Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

Orhan Pamuk "Noce zarazy"

Każda książka ma swój czas. Znalazły go wreszcie wydane ponad

dwa lata temu "Noce zarazy" Orhana Pamuka (Wydawnictwo Literackie 2023; przełożył Piotr Kawulok). Pisarz należy do grona tych autorów, których twórczość pilnie śledzę, co nie znaczy, że czytam wszystko, co napisał, i zachwycam się wszystkim. Zaczęłam od "Śniegu", który teraz po latach chętnie przeczytałabym jeszcze raz. Najbardziej utkwiły mi w pamięci dwie sagi rodzinne, "Dziwna myśl w mej głowie" i "Cevdet Bej i synowie", no i oczywiście autobiograficzny "Stambuł. Wspomnienia i miasto". Natomiast z trudem dobrnęłam do końca "Czarnej księgi", a "Muzeum niewinności" bywało nużące.

"Noce zarazy" czytałam z przyjemnością, chociaż moim zdaniem nie zaszkodziłyby tej powieści jakieś niewielkie skróty. Cóż, Orhan Pamuk ma tendencję do nadmiernego rozpisywania się, co najbardziej odczułam we wspomnianym "Muzeum niewinności".

Akcja najnowszej książki pisarza rozgrywa się w roku 1901 na fikcyjnej wyspie Minger, zwanej perłą Lewantu, leżącej na Morzu Śródziemnym, będącej częścią Imperium Osmańskiego. Zaczyna się tu szerzyć epidemia dżumy, czemu miejscowe władze starają się, póki można, przeczyć, ale sułtan wysyła na wyspę głównego inspektora sanitarnego, specjalistę od zwalczania epidemii, Bonkowskiego Paszę i jego asystenta. Co ciekawe, jest to postać historyczna, nasz człowiek w Imperium Osmańskim, tyle, że nie skończył tak tragicznie jak na kartach powieści. Bo w książce zostaje bardzo szybko uśmiercony - pada ofiarą okrutnego morderstwa. Kto go zamordował? Kto otruł jego asystenta? Te zagadki będzie próbowała rozwiązać miejscowa władza, rzucając podejrzenia na wrogów politycznych i stosując okrutne tortury, aby wymusić zeznania. Tymczasem ściągnięty w zastępstwie na wyspę lekarz epidemiolog i jego małżonka, sułtanka Pakize, też chcą dociec, kto zamordował Bonkowskiego Paszę, a potem otruł jego asystenta. Ale próbują to robić w sposób nowoczesny, czyli tak, jak rozwiązywał zagadki bohater opowiadań i powieści Artura Conan Doyle'a, Sherlock Holmes. 

Jeśli ktoś myśli, że "Noce zarazy" to powieść kryminalna, jest w błędzie. Rozwiązanie zagadki morderstwa nie stanowi tu istoty, dzieje się trochę mimochodem, a odpowiedź na pytanie, kto za tymi zbrodniami stał, wcale nie pada na końcu, jak to w klasycznym kryminale bywa, ale gdzieś po drodze. Ot, taka gra z czytelniczkami i czytelnikami, nie do końca wykorzystana, może celowo. Orhan Pamuk zastosował w powieści jeszcze jeden zabieg sprawiający, że niektórzy znawcy literatury określają tę powieść jako postmodernistyczną, a nawet jako pożegnanie z postmodernizmem. Dlaczego pożegnanie? Tego na razie nie sprawdziłam, bo nie czytam recenzji przed przelaniem swoich refleksji na blog, aby się nie sugerować. Z ciekawości sprawdzę później. Ten zabieg to ubranie opowiadanych zdarzeń w formę powieści historycznej napisanej przez zajmującą się historią Mingeru naukowczynię, która dotarła do listów sułtanki Pakize pisanych do siostry i miała opracować je naukowo. Kim jest owa naukowczyni i dlaczego wyspa jest jej tak bliska, dowiadujemy się pod koniec powieści.

"Noce zarazy" sprawiają przyjemność na trzech poziomach. Jeden, zupełnie podstawowy, to sama wyspa. Jej opisy, jej mieszkańcy, jej codzienność. Lubię zanurzać się w  powieściowy świat, lubię dzięki opisom wyobrażać sobie miejsca i toczące się w nich życie. Drugi to oczywiście akcja powieści. Jak rozwinie się epidemia? Czy uda się ją zwalczyć? Kiedy? Co się stanie z bohaterami? Jak potoczą się losy wyspy? Czytając, chciałam poznać odpowiedzi na te pytania. I wreszcie poziom trzeci, może najważniejszy, to intelektualna warstwa powieści. Wiem, brzmi to dość pretensjonalnie, ale nie jest to pierwsza powieść Orhana Pamuka, która zmusza w trakcie lektury do zadawania sobie szeregu pytań, do podążania za problemami, które podrzuca. Oczywiście każda dobra powieść jest o czymś, każda porusza jakieś problemy, ale u niego to wszystko wybija się na pierwszy plan, sprawia, że sama opowieść jest tylko pretekstem i mniej angażuje, chociaż jest ciekawa. Podobnie, o ile pamiętam, było w "Śniegu". 

O czym w takim razie są "Noce zarazy"? Pierwszy trop jest oczywisty - o pandemii.  Znajdziemy tu wszystkie zagadnienia, które tak dobrze znamy z covidowych czasów. Zaprzeczanie zarazie, lekceważenie jej, aby nie denerwować mieszkańców, potem wprowadzanie dotkliwych obostrzeń, szerzące się teorie spiskowe, podważanie wiedzy naukowej, uciekanie się do szarlatanów i przywódców religijnych, którzy wmawiają wiernym, że będzie, jak bóg chce. Jest też w powieści wiele ciekawych informacji o tym, jak niegdyś radzono sobie z zarazami. Szczególnie interesowały  mnie wiadomości o tym, jak epidemie szerzyły się wśród muzułmańskich pielgrzymów, zwłaszcza tych podróżujących z dalekich miejsc statkami, i jak próbowano sobie z tym radzić.

Ale zaraza to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pozostałe problemy to rewolucja i mechanizmy nią rządzące. Pytania o to, kiedy szlachetna idea zaczyna parszywieć, ile w przełomowych zdarzeniach przypadku, a ile planowania, jaka jest rola jednostki, ile od niej zależy. Autor próbuje uchwycić moment, kiedy patriotyzm lokalny zaczyna przeradzać się w nacjonalizm. Pokazuje, jak to wszystko obrasta z czasem mitami, legendami, a jednocześnie jak ważne są takie momenty założycielskie. 

Kolejna grupa problemów to relacje między władzą świecką, a duchownymi, wpływ religii na funkcjonowanie jednostek i społeczeństw. Wreszcie napięcia pomiędzy tradycją, a nieuniknionymi zmianami, modernizacją. Na ile takie procesy mogą być wprowadzane odgórnie, na ile są potrzebą zwykłych ludzi.

Te zagadnienia nie zostały umieszczone w próżni - bardzo ważny dla powieści jest kontekst historyczny. Moment, kiedy Imperium Osmańskie powoli się rozpada, traci kolejne terytoria. Jest zawieszone pomiędzy Wschodem, a Zachodem. Zależne od mocarstw europejskich, które wymuszają pewne zmiany, tu związane z opanowaniem epidemii, a jednocześnie nie bez znaczenia jest opór mieszkańców. No i konflikty narodowościowe podsycane i wykorzystywane przez rządzących i duchownych.

Bardzo to wszystko ciekawe i niezwykle aktualne. Nie tylko w Turcji.

Mario Vargas Llosa "Zielony Dom"

Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył

Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie w tym wyborze znakomity tłumacz Tomasz Pindel, który w jednym z podcastów zaliczył tę powieść do kilku najważniejszych i jego ulubionych w twórczości peruwiańskiego noblisty. Tu krótka dygresja - niezwykle mnie ucieszyło, że wśród tych kilku znalazł się także "Lituma w Andach", który zrobił na mnie spore wrażenie. Zawsze to miłe, jeśli literackie wybory zostaną potwierdzone przez znawcę. Być może jeszcze długo "Zielony Dom" leżałby sobie na wirtualnym regale bibliotecznej aplikacji, gdyby nie śmierć pisarza. Przeczytanie powieści, której jeszcze nie znałam, to najlepszy sposób, żeby oddać hołd jednemu z moich ulubionych autorów. 

Od razu zaznaczę, że "Zielony Dom" nie jest lekturą łatwą. Należy do tych książek Llosy, w których pisarz gmatwa wątki, a narracja jest nieoczywista. Są tu rozdziały pisane po bożemu, a są takie, w których na jednej stronie akcja bez ostrzeżenia skacze od wydarzeń dziejących się na oczach czytających do tych z przeszłości bohaterów. Jakby wspominali to, co miało miejsce onegdaj. Dodatkową trudnością jest zupełny brak chronologii. Nie od razu jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy co się wydarzyło i co łączy poszczególne wątki, które wydają się być od siebie dość odległe. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, co było wcześniej, a co później i co łączy bohaterki i bohaterów. Aż w końcu składamy sobie całą historię. Nie jest też łatwo określić czas akcji, bo nie ma tu wielu odniesień do historii Peru. Udało mi się ustalić, że niektóre wydarzenia działy się w latach czterdziestych zeszłego wieku. Inne wcześniej, a inne później, bo akcja toczy się na przestrzeni może trzydziestu, a może czterdziestu lat. I to jest trudne do ustalenia. 

Kto czytał "Rozmowę w Katedrze", Powieść przez duże P, ten wie, o czym piszę. Moim zdaniem warto jednak podjąć trud, oswoić się z takim sposobem opowiadania, bo książka jest tego warta. Tym bardziej, że po jakimś czasie da się jednak odkryć jakiś porządek w tym szaleństwie. Powieść składa się z czterech części i epilogu poprzedzonych czymś w rodzaju prologu, każda część to kilka rozdziałów, a w każdym z nich przewijają się poszczególne wątki wydzielone w osobnych akapitach. Właściwie przy ponownej lekturze można by "Zielony Dom" czytać inaczej - śledząc poszczególne wątki.

Tym razem akcja powieści toczy się w Piurze, mieście na północy Peru położonym wśród pustynnych piasków, w którym kilka lat swojego dziecięcego życia spędził pisarz, ale także w peruwiańskiej części Amazonii, na rozlewiskach jej dopływów, w małej zagubionej wśród dziewiczej selwy osadzie Santa Maria de Nieva zamieszkanej przez białych i ludność rdzenną, na zagubionych w głuszy wysepkach, gdzie ukrywają się nielegalni handlarze kauczuku, w osadach rdzennych mieszkańców. To teren dziewiczy, w którym łatwo się ukryć, aby prowadzić swoje ciemne interesy. Żeby się po nim poruszać, trzeba bardzo dobrze znać rzekę i jej dopływy, wiedzieć, kiedy można po niej pływać. Dlatego tak ważni są piloci, których wojsko czy policja i wszyscy pływający po Amazonii muszą zatrudniać w roli przewodników. Takim pilotem jest Nieves, mężczyzna o mieszanym pochodzeniu, jeden z bohaterów powieści. 

