Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty

Adania Shibli "Drobny szczegół"

O krótkiej powieści "Drobny szczegół" palestyńskiej pisarki Adanii

Shibli (Drzazgi 2023; przełożyła Hanna Jankowska) zrobiło się  w Polsce głośno, kiedy po wybuchu kolejnej odsłony konfliktu izraelsko-palestyńskiego odwołano jej udział na targach książki we Frankfurcie, gdzie miała odebrać prestiżową nagrodę za niemieckie wydanie swojej powieści. Awantura zbiegła się z polską premierą książki, która na świecie ukazała się w roku 2020 (w jednym ze źródeł znalazłam nawet informację, że w 2017). Powieść nominowana była do Międzynarodowego Bookera i National Book Award, a w Polsce zbiera bardzo dobre recenzje. Jednak ani rozgłos wzmocniony przez awanturę wokół odwołania pobytu pisarki we Frankfurcie, ani bardzo dobre recenzje nie miały wpływu na moją decyzję, że muszę tę powieść przeczytać. Jak już nie raz tu wspominałam, interesuje mnie ten zakątek świata i dlatego pilnie śledzę literaturę izraelską i książki pisane przez palestyńskich autorów, których w Polsce ukazuje się znacznie mniej. Kiedy tydzień temu pisałam o "Jestem stamtąd, jestem stąd" nieżyjącego już palestyńskiego poety Mourida Barghoutiego, polecałam inne pozycje palestyńskich autorów, przede wszystkim trzy książki Raja Shehadeha wydane przez Karakter i "Żywopłot" Dorit Rabinyan. Naprawdę warto po nie sięgnąć. Krótka powieść Adanii Shibli, której przeczytanie stale odkładałam na rzecz innych tytułów, stała się teraz znakomitym dopełnieniem książki Mourida Barghoutiego.

"Drobny szczegół" składa się z dwóch części. Akcja pierwszej rozgrywa się w roku 1949 na pustyni Negew. Oddział izraelskich żołnierzy zostaje tam skierowany, aby strzec płynnych jeszcze granic i przeczesywać pustynię w poszukiwaniu infiltratorów. Tak określani są wrogowie nowego państwa, Arabowie i Beduini. Zdarzenia opowiadane w beznamiętny sposób poznajemy z punktu widzenia dowódcy oddziału. Każdy dzień jest do siebie podobny. Poranna toaleta, posiłki, patrolowanie pustyni, upał, od którego odpocząć można tylko wczesnym rankiem albo po zachodzie słońca. Dowódca tłumaczy swoim żołnierzom, jak ważna jest ich rola, po co tu są, stara się wzmocnić w nich wiarę w sens tego, co robią, chociaż nie widać oznak buntu czy niezadowolenia. Ta monotonia zostaje nagle przerwana przez zdarzenie, którego się spodziewałam, przystępując do lektury, bo zostało zapowiedziane w informacjach od wydawcy. To gwałt na schwytanej beduińskiej dziewczynie i jej zastrzelenie. Chociaż wiedziałam, że o tym jest ta książka, czytając te fragmenty, dostałam obuchem w głowę. Siła przekazu zostaje wzmocniona przez chłodny, beznamiętny styl. Nie wiemy, co siedzi w głowie dowódcy, który najpierw każe strzec dziewczyny, chce ją nawet skierować do pracy w polowej kuchni, a potem sam ją gwałci, a na koniec każe zastrzelić. Przez moment wydaje się, że może szuka bliskości. Jest samotny, ma trudne zadanie, w dodatku męczy go rana na nodze, pamiątka po ugryzieniu przez jakiegoś owada.  Nawet gdyby tak było, nic go nie usprawiedliwia. Pewnie w cywilu był porządnym człowiekiem, pewnie przybył do Palestyny niesiony wzniosłą ideą budowy żydowskiego państwa, pewnie cieszy się, że powstało. Tacy jak on pionierzy są pewnie wzorem do naśladowania, bo przecież to, co się wydarzało w czasie podobnych patroli, albo nigdy nie wyszło na jaw, albo było przyjmowane jako oczywisty koszt budowy państwa. Wojna to wojna, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. To beznamiętna skala makro. W powieści dostajemy skalę mikro, która budzi grozę.

