"Dotyk grzechu"

To na pewno nie jest film na święta. Dawno nie widziałam w kinie obrazu tak bardzo przygnębiającego jak "Dotyk grzechu" utytułowanego chińskiego reżysera Jia Zhang-ke. Dla kronikarskiego porządku dodam, że film dostał w Cannes nagrodę za najlepszy scenariusz. Jak czytam w opisie dystrybutora, reżysera zainspirowały autentyczne, tragiczne historie bardzo w Chinach dyskutowane. Mimo że "Dotyk grzechu" jest ponury i brutalny, widzowie, dla których kino to coś więcej niż tylko rozrywka, nie powinni go pominąć, bo to film bardzo dobry i niezwykle ciekawy. Ja traktuję go także jako uzupełnienie moich ostatnich lektur o Chinach, szczególnie reporterskiej książki Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach", o której jakiś czas temu pisałam. Bo film jest namalowanym czarnymi barwami portretem współczesnych, nowych Chin. Tytułowy grzech, zło ma tu różne oblicza i różne źródła. Na ekranie oglądamy cztery historie, ich bohaterowie właściwie się nie spotkają. Co je łączy? Właśnie ów tytułowy grzech. Każdy z bohaterów albo jest sprawcą zła, albo jego ofiarą, czasem jedno i drugie. Dużo w tym filmie krwi i przemocy, ale reżyser nie epatuje nimi dla efektu. Z ponurymi historiami współgra obraz. Miasteczka i miasta są szare i przygnębiająco brzydkie. Wszystko jest zimne i bezosobowe. W takim otoczeniu człowiek to tylko anonimowy pyłek. Trudno o bliższe więzi. Samotność to kolejny temat filmu. Ale poza tą ponurą wizją świata można odnaleźć sporo obyczajowych obserwacji, które są po prostu bardzo ciekawe. Tyle we wstępie. Więcej nie chcę zdradzać, dlatego do przeczytania drugiej części zapraszam tych, którzy "Dotyk grzechu" już widzieli.

Gdzie tkwi źródło zła, tytułowego grzechu? W ludziach czy w świecie, w którym żyją? Nowe Chiny. Korupcja, fabryki, w których pracownik jest tylko trybikiem wykonującym stale te same czynności, jakieś podejrzane miejsca, ni to hotele, ni to sauny, ni to domy publiczne, potworne przybytki rozkoszy. Miejsca, w których człowiek jest nikim. Wykorzystuje się go i poniża, a on musi być w zamian uprzejmy i miły. Kłaniać się grzecznie w pas, uśmiechać, nie komentować, brać wszystko za dobrą monetę, spełniać zachcianki klientów, którzy są przecież drogimi gośćmi. Wszędzie bohaterów otaczają inni ludzie, ale to niczego nie zmienia. Są sami, samotni. Symbolem samotności w tłumie może być na przykład przerażający obraz hoteli robotniczych. Rząd identycznych balkonów, na których suszy się pranie. W środku identyczne pokoiki, w których stłoczono piętrowe łóżka. Mieszkańcy tych hoteli prawie się o siebie obijają, ale mimo to są samotni. W świecie oglądanym na ekranie nie ma  autentycznych, bliskich relacji. Życzliwość, uprzejmość, serdeczność są udawane i wymuszone. Pracownicy jadą na lotnisko witać właściciela kopalni skuszeni workiem mąki, który otrzymają w zamian. Obsługa hoteli czy domów publicznych jest miła dla gości również z obowiązku. Za zawodową uprzejmość i takiż uśmiech dostaje się przecież pensję. Rozmowy między ludźmi ograniczają się tylko do zdawkowych komunikatów. Próba nawiązania bliższych więzi skazana jest na porażkę. Taki los spotka bohaterów ostatniej opowieści, chłopaka i dziewczynę pracujących w ekskluzywnym domu publicznym. Kiedy ona powie mu, że ma dziecko, które musi utrzymywać, on wyjedzie. Nie będzie happy endu. To nie słodka bajka, to życie. Podobnie jest z parą kochanków z przedostatniej noweli. Przeraża chłód panujący w rodzinie (druga opowieść). Dziecko jest szturchane i szarpane. Nawet święto na cześć babci ma w sobie coś z teatru, opery albo akademii ku czci. Samotny w swoim dążeniu do wyświetlenia prawdy i ukarania winnych korupcji jest bohater pierwszej opowieści. Ale nie tylko relacje międzyludzkie są w nowych Chinach przygnębiające. Przygnębiające jest też otoczenie, w którym żyją. Brzydkie, szare, betonowe miasta zasnute dymem i mgłą. Fabryki i kominy, hałdy, przemysłowy krajobraz, wielkie bloki i wieżowce wyrastające nagle nie wiadomo skąd, odhumanizowane, zatłoczone dworce kolejowe, szerokie ulice, na których pieszy jest jak intruz, puste, nocne zaułki, ponure mieszkania, ciasne pokoiki, długie, też puste korytarze. Może nie należy się dziwić, że w takim świecie w ludziach rodzi się zło?

Każdy grzech jest inny. Bohater pierwszej noweli morduje, bo czuje się bezsilny i bezradny. Kiedy w zderzeniu ze sprytnie zaprogramowaną biurokracją przegrywa, postanawia wykrzyczeć prawdę. Poniżony, skatowany staje się obiektem żartów, a nie zrozumienia i współczucia. Może to przelało czarę goryczy, więc postanawia na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość. Niczym mściciel kroczy przez miasto ze strzelbą i morduje. Ofiarami są nie tylko ci, którzy zasłużyli, skorumpowany burmistrz, nieuczciwy właściciel kopalni, chłop katujący konia, ale i przypadkowi ludzie. Najbardziej bezwzględny jest bohater drugiej opowieści. On zabija dla zysku. Swoje ofiary wybiera starannie. To ludzie bogaci. Działa przemyślnie, szybko, sprawnie, ma kamienną twarz. Nawet jeśli nie chce być trybikiem w maszynie, to nie usprawiedliwia zbrodni i sięgania po cudzą własność. Nie wiemy, co robił wcześniej. Film zaczyna się od sceny, kiedy ktoś żąda od niego pieniędzy. Dlaczego? Jest komuś winien? Wplątał się w nieczyste interesy? Swoich prześladowców zabije z zimną krwią. Nie daruje nikomu. Jeszcze inaczej ma się rzecz z bohaterką trzeciej noweli. Romansuje z żonatym mężczyzną, ale ma już dość ukrywania się i kręcenia. Nie wyjedzie z nim. Napadnięta przez zbirów nasłanych przez żonę swego kochanka, poniżona przez traktujących ją jak prostytutkę gości hotelu, w którym pracuje (właściwie to nie typowy hotel, ale nocna sauna; kto zna Chiny, być może wie, co to za przybytek), zabija. Za zbrodnią stoi splot nieszczęśliwych okoliczności. To zabójstwo, inaczej niż w przypadku bohaterów poprzednich nowel, nie pociągnie za sobą następnych. Przeciwnie, dziewczyna przyzna się do winy gotowa ponieść karę. To jedna z nielicznych jasnych scen w tym filmie. I ostatnia nowela. Tu zło ma jeszcze inne oblicze. To bezduszne miejsca pracy. Fabryka, gdzie konsekwencjami wypadku w sposób przemyślny obarcza się pracownika. Ekskluzywny dom publiczny dla bogatych gości, którzy traktują pracujące tam młode dziewczyny jak zabawki. Te fragmenty filmu są wyjątkowo dojmujące. Jest coś obleśnego i bardzo przykrego w scenach, w których dziewczyny w wojskowych strojach prężą się przed śliniącymi się na ich widok mężczyznami albo w zaciszu pokoi udających przedział kolejowy przebrane za konduktorki muszą spełniać ich życzenia. Te dziewczyny nie są wulgarne czy wyuzdane, przeciwnie, robią wrażenie bardzo młodych, niewinnych i smutnych. Przykry jest też widok wyglądających podobnie chłopców, którzy na to wszystko patrzą. Muszą być mili, dyskretni, usłużni, wręcz czołobitni, uśmiechać się, kiedy trzeba, a kiedy trzeba zachować kamienną twarz. Alternatywą dla bohatera jest powrót do fabryki i hotelu robotniczego. Kiedy nagle decyduje się skoczyć z balkonu, po szoku wywołanym zaskoczeniem widz jest skłonny zrozumieć jego wybór. W tym morzu zła i nieprawości są tylko dwa jaśniejsze momenty przywracające wiarę w człowieka. O jednym już pisałam: dziewczyna przyznaje się do zbrodni, bo chce ponieść karę. Drugi: chłopak ostatecznie rezygnuje z zemsty na koledze z fabryki, chociaż ten uciekł i pozbawił go odszkodowania. Niewiele.

W przerażającym, pesymistycznym obrazie świata mogą dorównać reżyserowi twórcy rumuńskiego kina. "Cztery miesiące, trzy tygodnie i dwa dni", "Peryferie" i "Za wzgórzami" to tytuły, które przychodzą mi teraz do głowy. Pewnie znalazłyby się i inne.

I na sam koniec jeszcze jedno. Jak czytam w opisie dystrybutora, reżyser inspirował się tradycyjną chińską operą, takim malarstwem i artystycznymi filmami o sztukach walki. Ta warstwa jest niestety dla mnie nieczytelna. Niewiele wiem na te tematy. To jednak nie przeszkadza w odbiorze. Na pewno coś straciłam, ale i bez znajomości tych dziedzin chińskiej kultury film robi wrażenie.


Igor T.Miecik "14:57 do Czyty", Andrzej Muszyński "Południe"

Od miesiąca nie byłam w kinie! Posucha! A jedyny film, chiński "Dotyk grzechu", który chcę zobaczyć, grają o takiej porze, że do ceny biletu musiałabym dorzucić koszty taksówki. Nic straconego, od piątku zmienia się godzina emisji. Wobec tego za tydzień będzie wreszcie o filmie, a dziś o dwóch książkach, które zostały wydane przez moje ukochane wydawnictwo Czarne w serii Reportaż. Pierwsza,  "14:57 do Czyty" Igora T.Miecika (Czarne 2012), to, jak łatwo zgadnąć, reportaże  z Rosji, druga, "Południe" Andrzeja Muszyńskiego (Czarne 2013), teksty o umownym południu, czyli Azji, Afryce, Ameryce Południowej i krajach Maghrebu. Obie ciekawe i warte lektury, mnie szczególnie zauroczyła ta druga. Ale po kolei.

Niewielka książeczka Igora T.Miecika składa się z dwunastu reportaży drukowanych w prasie w latach 2000-2005. Może komuś wyda się, że nie warto sięgać po literaturę faktu z taką datą ważności, ale to nieprawda. Nie sądzę, aby straciły swoją aktualność, Rosja bardzo się przecież od tamtego czasu nie zmieniła,  szczególnie mentalność jej mieszkańców. A są to właśnie teksty przede wszystkim o ludziach. O ludziach zwyczajnych: pasażerach kolei transsyberyjskiej, uczniach i uczennicach elitarnych szkół, które w zamyśle ich twórców mają kształcić przyszłą elitę kraju, kobietach odsiadujących kary w gułagu czy młodych chłopakach szukających szczęścia w tak zwanych walkach bez reguł. Wreszcie o ludziach dotkniętych przez historię: bliskich ofiar marynarzy z okrętu podwodnego Kursk, szahidkach, także tych, które dokonały zamachu w moskiewskim Teatrze na Dubrowce, mieszkańcach moskiewskiego domu wybudowanego w czasach stalinowskich dla ludzi związanych z władzą czy weteranach wojen, drugiej i czeczeńskiej. Zawsze jednak bohaterami reportaży Miecika są ludzie przeciętni, raczej ze społecznych nizin. Mieszkańcy strasznych, brzydkich miejsc takich jak Murmańsk odrażający swą szpetotą. Poszkodowani przez los, bezradni w swoim cierpieniu, pozbawieni jakiejkolwiek pomocy ze strony państwa, szukający sprawiedliwości na własny rachunek, indoktrynowani przez polityków, ideologów, szemrane autorytety. Jednym słowem marionetki w rękach losu, historii, polityki. Wielu z nich marzy o lepszym życiu, dlatego na różne sposoby próbują się wyrwać ze swoich środowisk, często na skróty, co prowadzi ich do gułagów albo na areny krwawych walk, na których zarabiają bogacze. Nawet jednak jeśli próbują dojść do czegoś ciężką pracą, jak uczniowie wspomnianych przeze mnie elitarnych szkół czy członkowie młodzieżowej organizacji Nasi, padają ofiarą rozmaitych politycznych hochsztaplerów czy nauczycieli, których poglądy na historię czy politykę są często dziwne. Wielu to ofiary wielkiej polityki czy odwiecznych konfliktów targających narodami zamieszkującymi Rosję. Tak jest z mieszkańcami Biesłanu, którzy stracili bliskich w terrorystycznym zamachu na szkołę, wspomnianymi szahidkami czy weteranami wojny czeczeńskiej, którzy kiedyś wysłani przez swoje państwo na rzeź, dziś w samotności muszą przeżywać  traumy, bo mordowali i byli mordowani. Obraz Rosjan i Rosji wyłaniający się z tych reportaży jest czasem tylko smutny, często zatrważający. Biedni ludzie, tytuł powieści Dostojewskiego, doskonale nadaje się na puentę.

