Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

Maciej Płaza "Kasperl i Margit"

Nie mogłam przegapić najnowszej powieści Macieja Płazy "Kasperl

i Margit" (Wydawnictwo Literackie 2026). Już od jego debiutu, "Skorunia", którym się zachwyciłam, bacznie śledzę to, co pisze. Potem był "Robinson w Bolechowie", no i "Golem", którego jeszcze nie przeczytałam, chociaż mam w czytniku. Koniecznie muszę wreszcie nadrobić tę jedną zaległość. Jak widać, ostania książka Macieja Płazy nie czekała długo pomimo sporych rozmiarów (ponad sześćset stron), co nie zdarza się często. Na ogół kiedy dokonuję kolejnego zakupu, najchętniej jak najszybciej bym po niego sięgnęła, ale rzadko tak się dzieje. Na swoją kolej czeka przecież tyle książek, a na wybór lektury składa się wiele czynników. Co zadecydowało tym razem, poza zaufaniem do autora? Może sama historia, temat tej opowieści, miejsca i czas zdarzeń? Może spotkanie z Maciejem Płazą, na którym byłam? Najprawdopodobniej to wszystko na raz. No i czas! Wiedziałam, że będę się mogła oddać tej powieści bez reszty mimo jej rozmiarów. I rzeczywiście przeczytałam ją bardzo szybko. 

"Kasperl i Margit" to historia tych dwojga tytułowych bohaterów rozciągnięta na ponad trzydzieści lat. Wszystko zaczyna się w roku 1903 w Poznaniu, a kończy w 1935 też tam. A po drodze jest Berlin, Salzburg, Monachium, miasta i miasteczka Austrii, Czech, Węgier i Niemiec, a wreszcie znowu znowu Poznań. To tam w szemranej dzielnicy Chwaliszewo pewnej nocy w 1903 roku przychodzi na świat Kasper, w czepku urodzony. Według przekazu akuszerki, która przyjmowała na świat wszystkie chwaliszewskie dzieci, od razu się uśmiechał, zdjął też sobie ten czepek z głowy i odrzucił. Trafił celnie w otwarte okno, a na podwórzu pewnie zjadły go psy. Czy to zły znak? 

W mój czepeczek wierzyła tylko Frącka, zresztą jesli naprawdę się w nim urodziłem, to ćpnęliśmy go razem w mrok i zamiast szczęścia trafił mi się tylko chwaliszewski fyrtel, gdzie rzeka była łaskawsza niż ludzie.

Jego matką była Lilianka, która na życie zarabiała swoim ciałem. Kim był jego ojciec, nie wiadomo. W tym samym roku dziesięcioletnia Małgorzata Krzyńska razem z rodzicami idzie do teatru na występ samej Heleny Modrzejewskiej. Teatr i, przede wszystkim, legendarna gwiazda sceny robią na niej takie piorunujące wrażenie, że postanawia zostać aktorką. I rzeczywiście dopnie swego, będzie występować w teatrze Maxa Reinhardta.

Jak widać Kasper i Margit to osoby z różnych światów, z różnym doświadczeniem. Ona, wychowana w zamożnym, mieszczańskim, hrabiowskim domu, z akceptacją rodziców będzie pobierała lekcje aktorstwa, wyjdzie za mąż za poznańskiego niemieckiego lekarza, ich krótkie szczęście pokrzyżuje wielka wojna, którą spędzi w Berlinie u ciotki swojego męża. Tam dopnie swego i zacznie swoją teatralną i filmową karierę. Kto wie, jakby potoczyły się jej losy, gdyby nie wojenna zawierucha? Może zostałaby przykładną panią domu? Żoną dobrze sytuowanego lekarza? Coś straciła, coś zyskała. W każdym razie Margit to silna, samodzielna kobieta, która dzięki swojej determinacji potrafi walczyć o swoje marzenia i dźwignąć się z upadku.

Kasper to jej przeciwieństwo. Analfabeta, bękart, obraca się w szemranym towarzystwie, nie stroni od drobnych kradzieży, od bójek, kiedy trzeba się bronić, z czasem trochę z konieczności wejdzie głębiej w przestępczy świat. Ale jedno ich łączy, talent. Bo Kasper świetnie gra na akordeonie i znakomicie improwizuje uliczne ballady. Śpiewa o tym, co widzi, czego doświadcza, o czym śni, balladą komentuje rzeczywistość. Chętniej do śmiechu, do radości niż do łez i smutku. Wszak według rodzinnej legendy śmiał się już zaraz po przyjściu na świat. Polakom śpiewa po polsku, Niemcom po niemiecku, dla każdego coś miłego. Jest też znakomitym opowiadaczem, jego opowieści wspaniale się słucha. W niemiecko-polsko-żydowskim Poznaniu długo nie zastanawia się, kim jest. Być może kundlem, mieszańcem, tak o sobie myśli. Aż nieoczekiwanie dla siebie pod wpływem swojego przyjaciela Romana, kogoś w rodzaju przybranego ojca, który kiedyś nauczył go grać na harmonii, wstąpi do polskiego wojska i weźmie udział w powstaniu wielkopolskim. Potem osamotniony, trochę uciekając przed szemranym towarzystwem, z którym był wcześniej związany, wyjedzie do Berlina, aby tam szukać szczęścia. Bo Kasper to taki Dyl Sowizdrzał, wędrowny grajek, opowiadacz historii, u siebie jest wszędzie i nigdzie. 

Zaczekaj, Kasprze, powiedział Mann. Wydaje ci się pewnie, że pochodzisz z sadzy, bruku, ziemi, pyłu, powietrza i słońca, ale mylisz się, to nie wszystko. (...) Jesteś kimś więcej, choć o tym nie wiesz, i dzięki temu jesteś prawdziwy. Jesteś opowieścią, jesteś literaturą. W twoich żyłach zamiast krwi płynie pieśń ludowa. (...) Ty natomiast, niczym Dyl Sowizdrzał, jesteś wędrowcem i przyszedłeś tu sam.

Kasperle, figura z teatru marionetek, co nie jest tu bez znaczenia, o czym za chwilę.

Co powoduje, że "Kasperl i Margit" to powieść ze wszech miar warta przeczytania, po prostu bardzo dobra? Przyczyn jest wiele. Najprostsza to ta najbardziej oczywista - to po prostu bardzo ciekawa historia rozpisana na dwa głosy, Kaspra i Margit. Zdarzenia poznajemy raz z jego, raz z jej punktu widzenia, raz narratorką jest ona, raz on. Najczęściej dzielą rozdział, ale zdarzają się takie, w których opowiada jedno z nich. Właściwie przystępując do lektury, a wiedziałam nieco więcej, niż tu zdradziłam, bo wysłuchałam dwóch rozmów z autorem, jednej radiowej, drugiej na żywo, byłam niemal pewna, że to jej opowieść bardziej mnie wciągnie. Tymczasem zdarzyło się odwrotnie. To jego narracja porwała mnie całkowicie, jego bajęda, jego ballady, nieskrępowana wyobraźnia, talent bajarza, przygody, a wreszcie  język. Bo bez języka nie byłoby Kaspra. Maciej Płaza dał się już w poprzednich dwóch powieściach, które czytałam, poznać jako znakomity, a nawet brawurowy, stylista. Nie inaczej jest tutaj. Aby stworzyć Kaspra, posłużył się gwarą poznańską, która już w takim stopniu i natężeniu oczywiście nie istnieje. To nie tylko wiele odmiennych słów, ale także specyficzna składnia. 

Gdy wychodzi chwytam ją w pasie, ciągnę do góry. Wstajemy. Ubieramy dyrdok, buty, kapelusz, zmięte pończochy kitramy do kiejdy. Nie jesteśmy już piękną Lilianką, jesteśmy tylko blyrwą po funkcie, pokornie chwytamy więc gzuba za rączkę i kulamy się do domu. Oj, będzie kac jutro. Kasperku, wody byś mi tu. I po główce poczochra. I łezkę upuści. I rałs mi stąd.

Chcę grać.

No to do roboty, tej.

Otworzyłem kastę i wyjąłem rozciąganą, choć ile się przy tym nachatrałem, łejeryniu!

Na końcu książki znajduje się słowniczek, ale nie zawsze do niego sięgałam, znaczenia większości wyrazów można się oczywiście domyślić, czasem jednak sprawdzenie bywało nieodzowne. Opowieść Kaspra sprawiła mi ogromną przyjemność, weszłam w ten język zupełnie, nawet trochę nim myślałam. Pamiętam podobne doświadczenie z lektury "Chłopów" Reymonta. Margit posługuje się oczywiście zupełnie innym językiem. To język osoby z dobrego domu, a potem świadomej siebie artystki.

Kolejny powód, który sprawił, że najnowsza powieść Macieja Płazy okazała się spełnieniem, to tło historyczne. Najpierw poznajemy Poznań z początku wieku, wiele odrębnych światów, polski i niemiecki, mieszczański i ludowy. Wybucha wielka wojna, która dewastuje walczących żołnierzy niezależnie od narodowości. Potem jest powstanie wielkopolskie, o którym niewiele wiedziałam, właściwie sprowadzałam je do samego Poznania, a przecież nieprzypadkowo nazywa się wielkopolskie, walka o granice Polski. Wreszcie akcja powieści przenosi się na dobre do Berlina. Wojenna i powojenna bieda, rewolucja, niepokoje społeczne i polityczne, hiperinflacja, artystyczny tygiel, zabawa, dzielnice biedy i te mieszczańskie, a potem te nowe projektowane przez modernistów, a wreszcie atmosfera polityczna zagęszcza się, w końcu do władzy dochodzi Hitler. Kiedy Margit po latach nieobecności ponownie przyjedzie do Berlina, nie spotka tam już większości swoich żydowskich znajomych. Kto mógł, wyjechał, w Trzeciej Rzeszy nie ma już dla nich miejsca.

Ale to wcale nie wszystko. Ta powieść ma jeszcze jedną warstwę. Teatralną, filmową i literacką. Bo na kartach swojej książki umieścił Maciej Płaza wiele autentycznych postaci związanych ze światem kultury.  Maxa Reinhardta, dyrektora Deutsches Theater, reżysera filmowego Friedricha Muranu'a, wiele niemieckich aktorek i wielu aktorów, pisarzy Thomasa Manna i Stefana Zweiga, a przede wszystkim Bertolda Brechta i jego teatralną świtę. Niektórzy pojawiają się epizodycznie, inni mocno związani są  z losami Margit i Kaspra. Tak, tak, Kaspra też. Bo peregrynując po berlińskich knajpach, grając tam i śpiewając, zarabiając jako żigolo, spotyka właśnie młodego Bertolda Brechta, który jeszcze nie jest tym sławnym dramatopisarzem i twórcą teatru, i zostaje wciągnięty do jego kompanii. Autor bawi się tym wątkiem. Zdradzę tylko, że to Kasper swoimi balladami i bajędami podsunął Bertoldowi Brechtowi i Kurtowi Weillowi wiele pomysłów na "Operę za trzy grosze". Osobne miejsce zajmuje w tej powieści teatr lalkowy. Nie będę tu zdradzać, dlaczego tak się dzieje. W każdym razie wiele się na ten temat dowiedziałam. Nie jestem, w przeciwieństwie do Macieja Płazy, o czym mówił na spotkaniu, miłośniczką tego typu teatru, ale przyznam, że autor otworzył przed czytelniczkami i czytelnikami na pewno słabo znaną kuchnię i filozofię tej dziedziny sztuki. No i w tym wypadku również wprowadził na karty powieści autentyczne postacie związane z historią lalkarstwa.

