Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artysta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artysta. Pokaż wszystkie posty

Anne Enright "Strzyżyk woleoczko"

"Strzyżyk woleoczko" Anne Enright (Filtry 2024; przełożyli Piotr

Siemion i Kaja Gucio) to kolejna powieść irlandzka, po którą sięgnęłam. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w Polsce ukazały się wcześniej dwie inne powieści tej autorki, i to jedna w dużym renomowanym wydawnictwie, ale przeszły bez echa albo ja nie zwróciłam na nie uwagi. No ale o "Strzyżyku woleoczko" nie sposób było nie usłyszeć, bo jak to zwykle bywa przy promocji książki, rozmowy z samą pisarką albo z kimś innym o jej powieści w podcastowym uniwersum wyskakiwały dosłownie zewsząd. A że i ja uległam modzie na literaturę irlandzką, więc dałam się skusić. Cóż, tym razem jednak pozostałam wobec tej książki obojętna. Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobała, nudziła, że miałam ochotę ją rzucić. Nie, nic z tego, ale spośród irlandzkich powieści przeczytanych w ostatnich latach ta zainteresowała mnie zdecydowanie najmniej. W dużej mierze wydała mi się wtórna. Minęło kilka dni od jej lektury, a ja już mam niewiele do powiedzenia na jej temat.

To historia dwóch kobiet - Carmel i jej, wychowywanej samotnie, córki, Nell. Philip, ojciec tej pierwszej i dziadek drugiej, był znanym irlandzkim poetą, pisał słodkie wiersze opiewające piękno natury - o ptakach i roślinach. Tymczasem zupełnie nie sprawdził się jako mąż i ojciec - porzucił chorą żonę i nastoletnie córki. Obiecywał i nie dotrzymywał obietnic. Żył sobie beztrosko jakby nigdy nic się nie wydarzyło. 

Kolejna kartka przyszła później tego samego roku. Przedstawiała biały wiatrak ze szkieletowym żaglem i napisem "Mykonos" pod spodem. Pocztówka została zaadresowana do nich wszystkich i zawierała odpowiedź na pytanie, którego żadna z nich nie zadała: "Każdego dnia czuję się tu coraz lepiej, dzwony rozbrzmiewają nad wodą, a na dachu małej kawiarenki rosną winorośle i zrzucają listki. Winogrona! Hep!" Wiadomość została zilustrowana wesołym obrazkiem przedstawiającym przechylony kieliszek martini z oliwką. "Na zawsze Wasz tatko". Żadna z nich nie ucieszyła się z tej wiadomości.

Historię tych kobiet i całej rodziny poznajemy z perspektywy raz jednej, raz drugiej, przy czym Nell jest narratorką rozdziałów, w których opowiada o sobie.

Czy fakt, że Carmel miała problem z ułożeniem sobie relacji z mężczyznami, był wynikiem tego, że ojciec ją opuścił, a wcześniej patrzyła na niezbyt udany związek rodziców i przemoc w domu? 

Nie wstydziły się natomiast krzyków i ciosów, pomyślała Carmel, bo te zdarzały się tylko za zamkniętymi drzwiami. Ten mężczyzna przewyższał ją dwukrotnie rozmiarami i był jej ojcem, więc grzbiet jego dłoni był nieprzewidywalny niczym pogoda, po prostu nie należało wchodzić mu w drogę. Jeśli zatem ci się to nie udawało, to sama się prosiłaś.

Czy Nell, która popełnia jeszcze większy błąd, robi to dlatego, że jest obciążona problemami rodzinnymi? To właśnie historia tej ostatniej, a ściślej opowieść o przemocowym związku, w który wchodzi, wydała mi się wtórna. O wiele ciekawiej i głębiej zrobiła to moim zdaniem Megan Nolan w "Aktach desperacji". Czy ich kłopoty i nieumiejętność ułożenia sobie życia wynikają z tego, jakie dziedzictwo dźwigał Philip? A był to bagaż przemocy, której doświadczał w dzieciństwie spędzonym na wsi. Niejednokrotnie również na nią patrzył. Jest w powieści okrutna scena - jego ojciec z zimną krwią, z zawziętością morduje borsuka, który w pewien sposób towarzyszył rodzinie, bo zadomowił się w ich ogrodzie. Miał nawet swoje imię. Jakim człowiekiem stanie się ktoś, kto w dzieciństwie jest świadkiem takiej sceny i na co dzień obcuje z przemocą? Czy jego słodkie wiersze, których bohaterką jest przyroda, to ucieczka od doświadczeń dzieciństwa? A może wyparcie?

Innym problemem poruszanym w powieści jest praca Nell w infosferze, byle jaka, śmieciowa, wykonywana dla kogoś za marne pieniądze, praca, która może daje jakąś swobodę, bo nie trzeba przychodzić do biura, ale żadnej satysfakcji.

... gdybym miała coś, co kiedyś nazywano "pracą" (...) Byłam rzeczą do wyrzucenia, nie tylko dla niego, ale dla ludzi, którzy mi płacili, i - no wiecie - infosfery, państwa narodowego, koncernów, które warzyły dla mnie alkohol. Dla influencerki Meg i jej sześciu różnokolorowych krzeseł.

Takie problemy zawsze mnie interesują, ale tym razem jakoś pozostałam obojętna. Nell, żeby poskładać swoje życie, które się rozpadło, ucieka w podróż. Zaczyna zgłębiać historię rodzinną, szuka śladów dziadka, którego nie poznała i, o paradoksie, znajduje je właśnie w infosferze. Jakiś stary wywiad z czasów, kiedy mieszkał w Stanach. Nieoczekiwanie stwierdza, że: 

Więź między nami to coś więcej niż łańcuch DNA, to rzucona z przeszłości lina, gruba, poskręcana, pełna krwi.

Ten sam wywiad na Carmel robi zupełnie inne wrażenie. Przypomina jej, jakim żałosnym pajacem był jej ojciec. Wnuczce, która dziadka nie znała, łatwiej pogodzić się z rodzinną przeszłością niż córce ponoszącej konsekwencje jego zachowania.

To tyle. Nie żałuję lektury, ale zachwytu nie było.


Natalia Budzyńska "Witkiewicz. Ojciec Witkacego"

Kiedy dwa lata temu usłyszałam o książce Natalii Budzyńskiej

"Witkiewicz. Ojciec Witkacego" (Znak 2022), początkowo nie miałam zamiaru jej czytać, ale po wysłuchaniu kilku rozmów z autorką, jak to często bywa, zmieniłam zdanie. Tym bardziej, że znakomicie wpisywała się w krąg dwóch innych pozycji, które poznałam. Pierwsza to "Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie" Grzegorza Łysia, druga "Witkacy i kobiety. Metafizyczny harem" Małgorzaty Czyńskiej. Wszystkie trzy łączył oczywiście Witkacy. Stwierdziłam, że to kolejna okazja, aby poszerzyć to poletko. A poza tym co ja właściwie wiedziałam o Stanisławie Witkiewiczu? Wcześniej, przed lekturą dwóch wspomnianych tytułów, że był twórcą stylu zakopiańskiego i malarzem (chociaż tego ostatniego nie jestem już taka pewna). Później trochę o jego stosunku do syna i trójkącie, w jakim przez wiele lat żył. Do tego sprowadzała się moja wiedza. A że każda biografia to znakomita okazja do zdobycia nowych wiadomości nie tylko o jej bohaterce czy bohaterze, ale także o związanych z nimi ludziach i jeszcze szerzej o epoce, nie było na co czekać. To właśnie z tych dwóch powodów co jakiś czas sięgam po ten gatunek, czasem magnesem jest sama postać, a czasem, jak w tym wypadku, także kontekst. No i uwielbiam wkraczać na terra incognita, likwidować wszelkie białe plamy, odkrywać coś, o czym nie miałam pojęcia.

Co w wypadku biografii Witkacego stało się takim odkryciem? Było ich kilka. Pierwsze to cały obszar związany z jego pobytem na Syberii w Tomsku. Miał trzynaście lat, kiedy w ramach represji po powstaniu styczniowym jego ojciec został tam zesłany. Za nim podążyła żona i kilkoro ich dzieci. Dzięki jej przebojowości, energii i kontaktom na Syberię dostali się w cywilizowany sposób, jadąc, a nie wędrując. Także opis życia polskich zesłańców w Tomsku jest bardzo interesujący. Chociaż od dawna już mam świadomość, że zesłanie nie zawsze oznaczało katorżniczą pracę w tajdze, to warto dowiedzieć się więcej. Już bardzo długo w czeluściach mojego czytnika leży książka Wojciecha Lady "Pożytki z Syberii" właśnie na ten temat i wreszcie powinnam ją przeczytać. (W tym momencie autorka tej notki pada pod ciężarem świadomości, jaki ocean książek czekających na lekturę znajduje się w jej czytniku, na jej półkach i na dwóch listach - kupić/wypożyczyć z biblioteki.) 

Dość dygresji, wracam do Witkiewicza. Powstanie styczniowe, podobnie jak w wypadku wielu Polaków, było końcem sielskiego życia młodego Stacha. Odtąd zawsze będzie się mierzył z problemami finansowymi, wielokrotnie będzie korzystał z pomocy przyjaciół, przed czym zawsze się wzbraniał, właściwie  takiej pomocy odmawiał, a znajomi często musieli uciekać się do rozmaitych forteli, aby zmylić jego czujność. Honorowa i ideowa postawa sprawiała, że nie zarabiał nawet na tym, na czym pewnie mógł zrobić spore pieniądze. Kiedy stworzony i propagowany przez niego styl zakopiański stał się bardzo popularny, nie brał pieniędzy za projekty domów, a zleceń miał mnóstwo, bo uważał, że rozpowszechnianie takiego budownictwa, będącego według niego istotą stylu narodowego, to jego obowiązek. Kolejnym problemem stanie się z czasem zdrowie Witkiewicza. To między innymi z tego powodu przeniesie się na stałe do Zakopanego, a ostatnie lata życia spędzi na Istrii w Lovranie.

Niewiele wiedziałam o malarstwie artysty i jego działalności jako krytyka. Nic o jego pobytach w Monachium, powrotach do Warszawy, gdzie drażnił go marazm i przystosowanie do życia po klęsce powstania, odczuł to szczególnie, kiedy przyjechał do Warszawy po powrocie z Tomska, wzmożony patriotycznie. Wspólnie z Józefem Chełmońskim, Adamem Chmielowskim i kilkoma innymi malarzami propagowali nowe podejście do sztuki. Krytykował historyzm, między innymi twórczość Jana Matejki, uważał, że sztuka powinna być wyrazem duszy artysty, a nie wpisywać się w jakieś obowiązki. Bronił przed zarzutami konserwatywnej krytyki malarstwa Józefa Chełmońskiego i braci Gierymskich. Nie miałam pojęcia, że ci malarze byli tak bardzo atakowani. 

Kolejną sprawą, o której niewiele wiedziałam, to fascynacja Witkiewicza starszą od niego Heleną Modrzejewską i ich wieloletnia przyjaźń. Było dla mnie odkryciem, że miał wziąć udział, razem z nią,  Henrykiem Sienkiewiczem i kilkoma innymi osobami, w ich amerykańskiej eskapadzie, która, jak wiadomo, zakończyła się klapą. Jedną z przyczyn tego, że nie ruszył z nimi do Kalifornii, był brak pieniędzy na bilet. Ale z artystką utrzymywał kontakt do końca jej życia. Odwiedzała go w Zakopanem, oglądał ją w teatrze, o ile zdrowie pozwalało mu na wyjazd do Krakowa, korespondował, no i Helena Modrzejewska była matką chrzestną jego jedynego syna, Witkacego.