Druga część powieści to historia Palestynki mieszkającej i pracującej w  Ramallah, która przeczytała w izraelskiej prasie artykuł o tamtych zdarzeniach. Historia zgwałconej i zamordowanej Beduinki nie daje jej spokoju także dlatego, że urodziła się dokładnie dwadzieścia pięć lat po jej śmierci. Za wszelką cenę chce się dowiedzieć więcej na jej temat, dlatego wyrusza w podróż do Izraela. Nic prostszego, ale nie dla Palestynki. Chociaż wszędzie jest blisko, aby dojechać na pustynię Negew, musi przejechać przez liczne granice, ominąć mur, poddać się kontrolom na chceckpointach. W podróż zabiera ze sobą trzy mapy. Wśród nich jedną starą, drugą współczesną. Te mapy uświadamiają jej, jak bardzo zmienił się krajobraz i ten teren. Także, a może szczególnie, na Zachodnim Brzegu. Droga, którą wolno jej jechać, to labirynt, łatwo się w nim zgubić, a kolejna kontrola może oznaczać kłopoty. Sama pustynia zmieniła się i nie zmieniła jednocześnie. Rzeczywiście ziściło się marzenie ludzi takich jak dowódca i udało się ją okiełznać - okrzepły kibuce, które stały się zielonymi oazami, powstały plantacje warzyw i owoców, a jednocześnie nadal gdzieś w jej głębi są biedne beduińskie wioski sklecone z byle czego. Tu odsyłam do zbioru reportaży Pawła Smoleńskiego "Wieje szarkija. Beduini z pustyni Negew".  Jak już wspominałam, czas zatarł tamte zdarzenia. Śledząc poszukiwania narratorki, patrzymy na historię i współczesność z dwóch punktów widzenia. Dla niej te zmiany są niezabliźnionymi ranami, pamięcią o tym, co utracone, żywym dowodem na to, jak świat został pocięty granicami, które kiedyś kreślono na piasku, a które teraz wyznaczają mury, checkpointy i drogi, którymi mogą poruszać się obywatele Izraela i turyści, ale nie mieszkańcy Zachodniego Brzegu. A dla sympatycznych osadników z kibucu, w którym nocuje, te zmiany to dowód na siłę państwa i pionierów, którzy o nie walczyli i które budowali. 

Trudno oprzeć się gorzkiej refleksji, że w imię ideałów mających stworzyć lepszą przyszłość, zbudowano świat podzielony, w którym obu stronom konfliktu towarzyszy strach, przemoc i upokorzenie. To ostatnie dotyczy poniżanych Palestyńczyków. Tamta wojna wcale się nie skończyła. A rozwiązania tego węzła gordyjskiego, jakim stały się stosunki izraelsko-palestyńskie, nie widać, czego dowodzi kolejna odsłona konfliktu.

PS Historia zgwałconej i zamordowanej Palestynki jest prawdziwa. Gdzieś słyszałam, że sprawcy tamtego zdarzenia zostali ukarani, o czym w powieści autorka nie wspomina. Moim zdaniem nie ma to jednak znaczenia, bo nie o szukaniu sprawiedliwości jest "Drobny szczegół". Poza tym to w końcu powieść.

Kibuc Nirim znajdujący się obok Strefy Gazy, który odwiedza i w którym nocuje narratorka drugiej części powieści, jest jednym z miejsc brutalnie zaatakowanych siódmego października zeszłego roku przez terrorystów z Hamasu. Kolejny dowód, jak skomplikowana to sytuacja. 

Annie Ernaux "Lata"

Książka Annie Ernaux "Lata" (Czarne 2022; przełożyli Magdalena

Budzińska, Krzysztof Jarosz) od momentu wydania znalazła się na liście tytułów, które chcę przeczytać. Przyczyny były dwie - wydawnictwo Czarne, którego ofertę pilnie śledzę, i tematyka. Z jednej strony kobieca, ujęta z perspektywy feministycznej, z drugiej społeczna - autorka wywodzi się z prowincji, z klasy ludowej. A więc kolejna opowieść o awansie społecznym. Jednym słowem Annie Ernaux wpisuje się w krąg takich autorek i autorów jak Tove Ditlevsen, Vivian Gornick, Sarah M. Broom, Didier Eribon i Edouard Louis. Ten pierwszy w swoim znakomitym "Powrocie do Reims" wprost się do niej odnosi. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że Annie Ernaux jest matką takiego pisania, a oni dwaj z niej. Szybko jednak zaczęłam zastanawiać się, czy to książka dla mnie. Dlaczego? Z powodu formy. 

Bo "Lata" to nie jest skrzyżowanie autobiografii z esejem, co znamy z książek przywołanych przed chwilą autorów. To autobiografia bezosobowa, który to termin przywołuję za znawcami. Dorzuciłabym jeszcze autobiografia (?), biografia (?) pokolenia urodzonego w czasie wojny, a ściślej rzecz biorąc jego lewicowej części, bo z takich pozycji wypowiada się autorka. Dlatego Annie Ernaux nie pisze w pierwszej osoby liczby pojedynczej, tylko używa albo liczby mnogiej, albo form nieosobowych - myślało się, mówiono, robiło się. Jeśli odwołuje się wprost do swojego życiorysu, to pojawia się zaimek ona i trzecia osoba liczby pojedynczej. 

Ale to nie jedyny powód moich wahań, czy po lata ostatecznie sięgnąć. Potem jeszcze nie byle gdzie, bo w Nowym Tygodniku Kulturalnym, usłyszałam głos krytyczny wyłamujący się z chóru zachwytów. Wprawdzie odosobniony, ale jednak. Nuda, po prostu nuda - kontrował jeden z dyskutantów. I tak trwałam w swoim niezdecydowaniu. Ostatecznie wcale nie Nobel dla Annie Ernaux spowodował, że jednak, a w dodatku właśnie teraz, zabrałam się za lekturę "Lat". Tym impulsem była opowieść Jarosława Kuisza w podcaście Kultury Liberalnej o twórczości francuskiej pisarki odbyta oczywiście przy okazji tradycyjnego szumu wokół nagrody. A on zna większość (wszystkie?) książki noblistki. Udzielił mi się jego entuzjazm i postanowiłam sprawdzić, co ja na to.

