Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

Joanna Bator "Piaskowa Góra"

Wstyd powiedzieć, a może jednak nie, ale "Piaskowa Góra" (Znak

2019, wydanie I 2009) to moje pierwsze spotkanie z prozą Joanny Bator. Już od dawna chciałam sięgnąć po jakąś powieść jej autorstwa, kilka lat temu kupiłam "Gorzko, gorzko", które do dziś spoczywa w głębinach mojego czytnika, czekając na swoją kolej. Zawsze jednak były lektury, na których zależało mi bardziej. Aż w końcu pod wpływem zachwytów koleżanki, z którą wymieniamy od czasu do czasu uwagi o książkach, pomstując na ilość czekających w kolejce tytułów, postanowiłam wreszcie sięgnąć po "Piaskową Górę", którą to rzeczona koleżanka właśnie się zachwycała. No i stało się.

"Piaskowa Góra" jest pierwszą częścią trylogii wałbrzyskiej. To rozbudowana historia rodzinna z rozgałęzieniami w stronę opowieści o sąsiadach i znajomych głównych bohaterek. Sięga czasów przedwojennych, aby zakorzenić się w PRL-u, a zakończyć już w okresie transformacji. Wiele tu wątków, epizodów, odnóg i kłączy. Konstrukcja tej opowieści kojarzy mi się z drzewem o mocno rozbudowanej koronie i rozlicznych korzeniach. Zagłębiając się w nią, meandrując, składamy sobie krok po kroku historię bohaterek. A są to Jadzia, jej córka Dominika i jej matka, ważna jest też teściowa. Jadzia, która urodziła się w czasie wojny w Zalesiu, gdzieś w centralnej Polsce, przyjeżdża do Wałbrzycha za pracą, bo tu mieszka jej krewny, obrotny Kazimierz. Poznaje Stefana, pracującego w kopalni górnika, którego rodzice przybyli do Wałbrzycha już po wojnie i zajęli mieszkanie po Niemcach. Jadzia i Stefan pobiorą się i po kilku latach, już w epoce Gierka, otrzymają wymarzone mieszkanie w wieżowcu z wielkiej płyty w dzielnicy zwanej Piaskową Górą. Z czasem coraz ważniejszą bohaterką staje się ich córka, Dominika, niespełniająca oczekiwań matki, bo tak do nikogo niepodobna. W niczym nie przypomina wymarzonej córki - ani ładna, ani grzeczna. Istna buszmenka, tak nazywa ją zniesmaczona jej wyglądem Jadzia. No i jeszcze ten nieoczekiwany talent matematyczny. Skąd się wziął? A skąd jej czarna, bujna czupryna czyniąca z niej dziwadło? Z czasem historia skręca w stronę mieszkającej w zalesiu matki Jadzi i rozwija się w nieoczekiwanym kierunku.

Połknęłam "Piaskową Górę" błyskawicznie, bo to powieść, która zwyczajnie wciąga, a im dalej w las, tym bardziej chciałam się dowiedzieć, jak toczyły się losy bohaterek i bohaterów, jak rozwiąże się ta historia. Jednak cały czas towarzyszyło mi pytanie, co aż tak bardzo zachwyciło moją koleżankę, no i dlaczego książka była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. Kiedy pisałam te słowa, od lektury upłynął tydzień i muszę przyznać, że wrażenia nieco wyblakły, wyparła je książka, którą właśnie czytałam. Nie mogę powiedzieć, abym żałowała lektury, przeciwnie cieszę się, że po "Piaskową Górę" wreszcie sięgnęłam i na pewno sięgnę po kolejne dwie części trylogii wałbrzyskiej, no i wreszcie po "Gorzko, gorzko". Ale, jak to często bywa, kiedy oczekiwania szybują w kosmos, spodziewałam się czegoś o większym ciężarze.

Wydaje mi się, że "Piaskowej Górze" zaszkodził czas. Myślę, że inaczej odbierałabym ją wtedy, kiedy została napisana, bo w roku 2009 była świeża tematami, które dopiero wydobywano na światło dzienne. Dziś o tym wszystkim napisano już wiele książek, powiedziano dużo, stąd wrażenie, że to już było, że to znam, że to dla mnie nic nowego.

Bo jednym z głównych tematów jest Wałbrzych, miasto na Ziemiach Odzyskanych, a właściwie pozyskanych, czyli poniemieckich. Miasto, skąd uciekli albo zostali wysiedleni Niemcy, po których zostały domy, mieszkania i sprzęty codziennego użytku. Na ich miejsce przybyli przesiedleńcy ze wschodu, z ziem utraconych. To historia teściów Jadzi. Inni przyjechali z Polski centralnej, bo łatwiej tu było robić interesy, ukryć się, zacząć wszystko od nowa. To przypadek Kazimierza, krewnego Jadzi. 

Innym tematem, który łączy się z pierwszym, można powiedzieć, że z niego wypączkował, to opowieść o mieście, gdzie węgiel stał się najpierw błogosławieństwem, a potem w czasach transformacji przekleństwem, bo kopalnie zaczęto zamykać, a Wałbrzych stopniowo popadał w ruinę.  Już w smętnych latach osiemdziesiątych, po załamaniu się gierkowskiego eldorado, kto mógł, wyjeżdżał do Niemiec, a jeśli nie mógł, to przynajmniej robił z Niemcami interesy. 

Jest wreszcie wątek żydowski, który pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. No i historia PRL-u. Od powojennej biedy, przez gierkowską małą stabilizację, czasy kryzysu, stanu wojennego, aż po transformację. Te wszystkie tematy od roku 2009, kiedy powieść się ukazała, zostały już na wiele sposobów opowiedziane, przenicowane. Stąd moje wrażenie, że nie czytam o niczym, czego bym wcześniej nie wiedziała.

Dalej też dziś jesteśmy, jeśli chodzi o tematy feministyczne. Dobroduszna, naiwna Jadzia, wychowana na "Trędowatej", marząca o rycerzu na białym koniu, który w jej snach na jawie przybiera postać  kogoś w rodzaju ordynata Michorowskiego, a jeszcze lepiej cudzoziemca, zderza się z prozą życia, czyli z górnikiem Stefanem, jak się okaże nieudacznikiem, co mu życie przeleci koło nosa, co to wszystkich obwinia za to, że stoi w miejscu, co smutki i zawody topi w alkoholu. 

Życie, co Jadzia już zaczyna widzieć wyraźnie, nie dało jej zbyt wielu możliwości i tylko patrzeć, jak przejdzie obok, zostawiając ją z pustymi rękoma (w tym jedną upośledzoną też z winy życia). Przez godzinę romantycznego luksusu Jadzia żona i matka pozwala Jadzi nieżonie i niematce na fantazje o Cudzoziemcu, ordynacie, który jest tym wszystkim, czym Stefan nie jest, a ona przy nim nie jest niczym innym niż Jadzią.

Jeśli Jadzi się nie udało, to może przynajmniej uda się Dominice i ona zdobędzie swojego cudzoziemca? Ale jak ma się jej udać, skoro przypomina buszmenkę, a ubiera się jak chłopak? Dominika też ma swoje marzenia, inne niż matka, a przecież jakoś podobne.

Odbita w takim wyjątkowym lustrze, mogła się coraz bardziej do Jadzi nieupodabniać.

Ona też marzy o swoich wyspach Bula-Bula i o tym, aby uciec od codzienności, a już zwłaszcza od takiej, jaką żyje jej matka. 

Z takim kimś nie zdarzyłaby się żadna codzienność i zwykłość, nie byłoby przyziemnych rozmów o pieniądzach i o zakupach, żadnego: a co jutro na obiad. (...) Taka miłość sprawiłaby, że ukorzeniony sznur łączący ją z Jadzią naprężyłby się tak bardzo, że w końcu by pękł, a siła odrzutu wykatapultowałaby Dominikę wprost na wyspę Bula-Bula.

I chociaż patriarchat w tym świecie ma się dobrze, to kobiety są silne, a mężczyźni słabi. Takie są Jadzia, jej teściowa i matka oraz inne bohaterki drugoplanowe. A faceci u ich boku to tacy jak Stefan rozczarowani życiem słabeusze topiący swoje niepowodzenia w alkoholu. Faceci, którym nikt nie powiedział, jak być ojcem, a już szczególnie ojcem dorastającej córki, więc abdykują i w tej dziedzinie.

Jadzia już nie jest żoną amatorką, nabrała doświadczenia w radzeniu sobie ze Stefanem i coraz bardziej zdaje sobie sprawę ze swojej władzy. To władza pełna złości, nie gniewu; władza szczypiąco-szarpiąca, jej oręż to miotła i ściera. Kuchenna królowa miotłą pogoni, ścierą da przez łeb, gdy się jej pod rękę poddany jakiś nawinie. Ze złości władczyni urabia sobie ręce i wypruwa żyły, ukrzyżowuje się codziennie za grzechy chłopa, który wstrętny jest. Chłopy,  z brudu i głodu jeden z drugim by zdechł, gdyby sami zostali. Ofermy, ochlapusy i dziady.

Co z tego, kiedy te silne kobiety rządzą tylko w swoim domu, a  ton nadają tacy cwani kombinatorzy jak Kazimierz, który w nowych czasach, kto wie, czy nie popłynie w politykę.

Co w takim razie po latach zostaje z "Piaskowej Góry", skoro wszystko już było? Sama historia po prostu bardzo ciekawa, portrety bohaterek i bohaterów, nawet tych z drugiego planu, no i wreszcie język. Czasem jak z baśni, czasem ironiczny, rozbuchany wyobraźnią autorki, czasem przypominający frazę Masłowskiej. 

Anna Cieplak "Rozpływaj się"

"Rozpływaj się" to pierwsza powieść Anny Cieplak, po którą

sięgnęłam (Wydawnictwo Literackie 2021). O jej wcześniejszych książkach oczywiście słyszałam, bardzo dobrze się o nich mówiło, ale jakoś się nie skusiłam. Pewnie dlatego, że miały młodzieżowych bohaterów, przynajmniej dwie pierwsze, najbardziej utytułowane. No a poza tym wiadomo, nie da się czytać wszystkiego, że powtórzę po raz kolejny moją ulubioną frazę. Banalną, ale prawdziwą. Tym razem  po wysłuchaniu dwóch wywiadów z Anną Cieplak postanowiłam spróbować. Z ciekawości. Po pierwsze, bo autorka znana i doceniana, a po drugie, bo zainteresował mnie temat i tło. Śląsk, historia rozpięta w latach 1999-2019, bohaterowie wywodzący się z klas niższych. 

Bracia Robert i Janek, Alina i Marca (Marcelina) w dzieciństwie mieszkali w familoku w jednej z dzielnic Rudy Śląskiej. Chodzili do tej samej szkoły. Robert i Alina są równolatkami, Janek i Marca kilka lat od nich młodsi. Tylko Marca wychowywała się w pełnej rodzinie. Pozostali nie mieli tego szczęścia z różnych powodów, o czym za chwilę. To na pewno naznaczyło ich na życie. Jest jeszcze jedna ważna postać, Omama, babcia obu braci, trochę zastępująca im matkę, bo ich rodzona nie żyje. Matkowała też Alinie, kiedy jej własna postanowiła wyjechać za granicę. Ale ta ukochana Omama, spajająca dom, silna, stanowcza i ciepła jednocześnie, też ich opuści w poszukiwaniu lepszego życia. Dlaczego wyjedzie? Straciła pracę w kopalni, gdzie była księgową, więc pewnie za chlebem. A może nie tylko? Może także szukać siebie nowej? Żeby oderwać się od roli babci i mamy zabiegającej o dom i sprawy rodziny? 

O Omamie wiemy najmniej. Chociaż to postać dla bohaterów bardzo ważna, poznajemy ją tylko ich oczami. Przyznam, że ta bohaterka gdzieś mi się wymyka. Bardziej dowiaduję się, że taka jest, niż to samodzielnie odkrywam. Przykład - dlaczego Alina czuje się przez nią odepchnięta? Dlaczego mówi, że najpierw pozwoliła jej się do siebie zbliżyć, a potem ją odrzuciła? Cóż, taki był zamysł autorki. Gdyby chciała inaczej, uczyniłaby ją jedną z bohaterek-narratorek. Bo tak właśnie skonstruowana jest powieść Anny Cieplak. Krótkie rozdziały zatytułowane są imionami  Roberta, Janka, Aliny i Marcy. Po kolei, na przemian, mają głos. Z ich punktu widzenia poznajemy relacje między nimi, odkrywamy ich tajemnice z przeszłości, wiemy, co ich gnębi, czego się boją, czego chcą, a właściwie trafniej byłoby stwierdzić czego nie wiedzą, co chcą. 

Zasadnicza akcja to kilka miesięcy roku 2019, jak się okaże przełomowych w życiu bohaterów. Marca i Janek, ostatecznie się rozstają, muszą określić siebie na nowo, zbudować swoje życie. Najbardziej bezradna jest Marca, najmocniej zabiegająca o awans społeczny, wciśnięta w gorset obowiązków. To ona koniecznie chciała, aby wyjechali z Rudy, teraz czuje, że tak naprawdę nic nie zyskała. Jej rozwój jest pozorny. Uciekła od dawnego świata, do którego nie bardzo lubi wracać, ale jest rozczarowana tym, co osiągnęła. Bo to tylko pozory. Janek, o wiele bardziej spolegliwy, uporządkowany, obowiązkowy, potrafiący pogodzić się z tym, co ma, nie odczuwa tego w taki sposób jak ona. Alina, samotna matka, która też ułożyła sobie życie z dala od przeszłości, najbardziej kolorowa i niezależna z całej czwórki, teraz konfrontuje się z przeszłością. Wracają do niej demony, zaniechania, winy. Walkę o siebie musi stoczyć też Robert. Dla Omamy, która nieoczekiwanie wróciła i z konieczności życie obu braci zaczyna koncentrować się wokół niej. Czy uda mu się wyrwać z alkoholowych ciągów, porzucić inne używki? Czy młodszy brat będzie mógł na niego liczyć? Czy jest jeszcze możliwe naprawienie jego relacji z Aliną? Zbudowanie ich w jakiejś nowej formie? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi, jak i wiele innych spraw, aby nie zdradzać za wiele.

