Norman Manea "Kryjówka"

O rumuńskim pisarzu Normanie Manei przebywającym od 1986 roku na emigracji w Stanach usłyszałam jakiś czas temu. Natknęłam się na jego eseje i opowiadania, przeglądając książki wydawnictwa Pogranicze, któremu zawdzięczam kilka bardzo ciekawych literackich odkryć. W zeszłym roku moją ciekawość podsyciła nominacja jego wspomnień "Zapiski chuligana" do ścisłego finału nagrody Angelus. No ale jakoś dotąd nie złożyło się, aż tu nagle dowiaduję się, że wydano jego powieść "Kryjówka" (Czytelnik 2012; przełożył Kazimierz Jurczak). Tym razem nie przepuściłam okazji i postanowiłam spotkać się z prozą rumuńskiego pisarza. Spotkanie przedwczoraj dobiegło końca (od napisania tej notki do jej opublikowania minęły prawie dwa miesiące), spieszę więc, aby donieść, jak wypadło.
Jak łatwo się domyślić, powieść Manei to historia, której bohaterami są rumuńscy emigranci z kilku pokoleń przybyli do Stanów w różnym okresie. Łączy ich kariera akademicka i wspólna przeszłość w dawnej ojczyźnie. Jest najstarszy i najwybitniejszy z nich, światowej sławy profesor Dima, którego wspomnienia opublikowane po śmierci staną się przyczyną pewnej sensacyjnej historii. Jest jego uczeń i admirator, Palade, który w imię uczciwości i prawdy nie zawaha się krytykować młodzieńczych faszystowskich sympatii swojego mentora. Ta krytyka, która wywoła burzę i w środowisku emigracyjnym, i w Rumunii, przysporzy jej autorowi wielu kłopotów. Są wreszcie dwaj najważniejsi: Peter Gaspar i Augustyn Gora. Ten pierwszy, rumuński Żyd, jest młodszym kuzynem Lu, żony Augustyna Gory. To on zostanie zamieszany we wspomnianą sensacyjną historię, ponieważ zdecyduje się zrecenzować wspomnienia profesora Dimy.
Mimo że powieść obfituje w różne nieprawdopodobne i awanturnicze historie, które przydarzają się Peterowi Gasparowi, odkąd pojawił się w Stanach, a nastąpiło to stosunkowo późno, bo już po roku 1989, nie jest w żadnej mierze książką przygodową, sensacyjną czy kryminalną. Nie jest to też historia miłosna, chociaż fascynacja, miłość i tęsknota za Lu odgrywa w niej sporą rolę. Czym wobec tego jest? Przede wszystkim opowieścią o niewesołym doświadczeniu emigracyjnym. Mimo że bohaterom udaje się zrobić mniejszą lub większą karierę uniwersytecką, na zawsze pozostaną emigrantami. A oznacza to samotność, wyobcowanie, niemożność prawdziwego porozumienia z Amerykanami i oderwania od rumuńskiej przeszłości: żydowskiej, faszystowskiej i komunistycznej. Przeszłość, chociaż odległa, stale wraca do Paladego, Gaspara, Gory i Dimy. Cały czas pozostają aktualne pytania o postawy wobec faszystów a później komunistów. Kto sympatyzował z tymi pierwszymi, kto donosił tym drugim, kto ośmiela się szargać przeszłość profesora Dimy, niekwestionowanego autorytetu? Chociaż wyjechali, aby odciąć się od tamtych czasów, historia i tak ich dopadnie. Na nic wysiłki, stale kiszą się we własnym sosie. Może dlatego, że mimo długich lat spędzonych w nowej ojczyźnie tak naprawdę czują się tu obco. Prawdziwe spotkanie wymagające zrozumienia jest niemożliwe. Dwa różne światy, które wzajemnie się sobie dziwią. Chociaż wszyscy mówią po angielsku, nie rozumieją siebie, mijają się. Samotność staje się coraz dotkliwsza wraz z upływającym czasem. Coraz bardziej daje o sobie znać starość. Ciało zmienia się, zaniedbane przybiera monstrualne rozmiary, dopada choroba. Lekarze, szpital, operacje, napady paniki, depresja. I z tym wszystkim trzeba się zmierzyć w pojedynkę, bo decyzja o emigracji oznaczała rozstanie z ukochaną, o której nie udało się zapomnieć. Lu, żona i kochanka, jest stale obecna w duszach Gory i Gaspara. Nieuchronnie upływający czas staje się coraz istotniejszym tematem powieści. Jak łatwo się domyślić, nie jest to temat wesoły. Partie książki opowiadające o udrękach choroby, o ciele, które coraz starsze stale o sobie przypomina, są bardzo przygnębiające. To jednak nie jedyne lęki, jakie dręczą bohaterów. Dużo tu rozmaitych strachów powodujących bezsenność, a jeśli nawet uda się zasnąć, senne koszmary nie pozwalają zaznać wytchnienia. Świat nie jest miejscem bezpiecznym. Przyczyną nieprzespanych nocy i dni nieprzynoszących wytchnienia jest  nie tylko przeszłość związana z krajem młodości, ale i to, co dzieje się tu i teraz. Wydaje się, że świat skończył się 11 września 2001 roku.
Gdzie wobec tego znaleźć ratunek przed samotnością, wyobcowaniem i lękiem? Bohaterowie szukają go w książkach. To one dają wolność w komunistycznej ojczyźnie. Dyskusje o rozmaitych lekturach, często zakazanych, toczone w gronie studentów w małym pokoju na mansardzie jednej z bukaresztańskich kamienic pozwalają zapomnieć o tym, co wokół i wzbudzić tęsknotę za innym światem. Naiwni, nie wiedzą jeszcze, że ten świat nie przyniesie im spełnienia. Kto dostąpił zaszczytu bywania na tych literackich wieczorach, czuł się wyróżniony. Potem książki są ratunkiem w samotnym życiu emigranta. Dają schronienie wykorzenionej duszy. Co za paradoks: literatura, która pozwalała marzyć o wolnym świecie, potem w tym wolnym świecie musi koić ból samotności i tęsknoty. Ale książki są też pułapką. Zastępują prawdziwe życie. Nic dziwnego, że trudno się w nim odnaleźć, skoro całą wiedzę o świecie czerpało się i czerpie z lektury. Literatura jest zasadzką, w którą łatwo wpaść. Z jednej strony ratuje, z drugiej, wciągając, oddziela od rzeczywistości. Jak narkotyk. Może prowadzić do dobrego, ale i do złego. Może być przyczyną szczęścia, ale i nieszczęścia. Jest całkiem prawdopodobne, że życie Petera Gaspara potoczyłoby się szczęśliwiej, gdyby zamiast zwrócić się ku książkom, został koszykarzem. Wiele nieszczęść bohaterów ma swoje źródło w lekturach (wątek kryminalno-sensacyjny zaczyna się od opublikowania  wspomnień profesora Dimy). Ale profesor Augustyn Gora nadal wierzy w potęgę literatury, dlatego wyśmiewa ignorancję terrorystów, którzy 11 września zaatakowali centra finansowe i militarne, a nie Bibliotekę. Może dlatego świat przetrwał?
Powieść Manei pełna jest niedopowiedzeń i zagadek. Nie wszystko zostanie wyjaśnione. Nigdy nie dowiemy się, kim jest narrator, który ujawnia się w niektórych partiach książki. Sporo tu snów, fantazji, scen rozgrywających się nie wiadomo: na jawie czy w wyobraźni bohaterów. Dużo literackich aluzji i tropów. To wszystko sprawia, że momentami nie jest to najłatwiejsza lektura, ale na pewno warta uwagi.