A teraz o "Południu" Andrzeja Muszyńskiego. Jak to czasem bywa w moim wypadku, sięgnęłam po tę książkę po wysłuchaniu rozmowy z autorem (w moim ukochanym radiu oczywiście). Tak mnie zainteresowała, że postanowiłam kupić natychmiast, ale że po drodze przytrafiły się wakacyjne podróże, przeczytałam dopiero teraz (teraz to znaczy w sierpniu; trochę ten wpis czekał na swoją kolej). Polecam ją nie tylko dlatego, że, jak to reportaż, ma walory poznawcze, ale także dla przyjemności, jakie sprawia jej czytanie. Widać, że autor ma zacięcie literackie (w październiku w tym samym wydawnictwie ukazał się jego fabularny debiut, zbiór opowiadań "Miedza"). Muszyński operuje skrótem, jego teksty są skondensowane, ale znać w nich literacki oddech. Niektóre to króciutkie miniaturki, zwane ulotne, zapis chwili, wrażenia, skojarzenia, refleksji. Jakby autor zastanawiał się nad czymś, co zwróciło jego uwagę, jakby próbował rozgryźć zagadkę, tego, co obserwuje. Raz snuje rozważania o tym, dlaczego jedne miejsca przyciągają ludzką ciżbę, a inne pozostają puste, innym razem rozmyśla o fryzjerach, którzy strzygli go w różnych częściach świata, albo opowiada o tym, jak kupował koszulę na targu w Gabonie. Inny rodzaj tekstów to rasowe reportaże, drukowane wcześniej w gazetach, o sprawach ważnych: wstrząsający o rządach Czerwonych Khmerów w Kambodży, pobudzający do refleksji nad rolą przypadku tekst o tunezyjskim początku arabskiej wiosny czy napisany w formie kryminalnej telenoweli reportaż o konflikcie indiańskich plemion z latyfundystami w Wenezueli. To one właśnie mają ów walor poznawczy, o którym wspomniałam, a poza tym są zwyczajnie ciekawe i poruszające. A wreszcie teksty z innej bajki, które przeniosły mnie w świat lektur dzieciństwa. To dramatyczne, przygodowe, trzymające w napięciu (chociaż wiemy, że zakończone pomyślnie) budzące podziw dla dokonań autora, który jest nie tylko reporterem i pisarzem, ale też, a może przede wszystkim, podróżnikiem, relacje z jego niezwykłych wypraw: samotnej wędrówki przez pustynię Atakama w Chile czy pokonania dżungli Mukongo, tym razem w towarzystwie dwóch innych podróżników i tragarzy. Do tej serii należy też opowieść o niesamowitej podróży autobusem, bo na pociąg zabrakło biletów, z La Paz do Rio de Janeiro. Te rozdziały, szczególnie dwa pierwsze, czyta się z wypiekami na twarzy. Każdy z nich mógłby dać asumpt do napisania powieści podróżniczo-przygodowej, od której nie można by się oderwać. Ale może dobrze, że czytelnik dostaje je w takiej krótkiej formie, bo kondensacja świetnie tym tekstom robi. Ale od czasu do czasu do telegraficznego stylu zakrada się jakieś lekkie, poetyckie niemal, zdanie, co przenosi opowieść w inne rejony. Dla porządku dodam jeszcze, że książka podzielona jest bardzo klarownie na cztery rozdziały (Azja, Maghreb i tak dalej), a całość zamyka rozdział, w którym autor w charakterystyczny dla siebie sposób zastanawia się, gdzie zaczyna się owo tytułowe południe, które go tak bardzo fascynuje. Na koniec chcę, aby jeszcze raz mocno wybrzmiało, że lektura zbioru reportaży i refleksji Andrzeja Muszyńskiego to naprawdę duża przyjemność, mimo że kilka tekstów traktuje o sprawach tragicznych.

Wenguang Huang "Strażnik trumny. Opowieść o mojej rodzinie"

Trwa filmowa posucha, na szczęście książek w bród. Czasem mam wrażenie, że kolejka oczekujących na przeczytanie dosłownie na mnie napiera. Skoro w kinie nic ciekawego, zostaję przy literaturze, tym razem chińskiej. Odkąd przeczytałam znakomitą i poruszającą książkę Liao Yiwu "Prowadzący umarłych" i Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach", również niezwykle ciekawą, otworzył mi się kolejny wór z nowym tematem: Chiny. Natychmiast  sporządziłam listę tytułów, które chciałabym przeczytać. Póki co sięgnęłam jednak po nowość, bo najłatwiej. "Strażnik trumny. Opowieść o mojej rodzinie" Wenguanga Huanga (nieocenione i uwielbiane przeze mnie Czarne 2013; przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska) to moja ostatnia lektura. Nie będę się krygować i od razu zdradzę, że książkę czyta się znakomicie. Jest bardzo ciekawa i chociaż opowiada o czasach trudnych i dramatycznych, to momentami jest bardzo zabawna. Należy jednak mieć świadomość, że to śmiech przez łzy. Źródłem komizmu jest absurd, jaki niosło życie, ale o tym za chwilę. Grozę łagodzi też zapewne świadomość, że autor, który opowiada w książce historię swojej rodziny, osiągnął sukces. Od lat mieszka w Stanach, jest dziennikarzem, tłumaczem, a teraz także pisarzem. To on przełożył na angielski dwie książki Liao Yiwu (przy okazji dowiedziałam się, że tę drugą Czarne wyda wiosną). Ale czas najwyższy przejść do konkretów.

"Strażnik trumny" to z jednej strony saga rodzinna, z drugiej opowieść o dojrzewaniu, szukaniu własnej drogi życiowej, wyzwalaniu się spod wpływu chińskiej, komunistycznej ideologii, a także o relacjach z ojcem, matką i babcią (tak, babcią, która w tej historii odgrywa rolę kluczową). Urodzony w 1964 roku Wenguang Huang opowiada zwykłą-niezwykłą historię swojej rodziny. Sięga do przeszłości przodków. Poznajemy tragiczne dzieje babci, kobiety twardej, silnej, upartej, i jej syna, ojca autora. Dowiadujemy się, jak została wdową i jak z małym dzieckiem przeniosła się ze wsi w prowincji Henan do miasta Xian (to tam znacznie później odkryto słynną terakotową armię), gdzie pracowała u bogatego pana. Potem przyszła rewolucja kulturalna i zmieniła wszystko. Historia rodzinna matki, długo skrywana, jest tak nieprawdopodobna, że autorowi trudno było w nią uwierzyć. Nie tylko tragiczna, ale i nietuzinkowa, bo kryminalna. Morderstwo, porwanie, mafijne układy. Rodzice Wenguanga Huanga to ludzie prości, przesiąknięci komunistyczną ideologią. Przyszło im żyć w czasach, kiedy stare zostało odrzucone, potępione jako niesłuszne, burżuazyjne, zabobonne, wrogie. Nastała nowa, postępowa, komunistyczna rzeczywistość i obyczaje. Na takie czasy przypadło dzieciństwo i młodość Huanga. Autor nie wypiera się swojej przeszłości, wiary w Mao i komunistyczne Chiny, ani tego, że nosił czerwoną chustę, działał w komunistycznych, młodzieżowych organizacjach, a po śmierci przewodniczącego płakał jak inni. Pisze o latach prania mózgu i dalekosiężnych skutkach wpajania komunistycznych ideałów. Przemiana, która w nim nastąpiła, zachodziła powoli. Dopiero wydarzenia na placu Tiananmen i brutalne stłumienie protestów, które potem nastąpiły, wyleczyły jego pokolenie z iluzji, że możliwa jest zmiana w ramach komunistycznej ideologii. Autor nie udaje, nie przypisuje sobie i takim jak on studentom zasług. Pisze szczerze o tym, że kiedy przystępowali do protestów, nie robili tego z powodów ideowych, ale raczej dla zgrywy. Byli pokoleniem okresu transformacji. Ich dzieciństwo i wczesna młodość to czasy Mao, po jego śmierci nastąpił przełom. To, co niegdyś potępiane i zakazane, nagle stało się dozwolone. Władza przymykała oko na odradzanie się dawnych, uważanych za burżuazyjne, obyczajów, a przede wszystkim pozwalała się bogacić. Nic dziwnego, że wyrosło pokolenie bezideowe i nastawione konsumpcyjnie do rzeczywistości. Jeszcze trudniej miało pokolenie rodziców. Oni naprawdę poczuli się zdradzeni. To, w co wierzyli, a co było często powodem cierpień niewinnych ludzi z burżuazyjnych sfer, odeszło na śmietnik historii. Szczególnie ojciec autora nie potrafił się z tym pogodzić.

Bo "Strażnik trumny" to także opowieść o wielkiej przemianie, która dokonuje się po śmierci Mao,  początkowo stopniowo, a potem w zawrotnym tempie. Kiedy się czyta drugą część książki, ma się dosłownie wrażenie buzowania, wirowania, kipienia i czego tam jeszcze. Po prostu wielkiego, chaotycznego ruchu. Z tego chaosu wyłaniają się drobne i większe biznesy, upadają  komunistyczne fabryki, wracają stare obyczaje, ale plenią się też nowe (szczególnie w relacjach damsko-męskich).

Wreszcie na koniec czas uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, jaką to kluczową rolę w tej opowieści odgrywa babcia. Rzecz nie tylko w tym, że łączyła ją niezwykle silna więź z synem, który podporządkował matce całe swoje życie. Chodzi nie tylko o to, że była też bardzo ważna w życiu autora, jej oczko w głowie. Rzecz przede wszystkim w tym, że nagle ogarnięta obsesją śmierci zażyczyła sobie tradycyjnego, chińskiego pogrzebu. Jakby tego było mało, zapragnęła spocząć na cmentarzu u boku męża w rodzinnej wsi w prowincji Henan. No i cóż w tym niezwykłego, powiesz zapewne czytelniku tej notki. Nie wiesz, jak bardzo się mylisz. Otóż babcia miała czelność mieć taki kaprys w czasach, kiedy Chinami rządził jeszcze przewodniczący Mao. Zgodnie z obowiązującymi surowymi przepisami zmarłych po śmierci trzeba było kremować i chować tam, gdzie mieszkali. Nie było mowy ani o trumnie, ani o tradycyjnym pogrzebowym stroju, a już niewyobrażalne było przewiezienie ciała setki kilometrów w rodzinne strony. Ale babcia się uparła, a jej syn był synem wzorowym. Odtąd całe życie rodziny będzie podporządkowane planom tradycyjnego pochówku babci. A to oznacza tajemnicę, za coś takiego murowane więzienie i utrata pozycji, i gromadzenie pieniędzy na łapówki dla urzędników i partyjnych bonzów, aby przymknęli oko, i dla krewnych, którzy będą strzegli grobu dziadka i pomogą urządzić pogrzebowe uroczystości. Zabiegi i plany związane z logistyką całego przedsięwzięcia są tak absurdalne, że aż komiczne. Godne Mrożka, chciałoby się powiedzieć, albo jeszcze inaczej: Mrożek by tego nie wymyślił. Życie w cieniu trumny, planowanie, jak przewieźć martwą babcię do rodzinnej wsi (bo inaczej, jeśli umrze zimą, a inaczej, kiedy zdecyduje się odejść latem), jest naprawdę komiczne. Komiczne dziś, bo wtedy nikomu z rodziny do śmiechu nie było. Jak historia się potoczy, oczywiście nie napiszę.

Kończę już, jak często, z poczuciem, że zdradziłam zaledwie ułamek z bogactwa książki Wenguanga Huanga. Naprawdę warto przeczytać "Strażnika trumny", który łączy w sobie morze informacji o Chinach, garść refleksji o dorastaniu i kształtowaniu własnej tożsamości z sagą rodzinną. A wszystko napisane potoczyście i przystępnie, dzięki czemu powinno zainteresować niemal każdego czytelnika  .

Anka Grupińska "Ciągle po kole"

Kiedy tylko zobaczyłam w zapowiedziach wydawnictwa Czarne, że ma wyjść nowa książka

Anki Grupińskiej, od razu wiedziałam, że ją kupię, chociaż długo poza autorką i tytułem nie było żadnej informacji dotyczącej treści. Ale Grupińską mogę kupować w ciemno, odkąd przeczytałam "Najtrudniej jest spotkać Lilit", fascynujące rozmowy z chasydkami. Później okazało się, że "Ciągle po kole" (Czarne 2013) to wywiady z bojownikami ocalałymi z warszawskiego getta. To trzecie wydanie, poprzednie ukazały się w roku 1991 i 2000. Oczywiście data kolejnego wznowienia nie była przypadkowa: książka ukazała się w kwietniu z okazji siedemdziesiątej rocznicy wybuchu powstania. Kupiłam ją natychmiast, ale przeczytałam dopiero teraz. Sięgając w końcu po wywiady Grupińskiej, trochę żałowałam, że nie zrobiłam tego od razu, kiedy tyle mówiło się i pisało o wydarzeniach sprzed lat. Wtedy na pewno łatwiej byłoby mi wejść w klimat tej trudnej lektury. Przyznam, że teraz musiałam się przełamać, aby wrócić do tak ciężkiego tematu. Ale wystarczyło parę stron, aby przezwyciężyć początkowy opór i czytać bez wytchnienia. Był jednak moment, kiedy musiałam przerwać lekturę, tak bardzo przytłoczyły mnie opowiadane historie. Mimo wszystko książkę powinno się przeczytać koniecznie, aby wiedzieć, aby współodczuwać, aby fraza powstanie w getcie warszawskim wypełniła się konkretną treścią.

