zobaczyć w Muzeum Sopotu (przez przypadek, bo nie miałam pojęcia o takim muzeum, po prostu przechodziłam obok) wystawę zdjęć z kolekcji pisarza z jego długimi podpisami. I same fotografie, i znajdujące się pod nimi refleksje były dla mnie na tyle interesujące, że wróciłam tam, bo po pierwsze nie zdążyłam obejrzeć wszystkiego przed zamknięciem, a po drugie trudno jednak było przeczytać to wszystko na raz. Dlaczego wobec tego skusiłam się na "Łabędzie", tym bardziej, że to rzecz dwutomowa, sporych rozmiarów? Po wysłuchaniu jakichś związanych z promocją rozmów z autorem coś mnie jednak skusiło.

I historia się powtórzyła - początkowo byłam zachwycona, łapczywie połykałam, nie mogłam się oderwać, ale z czasem przyszło znużenie, a szczególnie w trakcie lektury tomu drugiego. Ożywiałam się od czasu do czasu, ale znowu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor zarzuca czytelniczki i czytelników faktami, dygresjami, refleksjami, to wszystko pączkuje, mnożą się wątki, bohaterowie, trudno spamiętać, kto jest kim, do tego masa przypisów, w których pojawiają się kolejne informacje, uzupełnienia. W końcu wymiękłam i przypisy sobie darowałam, ale nie opuszczało mnie wrażenie, że coś mi ważnego może umknąć. Autor wykonał gargantuiczną pracę - przeprowadził wiele rozmów z  powinowatymi swojej babci ze strony ojca, przekopał się przez tysiące stron w archiwach IPN-u, do tego rozmowy z fachowcami, jakieś dodatkowe lektury. Zresztą research jest jego mocną stroną, co kryminałom z profesorową Szczupaczyńską dodaje wartości - to nie jest tylko rozrywka. Tym razem byłoby jednak lepiej, gdyby autor jakoś okiełznał materiał, którym się zainteresował. Jak sam w słowie odautorskim przyznaje, plan był inny - zamierzał napisać raczej lekką, gawędziarską w tonie opowieść rodzinną o powinowatych swojej babci, ludziach zamożnych, którym do pewnego momentu nawet w PRL-u udawało się żyć prawie tak, jakby nic się nie zmieniło. Kiedy jednak sięgnął do akt, nie mógł poprzestać tylko na w miarę zabawnej, skrzącej się od anegdot historii.

Czas najwyższy zdradzić, o czym naprawdę jest ta opowieść. Otóż chodzi o wielką aferę z czasów PRL-u, która wybuchła w latach siedemdziesiątych, a jak dowodzi Jacek Dehnel, na jej odpryski można było natknąć się jeszcze niedawno, a pewnie i dziś coś by się znalazło. Chodzi o przemyt za granicę na ogromną skalę dewiz, złota i antyków. Jak wielka to była skala, pokazuje cytat:

Według zestawień z listopada 1973 i kwietnia 1974 zarekwirowano majątek na sumę ponad pięćdziesięciu milionów, co stanowiło prawie dziesięć procent wszystkich dochodów państwa w ustawie budżetowej na rok 1974. 

A przecież nie udało się zarekwirować wszystkiego, choćby dlatego, że niektórzy zamieszani w ten proceder wcześniej uciekli z kraju i zamieszkali w Wiedniu. Aferę ówczesna prasa ochrzciła mianem afery złotogłowych, rozpisywano się o niej szeroko, stanowiła oręże propagandy mające zohydzić zwyczajnym zjadaczom chleba wszelkiej maści prywaciarzy, bogaczy, waluciarzy, dawnych burżujów, jednym słowem nierobów żyjących jak pączki w maśle. Dlatego w propagandowym przekazie nacisk kładziono przede wszystkim na nielegalne wywożenie z kraju zabytkowych przedmiotów, co było ułamkiem działalności zamieszanych w sprawę osób. Ich główna działalność to handel i przemycanie za granicę dewiz i złota, a to wszystko dzięki brazylijskim dyplomatom. No ale handel dewizami w czasach PRL-u to zjawisko powszechne, więc trudno by było jechać propagandowo na tym koniu.

Złotogłowi byli (...) z jednej strony wykwintnymi znawcami sztuki, z drugiej pazernymi chamami, którym zależy tylko na ograbieniu ojczyzny z resztek dziedzictwa narodowego; z jednej fumiastą arystokracją przywodzącą na myśl Francję Ludwika XVI (wynajmowanie całej sali kinowej, żeby nie siedzieć z plebsem), z drugiej - prymitywnymi kryminalistami; z jednej geniuszami zbrodni, z drugiej - bandą idiotów.

Byli w tej historii - choć niekoniecznie na ławie oskarżonych - prawdziwi i wymyśleni szkodnicy: i waluciarze, i dyplomaci, i prywatna inicjatywa, i emigracja, i wykwintni esteci, i arystokraci,  i Żydzi, i ksiądz, i zepsuty urzędnik państwowy, i groźni gangsterzy, i femmes fatales.

W artykułach jednak nieustannie podkreślano rozziew między zwykłymi obywatelami a tą zgrają  Carringtonów. (...) Wszystko oparte na kontraście: uczciwi, pracujący, biedni kontra nieuczciwi, niepracujący bogaci.

Taki ich obraz przedstawiała prasa, telewizja i radio. Ja o tej sprawie nie miałam pojęcia, pewnie jak większość czytelniczek i czytelników, nic o niej wcześniej nie czytałam, chociaż autor w przypisach powołuje się też na artykuły z lat dwutysięcznych, które przypominają tę peerelowską aferę. 