Warto wspomnieć o stosunku Witkiewicza do syna. Najpierw dawał mu ogromną swobodę, mały Witkacy wychowywał się wśród dorosłych, sam szedł za tym, co go interesowało, tylko z konieczności ocierał się o system szkolny, bo jeśli chciał mieć maturę, musiał zdawać państwowe egzaminy. Jego ojciec był wielkim wrogiem ustrukturyzowanego szkolnictwa, uważał, że zabija w dziecku ciekawość, tłumi jego zainteresowania, ogranicza swobodę. Potem jednak, kiedy syn dorósł, próbował sterować jego życiem, krytykował jego wybory, między innymi studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, udzielał rad. W tym wypadku słowo rada nie oddaje istoty rzeczy - do stylu jego listów lepiej pasuje kazanie albo memorandum.

Największym jednak problemem w jego życiu, niespójnością pomiędzy szlachetnością, ideowością, szacunkiem, jakim się cieszył, było jego życie miłosne. Przez wiele lat żył w trójkącie. W Zakopanem związał się z Marą (Marią) Dembowską, żoną swojego przyjaciela. Poznał ją znacznie wcześniej, kiedy przebywał w Meranie na kuracji. To Dembowscy ściągnęli go do Zakopanego. Jeszcze za życia przyjaciela coś już ich łączyło, potem związali się jeszcze bardziej. To ona spędziła z nim ostatnie lata, opiekując się nim w Lovranie. Przyjaciele i znajomi zaakceptowali ten układ. Wszystko jednak odbywało się kosztem żony, która robiła dobrą minę do złej gry, gorzkniała i zatapiała się w pracy, co z jednej strony było koniecznością, z drugiej ucieczką. Zresztą pod tym względem od początku stanowili małżeństwo partnerskie, wcześniej wieloletni związek, oboje pracowali. Dlaczego się nie rozwiódł? Dlaczego udawał, że nie ma problemu? Dlaczego upokarzał żonę? 

Cieszę się, że przeczytałam biografię Stanisława Witkiewicza. 

Jarosław Górski "Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza"

Po książkę Jarosława Górskiego "Parweniusz z rodowodem.

Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza" (Iskry 2021) sięgnęłam bardziej z powodu mojego zainteresowania historią dwudziestolecia międzywojennego niż z zaciekawienia życiem jednego z najpopularniejszych, a może najpopularniejszego, pisarza tamtej epoki. Nigdy nie czytałam żadnej jego powieści, oczywiście znam nieśmiertelną ekranizację "Znachora" w reżyserii Jerzego Hoffmana, może nawet kiedyś widziałam tę przedwojenną, chociaż tego nie jestem pewna, ale kiedy w jakiejś radiowej audycji została przywołana książka Jarosława Górskiego i pojawiła się informacja, że oprócz opowieści o pisarzu jest znakomitym źródłem wiedzy o dwudziestoleciu międzywojennym, postanowiłam ją przeczytać. 

I rzeczywiście zaczęło się obiecująco. Pierwszy rozdział biografii opowiada o napadzie na pisarza  i jego brutalnym  pobiciu przez bojówkarzy związanych z obozem sanacji. Tadeusz Dołęga-Mostowicz był już wtedy znanym i cenionym felietonistą związanym z prasą endecką. W swoich tekstach krytykował przewrót majowy. Jarosław Górski opowiadając o tym mogącym się skończyć tragicznie zdarzeniu, wiele miejsca poświęca innym tego typu przypadkom. A jak się okazuje, podobne napady były w tym gorącym okresie politycznym częste. Dotyczyło to wszystkich stron sceny politycznej. Swoich przeciwników atakowały bojówki obozu sanacji i endecji. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że życie polityczne w przedwojennej Polsce było brutalne, ale nie wiedziałam, że aż tak. Kiedy czytałam pierwszy rozdział książki, z ulgą pomyślałam, że na szczęście jeszcze daleko nam do podobnej sytuacji. Potem jednak, w kolejnych rozdziałach, tło polityczne i społeczne nie jest aż tak szerokie, jak się tego spodziewałam. W każdym razie w tym zakresie jakoś specjalnie swojej wiedzy nie pogłębiłam.

Czy wobec tego żałuję, że po biografię Tadeusza Dołęgi-Mostowicza sięgnęłam? Nie! Bo jednak czegoś nowego o tamtej epoce się dowiedziałam. To informacje o funkcjonowaniu prasy, rynku wydawniczego i o rodzimym przemyśle filmowym. Przede wszystkim jednak nie miałam wielkiego pojęcia o życiu pisarza. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo był popularny. Jego powieści drukowane w odcinkach w prasie natychmiast podnosiły nakład tytułu, w którym się ukazywały. Na prowincji, szczególnie na wsiach, czytelnicy składali się na prenumeratę gazety - w czasach kryzysu nie każdego było na to stać - i zbierali się na  wspólne czytanie kolejnego odcinka książki ulubionego autora. Podobne historie zdarzały się z "Potopem" Sienkiewicza, o czym wiedziałam. Pisarz otrzymywał mnóstwo listów od swoich czytelników, a głównie czytelniczek. Chętnie na nie odpowiadał, dołączając specjalnie na takie okazje zrobione zdjęcie. Często zapraszał swoje fanki na spotkanie przy okazji ich wizyty w Warszawie. Czy do nich dochodziło i jak ewentualnie przebiegały, Jarosławowi Górskiemu nie udało się ustalić. Nie wpadł na taki trop w zachowanej korespondencji, którą obficie cytuje. No i jeszcze jedno - pisarz kiedy już zdobył popularność, kiedy otrzaskał się ze światem gazet i wydawnictw, znakomicie umiał się w nim poruszać. Był nie tylko poczytnym autorem, ale też znakomitym menadżerem. Umiał wycisnąć do ostatka zyski ze swoich książek. Sprzedawał je wielokrotnie i nikt na tym nie tracił! Pierwszy krok to odcinki powieści ukazujące się w wysokonakładowej krajowej prasie, potem krok drugi - wydanie książkowe, najpierw droższe w twardej oprawie, potem tańsze, a na końcu sprzedawał książkę prasie prowincjonalnej, bywało że kilku tytułom naraz. Wydawałoby się, że nikt już nie kupi gazety tylko dla powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, skoro była dostępna znacznie wcześniej. Tymczasem nakład takiego tytułu natychmiast skakał! Bo wcześniejszymi kanałami książka nie docierała na prowincję, także dlatego, że tamtejszych czytelników nie było na nią stać.

Wizjonerstwem wykazał się pisarz w dziedzinie filmu, którym zainteresował się nieco później, próbując zdyskontować swój literacki sukces. Niestety na tym polu nie dano mu rozwinąć skrzydeł i filmy powstające na podstawie jego powieści często okazywały się klapą. Jednym z wyjątków był "Znachor". Tadeusz Dołęga-Mostowicz uważał, że film to odrębna dziedzina sztuki, dlatego najlepiej by było, gdyby powstawał na bazie oryginalnego scenariusza, a nie na kanwie powieści. Trudno mu jednak było przebić się ze swoimi pomysłami. Jego oryginalne scenariusze najczęściej nie były ekranizowane. Taki los początkowo spotkał "Znachora", który powstał jako scenariusz filmowy. Kiedy został odrzucony, pisarz przerobił go na powieść. Po jej wielkim sukcesie zainteresowali się nim filmowcy. Zło upatrywał w organizacji przemysłu filmowego w Polsce, który był finansowany przez właścicieli kin. Nic więc dziwnego, że wykładając pieniądze, dyktowali warunki, a na sztuce filmowej się po prostu nie znali. Liczył się tylko zysk. Nie miałam też pojęcia, że pisarz był pomysłodawcą powstania kursów kształcących ludzi pracujących dla przemysłu filmowego. Kursy te miały później ewoluować w pierwszą polską szkołę filmową, ale wybuch wojny pokrzyżował te plany.

Kolejnym ciekawym wątkiem jest recepcja twórczości pisarza. Że był niezwykle popularny, wiadomo, że w związku z tym bajecznie bogaty też. Niestety przylgnęła do jego powieści pogardliwa łatka literatury dla kucharek, która utrzymywała się nawet po wojnie w czasach PRL-u, co jest o tyle dziwne, że Tadeusz Dołęga-Mostowicz pokazywał w swoich książkach liczne mankamenty Polski sanacyjnej, co byłoby na rękę komunistycznej propagandzie. Pisarz musiał pogodzić się z tym, że jego książki nie miały żadnych recenzji w poważnej prasie zajmującej się literaturą. Jakby nie istniały. A przecież miał swoją filozofię tworzenia. Uważał, że literatura przystępną, atrakcyjną formę powinna łączyć z wagą poruszanych problemów i w ten sposób oddziaływać na czytelnika, kształcić go, poszerzać horyzonty, zmuszać do refleksji nad światem. I bardzo szybko zaczął w swojej twórczości ten postulat realizować. Jarosław Górski pokazuje, jak jego powieści ewoluowały od pierwszych, w których najważniejsza była żywa akcja, do kolejnych, gdzie liczył się również poruszany temat i bogate tło społeczne. Dziś  przez literaturoznawców jest doceniany. Już dawno słyszałam, że jego powieści są znakomitym źródłem wiedzy o dwudziestoleciu międzywojennym. Wspominałam, że nie czytałam żadnej z jego książek, ale co jakiś czas przypominam sobie o nich i mam ochotę po coś sięgnąć. Zobaczymy.

Biografia pisarza obrosła licznymi legendami i nieporozumieniami. Jarosław Górski stara się w swojej książce prostować niejasności, obalać mity, szukać prawdy. Nie zawsze jest to możliwe. Wtedy stawia najbardziej prawdopodobną hipotezę, opierając się na dostępnych źródłach. Choćby wspomniany już napad obrósł licznymi wersjami, podobnie jest ze śmiercią pisarza, ale takich niejasności, niedomówień, fałszywych przekonań jest w jego biografii więcej. Ot na przykład takie, że literaturą zajął się właśnie z powodu owego brutalnego napadu. Rzekomo miał się przestraszyć i postanowił zaprzestać pisania felietonów o sprawach bieżących. Jarosław Górski posługując się faktami, obala to przekonanie.

To oczywiście nie wszystko. Znajdziemy w książce wiadomości o rodzinie pisarza, o jego przeżyciach z okresu pierwszej wojny, o niełatwej drodze do kariery, najpierw dziennikarskiej, potem literackiej, o jego poglądach politycznych, wbrew pozorom nie był endekiem, chociaż na długo związał się z gazetami tej formacji, o  stosunku do kobiet i feminizmu, w tym względzie był raczej konserwatystą, chociaż nie jest to też czarno-białe, o bujnym życiu towarzyskim, które też obrosło licznymi mitami, i znacznie mniej o uczuciowym, bo niewiele na ten temat wiadomo. Czyta się biografię pisarza jednym tchem. Cieszę się, że po książkę sięgnęłam.

Eshkol Nevo "Ostatni wywiad"

Do twórczości izraelskiego pisarza Eshkola Nevo mój stosunek jest

niejednoznaczny. Sięgam po każdą kolejną jego powieść wydaną w Polsce, czytam z zainteresowaniem, ale zawsze odczuwam niedosyt. Tak było z "Neulandem" i z "Samotnymi miłościami". Podobnie mam teraz, kiedy przeczytałam "Ostatni wywiad" (Pauza 2022; przełożyła Anna Halbersztat). Powieść zbiera znakomite recenzje, ja jednak aż tak wysoko jej nie oceniam. Był taki moment w trakcie lektury, kiedy wydawało mi się, że to rzeczywiście może być najlepsza z jego trzech książek, które znam, ale potem przyszło rozczarowanie. Ponownie miałam wrażenie, iż czegoś mi w niej brakuje, czegoś, co wynosi powieść ponad lekturę, którą świetnie się czyta, czegoś, co nada jej ciężaru gatunkowego. Eshkola Nevo stawia się obok Amosa Oza i Dawida Grosmana. Moim zdaniem to nie ta sama liga. Zdecydowanie wyżej cenię też niektóre powieści Zeruya'i Shalev czy Meira Shaleva (to, jak słyszałam, jej kuzyn), szczególnie "Dwie niedźwiedzice". No ale do rzeczy.