A teraz czas najwyższy na konkrety. Wywiady z ocalałymi bojownikami to nie tylko rozmowy o powstaniu. Grupińska zaczyna od początku, chce się zwykle dowiedzieć, z jakich rodzin pochodzili, gdzie mieszkali, co robili przed wojną. Sporo tu informacji o życiu Żydów w przedwojennej Polsce. Różne losy, różne opowieści. Jej rozmówcy i rozmówczynie pochodzili z rozmaitych środowisk, mniej lub bardziej religijnych, syjonistycznych, bundowskich (Bund to żydowska partia socjalistyczna wroga syjonizmowi) a wreszcie całkowicie zasymilowanych. Dlatego w różny sposób odczuwali swoją żydowskość. Ale oczywiście zasadnicza część wszystkich rozmów sprowadza się do czasów wojny i okupacji. Bohaterowie książki opowiadają o życiu w getcie, przygotowaniach do powstania, swoich motywacjach i samym powstaniu. W prawie wszystkich wywiadach powraca dramatyczny moment ewakuacji kanałami. To chyba najbardziej przerażające fragmenty książki, mimo że kanały zostały oswojone przez film i literaturę. Mamy przecież w pamięci "Kanał" Wajdy, a szczególnie stosunkowo świeże "W ciemności" Agnieszki Holland. A jednak kiedy czytałam o brodzeniu po piersi w zimnej wodzie, w nieczystościach, o pełzaniu w niskich korytarzach, a wreszcie o wielogodzinnym wyczekiwaniu pod włazem na moment ewakuacji, pytanie, jak udało im się znieść to wszystko, powróciło. Ewakuacja związana też była z wieloma dylematami moralnymi. Czy czekać na tych, którzy odeszli pod inne włazy, bo tam było wygodniej, czy ruszać, bo ciężarówka wypełniona ludźmi, a w każdej chwili szczęście może przestać sprzyjać? To i tak cud, że udało się trzydzieści słabych, wycieńczonych osób wydostać z kanału i wsadzić na pakę samochodu. Decyzje na miarę ludzkiego życia i powracające przez lata pytania, czy można było postąpić inaczej. Ale są i inne dramatyczne opowieści. Takie, które mogą śnić się po nocach. O skakaniu z transportu do Treblinki i rozdzierającym serce pożegnaniu z rodzicami i rodzeństwem. I znowu dylemat: skakać, skoro rodzina zostaje? Jak się żegnać, skoro wiadomo, że to rozstanie na zawsze? Albo inna opowieść o tym, jak dowódca musi wyznaczyć jedną osobę, aby została z rannymi. A to oznacza pewną śmierć, zamiast nadziei, jaka daje ewakuacja. Albo jeszcze straszniejsza (czy na pewno? jak zważyć, która jest bardziej dramatyczna? czy to w ogóle możliwe?) o tym, jak trzeba zostawić rannego kolegę w płonącym domu i nie można mu nawet dać pistoletu, bo broń i każdy nabój są na wagę złota. Aby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, jak wyglądało powstanie w getcie, jak przygotowywali się powstańcy i na czym polegała ich walka. Trzeba mieć swiadomość, że nie godząc się na bierne oczekiwanie na zagładę, porwali się z motyką na słońce. Kiedy myślimy powstanie, mamy przed oczami powstańcze oddziały ścierające się w walkach z wrogiem. Tymczasem kilkudziesięciu powstańców z getta miało do dyspozycji trochę koktajli mołotowa, trochę granatów, niewiele karabinów i pistoletów. Resztę musieli zdobywać na Niemcach. Dlatego ich walka to działanie z ukrycia: strzelanie z okien zabarykadowanych kamienic, dwie pułapki z min. To wszystko. Tylko w taki sposób ta walka była możliwa. Walka z góry skazana na przegraną, właściwie bój o godną śmierć, o jej wybór. Zamiast śmierci w komorze gazowej Treblinki, śmierć z bronią w ręku.

Ale opowieści bojowników z getta nie kończą się tylko na powstaniu. Grupińska dopytuje o ich dalsze losy, te wojenne i te powojenne. A więc rozmówcy autorki mówią o ukrywaniu się po aryjskiej stronie, o udziale w powstaniu warszawskim, o kolejnej ewakuacji z pokonanej, zrujnowanej Warszawy, a wreszcie o wyjeździe z Polski już po wojnie. Tylko dwoje, Marek Edelman i Adina Blady-Szwajgier,  pozostało w Polsce, reszta wyjechała. W książce znajdziemy sporo informacji o stosunkach polsko-żydowskich, pada wiele gorzkich słów, ale równie wiele jest wdzięczności dla tych, którzy pomagali. Bo mimo wszystko te kilkanaście osób, z którymi rozmawia Grupińska, przecież przetrwało ten straszny czas. Cud? Determinacja? Przypadek? Szczęście? Jedna z bohaterek tej książki, Luba Gawisar, każdą dramatyczną opowieść przerywa słowami no przecież jestem. To chyba najpogodniejsza rozmówczyni Grupińskiej, pełna optymizmu.

Autorka swymi pytaniami skierowanymi do różnych osób stale wraca do tych samych zdarzeń, dzięki czemu poznajemy je z rozmaitych punktów widzenia, a właściwie chciałoby się powiedzieć, z rozmaitych pamięci. Bo pamięć różnie przechowała te same epizody, każdy pamięta je inaczej. Rozmówcy prowokowani przez Grupińską często wchodzą między sobą w wirtualny spór. Każdy też inaczej patrzy na podjęte niegdyś przez kolegów dramatyczne, tragiczne decyzje, każdy ma swoje racje. Łatwo wydawać osądy z naszej, dzisiejszej perspektywy, wtedy na zastanawianie się nie było czasu. Decyzja mogła oznaczać życie albo śmierć. Kto nie przeżył, nie zrozumie. Może stąd lakoniczność i niechęć do rozdrapywania przeszłości, jaka przebija z obu wywiadów z Markiem Edelmanem.

Większość bohaterów tej książki już nie żyje, autorce udało się złapać ich często w ostatniej chwili. Uczestników i świadków tamtych dramatycznych wydarzeń. Zawsze gdy czytam takie opowieści, usiłuję zrozumieć, jak udało się przetrwać, jak możliwe było dalsze życie, kiedy pamięć dźwigała takie doświadczenia. Czy ja bym potrafiła?

Książka Grupińskiej ma tylko jedną wadę. Autorka zna świetnie temat, na tyle świetnie, że czasem wchodzi w szczegóły dla niej interesujące, dla czytelnika nużące albo nie do końca jasne mimo dokładnych przypisów. Ale to drobiazg, który po przeczytaniu całości staje się nieistotny. Trudna, ale konieczna lektura. Aby dotknąć przeszłości, starać się ją zrozumieć, aby przechować w pamięci tamte zdarzenia i ich bohaterów. Chociaż Marek Edelman powiedziałby pewnie, że to nieistotne i niepotrzebne.

"Płynące wieżowce"

"Płynące wieżowce" Tomasza Wasilewskiego to kolejny obraz pokazywany na gdyńskim festiwalu, na który czekałam, kolejny obsypany nagrodami i kolejny spełniony. Zawsze, kiedy piszę o filmie, o którym głośno, mam problem ze wstępem. Jestem prawie pewna, że wszyscy wszystko na jego temat wiedzą, bo tyle wokół niego szumu. Ale trudno, niech rytuałowi stanie się zadość. Oto powody, dla których warto wybrać się do kina. Ciekawe problemy, nie tylko miłosne dramaty, ale też rodzinne relacje czy mozolne określanie siebie. Poruszająca historia trojga głównych bohaterów. Świetne role: nagrodzona w Gdyni Marta Nieradkiewicz, Mateusz Banasiuk i Bartosz Gelner. Trzeba jednak wiedzieć, że nie akcja jest tu najważniejsza (przeciwnie, tempo raczej powolne), a to, co dzieje się między ludźmi. Dużo w "Płynących wieżowcach" ciszy, napięcia pomiędzy bohaterami, ukradkowych spojrzeń, metaforycznych zdjęć. Niektórzy miłośnicy kina spod znaku Hollywood takie filmy nazywają polskimi snujami, ale ja do nich nie należę. Dlatego uważam, że to pozycja obowiązkowa dla każdego kinomana. A teraz czas na łyżkę, no może łyżeczkę, dziegciu. Mam zastrzeżenia do dwóch wątków: jeden moim zdaniem został przez scenarzystę puszczony, drugi, chyba, nieco wydumany. Chciałbyś, czytelniku tej notki, poznać konkrety? Niestety nic z tego, pisząc wprost, zdradziłabym zbyt wiele. Szczegóły poznają tylko ci, którzy już w kinie byli. Jak zwykle w drugiej części. Na zakończenie dodam tylko, że i tak najważniejsze jest to, iż "Płynące wieżowce" nie pozostawiają obojętnym, a jak wiadomo, nie ma nic gorszego niż film, o którym zapominam od razu po seansie. To samo dotyczy książek, ale o tym innym razem.

Kuba, grany przez Mateusza Banasiuka, jest pływakiem, dlatego wiele scen rozgrywa się na basenie. Bardzo często kamera pokazuje to, co pod wodą, przede wszystkim ciała pływaków. Czasem nurkujące, czasem skryte tylko do połowy. Nad wodę wyjeżdżają Kuba, Michał i Sylwia. To tu rozgrywa się jedna z ważnych scen. Ale chyba najbardziej symboliczny jest balet synchroniczny (chyba tak się nazywa ten sport?). Kamera pokazuje tylko to, co pod powierzchnią. Nie mam wątpliwości, że woda została w "Płynących wieżowcach" potraktowana metaforycznie. Tak jak jej gładka (albo wzburzona) tafla ukrywa połowę ciała pływaków, tak bohaterowie skrywają swoje uczucia. Nie mówią o tym, co naprawdę czują,  co myślą, czego pragną. Nie chcą, boją się albo nie potrafią zdobyć się na szczerość.

Najważniejszy dramat rozegra się pomiędzy Sylwią, Kubą i Michałem. Sylwia powoli orientuje się, jaką rolę zaczyna odgrywać Michał w życiu jej chłopaka. To klasyczny trójkąt. Zaczyna się od pozornie niewinnych telefonów, sms-ów odbieranych w nocy, niby nic nieznaczących spotkań, aż w końcu właściwie wszystko staje się jasne. Ale nawet wtedy Kuba milczy. Prawie do końca udaje, że nic się nie zmieniło. Czy to tylko tchórzostwo? Nie sądzę. To też, ale również zaskoczenie tym, co się dzieje. Kuba potrzebuje czasu, aby pogodzić się ze swoimi uczuciami. Ale i to nie wszystko. On Sylwię kocha. Jego deklaracje miłości są, moim zdaniem, szczere. To, co rozgrywa się pomiędzy tą trójką jest pełne napięcia. Rzadko nazywają swoje uczucia i pragnienia wprost. Najczęściej siedzą w ciszy nabrzmiałej od złych emocji, spoglądają na siebie z ukosa z nienawistną zazdrością w oczach (kapitalna scena posiłku). Jeśli już mówią, to są to słowa bez znaczenia, zagadywanie niezręcznej, napiętej do granic ciszy. Tylko Sylwia od czasu do czasu nie wytrzymuje i rzuca prowokacyjne pytania, jakby chciała zmusić Kubę do deklaracji. Ona walczy, walczy o miłość. Jej rozpacz jest szczera. Kto kiedykolwiek cierpiał z miłości, bezbłędnie rozpozna ten rodzaj płaczu. Czy osiągnie to, co chciała? Czy zmusi Kubę, aby z nią został? Zakończenie jest otwarte (chciałoby się napisać bardzo otwarte). Czy Sylwia naprawdę jest w ciąży, czy to tylko gra? Czy ostatni gest Kuby to gest symboliczny? Czy oznacza, że zdecydował się jednak odejść? Co się stanie z Michałem? Zginął? Czy przeżył? Co zrobi Kuba, kiedy się o tym dowie? Słyszałam zdanie, że zakończenie "Płynących wieżowców" jest słodko-gorzkie. Nie mogę się z tym zgodzić. Tylko gorzkie! Zwycięstwo Sylwii, jeśli rzeczywiście zwyciężyła, jest pyrrusowe.

Czas przyjrzeć się trzeciej osobie dramatu, Michałowi. On w przeciwieństwie do Kuby jest  szczery. Najłatwiej przychodzi mu przyznanie się do swoich uczuć. Nie podoba mu się, że jest tym trzecim. I on, tak jak Sylwia, walczy o Kubę. Pewnie dlatego decyduje się powiedzieć najpierw matce, potem ojcu, bratu i bratowej, że jest gejem. Przy rodzinnym stole rozegra się niema psychodrama. Nikt nie powie, co czuje i co myśli. Milczą albo zagadują swoje emocje. Celuje w tym matka, pozornie najbardziej wyzwolona. Po comingoucie Michała natychmiast weksluje rozmowę na błahe tematy, jakby bała się reakcji domowników, szczególnie męża. A oni zachowają kamienną twarz. Co czują? Wydawało się, że matka dość łatwo przyjęła wyznanie Michała. Ale może to tylko pozory? Może jej słowa to czysta konwencja. Czy nie tak powinna zachować się wyzwolona, nowoczesna, kochająca matka wolna od jakichkolwiek uprzedzeń? Co myśli naprawdę? Boi się? Buntuje? Rozpacza? Jest wściekła?

No i na zakończenie kilka słów o matce Kuby, kobiecie nieco infantylnej. Przeżyła miłosny zawód, łudzi się, że uda jej się wyjechać do mężczyzny, z którym była związana. Jest zazdrosna o syna. Sylwię traktuje jak rywalkę, najchętniej wyrzuciłaby ją z mieszkania. Ale z dwojga złego woli ją od Michała. Kiedy tylko orientuje się, jakie relacje łączą z nim jej syna, natychmiast zmienia front i sprzymierza się z Sylwią przeciwko niemu. Ciąża dziewczyny, prawdziwa czy wymyślona, staje się dla niej  wybawieniem. Nieznoszącym sprzeciwu tonem decyduje o losie syna, a Kuba nie ma odwagi się zbuntować. Przyszedł wreszcie moment, aby ujawnić, co mam za złe twórcom filmu. Stosunek matki do Kuby jest podszyty erotyką. I to właśnie wydaje mi się wydumane. Wiem oczywiście, że ukochani synowie stają się dla kobiet samotnych często namiastką mężczyzny. Oddają im wszystkie swoje uczucia, żądając w zamian adoracji. Ale żeby aż tak? Mycie pleców, wspólne oglądanie filmu w pogrążonym w ciemnościach łóżku, a wreszcie pocałunek w usta, to wszystko wydaje mi się przesadzone i nieprawdziwe. Ale może nie mam racji?

I wreszcie druga szpila, a może szpileczka. Wątek kompletnie puszczony. Chodzi o drugą z dziewczyn, Monikę, graną przez Olgę Frycz. Rozumiem, że to postać drugoplanowa, ale chciałabym wiedzieć, co ona czuje. Jest przecież dziewczyną Michała i przyjaciółką Sylwii, którą zresztą pociesza. Wydaje się, że Monice jest wszystko jedno. Jej obojętność jest, moim zdaniem, trochę mało prawdopodobna. A może jej związek z Michałem był na tyle powierzchowny, że nie musiała rozdrapywać swojej duszy?

Tak czy inaczej to nieważne, no może niezupełnie. Najważniejszy jest miłosny dramat rozgrywający się pomiędzy Sylwią, Kubą i Michałem. Dramat tchnący prawdą, a nie szeleszczący papierem.

