"Victoria"

Z tygodniowym opóźnieniem obejrzałam "Victorię", niemiecki film Sebastiana Schippera nagrodzony między innymi Niemieckimi Nagrodami Filmowymi w kilku kategoriach, nagrodą za zdjęcia na tegorocznym Berlinale  i nominowany również w kilku kategoriach do Europejskich Nagród Filmowych. Obraz zbiera świetne recenzje, a niemal wszyscy podkreślają, że został nakręcony w jednym ujęciu, co jest wyczynem niebywałym tym bardziej, że trwa grubo ponad dwie godziny. Śmiem twierdzić, że gdyby nie ten zabieg, o filmie nie byłoby aż tak głośno. Dzięki takiemu prowadzeniu kamery widz jest bardzo blisko bohaterów, właściwie jest z nimi, nie odstępuje ich na krok, wędruje przez nocny Berlin, czuje emocje. Większa część akcji toczy się nocą w opustoszałym mieście, co potęguje mocny klimat. Długo nic specjalnego się nie dzieje. Ot, podglądamy zwyczajne zdarzenia.

Tytułowa Victoria, jak się potem okaże dziewczyna z Madrytu, która w Berlinie jest od niedawna i pracuje w kawiarni, spędza wieczór w klubie, spotyka tam czterech prawdziwych berlińczyków, jak o sobie mówią. Faceci niczym się nie wyróżniają, są trochę zawiani, na pierwszy rzut oka nieciekawi i nieskomplikowani, żeby nie powiedzieć prymitywni. Ot, takie żuliki. Pod wpływem chwilowego impulsu Victoria dołącza do nich i razem włóczą się po mieście. Słuchamy ich rozmów o niczym, rzecz normalna w takiej sytuacji, odwiedzamy ich ulubione, sekretne miejsce spotkań. Wiemy, że coś się zdarzy, bo to sugeruje informacja dystrybutora (właściwie w większości materiałów o filmie, jakie znalazłam, napisano nawet co), a że atmosfera jest gęsta, spodziewamy się gromu w każdej chwili. I rzeczywiście doczekamy się. Wieczór rozpoczęty niewinnie, skończy się tragicznie. Przez przypadek, a trochę jednak z własnego wyboru, Victoria igra z ogniem, podobnie zresztą jak jej towarzysze, którzy nie do końca zdawali sobie sprawę, w co się pakują. Czym innym jest ukraść piwo ze sklepu, czym innym mieć do czynienia z prawdziwymi gangsterami. To kolejny film o splocie przypadkowych okoliczności, które zmieniają życie człowieka, bo jasne jest, że po tym, co się zdarzyło, Victoria nie będzie taką samą dziewczyną.

Obraz robi wrażenie i zostaje w pamięci. Widziałam go w piątek, piszę w niedzielę, a stale mam go w głowie, ale kiedy się nad nim zastanawiam, dochodzę do wniosku, że w tym wypadku działa raczej magia kina. Magia wykreowana przez to jedno ujęcie, noc, pustkę, nieupiększone, zwyczajne, chropowate plenery. To uwodzi. Uwodzić też może uśmiech Victorii i Sonny, w którym przeciętność miesza się z wrażliwością i czułością, no i to, co się między tym dwojgiem dość subtelnie dzieje. Kiedy jednak wejdziemy głębiej, historia może wydać się niewiarygodna, bohaterka naiwna, a decyzje i zachowanie Sonnego nieprawdopodobne. Walczy we mnie postawa racjonalna z nieracjonalną. W tym drugim ujęciu para bohaterów to romantyczni straceńcy, trochę, ale tylko trochę, bo jednak jest to porównanie na wyrost, jak Bonnie i Clyde. Pisząc to, myślę o popkulturowej legendzie stworzonej przez film Artura Penna, a nie o parze autentycznych morderców. Dlatego mam mieszane uczucia, ale "Victorię" mimo wszystko polecam. Na koniec dodam jeszcze, że film mnie bardzo zmęczył. Wyszłam z kina przygnębiona i ogłuszona mroczną atmosferą. Chwilowo mam dość takich mocnych, ciężkich wrażeń, dlatego odłożyłam oglądanie "Czerwonego pająka" i dokumentu "Nadejdą lepsze czasy", chociaż ten ostatni chyba zobaczę w tygodniu, bo obawiam się, że długo grany nie będzie, a jest zbyt ważny, żeby go pominąć.

"Imigranci"