"Rozpływaj się" to powieść o trzydziestolatkach, którzy chociaż wywodzą się z tego samego środowiska, rozmaicie kierują swoim życiem, dokonują różnych życiowych wyborów. Są średniakami, nie mają rodzinnego zaplecza, muszą liczyć na siebie. Największym przegranym wydaje się Robert, który nie wyrwał się z Rudy. Ponieważ nie chciał, albo już nie mógł, być górnikiem jak ojciec, pozostały mu tylko dorywcze prace i picie. Alkohol był na tym górniczym osiedlu powszechny, ale oprócz chlania kiedyś była przede wszystkim ciężka praca. Robertowi pozostało tylko to pierwsze. Najbardziej niespełniona jest Marca, która zdaje sobie sprawę, że szklanego sufitu nie przebije. Zawsze będzie tą, która gorliwie spełnia polecenia innych, aby zasłużyć na ich pochwałę. Może najlepiej wybrała Alina? Skoro nie da się przeskoczyć wyżej, skoro zawsze takich jak ona będzie  tłamsił ten szklany sufit, lepiej żyć na własnych warunkach? Życiem outsiderki, trochę dziwaczki, trochę z dnia na dzień, ale jednak w miarę stabilnie? Nie mieć nad sobą szefa, któremu trzeba czapkować? Ale najwięcej nadziei niesie postać Dorotki, piętnastoletniej córki Aliny. Niezależnej, pełnej ideałów, ale jednocześnie aktywistki na miarę swoich piętnastu lat. Czy jej się uda? Przecież świat, w którym dorasta, jest jeszcze trudniejszy od tego, w którym dorastało pokolenie jej rodziców.

Bardzo ciekawe jest tło tej powieści. Ruda, familoki, ale także katowicka Superjednostka, blok będący marzeniem o awansie ludzi takich jak Alina, Marca, Janek czy Robert.

Książkę czyta się jednym tchem, także dlatego, że zagadki z przeszłości bohaterów autorka odkrywa powoli, każąc im wspominać zdarzenia sprzed lat. Dla mnie była to ciekawa wyprawa w rejony, których nie znam, ale które mnie interesują. Nie jest to powieść wybitna, ale na pewno warto po nią sięgnąć. Można mieć jakieś zastrzeżenia do konstrukcji bohaterów, nie zawsze wszystko mi się w nich sklejało, ale te niedociągnięcia nie ważą na odbiorze całości. Cieszę się, że ją przeczytałam.       

Andrzej Stasiuk "Przewóz"

Rzadko zdarza mi się przeczytać książkę niemal od razu po jej

premierze. Tym razem miałam ogromną ochotę wziąć się za najnowszą powieść Andrzeja Stasiuka "Przewóz" (Czarne 2021). Nie znam żadnej innej jego powieści, za to bardzo lubię pisaninę podróżną, jaką uprawia w charakterystycznym dla siebie stylu. Czytałam "Jadąc do Badadag" i "Duklę", potem oczywiście miałam w planach kolejne lektury, ale wyszło jak zwykle. Cóż będę mówić, wiadomo, jak jest - coraz to nowa książka domaga się uwagi, rywalizacja, po którą sięgnąć w pierwszej kolejności, trwa w najlepsze. 

"Przewóz" połknęłam błyskawicznie - trudno się od niego oderwać, chociaż to proza w dużej części ciemna. Ciemne są losy bohaterów, jest też kilka wstrząsających i naturalistycznych scen. W ogóle dużo tu naturalizmu - brudu, potu, smrodu, much, robactwa, niegojących się ran. Bo Stasiuk napisał powieść wojenną. Akcja toczy się w czerwcu 1941 roku w małej podlaskiej wiosce nad Bugiem. Chociaż nazwa Podlasie i Bug nigdzie nie padają. Na rzece przebiega granica, której do wojny tu nie było. Teraz po jednej stronie rządzą Niemcy, po drugiej Rosjanie. A bezksiężycowymi nocami pomiędzy brzegami kursuje przewoźnik Lubko przemycający chcących się przedostać na drugą stronę. Najczęściej to Żydzi, którzy wierzą, że tam będą bezpieczni. Tu muszą się ukrywać, tam czeka ich nędza. Czy zdają sobie z tego sprawę? W miasteczku po drugiej stronie aż roi się od uciekinierów. Kiedy kończą się im pieniądze, żeby jakoś przeżyć, sprzedają to, co ze sobą zabrali. Często są to eleganckie stroje, wspomnienie życia, które im odebrano. Ale kupców nie ma, a ci, którzy się trafiają, wykorzystują okazję. Bezbronni, sponiewierani, odarci z godności uciekinierzy są łatwym łupem dla cwaniaków, którzy mają nad nimi przewagę. Wezmą elegancką koszulę, a zamiast pieniędzy rzucą jakiś nic niewarty ochłap. Na głównym placu miasteczka, gdzie przed wojną odbywał się targ, teraz aż tłoczno od udręczonych nieszczęśników. Lubko, który pamięta to miejsce sprzed wojny, przygląda się zmianom.

Bo wojna zmieniła wszystko. Nawet w tej wiosce na krańcu świata. Stacjonują tu Niemcy, ale nie oni są najgorsi. Z nimi można się jakoś ułożyć. Złowioną w rzece rybę da się wymienić na prawdziwą kawę albo na mydło. W jednym z domów ukrywa się kilkuosobowy oddział partyzantów, którzy nie bardzo wiedzą, co mają robić. Z braku lepszego zajęcia obserwują nieoczekiwane ruchy niemieckich wojsk ciągnących ku granicy. Po co? Nie mają pojęcia. Za to czytelnik doskonale wie, to przecież czerwiec 1941 roku.

Atmosfera jest duszna nie tylko dlatego, że panują upały. Trzeba być czujnym, w każdej chwili grozi niebezpieczeństwo. Każdy się kogoś boi. Partyzanci Niemców, miejscowi partyzantów, żydowskie rodzeństwo, które uciekło z warszawskiego getta, wszystkich. Dlatego wszyscy oni kryją się - po stodołach, chatach, lasach, w bujnych trawach i przydrożnych krzakach. Przemykają pod osłoną nocy, starają się być niewidzialni. To jak gra w chowanego, tyle, że ten, kogo złapią, może stracić życie. Bo jest Żydem, bo ma pieniądze od ludzi, których przemyca na drugi brzeg, bo zostanie uznany za szpiega, bo ukrywa partyzantów, bo jest partyzantem. Ludzka zbieranina, którą Historia rzuciła na ten koniec świata. Przed wojną raczej by się nie spotkali. To jak prorocza zapowiedź nowego. 

Nikomu nie można ufać. Nawet tym, których się niby zna. Z tych porządnych nagle wychodzi bestia, a samozwańczy watażka, który dotąd wydawał się bezwzględny, nieoczekiwanie pokaże inną twarz. Pewnych granic nie przekroczy. Tylko miejscowi potrafią dostosować się do sytuacji. Ze stoickim spokojem przyjmują to, co im los przynosi. Może dlatego, że już nie raz ich przeczołgał? 

Poczucie klaustrofobii, ciemność, okrucieństwo, strach zostają jednak przełamane. W jaki sposób? Pięknymi, zmysłowymi obrazami przyrody - Stasiuk opisuje okolicę tak, jak tylko on potrafi. Są jeszcze marzenia, w które uciekają bohaterowie. Warszawskie rodzeństwo karmi się iluzją ucieczki do Birobidżanu, żydowskiego autonomicznego okręgu nad chińską granicą. Młody partyzant wierzy, że gdyby tylko znalazł się w swojej wiosce, na pewno mógłby im pomóc. Gdy wypowie jej nazwę, czytelnikowi ścierpnie skóra. On jednak nie może jeszcze wiedzieć, że ta nazwa na zawsze czarnymi literami zapisze się w historii. Podobnie jak żydowskie rodzeństwo nie wie, że na drugim brzegu za chwilę też zacznie się koszmar. Tak tu się wszystko miesza. Ratunkiem jest też bliskość, której szukają bohaterowie. Także seks. A w końcu przynajmniej niektórzy są po prostu dobrymi ludźmi. Dlatego czytelnik może różnie wyobrażać sobie dalszy ciąg tej historii. Ja chciałabym wierzyć, że skończy się pomyślnie. Jest przecież promyk nadziei.

Stasiuk, który w jednym z wywiadów powiedział, że nie lubi pisać powieści,  nie byłby sobą, gdyby nie wszedł na ulubione tory. Bo w jego książce przeplata się historia wojenna ze współczesną. Tak współczesną, że mamy nawet echa lockdownu. I właśnie dzięki temu wątkowi może oddać się swojej  prozie podróżnej. Nieoczekiwanie pojawia się pierwszoosobowy narrator, człowiek w drodze. Snuje się przez prowincjonalną Polskę, szuka samotności. Stopniowo dowiadujemy się o nim coraz więcej. Oba wątki splatają się ze sobą. Jak? Nie zdradzę.

Bardzo dobra, mocna powieść, która nie daje o sobie zapomnieć.  

"Dzika grusza"

Od dawna czekałam na najnowszy film tureckiego reżysera Nuriego Bilge Ceylana, jednego z tych, których filmy oglądam zawsze. Kto zachwycił się jego poprzednimi obrazami, zwłaszcza "Pewnego razu w Anatolii" i "Zimowym snem", ten na pewno tak jak ja w ciemno wybierze się do kina na "Dziką gruszę". A pozostali? No cóż dla nich ten film będzie wielkim wyzwaniem - ponad trzy godziny snucia się i gadania, jak powiedzą złośliwi. A jeszcze bardziej złośliwi dodadzą, że gadania o niczym. Do tego mieszanie realizmu ze scenami onirycznymi też może zdezorientować i zirytować niejednego widza. Nie mam złudzeń - na seansie, na który poszłam, było kilka osób, a dwie wyszły godzinę przed końcem. No nie jest to kino dla każdego. Ja należę do tych, którym "Dzika grusza" bardzo się podobała, a uczciwie przyznam, że głosy recenzentów są różne - od zachwytów do rozczarowania. Najwyżej w dorobku tureckiego reżysera cenię "Pewnego razu w Anatolii", który chcę zobaczyć jeszcze raz - nagrany czeka na spokojny moment - a "Dziką gruszę" stawiam na drugim miejscu razem z "Zimowym snem".


Głównym bohaterem filmu jest Sinan, który właśnie ukończył studia nauczycielskie i wraca z miasta, gdzie studiował, do swojej znacznie mniejszej miejscowości. Nie bardzo wie, co ma z sobą zrobić. Najchętniej uciekłby z prowincji, ale na razie jest w zawieszeniu. Czeka na egzamin, który pozwoli mu wykonywać zawód nauczyciela. Od tego, jak go zda, zależy, gdzie będzie uczył. Czy zostanie zesłany na wschód, czy dostanie pracę w bardziej cywilizowanym i bezpiecznym miejscu. Jeśli się nie powiedzie, może pójdzie do wojska albo zatrudni się w policji, gdzie dobrze płacą? Ale naprawdę ma inne marzenie - napisał książkę, którą bardzo chciałby wydać i w różny sposób szuka na to pieniędzy. Póki co zawieszony pomiędzy codziennością a marzeniami snuje się, gada i dużo czyta. Od czasu do czasu jedzie z ojcem, albo sam, na wieś, gdzie mieszkają jego dziadkowie i gdzie jego ojciec chciałby osiąść na emeryturze.

O czym są te rozmowy, które toczy Sinan z rodzicami, dziadkami, koleżanką ze szkoły, z kolegami, ze znanym pisarzem, którego spotka w księgarni, z potencjalnymi sponsorami jego książki? O sprawach błahych i ważnych. W żadnym razie nie nazwałabym ich rozmowami o niczym. O planach na przyszłość, o twórczości, o religii, o wyborach, jakich dokonali rodzice, o tym, co w życiu ważne. Trzeba ich po prostu wysłuchać, streścić nie sposób, no i przecież nie o to chodzi.


Bardzo istotną postacią jest ojciec Sinana, nauczyciel zbliżający się do emerytury, który przez swoją beztroskę wpędził rodzinę w niezłe tarapaty. To dziwak i oryginał, uparty i dość nieodpowiedzialny, ale prawie zawsze z uśmiechem na ustach. Takie podejście do życia budzi irytację, ale jednocześnie trudno dziwić się żonie, która kiedyś się nim zachwyciła i wyszła za niego za mąż, mimo że rodzina patrzyła na takiego kandydata krzywo.  Wielką zaletą filmu Ceylana jest właśnie niejednoznaczność tego bohatera. Rodzinna legenda głosi, że wszystko dlatego, bo gdy był niemowlęciem oblazły go mrówki i chociaż na szczęście nie zrobiły mu krzywdy, to długo jeszcze wychodziły z jego uszu i nosa. 

Sinan lokuje się w opozycji do ojca, irytują go jego decyzje, wybory, postępowanie, wydaje mu się, że jest inny, lepszy, ale czy rzeczywiście? Czy marzenie o zostaniu pisarzem można postawić wyżej niż marzenie o zamieszkaniu na wsi i hodowaniu owiec? Czy sposób, w jaki zdobył pieniądze na wydanie książki, nie sprawia, że w gruncie rzeczy jest do swojego ojca bardzo podobny? A może nawet gorszy? I ile warta jest taka książka? Wydać to jedno, a odnieść sukces to drugie. A jednak ostatnia ważna rozmowa tego filmu, ojca z synem, jest budująca i niesie ukojenie. 