Alice Munro "Przyjaciółka z młodości"

Moja niechęć do opowiadań sprawiła, że dopiero Nobel zmobilizował mnie, aby sięgnąć po książki Alice Munro. Na pewno zrobiłabym to już dawno, gdyby pisała powieści. Każda kolejna wydawana u nas pozycja kanadyjskiej autorki zbierała znakomite recenzje, a ja czułam, że to coś dla mnie. Kiedy ogłoszono tegoroczną laureatkę, a ja pogodziłam się z rozczarowaniem, że to nie Amos Oz ani Philip Roth, postanowiłam w końcu nadrobić zaległości. Jak łatwo zgadnąć, nie byłam jedyna. Czytelniczy instynkt stadny podsycany ciekawością, a może snobizmem spowodował, że nakłady jej książek szybko się wyczerpały i nie od razu udało mi się cokolwiek zdobyć. Musiałam grzecznie czekać na dodruk. Miałam też problem z wyborem. Od czego zacząć? Książek noblistki ukazało się na naszym rynku kilkanaście. Szukałam jakiejś podpowiedzi, jakiegoś rankingu, przewodnika. (Zdarzało mi się znajdować podobne wskazówki dotyczące innych pisarzy.) Pewnie, że to zawsze wybór subiektywny, no ale jest się o co zaczepić. Niestety w powodzi okolicznościowych tekstów nie znalazłam nic takiego. Cóż, pozostały informacje wydawców i wybór trochę na chybił trafił. Od razu zdecydowałam się na dwie: "Przyjaciółkę z młodości" i "Miłość dobrej kobiety". Na razie przeczytałam tę pierwszą (Wydawnictwo Literackie 2013; przełożyła Agnieszka Kuc).

Napiszę szczerze: trochę się rozczarowałam. Tak to bywa, kiedy apetyt wywindowany ochami i achami recenzentów ma się niebotyczny. Owszem, opowiadania czyta się znakomicie, historie są zajmujące, portrety bohaterek wnikliwe, ich losy ciekawe i skłaniające do namysłu, świat sportretowany należycie. Munro potrafi na kilkudziesięciu stronach skonstruować cały mikrokosmos: zarysować tło, stworzyć ciekawe, pełnokrwiste postacie (najczęściej kobiety). Stopniowo odsłania tajemnice swoich bohaterek, wchodzi w ich życie, prowadzi czytelnika przez meandry ich losów, cofa się w przeszłość. Jej opowiadania (przynajmniej te z tomu, który przeczytałam) przypominają szkatułkę, która pod pierwszą warstwą kryje drugą (pisząc o warstwach mam na myśli opowiadane historie). Ich bohaterkami są przede wszystkim kobiety. Zawiedzione, niespełnione, rozczarowane życiem, ale jednocześnie odważne. Takie, które decydują się na zmianę albo na konfrontację z przeszłością. Siłę czerpią raczej z siebie niż ze związków z mężczyznami. Miłość jest tu najczęściej rozczarowaniem albo nie zjawia się w ogóle. Wspólnym elementem prawie wszystkich tekstów zamieszczonych w tomie "Przyjaciółka z młodości" jest przeszłość. To do niej sięgają bohaterki i bohaterowie, podsumowując na jakimś etapie swoje życie.

Tak więc niby wszystko jest, jak powinno, a jednak czegoś mi w tych tekstach zabrakło. Nie porwały mnie, nie poruszyły jakoś specjalnie. Stale mam w pamięci opowiadania mojego ukochanego Oza, szczególnie te z tomu "Sceny z życia wiejskiego", ale i te z książki "Wśród swoich". One odkrywały tajemnicę ludzkich losów, w sposób delikatny i niezwykły dotykały istoty. Albo opowiadania Pilcha, które czytałam w podróży. Śmieszyły i wzruszały, kazały się zastanowić, powodowały dreszcz. Wiem, wiem. Gdzie tam Pilchowi do Alice Munro, on raczej Nobla nie dostanie (inaczej rzecz ma się z Amosem Ozem, który szansę ciągle ma). Cóż poradzę, że przedkładam opowieści ich obu nad opowiadania Alice Munro. Cóż poradzę, że nie zachwycają, skoro zachwycać powinny. Taki mój czytelniczy gust. A może moment był nieodpowiedni? Z braku czasu i z powodu różnych zawirowań czytałam je trochę z doskoku, więc jest prawdopodobne, że zabrakło skupienia, które pozwala się wgryźć w książkę? Nie wykluczam takiej możliwości. Po przeczytaniu "Przyjaciółki z młodości" zastanawiałam się, czy nie sięgnąć od razu po "Miłość dobrej kobiety". Porównać, potwierdzić albo zrewidować swoje odczucia, ale na razie zrezygnowałam i zabrałam się za najnowszy nabytek, o którym za jakiś czas. To tyle na dziś, dość już marudzenia, rozczarowań i wątpliwości.

"Papusza"

Weekend spędziłam w kinie. Najpierw "Historie rodzinne", potem "Papusza". Niedoceniona w Gdyni, teraz zbiera świetne recenzje. Film, na który czekałam, jak na każdy wychodzący z rąk Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego. Nie będę przedłużać wstępu i od razu przejdę do meritum. Że "Papuszę" trzeba zobaczyć koniecznie, to truizm. Teraz parę słów o tym dlaczego. Bo to piękny film. Piękny w sensie dosłownym. Dzięki muzyce Jana Kantego-Pawluśkiewicza, ale przede wszystkim dzięki zdjęciom Krzysztofa Ptaka i Wojciecha Staronia. Czarno-białe zdjęcia, często dalekie plany, wysmakowane, malarskie kadry. Wystarczy, aby sprawić estetyczną przyjemność. A przecież to nie wszystko. Jest historia cygańskiej poetki, Papuszy, jej męża, Dionizego Wajsa, poety, Jerzego Ficowskiego, który Papuszę odkrył. Jest opowieść o Cyganach, o tym, jak żyli, o ich kulturze, obyczajach, a wreszcie o ich dramacie. Są świetne role, nie tylko nagradzanego Zbigniewa Walerysia, Antoniego Pawlickiego czy Jowity Budnik, ale też te drugoplanowe grane przez romskich aktorów- amatorów. Po prostu "Papuszę" znakomicie się ogląda. Zaraz po festiwalu w Gdyni niektórzy zarzucali filmowi chłód. Nie zgadzam się z tym. Mnie historie bohaterów poruszyły, nie będę ukrywać, że się nawet wzruszyłam. Nie jest to film wesoły, raczej smutno-nostalgiczny. Zmusza do zadumy i refleksji. Pokazuje świat, którego już nie ma. Tyle mogę zdradzić we wstępie. Więcej w drugiej części, przeznaczonej jak zwykle dla tych, którzy już "Papuszę" widzieli.

Zacznę od tytułowej bohaterki. Przyznam samokrytycznie, że wcześniej niewiele o Papuszy wiedziałam. Tylko tyle, że była cygańską poetką. Od kiedy zaczęły ukazywać się informacje o filmie, pisano o niej coraz więcej. Potem słyszałam też ze dwie rozmowy z Angeliką Kuźniak, autorką książki pod tym samym tytułem (powstawała niezależnie od filmu; przypadkiem oba dzieła ujrzały światło dzienne prawie w tym samym czasie). Do kina szłam więc już z jakąś wiedzą, ale film ożywił suche informacje.

Papusza od początku jest inna. Wyróżnia ją umiejętność czytania i pisania, czego nauczyła się sama. Garnie się do książek, jest wrażliwa, układa wiersze, które same do niej przychodzą. Swojej twórczości nie traktuje poważnie. Ba! Układanych przez siebie strof w ogóle nie uważa za twórczość. Ale jej odmienność nie tylko na tym polega. Nie może mieć dzieci. W społeczności, w której powinność kobiety to posiadanie licznego potomstwa, jest bezwartościowa. Od początku jej życie naznaczone było dramatem. Aranżowane małżeństwo z wiele lat starszym muzykiem, Dionizym Wajsem, bezpłodność, wojna. Potem problemy, które dotykają wszystkich Cyganów. Szykany mające ich skłonić do osiadłego trybu życia, porzucenia taborów. Bieda, ciężka zima, głód. Wreszcie poniżające warunki, w jakich przyszło jej żyć po osiedleniu. A przecież naiwnie wierzyła, że może tak będzie lepiej, bo jej ukochany przybrany syn, Tarzanek, pójdzie do szkoły, o której ona mogła tylko marzyć. Ale prawdziwy dramat przyjdzie wraz wydaniem wierszy i książki Jerzego Ficowskiego. Strach narasta, dławi, Papusza znalazła się w matni, w sytuacji, z której wyjścia nie ma. Czuje się zdradzona przez przyjaciela, Jerzego Ficowskiego. Oskarżona o zdradę tajemnic, potępiona, narażona na ostracyzm. Wreszcie, nie tyle zapomniana, co samotna, żyje w urągających człowiekowi warunkach. Kontrast, wielokrotnie w filmie pokazywany, pomiędzy ciemną, zawilgoconą norą, w której mieszka, a jasnym, schludnym warszawskim mieszkaniem Ficowskiego czy domem, a właściwie dworem, cygańskiego króla jest uderzający. Jakby się Ficowski nie starał, zawsze wypadnie to protekcjonalnie. Są z innych światów. On wpada tu tylko na chwilę, a potem wraca do swojego czystego, jasnego życia, ona odwrotnie. W tym lepszym świecie jest tylko gościem, na krótką chwilę. Czuje się w nim obco. Przez moment stoi w blasku fleszy, przebrana w nie swój strój, dzięki łasce ministra wyrwana z więzienia, gdzie odsiadywała wyrok za kradzież kury, bo przecież nie wypada, aby nie była na swojej premierze w teatrze. Czy dla warszawskiego świata nie jest przypadkiem taką babą-dziwo, Cyganką, która pisze wiersze? Gdzie jej miejsce, jej świat? Zniknął. Nie ma już taborów, nie ma już przestrzeni, łąk, jezior, wędrówki, wolności. Tego wszystkiego, z czego czerpała natchnienie. Została odkryta przez Ficowskiego i Tuwima i uhonorowana, ale wiersze nie przyniosły jej szczęścia.

Równie ciekawe są portrety obu mężczyzn, Jerzego Ficowskiego i Dionizego Wajsa. Ficowski, który w taborze ukrywał się przed ubecją, poznał obyczaje i kulturę cygańską i odkrył Papuszę-poetkę. Jest w tym świecie tylko na chwilę, kiedy tylko niebezpieczeństwo minie, wróci do siebie. O Papuszy nie zapomni, będzie  pomagał nie tylko jej, ale też jej rodzinie. Ale nie można przecież wziąć na siebie czyjegoś losu i cierpienia. A za to cierpienie czuł się odpowiedzialny, bo nieświadomie je sprowokował. Uczynił Papuszę sławną i odebrał jej spokój. Czy mógł zapobiec nieszczęściu? Nie sposób przecież wycofać wydrukowany już nakład książki. A wcześniej? Odkrywając cygańską kulturę, oswajając ją, pokazując gadziom, naruszył jednocześnie cygańskie tabu. Dylemat, rozterka, bezradność, ale przede wszystkim smutek to wszystko maluje się na twarzy Ficowskiego. Smutek i cierpienie widać też na twarzy Papuszy. Dwie piękne sceny u progu mieszkania poetki. Więcej milczenia niż słów,  spojrzenia, twarze, gesty mówią wszystko.

I wreszcie Dionizy Wajs. Może największe zaskoczenie. Spodziewałam się zobaczyć portret despotycznego męża. To też oczywiście jest, ale przecież nie tylko. Nienawidzi jej pisania, ale jednocześnie przepełnia go duma z żony. Nie przepada za Ficowskim, który zdradził, ale nie pogardzi przyniesionymi przez niego pieniędzmi, które Papusza zarobiła swoimi wierszami. Kiedy trzeba, będzie jej przed innymi  bronił. Wprawdzie zrobi awanturę, będzie miał pretensje, że wpakowała ich w kłopoty, ale poza domem stanie za nią murem. Może najbardziej wzruszająca jest scena, kiedy w szpitalu odwiedza chorą na depresję żonę. Trwa przy niej niezłomnie, chce oszczędzić cierpień, pomóc. A przecież i jemu nie jest lekko. Dosięgnął go środowiskowy ostracyzm. Aby ją leczyć, sprzedał harfę. Ale nie tylko na tym polega dramat Dionizego. Niegdyś ceniony grajek, dziś pozbawiony ukochanego zajęcia. Niegdyś pan świata, upojony wolnością i swobodą, teraz zamknięty w czterech ścianach nory, którą trudno nazwać mieszkaniem. A jeszcze wcześniej, kiedy nastały ciężkie czasy, zmuszony nieść brzemię odpowiedzialności za swój tabor. Zrezygnowany, nieszczęśliwy i przepełniony gniewem ostatecznie żegna przeszłość, niszcząc  cygański wóz, który przez lata był dla niego i jego rodziny domem. Tym samym przypieczętowuje swój los, rozstaje się ze złudzeniami i marzeniami. Jest w tym człowieku i wielkość, i małość.

I na koniec muszę przecież wspomnieć, że "Papusza" to także film o Cyganach. O ich umiłowaniu wolności, odrębnej kulturze, tajemnicach, tradycji. O niechęci czy nawet nienawiści, z jaką się na co dzień spotykają. Wyzwiska, oskarżenia, pogarda,  napady, podpalenia. Jest tu wreszcie dramat narodu zmuszonego do porzucenia swojego dotychczasowego życia. To koniec pewnej epoki, koniec  świata, do jakiego przywykli, w jakim żyli od stuleci. Stale w drodze, wszędzie u siebie. Potem zmuszeni do osiedlenia się w miastach, skazani na biedę i izolację. Ale czy możemy wyobrazić sobie, że nadal wędrują swoimi taborami? Nie posyłają dzieci do szkół, wydają za mąż nastoletnie dziewczęta?

"Papusza", elegia o końcu świata.

