"The Florida Project"

Kiedy w zapowiedziach na stronie mojego ulubionego kina pojawił się amerykański film pod niewiele mówiącym tytułem "The Florida Project", nie zwróciłam na niego uwagi i z góry wstawiłam na listę filmów, których nie zamierzam oglądać. Nie przeczytałam nawet opisu - wystarczyło zdjęcie plus fakt, że to film amerykański, a ja filmy amerykańskie oglądam wyjątkowo (Mam znajomego, który nie ogląda ich z zasady, ale to już przesada). Żeby tak nie spróbować dowiedzieć się więcej? Głupie? No głupie, wiem, wiem. Więc kiedy nagle w poważnych mediach i poważnych programach zaczął brzmieć jednogłośny chór zachwytów, nie miałam wyjścia - trzeba było iść do kina. A kiedy szłam, zastanawiałam się, czy film mnie czymś jeszcze zaskoczy, bo ciągle nie dowierzając, że rzeczywiście warto, trochę za wielu rozmów na jego temat wysłuchałam. Wiedziałam, że to słuszny film (to nie ironia) o tej gorszej Ameryce, o ludziach wyrzuconych poza nawias. Surowy, niemal jak dokument, zestawiany z "Moonlight", innym rewelacyjnym amerykańskim filmem, na który kiedyś nie bardzo miałam ochotę, a potem oglądałam jak w transie. A jednak! "The Florida Project" okazał się rzeczywiście znakomicie zrobiony, grające główne role dzieci są rewelacyjne, Willem Dafoe też bardzo dobry, problem, jak już pisałam, ważny, no i na szczęście było jednak trochę inaczej, niż się spodziewałam. A dlaczego tego zdradzić we wstępie nie mogę. Trzeba zobaczyć. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Czas zdradzić, z jakim wyobrażeniem szłam do kina. Otóż wydawało mi się, że dzieci, które są ważnymi bohaterami tego filmu, będą biedne, ale urocze i szczęśliwe. Źródłem szczęścia miała być nieświadomość, w jakiej znajdują się sytuacji, oraz nieustanne zabawy i przygody stwarzane z tego, co dostępne. Jednym słowem ubogie, ale cudowne dzieciństwo. Takie, które potem wspomina się ciepło i z sentymentem. To wyobrażenie tylko częściowo okazało się prawdziwe. Bo rzeczywiście dzieci wydają się żyć beztrosko. Mają akurat wakacje, więc do szkoły chodzić nie muszą, pytanie, czy gdyby był rok szkolny, to by chodziły, pozostaje bez odpowiedzi, wobec tego rzeczywiście całe dnie spędzają na beztroskich zabawach i wymyślaniu przygód. Ale niemal wszystko, co robią, nie jest niewinne. Plucie na samochód, wchodzenie tam, gdzie nie wolno, wyłączanie zasilania w budynku, wyłudzanie pieniędzy na lody, a wreszcie podpalenie opuszczonych domów - to niewinne zabawy niewinnych dzieciątek. Są przy tym potwornie hałaśliwe, namolne, trudno się od nich odczepić, a  kiedy nie dostaną tego, co chcą, wyrażają złość w niewybredny sposób. Znają cały repertuar obraźliwych i wulgarnych słów oraz gestów. Lepiej nie wchodzić im w drogę.

Najmniej niewinna z trójki głównych bohaterów wydaje się Moonee. To ona jest najbardziej bezczelna, najbardziej zdemoralizowana. To ona wymyśla zabawy i jest prowodyrką większości awantur. Przy czym rzeczywiście potrafi być uroczo łobuzerska i pewnie dlatego można się nabrać na jej uśmiech i prowokacyjną minkę. W zabawy i awantury wciąga rudowłosą Jancey, która z babcią i rodzeństwem mieszka w sąsiednim motelu. Jancey jest nieśmiała, nie tak przebojowa, ale najprawdopodobniej samotna, łaknie towarzystwa, więc nic dziwnego, że pewna siebie Moonee i jej przyjaciel Scooty zaczynają jej imponować. To, że tyle można o bohaterach powiedzieć, jest zasługą rewelacyjnie grających dzieci. Ileż da się wyczytać z ich min, uśmiechów i gestów. Wszystkie są świetne, ale myślę, że dziewczynka grająca nieśmiałą Jancey zasługuje na szczególne uznanie, jej rola, nie tak efektowna, była właśnie dlatego trudniejsza.

