Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ucieczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ucieczka. Pokaż wszystkie posty

Graham Greene "Moc i chwała"

Graham Greene to dziś w Polsce pisarz zapomniany, rzadko

wznawiany. Przeczytałam tylko trzy jego powieści, teraz już cztery, ale od pierwszych lektur mam jego twórczość gdzieś z tyłu głowy i postanowienie, że muszę od czasu do czasu sięgać po jeden z jego tytułów. Zaczęłam bardzo dawno temu od "Sedna sprawy" i "W Brighton". Szczególnie ta pierwsza powieść tkwi we mnie do dziś, jest dla mnie na tyle ważna, że przeczytałam ją kilkanaście lat temu po raz drugi, ale że było to w czasach przedblogowych, nie ma tu po niej śladu. Do dziś mam obie książki na półce. Parę lat temu kupiłam sobie kilka jego powieści w antykwariacie i dwa wznowienia w wersji elektronicznej, dotąd przeczytałam jedną, "Czynnik ludzki"

Nie czuję się specjalistką od Grahama Greene'a, ale wiem, że w jego bardzo bogatej twórczości można wyróżnić dwa nurty. Jeden to powieści pozornie lżejsze, sensacyjne, szpiegowskie, czasem romanse. Drugi to rzeczy wagi cięższej - ich bohaterowie zawsze stają przed trudną, dramatyczną sytuacją, targają nimi dylematy moralne, jakie rzadko już stają się udziałem współczesnego człowieka, muszą dokonać jakiegoś wyboru, bywa, że żadna z dróg nie jest dobra. Traktują życie, świat, ludzi i siebie bardzo serio. Ale nawet te pozornie lżejsze tytuły też mają swoją wagę. Do tej drugiej kategorii zaliczam moje ulubione "Sedno sprawy", "W Brighton" i właśnie przeczytaną "Moc i chwałę" (Instytut Wydawniczy Pax 1985; przełożył Bolesław Taborski). Jest jeszcze jedna charakterystyczna cecha jego twórczości - pisarz często umieszcza akcję w różnych częściach świata, na przykład w Hawanie, w Wietnamie czy Meksyku. To pokłosie jego licznych podróży. Ze swoich doświadczeń czerpał też w powieściach szpiegowskich, bo w czasie drugiej wojny działał w ten sposób na rzecz swojej ojczyzny, Wielkiej Brytanii. Twórczość Grahama Greene'a, przynajmniej jej część, często wrzuca się do szufladki religijnej, co może jednych przyciągać, innych odstręczać. Chociaż rzeczywiście wiara bywa istotna w życiu niektórych bohaterów,  czasem są nimi księża, to zapewniam, że osoba nie mająca nic wspólnego z Kościołem, niewierząca śmiało może po jego twórczość sięgać, bo są to powieści uniwersalne, o czym za chwilę postaram się przekonać osoby czytające te refleksje.  

Jak to się stało, że znowu, po siedmiu latach, sięgnęłam po kolejną powieść Grahama Greene'a, "Moc i chwałę"? Oczywiście zadecydował przypadek i impuls - w jednym z podcastów, którego regularnie słucham, dwaj bardzo poważni i cenieni przeze ze mnie rozmówcy, filozof i profesor literatury, przywołali właśnie ten tytuł, bardzo go polecając. Nie zastanawiałam się długo, bez trudu dostałam książkę w bibliotece, co nie znaczy, że byłam pierwszą wypożyczającą ją od lat. Okazuje się, że co jakiś czas ktoś  po nią sięga. A więc może nie jest tak źle.

Akcja powieści rozgrywa się w Meksyku w latach trzydziestych zeszłego wieku. W wyniku lewicowej rewolucji i religijnej wojny domowej trwają prześladowania Kościoła i księży. Ale i druga strona konfliktu nie pozostaje dłużna. Lista okrucieństw jest długa z obu stron. W niektórych stanach zburzono kościoły, zakazano praktyk religijnych, a księża, którzy nie zdecydowali się na porzucenie sutanny, są ścigani i rozstrzeliwani. I właśnie w jednym z takich stanów pozostał już tylko ostatni ksiądz, główny bohater tej powieści. Pozostali zostali rozstrzelani w glorii męczeństwa, a jeden zdecydował się opuścić stan kapłański, przejść na państwową pensję i ożenić (przymusowo). 

Główny bohater tej opowieści od ośmiu lat się ukrywa, ucieka, świadcząc potajemnie swoją posługę. Ale pętla coraz bardziej się zaciska. Za informację o nim wyznaczono nagrodę, ksiądz nie ma wątpliwości, że prędzej czy później jakiś biedny wieśniak połaszczy się na te pieniądze. Jakby tego było mało, porucznik milicji z posterunku, który zajmuje się poszukiwaniami, postanowił złamać opór wieśniaków i księdza, biorąc w wioskach, w których mógł się ukryć, zakładników. Jest jednak szansa na ratunek - przejście przez góry do innego stanu, gdzie jest inne życie. Ale coś go tu trzyma. Wierzy, że jest potrzebny ludziom. Coraz bardziej zaszczuty, głodny, brudny, obszarpany, przypominający bardziej ścigane zwierzę niż człowieka, bez wina, które umożliwiłoby odprawianie mszy - alkohol też jest zakazany, a poza tym on nie ma pieniędzy - szuka tymczasowego schronienia w różnych miejscach, a przede wszystkim w wioskach. Ale czy w tej sytuacji może jeszcze komukolwiek zaufać?

Autor stawia trudne pytania. Dlaczego to robi? Z poczucia obowiązku, bo musi służyć ludziom, którzy go potrzebują? Czy rzeczywiście tak wielu go jeszcze potrzebuje? Kiedy przybywa do wioski, niekoniecznie na niego czekają, boją się. Czasem jednak ktoś go rzeczywiście wzywa. Chce do końca być wierny obranej drodze? Okryć się sławą męczeńskiej śmierci? I najważniejsze - czy nie powinien się ujawnić, skoro wie, że ceną jego życia jest życie bogu ducha winnych zakładników? W gruncie rzeczy nie jest wcale odważny, boi się nie tyle śmierci, ile związanego z nią bólu. Doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich słabości. Jest alkoholikiem, ma nieślubne dziecko z kobietą, której nawet nie kochał, nigdy nie był jakoś szczególnie gorliwy religijnie. Kiedy wspomina dawne czasy, z tęsknotą myśli o wygodnym, dostatnim i spokojnym życiu, jakie wtedy prowadził.

Gdyby ich opuścił, byliby bezpieczni i wolni od złego przykładu, jaki dawał. On był jedynym księdzem, jakiego dzieci mogły pamiętać: właśnie on będzie jedynym źródłem wyobrażeń o wierze. Ale i od niego także ludzie przyjmowali Boga. Jeśli odejdzie, będzie to wyglądało, jak gdyby na całej przestrzeni między morzem a górami Bóg przestał istnieć. Czyż nie jest jego obowiązkiem zostać, nawet jeśli nim pogardzają, nawet jeśli z jego powodu zostaną zamordowani? Nawet jeśli zgorszą się jego przykładem.

Ale Maria, z którą ma dziecko, oskarża go.

- Niech już ksiądz pójdzie... w ogóle stąd pójdzie. Ksiądz się już tu nikomu na nic nie przyda. (...) Czy ksiądz nie rozumie? Nie chcemy księdza tu więcej. (...) Czy ksiądz myśli, że Bóg chce, aby taki ksiądz-pijaczyna został tu i ginął za Niego? (...) Przypuśćmy, że ksiądz zginie. Ksiądz będzie męczennikiem, no nie? I co to będzie za męczennik z księdza? Taki, że ludzie będą szydzili tylko.

Ale i kondycja Jose, księdza, który uległ, zrzucił sutannę i pod przymusem ożenił się, też wcale nie jest godna pozazdroszczenia. Gardzi sobą, stał się pośmiewiskiem, żyje z kobietą, do której nic nie czuje, i drży ze strachu, kiedy jakaś zdesperowana osoba błaga go o kapłańską posługę. Jest kłębkiem nerwów, wiedzie nędzne życie.

Stary człowiek siedział na skrzyni w małym, suchym patio. Był bardzo gruby i miał krótki oddech, dyszał jakby po wielkim wysiłku podczas upału. (...) Myślał z zazdrością o ludziach, którzy zginęli; wszystko skończyło się tak szybko. Wzięto ich na cmentarz i rozstrzelano pod ścianą: w ciągu dwóch minut zgasło w nich życie. I to nazywano męczeństwem. Tutaj życie wlokło się i wlokło. Miał tylko sześćdziesiąt dwa lata. Mógł dożyć do dziewięćdziesięciu. (...) Wiedział, że był błaznem. Żeniący się stary człowiek był już wystarczająco groteskowy, a cóż dopiero stary ksiądz... (...) Był po prostu tłustym, niedołężnym starcem, z którego drwiono i szydzono, gdy kładł się do łóżka.

Nędzne życie wiodą tu właściwie wszyscy bohaterowie, których poznajemy, bo nędzny jest świat, w jakim żyją. Dentysta, który przyjechał z Wielkiej Brytanii do Meksyku, aby odbić się finansowo, a teraz nie może wyjechać, bo jego oszczędności w wyniku inflacji straciły na wartości. Czuje się samotny i złapany w pułapkę. Rodzina przedstawiciela amerykańskiej firmy eksportującej banany. Żyją gdzieś na odludziu, żona jest nieszczęśliwa i wiecznie niedomaga - trudno powiedzieć, czy rzeczywiście choruje, czy to hipochondria - córka musi uczyć się korespondencyjnie, bo nie ma tu szkoły. A przede wszystkim wieśniacy żyjący w odludnych wioskach, potwornie biedni. Spotkany przypadkowo Metys, brudny, odpychający, a jednak budzący współczucie, który, jak podejrzewa ksiądz, chce go zadenuncjować dla pieniędzy. A jaka przyszłość czeka małą, już zdemoralizowaną, córkę księdza, którą sprowadził na świat przez przypadek? Przecież kiedy szedł do łóżka z kobietą, której nie kochał, nie marzył o dziecku. Teraz jednak jeśli na czymś mu zależy, to właśnie na niej. Jeśli się o coś modli, to o nią. Nic to nie da. Mała przez miejsce swojego urodzenia skazana jest na nędzne, biedne życie. Ta wszechobecna bieda, brzydota i miałkość tego świata jest bardzo przygnębiająca i poruszająca. Czy życie tych ludzi było lepsze, bardziej wzniosłe, kiedy mogli swobodnie praktykować? Jeden z bohaterów mówi do swojego syna:

- Ty nie pamiętasz czasów, kiedy tu był kościół. Ja byłem kiepskim katolikiem, ale to oznaczało... no, muzykę, światła, miejsce, gdzie można by posiedzieć  z dala od upału... a twoja matka, no zawsze miała coś do roboty. Gdybyśmy mieli teatr, w ogóle coś zamiast tego, nie czulibyśmy się tacy opuszczeni.

Bardzo ciekawą postacią jest porucznik ścigający księdza, jego oponent. Fanatyk wierzący, że sprawa, której służy, pomoże tym wszystkim biedakom. Nieważne są koszty, ważny jest cel. Czy jednak w gruncie rzeczy nimi nie gardzi? Skąd wie, co dla nich dobre? I jak niby ma się spełnić ta utopia, w którą wierzy?

Jest w tej powieści jedna przerażająca scena. To walka wygłodniałego człowieka i zabiedzonego psa o kość, na której widać resztki mięsa. Dawno nie czytałam czegoś tak mocnego i przerażającego. A chwilę potem ksiądz w opuszczonej wiosce znajduje książkę z poezją Tennysona. Uświadamia sobie, jak marne życie prowadzi. 

Od wielu miesięcy ksiądz nie widział żadnej książki. Leżała tam i pleśniała prawie jak obietnica lepszej przyszłości; obietnica życia w spokojnych domach, w których będą odbiorniki radiowe i półki z książkami, i łóżka zaścielone na noc, i obrusy przy posiłkach.

W świat tej powieści wchodzi się bardzo intensywnie. Opisany jest niezwykle  sensualnie. Czułam trud zaszczutego księdza, jego głód, oblepiający go brud, razem z nim brzydziłam się łachmanów, jakie miał na sobie. Podobnie głęboko odczuwałam los innych bohaterów znakomicie sportretowanych.

Nie jest to powieść lekka, łatwa i przyjemna, ale niezwykle interesująca. Warto po nią sięgnąć.

Lana Bastašić "Złap zająca"

Jak niedawno wspominałam, szukanie  interesującej, niebłahej prozy

współczesnej to zajęcie bardzo ryzykowne. Więcej rozczarowań i straty czasu niż spełnień i poczucia, że warto było. Tym razem jednak się udało. Mój czytelniczy radar nastawiony między innymi na literaturę bałkańską wyłapał debiutancką powieść Lany Bastašić "Złap zająca" (Wydawnictwo Literackie 2023; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić). Zachęcona pozytywną recenzją, chociaż to gwarancji nie daje, szybko się za nią zabrałam i połknęłam jednym tchem. Wreszcie współczesna powieść bardzo dobrze napisana i przede wszystkim o ważnych problemach! Zanim podzielę się refleksjami, jeszcze kilka informacji o autorce. Nie ma tego wiele. Na Bałkanach sprawy tożsamościowe bywają skomplikowane, podaję więc za wydawnictwem, że jest Bośniaczką urodzoną w Zagrzebiu. Gdzieś znalazłam jeszcze informację, że w serbskiej rodzinie. Mieszka, a może nadal mieszka, w Barcelonie.

