Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

Ishbel Szatrawska "Wyrok"

Nie upłynęło tak wiele czasu od ukazania się debiutanckiej powieści

"Toń" Ishbel Szatrawskiej, która wcześniej dała się poznać jako dramatopisarka, a właśnie wyszła jej druga książka, "Wyrok" (Cyranka 2025). Rzadko się zdarza, abym tak szybko po premierze, nie oglądając się na cenę, sięgała po tytuł, który chcę przeczytać. Oczywiście "Wyrok" miałam w planach, bo "Toń" zrobiła na mnie duże wrażenie, ale nie myślałam, że zrobię to już. A stało się tak, ponieważ wybierałam się na spotkanie z autorką. Pomyślałam więc, że skoro książka jest krótka, niecałe dwieście stron, może warto ją poznać wcześniej.

Muszę z żalem wyznać, że tym razem mam mieszane uczucia. O tym jednak za chwilę, a na początek, jak zwykle, parę słów wprowadzenia. Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku zimowych dni pod koniec wojny gdzieś w górach. Dwaj mężczyźni, Czesław Gajda i Franciszek Strzelecki, typy raczej spod ciemnej gwiazdy trudniące się bandyterką, mają na zlecenie partyzantów wykonać wyrok na kolaborancie. Trzeba go wytropić i zabić. Ale to pierwsze nie jest takie proste, bo gdzieś się ukrył, a ludzie nie bardzo chcą mówić. Wędrują więc od wsi do wsi, śpiąc gdzie popadnie, i rozpytują. Tropieniu towarzyszą coraz większe wątpliwości i narastający irracjonalny lęk. Dlaczego to oni mają wykonać wyrok? Czy nie kryje się za tym jakiś podstęp? Może przyszedł na nich kres? Wykręcić się jednak nie mogą, bo mają wobec partyzantów dług wdzięczności. Jak się ta historia skończy? Czy wytropią zbiega? Czy rzeczywiście był kolaborantem? Czy może sytuacja jest bardziej skomplikowana? 

Najpierw pretensje do wydawnictwa, bo myślę, że to pomysł marketingowy, które nazwało "Wyrok" literackim thrillerem. Popularny portal książkowy poszedł jeszcze dalej i dodał słowa sensacja i kryminał. Jeśli jakaś nieświadoma niczego czytelniczka lub takiż czytelnik, miłośniczka lub miłośnik prozy gatunkowej sięgną po powieść Ishbel Szatrawskiej, pewnie słono się zawiodą, bo to ani thriller, ani sensacja, a już na pewno nie kryminał. Mało tego, umieszczenie akcji w wiejskim środowisku i niekoniecznie łatwy dla każdego język powieści mogą sprawić, że nie dobrną do końca. Czy naprawdę o to chodzi? Od razu wyjaśniam - ja pretensji nie mam, bo nie z powodów gatunkowych sięgnęłam po "Wyrok". Zrobiłam to, bo bardzo podobała mi się "Toń', o czym już wspominałam. Przyznam, że byłam nawet lekko zdziwiona, że Ishbel Szatrawska napisała thriller, a nawet mnie to nieco zniechęcało. 

Zacznę od tego, co mnie zachwyciło. To język powieści. Zamiast wyjaśniać, lepsze będą cytaty.

Zapadał dzień. Nastroszone czuby świerków, kopulaste korony, drzewa po horyzont. Za nimi z jednej zwaliste skały, z drugiej dolina. Szli jednostajnie, miarowo, byle sił nie stracić, byle przedrzeć się za dnia na drugą stronę, przebyć Księży Las, przez Rudawkę się przeprawić i gdzie osiąść potajemnie, poza ludzkim widzeniem, poza domniemaniem.

Księży Las rozpościerał się u stóp Burego Wierchu, przecinał bliźniacze wzgórza długim jęzorem ciągnącym się wzdłuż górnego biegu Rudawki i opadał miękko nad jej zachodnim brzegiem, rozdzielając wespół ze strumieniem rozsypane po okolicy wioski, nieświadomie rodząc animozje i klanowe podziały ...

Raz, dwa. I jeszcze raz. Przytup. I w kole, i hyc pod górę, babą pod powałę. Chodzą w prawo, w lewo, obrót, powrót. Pędzi ród ludzki na karku złamanie. 

I tak w całej książce. Gwara, językowa finezja, nieliczne dialogi, wszystko dzieje się w narracji, co buduje gęstą, duszną atmosferę. Czytałam z podziwem.

Niewątpliwie zaletą powieści jest też to, że autorce udaje się mimo skondensowanej objętości, bardzo dobrze sportretować obu bohaterów, wniknąć w ich motywacje, lęki, rozterki, pokazać, jak to się stało, że zajęli się bandyterką, stali się nieczuli, a chwilami bezwzględni i pozbawieni skrupułów. Teraz, kiedy o tym myślę, przyszło mi do głowy, że to trochę bohaterowie spod znaku Szeli, szczególnie Franciszek Strzelecki, którego poznajemy znacznie lepiej. Nie waham się napisać, że jest postacią tragiczną, mimo niechęci, jaką we mnie budził. To z jego punktu widzenia o wiele częściej przyglądamy się temu, co się dzieje.

Największym zaskoczeniem okazało się dla mnie zakończenie powieści. Przyznam, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego, bardziej schematycznego. Wydawało mi się, że wszystko zmierza ku pewnym dylematom związanym z wyrokiem. Tymczasem nie! Nie dość, że samo rozwiązanie historii okazuje się zupełnie nieoczekiwane, to jeszcze w finale dowiedziałam się o bohaterach czegoś, o czym zupełnie wcześniej nie myślałam. Przyznam, że właśnie takie mocne zakończenie sprawiło, że inaczej spojrzałam na "Wyrok". Moje pretensje, rozczarowania, jakie towarzyszyły mi od jakiegoś momentu w trakcie lektury, nagle przestały mieć znaczenie. Piszę w sposób enigmatyczny, pokrętny, bo byłoby grzechem zdradzanie zakończenia, a przecież chętnie oddałabym się tu głębszym refleksjom.

No i wreszcie przyszła pora, aby wyjaśnić, skąd moje mieszane uczucia, skąd rozczarowanie, które towarzyszyło mi od pewnego momentu lektury. Myślę, że zupełnie inaczej odbierałabym "Wyrok", gdybym nie znała "Toni". W tamtej powieści bardzo zżyłam się z bohaterkami i bohaterami, mocno przeżywałam ich losy. Szczególnie epizod kaliningradzki, historia niemieckiego lekarza i jego partnerki, opowieść o oblężonym mieście, zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nie tylko to zresztą. A to wszystko było możliwe, bo "Toń" dzięki objętości miała rozmach. Tymczasem "Wyrok" jest krótki. I chociaż na poziomie refleksji podążałam za bohaterami i problemami poruszanymi w powieści, to na poziomie emocji nie. Mimo że cały czas towarzyszył mi zachwyt nad językiem, to bez żalu przerywałam czytanie, aby dopiero w kolejnej wolnej chwili wrócić do lektury. Nie miałam czegoś takiego, że muszę odłożyć wszystko, że nie mogę się oderwać od książki. A problemy poruszane w powieści? Deprawacja moralna spowodowana wojną, zobojętnienie na przemoc, poczucie niższości, gorszości, nienaruszalna hierarchia społeczna nawet w takich małych środowiskach wiejskich, śmierć, zniszczenie, strach, niepewność, niestałość, jakie niesie ze sobą wojna, ale też daje nadzieję na zburzenie tej odwiecznej hierarchii?

Życie tego człowieka było mu obojętne i czasem myślał, że zobojętniało mu każde życie, nawet własne.

Wojna zbawienna, wojna błogosławiona, która niszczy stare stosunki i tasuje karty z wprawą wytrawnej szulerki. Wniwecz idą układy uświęcone tradycją, wniwecz rodowa niesprawiedliwość. Kto wczoraj żarł z miski ziemię, jutro na srebrze ma kapłony. 

Niech więc to głupie chłopię żebrze u nich o życie, niech żebrze u łajdaków, może właśnie dlatego, mamieni łatwością bandyterki, weszli na tę drogę, może chcieli, by raz ktoś ich o coś prosił. 

O tym wszystkim już wielokrotnie czytałam, to nic nowego i odkrywczego. Tak, wiem, wszystko już było, dlatego tak ważne jest jak. Bo to sposób opowiadania, zbliżenie do bohaterów sprawiają, że to, co dobrze znane, znowu porusza. W "Wyroku" mi tego zabrakło. Dopiero zakończenie przewartościowało wszystko. Oczywiście to moje subiektywne wrażenia. Z pewnością będą takie i tacy, dla których ta kondensacja nie będzie przeszkodą, a nawet okaże się zaletą.

Tak czy inaczej warto po nową książkę Ishbel Szatrawskiej sięgnąć. No i czekam na jej kolejną powieść. I może lepiej, aby nie było to bardzo szybko.

Rosa Liksom "Pułkownikowa"

Sama już nie pamiętam, jak doszło do tego, że postanowiłam

przeczytać "Pułkownikową" fińskiej pisarki Rosy Liksom (Marpress 2023; przełożył Artur Bobotek). Muszę przyznać, że to, chyba, druga fińska książka, po którą sięgnęłam. Tytułu poprzedniej nie pamiętam, widocznie nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Czy o niej pisałam? Nie mam pojęcia.

Dawno już nie czytałam powieści, której bohaterowie byliby tak dalece mi obcy, ba, odstręczający. Ale o tym za chwilę. Na razie parę zdań wprowadzenia. "Pułkownikowa" to, poza krótkim początkiem i takim zakończeniem, monolog tytułowej bohaterki, jej wspomnienia. Dlatego składnia przypomina miejscami składnię języka mówionego, stąd język kolokwialny, prosty, a miejscami dosadny, szczególnie, kiedy Pułkownikowa opowiada o swoim życiu erotycznym, a było ważnym elementem jej egzystencji. Główna bohaterka to postać autentyczna, urodzona w 1913 roku Annikki Kariniemi, popularna w Finlandii w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych pisarka. W powieści przewija się zresztą wiele autentycznych postaci, często takich, które niechlubnie zapisały się na kartach dziejów. 

Wielką zaletą tej książki jest zwięzły wykład historii Finlandii dwudziestego wieku. Oczywiście nie jest to wykład w dosłownym sensie tego słowa, ale śledząc losy bohaterki, można się bardzo dużo na ten temat dowiedzieć. A ponieważ na końcu zamieszczony jest słowniczek najważniejszych pojęć, postaci i zdarzeń historycznych, tym łatwiej to zrobić. Jeśli się gubiłam, o co było nietrudno, bez trudu mogłam znaleźć hasło dotyczące na przykład wojny zimowej, wojny kontynuacyjnej, wojny lapońskiej czy wyzwoleńczej. A wszystkie one rozegrały się w pierwszej połowie zeszłego wieku, począwszy od roku 1918. Muszę przyznać, że niewiele na temat historii Finlandii wiedziałam. Właściwie tyle, że Finowie walczyli w czasie drugiej wojny ze Związkiem Radzieckim, że niepodległość, świeżej daty, obronili, ale kosztem pewnych ograniczeń, które nazywa się finlandyzacją. Reszta kryła się we mgle niewiedzy, co ze wstydem przyznaję. Dlatego czytając niektóre fragmenty, otwierałam oczy ze zdumienia.

Czas  przejść do bohaterki, tytułowej Pułkownikowej. 

Pamiętałam słowa ojca, że wszystko, co dobre, pochodzi z Niemiec - religia od Lutra, kawa od od Pauliga, a ja dodałam, że nacjonalizm od  Führera. Odwróciłam się od fińskich faszystów upieczonych z kiepskich półproduktów i zaczęłam z coraz większym zapałem przypatrywać się Niemcom. Na początku zimy przyjechała do mnie do wiejskiego domu Rebeka. Zabarykadowałyśmy się w południowym pokoju na strychu. Czytałyśmy sobie na głos "Mein Kampf" Führera i byłyśmy podniecone jak małe dzieciaki.

Nienawidziłyśmy demokracji, liberalizmu, Ruskich i komunistów, niepokoiłyśmy się o losy naszej ukochanej ojczyzny będącej w szponach kryzysu gospodarczego i marzyłyśmy o nacjonalistycznym, idealnym państwie, w którym jest tylko jedna partia, jeden przywódca i jeden naród.

