Almudena Grandes "Pacjenci doktora Garcii"

"Pacjenci doktora Garcii" (Sonia draga 2019; przełożyły Zofia Siewak-Sojka, Magdalena Olejnik) to druga powieść hiszpańskiej pisarki Almudeny Grandes wydana w Polsce. Chociaż pierwsza, "Pocałunki składane na chlebie", trochę mnie rozczarowała, postanowiłam sięgnąć po kolejną z dwóch powodów. Po pierwsze temat - hiszpańska wojna domowa, a po drugie bardzo ciekawe spotkanie z autorką na krakowskim Festiwalu Conrada, na który nie zaprasza się byle kogo. Śmiało mogę powiedzieć, że Almudena Grandes tym, co mówiła, ale także sposobem bycia, zrehabilitowała się w moich oczach. 

I rzeczywiście "Pacjenci doktora Garcii" to książka bardzo ciekawa i zdecydowanie lepsza niż wspomniane "Pocałunki składane na chlebie". Warto po nią sięgnąć choćby ze względów poznawczych. A czyta się znakomicie, bo akcja wpisana została w ramy powieści szpiegowskiej. Co prawda trudno mi wyrokować, jak sama intryga ma się do najlepszych wzorców gatunku, bo z braku czasu nie czytam takiej literatury, więc nie mam do czego porównać. Poza tym nie z powodu szpiegowskiej intrygi zainteresowałam się powieścią Almudeny Grandes. Dla mnie, o czym już wspominałam,  magnesem był temat - wojna domowa w Hiszpanii. 

Akcja "Pacjentów doktora Garcii" toczy się na przestrzeni wielu lat. Rozpoczyna się w Madrycie w roku roku 1936, kończy w drugiej połowie lat siedemdziesiątych już po śmierci generała Franco w czasach rozpoczynającej się transformacji. Powieść ma dwóch głównych bohaterów. Tytułowy to doktor Guillermo Garcia Medina, chirurg pracujący w jednym z madryckich szpitali opowiadający się zdecydowanie po stronie Republiki. Drugim jest Manuel Arroyo Benitez, wywodzący się ze społecznych dołów republikański dyplomata. Ich losy splotą się nieoczekiwanie w wojennym Madrycie, kiedy to Guillermo ocali Manuelowi życie. Po upadku Republiki przyjaciel odwdzięczy mu się tym samym - wręczając fałszywe papiery i ofiarowując nową tożsamość, która uratuje go przed więzieniem albo nawet śmiercią. Po kilku latach spotkają się znowu i tak zacznie się szpiegowska intryga. 

Jak widać hiszpańska wojna domowa to zaledwie punkt wyjścia. Potem zaczyna się to, co najciekawsze, bo, przynajmniej dla mnie, nowe. Jakoś nigdy ani nie zastanawiałam się, ani nie czytałam o tym, co nastąpiło potem. Moja uwaga z racji lektur skupiła się na okrucieństwach samej wojny, ale po upadku Republiki i zwycięstwie generała Franco wcale nie było lepiej. Nastąpiły lata dyktatury, która w bezwzględny sposób rozprawiała się ze swoimi przeciwnikami, skazując ich na wieloletnie więzienie, obozy pracy albo śmierć. Gdyby doktor Garcia nie porzucił swojego dotychczasowego życia, tak by właśnie skończył. Porzucić oznaczało nie tylko przyjąć nową tożsamość, ale także opuścić wygodne mieszkanie, utracić wszystko i pożegnać się z pracą w szpitalu. I tak główny bohater ze świetnie zapowiadającego się chirurga stał się urzędnikiem firmy przewozowej. 

Kolejny ważny temat tej powieści, też dla mnie nowy, to rola Hiszpanii w ukrywaniu zbrodniarzy z czasów drugiej wojny światowej, którzy tu byli więcej niż tolerowani. Dla znacznej części z nich to przystanek w drodze do Argentyny, gdzie znaleźli ostateczne schronienie. Stało się tak dzięki działalności Clary Stauffer, falangistki i nazistki, zwolenniczki Franco i Hitlera, kobiety o niemiecko-hiszpańskich korzeniach. To postać autentyczna jak wiele innych w powieści. Na ile słabo w Polsce rozpoznana najlepiej świadczy fakt, że kiedy wpisałam jej nazwisko do wyszukiwarki, wyskoczyły materiały po hiszpańsku, niemiecku i angielsku. Po polsku pojawia się tylko w kontekście tej powieści! To właśnie wokół działalności założonej przez nią organizacji pomagającej szukającym ratunku w Hiszpanii zbrodniarzom wojennym osnuta jest szpiegowska intryga. 

"Pacjenci doktora Garcii" to bardzo gorzka powieść. Nie będzie happy endu, bo być nie może. Ani w planie osobistym, ani  w ściśle z nim splecionym politycznym. Nie dokona się dziejowa sprawiedliwość, nie spełnią się marzenia bohaterów książki o upadku dyktatury, o potępieniu jej przez międzynarodową społeczność. Bo wielka polityka jak zwykle zwyciężyła - w czasach zimnej wojny świat zaczął przymykać oczy na rządy generała Franco, a rola hiszpańskich władz w pomaganiu nazistom została przemilczana. Strach przed rozszerzaniem się komunistycznej zarazy zrobił swoje, a głównym wrogiem stał się Związek Radziecki. Stąd niechlubna rola Stanów Zjednoczonych w popieraniu południowoamerykańskich dyktatur, o czym także opowiada ta powieść. Kto chce wiedzieć więcej, niech koniecznie zajrzy do znakomitego reportażu Artura Domosławskiego "Gorączka latynoamerykańska", o którym nie tak dawno pisałam.

Ale wątek szpiegowski to nie tylko intryga. To także bardzo ciekawy problem etyczny i moralny. Tajna operacja, w której biorą udział bohaterowie, wymaga od nich zanurzenia się w środowisku, które jest im z gruntu obce i obrzydliwe, zajmowania się działalnością przynoszącą korzyści materialne zbrodniarzom wojennym i zacierającą ślady dokonywanych przez nich grabieży, podejmowania trudnych decyzji i wykonywania zadań, z których trudno się otrząsnąć. Najsmutniejsze jest to, że ich wieloletnie wyrzeczenia, narażanie życia na niewiele się zdają. Szczególnie Manuel czuje się przegrany. Bardzo gorzko wypada jego rozliczenie z własnym życiem. 

Powieść Almudeny Grandes ma wiele wątków, wielu bohaterów, jej akcja toczy się nie tylko na przestrzeni lat, ale również w rozmaitych miejscach. Oprócz Hiszpanii to także Związek Radziecki, Estonia, Francja, Anglia, Szwajcaria, Argentyna i Niemcy. Szczególnie epizody rozgrywające się w tych dwóch ostatnich krajach są bardzo ciekawe. Niezwykle interesujący jest obraz powojennego Berlina. Pokonanego, zrujnowanego, biednego i głodnego. Warto wspomnieć, że pomiędzy intrygę autorka wplotła rozdziały z innego porządku. Znajdziemy w nich wiadomości historyczne związane z tematem powieści - informacje o autentycznych postaciach pojawiających się na kartach książki czy kulisy politycznych wydarzeń.

Tak się świetnie złożyło, że również niedawno ukazała się reporterska książka Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" zahaczająca o temat hiszpańskiej wojny domowej. I tak miałam zamiar ją przeczytać, ale w tej sytuacji sięgnęłam po nią od razu po lekturze "Pacjentów doktora Garcii". Znakomicie ją uzupełnia, o czym za tydzień.

PS. Przy okazji chciałabym polecić inną powieść o hiszpańskiej wojnie domowej. To "We mgle czasów" Antonia Munoza Moliny. Zrobiła na mnie duże wrażenie.

"Młody Ahmed"

Lubię kino braci Dardenne. Nie powiem, abym oglądała ich filmy od zawsze, ale od jakiegoś czasu staram się nie opuszczać żadnego. Tworzą obrazy minimalistyczne, trochę bliskie dokumentowi, interesują ich problemy społeczne, na bohaterów wybierają zwykłych ludzi, raczej z dołów drabiny społecznej. Kto lubi Kena Loacha, ten powinien zainteresować się braćmi Dardenne. Szczególnie ich dwa poprzednie filmy zrobiły na mnie duże wrażenie - "Nieznajoma dziewczyna" i "Dwa dni, jedna noc". Może dlatego, że starsze, "Milczenie Lorny" i "Syna", pamiętam słabiej. Dlatego nie mogłam opuścić ich najnowszego filmu - "Młodego Ahmeda", który na tegorocznym festiwalu w Cannes zdobył Złotą Palmę. Dyskusja w Tygodniku Kulturalnym jeszcze podsyciła moją ciekawość, bo zdania były podzielone. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że nie jest to najlepszy film braci Dardenne, dwa poprzednie, które tu przywoływałam, zrobiły na mnie znacznie większe wrażenie, ale to wszystko nie znaczy, że "Młodego Ahmeda" można sobie darować.


To historia czternastoletniego chłopca o arabskich korzeniach mieszkającego w Belgii, który pod wpływem miejscowego imama staje się coraz bardziej religijny, aż w końcu zaczyna się radykalizować. Wzorem staje się dla niego kuzyn, który zginął jako męczennik, być może gdzieś w Syrii. W filmie nie znajdziemy odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje. Ahmed pochodzi z zadomowionej w Belgii rodziny, która nie jest zbyt religijna. Matka i siostra nie noszą hidżabów, brat też nie jest specjalnie gorliwy. Pewną niewiadomą stanowi ojciec chłopca nieobecny w jego życiu. Co się z nim dzieje? Czy jego brak miał jakiś wpływ na rosnącą gorliwość religijną Ahmeda? Czy szukał w imamie wzorca mężczyzny, którego nie miał w domu? Czy po prostu tak się czasem zdarza bez wyraźnego powodu, że ktoś ulega czyimś wpływom? Sądzę, że to celowy zabieg - braci Dardenne nie interesowały przyczyny, skupili się na samym procesie. Ahmed jest nie tylko głównym bohaterem, ale z czasem to na nim przede wszystkim skupia się uwaga twórców. Obserwujemy jak rośnie jego fanatyzm i do czego prowadzi. Nie znamy przyczyn, ale potem doskonale możemy odczytać motywy, które kierują jego działaniami, doprowadzając do nieoczekiwanych zdarzeń. W tym sensie jest to kino psychologiczne. 


Chociaż Ahmed w swoim fanatyzmie posuwa się bardzo daleko, raczej mu współczujemy niż czujemy do niego niechęć. Dlaczego? Bo jest dzieckiem, ofiarą imama, który sprytnie nim manipuluje, podsuwając dosłowne, najprostsze rozumienie Koranu. Chłopiec pozostaje głuchy na wszelkie inne argumenty. Chciałoby się krzyczeć - edukacja, edukacja, edukacja! Co jednak zrobić, kiedy ktoś nawet mając możliwość, nie chce słuchać, bo wie swoje? Czy mało mamy przykładów fanatyzmu wokół siebie? Czy mało znamy ludzi odpornych na wszelkie argumenty, które nie zgadzają się z ich widzeniem świata? Dlatego film braci Dardenne chociaż opowiada konkretną historię, można odczytać uniwersalnie jako rzecz o uleganiu fałszywym autorytetom.

