Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

Anna María Matute "Pierwsze wspomnienie"

Po książkę hiszpańskiej pisarki Anny Maríi Matute "Pierwsze

wspomnienie" (Cyranka 2026; przełożyła Ewa Zaleska) postanowiłam sięgnąć z dwóch powodów. Pierwszym był szum, jaki się wokół niej wytworzył, achy i ochy, że to arcydzieło. Ale oczywiście nie to przeważyło. Ostatecznym impulsem był temat - opowieść o dzieciństwie w czasach hiszpańskiej wojny domowej. Z niewiadomych dla mnie powodów ta tematyka żywo mnie interesuje. Może wzięło się to od Hemnigwaya, a może wciąż nurtującego mnie zdumienia, jak to się dzieje, że ludzie mieszkający obok siebie nagle w tak okrutny sposób skaczą sobie do gardeł.

Anna María Matute jest w Polsce dotąd niezbyt rozpoznana, chociaż ze zdumieniem stwierdziłam, że "Pierwsze wspomnienie" to wcale nie jej pierwsza książka wydana w naszym kraju. Natomiast w światowym obiegu literackim uznawana jest za jedną z najwybitniejszych pisarek europejskich XX wieku, mistrzynię prozy psychologicznej. Pisała także dla dzieci, ilustrowała te książki, była wykładowczynią na amerykańskich uniwersytetach, krytyczką literacką, laureatką wielu znaczących nagród. 

"Pierwsze wspomnienie" to pierwsza część trylogii i mam wielką nadzieję, że Cyranka będzie kontynuowała ten cykl. Gdyby Annę Maríę Matute wydawały chłopaki z ArtRage'u, miałabym pewność, że tak się stanie, bo oni nie porzucają swoich autorek i autorów, nawet jeśli te książki kupuje skandalicznie mało osób. Tu dygresja. Zwykle na koniec roku podają dane sprzedażowe, co bardzo podnosi moje ego, bo zawsze jestem wśród tych nielicznych, którzy kupili i przeczytali przynajmniej kilka spośród wydanych przez nich tytułów. A jednocześnie nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie dobre książki kupiło tak niewiele osób. Koniec dygresji, czas przejść do meritum.

Skoro bardzo bym sobie życzyła, aby Cyranka wydała dwie kolejne książki z cyklu, to zapewne dla czytających te refleksje jest już jasne, jaką mam  opinię o "Pierwszym wspomnieniu". Tak, tak, zgadzam się z tymi, którzy uważają, że to rzecz niezwykła i warta lektury. Przyznam jednak, że nie od razu podzielałam ten zachwyt. Nie było mi łatwo wejść w tę książkę. Raz, że to proza gęsta, prawie bez dialogów, pełna wysublimowanych opisów przyrody, w dodatku narracja przerywana jest fragmentami w nawiasach stanowiącymi komentarz. Czyj? Może dorosłej narratorki, ale nie do końca jest to dla mnie jasne. Dwa, że kiedy ją zaczęłam, byłam dość zajęta, więc czytałam z doskoku. Tu pół godziny, tam najwyżej godzina. Dopiero kiedy wreszcie dzięki długiemu weekendowi czasu miałam w bród, połknęłam ją w ciągu jednego dnia. I dopiero wtedy doceniłam jej wielkość, wkręciłam się bardzo, mimo że nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Stąd moja rada - jeśli ktoś zamierza sięgnąć po "Pierwsze wspomnienie", do czego gorąco namawiam, to warto to zrobić, kiedy można się tej książce oddać w pełni, a nie wydzielać ją sobie drobnymi kawałeczkami niczym lek na receptę.

Cóż to za historia? Są to wspomnienia czasu, który czternastoletnia Matia, narratorka, spędzała w ponurym domu swojej oschłej, nieprzystępnej babki na jednej z hiszpańskich wysp. W książce jej nazwa nie pada, ale z info wydawcy dowiadujemy się, że to Majorka. Wprawdzie nigdy tam nie byłam, ale jednego jestem pewna - ta książkowa wyspa niczym nie przypomina turystycznego raju, jakim stała się dziś. W domu przebywa też dwa lata starszy kuzyn, Borja, jego matka, korepetytor i służba. Matka Matii od lat nie żyje, ona wychowywała się w rodzinnym domu ojca pod opieką jego starej niani. Po wyrzuceniu z kościelnej szkoły trafia do  babki. Wybuch wojny domowej sprawia, że razem z kuzynem utkwili tu na jakiś czas. Zanim znajdzie się im szkoły, są pod opieką korepetytora, niedoszłego księdza, syna służącej.

Ciotka Emilia i Borja nie mogli wrócić na półwysep, a wuj Alvaro, który miał stopień pułkownika, był na froncie. Niczym zwabieni do dziwacznej zasadzki, Borja i ja zrozumieliśmy zaskoczeni, że musimy pozostać na wyspie nie wiedzieć jak długo. Szkoła odpłynęła w dal, a w otaczającej nas atmosferze - u babki, ciotki Emilii, proboszcza, lekarza - wyczuwało się jakąś ekscytację, która nadawała monotonnemu życiu dorosłych smak anormalności. 

Ojciec Borji bije się gdzieś na froncie po tej właściwej, czyli frankistowskiej stronie. Używam tu przymiotnika właściwej w sensie ironicznym, ale dla otoczenia, w jakim przebywa główna bohaterka, to wcale nie ironia. Tymczasem ojciec Matii stoi po przeciwnej stronie barykady, czemu czasem w nienawistny sposób daje wyraz babka. Nie bardzo wiadomo, co się z nim dzieje. Czy walczy, a może siedzi w więzieniu?

W atlasie śledziłam także przebieg wojny wuja Alvara, położenie zdobytych miast ("Upadło, upadło". "Te Deum..."). Wojny, która zgubiła, pogrążyła mojego ojca i jego niesłuszne przekonania. Wojny, która tam na mapie, na niezdobytych jeszcze obszarach, pochłonęła go jak mokradła. I co z niego zostało?

Wojna domowa jest w tej książce tylko dalekim echem, tłem zaledwie. Na wyspie nie toczą się walki, a i dzieci chroni się przed okrutnymi wiadomościami o tym, co dzieje się na froncie. Ale świat, w którym obracają się Matia i Borja, też jest okrutny. Zostawieni sami sobie mają dużo swobody. Palą, piją, Borja podkrada pieniądze babce i matce. W chłopackim świecie, do którego Matia raz jest dopuszczana, a raz jest z niego wykluczana, są dwie zwalczające się bandy. W jednej są chłopcy z dobrych domów, w drugiej z tych gorszych, niezamożnych. Ich członkowie potrafią być wobec siebie okrutni. Ale bywa, że zawierają rozejmy. Borja jest hersztem, autorytetem. Potrafi być bardzo bezwzględny, kiedy z powodu zazdrości chce się na kimś zemścić. I nie będzie to już zwyczajna chłopacka zemsta, ale zemsta mająca poważne konsekwencje. Coś, co w okrutny sposób zaważy na życiu jednego z bohaterów. Do swojej intrygi wciągnie Matię, czyniąc ją współwinną tego, co się stanie, bo ze strachu, zmanipulowana przez starszego kuzyna, nie będzie potrafiła ująć się za skrzywdzonym, chociaż był dla niej kimś ważnym.

To bardzo mroczny świat. I chociaż wydarzenia rozgrywają się w większej części latem, to czytając, miałam wrażenie, jakby wyspę spowijał mrok albo przynajmniej warstwa ciężkich, ołowianych chmur wiszących nisko nad ziemią.

Matia i Borja są bardzo samotni. Przeżywają  swoje rozterki i problemy w pojedynkę. Czasem dopuszczają do nich siebie nawzajem. Coś ich łączy, ale wiele ich dzieli. Już nie dzieci, jeszcze nie dorośli i dorosnąć bardzo nie chcą. Szczególnie Matia, bo to jej perspektywę poznajemy. Boją się świata dorosłych, który jest jeszcze okrutniejszy niż ich świat. Stąd powracający motyw baśni, a szczególnie Piotrusia Pana, Nibylandii, Kaja i Gerdy. 

Wydawało mi się, że mówi prawdę, że jest bardzo samotny, podobnie jak ja, i że gdyby nie ta nasza samotność, to, kto wie, może nigdy nie zostalibyśmy przyjaciółmi.

Byliśmy tacy bezbronni, tacy zależni, a przecież zarazem tak dalecy od nich wszystkich: od portretu wuja Alvara, braci Taronji, od mojego ojca, Antonii, Mandaryna ... Jakże obcy byli dorośli, ta dziwna rasa mężczyzn i kobiet. Jacy obcy i absurdalni byliśmy my. Jak bardzo poza światem, a nawet poza czasem. Już nie byliśmy dziećmi. Nagle nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy.

Nigdy wcześniej nie zauważyłam, że [korepetytor] był tylko chłopcem, niewiele od nas starszym, uwikłanym po uszy w nieczyste sprawy mężczyzn i kobiet; zanurzonym po szyję w świecie, w tej studni, do której wszyscy już się ześlizgiwaliśmy.

... jakbym chciała krzyknąć: "Nie, nie, zatrzymajcie mnie, nie wiedziałam, dokąd biegnę, nie chcę dowiedzieć się niczego więcej". (Ale już przeskoczyłam mur i zostawiłam za sobą Kaja i Gerdę w ogrodzie na dachu).

A jednocześnie pojawiają się też pierwsze, dobre, oznaki dorosłości - współczucie, zrozumienie i empatia dla drugiego człowieka.

I patrząc na stojącego obok Mandaryna, pierwszy raz poczułam współczucie jak dorosła osoba, zapragnęłam podać mu rękę i powiedzieć: "Nie przejmuj się nimi, to tylko głupie dzieci. Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią". A równocześnie wstydziłam się tego pierwszego uczucia dorosłej osoby i czułam strach, i żałowałam samej siebie, swoich słów i litości.

Jest w tej książce jeszcze coś, na co warto zwrócić uwagę, a co może umknąć, bo nie wybija się na pierwszy plan. To zupełnie inne traktowanie dziewczyny niż chłopaka w tym tradycyjnym świecie. W tych nielicznych chwilach, kiedy babka przypomina sobie o Matii, daje wyraz takim poglądom.

Podczas pierwszych wakacji wzięli mnie ze sobą tylko raz, a i wtedy musiałam na noc wracać do domu. Babka mówiła, że jestem już zbyt duża, żeby samotnie chodzić z nimi do Gaju Pomarańczowego i spędzić trzy noce poza domem. (...) Kiedy wyprawiali się do gaju Pomarańczowego, dwa razy towarzyszyłam im aż do portu i dopiero tam się rozstawaliśmy, a babka nie miała o niczym pojęcia. Potem wracałam do domu Leontiną, nienawidząc tego, że jestem kobietą.

W tamtych czasach jedną z najbardziej upokarzających rzeczy było, pamiętam, stałe zamartwianie się babki o mój wygląd. O rzekomą przyszłą urodę, którą powinnam zyskać za wszelką cenę.

- To jedyne, co przydaje się kobiecie, jeżeli nie ma pieniędzy.

