Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówka. Pokaż wszystkie posty

Tommi Kinnunen "Powiedziała, że nie żałuje"

O powieści fińskiego pisarza Tommiego Kinnunena "Powiedziała, że

nie żałuje" (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożył Sebastian Musielak) słyszałam, kiedy się ukazała i sporo się o niej mówiło przy okazji promocji. Nawet zastanawiałam się, czy jej nie kupić, ale widocznie aż tak bardzo o tym nie marzyłam, skoro tkwiła sobie na liście alertów cenowych  mimo pojawiającej się od czasu do czasu atrakcyjnej ceny. Raz nawet z niej wypadła w ramach czyszczenia owej listy, ale po przeczytaniu "Pułkownikowej" Rosy Liksom wróciła, bo postanowiłam ją jednak przeczytać. Dlaczego? Bo wydała mi się znakomitym uzupełnieniem tamtej powieści - akcja obu toczy się w czasie drugiej wojny i tuż po niej w Finlandii. To takie książki, które otwierają oczy na coś, o czym się nie miało pojęcia. Pisząc o "Pułkownikowej", przyznałam się, że niewiele na temat historii Finlandii wiedziałam, ot tyle, że w czasie drugiej wojny Finom udało się odeprzeć atak armii radzieckiej, a potem utrzymać niepodległość, ale za cenę czegoś, co określa się terminem finlandyzacja. Jednym słowem i w dużym uproszczeniu znajdowali się gdzieś pomiędzy państwami bloku wschodniego, a krajami Zachodu. Teraz, przystępując do lektury książki Tommiego Kikunnena, byłam już oczywiście mądrzejsza.

Akcja powieści osnuta jest wokół ostatniego epizodu drugiej wojny na terenie Finlandii. Po zawarciu pokoju z ZSRR Finowie zerwali sojusz z III Rzeszą i doszło do wojny nazywanej lapońską. Armia niemiecka wycofała się do Norwegii z północnych terytoriów kraju, na których wcześniej stacjonowała po zawarciu paktu z neutralną Finlandią. Niemcy stosowali taktykę spalonej ziemi. Opuszczone przez Finów miasta i wioski systematycznie podpalano, mosty na rzekach burzono, minowano drogi i porty. Jak to w takich sytuacjach bywa, odwrócenie sojuszy powoduje też rozmaite niewygodne problemy. Nagle ci wszyscy, którzy dotąd popierali Niemców, stają się kolaborantami i zdrajcami. Mniejsza o polityczne tuzy, ale jak ma się w tym odnaleźć zwykły szary człowiek, który niespecjalnie zastanawiał się nad tym, co się dzieje? Nie wiedział albo wolał nie wiedzieć, co robią naziści. Bardziej lub mniej ochoczo wchodził w kontakty z niemieckimi żołnierzami. Znakomicie pokazuje to wspomniana już "Pułkownikowa".

Bohaterkami powieści Tommiego Kikunnena są właśnie takie kobiety. Jest ich pięć. Z różnych powodów zabrały się  do Norwegii z niemiecką armią, aby tam pracować na jej rzecz. Jedna była pielęgniarką i nie chciała zostawić chorego, którym się opiekowała, inna praczką, główna bohaterka, Irene, pracowała w kantynie, a jeszcze inna zajmowała się tym samym, co wcześniej - była pracownicą seksualną, chociaż przyznam, że to poprawnościowe określenie w kontekście powieści nie bardzo pasuje. Najchętniej użyłabym tego przaśnego i mocnego słowa. Takich kobiet jak one, a pewnie i mężczyzn, były setki albo i tysiące. Dlaczego to zrobiły? Jedne być może z powodów ideologicznych, inne, bo związały się z jakimś niemieckim żołnierzem, jeszcze inne, bo chciały zarobić, pewnie były i takie, które bały się poniewierki i nędzy związanej z ewakuacją na południe Finlandii i ucieczka z niemiecką armią wydała im się opcją bezpieczniejszą. Kiedy naziści ostatecznie przegrali, zostały na lodzie. Nielicznym, najczęściej tym, które były w ciąży z niemieckimi żołnierzami, pozwolono ewakuować się drogą morską razem z armią. Inna sprawa, czy dopłynęły, bo wiele statków zostało zatopionych. A jeśli, to i tak ich los mógł być marny. Pozostałe zostały zamknięte w norweskich obozach, gdzie na początek  ogolono im głowy jako widomy znak hańby. Potem miały zostać przewiezione do Finlandii, gdzie czekały na nie takie same obozy i przesłuchania. Tym pięciu kobietom, bohaterkom powieści, udało się uniknąć tego losu - odzyskały paszporty, przekroczyły granicę z Finlandią, do czego zresztą dokumenty nie były im potrzebne, bo nikt jej nie pilnował, i wyruszyły pieszo do domu. 

Szły przez pustkowie. Rzadko spotykały ludzi, bo tylko nielicznym pozwolono już wrócić do zgliszcz swoich domów. Spały najczęściej pod gołym niebem, za posłanie mając gałęzie, wydzielały sobie skromne racje jedzenia, dźwigały walizki, stopy miały całe w pęcherzach. Ogolone głowy, widomy znak ich hańby, ukrywały pod chustkami zrobionymi z sukienki. Przeprawiały się przez rzeki, musiały uważać na miny. Marzły i mokły. Szły tak przez wiele tygodni, nie bardzo wiedząc, co zastaną na miejscu i jak wytłumaczą najbliższym fakt, że wyruszyły z niemiecką armią. Im bliżej domu, tym bardziej przypominały ludzkie wraki.

Tommi Kinnunen oddaje w swojej powieści głos kobietom, o których dotąd milczano.  A dlaczego milczano? O tym mówi jedna z bohaterek.

Irene wiedziała, że nie będzie mogła nigdy opowiedzieć o tej wędrówce. Nie będzie mogła nikomu opisać, jak długo trwała ani jak strasznie była mozolna, nie będzie mogła wspomnieć o swoich towarzyszkach ani nawet próbować się dowiedzieć, co się stało z Aili albo z Siiri. Będzie musiała do końca życia milczeć ...

Autor porusza w swojej powieści trzy zasadnicze problemy. Pierwszy dotyczy tego, jak inaczej za kolaborację z Niemcami oceniano kobiety i mężczyzn. 

Finowie, którzy walczyli u boku armii niemieckiej, mają swoje towarzystwo pamięci, natomiast z pracujących dla tej samej armii Finek zrobiono po wojnie albo kurwy, albo nastolatki, którym miłość uderzyła do głowy. Dlaczego czyny mężczyzn usprawiedliwia się rozkazami z góry, a kobiety obarcza się odpowiedzialnością indywidualną? (To ze wstępu autora.)

Żołnierze nie rozumieli strachu, który ściskał serca pozostających na lądzie. Oni nie musieli się bać, bo za nich zawsze ktoś odpowiada, a kobiety są na wojnie zdane na siebie, polują na nie wszyscy.

Mężczyźni mogli wspominać w kantynie poległych towarzyszy broni, kobietom jednak nie wolno było zbyt długo opłakiwać zaginionych koleżanek. Wracający z frontu żołnierze potrzebowali ich radości, a nie smutku.

Drugi, ten najbardziej delikatny, to problem winy tych kobiet. Z jednej strony im współczujemy, z drugiej zdajemy sobie sprawę, że współpracowały z Niemcami, a wcale przecież nie musiały tego robić. Żadna z nich nie została przez niemieckich żołnierzy zabrana do Norwegii siłą. Oczywiście nie one dokonywały zbrodni, ale spały ze zbrodniarzami, gotowały dla nich, sprzątały ich kwatery, obsługiwały w kantynie. Widziały, jak żołnierze podpalają wioski mijane po drodze. Im dłużej idą, tym lepiej rozumieją, że to, co zrobiły, nie było niewinne. 

Irene zrozumiała, że chociaż sama nikogo nie skrzywdziła, to jednak miała w tym swój udział. Tak jak pozostałe, i ona słyszała, co wyprawiali niemieccy żołnierze, potem jeszcze widziała to i owo, a jednak milczała. (...) Łatwo było udawać niewiniątko, kiedy człowiek myślał, że stoi po stronie zwycięzców, i wiedział, że w imię prawdy trzeba by się pożegnać z wieloma rzeczami.

Teraz już strach przed śmiercią nie ściskał jej za gardło - jego miejsce zajął strach przed życiem.

Czy z perspektywy czasu żałowały, że pracowały dla Niemców? Czy nadal uważały, że wszystko, co robiły, było słuszne, czy jednak wiedząc, jak to się skończyło, zaczynały mieć pewne wątpliwości? A co ich kraj sądził o swoim udziale w tej wojnie?

Jest i kwestia trzecia, najbardziej optymistyczna. Otóż wspólna wędrówka zmienia te kobiety. Stają się silne i chcą same stanowić o sobie, żadna z nich nie pragnie powrotu do życia, jakie prowadziła wcześniej. 

Po powrocie do domu Siiri nie zamierzała odpowiadać za nic, za co nie pociągano do odpowiedzialności mężczyzn.

To wszystko nie oznacza, że stworzyły wspólnotę. Chociaż dużo ze sobą rozmawiały, chociaż się sobie zwierzały, chociaż się wspierały, mają świadomość, że nie będą szukały kontaktu ze sobą. Dlaczego? Może dlatego, że spotkanie przypomniałoby im o współwinie?

A wreszcie jest też w powieści moment, który karze się zastanowić nad dylematami etycznymi. Najstarsza z nich i najmniej winna, pielęgniarka, jest najsłabszym ogniwem tej drużyny. Ma problemy ze stawami, idzie najwolniej, trudno jej dźwigać walizkę. Może nie powinna z nimi wyruszyć, tylko zostać z innymi kobietami w chacie pogranicznika? Jak długo mogą jej pomagać? Co zrobić, kiedy opóźnia marsz? A kiedy nie ma już siły? Nie mogę oczywiście zdradzać szczegółów i napisać, jak jej towarzyszki rozwiązały ten dylemat. W każdym razie to moim zdaniem najbardziej tragiczna bohaterka.

I na koniec moja ulubiona refleksja, coś, co nigdy nie daje mi spokoju.

Świat został pomyślany tak dziwacznie, że gdy na jednym brzegu rzeki życie toczy się jak dawniej, drugi zostaje doszczętnie zniszczony.

Bardzo ciekawa powieść. Warto jej lekturę uzupełnić "Pułkownikową" Rosy Liksom.

Ishbel Szatrawska "Wyrok"

Nie upłynęło tak wiele czasu od ukazania się debiutanckiej powieści

"Toń" Ishbel Szatrawskiej, która wcześniej dała się poznać jako dramatopisarka, a właśnie wyszła jej druga książka, "Wyrok" (Cyranka 2025). Rzadko się zdarza, abym tak szybko po premierze, nie oglądając się na cenę, sięgała po tytuł, który chcę przeczytać. Oczywiście "Wyrok" miałam w planach, bo "Toń" zrobiła na mnie duże wrażenie, ale nie myślałam, że zrobię to już. A stało się tak, ponieważ wybierałam się na spotkanie z autorką. Pomyślałam więc, że skoro książka jest krótka, niecałe dwieście stron, może warto ją poznać wcześniej.