Mimo całej melancholii, mimo nawiązań do Czechowa, jakich doszukują się krytycy - marzenie o ucieczce z prowincji - nie ma w "Dzikiej gruszy" beznadziei i marazmu ani rozpaczy za straconymi szansami i utraconymi złudzeniami jak w "Zimowym śnie". Może dlatego, że wieś, do której ciągną Sinan i jego ojciec, pokazywana jest pięknie niezależnie od zmieniających się pór roku. Nawet miasteczko, gdzie mieszkają, mimo oczywistej szpetoty, ma w sobie coś sympatycznego. Ale przede wszystkim dlatego, że bohaterami "Dzikiej gruszy" są outsiderzy, którzy szukają swojej drogi i potrafią dostrzec wartość w sprawach drobnych, codziennych, a porażki ich nie załamują. Przeciwnie, są impulsem do dalszych poszukiwań. Na pewno taki jest ojciec. Czy Sinan, jak się wydaje, podąży jego drogą, czy może będzie jednak szukał nieosiągalnego, tego oczywiście nie możemy być pewni.

Paweł Smoleński "Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie"

Książkę Pawła Smoleńskiego "Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie" (Czarne 2016) musiałam przeczytać. Nie tylko dlatego, że temat bardzo gorący. Po prostu mam dużo współczucia dla jednego z liczniejszych narodów, niektórzy twierdzą, że najliczniejszego, który nie ma swojego państwa. Odkąd bardziej świadomie zaczęłam interesować się światem, odkąd dowiedziałam się, że Kurdowie żyją w czterech krajach - w Syrii, Turcji, Iranie i Iraku, a w żadnym z nich nie są mile widziani, jakoś stale mam ich w swojej pamięci. Tytuł najnowszego reportażu Pawła Smoleńskiego jest nieco mylący. Owszem, to książka o Kurdach, ale w zasadzie tylko o tych, którzy żyją w Iraku. Trochę szkoda, ale rozumiem, że  tak szeroki i różnorodny temat wymagałby osobnych wypraw i studiów. A reportaż Smoleńskiego to, tak przypuszczam, pokłosie jego zainteresowań Irakiem. Wszak jest on autorem książki pod tytułem "Irak. Piekło w raju". Chociaż jestem wierną czytelniczką Smoleńskiego, tej akurat nie znam.

"Zielone migdały" to zapis kilku podróży do irackiego Kurdystanu. Ostatnią odbył w roku 2012. Jest więc ta książka próbą uchwycenia chyba najszczęśliwszego momentu w dziejach irackich Kurdów. Momentu, kiedy formalnie nie mając państwa, w praktyce je mają. I to jakie. Kiedy Irak po obaleniu Saddama stopniowo pogrążał się w chaosie, Kurdowie wykorzystali swoją szansę i w ramach uzyskanej autonomii stworzyli państwo w państwie. Raj w piekle. O paradoksie! To tutaj osiedlają się (a może to już czas przeszły?) uchodźcy z Bagdadu czy innych irackich miast. Arabska inteligencja. Oczywiście marzenia Kurdów sięgają dalej - pragną niepodległości. Smoleński przygląda się temu fenomenowi. Niestety nad tą optymistyczną wizją unosi się cień. Kurdowie po raz kolejny muszą bronić swojego kraju. Kto interesuje się światem, ten wie, że robią to niezwykle skutecznie. Mają przecież wprawę.

Bo historia Kurdów to pasmo nieszczęść, cierpienia, walki o niezależność i zdrad światowych mocarstw. W powszechnej pamięci chyba najlepiej zachowała się tragedia z roku 1988. To wtedy Saddam Husajn, który Kurdów nienawidził, pozwolił użyć przeciwko nim gazów musztardowych i innych. Być może, czytelniku tej notki, wiesz, kim był Chemiczny Ali. Symbolem tej tragedii jest miasteczko Halabdża, gdzie w wyniku użycia gazu musztardowego zginęło w męczarniach pięć tysięcy mieszkańców. Ale Halabdża ani nie była jedyna, ani nie stanowiła pojedynczego incydentu. Operacja przeciwko Kurdom zwana Al-Anfal trwała kilka miesięcy. To zaplanowane i metodycznie wykonywane ludobójstwo. Wysiedlenia, selekcje, obozy, masowe mordy były na porządku dziennym. Mordowano mężczyzn, chłopców, starców, ale nie oszczędzano kobiet i dzieci. Niszczono wsie, uprawy, sady, zwierzęta, betonowano studnie i źródła. Kto dziś wzdycha do czasów Saddama, za którego Irak był państwem stabilnym, niech pomyśli o zagładzie Kurdów. A przecież to nie jedyne jego zbrodnie. Smoleński pisze o tych zdarzeniach bardzo emocjonalnie, nie oszczędza czytelnika. Zbrodnie nazywa po imieniu i opisując je, nie waha się przed okrutnymi szczegółami. Nie chodzi przecież o epatowanie makabrą, ale o to, aby wiedzieć i pamiętać. To chyba jedno z najdrastyczniejszych świadectw masowych mordów, jakie czytałam. Chociaż czy rzeczywiście? Ileż to razy wydawało mi się, że nic straszniejszego nie czytałam? Stalinowska Rosja i Rumunia, Holokaust, wojny, rzeź Ormian, Rwanda, Meksyk, Sahara Zachodnia, Syria. To tylko kilka ciemnych plam w historii, o jakich przypomniałam sobie bez specjalnego wysiłku.

Operacja Al-Anfal to ani pierwsza, ani ostatnia  kurdyjska tragedia. Potem był jeszcze Marsz Śmierci, a kiedy wreszcie Kurdowie w ramach autonomii mogli tworzyć własne państwo, kiedy wreszcie po latach partyzanckich walk peszmergowie mogli  zejść z gór i zamienić karabiny na biurka w urzędach, zafundowali sobie wojnę domową, o czym dziś mówią ze wstydem. Ale żeby pamiętać, żeby podobnych błędów nie popełnić w przyszłości, próbują się z niej rozliczyć i uczą o tym wstydliwym epizodzie w szkołach.

Druga część książki Smoleńskiego to opowieść o budowaniu państwa. O blaskach i cieniach tego procesu. O miłości Kurdów do swojego kraju, której najlepszym dowodem są ich masowe powroty. Wracają ludzie, którzy w Europie, Stanach czy Kanadzie osiągnęli stabilizację i nierzadko sukces. Mimo wszystko nie wyobrażali sobie, jak mogliby nie wrócić. I wreszcie jet to opowieść o marzeniu, aby w tym niestabilnym i niebezpiecznym rejonie świata stworzyć kraj na wzór Izraela, czyli taki paraeuropejski przyczółek na Bliskim Wschodzie.

Warto sięgnąć po "Zielone migdały". Wszak Kurdowie to dziś znowu bardzo gorący temat.

"Birdman"

W wypadku "Birdmana" nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia, co się o nim mówi i pisze. Nieważne ile dostał nominacji do Oskarów i ile Złotych Globów zdobył. Nawet gdyby milczano o tym filmie jak grób, ja i tak bym na niego poszła, bo Alejandro Inarritu to jeden z tych reżyserów, na których zawsze chodzę. Szczególnie cenię filmy, do których scenariusz pisał Guillermo Arriaga. "21 gramów" (najlepszy), "Babel", "Amores perros". Niestety panowie rozstali się jakiś czas temu i pracują osobno. Arriaga pozostał wierny charakterystycznemu dla siebie sposobowi opowiadania, równoległe wątki i zaburzona chronologia, a Inarritu kręci po swojemu. Może szkoda? Bo muszę wyznać szczerze, że "Birdman", chociaż znakomicie zrobiony, zabawny, olśniewający filmowymi fajerwerkami, przytłaczający, skrzący się plejadą wyrazistych, nieco mrocznych, nieco dziwnych bohaterów, rozegrany w szybkim, nerwowym tempie, świetnie zagrany nie ma dla mnie takiej wagi jak wymienione przed chwilą filmy. Historia aktora, dawnej gwiazdy kina komercyjnego, który chce zaistnieć w teatrze i zdobyć prawdziwą, poważną sławę, bawi mnie, ale nie porusza. W warstwie treściowej wydaje mi się dość banalna. Być może jednak jestem odosobniona w swoich odczuciach, bo zewsząd słyszę zachwyty, jaka to głęboka opowieść o życiu. Jakby nie było, warto się na "Birdmana" wybrać choćby dla roboty filmowej dużej klasy. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy, aby skonfrontować się z moimi uwagami. Zapraszam.

"Birdman" wciąga i zagarnia, pochłania całkowicie. To zasługa wykreowanej atmosfery. Przytłaczającej, klaustrofobicznej, nerwowej. Inarritu zamknął swoich bohaterów w teatrze. Ciasne, zabałaganione garderoby, mroczne magazyny, wąskie, kręte korytarze, jakieś ciemne przejścia, zakamarki, kulisy i wreszcie sama scena pokazywana najczęściej tak, że nie widać widowni. Po tych wnętrzach snują się aktorzy, nerwowo przemierzają teatralne przestrzenie. Kamera jest zawsze blisko, podąża za nimi. Nawet kiedy na chwilę opuszczają budynek teatru, wcale nie jest lepiej. Broadway też przytłacza. Pokazywany jest albo nocą, a jeśli w dzień, to w taki sposób, że ulica przypomina kamienny kanion. Stąd wrażenie osaczenia, zamknięcia. Ten świat jest sztuczny. Albo światła reklam i neonów, albo cień rzucany przez wieżowce, albo teatralny półmrok. Nawet baru, do którego zachodzą bohaterowie, nie oświetla naturalne światło, tylko lampy. To jakaś mroczna nora, co z tego, że elegancka. A w środku, niczym zombi, siedzą goście nad szklankami alkoholu. Czy teatr to jakiś rodzaj niewoli? Przymusu? W pogoni za sławą? Oddech przynoszą sceny, kiedy Riggan wzbija się w powietrze niczym bohater filmów, które przyniosły mu sławę, albo inne, kiedy patrzy na Manhattan z góry. To wtedy pojawiają się przestrzeń i światło.

Czy lot jest tu symbolem wolności, czy odwrotnie, zniewolenia rolą, od której próbuje uciec? A może jednym i drugim? Może sława i pieniądze, które zdobył dzięki roli Birdmana, dały mu wolność, ale równocześnie czegoś pozbawiły? Riggman rozlicza się ze swoim życiem. Zaniedbał córkę, która miała problemy z narkotykami, rozpadło się jego małżeństwo, teraz też nie jest lepiej. Aktualna partnerka oskarża go o to, że zajmuje się tylko sobą. Riggman za wszelką cenę próbuje zyskać teatralną sławę. Postawił wszystko na jedną kartę, ale stale coś mu przeszkadza. A to marny aktor, zastępujący go Mike jest znowu za dobry i może mu ukraść cały spektakl, a to rozmaite wypadki, to znów fochy scenicznych partnerów. Przygotowania do premiery stają się coraz bardziej nerwowe. Tworzy się zaklęty krąg niemożności, z którego nie ma wyjścia. Każdego z trzech przedpremierowych wieczorów wydarza się coś, co drażni lub uniemożliwia doprowadzenie spektaklu do końca. Jakby nie dało się dobiec do celu. Riggman nie może uwolnić się od sławy Birdmana. Stale ktoś rozpoznaje w nim człowieka-ptaka, którego grał. Popularność przynoszą mu umieszczone w internecie fotki pokazujące, jak w samych majtkach biegnie do teatru, a w końcu wypadek na premierze. Odstrzelony nos przepustką do sławy. Nieważne co piszą, ważne, żeby pisali. Wszystko jest jakimś koszmarem. Riggman jest zniszczony, łysiejący, pomarszczony, zmęczony, ma dość. Jakby tego było mało, co jakiś czas prześladuje go wielkie ptaszysko, ekranowy Birdman. Przemawia grubym, skrzekliwym głosem, pojawia się za plecami. Czy to tylko filmowa metafora, czy po prostu objaw szaleństwa? Szaleństwo, rozumiane nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, dotyka też innych. Egotyczni, nieszczęśliwi, pogubieni, stale coś udają, grają. Nie wiadomo, co jest prawdą, a co kłamstwem. Tylko na scenie, chociaż wszystko jest tam nieprawdziwe, mogą wszystko. Pozateatralna rzeczywistość odbiera im siłę. Jakby nie umieli się zmierzyć z prawdziwym życiem. Przegrane życie albo dezercja? Czy nie ma innej alternatywy?

PS. Niby sporo napisałam, snując pofilmowe refleksje, ale nie są to wrażenia płynące z bebechów, spowodowane poruszeniem, raczej wyrozumowane na chłodno.

