"Tajemnica Filomeny"

Komu podobał się "Piękny umysł", "Jak zostać królem" albo coś w podobnym stylu, ten pewnie zaakceptuje "Tajemnicę Filomeny" Stephena Frearsa. Kino gładkie, eleganckie, krzepiące, bardzo dobre w oglądaniu, a i łzę uronić można. Reżyser znany, w roli głównej znakomita aktorka, Judy Dench. Jednym słowem rozrywka idealna. Ja jednak wyszłam rozczarowana. Naiwnie spodziewałam się czegoś innego. Może dlatego, że zmylił mnie wiele obiecujący lid do recenzji Tadeusza Sobolewskiego. Sugerował, że to kino poważne ("... dla wszystkich, których dotyka dzisiejszy kryzys religii"). Sobolewski nie pisze o pierwszym lepszym filmie, wybiera tylko te ważne, zwykle ufam jego gustom, tym razem zdecydowanie się rozminęliśmy. Cóż z tego, że "Tajemnicę Filomeny" rzeczywiście bardzo dobrze się ogląda, cóż z tego, że krzepi, cóż z tego, że wzrusza. Kicz też krzepi i wzrusza. Nie chcę się powtarzać, ale trudno, po raz kolejny napiszę: wolę obraz niedoskonały, ale poruszający poruszeniem prawdziwym, a nie łatwym i prostym. A szkoda, bo "Tajemnica Filomeny" ma potencjał na taki właśnie film, ale musiałby go zrobić ktoś inny, na przykład Mike Leigh. Tyle we wstępie, a w drugiej części konkrety dla tych, którzy w kinie już byli.

Tym razem, przekornie będzie to opowieść o tym, czym "Tajemnica Filomeny" mogłaby być, a, niestety, nie jest.

Otóż mogłaby być opowieścią o cynicznym dziennikarzu, który dla pieniędzy, pracy, ewentualnie sławy żeruje na ludzkiej tragedii. Albo szerzej o bezwzględnych mediach. Tymczasem trudno powiedzieć, jaki jest Martin. Długo nie mogłam się zorientować, co nim kieruje. Dlaczego zajął się historią z życia wziętą? Ile w nim cynizmu, wyrachowania, a ile ciekawości, dziennikarskiej pasji czy chęci niesienia pomocy bezradnej staruszce? Mam wrażenie, że reżyser nie potrafi się zdecydować. Niby drażni Martina ta prosta kobieta, denerwują go jej literackie gusta, nieznajomość świata, naiwność, gadatliwość. Ale przecież od początku widzimy, że to sympatyczny człowiek, trudno go nie lubić, reżyser puszcza do nas oko i już wiemy, że koniec końców Martin nie tylko zaangażuje się całym sercem w poszukiwania syna Filomeny, ale też postąpi szlachetnie i nie zrobi jej krzywdy. I tak się dzieje. Dostajemy ociekające lukrem zakończenie. Dzielny Martin nie przejmuje się bezwzględną szefową, dziennikarską harpią, która oczekuje od niego dramatu i łez, szlachetnie obieca, że nie wydrukuje artykułu. W zamian czeka go nagroda, bo Filomena zmieni zdanie.

Druga możliwość, dla mnie o wiele ciekawsza, to film o wierze. On przeszedł typową drogę. Wychowany w rodzinie katolickiej, kiedyś wierny syn kościoła, teraz niewierzący, sceptyczny, racjonalny. Bóg nie jest mu do niczego potrzebny, doskonale się bez niego obywa, nie potrzebuje wiary jako podpórki. Ona, chociaż w młodości skrzywdzona przez zakonnice, nadal wierzy i praktykuje. Religia jest bardzo ważna w jej życiu. Nie ma w niej zapiekłości i nienawiści. Stara się zrozumieć i wytłumaczyć, a nie obwiniać, mimo cierpienia. Potrafi przebaczyć, chociaż, jak mówi, nie przyszło jej to łatwo. Może ten wątek wypada najlepiej, jest w nim sporo prawdy, ale i on grzęźnie w uproszczeniach i moralizatorstwie. Filomena wyrzuca Martinowi, że pełen jest złości i jadu, oczywiście robi to cierpliwie i z troską o jego zbłąkaną duszę. Jak dobra, łagodna, wyrozumiała matka, która zawsze będzie kochać swojego błądzącego syna. Jej słowa szeleszczą papierem.