Dlaczego Jacek Dehnel zajął się sprawą? Bo główny oskarżony, Witold Mętlewicz, był powinowatym jego babci. Jedna z jej sióstr wyszła za mąż za jego brata Tomasza, tego który odpowiednio wcześniej wyjechał razem z rodziną do Wiednia i uniknął odpowiedzialności. Pierwszy tom "Łabędzi" to obszerna historia dwóch rodzin, Bobolich (to panieńskie nazwisko babci autora) i Mętlewiczów, których losy splotły się w czasie wojny w zamożnej warszawskiej kamienicy, oraz rozmowy z dziećmi Tomasza i córką Witolda, z których wyłania się obraz afery widziany ich oczyma. Oczywiście tyle punktów widzenia, ile wypowiadających się osób. A poza tym obraz życia ludzi, którzy dzięki resztkom przedwojennego majątku, zaradności i sprytowi żyli w czasach PRL-u na takiej stopie, jakby niewiele się zmieniło. W dużych mieszkaniach albo willach, otoczeni pięknymi przedmiotami, mieli służbę, pieniądze, tylko wydawać niespecjalnie było na co. 

Chociaż książka Jacka Dehnela jest bardzo przegadana i okiełznanie tego żywiołu wyszłoby jej tylko na dobre, to przecież jest w niej sporo interesujących wątków. To wspomniany wyżej przykład działalności peerelowskiej propagandy czy obraz życia nielicznych bogatych, którzy z jednej strony budzili zawiść, ale z drugiej tęsknotę za estetycznym i życiowym ładem.

... dobrze znam to westchnięcie "jakby nie można było". I nie było to wcale westchnięcie milionerskie, ale znacznie powszechniejsze. "Jakby nie można było podać w czystej szklance" - mówiło się w kawiarni. (...) "Jakby nie można było tego naprawić". (...) Były w tym rozczarowanie i znużenie brzydotą, bylejakością, marnotrawstwem, ciągła niezgoda - po kilkudziesięciu latach - na codzienny tumiwisizm, na przaśność, na kiepściznę.

Cóż, bylejakość, brzydota i kiepścizna, w mniejszym oczywiście stopniu, zostały z nami do dziś. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. 

Równie interesujący jest obraz całego tego przestępczego światka, trochę półjawnego, trochę konspirującego w obawie przed wpadką, ich metod działania, kontaktowania się, zdobywania i upłynniania towaru. 

Autor poświęca też dużo miejsca sprawom niewygodnym - bogaceniu się na nieszczęściu Żydów w czasie wojny. Wiele tych antyków, cennych przedmiotów to własność ofiar Zagłady. Często w nieuczciwy sposób, dzięki kolaboracji z hitlerowcami dostały się w polskie ręce. Albo przechodziły w ręce niemieckie, a polski rzeczoznawca, a nawet żydowski antykwariusz służyli pomocą. Ten ostatni żerując na krzywdzie swoich współbraci, ratował siebie. O paradoksie, po wojnie tym, że żyje, poświadczał niewinność zbrodniarza.

Bardzo ciekawa jest historia powstania i rozkwitu manufaktury porcelany w Miśni za czasów saskich. Na wyjaśnianie, dlaczego się pojawia i to jako cały osobny wątek w pierwszym tomie, nie ma tu oczywiście miejsca. W każdym razie, czytając te fragmenty, miałam drugi raz w ostatnim czasie refleksję, że świat lubujący się w takim przepychu i bogactwie (dostępnym oczywiście nielicznym, podczas gdy większość ledwo przędła) już wtedy zmierzał do katastrofy. Ten pierwszy raz to, skądinąd bardzo dobry, francuski film "Bulion i inne namiętności". Już wtedy kwitł nadmierny, a nawet ekstremalny, konsumpcjonizm. Czymże innym było produkowanie porcelanowych zastaw składających się z ponad setki elementów, z czego niektóre wcale nie służyły do tego, aby podawać na nich jedzenie. Czymże innym było takie gotowanie, takie uczty (to w filmie). 

Równie ciekawa jest opowieść o tym, co stało się z zarekwirowanym przestępcom złotem, walutami, antykami i nieruchomościami. To dużo mówi o PRL-u. Spora część z tego została rozprowadzona, zniknęła, znalazła się w prywatnych rękach wysoko postawionych person komunistycznego reżimu, w tym Gierka i Jaroszewicza.

Akta kontrolne niby szczegółowo roztrząsają losy poszczególnych obiektów, a potem wszystko się urywa, zostają tylko drobne ślady. Nic się nie nadaje. Wille nie nadają się na przedszkole, mercedes Młynarczyka nie nadaje się do eksploatacji przez MSW (...) Rzeczy 'nienadających się" nikt potem nie szuka.

No i wreszcie interesujące są refleksje o niemożności ustalenia prawdy. Nie chodzi tylko o to, że po latach każdy inaczej pamięta, każdy inaczej opowiada o tej historii. Chodzi też o to, co jest w dokumentach. Jak są przez kolejne pióra zmieniane - tu się  usunie jedno słowo, tu doda inne i tak wątpliwość zmieni się w pewność. Do tego dochodzą bardzo liczne rozbieżności w pisowni nazwisk, tytułów obrazów, pojęć. I tak już u źródeł wszystko się gdzieś rozjeżdża. Chyba najbardziej tracą na tym osoby przypadkowo powiązane z tą aferą.