Uroda zatem była jedynym dobrem, na jakie mogłam liczyć w życiu. Jednakże była ona jeszcze cokolwiek nieobecna i odległa, a mój wygląd w przekonaniu babki pozostawiał wiele do życzenia,.

Matia zdecydowanie nie darzy babki sympatią, co znajduje wyraz w sposobie jej opisywania.

Okna dzierżawców płonęły światłem, na pewno babka szpiegowała je z saloniku przez teatralną lornetkę. Poczułam głuchą irytację. Siedzi tam pewnie jak brzuchaty, poobtłukiwany bóg, jak wielka żarłoczna lalka, pociągając za sznurki swoich marionetek. (...) Jej oczy niczym długie macki, wchodziły do tych domów, oblizywały je, zamiatały w pokojach pod łóżkami i stołami. To były lustrujące oczy, unosiły białe dachy i chłostały: prywatność, sen, zmęczenie.

Rozparta w fotelu babka przeżuwała jedną ze swoich niezliczonych pastylek. Dekolt sukienki okalał fałdy i zmarszczki wokół gardła przepasanego aksamitną tasiemką. Na szyi powyżej tasiemki również tworzyły się fałdy i zmarszczki, aż do podbródka. Jakby ktoś ją wypchał, a na szyi zacisnął węzeł: z jednej strony głowa, z drugiej ciało, jak dwa worki, każdy z innej materii.

Już z tych kilku cytatów można się zorientować, jak gęsta jest to proza i w jak niezwykły sposób została napisana. Na koniec chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną cechę tej książki. Ogromną rolę odgrywa w świecie Matii przyroda, a opisując ją, wyraża swoje uczucia. Na dowód ostatni już cytat.

Nienawiść przebijała się przez ciszę jak słońce, jak podbiegnięte ropą i krwawiące oko przez morską mgłę. Tam, na wyspie, słońce zawsze wydawało mi się złowieszcze, polerowało kamienne płyty na placu, sprawiało, że błyszczały i robiły się śliskie jak kości, jak złośliwa i dziwna kość słoniowa.

Znakomita, chociaż wymagająca uważnej lektury książka. Ale naprawdę warto się w nią wgryźć, wejść w ten mroczny, niepokojący świat już nie dzieci, jeszcze nie dorosłych. Docenić urodę języka.

Eugenia Kuzniecowa "Drabina"

"Drabina" (Znak 2024; przełożyła Iwona Boruszkowska) to druga

powieść Eugenii Kuzniecowej ukraińskiej pisarki mieszkającej w Hiszpanii. Dwa lata temu pisałam tu o debiucie autorki, "Nim dojrzeją maliny", i dzieliłam się mieszanymi uczuciami. Dlatego być może nie sięgnęłabym po jej drugą powieść, bo szkoda mi czasu na książki zwane otulającymi albo deserowymi, a do takiej kategorii zaliczam ten debiut. Postanowiłam jednak dać autorce jeszcze jedną szansę, a to ze względu na temat, jaki porusza.

Akcja "Drabiny" toczy się na południu Hiszpanii zaraz po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Do Tolika, który od kilku (kilkunastu?) lat mieszka tam i pracuje w jakiejś międzynarodowej firmie, przyjeżdżają wojenni uciekinierzy - mama, jej brat Anatolij poruszający się na wózku, nieco ekscentryczna stryjeczna babka Hryhoriwna, siostra Irusia i jej koleżanka Polina, dwie kotki i pies. Tolik, chociaż z rodziną skłócony nie był, ceni sobie swoją samotność i cieszy się właśnie kupionym domem z potencjałem. Napisałam cieszy się, ale tak naprawdę za bardzo cieszyć się nie zdążył, bo jego samotność zakłócił przyjazd krewnych. Nie zdążył nawet w domu za bardzo się rozgościć i urządzić po swojemu, dlatego na ścianach wiszą obrazy wyszywane przez dawną właścicielkę, a wszędzie stoją figurki aniołków i jezusków. Z wielkich planów zdążyła się tylko zmaterializować zielona lodówka i odkupiony od kogoś flipper.

Z jakiegoś powodu widok flippera był dla Tolika nieprzyjemny. Wraz z zieloną lodówką przypominał mu o wymarzonym życiu, które teraz wydawało się nieosiągalne. Marzenia o maszynie do lodu, własnego autorstwa designie i o domu. Tylko marzenie o domu okazało się komuś potrzebne. Ale teraz z tego domu miał ochotę uciec. 

Ten fragment znakomicie pokazuje to, co czuje Tolik. Bo z jednej strony cieszy się, że mógł pomóc, a dom jest na tyle obszerny, przecież z potencjałem, że miejsca starcza dla wszystkich, ale z drugiej strony ma dość. Dość wtrącania się, pouczania, spełniania życzeń, dość poczucia, że znowu traktowany jest jak mały chłopiec, dość swojej spolegliwości wobec matki, Hryhoriwny i wuja, dość tego, że kawę musi pić ukradkiem, bo ich zdaniem szkodzi na potencję, a przecież na pewno będzie chciał mieć dzieci. I tu zaraz włączają się najrozmaitsze wyrzuty sumienia. Że bardziej denerwują go takie drobiazgi, niż okropności wojny, że nie walczy, że zazdrości spokoju sąsiadom.

... Tolik wstydził się, że podczas tych potworności najbardziej denerwuje go rozmowa o wpływie cykorii na ewentualną płodność.

Tolik skinął głową, wiedział, że ona ma rację, ale pomyślał, że nawet nie zdążył poznać swojego nowego życia, a już je stracił, i znowu ogarnął go wstyd z powodu małostkowych zatargów.

Od pierwszych dni wojny Tolik łapał się na myśli, iż wszyscy ludzie wokół irytują go tylko dlatego, że u nich było wszystko w porządku.

Czasami nawet myślał, że pójdzie na ochotnika, ale w głębi duszy wiedział, że nie odważy się tego zrobić, więc nigdy nawet nie wspomniał o takiej możliwości.

Chcąc uniknąć spotkań na korytarzu, kupił sobie drabinę, po której wchodził wprost do swojej sypialni.

Ale nie tylko on odczuwa taki dysonans między tym, jak jest i co go denerwuje, a tym, jak być powinno. Jego bliscy również mają poczucie nieadekwatności swoich emocji i myśli.

... mama czułaby się niezręcznie i byłaby skrępowana przed setkami tysięcy innych wygnanych przez wojnę z domów ludzi, gdyby miała przyznać, że najtrudniejsze wydało jej się to miauczenie Zusi w autobusie ...

Hryhoriwna tęskniła za Władikiem. Wstydziła się swojej tęsknoty za psem w czasach, gdy umierali ludzie, czasem najbliżsi.

Cóż, życie toczy się dalej i składa się z takich drobiazgów.  Autorka bardzo dobrze oddaje tę domową atmosferę. Kilkoma kreskami, najczęściej w dialogach rysuje te przekomarzanki, pouczanki, tę gmatwaninę uczuć i emocji, nie zawsze szlachetnych, ale jakże ludzkich. Z tych samych środków korzysta, kreśląc portrety bohaterek i bohaterów. Nie jest jej obca ironia, ale jednocześnie spogląda na nich życzliwie. 

Inny problem, jaki pokazuje w "Drabinie", to stosunek ludzi Zachodu do wojny i do uciekinierów. Oczywiście współczują im, bo jakże by inaczej, ale każdy żyje swoim życiem. Kiedy szef Tolika, Bob, postanawia urządzić imprezę, na której będą zbierane pieniądze na jakiś szlachetny ukraiński cel, jaki, to się zobaczy później, wszyscy goście po przekroczeniu progu natychmiast przyjmują odpowiednio zbolałą i współczującą minę.

Widowisko było naprawdę surrealistyczne: przyjęcie, kieliszki, goście, a twarze wszystkich były smutne i pełne współczucia jak na stypie. Zbliżając się do Tolika, ludzie zaciskali usta, mówiąc: "wyrazy współczucia".

Autorka bardzo dobrze oddaje znany, niemożliwy do zlikwidowania rozdźwięk pomiędzy światem cierpiących, a światem dobrobytu i spokoju, które istnieją równolegle do siebie.

- Pieniądze będą zbierać - powiedział Tolik, nie wiedząc dokładnie, jak wytłumaczyć Anatolijowi Stiepanowyczowi, że tak jest skonstruowany współczesny świat.

- To jak Casablnca, pamiętasz? - zapytał Tolik. - Tam wszyscy piękni ludzie mieszkali, póki trwała wojna. Ale bardzo się martwili.

Ci wszyscy pełni współczucia Hiszpanie poruszają się jak słoń w składzie porcelany. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego Ukraińców oburza stawianie w roli równorzędnych ofiar wojny Rosjan, którzy nie zgadzają się z polityką Putina. Niejaki Mstisław pławi się na przyjęciu właśnie w takiej  roli, a Tolik musi ukrywać swój gniew, żeby nie zostać oskarżonym o nadmierną emocjonalność i drażliwość.

Nie jest to powieść o jakimś wielkim ciężarze. Czyta się ją przyjemnie i szybko. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Taka popliteratura opowiadająca o poważnych sprawach. Może dzięki temu więcej osób po nią sięgnie. Z dwóch powieści Eugenii Kuzniecowej ja zdecydowanie wolę tę.

Almudena Grandes "Matka Frankensteina"

Jakiś czas temu ukazała się w Polsce kolejna powieść hiszpańskiej

pisarki, Almudeny Grandes. To "Matka Frankensteina" (Sonia Draga 2021; przełożyła Magdalena Olejnik). Niestety autorka zmarła w tym samym roku. Ta powieść stanowi część sześciotomowego cyklu "Epizody niekończącej się wojny", który opowiada o czasach dyktatury Franco, ale z punktu widzenia jej przeciwników, ludzi popierających siły republikańskie. Jak wyczytałam w wywiadzie z pisarką, który udało mi się znaleźć w necie, w Hiszpanii jest to historia  z takiej perspektywy stale nieopowiedziana. W Polsce kilka lat temu wyszła czwarta książka z tego cyklu, "Pacjenci doktora Garcii", a wcześniej "Pocałunki składane na chlebie", współczesna opowieść o mieszkańcach jednej z madryckich dzielnic w dobie kryzysu ekonomicznego. O ile ta druga  mnie rozczarowała, czemu dałam wyraz w jednej z notek, o tyle rzecz ma się zupełnie inaczej z tą pierwszą. A sięgnęłam po nią po niezwykle ciekawym spotkaniu z Almudeną Grandes, która była gościnią Festiwalu Conrada w roku 2019. Pamiętam, że pisarka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Nic dziwnego, że teraz koniecznie musiałam przeczytać "Matkę Frankensteina", kolejną, piątą, powieść cyklu. Mam nadzieję, że Sonia Draga wyda pozostałe części tej serii.

