Aleksandra Zbroja "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu"

Zdarza się, że decyduję się na lekturę książki pod wpływem

wywiadu z autorem. Tak było tym razem. Gdy nie tak dawno temu zewsząd zaczęły wyskakiwać reklamy debiutanckiej książki Aleksandry Zbroi, która dotąd parała się dziennikarstwem, nie zwróciłam na nią specjalnej uwagi. Kiedy jednak wysłuchałam rozmowy o "Mireczku. Patoopowieści o moim ojcu" (Agora 2021), zmieniłam zdanie. Rzadko za lekturę biorę się tak szybko po premierze. Co mnie tak ruszyło? Temat - alkoholizm. Nasz, rodzinny, polski, chciałoby się ironicznie napisać narodowy, wszak teraz wszystko jest narodowe. Ale historia opowiedziana w książce do śmieszkowania i ironizowania nie skłania. Ta patoopowieść zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Sama na szczęście nie mam takich doświadczeń. Ale problem nie jest mi obcy. Alkoholikiem był brat mojej mamy, szczęśliwie dla swojej rodziny, jeśli o szczęściu w ogóle można tu mówić, pijany zasypiał. Alkoholikiem był ojciec mojej przyjaciółki z czasów dzieciństwa, z czego wtedy nie bardzo zdawałam sobie sprawę. Też na szczęście w swoim piciu nie przypominał książkowego Mireczka. Wśród znajomych mam takich, których o skłonność do alkoholu mogę podejrzewać. Jaki to problem w skali makro, wiem, bo trochę na ten temat czytałam, a może bardziej, jak zwykle, słuchałam. Nie jest normalne, że w nocy i w niedzielę bez trudu, nie oddalając się znacznie od domu, można kupić alkohol, ale po lekarstwo trzeba wyprawić się na drugi koniec miasta do jedynej czynnej apteki. Tak się jakoś złożyło, że wczoraj znowu wpadła mi w ucho radiowa rozmowa na ten temat. No ale nie o tym ma być ta notka, wracam więc do książki.

Aleksandra Zbroja opowiedziała o swoich doświadczeniach. Jest to opowieść o jej pijącym ojcu, tytułowym Mireczku, o problemie alkoholizmu, który jak rak toczy nasze społeczeństwo. Ale to, co zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie, to historia dziecka, które wychowuje się w takiej rodzinie. Bo alkoholiczką była również matka autorki. Niby nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, aby wiedzieć, jak destrukcyjny wpływ ma na rodzinę alkoholizm jednego, a tym bardziej dwojga z rodziców. Niby wiadomo, że cierpią dzieci, że ciągnie się to potem za nimi, że mają syndrom DDA (dorosłe dzieci alkoholików), niby co jakiś czas przemyka przez media historia dziecka, które stało się ofiarą pijących rodziców. Czasem, jeśli jest bardzo drastyczna, robi się wielkie medialne wzmożenie. Ale autorce udało się coś innego - dzięki jej opowieści naprawdę zrozumiałam, co czuje i przez co musi przejść takie dziecko. Z jednej strony strach, wstyd, poczucie, że jest się gorszym, zazdrość wobec rówieśników, którzy wychowują się w normalnych rodzinach, nieprzespane noce, zawalanie nauki, wieczne poczucie zagrożenia, że znowu się zacznie, z drugiej nadzieja, że tym razem się uda, wielka radość, kiedy nagle trzeźwy ojciec zabiera na spacer i wreszcie można się być jak inne dzieci, niesamowite pragnienie, aby tak już zostało i ogromny zawód, kiedy znowu na długie tygodnie znika, a potem nagle pojawia się i siłą usiłuje wedrzeć się do mieszkania. Historia drzwi, które kilkakrotnie w alkoholowym szale Mireczek forsuje i rozwala, staje się tu symboliczna. Podobnie dzieje się z drzwiami do pokoju, które trzeba zabarykadować przed pijanymi rodzicami. Trudno pojąć tę dziecięcą huśtawkę uczuć - wstyd, strach, nienawiść, upokorzenie, ale także miłość i przywiązanie. No bo jak kochać takiego ojca? A jednak pragnienie normalności jest tak wielkie, że do czasu się da. Potem już nie. Bo i o tym szczerze opowiada Aleksandra Zbroja, która swoją opowieść zaczyna od końca - od nagłej śmierci Mireczka. Im jest starsza, im bardziej ojciec się zatraca i degraduje, tym mniej w niej ciepłych uczuć, a w końcu nie ma ich wcale. 