Wbrew temu, co może się wydawać, "Młody Ahmed" trzyma w napięciu, momentami ociera się o kino sensacyjne czy thriller psychologiczny i prowadzi do zaskakującego finału. Czy daje jakąś nadzieję? Jeśli tak, to jest to nadzieja okupiona tragedią. 

Przy okazji tego filmu warto przypomnieć znakomity reportaż Wojciecha Jagielskiego "Wszystkie wojny Lary", który porusza podobny temat. Autor stara się dociec przyczyn radykalizacji dwóch młodych chłopaków - synów tytułowej Lary.

Juliusz Strachota "Turysta polski w ZSRR"

Po "Turystę polskiego w ZSRR" (Korporacja Ha!art 2018) Juliusza Strachoty sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze znalazła się w finale Nagrody Nike, a po drugie poleciła mi ją bliska osoba, z której opinią się liczę. Wcale jednak nie jest pewne, czy sięgnęłabym po książkę, gdyby nie ebook w bardzo promocyjnej cenie. To ostatecznie przesądziło sprawę. 

Weszłam w lekturę gładko, bardzo gładko. Czytałam z dużym zainteresowaniem. Ile było w tym mojego zachwytu, a ile czarodziejskiej mocy Nike i sugestii bliskiej mi osoby, nie mam pojęcia. Bo po jakimś czasie coraz bardziej miałam wrażenie, że znam ten sposób pisania doskonale, że już to czytałam niejeden raz i że inni zrobili to znacznie lepiej. Do kogo podobieństwo dostrzegłam? Przede wszystkim do prozy Krzysztofa Środy i Andrzeja Stasiuka. 

Podobnie jak oni narrator podróżuje w sposób nieoczywisty. Jego celem jest zaliczenie wszystkich miejsc uwiecznionych na zdjęciach w starym przewodniku po ZSRR, który znalazł na półce w szpitalu psychiatrycznym, kiedy przebywał tam na odwyku. Nie zwiedza systematycznie, dokładnie, dogłębnie, czasem wpada do jakiejś miejscowości tylko na parę godzin. Refleksje, zdziwienia, drobne obserwacje, rozmyślania o sobie, wspomnienia z przeszłości. Wszystko to miesza się w jego narracji. Tyle tylko, że Środa i Stasiuk są o niebo głębsi, wrażliwsi, są lepszymi obserwatorami, ich proza jest gęsta, język piękniejszy. Pamiętam, z jakim zachwytem czytałam pierwszą książkę Środy "Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych". U Stasiuka porwała mnie umiejętność zrobienia czegoś z niczego - o miejscu, gdzie jest jedno wielkie nic, potrafi pisać niezwykle. U Strachoty wszystko leży na wierzchu, nic nie kryje się gdzieś pomiędzy słowami. Owszem, bywa dowcipnie, zabawnie. Czasem uwodzi język - raz poetycką frazą, raz językową zabawą opartą na kolokwializmach. Na dowód wypisałam sobie kilka przykładów. Wychodzę, żeby schwytać ten wrzesień. Wsiadło i przyjechało mi się. Jak czegoś nie ma, to ja od razu bardziej jestem. Jednak im dłużej czytałam, tym bardziej byłam zniechęcona i znużona. Nie, wcale się nie męczyłam, ale nie miałam poczucia, że czytam coś istotnego, coś, co ze mną zostanie.

Powieść Strachoty, mocno oparta na jego własnych doświadczeniach i przeżyciach, to nie tylko historia obsesyjnego podróżowania. To także rzecz o wychodzeniu z nałogu, porządkowaniu życia, które od dzieciństwa było zmyślone, oparte na bujaniu w obłokach, na uciekaniu od rzeczywistości, codzienności. Teraz narrator próbuje ją obłaskawiać, chociaż te podróże to też próba ucieczki, odwleczenia posadowienia się w domowych pieleszach, w pracy od do. I tak to się snuje i miesza - epizody warszawskie, wspomnienia, rodzinne historie i gonienie za ulotnym, ciągły ruch. Problem w tym, że rozterki bohatera i jego życie jakoś niewiele mnie obchodzą. Konkluzja - jednak rozczarowanie. Cóż zrobić - nie zachwyca, chociaż powinno. Najlepszym dowodem na to, jak niewiele ta książka mnie obeszła, jest długość tej notki.

Magdalena Grochowska "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke"

Po przeczytaniu znakomitej biografii Jerzego Giedroycia pióra Magdaleny Grochowskiej ("Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu") wiem, że po książki tej autorki mogę sięgać w ciemno. Nic dziwnego, że jakiś czas temu bardzo ucieszyła mnie informacja o kolejnej, która miała się wkrótce ukazać. To "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke" (Agora 2019) - biografia czterech osób, a właściwie pięciu, bo czwarty rozdział poświęcony jest małżeństwu Helmutowi i Frey'i von Moltke. Bardzo byłam ciekawa tej książki, dlatego szybko kupiłam i nie zwlekałam z lekturą, a teraz polecam, chociaż zdaję sobie sprawę, że takie pozycje krąg czytelników zawsze będą miały ograniczony. 

Kto zna poprzednie książki Grochowskiej, na pewno sięgnie. Kogo interesuje epoka, kto nie zraża się trudnościami, jakie momentami mogą towarzyszyć lekturze, niech też śmiało czyta. Nie trzeba znać twórczości Pawła Hertza czy Jerzego Stempowskiego, tym bardziej publicystyki Dymitra Fiłosofowa, można nic nie wiedzieć o małżeństwie von Moltke, a i tak książka Magdaleny Grochowskiej sprawi wielką przyjemność. Chociaż zawsze w takich wypadkach zastanawiam się, czy słowo przyjemność jest odpowiednie. Przecież bohaterowie tej opowieści żyli w czasach trudnych, mieli za sobą pierwszą wojnę, rewolucję październikową, drugą wojnę, więzienia, zsyłki, a na końcu najczęściej czekała ich samotność. Mimo tego książka pochłonęła mnie całkowicie. Niemal za każdym razem trudno było mi przerwać lekturę. Bo autorka nie tylko opowiada o ludziach, ale też odtwarza ich świat.

Co wcześniej o nich wiedziałam? Najwięcej o Jerzym Stempowskim, który jako stały współpracownik paryskiej Kultury pojawił się na kartach biografii Giedroycia, a i wcześniej jego nazwisko nie było mi całkiem obce. W tej samej książce pojawia się również Dymitr Fiłosofow, ponieważ w międzywojennej Warszawie w jego skromnym mieszkanku na organizowanych przez niego dyskusjach bywali Józef Czapski, Jerzy Stempowski i wiele innych znanych postaci. O Pawle Hertzu wiedziałam właściwie tyle, że poeta, no i jakiś czas temu czytałam poświęcony mu rozdział  w "Homobiografiach" Krzysztofa Tomasika. Tylko małżeństwo von Moltków stanowiło białą plamę. Gdzieś w zakamarkach pamięci kołatało mi się to nazwisko, ale nie byłam pewna, czy słusznie kojarzę je z Krzyżową. Okazało się, że tak.

Co łączy te postacie? Przecież niektóre z nich nigdy się ze sobą nawet nie zetknęły. Dlaczego wobec tego Magdalena Grochowska postanowiła złączyć je w jednej książce? Ten wspólny mianownik to czasy, w jakich żyli, te tytułowe czasy szaleństwa. Przeczucie apokalipsy, rewolucyjne i wojenne zawieruchy, emigracja, samotność, próba ułożenia sobie życia w takich warunkach, jakie są, i nieobojętność na świat, na ważne problemy. Ta nieobojętność realizowała się najczęściej w publicystyce czy w innej twórczości. Inaczej było w wypadku Helmuta von Moltke, który był jednym z filarów Kręgu z Krzyżowej, grona ludzi, którzy nie akceptowali polityki Trzeciej Rzeszy i spotykali się, aby planować, jaka będzie przyszłość Europy i Niemiec, kiedy skończy się szaleństwo wojny, kiedy upadnie władza Hitlera. Przyszło im za to zapłacić najwyższą cenę - cenę życia. Przejmująca jest opowieść Magdaleny Grochowskiej o ostatnich miesiącach Helmuta von Moltke spędzonych w więzieniu, o procesie, przejmująca jest próba odtworzenia tego, co czuł i myślał. Sporo wiadomo, bo prowadził korespondencję z żoną, pisał do synów, rozmawiał z pastorem, który był dla skazanych duchową podporą. Od początku wiedział, na co się porywa, miał świadomość ceny, jaką może zapłacić, ale uważał, że to jego obowiązek. Nic dziwnego, że już wcześniej towarzyszyło mu przeczucie, że niewiele czasu przed nim, dlatego starał się cieszyć życiem - ukochaną żoną, synami, przyjaciółmi, czasem spędzanym w Krzyżowej. Grochowska nie ucieka od trudnych pytań i sprzeczności w jego biografii. Zastanawia się, jak potrafił łączyć ze swoimi przekonaniami i działalnością pracę urzędnika Trzeciej Rzeszy, spotykać się zawodowo z ludźmi, którzy mieli krew na rękach, w czasie służbowego pobytu w okupowanej Warszawie jeść wykwintne potrawy i mieszkać w eleganckim hotelu. 

Jeszcze więcej sprzeczności jest w biografii Pawła Hertza.  W latach międzywojennych kiedy był młodym człowiekiem poglądy endeckie nie były mu całkiem obce, a po Marcu legitymizował swoją osobą spotkanie z jedną z ciemnych postaci ze świata literackiego. A przecież był Żydem, pochodził z bardzo bogatej żydowskiej rodziny, w czasie wojny stracił niemal wszystkich najbliższych. On ocalał, bo uciekł do Lwowa. Przypłacił to jednak sowieckim więzieniem i zsyłką do obozu pracy. Niechętnie dzielił się tym, co przeżył. Po wojnie próbował jakoś odnaleźć się w nowej rzeczywistości - uciekał w literaturę. Pisał, tłumaczył, redagował. Dla mnie i on, i pozostali bohaterowie książki Grochowskiej to postaci tragiczne, którym życie przetrąciła apokalipsa, a oni potem jakoś próbowali się odnaleźć. 

Tak było z rosyjskim filozofem, publicystą, wydawcą, który z rewolucyjnej Rosji uciekł do Warszawy i tu do końca swoich dni - zmarł w roku 1940 - wiódł los wygnańca, emigranta. Z trudem wiązał koniec z końcem, nieraz musiał pożyczać pieniądze od swoich najbliższych polskich przyjaciół, Stanisława Stempowskiego (ojciec Jerzego) i towarzyszki jego życia Marii Dąbrowskiej. A wydawanie kolejnych gazet to już prawdziwa ekwilibrystyka. A mimo to nie ustawał w pracy. Stale coś organizował, spotykał się, pisał, siał umysłowy ferment. Starał się łączyć Polaków i Rosjan. Dowodził swoją postawą, że zbliżenie między ludźmi jest możliwe mimo niesprzyjających wiatrów historii. Był wielkim autorytetem dla dużo od siebie młodszego Józefa Czapskiego, którego w tamtym okresie ukształtował. I on był świadom nadchodzącej apokalipsy, a przecież jedną miał już za sobą.