"Bogowie"

Wybór w tym tygodniu był oczywisty. "Bogowie" Łukasza Palkowskiego z nagrodzoną rolą Tomasza Kota. Film, który rozbił bank z nagrodami na festiwalu w Gdyni. Nie ukrywam, że duch przekory kazał mi podchodzić do "Bogów" z lekkim dystansem, szczególnie, kiedy pojawiły się głosy, że takiego obrazu nie powstydziliby się Amerykanie. Zaczęłam się obawiać, że może zobaczę film, jakiego nie znoszę. Po amerykańsku gładki i ładny, upraszczający rzeczywistość, z optymistycznym przesłaniem i morałem na końcu. Posypuję głowę popiołem. Tak, to kino popularne, ale rzeczywiście perfekcyjnie zrobione. Każda scena jest tu ważna. A zamiast gładkości i ładności dostajemy świetnie odtworzoną szarość i siermięgę PRL-u. Owszem, film krzepi, ale trudno, aby nie krzepiła historia lekarza, który wbrew rozsądkowi, mimo kłód rzucanych pod nogi dokonał w tamtych czasach i w tamtym miejscu czegoś niewyobrażalnego. A Religa w wykonaniu Tomasza Kota to postać pełnokrwista, o niełatwym charakterze i niewolna od przywar. Pewnie, że jej niejednoznaczność jest przykrojona na miarę filmu popularnego, a nie dramatu, ale na szczęście twórcy uniknęli większych uproszczeń. Chociaż od początku znamy finał tej historii, wszak oparta jest na faktach, to film trzyma w napięciu. Sporo tu też lekkości i humoru. Pewnie tym razem nie muszę zachęcać do wizyty w kinie, a ci, którzy już "Bogów" widzieli, mogą czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Wartość tego filmu polega na tym, że coś, co dotąd było tylko hasłem, oczywistością, której nie poświęcaliśmy uwagi, nagle zyskuje życie. Transplantacje serca to dziś niemal rutynowy zabieg, tym bardziej wszczepianie bajpasów, sztucznych zastawek i inne tego typu operacje. Wiemy, że to zasługa Religi. Ale nie zastanawiamy się, jak tego dokonał. Ot pstryk i stworzył klinikę kardiochirurgii w Zabrzu. Tak nam się przynajmniej wydawało. "Bogowie" pokazują, ile trudu to wymagało, z jaką niechęcią musiał się zmierzyć i ile samozaparcia i pewności siebie musiał mieć, aby osiągnąć sukces. Uświadamiają też, w jakich powijakach była wówczas w Polsce ta dziedzina medycyny. Pionierzy z Zabrza musieli zaczynać praktycznie od zera. Nie tylko budować szpital, walczyć o pieniądze, ale przede wszystkim tworzyć procedury związane z przeszczepem, zaczątki rejestru dawców. Wszystko było nowe i wszystko było problemem. Zwołanie komisji, która stwierdzi śmierć mózgu, szybki transport, przekonywanie rodziny dawcy i biorcy (kapitalna scena rozmowy z żoną pacjenta zagraną przez Sonię Bohosiewicz), a przede wszystkim jego szukanie. Kiedy ogląda się film, ma się wrażenie, że to, czego podjął się Religa w tamtej rzeczywistości, to czyste szaleństwo, dezynwoltura, że to nie miało prawa się powieść. A jednak to historia prawdziwa. Historia sukcesu.

Film zaczyna się od przypomnienia faktu w powszechnej świadomości nieistniejącego, że pierwszego przeszczepu serca w Polsce dokonał profesor Moll w roku 1969, w dwa lata po pierwszej takiej operacji na świecie. Pacjent zmarł, a lekarza oskarżano o nieodpowiedzialne medyczne eksperymenty. Rozpętało się piekło i nagonka, także medialna, oczywiście na skalę tamtych czasów. Kiedy Religa marzy o transplantacjach, zdając sobie sprawę, że to jedyny ratunek dla niektórych pacjentów, tamto niepowodzenie wciąż jest żywe nie tylko w świecie lekarskim. Umiejętnie podgrzane, kiedy nie powiodły się  trzy pierwsze próby, zostaje wykorzystane przeciwko Relidze i jego zespołowi. Muszą zmierzyć się z mediami, niechęcią części środowiska, prokuraturą i własnym sumieniem. Nic dziwnego, że Religa zaczyna wątpić i chce zaprzestać prób. Chociaż lekarze oskarżani są przez niektórych kolegów o to, że stawiają się w roli Boga, to oni doskonale wiedzą, że Bogami nie są. Niepowodzenia uświadamiają im to w sposób bolesny. Jeśli przez moment mieli nadzieję, że Boga mogą zastąpić, szybko przekonują się, że są tylko ludźmi. Nie wszystko od nich zależy. Tak chciał Bóg, powie mama Ewy, która zmarła na stole operacyjnym (cytat z pamięci). Dopiero cierpliwość i pokora okazują się drogą do sukcesu.

Religa pokazany jest w filmie jako człowiek z wizją. Nieważny jest sukces, ale pomoc pacjentom i pragnienie, aby polska kardiochirurgia nie odstawała od światowej. Ambicja i marzenie pchają go do działania. Nie znosi biurokracji, jest gotów na pakt z diabłem (tym diabłem jest tu partia), byle zdobyć pieniądze na klinikę. Otacza się podobnymi jak on entuzjastami i chociaż potrafi być gwałtowny, zwolnić bez zastanowienia, to równie szybko gniew mu przechodzi i umie się przyznać do błędu. Ileż razy wyrzuca swoich współpracowników, aby potem chyłkiem, bez zbędnych ceregieli przyjąć ich z powrotem (podobna scena powtórzona chyba trzykrotnie wygląda niemal jak kabaretowy skecz). Nie waha się podejmować trudnych i ryzykownych decyzji, które czasem ocierają się o szaleństwo. Nie jest jednak wolny od słabości. Przechodzi chwile załamania i zwątpienia, a topi je w alkoholu. Potrafi być obcesowy, niegrzeczny, ćmi jak smok i jeździ jak wariat, ryzykując życie. Film pokazuje też, jaką cenę płaci w życiu osobistym. Realizacja jego ambicji odbywa się kosztem żony. Pewnie ktoś tak oddany pracy nie powinien zakładać rodziny.

Ale nie tylko Religa jest w "Bogach" pełnokrwistą postacią. Także jego asystenci. Spokojny i rozważny Bochenek, skoncentrowany tylko na pracy, ambitny i też niebojący się ryzyka Zembala czy inni lekarze. Niestety najbardziej po macoszemu zostały potraktowane kobiety. Pielęgniarki stanowiące przecież ważną część zespołu są tu tłem, tylko trochę więcej do zagrania miała Magdalena Czerwińska, filmowa żona Religi. Film pokazuje zespół zabrzańskiej kliniki jako wspólnotę, drużynę połączoną jedną ideą. Religa jest liderem, ale swoich podwładnych traktuje po partnersku, a oni gotowi są kryć go i pomagać mu, a kiedy trzeba, nadstawić karku. Nic nie osiągnąłby w pojedynkę.

Jeszcze jedną zaletą filmu jest uświadomienie, czym okupiony jest postęp w medycynie i jakiego hartu ducha wymaga trwanie przy swoim. Takie dyskusje i wątpliwości, jakich świadkami jesteśmy na ekranie, dziś toczą się przy okazji wdrażania innych medycznych procedur. Zatem wszystko już było. 

Oczywiście należy pamiętać, że "Bogowie" to kino popularne, co niesie pewne konsekwencje. To dlatego pewnie dylematy moralne są wprawdzie obecne, ale nie wybrzmiewają dostatecznie mocno. Nie one są tu najważniejsze. Stąd też humor i łagodzenie wszelkich kantów. Czy stosunki w zespole Religi były rzeczywiście tak sielankowe, jak pokazuje to film? Czy naprawdę obyło się bez łez a zwalniani pracownicy traktowali jego decyzję z przymrużeniem oka, jak humory szefa, które szybko miną? Nie wiem.

"Co jest grane, Davis?"

Nareszcie amerykański film, który nie tylko mnie usatysfakcjonował, ale i pozwolił przejąć się losem bohatera, tytułowego Davisa. Nic dziwnego, wszak jego autorami są niezawodni bracia Coenowie. Nie będę udawać, że śledzę ich twórczość dokładnie, mam luki, nie wszystko widziałam, ale od jakiegoś czasu raczej nie opuszczam ich filmów. "Co jest grane, Davis?" przypomina "Poważnego człowieka". Nie jest ani tak absurdalny i śmieszny jak "Tajne przez poufne", ani tak bezwzględny w opisie świata jak "Fargo" czy "To nie jest kraj dla starych ludzi". To opowieść o codzienności, która przygniata. Kogo? Tytułowego Davisa usiłującego spełnić się w roli folkowego muzyka. Oczywiście opowiedziana w charakterystycznym dla Coenów stylu, dlatego znajdziemy tu groteskę, ironię, absurd. Film bywa śmieszny, ale dominują smutek i melancholia. Tyle we wstępie. A jeśli ktoś opowieść o Davisie już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Czy historię o pechowcu Davisie należy brać na serio? Czy mam prawo przejmować się jego losem? Oceniać postępowanie? Może to tylko bajka i zabawa? Takie pytania zadawałam sobie, oglądając najnowszy film Coenów. Sposób filmowania sprawia, że świat zatrzymany w kadrze przypominał mi ilustracje starych książek dla dzieci. Ładny, nieco tajemniczy i dziwny. Aż roi się od groteskowych, przerysowanych postaci. Tacy są Gorfeinowie (to, ci, którym zgubił kota), tacy są ich goście, taki jest agent Davisa i jego sekretarka. Typy jakby żywcem wyjęte z jakiegoś panoptikum! Za tym idą oczywiście absurdalne sytuacje czy zabawne dialogi. To wszystko sprawia, że widz może poczuć się zdezorientowany, bo filmowa opowieść o Davisie została wzięta w nawias. Ale nie dajmy się zwieść. Czy Woodego Allena nie traktujemy poważnie? A przecież kręci śmieszne filmy. Podobnie jest z Coenami. Dlatego poświęcę trochę uwagi głównemu bohaterowi.

Przyznam, że historia Davisa przejmuje mnie ogromnym smutkiem. Oczywiście rację będą mieli ci, którzy powiedzą, że sam ściągnął sobie na głowę przynajmniej część kłopotów. Jest roztargniony (dlatego ucieka mu kot), bałaganiarski (tak traci licencję marynarza), myśli tylko o tym, co teraz (tak pozbawia się tantiem z piosenki, która nieoczekiwanie staje się przebojem). Zgodzę się też z tymi, którzy powiedzą, że jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem. Romansuje z żoną przyjaciela. Jego związki z kobietami mają charakter przelotny. Nie chce wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Bywa też obcesowy i niemiły, potrafi ludzi traktować z góry. Na to wszystko zgoda. Ale już raczej nie przyklasnę tym, którzy twierdzą, że wszystkich wykorzystuje. To prawda, że sypia u znajomych, korzystając z ich gościnności albo na siłę się do nich wpraszając. Robi tak jednak dlatego, że dramatycznie brakuje mu pieniędzy. Davis jest folkowym muzykiem. Marzy o śpiewaniu, występach, nie chce się sprzedać, mierzi go uporządkowane, zwyczajne życie. Oczywiście można powiedzieć, trudno, chłopie, skoro nie muzyka nie przynosi ci pieniędzy, weź się do jakiejś roboty, weź odpowiedzialność za swoje życie. Jest jednak coś poruszającego w determinacji, z jaką stale próbuje utrzymać się na powierzchni. Wzrusza nadzieja, z jaką za każdym razem podchodzi do występu w podrzędnym klubie, gdzie może wystąpić niemal każdy.

Kiedy patrzyłam na boksowanie się Davisa z codziennością, przypominałam sobie takie dni, kiedy nic się nie udaje, tylko pech człowieka prześladuje. Problem w tym, że w jego przypadku to nie dzień, ale życie. Stara się, ciągle gdzieś gna, próbuje coś załatwić, a na koniec i tak jest w punkcie wyjścia. Znowu ten sam klub, znowu ta sama kanapa u Gofreinów. A po drodze nieudana wyprawa do Chicago, zgubiony kot, bijatyka. Nawet nie ma płaszcza, tylko kuli się z zimna w marynarce. Ale to, co w historii Davisa najsmutniejsze i najważniejsze, jest zaledwie delikatnie zaznaczone, półsłówkami, gestem, spojrzeniem. Ból po stracie przyjaciela, który kładzie się cieniem na jego życiu. Stracone złudzenia, bo nieoczekiwanie okazuje się, że Jean przespała się także z właścicielem klubu. Niewykorzystane okazje, bo brakuje odwagi albo wiary, że coś się jeszcze da naprawić. Ból istnienia. Jak długo jeszcze będzie próbował? Czy w końcu szczęście się do niego uśmiechnie? Czy podzieli los tych wszystkich, a nie jest ich wcale mało, którym nigdy się nie uda? Jest w historii pechowego Davisa prawda o życiu. I nieważne, czy marzysz, aby zostać artystą, czy twoje pragnienia są bardziej przyziemne. To film o tych, którzy tłuką głowa w mur. Dlatego taki smutny.


"Whisky dla aniołów". Ken Loach zaskakuje!

Muszę przyznać, że Ken Loach mnie zaskoczył. Widziałam tylko jeden jego film: znakomity, wstrząsający "Wiatr buszujący w jęczmieniu", opowieść o irlandzkich bojownikach walczących w latach 20-tych zeszłego wieku o niepodległość swojego kraju. Wiem, że jest przedstawicielem kina społecznie zaangażowanego, znane są też jego lewicowe poglądy. Najnowszy obraz Loacha "Whisky dla aniołów" dystrybutorzy reklamują jako komedię, ale tego, co zobaczyłam, naprawdę się nie spodziewałam, a często podkreślam, że uwielbiam być w kinie zaskakiwana. Nie ma nic gorszego niż przewidywalność. Co mnie tak zdumiało? Konwencja. Jaka? Nie zdradzę, aby nie odbierać przyjemności tym, którzy filmu nie widzieli, a chcieliby się wybrać, do czego gorąco namawiam. Jednak ta lekka, zabawna (ale uwaga: wywołująca uśmiech, nie rechot), pogodna opowieść o czwórce bezrobotnych Szkotów, którzy weszli w kolizję z prawem i zostali skazani na ileś godzin prac społecznych, kryje w sobie całkiem poważną treść. Ale o tym jak zwykle w drugiej części. Kto film już widział, niech czyta.