"Matka Frankensteina' to książka dla tych wszystkich, którzy lubią grube, porządnie opowiedziane historie, a czytając, mają jednocześnie pewność, że to rzecz ważna, a nie tylko pospolite czytadło. Zasadnicza część akcji rozgrywa się w latach pięćdziesiątych w Madrycie i okolicach, zwłaszcza w miejscowości Ciempozuelos, gdzie znajduje się szpital psychiatryczny, w którym rozpoczyna pracę doktor German Velazquez, który dał się namówić dyrektorowi wspomnianego szpitala na powrót do ojczyzny ze Szwajcarii, gdzie studiował medycynę i pracował jako psychiatra. Ma wdrożyć leczenie nowym, obiecującym, lekiem, czym zajmował się w szwajcarskiej klinice. Ale, podobnie jak w "Pacjentach doktora Garcii", autorka pozwala sobie na retrospekcje, które są istotną częścią tej opowieści. Poznajemy historię doktora Velazqueza, który był synem znanego hiszpańskiego profesora psychiatrii. Jego rodzina opowiedziała się jednoznacznie za republikanami. Jemu udało się w ostatnim momencie uciec przez północną Afrykę, Francję do Szwajcarii, gdzie dzięki wstawiennictwu ojca znalazł dom w rodzinie żydowskiego profesora Goldsteina, też psychiatry. Używam tu gładkiego słowa uciec, ale była to gehenna, droga przez mękę, która miała wielkie szanse skończyć się niepowodzeniem, co oznaczało ekstradycję do Hiszpanii, a tam więzienie albo nawet śmierć. Jest więc to też opowieść bardzo na czasie, bo pozwala pochylić się nad losem uciekiniera, imigranta, człowieka, który podejmuje ryzykowną i trudną decyzję o emigracji, a jeśli mu się uda, musi zapuścić korzenie w nowym kraju, zmierzyć się z samotnością, wykorzenieniem i wyrzutami sumienia wobec bliskich, którzy w Hiszpanii zostali, i wobec innych zwolenników republiki, którzy nie mieli szansy uciec. Jemu się poszczęściło, bo ojciec, który mógł uratować siebie, postanowił ocalić jego. Dlaczego tak zrobił, nie mogę zdradzić. German nie jechał w ciemno - wiedział, że jeśli do Szwajcarii dotrze, znajdzie opiekę u Goldsteinów. I tu otwiera się kolejna szkatułka, kolejny wątek znakomicie korespondujący z jego losami - to historia żydowskiej rodziny, której niemal w ostatnim momencie udało się opuścić III Rzeszę. Ich historia stanowi jeszcze jeden, bardzo ciekawy, kamyk w mozaice ludzkich losów, które zamknięte są w tej opowieści.

Kolejny ważny wątek i kolejna poruszająca historia to opowieść o Marii, młodej dziewczynie, salowej w szpitalu w Ciempozuelos, która okazuje się osobą niezwykle wrażliwą i życiowo mądrą. Może dlatego, że los nie był dla niej łaskawy. Maria wychowywała się na terenie szpitala, bo tam pracował  jako ogrodnik jej dziadek, a babcia też wykonywała jakieś proste prace. Jej rodzice  zginęli w czasie wojny domowej. W jakich okolicznościach dokładnie nie wiadomo.  Dzięki jednej z pacjentek, o której jeszcze wspomnę, nauczyła się pisać i czytać. To pokazało jej nowy świat, otworzyło na nowe doznania i inne, nieznane jej dotąd, perspektywy. Książki stały się jej pasją i gdyby mogła, na pewno próbowałaby wyjść z zaklętego kręgu przypisanego jej miejscem urodzenia. Ale dla takich jak ona droga była jedna - posada służącej w Madrycie i ewentualnie małżeństwo, oczywiście z człowiekiem z jej warstwy społecznej. Maria nie chce pogodzić się z takim losem, ale popełnia błąd, jaki przed nią popełniło wiele dziewczyn pracujących jako służące. Zakochuje się w paniczu. Jednak w jej wypadku chodzi nie tylko o miłość. Maria jest świadoma swojego ciała, a seks sprawia jej przyjemność. W katolickiej, frankistowskiej Hiszpanii, przynajmniej oficjalnie, to nie do przyjęcia. Dziewczyna zostanie schwytana w pułapkę i chociaż uda jej się wyjść z opresji, to kilka lat później pętla zaciśnie się na jej szyi. Szantażem zostanie zmuszona do czegoś, czego nie będzie chciała. Tym razem sytuacja wydaje się jeszcze bardziej beznadziejna, bez wyjścia. Jej historia porusza i trzyma w napięciu. Piszę bardzo ogólnikowo i nie zdradzam, jak potoczy się życie Marii, aby nie odebrać przyjemności płynącej z lektury. Bo, jak wspominałam, w książkach Almudeny Grandes opowieść jest bardzo ważna.

Postać Marii jest w tej historii niezwykle istotna, bo na przykładzie jej losów pokazuje autorka wszechwładzę Kościoła w czasach Franco, jego sojusz z władzami i hipokryzję związanych z nim ludzi. Jest to też opowieść o świecie patriarchalnym, w którym kobieta, zwłaszcza ta z klasy niższej, jest całkowicie podporządkowana mężczyźnie, a jej los jest od początku ustalony. Na niezależność mogą sobie pozwolić tylko nieliczne, a i to pokątnie. Ale oddajmy głos autorce, która objaśnia genezę tej powieści.

Napisałam tę książkę w hołdzie wszystkim tym kobietom, które nie mogły pozwolić sobie na podejmowanie własnych decyzji, jeśli nie chciały się narazić na miano dziwki. Kobietom, które przeszły wprost spod opieki rodzicielskiej pod kuratelę mężów, które spóźniły się na wolność, jaką cieszyły się ich matki, i nie zdążyły na wolność, w jakiej żyjemy my, ich córki.

To nie wszystkie obecne w książce problemy i wątki. Almudena Grandes tworzy obraz życia społeczeństwa hiszpańskiego w czasach dyktatury generała Franco w latach pięćdziesiątych. Jest to kraj duszny, a jego mieszkańcy żyją w kleszczach między Kościołem i autorytarną władzą, które zawarły sojusz. Kraj, w którym mówi się szeptem, w którym ci, którzy próbują żyć inaczej, muszą być bardzo ostrożni i płacić rozmaite koncesje na rzecz Kościoła i państwa. Tkwią w dwójmyśleniu. Jest to też kraj pęknięty. Ci, którym ta sytuacja odpowiada, narzucają swoją wolę pozostałym.

No i na koniec muszę odnieść się do tytułu. Kim jest owa matka Frankensteina? To bogata pacjentka szpitala psychiatrycznego, w którym pracują doktor Velzquez i Maria - Aurora  Rodriguez Carballeira, która przed laty zabiła swoją córkę, cudowne dziecko, działaczkę społeczną, zwolenniczkę rewolucji seksualnej i eugeniki. Obie ze sobą współpracowały, ale w pewnym momencie doszło między nimi do konfliktu, matka uznała, że córka nie spełnia jej oczekiwań i nie jest dość doskonała. Potem Aurora zostanie owładnięta obsesją stworzenia człowieka idealnego. Jej wątek wprowadza do powieści kolejny temat - inżynierii społecznej i eugeniki. Jak się okazuje jest to postać autentyczna, jej historia była w Hiszpanii bardzo znana, powstały o niej artykuły, książki i filmy. Wplatanie do powieści z tego historycznego cyklu postaci autentycznych jest stałym zabiegiem autorki.

Polecam "Matkę Frankensteina" wszystkim miłośnikom Hiszpanii, historii, a przede wszystkim tym, którzy choćby od czasu do czasu lubią przeczytać grubą, porządnie opowiedzianą powieść, od której trudno się oderwać. Co ważne, jednocześnie ma się poczucie, że nie jest to czas stracony.

Aleksandra Lipczak "Lajla znaczy noc"

Kiedy usłyszałam, że Aleksandra Lipczak pisze kolejną książkę o

Hiszpanii, ogromnie się ucieszyłam. Po pierwsze dlatego, że bardzo podobali mi się jej "Ludzie z placu Słońca" - reportaże z ogarniętego kryzysem kraju. Po drugie uwielbiam Hiszpanię. Podróżowałam po niej kilkakrotnie, za każdym razem zwiedzając inny region. Gdyby ktoś mnie zapytał, które europejskie państwo, jako turystka, lubię najbardziej, pewnie wymieniłabym Włochy, ale Hiszpania byłaby na drugim miejscu. Chociaż kto wie? A może oba postawiłabym na równi? Był i trzeci powód, który sprawił, że na kolejną reporterską książkę Aleksandry Lipczak, "Lajla znaczy noc" (Karakter 2020) czekałam z niecierpliwością, - miała to być rzecz o Andaluzji, w której oczywiście też byłam. Nie wnikając głębiej w tę zapowiedź, uznałam, że będzie to, jak poprzednio, zbiór reportaży tym razem ograniczony do jednego regionu. Jakież było moje zdumienie, kiedy wreszcie zaczęłam czytać! Bo okazało się, że to zupełnie inna książka! Jeszcze lepsza, niezwykle ciekawa, mądra, głęboka i pięknie napisana! Ale najważniejsza informacja jest taka, że tym razem to nie reportaż. Co w takim razie? Chyba najbliżej jej do eseju. I wbrew wcześniejszym zapowiedziom rzecz nie ogranicza się tylko do Andaluzji. Bo Aleksandra Lipczak przygląda się dziedzictwu Al-Andalus, czyli czasom, kiedy dużą część Półwyspu Iberyjskiego zajmowali muzułmanie, tworząc w różnych okresach emiraty, kalifaty albo królestwa, w których zamieszkiwali także chrześcijanie i żydzi. Autorka nie tylko sięga głęboko do historii, ale czasem pokazuje, a czasem zastanawia się, jak to dziedzictwo rezonuje współcześnie. Czy jest ważne? Czy je widać? Czy Hiszpanie je sobie uświadamiają? Czy przewartościowują swoje widzenie własnej historii? Może nie tyle czy, bo wtedy odpowiedź będzie oczywista - tak, ale jak bardzo? na ile?

Kiedy podróżuje się po Hiszpanii, zwiedza się oczywiście wspaniałe zabytki, jakie pozostały po tamtej epoce, bo przecież słusznie są niezwykłą turystyczną atrakcją, ale jednocześnie na każdym kroku słyszy się o Rekonkwiście, o Królach Katolickich, Ferdynandzie i Izabeli, i chcąc, nie chcąc,  przyjmuje się taki punkt widzenia. Czasy panowania Maurów jawią się z tej perspektywy jak jakaś baśń. Jej namacalnym świadectwem są  takie niezwykłe miejsca jak choćby najsłynniejsze - Alhambra w Granadzie czy Mesquita w Kordobie. Gdybym znała książkę Aleksandry Lipczak, zanim wyprawiłam się do Andaluzji i w inne rejony, gdzie ślady Al-Andalus są silne, moje zwiedzanie byłoby znacznie głębsze, mądrzejsze, więcej bym zauważyła i zrozumiała, postawiłabym sobie pytania, jakich wówczas nie stawiałam.