Z tej czwórki chyba najbliższy jest mi Jerzy Stempowski. Przez swoją osobność, tragiczną miłość, samotność, niezależność, melancholię i pesymizm. I on miał przeczucie katastrofy. Od drugiej wojny pędził życie emigranta - mieszkał w Szwajcarii. Brzmi to atrakcyjnie, ale oznaczało biedę, skromną egzystencję, niepewność, bo po wojnie Szwajcarzy najchętniej pozbyliby się wszystkich, którym udzielili azylu. Przez długi czas utrzymywał się z ... chałupniczej produkcji szczotek (albo czegoś podobnego, nie zapamiętałam). A przecież pochodził z zamożnej rodziny, w międzywojennej Polsce pracował w jednym z ministerstw i na innych posadach urzędniczych. Wojna zmieniła wszystko. Zachęcona książką Grochowskiej mam wielką ochotę zmierzyć się z jego eseistyką. Muszę jeszcze dodać, że jego życie obfitowało w niesamowite epizody. Taka była ucieczka przez zieloną granicę w czasie wojny czy powojenna podróż przez zrujnowane Niemcy i Austrię.

Rozsiane gdzieś po internecie biogramy tej czwórki brzmią z konieczności sucho, nie oddają całej komplikacji i tragizmu ich losów, nie przybliżają świata, w którym żyli. Ja też poświęciłam im w mojej notce tylko trochę miejsca, też z konieczności. Żeby dowiedzieć się więcej, trzeba sięgnąć po książkę Magdaleny Grochowskiej. Zachęcam, naprawdę warto zmierzyć się z ta lekturą.

Deborah Levy "Płynąc do domu"

Nie lubię takich rozczarowań. Sięgam po jakąś książkę, bo słyszę, że jest znakomita, czytam i ... nic. Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca, że niezbyt dokładnie sparafrazuję słowa gombrowiczowskiego profesora Bladaczki skierowane do krnąbrnego ucznia Gałkiewicza. Gdyby nie zgodny chór dyskutantów w moim ulubionym Tygodniku Kulturalnym, który zachwycał się książką Deborah Levy "Płynąc do domu" (Znak 2019; przełożył Marcin Sieduszewski), nawet przez myśl by mi nie przeszło, że mam do czynienia z powieścią co najmniej bardzo dobrą. Minęło parę dni od lektury, a ja już prawie jej nie pamiętam. Oczywiście potrafię odtworzyć fabułę, dość wątłą zresztą, bo nie o nią ma chodzić, co rozumiem i szanuję, ale książka nie rezonuje. Nie odcisnęła się na moich emocjach, przeszłam obok niej, pozostałam obojętna. Mogę spekulować na temat jej głębszych sensów, problem w tym, że ich zupełnie nie czuję. Żałuję, że skasowałam nagranie tamtego odcinka Tygodnika, bo oczywiście nie pamiętam już, co tak bardzo zachwyciło jego uczestników. A teraz czas na konkrety.

Akcja tej niewielkich rozmiarów powieści rozgrywa się w roku 1994 w okolicach Nicei. To tam w małej wiosce spędzają wakacje w wynajętym domu dwa angielskie małżeństwa. Joe Jacobs, wybitny poeta o żydowsko-polskich korzeniach, zmagający się z holokaustową traumą. Jego żona, Isabel, dziennikarka, korespondentka wojenna. Ich czternastoletnia córka Nina. Druga para to Laura i Mitchell, właściciele sklepu z dizajnerskimi rzeczami. (Być może pamięć mnie zawodzi i nie chodzi o dizajn. W każdym razie to nie sklep z marchewką.) Jest jeszcze Jurgen, ktoś w rodzaju dozorcy, złotej rączki w wynajmowanych przez bogatą Angielkę domach. Zupełnie się do tej roli nie nadaje. To niebieski ptak, podstarzały hipis. No i Claude, właściciel miejscowej knajpy, łakomie spoglądający na długonogą Ninę. I stara Angielka, lekarka, która spędza swoją emeryturę na południu Francji. W to towarzystwo wpada z wielkim przytupem, w okolicznościach, które początkowo wydają się dramatyczne, młoda kobieta, rudowłosa Kitty Finch. Botaniczka, miłośniczka poezji Joe'go, aspirująca poetka, dziwaczka, ekscentryczka, nieco niezrównoważona. Powoduje ferment i zamęt. Stanie się katalizatorem rozmaitych zdarzeń, które rozsadzą ten świat. Kim jest? Jakie ma zamiary? Jakie tajemnice kryje? Niektóre się wyjaśnią, inne nie. Jednych ekscytuje, przyciąga, innych niepokoi. Dlaczego Isabel pozwoliła jej zostać? Dlaczego Joe nie może przestać o niej myśleć? Nie, nie chodzi tylko o sprawy męsko-damskie. Dlaczego tak fascynuje Ninę? Chociaż fabuła nie jest tu najważniejsza, trudno przecież ją zdradzać.

Sporo w tej powieści psychologii, nastroju, trochę pomieszania realizmu z onirycznymi scenami. Jakie jest głębsze dno tej historii? Pesymistyczne. Chodzi o nietrwałość, niepewność egzystencji, która i tak zawsze zmierza do śmierci. Nie przypadkiem Isabel jest korespondentką wojenną spędzającą czas na wojnach, zamiast w domu z mężem i córką. Nie przypadkiem Joe ciągnie za sobą bagaż wojennej traumy, który starannie ukrywa przed światem, grając rolę poety-celebryty, playboya, dobrego ojca. Nie przypadkiem Jurgen nie potrafi zwyczajnie żyć i szuka ukojenia w narkotykach, a jego kumpel Claude wodzi oczami za nastolatką. Nie przypadkiem obserwująca to towarzystwo Angielka jest starą kobietą beznadziejnie tęskniącą za urokami życia. Nie przypadkiem Laura i Mitchell też mają problemy, które niszczą ich uporządkowaną, starannie zaplanowaną egzystencję. W końcu również nie przypadkiem trafia w ten świat taka osoba jak Kitty Finch. 

Pozostaje pytanie, czy doszukiwałabym się w tej powieści jakichś głębszych sensów, gdyby nie zachwyty w Tygodniku Kulturalnym i posłowie, gdzie jako inspiracja dla autorki przywołani zostają Lacan, Barthes, Gertruda Stein, Margeruite Duras, Kafka, Freud, Duchamp i kilka innych osobowości, których nazwiska już kompletnie nic mi nie mówią? Pewnie jednak tak. Problem w tym, że mnie to wszystko nie rusza. Rozumiem, ale nie czuję. A przecież sama dotkliwie odczuwam tragizm egzystencji, staję się coraz większą pesymistką i katastrofistką, karmię się książkami, które o tym traktują, głęboko emocjonalnie je przeżywając, czemu nie raz dawałam wyraz w tych notkach. Ale nie tym razem. Cóż zrobić, kiedy nie zachwyca! Nie zabraniam jednak innym sprawdzić - może kogoś zachwyci. Przeciwnie, bardzo jestem ciekawa.

PS. Od momentu napisania tej notki minęło sporo czasu. Gdyby nie jej treść, niewiele pozostałoby po lekturze "Płynąc do domu". Wrażenia zatarły się zupełnie.

"Historia małżeńska"

Na szczęście nie muszę już wybierać, na co iść do kina, nie muszę oglądać dwóch filmów w ciągu jednego weekendu. Liczba interesujących premier wyraźnie przyhamowała. Tym razem wybrałam się na "Historię małżeńską" ze Scarlett Johansson i Adamem Driverem. To opowieść o rozpadającym się małżeństwie z dziesięcioletnim stażem. Ona (Nicole) pochodzi z Los Angeles, co okaże się istotne w przebiegu konfliktu, a właściwie wojny, jaka między rozwodzącymi się małżonkami wybuchnie. On (Charlie) z amerykańskiej prowincji, ale od dawna czuje się nowojorczykiem. Mają syna, mieszkają i pracują w Nowym Jorku - Charlie jest reżyserem teatralnym, Nicole gra w jego zespole teatralnym. Przed obojgiem rysują się nowe perspektywy zawodowe. Ona dostała propozycję pracy w serialu, który kręcony jest w jej rodzinnym mieście, on ma szansę po raz pierwszy pracować ze swoim teatrem na Broadway'u. Tocząca się sprawa rozwodowa wywróci ich życie do góry nogami, szczególnie jego. 


"Historię małżeńską" ogląda się znakomicie. Trochę przypomina kino Woody Allena - dużo inteligentnego gadania, nieco nowojorskich plenerów i atmosfery, poważne problemy przełamywane humorem. Historię Charliego śledziłam ze zdumieniem, złością, współczuciem i zwyczajną ciekawością. Jak się skończy? Czy wybrnie z kłopotów, w które wpakowała go Nicole, a przy okazji siebie też, jedną nierozsądną decyzją, że sprawa rozwodowa będzie toczyła się z udziałem adwokatów. W tym momencie rusza prawnicza machina, której konsekwencje wprawiają w osłupienie nie tylko Charliego, ale i polskiego widza nieobeznanego z amerykańskim systemem sprawiedliwości. Nie chcę spojlerować, ale taki rozwód to prosta droga do finansowej ruiny, nabijanie kabzy sprytnym prawnikom i zupełna dezorganizacja życia. A stawką jest opieka nad dzieckiem. Świetną scenę prawniczego pojedynku na argumenty i riposty oglądałam z mieszaniną podziwu, zdumienia i złości. Charlie znalazł się w iście kafkowskiej sytuacji, której długo nie rozumie, nie zdaje sobie sprawy z jej konsekwencji dla swojego życia i z której nie ma wyjścia. W końcu musi skapitulować, podporządkować się i spełniać kolejne, często absurdalne, wymagania, aby w oczach sądu stać się perfekcyjnym ojcem. Sprawa rozwodowa sprawia, że relacje między Nicole i Charliem stają się coraz gorsze, a porozumienie niemożliwe. Wcześniej był chłód i uprzejmość, teraz są kłótnie, pretensje, obwinianie się. Ta sytuacja odbija się oczywiście na dziecku. Obserwujemy, jak się zmienia i oddala się od ojca. Czy to wina matki? Czy zmiany środowiska?


Ale dość tych zachwytów. Bo im bliżej końca, tym bardziej uświadamiałam sobie, że poza zdumieniem, ciekawością i złością nic innego nie czuję. Jakoś nie poruszyły mnie głębiej problemy Nicole i Charliego. Czegoś mi w ich historii zabrakło, pozostawałam obok. Przypomniałam sobie znakomity "Boyhood" Richarda Linklatera, może dlatego, że też opowiada o rozbitej rodzinie. Tamten film mnie autentycznie poruszył, był prawdziwy i głęboki. W tym zestawieniu "Historia małżeńska" wypada blado. Świetnie zrobiona, świetnie zagrana, ale to tylko filmowa konfekcja. 


Jednak to nie wszystkie moje zarzuty pod adresem "Historii małżeńskiej". Było jeszcze coś, co mi przeszkadzało, a nawet drażniło. Otóż mimo że film ma dwoje bohaterów, od jakiegoś momentu miałam wrażenie, że historia opowiadana jest z punktu widzenia Charliego. To jemu współczułam, to on wydawał mi się ofiarą, to jemu kibicowałam, to jego racje wydawały mi się prawdziwe. Właściwie trudno powiedzieć, czy za decyzją Nicole o odejściu od męża stoją poważne powody, czy to to tylko chwilowy kryzys, który można by rozwiązać. Miałam wrażenie, że sama nie wie, czego chce, jest osobą chwiejną, ulegającą wpływom innych. A chyba nie takie były intencje twórców filmu. Podejrzewam, że racje miały być rozłożone, a perspektywa, z której widz spogląda na problem, zmieniać się. Nie wiem, czy to wina Scarlett Johanson, czy scenariusza, czy reżysera. Mnie ta dominująca męska perspektywa przeszkadzała bardzo. A może to tylko moje wrażenie? 