"Ostatni wywiad" to rzeczywiście powieść napisana w formie wywiadu. Pisarz, który przechodzi kryzys twórczy i osobisty, odpowiada na pytania zadane przez internautów na jakimś portalu internetowym. Ich treść i waga są różnorodne, jednym słowem od Sasa do lasa. Ale te banalne w większości pytania często prowokują go do udzielania długich odpowiedzi, które czasem przybierają  formę mini opowiadań, a innym razem wywołują wspomnienia. Jednym słowem daje o sobie znać jego pisarska natura. Stopniowo  te chaotyczne skrawki zaczynają się składać w całość niczym puzzle. Poznajemy historię jego małżeństwa, rodzinnego kryzysu, przyjaciół, poglądy polityczne, wstydliwe tajemnice z przeszłości. Nie, nie ma tam nic specjalnie strasznego, raczej zaniechania, jakieś świństwa wyrządzone kolegom. Dowiadujemy się o twórczym niespełnieniu, bo jako pisarz czuje się jednak niedoceniony mimo książek, które wydał, licznych spotkań z publicznością, nie tylko izraelską, i prowadzonych kursów kreatywnego pisania. Zazdrości  pewnemu skandynawskiemu autorowi kryminałów, który odniósł czytelniczy i komercyjny sukces. Do tego trochę kontekstu izraelskiego, ale  czytelnik obeznany z literaturą z Izraela  niczego nowego się nie dowie. To wszystko, jak w powieści, prowadzi jednak do konkluzji, wszystkie wątki zostają zamknięte, a dla pisarza ten wywiad okaże się ważny, każe spojrzeć w przeszłość i w głąb siebie.

Wydaje mi się, że bez trudu mogę odgadnąć, co podoba się krytykom. Podejrzewam, że nie sama story. Jedno to pewnie forma - te różnorodne skrawki, które jednak układają się w powieść. Drugie, być może ważniejsze, to nieustanna gra między tym, co prawdziwe, a wymyślone. Pisarz wielokrotnie wodzi czytelnika na manowce, fantazjuje, oszukuje, w końcu zaczynamy się zastanawiać, kiedy mówi prawdę. Stopniowo on sam dostrzega, że nieustanne tworzenie nowych historii, a zwłaszcza przerabianie życia na literacką twórczość, kanibalizowanie go, stało się przyczyną jego problemów osobistych. 

Powiedziałem mu, że stałem się kłamcą, kompulsywnym opowiadaczem i kanibalem, bo wszystko, co mi się przydarza, staje się materiałem do opowieści (...) A świat jest teraz przepełniony kłamstwami, kłamstwa są dziś globalną walutą.

Ale czy to coś odkrywczego? Przyjmuję, ale mnie to nie kręci, przynajmniej podane w taki sposób.

Na koniec jednak powieść zyskała w moich oczach, tyle że nie za sprawą pisarskich dylematów, rozkminiania, gdzie kończy się prawda, a zaczyna kłamstwo. Tym, co rzeczywiście mnie poruszyło, jest sposób, w jaki Eskhol Nevo pisze o utracie, o jej nieuchronności. Bo stale coś tracimy, choćby chwile, które uciekają, bliskich, przyjaciół, wszystko przemija. Strata jest wpisana w nasz los. I to właśnie jest prawdziwe. Oczywiście ktoś może odbić piłeczkę i powiedzieć, że to też banał. Tak, ale rzecz w tym, że autor opowiedział o tym  w sposób poruszający. Przynajmniej mnie.

Cóż, kiedy za jakiś czas wyjdzie kolejna powieść Eskhola Nevo, na pewno znowu po nią sięgnę i prawdopodobnie znowu będę się na nią zżymać.

Małgorzata Czyńska "Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny"

Właściwie sama nie wiem, jaki impuls stał za tym, że postanowiłam

przeczytać książkę Małgorzaty Czyńskiej "Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny" (Marginesy 2022). Tym bardziej, że, jak się zorientowałam, jest to drugie, uzupełnione, wydanie pod nieco zmienionym tytułem i z inną okładką. Pierwsze ukazało się w innym wydawnictwie. Jak wyłowiłam ją z morza nowości? I dopiero teraz, kiedy ją wznowiono? Nie jest tak, abym jakoś specjalnie interesowała się Witkacym. Owszem, lubię jego malarstwo i zdjęcia, chętnie wybiorę się do teatru na adaptację jego sztuki (mam wrażenie, że jego teksty są coraz rzadziej wystawiane), trochę o nim wiem (trudno nie wiedzieć), ale nigdy nie czytałam jakiejś porządnej biografii ani żadnej z jego powieści. Prawdopodobnie magnesem była sama barwna i skandalizująca postać Witkacego i nazwisko autorki - Małgorzaty Czyńskiej. Przed kilku laty przeczytałam biografię Katarzyny Kobro jej pióra - "Kobro. Skok w przestrzeń", która zrobiła na mnie spore wrażenie.

Małgorzata Czyńska jest historyczką sztuki i kuratorką wystaw, no i pisarką. Pisze o kobietach związanych ze sztuką, nie tylko o artystkach, ale także o tych, które pozowały do słynnych obrazów czy w inny sposób związane były z artystą. W wypadku Witkacego jedno ściśle łączy się z drugim. Kobiety, z którymi łączył go dłuższy czy krótszy romans, malował i fotografował wielokrotnie. 

Ta książka to opowieść o Witkacym, ale przede wszystkim o kobietach, z którymi był związany. Najczęściej to kochanki, ale nie tylko, bo autorka wiele miejsca poświęca matce artysty, a przede wszystkim żonie, Jadwidze Witkiewiczowej, nazywanej Niną. Zastanawiam się, ile w tej lekturze guilty pleasure, a ile poważnej książki. No ale nie da się pisać i mówić o Witkacym, pomijając tę, tak istotną dla niego, sferę życia. Tym bardziej, że ważne dla niego kobiety pozostawiły ślad w jego sztuce. Nie tylko je malował i fotografował, ale także uwieczniał w powieściach czy sztukach teatralnych. Autorka zamieszcza reprodukcje ich portretów, zdjęcia, ale także obszernie cytuje jego teksty. Co prawda Witkacy potrafił oburzać się, kiedy twierdzono, że w swoich utworach literackich portretuje znajomych i siebie, jednak dla wszystkich było jasne, że szczególnie powieści są tekstami z kluczem. 

Małgorzata Czyńska wyciąga z cienia kobiety, z którymi się wiązał, opowiada o nich, pisze, jak się poznali, co czuły, a przede wszystkim o tym, jaki wpływ miał na ich życie ten ekstrawagancki człowiek i artysta. Czasem, jak w wypadku Ireny Solskiej, był jednym z wielu kochanków, ale w kilku wypadkach spotkanie z nim okazało się przełomowe, wywróciło ich życie do góry nogami. To przypadek Asymetrycznej Damy, niczym niewyróżniającej się kobiety, żony jubilera z Częstochowy, którą Witkacy zobaczył na ulicy w Warszawie, kiedy była tam z wizytą u krewnych. Przypominała mu narzeczoną, która popełniła samobójstwo, dlatego namówił ją, aby mu pozowała. Panią Hankę, bo tak ją nazywał, malował potem  wielokrotnie, była, jak twierdzi autorka, raczej jego muzą niż kochanką. Opuściła Częstochowę i męża, zamieszkała w Zakopanem, bo dzięki Witkacemu poznała inny, artystyczny świat, który ją pochłonął. Można się zastanawiać, czy to źle, czy dobrze. Dla męża, jubilera, pewnie nie najlepiej, nie wiemy, czy cierpiał z powodu zawiedzionej miłości, kiedy opuściła go żona, czy może tylko była to plama na męskim honorze. Dla niej być może lepiej - rozwinęła skrzydła, nie była już tylko żoną przy mężu, zainteresowała się fotografią, miała kolekcję jego prac.

Tragicznie skończyła się znajomość z Witkacym dla jego pierwszej narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej. Zafascynowana artystą, którego poznała w zakopiańskim pensjonacie prowadzonym przez jego matkę, przyjmuje jego oświadczyny. Nie wie jeszcze, że jest skłonny do stanów depresyjnych, wybuchów gniewu, zazdrości. Potem wielokrotnie rozstają się i schodzą, cierpią oboje. Aż w końcu, kiedy Witkacy zadręcza narzeczoną podejrzeniami o romans z Karolem Szymanowskim, po kłótni zdesperowana Jadwiga bierze dorożkę, jedzie do Doliny Kościeliskiej i strzela do siebie. Być może była wtedy w ciąży, być może jedną z przyczyn kłótni było dziecko, którego Witkacy nie chciał. To sfera domysłów wysnutych z jednej z jego powieści, "Pożegnania jesieni". Zakopane huczy od plotek, a Witkacy cierpi, bierze winę na siebie, a samobójcza śmierć narzeczonej będzie do niego wracała wielokrotnie.

Drugą tragiczną kochanką jest Czesława Oknińska-Korzeniowska, jego ostatnia miłość, ostatni romans. Też zwyczajna kobieta, której życie niczym by się pewnie nie wyróżniło, gdyby nie spotkanie z Witkacym. To z nią we wrześniu 1939 roku wyruszył w swoją ostatnią podróż, uciekając przed wojną. To razem z nią postanowił się zabić na wieść o wkroczeniu Rosjan na wschodnie tereny Polski. Ona przeżyła, on odebrał sobie życie skutecznie. Nie trzeba mówić, jaki wpływ wywarła na nią ta tragiczna historia. Dawała temu świadectwo wielokrotnie. A przecież i wcześniej ich związek, który trwał kilka lat, był bardzo burzliwy. Rozchodzili się i schodzili. Ona nie mogła wybaczyć mu zdrady z narzeczoną fryzjera. Tak, zdradzał ją, bo Witkacy potrafił się wiązać z kilkoma kobietami naraz i równie silnie przeżywać uczucia do każdej z nich. Liczyła też, że rozwiedzie się z żoną i wezmą ślub. On cierpiał, kiedy z nim zrywała. Prosił nawet żonę o wstawiennictwo!

No właśnie, żona. Nie sposób tu o niej nie wspomnieć. Pobrali się w roku 1923, kiedy ona dobiegała trzydziestki, a on czterdziestki. Szybko przyjęła jego oświadczyny. Była panną z dobrego domu, ale bez majątku. Małżeństwo raczej z rozsądku, okazało się bardzo trwałe, burzliwe, a ich związek najsilniejszy ze wszystkich jego związków. Szybko zamieszkali osobno, ona w Warszawie na ulicy Brackiej, on w Zakopanem. Oczywiście widywali się, ale przede wszystkim prowadzili bogatą korespondencję. Była jego powierniczką, przyjaciółką, to jej zwierzał się ze swoich cierpień, nieszczęśliwych romansów, kłopotów z kobietami. To bez niej nie mógł żyć. Kiedy kilkakrotnie go porzucała, co oznaczało, że nie mógł przyjeżdżać na Bracką, cierpiał. A ona? Jak znosiła jego romanse? Czy odpowiadała jej taka rola, jaką wyznaczył jej w swoim życiu? Historia Niny jest szkieletem tej książki. Zaczyna się od niej i na niej kończy. Jest obecna niemal cały czas. Albo w pisanych do niej listach, albo w jej wspomnieniach, które wydała po wojnie, albo w poświęconych tylko jej rozdziałach. Nie od razu pogodziła się z tym, że jej mąż nie potrafi być monogamistą, że zakochuje się z wielką łatwością, że afery miłosne to istotna część jego życia. Początkowo próbowała walczyć, obarczała winą swoją oziębłość, potem kilkakrotnie odsuwała go od siebie. Jednak żyła z nim do końca, była powiernicą, przyjaciółką, sama miewała kochanków. To ona dbała o jego spuściznę. Szczególnie literacką. Na pewno postać tragiczna.

