Pokazywanie postów oznaczonych etykietą palestyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą palestyna. Pokaż wszystkie posty

Ibitisam Azem "Księga zniknięcia"

Moja faza na książki opowiadające o konflikcie palestyńsko-

izraelskim trwa, dlatego nie mogłam pominąć powieści palestyńskiej pisarki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, Ibitisam Azem, "Księga zniknięcia" (ArtRage 2026; przełożyła Hanna Jankowska), która w 2025 otrzymała nominację do międzynarodowego Bookera. Nie raz wyrażałam tu swój stosunek do nagród, nie trzymam się ich niewolniczo. Czasem rzeczywiście sięgam po coś z powodu nominacji czy samego wyróżnienia, ale to nie jest ten przypadek. Tym razem zadecydowała narodowość pisarki.

Punkt wyjścia "Księgi zniknięcia" jest bardzo prosty. Pewnego ranka mieszkańcy Tel Awiwu, a właściwie całego Izraela, budzą się i stwierdzają, że dzieje się coś dziwnego. Nie przyjeżdżają autobusy, nie dostarczono prasy, do wielu miejsc nie przybyli pracownicy, ktoś nie może złapać z kimś kontaktu. Co się stało? Okazuje się, że nagle zniknęli wszyscy Palestyńczycy. Szok, niedowierzanie, dezorientacja, strach. Dlaczego strach? Bo wprawdzie Palestyńczycy na ogół Żydów nie obchodzą, ale nie wiadomo, czy czegoś nie szykują. Pewnie gdzieś się zaczaili i na nich ruszą. Ale godziny płyną, panuje spokój, służby badające sprawę nie stwierdziły niczego dziwnego. Monitoring nie zarejestrował, aby opuszczali swoje domy lub gdzieś się gromadzili.

Kiedy czytałam powieść, doszłam do wniosku, iż dzięki zbiegowi okoliczności bardzo dobrze się stało, że zupełnie niedawno przeczytałam "Białe miasto, czarne miasto" Sharona Rotbarda, książkę opowiadającą o konflikcie palestyńsko-izraelskim z perspektywy Tel Awiwu i Jafy, bo właśnie ta perspektywa jest w "Księdze zniknięcia" bardzo obecna. Pojawia się i Bauhaus, i Białe Miasto, i nazwy dzielnic Jafy, i sady, nawet gatunek pomarańczy, z których słynęła, o czym pisze Sharon Rotbard, i wreszcie historia zdobycia Jafy, wysiedleń, a także współczesne oblicze miasta, które dzisiaj stanowi część Tel Awiwu. Ale jeśli ktoś nie czytał tamtej książki, to oczywiście nie oznacza, że nie zrozumie tej.

"Księga zniknięcia" ma dwóch głównych bohaterów. To Palestyńczyk Ala'a i Żyd Ariel. Są przyjaciółmi, obaj mieszkają w tym samym domu w Tel Awiwie na Bulwarze Rothschilda, obaj związani są z mediami. Ariel jest felietonistą amerykańskiej gazety. Kiedy Palestyńczycy znikają, on też próbuje skontaktować się ze swoim przyjacielem. Oczywiście bezskutecznie. Ponieważ ma klucz do jego mieszkania, wchodzi tam i znajduje czerwony zeszyt, w którym Ala'a prowadził notatki. W ten sposób razem z nim poznajemy historię jego rodziny i jego stan ducha.

Ala'a był bardzo związany ze swoją babcią, która niedawno umarła. W swoich zapiskach zwraca się bezpośrednio do niej. Przypomina sobie jej opowieści, na nowo przeżywa tragedię Nakby. Babcia postanowiła zostać w Jafie, bo dla niej liczyło się miejsce. Przeżyła bombardowania, musiała opuścić swoją dzielnicę i dom, osiąść w innej, gdzie Żydzi pozwolili zamieszkać jej i innym Palestyńczykom, którzy zostali. Ale większość rodziny uciekła i osiadła w Bejrucie. Także mąż. Babcia żyje podwójnym życiem - w Jafie tej współczesnej i tej, którą zapamiętała.

Nie spodobało ci się określenie, że Jafa jest pogrzebana pod Jafą. Stwierdziłaś, że Jafa zawsze pozostanie Jafą, jest wszędzie wokół nas, musimy tylko patrzeć uważnie, żeby ją zobaczyć. Powiedziałaś, że nocą słyszysz głosy, zgiełk wesela, bębny i flety. 

Ala'a to przedstawiciel trzeciego pokolenia po Nakbie i to on, dzięki opowieściom swojej babci, ma świadomość tego, kim jest i co się stało z miejscem, w którym żyje. Nie potrafi zapomnieć.

A kiedy zapada noc, obmywam domy wokół mnie czarną pamięcią. Ścieram z nich biel i wszystko maluję na czarno. Biorę czarny kolor z tuszu nocy i wszystko nim zapełniam, jakbym się bał, że zawładnie mną biała pamięć, więc zacieram ją czernią bezksiężycowej nocy. Kocham czarny kolor, bo jest podobny do nas, bo jest nami.

Im dłużej czytałam notatki Ala'i, tym bardziej uderzało mnie to, jak bardzo męczy go sytuacja, w jakiej żyje. Niby jest Palestyńczykiem uprzywilejowanym, bo wykształconym, a jednak czuje się niezrozumiany. Przez matkę, która przyjęła taktykę milczenia i, co być może najgorsze, przez żydowskiego przyjaciela.

Bo Ariel też odczuwa znużenie i zniecierpliwienie ciągłym rozpamiętywaniem przeszłości przez Palestyńczyków. 

Przykro mu było, gdy słuchał skarg arabskich kolegów, był wtedy rozdarty między zrozumieniem a dezaprobatą.

Zmęczyła go lektura opowieści Ala'i, przeszłość i nieustanne gadanie o miejscu i jego pamięci. Te historie pokonanych o legendarnej przeszłości. Takie właśnie są.

Kiedy myśli o swoim dziadku syjoniście, który przybył z Anglii, kupował ziemię, nie uważa go za kolonizatora. Jakoś prześlizguje się nad słowem przejąć, które zastąpiło słowo kupić, bo ziemi na sprzedaż było za mało. Wie, że była wojna, że w niej zwyciężyli, ale nadal nie nazywa swojego dziadka kolonizatorem. Przecież nie opowiadał się jak niektórzy syjoniści za wypędzeniem Palestyńczyków. Dlatego coraz trudniej jest mu się też zgodzić z przyjacielem. Owszem, uważa, że:  

popełniono pewne błędy i że Palestyńczykom należy się więcej praw, ale [Ala'a] powinien przyznać, że państwo mu wiele daje i że jest w lepszej sytuacji niż na przykład uchodźcy w Libanie czy krajach arabskich.

Nic dziwnego, że reakcja jego przyjaciela była gwałtowna. Ariel nie potrafi zrozumieć Ala'i, współodczuwać z nim. Zarzuca mu, że rozpamiętując historię Jafy, jest nienowoczesny i pozwala, aby przeszłość go ograniczała. Przecież zmiana w miastach, ich modernizacja to rzecz normalna. Jakby nie zdawał sobie sprawy, że w tym wypadku nie chodzi o zwykłą modernizację, ale o zatarcie, a nawet zniszczenie dużej części tego, co było, i stworzenie wydmuszki.

Nie słyszałeś o Al-Manszijji, Szach Muwannis, Al-Masudijji i innych wsiach Jafy? Co to znaczy, że mam być nowoczesny? Pokłonić się? (...) Kiedy wreszcie zrozumiesz, że Tel Awiw to kłamstwo, w które wszyscy uwierzyli? Jafa to nie tylko gaje pomarańczowe, a nawet gdyby była pustynią, to co z tego? To kłamstwo, które chcieliście sprzedać, nie daje wam prawa do zabijania nas i wypędzania. Nawet gdybyśmy byli najbardziej zacofanymi ludźmi na tym świecie, nie macie prawa nas przesiedlać. Ani mordować. Walczcie z Europą, która wypędzała was i zabijała.(...) Wy przez cały czas mówicie, a my słuchamy i próbujemy dać wam do zrozumienia, że w tym równaniu jest błąd. Czasami próbujemy spokojnie rozmawiać, a czasem milczeć. Boimy się i wybuchamy.  Nienawidzimy was i zbliżamy się do was, a nawet lubimy was jako ludzi. Naśladujemy was, wierzymy wam, ale wiemy, że okłamujemy przede wszystkim samych siebie. Wmawiamy sobie, że oni w końcu zrozumieją, lecz wy nas nie słuchacie. (...) Mamy jednak świadomość, że tylko nasz krzyk skłoni was, żebyście nas usłyszeli.

Teraz kiedy snuję te refleksje, uświadamiam sobie, że to chyba pierwsza powieść dotycząca tej tematyki, jaką czytałam, pokazująca perspektywę tych, którzy pozostali, czyli Palestyńczyków żyjących w Izraelu. Nie na Zachodnim Brzegu, nie w Gazie, ale właśnie tam. Jeden z epizodycznych bohaterów powieści, Palestyńczyk, tak mówi:

Jafa. Jafa. Nazwa, która mnie boli i którą codziennie przeklinam, bo wciąż ją kocham. (...) To, że tu zostaliśmy, oznacza, że krwawimy. Żyjesz z otwartą raną, krwawisz, ale wciąż żyjesz. (...) Jestem szczęśliwy, że zostałem mimo biedy, opresji i zapomnienia. (...) Nikt sobie nie uświadamia, jak bardzo jesteśmy samotni, my, którzy tu pozostaliśmy.

Kiedy minie szok, kiedy okaże się, że najprawdopodobniej nic się nie stanie, większość Żydów oddycha z ulgą. Bo problem Palestyńczyków sam się rozwiązał, a wraz z nim inne. Już nic nie trzeba będzie robić.

- Dziwni jesteśmy, my syjoniści ateiści - zaśmiał się Ariel. - Nie wierzymy w  istnienie Boga, ale jesteśmy przekonani, że czyni dla nas cuda. Że obiecał nam tę ziemię, a teraz ze względu na nas pozbył się Palestyńczyków.

Za jakiś czas władze pewnie pozwolą zajmować ich domy i mieszkania. I tylko lewicowy dziennikarz, który sam o sobie mówi, że wziął rozwód z syjonizmem i w niego nie wierzy, lekceważony przez wszystkich, nazywa w swoim artykule rzeczy po imieniu. To, co się stało, to "najczystsza" czystka etniczna, jaką widziała ludzkość. I pisze gorzko:

Co się stało, ojczyzno, z rozsądnymi ludźmi, którzy cię zamieszkiwali? Gdzie się podziali? Czy ich też zabito, czy opuścili cię razem z Palestyńczykami? Czy uwolnimy się kiedykolwiek od kompleksu ofiary? Nie jesteśmy już ofiarami! Musimy to powiedzieć na głos! Staliśmy się zwykłymi ludźmi we własnym państwie.

Jakże niezwykle aktualnie brzmią te słowa.

Kolejna bardzo intersująca książka na temat, który żywo mnie interesuje.

Sharon Rotbard "Białe miasto, czarne miasto. Architektura i wojna w Tel Awiwie i Jafie"

"Białe miasto, czarne miasto. Architektura i wojna w Tel Awiwie i w

Jafie" Sharona Rotbarda (Filtry 2022; przełożyła Katarzyna Makaruk) to kolejna książka o konflikcie izraelsko-palestyńskim, po którą sięgnęłam. I na pewno nieostatnia, bo mam ich jeszcze kilka, a temat interesował mnie od dawna. Niestety wciąż tylko zyskuje na aktualności. Ta przeleżała trochę w moim czytniku, a i kupiłam ją nie od razu po premierze. 

Najpierw kilka słów o autorze, co rzuci też światło na to, czym jest ta pozycja. Sharon Rotbard to architekt, aktywista, autor publikacji, laureat nagród architektonicznych, wykładowca akademicki i współwłaściciel oraz redaktor wydawnictwa, w którym ukazują się książki nie tylko z dziedziny architektury. Mieszka w Jafie. Na treści tej książki odbił się jego zawód i aktywizm.