Dzieci są irytujące i znajdują się na prostej drodze do demoralizacji, ale trudno je winić, skoro wychowują się w takich rodzinach. Pozostawione bez dozoru, puszczone samopas korzystają z wolności. Jeśli z jakiegoś powodu siedzą w pokoju, to spędzają czas na oglądaniu telewizji albo na zabawie smartfonem czy innym ipadem. Czasem bawią się zabawkami. Zresztą o jakim sensownym spędzaniu czasu można mówić, jeśli ich domem jest ciasny pokój w przydrożnym motelu, w którym mieszkają ludzie wyrzuceni poza nawias amerykańskiego snu. Tacy, którzy pracując ciężko, ledwo wiążą koniec z końcem, samotne matki albo babcie zajmujące się wnukami w zastępstwie nieradzących sobie córek, albo życiowi wykolejeńcy i nieudacznicy. Tu dygresja. W jeden ze świątecznych dni  przeczytałam przygnębiający reportaż o ludziach, którzy pracując na etatach, zarabiają poniżej dwóch tysięcy. To między innymi pomocnica wychowawczyni  w przedszkolu, opiekunka społeczna, laborantka w szpitalu. Za takie pieniądze muszą utrzymać w najlepszym przypadku tylko siebie, w gorszym także dziecko. Opowiadają, jak się gimnastykują, żeby przeżyć miesiąc. Warte refleksji.

Ale koniec dygresji, wracam do filmu. W tym pokoju, który jest namiastką domu, na okrągło idzie telewizor, gapią się w niego nie tylko dzieci, ale i znudzone matki. I tu zaskoczenie drugie. Wyobrażałam sobie, że będzie to opowieść o biednych, ciężko pracujących, próbujących utrzymać się na powierzchni ludziach, których kapitalizm wyrzucił na margines życia. O ludziach, których nie dostrzegamy. My, którym się jakoś powiodło, lepiej, gorzej, ale jednak. My, których stać na bilety do tego symbolicznie rozumianego Disneylandu (no bo niekoniecznie do prawdziwego), my, którzy podobnie jak to małżeństwo spędzające na Florydzie miodowy miesiąc, też dostalibyśmy szału, gdybyśmy przez pomyłkę trafili do tego fioletowego, koszmarnego motelu zamiast do przyzwoitego hotelu. I rzeczywiście takimi kobietami są matka Scootiego i babcia Jancey. One walczą, robią, co mogą. Inaczej Halley, matka Moonee.

Nie znamy jej przeszłości, nie wiemy, co doprowadziło ją do takiego momentu w życiu, nie mamy pojęcia, czy cokolwiek  ją usprawiedliwia. W każdym razie to, co obserwujemy, jest straszne. Halley najwyraźniej nie lubi się przemęczać, woli kombinować, oszukiwać, w końcu naciągać i kraść. Kiedy i to nie przynosi pieniędzy, w zanadrzu ma swoje ciało. Jest wulgarna, prymitywna, hałaśliwa, irytująco bezczelna, szczególnie, kiedy nie dostaje tego, czego chce. Dzieckiem właściwie się nie zajmuje, jedzą byle co, w pokoju panuje potworny bałagan, telewizor idzie na okrągło. Trudno się dziwić, że Moonee jest zdemoralizowana, skoro ma taki wzór. W relacjach z ludźmi zachowuje się jak matka, która nawet przy córce przeklina, ubliża innym, pokazuje, że bezczelnością można wiele wygrać. Czy taka była zawsze? Czy próbowała coś zmienić, kiedy pojawiło się dziecko, ale nie potrafiła? Czy gdyby zajęła się nią opieka społeczna, uporządkowałaby jakoś swoje życie? Czy poddała się, bo doszła do wniosku, że nie warto? Nie warto tyrać cały dzień za pieniądze, które i tak skazują na wegetację w motelu tylko z daleka przypominającym pałac. A jednak chociaż tak irytująca i zdemoralizowana Halley chyba kocha swoją córkę. Od czasu do czasu próbuje sprawić jej jakąś przyjemność i radość. Najbardziej  wzruszający i budujący jest moment, kiedy siedzą razem z Jancey nad jeziorem, obserwując fajerwerki. Być może potem dlatego zabiera córkę na śniadanie, które zjedzą za darmo, podszywając się pod hotelowych gości, bo już wie, co się stanie. Chce sprawić Moonee ostatnią przyjemność. To znakomita scena, znakomicie rozegrana i zagrana. Kiedy dochodzi do najgorszego, trudno nie żałować dziewczynki. Pytanie jednak, co lepsze - opieka takiej matki czy rodzina zastępcza? Jest bardzo prawdopodobne, że zostając z matką, dziewczynka zdemoralizuje się jeszcze bardziej, a w przyszłości powieli jej los. Pytanie, dlaczego opieka społeczna nie próbowała pomóc im wcześniej. Bo nie były nigdzie zameldowane, a więc właściwie nie istniały? A Ameryka to nie Szwecja czy Norwegia i opieka społeczna jest tam niewydolna? Nie wiem, ale wcale by mnie to nie zdziwiło.