Najważniejsze zagadnienie, wokół którego krąży książka, to jak widzieć Rekonkwistę. Czy było to zwycięstwo katolicyzmu nad opresyjnym islamem? Czy przeciwnie zagłada wyrafinowanej kultury, sztuki, a przede wszystkim cywilizacji? Tak widział to Lorca. Czy w ten sposób rodziła się nowoczesna Hiszpania? Czy w ogóle powinno się mówić o Rekonkwiście, czy raczej o podboju? To pierwsze spojrzenie bliższe zawsze było hiszpańskiej prawicy. Nie przez przypadek rekonkwistą nazywał Franco wojnę z Republiką. Co zbudowało duszę Hiszpanów - osiemset lat współżycia muzułmanów, żydów i chrześcijan czy Rekonkwista i katolicyzm? A wreszcie, czy fakt, że Hiszpanie dość przyjaźnie przyjmują uchodźców, można tłumaczyć tym średniowiecznym dziedzictwem? Odpowiedzi wcale nie są jednoznaczne i proste. Autorka oddaje głos różnym stronom sporu, powołuje się na rozmaitych naukowców. Jedno po lekturze książki Aleksandry Lipczak wydaje się bezsporne - że toczy się dyskusja, że ustalone dotąd poglądy ulegają rewizji.

Jeśli po tym, co tu napisałam, ktoś wyobraził sobie, że "Lajla znaczy noc" to tylko rozważania wokół tych zagadnień, jest w błędzie. Ta książka to także podróż. Z jednej strony autorka wędruje śladami Al-Andalus - odwiedza jej najważniejsze miejsca, Kordobę, Toledo, Granadę i wiele innych. Z drugiej wyprawia się w przeszłość do tych samych miejsc. I jedno, i drugie robi wspaniale. Bez trudu stawało mi przed oczami to, co sama widziałam, będąc w Hiszpanii, ale przede wszystkim wędrowałam ulicami średniowiecznej Kurtuby (Kordoby) i innych miast, oglądałam pałace kalifów czy pracownie tłumaczy w Toledo. (Ich historia tych stanowi osobne niezwykle ważne i ciekawe zagadnienie)

To i wiele więcej znaleźć można w najnowszej, znakomitej, książce Aleksandry Lipczak "Lajla znaczy noc". Lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy Hiszpanię znają lub podróż dopiero planują. 

Norman Lewis "Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej"

Po książkę Normana Lewisa "Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej" (Czarne 2013; przełożył Janusz Ruszkowski) miałam ochotę sięgnąć zaraz po przeczytaniu jego "Neapolu 44. Pamiętnika oficera wywiadu z okupowanych Włoch", który zachwycił mnie nie tylko barwnymi anegdotami, obrazem świata, ale także pięknym językiem. Tak się szczęśliwie złożyło, że udało mi się dostać "Grobowiec w Sewilli" akurat teraz tuż po lekturze dwóch innych pozycji związanych z tematyką hiszpańskiej wojny domowej. Myślę o powieści Almudeny Grandes "Pacjenci doktora Garcii" i reportażu Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany". Książka słabo znanego w Polsce angielskiego pisarza Normana Lewisa jest znakomitym uzupełnieniem tamtych tytułów.

To opowieść o podróży przez bardzo niespokojną Hiszpanię w roku 1934, kiedy to  krajem wstrząsały strajki, na ulicach wielu miast dochodziło do zamieszek oraz regularnych walk z policją i wojskiem, a ich rezultatem był wprowadzany i odwoływany stan wyjątkowy. Dlatego wyprawa do Sewilli, skąd wywodziła się rodzina ówczesnej żony autora, zajęła jemu i jego szwagrowi, z którym podróżował, znacznie więcej czasu niż planowali. Jechać musieli drogą bardzo okrężną - z San Sebastian, gdzie zaczynali, przez Pampelunę i Saragossę, do Madrytu, potem przez Salamankę do ... Portugalii i dopiero w taki dziwny sposób dotarli do Sewilli. Ponieważ niemal od razu natrafili na trudności z powodu niekursujących autobusów i pociągów, w niektórych miejscach utkwili na dłużej, a część drogi, z Pampeluny do Saragossy, odbyli pieszo. "Grobowiec w Sewilli" jest drugą wersją debiutanckiej książki Lewisa "Spanish Adventure". Autor zdecydował się na taki zabieg pod koniec swojego długiego życia (zmarł w wieku 95-ciu lat). Jest więc to mieszanka młodzieńczego entuzjazmu, świeżego spojrzenia na opisywane zdarzenia i dojrzałości, pamięci przefiltrowanej przez czas.

Chociaż tę niewielkich rozmiarów książkę czytałam bardzo szybko i z przyjemnością, muszę szczerze przyznać, że trochę mnie jednak rozczarowała. Po lekturze "Neapolu 44" poprzeczka zawieszona była znacznie wyżej. Czego mi zabrakło? Językowej finezji. "Neapol" mnie zdumiał i zachwycił między innymi właśnie znakomitym językiem, bo nie wiedząc nic o autorze, przystępowałam do lektury przekonana, że mam do czynienia po prostu z pamiętnikami żołnierza obrobionymi przez redaktorów z wydawnictwa. Tymczasem okazało się, że ten żołnierz był już w chwili wydania swojego dziennika autorem wielu książek podróżniczych i beletrystycznych. Nie jest to wina tłumacza, bo obie pozycje przełożył  Janusz Ruszkowski. Tylko we fragmentach opisujących krajobrazy widać ślady urody języka. 

Mimo tych uwag nie żałuję lektury. Po pierwsze, jak już wspominałam, "Grobowiec w Sewilli" w tej chwili stanowi dla mnie domknięcie pewnego cyklu związanego z tematyką hiszpańskiej wojny domowej i dyktatury Franco. Dlatego bardzo interesowało mnie świadectwo czasu - opowieść o zrewoltowanej Hiszpanii. Przyznam, że nie miałam pojęcia o wydarzeniach z jesieni 1934 nazywanych rewolucją 1934 roku. Zmusiło mnie to do szperania w internecie. To zawsze cenne. Co jeszcze? Podobnie jak w "Neapolu 44" znajdujemy tu mnóstwo zabawnych anegdot o spotykanych ludziach. Poza tym "Grobowiec w Sewilli" śmiało można traktować jak książkę łotrzykowską. W takiej konwencji Lewis opowiada o przeszkodach, jakie na swojej drodze napotkali obaj podróżnicy. Więcej tu młodzieńczego awanturnictwa i dezynwoltury, opowieści o niebezpiecznej przygodzie, z której uszło się cało, a którą po latach wspomina się i opowiada z ekscytacją, robiąc wrażenie na słuchaczach, niż grozy wydarzeń. A przecież autor i jego kompan byli świadkami zamieszek, ulicznych bitew, widzieli krew i zabitych, musieli chronić się przed świszczącymi kulami snajperów. To wszystko tu jest, ale przetworzone, przefiltrowane przez łotrzykowską konwencję. Dla mnie dodatkową przyjemnością był fakt, że mam do opisywanych miejsc emocjonalny stosunek, bo w większości z nich byłam i wspominam te podróże z dużym sentymentem.

Na koniec pozostaje pytanie, jaki był stosunek autora do opisywanych wydarzeń. Po której stronie się opowiadał? Zachowywał dystans, nie był entuzjastą strajkujących i demonstrujących. Kojarzył ich z komunistami. Inaczej jego szwagier - jednoznacznie opowiadał się po stronie sił republikańskich. Chciał nawet w Hiszpanii zostać i pomagać zrewoltowanym masom. Wtedy wyjechał, ale wrócił w czasie wojny domowej. Był kierowcą ambulansu. Udział w tamtych wydarzeniach nadszarpnął jego zdrowie.

Dariusz Zalega "Śląsk zbuntowany"

Lektura "Pacjentów doktora Garcii" Almudeny Grandes, powieść o hiszpańskiej wojnie domowej i czasach dyktatury generała Franco, pociągnęła za sobą kolejne czytelnicze wybory. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w tym samym czasie pojawił się reportaż Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" o ruchu poszukiwania zaginionych w tamtych czasach i z licznymi odniesieniami do historii, oraz "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi (Czarne 2019). Jaki ta ostatnia książka ma związek z hiszpańską wojna domową? Otóż opowiada o ochotnikach ze Śląska walczących w międzynarodowych brygadach w Hiszpanii. A szczęśliwy traf sprawił, że zdobyłam też rzecz, którą już od jakiegoś czasu chciałam też przeczytać - "Grobowiec z Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej" Normana Lewisa autora świetnego "Neapolu 44. Pamiętnika oficera wywiadu z okupowanych Włoch". Po tym wstępie przechodzę do historycznego reportażu Dariusza Zalegi.

"Śląsk zbuntowany" to książka, którą można umieścić w nurcie pozycji zajmujących się tak zwaną ludową historią, czyli opowieścią o przeszłości pisaną z punktu widzenia zwykłego człowieka, a nie królów, dowódców, polityków. Bohaterami reportażu Dariusza Zalegi są robotnicy, szczególnie górnicy. Pisząc o nich, opowiada o Śląsku, a potem o wojnie domowej w Hiszpanii. Pokazuje, jak to się stało, że około dwustu ochotników z tamtych terenów, nie tylko Polaków, także Niemców i Czechów, zaciągnęło się do międzynarodowych brygad, aby walczyć o nieswoją przecież sprawę. Czy rzeczywiście nieswoją? Co ich ukształtowało? Co doprowadziło do podjęcia tak trudnej decyzji?  

Ich zaangażowanie nie wzięło się z niczego. To ludzie, którzy sprawdzili się dużo wcześniej, często jeszcze zanim część Śląska została po plebiscytach i powstaniach przyłączona do Polski. Działacze związkowi, członkowie lewicowych partii czy zwykli robotnicy walczący o swoje prawa. Brali udział w licznych strajkach, często byli ich organizatorami, walczyli w powstaniach. Ci najaktywniejsi intensywnie zdobywali wiedzę, czytając książki, biorąc udział w dyskusjach i innych formach samokształcenia. Ciekawy jest problem ich identyfikacji narodowej. Kim się czuli? Polakami? Niemcami? Ślązakami? Bardzo różnie. Na pewno dla większości z nich była ważna jeszcze jedna identyfikacja - robotnicza. Autor opowiada o tych wszystkich sprawach i problemach, zanim wyruszy za swoimi bohaterami do Hiszpanii. Pisze o podziale Śląska po pierwszej wojnie, o powstaniach, o górniczych strajkach, o działalności związkowej i politycznej, o kryzysie gospodarczym, wreszcie o rozczarowaniu polityką II Rzeczpospolitej wobec tych terenów. Upraszczając, można powiedzieć, że Śląsk został wykorzystany, a potem był nierozumiany, zapomniany, ale jednocześnie intensywnie eksploatowany. Bardzo ważne miejsce zajmuje opowieść o licznej emigracji ze Śląska. Górnicy wyjeżdżali do pracy w kopalniach francuskich czy belgijskich. Polska eksportowała swoich bezrobotnych, pozbywając się problemu. Na obczyźnie często kontynuowali swoją związkową i polityczną działalność. Potem wielu z nich angażowało się w pomoc ochotnikom, w przerzucanie ich za Pireneje, wreszcie sami wyruszali do Hiszpanii.