Oksana Zabużko "Muzeum porzuconych sekretów"

To, że napiszę o najnowszej powieści Oksany Zabużko, zapowiadałam już jakiś czas temu,


ale w kinie działo się tak dużo, więc ostatnio głównie o filmach było. Dziś spełniam obietnicę. Dlaczego tym razem sięgnęłam po ukraińską pisarkę, którą wcześniej jakoś zbywałam? Przecież dotąd nie przeczytałam żadnej z dwóch jej książek, które zostały wydane w Polsce. Ale niedawno zaczęłam  interesować się trochę tym rejonem Europy, no i przede wszystkim zwabiła mnie zapowiedź na stronach wydawnictwa. Pomyślałam, że to powieść dla mnie. I miałam rację. "Muzeum porzuconych sekretów" (W.A.B. 2012; przełożyła Katarzyna Kotyńska) to książka znakomita. Grubaśna, wielowątkowa powieść, której akcja rozgrywa się na Ukrainie w roku 2004 i w czasach wojennych, i tuż powojennych. Ale wspomnienia bohaterów sięgają z jednej strony do lat wielkiego głodu, z drugiej do epoki komunistycznej, kiedy Ukraina była częścią sowieckiego imperium. Najciekawsze (a przecież wszystko jest w tej powieści niezwykle ciekawe) jest dla mnie odkrycie kompletnie mi nieznanych kart z wojennej i powojennej historii Ukrainy. Kiedy bardzo wstydziłam się mojej historycznej ignorancji, okazało się, że nie miałam powodu, bo, jak pisze Oksana Zabużko w krótkiej odautorskiej nocie kończącej powieść, fakty, które stały się kanwą sporej części książki, były do niedawna białą plamą. Kiedy pisarka, pracując nad swoim opus magnum, ślęczała w archiwach, równolegle zaczęły ukazywać się prace historyków na te tematy.

Ale może po kolei. Głównymi bohaterami powieści są Daryna Hoszczynska i Adrian Watamaniuk. Ona, dobiegająca czterdziestki, atrakcyjna, przebojowa, popularna dziennikarka telewizyjna. On, kilka lat od niej młodszy, niedoszły fizyk, prowadzący niewielki sklep z antykami. Połączy ich zdjęcie, które  przypadkiem wpadnie w jej ręce. Zdjęcie z roku 1947, na którym stoi trzech mężczyzn i jedna kobieta, Hela Dowhanówna, jego cioteczna babka. Ona, właściwie nie wiadomo dlaczego, zapragnie o Helenie zrobić film, wyświetlić jej losy. Coś ją do tej krewnej Adriana przyciągnie. Początkowo pewnie to, że była jedną z niewielu kobiet walczących w ukraińskiej partyzantce. Zdobycie jakichkolwiek materiałów na jej temat okaże się nie lada wyzwaniem. Czy rzeczywiście zaginęły, czy może nadal są tajne? Daryna i Adrian prowadzą swoiste senne śledztwo. Dosłownie senne, bo historię Heleny i przede wszystkim związanego z nią (jak, nie zdradzę) Adriana Ortyńskiego poznają w snach, które przychodzą najpierw do niego, potem także i do niej. Odkrywanie ich tajemnicy jest dla czytelnika fascynujące. Te partie książki, nie tylko sny, także śledztwo prowadzone w tradycyjny sposób, trzymają w napięciu niczym najlepszy kryminał albo może raczej powieść sensacyjna. Ostatnie dwieście stron (z siedmiuset) pochłonęłam w jeden weekend, od pewnego momentu wiedziałam, że muszę dokończyć, choćby się waliło i paliło. A wbrew temu, co może się wydawać, powieści Oksany Zabużko nie czyta się łatwo, bo druk mały, a dialogów niewiele. Powoli wszystkie wątki, także te współczesne, zaczynają się składać razem niczym puzzle. Ale pełny obraz pozna jedynie czytelnik. Bohaterom nie uda się odkryć całej prawdy. To tylko my na zakończenie mamy wszystkie dane i możemy rozwiązać to swoiste matematyczne zadanie, skojarzyć jedno z drugim i złożyć sobie w całość niezwykłe ludzkie losy splatane przez okrutną historię. W tym sensie jest to także powieść o pamięci i o granicach poznania. Poznanie przeszłości, prawdy o tym, co było, nie zawsze jest możliwe. Niektórych zagadek nigdy nie rozwikłamy. Bo mija czas, bo umierają świadkowie, bo często pamięć jest celowo niszczona.

Historia Heleny i Adriana Ortyńskiego (i kilku związanych z nimi osób) jest niezwykle poruszająca i interesująca. To odkrycie ukraińskiej terra incognita. Oboje walczą w  podziemiu, są żołnierzami UPA, które nam, Polakom, kojarzy się przede wszystkim z bardzo bolesną dla nas sprawą wołyńską. I tyle na ogół na ten temat wiemy, i oczywiście nie wolno nam o tym zapominać. Ale historia jest o wiele bardziej skomplikowana. Ukraińska partyzantka wymierzona była przede wszystkim przeciwko Niemcom i Sowietom. Walczyła o niepodległą Ukrainę, głównie na terenach Galicji, jeszcze długo po zakończeniu wojny. Szczególnie poruszające są właśnie te partie powieści. Ukrywanie się, czujność, krwawe potyczki, tortury, nieustanne zagrożenie, śmierć czająca się na każdym kroku, brud, głód, choroby, zimno, opór właściwie skazany na klęskę, zbliżająca się obława, a także miłość (ale nie jest to prosta, romansowa historia miłosna wyciskająca łatwe łzy). Niezwykły klimat towarzyszy tym fragmentom. To właśnie one tak bardzo skojarzyły mi się z "Obławą" Krzyształowicza. Tyle tylko, że książka Oksany Zabużko, także z racji swojej objętości, jest o wiele głębsza niż film polskiego reżysera.

Ale przecież "Muzeum porzuconych sekretów" nie jest powieścią tylko wojenną. Powiedziałabym nawet, że jest nią w zdecydowanie mniejszym stopniu. To książka niezwykle bogata! W takim razie co jeszcze, a może co przede wszystkim?

Niezwykłe, tragiczne opowieści o ludziach żyjących w czasach komunizmu. Jedna to historia nieżyjącego ojca Daryny, inżyniera, który upomina się o prawdę, początkowo naiwnie wierząc, że wszystko da się wyjaśnić i odwrócić, a potem z całą determinacją i pełną świadomością, na co się porywa. Losy ojca nie mogły nie odbić się na dzieciństwie i młodości Daryny. Druga to historia niejakiego Buchałowa, za czasów sowieckich funkcjonariusza KGB, potem pracownika archiwum.

To także opowieść o kobietach. Darynie i jej matce, a także o serdecznej przyjaciółce Daryny, nieżyjącej już malarce Władzie. Każda z nich inna, każda na swój sposób niezwykła. Niezależne, silne, uwikłane w miłość. Inna jest jednak siła matki z miłości dla mężczyzny gotowej znosić z pokorą koszmar życia, który on funduje swojej rodzinie, inna niezależnej, nowoczesnej, robiącej karierę Daryny, która plącze się w przypadkowe miłosne związki do momentu, kiedy nie spotka Adriana. Jeszcze inna jest Włada, jej przyjaciółka, malarka.

No i wreszcie polityczne tło. Ludzie złamani w czasach komunistycznych i brudna, dzisiejsza (jeszcze sprzed pomarańczowej rewolucji) polityka. Obraz współczesnej, cynicznej klasy panującej w niczym nie odbiega od tamtej, komunistycznej. Fałsz, korupcja, dbanie o swój interes, karierowiczostwo za wszelką cenę, ciemne, wręcz mafijne, interesy, tłumienie obywatelskich swobód, wolnych mediów i tak dalej, i tak dalej, długo by jeszcze można wyliczać.

