Necla Kelek "Slodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji"

Niedawno w ramach przeglądu najciekawszych filmów z festiwalu Nowe Horyzonty obejrzałam "Pewnego razu w Anatolii" Ceylana (napiszę o nim w marcu, kiedy wejdzie do kin). Tak bardzo spodobał mi się ten film, że postanowiłam od razu zabrać się za leżącą od Bożego Narodzenia na półce "Słodko-gorzką ojczyznę. Raport z serca Turcji" Necli Kelek (Czarne 2012; przełożyła Elżbieta Kalinowska). Gdyby nie film, pewnie ta książka poczekałaby na swoją kolej trochę dłużej, ale chciałam pooddychać jeszcze atmosferą Anatolii. Udałam się więc w podróż w odległe rejony Turcji, za przewodniczkę mając Neclę Kelek, Turczynkę wychowaną i mieszkającą w Niemczech. A może Niemkę? Wszak większość swojego życia spędziła w kraju naszych zachodnich sąsiadów. Najlepiej będzie, jeśli głos w tej sprawie oddam autorce:

"Jestem szczęśliwa, że mogę powiedzieć: jestem Niemką i Europejką, ale przez to wcale nie mniej Turczynką."

Kelek jest w swojej pierwszej ojczyźnie częstym gościem, choćby dlatego, że ma tam liczną rodzinę. Nic dziwnego, że to, co się tam dzieje, żywo ją interesuje. To nie jej pierwsza książka o Turcji, relacjach niemiecko-tureckich i diasporze tureckiej w Niemczech. Czym jest wydana właśnie "Słodko-gorzka ojczyzna"? Trochę reportażem, trochę publicystyką, trochę relacją z podróży, a trochę wspomnieniem z czasu dzieciństwa spędzonego najpierw na prowincji w głębi kraju, a potem w Stambule. Autorka przygląda się Turcji krytycznie, ale i czule (stąd tytuł). Nie wypiera się swoich korzeni i związków z krajem.

To, co wydało mi się najciekawsze, dlatego książkę kupiłam, to spojrzenie na Turcję z perspektywy jej serca, czyli prowincji, a nie tylko Stambułu. Taką optykę narzucają nam w dużej mierze powieści Pamuka i Safak, ale też niektóre reportaże. I jest to obraz na tyle silny, że zapomina się o tureckich filmach czy książkach, które opowiadają o prowincji. A przecież widziałam i czytałam również takie. Choćby "Śnieg"  przywołanego przed chwilą Pamuka. A jednak kiedy myślimy Turcja, pierwszym skojarzeniem jest Stambuł, a nie na przykład południowo- wschodnie tereny, dziś zamieszkane przede wszystkim przez Kurdów, kiedyś kolebka chrześcijaństwa. Kelek odbywa podróż w towarzystwie swojego niemieckiego partnera. Mimo że jest Turczynką, samotne włóczenie się po tej części kraju byłoby niebezpieczne. W wielu miejscach nawet we dwoje czują się nieswojo. To nadal kraj mężczyzn, kobiety pędzą życie domowe i sąsiedzkie, często za murami starych domostw. Tam czują się swobodnie, tam mogą zdjąć chusty. Autorka zwraca uwagę na to, że kraj pod rządami AKP i premiera Erdogana powoli, ale nieubłaganie ulega reislamizacji. Coraz więcej kobiet w chustach i czadorach, coraz większy wpływ religii na obyczaje i regulacje prawne, coraz większe przyzwolenie państwa na taki stan rzeczy. Islam wciska się trochę tylnymi drzwiami, powoli, niepostrzeżenie, ale bardzo skutecznie. A przecież, co autorka przypomina, Imperium Osmańskie było państwem, w którym żyły obok siebie różne narodowości i ludzie różnych wyznań. Skończyło się to wraz z jego upadkiem i powstaniem Turcji pod wodzą Ataturka. Ale wtedy z kolei nastąpił rozdział religii od państwa. Dziś i jedno, i drugie jest już przeszłością.

Kelek spogląda na swą drugą ojczyznę z perspektywy kobiecej. Pisze o męskiej i rodzinnej dominacji i ich konsekwencjach dla kobiet. Honorowe zabójstwa albo zmuszanie do samobójstwa, aranżowane małżeństwa, porwania i więzienie kobiet, które próbują ułożyć sobie życie po swojemu, i wreszcie zwyczajna domowa przemoc, która w takim kraju jak Turcja jest szczególnie dotkliwa, bo kobieta pozostaje najczęściej bezbronna. Oczywiście te wszystkie procedery są przez prawo zakazane, ale siła tradycji, szczególnie na prowincji, jest ogromna. Państwo po cichu kapituluje przed obyczajem. Swoją podróż odbywa autorka częściowo śladami kobiet i w ich sprawach. Ale oprócz tych maltretowanych i prześladowanych spotyka też takie, którym udało się wybić na samodzielność, wyrwać z rodzinnych więzów. Rozmawia z pracownicami organizacji pomagających kobietom. To  postęp: jeszcze kilkanaście lat temu takich stowarzyszeń po prostu nie było. Bardzo ciekawa jest historia Nergis, żyjącej na prowincji wykształconej singielki. Jest akceptowana jako szefowa austriackiej firmy, ale przeźroczysta jako kobieta, bo niezależna i samotna. Nawet ona, wykształcona, niezależna finansowo, samodzielna, musi iść na różne rodzinne kompromisy.