Takie poglądy głosi Pułkownikowa w młodości, takich poglądów nie wstydzi się po latach, kiedy wspomina swoje życie. Nie jest odosobniona. Podobnie myślała część fińskiego społeczeństwa. Nazistą był również Pułkownik, najpierw jej kochanek, potem przez lata narzeczony, a wreszcie mąż, starszy od niej o ponad dwadzieścia lat. W przyszłości sytuacja się odwróci i to ona będzie starsza od swojego trzeciego męża dokładnie o tyle samo lat. Czas wojny w jej wspomnieniach, co szokuje, to dla niej czas przygody, zabawy i spotykania czarujących żołnierzy niemieckich. O okrucieństwach, których była świadkiem, opowiada rzadko, krótko, nie rozwodząc się nad nimi, jakby mimochodem. Za to wiele miejsca zajmują w jej wspomnieniach podróże odbywane z Pułkownikiem w towarzystwie wysoko postawionych oficerów niemieckich po wojennej Finlandii czy do okupowanej Polski, przyjęcia, w których uczestniczyli Niemcy czy sport uprawiany w ich towarzystwie.

Mieszkańcy Rovaniemi mogli prawie codziennie przyglądać się wspaniałym paradom i przemarszom. Kiedy defilada się kończyła, żołnierze wypuszczali w niebo ogromną ilość kolorowych baloników, a dzieciaki z okolic za nimi biegały. Niemcy podbili ich małe, niewinne i czyste serduszka.

Mnie też nienieccy żołnierze nauczyli jeździć. Spędzaliśmy na stoku wiele dni w tygodniu i cieszyliśmy się życiem. Żołnierze to takie beztroskie dzieciaki. 

Nigdy nie żyłam bardziej niż wtedy. Pośród wojennej zawieruchy ukazywała się w pełnej krasie zabawowa strona charakteru Pułkownika. 

Trudno polubić osobę o takich poglądach, która w taki sposób wspomina wojnę. Ale Pułkownikowa ma też drugą ciemną stronę, której nie rozumiem i nie potrafię zaakceptować. To jej ślepa miłość do Pułkownika. Mimo że dość szybko zdaje sobie sprawę z jego okrucieństwa w stosunku do innych osób, nie tylko kobiet, z wielu przekroczeń, które dziś nazywamy po imieniu - to przestępstwa, z jego niewierności, to przechodzi nad tym do porządku dziennego. Cieszy się życiem u jego boku. A potem, po ślubie, kiedy staje się ofiarą jego sadystycznej natury, nie odchodzi od niego. Przyjmuje jego przeprosiny i trwa przy nim. Czytając te bardzo mocne opisy przemocy, próbowałam zrozumieć, dlaczego nie ucieka, dlaczego się nie ratuje. Długo myślałam, że nie mogła znaleźć nigdzie pomocy, że była sama ze swoim nieszczęściem, bo ci, którzy wiedzieli, co się dzieje za drzwiami ich domu, milczeli, a jednego z lekarzy, wstrząśniętego jej widokiem, stać było tylko na radę, aby osłaniała głowę. Potem jednak okazało się, że mogła liczyć na siostrę. Dlaczego nie uciekła do niej wcześniej? 

Często po tym, kiedy mnie pobił, płakaliśmy razem jak małe dzieci. Płakaliśmy z powodu tej strasznej pułapki, w której się znaleźliśmy, i modliliśmy się, żeby to cierpienie było wciąż tak samo dotkliwie bolesne. On na swój dziwaczny, chory sposób mnie kochał i dlatego nie chciałam, a może nie umiałam od niego odejść. Gdy człowiek znajdzie miłość, choćby i chorą, to ma wszystko.

Dziękuję za takie wszystko. Jest jednak w Pułkownikowej rys tragiczny. Być może nabyła syndromu ofiary, bo w dzieciństwie została skrzywdzona, co potem wyparła. Jeżeli jest coś jasnego w tej postaci, to jej umiłowanie przyrody, szczególnie lapońskiej.

... teraz naprzeciwko kwitną wierzbówki, równie piękne i bujne jak ja. W środku lata kołyszą się w jednym rytmie ze słonecznym niebem, malują całe podwórze głębokimi kolorami - fioletowym, śnieżnobiałym, żółtawym i amarantowym. Moimi towarzyszami są zorza polarna i deski w podłodze, które skrzypią, gdy stąpają po nich moje zwierzaki. Z podwórza patrzę na niebo, aż po sam jego skraj, a tam pędza razem ze mną stada ptaków, chmury i wiatr. 

Jeśli miałabym tę powieść jakoś podsumować, to nasuwają mi się dwa słowa - dziwna i zaskakująca.

Szczepan Twardoch "Null"

Do twórczości Szczepana Twardocha mam stosunek mieszany. Moje

pierwsze spotkanie z jego książkami to "Morfina", którą, pamiętam, połknęłam niemal w transie. Ale już wtedy pozostałam sceptyczna. Uznałam tę powieść za postmodernistyczne czytadło dla czytelnika z ambicjami. Potem przeczytałam "Króla", bo podobnie jak w przypadku "Morfiny" dałam się złapać na temat - tu międzywojenna Warszawa, tam Warszawa i nie tylko zaraz po wybuchu drugiej wojny. No a potem podziękowałam i nie skusiłam się nawet na "Królestwo", czyli kontynuację "Króla". Zabieg z jakimś dziwnym narratorem przyglądającym się wszystkiemu z zaświatów zastosowany po raz drugi wydał mi się już nużący i manieryczny. Uznałam też, że szkoda mi czasu na ambitne czytadła. Dlatego długo broniłam się przed najnowszą powieścią Szczepana Twardocha "Null" (Marginesy 2025), chociaż oczywiście recenzje miała bardzo dobre, ale to w jego przypadku nic nadzwyczajnego. Pisarz cieszy się uznaniem zwyczajnych czytających oraz światka recenzenckiego. W końcu jednak skapitulowałam i znowu ze względu na temat - wojna w Ukrainie. Tym bardziej, że właśnie skończyłam znakomitą powieść irlandzkiego pisarza Sebastiana Barry'ego "Tak daleko od domu", której akcja toczy się na froncie pierwszej wojny światowej.

Podobnie jak przy okazji poprzednich lektur dałam się wciągnąć "Nullowi". Ucieszyło mnie, że tym razem pisarz porzucił swoje zabawy z dziwacznym narratorem, narracji w drugiej osobie nie uznałam za ekstrawagancję. Jak się później okazało, nie do końca porzucił, bo w finale okazuje się jednak, że za narracją drugoosobową coś się jednak kryje. No ale to dopiero w finale. 

Muszę przyznać, że mojej lekturze towarzyszyły wątpliwości. Bo po pierwsze zawsze jednak podejrzane wydaje mi się i jakoś niestosowne, że powieść o tematyce wagi bardzo ciężkiej czyta się jednym tchem. Nie wiem, czy tak powinno być. A po drugie miałam wrażenie, że nie dowiaduję się  niczego nowego, no może poza obrazem żołnierzy pozostających na nullu, czyli na najdalej wysuniętej linii frontu. Natomiast wszystkie dylematy moralne, wszystkie problemy towarzyszące ukraińskiej wojnie, wszystkie te dyskusje znam, bo śledzę na bieżąco to, co się dzieje. Zaraz jednak przychodziła refleksja - no dobrze, ale nie każdy to robi. Polacy, a inni Europejczycy jeszcze bardziej, są zmęczeni tą wojną, nie chcą o niej słuchać ani czytać. Może więc niepotrzebnie czepiam się najnowszej powieści Szczepana Twardocha, bo tak popularny pisarz ma szansę otworzyć im oczy, ponownie, uzmysłowić, co się tam dzieje, jakie wojna niesie dylematy i problemy. Tym bardziej, że "Null" powstał na zamówienie niemieckiego wydawcy, początkowo miał być reportażem albo esejem, ale okazało się, że autor nie czuje tej formy i  coś zaczęło mu wychodzić dopiero wtedy, kiedy wrócił do powieści. O tym wszystkim opowiadał w licznych wywiadach promujących "Nulla". Muszę jeszcze koniecznie dodać, że Szczepan Twardoch  bardzo dobrze zna problemy, o których pisze, bo wielokrotnie jeździł do Ukrainy w strefę przyfrontową jako wolontariusz przywożący sprzęt dla wojska, na co zbiera pieniądze i chwała mu za to. Spotykał się z żołnierzami, rozmawiał z nimi, ma tam znajomych, dlatego jego wiedza jest wiedzą insiderską, a do tego w stopce redakcyjnej wymienionych jest dwoje konsultantów merytorycznych. Tak więc przestaję się czepiać "Nulla", bo może spełnić ważną rolę, o ile literatura w ogóle może coś zmieniać.

Głównym bohaterem powieści jest ponad czterdziestoletni Polak, wojskowa ksywka Koń, w poprzednim życiu dobrze prosperujący historyk z Warszawy. Kiedy wybuchła wojna, najpierw jeździł do ogarniętej wojną Ukrainy jako właśnie taki wolontariusz z darami dla wojska, a potem zaciągnął się do legionu międzynarodowego, aby w końcu przejść do regularnej ukraińskiej armii, gdzie początkowo obsługiwał drony, później jednak z własnej woli, bo jako ochotnik nie-Ukrainiec nie musiał, trafił na ów tytułowy null na pozycję wysuniętą za Dniestr, skąd bardzo trudno będzie wrócić. Właściwie to misja straceńcza i nie wiadomo po co. Po to żeby odbić parę kilometrów terenu? W każdym razie jaki jest jej cel i sens, nie wiedzą zwykli żołnierze, którzy kryją się w piwnicach zburzonych domów lub w ziemnych jamach w miejscu, które kiedyś było spokojną wsią. Siedząc w takiej jamie z jeszcze jednym żołnierzem, Koń wspomina swoje dawne życie, opowiada o poznanych żołnierzach i oczywiście o dylematach oraz problemach, które nieodłącznie towarzyszą tej wojnie. Dlaczego zaciągnął się do wojska? Dlaczego dał się wywieźć za Dniepr na null? Cóż, nie zdradzę niczego, bo wytrawna czytelniczka i takiż czytelnik domyślą się, że jedną z opcji jest oczywiście jakaś mniejsza czy większa tragedia, która go spotkała w poprzednim życiu, ot, choćby zawód miłosny. Klisza klisz. Co to ostatecznie było, tego nie zdradzę. Trzeba też przyznać, że nie dowiemy się tego do końca. Bardziej domyślimy, niż zostanie nam to dosłownie powiedziane. To zaliczam na plus.

Natomiast dla mnie minusem są literackie szwy, które widać w nawiązaniach do "Iliady" oraz innych starożytnych eposów i koncepcji wiecznej chwały, jaką można tam znaleźć. Żołnierze, oczywiście nie wszyscy, tylko ochotnicy, stanęli być może przed takim dylematem, przed jakim w "Iliadzie" stanął Achilles.

Żywotność tej idei jest zaskakująca: pojawia się w "Iliadzie", gdzie Tetys, matka Achillesa, wyjawia mu, że los daje mu wybór: pozostawszy w Troi, może żyć krótko i wielkimi czynami zyskać kleos afthiton, wieczną chwałę, lub powrócić do domu i żyć długo i w niesławie i Achilles prawie wybiera ten los (...) i dopiero śmierć Patrokla wypełnia go gniewem i skłania do walki. (...) Kiedyś się tym zajmowałeś, taką refleksją, w świecie, którego już od dawna nie ma.

Ot, taki erudycyjny zabieg, aby ambitne czytelniczki i tacyż czytelnicy poczuli się lepiej. Może jednak niepotrzebnie się wyzłośliwiam.