Na początek jednak kamyczek do ogródka wydawnictwa i dobra rada dla przyszłych czytelniczek i czytelników tej powieści. Jeśli ktoś nie bardzo orientuje się w najnowszej historii Bałkanów, jeśli niewiele wie o Bośni i Hercegowinie, która powstała po upadku Jugosławii, przed lekturą koniecznie powinien zajrzeć do jakichś źródeł. W przeciwnym wypadku nie zrozumie istotnych dla tej książki kwestii narodowościowych. Stąd moje pretensje - aż się prosi o wstęp dotyczący tej problematyki i przypisy. Co to jest AVNOJ? Dlaczego jedna z bohaterek zmieniła imię i nazwisko - z Lejli Begić stała się Lelą Berić? Tego pierwszego musiałam szukać, drugiego się domyśliłam, bo szczęśliwie dzięki lekturom nieco się orientuję w zawiłościach bałkańskiej historii i konfliktach narodowościowych. Wiem, wiem, dziś wszystko można sprawdzić, dużo czasu to nie zajmuje, są jednak wydawnictwa, które w takich wypadkach opatrują książkę wstępem i przypisami. Ale czas wreszcie przejść do powieści.

"Złap zająca" to historia pewnej przyjaźni, powieść drogi, a to wszystko na tle skomplikowanej sytuacji w Bośni i Hercegowinie. Zagadnienia tożsamości, konfliktu narodowościowego zajmują w książce bardzo istotne miejsce. Spokojne życie  Sary, narratorki powieści, Serbki z Banja Luki mieszkającej od lat w Dublinie, nieoczekiwanie przerywa telefon od jej dawnej przyjaciółki Lejli. Nie rozmawiały ze sobą od kilkunastu lat, poróżniły się jeszcze w swoim mieście rodzinnym, kiedy obie były studentkami. Lejla domaga się od Sary, aby ta przyjechała do Mostaru, gdzie teraz mieszka, i zawiozła ją do Wiednia, bo straciła prawo jazdy, a nikt inny nie może tego zrobić. Przyznacie, że to prośba dziwna i właściwie bezczelna. Kupić z dnia na dzień bilet na samolot do Zagrzebia, tłuc się stamtąd kilkanaście godzin nocnym autobusem do Mostaru, a potem jechać do Wiednia? Tak nagle rzucić wszystko, wywalić pieniądze, aby podporządkować się żądaniu kogoś, z kim nie rozmawiało się kilkanaście lat i do kogo ma się zadawniony żal? Ale Lejla właśnie taka jest. Ona się nie tłumaczy, nie wyjaśnia, ona się domaga. Zdumiona Sara odmawia, ale kiedy dowiaduje się, że w Wiedniu jest Armin, starszy o kilka lat brat Lejli, który nagle zniknął w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie, decyduje się spełnić prośbę dawnej przyjaciółki. Tego dowiadujemy się w pierwszym rozdziale powieści. Dlaczego wieść o Amirze tak bardzo zelektryzowała Sarę? Stopniowo będziemy odkrywać prawdę.

Towarzysząc Sarze i Lejli w ich podróży, powoli poznajemy historię ich przyjaźni, dowiadujemy się, co je poróżniło, o co mają do siebie pretensje. To rodzaj relacji nierównej. W ich przyjaźni Lejla była tą silniejszą, wodziła Sarę za nos, imponowała jej, a ona się podporządkowywała. A przecież ich przyjaźń właściwie nie powinna się zdarzyć. Sara to Serbka, Lejla Bośniaczka. Przed wojną to by nie miało znaczenia, nieżyjący ojciec Lejli był popularnym śpiewakiem, ale jego śmierć i wojna zmieniły wszystko. Nagle ona, jej matka i brat zaczęli być traktowani jak trędowaci. Zmiana imion i nazwiska niewiele dała, przecież wszyscy wiedzieli, kim naprawdę są. Ta przyjaźń nie była w smak rodzicom Sary. Wybierając Lejlę, odsunęła się też od grupy rówieśników, w których łaski za wszelką cenę chciała się wkraść.

Kiedy w pewnym momencie musiałam wybierać, coś przeważyło na twoją korzyść. Może Armin, może coś innego. może się bałam, że zabierzesz ze sobą wiedzę, jak zabiłam wróbla. Póki jestem twoją przyjaciółką, nie wykorzystasz tego przeciwko mnie. Pewnie dlatego wybrałam ciebie, a może z powodu czegoś mniej oczywistego.

Tu koniecznie muszę wyjaśnić, że Banja Luka, gdzie mieszkały, to miasto w tej części Bośni i Hercegowiny, w której Serbowie przeważali, dziś to faktyczna stolica Republiki Serbskiej będącej częścią Bośni i Hercegowiny. Być może dlatego dorosła Lejla mieszka w Mostarze, chociaż jej matka została w ich rodzinnym mieście. 

Muszę przyznać, że Lejla to bohaterka wyjątkowo irytująca. Silna osobowość, antypatyczna, despotyczna, potrafi drwić z dawnej przyjaciółki, milczy, trudno do niej dotrzeć, niczego nie wyjaśnia, nie tłumaczy, zachowuje się dziwnie. Z drugiej strony kiedy ją lepiej poznajemy, rozumiemy, że nie ma jej czego zazdrościć. Że prawdopodobnie jest pełna kompleksów, czuje się niedoceniona i nie dość ważna dla swoich bliskich, a jej sposób bycia to maska chroniąca ją przed światem. Tak jak przed wrogością serbskich sąsiadów miała ją chronić zmiana imienia i jednej literki w nazwisku. W jej oczach Sara odniosła sukces. Bo wyjechała z Bośni, bo pisze, bo ma pracę, ma faceta. Nie wie, że to stabilne, uporządkowane, przeciętne życie  okupione było latami samotności, brakiem pieniędzy, łapania byle jakiego zajęcia. Teraz też Sara nie należy do krezusek. Różnica jest jednak taka, że dla niej smartfon to coś oczywistego, a Lejla nadal posługuje się starą komórką z klapką, nie dlatego, że taką ma fantazję, ale dlatego, że jej nie stać na to, co dla innych jest przedmiotem codziennego użytku.

Nie biorę udziału w licytacji. Nie mam się czym chwalić. Jestem zdrowa, przyjechałam z Irlandii, mam Michaela i jadę do Mostaru, bo mam pieniądze, by sprostać kaprysom Lejli. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że swoim zaproszeniem złamała mi kręgosłup. Jak miałabym się ścigać z ich zmarłymi, ruinami nędznymi emeryturami? 

Tak myśli Sara, przyglądając się współpasażerom nocnego autobusu z Zagrzebia do Mostaru i przysłuchując się ich rozmowom. Swoim nagłym pojawieniem się Lejla wytrąca ją z jej spokojnego życia, przypomina, że świat to chaos i nieład i nie da się przywrócić w nim porządku. Bo nawet jeżeli uciekniemy, tak jak uciekła Sara, to i tak Bośnia nas dogoni.  

... nadal wyczuwałam ją [Bośnię] między nami, jakbyśmy przebyły morze popiołów i spaloną ziemię. "Zawsze jesteśmy w Bośni". Teraz zaczęłyśmy ją wlec ze sobą do Europy. Nasz kraj z niespokojnymi granicami tak naprawdę jest bezgraniczny. Na próżno się wadziliśmy, przeganiali i zabijali: nigdy nawet się w nim nie odnaleźliśmy, to on wdarł się w nas niczym fantomowy świerzb. 

Sara zdaje się nienawidzić Bośni i wszystkiego, co ją z nią łączy. Tożsamościowe zawirowania odcisnęły na niej piętno. Wprawdzie jej rodzice byli Serbami, ale kiedyś nie miało to dla nich znaczenia. Potem swoją serbskość, jak inni, musieli udowadniać na siłę - obchodząc serbskie prawosławne święta, przygotowując tradycyjne potrawy, w końcu chrzcząc kilkunastoletnią Sarę w cerkwi. 

Mój tata. który, ot tak, nagle zdecydował, że będziemy obchodzić prawosławną slavę. Mama ukradkiem szukała jakichś artykułów prasowych o tym, jak to przygotować. W tamtym czasie jakiekolwiek odstępstwa od reguł były niewybaczalne; goście zasiedli przy naszym stole niczym ława przysięgłych, gotowi osądzić każdy, nawet najmniejszy błąd.

Czy  z powodu tej nienawiści do kraju nie przyjechała na pogrzeb ojca i nie utrzymuje właściwie kontaktu z matką? Jest w powieści scena wstrząsająca, której czytanie powodowało we mnie dyskomfort, a właściwie nawet obrzydzenie. Narratorka idzie na podwórko rodzinnego domu i ukryta w ciemności z odrazą obserwuje matkę. Chociaż kibicowałam Sarze, to muszę przyznać, że nie wszystko potrafiłam w niej zaakceptować. Ona też była pogubiona, rozdarta.

Może właśnie wtedy rozpadłam się na pół - na tę, która akceptuje twoją [Lejli] prawdę (...) i tę drugą, która po szkole idzie do domu i spełnia sen matki o dziewczynce w różowej sukience. A może to poszło jeszcze dalej - może już wtedy wymyśliłam siebie dla tego całego kolorowego świata (...) Dlatego łatwo było wyjechać, zmienić język, inaczej wymawiać swoje imię, udawać, że gdzieś daleko w czarnym sercu Europy nie istniejesz. 

Bardzo dobra powieść o powikłanych ludzkich relacjach, o stosunku do własnego kraju, przed którym chce się uciec, ale chyba nie można, o tożsamości, przed którą też nie ma ucieczki, wreszcie o bałkańskich konfliktach z wojną, której właściwie w powieści nie ma, w tle. No i świetnie się czyta, bo autorka żonglując czasem, umiejętnie podsyca naszą ciekawość, stopniowo zdradzając tajemnice bohaterek. A wisienką na torcie jest zaskakujące, zupełnie nieoczekiwane zakończenie.

Piotr Siemion "Bella, ciao"

Powieść Piotra Siemiona "Bella, ciao" (Filtry 2022) szła jak burza

przez  światek czytających, a kulminacja następuje teraz - pojawia się w różnych podsumowaniach, których wysyp następuje wraz z kończącym się rokiem. Przyznam, że nie zamierzałam po nią sięgać, bo ani nie znam żadnej z wcześniejszych książek autora (cóż to za argument), ani niespecjalnie interesowała mnie tematyka, a może bardziej gatunek - dystopia, postapo, mniejsza o nazwę, wiadomo, w czym rzecz. Ale jakąż perswazyjną moc może mieć rozmowa z autorem odsłuchana w jednym z podcastów! To nie jest oczywiście tak, że sięgam po każdą książkę, o jakiej opowiada pisarz, ale czasem się zdarza. Tak było w tym wypadku. Nagle poczułam, że chcę tę powieść przeczytać, choćby z czystej ciekawości, czy rzeczywiście taka znakomita.

To awanturnicza historia osadzona w postapokaliptycznym świecie. Świecie nienazwanym dokładnie, przypominającym trochę ten po drugiej wojnie, ale nie jeden do jednego. Są Polacy, są Niemcy, są Rosjanie, są nowe granice, nowe nazwy starych miast, niedokładnie jeszcze wiadomo jakie, są przesiedleńcy, czasem nazywani bieżeńcami, uciekinierzy, jest nowa, ludowa, władza, i są jej przeciwnicy. Jest wreszcie zniszczony, zrujnowany świat. Po lasach błąkają się dzikie niemieckie dzieci, ocaleńcy z zagłady miasteczka, jej jedyni świadkowie. Wojna już się skończyła, ale to nie oznacza końca horroru. Nie wiadomo, komu można zaufać, człowiek człowiekowi wilkiem. Niebezpieczni są rosyjscy żołnierze, zwani tutaj jegrami, którzy wracają na wschód do siebie, grabiąc miasteczka, w których zatrzymuje się wiozący ich pociąg, i oczywiście traktując napotkane kobiety jak wojenny łup. Postój oznacza pohulankę, jak mówi ich dowódca, zachęcając do nieskrępowanej zabawy. Bezwzględni wobec swoich wrogów są przedstawiciele ludowej władzy, którzy jakoś próbują ogarnąć ten apokaliptyczny chaos, ale naprawdę są wobec niego bezradni. Z napotkanymi po drodze przeciwnikami nie patyczkuje się siedmioosobowa drużyna, która przemierza ten świat pod wodzą pułkownika Tyńskiego. Zbieranina, każdy z innej parafii, wśród nich jedna dziewczyna, Spinka. Nie mniej bezwzględna niż oni, a może nawet bardziej. Na rozkaz pułkownika, z którym łączy ją dziwna trochę miłosna, trochę nienawistna, trochę ojcowska relacja, zabija bez skrupułów. Czy przypomina wojowniczkę z komiksu albo gry komputerowej? Może. Przyznam, że słaba jestem w tego typu popkulturowych tropach. Idą na północny zachód, nad morze, gdzie mają jakąś tajemniczą misję do spełnienia. Jaką? Wie tylko pułkownik. Kim są? Partyzantami? Żołnierzami wyklętymi? Na pewno ludźmi, którzy stracili wszystko i nie mają dokąd wracać.

Idzie ich siedmioro, przez kraj bez map, przez bezmiar. Wokół mają bezpański świat - skrwawione prześcieradło ziemi, całun o świcie. Nie królestwo zgody, lecz zdeptane boisko milenium. Nowa ziemia wyłania się przed nimi z niebieskiego oparu (...) Są przemytnikami, co ze starej ziemi unieśli jedynie szelest krwi, spółgłoski pospolitej mowy polskiej, rozwiewane po niebie przedzimia.