Mario Vargas Llosa znakomicie oddaje atmosferę tych miejsc. Trudy życia w zagubionych osadach czy obozach, kaprysy przyrody, niebezpieczeństwa, konflikty między białymi, a rdzenną ludnością, prymitywne warunki życia. Ci, którzy się w Amazonii urodzili, kochają ją i zawsze za nią tęsknią, biali, którzy nie z własnego wyboru muszą mieszkać w niewielkich miejscowościach takich jak Santa Maria de Nieva, gdzie dostać można się tylko rzeką, często nienawidzą tego miejsca i marzą tylko o tym, aby z niego uciec.

Te dwa światy wyznaczają dwa zasadnicze wątki tej powieści. Jeden związany jest z Piurą, gdzie przed laty nagle pojawił się tajemniczy mężczyzna, Anselmo, który na skraju miasta wybudował dom, ten tytułowy Zielony Dom, dla mężczyzn miejsce cielesnych uciech, rozrywki, a dla innych, a zwłaszcza dla miejscowego księdza, zgorszenia i grzechu. Nie wiadomo, co z tamtych wydarzeń sprzed lat jest prawdą, a co mitem. Ta historia opowiadana jest inaczej, trochę jak legenda. Niektórym wydaje się, że pamiętają tamte zdarzenia z czasów, kiedy byli dziećmi, sam Anselmo, prawie niewidomy, nieszczęśliwy grajek występujący w trzyosobowym zespole w innym Zielonym Domu, wszystkiemu zaprzecza, nie chce opowiadać. Dlaczego? Pewnie dlatego, że stało się tam coś jednoznacznie złego, a jednocześnie coś tragicznego. 

Wątek amazoński to poszukiwanie ukrywającego się na jednej z wysepek przestępcy, nielegalnego handlarza kauczuku i skór, który psuje interesy innym. Dlaczego tym innym handlować wolno, a jemu nie, nie jest jasne. Czy to kwestia koncesji, którą oni mają, a on nie, czy może odpowiedniego umocowania wśród ludzi władzy, którzy też czerpią z tego korzyści? W każdym razie miarka się przebrała i z Santa Maria de Nieva wyrusza ekspedycja żandarmerii i wojska, aby złapać przestępcę. Dlaczego pilot Nieves wykręca się chorobą i nie chce ich prowadzić, polecając innego? Kiedy o tym czytamy, już doskonale wiemy, czego się obawia. Oba wątki spaja postać sierżanta Litumy, który pojawia się też w innych powieściach pisarza, przede wszystkim we wspomnianej już przeze mnie - "Lituma w Andach". 

Tu dygresja. Czy historia Litumy w tych kilku książkach składa się w całość i wszystko z jego życiorysu do siebie pasuje? Trudno mi jednoznacznie orzec. "Zielony Dom" powstał w roku 1966, a "Lituma w Andach" w 1993. Pisząc pierwszą z nich, Mario Vargas Llosa na pewno nie miał pojęcia, że kiedyś wykorzysta tego samego bohatera. Aż by się chciało teraz sięgnąć jeszcze raz po tamtą powieść, aby to sprawdzić! I po "Rozmowę w Katedrze", bo i tam, wydaje mi się, pojawiają się bohaterowie innych książek Llosy.

Co mnie tak zafascynowało w "Zielonym Domu"? Oprócz niesamowitego klimatu Amazonii, ale również zmieniającej się przez lata Piury, także poruszane tematy. Wspomniany już handel kauczukiem, konflikty między białymi, a rdzennymi mieszkańcami Peru, zróżnicowanie społeczeństwa, w którym oprócz potomków hiszpańskich najeźdźców i ludności rdzennej są także Metysi. Oczywiście nie muszę wspominać, że ci pierwsi mają się za lepszych. Z tym wiąże się kolejny problem - białe zakonnice za przyzwoleniem władz odbierają rdzennym mieszkańcom dziewczynki, dzikuski, jak je nazywają, aby je chrystianizować i cywilizować. Jesteśmy świadkami tego, w jak bezwzględny sposób się to odbywa. No i przede wszystkim wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów, bardzo niejednoznaczne, w których zło miesza się ze szlachetnością i dobrem. Często są to postacie tragiczne. Nawet najbardziej bezwzględny ze wszystkich, ten poszukiwany handlarz, Fushia, w końcu budzi litość. No i wreszcie sama historia, którą musimy sobie składać z przemieszanych strzępów, dzięki czemu trzyma w napięciu, jest po prostu bardzo ciekawa.

Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Mario Vargasa Llosy bardzo polecam. Przede mną jeszcze kilka jego powieści. Kilka tych, których jeszcze nie znam, i dwie czytane bardzo dawno, "Pantaleon i wizytantki" oraz "Ciotka Julia i skryba".

Louise Kennedy "Nasze winy"

Jakiś czas temu, przy okazji pisania o dwóch znakomitych

powieściach, Sebastiana Barry'ego "Czas starego boga" i Megan Nolan "Zwykłe ludzkie ułomności", deklarowałam moje zainteresowanie literaturą irlandzką. Dziś będzie o kolejnym tytule z serii irlandzkiej, a w czytniku czekają kolejne! Ta książka, też powieść, to "Nasze winy" Louise Kennedy (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożyła Kaja Gucio), jej literacki debiut. Recenzje miała raczej przychylne, ale koleżanka, w której gust czytelniczy wierzę, powiedziała, że to książka z gatunku tych, które dobrze się  czyta, ale nie ważą zbyt wiele. Z tym większą ciekawością zabrałam się do lektury.

Jaki werdykt? Nie jest to powieść interesująca językowo czy formalnie, ale znakomicie oddaje realia Irlandii Północnej w czasie Kłopotów, czyli trwającego latami, krwawego, naznaczonego terrorem konfliktu między zwolennikami niepodległości Irlandii Północnej czy też przyłączenia jej do Irlandii, a tymi, którzy opowiadali się za status quo. Najczęściej tych pierwszych utożsamia się z katolikami, tych drugich z protestantami, co nie do końca jest prawdą. Rzeczywistość była i jest bardziej skomplikowana. Kto chce poczytać o Kłopotach i porozumieniach wielkopiątkowych, które zakończyły wojnę domową, niech sięgnie po znakomity reportaż Patricka Raddena Keefe'a "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej". Czyta się jak powieść sensacyjną.

Akcja "Naszych win" rozgrywa się w roku 1975 w Irlandii Północnej w miasteczku na obrzeżach Belfastu, a może w jednej z jego peryferyjnych dzielnic. Główną bohaterką jest Cushla, dwudziestoczteroletnia nauczycielka. Mieszka z razem z owdowiałą matką, która ma poważny problem z alkoholem. Jest katoliczką, pracuje w szkole katolickiej, kilka wieczorów w tygodniu pomaga bratu w rodzinnym pubie, do którego przychodzą katolicy, protestanci, a czasem żołnierze brytyjscy. Dlatego o polityce się w nim raczej nie rozmawia, aby utrzymać klientów. Właśnie tam poznaje znanego protestanckiego adwokata broniącego w procesach politycznych członków IRA. Michael, bo tak ma na imię, jest nie tylko dużo od niej starszy, bliżej mu do wieku jej rodziców niż do niej, ale na dodatek żonaty, chociaż, trzeba przyznać, niezbyt szczęśliwie. Bardzo szybko nawiązuje się między nimi romans. I w taki sposób Cushla staje się podwójnie, a może nawet potrójnie, wyobcowana.

Pierwsze wyobcowanie ma źródło w wierze i dotyczy nie tylko jej, ale całej katolickiej społeczności. Chociaż Cushla nie jest jakoś specjalnie gorliwa religijnie, wystarczy, że identyfikuje się jako katoliczka, aby w Irlandii Północnej  czuła się gorsza. Tu górą są protestanci i lojaliści (zwolennicy pozostania w monarchii brytyjskiej). Irolka, fenianka, katolka, pyrojad to zestaw przezwisk, jakimi obrzuca się katoliczki i katolików, republikanki i republikanów. 

Powinnam była mu powiedzieć, żeby się od...lił, a nie siedzieć jak grzeczna mała tubylczyni i pozwalać, żeby mnie dalej upokarzał. Chcę tylko przeżyć choćby jeden dzień bez przypomnienia, że chodzę do niewłaściwego kościoła.

Porządna protestancka whiskey. Porządni ulsterscy prtotestole. Kiedy coś było czyste i schludne, kiedy było takie, jakie powinno być, opisywano to jako protestanckie. Mawiali tak nawet katolicy. Cushla wpatrywała się w plecy pani Coyle, pragnąc, by kobieta odwróciła się i dała jej znak, owszem, ja też to słyszałam, wiem, co o nas myślą. Ale ona tego nie zrobiła. Jedyna Irolka poza Cushlą, która mogła dzisiejszego wieczoru przekroczyć próg tego domu, już nią gardziła. 

Jeśli się nie wychyla, nie opowiada politycznie, może przetrwać, chyba, że stanie się przypadkową ofiarą zamachu, a te są na porządku dziennym. Autorka znakomicie oddaje atmosferę ciągłego zagrożenia, wzajemnej nienawiści, strachu, bezradności, bo jeśli ktoś identyfikuje się z Kościołem katolickim, raczej nie może liczyć na gorliwość policji, kiedy stanie się obiektem prześladowania ze strony protestantów. Ale tu nic nie jest proste. Konflikty mogą też przebiegać wewnątrz grupy. Dotyczy to małżeństw mieszanych albo osób takich jak Michael, które próbują przekraczać granice, patrzeć na rzeczywistość irlandzką obiektywnie. Wtedy narażasz się obu stronom. I policja też nie będzie reagować. Narazić się możesz zwyczajnym ludzkim gestem, chęcią pomocy poszkodowanym, jeśli nigdzie nie pasują. Tak dzieje się z Cushlą, która powodowana ludzkim odruchem pomaga rodzinie swojego ucznia prześladowanej przez obie strony konfliktu. Wystarczy, że matka jest protestantką, a już są wszędzie obcy. Ostracyzm dotknie nie tylko Cushlę, ale całą jej rodzinę.

Kolejny powód wyobcowania bohaterki wiąże się z jej zakazaną miłością. To jasne, że muszą się ukrywać. Nie dość, że Michael ma żonę, to jeszcze na dodatek jest protestantem. Są zdani na ukradkowe spotkania, takież telefony, narażeni na to, że ktoś ich zobaczy razem. Jak zawsze w takiej sytuacji, to kobieta ponosi większe koszty i to kobieta jest zależna od mężczyzny. Musi się dostosować do jego wolnego czasu. Czeka na telefon, umiera z tęsknoty, kiedy przez jakiś czas nie daje znaku życia, obiecuje sobie, że nie będzie gotowa na każde jego gwizdnięcie, po czym rzuca wszystko, kłamie, byle tylko się z nim chociaż na chwilę zobaczyć. Beznadziejnie zakochana kobieta.

Gdyby tu nie przyszła, siedziałaby w domu z matką, ale Michael miał mnóstwo możliwości do wyboru. Miał przyjaciół, pieniądze. Rodzinę.