Bo "Białe miasto, czarne miasto" to opowieść o Tel Awiwie i Jafie, niegdyś dwóch odrębnych miastach, dziś tworzących jeden organizm. Opowieść o ich architekturze, historii i oczywiście polityce, czyli konflikcie izraelsko-palestyńskim, który położył się cieniem na Jafie, a właściwie doprowadził do jej unicestwienia, ale o tym za chwilę.

Zacznę od objaśnienia tytułu - czym jest białe miasto, a czym czarne? Otóż białe miasto to modernistyczny, europejski Tel Awiw, przynajmniej tak chcą go widzieć jego żydowscy, pochodzący z Europy, mieszkańcy, a czarne to oczywiście arabska, niegdyś, Jafa. Biel i czerń widać doskonale na zdjęciach lotniczych pochodzących z różnych okresów, które można znaleźć w środku wraz z komentarzem autora.  Książka składa się z trzech części. Pierwsza poświęcona jest białemu miastu, druga czarnemu, a trzecia stanowi podsumowanie dociekań.  

W części pierwszej Sharon Rotbard udowadnia, że opowieść o białym, modernistycznym, bauhausowskim mieście to mit. Mit narodzony dzięki architektonicznej wystawie z roku 1984, a przyklepany wpisaniem modernistycznych dzielnic Tel Awiwu na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kiedy przed laty byłam w Izraelu, oczywiście wybrałam się na wycieczkę z przewodniczką po telawiwskim Bauhausie. Na czym opiera się ten mit? Przede wszystkim na tym, że ta część miasta była projektowana przez żydowskich architektów związanych z architektoniczną szkołą Bauhausu, którzy uciekli z III Rzeszy do Izraela, chroniąc się przed prześladowaniem Żydów. Kolejne elementy mitu to biel i budowa na wydmach, co zaowocowało chwytliwym hasłem: ziemia bez ludzi dla ludzi bez ziemi, a także opowieścią o tym, że ciężko pracujący Żydzi sprawili, że pustynia zakwitła. Tymczasem autor pokazuje, że miasto powstające w latach 20. i 30. zeszłego wieku ani nie jest jednolite, ani całkowicie białe, a tylko nieliczni jego twórcy rzeczywiście identyfikowali się  z wypracowanym przez Bauhaus stylem. Nie było to też budownictwo społeczne, a komercyjne, co sprzeczne jest z ideą niemieckiej szkoły. Miasto nie powstało też na wydmach, a w miejscu jafskich sadów i ogrodów, a stanowiące je działki nie zawsze były najtańsze. Tylko część zakupionego terenu to wydmy, ażeby budować, po prostu je zniwelowano. Więc jeśli już, to miasto powstawało nie na nich, a w ich miejscu.

Sharon Rotbard pisze o tym, czemu służą te mity, w które mieszkańcy Tel Awiwu tak chętnie wierzą, mało tego, sprzedają je światu. Otóż po pierwsze podnosi to ich ego - dzięki mitowi Bauhausu Tel Awiw dołącza do rodziny miast europejskich, a nawet światowych, takich jak Berlin czy Londyn. Białe miasto staje się symbolem europejskości, sprawia, że Tel Awiw wychodzi z cienia arabskiej Jafy szczycącej się czterema tysiącami lat historii i zyskuje własne stare miasto historyczne centrum. Ma to swoje dalsze konsekwencje - najważniejsze stają się korzenie środkowoeuropejskie, a inne, na przykład te z krajów Maghrebu czy z Etiopii, a nawet ze Wschodniej Europy, są ignorowane, aszkenazyjczycy uważają się za lepszych i ważniejszych od sefardyjczyków. W architekturze szlachetne staje się tylko to, co białe, pogardza się stylem orientalnym, wschodnioeuropejskim czy eklektycznym. Określenie, że coś jest skrzyżowaniem Berdyczowa z Bagdadem to obelga. Jednym słowem architektura stanowi pole walki ideologicznej. Nie po raz pierwszy w historii. Z kolei mit budowy Tel Awiwu na wydmach ma dać miastu alibi jego niewinności - niczego nikomu nie zabrano, nikogo nie wypędzono, po prostu kupiono za bezcen puste, nikomu niepotrzebne tereny i zrobiono coś z niczego. Ten mit ma za nic wcześniejszych mieszkańców i sąsiedzkie relacje.

W tym miejscu koniecznie muszę wspomnieć, że dla kogoś, kto nie interesuje się architekturą, niektóre fragmenty pierwszej części mogą być nieciekawe czy wręcz nudne. Dlatego, mimo że część druga w znacznie większym stopniu skupia się na historii i na konflikcie żydowsko-palestyńskim, na pewno nie będzie to książka dla każdego interesującego się tym problemem. Skupienie na architekturze może okazać się barierą. 

Jak już wspomniałam, w drugiej części książki autor skupia się na tym, jak Tel Awiw pożarł Jafę, przyczynił się do jej materialnego i kulturowego unicestwienia, wymazał jej arabskie i wielokulturowe dziedzictwo, czyniąc z jej najstarszej części turystyczną wydmuszkę i degradując jej inne dzielnice oraz ich mieszkańców. Z mojej izraelskiej podróży pamiętam rozczarowanie Jafą, która wydała mi się sprowadzona do jednego placu i kilku uliczek, pustych, bez życia. Po przeczytaniu tej książki, zrozumiałam dlaczego. 

A przecież w XIX wieku Jafa przeżywała ekonomiczny boom dzięki eksportowi owoców, a przede wszystkim pomarańcz. Dziś znajdująca się na nich nalepka Jaffa  wcale nie oznacza, że pochodzą one stąd, bo po pierwsze od dawna nie ma już tych sadów i upraw, a po drugie marka została przed laty sprzedana przez  izraelski koncern międzynarodowemu. Paradoksalnie tamten dziewiętnastowieczny sukces miał stać się w przyszłości przyczyną klęski miasta, bo ściągali do niego żydowscy emigranci z Afryki Północnej. Stopniowo zaczęli budować nowe dzielnice, które potem wyewoluowały w Tel Awiw. Jak pisze autor - Tel Awiw nie zrodził się z wydm, ale z Jafy, którą stopniowo zaczął okrążać, odcinając jej kontakt z wiejskim zapleczem, szlakami handlowymi, terenami w głębi lądu, aż ją zadusił. Sytuacja pogorszyła się jeszcze w wyniku budowy żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. Do jej upadku przyczynił się też krach ekonomiczny spowodowany przez obie wojny światowe, bo już w latach dwudziestych zeszłego wieku palestyńscy rolnicy w wyniku sytuacji ekonomicznej zaczęli sprzedawać sady żydowskim pośrednikom. Swoje dodali oczywiście Brytyjczycy, którzy po upadku imperium osmańskiego zaczęli sprawować tu rządy mandatowe. Sprzyjali Żydom, modernizowali kraj, wyburzyli historyczne centrum Jafy. Im bardziej rozbudowywał się Tel Awiw, tym bardziej karlała jego stara, zacna sąsiadka. Ostateczny cios zadało miastu zdobycie go w 1948 roku przez Żydów na dwa dni przed proklamacją Izraela.

Klęska Jafy oznaczała jej całkowite unicestwienie - zniknęli ludzie, wymazano ich dziedzictwo, kulturę, gospodarkę, domy. Miasto systematycznie niszczono, degradowano, chaotycznie przebudowywano, zmieniano nazwy ulic, zacierając pamięć o jego arabskiej przeszłości. Kiedy wysadzono ratusz i rabowano domy, zniknęły dokumenty i całe piśmiennictwo. Osiedlano tam Żydów przybyłych z Bałkanów i Afryki Północnej, którzy nie mieli pojęcia o przeszłości tego miejsca. Potem przyczepiono Jafie łatkę siedliska zepsucia i dzielnicy nędzy. Dlatego w latach 60. zeszłego wieku wysiedlono tych palestyńskich mieszkańców, którzy tam jeszcze zostali, a na ich miejsce sprowadzono artystów, czyniąc z miasta artystyczną i turystyczną wydmuszkę. Podobnie postępowano z innymi miejscowościami, na przykład z Safedem.

Trudno czytać część drugą tej książki bez emocji. Kolejny żydowski autor obala izraelskie mity. Umieszcza też to, co stało się między Tel Awiwem a Jafą, na szerszym tle. Pisze o tym, że biała architektura tworzona w różnych zakątkach świata przez białych dla białych to przejaw kolonializmu. Nie inaczej było tu.

Na pewno nie jest to książka dla wszystkich, ale jeśli ktoś przynajmniej odrobinę interesuje się architekturą, to zdecydowanie polecam. A dla szerszej publiczności jest inna pozycja Filtrów - zbiór opowiadań "Adżami. Opowieści z Jafy" Jossiego Granowskiego. Naprawdę świetny.

Iljas Churi "Dzieci getta. Mam na imię Adam"

Po krótkiej przerwie wracam do tematyki palestyńskiej, a plan jest

taki, żeby robić to w miarę regularnie, przeplatając innymi książkami. Tym razem sięgnęłam po powieść, która od dawna zalegała w głębinach mojego pierwszego czytnika. To "Dzieci getta. Mam na imię Adam" libańskiego pisarz Iljasa Churiego (Karakter 2021; przełożyła Hanna Jankowska). Przypomniałam sobie o tej książce, kiedy Karakter po kilku latach wydał jej drugą część, a są trzy, czyli "Dzieci getta. Stella Maris", którą też już mam i prędzej niż później przeczytam. Nieżyjący już Iljas Churi, nazywający siebie Palestyńczykiem z wyboru, jest autorem kilkunastu powieści, w Polsce ukazały się trzy, dramatów, esejów, był także krytykiem literackim. 

Może dobrze się stało, że sięgnęłam po tę powieść dopiero teraz po lekturze "Czystek etnicznych w Palestynie" Ilana Pappego, bo dzięki temu miałam już solidną historyczną podbudowę. Nie jest to powieść łatwa ani oczywista, nie ma w niej akcji rozumianej dosłownie jako ciągu łączących się wydarzeń, z których coś ma wyniknąć. Składa się z jakichś urywków, planu nienapisanej powieści, ze wspomnień głównego bohatera i narratora, Adama Dannuna, ze scen opowiedzianych mu przez kogoś. Do niektórych wydarzeń czy informacji wraca narrator kilkakrotnie, ale nie złoży nam się to w całą jego historię. Więcej zapewne dowiemy się z dwóch kolejnych części. (Mam nadzieję, że Karakter nie będzie czekał z częścią trzecią aż cztery lata, jak to było z częścią drugą.)  Wiele w niej nawiązań do innych książek, historycznych, eseistycznych czy powieści. Jedną z nich są właśnie wspomniane przed chwilą "Czystki etniczne w Palestynie". Momentami miałam wrażenie, że czytam esej. Jedna z powieści, które przywołuje narrator, to "Brama słońca" samego Iljasa Churiego, niestety w Polsce dotąd niewydana. Jej fragmenty ukazały się w jednym z numerów Literatury na świecie. To wszystko, a także trudna, bolesna tematyka, sprawia, że książki nie czyta się łatwo. To taki typ literatury, który w trakcie lektury zmusza do myślenia, refleksji, zadawania pytań.

Już z przedmowy Iljasa Churiego dowiadujemy się, że będziemy mieli do czynienia z publikacją zapisków, które dostały się w jego ręce po tragicznej śmierci ich autora. Tym autorem jest właśnie Adam Dannun, Palestyńczyk o skomplikowanym pochodzeniu, który podaje się za Żyda, potomka ocalałych z warszawskiego getta. Pierwsze lata dzieciństwa spędził rzeczywiście w getcie w palestyńskim, niegdyś, mieście Lidda, dziś to izraelski Lod, założonym dla nielicznych pozostałych Palestyńczyków przez Żydów w 1948 po jego zdobyciu i wygnaniu w marszu śmierci większości mieszkańców. Potem razem z matką i ojczymem mieszkał w Hajfie. Szybko ich opuścił, po jakimś czasie skończył hebrajski uniwersytet, zaczął tworzyć swoją nową tożsamość, w końcu wyjechał do Stanów i zamieszkał w Nowym Jorku. Chciał napisać powieść o arabskim poecie, ale dwa brzemienne w skutki spotkania sprawiły, że ten pomysł porzucił i zaczął wracać do swoich wspomnień z getta, a właściwie bardziej szukać informacji o życiu tam, bo sam niewiele pamiętał, a już na pewno nic o początkach, bo był wtedy niemowlęciem.