"Historie rodzinne"

Warto wybrać się do kina na dokument Sary Polley "Historie rodzinne". Być może, czytelniku tej notki, kojarzysz tę kanadyjską aktorkę i reżyserkę, z  filmów Isabel Coixet "Życie ukryte w słowach" i "Moje życie beze mnie", w których grała główne role. Jest też prawdopodobne, że oglądałeś jej film "Take This Waltz", który gościł na naszych ekranach mniej więcej rok temu. Miał bardzo dobre recenzje, ale ja nie do końca podzielałam entuzjazm recenzentów, czemu dałam wyraz w swojej notce. To nie zniechęciło mnie jednak do obejrzenia "Historii rodzinnych".

Sara Polley opowiada tu historię swojej rodziny. Rozmawiając z ojcem, rodzeństwem i znajomymi rodziców, odkrywa rodzinną przeszłość, ale bohaterką jej filmu jest przede wszystkim  matka. Reżyserka przystępując do swojej pracy, zna już tajemnice sprzed lat i stopniowo, krok po kroku, odkrywa je teraz przed widzem. Jej matka, aktorka i reżyserka castingów, to kobieta niezwykle ciekawa o nietuzinkowym podejściu do życia. Ta historia mogłaby się stać tematem powieści czy filmu fabularnego. Ja odnajduję ślady jej osobowości w bohaterce  "Take This Waltz". Obie mają podobne podejście do życia i związków.

Dokument Sary Polley ogląda się z zapartym tchem. To, co dla mnie najciekawsze, oprócz samej historii, to stosunek do tego, co się wydarzyło. Przeszłość, odkryte tajemnice nie są tu powodem traum (a przecież mogłyby być). Chociaż przeszłość skrywa osobiste dramaty, wszyscy zamieszani w tę historię potrafili z czasem pogodzić się z tym, co się stało, i wyciągnąć z tej sytuacji to, co dobre. A główną bohaterkę próbują zrozumieć. Jej stosunek do życia, jej wybory. Nie oskarżają, ale dostrzegają także swoje błędy i zaniechania.

"Historie rodzinne" to również film o pamięci. Co i jak zapamiętujemy? Czy da się dojść do prawdy? Czy można opowiedzieć przeszłość obiektywnie? I jeszcze jedna refleksja, od której film się zaczyna. Opowieść tworzy się z dystansu, początkowo jest chaos dziania się, dopiero po latach można go przekuć w story. To, na naszych oczach, robi Sara Polley.

Dionisios Sturis "Grecja. Gorzkie pomarańcze"

Grecja, co niektórym może wydać się dziwne, to jeden z tych nielicznych europejskich


krajów, którego nigdy nie miałam w swoich podróżniczych planach. No może jeszcze włóczęga po wyspach miałaby w sobie jakiś czar, ale nie na tyle duży, aby ją zrealizować. Być może się mylę i pewnie wielu miłośników greckich wakacji rzuciłoby się na mnie i dalej przekonywać, jaki błąd popełniam, lekceważąc ten piękny kraj. Podróż to jedno, a zainteresowanie to drugie. Trudno zresztą nie zajmować się sytuacją w Grecji w tych burzliwych czasach. Kiedy jednak wyszła książka Dionisiosa Sturisa "Grecja. Gorzkie pomarańcze" (W.A.B. 2013), nie od razu po nią sięgnęłam. Wydawało mi się, że tak dużo nasłuchałam się o greckim kryzysie, jego przyczynach i sposobach zaradzenia (między innymi od autora, który na co dzień jest dziennikarzem radia TOK FM), że nie ma już powodu, aby ją czytać. Przyznam, iż dopiero dobre recenzje stały się impulsem do lektury. Mam ją już za sobą i z czystym sumieniem mogę wszystkim polecić.

W książce Sturisa przeplatają się ze sobą dwie warstwy. Jedna, dość oczywista, to seria reportaży, czasem krótkich migawek o tym, co w Grecji dzieje się od kilku lat. Autor bywał tam wielokrotnie. Początkowo to wizyty rodzinne, potem staż w polskiej ambasadzie w czasie olimpiady, jeszcze później  kilkumiesięczny kurs językowy, a wreszcie wyjazdy dziennikarskie. W tym czasie okazji do obserwacji i rozmów z ludźmi nie brakowało. Rozmawia z każdym: z człowiekiem z ulicy, czasem z jakimś dziennikarzem, intelektualistą czy naukowcem. Relacjonuje demonstracje, sporo pisze o sytuacji imigrantów. Najczęściej jednak oddaje głos zwykłym ludziom, którzy wykrzykują swoje pretensje pod adresem rządu, parlamentu, Europy, która zmusza do oszczędności, a szczególnie Niemiec (z wiadomych przyczyn). Wczuwa się w sytuację kogoś, kto nagle musi zrezygnować ze swojego ulubionego stylu życia, kto nie widzi perspektyw, bo oszczędnościom nie ma końca. Ale rozumiejąc gorycz, często rozpacz, Greków, pokazuje też drugą stronę medalu, tę znaną nam doskonale z mediów. Życie ponad stan, korupcję czy polityczny klientelizm. To wszystko też z perspektywy szarego obywatela. Studenta, który opowiada mu o tym, dlaczego studiuje akurat biologię (bo już dawno jego ojciec ustalił z dyrektorem miejscowego gimnazjum, że to on za kilka lat przejmie stanowisko po odchodzącej na emeryturę nauczycielce; rzecz w Grecji normalna). Nauczycielki greckiego, która bez zażenowania opowiada swoim kursantom-cudzoziemcom, ile kopert wręczyła w szpitalu, kiedy rodziła córkę. I wielu innych. Trzeba przyznać, że autor potrafi zachować równowagę. Nie epatuje nadmiernie lenistwem Greków, ich dotychczasowym beztroskim, wygodnym stylem życia, co stało się w pewnym okresie jedyną obowiązującą narracją naszych mediów. Ale też nie lituje się nad nimi tak, jak robili to nieliczni dziennikarze o lewicowej wrażliwości, zwalając przy okazji całą winę na tę wredną Europę chodzącą na pasku Angeli Merkel. Gdzieś w tle, mimochodem, opowiada o greckiej codzienności, stylu życia, kuchni, upodobaniach mieszkańców. Sporo miejsca poświęca politykom z rodziny Papandreu, a jeszcze więcej kochanej przez Greków Melinie Merkury, wielkiej aktorce, a potem opozycjonistce, wreszcie, kiedy junta wojskowych upadła, wybitnym ministrze kultury. To, o czym wspominałam, jeden wątek tej książki.

Jest i drugi, osobisty. Jak nietrudno się domyślić, autor musi być jakoś z Grecją związany. I oczywiście jest. Jego ojciec to Grek z rodziny, która w czasie wojny domowej opuściła kraj, a potem po wielu perypetiach osiedliła się w komunistycznej Polsce. Tu poznał swoją żonę, matkę autora. Opowieść o historii przodków, o greckich korzeniach, odkrywaniu, wcale niełatwym i nieoczywistym, swojej greckiej połowy stanowi drugi wątek książki Sturisa. Przyznam, że początkowo wydało mi się to zbyt ekshibicjonistyczne. Autor nie ukrywa niechęci czy nawet nienawiści do ojca, którego żona, wykorzystując fortel, opuściła razem z dziećmi, bo pił, bił i zdradzał. Potem jednak, kiedy rozszerza rodzinną perspektywę i sięga głębiej do historii swoich przodków, opowieść staje się niezwykle ciekawa. Dzięki niej  odkrywa na nowo mało obecne w powszechnej świadomości karty z najnowszej greckiej historii. Pisze o wojnie domowej, która miała miejsce tuż po zakończeniu tej drugiej. Kiedy Europa lizała powojenne rany, w Grecji toczyła się krwawa, partyzancka wojna domowa, której efektem była ucieczka z kraju tysięcy Greków. To właśnie oni, jeśli przeżyli, znaleźli azyl w krajach bloku wschodniego. Może kiedy czyta się te słowa, z konieczności skrótowe, nie brzmi to tak dramatycznie, ale w rzeczywistości było. Przemoc, tortury, ucieczka, pozostawienie dobytku, nocne marsze przez góry, głód, chłód, walka, nędzna wegetacja w Jugosławii w miejscach przeznaczonych dla uchodźców, potem jazda w towarowych wagonach gdzieś do dalekiej Polski (dla babci autora, analfabetki, Polska była abstrakcją), rozdzielenie rodzin, które dopiero po latach mogły się połączyć. Taką historię mieli za sobą Grecy, którzy przez lata mieszkali w Polsce. To dla mnie chyba najciekawsze fragmenty książki, najbardziej przejmujące i najbardziej odkrywcze. Niby wiedziałam, że w naszym kraju mieszkali greccy emigranci, ale niewiele więcej. Dzięki książce Sturisa przyjęli konkretne imiona i nazwiska, ich historia przestała być tylko pustym hasłem z podręcznika czy encyklopedii.

"Grecja. Gorzkie pomarańcze" to lektura napisana potoczyście, kiedy trzeba wręcz kolokwialnie, kiedy trzeba z dystansem. To wszystko sprawia, że świetnie się czyta. Nie naukowa rozprawa, nie wysublimowany intelektualnie esej, ale żywa, reporterska relacja i rodzinna historia. Książka dla każdego, bardzo zajmująca i bardzo pożyteczna. Aktualna, ale dzięki historycznym wycieczkom (aż do początków XIX wieku, kiedy Grecja wyzwoliła się spod osmańskiego jarzma) ponadczasowa. Nawet kiedy już zapomnimy o greckim kryzysie, warto będzie po nią sięgnąć.

Jelena Czyżowa "Czas kobiet"

Po rosyjską literaturę sięgam zawsze, jeśli tylko temat pozostaje w kręgu moich zainteresowań. Dlatego nie mogłam przeoczyć "Czasu kobiet" Jeleny Czyżowej (Czarne 2013; przełożyła Agnieszka Sowińska). Kiedy tylko znalazł się w zapowiedziach, wiedziałam, że to coś dla mnie. No i nie rozczarowałam się. Niewielka, ale ujmująca powieść. Chociaż świat, jaki opisuje, jest straszny, przywraca wiarę w człowieka. Leningrad lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku. W mieszkaniu komunalnym, z rosyjska zwanym komunałką, mieszkają skazane na siebie cztery obce kobiety. Zetknął je ze sobą ślepy los, którego ręką kierował urząd meldunkowy czy też inna radziecka instytucja przydzielająca pokoje w mieszkaniach. Taki pokój to marzenie! Nic dziwnego, że pragną go i inni bohaterowie tej opowieści. To dużo lepiej niż mieszkać w hotelu robotniczym. Szczytem marzeń są samodzielne mieszkania, ale te dostają tylko rodziny. A cztery kobiety, którym przyszło razem żyć na niewielkiej powierzchni, są samotne. Trzy stare, Jewdokija, Glikierija i Ariadna (dwie proste i niewykształcone, jedna o arystokratycznych korzeniach). Za sobą mają burzliwą historię. Przeżyły rewolucję, blokadę Leningradu w czasie wielkiej wojny ojczyźnianej, stalinowskie prześladowania. Historia zabrała im bliskich, zginęli na wojnie albo padli ofiarą politycznych czystek. Mają też i lepsze wspomnienia: miłość i romanse. Ale to zamierzchła przeszłość. Ta czwarta, która dzieli z nimi komunałkę, mogłaby być ich córką. Pochodzi ze wsi, pracuje w fabryce i rada zakładowa przydzieliła jej pokój we wspólnym mieszkaniu. Ma kilkuletnią nieślubną córkę, która z nieznanej przyczyny nie mówi, ale świetnie wszystko rozumie. Dziewczynka, dla matki Siuzana, dla przybranych babć Sofija, jest oczkiem w głowie wszystkich czterech kobiet. Stare traktują ją jak własną wnuczkę, obdarzają miłością, rozpieszczają i wychowują. A zły świat czyha na dziewczynkę. Strach, że kiedy się wyda, iż jest niemową, zostanie zabrana do zakładu, jest zmorą matki. Wszechwładne państwo może przecież to zrobić. Wystarczy, żeby wiadomość przedostała się do wszechwładnej rady zakładowej, do nieżyczliwych ludzi. Ale potem, nieoczekiwanie, pojawia się jeszcze gorsza perspektywa. Ukochana Sofija może trafić do domu dziecka. Przybrane bacie zrobią wszystko, aby do tego nie dopuścić. Ich determinacja i misterna intryga, aby do tego nie dopuścić, stanowią fabularną oś tej niewielkiej powieści.