Można powiedzieć, że książka Kelek jest rodzajem rozprawy w sprawie o członkostwo Turcji w Unii Europejskiej. Wydany przez nią wyrok brzmi: nie. Autorka pokazuje, jak wiele dzieli jej miejsce urodzenia od Europy. Inne  wartości, przekonania, obyczaje i standardy. To wykształcone elity kilku dużych miast marzą o Zachodzie, prowincja wcale za nim nie tęskni i ani myśli zmieniać uświęcone tradycją i religią wielowiekowe obyczaje i styl życia. A obecna władza zdaje się temu po cichu sprzyjać. Narzucanie islamskiej kultury wszystkim niezależnie od światopoglądu, pozorna demokracja, nieakceptowanie równouprawnienia kobiet, dominacja wspólnoty nad jednostką, wpływy armii, niezdolność do dialogu, obrażanie się na krytykę i wreszcie amnezja dotycząca wstydliwej przeszłości (nierozliczenie się z ludobójstwa Ormian, a wręcz zaprzeczanie, że miało miejsce) to przyczyny, dla których Turcja, zdaniem autorki, nie powinna jeszcze zostać przyjęta do Unii. Kelek sięga w przeszłość i pokazuje historyczne przyczyny takiego stanu rzeczy. Źródeł współczesnych procesów społecznych i sytuacji politycznej dopatruje się z jednej strony jeszcze w czasach osmańskich (sytuacja kobiet, dominacja wspólnoty nad jednostką, niesamodzielność społeczeństwa, wyznawany przez mężczyzn kult nicnierobienia), z drugiej w spuściźnie kemalistowskiej (wpływy armii, pozory demokracji). A na to wszystko dzisiaj nakładają się rządy AKP. Muszę przyznać, że autorka jest bardzo przekonywująca. Nigdy jakoś specjalnie nie zastanawiałam się nad sporem wokół przyjęcia Turcji do Unii, a raczej pod wpływem obrazu wykreowanego w powieściach Pamuka, byłam skłonna uważać, że problemu nie ma i należy spełnić marzenia Turków o wstąpieniu do rodziny krajów Zachodu. Po przeczytaniu "Słodko-gorzkiej ojczyzny" zaczynam dostrzegać przepaść. Zresztą, jak  od czasu do czasu donosi prasa, po arabskiej rewolucji Turcja zaczyna zmieniać swoje priorytety i niekoniecznie nadal  tak bardzo spieszy do Europy (przynajmniej nieoficjalnie).

Znajdziemy w tej książce wiele spraw bardzo ciekawych. Trudno tu pisać o wszystkim, nie o to też przecież chodzi. Chciałam zasygnalizować jeszcze dwie. Przyznam, że nie miałam o nich pojęcia. Jedna to niechlubna rola Turcji w kwestii żydowskiej. Autorka opisuje dramatyczne losy statku wypełnionego po brzegi żydowskimi uciekinierami z Rumunii, który nie dostał pozwolenia na zacumowanie w jednym z tureckich portów, co było konieczne ze względu na poważną awarię. W końcu po tygodniach stania na redzie został zmuszony do opuszczenia tureckich wód, co oznaczało wydanie tych pasażerów, którzy przetrwali tragiczne warunki, jakie tam panowały, na pewną śmierć. Tak się stało. Dryfujący po wodach Morza Czarnego statek został trafiony torpedą. Przeżył jeden pasażer. A to tylko jeden z wielu haniebnych przykładów tureckiej polityki wobec Żydów przed i w czasie wojny. Druga niezwykle ciekawa kwestia to polityka niemieckich władz wobec Turków mieszkających w Niemczech. Nie chodzi tu tylko o fiasko asymilacji. O tym sporo się ostatnio pisze. Znacznie gorsze jest to, że demokratyczne państwo wyznające świeckie wartości kapituluje i staje się bezradne wobec na przykład nierównego traktowania Turczynek. Wewnątrz tureckiej diaspory zachodzą te same procesy, co w Turcji. A macki tureckiego urzędu do spraw religii sięgają na terytorium Niemiec. Nie muszę dodawać, jak oburza to autorkę.

I na koniec chcę jeszcze raz powrócić do podróży na wschód. Od kilku lat marzę o zwiedzeniu wnętrza Turcji. Niekoniecznie Stambułu, niekoniecznie Kapadocji, ale właśnie tych południowo-wschodnich terenów, gdzie mieszają się różnorakie kultury, gdzie można odnaleźć najstarsze zabytki chrześcijańskie. Kelek opisując stare miasta zamknięte za ścianami murów, wąskie uliczki, medyny, kościoły i meczety, jeszcze bardziej wyostrzyła mój apetyt. Mimo że nie jest to reportaż podróżny, to jednak te nieliczne opowieści turystki, jaką na chwilę staje się autorka, są tak zmysłowe i ciekawe, że wzbudzają tęsknotę za tymi niezwykłymi, dalekimi miejscami. Niestety autorka uświadomiła mi z całą mocą to, co podejrzewałam: samotna wyprawa w tamte rejony jest raczej niemożliwa. I tą smutną konstatacją kończę opowieść o tej bardzo ciekawej książce. Dla miłośników Pamuka, Safak, Ceylana i innych tureckich artystów pozycja obowiązkowa.