Ten cytat nie tylko wprowadza w klimat powieści, wyznacza ramy tego postapokaliptycznego świata, daje także próbkę językowej wirtuozerii autora. Ale jeśli ktoś, kto czyta te słowa, obawia się, że zwiastuje nadęte nudziarstwo, przerost formy nad treścią, to pragnę zapewnić, że jest w błędzie. Bo ten kunsztowny język znakomicie łączy się z trzymającą w napięciu akcją. Bohaterowie mają do wykonania zadanie, muszą przedostać się na wyższy lewel, a za każdym rogiem, a właściwie krzakiem, czyha na nich przeciwnik. Albo oni, albo on. Nieprzypadkowo użyłam tu słowa lewel, bo wędrówka tych siedmiorga zabijaków przypomina akcję komputerowej gry. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo, muszę wyznać, że nigdy nie złapałam bakcyla - nie gram. 

Tu zrobię skok w bok w kierunku znakomitego "Internatu" Serhija Żadana, którego kompozycję również przyrównywano do gry. Skojarzenie powieści  Siemiona z powieścią  Żadana przyszło mi na myśl w czasie pisania. I tu muszę przyznać, że "Internat" to jednak książka o niebo lepsza, po prostu wybitna. Pisana na serio, osadzona w konkretnym czasie i miejscu. Jej bohater, człowiek przeciętny, ceniący święty spokój, rośnie w ciągu tych kilku dni. Zyskuje sprawczość, świadomość, staje się za kogoś odpowiedzialny. A ja mu kibicowałam, tak bardzo nie chciałam, aby zginął! Głęboko, z trzewi współczułam też tym wszystkim ludziom zaskoczonym przez wojnę, zdezorientowanym, zrozpaczonym, których spotyka w czasie swojej wędrówki-misji. Powieść Siemiona nie ma tej powagi, jest przesycona ironią. Chociaż odpowiada mi jej klimat, chociaż nie mogłam się od niej oderwać, to nie potrafiłam na serio przejąć się losami głównych bohaterów, którzy poza pułkownikiem i Spinką przypominają figury w grze.  Jeśli kogoś było mi żal to Naty, tego bezimiennego tłumu zgromadzonego na dworcu kolejowym, szwedzkiego lekarza, chociaż to w gruncie rzeczy niezły drań, dzikiego dziecka z lasu. A tych siedmioro traktowałam tak, jak traktuje się postaci z powieści przygodowej. Chociaż trzeba przyznać, że autor łamie jej schemat, ale w jaki sposób, tego nie mogę zdradzić.

Mimo przygodowej konwencji "Bella, ciao" jest według mnie powieścią pesymistyczną. W tym zniszczonym, ogarniętym chaosem świecie nie ma nadziei, nie ma żadnej stałej, nie ma punktu zaczepienia. Nie wiadomo, co dalej, a może wiadomo - wielkie nic, wieczna płynność i chaos. Nawet jeśli pojawiają się przebłyski nadziei, też nie chcę zdradzać jakie, to i tak raczej nic z tego. Gdzieś za morzem jest wprawdzie nietknięty wojną świat, ale pilnie strzeżony. Nikt tu nie jest jednoznacznie dobry. No może Nata, niemiecka dziewczyna, która w nieoczekiwany sposób dołącza do tych siedmiorga. Trzeba jednak przyznać, że bywa też odwrotnie - ci źli noszą w sobie jakiś zalążek dobra, czasem nawet więcej niż zalążek. To wojna sprawiła, że stali się bezwzględni, niewrażliwi, że gwałcą, kradną, zabijają.

W słowie odautorskim Piotr Siemion wymienia nazwiska pisarzy, którzy go świadomie lub nieświadomie zainspirowali. Lista jest dość spora i godna. Same tuzy. Przyznam, że mnie onieśmieliła, bo nijak nie widzę tych literackich nawiązań i aluzji, no może poza jedną. To rosyjscy żołnierze, jeden kanalia, drugi jednak w głębi duszy porządny człowiek unurzany w bagnie wojny. Trochę jak u Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Czy moje rozpoznanie jest trafne? Czytając powieść, miałam za to inne skojarzenie. Chodzi o stodołę z Jedwabnego. W powieści Siemiona jest scena, która stanowi jej odwrotność. Wprawdzie nie ma stodoły, tylko hala dworcowa, nie ma Żydów, są Niemcy i Polacy, których chcą w akcie zemsty spalić Rosjanie. Aby ich ocalić, na moment zjednoczą się skonfliktowani ze sobą Polacy, odwieczni wrogowie. Jakby autor chciał zmazać tamtą jedwabieńską winę - o ile to dobry trop. Czy im się uda? No i co dalej? Co stanie się z tymi ludźmi, jeśli ich nawet ocalą? Jaka przyszłość ich czeka w tym zrujnowanym świecie?

"Bella, ciao" jest rzeczywiście powieścią bardzo dobrą, która jakoś się  we mnie osadziła, ale czy aż tak znakomitą, jak zewsząd słyszę? Może zgodziłabym się z tym stwierdzeniem, gdybym potrafiła odczytać te wszystkie literackie powinowactwa, które autor w niej zaszył. Ponieważ nie potrafię, to czegoś mi jednak brakuje. Ale polecam.

"Belfast"

"Belfast" Kennetha Branagha to film, który koniecznie trzeba obejrzeć. Obraz konfliktu latami toczącego Irlandię Północną. Właściwie wojny domowej, która swoje korzenie miała przede wszystkim w różnicach religijnych. A wszystko to widziane oczami chłopca, Buddy'ego, który razem z rodzicami i bratem mieszka na ulicy, gdzie żyją zgodnie rodziny katolickie i protestanckie. jego najbliżsi i on to protestanci. Ojciec pracuje w Wielkiej Brytanii, przylatuje do domu co jakiś czas. Matka wychowuje dzieci. W pobliżu mieszkają dziadkowie i inni krewni. Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1969, kiedy konflikt zaczyna narastać. Jesteśmy świadkami napaści protestanckich bojówek na mieszkania katolickich rodzin, które wcześniej zostały oznakowane. Mieszkańcy spokojnej dotąd uliczki, na której dzieci, niezależnie od wyznania, mogły się wspólnie bawić, nagle przeżywają szok. Powstaje barykada, niektóre rodziny katolickie decydują się przeprowadzić. Zaczyna działać mechanizm - kto nie z nami, ten przeciwko nam. Protestanckie rodziny muszą się opodatkować na protestanckie bojówki. Stoisz z boku, nie podoba ci się przemoc, uważaj. Na razie cię ostrzegamy, potem wyciągniemy konsekwencje. Od razu przypomniała mi się znakomita powieść baskijskiego pisarza Fernando Aramburu "Patria", gdzie został pokazany podobny mechanizm. Ojciec Buddy'ego chce, aby przeprowadzili się do Wielkiej Brytanii. Ale jak tu wyjechać, kiedy w Belfaście jest rodzina, przyjaciele, znajomi, szkoła, koledzy, wspólne zabawy i koleżanka? Jak to wszystko zostawić i pojechać w nieznane? Gdzie nikt nas nawet nie zrozumie, chociaż mówimy po angielsku? Gdzie nie będzie nauczycielki, którą Buddy bardzo lubi? I przecież trzeba dokończyć projekt o Księżycu robiony wspólnie z ukochaną koleżanką!

Ten czarno-biały lekki, sympatyczny, pełen humoru, nostalgiczny film opowiada o sprawach bardzo poważnych. Wydarzenia pokazywane z punktu widzenia małego dziecka, w dodatku przeuroczego - trudno się oprzeć jego urokowi i szerokiemu uśmiechowi - pozwalają widzowi zbliżyć się do człowieka. Pokazać w filmowym skrócie, z jakimi dylematami muszą mierzyć się dorośli i jak to działa na dzieci. Wprawdzie barykada zbudowana na ulicy i uliczne zadymy stają się elementem zabawy, ale to tym gorzej. Bo dzieci zaczynają przesiąkać nienawiścią. Jeśli tak dalej pójdzie, przemoc stanie się dla nich chlebem powszednim. To dlatego ojciec Buddy'ego chce koniecznie wyjechać. Aby uciec i aby wyrwać swoich synów ze spirali przemocy i nienawiści. Na razie o różnicach religijnych rozmawia się jak o drobnych dziwactwach, katolickich sąsiadów się lubi, ale jak długo jeszcze? Kiedy uroczy Buddy sięgnie po kamienie? Kiedy wrzuci zapaloną pochodnię do mieszkania swojej katolickiej koleżanki? Na razie to, co robi, w dobrej wierze, nieświadomy, w czym tak naprawdę uczestniczy, budzi uśmiech na twarzy widza, ale to zapowiedź czegoś strasznego. 

No i jest jeszcze w filmie Kennetha Branagha coś, co, szczególnie dziś zupełnie nieoczekiwanie, chwyta za serce. To ta trudna decyzja - wyjechać, zostawiając wszystko - rodzinę, przyjaciół, mieszkanie, cały swój dobrze znany świat i zaczynać wszystko od nowa w nowym środowisku czy zostać? Oczywiście w tym wypadku ta decyzja nie jest tak dramatyczna. Nie uciekają przed bombami, nie muszą pakować się w pośpiechu do jednej walizki, a ojciec może spokojnie przygotować w nowym miejscu grunt pod przeprowadzkę. Ale kiedy na końcu czytam dedykację: Dla tych, którzy wyjechali. i drugą: Dla tych, którzy zostali. (Cytaty z zawodnej pamięci. Była jeszcze trzecia, ale wyleciała mi z głowy.), nie potrafię nie myśleć o tych wszystkich, którzy uciekali, uciekają i uciekać będą przed wojnami, przemocą i niesprawiedliwością.       

Andrzej Stasiuk "Przewóz"

Rzadko zdarza mi się przeczytać książkę niemal od razu po jej

premierze. Tym razem miałam ogromną ochotę wziąć się za najnowszą powieść Andrzeja Stasiuka "Przewóz" (Czarne 2021). Nie znam żadnej innej jego powieści, za to bardzo lubię pisaninę podróżną, jaką uprawia w charakterystycznym dla siebie stylu. Czytałam "Jadąc do Badadag" i "Duklę", potem oczywiście miałam w planach kolejne lektury, ale wyszło jak zwykle. Cóż będę mówić, wiadomo, jak jest - coraz to nowa książka domaga się uwagi, rywalizacja, po którą sięgnąć w pierwszej kolejności, trwa w najlepsze. 

"Przewóz" połknęłam błyskawicznie - trudno się od niego oderwać, chociaż to proza w dużej części ciemna. Ciemne są losy bohaterów, jest też kilka wstrząsających i naturalistycznych scen. W ogóle dużo tu naturalizmu - brudu, potu, smrodu, much, robactwa, niegojących się ran. Bo Stasiuk napisał powieść wojenną. Akcja toczy się w czerwcu 1941 roku w małej podlaskiej wiosce nad Bugiem. Chociaż nazwa Podlasie i Bug nigdzie nie padają. Na rzece przebiega granica, której do wojny tu nie było. Teraz po jednej stronie rządzą Niemcy, po drugiej Rosjanie. A bezksiężycowymi nocami pomiędzy brzegami kursuje przewoźnik Lubko przemycający chcących się przedostać na drugą stronę. Najczęściej to Żydzi, którzy wierzą, że tam będą bezpieczni. Tu muszą się ukrywać, tam czeka ich nędza. Czy zdają sobie z tego sprawę? W miasteczku po drugiej stronie aż roi się od uciekinierów. Kiedy kończą się im pieniądze, żeby jakoś przeżyć, sprzedają to, co ze sobą zabrali. Często są to eleganckie stroje, wspomnienie życia, które im odebrano. Ale kupców nie ma, a ci, którzy się trafiają, wykorzystują okazję. Bezbronni, sponiewierani, odarci z godności uciekinierzy są łatwym łupem dla cwaniaków, którzy mają nad nimi przewagę. Wezmą elegancką koszulę, a zamiast pieniędzy rzucą jakiś nic niewarty ochłap. Na głównym placu miasteczka, gdzie przed wojną odbywał się targ, teraz aż tłoczno od udręczonych nieszczęśników. Lubko, który pamięta to miejsce sprzed wojny, przygląda się zmianom.

Bo wojna zmieniła wszystko. Nawet w tej wiosce na krańcu świata. Stacjonują tu Niemcy, ale nie oni są najgorsi. Z nimi można się jakoś ułożyć. Złowioną w rzece rybę da się wymienić na prawdziwą kawę albo na mydło. W jednym z domów ukrywa się kilkuosobowy oddział partyzantów, którzy nie bardzo wiedzą, co mają robić. Z braku lepszego zajęcia obserwują nieoczekiwane ruchy niemieckich wojsk ciągnących ku granicy. Po co? Nie mają pojęcia. Za to czytelnik doskonale wie, to przecież czerwiec 1941 roku.

Atmosfera jest duszna nie tylko dlatego, że panują upały. Trzeba być czujnym, w każdej chwili grozi niebezpieczeństwo. Każdy się kogoś boi. Partyzanci Niemców, miejscowi partyzantów, żydowskie rodzeństwo, które uciekło z warszawskiego getta, wszystkich. Dlatego wszyscy oni kryją się - po stodołach, chatach, lasach, w bujnych trawach i przydrożnych krzakach. Przemykają pod osłoną nocy, starają się być niewidzialni. To jak gra w chowanego, tyle, że ten, kogo złapią, może stracić życie. Bo jest Żydem, bo ma pieniądze od ludzi, których przemyca na drugi brzeg, bo zostanie uznany za szpiega, bo ukrywa partyzantów, bo jest partyzantem. Ludzka zbieranina, którą Historia rzuciła na ten koniec świata. Przed wojną raczej by się nie spotkali. To jak prorocza zapowiedź nowego. 