A poza tym Szczepan Twardoch porusza w swojej powieści całe spektrum problemów, jakie niesie ta wojna i pewnie inne też. Jakie to problemy i dylematy? Że z dala od frontu życie toczy się niemal normalnie, można zjeść obiad w luksusowej włoskiej restauracji, w której kelnerka dosmaczy wykwintne danie odrobiną startych trufli. Że wojna zrównuje ludzi z różnych klas społecznych, ale nie zawsze łatwo pozbyć się pogardy wobec kogoś, z kim nie dzieli się żadnych przekonań i wartości. Że ci, którzy trafili na front jako ochotnicy, gardzą tymi, którzy trafili tam przymuszeni przez regularny pobór, a jeszcze bardziej tymi, którzy od wojny się uchylają, żyjąc wygodnie za granicą. I kto jest lepszy - wróg walczący z pobudek ideowych, które my uznajemy za błędne, czy swój, który od wojny stara się trzymać tak bardzo z daleka, jak to w wojennych warunkach możliwe? I kiedy skończyć tę wojnę? Na jakie kompromisy trzeba będzie pójść? I czy rzeczywiście trzeba będzie? A może należy walczyć do końca? Ale co jest tym końcem? No i gorzka refleksja, że kiedyś za lat powiedzmy dwieście, jeśli coś jeszcze za te dwieście lat będzie, ta wojna, na której teraz giną żołnierze i cywile, w podręcznikach historii zostanie sprowadzona do dwóch linijek. Bo taka jest kolej rzeczy, tak dzieje się z każdą wojną. Jest datą w podręczniku, z którego cierpienie ludzi, jej bezsens lub sens gdzieś z upływem stuleci wyparowały. A i jeszcze jedno, skoro głównym bohaterem jest Polak, nie mogło zabraknąć odniesień do stosunków polsko-ukraińskich z czasów drugiej wojny.

Najbardziej przejmujące są oczywiście opisy egzystencji na nullu, czekanie na śmierć. 

Plusem powieści jest odtworzenie realiów wojny, sylwetki bohaterów, nawet tych drugoplanowych, wciągające wydarzenia. Cóż, Szczepan Twardoch potrafi sprawić, że czytający zostają wciągnięci w świat jego bohaterów. Użyłam z rozmysłem tej męskiej formy, bo jest to świat męskocentryczny. Bohaterka, nie licząc epizodycznie wspominanych matki i siostry Konia, jest tylko jedna - Zuja, i nakreślona została dość przewidywalnie w przeciwieństwie do barwnych męskich postaci.

Mimo złośliwości polecam, ale prawdziwym mistrzem pozostaje dla mnie Sebastian Barry i jego powieść o wojnie "Tak daleko od domu".

Sebastian Barry "Tak daleko od domu"

"Tak daleko od domu" (ArtRage 2025; przełożył Tomasz S. Gałązka)

to trzecia powieść irlandzkiego pisarza, Sebastiana Barry'ego, jaką przeczytałam i nie zawaham się napisać, że sięgnę po każdą następną. No może nie po każdą, bo gdyby napisał coś  fantasy albo fantastycznonaukową, to raczej jednak nie, ale to się pewnie nie wydarzy. Tu koniecznie muszę wspomnieć o dwóch poprzednich - "Po stronie Kanaanu" i "Czas starego boga". Tak więc Sebastian Barry błyskawicznie awansował do grona moich ulubionych pisarzy.

Nie da się ukryć, że żywy Irlandczyk (Taki żarcik - znane z, czasem wisielczego, poczucia humoru chłopaki z ArtRage zawsze mówią albo piszą o martwych Chilijczykach, których kupują.) pisze powieści świetne, ale bardzo, bardzo smutne. Tak jest i tym razem - uczucie smutku towarzyszyło mi cały czas podczas lektury, a na koniec, a przyznam, że nie takiego zakończenia się spodziewałam, po prostu się wzruszyłam, a właściwie to uroniłam parę łez, no dobrze, rozryczałam się. Tu jeszcze jedna dygresja - aż dziw bierze, że autor tak smutnych powieści przedzierzgnął spotkanie na zeszłorocznym Festiwalu Conrada niemal w kabaret. W każdym razie śmiechu było dużo. No ale czas przejść do książki.

Podobnie jak w "Po stronie Kanaanu" cofamy się do przeszłości Irlandii, tym razem to czas pierwszej wojny światowej. Przywołuję tu tamtą powieść nieprzypadkowo - otóż w obu pojawiają się ci sami bohaterowie, rodzina Dunne. Głównym bohaterem "Tak daleko od domu" jest Willie Dunne, ale pojawiają się tu także jego siostry i ojciec, oficer w Irlandzkiej Policji Królewskiej, co bardzo ważne. A poznałam ich w "Po stronie Kanaanu". To najmłodsza siostra Williego, Lily, jest tam główną bohaterką. Właściwie teraz uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś jeszcze nie zna żadnej z tych dwóch powieści, to biorąc pod uwagę chronologię, najpierw powinno się sięgnąć po tę, o której piszę dzisiaj.

Kiedy wybucha wojna, która dzisiaj zwana jest pierwszą albo wielką, osiemnastoletni Willie na ochotnika zaciąga się do Królewskiego Pułku Fizylierów Dublińskich. To też super istotne. Dlaczego to robi? Bo po pierwsze czuje, że powinien, a po drugie bo chce udowodnić, że mimo niskiego wzrostu nie jest gorszy. 

Willie czuł, jak jego ciało obrasta w dumę, grubiej i grubiej, może trochę jak góry Wicklow czują falowanie porastającego je wrzosu i padający na nie deszcz. 

Wyjeżdża, a w Dublinie zostawia trzy siostry, ojca policjanta, dziewczynę, w której się zakochał i z którą chciałby się ożenić, i dobrą pracę na budowie. Nie zna wojny, nie on jeden zresztą. Z historii wiemy, z jakim entuzjazmem męska część populacji wyruszała, aby bić się, wiemy, że wszyscy byli przekonani, że rzecz zakończy się błyskawicznie - na Boże Narodzenie mieli wrócić do domów. W najśmielszych snach nie przypuszczali, że przyjdzie im spędzić cztery długie lata w okopach. Że będą mięsem armatnim, że większość z nich nigdy nie wróci do domów, a ci, którzy wrócą, często będą inwalidami - bez ręki, bez nogi, bez połowy twarzy.

To nie pierwsza książka o tej wojnie, jaką przeczytałam, przypomnę choćby "Wojnę i terpentynę" Stefana Hertmansa, "Piękno i smutek wojny" Petera Englunda i oczywiście "Pożegnanie z bronią" Ernesta Hemingwaya, które czytane ponownie bardzo mnie znudziło. Te lektury sprawiły, że doskonale wiem, przez jakie piekło przechodzili żołnierze, a mimo to Sebastian Barry potrafił mnie do głębi poruszyć i mną wstrząsnąć. Pokazać bezsens tej wojny, jej okrucieństwo, cierpienie i dzielność szeregowych żołnierzy, którzy są tylko pionkami w tej grze, bo od nich nic nie zależy, służą za mięso armatnie, posyłani są na śmierć, aby zdobyć parę kilometrów ziemi, a potem ci, którym z tej jatki udało się wyjść cało, znowu utkną w okopach i będą tam marznąć, moknąć w deszczu, zarastać brudem, chorować, staną się żerem dla robactwa, aby umrzeć w męczarniach, kiedy przeciwnik użyje broni gazowej. 

Przez te pola maszerowała potężna armia, masa przerażonych ludzi idących być może w paskudne objęcia śmierci.

Nieszczęsne chłopaki z Korpusu Medycznego Armii Królewskiej, rozebrane do pasa, wynosiły te strzępy ludzkości, jeśli ktoś jeszcze oddychał, bełkotał, modlił się. Szczątki zostawiono dla dekoracji szlaku. Ręce, nogi, głowy, kadłuby odrzucane kopniakami na pobocze, na wpół zanurzone w plugawym błocie. Do tego końskie torsy i końskie łby tonące w parszywej pianie rojnej od larw, z tym napastliwym smrodem - konie, które nawet w śmierci wyglądały na wierne i delikatne.

A jednocześnie to, co przeżywają, zaczyna ich silnie łączyć. Te więzi stają się często mocniejsze niż to, co zostawili w domu. Bo ten, kto tego nie przeżył, nie potrafi ich zrozumieć. Willie wie, że nie może o tym, co widział i czego doświadczył, opowiedzieć siostrze, bo zaraziłby ją swoją traumą. 

Przybyli na wojnę z różnych powodów, jedni, jak Willie, na ochotnika, inni dla pieniędzy albo żeby przed czymś uciec, albo, żeby walczyć o wolność Europy, jeszcze inni z pobudek patriotycznych, o czym za chwilę. Chociaż Belgia, gdzie ich rzucono, to nie ich ziemia, bo są z Irlandii, niektórzy z Anglii, ale mimo to walczą, ale coraz częściej zadają sobie pytanie - w imię czego. Z czasem stają się, chociaż żywi, martwi w środku. Willie czuje się jak człowiek, z którego wyfiletowano duszę

On wiedział, że tak naprawdę jest po prostu człowiekiem, w którym to i owo w środku potrzaskało.

Wdychał. Wydychał. I tyle. Do tego doprowadziła go wojna, myślał sobie. (...) Wszystko wyschło, zgasły myśli i czyny z roku 1914. Wszystko to było, minęło. Teraz już nikt nie uważał, że to świetny pomysł, żeby wbić się w mundur i wyjechać do Flandrii, przeciwko kajzerowi.

Ale wojna nie tylko zmienia człowieka w emocjonalne zombie, bywa, że zamienia ludzi w potwory, znieczula na okrucieństwo.

A skoro O'Hara i jego kumpel mogli zrobić coś takiego na początku wojny, to do czego Pete byłby zdolny teraz? Do czego mógłby się posunąć on sam, Willie? (...) więc jakie są ich dusze i serca? Czy w takiej duszy jest miejsce na dobro?

A jednocześnie są przecież miejsca, gdzie życie toczy się względnie normalnie. Znowu ten nieznośny dysonans, nieprzystawalność doświadczenia.

Pojechali sobie na wczasy bez niego. Ale też co innego mogli zrobić?

Taka refleksja naszła Williego, kiedy dostał list od siostry, w którym opisywała rodzinne wakacje nad irlandzkim morzem.

Bardzo ważnym problemem poruszanym w powieści jest kwestia irlandzka. Bo kiedy w Europie toczy się wojna, w Irlandii daje o sobie znać pragnienie niepodległości. W Dublinie dochodzi do krwawo stłumionych rozruchów antyangielskich. Willie, który akurat wraca ze swojej pierwszej przepustki, zostaje razem z innymi posłany do ich tłumienia. Dotąd nie zastanawiał się nad takimi sprawami, przecież jego ojciec służył w Irlandzkiej Policji Królewskiej, stał wiernie po stronie angielskiego króla, w takim duchu Willie został wychowany. Teraz coś się w nim zmieni. Jest prostym chłopakiem, ale sam już nie wie, co ma myśleć, czuje się coraz bardziej zagubiony. 

Ale o ilu rzeczach Willie Dunne miał pojęcie? Coś tak czuł, że ostatnio raczej o niewielu.

Teraz to już w ogóle niczego nie rozumiem. Więc po prostu żrę, co mi dadzą, robię, co mi każą, ale po co to, proszę księdza, na co to, to nie mam pojęcia. 

Rozmawia z innymi Irlandczykami ze swojego pułku. Niektórzy wyruszyli walczyć o wolność Europy, bo wierzyli, że walczą też o wolność Irlandii albo przynajmniej o jej autonomię. Po tych krwawo stłumionych rozruchach zrozumieli, że zostali oszukani. Kiedy Willie prostodusznie zwierzy się ojcu w liście ze swoich wątpliwości, dojdzie do konfliktu. Poczuje się jeszcze bardziej samotny. Irlandczycy, którzy tak dzielnie się bili i uważani byli za bohaterskich żołnierzy, nagle stają się persona non grata. Ich angielscy dowódcy już im nie ufają. Zresztą byli tacy, którzy zawsze nimi gardzili. Jak by tego było mało, kiedy wrócą do domu, będą uważani za zdrajców, bo walczyli w oddziałach podległych Anglikom. Willie właśnie tak się czuł, chociaż przecież nikogo nie zdradził.

Sebastian  Barry znakomicie pokazuje, jak nieświadomy niczego dobry, porządny prosty człowiek, nie z własnej winy, ale za sprawą trybów Historii staje się pionkiem w politycznym konflikcie. Dobitnie uświadamia, że życie nie jest czarno-białe, a życiowych wyborów czasem dokonujemy przez przypadek.  