Ale książka Małgorzaty Czyńskiej to także opowieść o Witkacym. O tym jak reżyserował swoje życie, jaki był, jak wpływał na innych, o jego twórczości.

Ciekawa lektura, czyta się niemal jednym tchem. Zmusza do zastanowienia się, jak niejednoznaczne bywają ludzkie wybory, pozwala skonfrontować się z nimi. Czasem aż korci, aby krzyknąć - kobieto, co robisz? - chociaż to krzyk poniewczasie. Czy mamy prawo je oceniać? Czy potrafimy je zrozumieć? Tak naprawdę wiedzieć, co czuły? 

"Stracone złudzenia" (film)

Lato jak zwykle nie rozpieszcza sensownymi premierami kinowymi. Dotąd nawet jeśli pojawiło się coś dobrego, to ja nie miałam ochoty. Ale francuskiej ekranizacji "Straconych złudzeń" Balzaka nie mogłam przegapić, bo zbiera znakomite recenzje. Od razu powiem, że powieści nie znam (A kto zna?) podobnie jak i innych książek pisarza. Jedną czytałam dawno temu w liceum. Szkoda, należałoby po jakieś wybrane sięgnąć. Co jakiś czas wraca do mnie marzenie, aby czytać więcej klasyki, powtórzyć to, co znam, poznać to, czego nie poznałam. No ale nowości, te najnowsze i te już nieco przeterminowane, wciąż biorą górę. Czasem zresztą i wśród nich trafia się klasyka, która dotąd w Polsce była niedostępna. Ot chociażby duńska pisarka Tove Ditlevsen. Czas jednak przejść do filmu.

Ekranizacja "Straconych złudzeń" okazała się nadzwyczaj aktualna. Problemy, jakie pokazuje Balzak w swojej powieści, gnębią też współczesne społeczeństwa. To historia młodego Luciena, urodzonego na prowincji, pochodzącego ze zubożałej i zdeklasowanej rodziny. Lucien, który pracuje w drukarni szwagra, pisze wiersze. Marzy o tym, aby je wydać. W jego talent wierzy piękna, bogata arystokratka, Louise, nieszczęśliwa w małżeństwie z dużo starszym od siebie mężczyzną. Z jej pomocą i w aurze skandalu Lucien wyrusza do Paryża, wierząc, że uda mu się wydać tom wierszy. Szybko jego szlachetne, naiwne marzenia rozbiją się o rzeczywistość, jakiej nawet sobie nie wyobraża. Stanie przed dylematem - pozostać szlachetnym i przymierać głodem, licząc na łut szczęścia, czy sprzedać się niemoralnej prasie i opływać w dostatki.  

W obrazie prasowego światka mogą się przejrzeć współczesne media. Oczywiście to, co widzimy na ekranie, bywa przerysowane, karykaturalnie wykrzywione, ale zasadniczy problem pozostaje. Zależność od bogatego właściciela, chodzenie na pasku polityków, pytanie o granice wolności słowa, ale przede wszystkim brak bezstronności. Balzak, a za nim twórcy filmu, pokazuje styk świata prasy ze światem sztuki, którym też zresztą rządzą pieniądze. Dobre i złe recenzje można kupić. Zorganizować nagonkę na pisarza czy aktorkę i zniszczyć ich albo przeciwnie, wynająć klakierów, opłacić zachwyty i wynieść, nawet miernotę, na piedestał? Nic prostszego. Czy nie tak działają współczesne inby? Lucien z jednej strony rozczarowany tym, co zobaczył, z drugiej zachwycony paryskim tempem życia, możliwościami, jakie daje kariera dziennikarska, musi dokonywać wyborów. Nie zdaje sobie sprawy, po jakim polu minowym stąpa, nie rozumie, że jest tylko pionkiem w grze rozgrywanym przez  polityczne frakcje, liberałów i rojalistów. Za wielu osobom, zachwycony swoimi możliwościami i dziennikarską mocą, nastąpił na odcisk. A jakby tego było mało, trzeźwość myślenia przysłania mu miłość do bulwarowej aktorki, Koralii.

Ale problemem Luciena pozostaje nie tylko jego sumienie, dylemat - moralna czystość czy pragmatyzm. Jego największym zmartwieniem jest pochodzenie -  prowincja i zdeklasowana rodzina. Rzecz nie tylko w tym, że  do pewnych miejsc nie ma wstępu, a jeśli się tam dostanie, to będzie traktowany pogardliwie, z wyższością. Chodzi o to, że on nie wie, jak się w tym świecie odnaleźć i poruszać. Nie zna jego kodów, nie zna odpowiednich ludzi, nie ma pojęcia, jak się zachować i ubrać. Nigdy nie będzie tam swój. Dlatego tak łatwo nim manipulować, wykorzystując do swoich celów. Wydaje się, jakby Lucien z góry skazany był na porażkę, jakby nic od niego nie zależało. Chęć wyrwania się z prowincji, realizacji swoich twórczych czy naukowych pragnień i ambicji, aspiracja do lepszego świata, złe urodzenie, brak pieniędzy to przecież także współczesne problemy. Skoro jesteśmy przy Francji, to wystarczy przywołać Didiera Eribona i jego znakomity "Powrót do Reims" i "Koniec z Eddym" Edouarda Louisa.

Film jest świetnie zrobiony, wciąga od pierwszych chwil i trzyma w napięciu do końca. Początkowe wolne tempo i dostojność arystokratycznych salonów ustępują miejsca energii, pędowi i szaleństwu. Dzieje się tak  kiedy Lucien przybywa do Paryża i zostaje wessany przez dziennikarski i teatralny świat. Przestrzeń natury zostaje przeciwstawiona ciasnej, zatłoczonej, zgiełkliwej stolicy. Atutem filmu są magnetyzujący aktorzy, Beniamin Voisin jako Lucien,  Vincent Lacoste jako pozbawiony skrupułów dziennikarski mentor prowincjusza, a wreszcie sam Xavier Dolan w roli dobrze urodzonego, początkującego pisarza, pupilka arystokratów.

Znakomity film naprawdę dla wszystkich. Dla tych, którzy w kinie szukają rozrywki, i dla tych, którym marzy się więcej.

Kjell Westo "Niebo w kolorze siarki"

Trochę hamletyzowałam, zanim kupiłam powieść "Niebo w kolorze

siarki" Kjella Westo (Wydawnictwo Poznańskie 2021; przełożyła Katarzyna Tubylewicz). Magnesem i rekomendacją była tłumaczka znawczyni Szwecji, autorka książek o swojej drugiej ojczyźnie, komentatorka spraw bieżących z nią związanych. Ale obok bardzo dobrych recenzji pojawiła się gorsza, co zniechęcało. W końcu jednak postanowiłam przeczytać. 

Zanim o książce, najpierw parę słów o autorze, bo to ważne. Otóż Kjell Westo, prozaik, poeta, dziennikarz, jest szwedzkojęzycznym Finem. Należy do szwedzkiej mniejszości zamieszkującej Finlandię, pisze po szwedzku. I właśnie tacy ludzie jak on są głównymi bohaterami jego powieści.

Akcja rozgrywa się od lat sześćdziesiątych po czasy współczesne w Helsinkach i na nadmorskim półwyspie Ramslandet, gdzie bohaterowie mają swoje letnie domy. Główną postacią i jednocześnie narratorem jest zbliżający się do sześćdziesiątki pisarz, który w ujętej w ramy retrospekcji opowieści wtajemnicza czytelnika w meandry swojego życia od czasów dzieciństwa. Ponieważ wspomnienia zależą od kapryśnej pamięci, musimy mieć świadomość, że to jego wersja opowieści. Nie wszystko musiało wydarzyć się tak, jak nam opowiada. W pewnym momencie jesteśmy świadkami bolesnego zderzenia jego wersji przeszłości z wersją przyjaciół.  Narrator przyłapuje się na tym,  że wyparł niekorzystne dla siebie zdarzenie z młodości, winą obarczając nielubianego kolegę, którego od dzieciństwa się bał. Pamięć bywa też obciążająca. Takim  ciężarem jest wojna zimowa. Narrator wychowywał się w kulcie poległego na wojnie dziadka-bohatera, którego to kultu nie rozumie. Jako dojrzały mężczyzna zda sobie jednak  sprawę, że nie warto z tym walczyć. Dla niego to nieważne, ale dla babci i matki bardzo. Byłaby więc to kolejna książka, której jednym z tematów jest pamięć? Jeśli tak, to wyznam, że jakoś mnie to w tym wypadku specjalnie nie zajmuje.   Dla mnie najważniejsze w tej powieści są dwie sprawy - zwyczajne życie i skomplikowane relacje w grupie kilkorga przyjaciół, których narrator poznał w czasie pierwszych wakacji spędzanych na półwyspie Ramslandet i w szkole, w szwedzkim liceum. To przede wszystkim rodzeństwo, Alex i Stella, ich szkolna koleżanka Linda, osiłek zwany przez narratora Jajem i  Krister, najbardziej osobny z nich.  Opowieść o życiu i relacjach panujących w tej paczce są ze sobą nierozerwalnie związane.

Bo na jego życiu zaważyło spotkanie Alexa i Stelli, rodzeństwa pochodzącego z bogatej rodziny przedsiębiorców. Przepaść klasowa jest przez narratora dość mocno eksponowana. On sam pochodzi z niższej klasy średniej. Jego rodzice wywodzą się ze wsi, jako pierwsi w swoich rodzinach zdobyli wykształcenie, ale spektakularnych karier nie zrobili. Matka była sekretarką, ojciec zastępcą kierownika jakiegoś dużego (chyba) sklepu. Potem zresztą to stanowisko stracił, stając się zwykłym sprzedawcą. Utratę prestiżu mocno odczuł. Mieszkają w zwyczajnym mieszkaniu, wakacje na łonie natury (jak wynika z powieści, rzecz dla Finów bardzo ważna) spędzają w dzierżawionej skromnej chatce bez specjalnych wygód. Alex w chwili złości, chcąc dopiec przyjacielowi, nazwie ją bieda chatką. Tymczasem on i jego siostra Stella mają za sobą historię rodu, który od kilku pokoleń bogacił się, budując finansowy dobrobyt. Mieszkają w Helsinkach w dobrej dzielnicy w dużym, eleganckim mieszkaniu, a wakacje spędzają w posiadłości w Ramsvik. Stosunek ich matki i władczego dziadka, najważniejszej postaci w rodzinie, do niezamożnego przyjaciela jest dwuznaczny i pewnie wynika ze skandynawskich uwarunkowań. Bo z jednej strony przyjmują go u siebie. Narrator bardzo często nocuje u przyjaciela czy to w Ramsvik, czy w mieszkaniu w Helsinkach, potem, kiedy z wzajemnością zakocha się w Stelli, będzie sypiał w jej pokoju, a ich związek zostanie zaakceptowany, a może tylko przyjęty do wiadomości. Z drugiej jednak strony często dają mu odczuć jego niższe pochodzenie. Traktują z wyższością, rezerwą, a dziadek ma o nim jak najgorsze zdanie. Zastanawiam się, czy w Polsce, tej komunistycznej, gdzie przecież też były zamożne, uprzywilejowane elity związane z kręgami władzy, i tej współczesnej taka relacja byłaby choćby na podobnych zasadach możliwa. Wydaje mi się, że nie. Narrator staje się poniekąd kronikarzem tej rodziny, odsłania przed nami jej wstydliwą, szczególnie dla Alexa, tajemnicę. Bo i bogatych cierpienia nie omijają.