Wreszcie możliwość trzecia. Ostry film o błędach kościoła, bez uproszczeń, bez czarno-białej wizji świata. Problem przecież nie został wydumany, historia oparta na faktach. Tymczasem tu wszystko jest jednoznaczne. Zakonnice okrutne i cyniczne, Hildegarda wręcz demoniczna, do końca przekonana o swojej racji. Ale dzielny Martin odkryje prawdę, która okaże się jeszcze gorsza, niż myślał, wykrzyczy słowa potępienia, powie, co o tym myśli. Teraz nowa matka przełożona, która jeszcze niedawno też wydawała się coś ukrywać, z uśmiechem na ustach, grzecznie, triumfująco, jakby to ona pokonała straszną Hildegardę, zaprowadzi Filomenę na grób jej syna. Happy end. Zero zniuansowania, kawa na ławę.

Niby te trzy tematy są w "Tajemnicy Filomeny", ale uproszczone, piękne i gładkie. Szablonowych rozwiązań jest w tym filmie wiele. Odnaleziony syn okazał się człowiekiem sukcesu, o swej ojczyźnie i matce nie zapomniał, umierając zrobił wszystko, aby ją odnaleźć, w ojczystym kraju chciał zostać pochowany. Był gejem, ale Filomena, chociaż wierna córka katolickiego kościoła, bez trudu się z tym godzi. Jego przyjaciel Pete nie chce się z nią widzieć? Cóż to dla niej, ona dzięki swej determinacji i łagodności dopnie swego! A jeśli widz się dotąd nie wzruszył (ale trzeba mieć serce z kamienia, aby nie uronić łzy, kiedy matka rozpacza, widząc, jak jej dziecko odjeżdża w siną dal z obcymi ludźmi), to na pewno wzruszy się teraz, będąc świadkiem tego słodkiego pojednania. Niewykorzystany, bo też uproszczony, jest potencjał, jaki niesie ze sobą skonfrontowanie tak niedobranej pary jak Filomena i Martin, pary z całkiem innych światów. Ale o tym już pisałam, więc powtarzać się nie będę.

Wyzłośliwiam się, a tymczasem taka jest konwencja podobnych produkcji. Cóż, sama sobie jestem winna, skoro dzwonkiem alarmowym nie okazała się informacja o ilości nominacji do Złotych Globów i Oskarów. Przyznam, że i ja się wzruszyłam (odrobinkę), wszak kicz to sztuka szczęścia.

"Wielkie piękno"

W poprzednim wpisie wspominałam, że napiszę o "Wielkim pięknie" Sorrentiniego. To film meteor. Wydaje mi się, że miał wejść już jakiś czas temu, ale premierę przesunięto. A tu nagle okazało się, że zdobył Europejską Nagrodę Filmową w kilku (!) kategoriach (film, reżyseria, aktor, montaż), Złoty Glob dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego i, jakżeby inaczej, nominację do Oskara w tej samej kategorii. Złoty Glob i nominacja do Oskara mogą dziwić, bo to kino niekomercyjne, na pewno nie dla każdego (o czym lojalnie uprzedzam). Wskazuje się na podobieństwo do Felliniego, mówi się, że wyrasta z ducha jego kina. Ciekawość i wiara w to, że film może okazać się dużym przeżyciem, sprawiły, że poszłam na niego przed "Jackiem Strongiem", o czym w poprzedniej notce wspominałam. Zdradziłam też wtedy, że film Pasikowskiego pozostał ze mną, a wrażenia z "Wielkiego piękna" gdzieś się ulotniły. W kategoriach obiektywnych (czy takie istnieją?) oczywiście film Sorrentiniego jest lepszy. To inna półka i inna liga, pewnie nawet nie ma sensu zestawianie ich ze sobą, tak bardzo są różne (robię to tylko dlatego, że widziałam jeden po drugim). Ale kino to też, a dla mnie przede wszystkim, przeżycie, emocje. I tu włoski film przegrywa. Ma zachwycać, a jakoś nie zachwyca. Powiem precyzyjniej: kiedy oglądałam zachwycał (chociaż nie od razu, trzeba się wgryźć, oswoić), jednak im więcej czasu mija od seansu, tym wrażenia bledsze. Działa melancholijny nastrój, działa wiele niezwykłych scen, ale gdzieś ulatnia się cała mądrość, przesłanie pozostaje tylko na poziomie deklaratywnym. Kto się kinem interesuje, zobaczyć powinien, ale kto film traktuje przede wszystkim jako rozrywkę, może się znudzić. Akcji tu właściwie nie ma (główny bohater, starzejący się dziennikarz, snuje się po Rzymie, dyskutuje albo imprezuje), jest za to wiele dziwności i surrealistycznych scen, a wszystko przyprawione niewesołymi refleksjami o życiu i krytyką klasy próżniaczej. Tyle we wstępie, a po szczegóły zapraszam do części drugiej. Oczywiście tych, którzy film już widzieli.