Muszę z żalem wyznać, że tym razem mam mieszane uczucia. O tym jednak za chwilę, a na początek, jak zwykle, parę słów wprowadzenia. Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku zimowych dni pod koniec wojny gdzieś w górach. Dwaj mężczyźni, Czesław Gajda i Franciszek Strzelecki, typy raczej spod ciemnej gwiazdy trudniące się bandyterką, mają na zlecenie partyzantów wykonać wyrok na kolaborancie. Trzeba go wytropić i zabić. Ale to pierwsze nie jest takie proste, bo gdzieś się ukrył, a ludzie nie bardzo chcą mówić. Wędrują więc od wsi do wsi, śpiąc gdzie popadnie, i rozpytują. Tropieniu towarzyszą coraz większe wątpliwości i narastający irracjonalny lęk. Dlaczego to oni mają wykonać wyrok? Czy nie kryje się za tym jakiś podstęp? Może przyszedł na nich kres? Wykręcić się jednak nie mogą, bo mają wobec partyzantów dług wdzięczności. Jak się ta historia skończy? Czy wytropią zbiega? Czy rzeczywiście był kolaborantem? Czy może sytuacja jest bardziej skomplikowana? 

Najpierw pretensje do wydawnictwa, bo myślę, że to pomysł marketingowy, które nazwało "Wyrok" literackim thrillerem. Popularny portal książkowy poszedł jeszcze dalej i dodał słowa sensacja i kryminał. Jeśli jakaś nieświadoma niczego czytelniczka lub takiż czytelnik, miłośniczka lub miłośnik prozy gatunkowej sięgną po powieść Ishbel Szatrawskiej, pewnie słono się zawiodą, bo to ani thriller, ani sensacja, a już na pewno nie kryminał. Mało tego, umieszczenie akcji w wiejskim środowisku i niekoniecznie łatwy dla każdego język powieści mogą sprawić, że nie dobrną do końca. Czy naprawdę o to chodzi? Od razu wyjaśniam - ja pretensji nie mam, bo nie z powodów gatunkowych sięgnęłam po "Wyrok". Zrobiłam to, bo bardzo podobała mi się "Toń', o czym już wspominałam. Przyznam, że byłam nawet lekko zdziwiona, że Ishbel Szatrawska napisała thriller, a nawet mnie to nieco zniechęcało. 

Zacznę od tego, co mnie zachwyciło. To język powieści. Zamiast wyjaśniać, lepsze będą cytaty.

Zapadał dzień. Nastroszone czuby świerków, kopulaste korony, drzewa po horyzont. Za nimi z jednej zwaliste skały, z drugiej dolina. Szli jednostajnie, miarowo, byle sił nie stracić, byle przedrzeć się za dnia na drugą stronę, przebyć Księży Las, przez Rudawkę się przeprawić i gdzie osiąść potajemnie, poza ludzkim widzeniem, poza domniemaniem.

Księży Las rozpościerał się u stóp Burego Wierchu, przecinał bliźniacze wzgórza długim jęzorem ciągnącym się wzdłuż górnego biegu Rudawki i opadał miękko nad jej zachodnim brzegiem, rozdzielając wespół ze strumieniem rozsypane po okolicy wioski, nieświadomie rodząc animozje i klanowe podziały ...

Raz, dwa. I jeszcze raz. Przytup. I w kole, i hyc pod górę, babą pod powałę. Chodzą w prawo, w lewo, obrót, powrót. Pędzi ród ludzki na karku złamanie. 

I tak w całej książce. Gwara, językowa finezja, nieliczne dialogi, wszystko dzieje się w narracji, co buduje gęstą, duszną atmosferę. Czytałam z podziwem.

Niewątpliwie zaletą powieści jest też to, że autorce udaje się mimo skondensowanej objętości, bardzo dobrze sportretować obu bohaterów, wniknąć w ich motywacje, lęki, rozterki, pokazać, jak to się stało, że zajęli się bandyterką, stali się nieczuli, a chwilami bezwzględni i pozbawieni skrupułów. Teraz, kiedy o tym myślę, przyszło mi do głowy, że to trochę bohaterowie spod znaku Szeli, szczególnie Franciszek Strzelecki, którego poznajemy znacznie lepiej. Nie waham się napisać, że jest postacią tragiczną, mimo niechęci, jaką we mnie budził. To z jego punktu widzenia o wiele częściej przyglądamy się temu, co się dzieje.

Największym zaskoczeniem okazało się dla mnie zakończenie powieści. Przyznam, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego, bardziej schematycznego. Wydawało mi się, że wszystko zmierza ku pewnym dylematom związanym z wyrokiem. Tymczasem nie! Nie dość, że samo rozwiązanie historii okazuje się zupełnie nieoczekiwane, to jeszcze w finale dowiedziałam się o bohaterach czegoś, o czym zupełnie wcześniej nie myślałam. Przyznam, że właśnie takie mocne zakończenie sprawiło, że inaczej spojrzałam na "Wyrok". Moje pretensje, rozczarowania, jakie towarzyszyły mi od jakiegoś momentu w trakcie lektury, nagle przestały mieć znaczenie. Piszę w sposób enigmatyczny, pokrętny, bo byłoby grzechem zdradzanie zakończenia, a przecież chętnie oddałabym się tu głębszym refleksjom.

No i wreszcie przyszła pora, aby wyjaśnić, skąd moje mieszane uczucia, skąd rozczarowanie, które towarzyszyło mi od pewnego momentu lektury. Myślę, że zupełnie inaczej odbierałabym "Wyrok", gdybym nie znała "Toni". W tamtej powieści bardzo zżyłam się z bohaterkami i bohaterami, mocno przeżywałam ich losy. Szczególnie epizod kaliningradzki, historia niemieckiego lekarza i jego partnerki, opowieść o oblężonym mieście, zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nie tylko to zresztą. A to wszystko było możliwe, bo "Toń" dzięki objętości miała rozmach. Tymczasem "Wyrok" jest krótki. I chociaż na poziomie refleksji podążałam za bohaterami i problemami poruszanymi w powieści, to na poziomie emocji nie. Mimo że cały czas towarzyszył mi zachwyt nad językiem, to bez żalu przerywałam czytanie, aby dopiero w kolejnej wolnej chwili wrócić do lektury. Nie miałam czegoś takiego, że muszę odłożyć wszystko, że nie mogę się oderwać od książki. A problemy poruszane w powieści? Deprawacja moralna spowodowana wojną, zobojętnienie na przemoc, poczucie niższości, gorszości, nienaruszalna hierarchia społeczna nawet w takich małych środowiskach wiejskich, śmierć, zniszczenie, strach, niepewność, niestałość, jakie niesie ze sobą wojna, ale też daje nadzieję na zburzenie tej odwiecznej hierarchii?

Życie tego człowieka było mu obojętne i czasem myślał, że zobojętniało mu każde życie, nawet własne.

Wojna zbawienna, wojna błogosławiona, która niszczy stare stosunki i tasuje karty z wprawą wytrawnej szulerki. Wniwecz idą układy uświęcone tradycją, wniwecz rodowa niesprawiedliwość. Kto wczoraj żarł z miski ziemię, jutro na srebrze ma kapłony. 

Niech więc to głupie chłopię żebrze u nich o życie, niech żebrze u łajdaków, może właśnie dlatego, mamieni łatwością bandyterki, weszli na tę drogę, może chcieli, by raz ktoś ich o coś prosił. 

O tym wszystkim już wielokrotnie czytałam, to nic nowego i odkrywczego. Tak, wiem, wszystko już było, dlatego tak ważne jest jak. Bo to sposób opowiadania, zbliżenie do bohaterów sprawiają, że to, co dobrze znane, znowu porusza. W "Wyroku" mi tego zabrakło. Dopiero zakończenie przewartościowało wszystko. Oczywiście to moje subiektywne wrażenia. Z pewnością będą takie i tacy, dla których ta kondensacja nie będzie przeszkodą, a nawet okaże się zaletą.

Tak czy inaczej warto po nową książkę Ishbel Szatrawskiej sięgnąć. No i czekam na jej kolejną powieść. I może lepiej, aby nie było to bardzo szybko.

Zsuzsa Bánk "Pływak"

Niedawno zapowiadałam, że sięgnę po kolejną książkę Zsuzsy Bánk

niemieckiej pisarki o węgierskich korzeniach, a to dlatego, że ostatnio przeczytałam jej najnowszą pozycję "Śmierć przychodzi nawet latem", która miała bardzo dobre recenzje. Chociaż z mojej strony nie obyło się bez pewnych zastrzeżeń, to jej twórczość zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam kontynuować moją z nią znajomość. Tą kolejną książką jest powieść "Pływak" (Czarne 2005; przełożyła Elżbieta Kalinowska). 

Tym razem żadnych ale nie było. Dałam się pochłonąć opowieści snutej przez narratorkę, najpierw kilkuletnią, potem kilkunastoletnią Katę. Od razu zaznaczam, że nie jest to książka dla każdego (zresztą żadna nie jest). Nie ma tu dialogów, nie ma też właściwie akcji, są wspomnienia kilku lat spędzonych w drodze, na które składa się codzienność podbita od czasu do czasu refleksją czy jakimś podskórnym przeczuciem. Wiele tu niedomówień, czegoś musimy się domyślać, innym razem coś sobie na różne sposoby dopowiedzieć. Odnajduję w tej powieści pewne podobieństwo do najnowszej książki Zsuzsy Bánk, nazwałabym to czymś w rodzaju medytacji.

Ale po kolei. Jest to historia węgierskiej rodziny, którą nagle w okresie wydarzeń 1956 roku opuszcza matka. Nie, nie jest osobą zaangażowaną politycznie, mieszka na wsi, dokąd rewolucyjne wydarzenia przecież nie dotarły. Dlaczego razem z koleżanką decyduje się przekroczyć nielegalnie zieloną granicę, co wiązało się z niebezpieczeństwem, wyruszyć na niepewne, aby na nowo układać sobie życie, długo nie wiadomo. Tym bardziej, że to nowe życie tam, w nowym kraju, w Niemczech, wcale nie będzie łatwe. Czeka ją ciężka praca, samotność, przynajmniej na początku. Niemal przez całą powieść zadawałam sobie pytanie - dlaczego to zrobiła? Dlaczego zostawiła męża i przede wszystkim dzieci? Przecież w tych okolicznościach nie mógł to być byle jaki powód. Dopiero prawie na końcu, kiedy trochę lepiej poznajemy jej historię, możemy domyślić się odpowiedzi. Bo, tak jak często w tej powieści, odpowiedź nie zostanie udzielona wprost. 

Ale nie ona jest prawdziwą bohaterką tej książki. Jej losy poznamy w zaledwie trzech rozdziałach. Głównymi bohaterami są ci, którzy zostali, jej mąż, Kalman, i dwoje dzieci, starsza Kata i jej młodszy brat Isti. Kiedy matka wyjeżdża, ojciec postanawia opuścić wieś, w której mieszkali, i odtąd rozpoczyna się ich kilkuletnia wędrówka po kraju zakończona tragicznym zdarzeniem.  Tułają się od krewnego do krewnego, w jednym miejscu pozostają dłużej, w innym krócej. W jednym przyjęci zostają serdecznie, w innym są balastem. Jedno miejsce podoba im się bardziej, zwłaszcza dłuższy pobyt w wiosce nad Balatonem, innych nie lubią. 

Dlaczego Kalman decyduje się zostawić wszystko i ruszyć w drogę, w dodatku razem z dziećmi? Tego też nie wiemy na pewno. Bo tamta wieś przypominałaby mu o żonie, która go zostawiła? Bo miał w sobie gen wędrowca, o czym też dowiemy się znacznie później, poznając okres jego młodości? 

Wtedy nie wiedziałam, czy to życie przepływa obok niego, czy też to on prześlizguje się przez nie bez wysiłku. Zrywał więzi z innymi ludźmi, zacierał ślady, wyruszał z nami w podróże, których i tak nikt nie mógł śledzić, ani nas znaleźć, i nie wiem, czy teraz, kiedy o tym myślę, przeszkadza mi, że tak było, czy kiedykolwiek mi przeszkadzało.