I złamane kariery. To między innymi przejmująca historia Adriana Watamaniuka, który z powodów materialnych musi porzucić swoją ukochaną fizykę. Ale Adrian to tylko reprezentant straconego pokolenia. Takich jak on jest wielu. Gdy jednym się udaje, ale jakim kosztem!, inni, aby jakoś żyć, muszą porzucić swoje marzenia, a jeszcze inni staczają się na dno. Te opowieści i wątek polityczny kreślą przygnębiający obraz Ukrainy. Niby to historia sprzed pomarańczowej rewolucji, ale przecież to, co dzieje się tam teraz, w kilka lat po społecznym zrywie, który rozbudził nadzieje na odrodzenie, jest równie smutne (a pisałam te słowa w dzień  po ukraińskich wyborach parlamentarnych, po wysłuchaniu i przeczytaniu kilku komentarzy).

Mimo tego o czym wspominałam w dwóch poprzednich akapitach, nie jest to książka przygnębiająca do spodu. Gdzieś tli się iskierka optymizmu i nadziei, a zawdzięczamy ją kilku bohaterom, którzy koniec końców postanawiają być wierni sobie i bez względu na koszty nie skundlić się.

Wypadałoby jeszcze wspomnieć, że powieść ma bogatą konstrukcję. Narracja prowadzona jest z kilku różnych punktów widzenia, kobiecych i męskich, w trzeciej i w pierwszej osobie. Taki zabieg z jednej strony rozbija powieściowy świat, z drugiej scala go: przyglądając się rzeczywistości z tylu różnych punktów widzenia, poznajemy ją w pełni.

I na koniec refleksja osobista (jakby to, co pisałam nie było osobiste). Czytając powieść Oksany Zabużko, bardzo często miałam poczucie, że nagle znalazłam się po drugiej stronie lustra. Jakbym oglądała świat od podszewki albo raczej z drugiej strony muru. Rewers naszej historii, naszej rzeczywistości. To, co kiedyś nasze, dzisiaj ukraińskie, a przez to wspólne. Myślę tu przede wszystkim o historycznych partiach powieści. Lwów widziany oczami Ukraińców, określenia za Polski, które od czasu do czasu pojawiają się w ustach bohaterów, czy choćby historia UPA, dla nas symbolu okrucieństw, dla naszych sąsiadów walki o  niepodległość.

Kończę banalnym stwierdzeniem, że to świetna powieść, którą koniecznie trzeba przeczytać. I drugim równie banalnym: nie po raz pierwszy odczuwam niedosyt, że z konieczności podzieliłam się z tobą, czytelniku tej notki, tylko fragmentem moich refleksji. Żeby nacieszyć się całym  bogactwem "Muzeum zaginionych sekretów", trzeba po nie sięgnąć.

"Barbara". Interesujący niemiecki film.

Spieszę się, aby napisać o tym skromnym niemieckim filmie nagrodzonym na tegorocznym Berlinale Srebrnym Niedźwiedziem, bo obawiam się, że w natłoku atrakcyjnych filmowych premier gdzieś przepadnie. Tym bardziej, że prawdopodobnie nie jest rozpowszechniany w zbyt dużej liczbie kopii. Takie filmy z góry skazane są na nieliczną widownię. A szkoda. Pewnie też bym go przegapiła, gdybym nie czytała relacji z festiwalu. Zapamiętałam, że wart jest uwagi i teraz, kiedy tak nagle, bez rozgłosu pojawił się na kinowych ekranach, bardzo się ucieszyłam. To rozgrywająca się w roku 1980 gdzieś na niemieckiej, nadmorskiej prowincji historia lekarki Barbary inwigilowanej przez Stasi. Reżyser świetnie buduje atmosferę osaczenia, zagrożenia i beznadziei. Wszechobecność policji politycznej, ale także obraz małego, zapyziałego miasteczka powodują, że widzowi udziela się niepokój. Nawet przyroda dostraja się do otaczającego bohaterkę świata. Nastrój lęku potęguje wiatr, który nad morzem jest zwyczajnym zjawiskiem, ale w filmie podkręca ciężką atmosferę. Mimo tego jest w tym obrazie nuta optymizmu, którą daje wiara w przyzwoitego człowieka. A poza tym "Barbara" to także bardzo dobre kino psychologiczne. Reżyser konfrontuje z sobą dwie interesujące osobowości, dwie różne postawy wobec komunistycznej, niemieckiej rzeczywistości. Ich wzajemne relacje rozwijają się w subtelny sposób. Więcej nie zdradzę. Dodam tylko, że tytułowa bohaterka grana przez Ninę Hoss przyciąga uwagę. Jest za sprawą aktorki postacią magnetyczną. Warto wybrać się do kina na "Barbarę". Namawiam. A jeśli ktoś widział, może czytać dalej.

Historia tytułowej bohaterki poruszyła mnie bardzo. Barbara zesłana na prowincję, gdzie przysłowiowy diabeł mówi dobranoc, jest zdana tylko na siebie. Domyśla się, że na pewno  inwigilują ją służby specjalne, dlatego nie ufa nikomu i odgradza się od koleżanek i kolegów ze szpitala murem. Ci, którzy nie znają jej politycznej przeszłości, od razu przypinają jej łatkę wyniosłej i zarozumiałej. Wiadomo, zadziera głowę wysoko, bo przyjechała z Berlina. Może zresztą nie zależy jej na bliższych znajomościach? Jest tu przecież tylko na chwilę. Z determinacją realizuje plan ucieczki łączącej się z niemałym ryzykiem. Nawet kiedy jej ukochany nieoczekiwanie oświadcza, że jest gotów zamieszkać w NRD, ona odrzuca tę propozycję. Chce być z nim, ale chce też wolności. Tu nie ma dla niej życia. Osaczona przez policję polityczną i jej informatorów nie może zrobić swobodnego kroku. Każde odstępstwo od rutyny dom - szpital - dom jest natychmiast zauważone. Żyje jak w więzieniu. Barbara nigdzie nie może czuć się bezpieczna, nawet we własnym mieszkaniu. Właściwie wstrętna, zniszczona, zaniedbana, zimna (dosłownie i w przenośni) nora urządzona tandetnymi meblami na miano domu nie zasługuje. W takim miejscu można nabawić się depresji niezależnie od okoliczności. Jakby tego było mało, to tu spotykają ją największe szykany. Barbara z godnością przyjmuje najścia tajniaków, którzy za każdym razem wywracają jej rzeczy osobiste do góry nogami, nie potrafi jednak znieść upokorzenia rewizji osobistej. A oni fundują ją jej z sadystyczną przyjemnością. Trzeba być niezwykle twardym, aby wytrzymać ciągłe zagrożenie, niepewność, rewizje. Nie można ufać nikomu, ani kolegom z pracy, ani sąsiadom. Każdy dzwonek do drzwi może zwiastować wizytę znienawidzonych tajniaków i ich koleżanki o twarzy pokerzystki. Co pozwala Barbarze znosić to wszystko? Ukradkowe spotkania z ukochanym, nadzieja na ucieczkę, rozmowy z Andre, jej szefem, ale przede wszystkim praca. Barbara ma dwa życia. Jedno, o którym pisałam, i drugie, szpitalne. Krąży pomiędzy nimi na swoim wysłużonym rowerze, który pozwalając swobodnie się przemieszczać, daje jej namiastkę wolności i swobody. Bo Barbara przede wszystkim jest lekarką. Zaangażowana bez reszty w leczenie pacjentów znajduje w szpitalu azyl. Jest troskliwa, czuła, wrażliwa, dociekliwa. Mimo że krok po kroku, narażając się, realizuje plan ucieczki, póki jest tu, w nadmorskim miasteczku, miejscu politycznego zesłania, pracuje z pełnym zaangażowaniem. Po prostu, jak w piosence Młynarskiego, robi swoje. W pracy też jest odważna i bezkompromisowa. Na tyle, na ile warunki pozwalają, pomaga Stelli. A kiedy okaże się, że nie można inaczej, poświęci swoje marzenia o wolności, aby ratować właśnie ją. Drugiej szansy być może już nie dostanie. Czy będzie jej chciała? To unoszące się gdzieś w filmowej przestrzeni pytanie pozostanie otwarte. Co ją tu może przytrzymać? Pacjenci, którym trzeba pomagać? Andre?