Muszę szczerze wyznać, że początek mnie rozdrażnił. Boże, pomyślałam, przerost formy nad treścią! Kino bardzo artystyczne, nadmuchane i nabzdyczone! Przeestetyzowane. A tego naprawdę nie lubię! Poczułam, że dałam się twórcom filmu i recenzentom nabić w butelkę. Z czasem jednak wszystko zaczęło się krystalizować. Szereg początkowych luźnych, niepowiązanych ze sobą scen ustąpił wątłej, bo wątłej, ale jednak akcji. Na melancholijną historię starzejącego się dziennikarza, autora jednej powieści (ale za to głośnej), niespełnionego artysty patrzyłam z zainteresowaniem.

Jep coraz częściej podsumowuje swoje życie. Wraca wspomnieniami do czasów młodości, do rodzinnego miasteczka, do pierwszej miłości. Zastanawia się, dlaczego na zawsze pozostał autorem jednej powieści. Dlaczego nie napisał drugiej? Czy naprawdę tylko dlatego, że nie udało mu się dotknąć absolutu, doświadczyć tego tytułowego wielkiego piękna? A może po prostu zabrakło woli, talentu, pracowitości, konsekwencji? Mimo że na zawsze pozostał autorem jednej powieści, autorem niespełnionym, korzysta z tamtego sukcesu. Obraca się w towarzystwie artystów, dziennikarzy, zdeklasowanej, ale wciąż dumnej, arystokracji, przedsiębiorców i ludzi bogatych. Wszyscy oni prowadzą luksusowe, próżniacze, puste życie. Od przyjęcia do przyjęcia, od imprezy do imprezy, od łóżka do łóżka, od jednego artystycznego happeningu do drugiego. Są w tym jakoś podobni do Jordana Belforta, bohatera "Wilka z Wall Street". Tyle tylko, że  on jest biznesmenem, a oni artystami, on oszukuje, oni nie. Chociaż czy rzeczywiście? Nie kradną, to prawda, ale są artystyczną wyrocznią. Czy nie jest oszustwem wmawianie szarym konsumentom kultury, że jakiś humbug jest wielkim dziełem sztuki? Jak by tego jeszcze było mało, ich pozycja umożliwia nie tylko życie lekkie, łatwe i przyjemne, ale, co jeszcze bardziej irytujące i niesprawiedliwe, daje nieoczekiwane przywileje. Tylko oni dzięki rozmaitym koneksjom mogą podziwiać miejsca niedostępne, zwiedzać piękne pałace nocą, kiedy jest w nich pusto. Czy potrafią to docenić?  Jep chyba tak. Choć jest próżniakiem, cudownym starcem, budzi moją sympatię. Może dlatego, że potrafi być krytyczny wobec siebie i innych? Może dlatego, że jest świadom swojego próżniaczego życia? Może dlatego, że potrafi być przyjacielem? Może dlatego, że umie zdemaskować pseudo sztukę? Może dlatego, że w dniu sześćdziesiątych piątych urodzin mówi sobie, że nie będzie już robił niczego, na co nie ma ochoty? Jep żyje nocą, rankiem przechadza się po wyludnionych o tej porze ulicach Rzymu, podziwiając ich piękno i zastanawiając się nad sobą. Poczucie pustki i miałkości egzystencji coraz częściej każe mu wspominać młodość, szukać tam siebie prawdziwego i utraconych szans. Ale czy przypadkiem się nie oszukuje? Czy rzeczywiście jego pierwsza dziewczyna kochała go całe życie, a on przegapił szczęście? Czy to nie iluzja? Czy złudzeniem nie była wiara w to, że mógł napisać kolejne powieści?