To wszystko jest bardzo ciekawe, a równie interesująca jest opowieść o udziale śląskich robotników w hiszpańskiej wojnie domowej. Niby wiedziałam, że na wieść o puczu generała Franco do Hiszpanii wyruszyli ochotnicy z wielu krajów, aby walczyć po stronie Republiki przeciwko faszyzmowi. Nie miałam jednak pojęcia przynajmniej o dwóch aspektach tej sprawy. Po pierwsze o tym, ile determinacji wymagało dołączenie do tych brygad, jak trudne to było, bo nielegalne, z iloma niebezpieczeństwami się wiązało. Niektórzy próbowali kilka razy, zanim udało im się dotrzeć do Francji, gdzie brygady się organizowały. Większość państw zachowywała neutralność wobec konfliktu, co oznaczało nieangażowanie się w pomoc ochotnikom i bierne przyzwolenie na wojskowy pucz Franco. Dlatego wędrówka tych zapaleńców była nielegalna, dopiero we Francji, i to tylko do jakiegoś czasu, traktowani byli przychylnie. Ta krótkowzroczność, jak często w dziejach, okazała się mieć dalekosiężne skutki. Gorzko mówi o tym jeden z uczestników tamtych wydarzeń - niemiecka armia bombardując hiszpańskie miasta znajdujące się na terenach, gdzie broniła się Republika, miała doskonały trening przed bombardowaniem polskich miast, co miało nastąpić już wkrótce

Drugą sprawą, o której nie bardzo miałam pojęcie, był los ochotników po zwycięstwie faszystowskiej dyktatury. Oczywiście wielu z nich zginęło, ale ci, którzy przeżyli, schorowani, wycieńczeni, okaleczeni, nie mieli do czego wracać. W Polsce i w III Rzeszy traktowani byli jak nielegałowie (stracili polskie paszporty, stali się bezpaństwowcami), wywrotowcy, element niebezpieczny. Nękano ich rodziny. Do Związku Radzieckiego też nie mogli się udać po czystkach, jakie nastąpiły z chwilą rozwiązania Komunistycznej Partii Polski. Większość wylądowała we francuskich obozach internowania, gdzie też nie witano ich entuzjastycznie. Panowały tam koszmarne warunki. Tak dotrwali do wybuchu wojny. Potem albo próbowali walczyć, albo trafiali do niemieckich obozów. Alternatywą często było zaciągnięcie się do Legii Cudzoziemskiej, szybko jednak rozumieli, że to błąd. Szlachetna decyzja o pomocy hiszpańskiej Republice zaważyła na ich dalszych losach. Dopiero po drugiej wojnie w PRL-u patrzono na nich z sympatią, ale wykorzystywano propagandowo. Jednak wielkich karier nie zrobili. Niekoniecznie też o nich marzyli zmęczeni wojnami i poniewierką. Dziś wahadło znowu się odwróciło. Co jakiś czas wybuchają awantury o to, czy zostawiać poświęcone im upamiętnienia. Dla prawej strony naszej sceny politycznej są komunistami, którzy opowiedzieli się po stronie Stalina. Historia nie jest taka prosta. Nie będę wdawać się tu w przedstawianie, jak bardzo różnorodne ideologicznie były siły opowiadające się za hiszpańską Republiką. To przecież nie tylko staliniści ze Związku Radzieckiego, nie od razu Stalin miał też tak duże wpływy. Gdyby nie neutralność innych państw, być może Republika nie byłaby tak podatna na komunistyczne wpływy. Kończę te dywagacje, bo nie czuję się na tyle kompetentna, a poza tym historycy nie lubią takiej gdybologii. I jeszcze jedna refleksja. Czy dziś byłoby tak dużą grupę ludzi stać na tak szlachetny gest? Kiedy czytam o ochotnikach z wielu krajów walczących w hiszpańskiej wojnie domowej, ta sprawa wydaje mi się jak z kosmosu. A książkę "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi polecam.

Katarzyna Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany"

Czasem tak się szczęśliwie składa, że kiedy kończę jedną książkę, czeka już na mnie następna o tej samej lub podobnej tematyce. Bardzo lubię takie literackie łańcuchy - jedna pozycja uzupełnia drugą, poszerza perspektywę, czasem pokazuje problem z innej strony. Tak było i tym razem. Kiedy czytałam "Pacjentów doktora Garcii" Almudeny Grandes, w moim czytniku leżał już reportaż Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" (Czarne 2019) - rzecz o ruchu poszukiwania zaginionych z czasów hiszpańskiej wojny domowej, ekshumowaniu pochowanych w masowych grobach, o Dolinie Poległych, o której ostatnio było bardzo głośno, i wreszcie o zupełnie nieznanym fakcie - hiszpańskich więźniach w hitlerowskich obozach. Chociaż książka dotyczy współczesności - krąży wokół pytania, jak Hiszpania radzi sobie z tą niezwykle trudną przeszłością, to przecież trudno uniknąć sięgania do historii. Wbrew temu, co słyszałam, autorka sporo miejsca poświęca faktografii z czasów hiszpańskiej wojny domowej i dyktatury generała Franco, dzięki czemu mogłam się na ten temat jeszcze więcej dowiedzieć i szerzej spojrzeć na problemy pokazane w powieści Almudeny Grandes. Sama nie wiem, którą z nich należałoby przeczytać w pierwszej kolejności. A może to bez znaczenia? W każdym razie obie gorąco polecam! Zanim przejdę do konkretów jeszcze jedna dygresja. Otóż Katarzyna Kobylarczyk jest też autorką innej książki o Hiszpanii - to "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty", którą dobry kawał czasu temu bardzo się zachwycałam. Jakże inna to opowieść - radosna, pogodna, przepełniona fascynacją dla kraju i jego, czasem dziwnych, obyczajów, a przy tym pięknie napisana. Kto ma ochotę choćby na chwilę odetchnąć od ciężkich lektur, od trosk świata, kto interesuje się Hiszpanią, kto ją zna albo poznać chce, kto się do niej wybiera, niech koniecznie przeczyta "Pył z landrynek"!

No a teraz do rzeczy, czyli do tematu zupełnie niewesołego. Kiedy po śmierci generała Franco Hiszpania wkraczała na drogę ku demokracji, jak często w podobnych sytuacjach, obie strony zgodziły się, aby nie wracać do przeszłości. Nie szukać winnych, budować przyszłość. Taką postawę przypieczętował strach - przecież trudno od razu otrząsnąć się po latach dyktatury -  spotęgowany jeszcze nieudanym zamachem stanu, który miał miejsce krótko po wkroczeniu na drogę demokracji. I tak Hiszpania budowała autostrady, zachłysnęła się wolnością, ale przecież o swoich zamordowanych i zaginionych z lat wojny domowej i czasów faszystowskiej dyktatury nie zapomniała. Ruch poszukiwania ciał ofiar, które najczęściej pochowane zostały w anonimowych, zbiorowych grobach gdzieś pod murem cmentarza, pod płotem, w polu, w wiejskiej studni, zaczął się na początku lat dwutysięcznych trochę przez przypadek. Dziś to najczęściej wnuki chcą odnaleźć ciała swoich dziadków, rzadziej mocno wiekowe dzieci szukają kości rodziców. Od tamtej pory powstało ileś organizacji, które najczęściej wolontaryjnie, przy znikomej pomocy państwa zajmują się poszukiwaniami i ekshumacjami. Po raz pierwszy przeczytałam o tym w znakomitej reporterskiej książce Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca". A szukać wcale nie jest łatwo, choćby dlatego, że egzekucje najczęściej nie odbywały się we wsi czy miasteczku, gdzie mieszkał aresztowany, zwykle wyroki wykonywano gdzieś w okolicy. Można ironicznie i gorzko powiedzieć, że aby sąsiad nie mordował sąsiada, mieszkańcy okolicznych miejscowości wyręczali się wzajemnie. Z pomocą przychodzi ludzka pamięć, bo chociaż tyle lat milczano, teraz nagle, kiedy w okolicy prowadzi się poszukiwania, często rozwiązują się języki. Ludzie pamiętają, jakby to było wczoraj. Tylko w latach 2000-2009 otwarto ponad 740 zbiorowych mogił, ekshumowano ponad dziewięć tysięcy ciał. Największa, w Maladze, liczyła ich 2800. Ile takich mogił jeszcze czeka na odkopanie? 500? Tego nikt nie jest w stanie oszacować. 

Z książki Katarzyny Kobylarczyk po raz kolejny wyłania się obraz kraju ogarniętego zbiorowym szaleństwem i zbiorową nienawiścią. A wszystko z imieniem Boga na ustach, w imię obrony tradycji i religii. Oczywiście musi paść kontrargument, że druga strona też dopuszczała się strasznych zbrodni. Jej ofiarami byli księża, zakonnicy, zakonnice i wszyscy, którzy z kościołem mieli jakiekolwiek związki, choćby produkowali świece. To prawda. Katarzyna Kobylarczyk pokazuje argumenty drugiej strony, pisze o ich pomordowanych, cały obszerny rozdział poświęca przecież  Dolinie Poległych. Ale ofiar po stronie republikańskiej było jednak znacznie więcej. Po wojnie szaleństwo się nie skończyło - trwały aresztowania, procesy i egzekucje wszystkich w jakikolwiek sposób opowiadających się za Republiką. Zapełniły się więzienia, a tłok w nich był tak nieprawdopodobny, że zamieniano na nie szkoły, fabryki, klasztory, a potem wymyślono program praca za skrócenie kary. Znowu z Bogiem i miłosierdziem na ustach. Wielu wolało skorzystać z takiej okazji, niż cierpieć niewygody i głód w przepełnionych więzieniach. Ale praca wcale nie była lekka. Więźniowie budowali drogi, kopali kanały, harowali w kopalniach, pracowali przy budowie Doliny Poległych. To ostatnie miejsce pracy wbrew temu, co się uważa, akurat nie należało do najgorszych. Trudno uwierzyć, że ostatni obóz pacy zamknięto dopiero w roku 1970! Nie ma też równości po śmierci. Frankiści dbali o swoich poległych i zamordowanych, wydobywając ich z masowych mogił, urządzając uroczyste pogrzeby, a wreszcie budując wspomnianą Dolinę Poległych, w której bez pytania chowali też kości wrogów, stwarzając tym samym pozory pojednania. A temat tego mauzoleum wrócił ostatnio za sprawą przeniesienia szczątków Franco. Kiedy Katarzyna Kobylarczyk pisała swoją książkę, wciąż jeszcze tam spoczywał, dziś wiemy, że hiszpańskiemu rządowi udało się jednak doprowadzić do jego ekshumacji. 

Bardzo ciekawa jest trzecia część książki. To opowieść o hiszpańskich więźniach hitlerowskich obozów. Fakt mało znany również w Hiszpanii. O ironio trafiali do nich zwolennicy Republiki, którym po zwycięstwie Franco udało się opuścić Hiszpanię i schronić we Francji. Najpierw siedzieli w obozach internowania, gdzie przebywali w okropnych warunkach, a po zajęciu Francji przez Trzecią Rzeszę zostali zabrani do obozów hitlerowskich. Tam czekał ich jeszcze potworniejszy los. Ginęli z wyczerpania pracą ponad siły, od chorób, z niedożywienia albo mordowani. Ci, którzy doczekali wyzwolenia, nie bardzo wiedzieli, co mają z sobą zrobić. Nikt ich nie chciał, do Hiszpanii bali się wracać. 

Aż trudno uwierzyć, że wszystko to działo się na naszym kontynencie niecałe sto lat temu. Wciąż jeszcze żyją ludzie, którzy w tamtych wydarzeniach uczestniczyli. Bardzo ciekawa, bardzo gorzka książka.  