Równie dwuznaczny charakter ma wieloletnia relacja narratora z Alexem i Stellą. To przyciąganie i odpychanie. Alex mu imponuje i dominuje go silną osobowością i pochodzeniem. To on jest tym słońcem, wokół którego krąży narrator i inni koledzy. Od jego kaprysów zależy ich relacja. Potrafi całymi tygodniami ignorować istnienie przyjaciela, żeby potem bez żadnych wyjaśnień, a tym bardziej przeprosin, przyjąć go z powrotem do swego dworu. Alex jest człowiekiem zdecydowanym, silnym i chce robić biznesy jak dziadek, pomnażać majątek rodziny. Również na drodze zawodowej nie liczy się z niczym, często postępuje nieetycznie, wykorzystuje ludzi, pomiata nimi, a jednocześnie potrafi ich do siebie przyciągać. Narrator to wszystko widzi, nie akceptuje tego, ale mimo wszystko ich relację można nazwać przyjaźnią. I to z obu stron.   

Równie skomplikowane jest to, co łączy go ze Stellą. Wielka miłość, w której niebagatelne znaczenie ma sfera erotyczna (polskiego czytelnika może zaskoczyć swoboda, jaką się cieszą już w okresie licealnym, a to lata siedemdziesiąte), stałe przyciąganie i odpychanie, otwartość na innych partnerów i zdrady. Do tego dochodzi relacja narratora z Lindą, szkolną koleżanką, która też staje się dla niego bardzo ważna. Odpychanie, przyciąganie, całe lata, kiedy się nie widzą, a jednak są dla siebie bardzo ważni. Podobnie jak Linda, trzeci wierzchołek tego trójkąta. Te dwie kobiety tak bardzo naznaczyły życie narratora, że nie potrafi i nie chce na dłużej związać się z żadną inną. A jednocześnie swoją samotność, szczególnie kiedy jest już dojrzałym mężczyzną, odczuwa bardzo dojmująco.

Jeśli ktoś myśli, że ta powieść jest ekscytującym romansem pełnym nieoczekiwanych zwrotów akcji, namiętności i czego tam jeszcze, to jest w błędzie. Bo to wszystko jest częścią życia, zwyczajnego, codziennego. Są całe okresy, kiedy w życiu narratora nic specjalnego się nie dzieje, kiedy zmaga się z codziennością. Problemami rodzinnymi, choćby świadomością, że zaniedbuje starzejących się rodziców, którzy od czasów rozwodu mieszkają oddzielnie, a przede wszystkim z własną niemocą twórczą. Bo narrator pragnie zostać pisarzem, ale zanim to mu się uda, miną długie lata byle jakich prac, łapania fuch w różnych szkołach (z wykształcenia jest historykiem, a praca nauczyciela nie jest tym, o czym marzy), a i potem po pierwszym sukcesie przyjdzie długi okres literackich niepowodzeń. Z czasem mocno będzie odczuwał upływ czasu, to, że jest coraz starszy. Można by powiedzieć, że z pozoru życie jak życie, a jednak jest w nim materiał na powieść. To zresztą kolejny temat "Nieba w kolorze siarki", bo marzeniem narratora jest przelanie relacji z Alexem i Stellą na karty powieści. Czy w życiu każdego z nas jest materiał na książkę? Czasem myślę, że tak. 

Im dłużej piszę o powieści Kjella Westo, tym więcej w niej odnajduję. Ważne miejsce w jego książce odgrywa też natura - wspomnienia wakacji spędzanych na półwyspie Ramslandet i w Ramsvik należą do moich ulubionych fragmentów. Istotny jest też wątek historyczny - pamięć wojny zimowej, o czym już wspominałam. Także problem tego, na ile kształtuje nas przeszłość, jak mocno waży na życiu. I wiele innych spraw, które wyłaniają się z codzienności, ze zwyczajnego na pozór życia.

Przyznam, że gdzieś tak w połowie powieści miałam moment zwątpienia. Zaczęłam się nieco nudzić, zastanawiałam się, o czym jeszcze będzie pisał autor przez kolejne trzysta stron. A jednak potem znowu zaskoczyło. To taki typ powieści, w której mocno związujemy się bohaterami, podążamy za ich losami, współodczuwamy, żyjemy ich życiem. Nie jest to ani rzecz wybitna, ani czytadło, ale książka dobrze napisana i interesująca. 

Magdalena Grochowska "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I)

Chociaż jestem wielką fanką pisania Magdaleny Grochowskiej, a

stało się tak, kiedy przeczytałam książkę "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" jej autorstwa, jakoś nie miałam ochoty sięgać po kolejną biografię, która wyszła spod jej pióra - "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I) (Dowody na Istnienie 2021). Dlaczego? Bo życie poety wydało mi się na nieinteresujące, zwyczajne, żeby nie powiedzieć nudne. No może wypadałoby przeczytać, to przecież ważny artysta, jeden z kamieni milowych polskiej poezji i dramatu dwudziestego wieku, myślałam, ale wielką chęcią nie pałałam. Do czasu. Bo kiedy usłyszałam pierwszą rozmowę Magdaleny Grochowskiej o jej najnowszej książce, o zmaganiach z biografią poety i dramaturga, od razu zmieniłam zdanie. I nie żałuję. To, co wydawało mi się nudne i zwyczajne, okazało się fascynujące i dramatyczne.

Ale początki nie były łatwe. Magdalena Grochowska w swoich obu książkach, tej o Giedroyciu i drugiej, jaką przeczytałam, "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke" przyzwyczaiła mnie do innego sposobu pisania. Przezroczystego - jej, reporterki, biografki, w tych pozycjach nie było. Tymczasem tu jest inaczej, szczególnie na początku. Zanim zacznie na dobre opowiadać o Różewiczu, zwierza się z trudności, na jakie napotykała w swojej pracy. Z tego, że poeta się jej wymykał, że trudno go było namierzyć, że zacierał ślady, ukrywał to, co ważne. I nie byłoby w tym nic złego, bo mnie obecność reportera w reportażu nie przeszkadza, byle z umiarem, gdyby nie język, jakim posługuje się Grochowska w pierwszych rozdziałach, tych, które są takim swoistym rozbiegiem do prawdziwej biografii. Powiem wprost - jest to język egzaltowany, barokowy, pełen niedomówień. Na szczęście to tylko początek, potem jest bardzo, bardzo ciekawie. Jakbym otwierała jakąś niezapisaną księgę. To, co w szkolnych podręcznikach, leksykonach i encyklopediach sprowadza się do jednego suchego zdania, dzięki pracy biografki zostaje rozwinięte, a przed czytelnikiem odkrywa się cały dramat losu Różewicza. Uwielbiam takie odkrycia. 

Napisałam, że jest to książka bardzo, bardzo ciekawa, ale jest też bardzo, bardzo smutna. Ta biografia boli! Dlaczego? Z kilku powodów. Wojna sprawiła, że potem już nic nie było takie samo. Partyzantka, która wcale nie była doświadczeniem romantycznym, o czym odważył się Różewicz napisać w swoim dramacie "Do piachu", za który oberwał srogo, a i dziś, gdyby go wystawiono, rzuciliby się na niego obrońcy ojczyzny i strażnicy jedynej słusznej wersji przeszłości. Dezercja. Śmierć starszego brata, utalentowanego poety. No właśnie - to jedno z odkryć. Doskonale wiedziałam, że Różewicz miał brata Stanisława, cenionego reżysera filmowego, ale nigdy nie słyszałam o najstarszym, Januszu, który dla poety był wzorem, autorytetem, opiekunem. Ale wojenny dramat Różewicza nie sprowadzał się tylko do tego. To także śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie groziło jego matce z racji pochodzenia - była Żydówką. Co z tego, że jeszcze w młodości przeszła na katolicyzm i czuła się Polką, dla hitlerowców nie miało to żadnego znaczenia. Niebezpieczeństwo groziło także jej dzieciom, bo i one według prawa okupanta były Żydami. Również jej mężowi, bo według tego samego rozumowania ukrywał ich. I o tym, o powikłanej, tragicznej i fascynującej historii jego matki, o tym, że unikał tematu jej pochodzenia, także nie miałam pojęcia. Grochowska zastanawia się, czy ma prawo o tym pisać, skoro  poeta o tym nie mówił. A nie mówił z oczywistych powodów. Mimo tego znaleźli się dobrze poinformowani, którzy wielokrotnie w różnych miejscach przy jego nazwisku rysowali gwiazdę Dawida. Dlatego autorka pyta, a odpowiedzi otrzymuje różne, w końcu jednak dochodzi do wniosku, że biografia poety byłaby skłamana bez opowieści o jego korzeniach .

Wojna, która zdewastowała Różewicza, zniszczyła jego świat, młodość, plany, odebrała szansę na normalny rozwój, położyła się też cieniem na dalszym życiu. Przed poetą rozwarła się czarna jama rozpaczy, beznadziei, braku poczucia sensu. Dlatego uznał, że nie da się już pisać tak jak kiedyś, ładnie, nie był jedyny, który tak sądził, stworzył swój wiersz, nazywany nawet od jego nazwiska różewiczowskim. Ten sposób pisania, niepoetycki, jak pisze Grochowska, niemal reporterski, początkowo przysporzył mu wrogów. Dlatego między innymi poeta trzymał się na uboczu środowiska literackiego. Znacznie bliżej było mu do malarzy. Źle się czuł w słynnym kołchozie pisarzy na Krupniczej w Krakowie, gdzie na jakiś czas i on znalazł swoją przystań. Miał też silne poczucie nieprzystawalności - studiował, ale dziwiło go, że po tym, co się stało, można normalnie żyć, zdawać egzaminy, uczyć się, wymagać. Był rozdwojony - czuł, że świat się skończył, że nie uchroniła ludzi ani religia, ani sztuka, ale z drugiej strony zaczął studiować właśnie historię sztuki, aby odbudować wiarę w jej moc i w człowieka. Powinien milczeć, a jednak nie potrafił i pisał. Można by o nim powiedzieć to, co on powiedział o swoim przyjacielu - przeżył piekło, a jest kochankiem życia. Lubił podkreślać też swoją prowincjonalność. Jeszcze bardziej na boczny tor odsunęła go świadoma decyzja, aby zamieszkać w Gliwicach, które wtedy, kilka lat po wojnie, zupełnie nie przypominały miasta, jakim są dziś. Wojenne doświadczenia, niezrozumienie, krytyka, osobność to powody, dla których, jak napisałam, ta biografia mnie bolała. 