No i teraz mogę jednoznacznie stwierdzić, że jestem na tak. Lektury nie żałuję, przeczytałam "Lata" z dużą ciekawością, zrobiłam morze notatek i z niecierpliwością czekam na zapowiedzianych przez Czarne, już w listopadzie, "Bliskich", czyli zebrane w jednej książce trzy autobiograficzne mikropowieści. (Teraz kiedy robię redakcję tej notki, "Bliscy" właśnie wyszli.) Nie wykluczam, że przemówią do mnie jeszcze bardziej niż "Lata". Bo nie ma się co oszukiwać - to na pewno nie jest książka dla wszystkich. Trzeba oswoić się z formą, o której pisałam, może nas przytłoczyć strumień zdarzeń, osobistych i pokoleniowych doświadczeń, o których pisze autorka. W takiej kondensacji, ponad sześćdziesiąt lat zapisanych na trochę ponad dwustu stronach, ta wyliczanka na pewno niejedną i niejednego zniechęci. Moim zdaniem warto jednak przebić się przez formę, przywyknąć i przeczytać. 

Co może wynieść z tej lektury polska czytelniczka i polski czytelnik z innego pokolenia? Przecież nasze doświadczenia niekoniecznie są takie same. Żyjemy w innym kraju, mamy za sobą inną historię, co innego nas kształtowało. Po pierwsze możemy poznać doświadczenia nam obce, a dla mnie w tym między innymi zasadza się sens czytania. Mój świat byłby o całe nieba uboższy, gdyby nie literatura. Po drugie jednak znajdziemy w pisaniu Annie Ernaux wiele wspólnych nam doświadczeń i wiele inspiracji do namysłu. 

Zacznę jednak od tego, co odmienne. To na pewno silne doświadczenie rewolucji seksualnej i światopoglądowych przemian, które dokonały się w maju 1968. W Polsce rok 1968 kojarzy się bardziej z haniebnym Marcem niż z burzliwym Majem. Tamte wydarzenia mocno odcisnęły się na Annie Ernaux i jej środowisku, chociaż nie była to do końca ich rewolucja. Miała już dwadzieścia osiem lat, pracowała, była żoną i matką, a nie studentką. Z zazdrością przyglądała się temu, co się dzieje -  buntowi młodych przeciwko skostniałym starym. Nie kryje jednak rozczarowania tym, że rewolucja nie poszła dalej, że zatrzymała się w pół drogi. Potem wielokrotnie, kiedy we Francji dochodziło do manifestacji na dużą skalę, jej pokolenie miało nadzieję na kolejne zmiany, ale za każdym razem było tylko gorzej. Manifestujący po osiągnięciu celu, wracali do swoich spraw, nie mieli zamiaru bić się o więcej. Odmienne, co oczywiste, są też doświadczenia związane z odzyskiwaniem niepodległości przez Algierię. Bardzo ważny moment dla jej pokolenia. Wielokrotnie wraca temat imigrantów w pewnym stopniu powiązany z tamtymi wydarzeniami. Autorka pisze o zmieniającym się do nich stosunku, coraz większej niechęci, a nawet strachu przed młodymi z przedmieść o imigranckich korzeniach, w prywatnych rozmowach nazywanych pogardliwie Arabami czy czarnymi. Jakoś trudno zaakceptować fakt, że i oni są Francuzami. Odmienne są też doświadczenia związane z pojawieniem się AIDS i strachem, jaki siała ta choroba. Ledwie jej pokolenie mogło zachłysnąć się seksualną swobodą, a tu znowu trzeba było uważać. Ale tak naprawdę nawet w niektórych z tych wydarzeń możemy odnaleźć echa naszych własnych i skonfrontować się z nimi. 

A doświadczenia wspólne, chociaż nieraz przeżywane w różnym czasie? To problemy awansu społecznego, opowieść o ludziach z prowincji wywodzących się z klasy ludowej, którzy wędrują drogą najeżoną przeszkodami, aby dzięki wykształceniu wyrwać się ze swojego środowiska. To wreszcie problemy emancypacyjne, zmieniający się stosunek do macierzyństwa i rodziny, aborcja, strach przed ciążą, jaki towarzyszył młodości Annie Ernaux, inne wychowywanie córek, inne synów, rodzinne nakazy i zakazy kontra ciekawość świata, uczuć, seksualności. No i postęp oraz jego siostra konsumpcja, do której Annie Ernaux wraca wielokrotnie. Konsumpcja, która rośnie i rośnie. Zrozumiała w czasach, kiedy świat odbijał się po wojnie i wszystkich radowały nowe sprzęty i przedmioty ułatwiające życie, potem rozrastająca się niczym jakiś straszny Lewiatan, wciąż pokazująca swoje coraz nowsze oblicze. 