Oglądając ten film, poddawałam się melancholijnemu nastrojowi i często miałam wrażenie, że słyszę coś ważnego. Jakąś mądrą, złotą myśl, jakiś klucz do sensu. Wiele tu też aluzji do dzieł filmowych i literackich ("Słodkie życie" i "Osiem i pół" Felliniego, "Podróż do kresu nocy" Celine'a, Flaubert).  Niestety to wszystko okazało się bardzo ulotne. Mądrości, cytaty gdzieś się zapodziały w mrokach niepamięci, pozostała ogólna refleksja o zmarnowanym życiu i satyra na klasę próżniaczą. Stąd rozczarowanie "Wielkim pięknem". Ale może to moja wina, wina widza nie dość uważnego?

Na zakończenie muszę przyznać, że niewątpliwą przyjemność sprawia szereg absurdalnych, surrealistycznych, ironicznych, prześmiewczych scen wywiedzionych z ducha filmów Felliniego. Para arystokratów, która żyje w piwnicy utraconego pałacu i za pieniądze uświetnia swoją obecnością towarzyskie spotkania, przyjęcie weselne, wizyta świętej zakonnicy, flamingi na tarasie mieszkania Jepy, biskup, który w kółko opowiada o jedzeniu i wiele innych zdarzeń i postaci. 

Teraz, kiedy pisałam o tym filmie, trochę go dla siebie odzyskałam. Pozostaję jednak przy swoim zdaniu, że to raczej tylko przeżycie estetyczne okraszone garścią dość oczywistych refleksji.


"Jack Strong"

Pewnie powinnam zacząć od tego, że historia pułkownika Kuklińskiego jakoś dotąd mnie specjalnie nie zajmowała. Oczywiście miałam jakie takie pojęcie, o co chodziło, ale nie rozpalał mnie dylemat: bohater czy zdrajca? Może dlatego na najnowszy film Pasikowskiego nie czekałam z wypiekami na twarzy. Chciałam go obejrzeć, ale nie aż tak bardzo, jak to nieraz mi się zdarza, więc najpierw wybrałam się na "Wielkie piękno" Sorrentiniego, którego byłam bardzo ciekawa (ale o tym we środę). A przed wyprawą na "Jacka Stronga" przeczytałam wywiad z profesorem Paczkowskim o sprawie Kuklińskiego, żeby nie oglądać filmu bez historycznego podkładu. Warto to zrobić, ale dziury w niebie nie będzie, jeśli sięgnie się po jakieś materiały po seansie. A teraz wreszcie czas na werdykt. Cóż, wrażenia po obejrzeniu "Wielkiego piękna" dość szybko po wyjściu z kina gdzieś się ulotniły, a film Pasikowskiego mam wciąż przed oczami.

To bardzo sugestywne, trzymające w napięciu kino gatunkowe. Reżyser pozostał wierny sobie i, tak jak w przypadku "Pokłosia", zrobił film dla masowej widowni. Mimo że historię znałam i doskonale wiedziałam, jak się skończy, cały czas śledziłam ją z wielkim zainteresowaniem. Już pierwsza scena wprowadza nastrój zagrożenia. Odtąd wiemy, co stanie się z Kuklińskim, jeśli zostanie zdekonspirowany. Rozumiemy, dlaczego tak bardzo się boi, a my boimy się razem z nim. Wiemy, jakie ryzyko podjął. Wybór gatunku, szpiegowski thriller, ma oczywiście konsekwencje. Pasikowski nie rozważa w swoim filmie dylematu: zdrajca czy bohater. Stawia konsekwentnie na jedną kartę: bohater. Może czasem robi to mało finezyjnie, jakby chciał, aby widz nie miał żadnych wątpliwości, że Kukliński to kryształowa szlachetność. Film bardzo wiernie odtwarza całą historię. Zaczyna od pokazania, jak rodzi się decyzja o współpracy a potem skupia się na konsekwencjach. Ryzyko, strach, ogromna samotność, narażanie nie tylko siebie, ale i rodziny. Prowadzenie podwójnego życia ma swoją cenę, co na ekranie doskonale widać. Aby usprawiedliwić decyzję Kuklińskiego, Pasikowski bardzo mocno akcentuje to, jakimi pionkami w wielkiej politycznej grze byli żołnierze. I ci szeregowi, i ci pracujący w sztabie generalnym, i wreszcie sama wierchuszka. Żeby godzić się na to, trzeba było albo bardzo wierzyć w komunistyczną ideologię, albo nie myśleć, albo być cynikiem wyzutym z wrażliwości. Rosjanie są tu pokazani jako demoniczne zło, potwory (czasem niemal dosłownie). Wiem, że niektórzy ten brak zniuansowania (źli Rosjanie, dobrzy Amerykanie) mają reżyserowi za złe. Mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadza. W konwencji się mieści. Drażni mnie za to coś innego, oprócz wspomnianej już łopatologii, nadmierny patos. Na szczęście nie ma go zbyt wiele, pojawia się głównie w zakończeniu. 