Ale to nie jest tak, że Różewicz był tylko szlachetnym męczennikiem. Ta książka nie została napisana na kolanach, nie jest hagiografią. Autorka pokazuje też mniej sympatyczną twarz poety. Pisze o jego stosunku do kobiet, który dziś trudno zaakceptować. Miał ogromny szacunek dla kobiet starych, dla matek Polek - figura matki, starej kobiety zajmowała ważne miejsce w jego twórczości. Był silnie związany ze swoją matką i teściową, obie mieszkały do swojej śmierci u Różewiczów. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w stosunku do młodych kobiet był po prostu mizoginem. Grochowska przytacza na to dowody - cytaty z listów, wywiadów, audycji. Jeden sięga nawet roku dwutysięcznego! Nie był też najlepszym ojcem. Zajmowanie się domem i dziećmi spadało na żonę. On pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Często był też nieobecny, bo wiele podróżował. Te wojaże również mogą być źródłem zastrzeżeń - korzystał z możliwości, jakie stwarzało literatom komunistyczne państwo. Oczywiście nie on jeden. Rażą jednak Grochowską jego reportaże z Węgier - jakby nie dostrzegał tragedii rewolucji 1956 roku, jaka się tam rozegrała. 

Autorka jak zwykle ma za sobą ogromną pracę. Przekopała się przez dokumenty, próbowała przyszpilić swojego bohatera, szukając tropów w jego twórczości, rozmawiając z przyjaciółmi, rodziną, która udzieliła jej wsparcia, znawcami jego życia i twórczości. Jeździła też śladami poety, o czym opowiada, przybliżając czytelnikowi miejsca dla niego ważne. Warto też dodać, że nie jest to biografia ortodoksyjnie chronologiczna - poszczególne rozdziały, chociaż wyznaczane etapami jego życia, podporządkowane są bardziej problemom, dlatego autorka wybiega w przód, aby w potem znowu się cofnąć. 

Bardzo ciekawa, chociaż emocjonalnie niełatwa, lektura. Czekam na drugi tom, który dopiero powstaje.   

Tatiana Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy"

Długo zbierałam się do tej lektury. Chociaż zewsząd słychać było

same pochwały, ja zastanawiałam się, czy wpisać ją na listę książek, które chcę przeczytać. Jakoś tak mam, że nieszczególnie pasjonuje mnie ten temat - relacja matki z dzieckiem, najczęściej z córką, a w powieści rumuńsko-mołdawskiej pisarki Tatiany Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy" (Książkowe Klimaty 2021; przełożył Dominik Małecki) chodzi o więź matki z synem. W końcu uległam. Czy to o tej powieści ktoś napisał, że jeśli miałoby się przeczytać w ciągu roku tylko jedną książkę, to powinna być nią właśnie ta? Czy to ta rekomendacja przeważyła szalę? Nie pamiętam.

Nie było mi łatwo wejść w tę lekturę. Zaczyna się od takiej dawki nienawiści, że pomyślałam sobie - nie dam rady. Chociaż zazwyczaj książki, które czytam, nie należą do lekkich, łatwych i przyjemnych, tym razem miałam wrażenie, że przekroczyłam próg wytrzymałości. Może właśnie dlatego, że to nienawiść syna do matki? W dodatku bohater, Aleks, który właśnie skończył szkołę, wydawał mi się bardzo odstręczający.

Tego ranka, gdy nienawidziłem jej bardziej niż kiedykolwiek, mama skończyła trzydzieści dziewięć lat. Była mała i gruba, głupia i brzydka. Najbardziej bezużyteczna ze wszystkich matek, jakie dotąd istniały. Przyglądałem jej się przez okno: sterczała pod bramą szkoły jak żebraczka. Zabiłbym ją odłamkiem myśli. (...) Mama miała gdzieś i mnie, i to, że jednak ukończyłem szkołę.

Szybko orientujemy się, skąd w narratorze tyle nienawiści, cynizmu i sarkazmu.  

Byliśmy nikim, robiliśmy nic. Podczas wszystkich lat w tej szkole nie słyszałem ani razu, żeby jakiś kolega chwalił się wakacjami, tak jakby oprócz szaleństwa dotknął nas też trąd. (...) Ludzkie strzępy - oto czym byliśmy.

Te słowa informują o wszystkim. Aleks, jak sam o sobie mówi, jest wariatem. Szkoła, którą właśnie skończył, kształci uczniów takich jak on. Dzieci z rozmaitymi deficytami i zaburzeniami. Często odrzucone przez rodziców i znienawidzone przez nauczycieli. 

Jim, mój najbliższy przyjaciel (...) Był z rodzicami, którzy w mgnieniu oka sprzedaliby go na organy, gdyby się nie bali, co ludzie powiedzą.

Inni [nauczyciele], ci mniej obrotni, każdej jesieni musieli jednak wracać i stawać naprzeciw tych samych diabolicznych uczniów, których tak nie znosili i których się bali.

Jaka przyszłość czeka chłopaka, który czuje się odrzucony przez wszystkich? Jakie ma perspektywy? Na co może czekać? O czym marzyć? Jego jedyny plan to wypad do Amsterdamu razem z dwoma kolegami, którzy też ukończyli szkołę. Wypad na trawkę i dziwki. Wprawdzie Aleks kocha się w jakiejś Jude, ale raczej nie ma u niej szans. 

Mój stosunek do bohatera zmieniał się stopniowo, kiedy poznawałam coraz więcej epizodów z jego życia. Niechęć, złość i antypatia zaczęły ustępować współczuciu, litości i rozpaczy. Bo serce się kroi, kiedy czyta się o dziecku skamlącym o miłość i uwagę matki. O dziecku, które przeżyło wielką tragedię i zostało z nią samo. O dziecku, które potrzebuje bliskości i nie może jej dostać. Nie rozumie, dlaczego jest odrzucane. Ale czy możemy winić matkę? Przecież tragedia dotyczyła całej rodziny. Jej ból był tak wielki, że pochłonął ją w całości, a świat stał się dla niej obojętny. Kiedy po latach się ocknęła, było już za późno. A gdzieś mimochodem możemy domyślać się, że to kobieta niespełniona. Czy dlatego, że jest imigrantką? Wiele w tej powieści niedomówień, białych plam, które czytelnik może wypełniać sam. Taka jest też historia babci, właścicielki sklepu, którym Aleks chyba pogardza, ale dzięki któremu dorobiła się dwóch domów.

Ale to zaledwie skrawek tej historii, początek, bo jej istotę stanowi wspomnienie tego tytułowego lata. Lata, które Aleks zgodził się spędzić ze swoją znienawidzoną matką we Francji. Lata, które radykalnie zmieniło jego stosunek do niej, pozwoliło im się na nowo zbliżyć do siebie. Chociaż Aleks zgodził się na ten wyjazd z wyrachowania, po latach, kiedy je wspomina, wie, że było to najważniejsze lato jego życia i może najszczęśliwsze, mimo że okoliczności były tragiczne. Te fragmenty książki, chociaż z powodów, jakich zdradzić nie mogę, są smutne, paradoksalnie dają jednak czytelnikowi wytchnienie i przynoszą otuchę. Mimo że skupione na na nowo budowanej więzi syna i matki, to gdzieś w tle, jak często w tej powieści ledwo naszkicowane, są i lato, i wieś, i krajobrazy, ale też mieszkający tam ludzie. I znowu poznajemy innego Aleksa, Aleksa, który zmienia się na oczach czytelnika, dojrzewa, Aleksa, który wreszcie budzi sympatię, a nawet podziw.

Ale jest jeszcze jeden Aleks, dorosły, dokładnie trzydziestodziewięcioletni. Uznany artysta - malarz tworzący dziwne obrazy mające swoje korzenie w tamtym lecie. Znowu doświadczony przez los, cyniczny. I chociaż są powody, aby mu współczuć i go rozumieć, to po raz kolejny trudno go polubić. 

Intrygująca, bardzo ciekawa książka. Jednak w całości gorzka. Bo życie nie zawsze usłane jest różami i niektórym stale wiatr w oczy. Pieniądze wprawdzie ułatwiają wiele spraw, ale szczęścia się za nie nie kupi. Niby banalna konstatacja, ale w powieści podana w niebanalny, poruszający sposób.   

"Wszystkie nasze strachy"

"Wszystkie nasze strachy" Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta to jeden z tych tytułów, na które tej jesieni bardzo czekałam. Powodów jest kilka - poprzedni film Rondudy, "Serce miłości", który bardzo mi się podobał, temat i wreszcie deszcz nagród na gdyńskim festiwalu - przede wszystkim Złote Lwy, ale też Nagroda Dziennikarzy i wiele innych. Łukasz Ronduda wywodzący się ze środowiska sztuk plastycznych, kurator, wykładowca akademicki, bohaterami swoich trzech filmów uczynił artystów. W pierwszym, "Performerze", którego nie widziałam, Oskar Dawicki grał samego siebie. Tym razem w Daniela Rycharskiego wciela się Dawid Ogrodnik.

Kim jest bohater "Wszystkich naszych strachów"? To artysta wizualny, twórca wiejskiego street artu, gej i katolik, działacz stowarzyszenia Wiara i Tęcza, mieszkaniec mazowieckiej wsi Kurówka, gdzie aktywnie działa na rzecz swojej społeczności. Film opowiada o epizodzie z jego życia, kiedy musi zmierzyć się z samobójczą śmiercią nastoletniej lesbijki zaszczutej przez mieszkańców wsi. Rycharski usiłuje sprawić, aby miejscowa społeczność uznała swoją winę. Wierzy, że zmierzenie się z prawdą przyniesie ulgę. Przypomina w tym trochę, przy wszystkich różnicach, bohatera "Bożego Ciała" Jana Komasy. Nie jest w sowich działaniach agresywny, ale bardzo konsekwentny i radykalny. Sam przeciw wszystkim na drodze do prawdy. Przemierza wieś na motorze niczym sprawiedliwy bohater westernu na koniu. Uczciwie przyznaję, że nie ja wpadłam na tę prostą interpretację jego postawy - piszę o tym po lekturze wywiadu z twórcami filmu.

"Wszystkie nasze strachy" poruszają kilka ważnych tematów. Opowiadają o osobach LGBT+ z prowincji, o tym, z jakimi problemami muszą się mierzyć. Jak muszą walczyć z sobą, ukrywać swoją tożsamość, a jeśli zdecydują się ujawnić, muszą liczyć się z szykanami i ostracyzmem. To przypadek Jagody, która odebrała sobie życie. Danielowi Rycharskiemu łatwiej, bo ma silną osobowość, a poza tym jest w swojej wsi kimś ważnym, aktywistą, postacią szanowaną. Poza tym ma fantastyczną babcię, w tej roli znakomita Maria Maj, która nie przebierając w słowach, potrafi stanąć w obronie wnuka. Ale i on musiał zmierzyć się z wrogością zwłaszcza, kiedy próbował skonfrontować mieszkańców wsi z ich winą. Drugi temat to wiara, obecność w Kościele osób homoseksualnych. Bohater filmu jest człowiekiem głęboko i radykalnie wierzącym. To wiara nie tylko deklaratywna, ale żywa, konsekwentna. Stąd jego działania po śmierci Jagody.

A przy tym wszystkim nie jest to film, który pokazywałby prowincję z wyższością jak "Twarz" Małgorzaty Szumowskiej. Nikt tu nikogo nie wyśmiewa, nikt na nikogo nie patrzy z góry. Chociaż opowiadamy się po stronie bohatera, rozumiemy, że dla mieszkańców wsi jego działania są zbyt szybkie, może potrzebują czasu. Przynajmniej niektórzy, o czym się przekonujemy. 

Ten prosty, melancholijny, pięknie fotografowany film (nagroda za zdjęcia dla Łukasza Gutta w Gdyni) ma kilka mocnych scen. To krótki monolog Jacka Poniedziałka grającego kuratora, który mówi tu także o sobie i w imieniu innych. Przynajmniej ja tak odebrałam jego słowa. Kolejna taka scena to spontaniczna droga krzyżowa przez Warszawę, w jaką udaje się Daniel, zabierając krzyż z wystawy. Chociaż daleka jestem od wiary, to zrobiła na mnie wrażenie. Przejmuje też widok krzyży ubranych w stroje osób ze społeczności LGBT+, które popełniły samobójstwo. Im dłużej myślę o "Wszystkich naszych strachach", tym bardziej we mnie rezonują. To taki film, który zostaje i który ma się ochotę zobaczyć po raz kolejny. 