Pisząc swoją szczerą książkę, próbuje dociec przyczyn. Jak to się stało? Dlaczego zaczął pić? Może gdyby okazało się, że praprzyczyną była jakaś tragedia, jakaś trauma, gdyby można było wszystko zwalić na komunę, na stan wojenny, byłoby łatwiej? Systematycznie cofając się wstecz, aż do narodzin Mireczka, autorka sprawdza wszystkie możliwości, ale odpowiedzi nie znajduje. Podobny los jest udziałem setek tysięcy (?), milionów (?) takich mireczków. Opowiadając o jednym z nich, kreśli jednocześnie problem. Mimochodem przemyca dane, pokazuje, jak systematycznie zwiększało się spożycie alkoholu, jak rosła liczba uzależnionych, pacjentów oddziałów odwykowych, jak zupełnie na tym polu poległ Kościół mimo rozlicznych akcji propagujących trzeźwość, okolicznościowych ślubowań, modlitw, wielkich słów. Porównuje, jak piło się za komuny, a jak potem. Pisze, jak wszechobecny był i jest alkohol, a wreszcie o tym, że mimo pozornego potępienia w gruncie rzeczy panuje dość powszechne przyzwolenie na picie. Pewnie każdy był świadkiem opowiadanych przez znajomych z pewną dumą, w formie żartu, alkoholowych wspomnień. Prawdopodobnie każdemu zdarzyło się dobrze bawić, słuchając takich opowieści albo patrząc, jak pijany staje się bohaterem filmowych gagów. Niewiele jest osób, którym nigdy nie urwałby się film. Nic dziwnego, że Aleksandra Zbroja pisze w pewnym momencie o tym, jaki żal ma do swoich krewnych, którzy zawsze litowali się nad pijącym Mireczkiem, rzadko nad nią.

Przejmująca książka. Rozpisując się o problemie, nie wspomniałam, że napisana z talentem, niebanalnie. Czytając, ma się wrażenie obcowania z powieścią. Może dlatego, mimo że autorka pisze o swoim ojcu, swojej rodzinie i o sobie, udaje jej się uniknąć pułapki ekshibicjonizmu. 



Aleksandra Lipczak "Lajla znaczy noc"

Kiedy usłyszałam, że Aleksandra Lipczak pisze kolejną książkę o

Hiszpanii, ogromnie się ucieszyłam. Po pierwsze dlatego, że bardzo podobali mi się jej "Ludzie z placu Słońca" - reportaże z ogarniętego kryzysem kraju. Po drugie uwielbiam Hiszpanię. Podróżowałam po niej kilkakrotnie, za każdym razem zwiedzając inny region. Gdyby ktoś mnie zapytał, które europejskie państwo, jako turystka, lubię najbardziej, pewnie wymieniłabym Włochy, ale Hiszpania byłaby na drugim miejscu. Chociaż kto wie? A może oba postawiłabym na równi? Był i trzeci powód, który sprawił, że na kolejną reporterską książkę Aleksandry Lipczak, "Lajla znaczy noc" (Karakter 2020) czekałam z niecierpliwością, - miała to być rzecz o Andaluzji, w której oczywiście też byłam. Nie wnikając głębiej w tę zapowiedź, uznałam, że będzie to, jak poprzednio, zbiór reportaży tym razem ograniczony do jednego regionu. Jakież było moje zdumienie, kiedy wreszcie zaczęłam czytać! Bo okazało się, że to zupełnie inna książka! Jeszcze lepsza, niezwykle ciekawa, mądra, głęboka i pięknie napisana! Ale najważniejsza informacja jest taka, że tym razem to nie reportaż. Co w takim razie? Chyba najbliżej jej do eseju. I wbrew wcześniejszym zapowiedziom rzecz nie ogranicza się tylko do Andaluzji. Bo Aleksandra Lipczak przygląda się dziedzictwu Al-Andalus, czyli czasom, kiedy dużą część Półwyspu Iberyjskiego zajmowali muzułmanie, tworząc w różnych okresach emiraty, kalifaty albo królestwa, w których zamieszkiwali także chrześcijanie i żydzi. Autorka nie tylko sięga głęboko do historii, ale czasem pokazuje, a czasem zastanawia się, jak to dziedzictwo rezonuje współcześnie. Czy jest ważne? Czy je widać? Czy Hiszpanie je sobie uświadamiają? Czy przewartościowują swoje widzenie własnej historii? Może nie tyle czy, bo wtedy odpowiedź będzie oczywista - tak, ale jak bardzo? na ile?