Ale nie zdarzenia są tu najważniejsze, chociaż przecież sprawiają, że książkę czyta się z jeszcze większym zainteresowaniem. Najciekawsze jest tło historyczne i obyczajowe i bohaterowie, ich osobowości, wzajemne relacje i marzenia. A wszystko to pojawia się gdzieś mimochodem, w licznych rozmowach (powieść składa się przede wszystkim z nich, narracji tu znacznie mniej), gdzieś między wierszami. Ariadna, Jewdokija i Glikierija potrafią być zgryźliwe, złośliwe (także wobec siebie) i interesowne, ale kiedy trzeba, dla Sofiji i jej matki zrobią wiele, gotowe są dla nich na największe poświęcenia. Przystosowały się, jakoś muszą żyć, nie liczą już raczej na nic dobrego. Wspominają przeszłość dobrą i złą, wykorzystują znajomości, zamartwiają się, ale idą do przodu. Nie ufają ludziom, tego nauczyło je doświadczenie, ale kiedy inaczej się nie da, przełamią strach. Nie wierzą w komunizm, ale na szczerość pozwalają sobie tylko w swoim towarzystwie. Chodzą do cerkwi, potajemnie ochrzciły dziewczynkę, stąd jej drugie imię, ale doskonale wiedzą, komu i kiedy wolno się do tego przyznać. Ich świat, jak przecież wielu innych, jest podwójny. Co innego na zewnątrz, co innego między sobą. Jeszcze inna jest Antonina. Prosta kobieta, która radzieckiej władzy zawdzięcza swój awans: pracę w mieście i mieszkanie w komunałce. No i jeszcze to, że nikt nie wytyka palcami jej nieślubnej córki. Wszak radzieckie społeczeństwo jest światłe, wszechwładna rada zakładowa, w której prym wiodą rozplotkowane kobiety, rozumie, że każdy może popełnić błąd. Drań wykorzystał i porzucił, ale cóż dziecko winne. Socjalistyczna władza zadba i o nie. A drugiego chłopa, jeśli trzeba, przymusi się do małżeństwa. A ty, Antonino Biezpałowa, powinnaś być ostrożniejsza. Niektórzy uważają, że jesteś puszczalska, ale my nie wierzymy tym plotkom. A biedna Antonina haruje w fabryce i haruje w domu. To na nią spada większość ciężkich obowiązków. To ona przede wszystkim utrzymuje wszystkie domowniczki, to ona wykonuje najcięższe prace, wdzięczna babkom za opiekę nad Siuzanoczką. Wspomina ojca swojej córeczki i chociaż znajomość z nim była krótka, w jej wspomnieniach jawi się jako miłość jej życia. Biedna to miłość. Antonina marzy, że jej los się jeszcze odmieni. Pragnienia ma skromne, wyjść za mąż. W świecie, w którym żyje, będzie to bardziej kalkulacja i rozsądek niż uczucie. Tylko ona spośród tej czwórki wierzy w komunizm. Jest to wiara naiwna, wiara prostego człowieka, któremu wmówiono, że kiedy wreszcie zapanuje ten obiecywany raj, a nastąpi to za dwadzieścia lat, o nic już nie trzeba będzie się troszczyć. Wszystko dostanie się za darmo i tyle, ile kto chce, a prać nie trzeba będzie ręcznie, jak teraz, bo zrobi to za ciebie tajemnicza maszyna. Jej największym marzeniem, obok szczęścia Siuzanoczki, jest doczekać tych wspaniałych czasów. Tylko trzy stare kobiety jakoś w ten raj nie wierzą.

Świat, w którym żyją bohaterki powieści, jest straszny. Strach przed partią, radą zakładową, donosem. Jednostka najczęściej jest bezradna w konfrontacji z bezduszną i okrutną machiną władzy i biurokracji. Ale może jeszcze dotkliwsze są uciążliwości dnia codziennego: przydział mąki, po który trzeba stać co kwartał w kolejce (nawet dzieci, staruszki i chorzy) a potem martwić się, aby nie zalęgły się w niej robaki, ciasnota, wieczny brak pieniędzy, kolejki po telewizor, mieszkanie i inne dobra luksusowe i płaszczenie się przed wszechmocnymi członkiniami rady zakładowej czy jakiejś innej komisji, od której rozwiązanie tych życiowych spraw zależy. Tu luksusem jest lepszy obiad czy wyczekany telewizor. Gdzieś mimochodem autorka pokazuje antysemityzm, bezgraniczną wiarę w wielkość narodu radzieckiego  i Związku Radzieckiego, przekonanie, że u nas może jest i ciężko, ale w takiej Ameryce jeszcze gorzej (tam Antoninie na pewno odebrano by nieślubne dziecko). Wszystkie przeklęte poglądy i mity, niektóre żywe do dziś. Rosja w pigułce.

Niezwykle ciekawą warstwą książki, przydającą jej poezji i lekkości, jest świat Siuzanoczki. To swoisty komentarz do świata dorosłych. Dziewczynka nie rozumie wszystkiego i tłumaczy to sobie na swój dziecinny, fantasmagoryczny sposób. Cały czas narrację i dialogi przerywają jej fantazje i marzenia. Ona też żyje w dwóch światach: realnym i tym drugim, szczęśliwym, do którego trafia się później, kiedy człowiek obudzi się ze stuletniego snu, jak królewna ze znanej baśni. W tym świecie nie ma śmierci, jest tylko sen, po którym obudzimy się w innej rzeczywistości. Szkoda, że może w to wierzyć tylko kilkuletnia dziewczynka. Dorosłe kobiety już takich złudzeń nie mają. Tym starszym pozostała wiara w siebie i pomoc dobrych ludzi, którym można zaufać, ta młodsza jeszcze naiwnie wierzy w komunistyczny raj, ale i ten mit przecież pryśnie. A kiedy nadejdą wreszcie nowe czasy, których doczeka tylko Siuzanoczka, wcale nie będzie szczęśliwiej. "Czas kobiet" Jeleny Czyżowej, bardzo gorzka książka.

"Dwa życia"

Na naszych ekranach rzadki gość, film niemiecki, ściślej niemiecko-norweski, co nie jest tu bez znaczenia, bo opowiadana historia rozgrywa się przede wszystkim na północy Norwegii w pięknych, chociaż mrocznych, bo zimowych, okolicznościach przyrody. Obraz, którego akcja toczy się tuż po powstaniu zjednoczonych Niemiec,  jest z gatunku rozliczeniowych, sięga do historii NRD a nawet czasów drugiej wojny. Tam tkwią korzenie opowiadanych zdarzeń (częściowo opartych na faktach, a może trafniej byłoby stwierdzić zainspirowanych faktami). W czasie, gdy Norwegia była okupowana przez hitlerowskie Niemcy, dzieci urodzone ze związków Norweżek z niemieckimi żołnierzami  odbierano matkom i wysyłano do sierocińców w Rzeszy. To tak zwane dzieci Lebensbornu, organizacji specjalnie do tych celów powołanej.

Główna bohaterka, Katrine, jest jednym z nich. Jej, w przeciwieństwie do wielu innych, udało się w dramatycznych okolicznościach wrócić do Norwegii a potem odnaleźć matkę (w tej roli Liv Ullmann). Wschodnia Europa się zmienia, nie ma już NRD, można odgrzebywać ciemne karty z przeszłości. Pewna norweska kancelaria prawnicza chce sprawą zainteresować europejski Trybunał Sprawiedliwości. Tak zawiązuje się akcja tego mrocznego, psychologicznego dramatu. Reżyser opowiedział historię w konwencji thrillera. Od początku widzowi towarzyszy umiejętnie dozowane napięcie potęgowane przez mroczny, surowy, zimowy norweski krajobraz. Nawet kiedy akcja na chwilę przenosi się do Niemiec, nie jest lepiej. Wszak to zaniedbane, odrapane miasta dawnego NRD. Mroczna, ciężka atmosfera wisi też nad bohaterami. Mnożą się lęki, tajemnice, na jaw wychodzą nowe fakty. Dlaczego Katrine tak bardzo przeciwna jest śledztwu? O tym opowiada ten film. I nawet kiedy widzowi wydaje się, że już wszystko zostało wyjaśnione, twórcy filmu zaskakują ponownie. Oczywiście atrakcyjny thriller to tylko sztafaż. Najważniejszy jest, a przynajmniej powinien być, dramat rodziny.

Ten film można zestawić z dwoma innymi rozliczeniowymi obrazami, które mogliśmy w Polsce zobaczyć. Głośnym i popularnym "Życiem na podsłuchu", zdobywcą Oskara, i znacznie mniej popularną i skromniej obdarzoną nagrodami "Barbarą". Z tej trójki ten najnowszy wydaje się być najmniej poruszający. Thriller przykrył dramat Katrine i jej rodziny. Gdzieś w meandrach akcji gubi się jej tragedia, a dylemat moralny, który podobno miała, prawie w ogóle nie wybrzmiał. "Dwa życia" mają skromność i mroczność "Barbary" i atrakcyjność "Życia na podsłuchu", ale brakuje im mocy tamtych filmów. Ani nie są tak melodramatyczne jak ten drugi, ani tak autentycznie przejmujące i dołujące jak ten pierwszy. Ot taki film, który można zobaczyć i poczuć się ustaysfakcjonowanym, ale jeśli się tego nie zrobi, dziury w niebie nie będzie. Spokojnie da się poczekać, aż ukaże się na DVD lub do telewizyjnej premiery. A przy tej okazji gorąco polecam wspomnianą "Barbarę". Widziałam ją ponad rok temu, a nie mogę zapomnieć ani dramatu bohaterki, ani beznadziei jej losu, ani ponurego nastroju, ani grozy tamtych czasów.

"Ida" Pawła Pawlikowskiego

Na szczęście nie trzeba było długo czekać na "Idę" Pawła Pawlikowskiego. Tym filmem reżyser wychowany i wykształcony w Anglii wraca do Polski. Nie będę udawać, że znam jego twórczość. Widziałam tylko "Kobietę z piątej dzielnicy", która podobała mi się raczej średnio. Ale na "Idę" trudno było nie czekać. Kiedy tyle się o filmie mówi, oczekiwania szybują w górę i łatwo się rozczarować. Odrobinkę się tego obawiałam, ale oczywiście niepotrzebnie. Przed premierą tak głośną trudno zupełnie uniknąć medialnego szumu, choćby człowiek najbardziej się starał. Wspominam o tym dlatego, aby przywołać tu usłyszane przeze mnie słowa jednego z krytyków filmowych, które trafnie "Idę" charakteryzują. To, co w "Pokłosiu" Pasikowskiego zostało wykrzyczane, powiedział ów krytyk, w filmie Pawlikowskiego zostało wypowiedziane ściszonym głosem. Oba filmy dotykają tego samego problemu, Holokaustu, ale w jakże inny sposób. W tym pierwszym opowieść dotyczy zbiorowości, tu mamy los indywidualny. Może stąd to wyciszenie, wręcz asceza? A może taki sposób opowiadania bardziej odpowiada temperamentowi reżysera? "Ida" jest całkowicie zanurzona w klimacie lat sześćdziesiątych. Nie dość, że czarno-biała, to jeszcze nakręcona na wąskiej taśmie, rzecz dziś w kinie niespotykana. Okraszona muzyką z tamtych lat, trochę jazzu, nostalgiczne brzmienie saksofonu, trochę popularnych przebojów. Puste, klarowne, czasem wręcz geometryczne kadry, od czasu do czasu ujęcia z góry. Surowy, zimowy, bezludny krajobraz. Skojarzenia z kinem szkoły polskiej jak najbardziej uprawnione. Melancholia i smutek podszyty grozą. Najważniejsza jest jednak historia, straszna, ale opowiadana chłodno. Bardziej domyślamy się, niż poznajemy emocje bohaterek. Szczególnie zagadkową, enigmatyczną postacią jest tytułowa Ida. Równie ważne są relacje między nią a jej ciotką Wandą. Lakoniczność filmu Pawlikowskiego kojarzy mi się z oszczędnym sposobem opowiadania Hanny Krall, tak charakterystycznego dla jej książek. Tyle tytułem wstępu. Kończę oczywistym stwierdzeniem, że "Idę" zobaczyć trzeba koniecznie. A kto już widział, może przejść do ciągu dalszego.

Jedną z wartości filmu Pawlikowskiego jest niejednoznaczność bohaterek. Reżyser ucieka od postaci czarno-białych. Szczególnie dotyczy to Wandy. Tragiczna, wojenna przeszłość związana z żydowskim pochodzeniem. Strata siostry, szwagra, a przede wszystkim syna. Potem w czasach stalinowskich praca w aparacie przemocy. Krwawa Wanda to ja, powie o sobie siostrzenicy. W tych słowach słyszę więcej cynizmu, niż tęsknoty za tamtym czasem. Teraz jest sędzią, jej wpływy są daleko mniejsze niż wtedy, kiedy była prokuratorem skazującym politycznych wrogów. Przez lata z siostrzenicą nie chciała mieć nic wspólnego, pewnie dlatego, że przypominała jej o sprawach zbyt bolesnych. Jest oschła, odpychająca, cyniczna, ale jednocześnie  miła i serdeczna. Pokpiwa z religijności Idy, prowokuje, wodzi na pokuszenie, ale otacza troską. Potrafi być władcza i stanowcza: sposób, w jaki próbuje od rodziny Skibów wyciągnąć prawdę, budzi skojarzenia z jej prokuratorską profesją. Podobnie rozmawia z milicjantem, który zatrzymał ją za jazdę po pijanemu. Kiedy decyduje się wrócić po Idę na dworzec autobusowy, bierze na siebie brzemię zmierzenia się z przeszłością. Trudno jej nie współczuć, kiedy krok po kroku na prośbę Idy, która chce odnaleźć grób rodziców, dociera do makabrycznej prawdy. Ida nie od razu rozumie sytuację, Wanda doskonale wie, że nie ma żadnego grobu, tylko dziura w ziemi. Jak już pisałam, Pawlikowski o zagładzie opowiada oszczędnie, niemal chłodno. Odkopywanie szczątków zamordowanych odbywa się w ciszy. Wyznanie syna Skiby też jest ciche i lakoniczne. Nie zobaczymy kości czy makabrycznych scen. Obie kobiety spokojnie odchodzą przez pusty las, niosąc kości swoich bliskich. Jedna za drugą, jakby tworzyły żałobny kondukt. W tle słychać cichą muzykę, na tyle cichą, że nie jestem pewna, czy dobrze rozpoznałam w niej dźwięki kościelnej pieśni żałobnej, chyba wielkopostnej. Obie kobiety nie płaczą, nie lamentują, a jednak Wanda nie wytrzymała. Skok z okna, niemal nierzeczywisty, trwający mgnienie, nieoczekiwany, jest dla mnie najmocniejszą sceną filmu. Ale to tylko moment, nie zobaczymy ciała Wandy roztrzaskanego na chodniku. W następnej scenie będzie już tylko Ida, która przyjechała na pogrzeb ciotki.