Zaczyna się śmiesznie od sceny na dworcu kolejowym. Potem jest już znacznie poważniej: jesteśmy na sali sądowej, przez ekran przewija się kilkanaście młodych osób. Każda popełniła jakieś drobne przestępstwo lub wykroczenie, większość z nich zostanie skazana na prace społeczne. Dla widza, tak jak dla sądu, są anonimową masą. Codziennie sędziowie muszą wydać wyrok w kilku (?), kilkunastu (?) podobnych rutynowych sprawach. Ale przecież każdy oskarżony ma jakąś swoją historię, z jakiegoś powodu trafił przed oblicze temidy. Dlaczego dokonują drobnych kradzieży, rozbojów, wdają się w bójki? Bo pochodzą z ubogich dzielnic, nie mają pracy i perspektyw, ciągną się za nimi jakieś porachunki, swoje frustracje wyładowują w bezmyślnej agresji. Film Loacha jest właśnie o nich.

Taki jest Robbie, młody chłopak, który spędził jakiś czas w więzieniu, bo solidnie poturbował nieznanego sobie przypadkowego chłopaka. Urażona ambicja, chwila bezmyślnej złości zamienionej w agresję, a konsekwencje ogromne. Dwa złamane życiorysy: chłopak stracił oko, ma trudności z nauką, nie pójdzie na wymarzone studia, Robbie ma zszarganą kartotekę i opinię, więzienny epizod za sobą i godziny prac społecznych do odpracowania. Ale bardzo chce się zmienić, bo ma też dziewczynę, która wkrótce urodzi ich dziecko. Nie jest to jednak takie proste, bo cały świat jest przeciwko niemu. Nie ma pracy, ponieważ jego kryminalna przeszłość i blizna na twarzy odstraszają potencjalnych pracodawców. Rodzina Leonie nie chce o nim słyszeć, bo pochodzi z innej sfery i jakby tego było mało, zrobił sobie z jej ojca pośmiewisko. Dla nich jest nikim. No i jeszcze ciągnie się za nim jakiś konflikt z przeszłości. Dumny Robbie nie potrafi, albo nie może, odpuścić i prowokowany przez swojego wroga odpowiada agresją. Jest na najlepszej drodze, aby znowu skończyć w więzieniu. Wierzą w niego tylko dwie osoby: jego dziewczyna, Leonie, i Harry, nadzorujący prace społeczne. Cóż oni jednak mogą? Harry jest bezsilny, nie potrafi go obronić przed wujami dziewczyny, nie zapewni mu pracy, może tylko apelować, aby dla dobra swojego synka nie mścił się, bo to prosta droga do więzienia. Ale daje mu coś znacznie ważniejszego: uwagę, zainteresowanie, sympatię, traktuje go jak człowieka, a nie wyrzutka społecznego. No i nieoczekiwanie zaraża go swoją pasją: whisky. Podobnie podchodzi do innych skazanych na prace społeczne. A Leonie? Chce być z nim wbrew rodzinie, ale stawia twarde warunki: musi się zmienić, zerwać z przeszłością. Nie wiadomo, jakby potoczyły się losy bohaterów, gdyby Ken Loach nakręcił poważny film społeczny. Ale "Whisky dla aniołów" to komedia, spodziewamy się więc, że wszystko zakończy się dobrze. Nie przypuszczałam jednak, w jaką stronę film zmierza. Kiedy Robbie i jego przyjaciele zdecydowali się ukraść najdroższą whisky świata, byłam kompletnie zaskoczona. Dalej wszystko toczy się zgodnie z konwencją. Wiadomo, że powinno się udać, wiadomo, że po drodze czekają na nich jakieś przeszkody. Gdzieś jednak tliła się iskierka niepewności, która mile budowała napięcie. W końcu Ken Loach mógł dokonać kolejnej wolty i skierować swój film znowu na tory poważne, a wtedy losy Robbiego nie potoczyłyby się zapewne tak różowo. Widz kibicuje bohaterom, trzyma za nich kciuki, mimo że kradną. Dlaczego? Po pierwsze to sprawa konwencji. Po drugie trudno ich nie lubić: są sympatyczni, zabawni, nawet jeśli gamoniowaci (oczywiście najbardziej kibicujemy Robbiemu, jego staraniom, aby odmienić swój los). Po trzecie wreszcie pewnie dlatego, że okradają bogatych snobów. Ta najdroższa whisky świata jest przecież jakąś abstrakcją. Jej cena to sprawa umowna, a ten, kto ją ostatecznie kupi, tak naprawdę nie potrafi ocenić jej prawdziwych walorów. Wmówiono mu, że jest wyjątkowa i warta takiej abstrakcyjnej ceny, a on w to wierzy. Czy można żałować, że ktoś taki został oszukany przez czwórkę biednych, ale sympatycznych wyrzutków, którym zawsze wiatr w oczy? Czy można współczuć komuś, kto bez mrugnięcia okiem wywala tyle pieniędzy na beczkę whisky? Czy nie została przekroczona granica przyzwoitości? Czy to moralne? Czy moralne jest kupowanie samochodów za niebotyczne pieniądze, sukienek, butów za koszmarne kwoty, potwornie drogich zegarków i wiecznych piór? Przykłady można  by mnożyć. Do takich pytań sprowokował mnie zabawny film Loacha. Robbie i jego przyjaciele nie rozbijają sklepów, nie podpalają samochodów, aby dokonać zamiany whisky, muszą pogłówkować. Robbie to trochę taka współczesna wersja Janosika.

I jeszcze jedno. Ten skok ma być jednorazowym incydentem, przepustką do normalności, bo Robbie chce nie tylko pieniędzy, on chce przede wszystkim legalnej pracy. Jesteśmy spokojni, że  swojej szansy nie zmarnuje. A pozostali? Co zrobią z pieniędzmi? Cóż, najprawdopodobniej przepuszczą. Bajka, jaką jest film Loacha, kończy się szczęśliwie tylko połowicznie. Zaprawiona została nutką goryczy. Być może nie dla wszystkich jest ratunek, bo nie wszyscy potrafią i chcą wykorzystać szansę, jaką dostali od losu. Pewnie wygodniej jest beztrosko dryfować z dnia na dzień, niż wziąć odpowiedzialność za siebie. Troje kumpli Robbiego to kandydaci na tak zwanych trwale bezrobotnych, nad którymi nawet Ken Loach rozkłada ręce.

"Jesteś Bogiem". Film nie tylko dla fanów Paktofoniki.

Na początku powinnam złożyć oświadczenie. Należę do tych widzów, być może mniej licznych, którzy wybrali się na najnowszy obraz Leszka Dawida "Jesteś Bogiem" nie ze względu na treść, ale dlatego, że zachwycili się jego pierwszym filmem "Ki". Powiem więcej: wcześniej właściwie nic nie wiedziałam o Paktofonice, tyle tylko, że istniała. Przyznam się do czegoś gorszego: nie miałam nawet pojęcia, że to zespół hiphopowy. Tym bardziej nie znałam legendy Magika, jego muzyki, historii grupy. Oczywiście po festiwalu w Gdyni i przed samą premierą coś tam do mnie dotarło, jak zawsze, mimo że starałam się mocno ograniczać swoją wiedzę na temat filmu. To "Ki" była dla mnie gwarancją, że warto iść na kolejny film Leszka Dawida. Pewnie dlatego śmiało mogę stwierdzić, że dzięki "Jesteś Bogiem" dokonałam odkrycia: odkrycia kompletnie nieznanego mi świata. Już publiczność na seansie była odmienna: głównie młodzież w wieku okołolicealnym. Przez chwilę czułam się jak nie u siebie, a przecież jak zwykle byłam w moim ulubionym kinie, siedziałam na moim ulubionym miejscu. Dzielę się tym wszystkim, bo po pierwsze takie spojrzenie na film będzie inne. Nie patrzę na niego jak na opowieść o moim ukochanym zespole, jak na film wpisujący się w tradycję opowieści o muzycznych idolach, ale z dystansem, obiektywnie jak na na każde dzieło sztuki. Po drugie chcę powiedzieć widzom takim jak ja, że nawet jeśli hip hop jest dla nas w najlepszym razie obojętny, a może nawet drażni, to na film wybrać trzeba się koniecznie. A dodatkową gwarancją, że warto, są nagrody, jakie dostał w Gdyni, szczególnie te dla odtwórców trzech głównych ról: Marcina Kowalczyka, Dawida Ogrodnika i najlepiej znanego Tomasza Schuchardta ("Chrzest" Marcina Wrony). Trzeba przyznać, że Leszek Dawid ma szczęście do aktorów. Tak jak oglądając "Ki", nie mogłam oderwać wzroku od Romy Gąsiorowskiej, tak teraz od wymienionej przed chwilą trójki. A to nie jedyny powód, dla którego trzeba ten film zobaczyć. Kolejne to choćby poruszająca historia i znakomicie odtworzony klimat epoki zaledwie sprzed ponad dziesięciu lat. Niby niewiele czasu uplynęło, a świat wokół zupełnie inny. Tyle dla wszystkich, ciąg dalszy dla tych, którzy "Jesteś Bogiem" widzieli.

Kiedy oglądałam film, od pewnego momentu zaczęło mi towarzyszyć odczucie, że  Magik, Fokus i Rahim żyją po jednej stronie lustra. Po drugiej jest zupełnie inny świat, o którym oni nie mają pojęcia. I to przekonanie pozostało ze mną do dziś. Już wyjaśniam, o jakich dwóch stronach lustra myślę. Z jednej strony oni: zafascynowani hip hopem młodzi ludzie, hip hopem, który jest dla nich czymś więcej niż tylko muzyką. To po prostu ich życie, sposób wyrażania siebie. Z determinacją tworzą kolejne utwory: na byle jakim sprzęcie, w partyzanckich warunkach w pokoju Rahima albo nocą, po kryjomu w szkole, przezwyciężając konflikty, nieporozumienia i trudności, pracując, żeby sprostać nieoczekiwanym obowiązkom (Magik) albo żeby mieć trochę więcej pieniędzy niż tyle co na bilet. Dają z siebie wszystko, można by rzec, że wypruwają  sobie żyły. Szczególnie przygnębiająca jest sytuacja Magika, który powinien myśleć o utrzymaniu żony i małego synka. Co prawda Justyna ma dobrze sytuowanych rodziców, można powiedzieć, że pochodzi z innej sfery (domek, nawet zwykły klocek, to coś więcej niż mieszkanie na ponurym blokowisku), ale teściowie oczekują od niego, że stanie na wysokości zadania i zacznie zarabiać na rodzinę. Tymczasem on w momencie, kiedy zespół jest już popularny, kiedy wreszcie wydał swoją pierwszą płytę, kiedy fanki rzucają się na niego i otaczają nabożną czcią, nie ma pieniędzy, aby kupić synkowi prezent pod choinkę. A przecież nie jest człowiekiem znikąd. Idzie za nim sława, jaką zdobył w poprzednim zespole. Koncerty, popularność, ale i harówka, wieczny brak kasy, ciągła szarpanina. Jakieś ponure blokowiska, porysowane klatki schodowe, zadymione, szkolne kible o zabazgranych ścianach, mały sklepik teścia, w którym Magik musi pracować, szary, ponury świat, w którym nie wiadomo, o co chodzi. Na to dręczące pytanie, o co w życiu chodzi, Rahim nie otrzyma od Magika odpowiedzi. Przynajmniej  nie bladym świtem po nocy spędzonej na nagrywaniu. Tak wygląda jedna strona lustra. Ale jest i druga, o której kolesie z Paktofoniki nie mają pojęcia. Kiedy oni cieszą się ochłapem, kiedy muszą wyszarpywać jakieś pieniądze za koncert, jakieś zaliczki na poczet płyty, nad którą pracują, ktoś w tym samym czasie na ich sukcesie zarabia. Najpierw szemrany wydawca, oszust. Potem Gustaw, który wiele dla nich robi, roztacza opiekę niczym ojciec nad synami, szczególnie nad Magikiem, ale raczej nie dzieli się zyskami sprawiedliwie. Kiedy Rahim i Fokus muszą dosłownie wyszarpywać  mu z gardła dolę nieżyjącego już Magika, aby dać ją jego synkowi, on jak lichwiarz skrupulatnie wylicza im, ile musiał na niego wydać przed tragiczną śmiercią. A jego nowy, srebrny wóz szyderczo śmieje się z ekranu do widza. Ale chyba najbardziej zdumiała mnie scena, kiedy to Rahim i Fokus oglądają transmisję z wręczania Fryderyków i dowiadują się, że ich marzenie się spełniło. Jednak to nie oni odbiorą upragnioną statuetkę! Nie siedzą na sali, tylko na dywanie przed telewizorem, z którego uśmiecha się Gustaw, potrząsając Fryderykiem.