Nikomu nie można ufać. Nawet tym, których się niby zna. Z tych porządnych nagle wychodzi bestia, a samozwańczy watażka, który dotąd wydawał się bezwzględny, nieoczekiwanie pokaże inną twarz. Pewnych granic nie przekroczy. Tylko miejscowi potrafią dostosować się do sytuacji. Ze stoickim spokojem przyjmują to, co im los przynosi. Może dlatego, że już nie raz ich przeczołgał? 

Poczucie klaustrofobii, ciemność, okrucieństwo, strach zostają jednak przełamane. W jaki sposób? Pięknymi, zmysłowymi obrazami przyrody - Stasiuk opisuje okolicę tak, jak tylko on potrafi. Są jeszcze marzenia, w które uciekają bohaterowie. Warszawskie rodzeństwo karmi się iluzją ucieczki do Birobidżanu, żydowskiego autonomicznego okręgu nad chińską granicą. Młody partyzant wierzy, że gdyby tylko znalazł się w swojej wiosce, na pewno mógłby im pomóc. Gdy wypowie jej nazwę, czytelnikowi ścierpnie skóra. On jednak nie może jeszcze wiedzieć, że ta nazwa na zawsze czarnymi literami zapisze się w historii. Podobnie jak żydowskie rodzeństwo nie wie, że na drugim brzegu za chwilę też zacznie się koszmar. Tak tu się wszystko miesza. Ratunkiem jest też bliskość, której szukają bohaterowie. Także seks. A w końcu przynajmniej niektórzy są po prostu dobrymi ludźmi. Dlatego czytelnik może różnie wyobrażać sobie dalszy ciąg tej historii. Ja chciałabym wierzyć, że skończy się pomyślnie. Jest przecież promyk nadziei.

Stasiuk, który w jednym z wywiadów powiedział, że nie lubi pisać powieści,  nie byłby sobą, gdyby nie wszedł na ulubione tory. Bo w jego książce przeplata się historia wojenna ze współczesną. Tak współczesną, że mamy nawet echa lockdownu. I właśnie dzięki temu wątkowi może oddać się swojej  prozie podróżnej. Nieoczekiwanie pojawia się pierwszoosobowy narrator, człowiek w drodze. Snuje się przez prowincjonalną Polskę, szuka samotności. Stopniowo dowiadujemy się o nim coraz więcej. Oba wątki splatają się ze sobą. Jak? Nie zdradzę.

Bardzo dobra, mocna powieść, która nie daje o sobie zapomnieć.  

Antonio Munoz Molina "Zima w Lizbonie"

Przed kilku laty wpadła mi w ręce powieść hiszpańskiego pisarza Antonia Munoza Moliny "We mgle czasów" wydana przez Świat Książki w serii Mistrzowie Prozy. Z literaturą hiszpańską jestem raczej na bakier, podobnie jak z południowoamerykańską. Kiedy po coś sięgnę, to najczęściej niewypał. Inaczej było ze wspomnianą powieścią - historią miłosną osnutą wokół wojny domowej w Hiszpanii. Nie tylko mnie wciągnęła, nie tylko poruszyła, ale wydała mi się książką ważną, czemu dałam wyraz tutaj. Zastanawiałam się, czy Świat Książki wyda inne jego powieści. O ignorancjo! Jakież było moje zdumienie, kiedy niedawno odkryłam, że Molina jest na naszym rynku obecny od lat, a jego książki wychodzą w Rebisie! A dowiedziałam się o tym, bo właśnie ukazała się kolejna, "Zima w Lizbonie" (Rebis 2016; przełożył Wojciech Charchalis). Sięgnęłam po nią niemal natychmiast, mając wielkie oczekiwania. Tymczasem mimo że przeczytałam jednym tchem, jestem nieco rozczarowana. To niestety nie taki kaliber jak poprzednia książka.

Powieść Moliny jest niezwykle klimatyczna, podobna nieco do tego, co pisze francuski noblista Patrick Modiano. Kiedy czytałam "Zima w Lizbonie", miałam wrażenie, że bohaterowie żyją nocami - siedzą w muzycznych klubach (główny bohater, Biralbo, jest pianistą), palą, piją w dużych ilościach, gadają, wspominają, snują się nocą albo wczesnym rankiem po San Sebastian, Madrycie lub Lizbonie, najczęściej w deszczu. Wszystko osnute jest papierosowym dymem, mgłą, mżawką, szarym, zimowym lub jesiennym światłem. Wszystko dzieje się trochę poza czasem. Długo zastanawiałam się, kiedy rozgrywa się akcja, aż w końcu padła data. Nie zdradzę, chociaż nie ma to wielkiego znaczenia. Bohaterowie są samotni, nieszczęśliwi, melancholijni. Ale to samotność elegancka, wykreowana, samotność rodem z powieści noir, nie do końca potrafię się nią przejąć. To wszystko nawet mi się podobało, nie powiem, dałam się porwać melancholii, z przyjemnością czytałam opisy San Sebastian czy Lizbony (najmniej jest tu Madrytu). Kto tam nie był, być może pod wpływem tej prozy zapragnie pojechać. Tyle że poza klimatem dostajemy niewiele więcej. A przepraszam, jest historia miłosna - Biralbo zakochuje się w tajemniczej Lukrecji, która niestety ma męża. Ich znajomość trwa krótko, ukochana i jej mąż znikają nagle, a właściwie uciekają. Dlaczego? Zdradzić nie mogę. Potem będą listy, kolejne krótkie spotkania, rozstania, poszukiwania.

Noc, pianino, rozłąka od razu skojarzyły mi się z "Casablancą". Jak się okazało, nieprzypadkowo. To oczywiście świadome nawiązanie, dlatego w powieści padną słynne słowa "Zagraj to jeszcze raz, Sam" wypowiedziane przez bohaterów z ironią. Tak jak nie potrafiłam przejąć się samotnością Biralba i Lukrecji, tak nie potrafię wzruszyć się ich miłosnym dramatem. Czuję sztuczność i kreację, może zresztą taki był zamysł autora.

Najsłabszym punktem powieści jest sensacyjna intryga, którą stopniowo odkrywamy dzięki wspomnieniom głównego bohatera i jego przyjaciela, któremu się zwierza. Intryga niespecjalnie wiarygodna i niezbyt ciekawa. Nie wykluczam, że niejeden czytelnik, zanim do niej dobrnie, znudzi się, bo sam nastrój mu nie wystarczy. Długo niewiele się dzieje, mało tu dialogów, za to sporo pustosłowia udającego głębokie rozważania o naturze samotności i miłości.

Mimo wszystko nie żałuję, że po "Zimę w Lizbonie" sięgnęłam. Chociaż mam zastrzeżenia, dałam się porwać mrokowi tej niedługiej powieści. A teraz mam dylemat, czy szukać innych książek Moliny, czy dać sobie spokój.

"Mur. 12 kawałków o Berlinie"

To kolejna książka, którą zawdzięczam audycji radiowej. Kiedy pojawiła się zapowiedź zbioru reportaży "Mur. 12 kawałków o Berlinie" (Czarne 2015), nie wpisałam jej na moją listę książek, które chcę przeczytać, ale po świetnych recenzjach zmieniłam zdanie. "Mur" to praca zbiorowa, dwanaście reportaży, które powstały specjalnie na potrzeby tego wydania. Autorzy to polscy reporterzy ze Stowarzyszenia Reporterów Rekolektyw, których czytelnik może znać z Dużego Formatu czy Polityki albo z ich własnych reporterskich książek. Wśród nich są między innymi Katarzyna Brejwo, Magdalena Kicińska, Ziemowit Szczerek, Witold Szabłowski czy Marcin Wasielewski. Cztery teksty napisali niemieccy autorzy (przełożyły Elżbieta Kalinowska i Joanna Pomorska). Całość zredagowała i opatrzyła wstępem Agnieszka Wójcińska. Ale to nie wszystko. Wisienką na torcie jest dwanaście zdjęć autorstwa Filipa Springera, który sfotografował bliznę po murze. Dlatego książkę warto kupić w papierowej wersji, bo w czytniku fotografie stracą, a są tu integralną częścią zbioru.

Reporterzy sięgają nie tylko do historii, bardziej przyglądają się współczesności. Badają ślady po murze, ślady mentalne. I nie chodzi tylko o mur berliński, który dzielił miasto na dwie części, ale także otaczał szczelnym kordonem część zachodnią, kapitalistyczną, wrogą wyspę na morzu wschodnioniemieckiego komunizmu. Autorzy traktują mur metaforycznie, piszą o rozmaitych niematerialnych barierach, które trzymają się mocno albo kruszą się bardzo powoli. To dlatego znajdziemy tu reportaż o zabójstwach honorowych popełnianych na Turczynkach mieszkających od lat w Niemczech. Albo bardzo ciekawy tekst o młodych Żydach, którzy głównie z powodów ekonomicznych wyemigrowali z Izraela i nie zważając na rodzinny i środowiskowy ostracyzm, ale także pokonując mury w swoich głowach, osiedlili się w Berlinie. Jeszcze inna opowieść traktuje o Polakach mieszkających tu od lat. Są też oczywiście teksty o kosztach zjednoczenia, czyli o Ossi i Wessi. Z kolei pod dość lekkim tonem reportażu o młodych berlińczykach kupujących domy w Polsce, tuż za granicą, kryje się poważna refleksja o historii. Bo te polskie domy, to w istocie domy poniemieckie. Jest też wzruszający reportaż o zasypywaniu muru, który pomiędzy Polakami i Niemcami ustawiła historia, czyli o paczkach solidarności, jakie masowo wysyłali Niemcy dla Polaków w ponurych latach osiemdziesiątych. Jest jasne, że czytelnik sięgający po tę książkę oczekuje tekstów o tym prawdziwym murze. Mnie najbardziej zafascynowały dwa. Jeden o Polakach uprowadzających samoloty do Berlina Zachodniego. Nie pamiętamy albo raczej nie wiemy o tym, że porwania stały się naszym sportem narodowym. W 1981 roku Polska znalazła się w tej konkurencji na pierwszym miejscu na świecie! Drugi reportaż z tego cyklu traktuje o budowaniu tuneli, którymi uciekali Niemcy z Berlina Wschodniego. To niesamowita i tragiczna opowieść. Nie zastanawiałam się nad tym, ile wysiłku i samozaparcia wymagała taka praca, z jakimi niebezpieczeństwami była związana. Powstało 75 tuneli (a przynajmniej tyle dotąd odkryto), ale tylko 19 z nich udało się wykorzystać. Uciekło nimi 300 osób, ale żeby to się powiodło, tyle samo musiało je w pocie czoła i z narażeniem życia budować. 98 osób zginęło. Jaka desperacja kierowała tymi, którzy drążyli, i tymi, którzy uciekali.

"Mur. 12 kawałków o Berlinie" to zbiór reportaży, jakie zwykle ukazują się w gazetach. Świetnie napisanych, bardzo ciekawych, czasem śmiesznych, ironicznych, czasem wzruszających. Zebrane razem mają większą siłę rażenia. Każą pochylić się nad problemem, zadumać nad historią i procesami społecznymi, przywracają pamięć o cichych bohaterach przeszłości.

Ida Fink "Podróż", "Wiosna 1941"

             Po Grossmanie powinnam odetchnąć, ale czasem lubię podtrzymać lekturowy klimat, dlatego od razu sięgnęłam po czekającą na półce "Podróż" Idy Fink (W.A.B. 2012). Książka zaskoczyła mnie tak bardzo (dlaczego, o tym za chwilę), że natychmiast postanowiłam skonfrontować ją ze zbiorkiem opowiadań "Wiosna 1941" (W.A.B. 2011). Jak często w tych notkach zacznę od kilku słów o autorce, która ostatnio przeżywa wydawniczy renesans (jej książki po raz pierwszy wyszły w Polsce  kilkanaście lat temu). Nie ukrywam, że i ja sięgnęłam po nie dzięki temu, że w księgarniach ukazały się właśnie wznowienia. Wcześniej właściwie znałam tylko nazwisko pisarki. Ida Fink urodziła się w w roku 1921 w Zbarażu, w czasie wojny podzieliła los innych Żydów i trafiła do getta, skąd udało jej się uciec i przetrwać na aryjskich papierach. W latach pięćdziesiątych wyemigrowała do Izraela, gdzie zmarła w ubiegłym roku. Pamiętam informację o jej śmierci, bo już wtedy myślałam, aby sięgnąć po wydany właśnie zbiór jej opowiadań. Znana jest przede wszystkim jako autorka przejmujących opowiadań o Holokauście. A w tym roku jedno z nich, "Zabawa w klucz", znajdujące się w przeczytanym przeze mnie zbiorku, trafiło na maturę z polskiego. Sama nie wiem: dobrze to czy źle? Kiedy guglowałam, aby dowiedzieć się trochę więcej o pisarce, przede wszystkim wyskakiwały linki do stron informujących o maturalnej karierze jej opowiadania. Może to przysporzy tej prozie czytelników? A naprawdę warto czytać Idę Fink! Ja na pewno sięgnę jeszcze po inne zbiory jej krótkich form. A teraz do rzeczy.