Konsumpcja jest jednym z powracających konstrukcyjnych motywów. Innym są zdjęcia, czasem filmy, na których autorka została uwieczniona. Stają się punktem wyjścia do przypominania kolejnej epoki, wyznaczają cezurę lat, pozwalają nie pogubić się w tej opowieści. Podkreślają też upływ czasu, przemijanie, przemiany. Po analizie zdjęć czy filmów następują niedzielne rodzinne obiady. Ich charakter też się zmienia, a jednak trwają. I chociaż autorka jest tak inna od swoich rodziców, to jednak i jej sprawia radość spotkanie z synami i ich partnerkami, mimo że różnią się tak, jak ona kiedyś różniła się od swoich rodziców. "Lata" prowokują do snucia własnej pokoleniowej opowieści. Każda byłaby trochę odmienna, a trochę podobna.

Kolejne ważne tematy  to pamięć i rozmijanie się doświadczeń osobistych z Historią. Autorka zastanawia się, co i jak zapamiętujemy, ile w nas zostaje z dawnych emocji, wzmożeń, co po latach pozostawi w nas swój ślad. I dlaczego trajektorie naszych żyć idą zazwyczaj równolegle do Historii, ona gdzieś jest, pozostaje w tle, raz mocniej, raz słabiej, ale i tak ważniejsze będzie  osobiste doświadczenie - rodzinny obiad, uczucie, awantura w pracy, cokolwiek. 

To oczywiście tylko wybór zaledwie kilku tematów poruszanych przez Annie Ernaux, bo "Lata" to, jak widać, wór bez dna. Tyle się mieści w tej niewielkiej książeczce. 

Serhij Żadan "Depeche Mode"

Jako wielka miłośniczka prozy Serhija Żadana z wielką radością

przyjęłam wiadomość, że Czarne wznowi trzy pierwsze jego książki już od dawna niedostępne. Właśnie niedawno ukazała się pierwsza - powieść "Depeche Mode" (Czarne 2022; przełożył Michał Petryk). Swoją znajomość z Żadanem zaczęłam od zbioru opowiadań "Mezopotamia" i wpadłam po uszy. Potem poszłam za ciosem i przeczytałam powieść  "Woroszyłowgrad", bo tylko ona była dostępna, a wreszcie genialny "Internat", o początkach wojny w Donbasie w roku 2014. Jak na ich tle wypada "Depeche Mode"? Na pewno w moim prywatnym zestawieniu ta powieść znajdzie się na czwartym miejscu, a właściwie na trzecim, bo pierwsze ex aequo zajmują "Mezopotamia" i "Internat". Jeśli ktoś chce dopiero zacząć swoją przygodę z prozą ukraińskiego pisarza, niech raczej w pierwszej kolejności sięgnie po jedną z tych dwóch. Jeśli zacznie od wznowionego "Depeche Mode", nie wykluczam, że może się zniechęcić. To wszystko nie oznacza, że żałuję lektury, przeciwnie - przeczytałam z zainteresowaniem, chociaż to nie do końca moja estetyka i moi bohaterowie. Konsekwentnie też zamierzam przeczytać dwie następne wznawiane książki Żadana (lipiec, sierpień) i bardzo ich jestem ciekawa. 

Głównymi bohaterami powieści, której akcja rozgrywa się w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku głównie w Charkowie, są  trzej studenci mieszkający, jak się można domyślić, w tym samym akademiku. To narrator Żadan, Wasia Komunista i Sobaka Pawłow. Pojawia się też Kakao i kilku innych, i ,w epizodzie, tylko jedna dziewczyna, Marusia, za to o silnym charakterze. Już ksywki bohaterów pozwalają się domyślać, jaka jest ta powieść. Streszczenie akcji można właściwie sprowadzić do jednego zdania - po trzech (tak, trzech) wstępach, w których poznajemy najważniejsze dramatis personae, wszystko sprowadza się do tego, że bohaterowie wyruszają na poszukiwania swojego kolegi z akademika, Karbunatora, żeby przekazać mu wiadomość o śmiertelnym wypadku i pogrzebie jego ojczyma. Ale oczywiście powiedzieć tyle, to nic nie powiedzieć. Bo istotą tej powieści jest chaos. Na swojej drodze spotykają dziwne postacie i wpadają w wir odjechanych historii jak ze snu. A to trafią do nieczynnej fabryki, a to do romskiej dzielnicy, a to do mieszkania Marusi, żeby sprzedać jej popiersie Mołotowa wyniesione ze wspomnianej fabryki, a to do młodego biznesmena całkiem świeżej daty, po drodze będą mieli do czynienia z dobrodusznym gliną. Wszystko to wydaje się właśnie dziwne, nieprawdopodobne, miałam wrażenie, że ich życiem rządzi przypadek, że są jak trzcinka na wietrze - zatrzymają się to tu, to tam, pójdą z kimś gdzieś, wdadzą się w jakiś szemrany interes, zagubią, ale na koniec jakoś się odnajdą i spadną jak kot na cztery łapy. To wszystko podlane jest jeszcze morzem alkoholu - chlanie, a właściwie chlańsko, bo takiego słowa używają, wydaje się być treścią życia bohaterów - zasnute dymem jointów i pogrążone w absurdalnych rozmowach, jakie bezustannie między sobą toczą. Rozmowach, które są źródłem humoru, bo powieść miejscami jest po prostu śmieszna. Wszystko to razem sprawia wrażenie absurdu. Takie prowadzenie akcji przypomina mi przede wszystkim "Woroszyłowgrad", a trochę nawet "Internat", bo jego bohater też jest w drodze. Tyle że w tej ostatniej powieści przyczyną chaosu i poczucia absurdu jest wojna.