Mimo tych uwag nie odradzam obejrzenia "Historii małżeńskiej". Chociaż według mnie to tylko świetnie zrobiony ładny film o poważnych sprawach.

Artur Domosławski "Gorączka latynoamerykańska"

Kolejna książka reporterska Artura Domosławskiego, którą przeczytałam. Niestety na razie ostatnia. Mam nadzieję, że będą kolejne. Po "Śmierci w Amazonii" i "Wykluczonych" przyszedł czas na pierwszą w kolejności - "Gorączkę latynoamerykańską" (Wielka litera 2017). Niestety od skończenia lektury do powstania tej notki upłynęło trochę czasu, więc z konieczności wrażenia będą przefiltrowane przez zawodną pamięć. Zastanawiałam się nawet, czy pisać, ale każda książka Artura Domosławskiego warta jest polecenia. Dla ciekawych świata, dla chcących zrozumieć skomplikowane procesy polityczne i społeczne, dla wrażliwych na niesprawiedliwość, biedę i wykluczenie to lektura obowiązkowa. Trudno pozostać obojętnym na to, co Domosławski pisze. Dlaczego? Ponieważ emocjonalnie angażuje się w sprawy, które porusza. Jego książki są czymś więcej niż reportażem. Często opatruje je odautorskim komentarzem (co najbardziej widoczne jest w "Wykluczonych"), dlatego czytelnik nie ma wątpliwości, że reporter opowiada się po stronie słabszych, skrzywdzonych, wyzyskiwanych, wykluczonych. Jest jeszcze coś, za co cenię jego pisarstwo. Domosławski nie twierdzi, że wie najlepiej, że znalazł rozwiązanie. Rozważa, rozmyśla, staje bezradny wobec poruszanych problemów. Czytajcie jego książki!

A teraz czas przejść do sedna, czyli do pozycji, którą zajmuję się dzisiaj. Ameryka Łacińska to specjalność Domosławskiego, co nie znaczy, że nie zdarza mu się pisać o innych rejonach świata. Tak było w "Wykluczonych".  "Gorączka latynoamerykańska" poświęcona jest jednak w całości temu regionowi świata. Tytuł jest nieprzypadkowy. W swoich reportażach autor opowiada o rewolucjach, o krwawych prawicowych dyktaturach, a potem o odbiciu neoliberalnym, jakie nastało po ich obaleniu, i jego skutkach. Gorączka, bo tu nic nie jest letnie, wszystko wrze i kipi. Opowiada, oddając głos ludziom o rozmaitych poglądach i punktach widzenia. Zwyczajnym, przeciętnym, ale też działaczom zaangażowanym w walkę albo intelektualistom czy pisarzom.

Książka zaczyna się od opowieści o Kubie, a ściślej o kubańskiej rewolucji, o jej przywódcy Fidelu Castro i o Che Guevarze, któremu później poświęca więcej miejsca, zastanawiając się nad jego fenomenem. Najpierw się nieco żachnęłam, bo jakoś temat Kuby nie wydawał mi się specjalnie interesujący. Oczywiście myliłam się, przede wszystkim okazało się, że niewiele na ten temat wiedziałam, a o Che Guevarze, jego związkach z kubańską rewolucją i jej przywódcą, o jego życiu jeszcze mniej. Właściwie był dla mnie tylko encyklopedycznym hasłem. Ot, rewolucjonista kochany przez jednych, znienawidzony przez innych, bo przecież to komunista wysługujący się kubańskiemu reżimowi. A mój stosunek do niego był żaden. 

Domosławski nieprzypadkowo rozpoczyna swoją książkę od kubańskiej rewolucji, bo odcisnęła swoje piętno na tym, co działo się później w wielu krajach Ameryki Łacińskiej - wszystkie prawicowe dyktatury były potem jej efektem. Strach, że lewicowa rebelia rozleje się na inne kraje kontynentu, strach przed utratą przywilejów i władzy prowadził do wojskowych przewrotów, których efektem były krwawe rządy prawicy. Swoją niechlubną rolę odegrały też oczywiście zakulisowe działaniach Stanów Zjednoczonych. Rzecz jasna sytuacja nie jest prosta - zawsze jako kontrargument podaje się działania lewicowych bojówek, które wcale nie obchodziły się ze swoimi przeciwnikami w białych rękawiczkach, albo negatywne skutki gospodarcze rządów lewicowych (Chile za Salvadora Allende czy Argentyna za czasów Perona). Zapomina się jednak, że do lewicowych przewrotów doprowadzały olbrzymie nierówności społeczne, bieda, wykluczenie, brak perspektyw. No i sprawa najważniejsza - wszystkie prawicowe dyktatury w Ameryce Łacińskiej były niebywale krwawe, czy w Chile za Pinocheta, czy w Argentynie, czy w Brazylii. Niby o tym wiedziałam, zwłaszcza o sytuacji w pierwszym z wymienionych krajów, ale to, co znalazłam w książce Domosławskiego, przerosło moje wyobrażenie. Już o tym kiedyś pisałam, ale powtórzę - mam wrażenie, że czytałam o wszystkich niegodziwościach, jakie człowiek może zrobić człowiekowi w amoku politycznej walki. Tymczasem co jakiś czas dowiaduję się o jeszcze wymyślniejszych okrucieństwach. Tak było i tym razem. Polowanie na ludzi, dosłownie, masowe rozstrzeliwania, zniknięcia, a przede wszystkim trudne do wyobrażenia tortury. 

Szczególne wrażenie robi opowieść o dyktaturze Pinocheta, o której wiedziałam najwięcej, i o rządach generałów w Argentynie, a największe noc ołówków. To porwania uczniów szkół średnich, które miały miejsce 16 września 1976 roku w argentyńskim mieście La Plata. Ich winą było to, że działali w związku Uczniów Liceów i domagali się obniżenia cen biletów, które nagle stały się dwa razy droższe. Większość z tych uczniów nigdy nie wróciła do domów. Powiększyła grono tak zwanych znikniętych, istną plagę Ameryki Łacińskiej. Co się z nimi działo? Aresztowani, torturowani, gwałceni, osadzeni w obozach, a na końcu rozstrzelani, pochowani w masowych grobach. Szczegóły są jeszcze bardziej wstrząsające. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie coś jeszcze - kiedy w najlepsze trwała w Argentynie krwawa dyktatura generałów, w roku 1978 odbyły się tam kolejne Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. I nikomu to nie przeszkadzało. Przeciętny człowiek, przeciętny kibic pewnie nic nie wiedział o tym, co dzieje się w Argentynie. Ale przywódcy państw siedzący na trybunach? Sportowe federacje? 

Bardzo ciekawe są rozważania Artura Domosławskiego dotyczące polskiej oceny dyktatury Pinocheta, który często ma w naszym kraju dobrą prasę. Jego obrońcy zdają się zapominać, jak okrutny był to czas w dziejach Chile. Dla nich ważne jest, że generał powstrzymał lewicowe szaleństwo, które mogło doprowadzić do rewolucji i całkowitej destabilizacji kraju. Argumentem za jego rządami jest rozwój gospodarczy kraju, ale tę tezę Domosławski obala. Autor przedstawia afirmatywny, a nawet apologetyczny, stosunek niektórych polskich publicystów czy polityków do Pinocheta i próbuje go zrozumieć, co nie znaczy, że aprobuje i podziela.

W drugiej części  książki Domosławski zajmuje się tym, co stało się w Ameryce Łacińskiej po obaleniu prawicowych dyktatur. I wcale niestety nie jest to obraz optymistyczny. Bo potem nastąpił czas bezkrytycznego neoliberalizmu, a z nim powiększenie się społecznych nierówności, obszarów biedy i wykluczenia, które to zjawiska szczególnie dotykają ludność rdzenną. Co z tego, że mityczne PKB rośnie, skoro nie przenosi się to na poprawę życia całych rzesz społeczeństwa. Kolejnym problemem jest panoszenie się wielkich koncernów, które za przyzwoleniem rządzących, cichym lub jawnym, drenują niektóre kraje. Nie bacząc na szkody wyrządzane środowisku, wydobywają surowce, eksploatują uprawy. Robią coś, na co nie poważyłyby się na przykład w Stanach. Dokładniej tym problemem zajmował się Domosławski w "Śmierci w Amazonii".

Ameryka Łacińska stale wrze, stale się w niej kotłuje. Krajów o stabilnej sytuacji, gdzie żyje się w miarę bezpiecznie i dobrze, nie ma wiele. Zmiany zachodzą ciągle. Tak jest choćby w Brazylii, gdzie po lewicowym eksperymencie Luli i rządach jego następczyni, do władzy doszedł Jair Bolsonaro. Powiedzieć o nim populista, to nic nie powiedzieć, że posłużę się frazą klasyka. O nim oczywiście Domosławski nie pisze, bo pierwsze wydanie "Gorączki latynoamerykańskiej" to rok 2004. Dlatego czekam na jego kolejne książki.

PS. Ta notka powstała w lipcu. Od tej pory wiele się wydarzyło. Ameryka Południowa znowu kipi - protesty w Chile, w Boliwii, niekończący się konflikt w Wenezueli, wybory w Argentynie. A sytuacja w Chile jest znakomitym przykładem tego, do czego prowadzi skrajny liberalizm gospodarczy.

Filmowe remanenty - "Supernova", "Niewidoczne życie sióstr Gusmao"

Dziś o dwóch filmach - przede wszystkim o debiutanckiej "Supernovej" Bartosza Kruhlika nagrodzonej w Gdyni i przy okazji trochę o brazylijskim "Niewidocznym życiu sióstr Gusmao", które widziałam przed tygodniem.


"Supernova" Bartosza Kruhlika to jeden z tych filmów, na który czekałam po gdyńskim festiwalu. Najpierw wokół obrazu wybuchła awantura, bo chciano go wycofać z konkursu mimo wskazania przez komisję selekcyjną, potem dostał nagrodę za debiut. To film gęsty od narastających emocji, a widz zaskakiwany jest zwrotami akcji i stale zmieniającą się perspektywą, z której ogląda zdarzenia. Niczym w greckiej tragedii zachowana zostaje jedność czasu, miejsca i akcji. Wszystko dzieje się w ciągu kilku godzin gdzieś na bocznej, wiejskiej drodze, na której dochodzi do tragicznego wypadku. Przyjeżdża karetka, radiowóz, pojawiają się pierwsi gapie - paru podróżnych, a potem mieszkańcy wioski. Przybyłym na miejsce policjantom wydaje się, że będzie to rutynowe zadanie. Tymczasem splot okoliczności sprawi, że sytuacja wymknie się spod kontroli. Rozpacz, wściekłość, nienawiść, gniew, chęć zemsty i wymierzenia sprawiedliwości, bezradność - takie emocje będą towarzyszyć nie tylko głównym bohaterom dramatu, ale też zebranym gapiom, którzy początkowo przyglądają się wszystkiemu z niezdrową ciekawością, w ruch idą smartfony, aby w miarę rozwoju wydarzeń wybuchnąć niekontrolowanym gniewem. Na naszych oczach tłum staje się groźny. Pięcioro policjantów, kilku strażaków, załoga karetki nie jest w stanie nad nim zapanować. Atmosfera się zagęszcza, widz stopniowo poznaje relacje między bohaterami, odkrywa ich tajemnice, rozumie, że znaleźli się w potrzasku. Jedna chwila, jeden tragiczny wypadek burzy ich spokój, plany, zagraża ich przyszłości, wywraca ich życie do góry nogami. Każdemu. A przecież wystarczyłoby, aby ktoś wyszedł później z domu, ktoś wyruszył wcześniej w drogę, żeby nie doszło do rodzinnej awantury, a przede wszystkim, aby kierowca nie jechał jak szalony i wszystko potoczyłoby się inaczej. Przypadek, splot nieszczęśliwych okoliczności, ale i niefrasobliwość kierowcy doprowadziły do tragedii. 