"Jack Strong" to naprawdę dobre sensacyjne kino, z kilkoma świetnymi rolami (Dorociński jak zwykle nie zawodzi). A przy okazji film zmusza do zainteresowania się tematem. To niewątpliwie jeszcze jedna zaleta.

Stefano Liberti "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy"

Nie mogłam nie przeczytać zbioru reportaży włoskiego dziennikarza Stefano Libertiego "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy" (Czarne 2013; przełożył Marcin Wyrembelski). Nie tylko dlatego, że wydanie książki zbiegło się w czasie z tragedią, jaka miała miejsce u wybrzeży wyspy i  temat imigrantów forsujących przez morze bramy niegościnnej Europy znowu stał się głośny (oczywiście na chwilę; teraz jakoś zniknął). Odkąd kilka lat temu przeczytałam fascynujący i przerażający reportaż Klausa Brinkbaumera "Afrykańska odyseja", w którym autor podąża szlakami imigrantów za wszelką cenę próbujących dostać się do Hiszpanii, ten problem stał się mi bardzo bliski. Ze współczuciem i bezradnością myślę o tych wszystkich Afrykańczykach, których widywałam na ulicach miast południowej Europy, jak sprzedają swój badziewny towar produkowany pewnie przez podobnych im biedaków gdzieś w krajach Azji. Dlatego książka Libertiego stała się dla mnie lekturą obowiązkową. Autor od lat zajmuje się tą tematyką, to nie pierwsza jego praca poświęcona problemom niechcianych w Europie imigrantów. Jest też autorem filmu dokumentalnego na ten sam temat. Reportaże zamieszczone w tomie "Na południe od Lampedusy" są owocem jego fascynacji, a właściwie, jak sam pisze, obsesji. Powstawały w ciągu kilku lat, kiedy to autor wielokrotnie podróżował szlakami imigrantów. Zatrzymywał się w miejscach, w których gromadzili się, czekając na transport, albo w takich, w których utknęli, często na lata. Był w Senegalu, Mauretanii, Nigrze, Libii, Algierii i Maroku, a na końcu odwiedził tytułową Lampedusę. Spotykał się i rozmawiał z ludźmi w drodze, z wieloma połączyły go bliższe więzy, ale także z tymi, którzy takie podróże organizują, i z rozmaitymi urzędnikami europejskich instytucji.

