Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film dokumentalny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film dokumentalny. Pokaż wszystkie posty

Filmowe remanenty - "Lombard", "Chrzciny", "Słoń"

Premiera filmowa goni premierę, tyle się dzieje, że nie da się obejrzeć wszystkiego, a ja nie nadążam z pisaniem. Dziś o jednej zaległości i o dwóch nowościach.

Na obsypany nagrodami i zachwytami dokumentalny film Łukasza Kowalskiego, "Lombard", czekałam z niecierpliwością. To historia lombardu prowadzonego przez Jolę i Wieśka w jednej z bytomskich dzielnic, dodajmy - zapomnianej przez Boga i ludzi. Przybytek ten mieści się w obskurnym pawilonie po sklepie popularnej sieci. Właściciele zgromadzili tam nieprzebrane morze przedmiotów. Jola i Wiesiek w niczym nie przypominają bezwzględnych krwiopijców żerujących na ludzkiej biedzie. Sprzedają za grosze, często wspierają swoich klientów. Nic dziwnego, że interes się nie kręci, właściwie stale są pod kreską. Nie układa się też między nimi. Ale to także opowieść o ich współpracowniczkach i jednym współpracowniku. Oni też borykają się z problemami, żyją na krawędzi. Właściwie niewiele ich wszystkich dzieli od ubogich klientów lombardu, chociaż Jola dumnie paraduje w futrze. Od razu zaznaczę, że film jest rzeczywiście znakomity, mam jednak wrażenie, że mój odbiór różni się nieco od tego, co wcześniej słyszałam. Chociaż bywa zabawnie, absurdalnie, trochę hrabalowsko, a reżyser patrzy na bohaterów z sympatią i szacunkiem, to jednak całość przygnębia. Nieszczęścia, bieda, brzydota otoczenia, brak perspektyw. Chyba najbardziej przejmującym momentem był dla mnie piknik organizowany przez Jolę, która chce dać okolicznym mieszkańcom, sąsiadom lombardu, trochę rozrywki i przy okazji ratować to miejsce. Kiedy wyszłam z kina, a było już ciemno, ulice mojego miasta wydały mi się  równie przygnębiające, chociaż przecież w niczym nie przypominają dzielnicy Bytomia, w której mieści się tytułowy lombard. Naprawdę trudno było mi się otrząsnąć.

Za to zupełnie inaczej nastroiły mnie "Chrzciny" Jakuba Skoczenia, które pojawiły się w kinach jakoś tak znienacka. To rozgrywająca się 13 grudnia 1981 roku historia rodzinna. Tego dnia w małej górskiej wiosce, skąd daleko do świata, mają się odbyć chrzciny wnuczki Marianny, wdowy, matki sześciorga dzieci. Jej marzeniem było zgromadzenie przy tej okazji ich wszystkich i doprowadzenie do zgody. Przede wszystkim pomiędzy dwoma najstarszymi synami - Wojtkiem, komuchem, który w domu rodzinnym nie był od lat, bo pokłócił się z bratem, i Tadeuszem, działaczem Solidarności i gorliwym katolikiem. Plan Marianny może się nie udać z powodu ogłoszenia stanu wojennego. Nic dziwnego, że robi wszystko, aby żadne z dzieci nie dowiedziało się o tym, co się wydarzyło. To oczywiście prowadzi do wielu nieporozumień i zabawnych zdarzeń. Ich przyczyną są też rodzinne konflikty. Nie tylko między najstarszymi braćmi. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej o wzajemnych pretensjach i rodzinnych tajemnicach. No i jeszcze pytanie - kto jest ojcem dziecka Hani. Dziewczyna nie chce powiedzieć, nawet matce. Film oglądałam z wielką przyjemnością. Bywa śmieszny, ale przede wszystkim jest ciepły. Jednak jego największą zaletą jest znakomite aktorstwo. Nie tylko Katarzyny Figury grającej Mariannę i Tomasza Schuchardta, ale także Michała Żurawskiego, Macieja Musiałowskiego (pyszna rola), Tomasza Włosoka, Andrzeja Konopki. Na specjalną uwagę zasługują role  mniej znanych młodych aktorek, nieopatrzonych jeszcze, które grają trzy córki Marianny - Agaty Bykowskiej, Marty Chyczewskiej i Marianny Gierszewskiej. Warto wybrać się do kina. 