On jest drugim bohaterem filmu. O ile Barbara to postać niemal heroiczna i kryształowa, o tyle on jest niejednoznaczny. Współpracuje z tajną policją złamany przez nich, kiedy nie dopilnował młodszej koleżanki, co doprowadziło do nieszczęścia. Chcąc uniknąć odpowiedzialności i odsunięcia od zawodu, poszedł na współpracę. Czy jego opowieść jest prawdziwa? Nie wiemy. Zapytany o to przez Barbarę milczy. Może przyczyny były bardziej błahe, nie tak tragiczne? Jednak raporty dla tajniaków pisze bez entuzjazmu. Nie kręci, nie udaje, ale przyznaje się do tego. Czy jego zainteresowanie Barbarą wynika tylko z rodzącej się sympatii i ciekawości niebanalną koleżanką, czy może jednak z obowiązku? Czy kiedy jej pomaga w drobnych niedogodnościach życiowych, robi to bezinteresownie, z życzliwości, czy żeby uśpić jej czujność? Jego relacje z inwigilującym Barbarę tajniakiem są niemal towarzyskie. W tak małym środowisku niczego nie można ukryć, a on się chyba specjalnie nie stara. Czy śmiertelnie chorą matkę tajniaka leczy, bo taki jest jego zawodowy obowiązek, czy może jednak opiekuje się nią w szczególny sposób? To zarzuca mu Barbara. W tym jednym momencie nie jest już tak krystaliczna. Kipi nienawiścią. Szybko jednak mityguje się. Andre też poświęca się swojej pracy i pacjentom, chociaż zna granice, jest realistą. Wie, że Stelli jest w stanie pomóc tylko jako lekarz, nic więcej nie jest w stanie dla niej zrobić. A może to konformizm i brak odwagi? Może mógłby spróbować upomnieć się o nią? Stawiam tu sporo pytań wyrażających potencjalne wątpliwości, ale muszę się przyznać, że ja raczej jestem skłonna mu wierzyć. Po prostu go lubię. Co nie znaczy, że nie pamiętam o jego nikczemności. Czy nikczemność jest w tym przypadku dobrym słowem? Nie wiem.

Bardzo ciekawa jest relacja pomiędzy tym dwojgiem. Barbara początkowo nieufna i wrogo nastawiona, z czasem znajduje w nim partnera do ciekawych rozmów o pacjentach, o pracy, ale może przede wszystkim o życiu. Chociaż ostrożna, powoli przekonuje się do niego. Może trudno żyć w takiej izolacji i osamotnieniu? Andre ma jej do zaoferowania więcej. Kiedy pozna go bliżej, okaże się, że łączą ich podobne zainteresowania. Ukochany Barbary jest daleko, namiętne, ukradkowe spotkania zdarzają się niezwykle rzadko, mogą wydać się ułudą. Życie toczy się tu. Tu jest ponure miasteczko, tu jest szpital, a w nim Andre. Coraz bliższy, coraz ciekawszy. Nic dziwnego, że Barbara nie pozostaje obojętna. Ale film niczego nie dopowiada, najwyżej subtelnie sugeruje. Kiedy Andre siedzi w jej pokoju, który właśnie został przeszukany, i słyszy od swojego znajomego tajniaka, że ona już tu nie wróci, budzi moją litość. Chcę wierzyć, że mu jej brakuje. Przyjaciółki? Kobiety? Wrażliwej lekarki? Ale przecież w tej scenie jest też nadmierna poufałość tajniaka i jego agenta. Jakiś rodzaj porozumienia, współczucia. Tak przecież nie powinno być. Coś się we mnie burzy, a jednocześnie wiem, że życie właśnie takie jest. Niejednoznaczne, raczej szare, niż biało-czarne. A i tajniak pokazuje nagle swoją ludzką twarz. Nie tylko w tej scenie. Już wcześniej widzimy go, jak siedzi bezradny i zgnębiony  chorobą matki. To, że widz jest zaskakiwany, stanowi jeszcze jedną zaletę filmu.

Mimo że to obraz bardzo kameralny, rozpisany na kilka postaci, cały czas trzyma w napięciu. Atmosfera osaczenia, próby zmylenia tajniaków, nocne wyprawy Barbary, jej lęk, że zostanie zdemaskowana, to wszystko powoduje, że przejmujemy się jej losem, kibicujemy, aby się udało. A szalejący wiatr atmosferę niepokoju i zagrożenia jeszcze potęguje.

Gdybym chciała, mogłabym się przyczepić do tego i owego. Na przykład do zbyt szlachetnego zakończenia. Mogłabym zdziwić się, jak Stella odnalazła Barbarę w domu. Skąd wiedziała, że tam mieszka? Dlaczego tajniacy tolerują, że tak o nią walczy? Czy to prawdopodobne? Ale to wszystko nieważne. Film mnie poruszył, a emocje w kinie lubię najbardziej. Nie mogę o nim zapomnieć i dopisuję do listy filmów, które chciałabym zobaczyć jeszcze raz.

"Pokłosie" Władyslawa Pasikowskiego

"Pokłosie" Pasikowskiego to jeden z tych filmów, na które bardzo czekałam, ale jednocześnie oczekiwaniu towarzyszyły obawy. Na festiwalu w Gdyni film nie wywołał wielkich emocji, został przyjęty raczej powściągliwie. Mówiono i pisano, że ważny, ale pojawiały się zastrzeżenia. Uhonorowali go tylko dziennikarze, jury całkowicie pominęło. Jak zwykle nie wczytywałam się dokładniej w recenzje, aby zachować świeżość spojrzenia. Mam wrażenie, że dziś krytycy i publicyści patrzą na "Pokłosie" życzliwszym okiem. Szłam do kina ze świadomością, że może być różnie. Teraz mogę napisać, że film robi wielkie wrażenie, są sceny, które ogląda się ze ściśniętym gardłem. A przecież doskonale wiedziałam, jaką historię Pasikowski opowiada, czytałam książkę Anny Bikont o Jedwabnem (to te wydarzenia stały się luźną inspiracja dla filmowego scenariusza), byłam w teatrze na "Naszej klasie" Słobodzianka. Wydawałoby się, że trudno będzie o emocje, niejedno już w kinie widziałam. A jednak po seansie potrzebowałam czasu, aby odreagować. Moim zdaniem świetnie też sprawdza się westernowa konwencja, jaką wybrał reżyser. W niczym nie ujmuje powadze tematu, a od pierwszych scen trzyma w napięciu, buduje atmosferę zagrożenia i tajemnicy. Jest szansa, że takie popularne kino przyciągnie większą widownię. A na dodatek świetna rola Macieja Stuhra, zupełnie inna niż w "Obławie". Ale dość zachwytów, na koniec łyżeczka dziegciu: jest kilka scen, do których można się z różnych powodów przyczepić, jednak to w tym wypadku rzecz drugorzędna. O wiele ważniejsze jest, że film Pasikowskiego, mierzący się w sposób bezkompromisowy z ważnym tematem, nie pozostawia widza obojętnym. Tyle w pierwszej części, a w drugiej szczegóły, dla tych, którzy na "Pokłosiu" już byli.