Jak jeszcze można czytać ten film? Oczywiście jak portret artysty, a właściwie artystów. Każdy z nich jest trochę inny. Fokus najbardziej chodzący po ziemi, ale i najbardziej zdeterminowany, żeby namówić Magika do wspólnego grania, a potem, aby doprowadzić zmagania nad płytą do końca. Za maską chłopaka z blokowiska skrywa wrażliwość i tkliwość dla babci. Rahim, który dręczy siebie i innych pytaniem egzystencjalnym: o co w życiu chodzi. I chociaż to pytanie zadawane przez chłopaka o wyglądzie zakapiora może wydawać się naiwne czy śmieszne, przecież wcale takie nie jest. Obaj marzą o koncercie w spodku, ale droga do tego daleka i wyboista. Początkowo muszą się zmierzyć z obojętnością publiczności, która nie na ich występ czeka. I wreszcie Magik. Starszy i doświadczony. Opromieniony sławą i legendą poprzedniego zespołu, guru początkujących hiphopowców, idol nastolatków i takich jak on chłopaków z blokowisk. Zanurzony w muzyce po uszy, odklejony, nieobecny, lekko znużony szumem, który wokół niego. Ale kiedy zacznie rymować, nieważne czy na klatce schodowej, czy na kanapie w pokoju, czy na koncercie, roztacza wokół siebie magnetyczną aurę, wprawiając słuchaczy w zdumienie czy histeryczny entuzjazm. Najbardziej tajemniczy i najbardziej wrażliwy. Artysta przeżywający na zmianę, a może równocześnie, twórczą ekstazę, zmęczenie codziennością i artystyczne rozterki. Muzyka, która jest jego szczęściem, staje się ciężarem, kiedy trzeba ją wypluwać z siebie na akord, bo producent czeka na kolejne kawałki, a czas goni. Rodzina, którą kocha, ale która jednocześnie odbiera czas muzyce. Odkąd pojawiło się dziecko, trzeba mierzyć się z egzystencją. Trzeba być odpowiedzialnym, zaradnym, statecznym, trzeba pracować w sklepie teścia, czego  nienawidzi i do czego się nie nadaje. Wieczne zmagania, kompromisy, poczucie winy i niespełnienia, ucieczki i powroty. A jednocześnie miłość do synka. Co sprawiło, że nieoczekiwanie dla wszystkich rzucił się z okna swojego pokoju tuż po świętach i w parę dni po ukazaniu się płyty? Na to pytanie film nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Magik gdzieś zapada się w sobie, pogrąża w swoim świecie. (Po obejrzeniu filmu trochę poczytałam i wiem, że jedna z hipotez wysuwana przez Fokusa i Rahima to stan psychiczny, do jakiego doprowadził się Magik, symulując chorobę psychiczną, aby uniknąć wojska. Psychozę film sugeruje, o jej przyczynach nie wspomina. Oczywiście twórcy  mają do tego prawo. To nie zarzut z mojej strony, dodaję tak na marginesie.) Wprawdzie nie uroniłam łzy, kiedy  Magik popełnił samobójstwo, ale mimo tego historia trzech muzyków z Paktofoniki bardzo mnie poruszyła. Jest w tych, na pierwszy rzut oka, zwyczajnych, może nawet prymitywnych, przeklinających jak szewcy chłopakach coś przyciągającego i fascynującego. Nie tylko prawda ludzkiego losu, ale coś znacznie więcej. Artystyczna pasja i upór, a jednocześnie skromność i prostota.

Nie będę już rozwodzić się o znakomicie odtworzonym klimacie epoki czy o warstwie muzycznej. Na koniec napiszę jeszcze o tym, o czym już wspominałam we wstępie: film Leszka Dawida otworzył przede mną zupełnie nieznany mi świat hip hopu. Zadziwił i zdumiał całkowitą ignorantkę w tej dziedzinie, zmusił do przeprowadzenia błyskawicznych, a więc z konieczności powierzchownych studiów i sprawił, że wprawdzie nie zaczęłam gustować w tym gatunku muzycznym, ale przynajmniej spróbowałam zrozumieć, na czym polega jego magia i o co w tym wszystkim chodzi. Przyznam z pokorą, że dzięki przewertowaniu tekstów Paktofoniki nabrałam podziwu i szacunku dla ich rymotwórczej wirtuozerii. I tym stwierdzeniem kończę refleksje hiphopowej ignorantki o filmie "Jesteś Bogiem".

"Erratum" Marka Lechkiego. Zobaczcie koniecznie!

Obejrzałam właśnie "Erratum" Marka Lechkiego okrzyknięte przez niektórych krytyków najlepszym filmem zeszłorocznego festiwalu w Gdyni (otrzymał nagrodę za debiut).Czy jest lepszy od "Matki Teresy od kotów" i "Chrztu"? Trudno mi rozsądzić. Sztuka to nie sport, nie da się zmierzyć czy zważyć. Na pewno trzeba koniecznie zobaczyć wszystkie trzy (jeśli ktoś tamtych dwóch jeszcze nie widział, wszak miały swoją premierę jesienią). "Erratum" nie opowiada o tak dramatycznych zdarzeniach jak tamte filmy i dlatego, mimo raczej powolnej, melancholijnej narracji, może spodobać się liczniejszej widowni. To historia trzydziestokilkuletniego Michała Bogusza (znakomicie granego przez Tomasza Kota), który przez splot okoliczności zmuszony jest spędzić kilka dni w swojej rodzinnej miejscowości. Przed laty właściwie uciekł stąd od ojca. Wyjechał, aby spełnić marzenia. Teraz chcąc nie chcąc, wraca do swojej młodości. Musi stawić czoło ojcu i dawnemu przyjacielowi. Ale nie tylko. To taki film, w którym akcja jest niespieszna, kamera przygląda się bohaterom, zatrzymuje się na ich twarzach, chwyta ulotne chwile, codzienność. To, co mogłoby być dramatyczne, jest po prostu zwyczajne. Potencjalna tragedia rozmywa się. Dlaczego? Tego zdradzić nie mogę. Sporo tutaj ładnych filmowych metafor, kilka magicznych scen. Także dlatego miałam naprawdę dużą przyjemność z oglądania "Erratum". Zachęcam. A dla tych, którzy już widzieli, jest jak zwykle ciąg dalszy.

Szłam z dużymi nadziejami, ale kiedy oglądałam początkowe sceny, trochę się najeżyłam. Pomyślałam, że znowu zapowiada się wysoce artystyczny film, nad którym rozpływają się krytycy, a zwykły widz czuje się nabity w butelkę. Kto widział na przykład "Palimpsest" Niewolskiego czy "Dotknij mnie" duetu Jadowska i Stankiewicz, ten wie, o czym mówię. Przerost formy nad treścią. A ponieważ ostatnio dałam się wpuścić aż dwukrotnie w takie filmowe maliny, tym bardziej byłam zła. O nie, znowu, już  chciałam zakrzyknąć (w duchu), kiedy niedobre wrażenie na szczęście prysnęło. "Erratum" okazało się prostą historią, niespiesznie opowiedzianą, ale bardzo ludzką, prawdziwą i niewydumaną, a przy tym zachwycającą filmową kuchnią.

Zacznę od powrotu do przeszłości, który zmusza Michała Bogusza do zrobienia życiowego bilansu. Wcale jednak nie jestem pewna, czy to najważniejszy wątek tego filmu, ale o tym za chwilę. Michał jest skłócony z ojcem. W chwili złości, nie mogąc przebić się przez jego milczenie, obojętność czy wrogość, wykrzyczy, że  wyjazd z rodzinnego miasta to nie tylko chęć spełnienia muzycznych marzeń, ale przede wszystkim ucieczka od niego. Dlatego, kiedy powinęła mu się noga i nie dostał się na Akademię Muzyczną, wybrał gównianą, jak mówi, trzyletnią rachunkowość, byle tylko zaczepić się z dala od domu, byle nie wracać. Dlaczego? Tego się nie dowiemy. Ale prawdopodobnie nie było to nic wielkiego, ot, zwykły konflikt, niechęć do rodzinnego domu. A może w grę wchodził stosunek ojca do matki? Michał nie bardzo ma ochotę spotkać się z ojcem, ale dwukrotnie odwiedza grób matki. Może to jest trop? Jak długo nie był w domu? Nie wiemy. W każdym razie jest zawzięty, nie chce wyciągnąć ręki do zgody i kategorycznie odrzuca propozycję żony, aby zaprosić dziadka na zbliżającą się komunię wnuka. Czy milczenie ojca to tylko, jak przed chwilą napisałam, obojętność i wrogość? A może pretensje o wybór drogi życiowej? A może także żal o to, że zostawił go samego, że się nim nie interesuje, nie pomaga (gdzieś mimochodem dowiadujemy się, że długo chorował; widzimy, że porusza sie o kulach)? Ojciec spędza całe dnie przed telewizorem w zaniedbanym, wymagającym remontu mieszkaniu. Tu kolejne pytanie: dlaczego nie remontuje? Nie stać go? Nie ma sił? Czy mu po prostu nie zależy i dlatego nie zwraca uwagi na bylejakość swojego życia? Przecież w pewnym momencie mówi do syna, który walczy z zatkanym odpływem wanny, że następnego dnia wezwie fachowców. Więc może o to chodzi? Może Michał uciekł od tej bylejakości, od marazmu?

Co osiągnął? Nie spełnił swoich marzeń, nie został muzykiem. Pracuje w biurze rachunkowym, mieszka w zwyczajnym, dość zgrzebnym mieszkaniu, jego stosunki z żoną nie wydają się zbyt serdeczne. Elegancka marynarka, krawat to tylko pozory, wypasiona bryka, którą jeździ po swoim rodzinnym mieście, jest samochodem szefa. Od pierwszych scen filmu widz zdaje sobie sprawę, że ogląda człowieka rozczarowanego, zmęczonego, niezadowolonego ze swojego życia. Inaczej rzecz ma się ze Zbyszkiem, przyjacielem z lat młodości, z którym przyjdzie się Michałowi skonfrontować w rodzinnym mieście. Ich pierwsze spotkanie myli. Michał zbywa Zbyszka jak pierwszego lepszego kumpla z klasy czy z podwórka. To on, w marynarce, w krawacie i w eleganckim samochodzie, może wydawać się królem życia na tle kolegi w drelichowej kurtce, idącego piechotą. Jest jednak odwrotnie: to Zbyszek spełnił swoje marzenia, pozostal wierny ideałom młodości. Przede wszystkim nadal gra w zespole założonym niegdyś przez Michała, koncertuje, żyje na luzie, imając się dorywczych prac, co nie wydaje się przeszkadzać jego uśmiechniętej żonie. Ma mieszkanie, które remontował przez trzy lata, ale jest zadowolony. Teraz już rozumiemy, dlaczego Michał z taką niechęcią i pozornym lekceważeniem odniósł się do zaproszenia na koncert zespołu. Idąc tam, musiałby się zmierzyć z własnym rozczarowaniem, zazdrością i niewygodną prawdą, że wyjeżdżając, zdradził przyjaciela. Okazuje się, że ucieczka niekoniecznie musi byc lepsza. Marzenia można spełniać gdziekolwiek, jeśli tylko się chce, jeśli tylko pozostanie się wiernym sobie i nie pójdzie z życiem na kompromisy.

Michał, zmuszony przez okoliczności, pozostanie w swoim mieście kilka dni, co każe mu skonfrontować się ze swoimi marzeniami, zastanowić nad sobą, swoimi relacjami z ojcem i przyjacielem. Musi dokonać życiowego bilansu, posprzątać w swoim życiu. I tu chciałabym się na chwilę zatrzymać nad filmową kuchnią, nad kilkoma metaforami, które tak ładnie zagrały w tym filmie. Po pierwsze otwarta, zepsuta skrzynka na listy. Kiedy niedługo po przyjeździe przechodzi obok niej, zmierzając do mieszkania ojca, po prostu odnotowuje z niechęcią to, że nie da się jej zamknąć. Potem, po kilku dniach, pochyla się nad nią i zamyka. Porządkuje, bo uporządkował swoje życie. Piękna jest ostatnia scena: puka do drzwi mieszkania ojca, jakby używał jakiegoś szyfru, może z dzieciństwa, ale tym razem nie odpowie mu wroga cisza. Ojciec odpowie pukaniem, uśmiechnie się łobuzersko. Grzechy są ci odpuszczone, zdaje się mówić. Obaj znajdują się po przeciwnej stronie drzwi, które nieodparcie kojarzą się z konfesjonałem. Kolejna piękna scena: Zbyszek, policjant, leśniczy i Michał stoją przed drewnianą, płonącą wieżą, miejscem ważnym dla obu przyjaciół. To tu w młodości przychodzili pogadać, może palić pierwsze papierosy. To stąd przepędzał ich groteskowy leśniczy, który niewiele zmienił się od tamtego czasu. Teraz ma komórkę, przez którą może wezwać policję czy straż. To tu przychodzą teraz pogadać, zastanowić się, pomilczeć. To tu odradza się ich przyjaźń. I kiedy policjant każe im wsiąść do samochodu, Michał prosi o chwilę, aby mogli jeszcze popatrzeć na płonącą wieżę. I stoją tak we czterech zafascynowani tym widokiem. Ileż poezji jest w tej scenie (wybacz, drogi czytelniku tej notki, egzaltację, ale innych słów tutaj nie znajduję). Kolejna metafora: właściciel warsztatu. To on, niczym demiurg, sprawia, że Michał musi pozostać w mieście kilka dni. Każe mu czekać na zderzak. Dajmy mu się  wykazać, powie o spóźniającym się dostawcy, kiedy zniecierpliwiony Michał chce szukać zderzaka  w sklepach. Jakby  dawał mu czas i szansę na pogodzenie się z ojcem, o którym stale wspomina. Jakby rzucanymi w pozornie zwyczajnej rozmowie uwagami, pragnął go zmusić do refleksji nad życiem. I tak się dzieje. Michał dokonuje życiowego bilansu i wyjedzie z miasta pogodzony ze sobą, z ojcem, z przyjacielem, zaprzyjaźniony z psem, którego wiezie na siedzeniu samochodu. Co zrobi dalej? Może coś zmieni (prawdopodobnie stracił pracę, więc będzie impuls do zmian)? Czy się uda? Ważne, że spróbuje.