Równie surrealistyczna, nieprzyjazna i robiąca wrażenie brzydkiej jest sceneria, w jakiej rozgrywają się wydarzenia. Opuszczona fabryka, zaniedbana romska dzielnica, odrapany komisariat, dworce kolejowe, przecinające miasto tory tramwajowe, garaże, podwórka, obskurny akademik. Tylko duże mieszkanie w kamienicy należące do młodego świeżej daty biznesmena wydaje się narratorowi przyjazne, bo jest jakoś zakorzenione w dostatniej mieszczańskiej przeszłości. Mogłoby być ostoją w płynnym, chaotycznym świecie. Bo taka właśnie jest rzeczywistość, w której żyją bohaterowie. Jeszcze stare się na dobre nie skończyło, a nowe się dopiero kształtuje. Jedni wciąż wierzą w sprawę robotniczą i sprawiedliwość społeczną, a wokół raczkuje drapieżny biznes, dzieci dawnych aparatczyków są dobrze ustawione, a innym wiatr w oczy, pojawia się amerykański kaznodzieja, stara, dobra wóda ma się dobrze, ale można też zapalić jointa, a w radiu posłuchać Depeche Mode. Co się z tego wyłoni? Jak odnaleźć się w tym świecie, kiedy ma się dziewiętnaście lat? Narrator raczej nie ma złudzeń.

(...) wszystko to się niczym dobrym nie skończy, po prostu dlatego, że ja sobie nie mogę wyobrazić niczego dobrego tam, przed nami, tam po prostu nie może być niczego dobrego, dlatego że tego dobrego nie było wcześniej, to dlaczego miałoby się pojawić w przyszłości (...), dlaczego?

Kiedy obserwuje ślimaka myśli sobie:

(...) zmęczony, wymięty przez depresję ślimak (...) zaczyna odpełzać na zachód - na druga stronę peronu. Myślę nawet, że tej drogi starczy mu na całe życie.

Podobnie pesymistyczny jest inny z bohaterów. Tak tłumaczy, dlaczego nie będzie chciał mieć dzieci:

- (...) Tylko nie dzieci.

- Dlaczego?

Nie wiem - mówi - nie wiem. Nie chcę, żeby to wszystko widziały, rozumiesz?

- No, ty przecież to wszystko widziałeś.

- No i i właśnie dlatego nie chcę. (...) 

No cóż, czas pokazał, że jest nawet trudniej niż wtedy myśleli. 

Damon Galgut "Obietnica"

Jakoś tak jest, że są miejsca, które interesują mnie szczególnie. To

nie tak, że skrupulatnie zgłębiam temat. Nie, raczej mam na nie nastawiony radar i czytam z doskoku, kiedy usłyszę o czymś interesującym. Takim krajem jest Republika Południowej Afryki. Nic dziwnego, że kiedy dowiedziałam się o nagrodzonej Bookerem powieści Damona Galguta "Obietnica" (Czarne 2022; przełożył Dariusz Żukowski), byłam pewna, że chcę ją przeczytać. Tym bardziej, że poleciła mi ją osoba, której opinię bardzo sobie cenię. No ale o poprzedniej wydanej w Polsce w roku 2013 książce tego autora usłyszałam dopiero teraz, pewnie wtedy zginęła w zalewie innych nowości. "Obietnica" to chyba czwarta (zaledwie) powieść z RPA, po jaką sięgnęłam. Niewiele, ale wszystkie wywarły na mnie wrażenie. Czytałam też znakomity reportaż Wojciecha Jagielskiego "Wypalanie traw". 