Kiedy podróżuje się po Hiszpanii, zwiedza się oczywiście wspaniałe zabytki, jakie pozostały po tamtej epoce, bo przecież słusznie są niezwykłą turystyczną atrakcją, ale jednocześnie na każdym kroku słyszy się o Rekonkwiście, o Królach Katolickich, Ferdynandzie i Izabeli, i chcąc, nie chcąc,  przyjmuje się taki punkt widzenia. Czasy panowania Maurów jawią się z tej perspektywy jak jakaś baśń. Jej namacalnym świadectwem są  takie niezwykłe miejsca jak choćby najsłynniejsze - Alhambra w Granadzie czy Mesquita w Kordobie. Gdybym znała książkę Aleksandry Lipczak, zanim wyprawiłam się do Andaluzji i w inne rejony, gdzie ślady Al-Andalus są silne, moje zwiedzanie byłoby znacznie głębsze, mądrzejsze, więcej bym zauważyła i zrozumiała, postawiłabym sobie pytania, jakich wówczas nie stawiałam.

Najważniejsze zagadnienie, wokół którego krąży książka, to jak widzieć Rekonkwistę. Czy było to zwycięstwo katolicyzmu nad opresyjnym islamem? Czy przeciwnie zagłada wyrafinowanej kultury, sztuki, a przede wszystkim cywilizacji? Tak widział to Lorca. Czy w ten sposób rodziła się nowoczesna Hiszpania? Czy w ogóle powinno się mówić o Rekonkwiście, czy raczej o podboju? To pierwsze spojrzenie bliższe zawsze było hiszpańskiej prawicy. Nie przez przypadek rekonkwistą nazywał Franco wojnę z Republiką. Co zbudowało duszę Hiszpanów - osiemset lat współżycia muzułmanów, żydów i chrześcijan czy Rekonkwista i katolicyzm? A wreszcie, czy fakt, że Hiszpanie dość przyjaźnie przyjmują uchodźców, można tłumaczyć tym średniowiecznym dziedzictwem? Odpowiedzi wcale nie są jednoznaczne i proste. Autorka oddaje głos różnym stronom sporu, powołuje się na rozmaitych naukowców. Jedno po lekturze książki Aleksandry Lipczak wydaje się bezsporne - że toczy się dyskusja, że ustalone dotąd poglądy ulegają rewizji.

Jeśli po tym, co tu napisałam, ktoś wyobraził sobie, że "Lajla znaczy noc" to tylko rozważania wokół tych zagadnień, jest w błędzie. Ta książka to także podróż. Z jednej strony autorka wędruje śladami Al-Andalus - odwiedza jej najważniejsze miejsca, Kordobę, Toledo, Granadę i wiele innych. Z drugiej wyprawia się w przeszłość do tych samych miejsc. I jedno, i drugie robi wspaniale. Bez trudu stawało mi przed oczami to, co sama widziałam, będąc w Hiszpanii, ale przede wszystkim wędrowałam ulicami średniowiecznej Kurtuby (Kordoby) i innych miast, oglądałam pałace kalifów czy pracownie tłumaczy w Toledo. (Ich historia tych stanowi osobne niezwykle ważne i ciekawe zagadnienie)

To i wiele więcej znaleźć można w najnowszej, znakomitej, książce Aleksandry Lipczak "Lajla znaczy noc". Lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy Hiszpanię znają lub podróż dopiero planują. 