"Rzeź" Romana Polańskiego

    Tym razem najnowszy film Polańskiego nie rozczarował mnie jak poprzedni "Autor widmo". Może dlatego, że doskonale wiedziałam na co idę, bo wiosną widziałam w teatrze "Boga mordu" Yasminy Rezy, sztukę, na której oparty został scenariusz. Nie rozczarował, nie oznacza wcale, że jakoś szczególnie się zachwycam. Pewnie wszyscy już wiedzą, że "Rzeź" to historia jednego popołudnia, kiedy to dwie pary małżeńskie spotykają się, aby wyjaśnić konflikt pomiędzy ich nastoletnimi synami. Jedno mieszkanie, cztery osoby i rozmowa, która krok po kroku przeradza się w kłótnię. Spadają maski, zmieniają się sojusze, wychodzą na wierzch skrywane urazy i pretensje. Para przeciw parze, kobiety przeciw mężczyznom (i odwrotnie), żony przeciw mężom (i, jak łatwo się domyślić, odwrotnie). Znikają gdzieś polityczna poprawność, dobre wychowanie, maniery, uprzejmość, szacunek, miłość, dialog, chęć porozumienia, pojawiają się egoizm, chamstwo, szyderstwo, pogarda, złość, niekontrolowane wybuchy gniewu. Trudno powiedzieć jednak, aby film Polańskiego był szczególnie ostry, jak uważają niektórzy. Raczej jest to przyjemna rozrywka i koncert gry aktorskiej, niż z pasja wykrzyczane oskarżenie. Nie wyszłam po seansie jakoś szczególnie poruszona czy zamyślona. Górę w filmie Polańskiego bierze ton rozrywkowy nad poważnym. Gdzie "Rzezi" do takiego na przykład "Placu Zbawiciela" Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze! Ani takiej temperatury, ani siły rażenia! A przecież oba filmy są w pewnym sensie podobne: obnażają prawdziwe oblicze zwyczajnych, porządnych mieszczan. To pierwszy z brzegu przykład, jaki wpadł mi do głowy, ale pewnie mogłabym podać ich więcej. Tak więc "Rzeź" polecam przede wszystkim dla aktorów, bo śledzenie ich gry jest przyjemnością samą w sobie, ale radzę nie oczekiwać dużo więcej ponad inteligentną rozrywkę.

"Code blue" Urszuli Antoniak

O tym filmie było głośno, zanim wszedł na ekrany. Pokazywany na festiwalu w Cannes, potem we Wrocławiu na Nowych Horyzontach. Jedni się zachwycają, dla innych to obraz kontrowersyjny. Ale nie tylko z tego powodu poszłam do kina. Po prostu podobał mi się pierwszy film Urszuli Antoniak "Nic osobistego" (pisałam tu o nim). W obu widać bardzo osobisty charakter filmowego pisma tej polskiej reżyserki tworzącej w Danii. W obu dostrzec można podobne tematy dręczące autorkę: samotność i śmierć. Jak słyszałam, nie bez wpływu na to była osobista tragedia. "Code blue" to opowieść o przeraźliwie samotnej pielęgniarce pracującej, chyba, w hospicjum. Ta praca to jej wybór, jak mówi lekarzowi: Tu mi się podoba.(Cytat z pamięci.) Film jest bardzo mocny (Mam wrażenie, że ostatnio często powtarzam te słowa.), właściwie na granicy wytrzymałości. Ale wbrew pozorom te najstraszniejsze sceny wcale nie są związane ze śmiercią. Śmierć nie jest też, moim zdaniem, głównym tematem tego filmu, co sugerują zapowiedzi. Tak czy inaczej nie sposób o nim zapomnieć. To, co widzimy na ekranie, powraca, mimo że chciałoby się być może zapomnieć. Na pewno jest to film ważny, ale nie przyłączę się do chóru zachwyconych. I nie z powodu jego ostrości. Lubię mocne, targające kino. Dlaczego w takim razie wyszłam z mieszanymi uczuciami, a ostatecznie jestem raczej na nie? Otóż z powodu formy! Film jest tak bardzo przeestetyzowany, że sprawia wrażenie jakiegoś artystycznego, wydumanego, zimnego tworu. Świat pokazany na ekranie reżyserka ogołociła z życia, brakuje mu realności. Taka filmowa estetyka z góry skazuje "Code blue" na nieliczną, głównie festiwalową publiczność. Szkoda. Więcej uwag jak zwykle w ciągu dalszym. Zapraszam tych, którzy film już widzieli.

Muszę przyznać, że taki sposób filmowego opowiadania chyba najbardziej mnie w kinie drażni. Jeśli domyślam się, że będę miała do czynienia z bardzo artystycznym dziełem, raczej je sobie darowuję, a jeżeli już przypadkowo dam się wpuścić w estetyczne maliny, żałuję i składam sobie obietnicę, że uważniej będę wybierała to, co oglądam. Tym razem jednak i tak bym pewnie poszła do kina, bo naprawdę podobał mi się debiut Urszuli Antoniak. Już tamten film miał podobne ciągotki, ale jakoś się jeszcze ziemi trzymał. Ten nie. Powolne tempo, wysublimowane, chłodne kadry, świat wyabstrahowany z realizmu, sprawiający wrażenie makiety, sceny, o których nie wiemy, czy są prawdziwe, czy rozgrywają się tylko w wyobraźni bohaterki, nagłe przechodzenie na angielski (Dlaczego? Ma ten zabieg podkreślić uniwersalność opowiadanej historii, która mogłaby się zdarzyć wszędzie?), pustka, szarość to wszystko sprawia, że nie potrafię do końca przejąć się losem Marian. W tym sztucznie wypreparowanym świecie odbieram ją jak symbol, a nie jak żywą kobietę z krwi i kości. Filmów o samotności widziałam w ciągu ostatniego roku kilka i muszę przyznać, że losy samotnych bohaterów meksykańskiego "Roku przestępnego", a przede wszystkim znakomitego "Kolejnego roku" Mike'a Leigh poruszyły mnie znacznie bardziej. Zdecydowanie też wolę "Pianistkę" Hanekego, do której "Code blue" zdradza pewne podobieństwo. Tyle wybrzydzania, a teraz zajmę się problemami, jakie film porusza.