Jest jeszcze jeden powód wyobcowania. Michael wprowadza Cushlę do swojego towarzystwa - uczą się irlandzkiego, a ona ma im udzielać lekcji. Są starsi od niej, mają zawodową pozycję, to dziennikarze, artyści, należą do lepszej sfery, stoi za nimi tradycja ich rodzin, no i są protestantami. Cushla czuje się wśród nich obco, uczy w szkole, pochodzi ze zwyczajnej rodziny, no i jest katoliczką. Poza tym oni świetnie się znają, łączy ich przyjaźń, przeszłość, praca, zainteresowania. Ona wtargnęła do ich świata, jest intruzką. Ma wrażenie, że nią gardzą, że prowokują, że wyszydzają, czuje na sobie ich pogardliwe, karcące spojrzenia, no i oczywiście, na pewno uważają, iż Michael źle wybrał. Tak naprawdę znają go lepiej niż ona, wiedzą o nim to, o czym ona nie ma pojęcia. Nie tyle gorszy ich sam romans, ile jej osoba. Dlaczego w takim razie przychodzi na te spotkania? Bo to jedna z niewielu możliwości widywania go. No i on o to prosi, więc nie potrafi odmówić. Zresztą ona też czuje się od niego gorsza. Starszy, lepiej wykształcony, o ugruntowanej pozycji zawodowej, bardziej doświadczony. A ona? Kim jest ona? Młodą nauczycielką z katolickiej szkoły spędzającą wieczory z matką alkoholiczką, której musi pilnować. Autorka bardzo dobrze oddała wszelkie niuanse takiego związku. Cushla, która potrafi być zdecydowana w innych sprawach, wie, czego chce, co powinna, potrafi się nie ugiąć pod presją otoczenia, w relacji z Michaelem staje się bezbronna.

Na mnie powieść Louise Kennedy zrobiła wrażenie. Nie jest arcydziełem języka i formy, ale opowiada o czymś ważnym, potrafi przykuć uwagę i poruszyć.

Meksykańskie lektury (II) - Ola Synowiec "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk"

Ciąg dalszy meksykańskich lektur. Tym razem przeczytałam debiut ksiązkowy Oli Synowiec "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk" (Czarne 2018). Autorka, co ważne, od roku 2011 mieszka w Meksyku. Ten fakt pozwala mieć nadzieję, że poznała ten kraj już na tyle dobrze, iż wie, o czym pisze. Ma też licznych miejscowych znajomych, na których się powołuje. Wspominam o tym, bo jak wiadomo, z rzetelnością reporterów bywa różnie, co jakiś czas wybucha afera. Dlatego dziś ostrożniej podchodzę do  literatury faktu, dlatego nie przeczytałam dwóch reporterskich książek o Birmie, bo zarzucano im liczne błędy faktograficzne. Zdarza się, że autor zna kraj, o którym pisze, tylko z kilkumiesięcznego pobytu. Jak widać, rozkwit reportażu, jaki obserwujemy w ostatnich latach, ma swoje ciemne strony. Ale do rzeczy.

Książkę Oli Synowiec czyta się bardzo dobrze. Mimo niesprzyjających warunków połknęłam je w ciągu kilku dni. Wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o religijności współczesnych mieszkańców Meksyku. Każdy rozdział poświęcony jest innemu zjawisku dotyczącemu zasadniczego tematu, ale staje się pretekstem do sięgnięcia w przeszłość, do opowieści o historii kraju albo do poświęcenia uwagi jakimś zagadnieniom i problemom społecznym. Razem tworzy to bardzo ciekawą mieszankę. Ola Synowiec stara się pokazać prezentowane problemy z różnych punktów widzenia, oddaje głos ludziom o odmiennych poglądach. Czytelnik zyskuje dzięki temu świadomość złożoności zagadnienia. Z książki przebija fascynacja autorki krajem, jego mieszkańcami, różnorodnością kulturową i religijną. Jeżeli coś mnie drażni, to końcowe wyznanie wiary, na pewno szczere, ale w takiej formie brzmi dość infantylnie, żeby nie powiedzieć pensjonarsko. Autorka pisze o tym, że przyjechała do Meksyku szukać Boga, a znalazła drugiego człowieka. (...) człowiek nie znudzi mnie nigdy i nie przestanie fascynować. (...) Mamy inne kolory skóry, inne kolory włosów, różne płcie, sposoby ubierania się i style życia. (...) Te minimalne różnice zachwycają. Decydują o naszej odmienności. I dalej w tym duchu. No jasne, że tak jest, ale czy koniecznie trzeba się nad tym rozwodzić na kilku stronach? Biję się w piersi, bo czasem, niesiona emocjami, też w tych notkach piszę słuszne banały mające cechy wyznania wiary (staram się jednak samokrytycznie zaznaczać, że Ameryki nie odkrywam), no ale ja nie jestem autorką książki, prowadzę tylko skromny blog.

A teraz konkretniej - jakie zagadnienia porusza Ola Synowiec w swoich tekstach? Zaczyna od szeroko znanych i będących turystyczną atrakcją meksykańskich obchodów Święta Zmarłych, kultu Świętej Śmierci, wszechobecnych czaszek i wszystkich tego typu rekwizytów, od których w Meksyku się roi. Okazuje się, że te obchody mają stosunkowo młode korzenie. Zostały sztucznie wykreowane w całym kraju po rewolucji 1910, kiedy to szukano elementów, które mogłyby stworzyć meksykański naród. Do tego potrzebne były wspólne dla wszystkich tradycje, sięgnięto więc do obyczajów znanych w jednym z regionów i metodycznie rozpropagowano. Ale historia Święta Zmarłych jest o wiele bardziej złożona i jeszcze ciekawsza. 

Potem autorka zajmuje się ruchem meksykańskich, jak ich nazywa, rodzimowierców, czyli ludzi, którzy wskrzeszają dawne indiańskie tańce, tańczą przez wiele godzin na placach miast, żyją indiańską tradycją i religią. Powstaje pytanie, czy naprawdę wierzą w azteckich, zapoteckich czy majańskich bogów? Jedni tak, inni nie. Przy okazji czytelnik dostaje garść informacji historycznych o początkach hiszpańskiej konkwisty w Meksyku. Kolejne zagadnienie to zamieszki studenckie roku 1968 (to te pokazywane w filmie "Roma"), długo okryte w cenzurą. Co mają wspólnego z wiarą i religijnością? Okazuje się, że sporo. Może raczej z kultem. Jest to też refleksja nad rolą mediów, ludzką bezmyślnością, bezrefleksyjnością i naiwnością oraz nad teoriami spiskowymi. 

Bardzo ciekawy jest reportaż o małej, górskiej wiosce - meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych, do której pielgrzymował między innymi sam John Lenon. Jak się okazuje, dziś w Meksyku wszystko może stać się pretekstem do stworzenia turystycznej atrakcji. Tak stało się i w tym wypadku. Podobnie jest zresztą z czarownikami, o których traktuje ostatni reportaż. Nawet czarna msza zostaje przez władze wioski wypromowana tak, aby nikogo nie gorszyła, a przyciągnęła tłumy ciekawskich.  I grzyby halucynogenne, i czarownicy to dziś turystyczna komercja, część turystycznego przemysłu. 

Bardzo ciekawy jest rozdział o coca-coli. Po raz drugi zadam to samo pytanie - co to ma wspólnego z wiarą? Bardzo dużo. Jest to również opowieść o cyniczności koncernu i popierających go politykach, o dewastacji środowiska naturalnego (woda!) i o katastrofalnym wpływie nadmiernego spożycia bardzo słodkiej coca-coli (słodszej niż w innych krajach) na zdrowie mieszkańców Meksyku. Cukrzyca to teraz choroba numer jeden w tym kraju. Jeśli dotyka Indian z małych wiosek, a tak właśnie jest, to jej skutki są dramatyczne. 

I wreszcie jeszcze jeden, bardzo ważny, rozdział dotyczący konfliktu między katolikami a rozmaitymi wyznaniami ewangelickimi, które zdobywają w Meksyku (także w Ameryce Południowej, na przykład Zielonoświątkowcy w Brazylii) coraz więcej wyznawców. 

To tyle w telegraficznym skrócie, na zachętę. Kto ciekawy, niech czyta. Kto był w Meksyku albo się wybiera, przeczytać powinien koniecznie.

Robert Stefanicki "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu""

Co wiemy o Tybecie? Znamy hasło Wolny Tybet, wiemy, kto go ciemięży, wiemy, że Dalajlama, jego duchowy przywódca (ale pewnie już niekoniecznie, że także polityczny), cieszy się powszechnym autorytetem, wiemy, że mnisi, że klasztory, że dach świata, może coś jeszcze. Tak to mniej więcej funkcjonuje, taka też była moja wiedza, dopóki wreszcie nie sięgnęłam po książkę Roberta Stefanickiego "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu" (Agora 2014). Napiszę rzecz banalną - każdy, kto interesuje się światem, musi ją przeczytać. Stwierdzając to, mam jednocześnie świadomość, że książek, po które powinien sięgnąć interesujący się światem czytelnik, jest cały ocean. Zasypujemy jedną czarną dziurę, ale inne wciąż zieją. Może w takim razie, czytelniku tej notki, przekonam cię stwierdzeniem, że Chiny to zbyt ważny światowy gracz, aby się nim nie interesować. No a poza tym książka Stefanickiego jest po prostu bardzo ciekawa.

Autor, reporter, dziennikarz i fotograf (zdjęcia, także z Tybetu, można obejrzeć na jego stronie internetowej) po Dachu Świata podróżował trzykrotnie. Dlatego książka składa się z trzech części wyznaczonych datami podróży - rok 2001, 2006 i wreszcie 2013. Jak bardzo sytuacja zmienia się na niekorzyść, niech świadczy fakt, że ostatnia wyprawa była możliwa już tylko z biurem podróży. Autor, co zaznacza we wstępie, stara się pokazać sytuację Tybetu w całym jej skomplikowaniu, unikając czarno-białych klisz streszczających się w stwierdzeniu ten wspaniały Tybet, te złe Chiny. O ile druga część tego stwierdzenia w zasadzie niestety nie podlega dyskusji, o tyle pierwsza nie do końca jest prawdziwa. Stefanicki sięga do historii Tybetu i pokazuje, dlaczego chińska inwazja stała się w ogóle możliwa. Pewnie nie każdy wie, że Tybet był państwem feudalnym, zastygłym w swoim skostnieniu, zamkniętym i odizolowanym od świata. Nikt nie słuchał tu przestrogi jednego z dalajlamów, który mówił o zagrożeniu. Jeśli spodziewano się inwazji, to ze strony sowieckiej, nie chińskiej. Feudalny ustrój dał pretekst komunistycznym Chinom, aby zająć Tybet, który uważali za część swojego terytorium, a izolacja sprawiła, że świat nie miał zamiaru za niego umierać. Dziś zresztą też oczywiście nie ma, a kurtuazyjne gesty i szacunek okazywany Dalajlamie niewiele przecież znaczą. Łatwo zachwycić się prężnie rozwijającymi się Chinami (wiem, co mówię), coraz łatwiej przychodzi zapomnieć o łamaniu praw człowieka, nie tylko zresztą w Tybecie, ale w całym Państwie Środka.

Niestety grzechów na sumieniu mają Tybetańczycy w swojej historii więcej. Mnisi, lamowie to nie tylko szlachetny buddyzm, duchowość, mistycyzm, ale też polityka, intrygi, morderstwa polityczne, rozpasanie, moralny rozkład. O takim Tybecie nie wiemy i nie chcemy wiedzieć. A i dzisiaj sytuacja nie jest jednoznaczna. Stefanicki pisze o błędach popełnionych w czasie chińskiej inwazji, o Tybetańczykach idących ręka w rękę z okupantem, o tym, że według relacji świadków, którzy przeżyli chińskie więzienia, najokrutniejsi bywają oprawcy tybetańscy. Pokazuje rozmaite pułapki, w jakie wpada tybetańska diaspora i rząd na uchodźstwie. Jednym z tych problemów jest dopasowywanie się do wyidealizowanego obrazu, jaki o Tybecie i Tybetańczykach ma świat zachodni. Po szczegóły odsyłam do książki.