A jakby tego wszystkiego było mało, to znajdziemy tutaj emocje, uczucia, miłość, stratę, rozczarowanie, tragedię, upadek i szukanie nowej drogi, budowanie siebie na nowo. A także bogactwo ludzkich losów i głębokie portrety bohaterek i bohaterów. 

Bardzo dobra, bardzo interesująca wielowymiarowa powieść. I niezwykle ucieszyła mnie deklaracja Macieja Płazy, że zamierza tworzyć takie opasłe powieści. W przeciwieństwie do Olgi Tokarczuk, która zapowiedziała, że jej najnowsza książka będzie ostatnią w jej dorobku taką grubą. A jak będzie, zobaczymy.

Marek Beylin "Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow"

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu ukazała się książka Marka Beylina

"Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow" (Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 2015) przez moment zastanawiałam się, czy jej nie przeczytać, ale ostatecznie zrezygnowałam. O Alinie Szapocznikow oczywiście słyszałam,  jednak nie interesowała mnie na tyle, aby po jej biografię sięgać. Nie umiem powiedzieć, czy widziałam jakąkolwiek jej rzeźbę w galerii czy muzeum. Pewnie tak, ale świadoma tego nie byłam. I najprawdopodobniej nic by się nie zmieniło, gdyby nie, dość skromna, wystawa jej prac w moim mieście. Znacznie wcześniej wpadły mi w ucho dwa podcasty poświęcone jej sztuce i osobie. Wystawę postanowiłam obejrzeć w ramach oprowadzania przez historyczkę sztuki, bo czułam, że bez komentarza spłynie to po mnie jak woda po gęsi, po prostu niewiele zrozumiem. Tak mam ze sztuką współczesną i oczywiście nie jestem wyjątkiem. O ile w galeriach i muzeach prezentujących sztukę umownie zwaną dawną mogę spędzać godziny, o tyle z odbiorem nowoczesnej mam problem. W każdym razie oglądanie rzeźb Aliny Szapocznikow z komentarzem specjalistki i opowieść o jej życiu zrobiły na mnie, a także na innych uczestniczkach, takie wrażenie, że postanowiłam sięgnąć po jej biografię.

Chociaż książkę przeczytałam stosunkowo szybko, muszę stwierdzić, że nie jest to lektura łatwa. Dlaczego? Bo autor, z wykształcenia historyk sztuki, w dużej mierze zajmuje się w tej biografii analizą prac Aliny Szapocznikow i dyskusjami, jakie toczyło środowisko artystów i ludzi parających się sztuką w czasie, kiedy bohaterka tej książki żyła i tworzyła. Oczywiście to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Po prostu na pewno nie jest to rzecz, która trafi do szerokiego grona odbiorców. A może inaczej - jeśli sięgnie po nią ktoś taki jak ja, zainteresowany sztuką, ale nie fachowiec, musi się liczyć z tym, że wiele fragmentów będzie dość hermetycznych. Mam takie wrażenie, oczywiście nie prowadziłam statystyki, że samej Aliny Szapocznikow jest w "Ferworze" mniej niż jej rzeźb. To wszystko nie znaczy jednak, że żałuję lektury. Jak słyszałam, nad kolejną biografią rzeźbiarki pracuje Weronika Kostyrko. Ciekawa jestem, jaka będzie jej książka.

A czym uwiodła mnie Alina Szapocznikow i jej sztuka opowiadana przez jej doświadczenia? Wolą życia i żywiołowością. Alina Szapocznikow, która przeszła przez łódzkie getto, Auschwitz i inne obozy, która w jakiś czas potem wywinęła się śmierci dzięki zastosowaniu, wówczas eksperymentalnej, terapii streptomycyną, a w końcu przez cztery ostatnie lata swojego życia chorowała na raka piersi, przy czym w ostatnim okresie była świadoma, że nie ma już dla niej ratunku, do końca zachowywała wielką wolę życia i pogodę ducha. 

Kiedy już wiedziała, że umiera, odwiedzający ją przyjaciele widzieli tylko radość i energię. Teatr? Raczej żywiołowy program życiowy, zachowanie nierzadkie wśród tych, którzy przetrwali zagładę.

Mimo dramatycznych doświadczeń, a może na przekór nim, starała się korzystać z życia pełnymi garściami. Kształcić się, tworzyć, kochać, założyć rodzinę, szukać lepszych miejsc do mieszkania i tworzenia. 

... powiedziałbym, że Szapocznikow, uformowana do ciężkości życia, wybrała jego lekkość i poszukiwała jej mimo przeciwieństw.

Nie chciała mówić o tym, co przeszła w czasie wojny. Pozostaje tajemnicą, czy niektóre jej prace czerpią z doświadczeń wojennych. Tak je często interpretowano. Marek Beylin w swoich rozważaniach raczej nie podziela tego zdania. Odczytuje te rzeźby inaczej, chociaż nie ucieka od stwierdzenia, że:

Światu ukazywała twarz nieodmiennie radosną, pełną nadziei i życiowego optymizmu, a ból, zwątpienia i udręki gromadziła w sztuce. 

Ale to stwierdzenie dotyczy raczej jej późniejszej twórczości, która odwoływała się do jej choroby. 

Zaskoczyło mnie, że Alina Szapocznikow nie zrobiła międzynarodowej kariery. Być może stałoby się inaczej, gdyby nie jej przedwczesna śmierć. Bo zainteresowanie jej pracami rosło. Autor pokazuje, ile zabiegów, trudu i wyrzeczeń wymagało, a pewnie i dziś wymaga, utrzymanie się na rynku sztuki. Niemałe znaczenie miało też niestety to, że była artystką, a nie artystą. Jako kobieta miała trudniej. 

Delikatna dziewczyna przy wielkim kamieniu, ekspresja miłości, czyli kobieta i jej emocje - takie ujęcie przydawało jej medialnej atrakcyjności, lecz zarazem zamykało w klatce sztuki kobiecej, odrębnej od sztuki "prawdziwych" artystów, gdzie emocje stanowiły część przemyślanego projektu.

Jej prace wykorzystujące cielesność, operujące ironią, dyskutujące z traktowaniem przez popkulturę i media kobiet jako obiektów erotycznych spotykały się z niezrozumieniem. Nie pomagało jej to, że zdecydowała się zamieszkać na stałe we Francji. Póki funkcjonowała jako artystka zza żelaznej kurtyny, była na swój sposób interesująca, bo egzotyczna.

Osiedlając się w Paryżu, traciła wiele z egzotycznej atrakcyjności, jakiej przydawano twórcom z Europy Wschodniej. Traktowano ich jak atrakcję, a nawet przyznawano im pewne przywileje - dopóki wracali do siebie i nie chcieli na równi funkcjonować w świecie, który ich gościł. Jeśli chcieli się poczuć częścią Zachodu, wyrastały przed nimi bariery, jakich nie doświadczali twórcy cieszący się "lepszym" miejscem urodzenia. 

Kiedy zdecydowała się zamieszkać i tworzyć we Francji, stała się jedną z wielu. A ona nigdzie nie była u siebie. W polskim konserwatywnym świecie artystycznym czuła się obca, nieprzynależna do żadnej grupy, szczególnie jako osoba młoda i kobieta. Uważała też, że przestaje się rozwijać, że utknęła w martwym punkcie. 

Szapocznikow i Cieślewicz przyjechali do Francji nie po to, by biedzić się z Polską, lecz by uwolnić się od jej licznych ciężarów, pozostając Polakami. Chcieli zakorzenić się we francuskim życiu artystycznym, które miało ich - zwłaszcza ją - wprowadzić do obiegu europejskiego i amerykańskiego. 

W cytowanych listach do pierwszego męża, Ryszarda Stanisławskiego, i drugiego, Romana Cieślewicza, nie szczędzi złośliwości starszym od siebie rzeźbiarzom, facetom o, jak wynika z jej słów, obleśnym wyglądzie, za to przemądrzałym. Ale i we Francji nie była do końca u siebie, i tu dręczyła ją jej osobność, obcość. Czuła się też jak uboga krewna z powodu problemów finansowych.

W Paryżu mogli cieszyć się życiem w jego ludycznych przejawach. I nie z powodów materialnych, bo oboje biedowali. Ale tłoczne do nocy ulice, kawiarnie, knajpki, tanie wino, wystawy i dyskusje - wszystko to budowało bogactwo różnorodności. Coraz mniej obecnej w Polsce, gdzie narastały monopol doktryny i szara, znojna bieda.  Paryż był więc do codziennego życia, kształcenia się dojrzewania. Polska stanowiła przedmiot wiary przywracającej podmiotowość. Wiara zaś ułatwiała zakorzenianie się w Polsce. Toteż we Francji Alina tęskniła za Polską, czy też za sobą w Polsce, W Polsce  - brakowało jej siebie we Francji.

Miała nadzieję na zaistnienie na rynku sztuki amerykańskiej, ale niestety nic z tego nie wyszło. Po śmierci została właściwie zapomniana. Większość zachowanych prac leżała w garażu jej syna. Część uległa zniszczeniu z powodu kruchości. Materiały, jakimi dysponowała i z jakimi eksperymentowała, nie były wtedy dobrej jakości. Jak mówi Anda Rottenberg w jednym z podcastów, o których wspominałam, dziś trudno urządzić dużą wystawę jej prac, bo są bardzo rozproszone. Może to tłumaczy, dlaczego ta w moim mieście jest tak skromna.

Marek Beylin nie unika oczywiście rozmowy o jej wczesnych pracach, socrealistycznych z ducha. 

Nastawiona na życie Szapocznikow nade wszystko chciała robić własne rzeźby, musiała jednak zarabiać; pragnęła też, jak każdy twórca, być widoczna, zabiegała więc o zamówienia, a w jej zawodzie rzeźbiarki zleceniodawcą mogło być tylko państwo.

Nawet później, mieszkając już w Paryżu, nie zerwała kontaktów z Polską, nie miała statusu emigrantki czy uciekinierki i potrafiła brać udział w plenerach rzeźbiarskich czy konkursach pod mocno zideologizowaną egidą. Robiła to z powodów finansowych i żeby istnieć w artystycznym obiegu. A poza tym nie ukrywała swoich lewicowych poglądów. Nie była w tym odosobniona.

Szapocznikow nie zgłębiała ideologii. Kierowała się nie tyle historiozoficznymi przemyśleniami, ile ogólną modą i moralnym odruchem, który kazał jej stanąć po stronie tego, co nowe i młode, przeciw temu, co stare i skompromitowane.

A tak Czesław Miłosz pisał o klimacie panującym w latach powojennych w Europie.

Ludziom, którzy nie pamiętają powojennego dziesięciolecia, niełatwo uzmysłowić sobie triumfalną siłę marksistowskiej wiary, do której w owym czasie lgnęły najlepsze umysły z obu części podzielonej Europy. Ten okres tak szybko odchodzi w zapomnienie, że wciąż słyszy się pytanie, dlaczego tylu intelektualistów padło wtedy ofiarą własnej ślepoty; tymczasem rozsądniej byłoby zapytać, dlaczego niektórzy oparli się pokusie.