Almudena Grandes "Pacjenci doktora Garcii"

"Pacjenci doktora Garcii" (Sonia draga 2019; przełożyły Zofia Siewak-Sojka, Magdalena Olejnik) to druga powieść hiszpańskiej pisarki Almudeny Grandes wydana w Polsce. Chociaż pierwsza, "Pocałunki składane na chlebie", trochę mnie rozczarowała, postanowiłam sięgnąć po kolejną z dwóch powodów. Po pierwsze temat - hiszpańska wojna domowa, a po drugie bardzo ciekawe spotkanie z autorką na krakowskim Festiwalu Conrada, na który nie zaprasza się byle kogo. Śmiało mogę powiedzieć, że Almudena Grandes tym, co mówiła, ale także sposobem bycia, zrehabilitowała się w moich oczach. 

I rzeczywiście "Pacjenci doktora Garcii" to książka bardzo ciekawa i zdecydowanie lepsza niż wspomniane "Pocałunki składane na chlebie". Warto po nią sięgnąć choćby ze względów poznawczych. A czyta się znakomicie, bo akcja wpisana została w ramy powieści szpiegowskiej. Co prawda trudno mi wyrokować, jak sama intryga ma się do najlepszych wzorców gatunku, bo z braku czasu nie czytam takiej literatury, więc nie mam do czego porównać. Poza tym nie z powodu szpiegowskiej intrygi zainteresowałam się powieścią Almudeny Grandes. Dla mnie, o czym już wspominałam,  magnesem był temat - wojna domowa w Hiszpanii. 

Akcja "Pacjentów doktora Garcii" toczy się na przestrzeni wielu lat. Rozpoczyna się w Madrycie w roku roku 1936, kończy w drugiej połowie lat siedemdziesiątych już po śmierci generała Franco w czasach rozpoczynającej się transformacji. Powieść ma dwóch głównych bohaterów. Tytułowy to doktor Guillermo Garcia Medina, chirurg pracujący w jednym z madryckich szpitali opowiadający się zdecydowanie po stronie Republiki. Drugim jest Manuel Arroyo Benitez, wywodzący się ze społecznych dołów republikański dyplomata. Ich losy splotą się nieoczekiwanie w wojennym Madrycie, kiedy to Guillermo ocali Manuelowi życie. Po upadku Republiki przyjaciel odwdzięczy mu się tym samym - wręczając fałszywe papiery i ofiarowując nową tożsamość, która uratuje go przed więzieniem albo nawet śmiercią. Po kilku latach spotkają się znowu i tak zacznie się szpiegowska intryga. 

Jak widać hiszpańska wojna domowa to zaledwie punkt wyjścia. Potem zaczyna się to, co najciekawsze, bo, przynajmniej dla mnie, nowe. Jakoś nigdy ani nie zastanawiałam się, ani nie czytałam o tym, co nastąpiło potem. Moja uwaga z racji lektur skupiła się na okrucieństwach samej wojny, ale po upadku Republiki i zwycięstwie generała Franco wcale nie było lepiej. Nastąpiły lata dyktatury, która w bezwzględny sposób rozprawiała się ze swoimi przeciwnikami, skazując ich na wieloletnie więzienie, obozy pracy albo śmierć. Gdyby doktor Garcia nie porzucił swojego dotychczasowego życia, tak by właśnie skończył. Porzucić oznaczało nie tylko przyjąć nową tożsamość, ale także opuścić wygodne mieszkanie, utracić wszystko i pożegnać się z pracą w szpitalu. I tak główny bohater ze świetnie zapowiadającego się chirurga stał się urzędnikiem firmy przewozowej. 

Kolejny ważny temat tej powieści, też dla mnie nowy, to rola Hiszpanii w ukrywaniu zbrodniarzy z czasów drugiej wojny światowej, którzy tu byli więcej niż tolerowani. Dla znacznej części z nich to przystanek w drodze do Argentyny, gdzie znaleźli ostateczne schronienie. Stało się tak dzięki działalności Clary Stauffer, falangistki i nazistki, zwolenniczki Franco i Hitlera, kobiety o niemiecko-hiszpańskich korzeniach. To postać autentyczna jak wiele innych w powieści. Na ile słabo w Polsce rozpoznana najlepiej świadczy fakt, że kiedy wpisałam jej nazwisko do wyszukiwarki, wyskoczyły materiały po hiszpańsku, niemiecku i angielsku. Po polsku pojawia się tylko w kontekście tej powieści! To właśnie wokół działalności założonej przez nią organizacji pomagającej szukającym ratunku w Hiszpanii zbrodniarzom wojennym osnuta jest szpiegowska intryga. 

"Pacjenci doktora Garcii" to bardzo gorzka powieść. Nie będzie happy endu, bo być nie może. Ani w planie osobistym, ani  w ściśle z nim splecionym politycznym. Nie dokona się dziejowa sprawiedliwość, nie spełnią się marzenia bohaterów książki o upadku dyktatury, o potępieniu jej przez międzynarodową społeczność. Bo wielka polityka jak zwykle zwyciężyła - w czasach zimnej wojny świat zaczął przymykać oczy na rządy generała Franco, a rola hiszpańskich władz w pomaganiu nazistom została przemilczana. Strach przed rozszerzaniem się komunistycznej zarazy zrobił swoje, a głównym wrogiem stał się Związek Radziecki. Stąd niechlubna rola Stanów Zjednoczonych w popieraniu południowoamerykańskich dyktatur, o czym także opowiada ta powieść. Kto chce wiedzieć więcej, niech koniecznie zajrzy do znakomitego reportażu Artura Domosławskiego "Gorączka latynoamerykańska", o którym nie tak dawno pisałam.

Ale wątek szpiegowski to nie tylko intryga. To także bardzo ciekawy problem etyczny i moralny. Tajna operacja, w której biorą udział bohaterowie, wymaga od nich zanurzenia się w środowisku, które jest im z gruntu obce i obrzydliwe, zajmowania się działalnością przynoszącą korzyści materialne zbrodniarzom wojennym i zacierającą ślady dokonywanych przez nich grabieży, podejmowania trudnych decyzji i wykonywania zadań, z których trudno się otrząsnąć. Najsmutniejsze jest to, że ich wieloletnie wyrzeczenia, narażanie życia na niewiele się zdają. Szczególnie Manuel czuje się przegrany. Bardzo gorzko wypada jego rozliczenie z własnym życiem. 

Powieść Almudeny Grandes ma wiele wątków, wielu bohaterów, jej akcja toczy się nie tylko na przestrzeni lat, ale również w rozmaitych miejscach. Oprócz Hiszpanii to także Związek Radziecki, Estonia, Francja, Anglia, Szwajcaria, Argentyna i Niemcy. Szczególnie epizody rozgrywające się w tych dwóch ostatnich krajach są bardzo ciekawe. Niezwykle interesujący jest obraz powojennego Berlina. Pokonanego, zrujnowanego, biednego i głodnego. Warto wspomnieć, że pomiędzy intrygę autorka wplotła rozdziały z innego porządku. Znajdziemy w nich wiadomości historyczne związane z tematem powieści - informacje o autentycznych postaciach pojawiających się na kartach książki czy kulisy politycznych wydarzeń.

Tak się świetnie złożyło, że również niedawno ukazała się reporterska książka Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" zahaczająca o temat hiszpańskiej wojny domowej. I tak miałam zamiar ją przeczytać, ale w tej sytuacji sięgnęłam po nią od razu po lekturze "Pacjentów doktora Garcii". Znakomicie ją uzupełnia, o czym za tydzień.

PS. Przy okazji chciałabym polecić inną powieść o hiszpańskiej wojnie domowej. To "We mgle czasów" Antonia Munoza Moliny. Zrobiła na mnie duże wrażenie.

Filmowe remanenty - "Między morzem a oceanem", "Opowieść o trzech siostrach"

Sezon filmowy rozwija się z rozmachem, premiera goni premierę, jest na co chodzić do kina, jest na co czekać. Tak to bywa po wakacyjnej kanikule. Dlatego w tym tygodniu obejrzałam aż dwa filmy, oba mocno niszowe - hiszpański "Między morzem a oceanem" i turecki "Opowieść o trzech siostrach". Mnie oba bardzo się podobały, ale nie mam złudzeń - nie jest to kino dla masowej widowni. Może nudzić, lojalnie uprzedzam.


Najpierw wybrałam się przedpremierowo na "Między morzem a oceanem" Isakiego Lacuesty. Zwykle na przedpremiery nie chodzę, ale tym razem skusiła mnie rozmowa po filmie z Aleksandrą Lipczak, reporterką, znawczynią Hiszpanii, autorką świetnego reportażu "Ludzie z placu Słońca" o hiszpańskim kryzysie. Nie żałowałam, rozmowa bardzo ciekawa, szkoda, że nie trwała dłużej, ale było już późno. Film zdobył wiele nagród, warto też dodać, że jest kontynuacją "Legendy o czasie" tego samego reżysera nakręconej kilka lat temu z tymi samymi aktorami- naturszczykami. Pokazuje ich dalsze losy, wykorzystuje też niektóre sceny z tamtego filmu, który w Polsce nie był niestety pokazywany. Jest to opowieść o dwóch braciach mieszkających w Andaluzji w pobliżu Kadyksu na wyspie San Fernando. Obaj są Gitanos, czyli Romami. Warto dodać, że hiszpańska kultura wiele im zawdzięcza, choćby flamenco. I chociaż Gitanos nie są tak wykluczani jak Romowie w naszej części Europy, to wiadomo, że mimo wszystko traktowani są gorzej niż Hiszpanie i bezrobocie dotyka ich znacznie mocniej. O tym między innymi opowiada film. Bracia przed laty przeżyli wielką tragedię, która bardzo naznaczyła ich życie. Szczególnie młodszego, Israela, tamta historia złamała, przetrąciła i wykoleiła. Odsiedział kilkuletni wyrok za handel narkotykami, po wyjściu z więzienia chce zacząć normalne życie, chce opiekować się swoimi trzema córeczkami, ale los rzuca mu kłody pod nogi. Brak godnej pracy to tylko jedna z nich. Starszemu z braci, Cheito, też nie wiedzie się różowo. Wstąpił do marynarki wojennej, ale aby dobrze zarobić, a powinien, bo spłaca długi, musi decydować się na długie okresy rozłąki z rodziną. Ma jedno marzenie, ale czy kiedyś się spełni? Niestety szanse na to są niewielkie. Cheito mimo swoich problemów toczy walkę o duszę brata. Film pokazuje Hiszpanię, do jakiej turysta się nie zapędza. Biedną, brzydką, pozbawioną perspektyw. A mimo to większość bohaterów tego filmu próbuje żyć godnie. Siłę i radość daje im rodzina i przyjaciele. Jednak w takich warunkach niezwykle łatwo się potknąć. Trzeba mieć silny charakter, aby nie ulec pokusie łatwego zarobku, bo alternatywą jest zbieranie złomu albo brodzenie po kolana w przybrzeżnym mule w poszukiwaniu skorupiaków. Film, chociaż jest fabułą, bardzo dużo czerpie z życia aktorów- naturszczyków. Odtwórcy ról Israela i Cheito też są braćmi, też są Gitanos, ale nie jest to opowieść jeden do jeden. Warto też wiedzieć, że "Między morzem a oceanem" formą przypomina dokument. Dużo jest tu zwyczajnych rozmów o życiu, brzmią one bardzo naturalnie. Widz ma wrażenie, jakby podsłuchiwał bohaterów. Jest w nich głębia, jaką czasem mają ludzie prości. Ten film nie zaleca się urodą, bo świat, który pokazuje, urody jest pozbawiony. Może zwyczajnie nudzić (film nie świat). Ja oglądałam z wielkim zainteresowaniem.