Jacques Audiard to jeden z tych reżyserów, którego filmów od kilku lat nigdy nie pomijam. Nawet jeśli nie są perfekcyjne, to zawsze poruszają. Takie było "W rytmie serca" z moim ulubionym Romainem Durisem czy "Rust and Bone" z Marion Cotillard, no i przede wszystkim znakomity "Prorok", jego najwybitniejsze dzieło. Audiard pokazuje w swoich filmach bohaterów niejednoznacznych, często złych, ale w każdym z nich tkwi pierwiastek dobra (o ile pamięć mnie nie myli, wyjątkiem jest "Prorok"). Chociaż brzmi to banalnie, zmienia ich miłość. Pamiętajmy, że i "W rytmie serca", i "Rust and Bone" to kino w założeniu popularne, a nie niszowe. Inaczej jest z przywoływanym już tutaj "Prorokiem" i najnowszymi "Imigrantami". Obawiam się, że film nie zdobędzie masowej widowni. A szkoda, bo oczywiście powinien. "Imigranci" zbierają w sobie doświadczenia tych trzech tytułów, o których tutaj wspominam. Podobnie jak "Prorok" pokazują świat zamknięty, mroczny, bardzo przygnębiający (tam było to więzienie, tu podparyskie osiedle, gdzie nikt, komu się w życiu wiedzie, nie chciałby żyć), z kolei do "W rytmie serca" i "Rust and Bone" zbliża najnowszy film Audiarda typ bohaterów, spojrzenie na ludzi. A jest to historia uciekinierów z pogrążonej w wojnie domowej Sri Lanki. On, żołnierz tamilskich tygrysów, o niej wiemy niewiele. Aby starać się o azyl w Europie, udają rodzinę, zabierając ze sobą osieroconą dziewięcioletnią dziewczynkę. Świat oglądamy z ich perspektywy. Co ciekawe grający głównego bohatera Jesuthasan Antonythasan ma za sobą podobne doświadczenia (scenariusz filmu jest podobno w połowie oparty na jego historii). Dziś jest pisarzem i aktorem. Namawiam wszystkich na ten film, nie tylko ze względu na gorący temat. Pewnie nie dorównuje "Prorokowi", można się do tego i owego przyczepić, ale to przecież i tak bardzo dobre, bardzo mocne i bardzo ważne kino. A kto widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Najbardziej w filmie Audiarda poruszył mnie i zaciekawił  obraz świata. Udający rodzinę Dheepan, Yalini i zabrana przez nich dziewczynka, Illayaal, zostają skierowani do podparyskiego socjalnego osiedla, gdzie on ma pracować jako dozorca. To miejsce, do którego na pewno nie chcielibyśmy trafić. Mieszkają tam ubodzy Francuzi, którym nie udało się wyrwać do lepszej dzielnicy, i imigranci. Nie byłoby w tym oczywiście nic złego, gdyby nie zaniedbane otoczenie, a przede wszystkim przestępczość. Dzielnica rządzona jest przez narkotykowe gangi, które tu załatwiają swoje interesy, właściwie jawnie. Jeśli nie wchodzi się w drogę przestępcom, można jakoś żyć, przyzwyczaić się do otoczenia, szczególnie jeżeli uciekło się z piekła i przeszło przez ośrodek dla uchodźców. My patrzymy na to miejsce naszymi oczami, z naszej perspektywy, inna jest na pewno perspektywa uciekinierów. Dheepan i Yalini jakoś powoli przyzwyczajają się do otoczenia, organizują sobie życie. Nawet mieszkanie z czasem wygląda coraz lepiej. Uważny widz pewnie zauważy, że kafelki, które odpadły od ściany i zalegały na parapecie, z czasem znowu ozdabiają kuchnię. On radzi sobie jako dozorca, ona, chociaż marzy o wyjeździe do Anglii, gdzie ma kuzynkę, też wciąga się w życie tej udawanej rodziny. Najlepiej wiedzie się oczywiście Illayaal. Po początkowych kłopotach, coraz lepiej idzie jej w szkole. Jest tłumaczką i przewodniczką swoich opiekunów. Nawet sąsiedzi są życzliwi, pomagają, rozumieją, cierpliwie wyjaśniają nieporozumienia.

Ale spokój to tylko pozory. Co jakiś czas wstrząsają dzielnicą porachunki gangów. O Dheepana upominają się duchy z przeszłości, o której chce zapomnieć. Wyjścia są dwa, albo się przyzwyczaić do czającego się zagrożenia i żyć w miarę normalnie, wszak pełno jest takich miejsc na świecie, gdzie ludzie muszą nauczyć się egzystować w cieniu grożącego im stale niebezpieczeństwa, albo starać się wyrwać z tego ponurego miejsca. Tego próbuje Yalini, która nie bacząc na nic, podejmuje próbę wyjazdu. Jest i wyjście trzecie, walka o swoją pozycję, próba sił z gangsterami, zaznaczenie swojego terytorium i swojej pozycji. Tego próbuje Dheepan. Ale to droga niebezpieczna. I tu chciałabym zwrócić uwagę na coś, co mnie bardzo zainteresowało, a co łatwo można przeoczyć. Ten zamknięty świat jest też koszmarem dla gangsterów i drobnych przestępców, którzy rządzą dzielnicą. Wydaje się, że są panami sytuacji. W rzeczywistości i ci z dołu przestępczej hierarchii, i wierchuszka żyją w ciągłym napięciu i zagrożeniu. Gdyby mieli przed sobą inną perspektywę, pewnie nie weszliby na przestępczą ścieżkę. Mówi o tym młody chłopak, diler. Co to za życie, o ile dobrze pamiętam, mniej więcej taki jest sens jego słów. Smutny, przerażający świat, z którego trudno się wyrwać. Komu nie w smak ciężka praca, jaką wykonuje Dheepan, szuka łatwiejszego zarobku, na bakier z prawem. Gangsterzy są tuż obok, mają pieniądze, z boku wydaje się, że nikt ich nie nęka, za to każdy ma przed nimi respekt. Dla wielu pociągająca perspektywa. O konsekwencjach nikt przecież początkowo nie myśli.