Muszę przyznać, że początkowo byłam zawiedziona i gdyby nie fakt, że książkę kupiłam, a nie wypożyczyłam z biblioteki, być może rozważałabym, czy jej nie porzucić. Bo po przedmowie Iljasa Churiego i wstępie będącym testamentem Adama Danuna dostajemy szkice do jego nigdy nienapisanej powieści o arabskim poecie Waddahu al-Jamanie. I przyznam, że ta historia średnio mnie interesowała, nie tego oczekiwałam, sięgając po "Dzieci getta". Chciałam nawet opuścić te fragmenty i przejść od razu do części drugiej zatytułowanej po prostu "Adam Danun", ale w tych notatkach autor trochę pisał też o sobie, więc jednak bałam się, że coś stracę. Potem zaczęłam zastanawiać się, czemu służy ta pierwsza część w kontekście dwóch kolejnych. Sens tych szkiców objawia się przy dalszej lekturze - jest nawiązaniem, swoistym komentarzem do życia bohatera. Od najprostszego, obaj kochali dwie kobiety, obaj dobrowolnie weszli do skrzyni, poeta dosłownie pozwolił kalifowi, mężowi swojej ukochanej, zamknąć się w niej, a w wypadku narratora była to skrzynia metaforyczna, skrzynia strachu i zapomnienia. 

Nie wszedłem do skrzyni, jak mój ulubiony poeta, ale teraz odkrywam, że przez całe życie przebywałem w skrzyni strachu. Muszę z niej wyjść, żeby ją rozbić, nie tylko opisać.

Kolejne koincydencje dotyczą siły opowieści. Bo opowieść żyje, dzięki niej można dać świadectwo. I tak historia arabskiego poety przetrwała dzięki opowieściom, dzięki nim ma też przetrwać historia getta w Lidzie i historia Adama. A oba świadectwa mają dać głos ofiarom. Dlatego Adam chciał opowiedzieć historię zamknięcia w skrzyni z punktu widzenia poety, a nie kalifa. Dlatego potem szuka osób, które mieszkały w getcie w Lidzie i im chce oddać głos.

A podstawowym zadaniem literatury jest przecież (...) oddanie głosu pokonanym, żeby opowieść stała się ich historią, której kronikarze nie ośmielają się spisać. 

Nie jest to jednak niewinne. Przywoływanie wspomnień z jednej strony daje świadectwo, pozwala ukazać światu wymazaną historię, ale dla kogoś, kto ją opowiada, staje się katalizatorem traumy. Coś, co wyparł, budując nowe życie, zaczyna pracować, męczyć, budzić koszmary wspomnień. Pamięć jest niezagojoną raną duszy.

Bo jednym z tematów tej powieści jest właśnie pamięć i są słowa tworzące opowieści. Adamowi, jeśli chciał sięgnąć do swoich początków, do swoich korzeni, nie pozostało nic innego oprócz słów i pamięci. Nie posiadamy niczego oprócz słów - powiedziała mu matka na pożegnanie. Podobnie innym Palestyńczykom wygnanym ze swoich miast, wiosek i domów, pozbawionym wszystkiego, także rodzinnych pamiątek. Stają się niewolnikami słów i pamięci, bo nic innego nie mają. Adam stawia sobie pytanie, czy jeśli jakaś historia nie została opowiedziana, to znaczy, że jej nie było? Historię Nakby, historię getta w Lidzie zamilczano, narrację przejęli zwycięzcy. Historię Palestyny napisali żydowscy syjoniści. To oni w powszechnej opinii stali się ofiarami, a nie Palestyńczycy.

Kwestia nie sprowadza się do wygnania Palestyńczyków z rodzinnej ziemi, bo po tym doszło do większej zbrodni, którą było narzucenie całemu narodowi milczenia. Nie mówię tutaj o przemilczaniu traumy, jak by określili to psychologowie, ale o milczeniu, które zwycięzcy narzucili pokonanym mocą dyskursu żydowskiej ofiary, który zapanował w świecie, to znaczy na Zachodzie, po zbrodniach drugiej wojny światowej i barbarzyństwie Holokaustu. Nikt nie słyszał jęku Palestyńczyków, umierających i wywłaszczanych w milczeniu. 

Ale przecież Nakba to fakt, getto w Lidzie też istniało. I Adam dzięki słowom i pamięci przywraca je światu.

Kolejne zagadnienie, które pojawia się w rozważaniach bohatera, to pojęcie ofiary. Sam jest ofiarą ofiary, swojego pierwszego ojca, Palestyńczyka, uciekiniera z Liddy, który go porzucił. Nic o nim nie wie. 

Może w ten sposób krzywdzę nieznanego mi człowieka. Był ofiarą, a ja - ofiarą ofiary. Nie lubię tego rodzaju usprawiedliwień. Bycie ofiarą nie daje nikomu prawa do poświęcania innych, przeciwnie, nakłada podwójną odpowiedzialność za nich.

Długo żył w przekonaniu, że ktoś inny był jego ojcem. Dopiero jako dorosły poznał prawdę. Dlaczego jego prawdziwy ojciec go porzucił w czasie marszu śmierci z Liddy? Czy sam przeżył? Podobnie Palestyńczycy są ofiarą ofiary, Żydów ocalałych z Holocaustu. Kiedy dorosły Adam ogląda dokument "Shoah" Claude'a Lanzmanna, jest wstrząśnięty. Zdaje sobie sprawę, że Żydzi, jak Palestyńczycy, byli ofiarami, nie odmawia im tego prawa. Ale  przecież nie wszyscy. Tylko ci, którzy przeżyli Holocaust. Większość z tych, którzy brali aktywny udział w walkach przeciwko arabskim mieszkańcom Palestyny, przybyła tu przed wojną. Dlatego sprzeciwia się, aby mówić o Palestyńczykach, że są ofiarą ofiary.

... nie jesteśmy ofiarą ofiary. My i biedni Żydzi, których z nazistowskich obozów koncentracyjnych sprowadzono na pole bitwy w Palestynie, jesteśmy razem ofiarami tych zabójców, którzy zdradzili języki żydowskiej ofiary, bezlitośnie ścierając Palestyńczyków w proch.

Jest to też opowieść o tożsamości, o szukaniu swoich korzeni. Kim jest Adam? Kim byli jego rodzice? Dlaczego uważa, że miał trzech ojców? A może czterech, bo jednego, żydowskiego, ocalałego z warszawskiego getta, siłą wcielonego do Hagany, poległego w walce o Hajfę, wymyślił, aby stworzyć nowego siebie. Bo tylko tak mógł godnie przetrwać i żyć w kraju, który mu odebrano. Jako Palestyńczyk musiał stać się niewidzialny.

Mnie się powiodło, Byłem Izraelczykiem jak wszyscy inni. Nie ukrywałem swojej palestyńskiej tożsamości, ale schowałem ją w getcie, w którym się urodziłem. Jestem synem getta, a ono dało mi immunitet, bo kojarzyło się z Warszawą.

Kiedy na uniwersytecie w Hajfie pytano mnie, skąd jestem, odpowiadałem jednym słowem: getto. Myślę, że koleżanki i koledzy patrzyli na mnie ze współczuciem, sądząc, że jestem synem kogoś z ocalałych z getta warszawskiego.

No i jest to w końcu opowieść o getcie utworzonym w Lidzie, o życiu jego mieszkańców. O ludziach, którym odebrano ich własność, którym nie wolno było zerwać pomarańczy z ich sadu, bo ten stał się mieniem żydowskiego państwa. O ludziach, którzy musieli pod nadzorem żydowskich żołnierzy opróżniać swoje domy i oddawać wszystko, co tam było, bo na mocy prawa silniejszego nic już do nich nie należało. O ludziach, którzy musieli uprzątać miasto z trupów swoich krewnych i sąsiadów. O ludziach, którzy omal nie umarli z pragnienia i głodu. Wreszcie o ludziach, których getto na zawsze zmieniło, sprawiło, że nawet kiedy zniknęły druty, nie potrafili poczuć się wolni, bo przecież nie byli. Getto na zawsze zostało w ich głowach. Jedynym ratunkiem był wyjazd i zapomnienie, wyparcie wspomnień. Co, jak się okazuje, jest niemożliwe. Bo żeby dać świadectwo, przywrócić pamięć o Nakbie, ona musi trwać, musi być przeżywana na nowo.

Izrael sprawił bowiem, że życie trzech pokoleń Palestyńczyków stało się nieustającą Nakbą. Izraelczycy, którzy postawili na to, że Palestyńczycy zapomną opowieści o klęsce, z bezmyślnością narzucili im bezustanne przeżywanie klęski. I wciąż to robią, nie tylko na Zachodnim Brzegu, w Gazie i Jerozolimie, ale i w samym Izraelu. Pokolenie, które miało zapomnieć opowieści ojców i dziadów o Nakbie, dziś ma przed oczami i tamtą, i swoją.

Jakże aktualne są te słowa.

To taka powieść, o której trudno zapomnieć, która coś ze mną zrobiła, która każe myśleć i zastanawiać się. Mimo że stawia opór, z wielu powodów nie jest łatwa, to namawiam, aby po nią sięgnąć. A tym, którzy wolą łatwiejszą lekturę, ale też ważną, polecam, przynajmniej na początek, "Poranki w Dżeninie" Susan Abulhawy.

Ilan Pappe "Czystki etniczne w Palestynie"

Niedawno dzieliłam się tu refleksjami o powieści palestyńskiej

pisarki, aktywistki i naukowczyni, Susan Abulhawy, "Poranki w Dżeninie". Książka tak bardzo podniosła mi ciśnienie, że natychmiast sięgnęłam po pracę izraelskiego historyka i aktywisty, Ilana Pappe, "Czystki etniczne w Palestynie" (Instytut Wydawniczy Książka i Prasa 2017; przełożyła Anna Sak). Przyznam, że wcześniej nie słyszałam ani o tym tytule, ani tym bardziej o jego autorze. Poleciła mi jego książki bliska mi osoba czytająca swobodnie po angielsku. Wspominam o tym, bo w Polsce wyszła niestety tylko ta jedna jego pozycja. 

Ilan Pappe, który obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie pracował, a może nadal pracuje, na Uniwersytecie Exeter, należy do grona izraelskich nowych historyków, którzy rewidują historię swojego kraju, patrząc na nią w sposób krytyczny. 

Jak już wspominałam, pisząc o "Porankach w Dżeninie", dzięki lekturom książek Rajy Shehadeha, Pawła Smoleńskiego i innych sporo wiem o tym, jak współcześnie wygląda życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy, natomiast miałam niewielkie pojęcie o przeszłości. Przyznaję, patrzyłam na nią bardziej z perspektywy izraelskiej niż z palestyńskiej. To skomplikowane, myślałam. Dopiero powieść Susan Abulhawy rzuciła inne światło na historię Nakby. Teraz jeszcze bardziej poszerzyłam swoją wiedzę, czytając książkę Ilana Pappe.

"Czystki etniczne w Palestynie" obejmują okres bezpośrednio tuż przed powstaniem Izraela do czasów współczesnych, przy czym koniecznie muszę zaznaczyć, że to drugie oznacza rok 2007, bo wtedy ukazało się ich pierwsze wydanie. Główny nacisk kładzie autor na przeszłość, której poświęca najwięcej miejsca. Wszystko, o czym pisze, jest bardzo dobrze udokumentowane. Obficie cytuje źródła, na których się opiera, między innymi dziennik Ben Guriona albo rozkazy wojskowe. Sporo też opowieści świadków, którzy Nakbę przetrwali.