I ostatnia sprawa, o jakiej chcę jeszcze wspomnieć. Być może najważniejszym wątkiem filmu, a przynajmniej równie istotnym, jest wypadek samochodowy, który Michał spowodował, i śmierć bezdomnego człowieka. To dlatego musi pozostać w mieście dłużej, niż zamierzał. Ta sprawa go zmieni. Porządkując historię bezdomnego, porządkuje przy okazji swoje życie. Początkowo Michał nie zamierza się do niczego przyznać, zawiadamia tylko pogotowie i gdyby nie obawa, że policja dotrze do niego, bo na miejscu została jego komórka, pewnie nie rozmawiałby potem z policjantem, który słucha w radiu koncertu swojej córki (kolejna symboliczna scena!). Relacjonując żonie przez telefon, co się stało, przyznaje, że ta sprawa nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia. Jest tym nawet zdziwiony. Przecież ludzie mówią o wstrząsie, a on nic takiego nie czuje. To jeszcze jedna przykra prawda, jakiej się o sobie dowiaduje. Może jest tak dlatego, że ofiara to bezdomny? Z tego samego powodu policjant też ją bagatelizuje. Michał był trzeźwy, jechał prawidłowo, tamten był pijany, wtargnął pod samochód. Cóż, co można było zrobić! A że człowiek to bezdomny bez tożsamości, a więc nikt, nie będzie sprawy. Nie ma kogoś, kto by się o niego upomniał. To prawie tak, jakby Michał przejechał psa! Pewnie dlatego nie będzie też kary. W którym momencie postanawia przywrócić zmarłemu tożsamość, a jednocześnie godność? Czy wtedy, kiedy spotyka ojca handlującego starzyzną? Czy kiedy widzi, jak zgniata puszki po piwie? Czy wtedy zrozumiał, jak niewiele trzeba, żeby człowiek stał się nikim dla świata? Stracił swoją przeszłość, swoje życie? Czy uświadomił sobie, że jego ojciec może za jakiś czas też stać się takim nikim? Stopniowo, z uporem Michał odgrzebuje pamięć o zmarłym. Dzięki jego staraniom to już nie anonimowy NN, teraz stoi za nim jakaś przeszłość. Jest już imię, nazwisko, zawód, rodzina, zainteresowania, dom, tragedia, konflkit i alkohol. Banalna (w wymiarze społecznym) i niebanalna (w wymiarze prywatnym) droga od statecznego ojca, męża, nauczyciela historii do anonimowego bezdomnego, alkoholika, wyrzutka, człowieka poza nawiasem. Dzięki Michałowi ten bezdomny mężczyzna odzyska swoje człowieczeństwo. Będzie miał krzyż na grobie, niesamotny pogrzeb. Nawet syn, mimo że początkowo o ojcu nie chce słyszeć, przychodzi jednak na jego grób. Tylko ksiądz nie dotrze. Tak, teraz Michał może spojrzeć sobie w oczy. Czy to, co zrobił, nie jest ważniejsze od kary, którą powinien ponieść? A może istotne jest i jedno, i drugie?

To tyle, choć na pewno mogłabym się jeszcze wgłębiać w szczegóły i analizować "Erratum" dalej, tak dużo w nim treści, wątków, metafor. Świetny film i mądrze optymistyczny. Choć daje nadzieję, kończy się krzepiąco, nie ma tu, na szczęście, banalnego happy endu. Za to jest o czym pomyśleć i czym się zachwycić.

"Muzyka", film o ludzkiej małości.

Film goni film. Nastał urodzaj na dobre kino, więc korzystam. Tym razem obejrzałam słowacką "Muzykę" Juraja Nvoty. Akcja rozgrywa się w roku 1979 w mieście leżącym tuż nad granicą austriacką. Bohaterem jest Martin pracujący jako olejarz w wieży ciśnień. Ma żonę, spodziewa się dziecka, mieszka z okropnymi teściami w suterenie ich domu i marzy o graniu jazzu. Tyle wprowadzenia wystarczy. Z góry ostrzegam, że to nie komedia. Owszem jest kilka śmiesznych scen, ale to wszystko. Środowisko, jakie portretuje Nvotny, mnie przypomina to, jakie znamy z filmów Wojciecha Smażowskiego. Takiej galerii antypatycznych i brzydkich ludzi dawno w kinie nie widziałam (jeszcze gorzej było w belgijskim "Boso, ale w ostrogach"). Nie znajdziemy tu jednak wielkich tragedii, dramatów czy zbrodni. Ot, zwyczajne życie i zwyczajne świństwa. Na pewno nie jest to film wybitny, ale niewątpliwie wart obejrzenia. Polecam, a tych, którzy już widzieli, zapraszam do przeczytania ciągu dalszego.

Dla mnie to film o zaprzepaszczonych marzeniach i moralnym upadku. Ile w tym winy Martina, a ile okoliczności, w jakich przyszło mu żyć?

Jak wspomniałam we wstępie, dawno nie widziałam w kinie takiego morza brzydoty. Tacy są teściowie Martina i jego szwagier. Trudno powiedzieć, na ile są brzydcy, a na ile zaniedbani: rozczochrani, rozmemłani, w okropnych, domowych ciuchach, w przysłowiowych rozdeptanych kapciach. Nie szczędzą sobie wzajemnych złośliwości i obelg. Celuje w tym teściowa, która potrafi słodkim, cichym głosem, okraszonym uśmiechem, powiedzieć Martinowi, że gdyby nie dziecko, już dawno by się go pozbyła. Szwagier to troglodyta, debil, który pije i pragnie kobiety. Nie marzy o uczuciu, raczej o zaspokojeniu swoich samczych instynktów. Najpoczciwszy wydaje się teść pod pantoflem strasznej żony. On jest tylko brzydki w swoim rozmemłaniu. Na tym tle córka tej pary, żona Martina, Maria wydaje się być aniołem. Ma buzię niewinnej, ślicznej dziewczynki o zdziwionych oczach. Jest trochę szalona, albo po prostu narwana w swych zachowaniach, co się Martinowi podoba i co odróżnia ją jakoś od koszmarnej rodzinki. Do czasu jednak. Mam wrażenie, że im dłużej jest w ciąży, tym wredniejsza się staje i niestety niebezpiecznie zaczyna przypominać swoją matkę. Martin w tej rodzinie jest kimś obcym, ma inne zainteresowania i zwyczaje. Być może dlatego traktuje się go jak zło konieczne. Prawdopodobnie przybył do tego miasta za pracą, a może za dziewczyną. Nie ma żadnej rodziny, żadnych przyjaciół. Jest popychadłem i w końcu jego rola zaczyna sprowadzać się tylko do zarabiania pieniędzy. Kiedy urodzi się dziecko, Maria tylko tego będzie od niego oczekiwać. Jego samotność, obcość i izolacja są teraz już nie tylko metaforyczne, ale i dosłowne. Zostaje sam w ohydnej suterenie, a Maria z dzieckiem zostaje przez matkę-generała zabrana na górę, bo, jak mówi, tam im będzie lepiej.

Początkowo dla Martina jedyną odskocznią jest muzyka. Marzy o karierze jazzmana i gra na saksofonie, co ciekawe, w godzinach pracy. Najszczęśliwszy jest wtedy, kiedy może być sam w pustej hali. Obowiązków ma najwyraźniej niewiele, od czasu do czasu pokręci jakimś zaworem. Czy ma talent? Nie mnie oceniać, bo niestety słuchu nie mam za grosz, ale pewnie nie, co najwyżej przeciętny. Nie zostanie członkiem jazzbandu, będzie grał na weselach i po prostu do kotleta. Na domiar złego ten drugi rodzaj działalności zostanie okupiony serią zgniłych kompromisów politycznych i łapówkarskich, a nawet odzieżowych (koszmarna, lśniąca marynarka wypożyczona z telewizji). I w tym świecie Martin również obraca się wśród śliskich, obrzydliwych typów. Taki jest  nieformalny szef kapeli, który w tym środowisku czuje się jak ryba w wodzie, i przewodniczący komisji, przed którą zdają egzamin. I tylko stary, zapijaczony i chyba nie bardzo szczęśliwy profesor potrafi zachować dystans do tego, co robi. Im bardziej profesjonalne staje się granie, tym większa degrengolada moralna. Trudno tu mówić o świństwach. Ot, tu łapówka, aby zagrać w lepszym miejscu za lepsze pieniądze, tu jakiś występ na partyjnej imprezie, tu napisanie kantaty na cześć Lenina, tu udawanie, że wielbi się partię. Niby mózgiem wszystkiego jest szef, niby Martin się wzdraga, trochę buntuje, nieśmiało protestuje, ale ostatecznie nie zrobi nic. Jest  człowiekiem bez właściwości. Pewnie dlatego pozwala się również tak traktować przez teściową, a potem i żonę. Nic dziwnego, że w końcu nie będzie mógł na siebie spojrzeć w lustrze.

No i jest jeszcze Ancza, też narwana i szalona. Nie waha się prowokować Martina, a on, być może dlatego, że zaniedbany przez żonę, być może dlatego, że to jedyna osoba, która zwraca na niego uwagę, być może dlatego, że lubi szalone kobiety, ulegnie. Z jego strony nie będzie to przelotny romans, a prawdziwy szał uczuć. Żeby ją widywać, gotów jest zrobić wiele, nawet podstępnie pokrzyżować zagraniczne plany kapeli. Ale i na tym polu ponosi klęskę. Szybko okaże się, że dla szalonej Anczy Martin jest jednym z wielu. I tak wzniosłe i piękne marzenia zamieniają się w skarlałą przyziemność. Zamiast jazzu granie tam, gdzie diabeł mówi dobranoc dla radzieckich żołnierzy, zamiast wzniosłego uczucia, spotkanie z puszczalską Anczą, jak jest powszechnie nazywana. I nawet żona przyprawi mu rogi z szefem kapeli, który sprytnie wykorzysta sytuację. Martin okazuje się człowiekiem słabym, być może nie lubi wchodzić w konflikty i chce żyć z każdym w zgodzie, ale gdzieś jest granica kompromisu, której przekraczać się nie powinno. On to niestety robi. Próbując ułożyć się z parszywą rzeczywistością, rezygnuje z marzeń i ideałów, nawet sam nie wie kiedy. Powiedziałabym, że to taka wersja light naszego rodzimego Lucka Danielaka, bohatera "Wodzireja" Feliksa Falka.

Co jeszcze?

Film bardzo dobrze pokazuje komunistyczną rzeczywistość. Mamy tu i donosy, w wyniku których Martin traci szansę na szybkie otrzymanie mieszkania (ten wątek nie został pociągnięty dalej), i załatwianie wszystkiego gdzieś pod stołem, wzajemne przysługi, i pustą, skompromitowaną ideologię, w którą nikt tak naprawdę nie wierzy, i obecność wojsk radzieckich, i graniczne zasieki odgradzające Czechosłowację od wrogiej, kapitalistycznej Austrii.

Jest w tym filmie parę scen zabawnych (np.czyhanie na kreta), jest obyczajowa obserwacja (sceny z wesela przypominają mi jeden z moich ulubionych filmów "Pali się moja panno" Formana), jest trochę poezji pomieszanej z absurdem (sceny wizji Martina). Nie ma typowego dla filmów czeskich spoglądania na bohaterów z wyrozumiałością (może dlatego, że to jednak film słowacki?). Naprawdę trudno tu kogokolwiek polubić. Nawet ci, którzy początkowo budzą sympatię (Martin, Maria, a nawet Ancza), szybko okazują się tej sympatii niewarci. Mali, brzydcy ludzie.


Amos Oz "Fima"

Kolejna książka Amosa Oza, tym razem "Fima" (Rebis 2008), i kolejne spełnienie. Fima to tytułowy bohater powieści, której akcja rozgrywa się w ciągu pięciu dni w Jerozolimie pod koniec lat osiemdziesiątych. Właściwie trudno tu mówić o akcji. Niewiele się dzieje, ot zwykłych kilka dni z życia zaniedbanego pięćdziesięciodwuletniego mężczyzny. Dzień zaczyna od zapisania tego, co przyśniło mu się w nocy, potem kręci się po nieprawdopodobnie zabałaganionym mieszkaniu, w południe wychodzi do pracy w gabinecie ginekologicznym (nie, nie jest lekarzem, jest recepcjonistą), potem snuje się po mieście, odwiedza przyjaciół lub rodzinę byłej żony, Jael, rozmawia przez telefon, w nocy nie może spać, bywa, że napisze artykuł do gazety. Można powiedzieć, że wszystko, co istotne i interesujące, już się w życiu Fimy wydarzyło. Wszak nie zdarzenia są tu ważne, ale sam Fima. Choć narracja w powieści jest trzecioosobowa, cały świat poznajemy z jego perspektywy. O tym, co myślą inni bohaterowie, dowiadujemy się tylko z ich rozmów.

Jaki jest Fima? To człowiek bezwolny, który nie potrafi przeprowadzić żadnego swojego zamierzenia. Nie tyle nie potrafi, ile nawet nie zaczyna. Żyje w świecie fantazji, marzeń, często kompletnie nierealistycznych planów. Może dlatego nie podejmuje próby ich realizacji, bo wie, że jest niemożliwa? No bo trudno wyobrazić sobie, że jego była żona, Jael, jej mąż Ted i ich synek Dimi zgodzą się z nim zamieszkać, tworząc coś w rodzaju komuny. On będzie sprzątał, gotował i opiekował się Dimim, do którego jest bardzo przywiązany. Dowcip polega też na tym, że Fima to potworny bałaganiarz, stale o wszystkim zapomina, wszystko gubi, nie potrafi prowadzić swojego gospodarstwa, jak więc możne myśleć o cudzym? Fima gosposią? Niemożliwe. To jedna z jego fantazji - planów. Jest ich znacznie więcej, większość równie księżycowych, dotyczą różnych spraw i ludzi.

Fima żyje z dnia na dzień, ma niewielkie oczekiwania, przez lata zapomniał o ambicjach, które kiedyś miał. A jest człowiekiem bardzo inteligentnym, skończył historię, być może mógłby zrobić karierę uniwersytecką jak jego przyjaciel Cwi Kropotkin, z którym często spiera się w intelektualnych dyskusjach.W gruncie rzeczy uważa się za zdolniejszego od niego i być może tak jest, cóż z tego, kiedy w Fimie nie ma woli działania. Zamiast na uniwersytecie pracuje jako recepcjonista w prywatnym gabinecie ginekologicznym, gdzie jednym pacjentkom pomaga się zajść w upragioną ciążę, innym na ich życzenie się ją usuwa. A kiedyś w młodości, w roku amorów, jak mówi, było inaczej: miał ambicję, plany, potrafił czarować i szaleć. To wypomina mu Jael, która najpierw straciła dla niego głowę (nie ona jedna), a po ślubie głęboko się rozczarowała. Wygląda to tak, jakby Fima nie potrafił i nie chciał wziąć za życie swoje i innych żadnej odpowiedzialności. Żyje tak, jak jemu jest wygodnie.