Słodko-gorzka droga życiowa. Najeżona przeciwnościami, ale także radością. Artystycznie spełniona, jednak nie do końca.

Graham Greene "Spokojny Amerykanin"

Niedawno pisałam tu o moich literackich przygodach z twórczością

nieco zapomnianego już angielskiego powieściopisarza Grahama Greene'a, a to przy okazji lektury "Mocy i chwały". Zapowiadałam wówczas, że do jego książek wrócę. Nie przypuszczałam jednak, że nastąpi to tak szybko. I znowu stało się to za sprawą tego samego podcastu. Tym razem były to propozycje lekturowe na wakacje, a wśród nich znalazł się "Spokojny Amerykanin" Grahama Greene'a (Instytut Wydawniczy PAX 1966; przełożył Jacek Woźniakowski). Może wszystko nie potoczyłoby się tak błyskawicznie, ale że książkę miałam na regale, a do tego nie jest ona zbyt obszerna (nie to, żebym nie lubiła cegieł, ale czasem ze względów logistycznych muszę sięgnąć po coś krótszego), nie było na co czekać. No i stało się, uwinęłam się z nią w niecały tydzień i znowu jestem usatysfakcjonowana. Naprawdę warto od czasu do czasu sięgnąć po coś klasycznego, a nie tylko gonić za nowościami. A Graham Greene świetnie się do tego nadaje.

Pisząc o "Mocy i chwale", scharakteryzowałam też trochę twórczość angielskiego powieściopisarza, więc nie będę się powtarzać, dodam jednak, że "Spokojny Amerykanin" nie jest powieścią podejmującą dylematy moralne związane z wiarą i religią. Należy też do tego odłamu jego twórczości, który pozornie może wydać się lżejszy. Ale tylko pozornie, bo bohater znowu zostaje postawiony wobec sytuacji, w której musi, a tym razem może lepiej napisać, że chce, podjąć ważką moralnie decyzję. W imię dobra wybrać zło.

Ale od początku. Akcja "Spokojnego Amerykanina" toczy się w Wietnamie, w Sajgonie w czasie wojny francusko-wietnamskiej, czyli pierwszej wojny indochińskiej, która trwała osiem lat a jej efektem było uzyskanie niepodległości przez Wietnam, Laos i Kambodżę, przy czym ten pierwszy kraj został podzielony na dwie części, północną komunistyczną i południową, co w dalszej perspektywie doprowadziło do kolejnej wojny, tym razem ze Stanami Zjednoczonymi. 

Głównym bohaterem i narratorem jednocześnie jest angielski korespondent, Thomas Fowler. W polskim tłumaczeniu pochodzącym z lat 60. Tomasz, ale ja będę używać imienia angielskiego, bo dziś w przekładach już nie spolszcza się imion. Swoją pracę wykonuje bez szczególnej pasji, ale woli siedzieć w Wietnamie, bo w pewnym sensie ma tam święty spokój. Może żyć z dala od żony, z którą chętnie by się rozwiódł, ale jest przekonany, że ona, gorliwa katoliczka, nigdy się na to nie zgodzi. I tak wiedzie swój w miarę spokojny żywot. Od czasu do czasu pojedzie na północ, gdzie toczą się walki, i nada korespondencję. Z konieczności krótką, bo dłuższa nikogo nie interesuje. To, co sprowadzone zostaje do kilkunastozdaniowej informacji wypranej z emocji, często jest dramatycznym zdarzeniem. Mogą to być setki trupów Wietnamczyków pływające w rzece albo nalot  bombowy z wykorzystaniem napalmu, w wyniku którego ofiary, często cywilne, płoną żywcem. 

Myślałem: Jakie to dziwne, że moi koledzy po fachu wykroją z całej tej nocy jedynie dwa wiersze. Była to noc jakich wiele, a jedynym niezwykłym zjawiskiem byłem ja.

Fowler jednak pozostaje neutralny. Stara się nie angażować emocjonalnie ani ideowo po żadnej ze stron. Nie jest Francuzem, a więc nie poczuwa się do odpowiedzialności. Wykonuje tylko swoją pracę.

Byłem odpowiedzialny za ten głos płaczący w ciemności: chlubiłem się, że nie jestem zaangażowany, nie jestem wmieszany w tę wojnę, lecz to ja zadałem rany, całkiem tak, jakbym się posłużył stenem zgodnie z chęcią Pyle'a.

Ale czy rzeczywiście można być neutralnym? 

- Pan nie wie, przed czym uciekam. Nie przed wojną. To nie moja sprawa. Nie jestem w to wmieszany.

- Wszyscy będziecie wmieszani pewnego dnia.

Jakże aktualnie brzmią te słowa!

Najczęściej jednak Fowler siedzi w Sajgonie, włóczy się po knajpach i ma wietnamską kochankę, Fuong. To dziwny układ. Czy łączy ich miłość? On pragnie mieć kogoś przy sobie, nie czuć się samotnie, ona najchętniej wyszłaby za mąż i wyjechała z nim do Anglii, ale na razie zadowala się tym, co  dzięki niemu ma tu w Sajgonie. On nie do końca jest z nią szczery. Nie mówi jej, że w każdej chwili może zostać odwołany do kraju, a wtedy będą musieli się rozstać.

Kochają w zamian za dobro, za opiekę, za prezenty, jakie im dasz - nienawidzą za szorstkość czy za niesprawiedliwość. Nie wiedzą, że można wejść tak sobie do pokoju i pokochać obcego człowieka. Wiesz, Pyle, dla kogoś, kto się starzeje, to bardzo bezpieczne - Fuong nie ucieknie z domu, póki ten dom jest szczęśliwy.

Wszystko się zmieni, kiedy w ich życie wkroczy ten tytułowy spokojny Amerykanin, Pyle. Znacznie młodszy od Fowlera, absolwent prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu, pochodzący z szacownej profesorskiej rodziny, przybył do Wietnamu z misją medyczną. Jest zafascynowany ideami niejakiego Yorka Hardinga (postać fikcyjna), który wierzy, że w Wietnamie i innych koloniach alternatywą dla komunizmu i kolonializmu może być jakaś trzecia siła. Ich spotkanie będzie brzemienne w skutki. Pyle bardzo chce się zaprzyjaźnić z Fowlerem i zakocha się w Fuong. W końcu przekona ją do siebie, bo on w przeciwieństwie do jej dotychczasowego kochanka zaoferuje jej małżeństwo. I może wszystko tak właśnie by się potoczyło, gdyby nie został znaleziony martwy pod mostem w niebezpiecznej okolicy - najprawdopodobniej zamordowany. 

Nie zdradzam tu niczego, bo dowiadujemy się o tym na pierwszych stronach powieści. Jej akcja prowadzona jest bowiem naprzemiennie - to, co się dzieje po śmierci Pyle'a, miesza się z retrospekcjami, dzięki którym poznajemy historię znajomości obu mężczyzn, ich rywalizację o Fuong, dramatyczne zdarzenie, które ich połączy, a przede wszystkim dyskusje na tematy światopoglądowe ściśle związane z miejscem, w którym przebywają. Z oczywistych względów nie mogę zdradzić więcej.

Muszę przyznać, że początkowo miałam wrażenie, iż  będzie to tym razem ta z powieści Grahama Greene'a, która ma mniejszy ciężar gatunkowy. Myliłam się jednak. Im głębiej wchodziłam w lekturę, tym zdarzenia i różnice światopoglądowe nabierały coraz większej wagi.

Przerażające są trzy epizody z pola wojny. Dramatyczne obrazy niedające spokoju Fowlerowi, który stara się nie angażować po żadnej ze stron. A jednak te setki trupów Wietnamczyków pływające w rzece, lot bombowcem, rozmowa z jego pilotem, który zrzuca bomby albo napalm na przypadkowe wietnamskie cele, robią na nim wrażenie. Coraz bardziej podkopują jego neutralną, cyniczną postawę. 

Działko posłało jeden jedyny pocisk i sampan rozprysnął się w fontannę iskier. Nawet nie czekaliśmy, by zobaczyć, jak nasze ofiary walczą o życie, tylko nabraliśmy wysokości i skierowaliśmy się ku bazie. Pomyślałem znowu to, co wówczas, gdy zobaczyłem umarłe dziecko w Fat Diem: Nienawidzę wojny. Było coś tak oburzającego w naszym nagłym, przypadkowym wyborze łupu - przelatywaliśmy sobie mimochodem, wystarczył jeden strzał, nikt nie odpowiedział na nasz ogień i znowu lecieliśmy dalej, dorzuciliśmy maleńki wkład do globalnej liczby zmarłych.

Pilot stara się jak najbardziej zdystansować od tego, co robi, wmawia sobie, że wykonuje tylko rozkazy, że walczy z wrogiem, ale to tylko pudrowanie rzeczywistości, przybrana maska. Poza tym co to za wróg, który walczy z kolonialnym mocarstwem? Ale jeszcze wcześniej Fowler i Pyle znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, które ich mocniej złączyło. Już wtedy w niezwykle dramatycznych okolicznościach narrator będzie miał wyrzuty sumienia, bo ratując siebie, na niebezpieczeństwo narazili dwóch bogu ducha winnych wietnamskich strażników. 

A potem wszystko się jeszcze bardziej skomplikuje. Kim  naprawdę jest Pyle? Czym naprawdę się zajmuje? No i najważniejsze pytanie - czy aby zapobiec większemu złu, można uciec się do mniejszego? Taki dylemat postawi przed sobą Fowler. 

- Prędzej czy później - rzekł Heng (...) - trzeba stanąć po czyjejś stronie. Jeśli ma się pozostać człowiekiem.

Ciekawa jest też Fuong, chociaż patrzymy na nią, jak na wszystko, oczami Fowlera. Cicha, spokojna, wycofana, grzeczna, pokorna, ale jednocześnie dba o swój interes. Czy kocha któregoś z nich, czy to tylko wyrachowanie i myśl o zapewnieniu sobie przyszłości skłania ją do podejmowania takich, a nie innych decyzji? Za nią stoi jej starsza siostra, która zdaje się ją skłaniać do wyborów, jakie podejmuje. Takich dziewczyn, które wiązały się z Europejczykami czy Amerykanami, aby zapewnić sobie lepszą przyszłość, było bardzo dużo. Tu chciałabym wspomnieć o świetnym, nagradzanym, filmie dokumentalnym, sięgającym do wojny amerykańsko-wietnamskiej,  "Dziecko z pyłu" Weroniki Milczewskiej opowiadającym o dramatycznych losach dzieci urodzonych z takich związków.

Kończąc, dodam jeszcze, że bardzo ciekawe, w powieści oczywiście, są portrety obu bohaterów.

Niewielka, ale bardzo interesująca i inspirująca powieść Grahama Greene'a, który zasługuje na wydobycie z niepamięci, o czym przekonałam się po raz kolejny.