Dominika Słowik "Zimowla"

Długo przymierzałam się do drugiej powieści Dominiki Słowik

"Zimowla" (Znak 2019). Już jej debiut o dziwnym tytule "Atlas: Doppelganger" narobił dużo szumu i miał dobre, a może nawet bardzo dobre, recenzje. Wtedy się nie skusiłam, tym razem też nie od razu. Kiedy jednak wrzawa wokół "Zimowli" zrobiła się duża, co ostatecznie zostało potwierdzone najpierw nominacją do Paszportów Polityki, a potem wygraną w kategorii literatura, postanowiłam sprawdzić. Zwyciężyła ciekawość. Powieść w moim czytniku leżała już od jakiegoś czasu, ale zawsze zwyciężało coś innego. W końcu jednak przeczytałam.

Historia mieszkańców Cukrówki wciągnęła mnie od pierwszych stron. Pozwoliła się oderwać od codzienności i zatopić całkowicie w opowieści rozbuchanej wyobraźnią autorki, która na ponad sześciuset stronach książki stworzyła cały zamknięty mikrokosmos - miejscowość, jej historię, barwne, dziwaczne postacie i ich losy. Miasteczko (...) na pograniczu absurdu i sensu. Czytając, miałam nieodparte skojarzenia z twórczością Pilcha, tyle że jego odróżnia niepowtarzalny, od razu rozpoznawalny język. Pilchową frazę trudno zapomnieć, styl Dominiki Słowik nie jest tak charaterystyczny.  Nie piszę o moich skojarzeniach po to, aby czynić z tego zarzut, po prostu to podobny typ literackiej wyobraźni. Czytałam też, że Cukrówka to polskie Macondo - w tej sprawie głosu nie zabieram, bo moja przygoda ze "Stoma latami samotności" Marqueza skończyła się po kilkudziesięciu stronach. Jakoś nie potrafiłam się wciągnąć i nigdy nie wróciłam. Pewnie powinnam spróbować ponownie, bo było to dawno temu. Po tych wstępnych zachwytach, które zaraz rozwinę, muszę jednak dodać, że nie jestem bezkrytyczna, o czym na końcu.

Świat wymyślony przez Dominikę Słowik balansuje między realizmem, a fantasmagorią. Z jednej strony jest mocno zakorzeniony w polskiej rzeczywistości czasów PRL-u i transformacji, z drugiej mnóstwo tu zdarzeń magicznych, niesamowitych, uznawanych przez mieszkańców Cukrówki za cuda. Ale to nie wszystko - całość została włożona w ramy powieści, która mnie nieodparcie kojarzy się z książkami określanymi mianem chłopackich - kilku nastolatków przeżywa niesamowite przygody, rozwiązuje jakąś zagadkę, czasem autor zatrzymuje się tylko na warstwie czysto rozrywkowej, czasem jego bohaterów dręczą rozterki i problemy charakterystyczne dla ich wieku. Ale autorka bazując na tym schemacie, jednocześnie go rozciąga albo rozbija. Po pierwsze jej bohaterowie w roku 2005, kiedy toczy się zasadnicza akcja, są starsi niż zazwyczaj w tego typu powieściach. Mają siedemnaście lat, więc piją, palą i nie stronią od innych używek. A po drugie główną bohaterką i zarazem narratorką  jest dziewczyna. To z jej perspektywy poznajemy tę mocno skomplikowaną i pełną niezwykłych zdarzeń historię tamtej burzliwej dla Cukrówki wiosny i jeszcze bardziej burzliwego lata. Jej kompanami są dwaj kumple, z którymi trzyma sztamę od wczesnych lat podstawówki. A że łączące ich relacje nie są podszyte żadnymi podtekstami damsko-męskimi, może stąd to moje skojarzenie z powieścią chłopacką? Kiedy teraz myślę o "Zimowli", uzmysławiam sobie, że nie ma w niej w ogóle wątków romansowych, a problemy damsko-męskie sprowadzają się do rywalizacji o władzę, wpływy, znaczenie. Bo to kobiety w świecie Cukrówki okazują się często silniejsze od mężczyzn. Taka jest narratorka, taka jest jej matka i przede wszystkim babka Sarecka, która naznaczyła obie swoją babizną - babską spuścizną. Nawet kiedy przegrywa, robi to na swoich warunkach i jeszcze potrafi ugrać coś dla siebie. A one czerpią z niej siły.