Pasikowski opowiadając historię inspirowaną tym, co wydarzyło się w Jedwabnem, przyjął perspektywę współczesną. Nie kręci filmu historycznego, wojennego, ale pokazuje, jak wina rodziców wpływa na dzieci. Jak sobie z nią poradzą? Jak się zmierzą z tragedią przeszłości? Czy zechcą ją przyjąć, czy odrzucą? Stąd tytuł: "Pokłosie". Jest to też film o odwadze, jakiej wymaga przeciwstawienie się społeczności, która myśli inaczej, i o konsekwencjach, jakie się ponosi, dokonując takiego wyboru.

Kiedy Józef Kalina upomina się o uczczenie pamięci Żydów, którzy kiedyś mieszkali we wsi, nie ma pojęcia, do czego go to ostatecznie doprowadzi. Chociaż od razu poznaje smak  ostracyzmu, nie wie, że najgorsze czeka go dopiero na końcu drogi. Gdy konsekwentnie ratuje od zapomnienia stare macewy, którymi wybrukowano drogę, zwozi je i ustawia na swoim polu, spotyka się nie tylko z niezrozumieniem i odrzuceniem, ale i z przemocą. Nie rozumie go ani żona, ani, początkowo, starszy brat. Jego działaniom sprzyja tylko proboszcz. Dlaczego sąsiedzi traktują go jak wroga? Przyczyn jest kilka. Strach, że teraz Żydzi przyjadą upomnieć się o swoją własność. Antysemityzm. A ci nieliczni, którzy znają całą prawdę, boją się, że przy okazji ktoś się do niej dokopie. W interesie całej społeczności jest przyjąć, że Żydzi, którzy tu kiedyś mieszkali, zostali zgładzeni przez Niemców. Zapomnieć, nie myśleć, nie mówić. Tylko Józef Kalina na przekór wszystkim chce pamięć o nich przywrócić i oddać zmarłym należny im szacunek. Jak mówi, coś mu nie daje spokoju. Kieruje się w swoim postępowaniu prostymi chrześcijańskimi i ludzkimi zasadami. Ciekawość gna go jednak dalej: pragnie dowiedzieć się, na czyich grobach stały stare macewy, dlatego uczy się alfabetu hebrajskiego. Jeśli ktoś zarzuci Pasikowskiemu, że stworzył postać niewiarygodną, nieprawdopodobną, niech przeczyta książkę Anny Bikont, w której autorka pisze o podobnych ludziach.

Wydarzenia rozgrywające się we wsi poznajemy z perspektywy starszego brata, Franciszka, który po dwudziestu latach wraca do kraju, aby zobaczyć, co dzieje się z Józefem, którego porzuciła żona. Franciszek Kalina szybko orientuje się, że brata otacza dziwna atmosfera. Nikt nie chce powiedzieć mu prawdy. Kiedy odkrywa, że Józef zniszczył drogę, początkowo traktuje to jak czyn szaleńca. Kiedy zobaczy macewy poustawiane wśród falującego zboża, trudno mu będzie uwierzyć i zrozumieć. Tym bardziej, że opowiadając o swoim amerykańskim życiu, pogardliwie wypowiada się na temat Żydów. Żydki, mówi. Żydzi, konsekwentnie prostuje Józef. Bracia są skonfliktowani, poróżniła ich przeszłość i to, co dzieje się teraz. Józef nie może darować Franciszkowi, że nie było go, gdy rodzice chorowali, nie przyjechał nawet na ich pogrzeb. Jest zazdrosny o jego amerykańskie życie, które z perspektywy polskiej prowincji wydaje się usłane różami. Jak się okazuje zazdrościć nie ma czego. Samotność, wyrzuty sumienia, ciężka praca, a i majątku się nie dorobił. Dlaczego Franciszek decyduje się jednak wspomóc brata, a potem niczym detektyw próbuje odkryć prawdę? Początkowo chyba wszystko dzieje się przypadkowo. Pomaga Józefowi jak brat bratu, raczej próbując mu ulżyć przy pracy fizycznej niż z pobudek ideowych. Może znaczenie ma też poparcie proboszcza? I to, że wysłuchał, nie potępił, zrozumiał wyrzuty sumienia? Potem zostaje wciągnięty w wir tragicznych zdarzeń. Trwa przy Józefie, bo solidaryzuje się z nim, kiedy dotykają go szykany. Staje po stronie słabszego, zaszczutego, zagrożonego młodszego brata. Nie ma czasu na myślenie. Wszystko dzieje się tak szybko. A to nie przyjeżdża kombajn, a to bank nie chce udzielić kredytu, wreszcie wybucha pożar. A potem musi już za wszelką cenę poznać prawdę. I, tak jak Józef, nie przypuszcza, jak straszne będzie to, czego się dowie.

Spotkałam się z zarzutami, że Franciszek zbyt łatwo się zmienia. Mnie to nie razi. Po pierwsze film operuje skrótem. Po drugie przemianę usprawiedliwia przyjęta konwencja. Jak w westernie mamy jednego sprawiedliwego rzucającego rękawicę światu (Józef) i drugiego, początkowo sceptycznego, a nawet wrogo nastawionego, który jednak decyduje się pomóc i stopniowo przechodzi metamorfozę. Kiedy bracia odkryją dramatyczną prawdę, to właśnie Franciszek stawi jej czoła i spróbuje znaleźć w sobie siłę potrzebną do udźwignięcia konsekwencji. Nie wiadomo jednak, czy zdecydowałby się wyciągnąć hańbiącą przeszłość na światło dzienne, gdyby nie to, co stało się później. Inaczej reaguje Józef, kiedy dowie się, jaki udział w śmierci Żydów miał ich ojciec. Nie potrafi się z tym pogodzić, nie chce publicznie zmierzyć się z niesławą ojca. Jego odmowę przyjmujemy naturalnie, jest bardzo prawdopodobna. Jak udźwignąć wiadomość o tym, że ojciec, najbliższy człowiek, którego się kochało, który głaskał, tulił, trzymał na kolanach, zabierał na męskie wyprawy, był kiedyś oprawcą? Jak w jednym człowieku może się mieścić miłość i nienawiść, i potworne okrucieństwo? Ten film zmusza do zadania sobie kilku pytań. Jak postąpilibyśmy w podobnej sytuacji? Czy potrafimy przyjąć prawdę o tym, że nasi przodkowie mordowali Żydów? Oczywiście wielu z narażeniem życia pomagało, ukrywało, ratowało, ale wielu żerowało na ich nieszczęściu, wydawało, wreszcie mordowało. Z biedy, z chęci zysku, ze strachu, z nienawiści.

Jak wspominałam, jest w "Pokłosiu" kilka scen, o których nie mogę zapomnieć. Widok macew w falującym na wietrze zbożu. To piękny, poetycki, surrealistyczny obraz. Jego kontrapunktem są dwa inne: pożar i osmalone macewy stojące w wypalonym polu. Wreszcie płonąca stodoła, która jest odwołaniem do tamtej stodoły, z Jedwabnego. No i dwie najważniejsze sceny, które wywołały skurcz gardła, sprawiły, że skamieniałam. Opowieść starej wieśniaczki zagranej przez Danutę Szaflarską, która o spaleniu Żydów mówi głosem spokojnym, bez krzyku, ale nabrzmiałym emocjami i oskarżeniem. I dramatyczna rozmowa, a właściwie kłótnia, pomiędzy braćmi a starym sąsiadem, uczestnikiem tamtych zdarzeń. To od niego dowiedzą się, jaką rolę w morderstwie odegrał ich ojciec.