Cóż, w trakcie lektury nie raz, nie dwa włos jeżył mi się na głowie, pięści zaciskały się ze złości, a na usta cisnęło się pytanie - jak ci sami ludzie, którzy uciekli z Europy przed antysemityzmem, zostali z niej wypchnięci, przeżyli Holokaust, byli jego świadkami, mogli potem brać czynny udział w wypędzaniu Palestyńczyków z ich wiosek albo dzielnic miast, burzeniu ich domów, ograbianiu ich ze wszystkiego, szabrowaniu tego, co po nich zostało, a wreszcie mordowaniu, głównie mężczyzn, przy czym za mężczyzn uznawali także chłopców. Albo biernie przyglądać się temu wszystkiemu. Albo potem zajmować ich domy, jeśli wcześniej nie zostały zrównane z ziemią. Ponieważ autor bardzo dokładnie dokumentuje kolejne etapy Nakby i zagładę kolejnych wiosek, w sumie ponad kilkuset - przyznam, to szczególarstwo bywało czasem trochę nużące, bo powtarzalne - w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że pisze też o wiosce, z której zostali wypędzeni bohaterowie powieści Susan Abulhawy. Wspomina też o tym, co tak bardzo mnie w czasie jej lektury poruszyło, że stała się w pewnym momencie kolonią żydowskich artystów przybyłych z Europy. Nie zastanawiali się nad tym, co się stało z tymi, którzy tam mieszkali? Tak łatwo uwierzyli, że to terroryści czyhającymi na Izrael? A może dali sobie wmówić, że cel uświęca środki?

Ilan Pappe wprost nazywa  Nakbę czystkami etnicznymi. Udowadnia, że był to konsekwentnie realizowany plan, nazwany kryptonimem "Dalet". 

... realizacja zadania zajęła 6 miesięcy. W chwili, gdy uznano je za wykonane, wysiedlona została ponad połowa rdzennej ludności Palestyny - blisko 800 tys. ludzi - zniszczono 531 wsi i usunięto mieszkańców z 11 obszarów miejskich.

W bardzo sprytny, pomysłowy sposób autor zestawia tamte wydarzenia z czystkami etnicznymi w byłej Jugosławii, kiedy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku zamieszkujące ją narody rzuciły się sobie do gardeł. Niemal każdy z rozdziałów zaczyna się jakimś cytatem, z prasy, z dokumentów ONZ-etu czy innych źródeł, dotyczącym czystek etnicznych na Bałkanach. Czasem od razu autor zderza to z cytatem dokumentu z czasów Nakby, innym razem tę analogię odnajdujemy w rozdziale. Taki zabieg sprawia, że tym dobitniej dociera do czytelniczki czy czytelnika, jakie kryteria trzeba stosować do tamtych zdarzeń. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z takich cytatów rozpoczynający rozdział czwarty zatytułowany "Finalizowanie planu generalnego".

Według rzecznika prasowego NATO, Jamie'ego Shea, wszystkie raporty docierające do NATO wskazywały, iż wydarzenia w Kosowie rozgrywają się zgodnie z dobrze zorganizowanym planem generalnym nakreślonym przez Belgrad. Zaznaczył, że aktów przemocy dokonywano według pewnego schematu: najpierw serbskie czołgi otaczają wsie, następnie wkraczają oddziały paramilitarne, które pod lufami karabinów spędzają cywilów w jedno miejsce, po czym oddzielają młodych mężczyzn od kobiet i dzieci. Kobiety i dzieci są wypędzane z domów, a potem posyłane dalej, w kierunku granicy. Gdy opuszczą wsie, ich domy są plądrowane, a potem systematycznie podpalane. (CNN, 30 marca 1999)

Operacje można przeprowadzać następującymi sposobami: poprzez niszczenie wsi (podpalanie, wysadzanie w powietrze domów, zaminowywanie gruzów), zwłaszcza tych skupisk ludności, które trudno kontrolować stale, albo w formie akcji poszukiwawczo-kontrolnych według następującego schematu: okrążenie wsi, przeszukanie. W razie napotkania oporu oddziały zbrojne mają zostać unieszkodliwione, a ludność wydalona poza granice państwa. (Plan "Dalet", 10 marca 1948)

A Ben Gurion instruował:

Finałem każdego ataku ma być zajęcie, zniszczenie i wysiedlenie.

Niestety nie jest to wcale najdrastyczniejszy cytat wyciągnięty z dokumentów albo z opowieści świadków.

Książka Ilana Pappe uświadomiła mi jeszcze jedno - to, co się stało w Palestynie, jest czystym kolonializmem. Może już wcześniej obiło mi się o uszy stwierdzenie, że Izrael to państwo kolonialne, ale tylko obiło, jakoś się w to nie wgłębiałam, traktowałam jak publicystyczne stwierdzenie. Tymczasem w trakcie lektury tej książki uderzyło mnie to z całą mocą, chociaż autor znacznie częściej niż terminu kolonializm używa  pojęcia czystek etnicznych. 

Fakt, iż dokonujący wysiedlenia byli nowymi przybyszami i działali w ramach projektu kolonizacyjnego, łączy casus Palestyny z kolonialną historią czystek etnicznych w Ameryce Północnej i Południowej, Afryce i Australii, gdzie biali kolonizatorzy popełniali takie zbrodnie rutynowo.

Bo czyż nie jest kolonializmem wyrzucenie z jakiegoś terenu rdzennych (arabskich) mieszkańców stanowiących zdecydowaną większość ludności przez przybyłą z Europy mniejszość (żydowską), która  stopniowo zagarnia ziemię tej większości po to, żeby stworzyć tam sobie swoje państwo? A tych nielicznych, którzy w obrębie tego państwa pozostaną, traktuje jak obywateli drugiej kategorii. Czym to jest, jeśli nie kolonializmem? W roku 1922, kiedy Rada Ligi Narodów zatwierdziła brytyjski mandat na obszarze Palestyny, mieszkało tam 78% muzułmanów, 11% Żydów i niecałe 10% chrześcijan. Kilka lat później dzięki kolejnym alijom Żydów jest już 16%, ale nadal posiadają tylko 4% ziemi. W 1939 roku Żabotyński, jeden z syjonistycznych przywódców, pisze:

... Arabowie muszą zrobić miejsce dla Żydów w Ziemi Izraela. Skoro dało się przenieść narody nadbałtyckie, to da się to zrobić z palestyńskimi Arabami.

Kiedy w 1947 roku zaczęły się czystki etniczne, ludność palestyńska, muzułmańska i chrześcijańska stanowiła nadal dwie trzecie, a tylko jedną trzecią stanowili syjonistyczni żydowscy osadnicy i uchodźcy z powojennej Europy. Większość przybyła w latach dwudziestych XX wieku i później. I tej mniejszości posiadającej tylko 6% ziemi, ONZ-et obiecał państwo zajmujące ponad połowę terytorium Palestyny. W jego granicach Żydzi posiadali zaledwie 11% ziemi i wszędzie byli mniejszością.

Autor pokazuje też, jak to wszystko dokonało się przy bierności Wielkiej Brytanii, która wcześniej po upadku Imperium Osmańskiego sprawowała nad terenem Palestyny kontrolę, zwaną mandatem, co też przecież było formą kolonializmu, Stanów Zjednoczonych i całego świata zachodniego oraz instytucji międzynarodowych, w tym ONZ-etu. Szczególnie po wojnie wyrzuty sumienia z powodu bierności wobec Holocaustu powodowały, że usprawiedliwiano albo przymykano oczy na wszelkie działania syjonistów w Palestynie, a potem państwa Izrael. Tak zresztą dzieje się do dziś. Bardzo łatwo być posądzonym o antysemityzm, jeśli krytykuje się to, co wyprawia Izrael na Zachodnim Brzegu czy w Strefie Gazy.

Ilan Pappe obala jeszcze jeden mit, który służy za usprawiedliwienie Nakby. Pokazuje, że to nie Palestyńczycy byli stroną atakującą i zagrażającą żydowskim osadnikom, chociażby dlatego, że po stłumionym przez Brytyjczyków powstaniu, które w roku 1936 wybuchło przeciwko brytyjskiej i syjonistycznej kolonialnej polityce, palestyńskie struktury polityczne i wojskowe zostały rozbite i nie odbudowały się do czasów Nakby. Także państwa arabskie nie były skore do niesienia im pomocy, a rola Jordanii była wręcz haniebna. Jeśli dochodziło do zamachów, to była to reakcja na to, co się działo. Siły izraelskie miały zdecydowaną przewagę. Na przykład w 1938 roku w zamachach przeprowadzonych przez żydowski Irgun zginęło 119 Palestyńczyków, tymczasem w zamachach palestyńskich zginęło 8 Żydów.

A potem zaczęło się zacieranie śladów, wycinanie ze zbiorowej pamięci arabskiej przeszłości tych ziem, choćby przez systematyczne zalesianie terenów po palestyńskich wioskach i tworzenie na tych obszarach terenów rekreacyjnych. 

Wiele nowych osiedli i parków narodowych w całym Izraelu zostało zapisanych w pamięci zbiorowej tego kraju z pominięciem faktu, że niegdyś na ich terenie rozciągały się palestyńskie wsie, nawet jeśli fizyczne pozostałości takie jak pojedynczy dom albo meczet, świadczą o tym, że ktoś tam wcześniej mieszkał i to wcale niedawno, bo jeszcze w 1948 r.

I konsekwentne budowanie opowieści o Izraelu jako państwie, na które czyhają wszyscy sąsiedzi. Ostoi cywilizacji w morzu barbarzyństwa. 

Spreparowana przez izraelskich historiografów opowieść mówiła o masowym "dobrowolnym transferze" setek tysięcy Palestyńczyków, którzy postanowili opuścić swoje domy i wsie, żeby utorować drogę nadciągającym arabskim armiom żądnym unicestwienia młodziutkiego państwa żydowskiego.

I tak to trwa do dziś. Jest coraz gorzej, nadziei na rozwiązanie konfliktu nie widać. Izrael konsekwentnie odmawia Palestyńczykom prawa do powrotu, buduje osiedla i mury na Zachodnim Brzegu. Obsesją stała się kwestia demografii - nie można dopuścić, aby ludności arabskiej było w Izraelu więcej niż żydowskiej.

Niełatwa, czasem nużąca, ale bardzo ważna lektura.

Susan Abulhawa "Poranki w Dżeninie"

Już od jakiegoś czasu zbierałam się do przeczytania powieści

"Poranki w Dżeninie" palestyńskiej pisarki, naukowczyni i aktywistki, Susan Abulhawy (Sonia Draga 2025; przełożyła Urszula Ruzik-Kulińska). Problem konfliktu izraelsko-palestyńskiego interesuje mnie od dawna. Dziwi mnie zdziwienie tych, którzy dopiero teraz, patrząc na to, co stało się i nadal dzieje się w Gazie, zdumieni otwierają oczy. Chyba po raz pierwszy zrozumiałam, jak wygląda codzienne życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy po przeczytaniu książek palestyńskiego adwokata i pisarza Rajy Shehadeha, "Palestyńskie wędrówki", "Obcy w domu", "Dziennik czasu okupacji", oraz reportaży Pawła Smoleńskiego, "Izrael już nie frunie", "Oczy zasypane piaskiem", "Arab strzela, Żyd się cieszy". To lektury sprzed wielu lat, a stosunkowo niedawno sięgnęłam po "Apeirogon" Columa McCanna i "Jestem stamtąd, jestem stąd" Mourida Barghoutiego. Mam wrażenie, że niektórym otworzyły się oczy dopiero po lekturze "Drobnego szczegółu" Adanii Shibli, bo o tej pisarce i jej książce zrobiło się bardzo głośno w związku z aferą, która miała miejsce, kiedy nie mogła odebrać przyznanej jej nagrody na frankfurckich, chyba, targach książki. W swoim czytniku mam jeszcze inne pozycje dotyczące tego problemu, a przede wszystkim książkę "Palestyna: wojna stuletnia. Opowieść o kolonializmie i oporze" Rashida Khalidiego. Przyznam, że "Poranki w Dżeninie" zrobiły na mnie tak silne wrażenie, że natychmiast zabrałam się za lekturę "Czystek etnicznych w Palestynie" żydowskiego historyka Ilana Pappe, która to książka została mi polecona.