I wreszcie trzeci film "Słoń", pełnometrażowy debiut Kamila Krawczyckiego nagrodzony w Gdyni w konkursie filmów mikrobudżetowych. To bardzo kameralna historia. Akcja toczy się w małej podhalańskiej wsi, gdzie Bartek prowadzi niewielkie gospodarstwo. Jego oczkiem w głowie są dwa konie, których nie chce sprzedać. Marzy o tym, aby kiedyś otworzyć stadninę. Nieoczekiwanie do wsi wraca starszy od niego Dawid, który po śmierci  ojca przyjechał  pozamykać wszystkie sprawy. Przed laty uciekł, zostawiając ojca samego, co mają mu za złe wścibskie sąsiadki. Między Bartkiem i Dawidem zaczyna iskrzyć. Ale wbrew pozorom nie jest to tylko gejowskie love story ani opowieść o nietolerancji. Wprawdzie Bartek spotyka się z wrogością, ale w żadnym razie nie jest ofiarą. Uczucie, które się rodzi pomiędzy młodymi mężczyznami, jest iskrą zmuszającą go do zastanowienia, jak chce dalej żyć. To również opowieść o rodzinnych relacjach, uwikłaniach, obowiązkach i manipulacjach. Co syn jest winien samotnej matce, jeszcze stosunkowo młodej, ale nieradzącej sobie z codziennością i niestroniącej od alkoholu? Czy ma prawo wymagać od niego poświęcenia? A co brat jest winny siostrze, która kilka lat temu, nie oglądając się na nikogo, wyjechała za granicę, a teraz wraca i oczekuje pomocy? Jak pogodzić miłość do koni i do Dawida, który nie po to kiedyś uciekł, aby teraz zostać w swojej rodzinnej wsi? Takie dylematy stawiają przed widzami twórcy. Film jest subtelny, tempo ma niespieszne, a jednak z każdą minutą coraz bardziej wciągała mnie ta historia. Obserwowanie napięcia narastającego pomiędzy bohaterami, subtelnej gry, jaka się pomiędzy nimi toczy, to wielka przyjemność. No i znowu znakomite role - szczególnie magnetyczny jest Jan Hrynkiewicz grający Bartka, ale także należy zauważyć Ewę Skibińską w roli matki, która potrafi się zmieniać niczym kameleon, no i Pawła Tomaszewskiego (Dawid). Klimat budują też zdjęcia - otoczona górami wieś pokazana jest pięknie, bo piękna jest pora roku - jesień, na drzewach kolorowe liście. "Słoń" nie pozwala o sobie zapomnieć. 


Filmowe remanenty - "Vortex", "Simona"

Dziś będzie o dwóch filmach, czyli jednej zaległości (w pisaniu) i jednej nowości. Pierwszy to "Vortex", drugi dokument "Simona".

Jeśli ktoś ma w sobie przestrzeń na obejrzenie filmu trudnego o sprawach granicznych, beznadziejnych, ale niestety nieuniknionych, niech wybierze się na "Vortex" Gaspara Noe'go. To historia małżeństwa, dwojga starych ludzi, którzy zmagają się ze swoimi chorobami. Ona lekarka psychiatra, on znawca kina, autor licznych książek i artykułów z tej dziedziny. Z dnia na dzień stają się coraz bardziej niedołężni. On jeszcze jakoś sobie radzi - wychodzi z domu, pisze kolejną książkę, kocha i tęskni, próbuje ogarniać domowe sprawy, opiekuje się żoną chorującą na chorobę Alzheimera. Mają syna, który jakoś próbuje im pomagać, ale sam ma poważne problemy z sobą, z żoną, samotnie wychowuje kilkuletniego synka. Tyle krótkie wprowadzenie. Poza tym niewiele się dzieje, widz obserwuje ich coraz bardziej beznadziejną codzienność. Przyznam, że do jakiegoś momentu oglądałam ten film chłodnym okiem, analizując to, co widzę na ekranie. Drażnił mnie też pewien formalny zabieg zastosowany przez reżysera. Nie będę go zdradzać, chociaż ja, idąc do kina, wiedziałam o nim, no ale może nie wszyscy słyszeli, więc zmilczę. Ale w pewnym momencie coś zaskoczyło i film zaczął działać. Przyznam, że gdybym oglądała "Vortex" w samotności, to rozryczałabym się na cały regulator, ale w sali kinowej próbowałam powstrzymać upust nagromadzonych uczuć. I nie chodzi tu o łatwe, tanie wzruszenia, ale o potrącenie strun powiązanych z moimi doświadczeniami. Wiem, że ten film działa tak na wielu. Przecież większość z nas stanie przed takimi problemem - jak poradzić sobie z opieką nad starzejącymi się, coraz mniej samodzielnymi, schorowanymi rodzicami. W Polsce to hardkor i jeśli nie masz worka pieniędzy (albo oni nie mają), to nie zazdroszczę. Drugi miecz wiszący nad każdym, to wizja własnej starości, ewentualnej niedołężności, unieruchamiającej choroby, a wreszcie śmierci, która w takiej sytuacji może być już tylko wybawieniem. Współuczestniczenie w życiu bohaterów zmagających się z codziennością, obserwacja ich wysiłków, nieradzenia sobie z bałaganem, z zagraconym mieszkaniem i innymi sprawami, a jednocześnie uporczywej walki o zachowanie autonomii, próby życia jak dawniej (to szczególnie dotyczy jego) mocno porusza. Ale porusza też to, iż jesteśmy świadkami przemijania i świadomość tego, że nasz rodzinny mikrokosmos również się kiedyś skończy. Na mnie ostatnie sceny, szczegółów nie zdradzę, zrobiły piorunujące wrażenie. No i jeszcze jedno, na co niewielu zwraca uwagę. To los  małego Kikiego. Co czeka to dziecko, które nie bardzo może liczyć na ojca, a zupełnie nie na matkę i dziadków?