Wspomniałam, że "Podróż" mnie zaskoczyła. Już wyjaśniam dlaczego. Od znajomego czytelnika usłyszałam o wydanym w ubiegłym roku zbiorze "Wiosna 1941", że jest świetny, ale opowiada historie straszne. Nic dziwnego, skoro Ida Fink, naznaczona swoim doświadczeniem, zajmowała się tylko tematyką Holokaustu. Leżała więc sobie "Podróż" na półce, bo, mimo że bardzo chciałam, bałam się do niej zajrzeć. Tymczasem teraz nie waham się nazwać tej książki optymistyczną. Celowo napisałam kursywą, bo jednak jest to słowo zastępcze, z braku innego, które jakoś nie przychodzi mi do głowy. Bo "Podróż" czyta się jednym tchem. W pewnym sensie jest jak książki sensacyjne: nie sposób się od niej oderwać, tak bardzo chce się wiedzieć, co się stanie dalej. Losy dwóch sióstr: starszej, dwudziestokilkuletniej Katarzyny, i młodszej, Elżbiety, są tyleż frapujące, co nieprawdopodobne, a jednak wywiedzione z doświadczenia. Trudno mi powiedzieć, jak dużo jest tu opowieści o prawdziwej Idzie Fink, która razem z młodszą siostrą uciekła z getta w Zbarażu i ukrywała się do końca wojny. Czasami miałam wrażenie, że ta książka to wspomnienie udrapowane w piękną, literacką formę. Narratorka snuje swoją historię z perspektywy lat, od czasu do czasu zapowiadając przyszłe zdarzenia, zmieniając od czasu do czasu narrację z pierwszo na trzecioosobową. Wiemy na przykład, że nigdy nie uda jej się podziękować komendantowi obozu, w którym mieszkają Polki pracujące w niemieckiej fabryce, za to, że pozwolił uciec. Wiemy, że nigdy nie dowie się, co stało się z przyjaciółką, z którą się rozłączyły. I on, i ona zginą później w bombardowaniu miasta. Wiemy też, jaki będzie finał podróży-ucieczki obu sióstr. Książka ilustrowana jest kilkoma czarno-białymi fotografiami autorki. Na jednym Ida Fink z siostrą i ojcem, na innym z siostrą tuż po wojnie, na kolejnych z małą córeczką, sama, pięćdziesięciokilkuletnia, a na każdym promiennie uśmiechnięta. To wszystko sprawia, że chociaż opowiadana historia jest świadectwem czasów najciemniejszych, bije z niej jakiś optymizm. Jednak żyję i potrafię się śmiać; pamiętam, ale jestem; spotkałam na swojej drodze wielu ludzi podłych, ale może jeszcze więcej zwyczajnie porządnych, dzięki nim przetrwałam i mogę dać świadectwo, zdaje się mówić swoją książką Ida Fink.

Co utkwiło mi w pamięci po lekturze?

Najbardziej chyba siostrzana więź. Katarzyna cały czas opiekuje się młodszą o kilka lat siostrą, drży o nią, w żadnej chwili nie wyobraża sobie, że mogłaby ją porzucić. A co najmniej dwukrotnie staje przed  tragicznym wyborem: zostawić Elżbietę i ratować siebie czy zostać z nią, ryzykując życie obu. Nie waha się ani przez moment. Prawdopodobnie byłoby jej łatwiej uciekać samodzielnie (Katarzyna ma dobry wygląd, Elżbieta zły, jest brunetką), poza tym to na niej, starszej, spoczywa ciężar podejmowania decyzji, z których większość jest dosłownie na wagę życia. Z drugiej jednak strony siostra jest oparciem. Iść razem jest trudniej, ale i łatwiej, bo samotność podwójną znieść mimo wszystko łatwiej niż pojedynczą. Katarzyna i jej siostra są jak dwie drobinki piasku rzucone gdzieś w brutalny świat, zdane na łaskę i niełaskę ludzi albo na szczęśliwy traf. Tylko w drobnej części są paniami swojego losu, reszta nie zależy od nich.

Kolejna drzazga (to subtelna aluzja do jednego z opowiadań autorki) w mej czytelniczej pamięci to mozół i trud ucieczki. Zmęczenie do granic wytrzymałości, głód i pragnienie, błądzenie, strach, samotność we dwoje, czasem we troje, brud, zimno, spanie gdzieś pod drzewem, w deszczu, potargane ubrania. I pytania: co robić? dokąd dalej? czy znowu się uda? A wokół toczy się wojenne, ale w miarę normalne życie (bohaterki, aby się ratować, zaopatrzone w fałszywe papiery, dobrowolnie zgłaszają się na roboty do Rzeszy, więc przede wszystkim podróżują właśnie po  tamtych terenach): ludzie siedzą w kawiarniach, spacerują nad rzeką, bawią się, na wsi jest pięknie, rolnicy pracują na polu i w gospodarstwie, prawie jak zwykle, przecież krowy trzeba wydoić, zboże skosić. Siostrom też czasami udaje się w miarę normalnie żyć. Harują ciężko, ale w niedzielę jest wolne. Można spotkać się z innymi towarzyszami niedoli, miło spędzić popołudnie i wieczór, dostać przepustkę na wyjazd do sąsiedniej wsi czy miasteczka, kupić sobie elegancki kapelusz. Na tym polega paradoks tych czasów.

I jeszcze jedno. Ludzie. Szlachetni i odważni, którzy są gotowi pomóc bezinteresownie, narażając swoje życie. Zwyczajni, którzy nie pomagają, ale też nie zaszkodzą, nie doniosą, przymkną oko, udadzą, że nie widzą i nie wiedzą. Źli, którzy wykorzystają nieszczęście, chcąc się przy okazji dorobić. Albo jeszcze gorsi, gotowi natychmiast wydać, uwięzić i zabić. Gospodarze, u których pracują, surowi, wymagający, ale i życzliwi, chociaż to życzliwość nienarzucająca się, trudno może byłoby ją nazwać serdecznością. I wreszcie Polki pracujące w tej samej fabryce i skoszarowane w tym samym obozie. Są pomiędzy nimi antysemitki, które, kiedy tylko odkryją, że wśród nich jest kilka Żydówek ukrywających swoją tożsamość dzięki fałszywym papierom, zaczynają dokuczać, wyśmiewać, stosować ostracyzm, a wreszcie któraś doniesie. Ale potem przestraszą się konsekwencji tego, co zrobiły. Oczywiście nie wszystkie są takie.

No i wreszcie sprawa tożsamości. Obie siostry kilkakrotnie muszą stać się kimś innym. Zaczyna się, kiedy postanawiają uciec z getta i dostają fałszywe papiery. To wtedy stają się Katarzyną i Elżbietą. Potem jeszcze dwukrotnie wymyślą siebie na nowo. Zmieniane za każdym razem imiona, nazwiska i życiorysy są symbolem tych przemian. Za każdą taką zmianą musi iść jednak coś więcej. Trzeba udawać, wejść w rolę. Jeśli jest się akurat chłopką, nie można przyznać się do świetnej znajomości niemieckiego, do tego, że się zna i kocha muzykę, trzeba  mówić inaczej i zachowywać się inaczej. Swoją rolę należy odegrać perfekcyjnie, od tego zależy życie.

Połączenie sensacyjnej fabuły i owego optymizmu tak bardzo mnie zaskoczyło, że natychmiast postanowiłam skonfrontować "Podróż" ze zbiorkiem opowiadań "Wiosna 1941", mimo że ja, miłośniczka cegieł, rzadko sięgam po krótkie formy. To zupełnie inna lektura! Tu zaskoczenia nie było. Autorka roztacza przed czytelnikiem całe spektrum żydowskich losów czasu Holokaustu. Niektóre z opowiadań pisane są w pierwszej osobie, w innych narrator jest trzecioosobowy. W kilku znowu można dopatrzeć się echa przeżyć samej autorki, autobiograficznych wątków. Czasem pojawiają się nawet te same osoby co w "Podróży". Na przykład pani Kasińska, która załatwia obu siostrom fałszywe papiery, albo ojciec, lekarz. Inne opowiadają historie ludzi, których być może autorka znała. Ale równie dobrze mogła skonstruować ich losy, czerpiąc tylko ze swoich i cudzych doświadczeń, tworząc na podstawie różnych biografii uniwersalny los żydowski. Nie wszystkie historie kończą się tragicznie, ale we wszystkich jest strach, cierpienie, pytanie, jak przetrwać albo jak zachować godność. Czasem narrator zwięźle i z porażającym chłodem informuje, że bohaterowi opowiadania wprawdzie teraz się udało, ale później zginął. Nie zawsze jesteśmy świadkami tej śmierci. Są tu wszystkie okropności, które znamy z literatury, filmu, historii. Cały wachlarz żydowskiego nieszczęścia, skondensowany i opisany w słowach prostych, celnych, pięknych, bez epatowania emocjami. Można by powiedzieć w krótkich żołnierskich słowach, gdyby ta fraza nie kojarzyła się także z prymitywną przaśnością. Bo język i styl Idy Fink są niezwykłe, odróżniają jej prozę, czynią ją niepowtarzalną. Proste, poetyckie, ironiczne, czasem konkretne a czasem zadumane i niedopowiedziane. Trzeba przeczytać, aby wiedzieć, w czym rzecz. I właśnie ten charakterystyczny dla autorki język łączy "Podróż" i opowiadania.

Naprawdę koniecznie trzeba poznać książki Idy Fink. To proza, która pozostaje w pamięci. A tym, którzy się boją tej tematyki, chcę podpowiedzieć, że opowiadania, chociaż tragiczne, są króciutkie, więc można je sobie dozować w pojedynczych dawkach. "Podróż" natomiast, jak wspominałam, czyta się jak powieść sensacyjną, co jej niczego nie ujmuje. Może to zachęci do sięgnięcia po obie pozycje. Lektura, nie bójmy się tego słowa, obowiązkowa. Warto wyłowić ją z morza innych też obowiązkowych.

P.S. Już po napisaniu tej notki wyguglowałam wywiad, jaki przeprowadziła z Idą Fink Justyna Sobolewska w roku 2003. Moje podejrzenia się sprawdziły. To proza, której źródłem były wojenne doświadczenia pisarki. Autorka stwierdziła, że "Podróż" nie jest powieścią. Nazwała ją fikcją autobiograficzną.


"Habemus Papam - mamy papieża" Naniego Morettiego. Więcej niż komedia.

Długo wahałam się, czy iść na najnowszy obraz Naniego Morettiego. Raz że temat niespecjalnie mnie interesował, dwa rozmaite recenzje: od bardzo dobrych po słabe. Rzadko też zdarza mi się, tyle wiedzieć o filmie przed wizytą w kinie. A to wysłuchałam jakiejś radiowej audycji, a to obejrzałam dyskusję w telewizji, wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy. W końcu jednak postanowiłam wyrobić sobie własne zdanie i ostatecznie pomaszerowałam do mojego ulubionego kina. Jaki werdykt? Czasu spędzonego na seansie na pewno nie żałuję. Film oglądałam z dużą przyjemnością między innymi dzięki świetnemu, przykuwającemu uwagę Michelowi Piccoli w głównej roli. Sporo tu scen zabawnych, dobrodusznej kpiny, ale na pewno nic nie bulwersuje. O żadnym skandalu nie ma mowy, a takie głosy też się odzywały. To raczej medialny szum. Oczywiście obraz lewicowego reżysera o kościele to nie tylko pogodna komedyjka. Jest się nad czym zastanawiać, ale o tym jak zwykle w drugiej części. I nie chodzi tylko o problem człowieka, który nagle zostaje postawiony przed całkiem nowym, przerastającym go zadaniem. Ja zwróciłam uwagę na coś jeszcze innego. Wbrew moim obawom znalazłam w tym filmie więcej. Tyle zalet. Są i wady, ale o nich w ciągu dalszym. Jednak mimo zastrzeżeń "Habemus Papam" na pewno warto zobaczyć. A kto widział, może czytać dalej. Zapraszam.

W dyskusjach, jakie słyszałam, przewija się przede wszystkim problem nieudźwignięcia zadania przed jakim nieoczekiwanie stawia głównego bohatera los. Zwraca się uwagę, że ten aspekt filmu jest bardzo uniwersalny, bo w końcu bohaterem mógłby równie dobrze być ktokolwiek, kto staje przed nieoczekiwanym wyzwaniem. To prawda, ale jednak Moretti zrobił film o kościele, więc przyjrzyjmy się filmowemu papieżowi. Starszy, sympatyczny, nieśmiały kardynał przypominający ukochanego dziadka zostaje  papieżem trochę przez przypadek. Nie był wymieniany wśród faworytów. Modlitwy, jakie zanosi do Boga, aby to nie on został wybrany, w jego przypadku są naprawdę szczere. Kiedy wybór się dokona, będzie nie tylko zaskoczony, ale i przerażony. Nie chodzi o kryzys wiary, ale zagubienie i brak sił do podjęcia tak wielkiego wyzwania. Nic nie pomogą zapewnienia o pomocy ze strony innych kardynałów i watykańskich urzędników. Nowy papież doskonale zdaje sobie sprawę z brzemienia odpowiedzialności, jaka na niego spadła. Czuje, że kościół i świat pogrążone w kryzysie czekają na prawdziwe, a nie tylko pozorowane działanie. On zdaje się nie wiedzieć, co i jak ma robić, a widocznie malowanym papieżem, który tylko będzie trwać, być nie chce. Zdezerteruje, czym wprawi w niemałą konfuzję kardynałów, watykańskich urzędników, wiernych a wreszcie próbującego mu pomóc psychoterapeutę. Kiedy ucieknie i będzie snuć się ulicami Rzymu, zacznie wspominać swoje życie, myśleć o tym, jak inaczej mogłoby się potoczyć, gdyby swego czasu przyjęto go na studia aktorskie, o czym marzył. Moim zdaniem to najsłabsza część filmu. Szczególnie wątek teatralny. A już scena w czasie przedstawienia, kiedy to nieoczekiwanie zjawiają się kardynałowie i papież zostaje rozpoznany, jest mocno wydumana i przeszarżowana. Oczywiście cały koncept tej opowieści zasadza się na sytuacji nieprawdopodobnej czy wręcz niemożliwej, ale ta scena mnie wydała się już nadmierną komplikacją. Trąciła sztucznością i teatralnością rodem z farsy. Natomiast samo zakończenie zaskoczyło mnie pozytywnie. Muszę przyznać, że zupełnie nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Do końca byłam przekonana, że okaże się ono imaginacją papieża, który jednak zdecyduje się dźwigać swój ciężar. Wszak rzecznik prasowy, Rajski, daje mu za przykład poprzedniego papieża, który mimo choroby sprawował swoją posługę. Myślałam, że podobnie jak Chrystus w "Ostatnim kuszeniu Chrystusa" Martina Scorsese papież zrozumie, że jego życie bez podjęcia nałożonego przez Boga zadania nie będzie miało sensu. Film amerykańskiego reżysera widziałam tylko raz i dawno, a jednak do dziś tkwi we mnie scena, kiedy Jezus zrozumiał, że kuszące swym powabem zwyczajne, ludzkie życie u boku Marii Magdaleny byłoby tylko ziemskim szczęściem, a on nie do tego został wybrany i powołany przez Boga. W cierpieniu, w wykonaniu swojej misji odnajduje prawdziwy sens i istotę. Nie wiem, czy Moretti w jakikolwiek sposób nawiązuje do tamtego filmu, ale ja odnalazłam tu sytuację odwrotną. Papież okazuje się po ludzku słaby, a mnie to przyznanie się do niemocy po ludzku przejmuje, wzrusza, ale i czyni bezradną. A może to nie słabość, a odwaga powiedzieć, że się nie podoła i nie potrafi? Czy końcowa scena ma w symboliczny sposób mówić o słabości kościoła, który nie potrafi odnaleźć się we współczesnym świecie? Kiedy papież podróżując tramwajem, na głos układa sobie mowę, mówi o winach kościoła, za które trzeba przepraszać, ale nie potrafi wskazać dróg i sposobów działania. Kiedy czuje się bezsilny, doradcy podpowiadają mu, że wystarczy samo błogosławieństwo. Nie musi przecież nic mówić. Ale on najwyraźniej nie chce ograniczać się tylko do tego, nie wie jednak, co miałby powiedzieć wiernym, jaką nowinę im przekazać, jaką wiadomość wysłać. 