"Zimowla" Dominiki Słowik, wpleciona w ramy popularne, ma oczywiście większe ambicje. Nie zatrzymuje się tylko na poziomie opowieści. O czym jest ta książka? Na pewno bardzo mocnym jej punktem jest dobrze nakreślona panorama PRL-u i czasów transformacji oglądana z perspektywy małego miasteczka. Układy partyjne, ambicje miejscowych komunistycznych bonzów, fasadowość życia publicznego, siła Kościoła stanowiącego ważny punkt odniesienia dla mieszkańców i ludowa wiara. A potem lata transformacji - emigracja zarobkowa, współpraca z ubecją, która kładzie się cieniem na jednym z bohaterów, szwindle, prywatyzacja i upadek jedynego dużego zakładu pracy, pojawienie się mężczyzn zbędnych, bo w tym świecie, jak pisałam, kobiety radzą sobie znacznie lepiej i to one biorą odpowiedzialność za swoje rodziny. Faceci są owładnięci lękiem albo pogrążają się w tęsknocie za przeszłością, kiedy mieli stabilną pracę, którą niekoniecznie lubili, ale była. Narratorka przyznaje im prawo do tych tęsknot, nie unieważnia ich przeszłości. Rozumie próby ocalenia  młodości, która przypadła na czasy PRL-u. A ci, którzy sobie radzą, okazują kombinatorami, oszustami, po prostu przestępcami. Jest to też książka o pamięci, o iluzji i deziluzji. Co pamiętamy? Jak pamiętamy? Czy możemy pamięci ufać, skoro rzeczywistość karmi się plotką i nie wiadomo, kiedy fakty przemieniają się w pomówienie i w nieprawdopodobną legendę, której większość ludzi daje wiarę niezależnie od stopnia jej wydumania. Narratorka z perspektywy kilku lat próbuje ustalić fakty, ale nie jest to łatwe, bo ani nie może ufać swojej pamięci, ani temu, co zachowało się w pamięci zbiorowej. Na oczach czytelnika dokonuje dekonstrukcji przeszłości. Wreszcie jest to też książka o lęku. Lęku przed zmianami, przed nadchodzącą katastrofą, która w tamtym czasie jest jeszcze nie dość dobrze rozpoznana, nieuchwytna, chociaż zapowiadają ją różne znaki. Takich mikro katastrof zdarza się w Cukrówce kilka.

Autorka umiejętnie podsyca ciekawość czytelnika, mieszając czasy, odchodząc w najciekawszych momentach od głównego wątku, aby rozwinąć jakąś dygresję, opowiedzieć czyjąś historię z przeszłości. Krok po kroku czytelnik składa sobie puzzle - coraz więcej dowiaduje się o bohaterach i przeszłych zdarzeniach. Wszystko to się splata i łączy. W końcu byłam już tak ciekawa, jakie jest rozwiązanie nagromadzonych w powieści tajemnic, że prawie zarwałam noc. Ale po tych zachwytach pora na parę, zapowiadanych wcześniej, łyżek dziegciu, bo nie jestem wobec "Zimowli" bezkrytyczna. 

Po pierwsze powieść momentami bywa nużąca. Uwielbiam długie książki, ale czasem trzeba mieć umiar. Po początkowym zachwycie, przyszło zmęczenie - za dużo dygresji, za wiele szczegółów. Skoro przywoływałam już Pilcha, to zrobię to jeszcze raz - podobnie mam z jego prozą, a właściwie z jego powieściami, też bywają przegadane. Po drugie trudno przywiązać się do bohaterów, trudno z nimi współodczuwać, bo są to postacie wykreowane, wykoncypowane. Nie znajdziemy  tu prawdopodobnych portretów psychologicznych. Oczywiście mają bohaterowie sporo rysów prawdziwych, ale w całości są po prostu literackim konstruktem. Po trzecie za dużo tu tajemnic, zagadek i nieprawdopodobnych historii. Kiedy na koniec narratorka pracowicie rozsupłuje na oczach czytelnika ten węzeł, trochę się gubiłam, bo w międzyczasie niektóre zdarzenia zdążyły mi umknąć w tym natłoku. No i wreszcie po czwarte, i już ostatnie, kolejną konsekwencją nadmiaru jest to, że gdzieś uciekają sensy. Jest w powieści taka scena, kiedy ojciec Miszy, kumpla narratorki, wraca po raz kolejny na teren tego, co zostało z Zakładu, gdzie pracował. Czego tam szuka? Swojej przeszłości. Czytam tę scenę metaforycznie - to danie racji tym, którzy nie chcą zaprzepaścić dużej części swojego życia, mimo że przypadło na czasy PRL-u. Gdybym sobie nie zanotowała w tamtym momencie tych refleksji, prawdopodobnie po przeczytaniu całości, już bym o nich nie pamiętała, bo zginęłyby w natłoku kolejnych zdarzeń, tajemnic i sensów.