Na osobne studium zasługuje grany przez Willema Dafoe Bobby, menadżer motelu. Wrażliwy, opiekuńczy, rozdarty pomiędzy sympatią i litością dla dzieci oraz ich matek a wkurzeniem i świadomością, że dalej tak być nie może.

Świetny, świetnie zagrany, poruszający, niejednoznaczny film. Ale skoro zestawia się go z "Moonlight", to muszę szczerze wyznać, że dla mnie to ten ostatni jest mistrzostwem kina. Jeszcze lepszym, jeszcze głębszym, jeszcze bardziej niejednoznacznym i jeszcze bardziej poruszającym.

Wojciech Jagielski "Dobre miejsce do umierania"

Kiedy tylko skończyłam czytać „Wszystkie wojny Lary” Wojciecha Jagielskiego, pomyślałam, że dobrze będzie przypomnieć sobie, co działo się w Gruzji w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. To właśnie na ten czas przypadła młodość Lary, dzieciństwo jej synów. Jak pisałam w poprzedniej notce poświęconej tamtej książce, historia bohaterki opowiadana przez nią pozbawiona była (celowo) wszelkich szczegółów politycznych. Kiedy Lara mówiła o wojnie, trzeba się było domyślać, o którą konkretnie chodzi. Dlatego z przepastnych czeluści czytnika wydobyłam kolejną książkę Wojciecha Jagielskiego „Dobre miejsce do umierania” (wznowienie Znak 2013, wydanie pierwsze W.A.B. 2005). Sięgając po nią, byłam pewna, że to reportaż z Gruzji. Tymczasem gdybym kupując książkę, uważniej przeczytała notkę, wiedziałabym, że składają się na nią historie z całego Kaukazu – także z Armenii, Azerbejdżanu, Osetii Południowej, Inguszetii, a jeden nawet z rosyjskiego Astrachania. Oczywiście nie ma to specjalnego znaczenia i tak bym po nią sięgnęła.

Czytana dziś książka Jagielskiego jest zapisem historycznym. Autor w swoich reportażach uchwycił czas przełomu, kiedy rozpadał się Związek Radziecki a dawne republiki kaukaskie wybijały się na niepodległość, i czas pierwszych bardzo gwałtownych lat budowania nowych państw. Jeśli ktoś powie, że w takim razie nie warto dziś tej książki czytać, bo to zamierzchła przeszłość, a świat idzie do przodu i obraz Zakaukazia zapisany na kartach „Dobrego miejsca do umierania” jest już nieaktualny, to stanowczo zaprotestuję. Rzeczywiście dzisiejszą Gruzją, Armenią, Azerbejdżanem nie wstrząsają już rewolty i wojny, nie ma już tam takiej biedy i korupcji, o jakich opowiada Jagielski, ba, Gruzja przeżywa od kilku lat turystyczny boom, do Armenii też się podróżuje, najmniej atrakcyjny wydaje się Azerbejdżan, ale i tam turysta może wjechać, znam takich, którzy odwiedzili nawet Górski Karabach. Zawsze jednak warto wiedzieć, jak było. Także po to, aby zrozumieć, co dzieje się w tym zakątku świata dzisiaj i co zdarzyć się może. Przykład pierwszy z brzegu - nie pojmiemy, dlaczego Armenia poddała się i nie zdecydowała się ostatecznie podpisać umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, nie znając jej bolesnej historii. Opowieść o ormiańskim poecie Rubiku jest jedną z najsmutniejszych, jakie czytałam. Rubik tak jak inni mieszkańcy Erywania i innych ormiańskich miast nieustająco marznie, aby ogrzać pokój, pali ukochanymi książkami w zdobytym za ostatnie pieniądze piecyku. Naprawdę miałam łzy w oczach, kiedy wyobraziłam sobie, jak siedzi i wybiera, co spalić najpierw, chociaż wie, że i tak ogień pochłonie wszystko, jak siedzi i po raz ostatni przegląda książkę, która zaraz skończy w piecu. Głodny, w dziurawych butach, bo na nowe musi dopiero odłożyć pieniądze, brnąc w mokrym śniegu, przemierzając ciemne ulice, wraca z pracy do domu. Pieszo, bo komunikacja właściwie nie istnieje. Nie ma prądu, nie ma wody. Naprawdę niewiele różni się ten obraz od tego, co w książce Barbary Demick  czytałam o oblężonym Sarajewie. Rubik nie jest wyjątkiem, tak żyje większość Ormian, bo kraj znajduje się w morderczych kleszczach blokady i dlatego właściwie nie istnieje. Czy można się dziwić, że mając taką historię w pamięci, Ormianie wolą nie zadzierać ze swoim jedynym protektorem, Rosją? Reszta świata za Armenię umierać nie będzie.