I na koniec wspomnę jeszcze o trzech innych scenach, które dla mnie są zgrzytem. Pierwsza, bo jest sztuczna: kiedy nocą mieszkańcy wioski gromadzą się, aby przeszkodzić braciom w wywiezieniu macew znajdujących się na kościelnym podwórku. Dwie kolejne są niepotrzebnym naddatkiem, tchną egzaltowanym efekciarstwem: śmierć proboszcza tej samej burzowej nocy, kiedy bracia w ruinach rodzinnego domu odkopują czaszki i kości spalonych Żydów, i ukrzyżowanie Józefa. To jednak drobiazgi odnotowane z kronikarskiej dokładności. Najważniejsza jest ubrana w zgrabną formę odwaga zmierzenia się z trudnym tematem i emocje nie dające spokoju.

Miljenko Jergović "Ojciec"

Tyle się ostatnio dzieje w kinie, że moje ostatnie zapiski to refleksje filmowe. A przecież stale czytam, więc nagromadziło się sporo zaległości. Czas najwyższy je nadrobić, dlatego dziś, trochę nietypowo, bo w niedzielę, publikuję wpis o najnowszej książce jednego z moich ulubionych autorów Miljenko Jergovicia. Mą czytelniczą miłość zaskarbił sobie szczególnie dwiema powieściami: "Ruta Tannenbaun" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki" (o obu pisałam). Za tę ostatnią otrzymał tegorocznego Angelusa, ta pierwsza była kilka lat temu w finale  nagrody. Naprawdę koniecznie trzeba po nie sięgnąć. To powieści znakomite. Pretekstem do peanu na cześć chorwackiego pisarza jest wydanie, wspomnianej przed chwilą, najnowszej jego książki: "Ojciec" (Czarne 2012; przełożyła Magdalena Petryńska). Ta niewielkich rozmiarów pozycja jest czymś nietypowym w twórczości pisarza. To wspomnienie o zmarłym ojcu. Ale opowieść o nim staje się pretekstem do opowiadania o historii rodziny, o przeszłości narodu, trochę także o czasach współczesnych i wreszcie o sobie jako o człowieku i pisarzu. Kto zna wydane w Polsce powieści Jergovicia, ten dostanie komentarz do jego twórczości. Kto ich nie czytał, może potraktować "Ojca" jak wprowadzenie do jego prozy.

Opisując historię ojca i rodziny, pisarz skupia się przede wszystkim na tej dalszej przeszłości, bo, jak deklaruje w jednym z ostatnich rozdziałów, właściwie eseju nie wspomnieniu, to ona jest ważna, bo trzeba ją zmieniać. Jak? Odkłamując, dokopując się do prawdy o własnym narodzie i własnej rodzinie. Dlatego bardziej interesują go czasy drugiej wojny niż wojen najnowszych, czasy Niezależnego Państwa Chorwackiego i Ante Pavelicia (ten faszystowski polityk stworzył pod protektoratem Niemiec i Włoch NPCh)  niż czas powstania współczesnej Chorwacji, Serbii czy Bośni i Hercegowiny. Przyczyna ostatnich wojen bałkańskich tkwi w tamtej przeszłości. Jergović bezkompromisowo opowiada o swojej babce i jej siostrach gorących zwolenniczkach Niezależnego Państwa Chorwackiego i ustaszów. O tym, jak pamięć tamtych czasów odradza się we współczesnej Chorwacji i nie jest już powodem do wstydu, lecz przeciwnie, do dumy. O suple, jaki tworzą  narody i religie (aby dziś uzyskać obywatelstwo chorwackie, trzeba być ochrzczonym w kościele katolickim; Jergović wychowany w rodzinie ateistycznej opowiada o tym, jak po opuszczeniu Sarajewa i zamieszkaniu w Zagrzebiu próbował je zdobyć). Pisarzowi jest wstrętny każdy nacjonalizm i patriotyczna martyrologia, dlatego patrzy na historię swojego narodu trzeźwo, często posługując się ironią. Ale w końcowych partiach, w  eseistycznych rozdziałach będących jego wyznaniem wiary porzuca trzeźwość zmieszaną z ironią na rzecz gniewu, którym kipią słowa:

"Prawdziwe kłamstwo, kłamstwo ludzi poważnych, polega na niedostrzeganiu cudzych królów i omijaniu tych masowych grobów, które po brzegi napełnili trupami nasi bohaterowie. Kłamstwo polega na tym, że jeden naród, jedno państwo, jeden obszar kulturowy zawsze są w centrum uwagi, i że tysiące kilometrów dokoła nie ma narodu, państwa i kultury, które w tym samym czasie historycznym żyły i istniały."

Dlatego przeszłość tych terenów to dla jednych Wielka Serbia, dla drugich Wielka Chorwacja a dla jeszcze innych Wielkie Węgry.

To wszystko sprawia, że pisarz czuje się w Chorwacji samotny i wyobcowany. Nie jest już z Sarajewa, tamten rozdział swojego życia zamknął, ale nie najlepiej czuje się w państwie, w którym do głosu dochodzą dawne resentymenty, w którym wagę przywiązuje się do tego, czy cię ochrzczono czy obrzezano, a nawet jeśli jesteś ateistą, to ważne jakim: katolickim, prawosławnym czy muzułmańskim. Brzmi niedorzecznie? Ale wcale takie nie jest.

Samotność Jergovicia ma też swoje drugie oblicze: rodzinne. Nie żyje już babka pisarza, wszystkie jej siostry, właśnie zmarł ojciec. A to oni wszyscy byli jego rodziną. Tak się dziwnie złożyło, że tylko jego babka Stefanija spośród wszystkich sióstr Jergović doczekała się dziecka, a potem wnuka. Tym dzieckiem był ojciec pisarza, wnukiem oczywiście on sam. Jakże smutno, a nawet tragicznie brzmią słowa kończące książkę: "Na świecie nie ma już żadnego Jergovicia, który byłby moim krewnym."

Ale ta książka jest oczywiście przede wszystkim opowieścią o ojcu pisarza i o ich wzajemnych relacjach. Relacjach niełatwych, pozbawionych głębszych uczuć i otwartości, a powodem tego był nie tylko fakt, że rodzice pisarza dość szybko się rozstali. Zastanawiając się, dlaczego ojciec traktował go w taki sposób, Jergović musi posłużyć się swoją pisarską wyobraźnią. Najczęściej pozostaje w sferze domysłów. Tworząc portret swojego ojca, ale także babki Stefaniji, ucieka w stronę literatury. Często zauważa, że tak mogłoby być w powieści, że to nadawałoby się świetnie na materiał dla powieściopisarza. Jak było naprawdę? Często nie wie. Ta niewiedza w mniejszym stopniu dotyczy faktów, w znacznie większym uczuć, przyczyn czyjegoś postępowania, ludzkich charakterów. Tu, w tych wspomnieniach, widać źródła jego pisarstwa.

I chociaż książka ta jest w gruncie rzeczy bardzo smutna, ironiczna albo zagniewana, to sporo tu barwnych, czasem zabawnych, czasem smutnych, ale najczęściej niezwykłych opowieści czerpanych z historii rodziny. W tych fragmentach czytelnicy, którzy znają jego powieści, odnajdą tak dobrze z nich znany żywioł gawędziarski, któremu pisarz nie pozwala tym razem się rozbuchać. A ci, którzy dotąd Jergovicia nie czytali, poznają przedsmak tego, co czeka ich, jeśli ten niezrozumiały brak nadrobią. Namawiam!!!