Siłą filmu są zniuansowane portrety bohaterów, Dheepana i Yalini, którzy przechodzą przemianę. Szczególnie ona,  zbuntowana, nastawiona tylko na siebie, instrumentalnie traktuje dziewczynkę. Skoro ją ze sobą zabrała, powinna się nią opiekować.Tymczasem jest gotowa ją porzucić, byle tylko wyjechać do Anglii. Długo nie czuje się za nią odpowiedzialna. Dheepan początkowo łatwiej przystosowuje się do sytuacji, to on jest dojrzalszy, ale pojawienie się jego dowódcy i gangsterskie porachunki budzą w nim demony, ożywiają przeszłość. Z jednej strony przypomina sobie o zmarłej żonie i córkach, z drugiej walcząc z gangsterami, przejmuje ich reguły gry. Bardzo dyskretnie i subtelnie pokazuje reżyser świat dziewczynki wyrwanej na siłę ze środowiska, które znała. Długo nie ma oparcia w dorosłych, jest samotna, potrzebuje ciepła, miłości, a oni, przecież obcy, traktują ją obojętnie. Ale Audiard przygląda się nie tylko tej trójce. Portretuje również szefa jednego z gangów. Bezwzględny przestępca ma też drugą, lepszą twarz. Dostrzega w Yalini człowieka, a nie tylko posługaczkę, próbuje nawiązać z nią kontakt, chociaż bariera językowa utrudnia porozumienie. Ale kto wie, czy dzięki temu nie jest łatwiej? Można opowiadać o swoich kłopotach bez obawy, że ktoś zdradzi, wyśmieje, wzruszy ramionami. Można wyrzucić z siebie ból, gorycz, rozczarowanie. Nie łudźmy się jednak. Gangsterskie interesy są ważniejsze od sentymentów, tym bardziej, że to walka nie tylko o wpływy, ale i o życie, więc kiedy trzeba, to ten miły dotąd mężczyzna słodkim głosem powie Yalini, żeby ostrzegła męża, bo jeśli dalej będzie wchodził gangsterom w drogę, to zginie.

Jak rozumieć słodkie zakończenie filmu? Czy ten rajski, kolorowy obrazek to wizja marzeń podszyta ironią, czy tak szczęśliwie potoczyły się losy bohaterów? Historia Jesuthasana Antonythasana pokazuje, że możliwy jest happy end. Chciałoby się wierzyć, że i im się udało, ja jednak odbieram tę sielską scenę jak ironiczną, gorzką kodę zamykającą film.


"Moja matka"

Na najnowszy film Nanniego Morettiego "Moja matka" szłam z dużymi nadziejami. Wprawdzie jakiś czas temu obiły mi się o uszy niezbyt pochlebne głosy, ale dyskutanci Tygodnika Kulturalnego w TVP Kultura zatarli złe wrażenie, wyrażając się o filmie jak najlepiej. Tym razem w zasadzie nie było kontrowersji, to dawało gwarancję, uśpiło czujność, sprawiło, że mimo braku czasu koniecznie chciałam obejrzeć "Moją matkę" natychmiast. Szłam do kina w deszczowy, niedzielny wieczór, ale pal sześć pogodę, miałam nadzieję na poruszający seans. Tymczasem przeżyłam wielkie rozczarowanie! Film okazał się po prostu nudny!

Zamiast głębokich przeżyć, głęboka obojętność! Naprawdę nie bardzo jest o czym pisać. A przecież temat ważny. Jak poradzić sobie z odchodzeniem rodziców? Jak sprostać ich chorobie? Jak pogodzić emocje związane z osobistą tragedią, organizację opieki nad matką z pracą i życiem osobistym? Jedno miesza się z drugim, jedno przeszkadza drugiemu. Śmiech i drobne przyjemności dnia codziennego przeplatają się ze łzami, niepokojem i smutkiem. Jak w życiu. Może ten śmiech jest problemem? Kiedy teraz myślę jeszcze raz o filmie Morettiego, kiedy usiłuję wycisnąć coś z niego, dochodzę do wniosku, że przeszkadza mi wątek komediowy. Sceny, zresztą niespecjalnie śmieszne, z Johnem Turturro w roli amerykańskiego aktora grającego jedną z ról w filmie kręconym przez główną bohaterkę odwracają uwagę od głównego wątku, sprawiają wrażenie przekombinowanych. A to, co najważniejsze, wypada banalnie. Ot garść komunałów. Że choroba matki skłania do zastanowienia się, co jest ważne. Że pokazuje miałkość tego, wokół czego na co dzień się kręcimy. Że tak mało wiemy o swoich najbliższych. Że warto poświęcać im czas, bo będzie za późno. Że nigdy nie jesteśmy gotowi na najgorsze. I tak dalej.

Po raz kolejny odwołam się do równie banalnego stwierdzenia - wszystko już było, nie ma nowych tematów, dlatego nie liczy się co, ale jak. Albo te stare jak świat prawdy zostaną przekazane z taką siłą, w taki sposób, że poruszą, wytrącą z obojętności, albo nie. Tym razem się nie udało. Nanni Moretti zawiódł. Przynajmniej mnie. Oczywiście nie mogę wykluczyć, że ktoś będzie innego zdania. Jak dyskutanci z Tygodnika Kulturalnego.

Aleksandra Łojek "Belfast. 99 ścian spokoju"

Kiedy tylko w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam reportaż Aleksandry Łojek

"Belfast. 99 ścian pokoju" (Czarne 2015), od razu wiedziałam, że muszę go przeczytać. Irlandię Północną powinniśmy kojarzyć z konfliktem, a właściwie wojną domową, kiedyś bardzo medialną, dziś medialnie zapomnianą, bo tak zwane porozumienia wielkopiątkowe z roku 1998 oficjalnie ją zakończyły. Powinniśmy, ale że niekoniecznie tak jest, dowodzi opowiedziana w książce historia młodego polskiego małżeństwa, które Irlandię Północną potraktowało jak każdy inny region Wielkiej Brytanii i skuszone niskimi cenami postanowiło tam zamieszkać. W tym akurat nic złego nie ma, autorka tej książeczki też tam osiadła. Różnica polega na tym, że ona zrobiła to świadomie, znała historię tego miejsca i mniej więcej wiedziała, jak żyje się tam teraz, a opisywane przez nią małżeństwo nie miało o tym pojęcia. Skuszeni wyjątkową okazją kupili świetny dom za niewielkie pieniądze. Już pierwszej nocy przekonali się, jaki błąd popełnili. Dom był tani, bo stał na terenie jednego z interfejsów. Szczęśliwy pośrednik wykorzystał naiwność cudzoziemców nieznających miejscowych realiów. Czym jest interfejs i dlaczego lepiej tam nie mieszkać? O tym i ja nie wiedziałam, jak i o wielu innych sprawach, które są tematem reportażu Aleksandry Łojek.