I "Opowieść o trzech siostrach", chyba jeszcze bardziej niszowa. Tureckie filmy na polskich ekranach zbyt często nie goszczą, ja zawsze staram się nie przegapić okazji, jeśli się pojawia. Właściwie, nieco upraszczając, można powiedzieć, że "Opowieść o trzech siostrach" to doprowadzona do ekstremum "Dzika grusza" Ceylana, którą niedawno można było zobaczyć w kinie. Oczywiście historia jest zupełnie inna, choćby dlatego, że głównymi bohaterkami są kobiety, trzy siostry, ale pewne podobieństwa da się zauważyć. Akcja toczy się na prowincji. Już bohater "Dzikiej gruszy" chciał się wyrwać ze swojego miasta. Tu mamy prowincję do potęgi - wioskę położoną wśród gór, do której prowadzi kręta, górska, nieasfaltowana droga. Zimą, kiedy spadnie śnieg, miejsce odcięte jest od świata. Za to jakie piękne krajobrazy! Znakomite zdjęcia to duży atut filmu. Z takich wiosek jak ta wszyscy młodzi wyjeżdżają. Żyje się tu ciężko, warunki są trudne, pracy nie ma, kopalnię zamknięto, nieliczni mieszkańcy hodują owce i nielegalnie kopią węgiel marnej jakości. Oba zajęcia są niebezpieczne. Kolejne podobieństwo - film jest gadany. Składa się właściwie tylko z rozmów, a że świat jest tu wyraźnie podzielony na męski i żeński, najczęściej kobiety gadają w swoim gronie, a mężczyźni w swoim. "Opowieść o trzech siostrach", mimo że realistyczna, ma wyraźny rys ni to baśni, ni to przypowieści. Może dzieje się tak dlatego, że ten świat jest tak odległy, tak zamknięty, taki za górami, za lasami. Dużo tu mroku - wiele scen rozgrywa się nocą albo w ciasnym i ciemnym wnętrzu kamiennego domu, rozjaśnia je tylko ogień ogniska albo paleniska. Atmosferę niezwykłości, tajemniczości buduje też wyrazista, mocna, nieco ckliwa, ale piękna muzyka. Mimo to film bardzo zanurzony jest w rzeczywistości. Opowiada o problemach tureckiej prowincji. Dla trzech sióstr nie ma innej drogi niż wyjazd do najbliższego miasta. Rozumie to ich ojciec, rozumiała nieżyjąca matka, która żałowała, że wzorem swoich sióstr nie opuściła wsi. Ale w mieście czyhają rozmaite pułapki, praca nie jest lekka, bo co mogą robić dziewczyny bez wykształcenia? Miasto zmienia. Najstarsza z sióstr mimo tradycyjnego stroju, jaki nosi, mocno się wyemancypowała, ma swoje zdanie, potrafi się postawić mężczyznom, potrafi nazwać swoje potrzeby, domagać się ich spełnienia. Ale czy uda jej się wyjechać do ciotki do Ankary, o czym marzy? I czy tam na pewno czeka ją lepsze życie? Dotychczasowe doświadczenia sióstr są pesymistyczne. Trudno uciec od biedy, trudno uciec od patriarchalnego świata. Nie jest to historia pogodna. Przeciwnie, bardzo mroczna. Wiele tu tragedii. Na pewno nie każdemu spodoba się "Opowieść o trzech siostrach". Powolne tempo, gadanie, gadanie, gadanie. Ja uległam mrocznej, nieco baśniowej atmosferze tego filmu, na mnie zrobił wrażenie.

Almudena Grandes "Pocałunki składane na chlebie"

Książka Almudeny Grandes "Pocałunki składane na chlebie" (Sonia Draga 2017; przełożyła

Katarzyna Okrasko) zmaterializowała się dla mnie z książkowego niebytu dzięki radiowej audycji. Szybko też okazało się, że autorka będzie gościła na festiwalu Literacki Sopot. Chodzi oczywiście o jego zeszłoroczną edycję poświęconą literaturze hiszpańskiej. W tym roku zaproszeni zostali Francuzi. Zainteresowałam się książką ze względu na temat - hiszpański kryzys. Ileż ja się na nią napolowałam, ileż się naczekałam na sensowną cenę. W końcu mniej więcej po roku udało się, kupiłam, no i wreszcie przeczytałam. Czy było warto? Uczucia mam mieszane. To taka powieść, którą pochłania się jednym tchem, po skończeniu lektury może niekoniecznie ma się poczucie zmarnowanego czasu, ale gdybym nie przeczytała, dziury w niebie by nie było. Jednym słowem nie jest to must read mola książkowego.

Początkowo lekturze towarzyszyła irytacja. Nie opuszczało mnie  wrażenie, że czytam szkolną czytankę. Dlaczego? Autorka postanowiła potraktować swoich bohaterów jak przykłady. Zdaje się mówić - Opowiem wam o hiszpańskim kryzysie z punktu widzenia szarego człowieka. O tym, jak sobie radzi albo jak nie radzi z nagłą utratą pracy, mieszkania, z obniżeniem pensji. O tym, jakie zmiany zachodzą w jego najbliższym otoczeniu. W tym celu przez rok będę obserwować życie mieszkańców jednej z madryckich dzielnic. Jest to przeciętna dzielnica w centrum stolicy,  mieszkają tu różni ludzie, często zasiedziali od lat. Ma swój bar, swój zakład fryzjerski, swój ośrodek zdrowia. Mieszkańcy się znają, jedni lepiej, inni tylko z widzenia, ale są u siebie. Gdyby to był film, zobaczylibyśmy, jak kamera zmniejsza kąt widzenia, jak z panoramy miasta wybiera jedną dzielnicę, wyławia konkretne miejsca i konkretnych bohaterów. Podobny zabieg stosuje narrator. Problem w tym, że używa czasu teraźniejszego. I właśnie ten nieznośny, w tym kontekście i w tej ilości, czas teraźniejszy plus czasami sztuczne, deklaratywne dialogi, jakby bohaterowie wygłaszali jakieś tezy, powodowały, że miałam wrażenie, jakbym czytała szkolną czytankę i to raczej z podręcznika dla klas młodszych. Czasem pojawia się też nieznośnie dydaktyczny ton w komentarzach narratora. No ale potem przywykłam, przestałam zwracać na to uwagę i wkręciłam się w losy bohaterów. Na szczęście, kiedy na końcu narratorka żegna się z nimi (w filmie kamera poszerza kąt widzenia, znowu mamy panoramę miasta) i krótko opowiada, jakie były dalsze losy najważniejszych z nich, okazuje się, że nie wszystkim się udało. Nie wszyscy poradzili sobie w czasach kryzysu,  nie wszyscy odnaleźli się w trudnej sytuacji.

Książka ma bardzo wielu bohaterów, tak wielu, że wcale nierzadko musiałam dobrze się zastanowić, o kim mowa. Myliły mi się imiona i postacie, szczególnie na początku. Tym bardziej, że powieść w swojej konstrukcji przypomina mozaikę. Za każdym bohaterem idzie jego historia, a narrator skacze od wątku do wątku. Niektórym bohaterom poświęca więcej miejsca, inni pojawiają się rzadziej. Jak to w takiej konwencji bywa, jedni są przyjaciółmi, inni znają się z baru czy z fryzjerskiego salonu Amalii, ktoś zetknie się z kimś przez chwilę w jakiejś sytuacji, na przykład na manifestacji w obronie likwidowanego ośrodka zdrowia. I tak to się plecie. Polubiłam bohaterów, ale konwencja powoduje, że trudno się z nimi bliżej zżyć. Niektóre wątki są dość przewidywalne, ale czasem zostajemy zaskoczeni.

Tematem książki Almudeny Grandes jest opowieść o tym, jak hiszpański kryzys dotyka zwykłych ludzi i jak próbują sobie radzić w tej sytuacji. Kto czytał znakomity reportaż Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca", temu problemy, jakie dotykają bohaterów, i ich przyczyny, nie są obce. Brak pracy, bezrobocie, zmniejszenie pensji, strata mieszkania, bo bank wszedł na hipotekę, borykanie się z obciążeniem, jakim jest domek nad morzem kupiony w czasach prosperity, praca poniżej kwalifikacji, abdykacja państwa albo władz miasta, które likwidują ośrodek zdrowia w dzielnicy, bo prawdopodobnie chcą sprzedać teren deweloperowi, bezduszność banków, korupcja, nieuczciwa chińska konkurencja. Amalia, właścicielka zakładu fryzjerskiego, naprzeciwko którego powstał chiński salon oferujący bardzo tanio manicure hybrydowy, co spowodowało, że musiała zwolnić dziewczynę zajmującą się u niej tym samym, początkowo jest wściekła i przerażona. Szybko jednak przekonuje się, że inni mają gorzej. Dlaczego właściciel konkurencyjnego zakładu może oferować usługi po tak dumpingowej cenie? Bo Chinki, które u niego pracują, harują po kilkanaście godzin dziennie. Ale kryzys uruchamia w mieszkańcach dzielnicy niezwykłe pokłady życzliwości. Ludzie pomagają sobie nie tylko w drobnych sprawach, ale organizują się w rozmaitych stowarzyszeniach samopomocowych czy inicjatywach. Jedni udzielają pomocy prawnej eksmitowanym mieszkańcom, prowadzą za darmo ich sprawy w sądzie, Amalia zbiera w swoim salonie żywność dla potrzebujących, Paskual, właściciel baru, zgodzi się, aby w czasie wakacji dożywiano w nim dzieci z ubogich rodzin, a Sofia, nauczycielka stojąca za tym pomysłem, już wcześniej rozdawała w swojej szkole drugie śniadania właśnie tym dzieciom. A kiedy władze miasta chcą zlikwidować ośrodek zdrowia, w jego obronie manifestować będą zgodnie lekarze i mieszkańcy dzielnicy. Brzmi jak bajka? Jak piękna utopia? Też bym tak myślała, gdybym wcześniej nie czytała wspomnianego reportażu Aleksandry Lipczak, która pisze w swojej książce o podobnych inicjatywach. Być może Almudena Grandes na użytek swojej powieści nieco podkręciła temat i zebrała w jednej dzielnicy wiele różnych inicjatyw i ruchów, które działają w większym rozproszeniu. Tego nie wiem. Jak by nie było, nie da się ukryć, że książka krzepi, a to, że nie wszystkim się jednak udało, sprawia, że całość postrzegamy jako bardziej prawdopodobną.

Jeśli, czytelniku tej notki, lubisz dobrze napisane czytadła traktujące jednak o poważnych problemach, możesz śmiało sięgnąć po powieść Almudeny Grandes.