Marian jest kobietą samotną. Z wyboru pracuje w hospicjum (a może to szpital?), głównie nocą. Jak duch przemierza sterylne, szpitalne korytarze, zagląda do sal, w których leżą terminalnie chorzy. Jest dla nich czuła, delikatna, troskliwa, cierpliwa. Myje stare, wychudzone ciała, trzyma za rękę, głaszcze. Robi to wszystko, o czym myślimy z lękiem albo nawet z obrzydzeniem. Antoniak pokazuje w swoim filmie to, o czym wolimy zapomnieć: starość, chorobę, śmierć. Nie oszczędza widza. Już w pierwszej scenie jesteśmy świadkami agonii. Nie uchyla się od kontrowersyjnych tematów. Widzimy udrękę choroby i umierania, patrzymy, jak ta sytuacja wyzwala w bliskich niskie uczucia (Ktoś szepcze: Chcę, żebyś już umarł.). Przeraźliwą samotność i anonimowość w sterylnym szpitalu. Marian chce jakoś ocalić tych wszystkich umierających ludzi, wyrwać ich z anonimowości. Może dlatego gromadzi w domu ich osobiste przedmioty, ślady życia: ołówek, grzebień, zdjęcie. A kiedy sądzi, że chory ma już dość wegetacji, skraca mu życie, podając zastrzyk, a wcześniej głaszcze i czule trzyma za rękę. Pomaga przejść na druga stronę, towarzyszy w umieraniu. To kolejny kontrowersyjny temat: eutanazja. Reżyserka pokazuje dwie strony medalu:  skrócenie bezsensownego cierpienia, ale także pomyłkę. Bo raz Marian popełnia błąd, źle odczytuje intencje chorego. Scena, kiedy mężczyzna do końca walczy, broni się, nie chce umierać, jest przerażająca. Ale Marian nie jest okrutną, bezduszną panią-śmierć. Nie potrafi sobie z tym, co zrobiła, poradzić. Szuka pocieszenia u jedynej bliskiej jej osoby, przypadkowo poznanej sąsiadki (Też starszej! Dlaczego obcuje ze starością? Boi się ludzi? Nie potrafi nawiązać kontaktu z rówieśnikami?). Chciałaby rozgrzeszenia, ale żyje w duchowej pustce, nie jest osobą wierzącą, a więc nie ma jej kto odpuścić grzechu. Jak poradzić sobie z winą w takim świecie? Nie ma boskiego autorytetu, nie ma winy, nie ma kary, nie ma żalu, nie ma pokuty, nie ma wreszcie odpuszczenia grzechu. Ale Marian czuje się winna,  potrzebuje rozgrzeszenia. Czy Boga ma jej zastąpić sąsiadka, która problem zbywa ironią?

Świat Marian jest przeraźliwie pusty i samotny. Właśnie przeprowadziła się do jakiegoś koszmarnego, wielkiego, nowoczesnego, szklanego bloku, gdzie wszystko jest równie bezduszne i anonimowe. Wokół księżycowa pustka. Jej białe, surowe, puste mieszkanie zapełniają nierozpakowane kartony. Tak jakby była tu tylko na chwilę. Może obcując ze śmiercią, odczuwa tymczasowość, kruchość życia? Nie warto się zakorzeniać? Mościć sobie wygodne gniazdko? A może po prostu nie przywiązuje do tego wagi? Jest abnegatką? Minimalistką? W domu tylko śpi i ogląda telewizję. Długo wydaje się, że taki stan jej odpowiada. Ale to tylko pozory. Bo Marian marzy o bliskości, o miłości i o seksie. Tak bardzo, że ulega fascynacji okrutną sceną gwałtu, którą obserwuje z okna swojego pokoju, a potem błaga o miłość mężczyznę, z którym kilkakrotnie krzyżują się jej drogi. Może uwierzyła, że to nie przypadek, ale zrządzenie losu. Poniża się przed nim, daje się upokorzyć. To sceny, które najtrudniej znieść. Dręczyły mnie długo. Biedna, przeraźliwie chuda Marian, brzydka w swej kościstej nagości. Kiedy widzimy ją nagą, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że jej wysiłki są daremne. Inaczej niż bohaterka wspomnianego "Roku przestępnego"  pragnie nie tylko seksu, ale przede wszystkim miłości. Skąd jej samotność? Czy dlatego żyje sama, bo jest oschła i nieprzyjemna (scena w sklepie, wizyta pary znajomych)? Czy odwrotnie: oschłość to maska, która ma chronić ją przed światem? Jakby nie było, Marian budzi litość, współczucie, ale i jakiś rodzaj niechęci. A może złości?

Cóż, film zirytował mnie formą, ale jednocześnie nie dał o sobie zapomnieć. Mógłby podziałać jeszcze mocniej, gdyby nie ta forma właśnie. Mimo wszystko czekam na kolejny film Urszuli Antoniak. Ciekawe, jaki będzie.

"W ciemności", najnowszy film Agnieszki Holland.