Oglądając film, zwróciłam uwagę na coś jeszcze. Na co? Na teatralność, na odgrywanie ról, na udawanie. Papież w rozmowie z terapeutką na pytanie o zawód mówi, że jest aktorem. Opisując swoje obowiązki, używa języka teatru i ten język znakomicie pasuje do tego, co robił w swoim kardynalskim życiu. On odgrywa rolę kardynała, papieżem chciałby być naprawdę, ale nie wie jak i na tym polega jego dramat. Terapeutka udaje przed dziećmi, że mężczyzna, z którym ma romans, to tylko znajomy. Gra rolę samotnej matki wiernie oddanej swoim dzieciom. W przedstawieniu bierze udział rzecznik prasowy Rajski. Jakim znakomitym aktorem się okaże!. Gra jak z nut, umie odnaleźć się w najtrudniejszym aktorskim zadaniu. Gra także gwardzista obsadzony tymczasowo w roli papieża. Można powiedzieć, że ma dwie role do zagrania. Codzienną: gwardzisty i nagłe zastępstwo: papieża. Ale największymi aktorami są kardynałowie w rolach kardynałów. Kiedy na sali nieoczekiwanie zapadnie ciemność, na moment przestaną grać. Robią to też, kiedy nikt nie widzi. Próbują ściągać od sąsiada nazwisko kandydata, bo nie mają swojego zdania, a w scenariuszu stoi, że powinni wiedzieć, na kogo oddadzą swój głos. Grać przestają, kiedy znajdą się w swoich pokojach. Jeden pali, drugi układa puzzle, trzeci łyka lekarstwa na bezsenność. Im dłużej pozostają w zamknięciu, im dłuższy stan zawieszenia, tym częściej ściągają maski i stają się ludźmi a nie aktorami. Moretti desakralizuje kościół, pokazuje to, co kryje się za kulisami, ale czyni to w sposób dobrodusznie zabawny. To nie obraza, nie kpina, ale ciepły śmiech. Pozostaje jednak pytanie: kogo potrzebują wierni. Ludzi z ich słabościami (tu raczej słabostkami), aktorów czy prawdziwych duchowych autorytetów? Profanum czy jednak sacrum?

Wobec nieoczekiwanego kryzysu kompletnie bezradni są wszyscy. I komentatorzy, szczwane dziennikarskie lisy. I Rajski, którego pomysły okazują się kompletnie chybione. I psychoterapeuta. Wytrącony ze swojej zwykłej roli próbuje się jakoś dostosować, ale i on pomóc nie potrafi. Podobnie jego była żona zazdrosna o  zawodową pozycję eks męża, zafiksowana na niedostatku rodzicielskiej uwagi (albo czymś podobnym). Ich pomoc może dotyczyć tylko drobnych, ludzkich spraw, na przykład prawidłowego ustawienia leków. Ale przecież nie o to chodzi.

Nie dajmy się zwieść żarcikom i pogodnemu nastrojowi. Kiedy zeskrobać tę wierzchnią warstwę, okaże się, że to bardzo smutny, przygnębiający film.


Siegfried Lenz "Muzeum ziemi ojczystej". Literacka podróż na przedwojenne Mazury.

Po paru miesiącach wróciłam do odkrytego dzięki znajomym Lenza i przeczytałam kolejną jego grubą powieść "Muzeum ziemi ojczystej" (Czytelnik 1991). Jak poprzednio, tak i teraz nie zawiodłam się. Czytajcie Lenza! Mam ochotę zakrzyknąć. Nie będę powtarzała informacji o pisarzu, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Lekcji niemieckiego", przejdę od razu do rzeczy.
O czym jest powieść niemieckiego autora? O miłości do Mazur, naszych Mazur, co to może wkrótce zostaną uznane za cud natury. Czy na pewno naszych? Nie lubimy pamiętać, że tereny te w przeszłości miały skomplikowaną historię: były częścią państwa krzyżackiego, lennem polskim, Księstwem Pruskim, po pierwszej wojnie w wyniku plebiscytu stały się najbardziej wysuniętą na wschód rubieżą Niemiec (Prusy Wschodnie) i dopiero po drugiej wojnie w wyniku nowego podziału Europy stały się nasze. Zamieszkiwali te tereny przede wszystkim Polacy, Niemcy i Litwini, ale miejscowa ludność utożsamiała się ze swoją małą ojczyzną, Mazurami: krainą lasów, jezior, pagórków. Kto zna te tereny, jeszcze i dziś dostrzeże różnice: odmienną architekturę, rozsiane tu i ówdzie resztki krzyżackich zamków, może drobne odmienności języka. Głośna przed kilku laty, a wracająca dziś,  sprawa Agnes Trawny czy emigracja tutejszej ludności do Niemiec w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku to echa przedwojennej historii. Tu dygresja osobista. Jeden z moich wujków wżenił się w mazurską rodzinę. Najbliżsi krewni jego żony, mojej ciotki, jeden po drugim wyjeżdżali do Niemiec. Nie bardzo to rozumiałam. Kim są? Dlaczego tam jadą? Są Mazurami, nie czują się ani Polakami, ani Niemcami, tłumaczyła mi mama. Nie wiem, ile wtedy z tego pojęłam. Od dawna nie jestem już dzieckiem, znam zawiłą przeszłość, ale dziś dzięki Lenzowi na nowo odkrywam skomplikowaną, fascynującą i tragiczną historię tych terenów. To trochę jak wyprawa w inny świat. Jeśli, czytelniku tej notki, wykażesz jeszcze trochę cierpliwości, uchylę  zasłonę i zabiorę cię w podróż na przedwojenne Mazury.
Akcja powieści rozpoczyna się jeszcze przed pierwszą wojną światową w pięknie położonym nad jeziorami miasteczku Łukowiec (nazwa najprawdopodobniej zmyślona, miejsce pewnie nie, ale na kartach książki pojawia się wiele doskonale nam znanych miejscowości np. Giżycko), kończy w nadmorskiej wiosce w Szlezwiku najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych. W tym czasie przetacza się przez Europę historia, która burzy chwilowo a w końcu na stałe mazurski świat narratora, Zygmunta Rogalli. Więc najpierw jest pierwsza wojna: miasteczko kilkakrotnie przechodzi z rąk niemieckich  do rosyjskich i odwrotnie. Toczy się nawet jakaś bitwa. Potem przychodzi czas plebiscytowej kampanii i wreszcie radosny dzień dokonania wyboru, dla zdecydowanej większości święto niezmącone niepewnością wyniku, święto triumfu nad polską mniejszością. Potem lata spokoju, stabilizacji, aż wreszcie jakoś tak niepostrzeżenie rodzi się faszyzm. I znowu  nieoczekiwany wybuch kolejnej wojny, która, poza dramatycznym początkiem, pozostawia ten zakątek we względnym spokoju. Aż przychodzą Rosjanie i trzeba uciekać. To najtragiczniejszy i najdramatyczniejszy epizod powieści. Odwrót zimą, w śniegu i mrozie, przez opuszczone tereny bombardowane przez Rosjan. Noclegi gdzieś w przydrożnych rowach przy ognisku, głód, brud, śmierć chorych i słabszych, niekończące się oczekiwanie na miejsce na statku, jedynej drodze ucieczki. Ale pierwszeństwo mają ranni żołnierze, więc cierpliwie trzeba czekać. A to nie koniec gehenny: jeden ze okrętów zostaje trafiony. Krzyk, płacz, wołanie o ratunek. Ale czy da się dla nich coś zrobić? Nic! Można tylko bezradnie patrzeć, jak pod wodą toną twoi sąsiedzi, i dziękować Bogu, że to nie twój statek został trafiony przez samolot wroga. Co ma myśleć polski czytelnik, który śledzi te dramatyczne wydarzenia? Trudno, czytając te przygnębiające strony, nie współczuć uciekinierom, trudno nie litować się nad ich tragicznym losem. Z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że niewielu było wśród nich jawnych antyfaszystów, większość popierała Hitlera, dla większości niemiecka armia to nasze wojsko, nasi dzielni żołnierze walczący za ojczyznę, Trzecią Rzeszę. Jeśli komuś nawet, tak jak Zygmuntowi Rogalli, nie podobały się faszystowskie porządki zaprowadzone w Łukowcu i na Mazurach, to i tak czuł się niemieckim patriotą. Jak sobie z tym poradzić? Myślałam. I wtedy w sukurs przyszedł mi sam narrator. To on wypowiada proste, samokrytyczne, pełne goryczy słowa o zawinionej klęsce i przemocy, którą sami zasiali.
Wbrew temu, co może się wydawać, to nie powieść wojenna czy polityczna (a przynajmniej nie tylko). Historia zagląda tu  znienacka, czasami, w dodatku najczęściej groza łagodzona jest przez filtr pamięci. Narrator posługuje się eufemizmami: jeźdźcy Wschodu, mężczyźni w płaszczach, zaplombowane pociągi towarowe. "Muzeum ziemi ojczystej" to przede wszystkim kreowanie w pamięci utraconego świata (trochę jak w "Panu Tadeuszu"), do którego, jak twierdzi narrator, nie ma powrotu. Bo miejsce bez ludzi, którzy je zamieszkiwali, już nie jest tym samym miejscem. Traci swą magię, wartość i powab. A tych ludzi już tam nie ma. Jedni zginęli na froncie, na statku, w syberyjskiej czy hitlerowskiej niewoli, drudzy umarli, bo przyszedł ich czas, pozostali stworzyli sobie nowy świat, chociaż stale pielęgnują pamięć dawnego. Ale nie wszyscy myślą tak jak Zygmunt. Wielu wierzy, że polskie Mazury to tylko stan przejściowy. Dlatego narrator podejmuje dramatyczną decyzję o spaleniu tytułowego, tak bardzo mu drogiego, muzeum, które udało mu się odtworzyć w nadmorskiej, niemieckiej wiosce (takie samo, odziedziczone po wuju, prowadził w rodzinnym Łukowcu). Muzeum, o które tak dbał i walczył, które tak bardzo bronił przed próbami ocenzurowania i zafałszowania przeszłości.
Znowu się zapędziłam w polityczne rejony. Tymczasem materia tej powieści utkana jest z przedziwnych historii i zdarzeń, wspomnień z dzieciństwa i młodości opromienionych magią, z mazurskich zabobonów, wierzeń i obyczajów, opisów niezwykłego, pięknego świata. Iluż tu dziwaków, szaleńców, niezwykłych, barwnych postaci. Na przykład ojciec narratora, cieszący się sławą domorosły wynalazca leków dosłownie na wszystko (dla przemytników, aby stali się niewidzialni; dla żołnierzy, aby na froncie nie opuściła ich odwaga; na jad żmii). Więźniowie miejscowego zakładu karnego, którzy znają setki fascynujących opowieści. Bezwzględny, okrutny i nieczuły dziadek narratora. Sonja Turk, mistrzyni mazurskiej sztuki tkania gobelinów, a jednocześnie wiedźma. I wielu, wielu innych, których nie sposób tu wymienić. To właśnie sprawia, że ta, w gruncie rzeczy, gorzka powieść ma tak niezwykły urok.
A poza tym stawia Lenz ważne pytania: o patriotyzm i nacjonalizm, o relację między jednostką a zbiorowością, o kompromisy, o odwagę i tchórzostwo, o grzech zaniechania.  Konfrontuje postawy dwóch przyjaciół: stojącego z boku Zygmunta i wiecznego buntownika, odważnego Konniego, który lubi podważać powszechnie wyznawane poglądy i nie boi się postępować w kontrze do obowiązujących trendów, za co nieraz przychodzi mu zapłacić odtrąceniem, zniewagami czy więzieniem. Pokazuje, jak życie plącze ich losy i weryfikuje wyznawane ideały. 
Naprawdę świetna powieść. Tym bardziej warto właśnie teraz zwrócić na nią uwagę, bo wkrótce do kin trafi "Róża" Smażowskiego, film który dotyka podobnej tematyki. Zachęcam do odbycia literackiej podróży do świata, który niby dobrze znamy, ale o jego prawdziwej historii wolimy nie pamiętać. Fascynująca książka!