Jurica Pavičić "Czerwona woda"

Jedna z literatur, na którą od dawna nastawiony jest mój czytelniczy

radar, to literatura bałkańska. Gdy tylko dotrze do mnie wiadomość, że ukazuje się jakaś książka z tego obszaru, pilnie nadstawiam ucha i jeśli odpowiada moim czytelniczym zainteresowaniom, czytam. Tak trafiła w moje ręce "Czerwona woda" Juricy Pavičića (Noir sur Blanc 2025; przełożył Leszek Małczak). Strzał okazał się celny, bo powieść została wybrana do dyskusji przez prowadzącą, bałkanistkę, jeden z klubów książki, na który od czasu do czasu uczęszczam. 

Na początek kilka zdań o Juricy Pavičiću. Jest chorwackim powieściopisarzem, autorem opowiadań, scenariuszy filmowych i dziennikarzem. Urodził się w Splicie. I to właśnie w Dalmacji często umieszcza akcję swoich książek.

Nie inaczej jest w wypadku "Czerwonej wody". Opowiedziana historia rozgrywa się przede wszystkim w małym nadmorskim miasteczku na dalmatyńskim wybrzeżu. Miejscowość najprawdopodobniej jest fikcyjna, ale już Split, w którym też rozgrywają się niektóre wydarzenia, czy wspominany tylko Trogir to już nie wyobraźnia autora. Akcja zaczyna się pewnego letniego dnia w roku 1989, a kończy w roku 2017. Tego właśnie dnia w miasteczku organizowany jest rybacki festyn, na który wybiera się siedemnastoletnia Silva i jej brat bliźniak Mate. Dziewczyna nigdy nie wróci z zabawy. Odtąd życie rodziny Velów zostanie wywrócone do góry nogami. Sprawa staje się głośna nie tylko w miasteczku, ale rozpisują się o niej media. Co się z nią stało? Wypadek? Ucieczka? Morderstwo? Z czasem zainteresowanie opada, tylko najbliżsi nie potrafią zapomnieć. 

"Czerwona woda" na jednym z portali książkowych określana jest jako kryminał, sensacja, a nawet thriller. I rzeczywiście zagadka zaginięcia Silvy zostaje rozwiązana dopiero na końcu, chociaż przyznam, że trochę wcześniej domyśliłam się, co się stało. Mimo wszystko powieść czytałam z zainteresowaniem do samego finału. Połknąć ją można w ciągu kilku dni, a gdyby ktoś dysponował wolnym czasem, to jeszcze szybciej. Historię poznajemy z paru punktów widzenia. Każdy rozdział to perspektywa jednej osoby, członków rodziny, prowadzącego śledztwo milicjanta, tak, tak, wszak wszystko zaczyna się jeszcze w czasie, kiedy istniała socjalistyczna Jugosławia, i kilku innych osób. Ale "Czerwona woda" to coś więcej niż kryminał. Bo zagadka zaginięcia Silvy osadzona jest w burzliwych czasach, kiedy jugosłowiański świat trzęsie się w posadach i przechodzi w niebyt. Ale nie tylko wątki historyczne i transformacyjne są tu ważne.

Na pierwszy plan wybija się historia rodziny Velów. Kiedy ginie Silva, rodzinne i milicyjne śledztwo odkrywa jej tajemnice. Okazuje się, że nikt z bliskich nie miał pojęcia, jaka naprawdę była. Nawet Mate, brat bliźniak. Z kim się spotykała, czym się zajmowała, kiedy przebywała w szkolnym internacie w Splicie, jakie miała plany. To jedno. Drugi rodzinny wątek to oczywiście niemożność poradzenia sobie z traumą, co z kolei powoduje powolną dezintegrację rodziny. Najgorsza jest niepewność, brak informacji. Świadomość, że nie wiadomo, co się z nią stało. Gdyby odnaleziono ciało, gdyby było wiadomo, że nie żyje, można by było zrobić pogrzeb, pochować ją i zacząć powolny proces żałoby. Tymczasem tego wszystkiego nie da się zrobić. Pozostali członkowie rodziny, matka, ojciec i brat, zamykają się w swoim świecie, gorzknieją, odsuwają się od innych. Początkowo szukają jej wszyscy, z czasem na poszukiwania nastaje matka, zmuszając do tego syna. A to przecież jak szukanie igły w stogu siana, więc pewnie rację ma ojciec, który w pewnym momencie odpuszcza. 

Teraz ważniejsze jest, żebym został w domu. Jak zdam maturę, zacznę pracować jako kierowca ciężarówki i będę rozwoził mrożoną rybę. To dobra praca, dużo się jeździ. Po drodze będę mógł prowadzić śledztwo. Mate mówił, a Jakov milczał. Myślał tylko o tym, jak trucizna się sączy, zatruwając wszystko dookoła.

W każdym razie dzień, w którym odbył się piknik rybacki, był ostatnim normalnym dniem w życiu rodziny Velów. Jednak wtedy jeszcze tego nie wiedzieli.

Ale zaginięcie Silvy burzy nie tylko ich spokój. Na zawsze zmieni los jej chłopaka, Brany, który nigdy nie pogodzi się nie tylko z jej zniknięciem, ale także z okolicznościami, jakie do tego doprowadziły. Zniknięcie dziewczyny kładzie się także cieniem na miasteczku. Najpierw, co zrozumiałe, budzi z jednej strony strach, przerażenie, smutek, współczucie, ale także sensację. Potem, kiedy oskarżenia padają na konkretną osobę, jej los i los jej rodziny stają się nie do pozazdroszczenia. Chociaż niczego tej osobie nie udowodniono, otoczona zostaje ostracyzmem i nie ma tam życia. Każdy zwrot w sprawie, a będzie ich kilka, to jak zmącenie stojącej wody. Piekło, albo może raczej piekiełko, zaczyna się na nowo. 

Jest wreszcie tło historyczne, lekko tylko zarysowane, jakby punktami na osi czasu, jakimiś epizodami. 

Kraj opanowała polityczna gorączka. Przed kościołem, jeden po drugim, odbywały się mitingi polityczne, ludzie defilowali ze świecami i sztandarami, a Rade - właściciel kafejki Lanterna - został kandydatem na burmistrza.

Rozpada się Jugosławia, wybucha wojna, która na dalmatyńskim wybrzeżu nie jest odczuwana tak bardzo jak w głębi lądu, ale związane z nią trudności życia codziennego dają się we znaki każdemu. Miasteczko składa swoją daninę krwi, na wojnę wyruszają młodzi chłopcy, nie wszyscy z niej wrócą. 

Ustawili ich w szeregu. Trzydziestu chłopaków, kwiat rocznika 1972/1973, maturzyści, świeżo upieczeni studenci, dezerterzy z Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, marynarze, którzy dostali wezwanie do wojska między rejsami. Właściciel Lanterny coś mówił w tym swoim kanciastym nowochorwackim języku, który ledwo opanował na takie właśnie oficjalne okazje.

A potem nastają lata transformacji, rozwoju neoliberalnego kapitalizmu. I przyznam, że ten wątek, o wiele głębiej zarysowany niż ten wojenny, bardzo mnie zainteresował. Senne dotąd miasteczko staje się atrakcyjnym turystycznym kąskiem. Międzynarodowe firmy inwestujące w branżę turystyczną i nieruchomości szukają tu swoich okazji. Najlepiej kupić ziemię jak najtaniej i odsprzedać ją potem jak najdrożej, aby wystawić na niej szeregi identycznych letnich apartamentów, które na zawsze odmienią oblicze miasteczka. 

Smart Solucion Estate to firma, która prowadzi bardzo prostą działalność. Kupuje i sprzedaje ziemię: kupuje tanio, a sprzedaje drogo. Kupuje trudno dostępne zatoki, zniszczone winnice, zbocza porośnięte gęstym rozmarynem i świerkami, a sprzedaje wpisane do miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego uzbrojone, wpisane do ksiąg wieczystych działki budowlane z przeznaczeniem na działalność deweloperską i turystyczną.

A przede wszystkim nieodwracalnie zmienią jego krajobraz. Jurica Pavičić mniej zajmuje się ekonomicznym aspektem tych zmian, a bardziej właśnie krajobrazowym i społecznym. Bo propozycje kupna ziemi żerują na ludzkich kłopotach i często prowadzą do sąsiedzkich konfliktów. Interesy są też możliwe dzięki korumpowaniu polityków, miejscowych i tych wyższego szczebla.

Gorki wie, że jego firma przekupuje polityków. Prawnicy firmy składają wizyty burmistrzom i radnym wyspiarskich miejscowości i pokazują im w Power Poincie symulacje luksusów przygotowane w programach AutoCAD i Corel. Zapraszają ich na kolacje i wycieczki jachtem, a kiedy zabawa się kończy, ludzie z firmy dają im kieszonkowe, wręczają czeki opiewające na kwotę z kilkoma zerami.

Ciekawym zabiegiem, który pokazuje zmiany, jest takie punktowe pokazanie drogi pewnego człowieka, szemranego typa, który zaczyna się piąć po szczeblach kariery dzięki wojnie. Trudno go nazwać nawet bohaterem epizodycznym, po prostu mówi się o nim od czasu do czasu, bo jakoś ociera się o losy niektórych bohaterów, a potem zaczyna odgrywać znaczącą rolę w regionie. I może się stać człowiekiem niebezpiecznym, bo świetnie manipuluje tłumem, uwodzi go.

Czas płynie, świat się zmienia i tylko Silva stale wygląda tak samo na zdjęciu, które rodzina zamieściła na rozwieszanych wszędzie plakatach. Tylko umarli zastygają w czasie.

Od tego czasu minęło sześć lat, były dwie wojny. Dwa razy linia frontu przechodziła przez tę dolinę, dwa razy przechodziła z rąk do rąk, dwa razy ją zdobywano, pustoszono i niszczono. I w czasie, gdy żółte mrówki niszczyły domy czarnym mrówkom, a później czarne żółtym, ogłoszenie ze zdjęciem Silvy wisiało nietknięte, obok drzwi toalety. Gdy inni ginęli i starzeli się, Silva wciąż była młoda i uwieczniona na białej kartce.

Teraz, kiedy dzielę się refleksjami o "Czerwonej wodzie", dochodzę do wniosku, że może najlepiej byłoby ją zakwalifikować jako powieść psychologiczną. Bo właśnie portrety bohaterek i bohaterów są jej bardzo mocną stroną. Szczególnie zapadła mi w pamięć postać milicjanta zajmującego się, do czasu, sprawą zaginionej Silvy. 

A poza tym warto dodać, że powieść jest bardzo dobrze skonstruowana. Wiele tu zwrotów akcji, mylenia tropów, zaskoczeń. To oczywiście sprawia, że czyta się ją jednym tchem. Nie jest to książka wybitna, nie jest też najlepszą bałkańską powieścią, jaką czytałam, ale śmiało można po nią sięgać.

Darko Cvijetić "Winda Schindlera", "Czemu na podłodze śpisz?"