Katarzyna Kobylarczyk "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty"

Kiedy skończyłam czytać reportaż Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca", o którym pisałam ostatnio, przypomniałam sobie, że w czeluściach mojego czytnika mam jeszcze jedną książkę o Hiszpanii. To „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” (Czarne 2013, ale książka jest dostępna, przynajmniej ebook) Katarzyny Kobylarczyk. Chcąc pozostać w hiszpańskich klimatach, natychmiast po nią sięgnęłam, a że książeczka jest niedużych rozmiarów, pochłonęłam ją jednym tchem.

To rzecz zupełnie odmienna, ale też wyrastająca z miłości do Hiszpanii. Autorka nie zajmuje się problemami społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi. Zafascynowana jest fiestami i małymi osadami. Przemierza spalony słońcem hiszpański interior  i odwiedza malutkie miasteczka i wioski. Czasem nie dzieje się nic, czasem opowiada o jakiejś lokalnej osobliwości, legendzie, sięga do przeszłości, ale najczęściej opisuje zwariowane fiesty, jakie trudno nam sobie wyobrazić. Najbardziej znaną jest fiesta w Pampelunie. Słynne gonitwy byków i szaleństwo, które się tam odbywa, rozsławił Hemingway między innymi w powieści ”Słońce też wschodzi”. Nie miałam pojęcia, że to on sprawił, iż ta lokalna fiesta, jakich wiele w całej Hiszpanii, stała się taka słynna i dzisiaj to prawdziwy szał. Nie ukrywam, że i ja, zarażona przez Hemingwaya, marzyłam o Pampelunie, ale kiedy wreszcie dwa lata temu zrealizowałam ten plan, z wielu powodów przyjechałam do miasta w kilka dni po zakończonym szaleństwie. Pampeluna jeszcze lizała rany i doprowadzała się do porządku. Inna słynna fiesta to obchody Wielkiego Tygodnia w Sewilli. Podobne odbywają się w wielu hiszpańskich miejscowościach. Ale najrozmaitszych, przedziwnych fiest są w Hiszpanii tysiące. To bieganie z ogromnymi figurami świętych albo z figurą Chrystusa w szklanej trumnie, wyścigi koni pod stromą górę z uczepionymi do ich grzbietów czterema śmiałkami, obrzucanie się najrozmaitszymi przedmiotami, walenie w bębny i wiele innych.Często nikt dziś już nie zna ich rodowodu.

Wielką zaletą książki Katarzyny Kobylarczyk jest piękny język. Czytanie jej to niezwykła przyjemność. Kiedy pisze o fiestach, znakomicie oddaje szaleństwo i trans, w jaki popadają miejscowi, i bezradność turysty, który zawsze będzie tylko turystą, kimś z zewnątrz. Kiedy opisuje miasteczka, wioski, hiszpański interior, robi to w sposób poetycki, niebanalny, bardzo sensualny. To książka do smakowania. Niewielki drobiazg, ale naprawdę bardzo pyszny. Odtrutka na codzienność i coraz niższe temperatury. Można ją połknąć na raz, ja tak zrobiłam, albo smakować po kawałku, żeby starczyło na dłużej. Żadne moje gadanie, a właściwie pisanie, nie odda istoty rzeczy. Po prostu trzeba przeczytać. Zimą jak znalazł.

Aleksandra Lipczak "Ludzie z placu Słońca"

W moim prywatnym rankingu państw europejskich, które uwielbiam, Hiszpania bije się z


Włochami o palmę pierwszeństwa. Właściwie niby pierwsze są Włochy, ale czy ja wiem? Bo Hiszpania mnie również fascynuje! Podróżować po jakimś kraju to jedno, a znać go tak od podszewki to drugie. Nawet jeśli jeździ się samodzielnie, korzysta z transportu publicznego, wybrzeże omija szerokim łukiem (przynajmniej to śródziemnomorskie), to nie znaczy, że poznało się kraj. Ja przynajmniej nie ośmieliłabym się tak powiedzieć, chociaż po Hiszpanii podróżowałam kilka razy. Między innymi dlatego sięgnęłam po zbiór reportaży Aleksandry Lipczak „Ludzie z placu Słońca” (Dowody na Istnienie 2016). To książka fascynująca, połknęłam ją jednym tchem i każdemu polecam.

Autorka pisze o Hiszpanii współczesnej, ale ponieważ na tym, co dzisiaj, swoje piętno odcisnęła hiszpańska wojna domowa i czasy dyktatury Franco, nie może uciec od przeszłości. Bo Hiszpania na pewno byłaby inna, gdyby nie tamte czasy. Eksplozja wolności i szaleństwa, jaka nastąpiła po upadku dyktatury, to odreagowanie tamtego ciemnego okresu, który nie dość, że kosztował życie wielu ofiar, ale także na dekady zamknął Hiszpanię za Pirenejami. Gdyby nie odreagowanie dyktatury, nie byłoby filmów Almodovara. To właśnie początkom jego twórczości poświęcony jest jeden z reportaży. A czym była dyktatura Franco, opowiada między innymi tekst „Macho”. Wbrew tytułowi jego bohaterem nie jest mężczyzna, tylko kobieta. Pilar Primo de Rivera, siostra założyciela Falangi, która stworzyła przy niej Sekcję Kobiecą. Jej celem było wychowanie nowej kobiety, całkowicie podległej mężczyźnie, zamkniętej w domu. Kiedy czytałam o tym, jak rolę kobiet widziała Pilar, kręciłam głową z niedowierzaniem, tak absurdalnie brzmią jej  postulaty. Można by się z tego śmiać, gdyby nie było to tak straszne, bo przecież część z nich dzięki zmianom prawa została wcielona w życie. Po upadku dyktatury Franco w czasach transformacji tamtego mrocznego okresu nigdy nie rozliczono. Przez lata milczano w imię społecznego spokoju. Zbyt to wszystko było skomplikowane. Dyskusja o przeszłości ruszyła kilkanaście lat temu i trwa do dziś. Dopiero na początku naszego wieku rozpoczęły się poszukiwania ludzi zaginionych w czasie wojny domowej, po hiszpańsku desaparecido, czyli znikniętych. Większość z nich została po prostu rozstrzelana. Jeśli egzekucje były masowe, chowano ich w zbiorowych grobach, jeśli mordowano pojedyncze osoby, takie też są ich groby. Słowo grób jest tu zdecydowanie na wyrost, bo nikt nigdy nie miał się dowiedzieć, gdzie zostali pochowani. Hiszpania jest wielkim cmentarzem, pełno tu skażonych krajobrazów, o jakich pisał Martin Pollack w książce pod takim tytułem. O ludziach, którzy szukają swoich znikniętych i o stowarzyszeniu, które się tym zajmuje i o trudnościach, z jakimi się boryka, opowiada jeden z reportaży. Trudno w to uwierzyć, ja w każdym razie nie miałam o tym pojęcia, że do dziś można zwiedzać sanktuarium, w którym wraz ze swoimi towarzyszami pochowany został Franco, do dziś to miejsce otoczone jest kultem. A przypływających do Mellili, jednej z dwóch hiszpańskich enklaw na północnych wybrzeżach Afryki, wita w porcie wielki pomnik generała. Co zrobić z pamięcią o nim, to pytanie jednego z tekstów.

Ale najwięcej reportaży dotyczy oczywiście problemów społecznych i gospodarczych Hiszpanii współczesnej. Kraju, który jeszcze kilkanaście lat temu gnał do przodu i był przykładem europejskiego eldorado. Światowy kryzys obnażył jego słabości i wybuchł tu z wielką siłą. Z jego skutkami, ogromnym bezrobociem, które dotknęło szczególnie młode pokolenie, zmaga się Hiszpania do dziś. Z reportaży poświęconych kryzysowi i jego skutkom negatywnym i pozytywnym, bo są i takie, bije największa energia. Wyczuwa się w nich gniew, podziw dla tych, którzy walczą i próbują na gruzach starego budować nowe, wzruszenie dla ludzkiej solidarności wywołanej wspólnym nieszczęściem. Gniew ukryty pod maską ironii bije z tekstu o hiszpańskiej bańce na rynku nieruchomości, o miastach widmach i o Paco Hernando, wielkim deweloperze, który po aferze z jego udziałem gdzieś zniknął i nie wiadomo, czy jest bankrutem, czy ocalił coś ze swojego wielkiego majątku. Posługując się jego przykładem, Aleksandra Lipczak opowiada o mechanizmach, które najpierw pozwoliły bańce nieruchomości urosnąć do niebotycznych rozmiarów, a potem doprowadziły do wielkiego krachu. Podziw i wzruszenie promieniują z opowieści o Adzie Colau, burmistrzyni Barcelony, która wyrosła z ruchu oburzonych, a pierwsze kroki stawiała w Platformie Poszkodowanych przez Hipoteki. Takie same uczucia pulsowały w tekście poświęconym działaczom tej platformy – tym, którzy stracili mieszkania w wyniku kryzysu, i tym, którzy im pomagają, a  właściwie zmuszają do działania. Bo tu nikt niczego za nikogo nie zrobi, za to pokaże, jak sobie radzić i wesprze. Przesłanie tego reportażu wydało mi się najważniejsze, bo pokazuje, jak na nowo w nieszczęściu budzi się między ludźmi solidarność. Kryzys zmusił wielu do przewartościowania swoich poglądów. Bohaterowie reportażu mówią, że błędem jest wiara w wolność, która zasadza się na samowystarczalności, wiara, że zależymy tylko od siebie. Tak nie jest. Żyjemy wśród ludzi i współzależymy od nich. Dlatego kluczem do rozwiązania licznych problemów jest przywoływana tu po raz kolejny solidarność i współpraca. Jak mówi cytowana w książce filozofka Marina Garces - „Istnieć to zależeć od innych”. Muszę przyznać, że mnie, skrajną indywidualistkę, bardzo jej wywód poruszył. W innych tekstach Aleksandra Lipczak zastanawia się, jak to możliwe, że na pierwszy rzut oka kryzysu w Hiszpanii  nie widać. I rzeczywiście, dwie moje ostatnie podróże po tym kraju odbyłam już w czasach kryzysu – pierwszą u jego zarania, drugą dwa lata temu. Miałam podobne wrażenia i do dziś pamiętam, jak bardzo mnie to dziwiło. Nie umiałam jednak odpowiedzieć sobie na to pytanie.

„Ludzie z placu Słońca” mają jeszcze jeden nieoczekiwany walor. Chociaż jest to opowieść o Hiszpanii, możemy się w niej przejrzeć jak w lustrze. Kiedy się czyta te reportaże, trudno nie ulec wrażeniu, jak wiele jest podobieństw między Hiszpanią a Polską. Podział  społeczeństwa, polityka mieszkaniowa państwa, deweloperów i banków czy tworzenie się nowych ruchów miejskich, społecznych i politycznych. Jedno nas na pewno niestety różni – jesteśmy ponurakami, brak nam hiszpańskiego luzu.

Kiedy w sierpniu czytałam reportaże Aleksandry Lipczak, było jeszcze przed katalońskim referendum. Teraz wydarzenia nabrały tempa. Dokąd zmierza Hiszpania?

 

Popularne posty