Pamiętam, jak bardzo się zdziwiłam, kiedy kilka lat temu otworzono połączenie lotnicze z mojego miasta do Belfastu. Kto tam będzie latał i po co? W książce, którą właśnie przeczytałam, znalazłam dwie odpowiedzi. Po pierwsze mieszka tam sporo Polaków, po drugie Irlandię Północną odwiedza coraz więcej turystów. Ci ostatni zwabieni informacją, że Belfast uznany został przez któryś z przewodników, a potem potwierdził to swoim autorytetem National Geografic, za jedno z dwunastu najciekawszych turystycznie miejsc na świecie, na pewno wywiozą z tego pięknego rzeźbionego w czerwonej cegle miasta cudowne wspomnienia i wspaniałe wrażenia. Najprawdopodobniej zachwyci ich też krajobraz. Jeśli turysta nie wychyli nosa poza zadbane, kolorowe, gwarne centrum, a po co miałby to robić, z pewnością przewodniki informują, do których miejsc nie należy się zapuszczać, nie będzie miał pojęcia, że miasto nadal toczy choroba. Choroba nienawiści, choroba podziału zmieszana z chorobą biedy i wykluczenia. Ta mikstura powoduje, że Irlandię Północną, a szczególnie Belfast nadal trudno uznać za miejsce takie jak inne. Bo toczy się tu obok oficjalnego, drugie, podskórne życie. To świat rządzony przez organizacje paramilitarne, które nadal wykonują wyroki i które pilnują porządku, wyręczając policję w dzielnicach biedy. Najlepiej zapomnieć, nie wiedzieć, milczeć. Więc żyć się w Belfaście da, ale trzeba wiedzieć jak. Konieczna jest specjalna instrukcja obsługi. I taką instrukcją, na pewno z konieczności w pigułce, jest reportaż Aleksandry Łojek. Dla mnie odkrywczy, bo mimo że nie byłam tak naiwna jak opisane w książce polskie małżeństwo, to o współczesności tego zapomnianego zakątka Europy miałam niewielkie pojęcie.

A Irlandia Północna to obszar ciągle jeszcze nękany postwojennymi problemami. Niby wojna domowa zakończyła się w roku 1998, ale do normalności daleko. Jak mówi jeden z rozmówców reporterki, Wielka Brytania nadal prześladuje republikanów, lojalistów zresztą też, nadal giną ludzie, nadal rządzą paramilitarni, nadal są więźniowie polityczni, a policja jak się bała, tak się boi i do pewnych spraw woli się nie mieszać. W centrum Belfastu i w zamożnych, willowych dzielnicach znajdujących się na obrzeżach życie toczy się jak w innych europejskich miastach, ale reszta to szachownica dzielnic-gett zamieszkanych przez republikanów (zwolenników połączenia z Irlandią; najczęściej to katolicy) i lojalistów (uważają, że Irlandia północna to część Zjednoczonego królestwa; to najczęściej protestanci). Te dzielnice oddzielone są od siebie owymi tytułowymi ścianami pokoju, które z jednej strony ułatwiają życie, ponieważ zapobiegają eskalacji konfliktu, z drugiej utrudniają. No bo jak wygodnie żyć w podzielonym mieście? Wszystko jest podporządkowane temu podziałowi, nawet korporacje taksówkowe. Mieszkańcy Irlandii Północnej doskonale opanowali sztukę dostosowania się do tego podziału. Wystarczy kilka dość ogólnikowych pytań i już wiadomo, kim jesteś - gdzie mieszkasz i jakie masz poglądy.

Ale przecież nie fizyczny podział miasta jest najważniejszy. Najważniejszy jest podział mentalny - światopoglądowy, najczęściej związany z religijnym (chociaż autorka pokazuje, że to jednak uproszczenie), historyczny. To on uniemożliwia normalne życie, to on zabrania miłości między mieszkańcami dzielnicy republikańskiej i lojalistycznej, to on każe rzucać kamieniami w przeciwników politycznych i religijnych, to on nadal każe mordować. Nienawiść zakorzeniona jest głęboko, ma źródła historyczne, i trudno ją zniwelować, skoro pamięć ran jest tak świeża. Porozumienia wielkopiątkowe zakończyły najostrzejszą fazę konfliktu, ale jednocześnie spowodowały, że z wiezień na mocy amnestii wyszli polityczni, a wśród nich nieprzebierający w środkach kaci - wykonawcy egzekucji, ludzie, którzy stosowali najwymyślniejsze tortury. Bywa, że ofiara  na ulicy, w sklepie czy pubie spotyka swojego prześladowcę. Można śmiało powiedzieć, że społeczeństwo Irlandii Północnej cierpi na syndrom stresu pourazowego, czego widocznym objawem jest choćby ogromna liczba samobójstw. Stąd tyle programów pomocowych, naprawczych. Mają łagodzić cierpienia spowodowane konfliktem i budować mosty. Żeby kiedyś podziały zniknęły, a przynajmniej nie były tak ostre. Żeby dało się otworzyć bramy w ścianach pokoju, a może kiedyś te ściany zburzyć. Mozolna to praca tym bardziej, że nie sprzyja jej bieda i społeczne wykluczenie. To one nakładają się na siatkę politycznych podziałów i generują nowe problemy. Bezrobocie, bezczynność, przestępczość i handel narkotykami. Te ostatnie to najprostsza droga do pieniędzy. To dlatego w interfejsie, miejscu niczyim pomiędzy ścianami pokoju, trudno żyć. To tam wieczorami i nocami spotykają się znudzone nastolatki, obrzucając się wzajemnie kamieniami, tłukąc szyby w samochodach tych naiwnych, którzy jak to polskie małżeństwo, nie wiedzą, że zaparkować należy kilka ulic dalej, za ścianą pokoju, a nie pod domem, który ma nieszczęście stać na terenie interfejsu.