To wszystko nie przysłania oczywiście okrutnej prawdy o losie Tybetu i jego mieszkańców. Stefanicki kilkukrotnie z całą mocą przywołuje fakty z historii, które zbijają chińską tezę o ich prawie do tego terytorium, ale przede wszystkim opowiada o morzu nieszczęść, jakie przyniosła inwazja, a potem rewolucja kulturalna. Pisze o braku wolności, o inwigilowaniu każdej dziedziny życia, także klasztorów, co chyba najbardziej przykre, o ich  bombardowaniu, o niepowetowanych zmianach w tkance miast (burzy się stare tybetańskie dzielnice, w ich miejsce powstają nowoczesne, chińskie - Lahsa przypomina dziś zachodnie miasta; podobnie jest zresztą w samych Chinach), w społeczeństwie, w krajobrazie,  o okrutnie pacyfikowanych demonstracjach, o więzieniach, o najwymyślniejszych torturach, jakich nie powstydziliby się naziści i sowieccy oprawcy. W tym miejscu nie potrafię powstrzymać się od dygresji. Kiedy niedawno słuchałam w radiu kolejnej przerażającej rozmowy o Syrii, o tym, jak reżim Asada traktuje więźniów, pomyślałam sobie, ileż to razy czytałam o takich bestialstwach, które miały i wciąż mają miejsce w najróżniejszych zakątkach świata. I natychmiast przed oczami stanęły mi opisy z książki Stefanickiego, bo akurat byłam w trakcie lektury. No i co tu powiedzieć, no i jak tu żyć z tą świadomością ludzkiego nieszczęścia i ludzkiego okrucieństwa. A jednak żyjemy i mamy się nieźle. Dobrze, koniec tej grzeszącej pensjonarską naiwnością dygresji, wracam jeszcze na chwilę do książki Stefanickiego. A smutna to książka, nie tylko z powodów, o których pisałam. Najsmutniejszy jest brak perspektywy, brak światełka w tunelu. Jest przecież coraz gorzej. Smutkiem napawa  też nieuchronność dziejowych procesów. W Tybecie w każdej sferze  chińskie wypiera tybetańskie, a chcąc jakoś żyć, Tybetańczycy coraz bardziej rozpuszczają się w chińskości. Lepiej uczyć się chińskiego, bo tybetański nie zapewni pracy, kusi też zachodni świat, który razem z Chińczykami dociera do Tybetu. Coraz mniej Tybetu w Tybecie. Może wyjściem jest ucieczka albo wyjazd do Chin, gdzie, co może brzmi paradoksalnie, Tybetańczycy mają większą swobodę niż w swojej ojczyźnie? Ale i to niesie zagrożenia, o czym też dokładniej pisze autor w swojej książce.

Kończę, jak często, katalogiem tematów, jakimi jeszcze zajmuje się Stefanicki w "Czerwonym Tybecie". Zajmuje się przecież nie tylko polityką i historią, ale przede wszystkim  codziennym życiem Tybetańczyków, buddyzmem, klasztorami przesiąkniętymi zapachem masła z jaków i dymu z jałowca,  miastami,  krajobrazem upstrzonym powiewającymi na wietrze kolorowymi, tybetańskimi flagami, wiele miejsca poświęca nomadom - hodowcom jaków i koni. Pisze wreszcie o sprawach terytorialnych, może i oczywistych, ale mało jednak znanych - co właściwie powinniśmy nazywać Tybetem? No i o wielu innych. Aby się dowiedzieć, należy przeczytać. A jeśli ktoś był w górskich terenach Syczuanu, jeśli ktoś odwiedzał tybetańskie klasztory, jeśli komuś coś mówią takie nazwy jak Kanding czy Litang, to powinien przeczytać tym bardziej.

PS. Jeszcze dwie uwagi. Pierwsza -"Czerwony Tybet" jest też w dużym stopniu reportażem o Chinach. Druga - kiedyś wypisałam sobie polecane  pozycje dotyczące Chin, wśród nich znalazła się książka Patricka Frencha "Tybet, Tybet", podobno bardzo dobra i obiektywna. Przywołuje ją też Stefanicki w bibliografii.

Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Maciej Skawiński "Jutro spadną gromy"

Nazwiska Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego nie były mi obce. Już wcześniej słyszałam o ich reporterskich książkach. Wiedziałam, że pewnie warto je przeczytać, ale wiadomo, były pilniejsze lektury. Tym razem jednak nie miałam wyjścia. Kto poznał reportaż Marcina Kąckiego o Białymstoku i okolicach wydany przez Czarne, po prostu musi sięgnąć po książkę "Jutro spadną gromy" autorstwa wędrownych dziennikarzy, czyli Jastrzębskiego i Morawieckiego, wzbogaconą zdjęciami Macieja Skawińskiego (Fundacja Sąsiedzi 2015). Dlaczego? Bo to reportaż z Podlasia. Można go potraktować jako uzupełnienie pozycji Kąckiego. Ale oczywiście jest to rzecz zupełnie autonomiczna i w gruncie rzeczy inna.

Reporterzy przemierzają Podlasie i próbują zmierzyć się z jego mitem. Czy rzeczywiście ta pograniczna ziemia jest przesycona mistycyzmem? Prawda to czy legenda? A jeśli tak to dlaczego? Właściwie konstatacja jest smutna. Podlasie wymiera. Starzeje się. Młodzi uciekają do Białegostoku albo innych większych miast, albo jeszcze dalej w świat. Wioski wyludniają się, zostają w nich sami starzy ludzie. Tylko w weekendy albo latem zjeżdżają tu przybyłki. To między innymi w nich widzi zagrożenie jeden z rozmówców Jastrzębskiego i Morawieckiego. Kim jest przybyłek? Dlaczego jest taki groźny? To mieszkaniec miasta, który kupił sobie na Podlasiu kawałek ziemi albo starą chałupę. Jest tu gościem, nie rozumie tego miejsca, nie zna i nie szanuje jego zwyczajów, nie wtapia się w lokalną społeczność. Wpada tylko na chwilę, a że ma tyle do zrobienia, więc nieważne niedziela to czy inne miejscowe święto, pracuje. A dla miejscowych to jak policzek. Dlatego kiedy poumierają, nikt ich nie zastąpi. Skończy się magiczne, mistyczne Podlasie. Wioski znikną zagarnięte przez las. Przecież nie uratują tej pogranicznej krainy nieliczni zapaleńcy, którzy szukają tu azylu albo sensu. Jeśli rzeczywiście za jakiś czas definitywnie przeminie tutaj wiek dziewiętnasty, a wraz z nim zniknie odrębność i wyjątkowość Podlasia, to przynajmniej zostanie ta książka. Świadectwo innych czasów.

Właściwie nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad fenomenem tych terenów, nigdy tam nie byłam. Dzięki książce Jastrzębskiego i Morawieckiego mogłam odbyć wirtualną podróż, poczuć to miejsce, zrozumieć jego fenomen i jego problemy. Ich opowieść ma klimat i atmosferę, jest bardzo sensualna. Niemal czujemy pierwsze krople deszczu, otula nas wilgotna mgła, chmury suną nisko po ołowianym niebie, zimno przenika do kości albo przeciwnie, świeci słońce, robi się skwar, wędrujemy pylistą drogą, wpatrujemy się w wody Narwi albo Bugu. Ale istotą książki są rozmowy z ludźmi. Reporterzy wędrują od wioski do wioski, od przysiółka do przysiółka, bo w każdym z tych miejsc liczą na spotkanie. Czasem ledwie uda im się zamienić słowo, innym razem trafią na gadułę. Do niektórych wracają. Nikogo nie oceniają, wszystkich obdarzają sympatią, każdego są ciekawi. Z miejscowymi prawosławnymi księżmi rozmawiają o lokalnych społecznościach, o relacjach między katolikami a prawosławnymi. Ze starymi ludźmi o przeszłości, o czasach wojny, o partyzantce, o ich żydowskich sąsiadach, których już nie ma, o konfliktach polsko-białoruskich. Z antykwariuszką z Krynek o tym, dlaczego porzuciła Gdańsk i nie zważając na materialne niewygody, osiadła tutaj. Z ekologiem z Białowieży prowadzą fascynującą rozmowę o Puszczy Białowieskiej. Ta rozmowa znakomicie wpisuje się w konflikt o Puszczę, który ostatnio rozgorzał na nowo. Wiele wyjaśnia i tłumaczy. Z pisarzem poszukują sensu. Szeptucha Hanna opowiada im, jak zjeżdżają się do niej ludzie, aby szukać pomocy. A motywem spajającym ich wędrówkę jest poszukiwanie Księgi Sybilli albo Klucza. Podobno są tacy, którzy je widzieli, czytali albo mają. Podobno jest w nich wszystko, co było i co będzie, i odpowiedź na pytanie, po co. To jak poszukiwanie Świętego Graala.

Na czym więc polega fenomen Podlasia? Na mieszance kultur, języków i religii, która sprawia, że to miejsce jest tak różnorodne i ciekawe, ale też nie wolne od konfliktów. Na tym, że wojenna i powojenna przeszłość ciągle jeszcze żyje, budzi spory i lęki. Nadal niełatwo o niektórych sprawach mówić, nadal żyją ludzie, którzy pamiętają pacyfikacje białoruskich wsi. Na tym, że tak blisko stąd do granicy, która bezwzględnie podzieliła krewnych, przyjaciół, ziemię. Często przypadek decydował, która wioska znalazła się po której stronie. No i oczywiście na mistycyzmie, który jeszcze się tu czuje.

Jastrzębski i Morawiecki chowają się w cieniu swoich rozmówców, nie epatują sobą, tylko od czasu do czasu pozwalają sobie na snucie filozoficznych czy antropologicznych refleksji. To też wartość tej książki. No i są jeszcze zdjęcia Macieja Skawińskiego.