Susan Abulhawa urodziła się w Kuwejcie, jej rodzice musieli opuścić Jerozolimę. Mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. "Poranki w Dżeninie" to jej literacki debiut. W Polsce ukazał się po raz pierwszy w roku 2012 w innym wydawnictwie i tłumaczeniu, także pod innym tytułem.

Tę powieść śmiało można nazwać sagą rodzinną. Mamy nawet drzewo genealogiczne palestyńskiej rodziny, której historię poznajemy. Wszystko zaczyna się jeszcze przed rokiem 1948, kiedy to powstało państwo Izrael, w jednej z palestyńskich wiosek, której mieszkańcy pracują na roli. Są przywiązani do swojej ziemi, do swoich sadów i drzewek oliwnych. Życie toczy się w rytm przyrody. Ale już od jakiegoś czasu towarzyszy im niepokój. Co się stanie, kiedy powstanie żydowskie państwo? Niektórzy się boją, inni to lekceważą. Przecież chcemy tylko spokojnie żyć, miejsca starczy dla wszystkich. Przecież ci żydowscy żołnierze, których ugościliśmy w naszej wiosce, z którymi rozmawialiśmy, nie mogą nam nic zrobić. A jednak dochodzi do najgorszego. Mieszkańcy wioski, jak wielu innych, zostają siłą zmuszeni do jej opuszczenia, ograbieni z wszystkiego, co mieli, i pognani na teren ówczesnej Transjordanii do Dżeninu. Tam powstaje jeden z największych obozów dla palestyńskich uchodźców, który istnieje do dziś. Początkowo żyją w namiotach skazani na pomoc organizacji humanitarnych.

Baba wzywał nas do domu, do obozu, gdzie wszyscy razem żyliśmy w cieniu międzynarodowej dobroczynności.

Z czasem sklecą sobie nowe domki, które później wielokrotnie będą niszczone przez izraelskich żołnierzy. Długo wierzą, że to tylko na chwilę, że będą mogli wrócić do swoich wiosek i domów, jeśli nie zostały zrównane z ziemią. Najbardziej tęsknią za bliskim kontaktem z naturą, za pracą na roli, przecież żyją stłoczeni na niewielkiej przestrzeni, gdzie nie ma zieleni, nie mogą już doglądać zbiorów oliwek i owoców. Nadzieja odżywa w roku 1967 w czasie wojny arabsko-izraelskiej zwanej sześciodniową. Szybko okazuje się płonna. To w jej wyniku powstaje Strefa Gazy i zaczyna się okupacja Zachodniego Brzegu, zajęte zostają Wzgórza Golan i Wschodnia Jerozolima. Odtąd jest jeszcze gorzej.

Główną bohaterką powieści, a w wielu fragmentach narratorką, jest Amal, która przychodzi na świat w roku 1955 w Dżeninie. To jej historia wysuwa się na pierwszy plan, chociaż równie ważne są inne bohaterki i inni bohaterowie. Jej matka, w młodości nieokiełznana Beduinka Dalia, ukochany ojciec, Hasan, starszy brat, Jusuf, który urodził się jeszcze przed Nakbą. Bardzo ważną postacią jest także brat, który zaginął w czasie ucieczki. A to nie wszyscy,  wiele tu postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Bo to powieść pełnokrwista, wielowątkowa, z pogłębionymi portretami bohaterek i bohaterów. Ich losy splatają się ze sobą, rozchodzą, aby w jakimś momencie znowu się połączyć, choćby na chwilę. Amal wychowuje się w Dżeninie, ale potem dzięki splotowi szczególnych okoliczności, w dużej mierze tragicznych, spełnia marzenie swojego ojca i wyjeżdża uczyć się do Jerozolimy, a potem studiować w Stanach. Przejdzie przez okres wykorzenienia, rozpuszczenia swojej arabskiej tożsamości w zachodnim świecie. Nigdy jednak nie zapomni o tym, kim jest i najpierw wróci na Bliski Wschód do Libanu, gdzie w innym obozie dla uchodźców będą żyli jej bliscy, a  w końcu także do Dżeninu. 

Lecz choćbym nie wiem co sobie kupiła, nie wiem, jaką fasadę zbudowała, i tak na zawsze przynależałam do narodu palestyńskiego, wygnanego donikąd, pozbawionego człowieczeństwa i honoru.

Niczego tu nie zdradzam, bo od sceny w obozie w roku 2002 zaczyna się powieść. Historia jej i innych bohaterek oraz bohaterów jest bardzo burzliwa, nie sposób tu nawet w najdrobniejszej części jej opowiedzieć.

Zanim przejdę do tego, dlaczego ta powieść mimo zastrzeżeń zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie przeczołgała, wspomnę o jednym z problemów, który też wydaje się istotny, a który w obliczu historii politycznej może  umknąć. Bo jest to też powieść o macierzyństwie, o różnych jego obliczach. A przede wszystkim o macierzyństwie, które w wyniku tragedii zostaje złamane, a może lepszym określeniem byłoby słowo zamrożone. Matka, która kocha swoje dziecko, nie potrafi mu tego okazać, a ono czuje coraz większy żal, złość, samotność. 

Wzrok mamy zrobił się pusty, bez wyrazu, jej ciało skurczyło się, a oddech stał się chrapliwy. Moja rodzina właściwie przestała istnieć, a ja zbliżałam się do czternastych urodzin poznaczona szpetnymi ranami. Życie bywało nieprzewidywalne i kapryśne, nie można było mu ufać.

Dorastałam w świecie doraźnych marzeń i abstrakcyjnych narodowych tęsknot, wszystko wydawało mi się ulotne. Na nic nie można było liczyć i nic nie było pewne - ani rodzice, ani rodzeństwo, ani dom.

To jeszcze jedno oskarżenie, bo te tragedie są ściśle związane z polityką. Ale jest tu też matka, która ma siłę, aby wybrać inną drogę. Swojego bólu i smutku pozbywa się dzięki miłości do syna. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo musiałabym zbyt dużo zdradzić, a przecież akcja ma w tej powieści wielkie znaczenie, ale muszę zasygnalizować ten problem. Apatia w równym stopniu dotyka mężczyzn, którzy czują się bezsilni w obliczu tego, co się dzieje. Są też znacznie częściej niż kobiety upokarzani przez izraelskich żołnierzy, bici czy wsadzani do więzień. Dalia, matka Amal, ma takie powiedzenie: Cokolwiek czujesz, zachowaj to dla siebie. No ale ile można? Czy rozwiązaniem jest albo apatia, albo wybuch wściekłości?

Czytając "Poranki w Dżeninie", myślałam sobie, że jest to książka z gatunku takich, która w lekki, przystępny, ciekawy sposób opowiada o ważnych, tragicznych sprawach. Ot tak, aby pokazać problem, ale nie odstręczyć czytelniczki czy czytelnika, nie stawiać im wielkich barier. I w jakimś stopniu rzeczywiście to prawda, ale tylko w jakimś. Bo jest tu wiele scen wstrząsających, szczególnie tych, które rozgrywają się w obozach dla uchodźców w Dżeninie i w Libanie - w czasie wojny sześciodniowej, pierwszej wojny libańskiej w roku 1982 i w czasie jednej z palestyńskich intifad. I nie są to sceny  wymyślone. Autorka opowiadając o tych najbardziej dramatycznych momentach, posiłkuje się cytatami z prac historycznych, z prasy czy z innych dokumentów. Ta świadomość, że nie mamy do czynienia z fikcją literacką, robi największe wrażenie.

Jak już wspomniałam, miałam sporo wiadomości o współczesnym obliczu konfliktu, tymczasem niewiele o jego przeszłości. Oczywiście wiedziałam o Nakbie, przecież pisze o niej choćby przywołany przeze mnie Raja Shehadeh, ale o samym konflikcie zawsze myślałam, że to skomplikowane. Przyznam, że patrzyłam na jego źródła bardziej z perspektywy izraelskiej niż palestyńskiej. I podejrzewam, że mogłam być w większości. Bo nie tylko Izrael, ale również świat zachodni skutecznie nam taką perspektywę narzucił. 

Tydzień po masakrze w Sabrze i Szatili redakcja "Newsweeka" uznała, że najważniejszą wiadomością minionych siedmiu dni była śmierć księżnej Grace. W kolejnym tygodniu na okładce zaakcentowali inny temat: "Israel in Torment". "Męczarnie Izraela". To Izrael stał się ofiarą.

Jak żyć w świecie, który niezmiernie odwraca oczy od takiej niesprawiedliwości?

Do głębi poruszył mnie fakt, że w opuszczonym przez rodzinę Amal domu po jakimś czasie zamieszkują Żydzi, którzy przyjechali z Francji. Czym różnią się od Polaków, którzy wprowadzali się do pożydowskich mieszkań i domów? A jak do tego doszło, czytam właśnie we wspomnianej już książce żydowskiego historyka Ilana Pappe "Czystki etniczne w Palestynie". Niech zwiastunem jej omówienia będzie cytat z "Poranków w Dżeninie".

... Palestyńczycy płacili cenę za żydowski Holokaust.

Dużo do myślenia dał mi też wywiad z Karoliną Wójcicką, autorką niedawno wydanego zbioru reportaży "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy", w którym tłumaczyła między innymi, jak polityka historyczna Izraela, edukacja wpływają na to, że Izraelczycy są przekonani, iż w tym konflikcie są niewinnymi ofiarami i muszą się bronić, co usprawiedliwia przemoc.

Chociaż Susan Abulhawa pokazuje  palestyńską perspektywę na konflikt, to równocześnie opowiada o przyczynach  radykalizacji młodych Palestyńczyków, która doprowadza do aktów terroru i intifad. To zresztą żadne odkrycie.

Znakiem szczególnym uchodźców stało się dążenie do przetrwania, ale ceną, jaką za nie płacili, była utrata wrażliwości. W jej miejsce nauczyli się celebrować męczeństwo, bo jedynie ono dawało im wolność. Tylko gdy byli martwi, Izrael nie mógł już więcej ich ranić. Męczeństwo stało się radykalną formą oporu przeciw okupacji.

Ale ofiarami polityki Izraela stają się też młodzi żydowscy chłopcy wcielani do wojska. Pisał o tym w swoich książkach Paweł Smoleński.

Szkoda mi go. Smuci mnie ten chłopak, który musiał stać się mordercą. Żal mi młodości zdradzonej przez przywódców na rzecz ich symboli, flag, wojny i władzy.

I na koniec muszę jeszcze napisać, co mnie w tej powieści drażniło. Otóż jest to książka pełna egzaltacji. Sposób, w jaki autorka pisze, szczególnie o miłości, jest dla mnie niestrawny. Nie znoszę egzaltacji, a takim językiem o tym opowiada. Być może wynika to z tradycji opowieści arabskich, także tych oralnych. Może do takich tradycji nawiązuje. Podejrzenie, że tak właśnie jest, nasuwa mi narratorka, Amal, która mieszkając w Stanach, nie potrafi przyzwyczaić się do oszczędnego sposobu takiego codziennego komunikowania się. Wielokrotnie wspomina, jakie możliwości daje w takich sytuacjach język arabski, a przede wszystkim obyczaj i kultura. Nawet jeśli tak jest, to mnie  taki egzaltowany sposób opowiadania irytuje.

Tak czy inaczej uważam, że "Poranki w Dżeninie" to lektura bardzo ważna, a właściwie może nawet chętnie napisałabym, że obowiązkowa, gdybym nie wzdrygała się przed takim kategorycznym sformułowaniem.

W maju w tym samym wydawnictwie wyjdzie kolejna powieść Susan Abulhawy. Na pewno po nią sięgnę. Jestem bardzo ciekawa, na ile autorka będzie potrafiła wyjść dalej, a na ile powieli schemat "Poranków w Dżeninie".