Dziś będzie o dwóch książkach chorwackiego (?), serbskiego (?) pisarza i człowieka teatru, Darko Cvijetića, który mieszka w Prijedorze, mieście w Republice Serbskiej w Bośni i Hercegowinie. Bardziej skomplikować już się pewnie nie da. W wypadku pisarzy pochodzących z byłej Jugosławii zazwyczaj mam problem, jak zdefiniować ich narodowość, bo najczęściej pochodzą z mieszanych rodzin. Matka Darko Cvijetića była Chorwatką, ojciec Serbem. On sam, urodzony w roku 1968, czuł się Jugosłowianinem. Do wybuchu wojny jego pochodzenie nie miało znaczenia, podobnie jak pochodzenie jego przyjaciół i sąsiadów. Dziś mówi i pisze po chorwacku, ale nadal uważa się za Jugosłowianina, dlatego w serbskim Prijedorze czuje się wyobcowany. Niewątpliwie także przyczynia się do tego jego twórczość. Bo  nie waha się pisać o latach bratobójczej wojny po rozpadzie Jugosławii, która najkrwawsze żniwo zebrała właśnie w Bośni i Hercegowinie. Nie opowiada się po żadnej ze stron, pokazuje okrucieństwo wszystkich, a jego twórczości patronuje pytanie i zdziwienie - jak to możliwe, że w jednej chwili sąsiad bez wahania stawał przeciwko sąsiadowi tylko dlatego, że byli innej narodowości. Coś, co w czasach Jugosławii nikomu nie przeszkadzało, nagle sprawiło, że ludzie rzucili się sobie do gardeł. 

O tym pisze w swojej trylogii - nagrodzonej Angelusem "Windzie Schindlera" (Noir sur Blanc 2024; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić), wydanej  w roku 2025 w tym samym wydawnictwie i w tym samym tłumaczeniu książce "Czemu na podłodze śpisz?", a naprawdę niebawem, bo już w tym miesiącu, ukaże się część trzecia, "To za dużo dla mnie". Nie mogę się doczekać!

Zebrałam te dwie książki razem trochę przez przypadek, ale myślę, że dobrze się stało, bo obie poruszają ten sam temat. "Windę Schindlera" przeczytałam dawno, ale wtedy zabrakło mi czasu, aby o niej napisać. Pewnie by tak zostało, gdyby nie klub książki, na którym miała być omawiana, a ja koniecznie chciałam się wybrać. Musiałam więc przeczytać ją jeszcze raz, na co wystarczy jedno popołudnie, a nawet jeden wieczór. A ponieważ miałam już drugą część trylogii, od razu i po nią sięgnęłam.

"Winda Schindlera" to opowieść o mieszkańcach wieżowca w

Prijedorze, który zbudowano w roku 1975 i do którego wprowadziła się rodzina Cvijetićów. Pisarz mieszka w nim do dziś i zarzeka się, że nie zamierza opuścić miasta i bloku. Wtedy na każdym piętrze mieszkały rodziny o różnym pochodzeniu, często zresztą mieszanym. W tamtych czasach nie miało to znaczenia. Dzieci bawiły się razem, między wieloma dorosłymi nawiązywały się przyjacielskie więzi. Wszystko zmieniło się, kiedy wybuchła wojna. Wiele rodzin zniknęło, na ich miejsce wprowadzali się nowi - serbscy uchodźcy z Chorwacji. Wielu mężczyzn trafiło do obozów koncentracyjnych, gdzie więziono Chorwatów i muzułmańskich mieszkańców Bośni albo tych niebędących Serbami. Wielu zginęło zastrzelonych przez sąsiadów, którzy nagle zaczęli strzec rasowej czystości. 

Piłkarz Goran, jak tylko zaczęła się wojna, został policjantem. Zasępiony, uzbrojony po zęby, zupełnie inny człowiek, bezczelny, agresywny, groźny i raptus. "Nie do poznania" mówili sąsiedzi, patrząc na siebie. Katował ludzi w obozach, katował mieszkańców naszego wieżowca, a sąsiad Joso zeznał, że katował go w obozie Omarska, bo Joso miał syna, który był lepszym zawodnikiem od Gorana Zeca.

Autor nie opowiada o tym wszystkim chronologicznie. Na książkę składają się krótkie rozdziały, z których każdy jest osobną opowieścią, czasem wręcz anegdotą. Charakterystyczne są bardzo częste pointy, którymi kończy się wiele z nich. Mieszają się czasy i bohaterowie. Tak przecież pracuje nasza pamięć. A ta książka ma ocalić  pamięć o mieszkańcach wieżowca, dlatego przynajmniej dwukrotnie powtarza się elegijne wyliczanie ich imion - chorwackich, serbskich, muzułmańskich. 

Dzieci, ich imiona: Toni, Darko, Nikola, Saladin, Amir, Dejan, Suphan, Żelijko, Żelimir, Semira, Denis, Berka, Vera, Mate ...

I tak dalej, i tak dalej. Wiele tu takich powtórzeń - jak mantra pojawia się informacja o tej tytułowej windzie znanej światowej marki. Windzie, która była w czasach, kiedy blok wybudowano, symbolem nowoczesności, zachodniego świata, podobnie jak sam wieżowiec. To wszystko nie uchroniło mieszkańców przed wybuchem jakiegoś pierwotnego, dzikiego okrucieństwa. Nowoczesność, zachodnie aspiracje okazały się tylko pozłotkiem. Jak mantra wracają też niektóre historie. Zabawne, jak opowieść o Ticie zrobionym przez dzieci z kartonu, który rozmókł i zgnił, a potem jeszcze raz się odrodził niczym feniks z popiołów. To pewnie też symbol, może nostalgii za Jugosławią, która w pokoleniu autora nadal jest żywa.

Gdzie są wszystkie te kolumny uśmiechniętych ludzi, którzy śpieszą rano, kupują gazety, papierosy, taszczą kanapki? Rozpadło się wszystko jak kartonowy Tito z ogrodu Taiba (...) Nie ma już żadnych robotników. Są tylko Serbowie, Chorwaci, Boszniacy i reszta. Nie ma robotników, powtarzam. Robotnicy utonęli w swoich nacjach i pozostali z płucami wypełnionymi wodą na dnie.

Ale są też historie tragiczne, które też mają znaczyć. Taka jest opowieść o Stojance, dziewczynce z serbskiej rodziny, która stała się jedną z ofiar tej wojny. Bezsensowną i wyjątkowo tragiczną. Ślad po tej historii jest w wieżowcu do dziś. 

Autor przede wszystkim czuje się poetą, co w obu książkach widać na poziomie języka, ale także metaforycznych zdarzeń. Stąd obok powtórzeń stanowiących swoiste refreny także historie równoległe, zazwyczaj o przeciwstawnym wydźwięku. 

Jest to wreszcie opowieść o tym, co dzieje się po wojnie. Jeśli się zostało, trzeba jakoś żyć. Wieżowiec opustoszał, na każdym piętrze są mieszkania, których nikt nie zajmuje. 

... to była "wertykalna wieś" - jak z uporem maniaka nazywał budynek  Caka listonosz. Dzisiaj wertykalna wieś pustoszeje i tylko wspólne poczucie winy zostało po wypłynięciu na powierzchnię ogromu zła. 

Bywa, że kaci mieszkają obok ofiar. Tak dzieje się po każdym bratobójczym konflikcie - tak było w Irlandii Północnej po zakończeniu Kłopotów, tak było w Rwandzie. Pewnie nie da się inaczej. Są też tacy, a właściwie takie, które potrafią wrócić do tego, co było przed wojną. Wybaczyć, zapomnieć i wspólnie oglądać angielski serial "Morderstwa w Midsomer". 

"Widzisz, moja Supha, taka mała miejscowość to Midsomer, a patrz tylko jak się zabijają, biedna ziemia, co ich nosi", mówi Milosava, maczając kostkę cukru w filiżance z kawą.

Może łatwiej im się pojednać, bo zostały same? A może łatwiej przychodzi to kobietom?

W drugiej części trylogii, "Czemu na podłodze śpisz?", Darko

Cvijetć pisze o historii swojej rodziny. Głównie tej wojennej z lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, ale sięga też do czasów drugiej wojny, opowiada też o tym, jak potoczyły się losy bohaterów po zakończeniu konfliktu. Punktem odniesienia jest oczywiście ten sam wieżowiec. Książka skonstruowana jest w podobny sposób jak "Winda Schindlera". Znajdziemy tu takie same krótkie rozdziały, mieszanie czasów i bohaterów, powtórzenia, najczęstszym jest to symboliczne tytułowe pytanie kierowane do różnych osób, metaforyczne analogie widoczne w ludzkich losach, no i język, który odwołuje się do poezji jeszcze bardziej niż w części pierwszej trylogii. Jest też jedna różnica - w każdym rozdziale jest pierwszoosobowa narracja, ale prowadzona z perspektywy różnych bohaterów.

Muszę powiedzieć, że "Czemu na podłodze śpisz?" zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie niż "Winda Schindlera". Jest to chyba jedna z mocniejszych książek o wojnie, jakie czytałam. I nie chodzi wcale o okrucieństwo, chociaż kilka wstrząsających scen tu znajdziemy. Jej siła rażenia polega na pokazaniu, jak wojna i Historia zmieniają ludzkie życie, jak przypadkiem można znaleźć się w jej centrum, stać się ofiarą i katem, jak ze spirali przypadków, splotów okoliczności rodzi się okrucieństwo, z którego trudno się wydostać, jak naznacza dalsze życie, bo nie sposób o tym, czego się doświadczyło i co się robiło, zapomnieć. 

Wzięliśmy ich do niewoli pod wsią Vozucia. Jego i jeszcze dwóch. A ponieważ w akcji zginął Kepa, Miki dwóch od razu zabił, nawet sekundę się nie zastanawiał.

Wiem, wiem, może się wydawać, że to nic odkrywczego, a jednak. Osią opowieści jest historia starszego brata autora, który tuż przed wojną idzie odsłużyć wojsko w jugosłowiańskiej, jeszcze, armii i trafia razem z takimi młodymi chłopakami jak on do koszar w Sarajewie. Ojciec jest z niego dumny, rodzice przyjeżdżają na przysięgę, on zakochuje się w muzułmance. I nagle wybucha wojna, a ci młodzi żołnierze znajdują się w samym centrum konfliktu. Są otoczeni, strzelają do nich. 

Otoczą koszary i młodzi żołnierze, na ogół dziewiętnastoletni smarkacze, z kilkoma oficerami, pozostaną całkowicie odizolowani.

Giną ich przyjaciele, sami ledwo uchodzą z życiem. Nagle dowiadują się, kim są - nie Jugosłowianinami, ale Serbami, Chorwatami, Boszniakami. 

I kim ja jestem, tato? Jugosłowianinem, prawda, że Jugosłowianinem? Jak mam być jednym, a nie drugim. Ale, no proszę, ledwo wyszliśmy z koszar - a już mówią, że teraz jesteśmy Serbami. Jesteś Jugosłowianinem, przysięgasz, że oddasz życie za Jugosławię, a potem po dziesięciu kilometrach stajesz się Serbem. I co mam z tym począć? I gdzie ta moja jugosłowiańskość przepadła?

Kiedy patrzą, w jak okrutnych okolicznościach giną ich koledzy z oddziału, rodzi się w nich zło, chęć zemsty. Oprócz brata autora jest tu inna tragiczna postać - to ich dowódca, Chorwat, który doskonale zdaje sobie sprawę, w jak beznadziejnej sytuacji znaleźli się ci młodzi, niewinni chłopcy, którzy mieli po prostu odsłużyć wojsko i wrócić do domów. Chroni ich, jak może, ale sam jest bezsilny. W końcu odsyła do domu.