Marcin Kącki "Białystok. Biała siła, czarna pamięć"

Zawsze mam problem z takim przekazem, jaki niesie najnowsza książka Marcina Kąckiego

"Białystok. Biała siła, czarna pamięć" (Czarne 2015). Zastanawiam się, czy tak rzeczywiście wygląda białostocki świat. Na ile jego obraz został zniekształcony, wyolbrzymiony, kiedy autor zebrał w jednym miejscu wszystkie problemy nękające to miasto. Ile jasnych barw pominął, aby tym bardziej czarne biło w oczy? Może o każdym miejscu mogłaby powstać taka książka? - myślę sobie przewrotnie. Może o moim mieście też? Wiadomo, jak przekaz medialny potrafi wzmocnić, podbić opisywane zjawiska, rozdmuchać zdarzenia. Ale szybko przychodzi otrzeźwienie. Zaraz, zaraz, przecież Kącki nie zmyślił tego wszystkiego, o czym przeczytałam. Przecież swastyki i nazistowskie napisy malowane na murach i na przystankach, które w pewnym okresie stały się plagą Białegostoku, to fakt. Podobnie jak antysemickie i rasistowskie ataki, groźby pod adresem twórców Teatru Trzyrzecze, działalność rozmaitych organizacji o charakterze faszystowskim, masowe podpalenia starej, drewnianej zabudowy miasta i wiele innych zdarzeń. Statystyki nie kłamią. W pewnym miejscu autor posługując się policyjnymi i sądowymi raportami, zbiera razem tego typu zdarzenia. Co charakterystyczne, fala, która zaczęła się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, narasta. Im bliżej roku 2015, tym bardziej statystyki pęcznieją. Równie obrazowe jest zestawienie postępowań prokuratorskich prowadzonych w całym kraju w roku 2013. Białystok jest na drugim miejscu, za Warszawą, a przecież wielkość miast jest nieporównywalna. Wiadomo, stolica, metropolia, duża miejscowość zawsze przoduje w takich statystykach. Ale Białystok? Miejsce, które jeszcze jakiś czas temu kojarzyło się ze słodką, sielską tradycją? Kraków, Poznań, Szczecin, Wrocław, miasta większe, pozostają w tyle za Białymstokiem w tej niechlubnej konkurencji. Marcin Kącki, nagradzany reporter i dziennikarz śledczy, w licznych wywiadach, jakich udzielił z okazji premiery książki, zarzeka się, że przystępował do pracy bez emocji, uprzedzeń, a nawet bez specjalnego entuzjazmu i oczekiwań. Temat znalazł jego, nie odwrotnie, został mu zaproponowany przez wydawnictwo. Mówi, że jeszcze nigdy żadna jego książka nie spotkała się z takim czytelniczym odzewem. No i jeszcze, że reportaż ma boleć. Więc nawet jeśli autor skupił jak w soczewce wszystkie białostockie i okołobiałostockie problemy, nawet jeśli przyglądamy się im przez szkło powiększające, to przecież one są, nie zostały wymyślone.

Jaki obraz miasta i okolic wyłania się z książki? Kiedy teraz, po przeczytaniu całości, patrzę z niewielkiego, ale jednak, dystansu, to przychodzi mi na myśl przymiotnik duszne. Miasto, gdzie powiązania między władzami samorządowymi, bardzo silnym Kościołem, biznesem, klubem sportowym (Jagiellonia Białystok) są bardzo ścisłe. Nie sposób stwierdzić, gdzie zaczyna się jedno, a kończy drugie, jak daleko sięgają wpływy każdej z tych instytucji. Ta sieć powiązań przygniata miejscowe elity intelektualne i naukowe, które nie zawsze potrafią wyjść z jej cienia. Ci, którzy mają odwagę inaczej myśleć, mówić, nagłaśniać problemy, próbować im zaradzić, spotykają się z mniejszymi czy większymi szykanami, środowiskowym ostracyzmem, bywa, że z aktami przemocy. Na to wszystko nakłada się jeszcze ciemne, przestępcze oblicze miasta. Bardzo często ludzie po cichu wspierający organizacje o charakterze faszystowskim czy rasistowskim albo z nimi sympatyzujący to przysłowiowi krewni i znajomi królika albo porządni obywatele, drobni biznesmeni, mężowie, ojcowie. Ręka rękę myje. Trzeba odwagi cywilnej, aby ich tropić i wymierzyć sprawiedliwość, kiedy łamią prawo. Nieprzypadkowo to białostocki sędzia wypowiedział słynne zdanie, że swastyka to symbol szczęścia i nie dopatrzył się przestępstwa.

Ale nie można zapominać o drugim wielkim temacie tej książki. To pamięć, a właściwie jej brak. Współczesny Białystok powstał na gruzach zupełnie innego miasta, po którym nic w zasadzie nie zostało i dopiero od niedawna aktywiści i zapaleńcy próbują wypartą przeszłość przywracać. Przedwojenny Białystok to miasto przede wszystkim żydowskie. Polacy, ale i inne nacje, stanowili w nim mniejszość. Przedwojenna wielokulturowość Białegostoku to mit, jak twierdzi socjolożka Katarzyna Sztop-Rutkowska, łodzianka z urodzenia, białostoczanka z wyboru, która pracuje na tutejszym uniwersytecie i zajmuje się rozmaitymi badaniami, które oscylują wokół tematów żydowskich i wielokulturowych. Wcześniej jednak w wieku XIX i na początku dwudziestego to była istna wieża Babel. Pewnie nie przypadkiem właśnie w Białymstoku powstała idea esperanto, międzynarodowego, prostego języka, który miał pozwolić porozumieć się różnym nacjom. Jego twórca to białostocczanin, Ludwik Zamenhof. Miasto zamiast się nim chwalić, nie bardzo lubi o nim pamiętać. Czyżby dlatego, że był Żydem? Pamięć o nim przywracana jest bardzo powoli. Turystyczną wizytówką Białegostoku jest pałac Branickich. To do takich korzeni długo wszyscy się odwoływali. Dziś ten mit został zburzony, ale prawdziwa historia z trudem toruje sobie drogę do zbiorowej świadomości. Pamięć o żydowskich mieszkańcach miasta przez politykę historyczną PRL-u została zagrzebana głęboko. Nowi mieszkańcy, ludność napływowa z okolicznych wiosek i miasteczek tworzyła inne oblicze miasta. Dopiero w 2014 roku Tomasz Wiśniewski nakręcił krótki film, z którego białostocczanie mogli się dowiedzieć, że ich ulubiony Park Centralny, porośnięta lasem górka, miejsce zabaw i rozrywki, gdzie zimą dzieci zjeżdżają na sankach, kryje w swoim wnętrzu żydowski cmentarz. Kryje dosłownie. Pod zwałami ziemi stoją nadal setki macew. Mimo że, jak napisałam, pamięć o prawdziwej przeszłości jest dziś przywracana, trudno jest znaleźć w mieście jej upamiętnienia. Cóż, tym razem wierzę bez zastrzeżeń, że tak niestety jest. Skoro podobnie rzecz się ma w Warszawie, gdzie przecież o żydowskiej przeszłości miasta mówi się dużo i od lat, to dlaczego inaczej ma być w Białymstoku? Zanim sama w czasie mojej kilkudniowej wizyty w stolicy nie przekonałam się, jak jest, myślałam, że głosy o braku upamiętnienia choćby getta są przesadzone, wynikają z nadwrażliwości. Ku swojemu zdumieniu stwierdziłam, że to ja się myliłam. Turyście nie jest łatwo odnaleźć choćby Umschlagplatz. Na wszystkie miejsca, na przykład bunkier na Miłej, zarysy murów getta, trafiałam przez przypadek, kierując się intuicją, bo żadnych drogowskazów w przestrzeni miasta nie ma.

Daleko odbiegłam od tematu, dość dygresji. Czas kończyć. A kończę zapewnieniem, że reportaż Kąckiego to oczywiście znacznie więcej. Koniecznie muszę zaznaczyć, bo nie wiem, czy dość mocno wybrzmiało to we wstępie, że autor nie zajmuje się tylko Białymstokiem, ale i okolicami stolicy regionu. Dużo miejsca zajmują też problemy stosunków katolicko-prawosławnych, polsko-żydowskich, konfliktu wokół żołnierzy wyklętych (temat bardzo aktualny), a cały długi rozdział poświęca autor fenomenowi disco polo, bo Podlasie to ojczyzna i zagłębie tej muzyki. Reporter zamyka książkę opowieścią o dwóch cudach. Cudzie z Sokółki i cudzie narodzin. Z in vitro. Bo to w Białymstoku, o czym pewnie nie wszyscy wiedzą, pracował profesor Szamatowicz, pionier polskich badań nad in vitro. To tu narodziło się pierwsze polskie dziecko z probówki. Taki paradoks.

Aleksandra Łojek "Belfast. 99 ścian spokoju"

Kiedy tylko w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam reportaż Aleksandry Łojek

"Belfast. 99 ścian pokoju" (Czarne 2015), od razu wiedziałam, że muszę go przeczytać. Irlandię Północną powinniśmy kojarzyć z konfliktem, a właściwie wojną domową, kiedyś bardzo medialną, dziś medialnie zapomnianą, bo tak zwane porozumienia wielkopiątkowe z roku 1998 oficjalnie ją zakończyły. Powinniśmy, ale że niekoniecznie tak jest, dowodzi opowiedziana w książce historia młodego polskiego małżeństwa, które Irlandię Północną potraktowało jak każdy inny region Wielkiej Brytanii i skuszone niskimi cenami postanowiło tam zamieszkać. W tym akurat nic złego nie ma, autorka tej książeczki też tam osiadła. Różnica polega na tym, że ona zrobiła to świadomie, znała historię tego miejsca i mniej więcej wiedziała, jak żyje się tam teraz, a opisywane przez nią małżeństwo nie miało o tym pojęcia. Skuszeni wyjątkową okazją kupili świetny dom za niewielkie pieniądze. Już pierwszej nocy przekonali się, jaki błąd popełnili. Dom był tani, bo stał na terenie jednego z interfejsów. Szczęśliwy pośrednik wykorzystał naiwność cudzoziemców nieznających miejscowych realiów. Czym jest interfejs i dlaczego lepiej tam nie mieszkać? O tym i ja nie wiedziałam, jak i o wielu innych sprawach, które są tematem reportażu Aleksandry Łojek.

Pamiętam, jak bardzo się zdziwiłam, kiedy kilka lat temu otworzono połączenie lotnicze z mojego miasta do Belfastu. Kto tam będzie latał i po co? W książce, którą właśnie przeczytałam, znalazłam dwie odpowiedzi. Po pierwsze mieszka tam sporo Polaków, po drugie Irlandię Północną odwiedza coraz więcej turystów. Ci ostatni zwabieni informacją, że Belfast uznany został przez któryś z przewodników, a potem potwierdził to swoim autorytetem National Geografic, za jedno z dwunastu najciekawszych turystycznie miejsc na świecie, na pewno wywiozą z tego pięknego rzeźbionego w czerwonej cegle miasta cudowne wspomnienia i wspaniałe wrażenia. Najprawdopodobniej zachwyci ich też krajobraz. Jeśli turysta nie wychyli nosa poza zadbane, kolorowe, gwarne centrum, a po co miałby to robić, z pewnością przewodniki informują, do których miejsc nie należy się zapuszczać, nie będzie miał pojęcia, że miasto nadal toczy choroba. Choroba nienawiści, choroba podziału zmieszana z chorobą biedy i wykluczenia. Ta mikstura powoduje, że Irlandię Północną, a szczególnie Belfast nadal trudno uznać za miejsce takie jak inne. Bo toczy się tu obok oficjalnego, drugie, podskórne życie. To świat rządzony przez organizacje paramilitarne, które nadal wykonują wyroki i które pilnują porządku, wyręczając policję w dzielnicach biedy. Najlepiej zapomnieć, nie wiedzieć, milczeć. Więc żyć się w Belfaście da, ale trzeba wiedzieć jak. Konieczna jest specjalna instrukcja obsługi. I taką instrukcją, na pewno z konieczności w pigułce, jest reportaż Aleksandry Łojek. Dla mnie odkrywczy, bo mimo że nie byłam tak naiwna jak opisane w książce polskie małżeństwo, to o współczesności tego zapomnianego zakątka Europy miałam niewielkie pojęcie.