Na koniec wspomnę jeszcze o tym, co na mnie zrobiło największe wrażenie. Problem, o którym wspomniałam. Że obok siebie żyją kaci i ofiary, że ludzie, którzy z zimną krwią strzelali, mordowali i torturowali, bo takie były rozkazy, muszą wtopić się w społeczeństwo. Że próbują normalnie żyć. Że nad swoją przeszłością wzruszają ramionami, to była wojna, mówią. (Niektórzy jednak nie wytrzymują i dlatego topią rozpacz w alkoholu.) Że to tacy normalni ludzie. Kobieta, matka, gospodyni domowa, chłopak, czyjś syn, czyjś przyjaciel, mężczyzna o łagodnej twarzy. Jak radzą sobie z przeszłością? To częste pytanie, które Aleksandra Łojek zadaje sobie i swoim rozmówcom.

Trzeba przeczytać książkę, aby zrozumieć, że ten zapomniany konflikt niewiele różni się od innych, bardziej medialnych na przykład tego w Rwandzie czy  palestyńsko-izraelskiego, do którego mieszkańcy Irlandii Północnej lubią się porównywać.

Leonid Cypkin "Lato w Baden"

To na pewno nie jest książka dla wszystkich. Dla kogo w takim razie? Dla miłośników, a przynajmniej dla tych, którzy znają Dostojewskiego i literaturę rosyjską. Oczywiście trochę przesadzam. Jeśli ktoś nie czytał "Zbrodni i kary", "Biesów", "Braci Karamazow", nic nie stoi na przeszkodzie, aby po powieść Leonida Cypkina "Lato w Baden" (Zeszyty Literackie 2015; przełożył Robert Papieski) sięgnąć. Może udzieli mu się fascynacja autora i pod wpływem lektury jego książki rozpocznie swoją przygodę z Dostojewskim? Bo "Lato w Baden" powstało z miłości do Dostojewskiego, jak napisała w posłowiu Susan Sontag. To ona odkryła Cypkina. Znalazła jego powieść w londyńskim antykwariacie, zachwyciła się i mocą swego autorytetu sprawiła, że usłyszał o niej cały literacki świat. I tak duch Leonida Cypkina, rosyjskiego Żyda, lekarza, który tworzył z miłości do literatury, nie licząc na wydanie czegokolwiek, może wreszcie cieszyć się literacką sławą. Duch, bo pisarz zmarł w roku 1982, a Susan Sontag przeczytała "Lato w Baden" i przyczyniła się do jego rozgłosu w roku 2001. Tuż przed śmiercią Cypkina fragment powieści ukazał się w rosyjskim tygodniku wydawanym w Nowym Jorku. To zasługa jego syna, który wraz z żoną wyemigrował do Stanów, co stało się przyczyną zawodowych kłopotów jego rodziców. Nigdy nie dostali zgody na wyjazd. Cóż, życie pisarza nie było usłane różami. Chociaż i tak uniknął najgorszego losu. W czasie wojny on i jego rodzice ocaleli dzięki pomocy jednego z pacjentów ojca, który też był lekarzem, potem w czasach antysemickiej nagonki po raz kolejny udało mu się uniknąć represji. Smutne życie, któremu blasku nadała miłość do literatury. Napisałam tyle o autorze "Lata w Baden", bo to postać wciąż mało znana, nie będę udawać, że wiedziałam o jego istnieniu wcześniej. A sama powieść?

Przede wszystkim trzeba się w nią wgryźć. To książka wymagająca. Trudność może sprawiać nie tyle treść, ile forma. Ciągła, gęsto zapisana narracja, bez akapitów, bez kropek, bez wydzielonych dialogów. Najlepiej znaleźć na nią osobny czas, czytać ciągiem, a przynajmniej długimi partiami, nie rwać na drobne kawałki, bo wtedy możemy nie odczuć jej mocy. Ale jeśli poświęcimy jej czas i uwagę, a nie jest długa, wystarczy weekend, wciągnie nas swoją hipnotyczną mocą. To prawdopodobnie między innymi zasługa tych niekończących się zdań, które wsysają niczym bagno. Trzeba też nastawić się na przeskoki z tematu na temat, z bohatera na bohatera, co utrudnia tak prowadzona narracja. Jednak bez przesady, chaos jest pozorny, wyłania się z niego klarowna historia rozegrana na kilku planach.