"Obietnica" miała w sobie dodatkowy magnes - gdzieniegdzie można przeczytać, że to saga rodzinna. Jeśli jednak ktoś spodziewa się solidnie napisanej historii o rodzinie Swartów, epickiego fresku w dziewiętnastowiecznym stylu, może poczuć się zawiedziony, o ile nie jest otwarty na literackie eksperymenty. No może eksperyment to w tym wypadku za duże słowo. Otóż oryginalność tej powieści polega na specyficznej narracji. Trzecioosobowy narrator co chwilę przerzuca się od bohatera do bohatera, próbując zgłębić jego myśli, motywacje, działania, przedstawiając jego losy. Zwykle celem jego obserwacji są członkowie rodziny Swartów i inni związani z nią ludzie, ale niekiedy jego oko pada na kogoś przypadkowego - na przykład na bezdomnego spędzającego każdą noc pod kościołem. Poświęca mu chwilę uwagi, aby porzucić gdzieś na ulicach miasta, które przemierza w ciągu niezmiernie dłużącego się dnia. Bywa, że zwraca się bezpośrednio do czytelnika, używając przy tym czasowników w liczbie mnogiej. Czasem w jednym, dwóch zdaniach dopuszcza do głosu jednego z bohaterów, by natychmiast tę podmiotowość mu odebrać. Właśnie dlatego  narrator sprawiał na mnie  wrażenie, jakby obserwował wykreowane przez siebie postacie z pewnej perspektywy. To taki zabieg jak głos z offu w filmie przyrodniczym. Zamiast czytała Krystyna Czubówna można by powiedzieć czytał narrator. Przynajmniej ja mam takie skojarzenie i nie znajduję lepszego sposobu, aby o tym specyficznym sposobie narracji opowiedzieć. Dzięki temu zabiegowi czytelnik patrzy na rodzinę Swartów, jej znajomych, pracowników i inne przypadkowe postacie jak na egzemplarze tego samego gatunku. Patrzcie, przyjrzymy się Swartom i ich akolitom, ale przecież wokół pełno takich Swartów. To nie wyjątek, takich jak oni jest wielu, całe społeczeństwo się z nich składa. Tylko niespełnione obietnice mogą być inne. W tym miejscu mogłabym napisać, że taki zabieg sprawia, iż nie potrafię zbliżyć się do bohaterów. Mogłabym, ale nie napiszę, bo tym razem majstrowanie przy narracji wcale mi w tym nie przeszkodziło.

Kolejna sprawa, która robi na mnie wrażenie, to opowieść o rodzinie Swartów. Można śmiało stwierdzić, że jest to historia upadku, zmierzchu i degeneracji pewnej klasy społecznej - białych, zamożnych farmerów, którzy nie potrafią odnaleźć się w zmieniających się realiach RPA. Wszyscy oni nie umieją ułożyć sobie życia. Miotają się w poszukiwaniu sensu. Ojciec, zwany przez dzieci Pa, po śmierci żony pozostaje pod wpływem pewnego duchownego, który zakłada własny Kościół. Jego córka, Astrid, pustkę małżeństwa i jałowego życia, jakie prowadzi, tłumi, wikłając się w romans. Najstarszy z rodzeństwa, Anton, to postać głęboko nieszczęśliwa, nie potrafiąca znaleźć swojej drogi. Tkwi w nieudanym małżeństwie, mami się pomysłem napisania powieści, ale nie umie niczego doprowadzić do końca. Nie potrafi też zapobiec upadkowi rodzinnej farmy, która wraz z upływem lat popada w coraz większą ruinę. Tylko najmłodsza z rodzeństwa, Amor, próbuje nadać sens swojemu życiu, odcinając się od rodziny, służąc innym jako pielęgniarka. Przypomina ascetkę i pustelniczkę. Ona jedna walczy o dochowanie tej tytułowej obietnicy, jaką złożył jej ojciec umierającej matce. On woli nie pamiętać, że ją dał, pozostali ignorują słowa Amor, która była przypadkowym świadkiem rozmowy rodziców. Tak jest wygodniej, a poza tym nie można jej wierzyć, bo zawsze była dziwna. Ta niespełniona obietnica może pełnić w powieści rolę klątwy. Jeśli czytelnik sobie życzy, ma prawo sądzić, że wszystkie nieszczęścia rodziny Swartów wzięły się właśnie z tego. Ma też prawo uważać inaczej, bo czy rzeczywiście wypełnienie woli matki odwróciłoby los Pa, Astrid i Antona? Ich nieszczęścia, nieumiejętność odnalezienia się w życiu  mają swoje źródła w samej rodzinie i pewnie w sytuacji kraju, w którym żyją.

Bo oczywiście realia RPA są w tej powieści bardzo ważne. Sama obietnica, oddanie Salome, wieloletniej służącej i piastunce, oczywiście czarnej, na własność domku, w którym mieszka razem z synem,  ma źródło w sytuacji politycznej i społecznej w kraju. Chociaż narrator skupia się na rodzinie, to w tle obserwujemy zachodzące zmiany. Koniec apartheidu, rządy kolejnych prezydentów, powołanie Komisji Jedności i Pojednania, zmieniające się relacje pomiędzy białymi i czarnymi, narastającą przestępczość, miasta, które zaczynają tętnić wigorem i energią, pogłębiające się różnice społeczne nie tylko wśród białych, ale także wśród czarnych. Jedni potrafią wykorzystać nowe warunki, inni dalej wegetują z dnia na dzień. Bohaterowie muszą dostosować się do tych zmian, które niekoniecznie im się podobają. Stąd ich frustracja, poczucie pustki i nieumiejętność odnalezienia się w świecie.

Jest jeszcze jeden wątek, na który zwróciłam uwagę. To religia, która dzieli zamiast łączyć i rodzi fanatyków, oraz opresyjna rola rozmaitej maści duchownych, którzy sprawują rząd dusz i głoszą słowo. Ale w to słowo nie wierzą nawet oni sami, nie przynosi też ono bohaterom odpowiedzi na pytanie, jak żyć, co jest ważne. Wiara staje się tylko pustym rytuałem gromadzącym rodzinę przy okazji pogrzebów. 

Bardzo dobra powieść. 