Właściwie książka Jagielskiego składa się tylko ze smutnych historii. Początkowy entuzjazm, jaki towarzyszył odzyskaniu niepodległości okupionej mniejszymi lub większymi ofiarami, wiarę, że odtąd będzie już tylko dobrze, szybko zastępowała beznadziejna rzeczywistość. Reportaże Jagielskiego to obraz wojen, pogromów, korupcji, bezprawia i biedy. Nie bardzo już dziś pamiętamy, że Gruzja lat dziewięćdziesiątych to właściwie państwo upadłe. Konflikty zbrojne z Osetią Południową i przede wszystkim z Abchazją, walki na ulicach Tbilisi, których efektem było zrujnowanie reprezentacyjnej ulicy Rustawelego, polityczne morderstwa, prywatne milicje, armie niemal, porwania dla okupu, rozzuchwalona policja, rabunki na drogach, napady, korupcja i bieda. Armenia i Azerbejdżan to z kolei, poza innymi plagami, stale tlący się konflikt o Górski Karabach zakończony krwawą wojną. A Inguszetia brutalnie spacyfikowana przez Osetię? Z ciężkim sercem czyta się historie ludzi, którzy musieli uciekać przed wojną i pogromami, zostawiając niemal cały dorobek życia. Dramatyczne są opowieści ze zdobytego przez Abchazów Suchumi, grabionego przez trzy dni przez najemników z Kaukazu, dzięki którym Abchazi pokonali Gruzinów. Równie ponura jest historia pacyfikacji wsi w niewielkiej Inguszetii. I tak dalej, i tak dalej. Długo bym mogła jeszcze wymieniać. Jagielski nie pisze podręcznika do historii, ale reportaż, dlatego opowiada konkretnie. Te opowieści zawsze mają bohatera, człowieka, nie kolejną liczbę w statystyce zabitych, wypędzonych, przesiedlonych. Pełne są detali, drobnych obserwacji, tym większe robią wrażenie.

Dlaczego Kaukaz jest od wieków beczką prochu? Bo żyje tam sto narodów różniących się religią, językiem, obyczajami, kulturą. A każdy z nich dumny, przekonany o swojej wyższości i o tym, że sąsiad knuje przeciwko niemu. Dlatego kaukaskie narody nigdy nie potrafiły się zjednoczyć, przeciwstawić wrogowi, który nieustannie pustoszył te tereny. Kolejne wojny nie pozwalały wybrzmieć konfliktom, zamrażały je, a kiedy kurz bitewny opadł, wszystko zaczynało się od nowa. Dlatego tam czas nie ma znaczenia, konflikt sprzed wieków i sprzed dziesięciu lat są tak samo ważne. Jak pisze Jagielski, dramat kaukaskich narodów polegał na tym, że miały jeden dylemat do rozstrzygnięcia – któremu wrogowi oddać się w niewolę. O wolności mowy nie było. Czy dzisiejsza niepodległość Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu to tylko epizod w dziejach? Czy Armenia naprawdę jest niepodległa?

„Dobre miejsce do umierania” to bardzo ciekawa i świetnie napisana książka. Muszę jednak uczciwie powiedzieć, że spośród  reportaży Jagielskiego, które dotąd przeczytałam, ten jest najmniej literacko wysmakowany. To po prostu zbiór tekstów połączonych tematem, zebranych w jedną całość. Być może część z nich w identycznej lub trochę innej formie ukazywała się niegdyś w gazetach. To nie umniejsza wagi tej książki. Jest stwierdzeniem faktu, bo swoimi kolejnymi książkami autor przyzwyczaił mnie do przemyślanej, kunsztownej kompozycji i literackiego języka. Warto pamiętać, że ta książka była debiutem Jagielskiego. Sprawdzając to, znalazłam informację, że jej pierwsze wydanie to rok 1994, a nie 2005, jak pierwotnie myślałam.

Najnowsze kończy się epizodem, którego z oczywistych względów nie było w poprzednich. Opowieść o kilkudniowej wojnie Gruzji z Rosją o Osetię Południową z roku 2008. To jeden z tych zamrożonych konfliktów, który po latach odżył. Może warto  zadać smutne pytanie – czy inne zahibernowane konflikty też przypomną światu o sobie za jakiś czas? A jest ich na Kaukazie sporo. Trudno uwierzyć, aby ten rejon świata od zawsze wstrząsany wojnami miał już na zawsze zostać stabilny.