Adania Shibli "Drobny szczegół"

O krótkiej powieści "Drobny szczegół" palestyńskiej pisarki Adanii

Shibli (Drzazgi 2023; przełożyła Hanna Jankowska) zrobiło się  w Polsce głośno, kiedy po wybuchu kolejnej odsłony konfliktu izraelsko-palestyńskiego odwołano jej udział na targach książki we Frankfurcie, gdzie miała odebrać prestiżową nagrodę za niemieckie wydanie swojej powieści. Awantura zbiegła się z polską premierą książki, która na świecie ukazała się w roku 2020 (w jednym ze źródeł znalazłam nawet informację, że w 2017). Powieść nominowana była do Międzynarodowego Bookera i National Book Award, a w Polsce zbiera bardzo dobre recenzje. Jednak ani rozgłos wzmocniony przez awanturę wokół odwołania pobytu pisarki we Frankfurcie, ani bardzo dobre recenzje nie miały wpływu na moją decyzję, że muszę tę powieść przeczytać. Jak już nie raz tu wspominałam, interesuje mnie ten zakątek świata i dlatego pilnie śledzę literaturę izraelską i książki pisane przez palestyńskich autorów, których w Polsce ukazuje się znacznie mniej. Kiedy tydzień temu pisałam o "Jestem stamtąd, jestem stąd" nieżyjącego już palestyńskiego poety Mourida Barghoutiego, polecałam inne pozycje palestyńskich autorów, przede wszystkim trzy książki Raja Shehadeha wydane przez Karakter i "Żywopłot" Dorit Rabinyan. Naprawdę warto po nie sięgnąć. Krótka powieść Adanii Shibli, której przeczytanie stale odkładałam na rzecz innych tytułów, stała się teraz znakomitym dopełnieniem książki Mourida Barghoutiego.

"Drobny szczegół" składa się z dwóch części. Akcja pierwszej rozgrywa się w roku 1949 na pustyni Negew. Oddział izraelskich żołnierzy zostaje tam skierowany, aby strzec płynnych jeszcze granic i przeczesywać pustynię w poszukiwaniu infiltratorów. Tak określani są wrogowie nowego państwa, Arabowie i Beduini. Zdarzenia opowiadane w beznamiętny sposób poznajemy z punktu widzenia dowódcy oddziału. Każdy dzień jest do siebie podobny. Poranna toaleta, posiłki, patrolowanie pustyni, upał, od którego odpocząć można tylko wczesnym rankiem albo po zachodzie słońca. Dowódca tłumaczy swoim żołnierzom, jak ważna jest ich rola, po co tu są, stara się wzmocnić w nich wiarę w sens tego, co robią, chociaż nie widać oznak buntu czy niezadowolenia. Ta monotonia zostaje nagle przerwana przez zdarzenie, którego się spodziewałam, przystępując do lektury, bo zostało zapowiedziane w informacjach od wydawcy. To gwałt na schwytanej beduińskiej dziewczynie i jej zastrzelenie. Chociaż wiedziałam, że o tym jest ta książka, czytając te fragmenty, dostałam obuchem w głowę. Siła przekazu zostaje wzmocniona przez chłodny, beznamiętny styl. Nie wiemy, co siedzi w głowie dowódcy, który najpierw każe strzec dziewczyny, chce ją nawet skierować do pracy w polowej kuchni, a potem sam ją gwałci, a na koniec każe zastrzelić. Przez moment wydaje się, że może szuka bliskości. Jest samotny, ma trudne zadanie, w dodatku męczy go rana na nodze, pamiątka po ugryzieniu przez jakiegoś owada.  Nawet gdyby tak było, nic go nie usprawiedliwia. Pewnie w cywilu był porządnym człowiekiem, pewnie przybył do Palestyny niesiony wzniosłą ideą budowy żydowskiego państwa, pewnie cieszy się, że powstało. Tacy jak on pionierzy są pewnie wzorem do naśladowania, bo przecież to, co się wydarzało w czasie podobnych patroli, albo nigdy nie wyszło na jaw, albo było przyjmowane jako oczywisty koszt budowy państwa. Wojna to wojna, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. To beznamiętna skala makro. W powieści dostajemy skalę mikro, która budzi grozę.

Druga część powieści to historia Palestynki mieszkającej i pracującej w  Ramallah, która przeczytała w izraelskiej prasie artykuł o tamtych zdarzeniach. Historia zgwałconej i zamordowanej Beduinki nie daje jej spokoju także dlatego, że urodziła się dokładnie dwadzieścia pięć lat po jej śmierci. Za wszelką cenę chce się dowiedzieć więcej na jej temat, dlatego wyrusza w podróż do Izraela. Nic prostszego, ale nie dla Palestynki. Chociaż wszędzie jest blisko, aby dojechać na pustynię Negew, musi przejechać przez liczne granice, ominąć mur, poddać się kontrolom na chceckpointach. W podróż zabiera ze sobą trzy mapy. Wśród nich jedną starą, drugą współczesną. Te mapy uświadamiają jej, jak bardzo zmienił się krajobraz i ten teren. Także, a może szczególnie, na Zachodnim Brzegu. Droga, którą wolno jej jechać, to labirynt, łatwo się w nim zgubić, a kolejna kontrola może oznaczać kłopoty. Sama pustynia zmieniła się i nie zmieniła jednocześnie. Rzeczywiście ziściło się marzenie ludzi takich jak dowódca i udało się ją okiełznać - okrzepły kibuce, które stały się zielonymi oazami, powstały plantacje warzyw i owoców, a jednocześnie nadal gdzieś w jej głębi są biedne beduińskie wioski sklecone z byle czego. Tu odsyłam do zbioru reportaży Pawła Smoleńskiego "Wieje szarkija. Beduini z pustyni Negew".  Jak już wspominałam, czas zatarł tamte zdarzenia. Śledząc poszukiwania narratorki, patrzymy na historię i współczesność z dwóch punktów widzenia. Dla niej te zmiany są niezabliźnionymi ranami, pamięcią o tym, co utracone, żywym dowodem na to, jak świat został pocięty granicami, które kiedyś kreślono na piasku, a które teraz wyznaczają mury, checkpointy i drogi, którymi mogą poruszać się obywatele Izraela i turyści, ale nie mieszkańcy Zachodniego Brzegu. A dla sympatycznych osadników z kibucu, w którym nocuje, te zmiany to dowód na siłę państwa i pionierów, którzy o nie walczyli i które budowali. 

Trudno oprzeć się gorzkiej refleksji, że w imię ideałów mających stworzyć lepszą przyszłość, zbudowano świat podzielony, w którym obu stronom konfliktu towarzyszy strach, przemoc i upokorzenie. To ostatnie dotyczy poniżanych Palestyńczyków. Tamta wojna wcale się nie skończyła. A rozwiązania tego węzła gordyjskiego, jakim stały się stosunki izraelsko-palestyńskie, nie widać, czego dowodzi kolejna odsłona konfliktu.

PS Historia zgwałconej i zamordowanej Palestynki jest prawdziwa. Gdzieś słyszałam, że sprawcy tamtego zdarzenia zostali ukarani, o czym w powieści autorka nie wspomina. Moim zdaniem nie ma to jednak znaczenia, bo nie o szukaniu sprawiedliwości jest "Drobny szczegół". Poza tym to w końcu powieść.

Kibuc Nirim znajdujący się obok Strefy Gazy, który odwiedza i w którym nocuje narratorka drugiej części powieści, jest jednym z miejsc brutalnie zaatakowanych siódmego października zeszłego roku przez terrorystów z Hamasu. Kolejny dowód, jak skomplikowana to sytuacja. 

Mourid Barghouti "Jestem stamtąd, jestem stąd"

Książka Mouridiego Barghouti'ego "Jestem stamtąd, jestem stąd"

(Czarne 2014; przełożyła Hanna Jankowska) wpadła mi w ręce przez przypadek. Aż dziwne, że ją przeoczyłam, bo przecież i wydawnictwo, i temat pozostaje w kręgu moich zainteresowań. Dlatego korzystając z okazji, postanowiłam ją przeczytać, tym bardziej, że temat boleśnie się zaktualizował. 

Zacznę od autora. Mourid Barghouti to palestyński poeta. Urodził się w latach czterdziestych dwudziestego wieku pod Ramallah. Studiował w Kairze, tam się ożenił z Egipcjanką, ale pod koniec lat siedemdziesiątych został z Egiptu wydalony, a ponieważ nie miał też wstępu do Palestyny, pozostawał bezpaństwowcem. Mieszkał i pracował w Kuwejcie, Ammanie i Budapeszcie. Do Egiptu mógł wrócić po ponad dziesięciu latach, na Zachodni Brzeg po porozumieniach z Oslo. Zmarł w roku 2021. "Jestem stamtąd, jestem stąd" to jego druga książka prozatorska, pierwsza to niewydana w Polsce autobiograficzna powieść "I saw Ramallah". Natomiast bibliografia jego tomików poetyckich liczy kilkanaście pozycji. Dlaczego wydawnictwo zdecydowało się na opublikowanie najpierw/tylko drugiej jego książki  prozatorskiej,  chociaż jest uzupełnieniem pierwszej, oczywiście nie mam pojęcia. Warto jeszcze dodać, że syn Mourida Barghouti'ego, Tamim, jest również bardzo znanym  poetą świata arabskiego.

Tematyka zagmatwanych i tragicznych stosunków izraelsko-palestyńskich nie jest mi obca. Znam ją z reportaży Pawła Smoleńskiego "Izrael już nie frunie" i "Arab strzela, Żyd się cieszy", z  powieści Dorit Rabinyan "Żywopłot", a przede wszystkim z trzech znakomitych i przejmujących książek palestyńskiego prawnika i pisarza Raja Shehadeha - "Palestyńskie wędrówki", "Obcy w moim domu" i "Dziennik czasu okupacji". Pierwszą z nich wznowił właśnie Karakter, który wprowadził go przed laty na nasz rynek. Warto też sięgnąć po wydane kilka miesięcy temu opowiadania Yossi'ego Granovskiego "Adżami. Opowieści z Jafy", których akacja toczy się w czasach przełomu, kiedy kończył się mandat brytyjski sprawowany nad Palestyną i powstawało państwo Izrael. Jeśli ktoś chce zrozumieć, jak się żyje na okupowanym Zachodnim Brzegu, powinien koniecznie przeczytać książki Raja Shehadeha, jeśli ktoś chce spojrzeć na ten konflikt z obu stron, niech sięgnie po reportaże Pawła Smoleńskiego. A jeśli ktoś chce popatrzeć w miarę obiektywnie na najnowszą tragiczną i krwawą odsłonę tego konfliktu, niech słucha i czyta na bieżąco.

O czym jest książka Mourida Barghoutiego? To skrzyżowanie dość chaotycznych autobiograficznych wspomnień (Co nie dziwi, skoro "Jestem stamtąd, jestem stąd" to rozszerzenie jego pierwszej autobiograficznej powieści.), relacji z licznych podróży na Zachodni Brzeg mających miejsce już po porozumieniach z Oslo (Tu szczególne miejsce zajmuje jedna z nich odbyta w towarzystwie syna, który udał się po dokumenty palestyńskie.) i emocjonalnego, gniewnego politycznego eseju. 

Jeśli ktoś niewiele wie o tym, jakie skutki dla Palestyńczyków, dla ich codzienności niesie wybudowanie muru, podział Zachodniego Brzegu na trzy strefy, okupacja jego części, znacznie więcej dowie się ze wspomnianych książek Raja Shehadeha i Pawła Smoleńskiego. "Jestem stamtąd, jestem stąd" można traktować jako uzupełnienie tamtych lektur ewentualnie wstęp do nich. Autor wspomina o rozmaitych niedogodnościach, ale znacznie więcej dowiedziałam się z pozycji wspomnianych przed chwilą autorów. Mourid Barghouti skupia się przede wszystkim na trudnościach, na jakie narażeni są Palestyńczycy przekraczający granicę z Jordanią na rzece Jordan. To  zawsze oznacza długie oczekiwanie i niepewność, bo nigdy nie wiadomo, jak człowiek zostanie potraktowany przez izraelskich żołnierzy pilnujących granicy. Czasem wszystko może pójść sprawnie, innym razem może się skończyć wielogodzinnym przesłuchaniem, a nawet odmową wjazdu na teren Zachodniego Brzegu. Do tego dochodzi pogarda i buta okazywana przez izraelskich żołnierzy raczej częściej niż rzadziej. Motyw upokorzeń i niepewności przy przekraczaniu granicy jest leitmotivem tej książki, bo autor wspomina kilka podróży do swojej ojczyzny. Samo czekanie na punkcie granicznym staje się metaforą wielu innych czekań.