 W "Supernovej" jak w pigułce widać kilka problemów, które trawią polskie społeczeństwo. Alkoholizm, przemoc w rodzinie, wypadki drogowe spowodowane beztroską kierowców i bezkarność polityków, którym wiele, właściwie coraz więcej, uchodzi na sucho. Dopiero kiedy w ruch idą smartfony i na miejscu wypadku pojawia się lokalna telewizja, można mieć nadzieję, że sprawy nie uda się zamieść pod dywan. Przynajmniej przed opinią publiczną, bo jak potoczy się śledztwo, nie można być pewnym. Wystarczy przypomnieć sobie kilka do dziś niezałatwionych podobnych spraw, na szczęście o mniejszej wadze, aby nabrać wątpliwości. Dlatego trudno się dziwić, że rozjuszony tłum reaguje nienawiścią i wściekłością. 

Film jest bardzo precyzyjnie zrobiony, atmosfera gęstnieje, sytuacja zmienia się i wikła coraz bardziej. "Supernova" nakręcona została niemal w poetyce dokumentu, bo z jednej strony Bartosz Kruhlik postawił na świeże twarze, najbardziej znany i rozpoznawalny jest Marcin Hycnar, z drugiej bardzo naturalnie brzmią dialogi - policjanci, strażacy i załogi karetek posługują się zawodowym slangiem. Im bliżej zakończenia, tym bardziej realistyczne ramy zaczynają być rozbijane przez metafizyczny wymiar, co moim zdaniem udaje się tylko częściowo. Świetna jest scena, najczęściej pokazywana na fotosach, kiedy grany przez Marcina Hycnara kierowca stoi na dachu samochodu otoczony przez tłum, natomiast nie przekonuje mnie to wszystko, co wiąże się z tytułem i samo zakończenie. Wiem, jakie intencje się za tym kryją - zamiast wielkiej apokalipsy, mała, rodzinna, gdzieś wydarza się tragedia, a w tym samym czasie gdzie indziej toczy się zwyczajne, szczęśliwe życie - ale jakoś się to nie klei. Mimo tego film robi duże wrażenie i trudno o nim zapomnieć.


Warto też wybrać się do kina na brazylijskie "Niewidoczne życie sióstr Gusmao". Trochę się wahałam, bo film zbiera różne recenzje, jednak postanowiłam zaryzykować i nie żałuję. Ta opowieść mimo nieco kiczowatego zakończenia, a mogło być jeszcze bardziej sentymentalne, pozostaje w pamięci. To historia dwóch sióstr wychowujących się w konserwatywnej rodzinie i takim społeczeństwie rozgrywająca się w latach pięćdziesiątych w Rio de Janerio. Mają swoje marzenia, chcą żyć po swojemu - jedna pragnie zostać pianistką, druga podąża za miłością. Ale ich życie nie potoczy się według takiego planu. Ukochany okaże się łajdakiem, a zamiast pianistycznej kariery będzie małżeństwo, dziecko i proza życia. Najgorsze jest jednak to, że siostry zostają rozdzielone i nic o sobie nie wiedzą. Film jest bardzo dobrze zagrany, ma nastrój, atmosferę, świetne zdjęcia, które oddają klimat miasta, no i historia, poza zakończeniem, jest ciekawie poprowadzona, a losy bohaterek przejmujące. Czas w kinie minął mi bardzo szybko. Moim zdaniem warto zobaczyć.

Radka Denemarkova "Kobold"

"Kobold" Radki Denemarkovej (Książkowe Klimaty 2019; przełożyły Olga Czernikow, Agata Wróbel) to mój kolejny nabytek po krakowskim Festiwalu Conrada. Rozmowa z pisarką, prowadzona przez Mariusza Szczygła, zrobiła nie tylko na mnie wielkie wrażenie. Dlatego od razu postanowiłam iść za ciosem i kupić jej dwie książki. Druga to "Przyczynek do historii radości". A przed laty czytałam  "Pieniądze od Hitlera" - powieść, która poruszała między innymi niewygodny dla Czechów temat wypędzenia Niemców Sudeckich. Denemarkova jest specjalistką od tematów niewygodnych, wyciągania trupów z szafy. Pozwolę sobie zacytować ponownie wypowiedzi autorki, które przytaczałam w notce o "Pieniądzach od Hitlera". Nie chcę, żeby moje książki były deserem po kolacji. Chcę, żeby stanęły kością w gardle. I drugi cytat. ... współczesna literatura czeska nie dostrzega trupów, które naród czeski ukrywa w szafie. (...) A ja dokładnie się im przyglądam i przymierzam do ludzkich losów. I takie właśnie są książki Radki Denemarkovej - bardzo bolesne, niełatwe, nie dają o sobie zapomnieć.

Nie inaczej ma się sprawa z "Koboldem". Dawno nie czytałam powieści tak dołującej, tak pozbawionej nadziei. Powieści, która momentami odpycha i irytuje, ale z drugiej strony magnetycznie niemal przyciąga i nie pozwala przerwać lektury. To historia o przemocy trawiącej świat od dawna. Książka składa się z dwóch części, które podobno można czytać w dowolnej kolejności. 

Pierwsza, znacznie dłuższa, zatytułowana O wodzie, jest też bardziej wymagająca w lekturze, bo nasycona metaforami i symboliką, jaką niesie woda. W planie realistycznym jest to historia rodziny skażonej przemocą w stopniu niewyobrażalnym. Zaczyna się kilka lat przed drugą wojną, kończy po roku 89, być może nawet współcześnie. To opowieść o Helli, czeskiej Żydówce  z zamożnej rodziny, która zakochuje się bez pamięci, na swoje nieszczęście, w owym tytułowym Koboldzie. Już samo nazwisko jest symboliczne. Bo Kobold to złośliwy duszek, chochlik, karzeł, ale w znaczeniu przenośnym gnom, kreatura, monstrum. I właśnie to do tego drugiego znaczenia odwołuje się Denemarkova w swojej powieści. Bo Kobold to ekscentryk, dziwak, owładnięty rozmaitymi maniami, spryciarz i karierowicz, który zawsze potrafi się odpowiednio ustawić, wie, z której strony wiatr wieje. Jest miły i uprzejmy, powszechnie lubiany, ale w domu to tyran znęcający się nad Hellą i dziećmi. Sekunduje mu w tym matka. Hella jest nie tylko bita, ale również poniżana, wyzywana, znieważana i upokarzana, dręczona psychicznie. Dlaczego nie próbuje odejść? Ratować się? Bo z jednej strony go kocha, z drugiej zakładnikami Kobolda są dzieci. Jeśli ucieknie, nie zobaczy ich więcej. Los dzieci, szczególnie synów, nie jest lepszy. Są tresowane, karane, patrzą na upokorzenia matki. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na ich życie, które też potoczy się tragicznie. Przemoc degraduje i niszczy. Uzależnia ofiary od kata. Radka Denemarkova pokazuje w swojej powieści mechanizmy, jakie jej towarzyszą. Obojętność i milczenie otoczenia, które wie, bo słyszy krzyki i  awantury, widzi podbite oko czy siniaki, ale nie zauważa, nie wtrąca się. Kto nie zna ich bliżej, nie mieszka w tej samej kamienicy, ten sądzi, że są zwyczajną, kochającą się rodziną. Hella przed przemocą, poniżeniem i upokorzeniem chroni się w słowach. Na opakowaniach po mące i cukrze pisze krótkie wiersze w różnych językach. Niejasne, hermetyczne. 

Jeżeli byłam w stanie wytrzymać to natężenie zła i beznadziei, to stało się tak dlatego, że  pierwsza część powieści nasycona jest metaforą, symboliką, onirycznymi obrazami, fantastycznymi scenami, które co jakiś czas wybijają czytelnika z realistycznej narracji. Z jednej strony niekiedy mnie irytowały i drażniły, z drugiej pozwalały brnąć dalej. Wszystko kręci wokół żywiołu wody. Woda jest obsesją Kobolda, a potem staje się też obsesją Helli. To rzeka w niezwykły sposób ich połączyła i skazała na siebie. Jaką symbolikę niesie ten żywioł? Woda jest niezbędna do życia, ale symbolizuje też emocje - miłość i nienawiść. Hella kocha i nienawidzi jednocześnie. 

Ale W wodzie to nie tylko kameralna historia Helli, Kobolda i ich dzieci. To także historia ich rodzin, którą stopniowo poznajemy. I rozważania o przypadku, o tym, jakie drogi prowadzą do spotkania, które całkowicie zmienia życie ludzi. Czasem przypadek przynosi szczęście. Taka była historia dziadków Helli. Ją zaprowadził w otchłań przemocy, nienawiści, upokorzeń. A przecież jej los mógłby potoczyć się zupełnie inaczej. Miała się kształcić, wyjść za mąż za kogoś zupełnie innego. Czy wtedy przeżyłaby Zagładę? Była wszak Żydówką, jej rodzice zginęli. Ocalił ją Kobold. Uciekła piekłu, aby trafić do piekła rodzinnego, z którego nie było odwrotu. A w tle przewija się dyskretnie naszkicowana historia Czech. Wojna, komunizm, transformacja. Też naznaczona przemocą. 

Druga część, W ogniu, jest bardziej skondensowana, bardziej kameralna, niemal całkowicie realistyczna i chyba jeszcze bardziej chwyta za serce, przygnębia, przytłacza. To historia Justyny, nieślubnej córki Kobolda, którego nigdy nie spotkała. Justyna naznaczona jest podwójnie - biedą i kolorem skóry. Jej matka była Cyganką, co znajdzie swój tragiczny finał. Justyna, młoda wdowa, samotnie wychowuje dziewięcioro dzieci. Żyje z zasiłków, przesiedlona z powodu długów do nędznego lokalu zastępczego. Kocha swoje dzieci i stara się o nie dbać. Ale jej życie to ciężka, niemająca końca harówa, pogarda otoczenia i urzędników powołanych, o ironio, do tego, aby pomagać takim jak ona. Jest samotna i zdana właściwie tylko na siebie. Dźwiga nadludzki ciężar. Mierzy się z biedą, poniżeniem, pogardą i pracą ponad siły. Jakby tego było mało, wisi nad nią groźba, że bezduszni urzędnicy z opieki społecznej odbiorą jej dzieci, które kocha bezgranicznie. Każdy dzień to walka o przetrwanie, znoszenie pogardliwych spojrzeń i komentarzy, a przede wszystkim ciężka praca. Zawsze taka sama, a jej końca nie widać. I zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie. Los Justyny mógłby się odmienić za sprawą sąsiada, który jest w niej zakochany. Ale nigdy tak się nie stanie, bo ona nie wie o jego miłości. A nawet gdyby się dowiedziała, pewnie nie potrafiłaby ani odwzajemnić tego uczucia, ani związać się z nim z rozsądku. Dlaczego? Bo jej sąsiad, pracownik zakładu pogrzebowego, to człowiek schorowany, niepełnosprawny, z wieloma defektami, mający problemy z wysławianiem się, sprawiający wrażenie człowieka upośledzonego intelektualnie, gruby, brzydki, powiedzmy wprost - o odrażającym wyglądzie. Na takich jak on wolimy nie patrzeć, a co dopiero z nimi rozmawiać. Kto znajdzie w sobie tyle hartu ducha, aby pod tą odstręczającą powłoką odkryć człowieka wrażliwego, mądrego, dobrego? Zresztą wcale nie mamy pewności, czy ta miłość nie jest obsesją, która mogłaby doprowadzić do tragedii. Historia tych dwojga wyrzuconych poza nawias nie ma prawa dobrze się skończyć. Jest przejmująca i tragiczna. Żadnej nadziei. 