Nie żałuję, że przeczytałam, doceniam, ale po debiut Dominiki Słowik nie sięgnę. A po następną powieść, kiedy wyjdzie? Zobaczę. Raczej tak. 

Kapka Kassabova "Granica. Na krawędzi Europy"

Dziś będzie o "Granicy. Na krawędzi Europy" Kapki Kassabovej

(Czarne 2019; przełożył Maciej Kositorny), która z nowości stała się zaległością. Mój czytnik jest pełen takich książek. Ta przeleżała tylko dwa lata, a w jego głębinach są znacznie starsze. Cóż, taki los namiętnego czytelnika - zawsze kupuje więcej, niż jest w stanie przeczytać. Jak to zwykle bywa, o "Granicy" przypominałam sobie co jakiś czas, ale zawsze zwyciężało coś innego. Zmobilizował mnie ostatecznie fakt,  że właśnie ukazała się kolejna książka Kapki Kassabovej. Teraz wiem, że na pewno ją przeczytam. Kim jest autorka? Urodzona w Sofii jako dziewiętnastolatka wyjechała z rodzicami z Bułgarii do Nowej Zelandii, od kilkunastu lat mieszka w Szkocji. "Granica" jest opowieścią o jej powrocie na pogranicze bułgarsko-turecko-greckie. Dwa dzikie pasma górskie, Strandż i Rodopy, i nizinna Tracja. No i jeszcze morze.

To książka, która pochłania, przenosi do innego świata. Czasem, delektując się opisami odludnych gór i zagubionych w nich wiosek, ulega się iluzji, że ten zakątek Europy pozbawiony jest problemów, że można się w nim skryć, uciec. Czytając, fantazjowałam sobie, że mogłabym zamieszkać w jednej z takich wiosek, o jakich opowiada autorka. Takie nasze mityczne Bieszczady. Oczywiście, ja człowiek miasta, długo bym w takiej głuszy nie wytrzymała. A poza tym w miarę lektury ta sielanka okazuje się tylko złudzeniem. Nigdy nie było tu spokojnie. I dziś również ten tylko pozornie arkadyjski rejon ma swoje problemy. Wyludnia się. Staje się ofiarą bezwzględnego biznesu, który kaleczy góry, wyszarpując z nich kamień, wybierając piasek z dna rzek. Może to już ostatni taki moment, może za kilka lat ten dziki zakątek Europy zostanie bezpowrotnie zniszczony. Kiedy kończąc swoją podróż, Kapka Kassabova wraca do bułgarskiej wioski, gdzie zaczęła się jej przygoda, cieszy się, że droga, którą tam kiedyś jechała, została wyremontowana. Niestety radość mąci świadomość, że zrobiono to nie dla mieszkańców, ale dla ciężarówek, które wywożą piasek z rzeki. Ale to nie wszystko. Ten graniczny teren, to miejsce wielu ludzkich tragedii. Dzikie góry dają złudzenie, że granicę można przekroczyć bez problemów i znaleźć się w Unii Europejskiej. Raj dla przemytników, którzy za ciężkie pieniądze przeprowadzają nieszczęśników z tureckiej Tracji do Bułgarii albo do Grecji. Trudno ich nie poznać, zmęczonych, smutnych, zrezygnowanych. Trudno patrzeć im w oczy.  Ci, którym się udaje, tkwią potem miesiącami albo latami w obozach dla uchodźców. Kapka Kassabova spotyka i tych, którzy czekają na swoją szansę po tureckiej stronie granicy, i tych, którzy granicę już przekroczyli. Z niektórymi zawiera bliższą znajomość, czasem może napisać, że ich historia skończyła się szczęśliwie. Po miesiącach czekania mogli połączyć się z krewnymi mieszkającymi już w Europie albo zacząć tu wszystko od początku. 