Plan pierwszy, nie najważniejszy, ale też przecież bardzo ciekawy, stanowi ramę opowieści. Narrator, alter ego autora, jedzie pociągiem z Moskwy do Leningradu. Odbywa podróż nie byle jaką, podróż tropem Dostojewskiego, którego kocha miłością bezgraniczną. Trudna to miłość dla Żyda, bo jak wiadomo, u Dostojewski nie stronił od antysemickich uwag. Narrator zadaje sobie pytanie, dlaczego jego i wielu innych Żydów Dostojewski mimo tego tak fascynuje, przyciąga. Dziwi się też, skąd u tak wrażliwego na ludzkie nieszczęście człowieka pogarda dla Żydów. Nie ma odpowiedzi na tak zadane pytanie. Narrator jedzie pociągiem, czyta dziennik Anny Dostojewskiej, żony pisarza, patrzy przez okno, wypatrując miejscowości, w których mieszkali. W Leningradzie też będzie chodził jego szlakiem. Właściwie po to tu przyjechał. Snuje się ciemnymi zaułkami, szuka śladów Dostojewskiego i jego literackich bohaterów. Nawet w domu u przyszywanej ciotki, u której się zatrzymuje, sięga po jedną z jego powieści.

Plan narratora miesza się z planem pisarza, a na to nakładają się plany kolejne. Wspomnienia ciotki, opowieści o jej niełatwym życiu, o życiu rosyjskiej inteligencji, o blokadzie Leningradu. Nie ma tego wiele, ale wystarczy, aby zanurzyć się w tym świecie. Cypkin potrafi budować klimat. Nasz wzrok przebija się przez mrok, wszak to zima, wieczór w Leningradzie zapada szybko, słyszymy ściszone rozmowy, skrzypienie starej podłogi, czujemy zapach kurzu, rozglądamy się po zaniedbanej komunałce.

Ale oczywiście najważniejsze partie książki to opowieść o Dostojewskich, o pisarzu i znacznie od niego młodszej żonie Annie. Trzon tej historii to ich podróż po Europie, lato spędzone w Baden, gdzie pisarz maniakalnie grał w ruletkę, wierząc w wygraną. To zmaganie się z demonami. Nawiedzają go wspomnienia z katorgi, literackich upokorzeń, starań o powrót do Petersburga. Kompleksy, poczucie niższości maskowane dziwnymi zachowaniami, które mają udowodnić jemu i światu, jak jest silny. I dążenie ku wolności symbolizowanej wizjami wznoszenia się w górę albo, przeciwnie, spadania, albo pływania. Pisarz gardzi umiarkowaniem i rozsądkiem, zatracenie w obsesyjnej grze w kasynie, której nie potrafi się oprzeć, przybliża go do upragnionej wolności. Fascynujące są opisy tego, jak Dostojewski się szamocze, jak zmaga się z nałogiem, jak gra. To wszystko na granicy realizmu i onirycznych wizji. Ale równie ciekawe są też opowieści o codzienności. O spacerach, wizytach w muzeum, zmaganiu się z biedą. Historię lata spędzonego w Baden poznajemy na przemian z perspektywy pisarza i jego żony. Narracja płynnie przechodzi pomiędzy nimi. Czytelniczy horyzont poszerza się o świat Anny Dostojewskiej. O jej lęki, o jej miłość, wreszcie o jej walkę, aby utrzymali się na powierzchni. Nałóg pogrąża ich w długach, a przecież i wcześniej nie było różowo. Początkowo uległa, potem zdaje sobie sprawę, że jedyną nadzieją jest wyjazd. Właściwie jej małżeństwo to wieczna walka. Nie tylko z biedą, ale i z rodziną męża, zachłanną, pragnącą go tylko dla siebie, gardzącą Anną. Z kart powieści wyłania się obraz trudnego, ale niezwykłego związku Dostojewskich. Ich miłości. Jej fascynacji nim, wielkim pisarzem. Ale i on jej potrzebuje w walce ze swoimi demonami. Niezwykle ważnym fragmentem jest przejmująca opowieść o ostatnich dniach pisarza.

A to jeszcze  nie wszystko, bo dochodzą kolejne plany. Świat książek pisarza, jego bohaterów i miejsc z nimi związanych. I świat idei, dyskusji słowianofilów i okcydentalistów toczonych przez stulecia. Tak to się wszystko miesza i przenika. Gęsta, skondensowana, wciągająca narracja. Ta niewielka książeczka otwiera przed czytelnikiem całe uniwersum opowieści i znaczeń, które wyplątujemy niczym nitkę ze skołtunionego kłębka wełny. Rzeczywiście niezwykła chociaż wymagająca przygoda.

Ramita Navai "Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie"

Pewnie nie natrafiłabym na książkę Ramity Navai "Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie" (Prószyński i S-ka 2014; przełożył Tomasz Wilusz), gdybym nie usłyszała o niej w audycji radiowej. Zginęłaby w morzu tego, co się wydaje. Napisała ją Iranka wychowana w Londynie. Jest dziennikarką, reporterką i autorką licznych filmów dokumentalnych. Przez kilka lat była korespondentką w Teheranie. Kiedy straciła akredytację, co zagranicznym dziennikarzom pracującym w Iranie zdarza się od czasu do czasu, zaczęła pracę w organizacji pozarządowej w południowej części miasta. Południowej, czyli biednej, religijnej, konserwatywnej. To wtedy zetknęła się z ludźmi, którzy stali się inspiracją dla jej książki. Przeprowadziła wiele rozmów, wysłuchała wielu historii. "Miasto kłamstw" to opowieść o mieście i kraju pokazana przez ludzkie losy. Każdy kolejny rozdział jest historią jednego bohatera. Ale uwaga! Autorka uczciwie informuje, że każda postać stanowi kompilację kilku historii. W zakończeniu wszystkie rozdziały opatrzone zostały rodzajem przypisu, z którego dowiemy się, czyje losy złożyły się na bohatera, o którym pisała, albo w jakim stopniu i dlaczego zmieniła prawdziwą historię. Autorka podaje też skrupulatnie, skąd zaczerpnęła warstwę faktograficzną, na przykład o ilości anten satelitarnych w Teheranie.