Andrzej Leder "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej"

O książce Andrzeja Ledera "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej" (Krytyka Polityczna 2014) słyszałam oczywiście od dawna i co jakiś czas myślałam, że koniecznie powinnam ją przeczytać. No i tak odkładałam to postanowienie na wieczny nigdy, ale jakoś niedawno, może na początku pandemii, znowu ktoś gdzieś w przestrzeni medialnej powołał się na książkę Ledera, stwierdzając, że to lektura obowiązkowa. Głupio mi się zrobiło, że tak odkładam i odkładam, więc tym razem impuls wystarczył. Kupiłam i przeczytałam. 

Od razu napiszę, że nie jest to lektura prosta, właściwie spodziewałam się, że będzie przystępniejsza. Może dlatego, że znam autora z rozmów radiowych, z artykułów i wywiadów z prasy mainstreamowej, gdzie wypowiada się w sposób bardziej komunikatywny. Tymczasem w "Prześnionej rewolucji" posługuje się całym pojęciowym aparatem naukowym, swoją tezę stawia, podpierając się takimi filozofami jak Jaques Lacan, Pierre Bourdieu czy Michel Foucault. Moja ich znajomość ogranicza się właściwie tylko do nazwisk. Zdarzało mi się czytać książki, których autorzy też powoływali się na ich dorobek. Cóż, filozofia nie jest moją mocną stroną, przyznam, że bardzo imponują mi ludzie, którzy w tej dziedzinie nauki obracają się swobodnie. Mnie to niestety nigdy dane nie było. Kilkakrotnie podejmowałam próby, zawsze w końcu musiałam się poddać. To wszystko jednak nie oznacza, że przeciętny czytelnik nie poradzi sobie z książką Ledera. Po pierwsze trudne są tylko niektóre fragmenty. Natomiast tam, gdzie autor pisze o faktach historycznych, gdzie stawia tezy, wyciąga wnioski, gdzie jego książka skręca bardziej w kierunku eseju czy publicystycznego wywodu, nie ma żadnego problemu. A taka jest znakomita większość "Prześnionej rewolucji". Te partie, w których budując aparat pojęciowy, bazuje na myśli filozofów, o których wspomniałam, rozumiałam bardziej intuicyjnie niż dogłębnie. Warto jednak podjąć trud lektury, bo Leder pisze o sprawach arcyważnych i ciekawych.

Zawsze, kiedy zabieram się za książki, które wyszły już jakiś czas temu i o których dużo się mówiło, mam wrażenie, że wyważam otwarte drzwi, więc po co pisać, ale może jednak spróbuję. Andrzej Leder stawia w swojej książce tezę, że w Polsce odbyła się rewolucja. Jej najważniejszy etap to lata 1939-1956, potem z mniejszym nasileniem trwała nadal aż do roku 1989. Była to dziwna rewolucja, bo przeprowadzona przez siły zewnętrzne, Niemców i Rosjan. Polacy nie byli jej podmiotem, dokonała się bez świadomego udziału społeczeństwa. Dlatego nazywa ją prześnioną  i zastanawia się, czy można przespać taki historyczny przewrót. Ta rewolucja zniszczyła stary świat, który trwał w Polsce od czasów I Rzeczpospolitej. Świat, jak nazywa go Leder, folwarku, czyli dominacji szlachty, która wywodziła swoje pochodzenie od Sarmatów i dlatego tylko siebie uznawała za naród, a co za tym idzie tylko sobie przyznawała prawa. Chłopi, stanowiący większą część społeczeństwa, byli ich pozbawieni i musieli odrabiać pańszczyznę. Ten układ był wielkim hamulcowym w rozwoju naszego kraju. To dlatego nigdy nie wykształciło się w Polsce silne mieszczaństwo jak w innych krajach europejskich. Po rozbiorach i w II Rzeczpospolitej taka struktura społeczna przetrwała w trochę tylko zmienionej formie. Ziemiaństwo i warstwa urzędniczo-wojskowo-inteligencka, która wywodziła się najczęściej z niego, nadal trzymały rząd dusz, były uprzywilejowane i posiadały większość własności. Wywrócenie tego świata nastąpiło wraz z wybuchem drugiej wojny. Przyniosło zmianę struktury społecznej, stosunków ekonomicznych, własnościowych i kulturowych. Odbyło się za sprawą okupantów, Niemców i Rosjan. Dlatego powszechne było wyparcie. To nie ja podpisałem wyrok, to nie moje oczy widziały śmierć, to nie moje usta wypowiadały przekleństwa, to nie ja wszedłem do cudzego domu... To się jakoś stało samo. Rewolucja co prawda była prześniona, Polacy nie czuli się jej sprawcami ani nie mieli jej świadomości, ale  była spełnieniem okrutnych pragnień. Towarzyszyła jej mściwa satysfakcja, a jednocześnie wielki lęk. Dlaczego? Satysfakcja, bo bazowała z jednej strony na ogromnym wielowiekowym poczuciu krzywdy warstw chłopskich, z drugiej na antysemityzmie. Lęk, bo ginął stary świat, a przemianom zawsze towarzyszą zjawiska negatywne - wzrost przestępczości, bandytyzmu i inne. Pisząc o lęku, autor wielokrotnie powołuje się na znakomitą książkę Marcina Zaremby "Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys", którą gorąco polecam. Docenia ją bardzo, chociaż w niektórych miejscach polemizuje z autorem.