O ile dla Kalmana ucieczka była wybawieniem, o tyle dla dzieci oznaczała pożegnanie ze wszystkim, co im znane. Nie dość, że straciły matkę, to jeszcze ojciec wyrwał je z ich środowiska, odebrał im dom, musiały zostawić ukochanego psa, babcię, która mieszkała w sąsiedniej wsi. Pogrążony w rozpaczy Kalman zajmuje się sobą, swoim cierpieniem. Dzieci są zdane na łaskę tych, głównie kobiet, u których się zatrzymują.

... zawarliśmy, nasz ojciec, Isti i ja, coś na kształt cichego porozumienia na życie, które w jakiś sposób jednak do nas należało. Nasz ojciec zabierał nas ze sobą, szukał dla nas domów, gdzie ktoś się o nas troszczył, a my z Istim nie pytaliśmy w zamian, kiedy wróci nasza matka albo kiedy do niej pojedziemy, nawet jeśli chcielibyśmy zapytać, ja z pewnością bardziej niż Isti. (...) Niewiele mieliśmy, o niewielu rzeczach mogliśmy powiedzieć, że je znamy, więc nie mogliśmy z nich zrezygnować. Nasze życie, choć od dawna było to tak mało, było jednak naszym życiem i nie chcieliśmy go stracić. Baliśmy się, że nawet ono mogłoby zniknąć, jeśli choć na chwilę machniemy na nie ręką.

Czytając opowieść Katy, miałam wrażenie, że z jednej strony cierpiały, tęskniły za mamą, zwłaszcza Isti, długo wierzyły, że wróci. Symbolem tej tęsknoty stają się pociągi - gdzie tylko mogą, chodzą na dworzec i uczą się na pamięć rozkładu jazdy. A z drugiej te lata upływały im beztrosko. W każdym miejscu jakoś umiały się odnaleźć i, co najważniejsze, codzienność czyniły niezwykłą. Biegały, miały dużą swobodę, poznawały nowych ludzi, a każdy z nich to osobna niezwykła opowieść. Ci bohaterowie są równie ważni jak Kata, Isti i Kalman. Tytuł każdego rozdziału to imię kolejnej bohaterki czy bohatera. Te lata zlewają się w jedno, czas płynie inaczej.

Nad jeziorem mieszkaliśmy długo, dłużej niż jedno lato, ale co to znaczy, co to znaczy dla naszego pojęcia czasu, przy naszej prędkości: długo? Nie wiem, może mi się tylko wydaje, że to było długo, bo jezioro było jedynym miejscem, gdzie nie chodziliśmy na dworzec, żeby sprawdzić godziny odjazdu pociągów.  

Ile czasu upłynęło między tym a naszym pierwszym latem nad jeziorem? Raczej lata niż miesiące, jeśli policzę, ile listów wysłała do nas babka.

Wszystko otoczone jest trochę baśniową, nierzeczywistą atmosferą. Bo tak po latach pamięta to Katy.

Chodziliśmy do szkoły, przestawaliśmy chodzić, odbieraliśmy książki, oddawaliśmy je, zapamiętywaliśmy drogi, drzwi, nazwiska, twarze, zapominaliśmy je, gdy tylko odjeżdżaliśmy.

Więc z jednej strony jest w tej powieści radość i beztroska dzieciństwa, a z drugiej ta książka jest przejmująco smutna. Bo dużo tu tęsknoty, samotności, niespełnionych miłości i straty. I nie dotyczy to tylko głównych bohaterek i bohaterów. Właściwie każda postać w tej powieści, a już zwłaszcza kobieta, doświadcza tych uczuć. Wszyscy oni są samotni w swoim cierpieniu, każdy zamyka się w swoim kokonie, a szczególnie samotne są dzieci. I chociaż powieść związana jest z rokiem 1956, rokiem węgierskiej nadziei i rewolucji, to ich nieszczęście nie wiąże się z polityką. To, co się wydarzyło, staje się tylko zapalnikiem, daje niektórym okazję, aby uciec, bo po tragicznym obaleniu rewolucji państwa Zachodu, jak to w takich sytuacjach bywa, przyjmowały węgierskich uchodźców.

Pozostaje jeszcze pytanie o tytułowego pływaka. Kim jest? Pływać lubi ojciec, potem także Isti, nad Balatonem spędzili swój najlepszy czas, tam im się najbardziej podobało. Pływanie to lekkość, swoboda, ucieczka, monotonne ruchy pozwalają zapomnieć o przykrej codzienności. Ale woda może być niebezpieczna.

Bardzo mi się ta książka podobała. Za jakiś czas wypożyczę sobie jeszcze jedną powieść Zsuzsy Bánk. 

Piotr Siemion "Bella, ciao"

Powieść Piotra Siemiona "Bella, ciao" (Filtry 2022) szła jak burza

przez  światek czytających, a kulminacja następuje teraz - pojawia się w różnych podsumowaniach, których wysyp następuje wraz z kończącym się rokiem. Przyznam, że nie zamierzałam po nią sięgać, bo ani nie znam żadnej z wcześniejszych książek autora (cóż to za argument), ani niespecjalnie interesowała mnie tematyka, a może bardziej gatunek - dystopia, postapo, mniejsza o nazwę, wiadomo, w czym rzecz. Ale jakąż perswazyjną moc może mieć rozmowa z autorem odsłuchana w jednym z podcastów! To nie jest oczywiście tak, że sięgam po każdą książkę, o jakiej opowiada pisarz, ale czasem się zdarza. Tak było w tym wypadku. Nagle poczułam, że chcę tę powieść przeczytać, choćby z czystej ciekawości, czy rzeczywiście taka znakomita.

To awanturnicza historia osadzona w postapokaliptycznym świecie. Świecie nienazwanym dokładnie, przypominającym trochę ten po drugiej wojnie, ale nie jeden do jednego. Są Polacy, są Niemcy, są Rosjanie, są nowe granice, nowe nazwy starych miast, niedokładnie jeszcze wiadomo jakie, są przesiedleńcy, czasem nazywani bieżeńcami, uciekinierzy, jest nowa, ludowa, władza, i są jej przeciwnicy. Jest wreszcie zniszczony, zrujnowany świat. Po lasach błąkają się dzikie niemieckie dzieci, ocaleńcy z zagłady miasteczka, jej jedyni świadkowie. Wojna już się skończyła, ale to nie oznacza końca horroru. Nie wiadomo, komu można zaufać, człowiek człowiekowi wilkiem. Niebezpieczni są rosyjscy żołnierze, zwani tutaj jegrami, którzy wracają na wschód do siebie, grabiąc miasteczka, w których zatrzymuje się wiozący ich pociąg, i oczywiście traktując napotkane kobiety jak wojenny łup. Postój oznacza pohulankę, jak mówi ich dowódca, zachęcając do nieskrępowanej zabawy. Bezwzględni wobec swoich wrogów są przedstawiciele ludowej władzy, którzy jakoś próbują ogarnąć ten apokaliptyczny chaos, ale naprawdę są wobec niego bezradni. Z napotkanymi po drodze przeciwnikami nie patyczkuje się siedmioosobowa drużyna, która przemierza ten świat pod wodzą pułkownika Tyńskiego. Zbieranina, każdy z innej parafii, wśród nich jedna dziewczyna, Spinka. Nie mniej bezwzględna niż oni, a może nawet bardziej. Na rozkaz pułkownika, z którym łączy ją dziwna trochę miłosna, trochę nienawistna, trochę ojcowska relacja, zabija bez skrupułów. Czy przypomina wojowniczkę z komiksu albo gry komputerowej? Może. Przyznam, że słaba jestem w tego typu popkulturowych tropach. Idą na północny zachód, nad morze, gdzie mają jakąś tajemniczą misję do spełnienia. Jaką? Wie tylko pułkownik. Kim są? Partyzantami? Żołnierzami wyklętymi? Na pewno ludźmi, którzy stracili wszystko i nie mają dokąd wracać.

Idzie ich siedmioro, przez kraj bez map, przez bezmiar. Wokół mają bezpański świat - skrwawione prześcieradło ziemi, całun o świcie. Nie królestwo zgody, lecz zdeptane boisko milenium. Nowa ziemia wyłania się przed nimi z niebieskiego oparu (...) Są przemytnikami, co ze starej ziemi unieśli jedynie szelest krwi, spółgłoski pospolitej mowy polskiej, rozwiewane po niebie przedzimia.

Ten cytat nie tylko wprowadza w klimat powieści, wyznacza ramy tego postapokaliptycznego świata, daje także próbkę językowej wirtuozerii autora. Ale jeśli ktoś, kto czyta te słowa, obawia się, że zwiastuje nadęte nudziarstwo, przerost formy nad treścią, to pragnę zapewnić, że jest w błędzie. Bo ten kunsztowny język znakomicie łączy się z trzymającą w napięciu akcją. Bohaterowie mają do wykonania zadanie, muszą przedostać się na wyższy lewel, a za każdym rogiem, a właściwie krzakiem, czyha na nich przeciwnik. Albo oni, albo on. Nieprzypadkowo użyłam tu słowa lewel, bo wędrówka tych siedmiorga zabijaków przypomina akcję komputerowej gry. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo, muszę wyznać, że nigdy nie złapałam bakcyla - nie gram. 

Tu zrobię skok w bok w kierunku znakomitego "Internatu" Serhija Żadana, którego kompozycję również przyrównywano do gry. Skojarzenie powieści  Siemiona z powieścią  Żadana przyszło mi na myśl w czasie pisania. I tu muszę przyznać, że "Internat" to jednak książka o niebo lepsza, po prostu wybitna. Pisana na serio, osadzona w konkretnym czasie i miejscu. Jej bohater, człowiek przeciętny, ceniący święty spokój, rośnie w ciągu tych kilku dni. Zyskuje sprawczość, świadomość, staje się za kogoś odpowiedzialny. A ja mu kibicowałam, tak bardzo nie chciałam, aby zginął! Głęboko, z trzewi współczułam też tym wszystkim ludziom zaskoczonym przez wojnę, zdezorientowanym, zrozpaczonym, których spotyka w czasie swojej wędrówki-misji. Powieść Siemiona nie ma tej powagi, jest przesycona ironią. Chociaż odpowiada mi jej klimat, chociaż nie mogłam się od niej oderwać, to nie potrafiłam na serio przejąć się losami głównych bohaterów, którzy poza pułkownikiem i Spinką przypominają figury w grze.  Jeśli kogoś było mi żal to Naty, tego bezimiennego tłumu zgromadzonego na dworcu kolejowym, szwedzkiego lekarza, chociaż to w gruncie rzeczy niezły drań, dzikiego dziecka z lasu. A tych siedmioro traktowałam tak, jak traktuje się postaci z powieści przygodowej. Chociaż trzeba przyznać, że autor łamie jej schemat, ale w jaki sposób, tego nie mogę zdradzić.

Mimo przygodowej konwencji "Bella, ciao" jest według mnie powieścią pesymistyczną. W tym zniszczonym, ogarniętym chaosem świecie nie ma nadziei, nie ma żadnej stałej, nie ma punktu zaczepienia. Nie wiadomo, co dalej, a może wiadomo - wielkie nic, wieczna płynność i chaos. Nawet jeśli pojawiają się przebłyski nadziei, też nie chcę zdradzać jakie, to i tak raczej nic z tego. Gdzieś za morzem jest wprawdzie nietknięty wojną świat, ale pilnie strzeżony. Nikt tu nie jest jednoznacznie dobry. No może Nata, niemiecka dziewczyna, która w nieoczekiwany sposób dołącza do tych siedmiorga. Trzeba jednak przyznać, że bywa też odwrotnie - ci źli noszą w sobie jakiś zalążek dobra, czasem nawet więcej niż zalążek. To wojna sprawiła, że stali się bezwzględni, niewrażliwi, że gwałcą, kradną, zabijają.