Jedną ze zbrodni okupacji jest zmuszanie ludzi do czekania. Czekania na przejściach granicznych i punktach kontrolnych, czekania na wydanie zezwoleń i poświadczeń. Na godziny otwarcia i zamknięcia, na godzinę policyjną i jej zniesienie, na koniec piekielnego przesłuchania, na koniec wyroku. Czekania aż znów włączą prąd i wodę, na wszystkie terminy i odroczenia negocjacji, które ustala tajemnicza potęga trzymająca władzę, nieustannie skrywająca swoje zamiary. A przede wszystkim do czekania przez całe życie, z roku na rok, z pokolenia na pokolenie, aż zniknie sama okupacja.

Autor opowiada też o chekpointach na drogach i komplikacjach, jakie z tego wynikają, o brutalnym wchodzeniu do domów palestyńskich przez izraelskich żołnierzy, o aresztowaniach, zniszczeniach, jakie temu towarzyszą, o godzinie policyjnej. Pisze też o swojej tęsknocie za Jerozolimą, do której legalnie nie może wjechać. Przejmujący jest fragment, w którym wspomina ucieczkę swojej rodziny z Izraela. Miał wtedy cztery lata, jego starszy brat kilka więcej, a najmłodszy parę miesięcy. 

Książka Mourida Barghouti'ego zaprawiona jest nie tylko gniewem, ale i goryczą. I nie są to uczucia skierowane wyłącznie pod adresem władz Izraela i izraelskich żołnierzy oraz urzędników, którzy w praktyce realizują politykę rządu. Jego gniew wymierzony jest również we władze Autonomii Palestyńskiej, nieudolne i skorumpowane, oraz w państwa arabskie, które losem Palestyńczyków nie przejmują się zupełnie. Stąd gorycz i brak nadziei. 

Dla reżimów arabskich Palestyńczyk jest tylko teczką w archiwum tajnych służb. Zajmują się nim ministerstwa spraw wewnętrznych, a nie spraw zagranicznych, jakby wcielając w życie tajne hasło państw arabskich od oceanu do zatoki: "Kochamy Palestynę i nienawidzimy Palestyńczyków".  Przejście w Rafah na granicy Strefy Gazy z Egiptem w najohydniejszy sposób ucieleśnia brutalność oficjalnej polityki egipskiej i okrucieństwo reżimu wobec zwykłego palestyńskiego obywatela. 

Niestety jego opinia, formułowana przecież kilkanaście lat temu, pozostaje aktualna do dziś. Widać to teraz przy okazji kolejnej odsłony konfliktu - Egipt nie ma zamiaru przyjmować Palestyńczyków ze Strefy Gazy, a władze Autonomii Palestyńskiej nie są żadnym partnerem do ewentualnych negocjacji z Izraelem, nie byłyby też w stanie sprawować kontroli nad Strefą Gazy. 

"Jestem stamtąd, jestem stąd" Mourida Barghouti'ego wymaga od czytelnika jakiejś orientacji w problemach, o których autor pisze. Chociaż sporo wiem na ten temat, to gubiłam się trochę w odmętach wydarzeń politycznych. Być może przyczynił się do tego sposób opowieści - mieszanie czasów, dygresje, wybieganie w przyszłość, wspomnienia. Muszę też przyznać, że szczególnie partie eseistyczne, które zamieniały się w manifesty polityczne i wchodziły głęboko w politykę, trochę mnie nudziły. Mimo wszystko nie żałuję, że ta książka trafiła w moje ręce.

Karolina Przewrocka-Aderet "Polanim. Z Polski do Izraela"

Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź reportażu Karoliny Przewrockiej-Aderet "Polanim. Z Polski do Izraela" (Czarne 2019), od razu wpisałam go na moją wirtualną listę książek, które chcę przeczytać. Od lat śledzę literaturę izraelską i książki, głównie reporterskie, dotyczące Izraela. Zebrało się już tych lektur całkiem sporo. Zbiór tekstów Karoliny Przewrockiej-Aderet znakomicie wpisuje się w tę tematykę. Autorka, która od kilku lat mieszka w Izraelu, założyła tam rodzinę, korespondentka Tygodnika Powszechnego, opowiada o Polanim, czyli o polskich Żydach, którzy wyjechali z Polski niegdyś do Palestyny, potem do Izraela. Jak pisze w posłowiu, zainteresowała się tym tematem w sposób naturalny, można powiedzieć, że leżał na ulicy, ponieważ ciągle jeszcze w izraelskich miastach spotyka swoich rodaków. Niegdyś polscy Żydzi stanowili w Izraelu jedną z większych grup, dziś już tak nie jest, ale ciągle jeszcze są zauważalni.

Autorka opowiada o tym, co ich odróżniało od społeczności żydowskiej w Izraelu, o ich indywidualnych losach, o ich stosunku do Polski, z której wyjechali, o wpływie tej najstarszej emigracji na izraelską politykę i wreszcie o ich życiu w nowej ojczyźnie. Jeśli ktoś niespecjalnie interesuje się tą tematyką, wszystko dla niego będzie nowe i myślę, że bardzo ciekawe. W każdym razie dla mnie książka okazała się interesująca, mimo że sporo na ten temat wiedziałam. A ponieważ pamięć bywa zawodna, nigdy nie zaszkodzi przeczytać o czymś po raz kolejny.

Opowiadając o losach polskich Żydów mieszkających w Izraelu, Karolina Przewrocka-Aderet przyjęła metodę chronologiczną. Podzieliła swoje reportaże na części. W pierwszej opowiada o tych, którzy do Palestyny przybyli jeszcze przed wojną. To albo zdeklarowani syjoniści, którzy wyjeżdżali na fali entuzjazmu, pragnąc budować Erec Israel, albo ci szczęściarze, którzy uciekli z Europy przed nasilającym się antysemityzmem i uniknęli koszmaru Holokaustu. Im się udało, ale często w Polsce zostali ich rodzice albo rodzeństwo. Nie każdy chciał jechać, nie każdy zdążył dostać potrzebne papiery. Potem w różnych alijach przyjeżdżali ci, którzy z Zagłady ocaleli. Jedni zaraz po wojnie, inni przybyli do Izraela z tak zwaną aliją gomułkowską w roku 1957, rozczarowani komunizmem - zrozumieli, że zmiany w Polsce nie będą takie, jakich oczekiwali, a fala antysemityzmu zaczyna znowu narastać. Potem był Marzec 68 roku i kolejna alija, chyba po tej tuż powojennej najtragiczniejsza. Bo wyjeżdżali ci, którzy wyjeżdżać wcale nie chcieli, którzy nawet nie zawsze czuli się Żydami. Dość często zdarzało się, że ktoś urodzony już w powojennej Polsce, właśnie w 68 roku dowiadywał się, że jest Żydem. Najłatwiej było najmłodszym, przynajmniej na początku - oni z entuzjazmem przyjmowali wiadomość, że jadą do kraju, gdzie zawsze jest ciepło, świeci słońce, stale można kąpać się w morzu, a na drzewach rosną pomarańcze. Na miejscu już niekoniecznie było tak różowo. Nieznajomość języka, inne obyczaje, radykalna zmiana poziomu życia, na niekorzyść oczywiście. Jeszcze trudniej adaptowali się do nowego otoczenia starsi. Pokolenie nastolatków i dwudziestolatków zostawiało za sobą miłości, przyjaźnie, szkoły, rozpoczęte studia, a ich rodzice cały dorobek życia i zawodowe kariery. Ta emigracja została dość dobrze opisana, szczególnie przy okazji okrągłej rocznicy Marca. Ukazało się kilka książek na ten temat. Warto sięgnąć po "Księgę wyjścia" Mikołaja Grynberga, "Rok 1968. Czasy nadchodzą nowe" Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza czy znakomitą powieść "Tylko Lola" Jarosława Kamińskiego. Wreszcie na koniec autorka opowiada o tych, którzy wracają. Najczęściej nie jest to powrót na dobre, ale życie w dwóch krajach jednocześnie, trochę tu, trochę tam. Zwykle taką sytuację ułatwia uprawiany zawód.

Taki podział ma swoje głębokie uzasadnienie. Inna przecież była sytuacja kogoś, kto wyjeżdżał z własnej woli powodowany entuzjazmem i chęcią budowania Erec Israel, inna tego, kto ocalał z Zagłady, a jeszcze inna kogoś, kto do wyjazdu został zmuszony sytuacją w Polsce. Ci mają największy żal. Inaczej wyglądało życie w Palestynie w latach trzydziestych, jeszcze inaczej w Izraelu lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. Ci pierwsi zakładali kibuce i  przyczynili się do powstania Tel Awiwu, ale musieli budować wszystko od nowa. Alije powojenne tworzyły struktury nowego państwa i walczyły o jego granice. Potem coraz trudniej było wskoczyć na ten sam poziom życia co w Polsce. Izrael nie potrzebował już profesorów, lekarzy, prawników, dziennikarzy. Dodatkową barierą był język.

Co odróżniało Polanim na tle innych żydowskich społeczności? Elegancja i sposób ubierania nieprzystający do klimatu, życie na sposób europejski, dobre maniery, powściągliwość, zanurzenie w polskiej kulturze - czytanie polskiej literatury, język. Bardzo często poszczególne alije trzymały się razem, tworzyły środowiska, mieszkały w jednym miejscu. Tak było łatwiej. Jakie jeszcze wspólne doświadczenia ich łączą? Szok po przyjeździe spowodowany zupełnie innym otoczeniem, klimatem, warunkami życia, nieznajomością języka. Dlatego wielu z nich tak uparcie pielęgnowało swoją europejskość. Robili to w większym stopniu ci, którzy osiedlali się w miastach, a nie kibucnicy. Kolejne wpólne doświadczenie to niemożność oderwania się od wspomnień o zostawionej Polsce i często tęsknota. Oczywiście każdy los jest inny, każda historia odmienna. I takich indywidualnych opowieści znajdziemy w książce Karoliny Przewrockiej-Aderet bardzo dużo. Co rozdział to inna historia. Czasem rozdzierająca serce, jak historia nieżyjącego już Barucha-Borysa Dorfmana, którego życie złamał pogrom kielecki, czasem niezwykła, nadająca się na film, pełna entuzjazmu i energii. Najczęściej autorka pisze o ludziach zupełnie nieznanych, ale bywa też inaczej - bohaterem jednego z reportaży jest pisarz Etgar Keret i jego matka, a kolejnego Michał Sobelman, też pisarz i znakomity tłumacz.

Bardzo ciekawa książka, warto po nią sięgnąć.

Amos Oz "Judasz"

Najnowsza powieść, "Judasz" (Rebis 2015; przełożył Leszek Kwiatkowski), mojego ukochanego Amosa Oza jak zwykle nie zawodzi. Umieszczam ją w ścisłej czołówce ulubionych książek izraelskiego pisarza. To ten rodzaj prozy, z którą trudno się rozstać. Chciałoby się, żeby trwała, trwała i trwała. No ale życie to wędrówka od rozstania do rozstania (o tym też jest "Judasz"), wszystko ma swój kres, nawet najgrubsza lektura, a ta jest przeciętnej długości. Na szczęście do książki zawsze można wrócić.

"Judasz" jest powieścią wielowarstwową i jestem pewna, że nawet czytelnik niezbyt zorientowany w sprawach izraelsko-palestyńskich, których w dużej mierze dotyczy, znajdzie w niej sporo dla siebie. Choćby magiczna, trochę baśniowa, trochę mroczna atmosfera silnie zaznaczona już od pierwszych stron. Główny bohater, student Szmuel Asz, odpowiada na ofertę pracy i pewnego grudniowego dnia 1959 roku, o zmierzchu przekracza bramę starego, kamiennego domu na końcu jednego z jerozolimskich zaułków. Dalej jest już tylko wadi, dolina. Właśnie przestało padać, wszystko lśni od deszczu. W tym domu spędzi zimę, zabawiając rozmowami starego człowieka, Gerszoma Walda. Dostanie pokój na facjacie, podpisze zobowiązanie, że nikomu nie zdradzi, gdzie i jak pracuje. Mieszka tam jeszcze jedna osoba, tajemnicza i niedostępna Atalia Abrabanel. To ona tu rządzi. Kim jest?