W aktach, narastających stopniowo, przez miesiące lata, dekady, obserwuję taśmociąg pewności. To, co w pierwszym dokumencie jest plotką czy przypuszczeniem, w drugim jest danymi godnymi zbadania, w trzecim - rzeczą sprawdzoną, a w artykule prasowym, który potem dociera do masowego czytelnika, faktem znajdującym potwierdzenie w dokumentach archiwalnych. Tymczasem w sekwencji papierzysk widzę, że nikt tego nijak nie potwierdzał, nie sprawdzał; jeden za drugim wyłącznie przepisywał, zmieniając tylko ton na coraz bardziej pewny siebie.

W tych miejscach non-fiction zmienia się w fiction. To już nie ludzie, tylko bohaterowie prozy. Przychodzą spomiędzy słów i między słowami przepadają, niepewni własnego istnienia, niepewni krzywd i win. 

I tak mogłabym jeszcze długo wskazywać na jakieś interesujące wątki, anegdoty, historie, refleksje. Tyle tego jest. Wór bez dna, szkatułka w szkatułce i jeszcze w jednej szkatułce. Autor sam zdaje sobie sprawę z ogromu historii i wątków. W pojawiających się co jakiś czas rozdziałach dotyczących pracy pisarza wspomina, jak z bólem musi się pożegnać z wieloma epizodycznymi postaciami, z wieloma smakowitymi historiami, które co i rusz wyskakują z dokumentów albo z czyjejś opowieści. Cóż, rozumiem ten żal, ale dla książki byłoby lepiej, gdyby przyciął jeszcze trochę.

Laura Restrepo "Delirio"

Nie pierwszy raz wspominam tutaj o moim zainteresowaniu

Ameryką Łacińską. Oczywiste jest więc, że szukam literatury z tego obszaru świata. Jakiś czas temu wysłuchałam podcastu SWPS o trzech pisarkach kolumbijskich i o tym, jak widzą swój kraj. To Laura Restrepo, Pilar Quintana i Lorens Salazar Masso. Kilka ich książek ukazało się w Polsce, niektóre wiele lat temu! Wypisałam sobie te tytuły, które mnie zainteresowały i będę chciała przeczytać. Na razie sięgnęłam po pierwszą, druga czeka na podorędziu i w najbliższym czasie zamierzam się z nią zmierzyć. A dziś będzie o "Delirio" Laury Restrepo (Amber 2005; przełożyła Ewa Morycińska-Dzius), powieści nagrodzonej jedną z istotnych nagród literackich hiszpańskiego obszaru językowego. Blurba na okładkę napisał sam Jose Saramango. Dodam jeszcze, że Laura Restrepo wśród wymienionych przeze mnie pisarek reprezentuje najstarsze pokolenie, rocznik 1950, uważana jest za jedną z najważniejszych autorek Ameryki Łacińskiej. W Polsce ukazały się cztery jej książki. 

Muszę przyznać, że niełatwo wchodzi się w tę powieść. Przyczyn jest kilka - niewyodrębnione dialogi, narracja zmieniająca się z trzecioosobowej na pierwszoosobową czasem nawet w obrębie tego samego zdania, które, kolejna trudność, bywają długie, a dodatkowo bez przecinków w wielu miejscach i nie przypuszczam, aby było to bałaganiarstwo redakcji czy korekty. Ale największym problemem jest ciągły tekst, niepodzielony na akapity w obrębie kilkustronicowych fragmentów zastępujących rozdziały. A ponieważ czytałam tę powieść w wersji papierowej, a druk był raczej mniejszy niż większy, dochodziła dodatkowa trudność. W takich przypadkach widać wyższość czytnika, niestety książka wydana została w czasach przedebookowych, a wznawiana nie była. Pozornie niezbyt wielka objętość, 214 stron, jest w tym wypadku myląca. Kiedy jednak przyzwyczaiłam się do takiego sposobu pisania, do małej czcionki trudno przywyknąć, nie mogłam się od tej powieści oderwać. 

Jest to historia bogatej rodziny Londoño i kilku powiązanych z nią osób. Takie rodziny nazywa się czasem old money, czyli starymi pieniędzmi. Ta nazwa pada kilka razy w powieści. Chodzi o rodzinę zakorzenioną, taką, która swoje bogactwo i idący za nią autorytet, szacunek, a czasem strach zdobyła dzięki swoim przodkom i rodzinnym koligacjom w odróżnieniu od wszelkiej maści nowobogackich, których majątek jest świeżej daty. To w tej powieści ważne, bo jednym z głównych bohaterów jest przyjaciel Joaco Londoño, od szkolnych czasów,  Midas McAlister, który pochodzi z biednej dzielnicy Bogoty, wychowywał się bez ojca, matka ciężko pracowała, aby go wychować i kształcić, a on do bogactwa i pozycji doszedł samodzielnie, dzięki sprytowi, pracowitości i lewym interesom. Jest właścicielem dużego klubu fitness, ale wielkie pieniądze przynosi mu współpraca z bossem narkotykowego świata, Pablo Escobarem. Dzięki jego kontaktom zarabia też kilku jego bogatych przyjaciół, także Joaco. Chociaż Midas jest ich kompanem, stale czuje się gorszy. Starannie ukrywa swoje pochodzenie.

... wy, państwo Londoño, zawsze czuliście się najlepszymi, chcę powiedzieć, że w swoim apogeum, pańscy i swobodni, w starych sukiennych spodniach, wysokich botach do jazdy na własnych koniach i noszonych z niedbałą elegancją tweedowych marynarkach lub obszernych pulowerach robionych ręcznie z wełny surowej i pachnącej, z owiec, które, podobnie jak konie, też są waszą własnością i Midas na pewno nie ma na myśli tych ciasnych swetrów robionych przez jego własną matkę z motków zielonej i szarej wełny kupowanej w sklepiku z pasmanterią na rogu; trzeba podkreślić, że jedne od drugich dzieli przepaść. (...) jeśli nie urodzisz się z tym nigdy tego nie osiągniesz.