Liberti inaczej niż wspomniany tu Brinkbaumer mniej zajmuje się przyczynami emigracji. Nie epatuje specjalnie biedą czy beznadziejną sytuacją gospodarczą, społeczną i polityczną krajów subsaharyjskich, skąd przede wszystkim pochodzą bohaterowie jego reportaży. Jakby przyjął za oczywiste, że skoro uciekają, podejmują trud podróży rozpaczy, to mają ku temu powody. Skupia się za to na dwóch sprawach. Po pierwsze z pasją zgłębia wszystko, co łączy się z organizacją takich wypraw. Stara się przeniknąć do gett, w których imigranci przebywają dłużej, czekając na łut szczęścia, aby wyruszyć dalej. Bada ich strukturę, hierarchię, podpatruje codzienność. Włóczy się po medynach Tangeru i Rabatu, odwiedza algierską Maghnijję, miasto imigrantów sklecone z prowizorycznych szałasów, zagląda do punktów przesiadkowych w Nigrze czy zapomnianych miejsc Sahary Zachodniej. Wysłuchuje dziesiątków podobnych do siebie, rozpaczliwych lub pełnych nadziei opowieści ludzi, którzy utknęli w drodze albo zostali z niej zawróceni. To jeden wątek reportaży Libertiego. Drugi to pokazywanie, jak dwuznaczną rolę pełnią tu kraje europejskie i instytucje unijne, które dają spore pieniądze państwom północnej Afryki, aby to one zatrzymywały u siebie imigrantów z krajów subsaharyjskich. Szczególnie zasłużyły się w tym procederze Włochy, przez lata dogadując się z reżimem Kadafiego. Stąd łapanki na ulicach marokańskich, libijskich czy algierskich miast. Stąd brutalne traktowanie schwytanych i odsyłanie ich z powrotem (nierzadko porzuca się ich na pustyni, skazując na śmierć, przed którą może ich uchronić jedynie przypadkowy ratunek). Stąd swoisty ping pong, który trwa na granicy na przykład Maroka i Algierii czy Turcji i Grecji. Stąd imigranci czekający na ziemi niczyjej pomiędzy granicami. Autor pokazuje, jak przy okazji wylewa się dziecko z kąpielą. Ofiarami represji padają często ludzie, którzy od lat mieszkają w jednym z północnoafrykańskich krajów. Zdążyli już ułożyć sobie tam życie, pracują, zarabiają, zgromadzili jakiś dobytek. Nagle zostają pozbawieni wszystkiego i odesłani donikąd. Są i tacy, których celem wcale nie jest Europa, ale właśnie Libia (to już chyba przeszłość) czy Maroko. Dawniej mogli się tam osiedlać, teraz automatycznie znajdują się w kręgu podejrzeń i ich los jest bardzo niepewny. Liberti pokazuje także, jak kraje europejskie swoją egoistyczną czy nierozważną polityką przyczyniają się do produkowania imigrantów (na przykład nielegalne połowy europejskich statków na wodach Senegalu zrujnowały tamtejszych rybaków, zmuszając ich do szukania szczęścia w Hiszpanii). I jeszcze jeden paradoks: w gruncie rzeczy Europa  potrzebuje przybyszów z Afryki. Kto będzie pracował na polach Hiszpanii? Kto będzie wykonywał tysiące innych prac, których Europejczycy nie chcą się imać?

I wreszcie trzeci wątek pojawiający się w książce. Obalanie mitów. Przede wszystkim włoski dziennikarz kwestionuje liczby imigrantów forsujących drogą morską bramy Europy. Twierdzi, że są zdecydowanie zawyżone, a przyczyniły się do tego media. Zarzuca urzędnikom Frontexu ignorancję (swoją wiedzę czerpią właśnie z mediów, sami nie prowadzą żadnych rzetelnych badań). Efektem tego są ogromne środki wydawane na walkę z imigrantami. Drugi mit dotyczy pośredników, którzy te podróże rozpaczy organizują. Powszechnie uważa się, że są to wielkie, zorganizowane siatki przemytników. Liberti udowadnia, że to nieprawda. Najczęściej zajmują się tym drobni naganiacze, pośrednicy działający na małą skalę. Obowiązuje zasada: jest popyt, jest podaż. Sami wędrowcy traktują ten proceder jako coś naturalnego. Zarobek jak każdy inny. Trzeci mit to przekonanie, że uciekinierzy to ludzie prości. Nieprawda, jest wśród nich wielu wykształconych. Trudno mi oczywiście ocenić, na ile Liberti ma rację, obalając mity (szczególnie ten pierwszy). Jego argumenty wydają się wiarygodne, ale na pewno są tacy, którzy je kwestionują.

Wbrew temu, co może wydawać się po przeczytaniu tej notki, nie jest to lektura sucha. Chociaż sporo tu konkretów, przypisów, liczb i faktów, to jest ten reportaż przede wszystkim relacją z podróży nasiąkniętą emocjami. Takie są historie wędrowców spotkanych na trasie, takie są opisy odwiedzanych miejsc. Często brzydkich, zagubionych na końcu świata, tchnących beznadzieją albo przynajmniej melancholią, ale fascynujących swoją atmosferą. Ważna, smutna i ciekawa książka. Takich nigdy dość.

"Hannah Arendt"

Jakiś czas temu zobaczyłam w kinie zwiastun filmu o Hannah Arendt. Nie zachęcał. Zapowiadało się na biograficzną czytankę w amerykańskim stylu. Gwoździem do trumny była scena wykładu. Sala pełna studentów, którzy na koniec w hołdowniczym uwielbieniu biją brawo. Aż zazgrzytałam zębami. Szkoda, pomyślałam. Jakież było moje zdumienie, kiedy pojawiło się nazwisko reżyserki: Margarethe von Trotta. Hollywoodzki film? To przecież do niej nie pasuje. Po raz kolejny przyszło mi się przekonać, że zwiastuny kłamią. Może jednak nie zaryzykowałabym wizyty w kinie, gdyby nie głosy, że może to nie dzieło wybitne, ale ciekawe mimo swojej klasycznej, nieodkrywczej formy. Zgadzam się w pełni z tymi opiniami. Ale po kolei.