"Erratum" Marka Lechkiego. Zobaczcie koniecznie!

Obejrzałam właśnie "Erratum" Marka Lechkiego okrzyknięte przez niektórych krytyków najlepszym filmem zeszłorocznego festiwalu w Gdyni (otrzymał nagrodę za debiut).Czy jest lepszy od "Matki Teresy od kotów" i "Chrztu"? Trudno mi rozsądzić. Sztuka to nie sport, nie da się zmierzyć czy zważyć. Na pewno trzeba koniecznie zobaczyć wszystkie trzy (jeśli ktoś tamtych dwóch jeszcze nie widział, wszak miały swoją premierę jesienią). "Erratum" nie opowiada o tak dramatycznych zdarzeniach jak tamte filmy i dlatego, mimo raczej powolnej, melancholijnej narracji, może spodobać się liczniejszej widowni. To historia trzydziestokilkuletniego Michała Bogusza (znakomicie granego przez Tomasza Kota), który przez splot okoliczności zmuszony jest spędzić kilka dni w swojej rodzinnej miejscowości. Przed laty właściwie uciekł stąd od ojca. Wyjechał, aby spełnić marzenia. Teraz chcąc nie chcąc, wraca do swojej młodości. Musi stawić czoło ojcu i dawnemu przyjacielowi. Ale nie tylko. To taki film, w którym akcja jest niespieszna, kamera przygląda się bohaterom, zatrzymuje się na ich twarzach, chwyta ulotne chwile, codzienność. To, co mogłoby być dramatyczne, jest po prostu zwyczajne. Potencjalna tragedia rozmywa się. Dlaczego? Tego zdradzić nie mogę. Sporo tutaj ładnych filmowych metafor, kilka magicznych scen. Także dlatego miałam naprawdę dużą przyjemność z oglądania "Erratum". Zachęcam. A dla tych, którzy już widzieli, jest jak zwykle ciąg dalszy.

Szłam z dużymi nadziejami, ale kiedy oglądałam początkowe sceny, trochę się najeżyłam. Pomyślałam, że znowu zapowiada się wysoce artystyczny film, nad którym rozpływają się krytycy, a zwykły widz czuje się nabity w butelkę. Kto widział na przykład "Palimpsest" Niewolskiego czy "Dotknij mnie" duetu Jadowska i Stankiewicz, ten wie, o czym mówię. Przerost formy nad treścią. A ponieważ ostatnio dałam się wpuścić aż dwukrotnie w takie filmowe maliny, tym bardziej byłam zła. O nie, znowu, już  chciałam zakrzyknąć (w duchu), kiedy niedobre wrażenie na szczęście prysnęło. "Erratum" okazało się prostą historią, niespiesznie opowiedzianą, ale bardzo ludzką, prawdziwą i niewydumaną, a przy tym zachwycającą filmową kuchnią.

Zacznę od powrotu do przeszłości, który zmusza Michała Bogusza do zrobienia życiowego bilansu. Wcale jednak nie jestem pewna, czy to najważniejszy wątek tego filmu, ale o tym za chwilę. Michał jest skłócony z ojcem. W chwili złości, nie mogąc przebić się przez jego milczenie, obojętność czy wrogość, wykrzyczy, że  wyjazd z rodzinnego miasta to nie tylko chęć spełnienia muzycznych marzeń, ale przede wszystkim ucieczka od niego. Dlatego, kiedy powinęła mu się noga i nie dostał się na Akademię Muzyczną, wybrał gównianą, jak mówi, trzyletnią rachunkowość, byle tylko zaczepić się z dala od domu, byle nie wracać. Dlaczego? Tego się nie dowiemy. Ale prawdopodobnie nie było to nic wielkiego, ot, zwykły konflikt, niechęć do rodzinnego domu. A może w grę wchodził stosunek ojca do matki? Michał nie bardzo ma ochotę spotkać się z ojcem, ale dwukrotnie odwiedza grób matki. Może to jest trop? Jak długo nie był w domu? Nie wiemy. W każdym razie jest zawzięty, nie chce wyciągnąć ręki do zgody i kategorycznie odrzuca propozycję żony, aby zaprosić dziadka na zbliżającą się komunię wnuka. Czy milczenie ojca to tylko, jak przed chwilą napisałam, obojętność i wrogość? A może pretensje o wybór drogi życiowej? A może także żal o to, że zostawił go samego, że się nim nie interesuje, nie pomaga (gdzieś mimochodem dowiadujemy się, że długo chorował; widzimy, że porusza sie o kulach)? Ojciec spędza całe dnie przed telewizorem w zaniedbanym, wymagającym remontu mieszkaniu. Tu kolejne pytanie: dlaczego nie remontuje? Nie stać go? Nie ma sił? Czy mu po prostu nie zależy i dlatego nie zwraca uwagi na bylejakość swojego życia? Przecież w pewnym momencie mówi do syna, który walczy z zatkanym odpływem wanny, że następnego dnia wezwie fachowców. Więc może o to chodzi? Może Michał uciekł od tej bylejakości, od marazmu?

Co osiągnął? Nie spełnił swoich marzeń, nie został muzykiem. Pracuje w biurze rachunkowym, mieszka w zwyczajnym, dość zgrzebnym mieszkaniu, jego stosunki z żoną nie wydają się zbyt serdeczne. Elegancka marynarka, krawat to tylko pozory, wypasiona bryka, którą jeździ po swoim rodzinnym mieście, jest samochodem szefa. Od pierwszych scen filmu widz zdaje sobie sprawę, że ogląda człowieka rozczarowanego, zmęczonego, niezadowolonego ze swojego życia. Inaczej rzecz ma się ze Zbyszkiem, przyjacielem z lat młodości, z którym przyjdzie się Michałowi skonfrontować w rodzinnym mieście. Ich pierwsze spotkanie myli. Michał zbywa Zbyszka jak pierwszego lepszego kumpla z klasy czy z podwórka. To on, w marynarce, w krawacie i w eleganckim samochodzie, może wydawać się królem życia na tle kolegi w drelichowej kurtce, idącego piechotą. Jest jednak odwrotnie: to Zbyszek spełnił swoje marzenia, pozostal wierny ideałom młodości. Przede wszystkim nadal gra w zespole założonym niegdyś przez Michała, koncertuje, żyje na luzie, imając się dorywczych prac, co nie wydaje się przeszkadzać jego uśmiechniętej żonie. Ma mieszkanie, które remontował przez trzy lata, ale jest zadowolony. Teraz już rozumiemy, dlaczego Michał z taką niechęcią i pozornym lekceważeniem odniósł się do zaproszenia na koncert zespołu. Idąc tam, musiałby się zmierzyć z własnym rozczarowaniem, zazdrością i niewygodną prawdą, że wyjeżdżając, zdradził przyjaciela. Okazuje się, że ucieczka niekoniecznie musi byc lepsza. Marzenia można spełniać gdziekolwiek, jeśli tylko się chce, jeśli tylko pozostanie się wiernym sobie i nie pójdzie z życiem na kompromisy.

Michał, zmuszony przez okoliczności, pozostanie w swoim mieście kilka dni, co każe mu skonfrontować się ze swoimi marzeniami, zastanowić nad sobą, swoimi relacjami z ojcem i przyjacielem. Musi dokonać życiowego bilansu, posprzątać w swoim życiu. I tu chciałabym się na chwilę zatrzymać nad filmową kuchnią, nad kilkoma metaforami, które tak ładnie zagrały w tym filmie. Po pierwsze otwarta, zepsuta skrzynka na listy. Kiedy niedługo po przyjeździe przechodzi obok niej, zmierzając do mieszkania ojca, po prostu odnotowuje z niechęcią to, że nie da się jej zamknąć. Potem, po kilku dniach, pochyla się nad nią i zamyka. Porządkuje, bo uporządkował swoje życie. Piękna jest ostatnia scena: puka do drzwi mieszkania ojca, jakby używał jakiegoś szyfru, może z dzieciństwa, ale tym razem nie odpowie mu wroga cisza. Ojciec odpowie pukaniem, uśmiechnie się łobuzersko. Grzechy są ci odpuszczone, zdaje się mówić. Obaj znajdują się po przeciwnej stronie drzwi, które nieodparcie kojarzą się z konfesjonałem. Kolejna piękna scena: Zbyszek, policjant, leśniczy i Michał stoją przed drewnianą, płonącą wieżą, miejscem ważnym dla obu przyjaciół. To tu w młodości przychodzili pogadać, może palić pierwsze papierosy. To stąd przepędzał ich groteskowy leśniczy, który niewiele zmienił się od tamtego czasu. Teraz ma komórkę, przez którą może wezwać policję czy straż. To tu przychodzą teraz pogadać, zastanowić się, pomilczeć. To tu odradza się ich przyjaźń. I kiedy policjant każe im wsiąść do samochodu, Michał prosi o chwilę, aby mogli jeszcze popatrzeć na płonącą wieżę. I stoją tak we czterech zafascynowani tym widokiem. Ileż poezji jest w tej scenie (wybacz, drogi czytelniku tej notki, egzaltację, ale innych słów tutaj nie znajduję). Kolejna metafora: właściciel warsztatu. To on, niczym demiurg, sprawia, że Michał musi pozostać w mieście kilka dni. Każe mu czekać na zderzak. Dajmy mu się  wykazać, powie o spóźniającym się dostawcy, kiedy zniecierpliwiony Michał chce szukać zderzaka  w sklepach. Jakby  dawał mu czas i szansę na pogodzenie się z ojcem, o którym stale wspomina. Jakby rzucanymi w pozornie zwyczajnej rozmowie uwagami, pragnął go zmusić do refleksji nad życiem. I tak się dzieje. Michał dokonuje życiowego bilansu i wyjedzie z miasta pogodzony ze sobą, z ojcem, z przyjacielem, zaprzyjaźniony z psem, którego wiezie na siedzeniu samochodu. Co zrobi dalej? Może coś zmieni (prawdopodobnie stracił pracę, więc będzie impuls do zmian)? Czy się uda? Ważne, że spróbuje.

I ostatnia sprawa, o jakiej chcę jeszcze wspomnieć. Być może najważniejszym wątkiem filmu, a przynajmniej równie istotnym, jest wypadek samochodowy, który Michał spowodował, i śmierć bezdomnego człowieka. To dlatego musi pozostać w mieście dłużej, niż zamierzał. Ta sprawa go zmieni. Porządkując historię bezdomnego, porządkuje przy okazji swoje życie. Początkowo Michał nie zamierza się do niczego przyznać, zawiadamia tylko pogotowie i gdyby nie obawa, że policja dotrze do niego, bo na miejscu została jego komórka, pewnie nie rozmawiałby potem z policjantem, który słucha w radiu koncertu swojej córki (kolejna symboliczna scena!). Relacjonując żonie przez telefon, co się stało, przyznaje, że ta sprawa nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia. Jest tym nawet zdziwiony. Przecież ludzie mówią o wstrząsie, a on nic takiego nie czuje. To jeszcze jedna przykra prawda, jakiej się o sobie dowiaduje. Może jest tak dlatego, że ofiara to bezdomny? Z tego samego powodu policjant też ją bagatelizuje. Michał był trzeźwy, jechał prawidłowo, tamten był pijany, wtargnął pod samochód. Cóż, co można było zrobić! A że człowiek to bezdomny bez tożsamości, a więc nikt, nie będzie sprawy. Nie ma kogoś, kto by się o niego upomniał. To prawie tak, jakby Michał przejechał psa! Pewnie dlatego nie będzie też kary. W którym momencie postanawia przywrócić zmarłemu tożsamość, a jednocześnie godność? Czy wtedy, kiedy spotyka ojca handlującego starzyzną? Czy kiedy widzi, jak zgniata puszki po piwie? Czy wtedy zrozumiał, jak niewiele trzeba, żeby człowiek stał się nikim dla świata? Stracił swoją przeszłość, swoje życie? Czy uświadomił sobie, że jego ojciec może za jakiś czas też stać się takim nikim? Stopniowo, z uporem Michał odgrzebuje pamięć o zmarłym. Dzięki jego staraniom to już nie anonimowy NN, teraz stoi za nim jakaś przeszłość. Jest już imię, nazwisko, zawód, rodzina, zainteresowania, dom, tragedia, konflkit i alkohol. Banalna (w wymiarze społecznym) i niebanalna (w wymiarze prywatnym) droga od statecznego ojca, męża, nauczyciela historii do anonimowego bezdomnego, alkoholika, wyrzutka, człowieka poza nawiasem. Dzięki Michałowi ten bezdomny mężczyzna odzyska swoje człowieczeństwo. Będzie miał krzyż na grobie, niesamotny pogrzeb. Nawet syn, mimo że początkowo o ojcu nie chce słyszeć, przychodzi jednak na jego grób. Tylko ksiądz nie dotrze. Tak, teraz Michał może spojrzeć sobie w oczy. Czy to, co zrobił, nie jest ważniejsze od kary, którą powinien ponieść? A może istotne jest i jedno, i drugie?

To tyle, choć na pewno mogłabym się jeszcze wgłębiać w szczegóły i analizować "Erratum" dalej, tak dużo w nim treści, wątków, metafor. Świetny film i mądrze optymistyczny. Choć daje nadzieję, kończy się krzepiąco, nie ma tu, na szczęście, banalnego happy endu. Za to jest o czym pomyśleć i czym się zachwycić.