Monika Śliwińska "Wyspiański. Dopóki starczy życia"

Po "Muzach Młodej Polski. Życiu i świecie Marii, Zofii i Elizy

Pareńskich" Moniki Śliwińskiej sięgnęłam po kolejną biografię jej pióra - "Wyspiański. Dopóki starczy życia" (Iskry 2017). Wyspiańskiego było już sporo na kartach poprzedniej książki, bo Eliza Pareńska to admiratorka jego twórczości - promowała go i bardzo mu pomagała. Bywał częstym goście na spotkaniach w jej domu na ulicy Wielopole i w letniej siedzibie w Tenczynku. Namalowane przez niego portrety Maryny i Zofii kojarzy na pewno każdy miłośnik jego malarstwa. Ponieważ jedna biografia uzupełnia drugą, nie sposób było nie sięgnąć po "Wyspiańskiego".

Wstyd przyznać, ale okazuje się, że niewiele o jego życiu wiedziałam. Zaledwie parę szczegółów. Kiedy okładka książki Moniki Śliwińskiej od czasu do czasu wyskakiwała mi pośród innych na ekranie komputera reklamowana przez jedną z internetowych księgarń, jakoś niespecjalnie zwracałam na nią uwagę. Nie wiem, dlaczego jego życie wydawało mi się nieciekawe. Po co więc tracić czas na biografię tego wszechstronnego artysty, skoro tyle książek do czytania? Tymczasem nic bardziej błędnego. 

Co mnie najbardziej zaskoczyło? Chyba to, że jego życie to wieczna szarpanina i walka z przeciwnościami losu. Długo niedoceniany i nierozumiany musiał walczyć o swoją artystyczną wizję, zaliczył liczne niepowodzenia, a zdarzało się, że bardzo swobodnie poczynano sobie z zamówionymi u niego projektami witraży czy polichromii. Szczególnie boleśnie odczuł porażkę związaną z renowacją katedry wawelskiej.  Prawie stale bez pieniędzy, były okresy, kiedy żył po prostu w nędzy, a długi zaciągnięte w Paryżu ciągnęły się za nim niemal do końca życia. Nie spłacił ich, bo nie miał z czego, a wyjeżdżając, nie przypuszczał, że już tam nie wróci. Konieczność pozostania w Krakowie bardzo go przygnębiała. Dusił się tu. Cieniem na jego życiu położyła się choroba - kiła. W tamtych czasach powszechna i niestety nieuleczalna. W dodatku  organizm artysty bardzo źle reagował na rtęć, którą tę przypadłość wtedy leczono. Ostatni etap życia to niewyobrażalne cierpienie i walka z czasem, aby jak najwięcej jeszcze zrobić. Mimo zaostrzającej się choroby był w pełni sił twórczych, miał tyle pomysłów, szczególnie tych związanych ze sceną.  No i znowu brak pieniędzy. Przyjaciele robili, co mogli, aby jakoś mu pomóc. Decyzja, aby kupić dom w Węgrzcach pod Krakowem, nie okazała się najszczęśliwsza. Oddaliła go od miasta i przyjaciół. Piechotą szło się półtorej godziny. Codziennie pokonywał tę trasę uczęszczający do szkoły w Krakowie Teodor, najstarsze dziecko Teosi usynowione przez Wyspiańskiego. Dziwnie myśli się o tych wszystkich przeciwnościach losu dziś, kiedy jego malarstwo, witraże, polichromie są powszechnie podziwiane, kiedy jego "Wesele" jest wiecznie żywe i stale rezonuje. Kiedy ma się w pamięci całkiem świeżą wielką wystawę jego twórczości w krakowskim Muzeum Narodowym.

Ale Wyspiański nie był postacią ze spiżu. Przeciwnie. Bezkompromisowy w poglądach na sztukę, przekonany o swoim talencie łatwo wchodził w spory, obrażał się, zrywał przyjaźnie. Czytając fragmenty listów, trudno dziś zrozumieć, dlaczego poróżnił się z Józefem Mehofferem. Oceniając ludzi, nie przebierał w słowach. Jego korespondencja i zapiski aż roją się od rozmaitych inwektyw pod adresem adwersarzy. Niełatwo się z nim współpracowało. Poza tym był zamknięty w sobie, niezbyt towarzyski. Miał jednak kilkoro wiernych przyjaciół, którzy pozostali z nim do końca. Równie bezceremonialnie potrafił obejść się z ciotką i wujem, którzy go wychowywali. I pewnie nie usprawiedliwia tego nawet fakt, że musiał wyrwać się spod skrzydeł apodyktycznej Stankiewiczowej. Z drugiej strony był jednak człowiekiem rodzinnym. Małżeństwo z Teosią Pytkówną, posługaczką ciotki, okazało się trwałe i szczęśliwe mimo wielkiego skandalu, jaki wywołało. Teosia otoczona była czarną legendą, większość rodziny i przyjaciół Wyspiańskiego nie akceptowała jej, a on na przekór wszystkim domagał się dla niej szacunku. Monika Śliwińska raczej staje po stronie Teosi, stara się jej bronić. Chociaż opinie o niej były sprzeczne. Podobnie jak opinie na temat Wyspiańskiego. Nawet jego pogrzeb różnie został oceniony. Jedni uważali, że był wyjątkowo skromny i niegodny tak wielkiego artysty, inni przeciwnie, że tak wspaniałych uroczystości żałobnych od czasu pogrzebu Mickiewicza Kraków nie widział. Bardzo kochał dzieci, rozpieszczał  je. Czas spędzony na Krowoderskiej wspominały jako najszczęśliwszy w swoim życiu. Ich losy po jego śmierci ułożyły się tragicznie.

Monika Śliwińska pozostała wierna metodzie opowieści ze swojej pierwszej książki o siostrach Pareńskich. Biografia Wyspiańskiego również pisana jest bardziej tematycznie niż chronologicznie - składa się z niezbyt długich rozdziałów, z których każdy poświęcony jest jakiemuś zagadnieniu. Takie założenie sprawia, że czasem ma się wrażenie, jakby opowieść się rwała, skakała z tematu na temat. Zupełnie nie odczuwałam tego w "Muzach Młodej Polski", może dlatego, że bohaterki były trzy, tym razem czasem mi to trochę przeszkadzało. Mimo tego książkę czyta się świetnie. Jest po prostu bardzo ciekawa. Warto sięgnąć po obie biografie. A w moim czytniku czeka już najnowsza książka Moniki Śliwińskiej - biografia sióstr Mikołajczykówien, tych od "Wesela". Jak widać autorka pozostaje wierna epoce i stale poszerza pole eksploracji. Ciekawe, czyja biografia będzie następna.

Wiktor Paskow "Ballada o lutniku"

Uwielbiam takie sytuacje - odkrycie fantastycznej książki, niszowej,

zupełnie niewypromowanej, o której raczej cicho. Jednocześnie tej radości towarzyszy smutna refleksja, którą nieraz dzieliłam się na tych łamach, że gdyby nie przypadek, to przegapiłabym coś niezwykle ciekawego i wartościowego. No może tym razem nie był to taki zupełny przypadek, bo o powieści nieżyjącego już bułgarskiego pisarza Wiktora Paskowa "Ballada o lutniku" (Wydawnictwo Poznańskie 2020; przełożyła Mariola Mikołajczak) dowiedziałam się dzięki radiowemu klubowi książki Poczytalni z TOK FM. O ile dobrze pamiętam, "Ballada o lutniku" znalazła się na pierwszym miejscu ich rocznego zestawienia. Ale nie przypominam sobie, aby w innym miejscu mówiono o powieści Paskowa. Długo się zbierałam, w końcu kupiłam i połknęłam w dwa popołudnia. Nie jest to rzecz długa, a czyta się bardzo potoczyście (wiem, wiem, powinno być dobrze, ale tak jest ładniej), więc nie ma co się tłumaczyć brakiem czasu.

Zanim przejdę do konkretów jeszcze jedno wyznanie. Naprawdę sporadycznie zdarza mi się wzruszyć do łez nad książką. W kinie płaczę, co staram się skrzętnie ukryć, kiedy czytam, czasem ściska mnie za gardło, ale łzy to rzadkość. Tym razem po prostu się rozryczałam i nie mogłam się nadziwić, dlaczego aż tak. Ta powieść poruszyła we mnie jakieś skrzętnie ukryte struny. Płakałam nie tylko nad losem bohatera. 

A teraz do rzeczy. Akcja "Ballady o lutniku" toczy się w Sofii w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku. Narratorem jest Wiktor, młody mężczyzna, który wspomina czasy swojego wczesnego dzieciństwa. Jego ojciec był muzykiem pochodzącym z muzycznej rodziny, grał w filharmonii, matka, o ziemiańskich korzeniach, dla małżeństwa musiała się ich wyrzec, bo jej bliscy nie zaakceptowali miłości do klepiącego biedę chłopaka, w dodatku Wołocha. Mezalians był podwójny - majątkowy i klasowy. Mieszkają w marnej dzielnicy w czynszowej kamienicy, którą zasiedlają tacy jak oni biedacy. Ludzie prości albo zdegradowani przez ustrój, a bieda i warunki, w jakich żyją, degraduje jeszcze bardziej. Alkohol, awantury, choroby, załamania psychiczne są tu na porządku dziennym. Ale Wiktor nie wspomina ich źle, raczej z czułością. To biedni, nie tylko w znaczeniu materialnym, ludzie. Naszkicowani zaledwie kilkunastoma zdaniami, ale to wystarczy, aby wyobrazić sobie to barwne ludzkie panoptikum.  Chociaż nie jest to powieść polityczna, to przecież gdzieś w tle mamy świadomość czasów, w jakich żyli. Wspomnienia Wiktora podporządkowane zasadzie realizmu od czasu do czasu zostają przełamane fantastycznymi scenami wykreowanymi przez dziecięcą wyobraźnię. W jego fantazjach wszystko może się zdarzyć - źli ludzie zostaną ukarani, ojciec stanie się mocarzem, dobro zatriumfuje.

Liczenie się z każdym groszem, konieczność dorabiania chałupniczą pracą, jakiej się nie znosi, ciasnota, uciążliwi sąsiedzi sprawiają, że gorące uczucie gdzieś wyparowało. Jest codzienna udręka. Ojca ratuje sztuka, matka chwyta się swoich idei fiks. Najpierw to marzenie, że mały Wiktor zacznie grać na skrzypcach, zostanie okrzyknięty cudownym dzieckiem i w ten sposób ona zatriumfuje nad swoją rodziną. Jest i drugie marzenie - kredens. Współczesnemu czytelnikowi trudno w pierwszej chwili zrozumieć, dlaczego matka Wiktora zatruwa życie mężowi wyrzutami, że nie stać ich na jego kupno. Dopiero uwaga narratora, że nikt w ich kamienicy, a może i dzielnicy, takiego mebla nie miał, pozwala wczuć się w jej sytuację. Kredens staje się tu symbolem lepszego życia i dawnego świata, tego, z jakiego się wywodziła. Kariera syna i posiadanie kredensu mają być lekiem na beznadzieję, na brzydotę i nędzę świata, na podłe czasy. Z kolei dla ojca sprostanie marzeniom żony staje się wyzwaniem - potwierdzeniem jego męskości, tego, że sprawdza się jako głowa rodziny, że jej nie zawiódł, że dobrze zrobiła, wychodząc za niego za mąż mimo takiej ceny.