Książka swoją formą bardziej przypomina zbiór opowiadań niż reportaży, ale to jednak literatura faktu. Chociaż każda opowieść ma wyraźne zawiązanie akcji, najczęściej zbudowana jest na retrospekcji, niekiedy na dwóch planach czasowych, kończy się puentą, a język i styl bliższe są beletrystyce, to autorka, kiedy trzeba, inkrustuje fabułę wiadomościami z historii Iranu tej najnowszej i tej dawniejszej. Dzięki temu dowiadujemy się, dlaczego szach uciekł z kraju, skąd się wzięła wrogość do Amerykanów, jak doszło do rewolucji islamskiej, z którą wielu Irańczyków łączyło ogromne nadzieje, i jak to się stało, że potem wielu przeżyło ogromne rozczarowanie. Największe wrażenie robi fragment opowiadający o ofiarach z pierwszego okresu rewolucji islamskiej. Liczba wyroków śmierci przeraża. Jednak przeszłość nie jest czarno-biała, a tak lubimy o niej myśleć, jeśli w ogóle coś na ten temat wiemy. Tę historię w pigułce uzupełnia wykaz najważniejszych wydarzeń z historii Iranu od roku 1921.

Ale przede wszystkim jest to opowieść o współczesnym Iranie i jego mieszkańcach. Trzeba przyznać, że autorka stworzyła bohaterów nietuzinkowych, barwnych, a ich losy niekoniecznie są optymistyczne, czasem wręcz tragiczne. Taka jest historia Amira, blogera. Gdy był dzieckiem, jego rodzice trafili do więzienia, a on razem z nimi. Nie był to wyjątkowy przypadek, taka była powszechna praktyka. Po latach odnajduje go sędzia, który skazał jego rodziców, i wielu innych, na śmierć, i błaga o wybaczenie. Albo historia Lejli, prostytutki i aktorki występującej w amatorskich filmach pornograficznych. Bohaterami reportaży Ramity Navai są też producent narkotyków czy romantyczny gangster cieszący się w swojej dzielnicy wielkim poważaniem. Ale znajdziemy też opowieści o emancypujących się kobietach z południowego Teheranu. Tylko jedna bohaterka to mieszkanka północnej części miasta, bogatszej, liberalnej, nowoczesnej.

Jaki obraz Teheranu wyłania się z kart książki? Miasto żyje życiem podwójnym. Z jednej strony rządy ajatollahów, prawo religijne, policja obyczajowa, inwigilacja, budzący powszechną niechęć i strach basidżi (członkowie paramilitarnej straży ochotniczej), cenzura, z drugiej podziemny handel najnowszymi filmami (Taka scena jest w filmie "Taxi Teheran"), narkomania, prostytucja, zalew pornografii, przekupni sędziowie, mułłowie nieprzestrzegający zasad wiary i dość dowolnie je interpretujący, bogata, bananowa młodzież, eleganckie sklepy z markową odzieżą, centra handlowe. Kto ma pieniądze, odrobinę sprytu, wiedzy i brak skrupułów, wydobędzie się z tarapatów. Nawet chłosty można uniknąć, płacąc komuś, komu zależy na pieniądzach. Wymierzający karę przymknie na to oko. Też oczywiście za opłatą. Nieprzypadkowo tytuł książki to "Miasto kłamstw". Cóż, jak się okazuje w Iranie da się jakoś urządzić i żyć, lawirując i omijając przeszkody mnożone przez religijne państwo, ale na pewno nie pozostaje to bez wpływu na Irańczyków. Społeczeństwo żyjące w takim rozdwojeniu nie może być zdrowe. A kto chciałby wiedzieć więcej o Iranie, jego historii i czasach współczesnych, niech koniecznie przeczyta wydaną kilka lat temu bardzo dobrą książkę Marka Kęskawca "Czwarty pożar Teheranu".

Elisabeth Asbrink "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa"