(Interpunkcja w cytatach oryginalna.)

Symbolem, który Midas przywołuje kilka razy, jest sukienka chrzcielna, piękna, droga i, najważniejsze, dziedziczona po przodkach. Jeśli kiedyś miałby dziecko, nawet gdyby kupiłby mu do chrztu najpiękniejszą, najdroższą sukienkę, to nie będzie to ta, w której byli chrzczeni jego ojciec, dziadek, pradziadek. Dlatego ukrywa swoje pochodzenie.

Nieszczęsna moja mama, gdyby wiedziała jakie straszne kalumnie rozpowiadam o niej, tak godnej i tak się poświęcającej, w swojej czarnej sukni, wykrzywionych pantoflach, wiecznie z różańcem w dłoni i z tymi jej wędrówkami od sklepu do sklepu byle tylko znaleźć najtańszą soczewicę i ryż, moja matka pasowała idealnie do dzielnicy, w której wszyscy byli mniej więcej podobni do siebie ...

Ale czy jest czego zazdrościć rodzinie Londoño? Midas, który dzięki przyjaźni z Joaco wiele o nich wie, w gruncie rzeczy nimi pogardza. Patrzy na nich z zewnątrz i dostrzega przemoc fizyczną i psychiczną, hierarchię, patriarchalne stosunki, maczyzm, hipokryzję, nietolerancję dla wszystkiego, co według nich nie jest normą, a przede wszystkim to, że o tym, co niewygodne, się milczy. Taką taktykę stosuje Eugenia Londoño, matka Joaco i jego dwojga rodzeństwa. Problem nie istniej, dopóki nie zostanie nazwany.

... matka podejmuje temat i po chwili wycofuje się krążąc i osładzając zdania z tym jej zadziwiającym darem zatajania prawdy tak dla niej charakterystycznym, w którym Joaco także celuje bo od dzieciństwa to trenował i proste prawdy oblane lukrem dwuznaczności stają się wygodne i cywilizowane do tego stopnia że w pewnej chwili tracą sens, aż powstają wygodne wersje historyczne i kłamstwa wysokie jak góra które ich dwoje zgodnie przetwarza na autentyczne. 

Midas nazywa to Katalog Londoño Podstawowych Fałszywych Informacji.

Jakby nic się nie wydarzyło, prawda, Eugenio?, bo w pani rodzinie, Eugenio, nigdy nic się nie wydarza, chciałby powiedzieć Midas ...

... nie rzucę pani tego w twarz bo ja też umiem grać w tę grę która się nazywa Nie myślę o tym ergo to nie istnieje, albo nie mówi się o tym a zatem to się nie wydarzyło.

Kto nie chce się podporządkować tym regułom, musi odejść. Odchodzi ciotka Sofia, siostra Eugenii, ona też potrafi na nich spojrzeć z boku, odchodzi najmłodszy z rodzeństwa, Robaczek, dręczony przez ojca, bo odstaje od normy męskości, maczyzmu. Zanim odejdzie spróbuje wyjąć z serca matki, Królowej Śniegu, symboliczny lodowy kolec, aby zdjąć z niej czar. Z Baranka, Ofiary, którymi był dotąd, przedzierzgnie się w symbolicznego ojcobójcę, ale nikogo za sobą nie porwie, ojcobójstwo się nie uda, a poniósłszy klęskę i nie chcąc dalej być ofiarą, odchodzi. Eugenia pozostanie Królową Śniegu posłuszną mężowi, a potem najstarszemu synowi, Joaco, który wpisał się w ten odwieczny schemat.

W tej rodzinie jest jeszcze jedna zbuntowana osoba, Agustina, siostra Joaco i Robaczka. To ona jest główną bohaterką tej powieści. To od jej zniknięcia wszystko się zaczyna. Jest żoną Aguilara, starszego od niej, lewicującego profesora literaturoznawstwa, który jakiś czas temu w wyniku strajków stracił pracę na uniwersytecie i zarabia jako akwizytor karmy dla psów. Dla Agustiny porzucił żonę i dzieci. Pewnego razu  kiedy wraca do domu z kilkudniowego służbowego wyjazdu, stwierdza, że zniknęła. Wkrótce zadzwoni jakiś nieznany mu mężczyzna i poprosi go, aby zabrał swoją żonę z jednego z hoteli. Co tam robiła? Z kim była? To jedna z tajemnic tej powieści. Czytelniczki i czytelnicy odkrywają prawdę stopniowo. W taki sam sposób powoli poznają historię rodziny Londoño, Midasa i Aguilara. Z puzzli składających się z fragmentów przedstawiających zdarzenia z punktu widzenia Aguilara, Midasa i Agustiny oraz z tych, które są opowieścią o jej dziadku i babci, rodzicach Eugenii i Sofii, składamy sobie całość.