Radka Denemarkova pisze swoją powieść złością i pasją. Od czasu do czasu daje tym emocjom dojść do głosu w odautorskim komentarzu. Chłodnym, rzeczowym albo gniewnym, podszytym ironią. Dlatego na przykład obowiązki Justyny nazywa projektem, projektem, który się nigdy nie skończy.  Za tym wszystkim kryje się chyba bezradność. Bo przemoc była, jest i będzie. Mimo trudu warto się zmierzyć z tą powieścią. Przecież literatura to nie tylko przyjemność i rozrywka.

PS. Na koniec coś na osłodę. Radka Denemarkova jest mistrzynią języka, a tłumaczki wydobyły jego piękno. 

"Nie ma nas w domu"

Liczba filmowych premier nieco przyhamowała. Mogę odetchnąć z ulgą. W ten weekend nie miałam wątpliwości, na co wybiorę się do kina. To oczywiście najnowszy film Kena Loacha "Nie ma nas w domu". Nie interesowało mnie, co napiszą recenzenci, interesował mnie temat i reżyser - czuły na sprawy społeczne, ujmujący się w swoich filmach za pokrzywdzonymi, biednymi, wyrzuconymi za margines. 


Kim dziś są bohaterowie Kena Loacha? To zwyczajna angielska rodzina. Ricky i Abby oraz ich dwoje dzieci, nastolatek Seb i nieco młodsza Lisa Jane. Mieszkają w wynajętym mieszkaniu. Nie jest to zapleśniała nora, ale też żadne luksusy. Ciasne pokoje, malutka kuchnia, proste meble, gdzieniegdzie łuszczy się farba. Marzą o własnym mieszkaniu, o lepszej przyszłości dla swoich dzieci. Pracują, nie obijają się. Ona opiekuje się starszymi, schorowanymi osobami. Ma kilkoro podopiecznych w różnych częściach miasta, wędruje od jednego do drugiego. Wpada do nich w porze śniadania, obiadu i kolacji. Pomiędzy ma jakieś przerwy. Co z tego, kiedy nie jest łatwo wrócić w tak krótkim czasie do domu, szczególnie jeśli z konieczności korzysta się z miejskiej komunikacji, a przecież często wypada jeszcze coś nieoczekiwanego i nie można zostawić podopiecznego. Nie jest jasne, czy Abby pracuje w opiece społecznej, czy w jakiejś prywatnej firmie. W każdym razie to praca ciężka, często niewdzięczna. Powiedzmy sobie wprost - w takiej formie jest zwyczajnym wyzyskiem. Ale Abby lubi swoich podopiecznych, daje im znacznie więcej niż tylko opiekę. Daje im swój czas, uwagę, czułość, cierpliwość. Taka sama jest dla dzieci i męża. 


Ale prawdziwym niewolnikiem staje się jej mąż, Ricky. Wpada w zręcznie zastawione sidła firmy kurierskiej. Mamiony pracą na własny rachunek, wielkimi zarobkami i całą tą kapitalistyczną czy korporacyjną nowomową - pracujesz nie dla nas, ale z nami, jesteś częścią naszego zespołu, bla, bla, bla. Żałuję, że nie udało mi się zapamiętać więcej z kwiecistej przemowy wygłoszonej pewnym siebie, nieco agresywnym tonem przez faceta przyjmującego Ricka do pracy, który tak oto stał się współczesnym niewolnikiem. Kto interesuje się problemami społecznymi, kto czyta i słucha, ten wie, co stanie się dalej. Coraz bardziej wyśrubowane normy, praca od rana do nocy, trudności z dostarczeniem przesyłek, wredni klienci, żadnych urlopów, żadnego chorowania, a w związku z tym żadnego życia prywatnego. Jesteś maszyną, nie człowiekiem. Paczki muszą być dostarczone, firma musi zarabiać, a że tobie skapnie z tego jakiś marny ochłap, nikogo nie obchodzi. A to nie koniec pułapek, jakie taka forma zatrudnienia zastawiła na Ricka. Wystarczy jakiś pech, większy czy mniejszy, o który, co pokazuje film, a dopowiada nam wyobraźnia, wcale nietrudno, aby wpaść w prawdziwe kłopoty. Strata dniówki, jakieś kary finansowe, gorszy rejon. Dlaczego Rick nie odejdzie? Bo tak działa ten system - gdyby rzucił pracę i tak musiałby spłacić zobowiązania, które zaciągnął w firmie. Dlaczego je zaciągnął? Aby móc pracować. I tak koło się zamyka. Dlatego nieważne, co się dzieje, jak się czuje, czy jest chory - musi harować, harować, harować. 

Ta sytuacja rujnuje nie tylko Ricka, rujnuje całą rodzinę. Już wcześniej nie było łatwo, teraz stało się beznadziejnie. Widzimy jak krok po kroku destrukcji ulegają więzi pomiędzy bliskimi. Dzieci zostawione same sobie, widywane tylko rano i wieczorem, kiedy na nic nie ma już siły. Za cały kontakt musi starczyć rozmowa telefoniczna. Instrukcje osładzane miłym słowem. Abby naprawdę się stara i naprawdę kocha swoje dzieci. Nie trzeba długo czekać, aby zaczęły się poważne kłopoty. Problemy w domu, powodują jeszcze większe problemy w pracy. Jeśli chcesz naprawić jedno, zawalasz drugie. I tak w kółko. Naprzeciwko siebie masz bezdusznego szefa. Przecież każdy ma jakieś rodzinne kłopoty, gdybym się nad nimi pochylał, kto by pracował? Kto by zasuwał? Psuć zaczyna się też między Abby i Rickiem. Nie, nie zdarza się żadna wielka katastrofa. Po prostu nie mają dla siebie czasu, cierpliwości, zaczynają się wzajemnie oskarżać, łatwo wybuchają gniewem. A przecież to dobrzy, mili, ciepli ludzie. Chcą jak najlepiej, starają się, wspierają, jednak na naszych oczach ich świat zaczyna się rozpadać. Ale może najgorsze jest to, że Rick traci autorytet w oczach syna. Ile warte są jego słowa o tym, aby się uczył, poszedł na studia, miał lepszą pracę. Seb widzi, co się dzieje, zaczyna pewnie rozumieć, że jego przyszłość, nawet jeśli zdobędzie wykształcenie, będzie podobna. Wiadomo, że może co najwyżej skończyć jakąś marną uczelnię, a i to zaciągając studencki kredyt. Dlatego buntuje się. Tak jak potrafi.
Nie będzie pocieszenia. Abby, Rick i ich rodzina znaleźli się w matni, w sytuacji bez wyjścia.  A na horyzoncie nie widać nikogo, kto mógłby im pomóc. 

To film o prekariuszach, biednych pracujących, których spotykamy codziennie, niekoniecznie zastanawiając się nad ich losem. I choćbym nie wiem, jak się starała, sama od czasu do czasu, a może częściej niż mi się wydaje, uczestniczę w tym wyzysku. Dlatego oglądałam film Kena Loacha z zapartym tchem, mimo że znam problem, bo sporo na ten temat czytam i słucham. Ale rozpisany na konkretną rodzinną sytuację porusza i budzi gniew. To nie cyferki, statystyki, ale ludzie - Abby, Rick, Seb i Lisa Jane. Że jednej rodzinie nie mogło się na raz tyle nieszczęść przytrafić? Nawet jeśli tak jest, chociaż wcale nie mam takiego przekonania, to historia została tak opowiedziana, że zupełnie się tego nie czuje. Dla mnie film Kena Loacha nie jest ani nachalnie dydaktyczny, ani poczciwy w swojej naiwności i szlachetnych intencjach, ani nie pokazuje problemu w sposób wyolbrzymiony. To głos protestu. W końcu co byłaby warta sztuka, jeśli przynajmniej od czasu do czasu nie ujmowałaby się za słabymi, wykluczonymi, biednymi. "Nie ma nas w domu" koniecznie trzeba obejrzeć.

Inga Iwasiów "Kroniki oporu i miłości"

O Indze Iwasiów oczywiście słyszałam jak każdy, kto interesuje się literaturą na serio, ale dotąd jakoś nie sięgnęłam po żadną z jej powieści. Zastanawiałam się, czy nie spróbować, ale zawsze było coś, co koniecznie chciałam przeczytać, więc zapominałam o szczecińskiej pisarce i jej powieściach. Zmieniłam zdanie po spotkaniu na Festiwalu Conrada. Rozmowa o jej najnowszej powieści "Kroniki oporu i miłości" (Świat Książki 2019) tak mnie zainteresowała, że postanowiłam kupić ją i przeczytać niemal natychmiast. I tak się stało. Nie żałuję, a po wcześniejsze książki Ingi Iwasiów na pewno jeszcze sięgnę.

"Kroniki oporu i miłości" to historia wielowątkowa rozgrywająca się na kilku płaszczyznach czasowych niemal jednocześnie. Nie mamy tu do czynienia z klasyczną retrospekcją. Narratorka, Małgorzata, kobieta pięćdziesięciokilkuletnia, miesza czasy, wątki i zdarzenia w sposób chaotyczny. Trochę na takiej zasadzie, na jakiej pracuje nasza pamięć. Bywa, że swoją uwagę przez dłuższy czas skupia na jednym temacie, innym razem dość szybko, bez uprzedzenia porzuca jakąś opowieść, aby przejść do kolejnego zdarzenia czy wątku, które nie łączą się z poprzednim. Taki sposób opowiadania może początkowo sprawiać trudność, ale kiedy tylko przyzwyczaimy się do tej narracji, kupujemy ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Powoli, powoli składamy sobie historię życia Małgorzaty. A jeśli coś nam umknie? Coś się nie ułoży? Zgubimy jakieś zdarzenie niczym oczko w swetrze robionym na drutach? Będą nam się mylić niektórzy bohaterowie? Nie szkodzi. Tak przecież działa ludzka pamięć. To, co zarejestrujemy, i tak stworzy nam pełny obraz Małgorzaty. 