Znakomita, znakomicie napisana, głęboka i poruszająca powieść. 

Eugenia Kuzniecowa "Drabina"

"Drabina" (Znak 2024; przełożyła Iwona Boruszkowska) to druga

powieść Eugenii Kuzniecowej ukraińskiej pisarki mieszkającej w Hiszpanii. Dwa lata temu pisałam tu o debiucie autorki, "Nim dojrzeją maliny", i dzieliłam się mieszanymi uczuciami. Dlatego być może nie sięgnęłabym po jej drugą powieść, bo szkoda mi czasu na książki zwane otulającymi albo deserowymi, a do takiej kategorii zaliczam ten debiut. Postanowiłam jednak dać autorce jeszcze jedną szansę, a to ze względu na temat, jaki porusza.

Akcja "Drabiny" toczy się na południu Hiszpanii zaraz po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Do Tolika, który od kilku (kilkunastu?) lat mieszka tam i pracuje w jakiejś międzynarodowej firmie, przyjeżdżają wojenni uciekinierzy - mama, jej brat Anatolij poruszający się na wózku, nieco ekscentryczna stryjeczna babka Hryhoriwna, siostra Irusia i jej koleżanka Polina, dwie kotki i pies. Tolik, chociaż z rodziną skłócony nie był, ceni sobie swoją samotność i cieszy się właśnie kupionym domem z potencjałem. Napisałam cieszy się, ale tak naprawdę za bardzo cieszyć się nie zdążył, bo jego samotność zakłócił przyjazd krewnych. Nie zdążył nawet w domu za bardzo się rozgościć i urządzić po swojemu, dlatego na ścianach wiszą obrazy wyszywane przez dawną właścicielkę, a wszędzie stoją figurki aniołków i jezusków. Z wielkich planów zdążyła się tylko zmaterializować zielona lodówka i odkupiony od kogoś flipper.

Z jakiegoś powodu widok flippera był dla Tolika nieprzyjemny. Wraz z zieloną lodówką przypominał mu o wymarzonym życiu, które teraz wydawało się nieosiągalne. Marzenia o maszynie do lodu, własnego autorstwa designie i o domu. Tylko marzenie o domu okazało się komuś potrzebne. Ale teraz z tego domu miał ochotę uciec. 

Ten fragment znakomicie pokazuje to, co czuje Tolik. Bo z jednej strony cieszy się, że mógł pomóc, a dom jest na tyle obszerny, przecież z potencjałem, że miejsca starcza dla wszystkich, ale z drugiej strony ma dość. Dość wtrącania się, pouczania, spełniania życzeń, dość poczucia, że znowu traktowany jest jak mały chłopiec, dość swojej spolegliwości wobec matki, Hryhoriwny i wuja, dość tego, że kawę musi pić ukradkiem, bo ich zdaniem szkodzi na potencję, a przecież na pewno będzie chciał mieć dzieci. I tu zaraz włączają się najrozmaitsze wyrzuty sumienia. Że bardziej denerwują go takie drobiazgi, niż okropności wojny, że nie walczy, że zazdrości spokoju sąsiadom.

... Tolik wstydził się, że podczas tych potworności najbardziej denerwuje go rozmowa o wpływie cykorii na ewentualną płodność.

Tolik skinął głową, wiedział, że ona ma rację, ale pomyślał, że nawet nie zdążył poznać swojego nowego życia, a już je stracił, i znowu ogarnął go wstyd z powodu małostkowych zatargów.

Od pierwszych dni wojny Tolik łapał się na myśli, iż wszyscy ludzie wokół irytują go tylko dlatego, że u nich było wszystko w porządku.

Czasami nawet myślał, że pójdzie na ochotnika, ale w głębi duszy wiedział, że nie odważy się tego zrobić, więc nigdy nawet nie wspomniał o takiej możliwości.

Chcąc uniknąć spotkań na korytarzu, kupił sobie drabinę, po której wchodził wprost do swojej sypialni.

Ale nie tylko on odczuwa taki dysonans między tym, jak jest i co go denerwuje, a tym, jak być powinno. Jego bliscy również mają poczucie nieadekwatności swoich emocji i myśli.

... mama czułaby się niezręcznie i byłaby skrępowana przed setkami tysięcy innych wygnanych przez wojnę z domów ludzi, gdyby miała przyznać, że najtrudniejsze wydało jej się to miauczenie Zusi w autobusie ...

Hryhoriwna tęskniła za Władikiem. Wstydziła się swojej tęsknoty za psem w czasach, gdy umierali ludzie, czasem najbliżsi.

Cóż, życie toczy się dalej i składa się z takich drobiazgów.  Autorka bardzo dobrze oddaje tę domową atmosferę. Kilkoma kreskami, najczęściej w dialogach rysuje te przekomarzanki, pouczanki, tę gmatwaninę uczuć i emocji, nie zawsze szlachetnych, ale jakże ludzkich. Z tych samych środków korzysta, kreśląc portrety bohaterek i bohaterów. Nie jest jej obca ironia, ale jednocześnie spogląda na nich życzliwie. 

Inny problem, jaki pokazuje w "Drabinie", to stosunek ludzi Zachodu do wojny i do uciekinierów. Oczywiście współczują im, bo jakże by inaczej, ale każdy żyje swoim życiem. Kiedy szef Tolika, Bob, postanawia urządzić imprezę, na której będą zbierane pieniądze na jakiś szlachetny ukraiński cel, jaki, to się zobaczy później, wszyscy goście po przekroczeniu progu natychmiast przyjmują odpowiednio zbolałą i współczującą minę.

Widowisko było naprawdę surrealistyczne: przyjęcie, kieliszki, goście, a twarze wszystkich były smutne i pełne współczucia jak na stypie. Zbliżając się do Tolika, ludzie zaciskali usta, mówiąc: "wyrazy współczucia".

Autorka bardzo dobrze oddaje znany, niemożliwy do zlikwidowania rozdźwięk pomiędzy światem cierpiących, a światem dobrobytu i spokoju, które istnieją równolegle do siebie.

- Pieniądze będą zbierać - powiedział Tolik, nie wiedząc dokładnie, jak wytłumaczyć Anatolijowi Stiepanowyczowi, że tak jest skonstruowany współczesny świat.

- To jak Casablnca, pamiętasz? - zapytał Tolik. - Tam wszyscy piękni ludzie mieszkali, póki trwała wojna. Ale bardzo się martwili.

Ci wszyscy pełni współczucia Hiszpanie poruszają się jak słoń w składzie porcelany. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego Ukraińców oburza stawianie w roli równorzędnych ofiar wojny Rosjan, którzy nie zgadzają się z polityką Putina. Niejaki Mstisław pławi się na przyjęciu właśnie w takiej  roli, a Tolik musi ukrywać swój gniew, żeby nie zostać oskarżonym o nadmierną emocjonalność i drażliwość.

Nie jest to powieść o jakimś wielkim ciężarze. Czyta się ją przyjemnie i szybko. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Taka popliteratura opowiadająca o poważnych sprawach. Może dzięki temu więcej osób po nią sięgnie. Z dwóch powieści Eugenii Kuzniecowej ja zdecydowanie wolę tę.

Gregor von Rezzori "Niegdysiejsze śniegi"

Kilka miesięcy temu zelektryzowała mnie informacja, że Czarne

wyda książkę Gregora von Rezzoriego "Niegdysiejsze śniegi" (2025; przełożyła Małgorzata Gralińska). Dlaczego? Bo przed laty zachwyciłam się jego "Pamiątkami antysemity" wydanymi przez Pogranicze. Od razu zaznaczę, że tytuł jest ironiczny. Owszem, pisarz wychował się w środowisku antysemickim, ale z antysemityzmu skutecznie wyleczyły go znajomości z Żydówkami i Żydami mającymi wpływ na jego życie. Chociaż napisał bardzo dużo, w Polsce ukazała się przed laty, w Czytelniku,  jeszcze jedna jego książka, powieść "Gronostaj z Czernopola", którą zamierzam przeczytać. (Niech żyją biblioteki!) 

Zanim o "Niegdysiejszych śniegach", kilka słów o pisarzu. Urodził się w roku wybuchu pierwszej wojny w arystokratycznej rodzinie o korzeniach sycylijskich w Czerniowcach, które w tamtym czasie były częścią Austro-Węgier. Burzliwe losy Europy sprawiły, że był obywatelem Austro-Węgier, a potem Rumunii. Mieszkał też w Wiedniu, w Rzymie, w Niemczech, gdzie stał się bezpaństwowcem. Był pisarzem, dziennikarzem, scenarzystą, ale także aktorem. Czy na tym polu odnosił jakieś sukcesy, nie wiem, ale na pewno grał w filmach obok takich gwiazd jak Brigitte Bardot czy Marcello Mastroianni. Zmarł w roku 1998.

Od razu napiszę, że na mnie "Pamiątki antysemity" zrobiły niegdyś większe wrażenie niż dziś "Niegdysiejsze śniegi". Pamiętam, że były czymś świeżym - odkryciem odsłaniającym źródła antysemityzmu. Kazały mi sobie zadać niewygodne pytanie - jakie miałabym poglądy, gdybym wychowała się w takim świecie jak Gregor von Rezzori. Od tamtej lektury upłynęło piętnaście lat, dlatego wiem znacznie więcej o problemach, jakie we właśnie wydanej książce porusza autor. Ale jest i drugi powód mojego bardzo, bardzo delikatnego rozczarowania - otóż najważniejszym tematem "Niegdysiejszych śniegów" jest rodzina pisarza, a niejako przy okazji pojawiają się wątki, które mnie interesują znacznie bardziej. To wszystko jednak nie oznacza, że żałuję lektury. Przeciwnie, uważam, że warto odkryć pisarstwo Gregora von Rezzoriego. Muszę jednak zaznaczyć, że na pewno nie jest to lektura dla każdego. Nie sprawia wielkich trudności, ale jakiś opór jednak stawia, choćby przez swoją objętość. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o stopień trudności, to bliżej tej twórczości do rodzinnych książek Martina Pollacka, "Śmierć w bunkrze" i "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki", niż do "Hałastry" Moniki Helfer.

Książka składa się pięciu rozdziałów, z których trzy poświęcone są w głównej mierze najbliższym członkom rodziny, matce, ojcu, siostrze, a dwa dwóm bardzo ważnym kobietom w jego życiu też ściśle związanym z rodziną. Pierwszy to opowieść o Kasandrze, czyli prostej kobiecie z Bukowiny, która była opiekunką autora w czasach jego dzieciństwa i być może jego mamką, przynajmniej ona tak twierdziła. Ostatni opowiada o Strausselce, która w życiu pisarza była kimś znacznie więcej niż tylko guwernantką. Wcześniej uczyła jego matkę i jej siostry. Została ponownie wezwana na łono rodziny, gdy przyszłość młodego Gregora von Rezzoriego malowała się w czarnych barwach. I rzeczywiście, wiele jej zawdzięczał, obudziła w nim zainteresowanie sztuką, pokazała inne horyzonty, przyjaźnili się do końca jej życia. 

Pisząc o kompozycji książki, użyłam sformułowania w głównej mierze, bo autor ucieka w dygresje - opowiadając o swoich bliskich, opowiada też o sobie i o Bukowinie. Wszystko to się przeplata.

Śmiało można powiedzieć, że rok urodzenia Gregora von Rezzoriego, 1914, to rok symboliczny, zmieniający wszystko. To wybuch pierwszej wojny światowej, która zmiotła z Europy monarchię austro-węgierską i powołała do życia szereg nowych państw. Dla rodzin takich jak rodzina pisarza był to koniec ich dawnego świata. Chociaż związani z kręgiem kultury niemieckiej, żyli w państwie wielonarodowym, mieszkali na Bukowinie w tyglu wielu nacji, Niemców, Rumunów, Rusinów, Ukraińców, Żydów i innych. Ale zawsze czuli się kimś lepszym, kimś, kto niesie cywilizację na te dzikie tereny. Po pierwszej wojnie nadal tak o sobie myśleli, ale nagle stali się na rumuńskiej Bukowinie nikim.