Wracam do Agustiny. Jej niezgodą na rzeczywistość jest bunt, który prowadzi do szaleństwa. To tytułowe delirio. Można je traktować dosłownie - Agustina prawdopodobnie cierpi na jakąś chorobę psychiczną, którą  pewnie dziedziczy po swoim niemieckim dziadku, ojcu matki. Już jako dziewczynka odprawiała razem z bratem magiczne rytuały, które mogły być zabawą, ale mogły też zwiastować ucieczkę w jej wyimaginowany świat. Ale oczywiście aż prosi się, aby ten stan potraktować jako metaforę niezgody na zakłamaną rzeczywistość jej rodziny, a może nawet szerzej na to, co dzieje się w kraju. Bo tłem dla historii Londoñów i Midasa jest sytuacja społeczna, o tej już wspominałam, i polityczna. A wszystko sprowadza się do przemocy symbolicznej i codziennej - zamachów, porwań, rozbojów. Jeśli ktoś niewiele wie o dramatycznej i tragicznej historii Kolumbii, o wojnie domowej, która trwała w tym kraju przez pięćdziesiąt dwa lata, a zakończyła się zaledwie osiem lat temu, a i wcześniej było burzliwie, zachęcam do sięgnięcia po zbiór reportaży Macieja Wesołowskiego "Cafe Macondo". Ja przeczytałam je niedawno, była to moja, jedna z trzech, lektura podróżna, niestety nie zdążyłam o niej napisać i pewnie to już się nie uda. Kto interesuje się Ameryką Południową, powinien tę książkę poznać.

Ale można też "Delirio" potraktować jako historię wielkiej miłości. Bo takie jest uczucie Aguilara do Agustiny. Już ich pierwsze spotkanie zwiastowało burzliwą przyszłość i czytając o tym, jak przebiegało, pomyślałam sobie - chłopie, powinieneś już wtedy wziąć nogi za pas i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Ale on uległ urokowi tej ekscentrycznej dziewczyny i zakochał się bez pamięci, a potem, mimo jej niełatwego charakteru, mimo trudów życia z osobą chorą, był z nią, a kiedy dochodziła do siebie, co następowało równie nagle jak popadnięcie w to tytułowe delirio, natychmiast zapominał o wszystkich problemach oraz uciążliwościach i znowu był niebotycznie szczęśliwy.

Bardzo ciekawa, interesująco napisana, wielowarstwowa powieść.

Esther Singer Kreitman "Brylanty"

Esther Singer Kreitman to literackie odkrycie, jakie uwielbiam.

Jeszcze mniej więcej rok, a może dwa lata, temu nie miałam pojęcia o jej istnieniu. A trafiłam na nią dzięki jej dwóm sławnym braciom, w których cieniu i za życia była schowana. Jeden z nich, ten najbardziej znany, to noblista Isaac Baszewis Singer, drugi, plasujący się wśród tej trójki na drugim miejscu podium, to Izrael Joszua Singer. A wszystko to dzięki niewielkiemu lubelskiemu wydawnictwu Fame Art, które opublikowało nieobecne dotąd w Polsce trzy powieści noblisty i książki jego rodzeństwa. I tak zaczęła się moja przygoda z twórczością tej utalentowanej trójki. Ponad rok temu pisałam tu o wydanej po raz pierwszy w Polsce "Rudej Kejli" Isaaca Bashevisa Singera, w czytniku czeka powieść jego brata i druga jego siostry, na liście książek, które chcę kupić albo wypożyczyć z biblioteki, są kolejne  tytuły tego utalentowanego rodzeństwa. No a kiedy to przeczytam, bóg raczy wiedzieć. Czytnik pęka w szwach, obie listy życzeń, biblioteczna i ebookowa stale się wydłużają, czasem kupuję też coś w papierze, jednym słowem życia mi pewnie starczy. 

Czas przejść do bohaterki dzisiejszej notki, czyli Esther Singer Kreitman. Wspominałam, że za życia także pozostawała w cieniu swoich znanych i utalentowanych braci. Chociaż jej matka miała wysoką pozycję w domu, wydawało się, że była kobietą postępową, to uważała, że wykształcenie jest dziewczętom niepotrzebne. Esther miała żal do rodziców, że nie pozwolili jej się uczyć, zazdrościła braciom ich wykształcenia i życia. Aby zmienić środowisko wyszła za mąż i wyjechała za mężem do Amsterdamu. Potem mieszkali w Wielkiej Brytanii. Nie było to małżeństwo szczęśliwe, chciała odejść, ale ostatecznie nie zrobiła tego. Napisała tylko trzy książki, dwie powieści i zbiór opowiadań. Jedni dziwili się, że tak mało, inni uważali, że to cud, że w ogóle udało jej się coś napisać. W twórczości Esther Singer Kreitman można odnaleźć wiele śladów jej doświadczeń, ale nie jest to proza autobiograficzna.

Czas przejść do "Brylantów" (Fame Art 2021; przełożyli Monika Polit, Zofia Zięba, Jakub Zygmunt). Akcja powieści toczy się tuż przed pierwszą wojną światową, w jej trakcie, aby finisz znaleźć już po niej. Bohaterkami i bohaterami są amsterdamscy Żydzi, z których większość, tak jak i inni mieszkańcy Amsterdamu, w czasie wojny wyjechała albo została ewakuowana do Londynu. Było to środowisko specyficzne, bo większość z nich to ludzie związani z handlem i obróbką diamentów, stąd tytuł, "Brylanty". To bogaci kupcy, stojący nieco niżej na tej drabinie maklerzy, a wreszcie szlifierze i drobni handlarze znajdujący się na samym dole tej hierarchii. Nic dziwnego, że czytając tę powieść, miałam skojarzenia z "Ziemią obiecaną" Stanisława Władysława Reymonta. (Marzę o ponownej lekturze, czytałam dwa razy) Jest tu ta sama energia, ten sam pęd za pieniędzmi, ten sam wyścig i te same marzenia biedaków, aby dostać się na sam szczyt. Bogactwo i nędza, pogarda i zazdrość, hipokryzja i lewe interesy. Już sama opowieść o tym środowisku i tej społeczności jest niezwykle ciekawa. Ile się można dowiedzieć o handlu brylantami i produkcji diamentów! Chociaż ani mnie nie stać na taką biżuterię, ani nie jest obiektem moich westchnień, to wszystko to wydało mi się bardzo interesujące.