To jeden z tych filmów, na które czekałam. Jest tak bardzo reklamowany, tyle się o nim mówi, reżyserka udziela wywiadów, więc nie ma chyba kinomana, którego w jakikolwiek sposób należałoby wprowadzać w temat. Wspomnę więc tylko króciutko, że to autentyczna historia grupki Żydów, którzy po likwidacji lwowskiego getta ukrywają się przez czternaście miesięcy w kanałach. Ale jest to też opowieść o zwykłym człowieku, drobnym cwaniaczku, kanalarzu Leopoldzie Sosze, granym rewelacyjnie przez Więckiewicza. Film zobaczyć trzeba koniecznie, mimo że, jak łatwo się domyślić, jest to rzecz mocna, tragiczna. Tym bardziej wstrząsa, gdy uświadomimy sobie, że to, co widzimy na ekranie, działo się naprawdę. Jedna z bohaterek, kilkuletnia dziewczynka, Krysia, jest dziś mocno starszą panią. Wielką zaletą filmu jest autentyzm. Znakomicie oddane realia zawdzięczamy między innymi zdjęciom Jolanty Dylewskiej, ale także uporowi reżyserki, aby bohaterowie mówili w swoich językach, a nie po angielsku! Z ekranu słychać polski, gwarę lwowską (stąd od czasu do czasu polskie napisy!), jidysz, niemiecki. Wieża Babel, tak rozmaita była Polska przedwojenna. Ile prawdy dodała filmowi taka właśnie decyzja, widać, kiedy porównamy "W ciemności" z "Lektorem" Stephena Daldriego. Angielski, według mnie, zabił "Lektora", sprawił, że stał się sztucznym, wydumanym konstruktem. Tyle tytułem wstępu. A kto już widział najnowszy film Agnieszki Holland, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Nie mogę powiedzieć, abym była wielką admiratorką Agnieszki Holland. Wielu jej filmów nie widziałam, spośród tych, które obejrzałam, nie wszystkie należą do moich najbardziej ulubionych. Ale jednocześnie to ona zrobiła "Gorzkie żniwa" (za które zresztą była nominowana do Oskara), film moim zdaniem znakomity. Bardzo  mnie kiedyś sponiewierał. Kameralny, psychologiczny dramat, z historią w tle, rozpisany właściwie na dwoje bohaterów, niezwykle mocny. Wspominam o nim przy okazji, bo temat podobny, a jako że w Polsce chyba nigdy nie był normalnie rozpowszechniany (to jeden z pierwszych albo pierwszy z emigracyjnych filmów Holland, nakręcony w 1985 roku), nie każdy o nim wie, a naprawdę warto zobaczyć. No ale to nie o nim mam pisać, wobec tego zmieniam temat i wracam do "W ciemności".

Może zacznę od tego, o czym mówi się najmniej przy okazji gwaru wokół najnowszego dzieła Agnieszki Holland, a co mnie zawsze porusza, kiedy czytam lub oglądam coś o tematyce wojennej. Myślę o tragicznych wyborach, których musieli dokonywać ludzie żyjący w tamtych czasach. Wybory świadome lub nie, decyzje, które ważyły na czyimś życiu, a czasu, aby je  rozważnie podejmować,  brakowało. Może zresztą tak było lepiej, bo jak z rozmysłem decydować o czyimś być lub nie być? Tak jest i tu. Kto ma zejść do kanałów? Wiadomo, że wszyscy nie mogą. Krzyk, pisk, płacz, szloch. Żona i córka czy kochanka? Kogo ma wybrać Janek, kiedy żona stawia ultimatum: albo ja, albo ona? A potem, kiedy staje się jasne, że trzeba tę gromadę ukrywających się podzielić i Socha mówi, że w inne, lepsze miejsce może zabrać tylko jedenaście osób? Kto ma iść? Kto ma o tym decydować? Ci, którzy zostaną, zdają sobie sprawę, że to wyrok. I gdzie jest ta granica? Dlaczego jedenastu a nie dwunastu lub jeszcze lepiej trzynastu? Zostać w mokrych, ciemnych, zimnych, brudnych, zaszczurzonych, cuchnących kanałach czy jednak wyjść i próbować szczęścia na powierzchni? Ile można wytrzymać w podziemnym więzieniu? W takich koszmarnych warunkach? Kiedy towarzyszy ci wieczny strach, bo w każdej chwili ktoś jednak może cię odkryć? A czy można ufać Sosze? Długo mu nie ufają! I co tam robić, kiedy minuta równa się wieczności? Ocean czasu naszpikowany strachem. Zostać, jak każe starsza siostra, czy wyjść? A potem dylemat Klary: szukać Mani czy nie? A ile dylematów przed Sochą! Początkowo myśli tylko o zarobku, nie zastanawia się nad niebezpieczeństwem i konsekwencjami. Z czasem, kiedy robi się niebezpieczniej, krążą pogłoski o tym, że w kanałach ukrywają się Żydzi, Socha coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że ryzykuje nie tylko swoim życiem, ale życiem swojej rodziny. Kogo byś wybrał? Jakże często konsekwencje decyzji, które podejmowali, były tragiczne dla innych. Tak jest, kiedy Mundek,  poszukując Mani, przedostaje się do obozu. To, że on nie ma czapki, nieoczekiwanie skaże na śmierć mężczyznę stojącego obok. Jemu niemiecki żołnierz w ostatniej chwili daruje życie, bo jest zdrowy i silny, a więc zdolny do pracy. W zamian zginie ten obok, bo starszy i wygląda na słabszego. Ale jeszcze bardziej wstrząsająca jest historia, kiedy w odwecie za zamordowanie niemieckiego żołnierza, Niemcy wieszają dziesięciu Polaków. Wśród nich Socha rozpoznaje swojego przyjaciela Szczepka. A przecież on i Mundek  musieli zabić tego żołnierza w obronie własnej! Ironia losu polega  na tym, że Szczepek, aby nie narażać siebie i swojej ciężarnej żony, przestaje pomagać Żydom ukrytym w kanałach. Mimo to swojego życia nie ocalił a nieszczęście sprowadzili na niego, zupełnie nieświadomie, właśnie Mundek i  Socha. Zawsze, kiedy czytam lub oglądam coś o czasie zagłady, dręczą mnie pytania: co ja bym zrobiła? czy miałabym odwagę pomagać? czy umiałabym narażać najbliższych? A gdybym to ja musiała się ukrywać? Wytrwałabym czy wyszła na powierzchnię, aby zginąć?