Michael Haneke "Miłość"

Miało być o książce, ale w kinie wyjątkowy urodzaj, więc dziś dzielę się swoimi refleksjami o "Miłości" Hanekego. Film wchodzi na ekrany poprzedzony Złotą Palmą w Cannes, ochami i achami krytyki. Poza tym Haneke to tak ważny reżyser, że nie sposób pominąć jego kolejny film. Nie mogę powiedzieć, żebym zaliczała go do moich najbardziej ulubionych, ale jego obrazy zawsze intrygują, drażnią, nie dają spokoju. Chyba najbardziej lubię "Kod nieznany", ale to "Ukryte" na mnie zrobiły największe wrażenie, chociaż miałam zastrzeżenia, "Białą wstążką" byłam nieco rozczarowana, co nie znaczy, że uważam ten film za zły, a "Funny Games" nie widziałam i koniecznie muszę to kiedyś nadrobić. A "Miłość"? Cóż, moim zdaniem film bardzo dobry, ale nie arcydzieło, jak niektórzy twierdzą. Na pewno dotyka niezwykle ważnego tematu: miłości, takiej do grobowej deski, choroby, starości, śmierci. Takie problemy w tak czystej formie, bo film opowiada tylko o tym, akcja toczy się tylko w mieszkaniu, na ekranie widzimy właściwie tylko dwoje bohaterów, poruszane są we współczesnym kinie bardzo rzadko. A może w ogóle w tak radykalny sposób? Film robi wrażenie, ale, aby nazwać go arcydziełem, czegoś mi zabrakło. Chyba był dla mnie zbyt przewidywalny. Dostałam w zasadzie dokładnie to, czego się spodziewałam. Dopiero w ostatniej części Haneke pokazał swój pazur i boleśnie zaskoczył. Tym razem wyjątkowo ciekawa jestem opinii recenzentów, ale skonfrontuję się z nimi dopiero po napisaniu tego tekstu. Trochę marudzę, więc spieszę zapewnić, że "Miłość" należy obejrzeć koniecznie. Więcej refleksji w części drugiej, jak zawsze dla tych, którzy już kinie byli.

"Miłość" przypomina trochę reportaż albo dokument. Kamera śledzi dwoje bohaterów, małżeństwo Georga i Anne. Towarzyszy im w mieszkaniu, rejestruje codzienność. Tylko pierwsze sceny rozgrywają się na zewnątrz, na koncercie pianisty, którego niegdyś uczyli. Ten początek jest rodzajem prologu, to, co najważniejsze, rozegra się w mieszkaniu. Anne i Georges nie wiedzą, że to ich ostatni zwyczajny wieczór. Wkrótce wszystkie dotychczasowe sprawy pójdą w kąt. Nieoczekiwana choroba zmieni wszystko. Po wspólnych latach, jak sądzimy, szczęśliwych, muszą się zmierzyć z chorobą Anne. Trudno tu mówić o jakiejkolwiek próbie. To kolejny etap ich życia i miłości traktowanej serio i poważnie. Na naszych oczach wypełniają się słowa przysięgi "... oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci." Co ciekawe, Haneke w ogóle nie porusza w swoim filmie kwestii wiary. Może nawet powinniśmy założyć, że Anne i Georges są ludźmi niewierzącymi. Przecież w obliczu choroby, cierpienia i śmierci nie rozmawiają o Bogu ani o wierze. Nie obwiniają Boga o to, co się stało, nie modlą się. A mimo to Georges dotrzymuje słowa danego Anne i nie oddaje jej do szpitala. Tak przecież byłoby wygodniej, a może nawet od pewnego momentu rozsądniej, ale on za wszelką cenę próbuje sobie poradzić. Córce, która na stałe mieszka w Londynie i ma swoje kłopoty, powie zdenerwowany: "Pozwól nam żyć naszym życiem." (cytat z pamięci)

Obserwujemy wszystkie emocje i uczucia, jakie towarzyszą ludziom w obliczu choroby. Nadzieję, próbę odnalezienia się w nowej sytuacji, zorganizowania życia na nowo, troskę, strach, czułość, oddanie, ale i zniecierpliwienie, zmęczenie, gniew, wreszcie bezradność i rozpacz. Georges patrzy na spustoszenie, jakie choroba czyni w ciele jego ukochanej. Musi zmierzyć się z tym, co nieestetyczne, brudne, degradujące. Widzi, jak Anne nie może pogodzić się z tym, co się z nią dzieje. Mówi wprost: "Po co mi takie życie." (cytat również z pamięci) A to dopiero początek  choroby. Kiedy wypowiada te słowa, może jeszcze w miarę normalnie żyć. Wprawdzie ma sparaliżowaną prawą stronę ciała, ale porusza się na wózku, samodzielnie je, rozmawia, czyta, słucha muzyki. Po drugim wylewie staje się to, czego tak bardzo boimy się, jeśli w ogóle myślimy o swoim końcu. Leży zdana na opiekę męża i pielęgniarek, świadoma swojego upokorzenia i zmian, jakie w niej zaszły. Anne wie, co się z nią dzieje, zdaje sobie sprawę z degradacji, jakiej podlega jej ciało. Nie chce patrzeć na siebie w lusterku (to dlatego Georges wyrzuca pielęgniarkę), chyba nie chce żyć. Od czasu do czasu odmawia jedzenia, jakby chciała w ten sposób skrócić swoje męki. Cierpi, krzyczy z bólu. Georges chce jej oszczędzić poniżenia, dlatego izoluje ją od świata, nawet córce nie chce pozwolić wejść do jej pokoju. Uwięziona we własnym niesprawnym, chorym ciele. Georges i Anne są razem i jednocześnie osobno. On troszczy się o nią, wspomina szczęśliwe chwile, śpiewa, głaszcze po ręce. Wtedy jak dawniej łączy ich  przeszłość i miłość. Ale przecież nikt nie jest w stanie wziąć na siebie jej cierpienia, jej strachu, bezradności, nienawiści do własnego ciała. Georges też samotnie musi borykać się ze swoimi uczuciami. Z jednej strony próbuje normalnie żyć, życiem, które dla Anne już jest niedostępne, z drugiej cierpi, widząc sponiewieraną chorobą żonę, i zmaga się z trudami opieki nad nią. Mimo wszystko pozostaje niezłomny.

Kiedy nagle nakrywa twarz żony poduszką, jesteśmy zaskoczeni i wstrząśnięci. Teraz Haneke pokazuje swój pazur. Zaskakuje, przeraża. To, co się stało, jest tak niespodziewane. Najpierw Georges cierpliwie uspokaja żonę, głaszcze ją po ręce, aby po chwili udusić. Dlaczego to zrobił? Odpowiedzi może być kilka i pewnie każda jest prawdziwa. Nie mógł pogodzić się z bezradnością żony, z degradacją jej ciała, wiedział, że i ona czuje to samo. Mogło być tylko gorzej. A więc był to wyraz miłości? Trudno jednak wymazać z pamięci, jak nogi Anne szarpią się w obronnym geście. A może to tylko reakcja fizjologiczna? Dlaczego jednak uśmiercił ją w ten sposób? Gdyby to planował, pewnie zgromadziłby jakieś tabletki, przedawkował lekarstwo, środek uśmierzający ból. Czy zrobił to nagle pod wpływem impulsu? Ile w tym jego zmęczenia, znużenia sytuacją bez wyjścia? Potem jednak spokojnie ubiera Anne w elegancką suknię, przystraja  kwiatami. Przywraca jej dawne piękno. Anne nieruchomo spoczywająca na łóżku, obsypana kwiatami, dostojna i spokojna przypomina nagrobną rzeźbę. To tylko powłoka. Nie ma w niej duszy (albo życia), jest tylko ciało zatrzymane w czasie.

I jeszcze kilka pytań i refleksji. Do kogo Georges pisze list? Do zmarłej żony czy do córki? Kiedy samotny i trochę niezdarny łapie gołębia, nie wiemy, czy ostatecznie go udusi, czy może tylko przytuli do siebie w geście rozpaczy. Żywe, ciepłe, ale zalęknione stworzenie. A może gołąb jest znakiem? Przyfruwa z zewnątrz, niesie nadzieję? Teraz wreszcie Georges może odzyskać swoją  Anne. Musi chwilę na nią poczekać. Kiedy tylko ona wymyje naczynia, będą mogli razem wyjść. Jak dawniej. A może na spotkanie nieznanego.