Dla klasy społecznej, z której wywodzili się moi rodzice, oznaczało to osunięcie się świata w bezsens, bezsilność, biedę, beznadzieję i brzydotę. (...) Chęć wybudzenia się z tego koszmaru zrodziła utopijne myślenie lat powojennych, a jego najgorszym wykwitem miała się okazać III Rzesza.

Ani ojciec, ani matka nie należeli do rdzennych mieszkańców tej krainy. Oboje - każde na swój sposób - żyli na wygnaniu: zostali rzuceni do kraju kolonialnego opuszczonego przez kolonialnych władców. 

Siostra pisarza, cztery lata od niego starsza, urodziła się jeszcze w tamtym szczęśliwym świecie, czego on zawsze jej zazdrościł. Dla niego był to już tylko mit. 

Przynależeliśmy do dwóch odmiennych cywilizacji. Ona pojawiła się na jeszcze rzekomo nietkniętym świecie, tuż przed nadchodzącym powszechnym spospoliceniem czasu powojennego, ja zaś byłem dzieckiem epoki spustoszenia. Fundament jej nienagannych obyczajów stanowiło (jak miało się okazać - złudne) poczucie bezpieczeństwa, jakie dawało wspaniałe imperium wraz z jego dokładnie określonymi regułami postępowania i moralności. Mnie natomiast przyszło dorastać w jednym z tych podejrzanych państw, które powstały na jego gruzach i które zaliczano do krajów bałkańskich.

Dlatego po latach próbował odnaleźć tamto prawdziwe życie, mieszkając w rodzinnym majątku matki, położonym gdzieś na bukowińskim odludziu, gdzie oboje z siostrą przyszli na świat. Tymczasem ze świetności tamtego domu, o ile kiedykolwiek była, nic już nie zostało. Mimo wszystko czas spędzony w tej pokrytej kurzem odai włączył go w nurt rodzinnej historii.

Rozpad Austro-Węgier i powstanie kadłubowej Austrii wykorzenił takich ludzi jak członkowie rodziny von Rezzori. Zostać na Bukowinie czy zamieszkać gdzieś w Austrii? To ich dylemat. Matka pisarza nigdy nie czuła się dobrze na tym odludziu. Już wcześniej często wyjeżdżała na zdrowotne kuracje, była nieobecna w życiu dzieci. Tymczasem bukowińskie lasy to żywioł jego ojca, zapalonego myśliwego. Zostali, stając się obywatelami Rumunii. Ona jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż dotąd. Odarci z dawnego prestiżu, z majątku, uważali się jednak nadal za kogoś lepszego. Swoją lepszość opierali na przedwojennym austriackim autorytecie, czuli się przecież Austriakami, a może Niemcami. Byli jak ci Anglicy, który zostali w niepodległych Indiach. 

Od 1919 do 1939 żyliśmy mrzonkami pseudofeudalnej pozycji. Nie uprawniały nas do niej ani konkretny prestiż, ani odpowiedni majątek. Opierała się ona tylko na autorytecie, jakim rodzice cieszyli się przed I wojną światową. Ten stan "jak gdyby", dziwnym trafem przez nikogo niekwestionowany, utrwalało oddziaływanie dawnego kolonialnego splendoru, w którym trwaliśmy bezsilni po rozpadzie c.k. monarchii. Uznawaliśmy siebie za niegdysiejszych Austriaków żyjących w prowincji ukształtowanej głównie pod austriackim wpływem, podobnie jak sądzili Brytyjczycy, którzy zostali w Indiach po upadku Imperium Brytyjskiego. 

To rozdarcie między miłością do bukowińskiej ziemi, a poczuciem przynależności do innej kultury ukształtowało pisarza, było czymś, z czym się zmagał.

Czułem w swoim wnętrzu pradawną niemiecką poezję, mistyczną prawdę, która to wszystko zawierała. A przecież zagłębiałem się w moją namacalną egzystencję, schodziłem w macierzystą krainę bez względu na to, w jakim języku, w świecie jakich uczuć, w kręgu jakich mitów, legend i baśni zostałem wychowany. Czułem się tak związany z tą ziemią, że w siostrze, która z radością była gotowa ją opuścić, widziałem apostatkę, niemal zdrajczynię.

Ukształtowało też jego osobowość. A przynajmniej taki swój mit zbudował w tej książce. To dlatego był pozbawiony złudzeń, zbuntowany, nieokrzesany, wybuchowy, ale też nieskrępowany i wolny, bliski naturze. Temu też zawdzięczał poczucie niższości wobec siostry. To dlatego był niespokojnym duchem, który musiał zmieniać szkoły, który nigdzie nie zagrzał na dłużej miejsca. 

Koniecznie też muszę wspomnieć, że rozpadowi tamtego przedwojennego świata towarzyszy rozpad rodziny. I o tym też jest ta opowieść. 

To właśnie te problemy zainteresowały mnie najbardziej w "Niegdysiejszych śniegach". Ale przecież ta książka oferuje znacznie więcej. To barwne, głębokie portrety najbliższych, członków rodziny i dwóch opiekunek autora. Nieszczęśliwej matki, ofiary konwencjonalnego wychowania charakterystycznego dla jej klasy społecznej. W młodości marzyła o tym, aby zostać pediatrką, a posłano ją do renomowanej szkoły gospodarstwa domowego. Potem zgodnie z oczekiwaniami rodzinnymi i społecznymi wyszła za mąż, urodziła dzieci i stała się nieszczęśliwą, zgorzkniałą żoną i matką, która ucieczki od rodziny rekompensowała dzieciom nadmierną opiekuńczością i strachem o ich zdrowie. I ojca, rozkochanego w bukowińskiej dziczy i przyrodzie, też uciekającego od rodziny, nie do eleganckich uzdrowisk, ale w teren, na polowania, patologicznego antysemity, marzącego o wielkich Niemcach, a jednocześnie przeciwnika Hitlera. Jest wreszcie ta książka hołdem oddanym Bukowinie. Wiele tu wspaniałych opisów przyrody i tamtejszego życia.

Naprawdę warto, chętnie napisałabym, że trzeba, ale nie lubię takich kategorycznych stwierdzeń. A jeszcze bardziej zachęcam do sięgnięcia po "Pamiątki antysemity".

Ewa Mańkowska "Hanna i Dorota"

Na książkę Ewy Mańkowskiej "Hanna i Dorota" (EMG 2024)

ostrzyłam sobie zęby, odkąd wysłuchałam kilku rozmów z autorką. To jej pierwsza książka, a zrodzona została z odkrycia rodzinnej przeszłości i z gniewu. Zanim przejdę do książki i do rozwikłania zagadki z poprzedniego zdania, kilka słów o Ewie Mańkowskiej. Jest malarką i redaktorką w wydawnictwie EMG oraz współorganizatorką dwóch wrocławskich festiwali - Międzynarodowego Festiwalu Kryminału i Bruno Schulz. Festiwal.

Zacznę od łyżki, a może nawet łychy, dziegciu - czytanie tej książki dla wielu osób może być swoistą drogą przez mękę, są pewnie i tacy, którzy będą zmuszeni przerwać lekturę. I nie, nie chodzi o treść, nie chodzi też o wojnę, która odgrywa niebagatelną rolę w tej historii, chodzi o coś tak prozaicznego jak ... druk. Otóż nie przypominam sobie, abym spotkała się z tak małą czcionką! Osoby starsze czy słabiej widzące, a nawet takie jak ja, które do czytania używają okularów, będą miały problem. Muszę przyznać, że bardzo mnie to zbulwersowało - no bo pamięta się już o osobach na wózkach, poruszajacych się o kulach, widać powszechne starania, aby robić wszystko, żeby miasto było dla nich dostępne, a nikt nie myśli o tym, aby książka była dostępna dla każdego. Jestem przekonana, że są tacy, którzy nie będą w stanie przeczytać "Hanny i Doroty". Domyślam się, że chodzi o koszty - książka jest gruba (400 stron bez bibliografii), więc wydrukowana przyzwoitą czcionką byłaby jeszcze grubsza, a więc droższa. No ale dlaczego nie ma ebooka?! To też nie rozwiązałoby problemu do końca, nie wszyscy lubią czytniki, ale na pewno poszerzyłoby krąg odbiorców, byłoby alternatywą. Piszę o tym, bo ta kwestia wydaje mi się zupełnie niedostrzegana. 

No a teraz czas przejść do książki, która okazała się tak ciekawa, że mimo objętości i tej nieszczęsnej czcionki przeczytałam ją w tydzień. Kim są kobiety, których imiona pojawiają się w tytule? Pierwsza, Hanna, jest na pewno szerzej znana - to malarka Hanna Rudzka-Cybisowa. O drugiej, Dorocie, nie słyszałam nigdy wcześniej - to też malarka Dorota Seydenman, z domu Berlinerblau, polska Żydówka pochodząca z bardzo bogatej rodziny przemysłowców. Nic zresztą dziwnego, że nie miałam o jej istnieniu pojęcia, skoro Ewa Mańkowska, która jest jej krewną, też niewiele o niej wiedziała. Pojawiała się we wspomnieniach jej ojca, którego ciotką była, tak jak i inne kobiety-malarki z tej rodziny. I to z gniewu i zdziwienia, że została zapomniana i niemal całkowicie wymazana z historii sztuki i ze wspomnień nawet tych, z którymi była blisko, wzięła się ta książka. 

Autorka nazywa ją biografią dwóch przyjaciółek, Hanny Rudzkiej-Cybisowej i Doroty Seydenman, ale tak naprawdę jest to opowieść o całej grupie kapistów i o ludziach, którzy jakoś byli z nimi powiązani, między innymi o rozległej rodzinie Doroty. Tu koniecznie muszę wyjaśnić, kim byli kapiści, bo i ja, chociaż uwielbiam odwiedzać galerie malarstwa, jeszcze jakiś czas temu niewielkie miałam o nich pojęcie - znałam ten termin, wiedziałam, że to jacyś malarze, ale nic poza tym. Książka, chyba przez przypadek, bo pracę nad nią wydłużyła pandemia, wstrzeliła się w stulecie kapistów. Z tej okazji w moim mieście otwarto niewielką wystawę ich obrazów, a w Warszawie drugą. Niestety o tej ostatniej dowiedziałam się zbyt późno, aby na nią pojechać. Otóż była to grupa młodych studentów krakowskiej ASP, którzy zaczęli studia na tej uczelni w latach dwudziestych zeszłego wieku, różnej narodowości i o różnym statusie społecznym i majątkowym. Byli wśród nich Żydzi, jeden Ukrainiec, Polak urodzony w Petersburgu, który dzieciństwo spędził w Gruzji, Niemiec, który wybrał sobie polskość, no i oczywiście Polacy. Większość biedna, nieliczni zamożni, jeden arystokrata, ale bez pieniędzy. Oczywiście głównie mężczyźni i trzy kobiety. Wszyscy trafili do pracowni przybyłego z Paryża Józefa Pankiewicza, który stał się na pewien czas ich guru. Zafascynował ich kolor, który stał się w ich malarstwie najważniejszy. To pod wpływem Pankiewicza postanowili na jakiś czas wyjechać do Paryża, aby tam zetknąć się ze światową sztuką. Aby zrealizować ten zamiar, zaczęli zbierać pieniądze, które pozwoliłyby się im utrzymać przez jakiś czas we Francji. Kwestowali, urządzali bale, dopięli swego. Zostali w Paryżu przez dziesięć lat, oczywiście nie wszyscy, czasem z przerwami. Skąd nazwa kapiści? Od skrótu kp, czyli komitetu paryskiego, który zawiązali, aby zorganizować wyjazd. Dziś najbardziej rozpoznawalnymi z tej grupy są przede wszystkim Józef Czapski, potem Hanna Rudzka-Cybisowa i Jan Cybis. Autorka upomina się nie tylko o pamięć o swojej krewnej, ale także o Zygmunta Waliszewskiego czy Seweryna Boraczoka. Wiele ich obrazów, czasem większość, unicestwiła wojna. I ten problem został w książce bardzo mocno podkreślony. Niby się o tym wie, ale jednak fragmenty opowiadające o mechanizmie strat były jednymi z mocniejszych.