A Irlandia Północna to obszar ciągle jeszcze nękany postwojennymi problemami. Niby wojna domowa zakończyła się w roku 1998, ale do normalności daleko. Jak mówi jeden z rozmówców reporterki, Wielka Brytania nadal prześladuje republikanów, lojalistów zresztą też, nadal giną ludzie, nadal rządzą paramilitarni, nadal są więźniowie polityczni, a policja jak się bała, tak się boi i do pewnych spraw woli się nie mieszać. W centrum Belfastu i w zamożnych, willowych dzielnicach znajdujących się na obrzeżach życie toczy się jak w innych europejskich miastach, ale reszta to szachownica dzielnic-gett zamieszkanych przez republikanów (zwolenników połączenia z Irlandią; najczęściej to katolicy) i lojalistów (uważają, że Irlandia północna to część Zjednoczonego królestwa; to najczęściej protestanci). Te dzielnice oddzielone są od siebie owymi tytułowymi ścianami pokoju, które z jednej strony ułatwiają życie, ponieważ zapobiegają eskalacji konfliktu, z drugiej utrudniają. No bo jak wygodnie żyć w podzielonym mieście? Wszystko jest podporządkowane temu podziałowi, nawet korporacje taksówkowe. Mieszkańcy Irlandii Północnej doskonale opanowali sztukę dostosowania się do tego podziału. Wystarczy kilka dość ogólnikowych pytań i już wiadomo, kim jesteś - gdzie mieszkasz i jakie masz poglądy.

Ale przecież nie fizyczny podział miasta jest najważniejszy. Najważniejszy jest podział mentalny - światopoglądowy, najczęściej związany z religijnym (chociaż autorka pokazuje, że to jednak uproszczenie), historyczny. To on uniemożliwia normalne życie, to on zabrania miłości między mieszkańcami dzielnicy republikańskiej i lojalistycznej, to on każe rzucać kamieniami w przeciwników politycznych i religijnych, to on nadal każe mordować. Nienawiść zakorzeniona jest głęboko, ma źródła historyczne, i trudno ją zniwelować, skoro pamięć ran jest tak świeża. Porozumienia wielkopiątkowe zakończyły najostrzejszą fazę konfliktu, ale jednocześnie spowodowały, że z wiezień na mocy amnestii wyszli polityczni, a wśród nich nieprzebierający w środkach kaci - wykonawcy egzekucji, ludzie, którzy stosowali najwymyślniejsze tortury. Bywa, że ofiara  na ulicy, w sklepie czy pubie spotyka swojego prześladowcę. Można śmiało powiedzieć, że społeczeństwo Irlandii Północnej cierpi na syndrom stresu pourazowego, czego widocznym objawem jest choćby ogromna liczba samobójstw. Stąd tyle programów pomocowych, naprawczych. Mają łagodzić cierpienia spowodowane konfliktem i budować mosty. Żeby kiedyś podziały zniknęły, a przynajmniej nie były tak ostre. Żeby dało się otworzyć bramy w ścianach pokoju, a może kiedyś te ściany zburzyć. Mozolna to praca tym bardziej, że nie sprzyja jej bieda i społeczne wykluczenie. To one nakładają się na siatkę politycznych podziałów i generują nowe problemy. Bezrobocie, bezczynność, przestępczość i handel narkotykami. Te ostatnie to najprostsza droga do pieniędzy. To dlatego w interfejsie, miejscu niczyim pomiędzy ścianami pokoju, trudno żyć. To tam wieczorami i nocami spotykają się znudzone nastolatki, obrzucając się wzajemnie kamieniami, tłukąc szyby w samochodach tych naiwnych, którzy jak to polskie małżeństwo, nie wiedzą, że zaparkować należy kilka ulic dalej, za ścianą pokoju, a nie pod domem, który ma nieszczęście stać na terenie interfejsu.

Na koniec wspomnę jeszcze o tym, co na mnie zrobiło największe wrażenie. Problem, o którym wspomniałam. Że obok siebie żyją kaci i ofiary, że ludzie, którzy z zimną krwią strzelali, mordowali i torturowali, bo takie były rozkazy, muszą wtopić się w społeczeństwo. Że próbują normalnie żyć. Że nad swoją przeszłością wzruszają ramionami, to była wojna, mówią. (Niektórzy jednak nie wytrzymują i dlatego topią rozpacz w alkoholu.) Że to tacy normalni ludzie. Kobieta, matka, gospodyni domowa, chłopak, czyjś syn, czyjś przyjaciel, mężczyzna o łagodnej twarzy. Jak radzą sobie z przeszłością? To częste pytanie, które Aleksandra Łojek zadaje sobie i swoim rozmówcom.

Trzeba przeczytać książkę, aby zrozumieć, że ten zapomniany konflikt niewiele różni się od innych, bardziej medialnych na przykład tego w Rwandzie czy  palestyńsko-izraelskiego, do którego mieszkańcy Irlandii Północnej lubią się porównywać.

Charlotte Bronte "Villette"

Po przerwie na inne książki wróciłam do sióstr Bronte, pewnie nie po raz ostatni. Wydawnictwo mg systematycznie przybliża czytelnikom ich spuściznę (szkoda tylko, że w tak marnej redakcji, a może po prostu bez niej). Niektóre powieści ukazują się w Polsce po raz pierwszy, tak jest z twórczością Anne dotąd u nas nieznaną. Nie ma co udawać, właściwie do niedawna nazwisko Bronte kojarzyło się z "Wichrowymi wzgórzami" (to Emily) i "Dziwnymi losami Jane Eyre" (Charlotte). Teraz dowiadujemy się, że to nie wszystko. Jakiś czas temu przeczytałam "Lokatorkę Wildfell Hall" autorstwa Anne, teraz sięgnęłam po "Villette" Charlotte (mg 2013; przełożyła Róża Centnerszwerowa). Nie da się uciec od porównań, więc od czasu do czasu będę sobie na nie pozwalała. Powieść Anne Bronte podobała mi się bardzo. Czytało się ją znakomicie, jednym tchem nieomal, jak najlepsze czytadło, ale, co ważniejsze, książka okazała się bardzo współczesna. To opowieść o silnej, niezależnej kobiecie, która robi wszystko, aby wyzwolić się od męża alkoholika, brutala, potwora zepsutego do szpiku kości. Dlatego z ogromnymi nadziejami przystępowałam do lektury "Villette" Charlotte Bronte, tym bardziej, że właśnie ta z sióstr uważana jest za najwybitniejszą (istnieje teoria, że to ona jest autorką wszystkich powieści podpisywanych nazwiskiem Bronte). Ostatecznym impulsem, który przyspieszył decyzję o sięgnięciu po "Villette", była audycja w radiu TOK FM, która jeszcze bardziej zaostrzyła mój apetyt. Jeśli, czytelniku tej notki, nabrałeś podejrzeń, że książka mnie rozczarowała, to nie do końca masz rację. Bo rzeczywiście tak jest, ale tyko odrobinkę. A ostateczny werdykt brzmi: tak. Tak, warto przeczytać "Villette". Ale po kolei.

Zacznę po bożemu, czyli od krótkiej informacji o treści. Kto zna inne powieści sióstr, nie będzie zaskoczony, jeśli napiszę, że bohaterką "Villette" jest uboga dziewczyna, Lucy Snowe, która, samotna po śmierci rodziców, musi sama zatroszczyć się o siebie, o swoje utrzymanie. Nie mając wiele do stracenia, poważa się na krok szalony. Wyrusza aż na kontynent do tytułowego Villette (pod tą tajemniczą nazwą kryje się Bruksela, w której jakiś czas mieszkała i pracowała autorka). Po pewnych perypetiach dzięki zbiegowi okoliczności udaje jej się dostać pracę i dach nad głową. Jakie zajęcie mogła znaleźć w tamtych czasach  taka dziewczyna jak Lucy? Wybór był niewielki: guwernantka albo nauczycielka na pensji. I właśnie to drugie przypadło w udziale bohaterce powieści. Początkowo zatrudniona jako opiekunka do dzieci szybko awansuje na nauczycielkę angielskiego. Tak jak inne bohaterki powieści sióstr Bronte Lucy to kobieta samodzielna, pracowita, twarda, wytrwale dążąca do celu. Szybko zyskuje autorytet i poważanie, ale pozostaje outsiderką. Może dlatego jest tak bardzo samotna? Opis pierwszych wakacji na pensji, kiedy w ogromnym budynku zostaje właściwie sama, bo nie ma do kogo pojechać, jest rzeczywiście dojmujący. A i potem miewa okresy, kiedy swoją samotność odczuwa bardzo dotkliwie. Trudno dziwić się, że bywa przygnębiona albo ma depresję. Życie nauczycielek na pensji nie było lekkie. Ciężka praca i żadnej intymności. Bez przerwy z uczennicami, nawet nocą. Ileż zachodu kosztowało Lucy znalezienie kąta dla siebie, aby w spokoju przeczytać list albo pomyśleć. Czasem jedynym schronieniem był upiorny strych. Problemy Lucy wynikały też z różnic społecznych znakomicie w książce pokazanych. Chociaż z czasem zyskuje możnych przyjaciół i bywa u nich na salonach, pozostanie jednak zawsze kimś z boku, kimś w rodzaju ubogiej krewnej, która może zostać powiernicą, pocieszycielką, przyjaciółką, ale nikim więcej. Skazana na ich towarzyską łaskę i niełaskę. Lucy, co ciekawe, jest różnie postrzegana przez otaczających ją ludzi. Dla jednych jest tylko poczciwą młodą kobietą, poważną, solidną i nieco nudną, inni przeciwnie, uważają ją za samowolną, upartą, nieco szaloną.

Osobne zagadnienie stanowi w powieści kwestia wiary. Lucy, Angielka, jest protestantką, trafia jednak do kraju katolickiego. Wielokrotnie deklaruje przywiązanie do swojego wyznania i daje wyraz niechęci do katolicyzmu. Katolików uważa za niesamodzielnych i skrępowanych zasadami swojej wiary. W pewnym momencie o jej duszę, o jej nawrócenie rozegra się prawdziwy bój, a różnice religijne staną się prawdziwą przeszkodą i przyczyną osobistego dramatu.

A co z mężczyznami? Zapytasz, być może, czytelniku tej notki. Wiadomo przecież, że konwencja takiej powieści wymaga wątku miłosnego. A jednak nie jest to w "Villette" takie oczywiste. Lucy doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej pozycji społecznej i jeśli o kimś marzy, to raczej o przyjacielu niż o mężu. Wie, że musi liczyć tylko na siebie, nie jest kobietą bluszczem (chociaż potrafi zachować się histerycznie) ani słodką idiotką. Ale oczywiście pojawiają się na jej drodze mężczyźni. Jakże różni, znakomicie sportretowani. Portrety bohaterów to zresztą mocna strona powieści. A co poza tym? Ciekawa, żywa akcja. Jest tu i tajemnica, jest wiele zaskakujących zdarzeń, autorka zręcznie myli tropy i niemal do ostatnich stron właściwie nie wiemy, jak losy bohaterki zostaną rozwiązane. Kiedy czytałam "Lokatorkę z Wildfell Hall", właściwie od początku domyślałam się, jak zakończy się historia głównej bohaterki, tajemnicą pozostawało tylko, jak i kiedy to się stanie. W "Villette" jest inaczej. W pewnym momencie wydawało mi się, że już znam rozwiązanie, tymczasem historia potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Kolejną zaletą powieści jest klimat. Nieco tajemniczy, mroczny, posępny. Kreują go między innymi opisy pensji i jej otoczenia, ale także samego Villette, a szczególnie tak zwanego dolnego miasta, starych domów, licznych kościołów, krętych, wąskich uliczek i zaułków, które tworzą mroczny labirynt.