Napisałam o bohaterkach oraz bohaterach i stało się to nie przez przypadek. Po pierwsze głównych jest kilkoro, a po drugie pisarka wspaniale portretuje całą społeczność. Esther Singer Kreitman jest mistrzynią scen zbiorowych. Przygląda się tłumowi najpierw na amsterdamskiej, a potem na londyńskiej ulicy, bywalcom szynków, przekrzykującym się maklerom i kupcom przerzucającym kupki diamentów na amsterdamskiej giełdzie, szlifierzom pracującym u głównego bohatera Gedajasza Bermana, sklepikarzom i ich klientom, krawcom szyjącym żołnierskie mundury w londyńskich szwalniach i prasującym je prasowaczom. Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo.

- Jeszcze damy nauczkę tym przeklętym szwabom! - burczał starszy mężczyzna pod srebrnym wąsem.

Przed jakąś obskurną budowlą stało kilku ludzi palących fajki. Wydmuchiwali kłęby dymu i z zacięciem dyskutowali, co jakiś czas spluwając z przyzwyczajenia w twarde od spracowania dłonie.

- My? Wcale się ich nie boimy! Co to znaczy, że jesteśmy mali i bezbronni?! - wrzasnął blondyn z dziwnym blaskiem w oczach, ciężko plaskając się w udo.

- Jeszcze im pokażemy - wygrażał bezzębny stary Flamand w brązowych aksamitnych spodniach w pasy, po czym opowiadał gniewnie, że nijak sobie nie może znaleźć miejsca. W ostatnich tygodniach jego życie wywróciło się do góry nogami. (...)

- Przeklęte szwaby, zawsze im mało! jeśli myślą, że się ich boimy, to są w wielkim błędzie - dorzucił jeszcze inny z fajczarzy.

To fragment jednej z takich zbiorowych scen. Równie dokładnie i interesująco opisuje autorka miejsca - miasto, wnętrza domów, tych bogatych i tych biednych, giełdy, szynków i wielu innych.

Bardzo interesujący jest portret społeczności żydowskiej w Amsterdamie. To Żydzi, którzy przybyli tu w dużej mierze z Europy Wschodniej, z dawnych terenów Polski. Przyjechali szukać lepszego życia, przyciągnęła ich magia diamentów, na których można było się dorobić. Niektórym się udało, większość na zawsze miała pozostać wyrobnikami, zajmować się drobnym handlem albo szukać jakiegokolwiek zajęcia. Kiedy wybuchła wojna, ci, którzy byli kiedyś obywatelami Cesarstwa Niemieckiego albo Monarchii Austro-Węgierskiej, zostali zmuszeni po do opuszczenia Belgii, co było dla nich tragedią, bo zostawiali w Amsterdamie dorobek swojego życia. 

Oprócz różnic majątkowych i klasowych są też inne. Wielu Żydów, szczególnie tych, którzy się wzbogacili, europeizuje się. To jeszcze nie jest asymilacja, jeszcze chodzą do synagogi, celebrują żydowskie święta, ale już nie żyją tak jak ich rodzice w polskim sztetlu. Inaczej się ubierają, inaczej urządzają mieszkania, inaczej wychowują dzieci, nadają im inne imiona. I właśnie w młodszym pokoleniu najbardziej widać te różnice. Kiedy do Amsterdamu przybywa w odwiedziny ojciec głównego bohatera, pobożny chasyd, wszyscy biorą go za żebraka, tak odcina się ubiorem od innych. A on przecież w podróż wybrał się w najlepszym stroju. Syn, ku jego niezadowoleniu, szybko przebiera go w jeden ze swoich garniturów, a potem sprawia mu kolejne. Starzec najbardziej dziwi się  wnuczce i dwóm wnukom. Nie tak są ubrane i nie tak zachowują się dzieci w sztetlach. Milczy, nie krytykuje, rozczarowanie skrywa głęboko. Kiedy po jego śmierci syn będzie mu chciał sprawić elegancki nagrobek, przeszuka na wszelki wypadek jego rzeczy, aby sprawdzić, czy ojciec nie zostawił ostatniej woli. Kiedy ją znajdzie, przeżyje szok, będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę. To, co przeczyta, zaneguje właściwie wszystko, co osiągnął. Szczególnie jeśli doda do tego to, jak potoczyły się losy jego dzieci.

Proszę Cię o wypełnienie mojej ostatniej woli! Opłakuję dzień, w którym zamieszkałem w twoim domu. W imię Boże, nie wystawiaj mi nagrobka za tak zarobione pieniądze.

Chaim Josef syn Rywki

Nie byłabym sobą, gdybym nie przyjrzała się, jak portretowane są kobiety. Ich los jest najgorszy, stoją najniżej w hierarchii, to często one, szczególnie te z ubogich środowisk, muszą dźwigać ciężar utrzymania domu. I chociaż matka ma w rodzinie wysoki status, chociaż dzieci deklarują przywiązanie do niej, to bywa traktowana przez męża okropnie. Berman swoją żonę, w której kiedyś był bardzo zakochany, nie tylko w myślach nazywa krową, a ona to pokornie znosi. Nawet młode dziewczyny, które chciałyby żyć inaczej, ubierają się jak gojki, są wykształcone, ostatecznie kapitulują i wychodzą za mąż za człowieka, z którym je zeswatano. Często dużo od siebie starszego. Instytucja żydowskiego swata ma się w Amsterdamie doskonale. A za prawdziwą niezależność płaci się biedą i trudami codzienności.