Równie ciekawy jest portret Żydów z getta. Holland portretuje ich nie jak bohaterów bez skazy, ale jak zwykłych ludzi: z zaletami i przywarami. Kłótnie, złośliwość, zawiść, zdrada, romans, podłość, wzajemna niechęć, ale i szlachetność, pomoc, wspieranie się, podtrzymywanie na duchu. Są tak bardzo różni: wykształceni i prości, bogaci i biedni, niewierzący i tacy, którzy nawet w kanałach nie zapominają o modlitwie. Te różnice najlepiej pokazuje pomieszanie języków: polski, jidisz, niemiecki. Ale być może najbardziej szokują sceny seksu. Na oczach wszystkich, bo intymność jest w tych warunkach niemożliwa. Jakoś nie wyobrażamy sobie, że miłość, seks, romans, zdrada, zazdrość były tam możliwe. A jednak, jak wiadomo z licznych świadectw, ludzie się zakochiwali, zdradzali, kochali. Może to był ratunek? A może natura jest silniejsza?

No i wreszcie główny bohater, Leopold Socha. Kanalarz, drobny cwaniaczek, który, jak wielu innych, korzysta z okazji i bez skrupułów, bez refleksji przeszukuje porzucone przez Żydów przedmioty w poszukiwaniu czegoś cennego. Nie waha się też  kraść. Poznajemy go, kiedy wraz z przyjacielem, Szczepkiem, włamują się do opuszczonego domu gdzieś pod Lwowem. W pobliskim lesie są świadkami egzekucji na grupie żydowskich, odartych z godności, nagich kobiet. To wstrząsająca scena. Ale jej wspomnienie nie przeszkadza Sosze po powrocie do domu kochać się z żoną. Żydów, którzy postanawiają ukryć się w kanałach, los stawia na jego drodze przez przypadek. Początkowo pomaga tylko dla pieniędzy. Nie ufa im, ale i oni mu nie ufają. Są zdani całkowicie na niego. Staje się ich panem i władcą. Nie mają wyboru. On ma. Ale od początku to postać niejednoznaczna. Interesowny cwaniaczek, gotowy wykorzystać sytuację do końca, ale to jednocześnie dzięki niemu przerażona Krysia schodzi do kanału. Jest dla niej czuły, troskliwy i delikatny. Cierpliwie przemawia i łagodzi strach. Potem obserwujemy jego wahania. Kiedy robi się coraz niebezpieczniej, chce ich zostawić. Ma żal, że mu nie ufają, że nie okazują wdzięczności. Cały czas jednak wraca, coraz bardziej narażając swoja rodzinę. Musi lawirować i kombinować. I nie wiadomo już, kogo chce ocalić: rodzinę, siebie czy Żydów. W którym momencie stają się jego Żydami? Nie ma iluminacji. Przemiana dokonuje się stopniowo, aż wreszcie, kiedy skończą się pieniądze, pomaga za darmo. Gotów jest zabrać i wychowywać urodzone przez Chaję niemowlę.  A w końcu nie zważa już na nic i kiedy w czasie ulewy grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo, ratuje ich, narażając siebie i przede wszystkim rodzinę. Długo ten cwaniaczek postępuje instynktownie, jego dobroć to odruch: dziewczynka płacze, to trzeba ją pocieszyć, dzieci się zgubiły, to trzeba je odprowadzić do rodziców. Zwyczajny człowiek, który bohaterem staje się przez przypadek, krok po kroku. On, który początkowo nie krył swojej niechęci i uprzedzeń do Żydów. Inaczej jest z jego żoną. To ona żałuje mordowanych Żydów, dostrzega w nich ludzi, ale kiedy dowiaduje się, że mąż im pomaga, jest wściekła. Teoria sobie, praktyka sobie. Od słów do czynów daleko. Ale wcale niełatwo ją  potępić: lęka się nie tylko o siebie i męża, ale przede wszystkim o córeczkę. Cały czas zmaga się z tą sytuacją. Chociaż boi się i nie pochwala, to jednak pozwala. Nie mówi kategorycznie: nie. W końcu to ona wychodzi z inicjatywą zabrania urodzonego w kanałach niemowlęcia.

Muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o fantastycznych zdjęciach Jolanty Dylewskiej, które budują klimat filmu. Są realistyczne, ale jednocześnie niezwykle malarskie. Tak filmowana jest tragiczna, przejmująca scena egzekucji żydowskich kobiet, o której wspominałam. O obrazach myślę też, kiedy kamera wyłuskuje z ciemności kanałów jasną, brodatą twarz starego, modlącego się Żyda.

I wreszcie wyznanie najbardziej osobiste. Na koniec po prostu się rozpłakałam (musiałam kryć swoje łzy) i wcale nie ze wzruszenia. Kiedy nagle po szczęśliwym, nieco cukierkowym, acz podszytym jakąś niepewnością, zakończeniu pojawiły na białym tle czarne, proste napisy informujące o tragicznej śmierci Sochy i potem kolejne o tym, co powiedział ktoś na jego pogrzebie, nie wytrzymałam. Przytoczę tu z pamięci jeszcze jeden ostatni: czy naprawdę potrzebujemy Boga, aby się karać? 