No dobrze, jak dotąd rozpływam się nad książką, a miało być także o rozczarowaniu, niewielkim, bo niewielkim, ale jednak. Dlaczego nie do końca jestem usatysfakcjonowana? Dlaczego  wyżej stawiam wspomnianą we wstępie powieść Anne? Pierwsza przyczyna jest dość banalna. "Villette" liczy sobie prawie siedemset stron i chociaż lubię grubaśne powieści, to jednak w tym wypadku długość nie zawsze przekładała się na jakość. Zdarzały się fragmenty nużące, ale zaraz po nich następowały takie, od których nie sposób było się oderwać. "Lokatorka" wydaje się książką spójniejszą, a i losy bohaterki są bardziej wyraziste i dramatyczne. Drugi powód rozczarowania wynika z moich oczekiwań. Czytając informację o książce, odebrałam ją zbyt dosłownie i trochę czegoś innego chciałam. W trakcie lektury długo czekałam na coś, czego w tej powieści po prostu nie ma. Mimo tego kto lubi taką literaturę, powinien sięgnąć po "Villette". Ciekawa, niebanalna lektura.


Gyorgy Spiro "Mesjasze"

Mam w domu ładnie oprawiony zeszyt, w którym notuję sobie to, co nie powinno wylecieć z pamięci. Od bzdur takich jak godzina odjazdu autobusu do notatek z lektur. Ale są w tym pięknym zeszycie (naprawdę ma bardzo ładną oprawę z jakiejś materii) specjalne kartki, na których zapisuję książki, które będę chciała kupić i przeczytać. Tytułów przybywa szybciej niż ubywa, dlatego niektóre pewnie nigdy nie znajdą się na moim regale. Czas płynie, pojawiają się nowe, a mnie przechodzi ochota na to, co zainteresowało mnie kiedyś. Można powiedzieć, że czas weryfikuje moje plany lekturowe. Ale przecież nie jest tak, że wszystko, co znalazło się na tych stronach dawniej, odchodzi w niepamięć. Od czasu do czasu sięgam po coś z początków tej listy. Tak było i tym razem. Powieść węgierskiego pisarza Gyorgy Spiro "Mesjasze" (W.A.B. 2009; przełożyła Elżbieta Cygielska) znalazła się na niej, kiedy tylko stała się głośna. Miała znakomite recenzje, dostała Angelusa za rok 2009 (przypominam niestrudzenie: nagroda dla pisarzy z Europy Środkowo-Wschodniej), nic dziwnego, że zawsze miałam ją w swoich czytelniczych planach. Może jeszcze długo bym tylko miała, gdybym nie przeczytała, że w marcu wyjdzie kolejna powieść węgierskiego pisarza, też podobno znakomita. Wspominał o tym w artykule Krzysztof Varga, znawca Węgier i wszystkiego, co stamtąd, kiedy całkiem niedawno narzekał, że Sandor Marai, skądinąd wybitny pisarz, wyparł w Polsce innych równie ważnych węgierskich autorów. Jak to często bywa w moim przypadku, zadziałał impuls, powieść kupiłam i nie odkładając na półkę, niezwłocznie zabrałam się do lektury i ... Najczęściej kiedy tak piszę, w tym miejscu następują zachwyty, ale nie tym razem. Nie żałuję, że po powieść sięgnęłam, ale olśnienia nie przeżyłam. Może miałam zbyt wielkie oczekiwania, a może jednak to sprawa tekstu. To, że powieść jest opasła (osiemset stron drobnym drukiem), nie ma dla mnie znaczenia, to, że jest bez dialogów, również. Z jakiegoś jednak powodu książka nie jest łatwa w czytaniu. I to także nie powinno być przeszkodą, bo jestem wyznawczynią poglądu, że lektura ma prawo być i trudna, i dotkliwa, i stawiać czytelnikowi wymagania. Ta bywa jednak zwyczajnie żmudna, a miejscami nawet nudna. Chyba towarzyszyło mi poczucie, że ten sam temat mógłby się stać zaczynem rzeczywiście fascynującej epickiej powieści. A może należy do tej lektury podejść inaczej? Może należy sobie zadać pytanie, czy "Mesjasze" są rzeczywiście powieścią? W dużej mierze tak, ale nie tylko. Bardzo często Spiro rozbija powieściowe ramy, narratora zastępuje sam autor, pisze o swoich badaniach związanych z tematem, wybiega w przyszłość, nie ukrywając, że ją zna (znamy ją wszyscy), rozbija linearny tok narracji i robi to nie jak pisarz, bardziej jak historyk? dokumentalista?, od czasu do czasu cytuje dokumenty z epoki, zastanawia się, jak było naprawdę, a niekiedy, jeśli źródła zawodzą, puszcza wodze pisarskiej wyobraźni, o czym lojalnie czytelnika uprzedza. Może gdybym od razu to wszystko wiedziała i podeszła do tej książki jak do próby odtworzenia tamtych wydarzeń, potraktowała ją jak coś w rodzaju zbiorowego, dokumentalno-historycznego portretu pewnego środowiska, jak książkę bardziej historyczną niż beletrystyczną (nie, tak jednak się nie da), może wtedy bym się nie rozczarowała? Może należało wspomnieć "Żmut" Rymkiewicza, bo, o ile pamiętam, technika pisarska nieco podobna. Biorąc jednak kiedyś do ręki wspomniany "Żmut", wiedziałam, że nie sięgam po powieść. Wiedziałam, że Rymkiewicz na podstawie lektury listów, dokumentów i różnych źródeł odtworzył młodość Mickiewicza i postawił śmiałą tezę, że autor "Pana Tadeusza" z wydatną pomocą przyjaciół pracowicie stworzył swoją legendę nieszczęśliwie zakochanego poety porzuconego przez ukochaną Marylę, a według autora fakty były o wiele bardziej prozaiczne (jakie, nie zdradzę,  kto ciekaw, niech sięgnie po książkę Rymkiewicza, która kiedyś bardzo mi się podobała). Ale dość o "Żmucie", czas wrócić do "Mesjaszy".
Książkę Rymkiewicza, która przed wielu laty była szeroko komentowana, przywołałam nieprzypadkowo. Otóż powieść węgierskiego pisarza opowiada o środowisku wielkiej emigracji, głównie paryskiej. Bohaterami są postacie autentyczne. Któż nie pojawia się na jej kartach: Mickiewicz, Zan, Goszczyński, Januszkiewicz, Towiański, Celina, Ksawera Deybel, także Słowacki a nawet Norwid. Jest też cała masa postaci mniej znanych na przykład Nabielak, którego ulica znajduje się niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Dotąd nie miałam pojęcia, kim był, a tu proszę, dzięki tej powieści Nabielak staje się nie tylko patronem ulicy, ale żywym człowiekiem. Takich postaci przez karty książki przewija się mnóstwo, a autor opowiada ich ciekawe historie w formie zwięzłych życiorysów, rozbijając tym powieściową narrację, o czym już wspominałam. Spiro zastanawia się w swojej powieści, jak to było możliwe, że nagle wśród emigrantów znalazła się spora grupa, około sześćdziesięciu osób, która uwierzyła, że na ziemi pojawił się Chrystus w osobie Andrzeja Towiańskiego. Powstała sekta gotowa nawracać nie tylko Polaków, Francuzów, Żydów, ale nawet samego papieża, a potem cara! Autor pokazuje ich początkowy entuzjazm niesiony wiarą, że Polska odzyska niepodległość, co przepowiadał Mistrz (Towiański), i zniechęcenie spowodowane stopniową utratą złudzeń. Mijają lata, nie udało się nawrócić papieża, tym bardziej cara, przez Europę przetoczyła się Wiosna Ludów, przez Francję kolejna rewolucja, a Polacy nie odzyskali niepodległości. Emigranci pędzą swój, najczęściej nędzny, żywot na coraz mniej łaskawym francuskim chlebie, grzęzną w swarach, kłótniach i intrygach. Wielką wartością powieści Spiro jest odtworzenie tamtego czasu. Pokazuje beznadzieję życia na emigracji. Zaczyna od ich triumfalnego przemarszu przez Europę, aby potem pokazać, jak rozwiewają się złudzenia i nadzieje. Emigranci są balastem dla Francuzów, trzeba ich przyjąć, jakoś pomóc, ale co dalej, nie wiadomo. Dlatego większość bieduje, żyje z marnego żołdu, nie dojadając, gnieżdżąc się na nieopalanych mansardach paryskich kamienic, wielu nigdy nie nauczyło się porządnie francuskiego. Intrygują, kłócą się, zwalczają. Są jak współcześni imigranci z krajów ogarniętych wojnami albo toczonych przez biedę. Bardzo smutny to obraz. Kolejna wartość "Mesjaszy" to opowieść o tym okresie życia Mickiewicza, który w powszechnej świadomości znany jest najsłabiej, pewnie dlatego, że od czasu "Pana Tadeusza" poeta nie napisał już nic, co zapisałoby się w powszechnej świadomości. Spiro opowiada o charyzmie, jaką się cieszył, ale i o niechęci, jaką budził. O jego wykładach w College de France, o wydawanej przez krótki czas gazecie "Trybuna Ludów", o stworzeniu Legionu w czasie Wiosny Ludów, a potem próbie powtórzenia tego w Imperium Osmańskim w czasie konfliktu rosyjsko-tureckiego. Niemało miejsca zajmuje też historia osobista poety. Ale przede wszystkim jest to opowieść o roli, jaką odegrał w sekcie Towiańskiego. Wszystko to zresztą ze sobą ściśle się łączy. Hasła, które kołaczą się w głowie od czasów edukacji szkolnej ("Trybuna Ludów", Legion, towiańszczyzna, mesjanizm, śmierć w Konstantynopolu), otrzymują tutaj konkretny wymiar, stają się żywe. Autor powieści odzyskuje dla czytelnika ten okres z życia poety, nasycając go barwami.
Wbrew temu, co można by sądzić, głównym bohaterem powieści nie jest Mickiewicz, lecz niejaki Gerszon Ram (postać autentyczna), który przybywa do Paryża z Wilna wezwany przez  Towiańskiego (jest jednym z pierwszych jego uczniów i fanatycznym wyznawcą). Mistrz przeznaczył mu zadanie specjalne: ma nawrócić Żydów, bo sam nim jest. Ale zanim uda się do Jerozolimy i podejmie straceńczą misję, pędzi beznadziejny żywot w Paryżu, doświadczając na własnej skórze emigranckich waśni. Potem to jemu właśnie Mistrz wyznacza misję specjalną: ma dostać się przed oblicze papieża, aby w jego imieniu nawrócić go. Dość dokładnie przedstawione starania budzą litość przemieszaną ze śmiechem. Podobnie zresztą jak inne działania towiańczyków. Ram to postać trochę tragiczna (Żyd, a więc traktowany często nieufnie i niechętnie, ale zazdrośnie, bo bardzo blisko Mistrza; młodszy od pozostałych, więc nie walczył w Powstaniu, co jest powodem kompleksów; gotów znosić poniewierkę i wykonać każde zadanie postawione mu przez Towiańskiego), trochę śmieszna, ale jednocześnie jest w nim siła, moc, hart ducha. Kiedy otrząśnie się z fascynacji Towiańskim i jego naukami (wielu nie zrobiło tego nigdy), powoli dzięki pracy i sprytowi stanie na nogi.
Czas zmierzać do końca, czas na ostatnie refleksje. Spiro traktuje towiańczyków bez zbytniego nabożeństwa. Pokazuje przyczyny zjawiska, tragedię tych ludzi, ale i ich małość, śmieszność wynikającą z naiwności. Rozbijanie ram powieści pozwala mu spojrzeć na ich losy z szerszej, historiozoficznej perspektywy. Uświadamia, jaką igraszką byli w rękach polityków, także kościelnych. Ujawnia polityczne interesy i intrygi, jakie rozgrywały się za ich plecami. Byli pionkami poruszanymi przez wielkich tego świata, igraszką w dziejach, a żywili przekonanie, że coś znaczą i wiele mogą. Kiedy Ram sądzi, że udało mu się dostać wreszcie przed oblicze papieża dzięki swojej determinacji i modlitwie, Spiro rozwiewa te złudzenia, pokazując, jaka gra watykańskich interesów do tego doprowadziła. Kiedy Ram jest przekonany, że wywarł wielkie wrażenie na papieżu, czytelnik natychmiast dowiaduje się, że został potraktowany jak nieszkodliwy wariat, którego trzeba było wysłuchać i jakoś się pozbyć. Smutek i tragizm są tu jednak zastąpione tragiczną ironią, na którą w odautorskich komentarzach pozwala sobie od czasu do czasu Spiro. Jest w tej powieści wiele momentów autentycznie śmiesznych. Na przykład opowieść o tym, jak bracia towiańczycy mają obowiązek spowiadać jeden drugiego raz w tygodniu, w dodatku w obecności pozostałych. Biedacy, głowią się, jakie grzechy wymyslić, aby zadowolić surowego spowiednika, bo  tylko wtedy możliwe było rozgrzeszenie. Albo podróż wygnanego Towiańskiego przez Rzym, na osiołku.
Czytać czy nie czytać "Mesjaszy"? Każdy czytelnik musi rozstrzygnąć to sam. Ja mimo trudu i zmęczenia lekturą nie żałuję. W końcu najczęściej jednak, kiedy brałam do ręki książkę, bywało, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślę, że dam szansę węgierskiemu autorowi i sięgnę po "Iksów", tym bardziej, że temat lżejszy. Jest to  opowieść o Wojciechu Bogusławskim, który w 1815 roku przybywa do Warszawy i chce objąć stanowisko dyrektora teatru.