 

"Nie jestem twoim murzynem", "Przy Planty 7/9"

Dziś bardziej informacyjnie niż refleksyjnie o dwóch dokumentach, które właśnie weszły do kin. Dlaczego informacyjnie? Bo pierwszy "Nie jestem twoim murzynem" jest na tyle wymagający, że aby dokładniej zagłębić się w jego treść, należałoby go obejrzeć uważnie kilka razy, najlepiej jeszcze robiąc przy okazji notatki. To oczywiście niemożliwe. Drugi, "Przy Planty 7/9", aż tak wymagający nie jest, ale widziałam go w lipcu ubiegłego roku na jakimś pokazie, więc trudno dzisiaj po takim czasie o wnikliwą refleksję. Teraz zupełnie nieoczekiwanie, znienacka wchodzi do kin. Mimo trudności, jakimi się przed chwilą podzieliłam, chcę wspomnieć o tych filmach, żeby zwrócić na nie uwagę, bo warto, a właściwie należy je obejrzeć.

"Nie jestem twoim murzynem" to opowieść o amerykańskim rasizmie, o walce z segregacją, o jej bojownikach - Martinie Lutherze Kingu, Malcolmie X i najmniej w Polsce znanym Medgarze Eversie. Jednym słowem to opowieść o Ameryce i nie jest to historia budująca. Stany, obiekt naszych westchnień, marzeń, podziwu, nie są rajem. A lubimy tak o nich myśleć. Właściwie  lubiliśmy, bo przecież nasz ogląd Ameryki zmienia się, a może już się zmienił. Ale ten film ma jeszcze jednego bohatera, kto wie, czy nie najważniejszego - to afroamerykański pisarz, zmarły w latach osiemdziesiątych James Baldwin. Również żywo zaangażowany w walkę o równe prawa Afroamerykanów. Przez wiele lat mieszkał w Paryżu i w Europie, tam nauczył się być wolnym człowiekiem, tam rasa nie miała znaczenia, przynajmniej aż takiego. Postanowił jednak wrócić do Stanów, bo tęsknił, a poza tym zaczęła mu doskwierać jego komfortowa sytuacja, kiedy jego rodacy cierpieli i walczyli. To jemu film zawdzięcza oryginalność. Ale jednocześnie ta oryginalność sprawia, że tak trudno zapamiętać wszystko, co by należało. Dlaczego? Otóż Baldwin zamierzał napisać książkę poświęconą trzem wyżej wymienionym działaczom, którzy byli jego przyjaciółmi. Ostatecznie powstało tylko trzydzieści stron. I właśnie ten nasycony emocjami, wymagający skupienia tekst stanowi narrację filmu. Oprócz tego oglądamy mnóstwo archiwalnych materiałów, które są znakomitą ilustracją czytanego zza kadru eseju. To fragmenty telewizyjnych rozmów z bohaterami dokumentu, ich wystąpienia na uniwersytetach, fragmenty hollywoodzkich filmów, w których czarnoskórzy bohaterowie pełnili rolę kwiatka do kożucha, zdjęcia z demonstracji i manifestacji, z pogrzebów zamordowanego Malcolma X i Martina Luthera Kinga, makabryczne fotografie zlinczowanych, powieszonych Afroamerykanów. Ogromne wrażenie robią informacje ilustrowane zdjęciami o pierwszych czarnoskórych uczniach, którzy po oficjalnym zniesieniu segregacji próbowali egzekwować swoje prawo do nauki z białymi dziećmi. Spotykali  się z wielkim sprzeciwem - protestowano przeciwko nim, opluwano ich, lżono. Trzeba było mieć ogromną determinację i odwagę, aby to wszystko przetrwać. Kto protestował, pluł i znieważał? Zwyczajni, bardzo sympatycznie wyglądający obywatele Stanów. Oczywiście biali. Materiały archiwalne zderzone zostają ze współczesnymi. Na przebitkach oglądamy zdjęcia zamordowanych współcześnie czarnoskórych Amerykanów, zamieszki, na przykład w Ferguson, ale i fotografie prezydenta Obamy z żoną. Co oprócz tego wszystkiego zostało mi w pamięci? Że świat wcale nie jest biały, a biel jest synonimem władzy i dominacji. Dlaczego? Jakim prawem? Kto je dał białym? Niby banał, ale warto to sobie po raz enty uświadomić. I jeszcze słowa wypowiedziane przez Jamesa Baldwina w czasie telewizyjnej dyskusji, kiedy polemizował z jakimś białym profesorem (chyba), którego nazwiska nie zapamiętałam. Profesor nie miał siebie za rasistę i twierdził, że Afroamerykanie mogą po prostu zajmować się swoimi sprawami, na przykład pisać książki. I wtedy James Baldwin spokojnie, ale stanowczo odpowiedział, że trudno zajmować się pisaniem, kiedy człowiek stale się boi, kiedy wie, że się nim gardzi, kiedy musi myśleć o prześladowaniach. Cóż, pewnie uprościłam. Dlatego trzeba iść do kina. Tyle o "Nie jestem twoim murzynem".