Na próżno się bronił, na próżno tłumaczył, że z młodym wojskiem przeszedł przez całe to piekło. Nikogo już nie było, kto by za nim zaświadczył, nikt nie chciał się wstawić za Chorwatem. Miał zginąć. To była czysta kalkulacja, ale wbrew planom pozostał żywy, i teraz mógł być już tylko winny.

Tu nie ma bohaterów. Wszyscy są jednocześnie ofiarami i katami, wojna odziera ich z niewinności. To jak w greckiej tragedii. Autor nie oszczędza nikogo. Także samego siebie. Przez trzy dni był strażnikiem w jednym z obozów koncentracyjnych w pobliżu Prijedoru. Siedzieli w nim także jego wujkowie, bracia jego matki. Sam nikogo nie skrzywdził, ale nieświadomie przyczynił się do tego, że zrobili to inni strażnicy. 

Ludzie za drutami wyglądali jak upiory, poruszali się jak obłąkani, jak schwytana zwierzyna. Czy ja jestem strażnikiem obozowym? To słowo nie docierało do mojej świadomości, tylko jego zgrzyt, jego termodynamika pozbawiona sensu. Czy znałem tych zamkniętych ludzi? Rodzonego wujka i ludzi z pobliskiego miasta Kozarac i z muzułmańskich wsi wokół Prijedoru?

Z wojny nie wychodzi się niewinnym.

Nie odezwiesz się już nigdy, ja to wiem, wiem. Bo i po co, i do kogo - przecież myśmy strzelali do ciebie, ty strzelałeś do nas.

Czasem trudno ten ciężar znieść. Przyjaciel jego brata już po wszystkim popełnia samobójstwo. 

No i jeszcze jedno - wojna się powtarza. Darko Cvijetć nie przez przypadek sięga do tragicznej historii swojej rodziny z czasów drugiej wojny. 

Tak jak tytułowa winda Schindlera jest metaforą, tak metaforyczne jest tytułowe pytanie - czemu na podłodze śpisz? Kiedy się śpi na podłodze? Kiedy nie można spać w łóżku. Dlaczego? Bo świat wywrócił się do góry nogami, bo tego łóżka nie ma, bo człowiek się boi, bo jest naznaczony traumą i nie potrafi spać w łóżku, żyć normalnie. 

Bardzo dobre książki, chociaż na pewno wymagające znalezienia w sobie przestrzeni na lekturę. Szczególnie ta druga. 

Susan Abulhawa "Poranki w Dżeninie"

Już od jakiegoś czasu zbierałam się do przeczytania powieści

"Poranki w Dżeninie" palestyńskiej pisarki, naukowczyni i aktywistki, Susan Abulhawy (Sonia Draga 2025; przełożyła Urszula Ruzik-Kulińska). Problem konfliktu izraelsko-palestyńskiego interesuje mnie od dawna. Dziwi mnie zdziwienie tych, którzy dopiero teraz, patrząc na to, co stało się i nadal dzieje się w Gazie, zdumieni otwierają oczy. Chyba po raz pierwszy zrozumiałam, jak wygląda codzienne życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy po przeczytaniu książek palestyńskiego adwokata i pisarza Rajy Shehadeha, "Palestyńskie wędrówki", "Obcy w domu", "Dziennik czasu okupacji", oraz reportaży Pawła Smoleńskiego, "Izrael już nie frunie", "Oczy zasypane piaskiem", "Arab strzela, Żyd się cieszy". To lektury sprzed wielu lat, a stosunkowo niedawno sięgnęłam po "Apeirogon" Columa McCanna i "Jestem stamtąd, jestem stąd" Mourida Barghoutiego. Mam wrażenie, że niektórym otworzyły się oczy dopiero po lekturze "Drobnego szczegółu" Adanii Shibli, bo o tej pisarce i jej książce zrobiło się bardzo głośno w związku z aferą, która miała miejsce, kiedy nie mogła odebrać przyznanej jej nagrody na frankfurckich, chyba, targach książki. W swoim czytniku mam jeszcze inne pozycje dotyczące tego problemu, a przede wszystkim książkę "Palestyna: wojna stuletnia. Opowieść o kolonializmie i oporze" Rashida Khalidiego. Przyznam, że "Poranki w Dżeninie" zrobiły na mnie tak silne wrażenie, że natychmiast zabrałam się za lekturę "Czystek etnicznych w Palestynie" żydowskiego historyka Ilana Pappe, która to książka została mi polecona.

Susan Abulhawa urodziła się w Kuwejcie, jej rodzice musieli opuścić Jerozolimę. Mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. "Poranki w Dżeninie" to jej literacki debiut. W Polsce ukazał się po raz pierwszy w roku 2012 w innym wydawnictwie i tłumaczeniu, także pod innym tytułem.

Tę powieść śmiało można nazwać sagą rodzinną. Mamy nawet drzewo genealogiczne palestyńskiej rodziny, której historię poznajemy. Wszystko zaczyna się jeszcze przed rokiem 1948, kiedy to powstało państwo Izrael, w jednej z palestyńskich wiosek, której mieszkańcy pracują na roli. Są przywiązani do swojej ziemi, do swoich sadów i drzewek oliwnych. Życie toczy się w rytm przyrody. Ale już od jakiegoś czasu towarzyszy im niepokój. Co się stanie, kiedy powstanie żydowskie państwo? Niektórzy się boją, inni to lekceważą. Przecież chcemy tylko spokojnie żyć, miejsca starczy dla wszystkich. Przecież ci żydowscy żołnierze, których ugościliśmy w naszej wiosce, z którymi rozmawialiśmy, nie mogą nam nic zrobić. A jednak dochodzi do najgorszego. Mieszkańcy wioski, jak wielu innych, zostają siłą zmuszeni do jej opuszczenia, ograbieni z wszystkiego, co mieli, i pognani na teren ówczesnej Transjordanii do Dżeninu. Tam powstaje jeden z największych obozów dla palestyńskich uchodźców, który istnieje do dziś. Początkowo żyją w namiotach skazani na pomoc organizacji humanitarnych.

Baba wzywał nas do domu, do obozu, gdzie wszyscy razem żyliśmy w cieniu międzynarodowej dobroczynności.

Z czasem sklecą sobie nowe domki, które później wielokrotnie będą niszczone przez izraelskich żołnierzy. Długo wierzą, że to tylko na chwilę, że będą mogli wrócić do swoich wiosek i domów, jeśli nie zostały zrównane z ziemią. Najbardziej tęsknią za bliskim kontaktem z naturą, za pracą na roli, przecież żyją stłoczeni na niewielkiej przestrzeni, gdzie nie ma zieleni, nie mogą już doglądać zbiorów oliwek i owoców. Nadzieja odżywa w roku 1967 w czasie wojny arabsko-izraelskiej zwanej sześciodniową. Szybko okazuje się płonna. To w jej wyniku powstaje Strefa Gazy i zaczyna się okupacja Zachodniego Brzegu, zajęte zostają Wzgórza Golan i Wschodnia Jerozolima. Odtąd jest jeszcze gorzej.

Główną bohaterką powieści, a w wielu fragmentach narratorką, jest Amal, która przychodzi na świat w roku 1955 w Dżeninie. To jej historia wysuwa się na pierwszy plan, chociaż równie ważne są inne bohaterki i inni bohaterowie. Jej matka, w młodości nieokiełznana Beduinka Dalia, ukochany ojciec, Hasan, starszy brat, Jusuf, który urodził się jeszcze przed Nakbą. Bardzo ważną postacią jest także brat, który zaginął w czasie ucieczki. A to nie wszyscy,  wiele tu postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Bo to powieść pełnokrwista, wielowątkowa, z pogłębionymi portretami bohaterek i bohaterów. Ich losy splatają się ze sobą, rozchodzą, aby w jakimś momencie znowu się połączyć, choćby na chwilę. Amal wychowuje się w Dżeninie, ale potem dzięki splotowi szczególnych okoliczności, w dużej mierze tragicznych, spełnia marzenie swojego ojca i wyjeżdża uczyć się do Jerozolimy, a potem studiować w Stanach. Przejdzie przez okres wykorzenienia, rozpuszczenia swojej arabskiej tożsamości w zachodnim świecie. Nigdy jednak nie zapomni o tym, kim jest i najpierw wróci na Bliski Wschód do Libanu, gdzie w innym obozie dla uchodźców będą żyli jej bliscy, a  w końcu także do Dżeninu. 

Lecz choćbym nie wiem co sobie kupiła, nie wiem, jaką fasadę zbudowała, i tak na zawsze przynależałam do narodu palestyńskiego, wygnanego donikąd, pozbawionego człowieczeństwa i honoru.

Niczego tu nie zdradzam, bo od sceny w obozie w roku 2002 zaczyna się powieść. Historia jej i innych bohaterek oraz bohaterów jest bardzo burzliwa, nie sposób tu nawet w najdrobniejszej części jej opowiedzieć.

Zanim przejdę do tego, dlaczego ta powieść mimo zastrzeżeń zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie przeczołgała, wspomnę o jednym z problemów, który też wydaje się istotny, a który w obliczu historii politycznej może  umknąć. Bo jest to też powieść o macierzyństwie, o różnych jego obliczach. A przede wszystkim o macierzyństwie, które w wyniku tragedii zostaje złamane, a może lepszym określeniem byłoby słowo zamrożone. Matka, która kocha swoje dziecko, nie potrafi mu tego okazać, a ono czuje coraz większy żal, złość, samotność. 

Wzrok mamy zrobił się pusty, bez wyrazu, jej ciało skurczyło się, a oddech stał się chrapliwy. Moja rodzina właściwie przestała istnieć, a ja zbliżałam się do czternastych urodzin poznaczona szpetnymi ranami. Życie bywało nieprzewidywalne i kapryśne, nie można było mu ufać.

Dorastałam w świecie doraźnych marzeń i abstrakcyjnych narodowych tęsknot, wszystko wydawało mi się ulotne. Na nic nie można było liczyć i nic nie było pewne - ani rodzice, ani rodzeństwo, ani dom.

To jeszcze jedno oskarżenie, bo te tragedie są ściśle związane z polityką. Ale jest tu też matka, która ma siłę, aby wybrać inną drogę. Swojego bólu i smutku pozbywa się dzięki miłości do syna. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo musiałabym zbyt dużo zdradzić, a przecież akcja ma w tej powieści wielkie znaczenie, ale muszę zasygnalizować ten problem. Apatia w równym stopniu dotyka mężczyzn, którzy czują się bezsilni w obliczu tego, co się dzieje. Są też znacznie częściej niż kobiety upokarzani przez izraelskich żołnierzy, bici czy wsadzani do więzień. Dalia, matka Amal, ma takie powiedzenie: Cokolwiek czujesz, zachowaj to dla siebie. No ale ile można? Czy rozwiązaniem jest albo apatia, albo wybuch wściekłości?

Czytając "Poranki w Dżeninie", myślałam sobie, że jest to książka z gatunku takich, która w lekki, przystępny, ciekawy sposób opowiada o ważnych, tragicznych sprawach. Ot tak, aby pokazać problem, ale nie odstręczyć czytelniczki czy czytelnika, nie stawiać im wielkich barier. I w jakimś stopniu rzeczywiście to prawda, ale tylko w jakimś. Bo jest tu wiele scen wstrząsających, szczególnie tych, które rozgrywają się w obozach dla uchodźców w Dżeninie i w Libanie - w czasie wojny sześciodniowej, pierwszej wojny libańskiej w roku 1982 i w czasie jednej z palestyńskich intifad. I nie są to sceny  wymyślone. Autorka opowiadając o tych najbardziej dramatycznych momentach, posiłkuje się cytatami z prac historycznych, z prasy czy z innych dokumentów. Ta świadomość, że nie mamy do czynienia z fikcją literacką, robi największe wrażenie.