Po książkę Elisabeth Asbrink "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa" (Czarne 2013; przełożyła Irena Kowadło-Przedmojska) tak jak po "Cesarza Ameryki" Martina Pollacka sięgnęłam nieprzypadkowo. Usłyszałam gdzieś, że warto je przeczytać właśnie teraz, kiedy Europa mierzy się z problemem imigracji. Kiedy czyta się oba teksty, ma się wrażenie, że niektóre fragmenty są jak żywcem wyjęte z naszej rzeczywistości. Przy czym książka Asbrink brzmi jeszcze mocniej, bo dotyczy wojny, Zagłady, antysemityzmu, faszyzmu. Warto dodać, że szwedzka pisarka otrzymała dwa lata temu za swój reportaż Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Oczywiście już wówczas chciałam po nią sięgnąć, ale jakoś tak zeszło. Wtedy przegrała z powodzią innych tytułów, teraz wystarczył impuls.
To opowieść o życiu, które nagle rozpada się w proch, o rozpaczliwym szukaniu ratunku, o samotności dziecka wyrwanego z rodzinnego domu, o ludziach, którzy nienawidzą innych tylko dlatego, że są odmiennego wyznania czy narodowości, a wreszcie o bezdusznych rządach i społeczeństwach. Rządy radziły, opierały się, zwlekały, społeczeństwa protestowały, aż w końcu na ratunek było już za późno. Wtedy przyszło współczucie, ale nie żyli już ci, nad których tragicznym losem wylewano krokodyle łzy. To wreszcie rozliczenie autorki ze wstydliwą historią jej kraju, Szwecji.
Dawno, dawno temu była sobie w Wiedniu szczęśliwa rodzina Ullmanów. Tata Josef, zwany Pepim, mama Elise, ich syn Otto. Mieli krewnych i przyjaciół. Żyli zwyczajnie, nie chcieli wiele, ot pragnęli codziennego szczęścia. Żeby przynajmniej było jak dotąd. Ale to nie bajka. Ich pech polegał na tym, że urodzili się Żydami. Ich szczęście skończyło się 12 marca 1938 roku, kiedy Hitler zajął Austrię. Chociaż wtedy jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy. Już trzy dni później doszło w Wiedniu do antysemickich rozruchów. Ci, którzy dotąd kryli się z faszystowskimi sympatiami, teraz mogli głosić swoje przekonania oficjalnie. W ciągu czterech lat Wiedeń miał stać się miastem bez Żydów.  W czerwcu szwedzkie gazety alarmowały: Pięć milionów Żydów zagrożonych katastrofą. Demokratyczne kraje zaczęły szukać wspólnego rozwiązania kwestii żydowskiej. Zwoływano konferencje i narady, które kończyły się fiaskiem. Żaden kraj nie chciał przyjmować uchodźców. Zrozpaczeni Żydzi ustawiali się w długich kolejkach po wizy. Udawało się nielicznym. To wszystko wiemy. Wiemy też, co nastąpiło potem. Mimo to warto zacytować fragmenty ze szwedzkiej prasy.
Nasuwa się oczywiste pytanie, czy nie powinniśmy poczynić jakichś kroków w celu zahamowania niekontrolowanej imigracji.
... wprowadzenie zaostrzonej kontroli na granicach w związku ze wzrostem liczby uchodźców z niektórych krajów europejskich.
... jeżeli wpuścimy tu kilkaset żydowskich rodzin, które będą się rozmnażać tak, jak ich rasa ma w zwyczaju, to następne pokolenie będzie przeklinać tych, którzy nie potrafili w porę powstrzymać imigracji, a jeszcze kolejne nie cofnie się przed użyciem bezwzględnych środków w obronie tubylczej ludności.
Wielu nie potrafi teraz i prawdopodobnie w przyszłości dopasować się do szwedzkiego społeczeństwa.
To ostatnie stwierdzenie dotyczy tych nielicznych Żydów, którzy w 1936 roku dostali zgodę na pobyt czasowy. Chociaż miałabym ochotę, więcej cytować już nie będę. Podam tylko jeszcze dwie informacje. Otóż związek zawodowy szwedzkich lekarzy skutecznie storpedował pomysł przyjęcia dziesięciu (!) swoich żydowskich kolegów z Niemiec, a władze szwedzkie ostatecznie postanowiły przyjmować tylko prawdziwych uchodźców politycznych. No i może trzeba by jeszcze napisać, co szwedzka prasa pisała o zmieniających się nastrojach wobec imigrantów. Początkowo przyjazne przyjęcie spowodowane współczuciem szybko zamieniło się w uczucie dyskomfortu, potem dojmującą niechęć (...) dramat oszczerstw, prześladowań, a nawet rozlew krwi ... Czy potrzebny jest komentarz?
A Otto, Pepi, Elise, ich krewni i przyjaciele? Otóż Otto dzięki Szwedzkiej Misji dla Izraela wraz z kilkudziesięcioma innymi żydowskimi dziećmi dostał pozwolenie na pobyt czasowy w Szwecji. Pod jednym warunkiem - kiedy rodzice osiedlą się w innym kraju, zostanie zabrany. Ten warunek z oczywistych względów nie zostanie spełniony. Odtąd zaczyna się gehenna trzynastoletniego, rozpieszczonego, wychuchanego chłopca, który miał się uczyć, studiować, zdobyć dobry zawód. Tymczasem przyszło mu rozstać się z rodzicami, wierzyć, że jest szczęściarzem (tak w istocie było!), cierpieć samotność, tęsknić, troszczyć się o siebie. Zamiast nauki czekała go ciężka, fizyczna praca u szwedzkich farmerów. Pół biedy jeśli byli życzliwi. Książka Asbrink składa się w dużej mierze z listów, jakie do Ottona pisali jego rodzice i krewni. Uzbierało się ich ponad pięćset. To świadectwo miłości, tęsknoty, skrywanej rozpaczy i obraz rozpadającego się życia. Co się stało z ich autorami? Zginęli albo zmarli w różnych obozach zagłady.
Ale reportaż Asbrink ma jeszcze jednego bohatera. To Ingvar Kamprad, ojciec IKEI. Rówieśnik Ottona. Zafascynowany nazistowskimi ideami należał do faszyzujących szwedzkich organizacji. W pewnym momencie losy tych dwóch chłopców splotły się. Spotkali się i zaprzyjaźnili. Po wojnie pracowali razem w raczkującej IKEI, która jeszcze się tak nie nazywała. Inqvar wiedział, że jego przyjaciel jest Żydem, Otto znał poglądy Inqvara. Asbrink próbuje zrozumieć, a my razem z nią, jak ta przyjaźń była możliwa. Odpowiedzi nie znajduje. To jeszcze jedna z zagadek ludzkiego losu.
Warto sięgnąć po reportaż Elisabeth Asbrink. Nie tylko dlatego, że nieoczekiwanie tak bardzo zrobił się aktualny. Jest oczywiście o wiele bogatszy, niż udało mi się to przedstawić w tej krótkiej, chociaż przecież za długiej jak na blogowe standardy, notce.

Popularne posty