Jakich wątków dotykają jej kroniki? Pierwszy to historia dzieciństwa i wczesnej młodości bohaterki, historia jej dysfunkcyjnej rodziny. Przyznam, że te fragmenty zrobiły na mnie największe wrażenie. Matka Małgorzaty po urodzeniu najmłodszego dziecka, Olka, zaczęła chorować psychicznie. Ojciec nie potrafił albo nie chciał dostrzec problemu. Jego rola sprowadzała się właściwie do zarabiania niewielkich pieniędzy. Cały ciężar zmagania się z nieodpowiedzialnymi zachowaniami matki oraz z opieką nad najmłodszym bratem, który był dzieckiem dziwnym, być może cierpiącym na jakiś rodzaj autyzmu czy zespołu Aspergera, spadała na Małgorzatę i jej starszego brata Kamila. Naprawdę przejmujące są te wspomnienia. Dzieci, które dźwigają ciężar nie dla nich przeznaczony. Które muszą matkować młodszemu bratu, chronić go przed światem nierozumiejącym jego dziwnych zachowań. Które nie wiedzą, co wymyśli matka. Czy będzie trzeźwa, czy pijana, czy będzie próbowała uwieść hydraulika, który przyjdzie naprawiać kran, czy powodowana obsesją czystości wypierze w wysokiej temperaturze wszystkie ubrania? Do tego ciasnota, problemy finansowe i opowieści matki o jej sielankowym dzieciństwie, których Małgorzata nienawidziła, bo oddalały ją od niej. A jednocześnie ten wątek to opowieść o sile uczucia między rodzeństwem. Od razu przypomniał mi się dokument "Komunia" Anny Zameckiej. Trochę podobna historia. Nic dziwnego, że po takich traumatycznych doświadczeniach dla Małgorzaty bardzo ważną osobą stanie się potem jej teściowa Helena, z którą będzie mieszkać nawet po rozwodzie. Bardzo często pojawia się w jej wspomnieniach.

Kolejny wątek to związki. Pierwszy z Adamem, który skończył się wczesną ciążą i małżeństwem. Nie przetrwał próby czasu. Zostały po nim wspomnienia, syn Patryk, nieżyjąca już Helena, znajomi i mieszkanie teściowej, w którym Małgorzata nadal żyje. A potem były związki z kobietami, w tym ten najważniejszy z Anną, który właśnie się rozpada. Dlaczego? Bo się wypalił? Bo rozeszły się cele partnerek? Bo Małgorzata nie potrafi wyjechać ze Szczecina, swojego rodzinnego miasta, gdzie ma starszego brata, z którym tyle ją łączy, i rodziców, którym wspólnie pomagają mimo całego trudnego bagażu przeszłości? Czy to zwykła przyzwoitość każe jej troszczyć się o rodziców, czy jest to rodzaj toksycznych więzów, których nie sposób przerwać? Anna zajmuje wiele miejsca we wspomnieniach narratorki. W końcu są to kroniki miłości.

A dlaczego kroniki oporu? To kolejny temat powieści. Temat, który próbuje zarejestrować naszą najnowszą historię. Opowieść o aktywizmie. Najpierw, przed laty była Wytwórnia, miejsce, gdzie spotykały się kobiety. Uczyły się szyć, ale przede wszystkim gadały, gadały, gadały. Opowiadały o swoich traumach, rozczarowaniach, przejściach. Jakby wreszcie miały przed kim się otworzyć. Potem wstydziły się swojej szczerości. Początkowy entuzjazm słabł, wykruszały się kobiety przychodzące do Wytwórni. Coś się skończyło. Ale przecież coś zostało. Jak po każdym życiowym doświadczeniu. Teraz jest Ruch. Organizacja protestu i sprzeciwu. Inga Iwasiów nie nadaje jej konkretnych kształtów, ale niewątpliwie wzoruje na rozmaitych podobnych organizacjach, jakich wysyp nastąpił po poprzednich wyborach parlamentarnych. Małgorzata nieco wbrew sobie, bo ktoś musi, a ona ma czas i potrafi, staje się jej kronikarką i trochę liderką. Nieoczekiwanie zapłaci za to dużą cenę - spotka się z falą niszczącego hejtu. Ruch czas świetności ma już za sobą. Coraz mniej entuzjazmu, coraz większe rozczarowanie brakiem efektów. Spory o formy działalności, o przyszłość. 

Życie Małgorzaty usiane jest utratami, porażkami, rozczarowaniami, niezrealizowanymi marzeniami. Do osobistych dochodzą jeszcze zawodowe, które też zajmują sporo miejsca w jej wspomnieniach. A mimo to nie jest to powieść bardzo gorzka. Przynajmniej ja jej tak nie odbieram. Melancholijna, tak, ale nie gorzka. Dlaczego? Bo w Małgorzacie jest siła. Porażki, rozczarowania, straty są wpisane w los człowieka. Mogą pogrążyć, ale mogą też stać się cennym doświadczeniem. To, co spotkało bohaterkę, ukształtowało ją. Dało jej siłę i samodzielność, swobodę podejmowania decyzji, umiejętność przyjmowania ciosów od losu. W końcu wszystko jeszcze przed nią. Nie jest to proste,naiwne pocieszenie w stylu poradników, które zapewniają, że przecież wszystko od nas zależy. Wystarczy tylko bardzo chcieć, aby odmienić swój los. Aby spotkać tego jedynego, w tym wypadku raczej tę jedyną. Nie, nie wszystko od nas zależy. I to Małgorzata na pewno wie.

Olga Tokarczuk "Dom dzienny, dom nocny"

Po "Prawieku i innych czasach" przyszła kolej na drugą z powieści Olgi Tokarczuk czekającą dotąd w czeluściach mojego ukochanego czytnika. To "Dom dzienny, dom nocny" (Wydawnictwo Literackie 2015). Kiedy zaraz po Noblu zrobił się wokół twórczości pisarki medialny szum, całkiem zrozumiały w tej sytuacji, słyszałam kilkakrotnie, że ulubioną książką wielu osób jest właśnie ta powieść. Jeśli ja miałabym wypowiedzieć się w tej kwestii, to przyszłoby mi to z dużym trudem. Na pewno spośród pięciu przeczytanych książek Olgi Tokarczuk najwyżej cenię "Księgi Jakubowe". Nie mam co do tego wątpliwości. To rzecz, jaka trafia się czytelnikowi tylko czasem - mięsista, ważna, gęsta, znakomicie napisana, jednym słowem powieść wagi ciężkiej albo może raczej istotnej. A co potem? "Prowadź swój pług przez kości umarłych"? "Prawiek i inne czasy"? Czy może "Dom dzienny, dom nocny"? Nie umiem zdecydować. Mam takie poczucie, że wybierając jedną, krzywdzę inną. Jeśli natomiast ktoś nie czytał nic, a chciałby zacząć swoją przygodę z twórczością noblistki, do czego gorąco namawiam, niech na początek sięgnie po pierwszą z trzech wymienionych przed chwilą książek. Szczególnie jeśli ma tradycyjne literackie gusta. No dobrze, ale do rzeczy, miało być o "Domu dziennym, domu nocnym".

Ja się nim zachwyciłam. Uwielbiam taką literaturę. Akcja  powieści, a może wcale nie powieści, tylko zbioru opowiadań połączonych wspólnym miejscem, kilkoma bohaterami i osobą narratorki, rozgrywa się w okolicach Nowej Rudy, w Kotlinie Kłodzkiej. Narratorka zastanawia się nad życiem, snując opowieści o swoich sąsiadach i inne usłyszane historie, wracając do powojennej tragicznej historii najbliższej okolicy, ale także relacjonując sny własne i cudze, wyprawy na grzyby, celebrowanie pełni Księżyca i rozmaite codzienne drobne zajęcia, jakie są udziałem jej i Marty, najbliższej sąsiadki. Starej, mądrej kobiety, która robi peruki. Brzmi banalnie, ale wszystko to Olga Tokarczuk wynosi poza zwyczajność. Nadaje ludzkim losom, opisywanym miejscom, codzienności, całej tej naszej krzątaninie wymiar niezwykłości, dramatyzmu, tragizmu. Takie są historie ludzi, o których opowiada. Chociaż bywają chwilami zabawne, to zawsze  prędzej czy później nabierają tragicznego rysu. Czy będzie to opowieść o Krysi, pracownicy banku w Nowej Rudzie, która zakochała się w Amosie, mężczyźnie ze swojego snu, czy przejmująca historia sąsiada Marka Marka, albo opowieść o nauczycielu Ergo Sumie, albo historia pewnej pary zwanej Ona i On, czy wreszcie losy przedwojennych mieszkańców tych okolic. Za każdym razem dotkniemy jakiejś niespełnionej tęsknoty, braku, utraty, wyrzutów sumienia, które prowadzą na skraj szaleństwa. Przejmujące są opowieści o wypędzonych i o tych, którzy zajęli ich miejsce. O tej powojennej wędrówce ludów, jaka stała się udziałem tak wielu. I podobnie jak w "Prawieku" pojawia się przemożna chęć zrozumienia, kto tak urządził nasz świat. Tym razem poszukiwania odpowiedzi na to pytanie prowadzą do nożowników, którzy kiedyś mieszkali w okolicy, robili znakomite noże i śpiewali psalmy. I znowu konkluzja jest pesymistyczna. Bóg jest nieludzki, nie ma nic wspólnego z człowiekiem i nawet nie rozumie ludzkich modlitw. Spośród wszystkich bohaterów tej powieści tylko stara, mądra Marta, która zdaje się wszystko wiedzieć, jest osobą pogodzoną ze światem, z cierpieniem, z bólem. Bardzo ważnym wątkiem jest historia nieuznawanej przez Kościół świętej Kummernis, ukrzyżowanej przez ojca młodej kobiety z brodą. Jeden z jej wizerunków znajduje się w Wambierzycach. Tokarczuk idzie dalej, snując opowieść o młodym mnichu Paschalisie, który spisał historię świętej i chciał ją przedstawić samemu papieżowi. Kummernis, kobieta z brodą, wisząca na krzyżu w sukni, często przypominająca Chrystusa, i mnich, który pragnie być kobietą. 

Kiedy piszę o książkach podobnych w nastroju, atmosferze, sposobie opowiadania do "Domu dziennego, domu nocnego", zawsze mam taką samą refleksję - nie da się żadnym najlepszym nawet tekstem, analizą czy interpretacją oddać ich piękna i głębi. To książki, które trzeba czytać, poddać się ich powolnemu rytmowi, klimatowi, melancholii, smutkowi, zachwycić pięknem języka, który potrafi choćby na chwilę nazwać to, co nieuchwytne, co zagubione między słowami. Taki jest "Dom dzienny, dom nocny". Najpierw należy go przeczytać po bożemu, od początku do końca, a potem można sobie wybierać historie w dowolnej kolejności, choćby na chybił trafił. Kto jeszcze nie zna powieści Olgi Tokarczuk, niech koniecznie nadrobi tę zaległość.

Filmowe remanenty - "Obywatel Jones", "I młodzi pozostaną"

Bogactwo premier takie, że nie ma mowy, aby obejrzeć wszystko, na co ma się ochotę. Trzeba wybierać. Ostatnio w każdym tygodniu z czegoś muszę rezygnować. Nie obejrzałam izraelskich "Synonimów", dokumentu "Ostatnia góra" o polskiej zimowej wyprawie na K2, nadal nie widziałam "Ikara", pewnie nie dam rady wybrać się na macedoński film "Bóg istnieje, a jej imię to Petrunia". Całkiem możliwe, że w natłoku nowości jeszcze coś przeoczyłam. A w ten weekend nadrabiałam zaległości z zeszłego tygodnia. To oczywiście "Obywatel Jones" Agnieszki Holland nagrodzony w Gdyni Złotymi Lwami. Przy okazji chcę wspomnieć o dokumencie "I młodzi pozostaną", który widziałam gdzieś pomiędzy spotkaniami na Festiwalu Conrada, a o którym nie bardzo miałam czas napisać.