W słowie odautorskim Piotr Siemion wymienia nazwiska pisarzy, którzy go świadomie lub nieświadomie zainspirowali. Lista jest dość spora i godna. Same tuzy. Przyznam, że mnie onieśmieliła, bo nijak nie widzę tych literackich nawiązań i aluzji, no może poza jedną. To rosyjscy żołnierze, jeden kanalia, drugi jednak w głębi duszy porządny człowiek unurzany w bagnie wojny. Trochę jak u Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Czy moje rozpoznanie jest trafne? Czytając powieść, miałam za to inne skojarzenie. Chodzi o stodołę z Jedwabnego. W powieści Siemiona jest scena, która stanowi jej odwrotność. Wprawdzie nie ma stodoły, tylko hala dworcowa, nie ma Żydów, są Niemcy i Polacy, których chcą w akcie zemsty spalić Rosjanie. Aby ich ocalić, na moment zjednoczą się skonfliktowani ze sobą Polacy, odwieczni wrogowie. Jakby autor chciał zmazać tamtą jedwabieńską winę - o ile to dobry trop. Czy im się uda? No i co dalej? Co stanie się z tymi ludźmi, jeśli ich nawet ocalą? Jaka przyszłość ich czeka w tym zrujnowanym świecie?

"Bella, ciao" jest rzeczywiście powieścią bardzo dobrą, która jakoś się  we mnie osadziła, ale czy aż tak znakomitą, jak zewsząd słyszę? Może zgodziłabym się z tym stwierdzeniem, gdybym potrafiła odczytać te wszystkie literackie powinowactwa, które autor w niej zaszył. Ponieważ nie potrafię, to czegoś mi jednak brakuje. Ale polecam.

Serhij Żadan "Depeche Mode"

Jako wielka miłośniczka prozy Serhija Żadana z wielką radością

przyjęłam wiadomość, że Czarne wznowi trzy pierwsze jego książki już od dawna niedostępne. Właśnie niedawno ukazała się pierwsza - powieść "Depeche Mode" (Czarne 2022; przełożył Michał Petryk). Swoją znajomość z Żadanem zaczęłam od zbioru opowiadań "Mezopotamia" i wpadłam po uszy. Potem poszłam za ciosem i przeczytałam powieść  "Woroszyłowgrad", bo tylko ona była dostępna, a wreszcie genialny "Internat", o początkach wojny w Donbasie w roku 2014. Jak na ich tle wypada "Depeche Mode"? Na pewno w moim prywatnym zestawieniu ta powieść znajdzie się na czwartym miejscu, a właściwie na trzecim, bo pierwsze ex aequo zajmują "Mezopotamia" i "Internat". Jeśli ktoś chce dopiero zacząć swoją przygodę z prozą ukraińskiego pisarza, niech raczej w pierwszej kolejności sięgnie po jedną z tych dwóch. Jeśli zacznie od wznowionego "Depeche Mode", nie wykluczam, że może się zniechęcić. To wszystko nie oznacza, że żałuję lektury, przeciwnie - przeczytałam z zainteresowaniem, chociaż to nie do końca moja estetyka i moi bohaterowie. Konsekwentnie też zamierzam przeczytać dwie następne wznawiane książki Żadana (lipiec, sierpień) i bardzo ich jestem ciekawa. 

Głównymi bohaterami powieści, której akcja rozgrywa się w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku głównie w Charkowie, są  trzej studenci mieszkający, jak się można domyślić, w tym samym akademiku. To narrator Żadan, Wasia Komunista i Sobaka Pawłow. Pojawia się też Kakao i kilku innych, i ,w epizodzie, tylko jedna dziewczyna, Marusia, za to o silnym charakterze. Już ksywki bohaterów pozwalają się domyślać, jaka jest ta powieść. Streszczenie akcji można właściwie sprowadzić do jednego zdania - po trzech (tak, trzech) wstępach, w których poznajemy najważniejsze dramatis personae, wszystko sprowadza się do tego, że bohaterowie wyruszają na poszukiwania swojego kolegi z akademika, Karbunatora, żeby przekazać mu wiadomość o śmiertelnym wypadku i pogrzebie jego ojczyma. Ale oczywiście powiedzieć tyle, to nic nie powiedzieć. Bo istotą tej powieści jest chaos. Na swojej drodze spotykają dziwne postacie i wpadają w wir odjechanych historii jak ze snu. A to trafią do nieczynnej fabryki, a to do romskiej dzielnicy, a to do mieszkania Marusi, żeby sprzedać jej popiersie Mołotowa wyniesione ze wspomnianej fabryki, a to do młodego biznesmena całkiem świeżej daty, po drodze będą mieli do czynienia z dobrodusznym gliną. Wszystko to wydaje się właśnie dziwne, nieprawdopodobne, miałam wrażenie, że ich życiem rządzi przypadek, że są jak trzcinka na wietrze - zatrzymają się to tu, to tam, pójdą z kimś gdzieś, wdadzą się w jakiś szemrany interes, zagubią, ale na koniec jakoś się odnajdą i spadną jak kot na cztery łapy. To wszystko podlane jest jeszcze morzem alkoholu - chlanie, a właściwie chlańsko, bo takiego słowa używają, wydaje się być treścią życia bohaterów - zasnute dymem jointów i pogrążone w absurdalnych rozmowach, jakie bezustannie między sobą toczą. Rozmowach, które są źródłem humoru, bo powieść miejscami jest po prostu śmieszna. Wszystko to razem sprawia wrażenie absurdu. Takie prowadzenie akcji przypomina mi przede wszystkim "Woroszyłowgrad", a trochę nawet "Internat", bo jego bohater też jest w drodze. Tyle że w tej ostatniej powieści przyczyną chaosu i poczucia absurdu jest wojna.

Równie surrealistyczna, nieprzyjazna i robiąca wrażenie brzydkiej jest sceneria, w jakiej rozgrywają się wydarzenia. Opuszczona fabryka, zaniedbana romska dzielnica, odrapany komisariat, dworce kolejowe, przecinające miasto tory tramwajowe, garaże, podwórka, obskurny akademik. Tylko duże mieszkanie w kamienicy należące do młodego świeżej daty biznesmena wydaje się narratorowi przyjazne, bo jest jakoś zakorzenione w dostatniej mieszczańskiej przeszłości. Mogłoby być ostoją w płynnym, chaotycznym świecie. Bo taka właśnie jest rzeczywistość, w której żyją bohaterowie. Jeszcze stare się na dobre nie skończyło, a nowe się dopiero kształtuje. Jedni wciąż wierzą w sprawę robotniczą i sprawiedliwość społeczną, a wokół raczkuje drapieżny biznes, dzieci dawnych aparatczyków są dobrze ustawione, a innym wiatr w oczy, pojawia się amerykański kaznodzieja, stara, dobra wóda ma się dobrze, ale można też zapalić jointa, a w radiu posłuchać Depeche Mode. Co się z tego wyłoni? Jak odnaleźć się w tym świecie, kiedy ma się dziewiętnaście lat? Narrator raczej nie ma złudzeń.

(...) wszystko to się niczym dobrym nie skończy, po prostu dlatego, że ja sobie nie mogę wyobrazić niczego dobrego tam, przed nami, tam po prostu nie może być niczego dobrego, dlatego że tego dobrego nie było wcześniej, to dlaczego miałoby się pojawić w przyszłości (...), dlaczego?

Kiedy obserwuje ślimaka myśli sobie:

(...) zmęczony, wymięty przez depresję ślimak (...) zaczyna odpełzać na zachód - na druga stronę peronu. Myślę nawet, że tej drogi starczy mu na całe życie.

Podobnie pesymistyczny jest inny z bohaterów. Tak tłumaczy, dlaczego nie będzie chciał mieć dzieci:

- (...) Tylko nie dzieci.

- Dlaczego?

Nie wiem - mówi - nie wiem. Nie chcę, żeby to wszystko widziały, rozumiesz?

- No, ty przecież to wszystko widziałeś.

- No i i właśnie dlatego nie chcę. (...) 

No cóż, czas pokazał, że jest nawet trudniej niż wtedy myśleli. 

Oscar Martinez "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą"

Każda książka ma swój czas. "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo

nie obchodzą" (Post Factum 2019; przełożył Tomasz Pindel) przeleżała w moim czytniku ponad dwa lata. Z nowości stała się zaległością, a potem było jak zwykle - co jakiś czas przypominałam sobie o niej, ale zawsze pojawiały się pilniejsze lektury albo nie miałam nastroju na ten reportaż opowiadający o przerażających sprawach. No cóż, teraz kończyłam ją w momencie wybitnie niesprzyjającym. A przypomniałam sobie o niej, kiedy czytałam książkę "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli. Dlaczego? Bo obie dotykają podobnego tematu. Powieść opowiada między innymi o dzieciach z Ameryki Środkowej, które bez dorosłych przemierzają Meksyk, aby spróbować dostać się do wymarzonego amerykańskiego raju, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Reportaż Oscara Martineza pokazuje problem szerzej - to historie dorosłych emigrantów z tej samej części kontynentu, którzy również wędrują przez Meksyk w tym samym celu. Książka powstawała pod koniec pierwszej dekady naszego wieku, w Polsce została wydana dziesięć lat później. Zastanawiałam się, czy od tamtej pory coś się zmieniło. Czy jest lepiej? Ze wstępu, który napisał autor do polskiego wydania, wynika, że nie.   

Martinez przez trzy lata aktywnie zbierał materiały do swojej książki. Aktywnie oznacza w tym wypadku, że nie tylko spotykał się z uciekinierami, z ludźmi, którzy im pomagają, przedstawicielami lokalnych władz, policjantami, a wreszcie tymi, którzy robią biznes na ludzkim nieszczęściu, ale także przemierzał tę samą trasę, którą przemierzają oni. Wędrował z nimi przez dzikie ostępy, unikając posterunków policji, wskakiwał na pociąg - osławioną Bestię, jechał na jej dachu, a potem szukał miejsc, w których można przekroczyć mur oddzielający Meksyk od Stanów. Nie posmakował tylko tej ostatniej próby - przejścia na drugą stronę granicy i ryzykownego ostatniego etapu wędrówki najczęściej przez pustynię strzeżoną na okrągło przez amerykańską straż graniczną wspomaganą najnowszymi wynalazkami techniki wykrywającymi każdy ruch.