Ale to nie historia matki spowodowała mój płacz. To wszystko, o czym dotąd napisałam - barwni mieszkańcy kamienicy, historia rodzinna - jest bardzo ważne, ale prawdziwym bohaterem tej opowieści jest ów tytułowy lutnik, zgięty w pół, niemal pochylony do ziemi staruszek Georg Henig, który niegdyś, w innym świecie, przybył razem ze swoją żoną Bożenką z Czech do Sofii, aby tu wspomagać rozwijające się życie muzyczne. Przywiózł ze sobą skrzynię z cudownymi narzędziami, które potrafiły z odpowiedniego drewna, także znajdującego się w tej skrzyni, wyczarować wspaniałe skrzypce. Wkrótce stał się filarem bułgarskiego życia muzycznego, wykształcił swoich następców, ale tylko on jeden miał to coś, czego inni nie mieli, posiadł tajemnicę, jakiej inni nie posiedli. Dlatego jego skrzypce były najlepsze. W czasach, kiedy poznał go mały Wiktor, jego talent i umiejętności mają jeszcze znaczenie dla nielicznych. Jego uczniowie marzą tylko o tym, aby przekazał im swoje wspaniałe narzędzia, reszta ich nie obchodzi. Georg Henig mieszka w tej samej ubogiej dzielnicy, w zawilgoconej suterenie, za sąsiadów mając parę, która czyha na jego mieszkanie i jest gotowa posunąć się do każdej podłości, aby je zdobyć. Dla niego jednak to wszystko nie ma znaczenia. Żyje swoją pracą, muzyką i przeszłością. Rozmawia z cieniami swoich bliskich, którzy już od dawna są w lepszym świecie i czekają na niego. Ale on nie może do nich pójść, bo ma jeszcze jedno zadanie do wykonania.

Wątek Georga Heniga, podobnie zresztą jak cała powieść, prowadzony jest na dwóch nutach. Z jednej strony jest to historia bardzo realistyczna. Opisy samotności, opuszczenia, potwornej, ubogiej starości są bardzo realistyczne i dlatego niezwykle dotkliwe. Czytając, czułam smród zapuszczonej piwnicy i starego, niemytego, niemal zagłodzonego ciała, ale czułam też żal i głębokie współczucie. I po raz kolejny trudno mi było oprzeć się refleksji nad okrutnym przemijaniem, nad tym, że nic w życiu nie trwa wiecznie, że nie ocalą nas niegdysiejsze powodzenie i sukcesy. Na koniec i tak możemy zostać samotni, chorzy i biedni. Budzić odrazę i obrzydzenie. Ale jest i druga nuta - poetycka, mistyczna (w potocznym znaczeniu tego słowa). Tak widzi swojego przyjaciela Wiktor, ale taki jest też Georg Henig, bo mistycznie traktuje swoje narzędzia, drewno, z którego powstają instrumenty, bo rozmawia z cieniami swoich bliskich, bo wierzy w siłę muzyki, sztuki, która ocala w każdych warunkach.

Ta smutna, nostalgiczna powieść ma jednak także optymistyczną nutę. Daje wiarę w ludzi. Bo Georg Henig napotyka na swojej drodze osoby złe i bezduszne, ale także po prostu zwyczajnie dobre, które nie potrafią obojętnie przejść obok jego samotności, biedy, bezradności i choroby. Są gotowe mu pomóc, chociaż same nie mają wiele. Są gotowe poruszyć niebo i ziemię, aby go ratować. Czy to się uda? Nie chcę zdradzać wszystkiego. 

I już na koniec chciałabym zwrócić uwagę na bardzo ciekawe posłowie tłumaczki, która opowiada o Wiktorze Paskowie i kreśli tło historyczne. Okazuje się, że opowieść o lutniku ma swoje mocne umocowanie w historii Bułgarii. I jeszcze jedna refleksja wzmocniona lekturą, którą właśnie skończyłam ("Granica" Kapki Kassabovej) - jak niewiele wiemy o tym kraju! Przynajmniej ja, ale myślę, że nie jestem jedyna. A "Balladę o lutniku" Wiktora Paskowa trzeba przeczytać koniecznie!     

Monika Śliwińska "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich"

Mam takie wrażenie, że o książkach Moniki Śliwińskiej zaczęło się

mówić niedawno. Z okazji sto dwudziestej  rocznicy wystawienia "Wesela" wysłuchałam przynajmniej dwóch wywiadów z pisarką. Niezorientowanym wyjaśniam, że Monika Śliwińska jest autorką miedzy innymi biografii Wyspiańskiego. A może to mnie dotąd coś umykało? Ale przecież trzymam rękę na pulsie, uważnie śledzę książkowy światek. Gdzieś tam wiedziałam o pisanych przez nią biografiach, najczęściej chyba wpadały mi w oczy ich okładki reklamowane przez jedną z ebookowych księgarni. Niby miałam ochotę na lekturę, bo tematyka interesująca, no ale nie lubię kupować kota w worku. Dopiero kiedy Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński w jednym z wywiadów przy okazji promocji kolejnego kryminału z serii o profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej z uznaniem wyrazili się o pracy Moniki Śliwińskiej, postanowiłam sięgnąć po jej książki. Na pierwszy ogień poszła pierwsza - biografia sióstr Pareńskich "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich" (Iskry 2014). Lubię takie lektury - są jak odkrywanie nowych światów. 

Co wiedziałam wcześniej o siostrach Pareńskich? Że Maryna i Zosia zostały uwiecznione przez Stanisława Wyspiańskiego w "Weselu", że je malował. Że Zofia była żoną Boya. O najmłodszej, Elizie, zwanej Lizką, właściwie nic. No i jeszcze że pochodziły ze znanej krakowskiej rodziny. Tyle. Tymczasem ich historie są fascynujące i przejmujące. Dlaczego? Wychowywane w zamożnym domu, w pałacyku otoczonym ogrodem na ulicy Wielopole, wśród artystów, którzy przewijali się przez salon prowadzony przez ich matkę Elizę. Ojcem był znany i ceniony krakowski lekarz. Starsze siostry, Maryna i Zosia, zwana Fusiem, od początku były samodzielne i potrafiły walczyć o swoje. Malował je Wyspiański, na którego talencie poznała się ich matka, wspierając go i promując. Potem zostały uwiecznione przez niego w "Weselu", co w krakowskim mieszczańskim światku wywołało skandal. Najbardziej konwencjonalnie potoczyło się życie Maryny, która wyszła za mąż za znanego lekarza Jana Raczyńskiego. Chociaż i w niej kochał się nieszczęśliwie Witold Wojtkiewicz. Na jej życiu cieniem położyła się druga wojna. Zginęła rozstrzelana razem z trzecim mężem, profesorem Uniwersytetu Lwowskiego Janem Grekiem. W tej samej egzekucji stracili życie inni profesorowie i jej szwagier, Tadeusz Boy Żeleński. Wiedziałam o tej zbrodni, ale kiedy poznaje się dramatyczne szczegóły i przyczynę aresztowania akurat ich, kiedy czyta się relację z tamtej tragicznej nocy, kiedy czyta się o tym, jak długo nikt z najbliższych nie miał pojęcia, co się stało z Maryną, jej mężem i szwagrem, to wszystko robi wstrząsające wrażenie. Nie tylko to. 

Im dłużej zagłębiałam się w książkę Moniki Śliwińskiej, tym bardziej byłam przygnębiona. Dlaczego? Bo kiedy poznawałam historię sióstr Pareńskich, to trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że jest to opowieść o końcu pewnego świata, o końcu rodziny, niegdyś znaczącej i zamożnej, z której bogactwa, a tym bogactwem były także wybitne dzieła sztuki - obrazy Wyspiańskiego, Witkacego i innych młodopolskich malarzy, nic niemal nie zostało. Pałac na ulicy Wielopole, który od dawna nie należał już do rodziny, nie przypominał tego z czasów swojej świetności. Szczególnie  ucierpiał ogród. W ruinę popadł letni dom rodziny w Tenczynku pod Krakowem, w którym siostry Pareńskie i liczni znajomi rodziny spędzali letnie miesiące. Część obrazów spłonęła w powstaniu warszawskim, część została skradziona z lwowskiego mieszkania Maryny i jej męża. Z trzech sióstr przy życiu pozostała tylko jedna, Zofia, ich brat, lotnik, dawno zginął w katastrofie samolotu. Kiedy czyta się opowieść o ich losach, czuć, jak bezlitośnie płynie czas, morderca młodości, jak bezlitośnie obeszła się z nimi Historia. 

Przejmujące są też losy najmłodszej z sióstr, Lizki. Od zawsze innej, lękliwej, wycofanej, wrażliwej. Ukojenia, i to od wczesnej młodości, szukała w alkoholu i narkotykach. W zwalczeniu nałogu nie pomogło jej małżeństwo z młodopolskim poetą Edwardem Leszczyńskim. Jej historia kończy się tragicznie. Jak? Można bez problemu sprawdzić, ale lepiej przeczytać książkę. Smutne są losy jej jedynego syna, Witolda. 

Wielkim zaskoczeniem okazała się dla mnie Zofia. Moim zdaniem najbardziej niesamowita i nietuzinkowa z sióstr. Może dlatego, że miałam w głowie zupełnie fałszywy jej obraz? Kiedy przed laty czytałam autobiografię Ireny Krzywickiej "Wyznania gorszycielki", która była wieloletnią partnerką-kochanką Boya, wyobraziłam sobie Zofię jako poczciwą żonę, która godzi się z tym, że mąż romansuje z inną kobietą. Dziś nie umiem powiedzieć, czy tak przedstawiła ją Krzywicka, czy moja pamięć zniekształciła jej obraz. Tymczasem Zofia nie miała w sobie nic z poczciwej kobiety! Nie była nudną, nieszczęśliwą, zdradzaną żoną. Dość szybko po ślubie uczucie małżonków wyparowało, ale to nie przeszkodziło im zostać ze sobą do końca. Łączyła ich przyjaźń, syn i wspólna praca. Po tragicznej śmierci męża Zofia walczyła o zachowanie jego literackiej spuścizny, o pamięć o nim. A ich życie osobiste? Oboje mieli bujne. Boy był niezwykle kochliwy, stale wplątywał się w romanse. Zofia również wchodziła w bardzo intensywne pozamałżeńskie związki - z dziennikarzem Czasu Rudolfem Starzewskim, również uwiecznionym na kartach "Wesela", i z Witkacym. Na tych miłościach cieniem położyły się tragiczne okoliczności śmierci jej ukochanych. A za Krzywicką nie przepadała. Może dlatego, że z nią Boy, w przeciwieństwie do innych, romansował na oczach wszystkich? Ale to nie przeszkodziło Zofii pomagać jej w czasie wojny.

Ale historie trzech sióstr to nie wszystko. Bo książka Moniki Śliwińskiej jest czymś więcej niż tylko biografią Maryny, Zofii i Lizki Pareńskich. Zgodnie z tytułem to także opowieść o ich świecie, a więc również o ludziach z nimi związanych. "Muzy Młodej Polski" składają się z krótkich rozdziałów tworzących coś w rodzaju epizodów z życia ludzi, którzy obracali się w orbicie rodziny Pareńskich. Teraz przyszło mi do głowy, że ta książka to połączenie klasycznej biografii z leksykonem. Brzmi dziwnie, ale coś w tym jest. Być może komuś nie będzie odpowiadała taka forma przyjęta przez autorkę, mnie nie przeszkadza. Ta lektura to kopalnia wiadomości, niezwykłe odkrycia, wiele wzruszeń i spotkań z fascynującymi postaciami. 

Popularne posty