Po pierwsze film jest produkcją europejską (francusko-luksembursko-niemiecką). Po drugie nie jest wcale biografią niemieckiej filozofki, uczennicy Martina Heideggera. Margarethe von Trotta skupia się na tym okresie życia Arendt, kiedy ma już ustaloną pozycję w Stanach. I właśnie wtedy decyduje się zostać korespondentką New Yorkera na procesie Eichmanna w Jerozolimie. Widz dostaje też kilka retrospektywnych scen opowiadających o jej związku z Heideggerem. Kiedy Arendt wyjeżdżała do Izraela, szykowała się na spotkanie z potworem. Tymczasem obserwując Eichmanna podczas procesu, stwierdza, że jest zwyczajnym człowiekiem, który wyrzekłszy się myślenia, ślepo wykonywał rozkazy zwierzchników. To wtedy rodzi się jej słynna teza o banalności zła. Dziś klasyka, wtedy wywołuje burzę. Książka opublikowana po procesie, w której wyłożyła swoją tezę, a jakby tego było jeszcze mało, oskarżyła wielu przywódców żydowskich o współpracę z nazistami, ściągnęła na nią gromy. I to właśnie w filmie niemieckiej reżyserki wydało mi się najciekawsze.

Margarethe von Trotta pokazuje, jaką cenę płaci Hannah Arendt za niezależność, bezkompromisowość i śmiałość swoich poglądów. Uczennica Martina Heideggera pozostaje wierna jego nakazowi myślenia, dlatego, kiedy dochodzi do wniosku, że Eichmann nie jest potworem a zło jest banalne, zwyczajne, nie cofa się przed głoszeniem swoich przemyśleń. Pozostaje wierna sobie, cierpliwie tłumaczy, że nie broni nazistowskiego zbrodniarza, tylko wyjaśnia mechanizm zbrodni. Wywołuje furię. Mimo że o internecie jeszcze nikomu się nie śniło, tym bardziej o zjawisku sieciowego hejterstwa, to śmiało możemy mówić o hejterstwie listowym. Arendt otrzymywała stosy papierowej korespondencji ociekającej inwektywami i nienawiścią. Odwrócili się od niej prawie wszyscy, także przyjaciele, co odczuła najboleśniej. Musiała też liczyć się z utratą stanowiska na uczelni, a przecież miała świeżo w pamięci amerykańską poniewierkę. Mimo to trwała przy nakazie myślenia i samodzielności sądów. Była wierna swoim poglądom i nie bała się ich głosić, chociaż niewielu je podzielało. Taka postawa to rzadkość, także dziś. Ilu potrafi myśleć samodzielnie, nie powielać schematów, powszechnych sądów, iść pod prąd? Ilu ma odwagę zaryzykować środowiskowy i towarzyski ostracyzm? Wbrew pozorom Hannah Arendt nie jest pokazana jako postać spiżowa. Widzimy i jej słabości, i to, ile kosztuje ją osamotnienie i potępienie. Jak bardzo czuje się zmęczona nagonką.

Poza tym film jest też ciekawy z powodów czysto poznawczych. Bardzo dobrze odtwarza klimat epoki i w sposób przystępny, prosty, ale nie czytankowy, przybliża postać niemieckiej filozofki i jej poglądy. Jeszcze jeden walor to oryginalne zdjęcia z procesu Eichmanna. Widz może śledzić jego reakcje, wypowiedzi tak, jak robiła to Arendt (obserwowała proces nie na sali sądowej, ale z pokoju dla korespondentów, dzięki czemu mogła widzieć go z bliska na ekranie). I rzeczywiście, mamy przed sobą zwykłego, spokojnego, rzeczowego człowieka. A scena wykładu zakończona studencką owacją? Owszem, jest, ale zwiastun kłamał, a to, co z niego zniknęło, całkowicie zmienia jej wymowę. Co to było, oczywiście nie mogę zdradzić. Warto wybrać się na film Margarethe von Trotty o Hannah Arendt. Nie jest to arcydzieło, ale rzetelna filmowa robota, która porusza i skłania do przemyśleń.

Popularne posty