"Whisky dla aniołów". Ken Loach zaskakuje!

Muszę przyznać, że Ken Loach mnie zaskoczył. Widziałam tylko jeden jego film: znakomity, wstrząsający "Wiatr buszujący w jęczmieniu", opowieść o irlandzkich bojownikach walczących w latach 20-tych zeszłego wieku o niepodległość swojego kraju. Wiem, że jest przedstawicielem kina społecznie zaangażowanego, znane są też jego lewicowe poglądy. Najnowszy obraz Loacha "Whisky dla aniołów" dystrybutorzy reklamują jako komedię, ale tego, co zobaczyłam, naprawdę się nie spodziewałam, a często podkreślam, że uwielbiam być w kinie zaskakiwana. Nie ma nic gorszego niż przewidywalność. Co mnie tak zdumiało? Konwencja. Jaka? Nie zdradzę, aby nie odbierać przyjemności tym, którzy filmu nie widzieli, a chcieliby się wybrać, do czego gorąco namawiam. Jednak ta lekka, zabawna (ale uwaga: wywołująca uśmiech, nie rechot), pogodna opowieść o czwórce bezrobotnych Szkotów, którzy weszli w kolizję z prawem i zostali skazani na ileś godzin prac społecznych, kryje w sobie całkiem poważną treść. Ale o tym jak zwykle w drugiej części. Kto film już widział, niech czyta.

Zaczyna się śmiesznie od sceny na dworcu kolejowym. Potem jest już znacznie poważniej: jesteśmy na sali sądowej, przez ekran przewija się kilkanaście młodych osób. Każda popełniła jakieś drobne przestępstwo lub wykroczenie, większość z nich zostanie skazana na prace społeczne. Dla widza, tak jak dla sądu, są anonimową masą. Codziennie sędziowie muszą wydać wyrok w kilku (?), kilkunastu (?) podobnych rutynowych sprawach. Ale przecież każdy oskarżony ma jakąś swoją historię, z jakiegoś powodu trafił przed oblicze temidy. Dlaczego dokonują drobnych kradzieży, rozbojów, wdają się w bójki? Bo pochodzą z ubogich dzielnic, nie mają pracy i perspektyw, ciągną się za nimi jakieś porachunki, swoje frustracje wyładowują w bezmyślnej agresji. Film Loacha jest właśnie o nich.

Taki jest Robbie, młody chłopak, który spędził jakiś czas w więzieniu, bo solidnie poturbował nieznanego sobie przypadkowego chłopaka. Urażona ambicja, chwila bezmyślnej złości zamienionej w agresję, a konsekwencje ogromne. Dwa złamane życiorysy: chłopak stracił oko, ma trudności z nauką, nie pójdzie na wymarzone studia, Robbie ma zszarganą kartotekę i opinię, więzienny epizod za sobą i godziny prac społecznych do odpracowania. Ale bardzo chce się zmienić, bo ma też dziewczynę, która wkrótce urodzi ich dziecko. Nie jest to jednak takie proste, bo cały świat jest przeciwko niemu. Nie ma pracy, ponieważ jego kryminalna przeszłość i blizna na twarzy odstraszają potencjalnych pracodawców. Rodzina Leonie nie chce o nim słyszeć, bo pochodzi z innej sfery i jakby tego było mało, zrobił sobie z jej ojca pośmiewisko. Dla nich jest nikim. No i jeszcze ciągnie się za nim jakiś konflikt z przeszłości. Dumny Robbie nie potrafi, albo nie może, odpuścić i prowokowany przez swojego wroga odpowiada agresją. Jest na najlepszej drodze, aby znowu skończyć w więzieniu. Wierzą w niego tylko dwie osoby: jego dziewczyna, Leonie, i Harry, nadzorujący prace społeczne. Cóż oni jednak mogą? Harry jest bezsilny, nie potrafi go obronić przed wujami dziewczyny, nie zapewni mu pracy, może tylko apelować, aby dla dobra swojego synka nie mścił się, bo to prosta droga do więzienia. Ale daje mu coś znacznie ważniejszego: uwagę, zainteresowanie, sympatię, traktuje go jak człowieka, a nie wyrzutka społecznego. No i nieoczekiwanie zaraża go swoją pasją: whisky. Podobnie podchodzi do innych skazanych na prace społeczne. A Leonie? Chce być z nim wbrew rodzinie, ale stawia twarde warunki: musi się zmienić, zerwać z przeszłością. Nie wiadomo, jakby potoczyły się losy bohaterów, gdyby Ken Loach nakręcił poważny film społeczny. Ale "Whisky dla aniołów" to komedia, spodziewamy się więc, że wszystko zakończy się dobrze. Nie przypuszczałam jednak, w jaką stronę film zmierza. Kiedy Robbie i jego przyjaciele zdecydowali się ukraść najdroższą whisky świata, byłam kompletnie zaskoczona. Dalej wszystko toczy się zgodnie z konwencją. Wiadomo, że powinno się udać, wiadomo, że po drodze czekają na nich jakieś przeszkody. Gdzieś jednak tliła się iskierka niepewności, która mile budowała napięcie. W końcu Ken Loach mógł dokonać kolejnej wolty i skierować swój film znowu na tory poważne, a wtedy losy Robbiego nie potoczyłyby się zapewne tak różowo. Widz kibicuje bohaterom, trzyma za nich kciuki, mimo że kradną. Dlaczego? Po pierwsze to sprawa konwencji. Po drugie trudno ich nie lubić: są sympatyczni, zabawni, nawet jeśli gamoniowaci (oczywiście najbardziej kibicujemy Robbiemu, jego staraniom, aby odmienić swój los). Po trzecie wreszcie pewnie dlatego, że okradają bogatych snobów. Ta najdroższa whisky świata jest przecież jakąś abstrakcją. Jej cena to sprawa umowna, a ten, kto ją ostatecznie kupi, tak naprawdę nie potrafi ocenić jej prawdziwych walorów. Wmówiono mu, że jest wyjątkowa i warta takiej abstrakcyjnej ceny, a on w to wierzy. Czy można żałować, że ktoś taki został oszukany przez czwórkę biednych, ale sympatycznych wyrzutków, którym zawsze wiatr w oczy? Czy można współczuć komuś, kto bez mrugnięcia okiem wywala tyle pieniędzy na beczkę whisky? Czy nie została przekroczona granica przyzwoitości? Czy to moralne? Czy moralne jest kupowanie samochodów za niebotyczne pieniądze, sukienek, butów za koszmarne kwoty, potwornie drogich zegarków i wiecznych piór? Przykłady można  by mnożyć. Do takich pytań sprowokował mnie zabawny film Loacha. Robbie i jego przyjaciele nie rozbijają sklepów, nie podpalają samochodów, aby dokonać zamiany whisky, muszą pogłówkować. Robbie to trochę taka współczesna wersja Janosika.

I jeszcze jedno. Ten skok ma być jednorazowym incydentem, przepustką do normalności, bo Robbie chce nie tylko pieniędzy, on chce przede wszystkim legalnej pracy. Jesteśmy spokojni, że  swojej szansy nie zmarnuje. A pozostali? Co zrobią z pieniędzmi? Cóż, najprawdopodobniej przepuszczą. Bajka, jaką jest film Loacha, kończy się szczęśliwie tylko połowicznie. Zaprawiona została nutką goryczy. Być może nie dla wszystkich jest ratunek, bo nie wszyscy potrafią i chcą wykorzystać szansę, jaką dostali od losu. Pewnie wygodniej jest beztrosko dryfować z dnia na dzień, niż wziąć odpowiedzialność za siebie. Troje kumpli Robbiego to kandydaci na tak zwanych trwale bezrobotnych, nad którymi nawet Ken Loach rozkłada ręce.

Popularne posty