Zniknęły tysiące dzieł innych artystów niebędących bohaterami tej opowieści. Niektórym wydaje się, że artysta żyje dłużej niż inni, bo zostają jego prace. To piękne i idealistyczne stwierdzenie. Obrazy zostają albo nie. Wojny, pożary, szabrownicy, wilgoć piwnic czy dziurawe dachy niechroniące już strychów przed deszczem, który kapie na porzucone płótna, fatalne zbiegi okoliczności - wszystko to powoduje, że także dzieła sztuki mogą przepaść bezpowrotnie.

"Hanna i Dorota" to taki rodzaj książki, która pochłania całkowicie, sprawia, że się nią żyje, że się przenosi w świat jej bohaterów, a prawdziwe życie staje się tylko, niepotrzebnym, przerywnikiem. Co najbardziej zwróciło moją uwagę? Fascynująca jest opowieść o paryskim życiu kapistów, którzy musieli się mierzyć z różnymi przeciwnościami losu, z brakiem pieniędzy, z artystycznymi porażkami, a jednocześnie uwielbiali to miasto, jego artystyczną atmosferę, twórczy ferment, no i prowadzili bujne życie towarzyskie. To czas trudny, ale z drugiej strony beztroski i wspaniały. Cybisowie po powrocie do kraju wracali jeszcze do Paryża, bo tak tęsknili za jego artystyczną atmosferą. Ponieważ wiadomo, jak potoczyła się historia, tym bardziej czytając tę książkę, miałam poczucie jakiejś chwilowości, czasu darowanego, szczególnie w wypadku Doroty Seydenman, której koniec będzie tragiczny. 

Niezwykle ciekawe jest odkrywanie przez autorkę jej osoby. Są okresy w jej życiu, o których niewiele wiadomo, kopalnią wiadomości okazała się odkryta w archiwach korespondencja przyjaciółek, Hanny i Doroty. Autorka przywraca pamięć o swojej krewnej, oddaje jej sprawiedliwość, podkreśla jej bezinteresowne zasługi dla całej grupy kapistów. Ponieważ wywodziła się z bogatej rodziny, często pomagała im finansowo albo wprost, albo szukając kupców na ich obrazy. Z pamięci historii sztuki jej zasługi zostały wymazane niemal zupełnie. To Józef Czapski w swoich pismach przypisuje sobie wyłączną pomoc przyjaciołom, którą zawdzięczali nie tyle jego pieniądzom, bo ich nie miał, ale towarzyskim koneksjom. To prawda, ale nie był jedyny, a o tym, co robiła Dorota, nie wspomina. 

Ani słowa o Dosi w rozchwytywanej książce Józia  zatytułowanej "Patrząc", nasyconej wspomnieniami o kapistach, Paryżu i przyjaciołach, ilustrowanej reprodukcjami ich obrazów. Dosia została wymieniona jedynie w przypisie wyliczającym uczniów Pankiewicza, którzy wyjechali do Francji.  

Nie wspominali o niej także niemal wszyscy pozostali z tej grupy. Autorka nie przypisuje im złej woli, raczej składa wszystko na karb traumatycznych wojennych przeżyć, które spowodowały chęć odcięcia się od wspomnień, nierozgrzebywania ran. 

Chociaż sporo wiem o antysemityzmie w międzywojennej Polsce, to przykłady, które przytacza w książce Ewa Mańkowska  wstrząsnęły mną. Nigdy nie zrozumiem takiej bezinteresownej nienawiści skierowanej do osób innej narodowości czy wyznania. 

W "ABC - Nowiny Codzienne" Maria Rutkowska, marząca o Warszawie bez Żydów, zauważała na Mokotowie "gniazda luksusowych domów żydowskich". Wyliczała żydowskich właścicieli nieruchomości w tej dzielnicy, nie mogąc uwierzyć, że ktoś taki mógł żyć w dobrobycie. Ta sama felietonistka w kolejnym artykule snuła wizje wysiedlenia mieszkańców Nalewek i stworzenia nowych dzielnic, do których Żydzi będą mieć zakaz wstępu.

Niezwykłą osobą jawi się w tej książce Hanna Rudzka-Cybisowa, która długo pozostawała w cieniu męża, a przecież była równie oddana sztuce jak on. Niezależna, silna, borykająca się z trudnościami losu, a w czasie wojny chociaż ledwo wiązała koniec z końcem, pomagała wielu ludziom, no i swojej przyjaciółce Dorocie. A czas wojny to swoista kronika zapowiedzianej śmierci. Od początku przecież wiemy, że Dorota nie przeżyje. Rozdział poświęcony temu okresowi jest bardzo przygnębiający. Szamotanie się, ukrywanie, ucieczki, zmiany adresów, bieda, a w końcu śmierć najprawdopodobniej poprzedzona torturami. A przecież nie dotyczy to tylko Doroty.

Ewa Mańkowska doprowadza opowieść właściwie do końca wojny. Potem w dwóch krótkich rozdziałach zajmuje się pamięcią, a właściwie niepamięcią, i zwięźle relacjonuje powojenne losy najważniejszych bohaterek i bohaterów swojej opowieści.

Brakuje mi w "Hannie i Dorocie" indeksu osób, czasem można się pogubić w tym, kto jest kim, zwłaszcza wśród licznych krewnych Doroty, i może, chociaż mniej, kalendarium. Za to chwała autorce za liczne zdjęcia i kilka reprodukcji obrazów namalowanych przez kapistów. 

Bardzo ciekawa książka, skłaniająca do refleksji, a poza tym olbrzymie źródło wiedzy. Nie tylko dla osób interesujących się malarstwem.

Joanna Bator "Piaskowa Góra"

Wstyd powiedzieć, a może jednak nie, ale "Piaskowa Góra" (Znak

2019, wydanie I 2009) to moje pierwsze spotkanie z prozą Joanny Bator. Już od dawna chciałam sięgnąć po jakąś powieść jej autorstwa, kilka lat temu kupiłam "Gorzko, gorzko", które do dziś spoczywa w głębinach mojego czytnika, czekając na swoją kolej. Zawsze jednak były lektury, na których zależało mi bardziej. Aż w końcu pod wpływem zachwytów koleżanki, z którą wymieniamy od czasu do czasu uwagi o książkach, pomstując na ilość czekających w kolejce tytułów, postanowiłam wreszcie sięgnąć po "Piaskową Górę", którą to rzeczona koleżanka właśnie się zachwycała. No i stało się.

"Piaskowa Góra" jest pierwszą częścią trylogii wałbrzyskiej. To rozbudowana historia rodzinna z rozgałęzieniami w stronę opowieści o sąsiadach i znajomych głównych bohaterek. Sięga czasów przedwojennych, aby zakorzenić się w PRL-u, a zakończyć już w okresie transformacji. Wiele tu wątków, epizodów, odnóg i kłączy. Konstrukcja tej opowieści kojarzy mi się z drzewem o mocno rozbudowanej koronie i rozlicznych korzeniach. Zagłębiając się w nią, meandrując, składamy sobie krok po kroku historię bohaterek. A są to Jadzia, jej córka Dominika i jej matka, ważna jest też teściowa. Jadzia, która urodziła się w czasie wojny w Zalesiu, gdzieś w centralnej Polsce, przyjeżdża do Wałbrzycha za pracą, bo tu mieszka jej krewny, obrotny Kazimierz. Poznaje Stefana, pracującego w kopalni górnika, którego rodzice przybyli do Wałbrzycha już po wojnie i zajęli mieszkanie po Niemcach. Jadzia i Stefan pobiorą się i po kilku latach, już w epoce Gierka, otrzymają wymarzone mieszkanie w wieżowcu z wielkiej płyty w dzielnicy zwanej Piaskową Górą. Z czasem coraz ważniejszą bohaterką staje się ich córka, Dominika, niespełniająca oczekiwań matki, bo tak do nikogo niepodobna. W niczym nie przypomina wymarzonej córki - ani ładna, ani grzeczna. Istna buszmenka, tak nazywa ją zniesmaczona jej wyglądem Jadzia. No i jeszcze ten nieoczekiwany talent matematyczny. Skąd się wziął? A skąd jej czarna, bujna czupryna czyniąca z niej dziwadło? Z czasem historia skręca w stronę mieszkającej w zalesiu matki Jadzi i rozwija się w nieoczekiwanym kierunku.

Połknęłam "Piaskową Górę" błyskawicznie, bo to powieść, która zwyczajnie wciąga, a im dalej w las, tym bardziej chciałam się dowiedzieć, jak toczyły się losy bohaterek i bohaterów, jak rozwiąże się ta historia. Jednak cały czas towarzyszyło mi pytanie, co aż tak bardzo zachwyciło moją koleżankę, no i dlaczego książka była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. Kiedy pisałam te słowa, od lektury upłynął tydzień i muszę przyznać, że wrażenia nieco wyblakły, wyparła je książka, którą właśnie czytałam. Nie mogę powiedzieć, abym żałowała lektury, przeciwnie cieszę się, że po "Piaskową Górę" wreszcie sięgnęłam i na pewno sięgnę po kolejne dwie części trylogii wałbrzyskiej, no i wreszcie po "Gorzko, gorzko". Ale, jak to często bywa, kiedy oczekiwania szybują w kosmos, spodziewałam się czegoś o większym ciężarze.

Wydaje mi się, że "Piaskowej Górze" zaszkodził czas. Myślę, że inaczej odbierałabym ją wtedy, kiedy została napisana, bo w roku 2009 była świeża tematami, które dopiero wydobywano na światło dzienne. Dziś o tym wszystkim napisano już wiele książek, powiedziano dużo, stąd wrażenie, że to już było, że to znam, że to dla mnie nic nowego.

Bo jednym z głównych tematów jest Wałbrzych, miasto na Ziemiach Odzyskanych, a właściwie pozyskanych, czyli poniemieckich. Miasto, skąd uciekli albo zostali wysiedleni Niemcy, po których zostały domy, mieszkania i sprzęty codziennego użytku. Na ich miejsce przybyli przesiedleńcy ze wschodu, z ziem utraconych. To historia teściów Jadzi. Inni przyjechali z Polski centralnej, bo łatwiej tu było robić interesy, ukryć się, zacząć wszystko od nowa. To przypadek Kazimierza, krewnego Jadzi. 

Innym tematem, który łączy się z pierwszym, można powiedzieć, że z niego wypączkował, to opowieść o mieście, gdzie węgiel stał się najpierw błogosławieństwem, a potem w czasach transformacji przekleństwem, bo kopalnie zaczęto zamykać, a Wałbrzych stopniowo popadał w ruinę.  Już w smętnych latach osiemdziesiątych, po załamaniu się gierkowskiego eldorado, kto mógł, wyjeżdżał do Niemiec, a jeśli nie mógł, to przynajmniej robił z Niemcami interesy. 

Jest wreszcie wątek żydowski, który pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. No i historia PRL-u. Od powojennej biedy, przez gierkowską małą stabilizację, czasy kryzysu, stanu wojennego, aż po transformację. Te wszystkie tematy od roku 2009, kiedy powieść się ukazała, zostały już na wiele sposobów opowiedziane, przenicowane. Stąd moje wrażenie, że nie czytam o niczym, czego bym wcześniej nie wiedziała.

Dalej też dziś jesteśmy, jeśli chodzi o tematy feministyczne. Dobroduszna, naiwna Jadzia, wychowana na "Trędowatej", marząca o rycerzu na białym koniu, który w jej snach na jawie przybiera postać  kogoś w rodzaju ordynata Michorowskiego, a jeszcze lepiej cudzoziemca, zderza się z prozą życia, czyli z górnikiem Stefanem, jak się okaże nieudacznikiem, co mu życie przeleci koło nosa, co to wszystkich obwinia za to, że stoi w miejscu, co smutki i zawody topi w alkoholu. 

Życie, co Jadzia już zaczyna widzieć wyraźnie, nie dało jej zbyt wielu możliwości i tylko patrzeć, jak przejdzie obok, zostawiając ją z pustymi rękoma (w tym jedną upośledzoną też z winy życia). Przez godzinę romantycznego luksusu Jadzia żona i matka pozwala Jadzi nieżonie i niematce na fantazje o Cudzoziemcu, ordynacie, który jest tym wszystkim, czym Stefan nie jest, a ona przy nim nie jest niczym innym niż Jadzią.