Droga, jaką przebywają przez Meksyk migranci z najniebezpieczniejszych krajów kontynentu amerykańskiego, a może i świata, z Hondurasu, Salwadoru, Gwatemali i Nikaragui, to droga przez mękę, a na jej końcu sukces jest bardzo niepewny. Przekroczenie muru, który w tamtych czasach nie w każdym miejscu był murem w dosłownym sensie tego słowa, bardziej zaporą, jest niemal niemożliwe. Ale nawet jeśli się uda, to nie oznacza jeszcze sukcesu. Bo potem trzeba wędrować kilka dni przez pustynię albo kamieniste wzgórza, a u celu można zostać złapanym na szosie, kiedy czeka się na umówioną podwózkę. Niektórzy próbują drogi wpław przez rzekę - słynną Rio Bravo. Tam przecież nie ma muru. Są za to śmiertelnie niebezpieczne wiry i amerykańscy pogranicznicy czający się w krzakach na drugim  brzegu. A ponieważ w Stanach ci, którym się ta sztuka w końcu udała,  i tak przebywają nielegalnie, stale narażeni są na to, że wpadną i zostaną deportowani. W czasie swoich peregrynacji Martinez rozmawia także z takimi, których to spotkało. Ale zanim dotrą do upragnionej granicy, zanim ich marzenia rozbiją się w proch w zetknięciu z murem, to oczywiście dotyczy nowicjuszy, czeka ich gehenna. Wędrują najczęściej w kilkuosobowych grupach, sami albo płacą przewodnikom, coyotes i pollero. Część drogi przebywają pieszo, część busami, potem najczęściej decydują się na podróż na dachu osławionej Bestii, czyli pociągu towarowego przemierzającego Meksyk. Na każdym etapie tej drogi narażeni są na liczne niebezpieczeństwa - napady, kradzieże, porwania dla okupu, oszustwa nieuczciwych przewodników, a kobiety oczywiście dodatkowo na gwałty i uprowadzenie do burdelu. Ruszając, muszą to ryzyko wkalkulować. Dodatkowe zagrożenie stanowi oczywiście policja, która może deportować do granicy. Śmiertelnym niebezpieczeństwem jest też podróż Bestią. Można wpaść pod jej koła, wskakując na wagon, usnąć na dachu i stoczyć się na ziemię, zmarznąć na kość nocą albo prażyć się w upale w dzień, wreszcie zostać napadniętym. Zatrzymania pociągu i okradanie podróżnych na gapę to chleb powszedni. A na końcu, jeśli się uda, i tak czeka rozczarowanie, o czym już wspominałam. To wszystko przypomina jakąś upiorną grę. Większość przebywa tę straszną drogę wielokrotnie. Dlaczego? Bo tam, skąd uciekają jest jeszcze gorzej. Tam nie da się żyć. Tu przytoczę przywołane we wstępie przez autora słowa jednego z księży  prowadzących schronisko dla migrantów: Skoro są gotowi przechodzić przez to wszystko, to jak wygląda to, przed czym uciekają?

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych zeszłego wieku droga przez Meksyk nie roiła się od niebezpieczeństw. Bez trudu dało się ją przebyć, a potem przekroczyć amerykańską granicę. Problem zaczął się wtedy, kiedy głowę podniosły narkotykowe kartele. To one konkurują z migrantami o przejście przez granicę, a jakby mało miały pieniędzy, zarabiają i na nich. To dla narkotykowych bossów pracują drobni przestępcy napadający na wędrowców. To oni korumpują policję, która działa z nimi ręka w rękę. To ze strachu przed nimi panuje zmowa milczenia. To im opłacają się coyotes i pollero. To oni sprawili, że panuje bezprawie. To z ich powodu powstał mur, a amerykańska straż graniczna uzbroiła się po zęby i strzeże granicy.

Oscar Martinez opowiada o problemie, ale towarzyszy też ludziom, którzy są w drodze. Rozmawia z nimi w schroniskach, odbywa  jakiś etap podróży, a po rozstaniu dzwoni, dopytując, co się z nimi dzieje. Często po jakimś czasie słyszy głuchą ciszę w telefonie. Co robią? Gdzie są? Czy żyją?

Wojna za naszą granicą sprawiła, że zapomnieliśmy o innych stronach świata, gdzie też cierpią ludzie. Autor pisze, że ta wędrówka ludów z Ameryki Środkowej do Stanów to jedno z najbardziej masowych zjawisk migracyjnych świata. Co roku próbuje tej sztuki około dwieście tysięcy zdesperowanych ludzi. Pamiętajmy i o nich.  

Therese Bohman "Ta druga"

Już od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy nie sięgnąć po jedną z

dwóch, teraz już trzech, wydanych w Polsce książek szwedzkiej pisarki Therese Bohman, bo tematyka, jaką porusza, bardzo mnie interesuje. Gwarancją jakości mogło być ambitne, ciekawe wydawnictwo, Pauza, i znakomita tłumaczka, Justyna Czechowska. Z drugiej strony nasze gusty mogły się przecież rozminąć i nie jest tak, że każda książka wydana przez Pauzę zbiera znakomite recenzje. Ja na razie na razie nie zawiodłam się na żadnej z kilku wydanych przez nią tytułów, które przeczytałam, no ale zawsze może być to pierwsze rozczarowanie. Do znudzenia powtarzam - naprawdę szkoda mi czasu na niewypały. Dlatego, jak zwykle w takich wypadkach, podchodziłam do twórczości Therese Bohman jak pies do jeża. Ostatecznie zdecydował fakt, że wywiad z autorką znalazł się w najnowszej książce Katarzyny Tubylewicz "Samotny jak Szwed". Takimi to pokrętnymi drogami czasem podążam, zanim sięgnę po nową powieść autorki czy autora, których nie znam.

Mój wybór padł na "Tę drugą" (2020), ale zadecydował przypadek - promocja. Teraz już wiem, że było warto i na pewno przeczytam dwie następne, "Po zmierzchu" (właśnie skończyłam) i świeżo wydaną - "Utonęła". Połknęłam "Tę drugą" jednym tchem, a, co ciekawe, zrobiłam bardzo dużo notatek. Zwykle coś sobie zapisuję, kiedy czytam literaturę faktu, znacznie rzadziej w trakcie lektury beletrystyki, a chyba nigdy tak dużo. Bo to powieść, która każe myśleć, powieść, która dyskutuje z rzeczywistością, która prowokuje. Takie zresztą są inne książki wydane przez Pauzę, które przeczytałam - "Koniec z Eddym" i "Historia przemocy" Edouarda Louisa i "Dziennik upadku" Michela Lauba

Temat może wydać się banalny - historia romansu żonatego mężczyzny z singielką. Dalej kolejne banały - spora różnica wieku, on koło pięćdziesiątki, ona nie przekroczyła jeszcze trzydziestki. No i przepaść majątkowa oraz społeczna. On ceniony lekarz, ordynator oddziału szpitalnego. Dobrze sytuowany, mieszkaniec pięknych dzielnic. Wiadomo, jaki styl życia za tym stoi. Perfekcyjna rodzina jak z obrazka. Ona, samotna, bez żadnego zaplecza kulturowego. I to jest jej największym problemem. Nie status materialny, w jej rodzinie żyło się skromnie, ale przecież nie biednie. Bohaterka, zarazem narratorka, buntuje się przeciwko takiemu stereotypowemu postrzeganiu klasy społecznej, z jakiej pochodzi. Jej rodzice to nie prekariat, nie patologia, pracowali i było ich stać na przykład na wakacje. Wprawdzie nie zagraniczne, ale przecież przyjemne. Jej największym problemem jest właśnie brak  tego backgroundu, jaki mają zapewnione dzieci Carla, jej kochanka. Chociaż wszyscy chodzili do tych samych szkół, to trudno nadrobić to, co miały one - dużą, domową bibliotekę, wizyty w kinie, teatrze, na koncertach i wystawach. Jej nikt tego na tacy nie dał, do tego aspiruje. Czyta i marzy o tym, aby pisać. Przerwała studia i chwilowo pracuje w szpitalnej stołówce, głównie na zmywaku, aby w następnym roku akademickim wrócić na uczelnię. Denerwuje ją ich przywilej zblazowanej klasy średniej, przed którą wszystko stoi otworem. Denerwuje, ale wydaje mi się, że trochę im go zazdrości. Chciałaby się znaleźć w ich świecie i może nawet niekoniecznie na swoich warunkach?

Bohaterka nie pasuje do żadnego środowiska, do żadnej bańki. W każdym obozie jestem zdrajcą - stwierdza. Z rodziną nie utrzymuje kontaktu, czytelnik nie dowie się dlaczego, studenci, zwłaszcza ci z dobrych domów, traktują ją z góry. Zastanawia się, czy mieli kiedyś prawdziwą pracę, pracę będącą alternatywą dla skoku w przepaść. Denerwuje ją ich pewność siebie, z jaką przywłaszczają sobie świat.  Do koleżanek z pracy też już nie przystaje, nie ma z nimi wspólnego języka, bo studiowała, bo czyta książki i pisze eseje dla przyjemności. Nigdzie się nie mieści także dlatego, że łamie stereotypy. W pracy buntuje się przeciwko wizji kobiety harującej na zmywaku - zaniedbanej, ubranej w szpitalne, służbowe, bezkształtne ciuchy. I chociaż rzeczywiście ta praca jest wyjątkowo niewdzięczna, narratorka nie żałuje opisów zaschniętych resztek jedzenia, pleśni, której nie sposób zwalczyć nawet w czystym szwedzkim szpitalu, potu, wilgoci, obolałych, opuchniętych nóg i innych tego typu szczegółów, ale jednocześnie stara się przełamać stereotyp, walczyć o swoją kobiecość - stąd elegancka bielizna, jaka prześwituje spod bezkształtnych ciuchów, stąd kokieteryjnie wystawione ramiączko stanika. To kolejna kontra - na przekór swoim koleżankom ze studiów, feministkom, ona chce być kobieca, chce mieć romans z żonatym facetem. Chce spełniać zachcianki swojego kochanka. Nie czuje się lojalna wobec kobiet, nie czuje siostrzeństwa z żoną Carla. Czy także dlatego, że dzieli je różnica społecznej klasy? Jako feministka jestem porażką. Niespecjalnie też umiem być zwyczajną kobietą (...) W innym miejscu stwierdza To największy zawód wobec siostrzeństwa - poczucie, że się go nie potrzebuje. Czasem pisze, ironicznie, kąśliwie i dowcipnie, że czuje się, jakby codziennie stawała przed kobiecym trybunałem, ale nic ją to nie obchodzi. Kiedy koleżanka ze studiów, feministka, krytykując jej związek z Carlem, wytyka różnicę wieku, ona punktuje ją bardzo trafnie - gdybym miała romans ze starszą od siebie kobietą, mówi, na pewno trzymałabyś za nas kciuki. Wykrzyczy jej, że dostosowuje swoje życie do teorii poznanych na kursach akademickich, że podąża za modnymi prądami. Koledze zarzuci, że chociaż taki nowoczesny, taki świadomy seksualnego wyzwolenia kobiet, jednocześnie sam nie chciałby wyzwolonej dziewczyny. 

Rozrywając granice baniek, narratorka płaci za to samotnością. Związek z Carlem też nie przynosi jej szczęścia. Popełnia klasyczne błędy kochanki, która łudzi się, że on odejdzie od żony i dzieci, aby z nią stworzyć nowy związek. Szybko odczuwa cierpienia związane z byciem tą drugą - zawsze musi ustąpić miejsca jego rodzinie, to ich sprawy są ważniejsze. Zawiedziona spędza samotne wieczory, kiedy on w ostatniej chwili odwołał swoją wizytę. Zagłuszając samotność, nie tylko tę z powodu kochanka, wędruje wieczorami po mieście, przygląda się ulicom, domom, placom, zagląda ludziom w okna i rozmyśla. Jest współczesną flanerką. Kim byli flanerzy, warto sprawdzić tu

Można różnie oceniać bohaterkę. Wiele jej spostrzeżeń wydało mi się bardzo trafnych, cennych i ważnych. Podoba mi się jej bunt, myślenie pod prąd. Czasem jednak drażniła mnie swoją deklaratywnością, naiwnością, pewnością siebie. Bo chociaż z jednej strony czuje się gorsza, jednocześnie pławi się w poczuciu wyższości. No i irytowała mnie jej uległość wobec Carla, powielanie klasycznych błędów. Oczywiście łatwo powiedzieć, ale kto chociaż raz nie był szaleńczo zakochany, niech milczy, bo nie wie, o czym mowa. Gdzie zaprowadzi ją taka postawa? Jest naiwna i egzaltowana? Czy mądra, przenikliwa i oryginalna?