Ida jest postacią o wiele bardziej enigmatyczną. Nie wiemy, co czuje, kiedy dowiaduje się prawdy o swoim pochodzeniu. Ma spokojną, kamienną twarz. Jest pokorna, jakby godziła się ze wszystkim, co przynosi jej życie. Ale ta kamienna maska, jaką nosi na twarzy, to tylko pozory. Potrafi być stanowcza i świadomie podejmować decyzje. Chce odkryć prawdę o swoich rodzicach, chce wiedzieć, dlaczego jej kości nie leżą w tym grobie, broni swojej postawy, swojej wiary. Potem szczerze przyznaje się Bogu, że nie jest jeszcze gotowa i nie przyjmuje ślubów zakonnych, aby w końcu także świadomie wrócić jednak do klasztoru. Jak rozumieć jej chwilowy związek z muzykiem granym przez Dawida Ogrodnika? Czy to tylko kryzys wiary? Bunt przeciw Bogu? Zachłyśnięcie się życiem? Chęć doświadczenia czegoś dotąd niedostępnego? Może potrzeba bliskości? Po śmierci ciotki Ida zostaje znowu sama. Nawet w pogrążonym w ciszy klasztorze pewnie nie ma z kim rozmawiać o tym, co się stało. W czasie wspólnie posiłków zamiast rozmów słychać  szczęk sztućców. Jak rozumieć decyzję Idy o powrocie do klasztoru? Czy kryzys wiary minął? A może to ucieczka przed życiem? A co potem, pyta Ida chłopaka, który proponuje jej wspólny wyjazd. A potem życie, a potem kłopoty, pada odpowiedź (wszystkie cytaty z pamięci).

Tematem filmu Pawlikowskiego są bolesne problemy polsko-żydowskie. Mamy tu wszystko: i bohaterstwo, i podłość, i antysemityzm, i zacieranie pamięci o Żydach, i lęk przed ich powrotem. Ojciec ukrywał, syn zabił, teraz boi się, że Ida i Wanda wrócą i odbiorą im dom. Tragiczna przeszłość jest wymazywana ze zbiorowej pamięci. Ida nie znała swojej historii, siostry nic jej na ten temat nie powiedziały. W zamian za to dostała od nich nową tożsamość. Kim jest? Jak ma pochować rodziców? Odruchowo mówi o księdzu, ale niewierząca Wanda ironicznie, chociaż trzeźwo, stwierdza, że przydałby się rabin. Ostatecznie pochowają swoich bliskich same, nocą, na opuszczonym żydowskim cmentarzu. Kiedy Wanda popełni samobójstwo, a Ida zamknie się za klasztornym murem, pamięć o tym, co się stało, odejdzie wraz z nimi. Skibowie przecież będą milczeć. Kto przechowa tę pamięć? Może chłopak, który przez przypadek stał się świadkiem historii?

"Życie Adeli: rozdział 1 i 2"

Trudno było nie pójść na "Życie Adeli: rozdział 1 i 2" Abdellatifa Kechiche. Nie tylko Złota Palma w Cannes, nagrody dla obu aktorek tamże, ale i świetne recenzje. Przyznam, że trochę obawiałam się tych trzech godzin. Chociaż jestem zapaloną kinomanką i długie filmy mi nie straszne, to jednak tak długi obraz to dzisiaj rzadkość. Obawy okazały się niepotrzebne, nawet nie wiem, kiedy upłynął czas spędzony w kinie. Przyznam, że zdumiewa mnie, na czym polega siła tego w gruncie rzeczy skromnego filmu. To werystyczna obserwacja życia, zwyczajnych ludzi, zwyczajnych zdarzeń. Kamera nie upiększa, pokaże każda zmarszczkę, każdą fałdkę, każdy pryszcz, każdą głupią minę, każdy fizjologiczny odruch. Teraz, kiedy to napisałam, zastanawiam się, czy użyłam właściwych słów. Bo przecież dla głównej bohaterki, tytułowej Adeli, to lata niezwykle burzliwe. Poszukiwanie tożsamości, odkrywanie siebie, przełamywanie lęków, próba. Jakby nie było, film pokazuje codzienność. Może to jest to najwłaściwsze słowo. Wrócę jeszcze raz do mego pytania: gdzie tkwi siła "Życia Adeli"? Na pewno w prawdzie, w emocjach, we wzruszeniu, ale może przede wszystkim w aktorstwie. Adele Exarchopoulos ma moc magnetyczną. Trudno oderwać od niej oczy. Gra delikatnie, subtelnie, gestem, mimiką, westchnieniem, kamera często pokazuje zbliżenie jej twarzy. Lea Seydoux, filmowa Emma, to jej przeciwieństwo, też świetna. Jej bohaterka drażni i uwodzi jednocześnie (widza również). To tyle tytułem wstępu. Nie ma sensu pisać o treści, pewnie każdy zna temat, jako że film zyskał rozgłos z powodu mocnych scen erotycznych, niektórzy twierdzą nawet, że pornograficznych. Dlatego w tej części to wszystko, a ciąg dalszy dla tych, którzy "Życie Adeli" już widzieli.

Może zacznę od zdziwienia. Naprawdę zaskoczyło mnie, że Adela, która odkrywa, że jest lesbijką, spotyka się w swoim szkolnym środowisku nie tylko z nietolerancją, ale i z agresją. Scena, kiedy koleżanki szydzą z niej, kpią, a wreszcie jedna z nich wybucha nienawiścią, przeraża. Jest w tej wykrzykującej pogardliwe obelgi dziewczynie coś obrzydliwego. Wykrzywiona złością twarz, pogarda, furia. Drugie zdziwienie budzi rodzina. Adela boi się powiedzieć rodzicom prawdę, dlatego przedstawia Emmę jako starszą koleżankę, która pomaga jej w filozofii. Naiwnie sądziłam, że wyzwoleni Francuzi nie mają problemów z odmiennością seksualną. A jednak okazuje się, że wszędzie jest podobnie. Adela nie ukrywa się, kiedy pali i pije, ale to, że kocha kobietę, musi zatrzymać w tajemnicy. Oczywiście zupełnie inaczej sytuacja wygląda w artystycznym środowisku Emmy. Tu nikt niczego nie chowa pod korcem, najwyżej ciekawość prowokuje pytania. Tyle zdziwień, a teraz przejdę do tego, co najważniejsze.

Ten prosty film opowiada o tych zwyczajnych, codziennych sprawach, które stanowią istotę naszej egzystencji. Niby nie ma tu wielkich dylematów, problemów czy tragedii. Są obowiązki: szkoła, studia, praca, jest życie domowe, rodzinne, jest poszukiwanie uczucia, a może tylko bliższej relacji z drugim człowiekiem, jest miłosny zawrót głowy, cielesna namiętność, są wreszcie małe dramaty: rozstania, zdrady, zawiedzione zaufanie, łzy. Ale to wszystko, przeżywane świadomie, buduje nasze człowieczeństwo.

Adela jest zamkniętą w sobie, spokojną nastolatką, trochę zakompleksioną. Nie bardzo wierzy w swój urok. Pozornie na tle koleżanek niczym się nie wyróżnia. A jednak jest inna. Interesuje się literaturą, ma swoje zdanie, wie, czego chce. Szuka, próbuje. Nie obejdzie się bez ofiar. Zrani chłopaka, kiedy się z nim  rozstanie, ale i ona zostanie zraniona, kiedy zaufa koleżance. Dla Adeli, która zaczyna rozumieć, że jest lesbijką, to nadzieja, że znalazła dziewczynę, dla tamtej to nic nieznaczący epizod, eksperyment. Małe, wielkie dramaty. Nikt tu nikogo nie rani celowo. Tak się w życiu zdarza. Łzy i rozpacz nie są udawane. Świat wali się na głowę, nawet jeśli za chwilę czas wyleczy rany. Kiedy Adela odkrywa prawdę o sobie, jest początkowo zagubiona. Jak odnaleźć się w nowej sytuacji, jak szukać drugiej połówki? Tym trudniejsze to wszystko, że przeżywane w ukryciu, w samotności. Nikomu nie można powiedzieć, przyznać się. Podwójne lęki i podwójne obawy. Jest młoda, niedoświadczona, czuje się nieswojo i obco w lesbijskim klubie, do którego odważyła się wejść. Inaczej niż starsza od niej, doświadczona, dominująca Emma, która będzie nie tylko jej kochanką, ale i przewodniczką. Wprowadzi ją w świat sztuki i artystów. Ale Adela też jest silną osobowością, wie, czego chce. Potrafi obronić siebie, czerpiąc jednocześnie od swojej kochanki. Jest jej muzą i modelką, ale prowadzi też dom i pracuje z dziećmi. Emma, artystka, chce czegoś więcej, tworzy i marzy o artystycznej karierze. Dla niej wybory Adeli są zwyczajne, pozbawione szaleństwa, może ambicji. Czy dlatego ich drogi się rozchodzą? Emmę pochłania praca, Adela czuje się coraz bardziej samotna i odrzucona. Wietrzy niebezpieczeństwo, zaczyna być zazdrosna. Jakby tego było mało, znowu musi ukrywać swój związek, a przynajmniej tak jej się wydaje, tym razem przed koleżankami i kolegą z pracy. Boi się ich reakcji. Tylko w środowisku Emmy obie mogą czuć się swobodnie. No i stało się: jeden nieprzemyślany krok, jedno słowo za dużo i koniec. Przyznam, że zdziwił mnie wybuch Emmy. Ja, podobnie jak Adela, miałam wrażenie, że zaczyna interesować się kimś innym. Może tak było. Przecież uczucia podążają krętymi ścieżkami. Nowa fascynacja nie musi wykluczać zazdrości o Adelę. Naruszone prawo własności, zraniona duma. Emma wyrzuca Adelę z domu, wyraźnie dając jej przy tym odczuć swoją wyższość. No a potem jest już za późno. Życie na nowo poukładane trudno znowu burzyć. Mimo że Emma nadal coś czuje do Adeli, nie zdecyduje się odejść od nowej partnerki. Jest też przecież dziecko, za które czuje się odpowiedzialna. Rozpacz Adeli, poczucie straty są bardzo prawdziwe. Ale życie toczy się dalej, trzeba pracować, trzeba żyć, mimo że zawód miłosny tkwi w niej niczym kolec. Niby nie widać, ale bardzo boli. Sama praca, nawet ta, o której marzyła, nie wystarczy. Adela jest samotna, nieszczęśliwa, musi udawać i grać. Zakłada maskę, którą zrzuca, kiedy nikt nie widzi. Czuje się obco, słuchając drażniących świergotów gości zgromadzonych na wernisażu Emmy. Tu wszystko jej przypomina o tym, co straciła. Uczucie nadal jest żywe. Aktorka gra znakomicie. Od nieskrywanej rozpaczy, do tłumionego bólu, wyobcowania. Rola Adele Exarchopoulos tchnie prawdą.

Ten prosty film pokazujący ludzkie dramaty nienachalnie, subtelnie, ale przejmująco i prawdziwie, przypomniał mi o twórczości innego francuskiego reżysera, nieżyjącego już Erica Rohmera. To właśnie on był mistrzem podobnego kina.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Młoda Adela fascynuje się osiemnastowieczną powieścią Marivaux "Życie Marianny". Nie będę udawała, że ją czytałam. Ale od czego internet. Spróbowałam się czegoś dowiedzieć, bo aluzja do książki aż nazbyt czytelna. Zmieniają się czasy, zmieniają obyczaje, ale uczucia i problemy pozostają takie same. I Marianna, i Adela muszą walczyć o siebie. Dla tej pierwszej przeszkodą nie do przebycia były różnice klasowe i majątkowe, dla tej drugiej to brak akceptacji dla odmiennej orientacji seksualnej.


Michał Książek "Jakuck"

"Jakuck" Michała Książka (Czarne 2013) to książka, która wyrasta z pasji, z fascynacji miejscem, jego kulturą, językiem, przeszłością, dniem dzisiejszym, przyrodą i wreszcie zamieszkującymi je ludźmi. Użyłam słów pasja i fascynacja, a może właściwsze byłoby słowo miłość, no ale ponieważ brzmi dość egzaltowanie, niech zostaną dwa pierwsze. Czytając ten reportaż z dalekiej, skutej lodem, zmrożonej mrozem, zasypanej śniegiem Jakucji, chwilami odnosiłam wrażenie, że autor pisze dla siebie, nie oglądając się na czytelnika. Szczególnie wtedy, kiedy drobiazgowo, ulica po ulicy, zaułek po zaułku, dom po domu kreśli obraz Jakucka. Albo kiedy opowiada o ptakach. Nie ukrywam, że czasami nadużywał mojej cierpliwości. Początkowo nie mogłam się też przekonać do rozbudowanego słownika języka jakuckiego. Z czasem jednak zrozumiałam, że poznając znaczenie słów, poznajemy mentalność, kulturę Jakutów (a właściwie Sacha, jak nazywają siebie), poznajemy miejsce. Łatwo zgadnąć, dlaczego na określenie śniegu, zimna czy lodu znajdziemy w tym języku nie jedno słowo, ale kilka. Ale dlaczego podobnie jest ze słowem miejsce? Objaśnienia wyrazów to w wykonaniu autora mini opowieści, które z czasem doceniłam i czytałam z ciekawością. Podobnie było z całą książką. Początkowy opór zastąpiło zaciekawienie, ba, Książek wciągnął mnie w swój świat. Aż w końcu nie mogłam się oderwać od opisu zmrożonego miasta, starych, drewnianych domów (dieriewiaszek), których w Jakucku coraz mniej, bo, jak wszędzie, zastępują je betonowe bloki, od prowadzonych przez autora poszukiwań śladów po chacie Wacława Sieroszewskiego, od relacji z odbytej w tym celu podróży do wiosek położonych na północ od Jakucka. Z otwartymi ustami czytałam o przeprawach przez skutą lodem Lenę pieszczotliwie zwaną Babcią, o zimowej wyprawie na północ w roli pomocnika kierowcy ciężarówki  (od takiej ciężarówki zależy zaopatrzenie odległych wiosek), o wilkach czy o obyczajach mieszkańców. Długo tak jeszcze mogłabym wymieniać. Michał Książek swoimi drobiazgowymi opisami i opowieściami sprawił, że zaczęłam sobie wyobrażać miasto, rzekę, wszechogarniającą pustkę przestrzeni, biel śniegu, ciemności i mgłę, przez którą ludzie gubią się we własnym mieście. Dotkliwy mróz nie pozwalał złapać oddechu, a ból grubo obutych nóg walczących ze skutą lodem i śniegiem ziemią nie dawał o sobie zapomnieć. Mogę zachwycać się tym światem, ale wiem jedno: on nie dla mnie. Nie dla mnie ciemności panujące przez wiele miesięcy, szarość, brak kolorów, nie dla mnie grubaśne stroje, nie dla mnie ponad czterdziestostopniowy mróz, śnieg, wiatr i lód!!! Zima to pora roku, której nienawidzę, czuję, że kradnie mi rok w rok kilka miesięcy z życia, więc nie wyobrażam sobie, jak można egzystować w miejscu, w którym zaczyna się już we wrześniu, a kończy w maju. A autor tej książki potrafi! Spędził w Jakucji kilka lat, studiował tam, uczył się języka, poznawał kulturę i historię, założył rodzinę, podróżował, szukał śladów polskich zesłańców (szczególnie wspomnianego już Sieroszewskiego), którzy często wnieśli wiele do kultury tej lodowej krainy. A tym, co zobaczył, co przeżył, czego się dowiedział, dzieli się z czytelnikiem.