Zaczyna się jak w baśni, jak w powieściach dla dzieci. Tajemniczy dom, tajemniczy ogród, tajemnicza uliczka, tajemnicze miasto. Szmuel w wolnym czasie włóczy się samotnie po Jerozolimie, często nocami. Opisy pustego miasta, boleśnie podzielonego linią zasieków i min na dwie części, izraelską i jordańską,  potęgują jeszcze baśniową, z czasem coraz mroczniejszą atmosferę. I nie jest to mrok, którego źródłem są jakieś zagrożenia czyhające na mieszkańców kamiennego domu. To smutek przypisany życiu. Smutek rozstań, utraty, tęsknoty, rozczarowań, samotności, cierpienia. A jeśli ktoś się łudzi, że można znaleźć na wszystkie smutki świata jakieś panaceum, jest w błędzie. Ale nie ma pocieszenia na świecie to zdanie najlepiej oddaje głęboki pesymizm tej książki. I doprawdy nie sposób się z nim nie zgodzić, kiedy rozejrzy się dookoła. A pisałam te słowa, kiedy tysiące uciekinierów kołaczą do bram Europy, kiedy w Chinach zaczyna się kryzys gospodarczy, który nic dobrego światu nie przyniesie, kiedy trwają wojny, kiedy ukraiński reżyser Oleh Sencow został w Rosji skazany na dwadzieścia lat łagru, a jakby tego było jeszcze mało, to Polskę pustoszy susza. A przecież to zaledwie ułamek cierpień i nieszczęść. Być może, czytelniku tej notki, wzruszysz ramionami. To banały, pomyślisz. Co z tego, kiedy prawdziwe. A Amos Oz potrafi o nich pisać subtelnie, delikatnie, ale jednocześnie dojmująco, i budzi w czytelniku jakieś ukryte struny, niepokoje. Tak było w dwóch tomach jego opowiadań "Sceny z życia wiejskiego" i "Wśród swoich". Już o tym kiedyś wspominałam, żadna moja pisanina głębi jego prozy nie odda, po prostu Amosa Oza trzeba czytać i tyle.

Kolejna warstwa powieści, która na pewno będzie atrakcyjna dla czytelnika, to splecione ze sobą dwa literackie motywy - poszukiwanie drogi życiowej i fatalna fascynacja dojrzałą, starszą kobietą. Piękną, tajemniczą, zamkniętą w sobie, niedostępną. Szmuel znalazł się na rozstajach. Porzuciła go dziewczyna, firma rodziców zbankrutowała, z powodu różnicy poglądów rozpadło się  studenckie Koło Odnowy Socjalistycznej, praca magisterska na temat Jezus w oczach Żydów stanęła w miejscu. Rozmowy prowadzone z Gerszomem Waldem sprawiają, że nabiera coraz więcej wątpliwości. Świat staje się jeszcze bardziej skomplikowany. Chwieją się jego przekonania. I te młodzieńcze, idealistyczne o rewolucji, która zbawi świat, i te bardziej pragmatyczne, dotyczące powstania państwa Izrael i konfliktu arabsko-żydowskiego. Zima spędzona w kamiennym domu miała dać mu czas na uporządkowanie swoich spraw. Tymczasem jest chyba jeszcze bardziej zagubiony. Nadal pyta czego szukamy? dokąd iść? co robić? Pytania, jakie stawiamy sobie nie tylko na początku drogi.

Kolejna warstwa powieści, myślę, że dla Amosa Oza najważniejsza, to cały zestaw pytań, wątpliwości, idei krążących wokół problemu arabsko-żydowskiego. Być może po to "Judasz" powstał. Akcja toczy się w roku 1959 i bohaterowie z tej perspektywy oceniają wszystko to, co się zdarzyło od czasu, kiedy w głowach Żydów przybywających do Palestyny powstało marzenie o własnym państwie. Ale nie sposób zauważyć, że dyskusje toczone w kamiennym domu pełne są proroczych przepowiedni, które się sprawdziły. Amos Oz pytany o perspektywy konfliktu palestyńsko-izraelskiego wypowiadał się z nadzieją. Wierzył, że w dłuższej perspektywie na pewno zostanie zażegnany. Ta powieść, przynajmniej tak ja ją odbieram, jest chyba dowodem na to, że i w nim wiara w rozwiązanie konfliktu  wyczerpała się. Gerszom Wald i Atalia z goryczą mówią o tym, jaką spiralę nienawiści przyniosło najpierw osadnictwo żydowskie w Palestynie, potem walka o państwo, a wreszcie jego utworzenie. Jaki był sens śmierci tych, którzy zginęli w walce o niepodległość, skoro efektem powstania Izraela są kolejne wojny, śmierci, cierpienie, nienawiść? Czy mogło być inaczej? Czy Arabowie musieli nienawidzić Żydów a Żydzi Arabów? Czy Arabowie musieli uciekać, kiedy Izrael powstał? Czy szlachetna idea dwóch narodów w jednym państwie może się ziścić? Na te pytania padają pesymistyczne odpowiedzi. Jest w tym zapętleniu jakiś fatalizm losu.

No i jeszcze jedna warstwa powieści, bardzo ciekawa, religijna. To rozważania Szmuela dotyczące tematu jego przerwanej pracy magisterskiej o stosunku Żydów do Jezusa. Stają się one inspiracją dla rozmyślań o samym Jezusie i przede wszystkim o Judaszu. Szmuel tworzy własną wizję tej postaci, własną ewangelię według Judasza. Jaką, pisać nie będę, bo czas kończyć. Niech to będzie jeszcze jedna przynęta, którą zarzucę na ciebie, czytelniku tej notki. Przeczytaj, dowiesz się. A ja muszę jeszcze wspomnieć, że równie istotne są dywagacje na temat zdrady. Kim jest zdrajca? Jak łatwo rzucamy na kogoś to oskarżenie, często tylko dlatego, że odważył się myśleć pod prąd, wbrew innym. Co jest ceną tak rozumianej zdrady? Infamia i samotność.

Na koniec muszę też wspomnieć o wnikliwych, intrygujących portretach bohaterów, dzięki którym powieść żyje, a nie zamienia się tylko w dyskurs na tematy religijne, światopoglądowe i polityczne.

Czy to mało? A przecież "Judasz" jest znacznie bogatszy, niż udało mi się przekazać w tej długiej-niedługiej notce. Pozostaje mi wobec tego zaapelować ponownie (już kiedyś to robiłam) - czytajcie Amosa Oza!!!

Raja Shehadeh "Dziennik czasu okupacji"

To już trzecia wydana w Polsce książka palestyńskiego pisarza, prawnika i obrońcy praw

człowieka Rajy Shehadeha  (napisał pięć). Ponieważ zachwyciłam się "Palestyńskimi wędrówkami", bardzo podobał mi się "Obcy w domu", nie mogłam ominąć "Dziennika czasu okupacji" (Karakter 2014; przełożyła Anna Sak). Początkowo odkładałam lekturę, trochę obawiając się, że po tamtych dwóch i po reportażach Smoleńskiego, szczególnie ostatnim zbiorze "Oczy zasypane piaskiem", nie będzie to już dla mnie nic nowego. Moje przypuszczenia trochę się potwierdziły, ale to nie powód, aby kolejnej książki Shehadeha nie przeczytać. Przeciwnie. To jak spotkanie z serdecznym przyjacielem. Czy mamy dość, mimo że się świetnie znamy? Nie, chcemy więcej. Powspominamy, ale zawsze pojawią się nowe tematy. Podobnie rzecz się ma w tym przypadku. Najnowsza książka palestyńskiego pisarza jest dokładnie tym, co zapowiada tytuł, dziennikiem prowadzonym od grudnia 2009 do grudnia 2011, a epilog to zapis z maja 2012. Dziennik, forma wygodna i pojemna, dlatego oprócz komentarza do bieżących wydarzeń znajdziemy w nim wspomnienia, okruchy rodzinnej historii, opowieści o ludziach, także tych nieżyjących, opis dnia codziennego, spotkania z przyjaciółmi, zachwyty nad ogrodem, żal za niszczonym bezpowrotnie krajobrazem i oczywiście bogactwo refleksji.

Jeśli, czytelniku tej notki, nie zetknąłeś się dotąd z twórczością Shehadeha, proponuję zacząć lekturę właśnie od "Dziennika czasu okupacji". Tu w pigułce dostaniesz to, co charakterystyczne dla jego pisarstwa, i, co znacznie ważniejsze, dowiesz się, jak wygląda życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu. Jak staje się coraz trudniejsze, jak są upokarzani, poddawani najrozmaitszym restrykcjom, jak mur stawiany przez Izrael niszczy ich życie. Ot choćby podróż z lotniska w Tel Awiwie. Kto był w Izraelu, ten wie, że dla każdego to niemiłe przeżycie, ale dla Palestyńczyka jeszcze gorsze. Najpierw oczywiście trzeba mieć przepustkę na przekroczenie granicy (nie każdy ją dostaje), potem dostać się do punktu kontrolnego, potem czekać w kolejce, przejść upokarzającą kontrolę, dopiero wtedy można jechać na lotnisko, gdzie Palestyńczyk musi zjawić się jeszcze wcześniej, niż pasażerowie innych narodowości, i poddany zostanie skrupulatnej rewizji, często także osobistej. Ale "Dziennik czasu okupacji" to nie tylko żal, nostalgia i narzekanie. Wiele tu jasnych barw. Znajdziemy w nim również opis codziennych, drobnych przyjemności, pracy w ogrodzie, spacerów po wzgórzach, spotkań z ciekawymi ludźmi. Bardzo ciekawe są komentarze do wydarzeń w Egipcie. Kiedy Shehadeh pisał swój dziennik, wybuchła arabska wiosna. Pilnie śledził jej przebieg. Oczywiście nie muszę dodawać, z jaką nadzieją, dumą i wzruszeniem. Nie obyło się bez patosu zrozumiałego w takiej historycznej chwili. Kiedy dziś czytamy jego relacje z tamtych dni, znamy ciąg dalszy. Słyszymy chichot historii, która zakpiła z wszystkich. I z nas, ludzi Zachodu, i z uczestników tamtych zrywów, i z Palestyńczyków łączących z nią takie nadzieje. Jak gorzko brzmią dziś słowa autora, kiedy wiemy, co zdarzyło się w Egipcie, w Libii, a przede wszystkim w Syrii, kiedy obserwujemy rozrastające się łby państwa islamskiego. 

Kogo zainteresuje "Dziennik czasu okupacji", niech koniecznie sięgnie po dwie wcześniej wymienione przeze mnie książki. Znajdzie w nich rozwinięcie wątków pojawiających się w "Dzienniku". Historię rodzinną i opis drogi życiowej, to w "Obcym w domu", i zachwyt nad palestyńskim krajobrazem, ale także ból z powodu bezpowrotnych zniszczeń spowodowanych budową izraelskich osiedli, to w "Palestyńskich wędrówkach" (uczciwie muszę przyznać, że ta książka jest dla tych, którym niestraszne opisy przyrody). Kto czytał tamte, niech nie ominie i tej. Jednym słowem najnowszą pozycję Rajy Shehadeha polecam wszystkim. Ja czekam na dwie kolejne. Mam nadzieję, że wydawnictwo Karakter wyda je również. A skoro o wydawnictwie mowa, to jedna drobna uwaga. Szkoda, że ta naprawdę trzymająca poziom oficyna, tym razem przepuściła w redakcji tekstu panoszące się wszędzie wokół stylistyczne błędy. Powtórzone kilka razy w temacie, w moich uszach zgrzyta. Naprawdę z żalem czynię tę wymówkę.

Popularne posty