Jeśli Jadzi się nie udało, to może przynajmniej uda się Dominice i ona zdobędzie swojego cudzoziemca? Ale jak ma się jej udać, skoro przypomina buszmenkę, a ubiera się jak chłopak? Dominika też ma swoje marzenia, inne niż matka, a przecież jakoś podobne.

Odbita w takim wyjątkowym lustrze, mogła się coraz bardziej do Jadzi nieupodabniać.

Ona też marzy o swoich wyspach Bula-Bula i o tym, aby uciec od codzienności, a już zwłaszcza od takiej, jaką żyje jej matka. 

Z takim kimś nie zdarzyłaby się żadna codzienność i zwykłość, nie byłoby przyziemnych rozmów o pieniądzach i o zakupach, żadnego: a co jutro na obiad. (...) Taka miłość sprawiłaby, że ukorzeniony sznur łączący ją z Jadzią naprężyłby się tak bardzo, że w końcu by pękł, a siła odrzutu wykatapultowałaby Dominikę wprost na wyspę Bula-Bula.

I chociaż patriarchat w tym świecie ma się dobrze, to kobiety są silne, a mężczyźni słabi. Takie są Jadzia, jej teściowa i matka oraz inne bohaterki drugoplanowe. A faceci u ich boku to tacy jak Stefan rozczarowani życiem słabeusze topiący swoje niepowodzenia w alkoholu. Faceci, którym nikt nie powiedział, jak być ojcem, a już szczególnie ojcem dorastającej córki, więc abdykują i w tej dziedzinie.

Jadzia już nie jest żoną amatorką, nabrała doświadczenia w radzeniu sobie ze Stefanem i coraz bardziej zdaje sobie sprawę ze swojej władzy. To władza pełna złości, nie gniewu; władza szczypiąco-szarpiąca, jej oręż to miotła i ściera. Kuchenna królowa miotłą pogoni, ścierą da przez łeb, gdy się jej pod rękę poddany jakiś nawinie. Ze złości władczyni urabia sobie ręce i wypruwa żyły, ukrzyżowuje się codziennie za grzechy chłopa, który wstrętny jest. Chłopy,  z brudu i głodu jeden z drugim by zdechł, gdyby sami zostali. Ofermy, ochlapusy i dziady.

Co z tego, kiedy te silne kobiety rządzą tylko w swoim domu, a  ton nadają tacy cwani kombinatorzy jak Kazimierz, który w nowych czasach, kto wie, czy nie popłynie w politykę.

Co w takim razie po latach zostaje z "Piaskowej Góry", skoro wszystko już było? Sama historia po prostu bardzo ciekawa, portrety bohaterek i bohaterów, nawet tych z drugiego planu, no i wreszcie język. Czasem jak z baśni, czasem ironiczny, rozbuchany wyobraźnią autorki, czasem przypominający frazę Masłowskiej. 

Justyna Sobolewska "Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej"

O Jadwidze Stańczakowej pierwszy raz dowiedziałam się ze

znakomitego filmu Andrzeja Barańskiego "Parę osób, mały czas", którego była bohaterką. Grała ją Krystyna Janda, a Mirona Białoszewskiego, z którym się przyjaźniła, nieżyjący już Andrzej Hudziak, aktor krakowskiego Starego Teatru znany z ról u Krystiana Lupy. Ten film wydobył ją z niebytu. A ponieważ była to postać nietuzinkowa, jak wynikało z filmu, dlatego, kiedy wnuczka Jadwigi Stańczakowej, znana krytyczka literacka, Justyna Sobolewska, napisała jej biografię, wiedziałam, że będę chciała po nią sięgnąć. Zamiar tylko się umocnił po wysłuchaniu kilku podcastowych rozmów z autorką. I oto przeczytałam "Jadwigę. Opowieść o Stańczakowej" (Znak 2024).

Na pewno warto tę biografię poznać, bo jej bohaterka rzeczywiście była postacią niebanalną, o czym za chwilę. W trakcie lektury zastanawiałam się, co mi przeszkadza, co jest dziwnego w tej książce i po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że autorka zupełnie zrezygnowała z czegoś, za co uwielbiam ten gatunek literacki - nie ma tu tła epoki, kontekstu i niewiele jest też o innych postaciach związanych z bohaterką, a właśnie to dodaje biografiom powietrza i jest znakomitym źródłem wiedzy. W tej książce mamy całkowite skupienie na bohaterce i trochę opowieści o samym procesie pisania, o czym też za chwilę. Prawdopodobnie jest to świadomy wybór autorki. Dlaczego tak się stało? Czy uznała, że wszyscy już wszystko wiedzą o czasach, w których żyła jej babcia? Czy był jakiś inny powód? Chętnie zadałabym jej to pytanie.

Kim była Jadwiga Stańczakowa? Gdybym miała opisać ją w formie tagów, wyliczyłabym: osoba niewidoma, pisarka, Miron Białoszewski, depresja, Żydówka, samodzielność, upór. Te hasła najlepiej oddają jej los i osobowość. Nie będę tu opowiadać o jej życiu, kto ciekaw, niech po prostu przeczyta, bo warto, skupię się na tym, co poruszyło mnie najbardziej. I muszę przyznać, że nie zawsze było to to samo, na co zwracałam uwagę, słuchając tych kilku rozmów z Justyną Sobolewską. 

Chyba największe wrażenie zrobił na mnie okres wojenny. Jadwiga Stańczakowa, wówczas Strancman, razem z rodzicami trafiła do warszawskiego getta. Byli zamożną rodziną, chociaż jeszcze przed wojną nękaną różnymi nieszczęściami, więc początkowo nie wiodło im się źle. Dzięki małżeństwu ze Zdzisławem Stańczakiem wyszła z getta, potem intuicja kazała jej wyprowadzić stamtąd rodziców, co nie było proste, bo oprócz zwyczajnych trudności musiała pokonać ich opór. Najbardziej przejmujące jest to, co dzieje się potem - ciągłe zmiany adresów z powodu donosów, strach, że na ulicy spotka się kogoś, kto rozpozna i pójdzie na gestapo albo będzie szantażował, ukrywanie się, coraz trudniejsza sytuacja bytowa. Strach i trud. Justyna Sobolewska nie rozpisuje się o tym szeroko, a i tak na mnie te fragmenty zrobiły największe wrażenie.

Druga sprawa, na którą zwróciłam uwagę, to wzrok. Problemy pojawiły się jeszcze przed wojną i z czasem narastały. Zawężało się pole widzenia, wzrok się osłabiał i nie było na to ratunku. W końcu przestała widzieć, ale nigdy się nie poddała, chociaż życie niewidomej osoby nie było, i na pewno nie jest, łatwe. Póki mogła, pracowała jako dziennikarka, potem odkryła świat ludzi niewidomych - język braila, stowarzyszenie, pisma. I właśnie w takich gazetach zaczęła pracować, co wymagało przestawienia się. Korzystała ze społecznych przewodników i przewodniczek oraz lektorek, z niektórymi się przyjaźniła. Czasem rodziło to problemy - zdarzało się, że ktoś zapomniał po nią przyjść i była sama, bezradna w obcym miejscu. Niezręczne było korzystanie z pomocy przewodniczki czy przewodnika, kiedy udawała się na randkę. Generalnie jednak radziła sobie znakomicie, starała się prowadzić normalne życie - dbała o strój, pracowała, działała w rozmaitych stowarzyszeniach, miała liczne grono znajomych i przyjaciół.

Jadwiga pisarka. O pisaniu myślała już przed wojną, potem została dziennikarką, aż wreszcie ośmielił ją Miron. Pisała wiersze, opowiadania, które ukazały się w zbiorze "Ślepak", i krótkie prozy nazwane przez nią prozinkami. Wspólnie z Białoszewskim stworzyła "Dziennik we dwoje". Wydawała, aż przyszły lata dziewięćdziesiąte, bardzo trudne dla polskich pisarzy. Jej książki wychodziły w jakimś małym efemerycznym wydawnictwie, które od dawna nie istnieje. Słaba dystrybucja powodowała, że głównie zalegały w paczkach. Dziś przypomina jej twórczość wnuczka, Justyna Sobolewska. Jadwiga Stańczakowa wychodzi z cienia. W biografii autorka często cytuje wiersze, czasem prozinki. Te pierwsze robią na mnie wrażenie, wobec tych drugich jestem obojętna, ale to oczywiście wyimki. W swojej twórczości nawiązywała do wojny i doświadczeń osoby niewidzącej, ale pisała też o codzienności - chorobie, zachwycie chwilą, przyrodą.

Jadwiga i Miron. To okres jej życia, dzięki któremu o niej usłyszałam, bo widziałam film, o którym wspominałam na początku. Wdarła się do jego kręgu niemal siłą i zostali przyjaciółmi, chociaż nie była to łatwa relacja. Miron dopingował ją do pisania, ale potrafił być krytyczny, wspólnie nagrywali coś, co potem stało się "Dziennikiem we dwoje", i inne materiały. Wyruszali na niesamowite, często nocne, eskapady po mieście, o czym więcej jest w filmie niż w książce. Miron miał w jej mieszkaniu swój pokój. I to jest ta część książki, gdzie chyba najbardziej brakuje mi szerszego tła - opowieści o Mironie Białoszewskim, o kręgu jego znajomych i wyznawców. Może autorka uznała, że dużo na ten temat wiadomo, ale biografia dociera do różnych czytelniczek i czytelników.

Depresja. Nękała ją od lat siedemdziesiątych, wiele razy trafiała do szpitala, niedoskonałe leki coraz słabiej działały. Bała się jej, nie znosiła pobytów w szpitalu, co dla niej, niewidomej, wiązało się z jeszcze większymi utrudnieniami, z jakich człowiek widzący nie zdaje sobie sprawy. Z czasem choroba wracała coraz częściej. Muszę przyznać, że opowieść o tym okresie robiła na mnie o wiele większe wrażenie, kiedy słuchałam tych kilku rozmów z Justyną Sobolewską. Połączona z jej trudnymi doświadczeniami, kiedy w czasie studiów pomieszkiwała z Jadwigą, przygnębiała, w książce nie jest to aż tak bolesny obraz. Ale może inaczej bym go odebrała, gdybym nie wiedziała o tym nic wcześniej.

I ostatnia sprawa, o jakiej chciałabym napisać. Justyna Sobolewska jest wnuczką Jadwigi, bardzo z nią związaną. Pisząc o niej, nie mogła uniknąć opowieści o ich relacji i o procesie powstawania tej konkretnej biografii. Autorka nie chowa się, a nawet się trochę odsłania. I muszę przyznać, że jej obraz dzisiejszy, publiczny bardzo kontrastuje z jej okresem młodzieńczym, zwłaszcza szkolnym. Przygnębia, ale daje nadzieję, że problemy da się zostawić za sobą. Mnie poruszył i jakoś podbudował. Bardzo ciekawa jest opowieść o pracy nad książką - o strachu przed wracaniem do bolesnych wspomnień, o szukaniu materiałów, otwieraniu po raz pierwszy teczek pozostawionych przez Jadwigę, przesłuchiwaniu taśm, o wrażeniu, jakby babcia sama podsuwała jej materiały do swojej biografii.

Ciekawy życiorys, ciekawa, poruszająca, ale jednak podbudowująca, mimo mroków, lektura. 

Jacek Dehnel "Łabędzie"

Już nie pamiętam, co mnie skłoniło, aby sięgnąć po najnowszą

książkę Jacka Dehnela "Łabędzie" (Wydawnictwo Literackie 2023). Nie śledzę jakoś specjalnie jego twórczości - dawno temu przeczytałam "Lalę" i po początkowym zachwycie gawędziarskim stylem, samą historią babci i rodziny przyszło znużenie. Za dużo, za dużo, za dużo. Tamto wrażenie jakoś trwa ze mną do dziś. Ale, ale jest oczywiście jeden wyjątek - zostałam fanką profesorowej Szczupaczyńskiej i po przeczytaniu wszystkich książek z serii niecierpliwie czekam na następną. No ale ten kryminalny cykl osadzony w dawnym Krakowie ma dwóch autorów, Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Wiosną udało mi się przez przypadek zobaczyć w Muzeum Sopotu (przez przypadek, bo nie miałam pojęcia o takim muzeum, po prostu przechodziłam obok) wystawę zdjęć z kolekcji pisarza z jego długimi podpisami. I same fotografie, i znajdujące się pod nimi refleksje były dla mnie na tyle interesujące, że wróciłam tam, bo po pierwsze nie zdążyłam obejrzeć wszystkiego przed zamknięciem, a po drugie trudno jednak było przeczytać to wszystko na raz. Dlaczego wobec tego skusiłam się na "Łabędzie", tym bardziej, że to rzecz dwutomowa, sporych rozmiarów? Po wysłuchaniu jakichś związanych z promocją rozmów z autorem coś mnie jednak skusiło.