Bardzo podobała mi się książka Therese Bohman. Lubię ją za bohaterkę i za wsadzanie kija w liczne mrowiska (to nie wszystkie, obrywa się też na przykład czytelnikom i pewnemu typowi literatury). Bo jest to także książka o opresji, jakiej podlegamy, myśląc i postępując stadnie, podążając za intelektualnymi modami, o jednomyśleniu i braku krytycyzmu. Wreszcie lubię "Tę drugą" za opis świata, stwarzanie tła - zmysłowe, skupione na detalach opisy miasta, mieszkań, knajp i wszystkich miejsc, w których bywa bohaterka. 

Katarzyna Mirgos "Gure. Historie z Kraju Basków"

Nie wiem, skąd mi się wzięła fascynacja Krajem Basków. Czy od

Hemingwaya? Jego powieści "Słońce też wschodzi", której akcja dzieje się częściowo w Pampelunie? Z tym że Pampeluna to Nawarra, część Kraju Basków, ale tego historycznego. Czy dlatego, że Baskowie tak uparcie, nie patrząc na koszty, próbowali wyszarpać sobie autonomię, a nawet niepodległość? Że to takie romantyczne? Dziś patrzę na to inaczej. Nie ma nic gorszego niż nacjonalizmy, marzy mi się świat bez granic, w którym swobodnie mieszają się różne nacje. Wiem, wiem, naiwne i idealistyczne. Potem gdzieś przeczytałam, że San Sebastian to najpiękniejsze miasto, jakie widziała osoba, która napisała te słowa. Marzyłam o podróży do Kraju Basków, ale długo wydawało mi się, że jest tam nadal niebezpiecznie. Aż w końcu kilka lat temu zdecydowałam się pojechać - byłam i w San Sebastian, i w Pampelunie, i nawet w Bilbao, i jeszcze w kilku innych mniejszych miejscowościach. Wróciłam zachwycona, ta podróż żyje we mnie do dziś. San Sebastian jest rzeczywiście piękne, także dzięki niezwykłemu położeniu. Potem przeczytałam dwie bardzo dobre baskijskie powieści, "Patrię" Fernando Aramburu i "Samotnego mężczyznę" Bernardo Atxagi. Nic dziwnego, że kiedy Czarne wydało w swojej serii Sulina książkę Katarzyny Mirgos "Gure. Historie z Kraju Basków" (2020), koniecznie musiałam ją przeczytać.

Autorka świetnie zna materię, o jakiej pisze. Włada językiem baskijskim, wielokrotnie bywała w Kraju Basków - najpierw w podróży, a potem na stypendiach czy u przyjaciół. Ze zdumieniem przeczytałam, że przestała dziwić się temu, iż nie tylko jej studenci, ale w ogóle Polacy, nic nie wiedzą o Kraju Basków. Naiwnie zakładałam, że skoro ja się interesuję, to podstawowa wiedza jest dostępna każdemu. Okazuje się, że nie. Dlatego trzeba sięgnąć po tę książkę. Mnie sprawiła ogromną przyjemność. Także dlatego, że przypominałam sobie moją podróż sprzed kilku lat. Teraz, kiedy siedzimy zamknięci i o wyjeździe możemy tylko pomarzyć, taka literacka wycieczka jest tym bardziej cenna. Jak puzzle składałam sobie różne wspomnienia, których ślady odnalazłam w książce Katarzyny Mirgos. Napisy na murach To nie Hiszpania, to Kraj Basków, trwające kilka dni święto w San Sebastian, kubek w kubek takie, o jakich pisze autorka. Regaty żeglarskie. Dwujęzyczne napisy. Miasto wytapetowane ręcznej roboty plakatami w języku angielskim informującymi turystów o tym, że więźniowie polityczni odbywają kary w miejscowościach oddalonych setki kilometrów od domu. Pojawiały się na murach każdego popołudnia, rano już ich nie było. Zielone góry i morze. Ale oprócz ożywienia przyjemnych wspomnień książka dostarczyła mi wielu nowych wiadomości, bo przecież jedna podróż i dwie powieści, mimo że bardzo dobre, nie wystarczą.

O czym pisze Katarzyna Mirgos? O stosunku do języka baskijskiego. Kiedyś uważany za język wsi, bo to wieś i tradycyjne baskijskie gospodarstwo były ostoją baskijskości. Dlatego miastowi i ludzie, którzy mieli ambicję kształcić swoje dzieci, baskijskiego się wstydzili. Doskonale znamy takie zjawisko z polskiego podwórka - podobny był los śląskiej gwary (albo języka) czy białoruskiego, którym posługiwano się na Podlasiu. Dziś sytuacja się zmienia. Taki sam proces zaszedł w Kraju Basków - rozmaite stowarzyszenia i instytucje wykonały ogromną pracę, aby baskijski spopularyzować, uczynić obiektem pożądania, sprawić, aby stał się językiem, w którym możliwe jest uprawianie kultury. Dlatego baskijskiego uczyli się także Hiszpanie, którzy w Kraju Basków się osiedlili, a czasem nawet cudzoziemcy. Dziś stał się trochę ofiarą swojego sukcesu - bo skoro uczy się go w szkołach, to młodzi Baskowie traktują go jak obowiązek i między sobą mówią po hiszpańsku. Zagrożeniem jest także atrakcyjna popkultura w baskijskim nieobecna. No i nie zawsze Bask się z Baskiem dogada, bo oprócz języka oficjalnego, zestandaryzowanego batua, istnieją przecież dialekty. Dziś mieszkańcy Kraju Basków są z konieczności wielojęzyczni, mówią po baskijsku, ale hiszpański jest też niezbędny.

Bardzo ciekawie opowiada autorka o górach i o morzu, krajobrazach tak charakterystycznych dla tego regionu. Kiedy od drugiej połowy XIX wieku pod wpływem gwałtownej industrializacji, która spowodowała rozwój miast i napływ Hiszpanów szukających pracy w tutejszym przemyśle, Kraj Basków zaczął się zmieniać, wieś, tradycyjne gospodarstwo i góry stały się symbolem baskijskości. To w górach w czasie wędrówek można było swobodnie toczyć dyskusje o polityce, snuć marzenia o niepodległości. Do dziś wędrówki górskie są w tym rejonie niezwykle popularne, a Hiszpanie uważają je za typowo baskijskie. Z kolei morze było źródłem utrzymania. Rybacy wyruszali na połowy. Nie zawsze wracali szczęśliwie.

Pisząc o Kraju Basków, nie sposób uciec od polityki, dążeń do niepodległości i terrorystycznej działalności ETA. Autorka zauważa, jak skomplikowana jest to sytuacja. Co dla jednych stanowi przejaw patriotyzmu, poświęcenia, odwagi i działania w imię wyższych celów, dla drugich jest zbrodnią. Do dziś obok siebie żyją rodziny więźniów politycznych, byli członkowie ETA, którzy odbyli wieloletni wyrok i po powrocie zgotowano im huczne powitanie, oraz krewni ofiar, którzy zginęli w zamachach, zostali porwani i zamordowani, bo nie chcieli płacić haraczu na organizację. Szczególnie trudna była i nadal czasem jest sytuacja w małych miejscowościach. W dużych łatwiej się ukryć, bo miesza się w nich żywioł baskijski z hiszpańskim. O tym wszystkim dużo wiedziałam dzięki dwóm powieściom, o których wspominałam. Szczególnie "Patria" pokazuje wszystkie mechanizmy, o których pisze autorka. Uwikłanie, zastraszenie, milczenie, udawanie, że się nie widzi. W radiowej rozmowie, której słuchałam, Katarzyna Mirgos wypowiadała się o tej powieści nieco krytycznie, zarzucając jej schematyczność w przedstawieniu postaw bohaterów. Na mnie zrobiła wielkie wrażenie, bo świetnie pokazała mechanizmy rządzące małą społecznością, gdzie panuje zmowa milczenia.

To nie wszystkie tematy poruszane w "Gure". Jest też historia, na przykład tragiczny los Guerniki, baskijska mitologia, opowieść o pozycji kobiet, są wreszcie przemiany, jakie niesie napływ imigrantów, spotkania z ludźmi, no i pięknie opisane wędrówki po miastach i miasteczkach, jakie były udziałem autorki. Bardzo to wszystko ciekawe.

Jessica Bruder "Nomadland. W pogoni za pracą"

Kiedy tylko w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam reportaż

amerykańskiej dziennikarki Jessici Bruder "Nomadland. W pogoni za pracą" (Czarne 2020; przełożyła Martyna Tomczak), wiedziałam, że muszę go przeczytać. Jest znakomitym uzupełnieniem książki "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast" Matthew Desmonda. Obie pozycje to lektury obowiązkowe, bo pozwalają lepiej zrozumieć to, co dzieje się w Stanach. Dlaczego wyborcy w kraju uchodzącym za ostoję demokracji i światowe imperium, wybrali sobie na prezydenta kogoś takiego jak Trump i mimo kompromitującego stylu, w jakim odchodzi, nadal rzesza jego zwolenników przy nim trwa?

Jessica Bruder opowiada o zjawisku, o jakim w zasadzie nie miałam pojęcia, a już na pewno nie o jego skali. To historia ludzi, którzy dom zamienili na kamper i podróżują po kraju w poszukiwaniu dorywczej pracy. Być może brzmi to romantycznie i wielu z tych współczesnych amerykańskich nomadów dorabia do swojej decyzji taką otoczkę i wychwala wolność, jaką im ona przyniosła, ale najczęściej ich codzienność romantyczna bywa tylko czasami, kiedy na przykład spotykają się na organizowanych przez siebie zjazdach albo przez chwilę wieczorem, gdy, powiedzmy, podziwiają zachód słońca w jakimś ładnym miejscu, w którym zatrzymali się swoim kamperem. Codzienność niesie mnóstwo problemów, a przyszłość rysuje się mocno niepewnie. Ale moim zdaniem najgorszy chyba jest jednak brak perspektywy na zmianę sytuacji. Oni nie mają przed sobą innej drogi!

Wprowadzając w tematykę książki Jessici Bruder, celowo trochę upiększyłam rzeczywistość, a właściwie nie napisałam o kilku istotnych szczegółach. Po pierwsze w zdecydowanej większości przypadków ci ludzie nie dokonali takiego wyboru, bo taki mieli kaprys, ale zrobili to dlatego, że nie mieli innego wyjścia. Sytuacja ekonomiczna sprawiła, że nie byli w stanie utrzymać domu, nie stać ich było na wynajęcie mieszkania i przenosiny do domu na kółkach stały się koniecznością. Inną alternatywą być może była ulica, czyli bezdomność. Co ciekawe, oni sami nie nazywają siebie bezdomnymi, ale bezmiejscowymi. Po drugie napisałam, że zamienili dom na kamper. Tak, ale tylko nieliczni, ci, których na kamper i jego utrzymanie stać. Pozostali muszą zadowolić się przyczepą kempingową albo jakimkolwiek pojazdem, który da się przystosować do zamieszkania. Niektórzy zaczynali swoje życie nomady po prostu w swoim samochodzie albo nawet w namiocie. Po trzecie większość z nich to ... emeryci. Ludzie po sześćdziesiątce albo nawet po siedemdziesiątce. Co ich czeka, kiedy nie starczy im sił, aby pracować? Kiedy zachorują? Dlaczego znaleźli się w takiej sytuacji? Po kryzysie z 2008 roku oszczędności wyparowały, a emerytury mają tak marne, że nie tylko nie stać ich na utrzymanie domu, ale zmuszeni są do pracy i właśnie w poszukiwaniu tej pracy przemierzają Stany. Niektórym powinęła się noga i w takiej sytuacji znaleźli się na przykład w wyniku rozwodu. Zdarzają się wśród nomadów pary, a także, na szczęście rzadko, rodziny z dziećmi albo matka z dzieckiem. Jeśli, czytelniku tej notki, myślisz, że w takiej sytuacji znaleźli się ludzie, którzy wykonywali jakieś niskopłatne prace, to jesteś w błędzie. Oczywiście są i tacy, ale wielu z nich było dyrektorami, inżynierami, nauczycielami, jednym słowem pracowali w zawodach, które powinny zapewnić stabilną przyszłość. Wreszcie po czwarte praca, jaką wykonują. Najczęściej zajęcie znajdują w magazynach Amazona, w rolnictwie, na przykład przy zbiorach buraka cukrowego, albo w sezonie na kempingach w licznych amerykańskich parkach narodowych. Robota jest ciężka, nawet niewyobrażalnie ciężka, a zarobki nie takie znowu rewelacyjne. Zjawisko jest na tyle powszechne, że w Stanach odbywają się specjalne targi, na których takie firmy poszukują sezonowych pracowników. Amazon tworzy nawet specjalne parkingi, gdzie mogą się zatrzymać swoim domem na kółkach.