Teraz krótko o drugim dokumencie o trochę dziwnym tytule "Przy Planty 7/9". To adres domu w Kielcach, w którym 4 lipca 1946 roku zaczął się pogrom zwany kieleckim. Zdarzenie przez lata spychane w niepamięć, bo wygodniej zapomnieć o czarnych kartach naszej historii. Jeśli już mówiono na ten temat, to zawsze usprawiedliwiano pogrom ubecką prowokacją, podobnie jak Jedwabne niemiecką. Kiedy słyszę takie gadanie, buntuję się przeciwko tego typu usprawiedliwieniom, bo prowokacja prowokacją, ale ktoś wziął w niej udział. I nie byli to tylko milicjanci i ubecy, ale też zwykli mieszkańcy miasta. Film nie jest tylko opowieścią o tamtych zdarzeniach, ale przede wszystkim to historia zmagania się z pamięcią o nich, historia procesu wybaczania, przepraszania i wreszcie pojednania. A wszystko to stało się możliwe dzięki determinacji i uporowi jednego człowieka, psychologa, praktykującego katolika, co powinni wziąć sobie do serca wszyscy mieniący się katolikami, Bogdana Białka, który po 1989 zaczął pogrom odgrzebywać, przywracać do publicznej świadomości i organizować w jego rocznicę marsze pamięci. Spotkał go ostracyzm, fala nienawiści dzisiaj zwana hejtem i wiele innych nieprzyjemnych zdarzeń. W filmie opowiada o podążaniu drogą, którą sobie wyznaczył, ale i o zwątpieniu, zmęczeniu, załamaniu. Bardzo przejmujący, bardzo ważny dokument.

Wojciech Jagielski "Wszystkie wojny Lary"

Dopiero teraz przeczytałam głośną książkę Wojciecha Jagielskiego „Wszystkie wojny Lary”