Jak już wspomniałam, miałam sporo wiadomości o współczesnym obliczu konfliktu, tymczasem niewiele o jego przeszłości. Oczywiście wiedziałam o Nakbie, przecież pisze o niej choćby przywołany przeze mnie Raja Shehadeh, ale o samym konflikcie zawsze myślałam, że to skomplikowane. Przyznam, że patrzyłam na jego źródła bardziej z perspektywy izraelskiej niż palestyńskiej. I podejrzewam, że mogłam być w większości. Bo nie tylko Izrael, ale również świat zachodni skutecznie nam taką perspektywę narzucił. 

Tydzień po masakrze w Sabrze i Szatili redakcja "Newsweeka" uznała, że najważniejszą wiadomością minionych siedmiu dni była śmierć księżnej Grace. W kolejnym tygodniu na okładce zaakcentowali inny temat: "Israel in Torment". "Męczarnie Izraela". To Izrael stał się ofiarą.

Jak żyć w świecie, który niezmiernie odwraca oczy od takiej niesprawiedliwości?

Do głębi poruszył mnie fakt, że w opuszczonym przez rodzinę Amal domu po jakimś czasie zamieszkują Żydzi, którzy przyjechali z Francji. Czym różnią się od Polaków, którzy wprowadzali się do pożydowskich mieszkań i domów? A jak do tego doszło, czytam właśnie we wspomnianej już książce żydowskiego historyka Ilana Pappe "Czystki etniczne w Palestynie". Niech zwiastunem jej omówienia będzie cytat z "Poranków w Dżeninie".

... Palestyńczycy płacili cenę za żydowski Holokaust.

Dużo do myślenia dał mi też wywiad z Karoliną Wójcicką, autorką niedawno wydanego zbioru reportaży "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy", w którym tłumaczyła między innymi, jak polityka historyczna Izraela, edukacja wpływają na to, że Izraelczycy są przekonani, iż w tym konflikcie są niewinnymi ofiarami i muszą się bronić, co usprawiedliwia przemoc.

Chociaż Susan Abulhawa pokazuje  palestyńską perspektywę na konflikt, to równocześnie opowiada o przyczynach  radykalizacji młodych Palestyńczyków, która doprowadza do aktów terroru i intifad. To zresztą żadne odkrycie.

Znakiem szczególnym uchodźców stało się dążenie do przetrwania, ale ceną, jaką za nie płacili, była utrata wrażliwości. W jej miejsce nauczyli się celebrować męczeństwo, bo jedynie ono dawało im wolność. Tylko gdy byli martwi, Izrael nie mógł już więcej ich ranić. Męczeństwo stało się radykalną formą oporu przeciw okupacji.

Ale ofiarami polityki Izraela stają się też młodzi żydowscy chłopcy wcielani do wojska. Pisał o tym w swoich książkach Paweł Smoleński.

Szkoda mi go. Smuci mnie ten chłopak, który musiał stać się mordercą. Żal mi młodości zdradzonej przez przywódców na rzecz ich symboli, flag, wojny i władzy.

I na koniec muszę jeszcze napisać, co mnie w tej powieści drażniło. Otóż jest to książka pełna egzaltacji. Sposób, w jaki autorka pisze, szczególnie o miłości, jest dla mnie niestrawny. Nie znoszę egzaltacji, a takim językiem o tym opowiada. Być może wynika to z tradycji opowieści arabskich, także tych oralnych. Może do takich tradycji nawiązuje. Podejrzenie, że tak właśnie jest, nasuwa mi narratorka, Amal, która mieszkając w Stanach, nie potrafi przyzwyczaić się do oszczędnego sposobu takiego codziennego komunikowania się. Wielokrotnie wspomina, jakie możliwości daje w takich sytuacjach język arabski, a przede wszystkim obyczaj i kultura. Nawet jeśli tak jest, to mnie  taki egzaltowany sposób opowiadania irytuje.

Tak czy inaczej uważam, że "Poranki w Dżeninie" to lektura bardzo ważna, a właściwie może nawet chętnie napisałabym, że obowiązkowa, gdybym nie wzdrygała się przed takim kategorycznym sformułowaniem.

W maju w tym samym wydawnictwie wyjdzie kolejna powieść Susan Abulhawy. Na pewno po nią sięgnę. Jestem bardzo ciekawa, na ile autorka będzie potrafiła wyjść dalej, a na ile powieli schemat "Poranków w Dżeninie".

Sebastian Barry "Tymczasowy dżentelmen"

Irlandzki pisarz, Sebastian Barry, bardzo szybko awansował do grona

moich ulubieńców. Dzięki chłopakom z wydawnictwa ArtRage regularnie dostajemy jego kolejne powieści. To efekt ich fascynacji tym autorem i przekonania, że trzeba go na polskim rynku wydawniczym promować. Jak udaje się to ostatnie, nie mam pojęcia, ale póki co jego książki stale się ukazują. I oby tak dalej. 

Nie muszę dodawać, że nie mogłam się doczekać lektury najświeższej powieści Sebastiana Barry'ego, "Tymczasowy dżentelmen" (2025; przełożyła Agnieszka Walulik). Niestety z różnych powodów trochę mi zeszło, aż wreszcie przyszedł czas, aby się swobodnie za nią zabrać. Wielbię wszystkie jego cztery powieści, które dotąd przeczytałam (w ArtRage'u wyszło ich pięć), ale mam wśród nich swoją hierarchię. Na piedestale stawiam dwie, na równi, "Czas starego boga" i "Tak daleko od domu", a zaraz po nich właśnie "Tymczasowego dżentelmena". Co nie znaczy, że nie podobało mi się "Po stronie Kanaanu".

Pisarz lubi układać swoje książki w rodzinne cykle. "Tymczasowy dżentelmen" to historia Jacka McNulty'iego. Wiem, że ma się ukazać powieść, której bohaterem będzie jego brat, Eneas. Już ostrzę sobie na nią zęby. Ale czas przejść do najnowszej powieści Sebastiana Barry'ego.

Trzeba przyznać, że autor potrafi zaskakiwać. Każda z czterech jego książek jest zupełnie inna, a jednak coś je łączy. Jedno to splecenie losów bohaterek i bohaterów z burzliwą historią Irlandii. Czasem bardziej, czasem mniej, ale kontekst historyczny jest w każdej z nich ważny. Drugie to niestety smutek, a nawet w niektórych brak nadziei. Dlatego nie zaskakuje, że "Tymczasowy dżentelmen"  jest powieścią mroczną, chociaż nie od początku. Muszę przyznać, iż przez jakiś czas miałam nawet poczucie, że życie bohaterów i bohaterek przypomina flautę, że nic niespodziewanego i strasznego się im nie wydarzy. Wprawdzie zaczyna się wszystko od dramatycznego epizodu z czasów drugiej wojny, ale zaraz potem następuje przeskok czasowy do lat pięćdziesiątych, a wtedy życie Jacka toczy się spokojnie. Mieszka w stolicy Ghany, Akrze, gdzie przez jakiś czas pracował dla ONZ-etu, wspomina lata swoich studiów, kiedy poznał i zakochał się w Mai Kirwan, która została jego żoną, czas spędza samotnie lub na rozmowach ze swoim czarnoskórym służącym, a właściwie przyjacielem. Nieco rozczarowana miałam wrażenie, że tak będzie już do końca. Jak bardzo się myliłam!

Wkrótce okazuje się, że Jack nie tylko wspomina, ale spisuje swoje życie, historię swoją i Mai. Ma mu to pomóc uładzić się ze sobą, ruszyć do przodu, wrócić do Irlandii, gdzie mieszkają jego córki i wnuczki. Chciałby wreszcie prowadzić rzeczywiście spokojne życie, spełniać się w roli dziadka. Najpierw jednak musi zejść w otchłanie swojej przeszłości, dotknąć jądra ciemności. 

Chciałbym zapytać Boga, a jeśli nie Boga, to jakiegoś dobrotliwie nastawionego anioła, o odpowiedź na pytanie, dlaczego  Mai Kirwan przypadł w udziale taki los, dlaczego spośród wszystkich kobiet na świecie, jej właśnie zapisano taką przyszłość, choć zaczynała tak pełna obietnic i szczodrych darów.

Nie przez przypadek robię tu aluzję do powieści Conrada. Nie przypuszczam, aby autor do niej nawiązywał, ale mnie to zstąpienie Jacka w głąb siebie, dotknięcie tego, co wstydliwe, tego, co ciemne, fakt, że ta podróż do zakamarków duszy  ma miejsce w Afryce, jakoś skojarzyło się z "Jądrem ciemności". Podobnie historia jego ciemnoskórego towarzysza, który w czasie wojny dzielnie bił się nie o swoją sprawę w szeregach armii brytyjskiej, a potem, gdy przestał być potrzebny, nikogo jego los nie obchodził, a nawet, gdy dołączył do tych, którzy upominali się o swoje prawa, został, jak i oni, bezwzględnie potraktowany.

Gdy opuścił swoją wioskę, żeby zaciągnąć się do pułku Złotego Wybrzeża, nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie będzie go przez trzy czy cztery lata, bez żadnego urlopu.  

... nie miał pojęcia o świecie, nigdy w życiu nie widział żadnego miasteczka, już nie wspominając o takich miejscach jak Akra.

Kiedy wrócił z wojny, doszło do jakichś problemów z rentami żołnierskimi, tak więc on i jego towarzysze broni przemaszerowali ulicami Akry, aby to oprotestować, i policja zabiła kilka osób. Co, bez dwóch zdań, nie było zbyt pięknym podziękowaniem za udział w obronie imperium.

Losy ciemnoskórego Toma to jednak tylko wątek poboczny, najważniejsza jest historia Jacka i Mai. Spotkali się w czasie studiów, pochodzili z różnych klas. Jego rodzina w hierarchii społecznej i majątkowej stała znacznie niżej niż jej. Ojciec Mai od początku był przeciwny ich związkowi, a jednak Jackowi udało się przezwyciężyć przeszkody i doprowadzić do ślubu. Dziewczyna miała ambicje, interesowała się polityką, w irlandzkim sporze opowiadała się za niepodległością. Przynajmniej tak widział ją on, bo jej historię poznajemy z jego perspektywy. Ale dlaczego miałby ją upiększać? Odwrotnie, czując się winnym temu, co się z nią potem działo, mógłby o tym nie pisać, uczynić ją w swoich wspomnieniach zwykłą dziewczyną. A jednak pisze o niej z tamtego okresu jako o samodzielnej, trochę nieprzewidywalnej, żywiołowej, bystrej dziewczynie, która mu imponowała. Tymczasem on stał z boku, trzymał się z daleka od polityki, służył w armii brytyjskiej. Być może przestrogą był dla niego los jego brata Eneasa, ale o tym będzie kolejna powieść.