Reportaż Michała Książka rozpoczyna się jesienią 2008 roku, a kończy wiosną roku 2009, no a w środku jest nieubłagana zima. Autor na przemian opisuje miejsca, przyrodę, swoją codzienność, wyprawy, opowiada o historii tej części Syberii, o jej mieszkańcach, ich obyczajach, kulturze i życiu. Pisze o tym, jaki wpływ na ich egzystencję ma niemal wieczna zima, a jak odcisnęła się na nim Rosja, a potem Związek Radziecki. Jak chronili swój język, kulturę, tradycję, swoją odrębność. Uświadamia, że Jakucja to nie tylko Jakuci, ale także Eweni, Ewenkowie i inni. Ale przede wszystkim sprawia, że Jakuck, Jakucja, Jakuci przestają być pustymi nazwami, zyskują swoje desygnaty, już nie są białą (nomen omen) plamą na mapie, a miejscem konkretnym, chociaż oddalonym od nas tysiące kilometrów. A przecież Jakucja nie jest na Syberii jedyna. Czytając reportaż Michała Książka, możemy zrozumieć, jak wielki to obszar, ciekawy i nieznany. A wszystko zaczęło się od młodzieńczej fascynacji Sieroszewskim. Na półkach w domu rodzinnym autora stał komplet jego dzieł, które jako dziecko czytał. Po latach ta literacka fascynacja zawiodła go do Jakucji, tropem idola, który tam spędził lata zsyłki, przeżył wiele chwil strasznych, ale miał też na swoim koncie niejedną prawdziwą przygodę, a w końcu pokochał ten kraj i tych ludzi (nie on jeden). Zazdroszczę autorowi, że udało mu się zrealizować młodzieńcze marzenie.

Kończę zapewnieniem, że książkę warto przeczytać, chociaż trzeba mieć świadomość, że lektura momentami wymaga skupienia i kontemplacji. Ale znajdziemy równie wiele fragmentów trzymających w napięciu czy po prostu zabawnych. Przede wszystkim jednak całość jest po prostu zajmująca. I jeszcze jedno. Wysłuchałam w radiu arcyciekawej rozmowy z autorem "Jakucka". Michał Książek wydał mi się człowiekiem niezwykle interesującym, refleksyjnym i głębokim. Pewnie niejednym doświadczeniem czy przemyśleniem mógłby się jeszcze z czytelnikiem podzielić.

"Chce się żyć"

"Chce się żyć" Macieja Pieprzycy wchodzi na ekrany kin w glorii chwały. Sukcesy na festiwalach w Montrealu i w Gdyni, na obu nagrody publiczności, niemilknące owacje po seansach, zachwyty nad rolą Dawida Ogrodnika, opowieści o tym, ile aktor musiał z siebie dać, aby wcielić się w Mateusza. Jak wieść niesie, widzowie płaczą, a film działa jak katharsis i sprawia, że chce się żyć. Początkowo i ja poddałam się tej euforii, wszak miło słyszeć, że polski film triumfuje w szerokim świecie. Później jednak przyszło otrzeźwienie. Nie lubię w kinie łatwych wzruszeń, nie lubię filmów z łatwym happyendem, nie lubię filmów w stylu hollywoodzkim o tym, jak w końcu po licznych przeszkodach dobro albo sprawiedliwość triumfują, a uciemiężony bohater żyje długo i szczęśliwie, nie lubię filmów, które zagłaskują i upiększają rzeczywistość. Do dziś nie rozumiem zachwytów nad "Pięknym umysłem", który mnie nie tylko rozczarował, ale i zirytował (powtarzam się, już tu o tym pisałam przy okazji poruszającego "Lęku wysokości" Bartosza Konopki), nie poszłam na "Nietykalnych",  nie poszłam też na kilka innych filmów zrobionych według takiego schematu. Ale "Chce się żyć" postanowiłam jednak zobaczyć chociaż podszyta sporą dawką nieufności i ... zaciekawienia. To drugie pojawiło się po wysłuchaniu wymiany zdań dyskutantów Tygodnika Kulturalnego w TVP Kultura (świetny program; nie po raz pierwszy polecam).  Film Pieprzycy jednogłośnie obwołali wydarzeniem tygodnia, mimo że i oni deklarowali swoją nieufność do tego typu produkcji. Nic dziwnego, że chciałam sprawdzić, jak zareaguję. Powiem więcej, nabrałam nawet nadziei, że będzie dobrze.

Po przydługim wstępie czas przejść do meritum. Film rzeczywiście jest bardzo dobry. Świetnie się go ogląda, nie jest nadmiernie czułostkowy, nie epatuje litością dla głównego bohatera ani smutkiem. Zamiast tego dostajemy ironiczny komentarz z offu i pogodny nastrój. Chwilami film jest nieodparcie śmieszny. Scena otwierania paczki od wuja z Niemiec (więcej zdradzić nie mogę), to jedna z najśmieszniejszych scen filmowych, jakie pamiętam. Od razu przypomniało mi się "Pali się moja panno" Menzla. Tam też mam swoje ulubione pięć minut (kiedy ze stołu znika szynka). O świetnym aktorstwie nie muszę wspominać. Nie tylko Dawid Ogrodnik, także Kamil Tkacz w roli młodego Mateusza, Dorota Kolak, Arkadiusz Jakubik i inni. Ale ... No właśnie, jest przecież jakieś ale. Oglądając film, nie mogłam pozbyć się głosu nieufności. Myślałam sobie, jest fajnie, ale co dalej, czym mnie ten film zaskoczy, kiedy zacznę ryczeć jak bóbr, gdzie to katharsis. Wzruszenie nadeszło, ale niejednokrotnie wzruszałam się bardziej. Katharsis nie przeżyłam, film mnie jakoś nadmiernie nie poruszył, pozwolił zasnąć, nie dał specjalnie do myślenia, niczym nie zaskoczył. Nie mogę też powiedzieć, aby sprawił, że chce się żyć. Wrodzony realizm, przez niektórych zwany pesymizmem (ale to nieprawda), od razu kazał mi zwrócić uwagę na to, co niemiłe. Owszem, dla Mateusza historia kończy się szczęśliwie. Odkąd dostrzeżono w nim człowieka, traktuje się go jak ... człowieka. A inni? Jego koledzy? Chłopak z wodogłowiem i ten drugi równie głęboko upośledzony? Im się nie należy ładny pokój? Ich dalej można traktować jak nie-ludzi? Cóż, oni pozostaną w obskurnej sali, będą karmieni na leżąco, a jeśli trzeba będzie, to usunie im się przednie zęby, a ksiądz powie im tylko, że Bóg ich kocha. Takie niewesołe refleksje, zamiast oczyszczającego katharsis, wywołał we mnie film Pieprzycy.

Kończę konkluzją, że "Chce się żyć" to film bardzo dobry, ale nie należy zapominać, że jednak mainstreamowy. Ja chyba  oczekiwałam od niego zbyt wiele.

Amos Oz "Wśród swoich"

Stary, dobry Amos Oz. Znowu po niego sięgnęłam. Tym razem po najnowszy zbiór opowiadań "Wśród swoich" (Rebis 2013; przełożył Leszek Kwiatkowski) zbierający bardzo dobre recenzje. Zresztą w wypadku Oza za nic mam głosy krytyków, po prostu ich nie słucham, jako że kocham go wielką czytelniczą miłością. A opowiadań byłam ciekawa tym bardziej, że poprzedni zbiór, "Sceny z życia wiejskiego", po prostu mnie zachwycił. Doskonale pamiętam, że wysmażyłam tu pean na jego cześć pisany niemal w natchnieniu, świadectwo ekstazy jakiejś ogromnej. Trochę ironizuję, ale nie jestem daleka od prawdy. Wtedy miałam wrażenie, że obcuję z literaturą delikatną, lekką jak puch, melancholijną, a nawet smutną, dotykającą tajemnicy ludzkiej egzystencji w sposób niezwykły. Co tu dużo mówić, po prostu wielką. "Wśród swoich" to powrót do tamtego pomysłu, tonu, nastroju. Podobna konstrukcja, podobny temat, tylko miejsce akcji inne. I jeszcze jedna różnica: to proza całkowicie realistyczna. W tamtym tomie pojawiły się dwa (a może nawet trzy) opowiadania nie do końca spełniające kryteria realizmu. Podobnie jak "W scenach z życia wiejskiego" dostajemy tu zbiór opowieści, których akcja rozgrywa się w jednym miejscu. Niby każda stanowi odrębną całość, każda jest historią kogoś innego, ale w kolejnych rozdziałach ci, którzy byli na pierwszym planie w jednym z poprzednich opowiadań, wracają gdzieś w tle albo wręcz partnerują komuś innemu. Każda historia znajduje też jakieś domknięcie w jednym z następnych rozdziałów. W kilku zdaniach, gdzieś mimochodem, narrator, mieszkaniec kibucu Jikhat, w którym toczy się akcja, informuje o tym, co się wydarzyło. Tak jakby plotkował, opowiadał komuś o swoich sąsiadach. 

Amos Oz wraca w swojej ostatniej książce ponownie do tematyki kibucowej, jak w dwóch powieściach sprzed lat: "Spokój doskonały" i "Może gdzie indziej". Akcję umieścił w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy ruch kibucowy wciąż jeszcze był wierny swoim ideałom. Sam mniej więcej w tamtych latach, po śmierci matki i konflikcie z ojcem, zamieszkał w kibucu i żył w nim długi czas. Miejsce nie jest tu bez znaczenia. Dlaczego? Bo w kibucu żyje się kolektywnie, we wspólnocie, bardzo blisko innych członków społeczności. Dom przy domu, ściana przy ścianie. Nawet posiłki jada się wspólnie w stołówce. Wspólne są też rozrywki, wspólnie rozwiązuje się problemy, często te najintymniejsze, jeśli tylko wyjdą na światło dzienne, a zazwyczaj wychodzą, bo przecież tu każdy o każdym wszystko wie. Wydawałoby się, że w takiej wspólnocie nikt nie może czuć się samotny. Okazuje się jednak, że samotność potrafi zagnieździć się wszędzie. Nawet tutaj. Podobnie jak nieszczęśliwa miłość, zawiedzione uczucie, zdrada. To bardzo smutne opowiadania. Nie ma tu może antycznych tragedii, jest taki zwykły, codzienny smutek i codzienne nieszczęście. Da się z tym żyć, ale ciężar samotności i niezrozumienia uwiera. Ból istnienia w najczystszej postaci. Jest samotna kobieta i samotny mężczyzna, coś ich do siebie przyciąga, ale nie potrafią przekroczyć niewidzialnej bariery. Jest mąż, który odszedł do innej. Jest ojciec niepotrafiący się pogodzić z tym, że jego osiemnastoletnia córka zamieszkała ze swoim nauczycielem, który zmienia kobiety jak rękawiczki. Jest młody chłopak umieszczony w kibucu przez opiekę społeczną, który pragnie stać się jednym z nich, ale bezskutecznie. Jest mały, nieszczęśliwy chłopczyk dręczony przez dzieci z dziecińca. Tak bardzo pragnie ciepła rodziców. Jest jego ojciec, który ze wszystkich sił chce ochronić swojego synka. Jest mądra, samodzielna, silna kobieta, która ucieka od męża. I samotny mężczyzna niemający odwagi albo refleksu, aby sięgnąć po swoją szansę. I chłopak, który pragnie się stamtąd wyrwać, ale nie ma sił, aby zostawić najbliższych. I wreszcie stary, chory, samotny mężczyzna, który za wszelką cenę chce się czuć potrzebny. Takie to historie, zwyczajne, jak w życiu, jak wszędzie wokół nas. Czasem rozgrywają się na widoku, czasem w zakamarkach duszy. Jedno je łączy: cierpienia nie sposób dzielić z kimś innym. Nikt, nawet gdyby najbardziej chciał, nie jest w stanie wziąć go na siebie. Tym nie można się podzielić.

Tak jak w "Scenach z życia wiejskiego" to, co najważniejsze, rozgrywa się gdzieś pomiędzy słowami. I tylko czasem narrator rzuca czytelnikowi, a może słuchaczowi?, jakieś zdanie, które trafia w sedno. Że miłość to plaga, bo trudno się przed nią obronić, a zwykle prowadzi do nieszczęścia. Że jest na nią większy popyt niż podaż. Że kibuc wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nic nie poradzi na samotność. Cóż, jak się okazuje, żadna wspólnota przed nią nie ochroni.

Amos Oz jak zwykle nie zawodzi. Najnowszy tom jego opowiadań to książka bardzo prawdziwa, bardzo smutna i bardzo piękna. Przyznam jednak, z lekką nutką żalu, że nie udało mi się przeżyć ponownie takiego czytelniczego olśnienia, jakie towarzyszyło mi w czasie lektury " Scen z życia wiejskiego". Czy tamte opowiadania były po prostu jeszcze lepsze? Czy może teraz czas mniej sprzyjał skupieniu? Może jedno i drugie? Tak czy owak Amos Oz jest zawsze wart lektury. Jak zwykle, kiedy o nim piszę (który to już raz?), gorąco namawiam do spotkania z jego książkami. Wszystkimi, nie tylko tą ostatnią.

PS. Trwa sezon noblowski. Wkrótce poznamy laureata w dziedzinie literatury. Od dawna uważam za skandal, że dotąd ani Amos Oz, ani mój drugi ukochany pisarz, Philip Roth, nagrody nie dostali. Czy tym razem też tak będzie?

Popularne posty