(Znak 2015) nominowaną do rozmaitych nagród. Sama się zdziwiłam, że to już dwa lata mijają od jej wydania. Chociaż czytam na okrągło, głównie nowości, to i tak większość z nich przestaje już być świeżynką, kiedy po nie sięgam. A gdzie klasyka? Gdzie nieoczekiwane odkrycia? A przecież czasem chciałoby się do czegoś wrócić. Ot tak dla przyjemności czy żeby zrewidować dawne opinie. Pozostaje mi westchnąć – ciężki jest los nałogowego czytelnika! A po „Wszystkie wojny Lary” chciałam sięgnąć nie tylko dlatego, że głośne, ale przede wszystkim z powodu autora. Stosunkowo późno odkryłam Wojciecha Jagielskiego – pisarza, bo dziennikarza oczywiście czytałam, ale za to od pierwszej jego książki, jaką poznałam, a było to „Wypalanie traw”,  wiedziałam, że muszę nadrobić zaległości i czytać na bieżąco to, co jeszcze napisze.
„Wszystkie wojny Lary” czyta się jednym tchem. Forma zbliża tę książkę do powieści, ale to jednak reportaż. Historia Lary, mieszkanki gruzińskiej Doliny Pankisi znajdującej się na granicy z Czeczenią, której dwaj synowie wyruszyli do Syrii na wojnę, jest prawdziwa. Tylko spotkania z Larą w McDonaldzie były dwa, a potem jeszcze kilka przez skype. Jak mówił autor w wywiadach udzielanych po opublikowaniu książki, jego bohaterka opowiadała bardzo plastycznie, miała świetną pamięć. Pamiętała sytuacje i ich okoliczności. I tak ze szczegółami, z detalami snuła swoją smutną historię. Może dlatego Wojciech Jagielski wybrał taką właśnie formę – monolog Lary tylko z rzadka przerywany narracją reportera. Monolog nacechowany indywidualnym stylem, językiem prostej, trochę sentymentalnej kobiety – zgnębionej matki, która dzieląc się swoją historią, próbuje zrozumieć, kiedy popełniła błąd. Teraz gdy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że Lara wpisuje się w ikoniczny obraz matki-pacyfistki albo matki antywojennej (może lepiej byłoby powiedzieć: matki protestującej przeciwko wojnie?), która cierpi, bo wojna zabrała jej synów, która jest gotowa zrobić wszystko, by wyrwać ich z jej bezlitosnych szponów. Jej monolog to lament, z którego ma płynąć ostrzeżenie. Gdyby Lara nie mieszkała w zapomnianej przez ludzi Dolinie Pankisi, być może jej protest przybrałby inne formy. Może uczestniczyłaby w antywojennych manifestacjach albo działała w jakiejś organizacji na rzecz ofiar wojny.
Kiedy czytałam jej opowieść, miałam jeszcze jedno bardzo silne skojarzenie – z baśnią. Tak, sposób narracji jest nieco baśniowy. W takim klimacie utrzymana jest też opowieść narratora o historii Doliny Pankisi i większość partii narracyjnych. Tylko naprawdę bardzo rzadko, może dwa, trzy razy, głos zabiera reporter - rzeczowo, konkretnie, krótko komentując zdarzenia, trochę na zasadzie przypisu. Skojarzenie z baśnią potęguje brak dat i nazwisk polityków na przykład obalonego w wyniku rewolucji róż prezydenta Gruzji Eduarda Szewardnadzego czy prezydenta Czeczenii Dudajewa. Oczywiście czytelnik albo pamięta historyczne zdarzenia, albo może je bez trudu sprawdzić. Dzięki takim zabiegom historia osadzona w bardzo konkretnym czasie, wpisana w wielką Historię staje się jednocześnie uniwersalna i ponadczasowa. Dopiero na końcu w osobnym rozdziale zatytułowanym Niespokojne czasy przełomu wieków znajdziemy kalendarium wydarzeń na świecie od roku 1991 do roku 2014. Podkreślam – na świecie. To z kolei uświadamia czytelnikowi szerszą perspektywę. Pokazuje, w jakim stopniu wojny czeczeńskie i wojna w Syrii są częścią szerszego procesu dziejowego, którym sterują światowe mocarstwa i państwa Zachodu. Bo po drodze jest jeszcze Afganistan, wojna w Zatoce, Irak, arabska wiosna. To wszystko jedna układanka. Los Lary, mieszkanki zapomnianej, nieco baśniowej Doliny Pankisi, nie zależy tylko od niej. Staje się częścią globalnych procesów. Jakby nie było dla niej ratunku. Chcąc chronić synów przed wojną, ucieka z Czeczenii, wraca do domu do doliny, potem wysyła ich do ojca do Europy. Na nic jej trud i tak nie przechytrzy losu – po paru latach jej synowie pojadą  na wojnę w Syrii. Lara ma do siebie pretensje – zaczyna żałować, że wywiozła ich z Czeczenii, bo gdyby doświadczyli wojny, zyskaliby na nią odporność. Zadziałałaby niczym szczepionka. Ale niepotrzebnie czyni sobie wyrzuty – znając globalne procesy, z dużym prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że jej synów i tak opętałby demon dżihadu. Dlatego Lara jest postacią tragiczną, nie tylko z powodu wielkiego cierpienia. Jest jak postać z greckiej tragedii – każdy jej wybór był skazany na klęskę. Nie mogła uciec przed przeznaczeniem.
A właściwie mogła. W świecie idealnym. A może tylko (aż?) mądrze rządzonym. Puśćmy wodze fantazji. Stańmy się na chwilę idealistycznie naiwni. Najpierw globalnie. Gdyby nie wojny w Afganistanie i Iraku. Gdyby Rosja pozwoliła Czeczenii na niepodległość. Gdyby niepodległa Czeczenia była mądrze rządzonym, zamożnym krajem. Gdyby nie wojna w Syrii. Gdyby wszyscy międzynarodowi gracze mieli wolę ją skończyć. Gdyby w Gruzji nie było wojen domowych. A teraz bardziej przyziemnie. Gdyby w Dolinie Pankisi była praca i perspektywy dla młodych. Albo chociaż w Telawi, w Tbilisi czy w innych gruzińskich miastach. Gdyby Gruzini nie pogardzali Kistami (w Dolinie Pankisi obok prawosławnych Gruzinów mieszkają muzułmańscy Kistowie, czyli Czeczeni; Lara jest Kistką, nie Gruzinką), traktowali ich na równi ze sobą, dawali im takie same szanse na pracę, na awans. Gdyby Europejczycy, kiedy już przyjmą do siebie imigrantów, też dbali o ich równe szanse,  nie spychali do odrębnych dzielnic, skazując na kiszenie się we własnym sosie, frustrację i radykalizację nastrojów. Gdyby nie religijny fanatyzm. Wreszcie gdyby nie męskie uwielbienie wojny, fascynacja nią. Gdyby faceci nie traktowali jej jak męskiej przygody. Gdyby świat nie był taki męskocentryczny. Gdyby, gdyby, gdyby. Niestety. Świat tak nie wygląda. Dlatego Lara w pojedynkę prawdopodobnie nie miała szans. Nawet gdyby nie zlekceważyła zmiany w zachowaniu synów. Czy udałoby się jej odciągnąć ich od salafickiego meczetu, który powstał w sąsiedztwie jej wioski, w Duisi? Tam stale się coś działo, było tak atrakcyjnie! Czy potrafiłaby odizolować ich od partyzantów opowiadających przy ognisku o swoich wyczynach w czasie czeczeńskiej wojny? Przecież te opowieści były takie fascynujące! Słuchali ich z wypiekami na twarzy! Historia synów Lary to modelowy przykład religijnej radykalizacji młodych mężczyzn. Niby wiadomo, co można zrobić, a jednak nikt tego nie robi. Dlatego „Wszystkie wojny Lary” to książka smutna i pesymistyczna na wielu płaszczyznach. Tej osobistej i tej uniwersalnej.