W powieści Esther Singer Kreitman znajdziemy też oczywiście wspaniale sportretowane bohaterki i bohaterów. Szczególnie dotyczy to członków rodziny Bermanów - ojca, bogatego kupca diamentów, człowieka niesympatycznego, apodyktycznego,   pogardliwie traktującego innych, także swoich bliskich, jego żony, płaczliwej Racheli, która niewiele ma w domu do powiedzenia i pokornie znosi swój los, za pociechę mając bogate futra, najstarszego syna, który nie chce żyć jak ojciec, ale nie wie, co ma z sobą zrobić i prowadzi próżniaczą egzystencję, od czasu do czasu postanawia usamodzielnić się, próbując pracować fizycznie, czym przynosi wstyd ojcu, wreszcie córki, która próbę życia po swojemu wśród niebieskich ptaków i rozmaitej maści artystów przypłaci gorzkimi konsekwencjami. Ale nie tylko rodzina Bermanów jest tak wnikliwie sportretowana. Są też inni.

Na koniec muszę dodać, że w wielu aspektach powieść nie straciła na aktualności, a może nawet w ostatnich latach zyskała. Niech przemówi książka.

Zaczęto więc kopać i teraz nasi czarni bracia wydobywają kamienie szlachetne, napychając kabzy bogaczom, a jednocześnie sami przymierają głodem. Tyrają w nieludzkich warunkach, kiedy zaś kończą pracę, rozbiera się ich do naga i poddaje drobiazgowej rewizji. Zagląda im się nawet do uszu, żeby sprawdzić, czy, broń Boże, nie ukryli tam jakiegoś diamentu. Ich obowiązkiem jest pracować na innych, zaharować się na śmierć albo wycieńczyć chorobą, ale nie mają prawa najeść się do syta. I nikomu nie przychodzi do głowy, że to okrutna niesprawiedliwość. Nikt nie martwi się o ubogich białych ludzi, więc kto miałby się wstawić za czarnymi?

I jeszcze taki cytat o wojnie.

Nas, tych obrabowanych, wysyłają na pola walki, żebyśmy za nich toczyli walkę. (...) Czyj to kraj? Na pewno nie nasz. Co my z niego mamy? Wszystko co mamy, to prawo do ciężkiej, wycieńczającej pracy i do głodowania. A jak nie ma roboty, zdychamy. Oni tymczasem spijają śmietankę, swoje dzieci posyłają na uniwersytety. Czemu ci hultaje nie poślą ich na fronty, na rzeź?

Może, na szczęście, szczegóły się zmieniły, ale istota tego, o czym mówią bohaterowie, nadal jest taka sama.

Nadifa Mohamed "Szczęśliwcy"

Po nominowaną do Bookera w roku 2021  powieść "Szczęśliwcy"

Czarne 2023; przełożyła Agata Kozak) somalijsko-brytyjskiej pisarki mieszkającej w Londynie, Nadify Mohamed, sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze lubię czytać książki z nieoczywistych literacko rejonów świata, a po drugie zainteresował mnie temat - rasizm i nierówności społeczne. I nie zawiodłam się.  Przeczytałam jednym tchem, chociaż jest to bardzo smutna lektura, a im bliżej końca, tym smutniejsza.

Akcja powieści, inspirowana prawdziwymi zdarzeniami, rozgrywa się w roku 1952 w walijskim Cardiff w portowej dzielnicy Tiger Bay. Właśnie po śmierci króla Jerzego VI na tron wstępuje jego córka Elżbieta. Pewnego wieczora zostaje zamordowana w swoim sklepie Violet Volacki, Żydówka. Chociaż nic nie wskazuje na to, aby morderstwo miało podtekst antysemicki, piszę o tym, bo jej pochodzenie ma w książce znaczenie. Wielokrotnie przywoływana jest historia ojca Violet, i jej dwóch sióstr, który przybył do Wielkiej Brytanii z Europy Wschodniej. Po kilku dniach o morderstwo zostaje oskarżony dwudziestokilkuletni Mahmood Mattan, Somalijczyk. Więzienie to dla niego nie pierwszyzna, już wcześniej zdarzało mu się tam trafiać za drobne kradzieże, ale morderstwa nie popełnił. Kiedy zostaje aresztowany, jest przekonany, że szybko wszystko się wyjaśni, przecież wie, że nie zamordował Violet Volacki. 

Dlaczego policja wskazuje na niego? Czy jest ofiarą pomyłki? Nie, raczej niedbałego śledztwa i rasowych uprzedzeń. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby dochodzenie prowadzić porządnie. Wiadomo, że mężczyzna, który wieczorem już po zamknięciu sklepu został wpuszczony do środka przez właścicielkę, był czarny, a że Mahmood nie jest wzorowym obywatelem i obciążają go niektórzy świadkowie, po co szukać dalej. Jedni robią to z zemsty, żeby mu dokuczyć, inni zeznają przeciwko niemu zwabieni nagrodą wyznaczoną przez rodzinę. Nieważne, że ich zeznania są sprzeczne, nieważne, że siostra i siostrzenica zamordowanej nie rozpoznały w podejrzanym mężczyzny, którego widziały przez chwilę. Miałam ochotę krzyczeć: Hej, przecież wyraźnie stwierdziły, że to nie on! Dlaczego jesteście głusi na ich słowa! Jak to tak?! 