Jessica Bruder, aby zgłębić temat, przez trzy lata towarzyszyła bohaterom tej książki w ich koczowniczym życiu. Sama zamieszkała w przyczepie i przez jakiś czas zatrudniała się do takich sezonowych prac. Na własnej skórze poznała trudności, jakie niesie mieszkanie w kamperze. Rzeczywiście niektóre trudno sobie wyobrazić. Na przykład, gdzie zatrzymać się na noc, jeśli jest się w trasie? Na kempingu, powiesz czytelniku tej notki. Nie, bo po pierwsze ich nie stać, a po drugie kempingi są przecież tylko w miejscach turystycznych. Parkować nocą trzeba więc nielegalnie, ryzykując mandat, a czasem jakąś niebezpieczną sytuację. Coraz trudniej być nomadą, bo stany albo miasta utrudniają im coraz bardziej życie. Inne kłopoty? Dbanie o higienę, awarie, choroby, zimno, kiedy spada temperatura, i wiele innych spodziewanych i niespodziewanych zdarzeń. Czy jest coś optymistycznego w tej sytuacji? Tak - nomadzi tworzą społeczność, która sobie pomaga. Zawierają przyjaźnie, czasem podróżują w grupach, umawiają się na wspólną pracę i wspólne biwakowanie. I wtedy mogą na siebie liczyć, jeśli zdarzy się coś przykrego. Życie ułatwia im oczywiście internet, gdzie znajdują porady, wskazówki, ostrzeżenia, strony i fora dla takich jak oni.

To oczywiście nie wszystko. Jessica Bruder, podobnie jak Matthew Desmond, łączy opowieść o konkretnych ludziach z podbudową teoretyczną - socjologiczną, ekonomiczną i historyczną (Zjawisko nie jest w Stanach nowe - po raz pierwszy pojawiło się w czasie wielkiego kryzysu w latach trzydziestych zeszłego wieku.) Znakomita, bardzo ciekawa książka. Kolejna, która dekonstruuje amerykański mit. Mit kraju, gdzie, jeśli tylko mocno chcesz, osiągniesz wszystko. Gdzie sam sobie jesteś sterem, żeglarzem, okrętem i uwielbiasz ten stan, bo wolność i indywidualizm cenisz sobie ponad wszystko. Gdzie droga od pucybuta do milionera jest możliwa.

A na koniec jeszcze cytaty, które gorzko komentują problem. Pierwszy pochodzi z "Rzeźni numer pięć" Kurta Vonneguta, a wrzuciły go na swój Facebook dwie bohaterki książki.

Ameryka jest najbogatszym krajem na Ziemi, ale jej obywatele to przeważnie ludzie biedni i tych biednych Amerykanów uczy się nienawiści do samych siebie. (...) Każdy inny naród ma w swoich tradycjach ludowych bohaterów, którzy byli biedni, ale niezwykle mądrzy i dzielni i dlatego bardziej godni szacunku niż możni i bogacze. W Ameryce biedacy nie mają takich opowieści. Zamiast tego szydzą z siebie i gloryfikują bogaczy. 

Drugi, też z Facebooka, zamieszczony po śmierci jednej z nomadek.

Wreszcie uwolniłaś się od długów i znalazłaś swój wieczny dom! Już nigdy nie będziesz marzła na pustyni ani w Kansas. Żadnych więcej ciasnych przestrzeni. 

"Pewnego razu w listopadzie"

Recenzje najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w listopadzie" są różne, od bardzo dobrych po marne. Nazwano go nawet szlachetną porażką, uznano, że temat nie pasuje do artystycznej wrażliwości autora "Sztuczek", "Zmruż oczy" i "Imagine", a że ważny, to niestety został zmarnowany. Mimo wszystko podobno zobaczyć trzeba. I tak chciałam go obejrzeć, więc z ciekawością pobiegłam do kina. Filmową historię zainspirowały prawdziwe zdarzenia, ale nawet gdyby tak nie było, to i tak nic nie straciłaby na wiarygodności. Jest to opowieść o matce, w tej roli Agata Kulesza, i jej synu studencie, którzy zostali eksmitowani z mieszkania przez czyścicieli kamienic. Akcja toczy się w ciągu kilku listopadowych dni, a kulminacją jest 11 listopada - Święto Niepodległości i manifestacja zawładnięta przez narodowców. Andrzej Jakimowski wykorzystał w filmie zdjęcia dokumentalne zrobione przez niego i jego ekipę w czasie słynnego z zamieszek marszu patriotycznego (to słowo w tym kontekście aż nie chce przejść przez gardło) 11 listopada 2013 roku. To wtedy między innymi zaatakowano i podpalono squat antify oraz tęczę na placu Zbawiciela. Chociaż reżyser czasem niepotrzebnie dociska gaz do dechy, chociaż film czasem drażni, to jednak zrobił na mnie duże wrażenie. Właściwie nie zgadzam się z większością uwag krytycznych, jakie pod jego adresem słyszałam. To kino poruszające, dotykające, smutne i zatrważające. Zaangażowane. Gorące. O CZYMŚ. Ja jestem całkowicie na tak. A więcej refleksji w drugiej części. Zapraszam tych, którzy "Pewnego razu w listopadzie" już widzieli.

 

Kiedy teraz rozmyślam sobie o filmie Jakimowskiego, przyszło mi do głowy, że to takie warszawskie kino drogi. Eksmitowani z mieszkania wędrują przez listopadową, szarą Warszawę w poszukiwaniu miejsca do spania dla kobiety nazywanej przez syna mamusią. On chwilowo ma gdzie spać, ma suchy i ciepły kąt, chociaż w garażu, można powiedzieć - w całkiem eleganckim garażu. Jednak na pokoje go nie wpuszczono. Czy ze względu na cnotę córki, która jest jego dziewczyną? Czy raczej może za wysokie progi na biedaka nogi? Widzowi też nie będzie dane zajrzeć na salony i przed nim drzwi zostają symbolicznie zamknięte. Gorsza jest sytuacja kobiety - ona nie ma gdzie się podziać. Tuła się od schroniska do schroniska, od ogrzewalni do ogrzewalni, bo ma ze sobą psa - znajdę, Kolesia. A wiadomo w takich miejscach zwierząt się nie przyjmuje. Ratunkiem może być squat, ale tam wolnych miejsc noclegowych też już nie ma. Wszyscy spuszczają oczy, powinni pomóc, a nie mogą.

Motyw wędrówki i zimna przewija się przez cały film. Wędrują mamusia i Mareczek, uginają się pod ciężarem bagażu - dobytku spakowanego do kilku podróżnych toreb i jednego plecaka. Tyle dało się zabrać z mieszkania zajętego przez panią komornik. Tyle da się unieść na własnych plecach. Tyle zawsze bierze się na tułaczkę. Mamusia i Mareczek są miejskimi wygnańcami. Wygnańcami z kapitalistycznego raju, który jest rajem tylko dla niektórych. A przecież niczemu nie są winni. Pewnie zostali eksmitowani, bo nowy właściciel kamienicy podniósł im niebotycznie czynsz i płacić go nie byli w stanie. A może przyczyniła się do ich tragedii choroba mamusi, która prawdopodobnie jest na rencie. Zażywa stale jakieś leki, nie pracuje, była nauczycielką, a przecież za młoda jest na emerytkę. A może jedno i drugie. I tak z dnia na dzień znaleźli się na ulicy, stali się nikim. Dlatego Mareczek stale jest w biegu. Na uczelnię, do pracy w myjni samochodowej, w poszukiwaniu Kolesia, stale coś załatwia. I stale są zmarznięci. On w wiatrem podszytej kurtce, ona po nocy spędzonej w nieogrzewanej budzie gdzieś pomiędzy torowiskami, w zapomnianym sercu miasta.

Taka jest Warszawa w filmie Jakimowskiego. Z jednej strony szare ulice, jakieś obrzeża, niewyasfaltowane, dziurawe drogi, deszcz, błoto, listopadowy smętek. Noclegownie, squat, budy na działkach, opuszczone mieszkanie, zapuszczone podwórka, nieogrzewane kanciapy. Z drugiej zadbane domy, eleganckie ulice w centrum, które najczęściej widzimy z lotu ptaka - z dachów kamienic, po których jak kot przemyka Mareczek - uciekinier, Mareczek -włamywacz. Teraz uderzyło mnie to, że oboje są trochę jak ścigani - muszą się ukrywać w swoich kryjówkach, nie mogą zdradzić, że tam są. Tak jest w zaplombowanym mieszkaniu, tak jest w budzie na działkach, tak jest w maszynowni, do której chce wprowadzić się Mareczek. Tak będzie wreszcie w zabarykadowanym squacie zaatakowanym przez narodowców.

Film Jakimowskiego pokazuje jak w soczewce palące problemy współczesnej, potransformacyjnej Polski. Z jednej strony społeczne pęknięcie - piękne dzielnice i biedne dzielnice, ci, którym się udało, i ci, którzy nie z własnej winy znaleźli się poza nawiasem. Wykluczeni. I nie są to żadni menele, żaden społeczny margines, żadni bezradni, ale nauczycielka i jej studiujący syn. Jeśli, czytelniku tej notki, myślisz, że tak nie może się zdarzyć, to jesteś w błędzie. Wysłuchałam w radiu dwóch ciekawych rozmów. Jedna z reżyserem, który opowiadał o dokumentacji do filmu. Druga z szefową noclegowni i działaczką na rzecz Komitetu na Rzecz Obrony Lokatorów. Obie twierdziły, że w swojej pracy spotykają się na co dzień z takimi przypadkami. Że bezdomni, jakich sobie wyobrażamy, to margines. Większość to tacy ludzie jak mamusia i Mareczek. Opowiadały o błędnym kole, w jakie trafiają ci ludzie i o tym, jak w dobrze zorganizowanym państwie powinno się im pomagać. Czas jednak wrócić do filmu. Kto dostrzega wykluczonych, mamusię i Mareczka? Kto się za nimi ujmuje? Squatersi - anarchiści znienawidzeni przez narodowców, nazywani czerwoną hołotą.