"Serce miłości"

Wybrałam się na film Łukasza Rondudy "Serce miłości" z powodów czysto filmowych. Wyznaję szczerze, że dopóki o filmie nie zrobiło się głośno, o jego bohaterach, Wojciechu Bąkowskim i Zuzannie Bartoszek, nie wiedziałam nic, a to z tej prostej przyczyny, że sztuki wizualne, a właściwie sztuka współczesna, i muzyka alternatywna to nie moja bajka. Nie jestem w tym osamotniona, bo, jak powiedział Jacek Poniedziałek w radiowym wywiadzie, który odsłuchałam po obejrzeniu filmu, sztuka współczesna się w Polsce nie przyjęła. Podobno nie bez winy samego środowiska, które jest bardzo hermetyczne. Ale nie będę się więcej wymądrzać, bo w gruncie rzeczy nic na ten temat nie wiem. Właściwie dopiero po wyjściu z kina, kiedy wróciłam do domu, zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu jakichś materiałów o artystach, którzy stali się bohaterami i współtwórcami filmu (razem ze scenarzystą Robertem Bolestą napisali dialogi). Znalazłam sporo ciekawych treści - obszerny materiał o Wojciechu Bąkowskim na stronie Culture.pl, bardzo interesujący wywiad z nim przeprowadzony przez Tadeusza Sobolewskiego i portret Zuzanny Bartoszek pióra Pauliny Reiter w Wysokich Obcasach. Również wart przeczytania. Piszę o tym, bo moje poszukiwania to dowód na inspirującą moc filmu. Tak, naprawdę warto wybrać się do kina, nawet jeżeli tak jak ja niewiele się wie o bohaterach "Serca miłości".

Dlaczego ktoś postanawia opowiedzieć o życiu Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek? To nie przypadek. Łukasz Ronduda jest jednym z kuratorów Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, wykładowcą akademickim. Od lat dla muzeum kręcił filmy o artystach, a "Serce miłości", tytuł wymyśliła Zuzanna Bartoszek, jest jego drugim obrazem kinowym.  To wierna opowieść o wspólnym życiu artystów, w którym symbiotyczny związek, burzliwa, wybuchowa miłość i sztuka splatają się w jedno. Ich bytowanie to nie sielanka. Zazdrość o siebie, o sztukę, oskarżenia o kradzież pomysłów, rywalizacja, ale i wzajemne napędzanie, czerpanie z siebie. Nawet fizycznie tworzą niemal jeden organizm, są do siebie podobni. Przyciągają się i odpychają, kochają i ranią, kłócą. Żyją sztuką i dla sztuki, w sztuce są zanurzeni, sztuka jest treścią ich życia. A inspiracją do tworzenia jest wszystko. Sen, wizyta w galerii handlowej, bezmyślnie powtarzane zdanie, codzienność.

Jest całkiem możliwe, że dla takiego laika i ignoranta jak ja  filmowa opowieść nie byłaby tak fascynująca, gdyby nie para aktorów wcielająca się w Wojciecha Bąkowskiego i Zuzannę Bartoszek. Jego gra Jacek Poniedziałek, ją rewelacyjna Justyna Wasilewska. Oboje są świetni, ale ona wręcz rewelacyjna. Po prostu magnetyczna. Szczupła, z powodu choroby swojej bohaterki łysa, androgyniczna, ale fascynująca. Przez strój, przez twarz, przez to, co mówi, jak się zachowuje, jak się zmienia. Sama przypomina dzieło sztuki, jej życie to wieczna gra, teatr - przybieranie masek, ról. Chociaż taki sposób bycia jest mi obcy, oglądanie go na ekranie  intryguje. To inspirujący powiew świeżości. Fascynujące widowisko. A dla wtajemniczonych ważne też będą fragmenty wierszy, filmów, performance i koncerty.

Popularne posty