Proces ma charakter poszlakowy i Mahmood jest przekonany, że zostanie uniewinniony. Początkowo unosi się dumą i chce bronić się sam, potem zgadza się na adwokata, na którego zrzuca się somalijska społeczność z Tiger Bay. Ale nawet on nazywa go w swojej mowie obrończej dzikusem. Czym on jest? W połowie dzieckiem natury? Na wpół ucywilizowanym dzikusem? - powie w mowie obrończej. Chociaż mieszkańcy Afryki nie są już niewolnikami, chociaż nie przywozi się ich do Europy, aby pokazywać ich na wystawach nazywanych ludzkim zoo, to uprzedzenia rasowe trzymają się mocno. Ale być może największym przekroczeniem, na jakie poważył się Mahmood, było małżeństwo z białą dziewczyną, z którą miał troje dzieci. Mógł sobie pływać na statkach, mógł żyć w wilgotnych norach portowej dzielnicy wśród takich jak on, byle tylko jak najmniej rzucać się w oczy białej społeczności, ale nie wolno mu było wiązać się z białą kobietą.

Chociaż nie okazał się wzorowym mężem, chociaż ostatnio nie mieszkali już razem, przynajmniej na jakiś czas, to Laura nie odsunie się od niego. Jeszcze nie wie, że na życiu jej i dzieci oskarżenie Mahmooda o morderstwo białej kobiety położy się długim cieniem. Już wcześniej nie było im łatwo, teraz tym bardziej otacza ich ostracyzm i nienawiść.

Wielką zaletą powieści jest znakomity, pogłębiony portret głównego bohatera. Niespokojnego ducha, ciekawego świata, poszukiwacza nowych wrażeń i przygód. To ta niespokojna natura sprawiła, że opuścił rodzinną miejscowość, matkę i braci. A przecież mógł zostać i pracować w firmie założonej przez ojca. Nie wiodło im się źle, ale jego stale coś gnało przed siebie. Gdyby nie uciekł, jego życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. A potem gdyby nie poważył się na małżeństwo z białą kobietą, gdyby nie irytował tylu ludzi, może wszystko ułożyłoby się dobrze. To prawda, że lubił łatwy zarobek, grał na wyścigach, pieniądze szybko przepuszczał, a kiedy ich nie miał, nie wahał się kraść. Lubił też dobrze wyglądać i był dumnym człowiekiem. Kochał Laurę i troskliwie zajmował się dziećmi. Dzięki temu, że tak dokładnie poznajemy Mahmooda, że możemy być z nim tak blisko, historia rasistowskich uprzedzeń, którą przecież opowiada się nam nie po raz pierwszy, jest wyjątkowa. Trudno go nie polubić, trudno mu nie współczuć, trudno nie krzyczeć z wściekłości. Im bliżej końca, tym ta historia staje się coraz bardziej przejmująca. Śledzenie miesięcy spędzonych przez Mahmooda w więzieniu, opisanych drobiazgowo, śledzenie tego, jak toczy się machina sprawiedliwości, w tym wypadku raczej niesprawiedliwości, jak umiera w nim nadzieja, nie mogło pozostawić mnie obojętną. Było tak, jakbym przebywała w tej celi razem z nim.

Wiele się tu nauczyłem, szejku. Dowiedziałem się, jak bardzo trzeba się bać, aby naprawdę błagać Boga o przebaczenie, z głębi żołądka. Dowiedziałem się, jak samotna może być dusza, gdy odbiera się jej wszelkie rozrywki, wszystko, co miłe, a także rodzinę. Dowiedziałem się, jak małe i kruche jest to życie i jak wszystko na tym świecie (...) jest mirażem, który wyparowuje na naszych oczach.

Przejmująco brzmi też monolog, który w myślach kieruje Mahmood do młodej królowej.

Znam cię, ale ty nie znasz mnie. Widzę cię w gazetach, w kronikach filmowych, rozpoznaję twój głos w radiu, ale ty nic o mnie nie wiesz. Pijesz herbatę, opłakujesz swojego ojca i nie masz pojęcia, kto to jest Mahmood Hussein Mattan (...) Ty żyjesz swoim życiem, ja swoim, nie mamy z sobą nic wspólnego. Ty jesteś bogata, ja biedny, ty biała, ja czarny, ty chrześcijanka, ja muzułmanin, ty Angielka, ja Somalijczyk, ty kochana, ja pogardzany. Los się pomylił, kiedy nas związał, bo przecież nie łączy nas nic (...)

Poruszająca jest bezsilność Mahmooda i Laury, matnia, w której się znaleźli. Mogą się tylko odwoływać od wyroku, ale tak naprawdę na nic nie mają wpływu. Pewnie gdyby Laura pochodziła z innego środowiska, miała pieniądze, za które wynajęłaby znanego adwokata,  ten proces mógłby potoczyć się inaczej. Ale gdyby rzeczywiście wywodziła się z wyższej klasy społecznej, nigdy by się nie spotkali.

Jest to też oskarżenie bezdusznego systemu, który z jednej strony zachowuje pozory, dba o zdrowie skazańca, zrobi wszystko, aby nie skrzywdził się w celi, dopilnuje, aby ostatni posiłek był lepszy niż te codzienne, na ostatnią drogę dostarczy mu wyprasowany garnitur, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, a z drugiej strony bez skrupułów w asyście wielu urzędników wykona wyrok. W tym biurokratycznym systemie nieoczekiwanie dwaj więzienni strażnicy okażą mu zrozumienie i będą traktowali z życzliwością.

Jeszcze jedną zaletą powieści jest odmalowanie portowej dzielnicy Cardiff. Było to miejsce, które lata świetności miało dawno za sobą. Na wpół zrujnowane, pełne zakamarków, wilgotnych domów, spelunek, podejrzanych typów. Wędrując razem z Mahmoodem po ulicach dzielnicy, miałam wrażenie, że tam stale jest ciemno i ponuro. 

Popularne posty