Leder wyróżnia cztery elementy tej prześnionej rewolucji. Pierwszym była eksterminacja Żydów, której dokonali wprawdzie Niemcy, ale przy biernej postawie Polaków, a bywało, że i przy ich współudziale. Zagadnienie jest znane, udokumentowane, a i ja pisałam o tych sprawach wielokrotnie przy okazji innych lektur. Autor zwraca uwagę, jak bardzo zmienił się nasz świat, kiedy z większości polskich miast i miasteczek zniknęła ponad połowa mieszkańców. Ta pustka domagała się zapełnienia. Bo potrzebne były przecież sklepy, warsztaty usługowe i wiele innych miejsc,  których właścicielami byli Żydzi. Wchodzili  w nią najczęściej chłopi migrujący do miast i przesiedleńcy z terenów, które Polska utraciła po wojnie. Nie jest łatwo i wygodnie żyć w mieszkaniu, które należało do kogoś innego, dlatego najlepiej zapomnieć, przemilczeć. Równocześnie została unicestwiona i złamana wielowiekowa dominacja warstwy ziemiańskiej i urzędniczo-wojskowo-inteligenckiej. Dokonali tego najpierw Niemcy, potem komuniści. I ten proces opisany został i znany jest bardzo dobrze. To drugi etap prześnionej rewolucji.  Kolejne to reforma rolna i zmiany stosunków własności, jakie dokonały się w Polsce w wyniku wojny i tego, co zdarzyło się potem, terror towarzyszący każdej rewolucji od pewnego etapu i industrializacja kraju. Ten ostatni proces znowu spowodował wielką migrację ze wsi do miast i pogłębienie zmiany struktury społecznej. Dziś dzieci i wnuki beneficjentów tamtej rewolucji stanowią trzon społeczeństwa. My w większości z nich. O tych procesach i towarzyszących im zjawiskach, o istocie samej rewolucji pisze autor o wiele więcej i głębiej. Wszystko to bardzo ciekawe i odkrywcze. O wielu sprawach dowiedziałam się po raz pierwszy,  inne znałam.

Najważniejsze są jednak wnioski. Bo Andrzej Leder sięga do historii i filozofii, aby rzucić światło na to, co dziś. Dlaczego jesteśmy tak bardzo podzieleni? Skąd taki duży stopień nieufności społecznej? Dlaczego towarzyszy nam taka niepewność? Dlaczego niemożliwa stała się dyskusja? Dlaczego oburzamy się na wszelką krytykę i nie wyciągamy z niej wniosków? Dlaczego zawsze winni są inni? A bez tego wszystkiego nie da się realizować wielkich projektów. To dlatego one się w Polsce nie udają. Dlatego dominuje myślenie krótkowzroczne, plany na jutro, na najbliższą przyszłość, nieliczenie się z tym, co za lat kilka, o kilkunastu czy kilkudziesięciu nie ma co mówić. Żaden polityk nie myśli w takiej perspektywie, a i my nie domagamy się tego od nich. Po nas choćby potop. Korzeni tego wszystkiego dopatruje się autor właśnie w tej prześnionej rewolucji. Bo stary świat runął z jego symboliką i imaginarium, a na to miejsce nie wytworzyło się nowe pole symboliczne, nowa forma istnienia. Ta niepewność i nieświadomość, skąd jesteśmy, powoduje na przykład to, że dzieci, a jeszcze bardziej wnuki, beneficjentów rewolucji tak chętnie odwołują się do symboliki szlacheckiej. Stąd domy na wzór dworków, stąd pańska mentalność, niechętne przyznawanie się do chłopskich korzeni. Ale konsekwencji prześnionej rewolucji jest znacznie więcej. To jej dalszy, spokojniejszy, etap, lata 1956-1989, spowodował ukształtowanie się trwającego do dziś konsensusu sił liberalno-konserwatywnych i słabość polskiej lewicy. Tu niebagatelną rolę odegrała uprzywilejowana pozycja Kościoła i mała stabilizacja z czasów Gierka. Dopełnieniem koła rewolucji był rok 1989. I jak w prawdziwej rewolucji największymi jej przegranymi okazały się jej dzieci, czyli ci, w imieniu których się zaczęła - robotnicy i drobni chłopi. Andrzej Leder pokazuje pozytywne i negatywne skutki prześnionej rewolucji. Najważniejsza wydaje się jego konkluzja, że nie można iść do przodu, tworzyć czegoś nowego, zamykając oczy na przeszłość, na fakt, że jesteśmy jej dziećmi i wnukami. A wszystko dlatego, że ją prześniliśmy.

Jak już pisałam, "Prześniona rewolucja" jest o wiele głębsza, autor znacznie dokładniej, niż ja to zrobiłam, bo z konieczności musiałam posłużyć się skrótem, uzasadnia swoją tezę, przygląda się i analizuje zjawiska, o których pisze.

Popularne posty