Arnaldur Indridason "W bagnie". Kryminał z deszczowej Islandii.

Strasznie zachciało mi się kryminału. Odkąd skończyła się moja ukochana seria o komisarzu Wallanderze poszukuję czegoś równie ekscytującego. Gdzieś niedawno usłyszałam o kryminałach islandzkiego pisarza Arnaldura Indridasona, podobno nawet lepszych od książek Mankella. Kupiłam więc część pierwszą "W bagnie" (W.A.B. 2010) i w czasie świąt połknęłam. Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby był to zły kryminał, ale do książek Szweda mu daleko. Owszem, czyta się świetnie, zagadka jest skomplikowana, aby ją rozwikłać komisarz Erlendur musi zanurzyć się w mrocznej przeszłości zamordowanego mężczyzny, wyjątkowo odrażającego typa. Sama zbrodnia nie jest specjalnie wyrafinowana, policjantom wydaje się początkowo, że będą mieli do czynienia z typowym islandzkim morderstwem, ale szukając motywu i sprawcy, odgrzebują przeszłość, o której zainteresowani woleliby zapomnieć, i uruchamiają lawinę nieszczęść.

Dlaczego wobec tego kręcę nosem? Otóż brakuje mi tła, mięsistych opisów, krwistych bohaterów. Chciałabym przy okazji poznać trochę Islandii, niestety nic z tego. Tylko deszcz pada i pada. Komisarz Erlendur nakreślony raczej cienką kreską, gdzie mu tam do rozterek duchowych Wallandera. No i sam problem gromadzenia danych o chorobach genetycznych mieszkańców wyspy też potraktowany raczej naskórkowo. Książka jest po prostu za krótka, miejsca starczyło tylko na wartką, kryminalną intrygę. Nie wykluczam jednak, że to, co dla mnie jest wadą, dla innych będzie zaletą. Nie wiem, czy sięgnę po kolejną część serii (dotąd wyszły trzy). Mogę, ale nie muszę. Co mi zastąpi Wallandera?

Howard Jacobson "Kwestia Finklera"

Po raz drugi w ostatnim czasie przeżywam rozczarowanie książką autora, którym kiedyś się zachwyciłam. Tak było z "Wolnością" Franzena, tak jest z "Kwestią

Finklera" Howarda Jacobsona (Świat Książki 2011; przełożyła  Grażyna Smosna). Kilka lat temu przeczytałam artykuł o współczesnej literaturze żydowskiej  tworzonej przez pisarzy urodzonych już po wojnie, mieszkających nie tylko w Izraelu. Autorka wymieniała kilka nazwisk. Zwróciłam uwagę na  Howarda Jacobsona i przeczytałam jego pierwszą  powieść wydaną w Polsce "Wieczory kaluki" (Cyklady 2008; przełożył  Maciej Świerkocki). W międzyczasie ten urodzony w roku 1942 brytyjski pisarz dostał Nagrodę Bookera. Trudno mi wypowiadać się na temat całej jego twórczości, ale we wspomnianych powieściach w sposób prześmiewczy, ironiczny, obrazoburczy przygląda się angielskim Żydom. Jego spojrzenie na świat, łagodnie krytyczny, zdystansowany stosunek do bohaterów mnie przypomina nieco metodę Woody Allena. On sam nazwał siebie żydowską Jane Austen, a krytycy okrzyknęli go brytyjskim Phlipem Rothem. W artykule, o którym napomknęłam, znalazłam opinię, że tylko żydowski autor może pozwolić sobie na tak krytyczny i kpiarski stosunek do swych rodaków. Goj prezentujący takie sądy mógłby zostać posądzony o antysemityzm. Teraz, kiedy, czytelniku tej notki, zorientowałeś się przynajmniej troszeczkę, kto zacz ten Jacobson, pora przejść do wydanej jesienią "Kwestii Finklera".

Kim jest tytułowy Finkler? A może należałoby zapytać, kim są Finklerzy? Pięćdziesięcioletni Sam Finkler to jeden z trzech głównych bohaterów tej powieści, angielski Żyd, filozof, któremu sławę przyniosła seria popularnych poradników podlanych filozoficznym sosem odnoszących się do rozmaitych życiowych kwestii. Odkąd jako guru dla maluczkich zaczął udzielać się również w telewizji, stał się celebrytą. Drugą ważna personą w tej książce jest jego szkolny przyjaciel, Julian Treslove, goj, życiowy nieudacznik stale obawiający się jakiejś mniejszej czy większej katastrofy. Ten były dziennikarz BBC, szczerze nienawidzący tej rozgłośni, obecnie para się zajęciem sobowtóra sław. Jest tak doskonale nijaki, że potrafi wcielić się w każdego, może dlatego w swoim fachu cieszy się wielką popularnością. Ma niezwykłą zdolność zakochiwania się w rozmaitych kobietach niemal od pierwszego wejrzenia, ale z żadną nie jest w stanie związać się na dłużej. I wreszcie trzeci bohater, Libor Sevcik, o ponad trzydzieści lat starszy, zaprzyjaźniony z nimi czeski Żyd, który od dawna mieszka w Londynie. Niegdyś znany dziennikarz za pan brat z hollywoodzkimi gwiazdami. W tym męskim gronie nieoczekiwanie na kartach powieści pojawia się jedna kobieta, daleka krewna żony Libora o przedziwnym imieniu Hephzibah.