I historia się powtórzyła - początkowo byłam zachwycona, łapczywie połykałam, nie mogłam się oderwać, ale z czasem przyszło znużenie, a szczególnie w trakcie lektury tomu drugiego. Ożywiałam się od czasu do czasu, ale znowu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor zarzuca czytelniczki i czytelników faktami, dygresjami, refleksjami, to wszystko pączkuje, mnożą się wątki, bohaterowie, trudno spamiętać, kto jest kim, do tego masa przypisów, w których pojawiają się kolejne informacje, uzupełnienia. W końcu wymiękłam i przypisy sobie darowałam, ale nie opuszczało mnie wrażenie, że coś mi ważnego może umknąć. Autor wykonał gargantuiczną pracę - przeprowadził wiele rozmów z  powinowatymi swojej babci ze strony ojca, przekopał się przez tysiące stron w archiwach IPN-u, do tego rozmowy z fachowcami, jakieś dodatkowe lektury. Zresztą research jest jego mocną stroną, co kryminałom z profesorową Szczupaczyńską dodaje wartości - to nie jest tylko rozrywka. Tym razem byłoby jednak lepiej, gdyby autor jakoś okiełznał materiał, którym się zainteresował. Jak sam w słowie odautorskim przyznaje, plan był inny - zamierzał napisać raczej lekką, gawędziarską w tonie opowieść rodzinną o powinowatych swojej babci, ludziach zamożnych, którym do pewnego momentu nawet w PRL-u udawało się żyć prawie tak, jakby nic się nie zmieniło. Kiedy jednak sięgnął do akt, nie mógł poprzestać tylko na w miarę zabawnej, skrzącej się od anegdot historii.

Czas najwyższy zdradzić, o czym naprawdę jest ta opowieść. Otóż chodzi o wielką aferę z czasów PRL-u, która wybuchła w latach siedemdziesiątych, a jak dowodzi Jacek Dehnel, na jej odpryski można było natknąć się jeszcze niedawno, a pewnie i dziś coś by się znalazło. Chodzi o przemyt za granicę na ogromną skalę dewiz, złota i antyków. Jak wielka to była skala, pokazuje cytat:

Według zestawień z listopada 1973 i kwietnia 1974 zarekwirowano majątek na sumę ponad pięćdziesięciu milionów, co stanowiło prawie dziesięć procent wszystkich dochodów państwa w ustawie budżetowej na rok 1974. 

A przecież nie udało się zarekwirować wszystkiego, choćby dlatego, że niektórzy zamieszani w ten proceder wcześniej uciekli z kraju i zamieszkali w Wiedniu. Aferę ówczesna prasa ochrzciła mianem afery złotogłowych, rozpisywano się o niej szeroko, stanowiła oręże propagandy mające zohydzić zwyczajnym zjadaczom chleba wszelkiej maści prywaciarzy, bogaczy, waluciarzy, dawnych burżujów, jednym słowem nierobów żyjących jak pączki w maśle. Dlatego w propagandowym przekazie nacisk kładziono przede wszystkim na nielegalne wywożenie z kraju zabytkowych przedmiotów, co było ułamkiem działalności zamieszanych w sprawę osób. Ich główna działalność to handel i przemycanie za granicę dewiz i złota, a to wszystko dzięki brazylijskim dyplomatom. No ale handel dewizami w czasach PRL-u to zjawisko powszechne, więc trudno by było jechać propagandowo na tym koniu.

Złotogłowi byli (...) z jednej strony wykwintnymi znawcami sztuki, z drugiej pazernymi chamami, którym zależy tylko na ograbieniu ojczyzny z resztek dziedzictwa narodowego; z jednej fumiastą arystokracją przywodzącą na myśl Francję Ludwika XVI (wynajmowanie całej sali kinowej, żeby nie siedzieć z plebsem), z drugiej - prymitywnymi kryminalistami; z jednej geniuszami zbrodni, z drugiej - bandą idiotów.

Byli w tej historii - choć niekoniecznie na ławie oskarżonych - prawdziwi i wymyśleni szkodnicy: i waluciarze, i dyplomaci, i prywatna inicjatywa, i emigracja, i wykwintni esteci, i arystokraci,  i Żydzi, i ksiądz, i zepsuty urzędnik państwowy, i groźni gangsterzy, i femmes fatales.

W artykułach jednak nieustannie podkreślano rozziew między zwykłymi obywatelami a tą zgrają  Carringtonów. (...) Wszystko oparte na kontraście: uczciwi, pracujący, biedni kontra nieuczciwi, niepracujący bogaci.

Taki ich obraz przedstawiała prasa, telewizja i radio. Ja o tej sprawie nie miałam pojęcia, pewnie jak większość czytelniczek i czytelników, nic o niej wcześniej nie czytałam, chociaż autor w przypisach powołuje się też na artykuły z lat dwutysięcznych, które przypominają tę peerelowską aferę. 

Dlaczego Jacek Dehnel zajął się sprawą? Bo główny oskarżony, Witold Mętlewicz, był powinowatym jego babci. Jedna z jej sióstr wyszła za mąż za jego brata Tomasza, tego który odpowiednio wcześniej wyjechał razem z rodziną do Wiednia i uniknął odpowiedzialności. Pierwszy tom "Łabędzi" to obszerna historia dwóch rodzin, Bobolich (to panieńskie nazwisko babci autora) i Mętlewiczów, których losy splotły się w czasie wojny w zamożnej warszawskiej kamienicy, oraz rozmowy z dziećmi Tomasza i córką Witolda, z których wyłania się obraz afery widziany ich oczyma. Oczywiście tyle punktów widzenia, ile wypowiadających się osób. A poza tym obraz życia ludzi, którzy dzięki resztkom przedwojennego majątku, zaradności i sprytowi żyli w czasach PRL-u na takiej stopie, jakby niewiele się zmieniło. W dużych mieszkaniach albo willach, otoczeni pięknymi przedmiotami, mieli służbę, pieniądze, tylko wydawać niespecjalnie było na co. 

Chociaż książka Jacka Dehnela jest bardzo przegadana i okiełznanie tego żywiołu wyszłoby jej tylko na dobre, to przecież jest w niej sporo interesujących wątków. To wspomniany wyżej przykład działalności peerelowskiej propagandy czy obraz życia nielicznych bogatych, którzy z jednej strony budzili zawiść, ale z drugiej tęsknotę za estetycznym i życiowym ładem.

... dobrze znam to westchnięcie "jakby nie można było". I nie było to wcale westchnięcie milionerskie, ale znacznie powszechniejsze. "Jakby nie można było podać w czystej szklance" - mówiło się w kawiarni. (...) "Jakby nie można było tego naprawić". (...) Były w tym rozczarowanie i znużenie brzydotą, bylejakością, marnotrawstwem, ciągła niezgoda - po kilkudziesięciu latach - na codzienny tumiwisizm, na przaśność, na kiepściznę.

Cóż, bylejakość, brzydota i kiepścizna, w mniejszym oczywiście stopniu, zostały z nami do dziś. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. 

Równie interesujący jest obraz całego tego przestępczego światka, trochę półjawnego, trochę konspirującego w obawie przed wpadką, ich metod działania, kontaktowania się, zdobywania i upłynniania towaru. 

Autor poświęca też dużo miejsca sprawom niewygodnym - bogaceniu się na nieszczęściu Żydów w czasie wojny. Wiele tych antyków, cennych przedmiotów to własność ofiar Zagłady. Często w nieuczciwy sposób, dzięki kolaboracji z hitlerowcami dostały się w polskie ręce. Albo przechodziły w ręce niemieckie, a polski rzeczoznawca, a nawet żydowski antykwariusz służyli pomocą. Ten ostatni żerując na krzywdzie swoich współbraci, ratował siebie. O paradoksie, po wojnie tym, że żyje, poświadczał niewinność zbrodniarza.

Bardzo ciekawa jest historia powstania i rozkwitu manufaktury porcelany w Miśni za czasów saskich. Na wyjaśnianie, dlaczego się pojawia i to jako cały osobny wątek w pierwszym tomie, nie ma tu oczywiście miejsca. W każdym razie, czytając te fragmenty, miałam drugi raz w ostatnim czasie refleksję, że świat lubujący się w takim przepychu i bogactwie (dostępnym oczywiście nielicznym, podczas gdy większość ledwo przędła) już wtedy zmierzał do katastrofy. Ten pierwszy raz to, skądinąd bardzo dobry, francuski film "Bulion i inne namiętności". Już wtedy kwitł nadmierny, a nawet ekstremalny, konsumpcjonizm. Czymże innym było produkowanie porcelanowych zastaw składających się z ponad setki elementów, z czego niektóre wcale nie służyły do tego, aby podawać na nich jedzenie. Czymże innym było takie gotowanie, takie uczty (to w filmie). 

Równie ciekawa jest opowieść o tym, co stało się z zarekwirowanym przestępcom złotem, walutami, antykami i nieruchomościami. To dużo mówi o PRL-u. Spora część z tego została rozprowadzona, zniknęła, znalazła się w prywatnych rękach wysoko postawionych person komunistycznego reżimu, w tym Gierka i Jaroszewicza.

Akta kontrolne niby szczegółowo roztrząsają losy poszczególnych obiektów, a potem wszystko się urywa, zostają tylko drobne ślady. Nic się nie nadaje. Wille nie nadają się na przedszkole, mercedes Młynarczyka nie nadaje się do eksploatacji przez MSW (...) Rzeczy 'nienadających się" nikt potem nie szuka.

No i wreszcie interesujące są refleksje o niemożności ustalenia prawdy. Nie chodzi tylko o to, że po latach każdy inaczej pamięta, każdy inaczej opowiada o tej historii. Chodzi też o to, co jest w dokumentach. Jak są przez kolejne pióra zmieniane - tu się  usunie jedno słowo, tu doda inne i tak wątpliwość zmieni się w pewność. Do tego dochodzą bardzo liczne rozbieżności w pisowni nazwisk, tytułów obrazów, pojęć. I tak już u źródeł wszystko się gdzieś rozjeżdża. Chyba najbardziej tracą na tym osoby przypadkowo powiązane z tą aferą.

W aktach, narastających stopniowo, przez miesiące lata, dekady, obserwuję taśmociąg pewności. To, co w pierwszym dokumencie jest plotką czy przypuszczeniem, w drugim jest danymi godnymi zbadania, w trzecim - rzeczą sprawdzoną, a w artykule prasowym, który potem dociera do masowego czytelnika, faktem znajdującym potwierdzenie w dokumentach archiwalnych. Tymczasem w sekwencji papierzysk widzę, że nikt tego nijak nie potwierdzał, nie sprawdzał; jeden za drugim wyłącznie przepisywał, zmieniając tylko ton na coraz bardziej pewny siebie.

W tych miejscach non-fiction zmienia się w fiction. To już nie ludzie, tylko bohaterowie prozy. Przychodzą spomiędzy słów i między słowami przepadają, niepewni własnego istnienia, niepewni krzywd i win. 

I tak mogłabym jeszcze długo wskazywać na jakieś interesujące wątki, anegdoty, historie, refleksje. Tyle tego jest. Wór bez dna, szkatułka w szkatułce i jeszcze w jednej szkatułce. Autor sam zdaje sobie sprawę z ogromu historii i wątków. W pojawiających się co jakiś czas rozdziałach dotyczących pracy pisarza wspomina, jak z bólem musi się pożegnać z wieloma epizodycznymi postaciami, z wieloma smakowitymi historiami, które co i rusz wyskakują z dokumentów albo z czyjejś opowieści. Cóż, rozumiem ten żal, ale dla książki byłoby lepiej, gdyby przyciął jeszcze trochę.

Popularne posty