To, co najważniejsze w tej książce, rozegra się  po ślubie Mai i Jacka. Trudno o tym pisać tak, aby jak najmniej zdradzić z ich dalszych losów. Wprawdzie najważniejsza jest głębia przeżyć i emocji, ale jednak to, co się działo w ich małżeństwie, było dla mnie zaskoczeniem, nie chciałabym więc odbierać czytelniczej przyjemności odkrywania ich losów tym, przed którymi dopiero ta lektura. Z konieczności ucieknę się do dość ogólnikowych stwierdzeń i pytań.

Jest to opowieść o wielkiej miłości, która nie jest dość uważna i która nieświadomie krzywdzi. O miłości, która trwa mimo przeszkód. I Jack i Mai to postacie tragiczne. Czy ona powinna wychodzić za mąż? Właściwie dlaczego zdecydowała się na małżeństwo? Są drobne przesłanki, aby sądzić, że się wahała, a może nawet  nie chciała, a potem weszła w rolę żony i matki. Czy powinna zostawać matką? A może gdyby Jack był dość uważnym mężem, mógłby jej pomóc? Czy rzeczywiście poradziłby sobie sam? Dziś potrafimy nazwać problemy Jacka i Mai, wtedy nie było to takie oczywiste. Chociaż jej przyjaciółka ostrzega Jacka, że  dzieje się z nią coś niepokojącego, on niczego nie widzi, a potem woli problem od siebie odsunąć. 

Och, Queenie, Queenie, myślałem, weź sobie tę podłą prawdę i odejdź. Jeśli ją zabierzesz, nie będę musiał o niej myśleć, wygnam ją ze swojej głowy.

Czy powinien zaciągać się do brytyjskiej armii, kiedy wybuchła druga wojna, i zostawiać żonę samą z córeczkami? Przecież to nie była ich, irlandzka, wojna. A może tak było łatwiej, z dala od kłopotów, rzucić się w wir wojennej przygody? A może jednak czuł, że tak trzeba, stanąć do walki o wartości? Bo jak mówią słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: ... męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać. Dziś trudno się z nimi zgodzić. 

- Jack, ciebie tutaj nie ma. One potrzebują ojca.

- Pojechałem na wojnę. Na wojnę. Cały świat pojechał na wojnę.

- I co ty, do diabła, tam robisz? - zapytała Mai. - W Irlandii figę to wszystkich obchodzi.

Jack był dumny ze swojego udziału w wojnie, ale nie tylko Mai to nie obchodziło. Bieda, jaka była jej skutkiem, tym bardziej skłaniała tych, którzy nie wzięli w niej udziału, do okazywania pogardy tym, którzy dali się omamić i walczyli o nie swoją sprawę.

Wojna oznaczała zwyczajnie jedną wielką niedogodność.

Na ile Mai niszczyła sama siebie, a na ile Jack pociągnął ją na dno? Swoją niefrasobliwością, swoim lekkim stylem życia, który okazał się być zaraźliwy. Czy gdyby nie wyszła za niego za mąż albo nie wyszła za mąż w ogóle, jej los potoczyłby się inaczej? A jednak chyba mimo wszystko go kochała. W godzinie ostatecznej próby Jack się sprawdził. Niestety krzywdząc siebie, krzywdzili też dzieci, które stały się ofiarą tej sytuacji.

Jest to też powieść o rozczarowaniu. Bo Jack będąc w Afryce, zaczyna rozumieć, na jak fałszywych i kruchych podstawach oparta była jego wiara w imperium brytyjskie. Pomaga mu w tym przyjaźń z Tomem, któremu odpłacono pięknym za nadobne. Stąd tytuł "Tymczasowy dżentelmen". Irlandczyk, a tym bardziej Afrykanin, angielskim dżentelmen może się poczuć tylko przez chwilę. Kiedy zrobi swoje, nie jest nikomu potrzebny.

Ale to wszystko było oczywiście dawno temu, setki różnych losów i historii pochłonęły moich towarzyszy, tak jak mnie pochłonął mój własny los. Tkwimy w ogromnym brzuchu wieloryba zdarzeń, jego ciemność poczytaliśmy sobie za przyjemną noc, a unoszący się tam fosforyzujący plankton za gwiazdy.

Te słowa mogłyby posłużyć za motto "Tymczasowego dżentelmena". Kolejna bardzo dobra, ale bardzo mroczna powieść Sebastiana Barry'ego. 

Rade Jarak "Jugosłowiańskie puzzle"

Literackie upodobania potrafią zwieść na manowce. Tak było tym
razem. Moja słabość do literatury bałkańskiej i sag rodzinnych zaprowadziła mnie do powieści chorwackiego pisarza Rade Jaraka "Jugosłowiańskie puzzle" (Wydawnictwo Akademickie SEDNO 2022; przełożył Maciej Czerwiński). 
Już nie pamiętam, jak się o niej dowiedziałam. Trochę przeleżała w czytniku, aż bez specjalnego powodu przyszła jej kolej, kiedy szukałam następnej lektury. I niestety tym razem rozczarowanie. Nie mogę powiedzieć, abym się nad nią męczyła, przeciwnie, czytało się dobrze i szybko, ale jest to tego typu powieść, której równie dobrze mogłabym nie przeczytać. Ani grzeje, ani ziębi.

Nieprzypadkowo w tytule pojawia się słowo puzzle, bo właśnie taka jest struktura tej książki. Historię rodziny Romiciów z Dubrownika, która zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, a kończy w roku 2012, poznajemy niechronologicznie, bez żadnego porządku, podążając za różnymi bohaterami, a wszystko w krótkich rozdziałach. Najczęściej jest to ów brakujący kawałek rodzinnej historii, a z rzadka tło do obrazka - ot choćby obserwacja ptaków albo roślin w ogrodzie. Narracja na ogół trzecioosobowa, niekiedy przechodzi w pierwszoosobową, a czas przeszły miesza się z teraźniejszym.  Dlaczego tak? Jaka reguła tym rządzi? Nie odgadłam, ale może to kwestia braku spostrzegawczości czy nieuważnej lektury. 

Z takich puzzli mamy sobie stworzyć losy rodziny Romiciów zamieszkujących od kilku pokoleń rodzinny dom w Dubrowniku. A wszystko to na tle jugosłowiańskiej tragicznej historii - drugiej wojny, politycznych odwetów w czasach komunistycznych, a wreszcie dramatu po rozpadzie Jugosławii. Jeśli jednak ktoś obawia się makabrycznych obrazów, to spieszę uspokoić, że ich tu nie znajdzie. Chociaż dwaj bracia z najstarszego pokolenia związani z komunistyczną partyzantką Tity będą brali udział w wojnie, jeden zostanie na niej okaleczony, to wrócą z niej żywi i będą robić karierę w jugosłowiańskiej partii. Co nie znaczy, że śmierci w powieści nie ma. Przeciwnie, miałabym ochotę napisać, że trup ściele się gęsto, choć to nie kryminał ani powieść sensacyjna. 

Nad Romiciami ciąży fatum - masowo popełniają samobójstwa, giną w tragicznych okolicznościach, umierają na raka, męcząc się okrutnie, a nawet znikają. Dotyczy to także postaci luźno związanych z rodziną. Właściwie chyba nikt nie umiera tam banalnie - ze starości, na serce czy z innej podobnej przyczyny. Dopiero najmłodsze pokolenie, brat i siostra, wymyka się tej klątwie i zamierza żyć. Szczególnie ona. Bo czy on i jego żona źle nie skończą, za to nie dałabym głowy. Natomiast Milena chce nie tylko żyć, ale również rozkoszować się życiem. Dlatego ucieka daleko, bo aż na Madagskar, z mężczyzną, który jest jej w zasadzie obojętny, ale umożliwia właśnie taką  egzystencję.

Musiałam uciec daleko. Nie mogłam już znieść ojczyzny, Chorwatów i Serbów, ich niekończącej się wojny, kłótni, przepychanek. Mój ojciec jest Serbem, a matka Chorwatką. Co mam zrobić? Mam pójść w ślady mojej rodziny i targnąć się na swoje życie? O, nie. (...) Mam już wszystkiego dość. Scenariusz, który napisało życie, który dziedziczę, jest przeklęty. Już nie mogłam tego wszystkiego zdzierżyć. Powojenna mentalność zabiła całą moją rodzinę. Dziki kapitalizm.

Wprawdzie żyjąc na Madagaskarze, bez specjalnych wyrzutów sumienia korzysta z tego dzikiego kapitalizmu, co umożliwia jej biały przywilej, ale przynajmniej zdaje sobie z tego sprawę. Cóż zrobić, tak jest świat urządzony. Uciekając przed jednym złem, akceptuje inne.

Nienawidzę sama siebie, gdy patrzę na biedę, która mnie otacza. Ale co mam zrobić? Póki istnieje, istnieje. Próbuję być obojętna.

Czy zatem to rodzinne fatum związane jest z konkretnym miejscem w Europie, z Bałkanami? Tak zdaje się sugerować Milena. Ale czy rzeczywiście? Czy wszyscy samobójcy z tej rodziny targnęli się na swoje życie, bo byli chorzy z nienawiści do swoich współbraci, chorzy na swoją ojczyznę, a może na bałkańskość? Przecież nie. Prędzej na samotność, brak poczucia sensu, rozczarowanie. Smutek niczym mgła spowija bohaterki i bohaterów.

Tak chyba wygląda życie. Wszystko przychodzi i mija.

Naturą materii jest to, że przemija. Życie to tylko proces umierania. Straszne, kiedy się to zrozumie. My wszyscy, którzy przyszliśmy na ten świat w wymiarze materialnym, przyszliśmy po to, by umrzeć. To jedyna rzecz, którą musimy zrobić. W międzyczasie może uda nam się jeździć konno, wyjeżdżać na drogie wakacje i wychodzić na obiady rodzinne, może uda nam się kupić nowy dom, ale śmierć wyznacza kres. Czeka na nas może już za następnym rogiem. Rozkład.

A teraz czas najwyższy napisać, jaki mam problem z tą powieścią. Rzecz w tym, że taki sposób pisania, pokawałkowany, a na dodatek chłodny, spowodował, że nie potrafiłam się przywiązać do bohaterek i bohaterów, przejąć ich losami. Są mi  obojętni. Przecież już o tym wszystkim czytałam, mam za sobą sporo literatury z tego regionu. Aby nie mieć poczucia jałowości, muszę albo obcować z bohaterkami i bohaterami z krwi i kości, albo z językową finezją, albo zostać zaskoczona jeszcze w jakiś inny sposób. Samo mieszanie czasów, postaci i wątków, jak się okazuje, nie wystarcza. Irytująca bywa też deklaratywność niektórych fragmentów, szczególnie wtedy, kiedy ktoś wypowiada się w swoim imieniu. Przykład powyżej.

A dlaczego puzzle? Czy tylko dlatego, że składamy sobie historię Romiciów fragment po fragmencie? Może także dlatego, że wszystko się powtarza i który kawałek byśmy nie wyciągnęli, zawsze będzie przyjemność i ból, szczęście i nieszczęście?

Wszystko się kręci, znika i mnoży w odmętach losu, w ciągach przypadkowości, przyjemności i bólu, szczęścia i nieszczęścia. W nieprzewidywalności. To jest życie.

Przewidywalne i nieprzewidywalne zarazem.

Popularne posty