Jądrem książki jest kwestia żydowska, tytułowa kwestia Finklera. Dlaczego Finklera? Otóż Julian Treslove, jedyny goj w tym towarzystwie, Finklerami nazywa wszystkich Żydów. Trzej bohaterowie i trzy postawy, spory i dyskusje. Tym gorętsze, że właśnie trwa interwencja Izraela w Gazie. Nie tylko w Londynie, nie tylko w Anglii odbywają się przeciwko niej protesty. Odpowiedzialnością, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, obarcza się wszystkich Żydów niezależnie od ich poglądów i miejsca zamieszkania. Narasta fala antysemityzmu, mnożą się drobniejsze i poważniejsze antysemickie incydenty. Libor mimo że jest  zwolennikiem państwa Izrael, coraz gorzej myśli o swych pobratymcach, coraz bardziej drażni go ich żydowskość, pewna znajoma zarzuci mu nawet antysemityzm. Finkler natomiast to zdeklarowany antysyjonista, założyciel stowarzyszenia SKONsternowanych Żydów, które gromadzi rozmaitej maści celebrytów wymieszanych z, jak to się u nas mówi, autorytetami moralnymi. Jak łatwo zgadnąć protestują przeciwko interwencji Izraela w Gazie. W gruncie rzeczy Finkler zupełnie nie przywiązuje wagi do swojego żydowskiego pochodzenia, a obecną sytuację polityczną cynicznie wykorzystuje dla wzmocnienia medialnego wizerunku. I wreszcie Treslove, postać allenowska, człowiek bez właściwości, od dawna dzięki przyjaźni z Finklerem zafascynowany Żydami i wszystkim co żydowskie, choć jego filosemityzm zaprawiony jest złośliwością, przekąsem i drwiną. Nagle pod wpływem pewnego incydentu zaczyna doszukiwać się  żydowskich korzeni. Tym to łatwiejsze, ale jednocześnie trudniejsze, że niewiele wie o przeszłości swojej rodziny, bo jego rodzice od dawna nie żyją, a żadnych krewnych nie ma. Ten człowiek bez przeszłości, właściwości i tożsamości chce być Żydem. W jego wypadku jest to pragnienie bycia kimś, zasypania egzystencjalnej pustki. Treslove rozpaczliwie szuka sensu w swoim nijakim życiu.

Czy będąc Żydem można nie zajmować stanowiska wobec kwestii palestyńsko-izraelskiej? Co to znaczy być Żydem dziś, jeśli nie mieszka się w Izraelu? Czy wolno obarczać wszystkich Żydów winą za interwencję w Gazie? Czy Izraelczyków atakujących Palestyńczyków godzi się przyrównać do nazistów, a wydarzenia w Gazie do Holokaustu? A współczesny antysemityzm czy jest współczesnym Holokaustem albo do niego prowadzi? Czy Żydzi sami sprowadzają na siebie nieszczęście biernością, tchórzostwem i strachem? A może, wobec tego, postawa Izraela to postawa właściwa? Nie dać się zgnieść, wyprzedzić ruch przeciwnika. Takie pytania padają w tej powieści wypowiadane ustami jej bohaterów. Trzeba przyznać, że to problematyka odległa od polskich dyskusji o kwestii żydowskiej, u nas  toczonych wokół Holokaustu, polskiej winy i odpowiedzialności, polskiego antysemityzmu, który korzenie cały czas ma raczej w przeszłości niż w obecnej sytuacji politycznej Izraela.

Ale powieść Jacobsona mierzy się też z innymi tematami: śmiercią, starością, życiowym bilansem, ojcostwem, żałobą po stracie ukochanej osoby, przerażającą samotnością. Te partie książki dotykają najbardziej. Finkler i Libor właśnie zostali wdowcami. Szczególnie dla tego ostatniego to wielki ciężar. Trudno się dziwić, ma prawie dziewięćdziesiąt lat i ze swoją ukochaną, niezwykłą żoną, Malkie, spędził prawie całe życie. Teraz nie umie się odnaleźć, nagle zaczyna przypominać sobie wszystkie złe chwile swojego małżeństwa, wszystkie winy wzajemne. Tym bardziej jest mu ciężko. Żałuje popełnionych błędów, nie wiadomo, prawdziwych czy wyimaginowanych. Niezwykle to smutny obraz starego, usychającego, samotnego człowieka pogrążonego w swojej rozpaczy, który do niedawna tryskał wigorem. Nikt nie zauważa tego, co się z nim dzieje. Zupełnie inna jest żałoba Finklera tak, jak inne było jego małżeńskie życie. Na tle tych dwojga Treslove jawi się tym bardziej jako postać groteskowa, śmieszna i żałosna ze swoimi wydumanymi problemami. Chociaż i on, oprócz politowania i uśmiechu, może wzbudzić w czytelniku uczucie litości.

Na początku napisałam, że "Kwestia Finklera" rozczarowała mnie. Na koniec czas wyjaśnić dlaczego. Otóż wydała mi się przegadana. Spory toczone przez przyjaciół, ich żydowskie dylematy momentami nużyły, wydawały mi się przedstawione w sposób nieco akademicki, brakowało im żywości i temperatury. Może dlatego, że tak to odległe od tego, co gorące w Polsce? A może po prostu dlatego, że przeintelektualizowane? Chociaż żywo interesuję się tematyką żydowską, w losach bohaterów Jacobsona o wiele bardziej poruszyło mnie to, co uniwersalne: strata, żałoba, rozpacz, nieznośny ciężar życia. Ich życiowe porażki, niepowodzenia i zmaganie się z nimi. Mimo wspomnianych zastrzeżeń warto sięgnąć po "Kwestię Finklera", a z całą pewnością po "Wieczory kaluki", gawędziarskie, zabawne, zjadliwe, pełne dziwacznych zdarzeń.

Popularne posty