Drugi problem, jaki wskazuje Jakimowski, to nacjonalistyczna agresja, rosnące w siłę środowiska prawicowej młodzieży. Hasła o wielkiej Polsce, narodowej dumie i cały ten bełkot. Dokumentalne zdjęcia z tamtej pamiętnej manifestacji jeżą włos na głowie. Ciarki przechodzą po plecach. Atak na siedzibę antify też tak wyglądał. Symboliczna jest scena, kiedy Mareczek, a z nim Ola decydują się wejść do oblężonego squatu. To ideowy wybór, gest sprzeciwu, nieobojętności. I poszukiwanie wspólnoty. To dlatego mamusia chce tam zostać. Mareczek i Ola z obserwatorów stają się uczestnikami zdarzeń, opowiadają się po jednej ze stron.

A na koniec o  scenach, które mnie drażniły. To, że mamusia jest taka porządna, że zbiera śmieci na przystanku, mogę zrozumieć. Jest typem społecznicy, tacy powinniśmy być, też powinniśmy zbierać te śmieci. Ale robienie tego na trawniku, gdzie znajduje się jedna z tablic upamiętniających rozstrzelanych w powstaniu warszawskim, i  wygłaszanie patriotycznego kazania, wydało mi się przesadą. Jakby reżyser musiał koniecznie postawić kropkę nad i, pokazać drugie oblicze patriotyzmu. Niepotrzebna jest też scena, kiedy Marek zostaje pobity na komisariacie. Że tak bywa, wiemy, ale tu odbieram to jako zbędne dociśnięcie pedału do dechy. Wszystko musi tego chłopaka spotkać. A już kiedy zaczyna śpiewać hymn, wywołuje to raczej uśmiech zażenowania, niż słuszny gniew czy zadumę. Czasem lepiej zatrzymać się w pół kroku, niekoniecznie walić w widza taką dosłownością. No ale to tyle czepialstwa, bo najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego na mnie zrobił duże wrażenie.

 

Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Maciej Skawiński "Jutro spadną gromy"

Nazwiska Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego nie były mi obce. Już wcześniej słyszałam o ich reporterskich książkach. Wiedziałam, że pewnie warto je przeczytać, ale wiadomo, były pilniejsze lektury. Tym razem jednak nie miałam wyjścia. Kto poznał reportaż Marcina Kąckiego o Białymstoku i okolicach wydany przez Czarne, po prostu musi sięgnąć po książkę "Jutro spadną gromy" autorstwa wędrownych dziennikarzy, czyli Jastrzębskiego i Morawieckiego, wzbogaconą zdjęciami Macieja Skawińskiego (Fundacja Sąsiedzi 2015). Dlaczego? Bo to reportaż z Podlasia. Można go potraktować jako uzupełnienie pozycji Kąckiego. Ale oczywiście jest to rzecz zupełnie autonomiczna i w gruncie rzeczy inna.

Reporterzy przemierzają Podlasie i próbują zmierzyć się z jego mitem. Czy rzeczywiście ta pograniczna ziemia jest przesycona mistycyzmem? Prawda to czy legenda? A jeśli tak to dlaczego? Właściwie konstatacja jest smutna. Podlasie wymiera. Starzeje się. Młodzi uciekają do Białegostoku albo innych większych miast, albo jeszcze dalej w świat. Wioski wyludniają się, zostają w nich sami starzy ludzie. Tylko w weekendy albo latem zjeżdżają tu przybyłki. To między innymi w nich widzi zagrożenie jeden z rozmówców Jastrzębskiego i Morawieckiego. Kim jest przybyłek? Dlaczego jest taki groźny? To mieszkaniec miasta, który kupił sobie na Podlasiu kawałek ziemi albo starą chałupę. Jest tu gościem, nie rozumie tego miejsca, nie zna i nie szanuje jego zwyczajów, nie wtapia się w lokalną społeczność. Wpada tylko na chwilę, a że ma tyle do zrobienia, więc nieważne niedziela to czy inne miejscowe święto, pracuje. A dla miejscowych to jak policzek. Dlatego kiedy poumierają, nikt ich nie zastąpi. Skończy się magiczne, mistyczne Podlasie. Wioski znikną zagarnięte przez las. Przecież nie uratują tej pogranicznej krainy nieliczni zapaleńcy, którzy szukają tu azylu albo sensu. Jeśli rzeczywiście za jakiś czas definitywnie przeminie tutaj wiek dziewiętnasty, a wraz z nim zniknie odrębność i wyjątkowość Podlasia, to przynajmniej zostanie ta książka. Świadectwo innych czasów.

Właściwie nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad fenomenem tych terenów, nigdy tam nie byłam. Dzięki książce Jastrzębskiego i Morawieckiego mogłam odbyć wirtualną podróż, poczuć to miejsce, zrozumieć jego fenomen i jego problemy. Ich opowieść ma klimat i atmosferę, jest bardzo sensualna. Niemal czujemy pierwsze krople deszczu, otula nas wilgotna mgła, chmury suną nisko po ołowianym niebie, zimno przenika do kości albo przeciwnie, świeci słońce, robi się skwar, wędrujemy pylistą drogą, wpatrujemy się w wody Narwi albo Bugu. Ale istotą książki są rozmowy z ludźmi. Reporterzy wędrują od wioski do wioski, od przysiółka do przysiółka, bo w każdym z tych miejsc liczą na spotkanie. Czasem ledwie uda im się zamienić słowo, innym razem trafią na gadułę. Do niektórych wracają. Nikogo nie oceniają, wszystkich obdarzają sympatią, każdego są ciekawi. Z miejscowymi prawosławnymi księżmi rozmawiają o lokalnych społecznościach, o relacjach między katolikami a prawosławnymi. Ze starymi ludźmi o przeszłości, o czasach wojny, o partyzantce, o ich żydowskich sąsiadach, których już nie ma, o konfliktach polsko-białoruskich. Z antykwariuszką z Krynek o tym, dlaczego porzuciła Gdańsk i nie zważając na materialne niewygody, osiadła tutaj. Z ekologiem z Białowieży prowadzą fascynującą rozmowę o Puszczy Białowieskiej. Ta rozmowa znakomicie wpisuje się w konflikt o Puszczę, który ostatnio rozgorzał na nowo. Wiele wyjaśnia i tłumaczy. Z pisarzem poszukują sensu. Szeptucha Hanna opowiada im, jak zjeżdżają się do niej ludzie, aby szukać pomocy. A motywem spajającym ich wędrówkę jest poszukiwanie Księgi Sybilli albo Klucza. Podobno są tacy, którzy je widzieli, czytali albo mają. Podobno jest w nich wszystko, co było i co będzie, i odpowiedź na pytanie, po co. To jak poszukiwanie Świętego Graala.

Na czym więc polega fenomen Podlasia? Na mieszance kultur, języków i religii, która sprawia, że to miejsce jest tak różnorodne i ciekawe, ale też nie wolne od konfliktów. Na tym, że wojenna i powojenna przeszłość ciągle jeszcze żyje, budzi spory i lęki. Nadal niełatwo o niektórych sprawach mówić, nadal żyją ludzie, którzy pamiętają pacyfikacje białoruskich wsi. Na tym, że tak blisko stąd do granicy, która bezwzględnie podzieliła krewnych, przyjaciół, ziemię. Często przypadek decydował, która wioska znalazła się po której stronie. No i oczywiście na mistycyzmie, który jeszcze się tu czuje.

Jastrzębski i Morawiecki chowają się w cieniu swoich rozmówców, nie epatują sobą, tylko od czasu do czasu pozwalają sobie na snucie filozoficznych czy antropologicznych refleksji. To też wartość tej książki. No i są jeszcze zdjęcia Macieja Skawińskiego.

Patrick Modiano - "Ulica ciemnych sklepików", "Zagubiona dzielnica"

Potrzebowałam chwili wytchnienia pomiędzy jedną przygnębiająca lekturą, a kolejną, która też nie zapowiadała się różowo. Tak bardzo poruszył mnie i zirytował świetny reportaż Bartka Sabeli "Wszystkie ziarna piasku" (notka o nim za jakiś czas), że musiałam sięgnąć po coś zupełnie innego. I wtedy przypomniałam sobie o Patricku Modiano. Jakoś tak niedługo po Noblu, kiedy w ilościach hurtowych zaczęły wychodzić jego książki, kupiłam sobie od razu trzy. Najpierw sięgnęłam po "Zagubioną dzielnicę" (PIW 2014; przełożył Wiktor Dłuski), tym razem przeczytałam "Ulicę ciemnych sklepików" (Czytelnik 2014; przełożyła Eligia Bąkowska). Postanowiłam napisać o obu w jednej notce, bo po pierwsze "Zagubioną dzielnicę" przeczytałam kilka miesięcy temu, a jakoś nie złożyło się, żeby od razu podzielić się refleksjami, więc wiadomo, że dziś wrażenia już nie tak świeże. A po drugie obie powieści wiele łączy. Nie wiem, czy po lekturze dwóch tytułów wolno już ryzykować stwierdzenie, że Modiano stale pisze jedną książkę, ale być może tak właśnie jest.

Obie opierają się na podobnym pomyśle - bohater, człowiek dojrzały, po latach wraca pamięcią do czasów młodości. Wspomina, krąży po Paryżu, spotyka się z różnymi ludźmi, chce wyjaśnić zagadkę, jaka tkwi w jego przeszłości. Nie jest już tym samym człowiekiem, którym był kiedyś. Obaj mężczyźni mają nawet nowe nazwiska i nową tożsamość, chociaż każdy z innego powodu. Narrator "Zagubionej dzielnicy" to znany angielski pisarz, który przyjeżdża do Paryża, skąd przed wielu laty musiał uciekać w nie do końca jasnych okolicznościach. Z kolei narrator "Ulicy ciemnych sklepików" próbuje zrekonstruować swoją historię, dowiedzieć się, kim naprawdę jest, bo przed laty stracił pamięć. Teraz, kiedy wpadł na jakiś trop, podąża nim od spotkania do spotkania, od miejsca do miejsca. Obaj w młodości prowadzili lekki, barwny żywot, obracali się wśród artystów, niebieskich ptaków, zubożałych arystokratów. W ich życiu ważną rolę odegrały kobiety. Pierwszy zafascynowany był starszą od siebie, drugi zakochał się w pewnej modelce, z którą potem się ożenił. Ale szczęśliwy czas nie trwa wiecznie, lekkość bytu przerywa zagrożenie. W "Ulicy ciemnych sklepików" to niemiecka okupacja, właściwie lekko tylko zarysowana. Zastanawiam się nawet, na ile kontekst historyczny jest tu ważny. Bo głównym tematem obu książek jest pamięć, przemijanie i próba odzyskania przeszłości, która z góry przecież skazana jest na niepowodzenie.

Ale powieści Modiano nie mają wielkiego ciężaru, są lekkie i delikatne jak puch. Do mnie najbardziej przemawia ich klimat i nastrój. Nieco tajemniczy, nostalgiczny, melancholijny. Wędrówki po Paryżu, szukanie śladów przeszłości, miejsc, w których bohaterowie bywali. Nie ma ich już albo dotknięte zębem czasu nie przypominają siebie z epoki świetności. Wszystko przemija, uroda miejsc też. "Ulicę ciemnych sklepików" zamyka zdanie Czyż nasze egzystencje nie rozwiały się równie szybko w ciemności wieczoru jak ten dziecinny smutek? Chyba właśnie o tym są te powieści. Mnie ich lektura dała sporo przyjemności, ale nie mogę powiedzieć, aby była to literatura wagi ciężkiej. Wysmakowane, melancholijne, nieco smutne książeczki, które najlepiej czytać jednym ciągiem, aby nastrój się nie ulotnił, a da się to zrobić spokojnie, bo są naprawdę niewielkich rozmiarów.


Popularne posty