"Obywatel Jones" to opowieść o walijskim dziennikarzu Garethcie Jonesie, który narażając życie, wyruszył z Moskwy na Ukrainę, gdzie na własne oczy zobaczył panujący tam głód zwany dzisiaj wielkim głodem. Wymarłe wioski, zamarznięte trupy leżące na ulicach miast i poboczach dróg, ludzie bijący się o jedzenie, kanibalizm. Miał wielkie szczęście, że udało mu się w tamtym momencie ocalić życie. Wrócił do Wielkiej Brytanii i dzięki uporowi poinformował opinię publiczną o tym, co dzieje się na Ukrainie i w Związku Radzieckim. To kolejna opowieść na temat, jak świat wiedział i nie zrobił nic. Garethowi Jonesowi albo się nie wierzy, albo się go ucisza, albo, według dzisiejszych kryteriów, hejtuje. Za tym wszystkim kryje się wielka polityka i interesy gospodarcze. Nie pierwszy to i nie ostatni przypadek w historii. Głos wołającego na puszczy. Mnie ta opowieść rymuje się ze znakomitym reportażem historycznym, który ostatnio czytałam - "W ogrodzie bestii" Erika Larsona o latach trzydziestych w III Rzeszy. Tym bardziej, że film opowiada o tym samym okresie, a Gareth Jones zasłynął przeprowadzeniem wywiadu z Hitlerem. W tym wypadku wołającym na puszczy był amerykański ambasador, którego pesymistycznych diagnoz nikt nie chciał słuchać. Historia przyznała mu rację. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby zobaczyć, jak świat jest obojętny na podobne tragedie, które rozgrywają się na naszych oczach. Jak zawsze zwycięża wielka polityka i wielkie interesy. Tyle dygresji związanych z tematem, a teraz jeszcze kilka refleksji na temat samego filmu, na który niektórzy kręcą nosem. Od razu powiem, że ja Złote Lwy dałabym rewelacyjnemu "Bożemu Ciału" Jana Komasy, co nie znaczy, że należę do grona marudzących na film Agnieszki Holland. Powiedziałabym, że jest to solidne, popularne kino opowiadające o ważnych sprawach, bardzo dobrze zrobione. Utrzymane w konwencji filmu trochę sensacyjnego, trochę thrillera politycznego (tak określa go producent), ma mroczną, przytłaczającą atmosferę, trzyma w napięciu, szczególnie jeśli ktoś, tak jak ja, nie do końca znał losy Garetha Jonesa. Wiedziałam, co zrobił, wiedziałam, że udało mu się ze Związku Radzieckiego wyjechać, ale nie miałam pojęcia jak, wiedziałam, że w końcu zginie, ale nie znałam okoliczności. Lepiej więc przed seansem nie wgłębiać się zbyt dokładnie w historię głównego bohatera. Poza tym akcja zbudowana jest na konflikcie wartości - Garethowi Jonesowi przeciwstawiony zostaje amerykański dziennikarz Walter Duranty,  nagrodzony Pulitzerem korespondent New York Timesa, który cynicznie, a może ze strachu, ukrywa prawdę o tym, co dzieje się w Związku Radzieckim, pisze kłamliwe, pochwalne artykuły o gospodarczych sukcesach i żyje sobie wygodnie w Moskwie, urządzając najlepsze przyjęcia w mieście. I jeszcze jedno - film bardzo dobrze oddaje to, co zdumiewa mnie nieustannie - kiedy jedni cierpią, głodują, chowają się przed bombami, uciekają z domów, koczują w obozach dla uchodźców, inni żyją względnie wygodnie i normalnie. Cóż, ja też przecież należę do tych wybrańców losu. Konkluzja - "Obywatela Jonesa" zobaczyć należy, choćby ze względu na temat, na pamięć walijskiego dziennikarza i milionów ofiar głodu na Ukrainie, którym film jest dedykowany.


Zobaczyć też należy dokument "I młodzi pozostaną" ... Petera Jacksona. Tak, tego od "Hobbita" i "Władcy pierścieni". Szczerze mówiąc, długo nie miałam pojęcia, kto nakręcił ten film i nie reżyser był dla mnie magnesem, a temat. A jest to opowieść o bezsensie i absurdzie wojny. W tym wypadku chodzi o pierwszą wojnę światową. Peter Jackson zrobił to, co przed nim zrobili Polacy - film o powstaniu warszawskim zmontowany z dokumentów i zdjęć. Ta historia jest podobna. Reżyser wykorzystał filmy dokumentalne z londyńskiego Muzeum Wojny, obrobił je, niektóre pokolorował, dodał z offu opowieści weteranów i zmontował to wszystko, tworząc spójną opowieść, która zaczyna się tuż przed wybuchem wojny, a kończy bardzo gorzko powrotem do Anglii tych żołnierzy, którzy wyszli żywi z wojennego koszmaru. A tam nikt ich nie rozumiał, nikt, po początkowym entuzjazmie, nie zamierzał się nimi zajmować. Okaleczeni psychicznie i niejednokrotnie fizycznie nie mieli pracy, stawali się pierwszymi ofiarami kryzysu gospodarczego. Film robi wielkie wrażenie, z bliska pokazuje koszmar, jakim była pierwsza wojna światowa, w trakcie której miliony żołnierzy francuskich, brytyjskich, niemieckich i innych tkwiły miesiącami w okopach w deszczu, w błocie, odbijając od czasu do czasu kawałek ziemi, który nie miał w ogólnym rozrachunku żadnego znaczenia. I już nikt nie wiedział, jaki jest sens tej walki. Warto przy okazji sięgnąć po kilka książek, które na mnie zrobiły wielkie wrażenie. Znakomity reportaż historyczny Petera Englunda "Piękno i smutek wojny" - kiedyś otworzył mi oczy na to, czym była tamta wojna. Albo po sensacyjną powieść Pierre,a Lemaitre "Do zobaczenia w zaświatach". Czy Stefana Hertmansa "Wojnę i terpentynę". Wreszcie po książkę historyczną Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego "Nasza wojna. Imperia", której część druga, "Narody", właśnie się ukazała. (Kupiłam, ale kiedy ja ją przeczytam?) I pewnie wiele innych.

Marcin Wilk "Pokój z widokiem. Lato 1939"

Temat ostatnich wakacji przed wybuchem drugiej wojny najwyraźniej zrobił się modny, bo oprócz książki Marcina Wilka "Pokój z widokiem. Lato 1939" (W.A.B. 2019), o której dziś piszę, ukazały się też inne pozycje na ten sam temat. Okazją jest zapewne fakt, że mija osiemdziesiąt lat od tamtego lata. Jedna to Marcina Zaborskiego "Jeszcze żyjemy. Lato 1939".  Z opisu, jaki znalazłam na stronie wydawnictwa Świat Książki, które Zaborskiego wydało, wynika, że jej treść może być dość podobna. Natomiast "Wakacje 1939" Anny Lisieckiej to opowieść o tym, jak spędzała tamto lato elita artystyczna. Raczej nie sięgnę, jedna rzecz na ten sam temat wystarczy, a i ona, chociaż ciekawa i mimo tematu lekka w lekturze, należy do kategorii książek, które można, ale niekoniecznie trzeba przeczytać

Czy dowiedziałam się czegoś nowego? Raczej nie. Czy pobudziła mnie do szerszych refleksji? Coś zmieniła w moim sposobie myślenia? Na pewno nie. Już dawno mam za sobą taki metafizyczny dreszcz związany ze świadomością, że tamte wakacje to ostatnie chwile przed kataklizmem, ostatnie momenty radości, czego wielu sobie wtedy nie uświadamiało. Ten dreszcz zawdzięczam mojej ulubionej powieści Jarosława Iwaszkiewicza "Sława i chwała". To tam troje (chyba, pamięć zawodzi) młodych bohaterów spędza razem beztroskie wakacje w Tatrach. Oni nie wiedzą, my wiemy. Potem podobne wrażenie zrobił na mnie powtarzany do znudzenia film Michała Kwiecińskiego "Jutro idziemy do kina" według scenariusza Jerzego Stefana Stawińskiego. Jak wynika z końcowych napisów oparty mniej lub bardziej wiernie na faktach. 

Nawet jeśli liczono się z wybuchem wojny, to nikt nie mógł sobie wyobrazić rozmiaru tragedii, jaka czekała Europę, bo i skąd. Poza tym większość wierzyła, że nawet jeśli wybuchnie, to potrwa krótko, a Polacy są zwarci i gotowi, nie oddadzą nawet guzika od munduru. Ta fraza powtarza się w książce często, przywołują ją bohaterowie, z którymi rozmawia Marcin Wilk. To ludzie, którzy wtedy byli dziećmi lub nastolatkami. Pochodzili z różnych miejsc w Polsce i z różnych warstw społecznych. Na przykład z Gdyni, z Zakopanego, z Zaleszczyk, z Wileńszczyzny, z Wołynia, z Małopolski. Pełny przegląd. Podobnie ma się sprawa ze statusem społecznym. Jest córka oficera marynarki, syn księgarza, ale są też wiejskie dzieci, które żadnych wakacji nigdy nie miały, bo przecież latem na wsi najwięcej jest pracy. Ich relacje dotyczą nie tylko dwóch letnich miesięcy, są znacznie szersze. Opowiadają o swoim przedwojennym życiu - o rodzinie, o zabawach, o szkole, o przyjaźniach, o stosunku do Żydów. Lipiec i sierpień 1939 roku to tylko część ich opowieści. Z tym naddatkiem ma problem Kinga Dunin, która pisała o książce na łamach Krytyki Politycznej. Przyznam, że dzięki niej dowiedziałam się o "Pokoju z widokiem". Mnie ten nadmiar nie przeszkadza, chociaż, jak wspominałam, niczego odkrywczego się nie dowiedziałam.

Ale książka Marcina Wilka składa się nie tylko z wypowiedzi kilkunastu bohaterów. Znajdziemy tu też fragmenty z dzienników Marii Dąbrowskiej czy biografii Witolda Gombrowicza pióra Klementyny Suchanow, wspomnienia Eugeniusza Kwiatkowskiego i kilku innych znanych osób. A oprócz tego bardzo dużo artykułów z prasy poświęconych wywczasom - lekkich, dowcipnych felietonów, reportaży czy tekstów informacyjnych. Te fragmenty ze względu na ciekawe wiadomości, a przede wszystkim język, wydały mi się interesujące. I z opowieści bohaterów i z tekstów prasowych wynika jedno - lipiec był jeszcze raczej beztroski. Tylko relacje z Wolnego Miasta Gdańska i korespondencja z Niemiec odbiegają tonem od pozostałych opowieści. Dopiero w drugiej połowie sierpnia groza narasta, aż dochodzi do mobilizacji ogłoszonej w ostatniej chwili. Na dworcach tłok, panika, ludzie z tobołami chcą wrócić do domu, ale miejsce w pociągu trudno zdobyć. Co było dalej, wiemy. Wiedzą też bohaterowie książki Marcina Wilka. O ich powojennych losach autor informuje w posłowiu, zaspokajając ciekawość czytelnika, który zdążył się już z nimi zżyć.

Czytać, nie czytać? Na pewno będzie to interesująca pozycja dla młodych czytelników, dla pozostałych niekoniecznie. Dobra na urlop, na podróż pociągiem, na weekendowy wypad. Ja czytałam właśnie w takich okolicznościach - potrzebowałam czegoś ciekawego, niezbyt wymagającego, czegoś, co można czytać z doskoku.

Popularne posty