"Peryferie". Znakomite rumuńskie kino!

Po kilku filmowych niedosytach i rozczarowaniach wreszcie spełnienie: bardzo dobry film rumuński w reżyserii debiutanta Bogdana Georga Apetriego według pomysłu Cristiana Mungiu (tego od "Czterech miesięcy, trzech tygodni i dwóch dni"). Kto widział obraz Mungiu, może się spodziewać podobnego klimatu. Cóż, mimo że akcja toczy się współcześnie, a nie w Rumunii komunistycznej, nie jest to film krzepiący. Okoliczności się zmieniły, ale komplikacje ludzkich losów nie. Tym razem jednak nie ustrój jest winny, ale życiowe wybory, jakich kiedyś dokonała Matylda, główna bohaterka. Przeszłość wlecze się za nią i nie pozwala o sobie zapomnieć. Napiszę tylko tyle, że Matylda wychodzi z więzienia na dwudziestoczterogodzinną przepustkę. Obserwujemy jej poczynania w ciągu tej doby. Więcej nie zdradzę. Film jest znakomicie zrobiony, historię bohaterki śledzimy z zapartym tchem, twórcy stopniowo zdradzają jej kolejne tajemnice, ale nie odkryją wszystkiego. Wiele musimy sobie dopowiedzieć sami. Na osobną uwagę zasługują zdjęcia i aktorstwo, szczególnie Any Ularu w roli głównej bohaterki. Polecam wszystkim, dla których kino jest czymś więcej niż tylko weekendową rozrywką. Kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Co wiemy o Matyldzie? Czy można ją polubić? Na pewno jej współczułam, żałowałam, ale czy polubiłam? Raczej nie. Jakie są jej zamiary? Ile w jej poczynaniach precyzyjnego planu, a ile improwizacji? Dlaczego znalazła sie w sytuacji beznadziejnej? (Chociaż ona jest przekonana, że ma perspektywę.) Ale po kolei.

Matylda wychodzi z więzienia na przepustkę i od razu wie, że nie wróci. Wszystko szczegółowo zaplanowała i z determinacją chce zrealizować. Stopniowo odkrywamy jej tajemnice. Film podzielony jest na trzy części, jak trzech mężczyzn ważnych w jej życiu. Każda zaczyna się podobnie: Matylda idzie długim korytarzem, raz będzie to blok, raz hotel, raz sierociniec, puka do drzwi i zawsze słyszy to samo: "Co słychać?". Jej odpowiedź też za każdym razem brzmi: "W porządku.". Jakby rozstała się z tymi, których odwiedza, wczoraj. Tymczasem nie widziała ich, odkąd trafiła do więzienia, a może dłużej.

Najpierw jest brat. To jedyna życzliwa jej osoba, początkowo najeżony, zaskoczony i zły, robi jej wyrzuty, oskarża o śmierć matki, ale z czasem staje się milszy. Może byłby gotów jej pomóc, gdyby nie żona, od początku wrogo do niej nastawiona. Ale Matylda nie ułatwia mu sytuacji, zaskakuje go informacją, że jest matką ośmioletniego syna. Prosi, aby wziął go na wychowanie. On chyba, z dwojga złego, wolałby dać jej pieniądze. Czy można się dziwić, że radośnie nie zgadza się na  propozycję? Przecież o istnieniu jej syna, Tomy, dowiedział się właśnie przed chwilą! Doskonale też potrafi przewidzieć reakcję żony. Może dlatego nie mówi jej prawdy, tylko rozmawia o pieniądzach dla siostry, chociaż ona nie o to go prosiła. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej o przeszłości Matyldy. Wiemy już, że przed laty uciekła z rodzinnego domu, przysparzając tym matce zgryzot. Dlaczego? Czy był to tylko bunt młodości? Czy chęć odcięcia się od rodziny, od życia na wsi? Czy ucieczka do chłopaka? A jeśli tak, to czy był to Paul, ojciec jej dziecka, czy jeszcze ktoś inny? Wydaje się natomiast pewne, że tamten krok zdeterminował jej los. Wszystko, co zdarzyło się potem, miało swój początek właśnie wtedy. Nie mogła czy nie chciała wrócić do rodziny? Może odpowiadało jej życie, które prowadziła? Może zaślepiona miłością do Paula, nie potrafiła od niego odejść, gotowa wysługiwać się mu w imię miłości? Wiele na to wskazuje. Przede wszystkim historia Seleny, obecnej towarzyszki Paula. Matylda ostrzega ją przed nim, ale tamta, zakochana, nie chce słuchać jej rad. Jest zazdrosna, sądzi, że Matylda zjawiła się, aby jej go odebrać. Wystarczy kilka pięknych słówek, zapewnień o miłości, kilka czułych gestów, aby Selena zrobiła to, czego on chce. Możemy domyślać się, że ta dziewczyna powiela los Matyldy. Paul traktuje kobiety instrumentalnie, wykorzystuje ich ślepą miłość i płaci nimi niczym monetą w interesach, zapewne brudnych. To przez niego Matylda trafiła do więzienia, jak się domyślamy, niekoniecznie za swoje winy, raczej dlatego że wzięła na siebie jego winę. Teraz szantażując go policją, chce odzyskać pieniądze, które zgodnie z  umową jej się należą.

Paul to wyjątkowa kanalia. Świat, w którym się obraca, to świat brudnych interesów, podejrzanych typów, dziwek. Elegancki hotel, którego jest najprawdopodobniej właścicielem, to tylko przykrywka. Nie chce oddać Matyldzie pieniędzy, najchętniej widziałby ją dalej za kratami. Podobnie  brat, a na pewno jego żona. Nieoczekiwane zjawienie się Matyldy to dla nich tylko kłopot. Wiedzą, że są jej coś winni, albo dosłownie (Paul), albo z powodu więzów krwi (brat), ale nie chcą lub nie mogą jej pomóc. Paul, o czym wspominałam, traktuje kobiety przedmiotowo, jak obiekt seksualny, który służy do zaspokojenia jego żądzy i pomaga w interesach. Nie czuje żadnego bliższego związku ani z nimi, ani z dziećmi, które pewnie sprowadził na świat przypadkowo. Tomę oddał do sierocińca, zresztą nie tylko jego. Wkrótce Matylda przekona się, że jej syn ma tam  brata, Daniela.

Toma to kolejny mężczyzna w życiu Matyldy, jej ośmioletni syn. Nie wiemy, od jak dawna go nie widziała, prawdopodobnie odkąd trafiła do więzienia, ale pewności, że wcześniej się nim opiekowała, też nie mamy. Trudno powiedzieć, kiedy decyduje się zabrać go z sierocińca i razem z nim uciec za granicę. Czy gdyby jej brat, Andrea, zgodził się nim zaopiekować, wzięłaby Tomę ze sobą? Na te pytania w filmie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, można snuć spekulacje. Wydaje się, że to postanowienie przychodzi powoli. Początkowo mówi tylko, że chce go odwiedzić. To najsmutniejsza i najprzykrzejsza część filmu. Reżyser stopniuje napięcie, począwszy od rodzinnego spotkania, które mimo że nieprzyjemne, bo zakończone kłótnią i rozstaniem, jest jednak niczym w porównaniu z wizytą u Paula. Kulminacja to spotkanie z synem. Najpierw sierociniec: miejsce okropne. Widz ma wrażenie, że nikt tam nad niczym nie panuje, dzieci pozostawione są same sobie, a Matylda bez kłopotu może nie tylko wejść do pokoju chłopców, ale i niezauważona wyjść  z Danielem. Wydaje się, że mali mieszkańcy mogą niepostrzeżenie opuszczać budynek, kiedy tylko chcą. To dlatego Matylda nie znajduje tam Tomy. Nie jest zresztą specjalnie zdziwiona, nie wszczyna awantury, nie ma do nikogo pretensji. Po prostu zabiera starszego brata swojego syna i nie opowiadając się nikomu, wyrusza z nim na poszukiwania. Spotkanie matki i syna wcale nie jest radosne, nikt nikomu nie rzuca się na szyję, dziecko jest wyraźnie onieśmielone i rozdarte między matką, a bratem. Daniel za wszelką cenę chce iść z nimi, ale Matylda jest bezwględna: nie tylko go odtrąca i pozostawia, ale robi to bardzo brutalnie. Czy musi być taka okrutna? Czy musi bić i kopać chłopca? Dlaczego nie decyduje się zabrać go razem z Tomą? Cóż, kolejne dziecko, to dodatkowy balast, a poza tym Daniel jest synem Paula. Czy dlatego tak go traktuje?

Toma, mimo że ośmioletni, jest doświadczony i zdegenerowany. Najrawdopodobniej był wykorzystywany seksualnie przez pedofila, pewnie nie tylko on. Może sprzedawał się za pieniądze czy drobne prezenty. Charakterystyczna jest scena, kiedy następuje przełamanie lodów pomiędzy matką i synem. Toma prosi Matyldę o papierosa, ona bez zdziwienia i bez mrugnięcia okiem spełnia jego prośbę. Nie obawia się też, że ktoś zwróci jej uwagę, wszak wszystko dzieje się na korytarzu w pociągu! Dopiero kiedy tak wspólnie, ramię w ramię wydmuchują papierosowy dym w okno, matka okazuje czułość synowi, a on wreszcie się uśmiecha. To bardzo smutna i przerażająca scena. Ale najgorsze dopiero nastąpi: ośmioletni Toma ukradnie matce pieniądze i zniknie. Co z nimi zrobi? Pewnie wróci do brata. Nie tylko nie łączy go z matką żadna więź, ale woli ucieczkę i tułaczkę, niż bycie z nią. Jest w tym dziecku coś smutnego i dorosłego, nie przypomina ośmiolatka, nie uśmiecha się, patrzy poważnie dużymi, czarnymi oczami, milczy, nie wiadomo, co myśli i czuje (podobnie Matylda, też milcząca, ponura, zamknięta w sobie). To, co robi, nie przypomina wybryku małego, nieświadomego dziecka. Nie, Toma kradnie pieniądze i opuszcza matkę świadomie, on doskonale wie, co robi! Takie rozwiązanie trudno było przewidzieć. Raczej  spodziewałam się, że plany Matyldy zostaną zniweczone przez Paula, a nie przez ośmioletnie dziecko!

Jaka przyszłość ją czeka? W ostatniej scenie widzimy główną bohaterkę spacerującą po nabrzeżu w blasku wschodzącego słońca. Nie rozpacza, nie szuka Tomy, chodzi w kółko i pali papierosa. Nie widzimy jej twarzy. Jest zrezygnowana? Zobojętniała? A może jednak zrozpaczona? A jeśli tak, to zniknięciem Tomy czy raczej utratą pieniędzy, bo to odbiera jej możliwość ucieczki? A gdyby nawet się udało, to jaka przyszłość czekałaby ją gdzieś tam, gdzie chciała się znaleźć? Przecież pieniędzy nie starczyłoby jej na długo!

Ważniejsze jest jednak pytanie, jak to się stało, że życie Matyldy potoczyło się w taki beznadziejny i smutny sposób. Przecież jej brat żyje zwyczajnie: ma rodzinę, pracę, mieszkanie. Nie zszedł na drogę przestępstwa. Wydaje się, że to nie środowisko, z którego się wywodzi, zamknęło jej drogę. To ona, podejmując w przeszłości jakieś decyzje, znalazła się w takim położeniu. Na życiowych peryferiach. Czy stąd tytuł filmu? Jaki jest bilans jej życia? Zerwane więzi z rodziną, beznadziejny związek z wykorzystującym ją Paulem, prostytucja, więzienie, opuszczone, zdeprawowane ośmioletnie  dziecko. Żadnej nadziei, żadnego pokrzepienia czy happy endu! Świat Matyldy jest zły, brzydki i zdegenerowany. To wrażenie potęgują jeszcze barwy użyte w filmie przez operatora. Wszystko pokazywane jest w szarej, ciemnej tonacji. Taki jest Bukareszt: kamienne, szare miasto, takie jest niebo, dworce, pociąg, krajobrazy przesuwające się wzdłuż drogi, takie są wnętrza, do których trafia. Przytłaczające, zagracone, a co charakterystyczne, filmowane w cieniu, nigdy w kadrze nie widzimy tych wnętrz dokładnie, podobnie zresztą twarzy bohaterów, kiedy ze sobą rozmawiają. Jakże inna jest scena na wsi, na pogrzebie matki. Wydaje się być sielankowa, jak ze starego rodzinnego zdjęcia. Wszyscy zgromadzeni wokół stołu, a w tle dom rodzinny i zieleń. Ale to tylko pozory sielanki. Dalsza rodzina milczy, wrogo nastawiona do Matyldy, a między nią, a bratem i bratową od złych emocji aż kipi. Czy gdyby przyjęli ją inaczej, zrezygnowałaby ze swoich straceńczych planów? Gdyby brat spełnił jej prośbę i zdecydował się zabrać do siebie Tomę, nie brnęłaby dalej? Może jej przyjazd na pogrzeb, a potem udział w stypie, to desperacka próba szukania rodzinnej bliskości, która mogłaby ją ocalić? Odrzucona, trafia znowu na peryferie, tym razem rodziny. 

Na koniec jeszcze raz podkreślę, że film jest świetnie zrobiony, cały czas trzyma w napięciu, a twórcy umiejętnie dozują  kolejne niespodzianki związane z Matyldą, zaskakując widza co jakiś czas. Ale najważniejsze, że jest przejmujący i prawdziwy, chociaż przykry. Nie odnajduję w historii pokazanej na ekranie żadnego fałszywego, wydumanego tonu. 

Popularne posty