Mimo swojego zaniedbania, nieatrakcyjności nadal cieszy się powodzeniem u kobiet, ale to raczej on jest zdobywany niż sam zdobywa. Regularnie utrzymuje kontakty z żoną swojego przyjaciela Uriego, Niną. Ale nie ma tu mowy o uczuciu, przynajmniej z jego strony. To wzajemna wymiana usług seksualnych, może obustronna litość. Fima w swoich rojeniach podejrzewa nawet, że Nina sypia z nim na prośbę swojego męża, a potem zdaje mu ze wszystkiego sprawozdanie. Ot taki rodzaj pomocy i troski. Wszak jej wizyty nie ograniczają się tylko do seksu. Napełnia mu też lodówkę i sprząta.  Ale może starzejąca się przyjaciółka szuka u Fimy uwagi i zainteresowania, których nie znajduje u wiecznie zdradzającego ją męża? Są i inne kobiety, ale on stale myśli o Jael. Jeśli którąś z nich kocha, to chyba tylko ją.

Fima jest człowiekiem męczącym. Takim, co to nie nie bierze pod uwagę tego, że inni mogą być zajęci, mieć swoje sprawy. Dzwoni do swoich przyjaciół o różnych porach dnia i nocy po to tylko, żeby przedstawić im swoją teorię na jakiś temat, przedyskutować coś, opowiedzieć o pomyśle na kolejny artykuł lub podjąć  przerwaną kiedyś polemikę na jakiś intelektualny temat (nigdy nie są to rozmowy o przysłowiowej pietruszce). Nie ogranicza się tylko do telefonów, nachodzi ich niezapowiedziany z podobnych powodów , szczególnie często Jael i jej męża. Mimo  że często mają go po prostu dość, jest przedmiotem ich troski. "Co z tobą będzie Fimo?" pytają (cytat z pamięci). Martwi się też o niego jego ojciec, Baruch, zabawny starszy pan cieszący się wielkim powodzeniem u kobiet, właściel nieźle prosperującej fabryki kosmetyków. Namawia do działania, zmian w życiu. Troska przyjaciół nie ogranicza się tylko do słów. W trudnych dla niego chwilach naprawdę mu pomagają.

Jak pisałam, Fima żyje w świecie fantazji, które w dużej części dotyczą polityki, stosunków izraelso - arabskich, sytuacji na ziemiach okupowanych. Wyobraża sobie, że jest premierem rządu, którego ministrami są jego przyjaciele albo taksówkarz, z którym wdał się w dyskusję i którego poglądy wydają mu się ciekawe. Fima zwołuje posiedzenia swojego rządu marzeń, kiedy tylko coś się dzieje lub kiedy wpada mu do głowy jakieś genialnie proste rozwiązanie problemów Izraela. Jest człowiekiem niezwykle wrażliwym. Czuje się współwinny wszystkich zbrodni: tych popełnianych na ziemiach okupowanych,  w gabinecie, w którym pracuje, i tej popełnionej przez dzieci na bezdomnym psie. Rozważania polityczne to ważna część książki. Fima na każdym kroku jest świadkiem nienawisci skierowanej przeciwko Arabom. Nie przeszkadza to jednak nienawistnikom korzystać z ich pracy, bo można im płacić mniej niż swoim. Rzadko słyszy wołanie o miłosierdzie, które obie strony powinny sobie okazać. Proste i niewykonalne jednocześnie.

To książka melancholijna i bardzo smutna. Wszystko tu jest szare, zaniedbane i stare: starzejący się, nieszczęśliwi ludzie, kobiety o pomarszczonych twarzach ubrane w bure swetry, brudne mieszkanie, jakieś nędzne lokaliki, w których podaje się byle jakie jedzenie, sypiące się zaułki starej Jerozolimy, deszcz i zimno, wcześnie zapadajacy zmrok, bo zima. To świat, w którym nieustannie dokonywało się i dokonuje zbrodni: na arabskim chłopcu, na płodach, na psie. Zbrodniarzem może być każdy: żołnierz, elegancki lekarz, dzieci i sam Fima. Czy dlatego żyje tak nijako, bo niemożliwe jest inne życie w takim świecie? Czy tylko beztroska młodości, kiedy nie zauważa się zła czającego się pod powierzchnią życia, pozwala egzystować inaczej? W jego snach pojawia się Rosa, która ma go przeprowadzić na aryjską, a więc bezpieczną stronę, ale to się nigdy nie udaje. Na końcu drogi zawsze czeka jakaś przeszkoda. Czy dramatyczne zdarzenie pchnie Fimę na nowe tory, nada sens jego życiu? Obiecuje sobie to po raz kolejny, jak zawsze od jutra. Z tym pytaniem pozostajemy, odpowiedź nie zostanie udzielona. Jest szabat, dzień odpoczynku i radości, po którym przychodzi nowy tydzień, ale szabat jest w każdym tygodniu.

Mimo smutku i melancholii towarzyszenie Fimie w jego wędrówkach po świecie wyobraźni i wspomnień,  także w tych prawdziwych po Jerozolimie, które stanowią spora partię końcowych rozdziałów powieści, jest dużą przyjemnośćią. A kto czytał autobiografię Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku", ten odnajdzie w niektórych bohaterach ślady osób prawdziwych i opisy miejsc, w których wychował się pisarz. Poruszająca, smutna książka.


"Boso, ale na rowerze"

To dobry, przejmujący film, ale trzeba mieć świadomość, na co się idzie do kina. Belgijsko-holenderski obraz Felixa van Groeningena jest reklamowany przez dystrybutora jako "podchmielona czarna komedia", ale tylko pierwszy wyraz tego marketingowego hasła jest prawdziwy. Trudno ten film nazwać komedią, nawet czarną. Owszem, jest kilka scen wywołujących uśmiech na twarzy, ale o wiele więcej takich, które trudno znieść. Jestem odporna, niejedno w kinie widziałam, lubię przykre, dotykające kino, ale pijackie sceny pełne prymitywnych, wulgarnych dialogów i piosenek ledwo wytrzymałam. Dawno nie widziałam na ekranie takiej dawki ohydy. Ale do rzeczy. Jest to opowieść o dzieciństwie trzynastoletniego Gunthera, który wychowuje się w domu owdowiałej babki. Właściwie słowo wychowanie jest tu nie na miejscu, gdyż ojciec i wujowie, którzy mają to robić, zajmują się przede wszystkim chlaniem na umór, i, zapewniam, nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Bezradna, łagodna, kochająca babcia niewiele jest w stanie zrobić. Historię tej patologicznej rodziny poznajemy ze wspomnień dorosłego Gunthera i ta perspektywa nadaje jej głęboki sens. Kto idąc do kina, ma świadomość tego, co go czeka i gotów jest na takie wyzwanie, nie pożałuje. Dalszy ciąg rozważań dla tych, którzy temu wyzwaniu sprostali.

Oglądając ten film, miałam w pamięci dwa inne "Billy Eliota" i, widziany w lutym, "Fish tank". W każdym z tych obrazów mamy podobny temat: dojrzewanie wrażliwych dzieci z niepełnych rodzin w trudnych warunkach małego miasteczka lub proletariackiego przedmieścia Londynu. W tych nastoletnuch bohaterach budzi się pasja artystyczna. Billy marzy o balecie, co w górniczym środowisku, w którym dorasta, wywołuje tylko zdziwienie, złość i śmiech. Bohaterka "Fish tank" też tańczy, ale hip-hop, natomiast Gunther powoli, może trochę przez pzrypadek, odkrywa w sobie pasję pisarską. W jego przypadku pisanie to azyl, ucieczka od świata, w jakim dorasta. O ile w tych dwóch filmach rodziny, w jakich wzrastają dzieci, są wychowawczo zupełnie niewydolne, choć każda z innego powodu, o tyle zupełnie inaczej jest w przypadku "Billy Eliota". Ojciec i starszy brat otaczają chłopca miłością, chociaż ukrywają ją pod maską chłodu i szorstkości, ale przekonujemy się, że są gotowi wiele dla niego zrobić i poświęcić. Billy wychowuje się w ubogiej, górniczej rodzinie w czasach, kiedy Margaret Tacher zamyka kopalnie, ale ojciec i brat robią wszystko, by jego dzieciństwo było szczęśliwe. To on i jego potrzeby są tu najważniejsze. Billy ma jeszcze jedno szczęście: spotyka nauczycielkę baletu, która odkrywa i docenia jego talent. Jakże inaczej jest w przypadku Gunthera!

Ojciec i jego bracia to dorośli chłopcy, dla których sensem życia jest czas spędzany w okolicznych barach, pijackie wybryki, panienki (ale raczej jako dodatek) i muzyka Roya Orbisona. Nie tylko piją do upadłego, ale są przy tym niebywale wulgarni, a od czasu do czasu przytrafiają się im alkoholowe napady szału. Cóż z tego, że pracują, skoro wszystkie pieniądze tracą w knajpach. Podobnie sportretowani są ich sąsiedzi, mieszkańcy dzielnicy. Trzynastoletni Gunther jest świadkiem ich pijackich wybryków. Właściwie dorośli traktują go jak kompana, pozwalają pić, palić, a jedyne lekcje, jakich mu udzielają, w niezwykle prymitywny sposób, dotyczą seksu. Właściwie współczują mu, że jeszcze nie ma za sobą doświadczeń w tej dziedzinie. Ojca nie interesują potrzeby chłopca. Kiedy zepsuje mu się rower, którym dojeżdża do szkoły, usłyszy, że przecież te pięć kilometrów może przebyć piechotą. Tylko od czasu do czasu przypomina sobie o swoich rodzicielskich obowiązkach. Jedyną osobą, która martwi się losem Gunthera, jest babcia. Ale to osoba wątłej postury, cicha, skromna, zahukana przez synów (wcześniej pewnie przez męża), cóż z tego,że o gołębim sercu. Nie umie przeciwstawić się synom, potrafi jedynie na miarę swoich skromnych możliwości dbać o dom, zapewnić jedzenie. Gunther nie może też liczyć na szkołę. Nikt nie próbuje podjąć zdecydowanej interwencji, wyrwać chłopca z tego patologicznego środowiska, a przecież wszyscy wiedzą, jaka jest rodzina Strobbów.

I tu pojawia się kolejny problem. Otóż sytuacja pokazana w filmie wcale nie jest czarno-biała. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, Gunther kocha swojego ojca, jest do niego i do swoich stryjów bardzo przywiązany. Kiedy dyrektor szkoły proponuje mu pobyt w internacie, zdecydowanie odmawia. Ma silne poczucie przynależności do klanu Strobbów, czuje się jego częścią, jest dumny ze swoich stryjów i ojca, i z ich idiotycznych wyczynów. Są oczywiście momenty, kiedy się ich boi, nieraz płacze poniżany lub ze strachu, kiedy wpadają w alkoholowy szał. I nawet kiedy w końcu zostanie zabrany do internatu na wniosek opieki społecznej (nie jest jasne, kto ich zawiadomił: on sam czy babcia), nie zapomni o ojcu. Spotkanie z nim sprawi mu wielką radość. Ta ambiwalencja uczuć jest bardzo prawdziwa. Dorastanie w takich warunkach nie pozostaje oczywiście bez wpływu na jego charakter i osobowość. Jest zamknięty w sobie, ma niewielki kontakt z rówieśnikami, niczym nie może im zaimponować, otacza go zła sława braci Strobbów. W internacie też jest samotny, najchętniej spędza czas w swoim pokoju nad maszyną do pisania. I nagle okazuje się, że te opowiadania, które tworzy, często za karę, zaczynają się podobać kolegom i nauczycielom.

Dorosły Gunther też nie radzi sobie w kontaktach z ludźmi. Jest samotnikiem, dla którego liczy się tylko pisarska pasja. Szybko zostaje ojcem z przypadku, ale matki dziecka nie potrafi pokochać. Widzimy, że walczy, że próbuje, ale same chęci nie wystarczą. Sytuacja go przerasta. I dopiero kiedy wreszcie osiągnie sukces, nieoczekiwanie, chyba nawet dla siebie, zostanie doceniony jako pisarz i zaczną go nie tylko wydawać, ale i pisać o nim w gazetach, pogodzi się ze swoim życiem i jakoś spróbuje naprawić błędy. Teraz okaże się, jak ważną osobą była dla niego babcia. Chociaż rzadko odwiedza stryjów w rodzinnej miejscowości, troskliwie zajmuje się staruszką pogrążoną w demencji. To tej prostej kobiecie, jej miłości zawdzięcza wszystko.

I jeszcze chciałabym zwrócić uwagę na wątek poboczny: to historia ciotki Rosie, siostry braci Strobbów. Długo nie wiemy o jej istnieniu, zjawia się nagle z córką, kiedy ucieka od męża, damskiego boksera. Mąż ma pieniądze, cóż z tego, kiedy bije, jest chamem, tyle że w garniturze i samochodzie. Przed laty uciekła z domu, zerwała ze swoim środowiskiem, teraz wraca. Ale do czego? Nie umie tak żyć. Szybko okaże się, że bracia w swojej beztrosce zdeprawują jej córkę. Pijacka scena w barze, do którego zabierają dziwczynkę, aby mógł ją poznać jej biologiczny ojciec, jest przerażajaca. Czy Rosie nie ma wyboru? Czy jej jedyną alternatywą jest powrót do męża brutala? Nie może, czy nie potrafi zacząć żyć na własny rachunek? Przed laty uwolniła się od pijackiej rodziny, ale teraz nie umie zrobić kolejnego kroku.

Niełatwo się ten film ogląda, na pewno trudno spędzić przy nim beztroskie dwie godziny, czułam się sponiewierana, ale na pewno nie pozostawił mnie obojętną.

Popularne posty