"Jej droga" Jasmili Zbanic

Kto nie przeszedł obojętnie obok "Grbavicy", poprzedniego filmu Jasmili Zbanic, ten na pewno wybierze się na "Jej drogę", najnowsze dzieło reżyserki z Sarajewa. Tym razem akcja również dotyka aktualnych problemów jej rodzinnego kraju. Wojna, o której nie sposób zapomnieć, pojawia się w tle, a tematem jest budzenie się na nowo świadomości islamskiej. Wszyscy bohaterowie tego filmu są muzułmanami, ale co to właściwie znaczy być muzułmaninem dziś w Sarajewie? Na te pytania muszą odpowiedzieć sobie Luna i Amar. Koniecznie trzeba wybrać się do kina. A kto już był, może przeczytać ciąg dalszy.

To film o sytuacji bez wyjścia. Każda decyzja, jaką podejmie Luna będzie zła. A właściwie czy ma jakikolwiek wybór? Czy może postąpić inaczej? Jak Amar wyobraża sobie ich wspólne życie? O tym nie rozmawiają, ale wydaje się oczywiste, że jeśli Luna zdecyduje się zostać z człowiekiem, którego kocha i z którym mieszka już kilka lat, będzie musiała wziąć z nim ślub w meczecie i żyć  tak jak kobiety, które spotkała w obozie nad jeziorem, gdzie Amar dostał pracę. Czy można się dziwić, że dla samodzielnej Luny, która pracuje jako stewardesa, wiedzie życie takie jak miliony kobiet w Europie, perspektywa założenia burki jest niemożliwa do przyjęcia? Jej świat nagle, za sprawą przypadkowego spotkania, zaczyna się walić. Początkowo chyba nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, ma jeszcze nadzieję, że wspólne życie na dotychczasowych zasadach będzie możliwe. Szybko jednak okaże się, że nie. Amar powoli zaczyna się zmieniać. Początkowo to tylko spotkania w meczecie, potem religia zaczyna wkraczać w ich życie, wreszcie z gorliwością neofity krytykuje i poucza krewnych Luny, jak powinni żyć. To, co dotąd było dozwolone, nagle staje się grzechem: życie bez ślubu, seks przed ślubem, pocałunki, dyskoteka. Wszystkie nieszczęścia i te osobiste, i te które spotkały muzułmanów w czasie wojny, można łatwo wytłumaczyć: ich przyczyną jest odwrócenie się od religii,  religijne zobojętnienie, religijność sprowadzona tylko do tradycji i rytuału.

Tragedia Luny i Amara polega na tym, że zmiana przyszła nagle, w trakcie ich związku. Dotąd prowadzili podobne życie, wyznawali te same zasady, nie kierując się na co dzień wskazaniami religii. Owszem, byli muzułmanami, o czym boleśnie przekonali się w czasie wojny, ale muzułmanami niepraktykującymi. Wiedli życie ludzi Zachodu: praca, wolny związek, starania o dziecko, spotkania z przyjaciółmi, rozrywki. Trudno jednak powiedzieć, żeby ich życie, a szczególnie życie Luny, było puste. Poznajemy ją jako osobę poważną, odpowiedzialną. Martwi się o Amara, który nie może poradzić sobie z nałogiem, troszczy o babcię, pragnie dziecka. Z ich dwojga to Luna bardziej przywiązana była do religijnej tradycji, być może dlatego, aby sprawić przyjemność babci, a może ważne były dla niej rodzinne spotkania z okazji muzulmańskich swiąt. Dotąd  Amara nudziły te rodzinne spędy, teraz wytyka krewnym Luny, że świętują w domu, a nie w meczecie i piją alkohol. W obecnych okolicznościach ich spotkanie byłoby po prostu niemożliwe, ale ponieważ ich związek trwa już  kilka lat, muszą go na nowo zdefiniować i chyba początkowo nie rozumieją, że wspólna droga będzie niemożliwa. Bo kto ma ustąpić i czy w sprawach wiary, światopoglądu ustąpić można? Czy możliwy jest jakiś kompromis? Wydaje się, że nie. Czy może ustąpić Luna, skoro uświadamia sobie, że nie wierzy? Z goryczą pyta Amara, gdzie był Bóg, kiedy Serbowie zastrzelili na jej oczach rodziców, a ona prosiła Go o ich ocalenie. Czy można żądać od Amara, aby porzucił wiarę, która nagle staje się dla niego tak ważna? Wypełnia pustkę w jego życiu, nadaje mu sens, pozwala zerwać z nałogiem i uporządkować świat. Ja wyjścia nie widzę. Decyzja Luny, chociaż okupiona cierpieniem, wydaje mi się jedyną możliwą. tym bardziej, że to ona musiałaby całkowicie zmienić swoje życie i nie chodzi tylko o włożenie burki. Niestety nic tu nie pomogą nawet najprawdziwsze słowa o miłości. W tej sytuacji uczucie nie wystarczy, aby znieść barierę, która ich odgrodziła.

Zbanic pokazuje w swoim filmie współczesne Sarajewo, które przynajmniej powierzchownie wylizało się z wojennych ran. W centrum niczym nie różni się od świata Zachodu: kawiarnie, gwarne ulice, modnie ubrane dziewczyny, kluby i dyskoteki, gwiazdy telewizyjne. Tutaj świat muzułmański  nie jest widoczny. Nie widać kobiet w burkach, meczetów, modlących się mężczyzn. To wszystko ukrywa się gdzieś na uboczu: na odrapanym sarajewskim osiedlu, w górach. Te dwa światy pełne są wzajemnych uprzedzeń. Patrzą na siebie przez pryzmat stereotypów. Muzułmanie, wahabici (fundamentalistyczny odłam islamu), postrzegani są jako niebezpieczni mordercy i terroryści. I Luna i jej przyjaciółka uważają, że zrobią Amarowi pranie mózgu. I z ich punktu widzenia tak się dzieje. Amar zachowuje się ostatnio dziwnie, mówią. Luna od początku jest niechętna jego nowej pracy i związanemu z nią wyjazdowi. Niestety jej obawy sprawdziły się. Z kolei w oczach praktykujących muzułmanów ich niereligijni pobratymcy wiodą życie puste, bez wartości. Kobiety nie chcą mieć dzieci. I to kolejny stereotyp, bo Luna usilnie stara się o dziecko. Kiedy szczelnie zasłonięta  muzułmanka, w zaciszu namiotu, do którego wstęp mają tylko kobiety, ściąga czador i odsłania swoje piękne, rude włosy, Luna, a z nią i ja, przeżywa chwilę zaskoczenia. Czego się spodziewałyśmy? Jakiejś brzyduli? Ta kobieta ukryta pod burką i czadorem prowadzi samochód, pomstuje na źle prowadzących kierowców, ale jednocześnie wygłasza swoje krytyczne opinie o kobietach Zachodu. Godzi się też na wielożeństwo, zabronione przez prawo cywilne, ale nie boskie. I to jedna z tych granic, które trudno przekroczyć. Ta kropla przelała czarę goryczy. To w tym momencie, w meczecie Luna, która staje się przypadkowym świadkiem tego ślubu, podejmuje decyzję.

I jeszcze słów kilka o wojnie, która tym razem nie stanowi centralnego tematu filmu Jasmili Zbanic, ale jest gdzieś w tle. Prawie wszyscy bohaterowie przez wojnę zostali okaleczeni, wpędzeni w mniejsze i większe traumy. Luna straciła rodziców. Jej rodzina, dziadkowie musieli opuścić rodzinne strony, za którymi nadal tęsknią. I wprawdzie potem odzyskali swoje domy, ale woleli je sprzedać Serbom, bo trudno żyć w miejscu, gdzie doznało się tyle złego i gdzie żyją oprawcy ( O tym można przeczytać w znakomitym reportażu Tochmana "Jakbyś kamień jadła", o którym pisałam.). Amar walczył, stracił ojca i brata, który był bohaterem i to bohaterstwo doprowadziło go do śmierci. Nadal trudno mu się z tamtych przeżyć otrząsnąć, stąd być może alkoholizm, w który popadł. Stale użala się nad sobą, czego dość już mają jego przyjaciele. Może tylko kolega z oddziału jest w stanie go zrozumieć? Czy jest jakaś nadzieja dla tego pogruchotanego świata, który tylko z wierzchu wylizał swoje rany? Religia? Ale ta religia, jeśli przerodzi się w fanatyzm (a pewne sygnały w filmie się pojawiają), łatwo doprowadzi do kolejnego nieszczęścia. A może dzieci, nowe pokolenia? Dziewczynka, która wraz z rodzicami mieszka w domu rodzinnym Luny, nie wie nic o okrucieństwie, które się tu wydarzyło, i Luna jej tej wiedzy oszczędza. Głaszcze ją tylko po głowie. W geście pojednania? litości? Cóż winne jest dziecko? Ale, jak dobrze wiemy, niepamięć, niewiedza, życie w nieświadomości też problemu nie rozwiązują.

Smutny, melancholijny, poważny (także w nastroju) film.  


Popularne posty