Ale to miejsce, od kiedy po upadku imperium osmańskiego stało się terenem granicznym, było świadkiem wielu tragedii. Wojny bałkańskie, obie światowe, konflikt turecko-grecki, grecka wojna domowa, wreszcie zimna wojna to wszystko było przyczyną wiecznych wędrówek ludów. Nowe granice i rodzące się wraz z ich przesuwaniem nacjonalizmy sprawiały, że ludzie uciekali, ale znacznie częściej byli wypędzani. Tak było z bułgarskimi Turkami, którzy w komunistycznej Bułgarii mogli zostać, jeśli zmienili nazwisko. Kto nie chciał się wyrzec swojej narodowej tożsamości, musiał zostawić rodzinne strony. Często osiedlali się po drugiej stronie, blisko granicy. W greckiej części Rodopów autorka spotyka potomków tych, którzy kiedyś musieli uciekać z imperium osmańskiego. Trudny był i jest los Pomaków zamieszkujących Rodopy, słowiańskich muzułmanów. Wiele tragedii rozegrało się na granicy bułgarsko-tureckiej albo bułgarsko-greckiej w czasach zimnej wojny. To historia, o której niewiele się wie. Przyćmiewają ją tragedie, jakie towarzyszyły próbom forsowania muru berlińskiego. Tymczasem niektórzy usiłowali wydostać się na wolność właśnie tędy. Myśleli, że łatwo przekroczyć tę granicę wytyczoną w dzikich górach. Jakże się mylili! Była świetnie strzeżona, także za pieniądze niemieckie, bo wielu Niemców z NRD próbowało uciekać właśnie tędy. Kapka Kassabova opowiada wiele takich tragicznych historii. Niektórzy ginęli zastrzeleni przez pograniczników, inni trafiali do więzienia. I nie było to lekkie więzienie. Czasem decydował łut szczęścia albo pech. Krótka chwila odpoczynku, błędne przekonanie, że już się udało, spotkanie z pasterzem albo drwalem. A dla nich to był dylemat - donieść czy pozwolić odejść? A co jeśli ktoś obserwuje? I nie będzie trzymał języka za zębami? Ale wielu miejscowych było tak zindoktrynowanych, że żadnych wątpliwości nie mieli.  Autorka próbuje rozmawiać także z tymi, którzy kiedyś tej granicy pilnowali. 

Książka Kapki Kassabovej to także opowieść osobista. Wspomnienia dzieciństwa spędzonego w Bułgarii, ale również nieoczekiwane odkrycie, że coś ją przyzywa do tych gór, trudno rozstać się z nimi  i z ich mieszkańcami. Chociaż autorka większą część życia spędziła poza Bułgarią, to nieoczekiwanie na nowo uświadamia sobie tę część swojej tożsamości. Na tym pograniczu żyje wielu takich jak ona - ludzi o pogmatwanych życiorysach, przesiedlonych, uciekinierów, którzy za czymś tęsknią. Mnóstwo w "Granicy" niesamowitych spotkań. Za każdym z nich kryje się jakaś historia, często smutna, czasem optymistyczna. Ale jest to też opowieść awanturnicza. Autorka odbywa wiele ryzykownych wędrówek albo sama, albo prowadzona przez miejscowych. Nie zawsze wie, czy można im zaufać. Dociera w miejsca dzikie, tajemnicze. Pięknie opisuje urodę tych odludnych gór. No i jest jeszcze coś. Zwłaszcza w Strandży przetrwało wiele tajemniczych miejsc i obyczajów. Nadal można tu spotkać ludzi chodzących po rozżarzonych węglach, źródła o magicznej mocy ukryte w głuszy, znachorów, usłyszeć opowieści o niezwykłej kuli światła. Dużo tu takich niesamowitych opowieści.

Bardzo ciekawa książka. Cieszę się, że będę mogła przeczytać kolejną opowieść Kapki Kassabovej.   

Popularne posty