Drugi film, "Simonę", dokument Natalii Korynckiej-Gruz o Simonie Kossak, mogę za to polecić z czystym sumieniem każdemu. Nie tylko polecić, ale gorąco namawiać do obejrzenia. Znakomity film, który ogląda się z zapartym tchem niczym trzymającą w napięciu fabułę. A jego bohaterka była postacią niezwykłą. Dzisiaj to, czym się zajmowała, jej miłość do zwierząt, troska o świat przyrody jest super aktualne. Opowieść o niej poznajemy dzięki wnuczce jej siostry, Idzie Matysek, która stała się spadkobierczynią ciotecznej babki i  fotografika Lecha Wilczka, partnera Simony. Towarzyszymy jej, gdy gromadzi zdjęcia, filmy i inne materiały, ogląda je, a my wraz z nią, rozmawia z mamą, Joanną, siostrzenicą Simony, która była jej oczkiem w głowie. Poza tym słuchamy innych, którzy Simonę znali, głównie jej współpracowników czy sąsiadów z Białowieży. Podziwiamy zdjęcia zrobione jej przez Lecha Wilczka, odbywamy drogę do Dziedzinki. Poznajemy rodzinne tajemnice, między innymi konflikt z siostrą Glorią, malarką, matką Joanny, babcią Idy. Film nie jest pomnikiem wystawionym Simonie, wielokrotnie mowa o jej niełatwym charakterze, bezkompromisowości, ale to wszystko nie umniejsza jej niezwykłości. Drugim bohaterem jest Puszcza Białowieska, no i zwierzęta. Piękne zdjęcia, znakomita ścieżka dźwiękowa wymyślona przez Aleksandra Gruza to dodatkowe zalety. Jednym słowem seans obowiązkowy. Ja przywołałam z pamięci kilka dni spędzonych wraz z grupą znajomych w Białowieży tego pamiętnego lata, które było antraktem i wytchnieniem między dwoma lockdownami. Wybrałyśmy się, same kobiety, aby zobaczyć Dziedzinkę. A można to zrobić tylko z zewnątrz. Dzień był burzowy, na leśnej drodze atakowały nas stada muszek i komarów, ale warto było. W filmie widzimy, jak Ida Matysek patrzy na ten opuszczony dom zza płotu, przeglądając umieszczone na specjalnym pulpicie zdjęcia Dziedzinki, Simony i zwierząt, które z nią mieszkały, jedyny ślad, który przywołuje jej obecność w tym miejscu. Też tak stałyśmy, przeglądając ten niewielki album, wpatrując się w pustkę po dawnych gospodarzach Dziedzinki. 




 

Filmowe remanenty - "Spragnieni miłości", "Film balkonowy", "Lingui"

Dzisiaj o trzech kolejnych znakomitych filmach. Te obejrzałam w ciągu ostatniego tygodnia.

"Spragnionych miłości" widziałam przed laty w kinie, kiedy film miał swoją premierę. Zakochałam się w nim, nie ja jedna, zawsze marzyłam, aby zobaczyć go jeszcze raz. Nigdy nie pojawił się ponownie, na żadnych przeglądach, w telewizji też się na niego nie natknęłam. Aż tu nagle jesienią trafiło do kin pięć zrekonstruowanych cyfrowo filmów Wonga Kar Wai'a. Niestety pokazywane były krótko i nie udało mi się wstrzelić w seans. Tym razem kiedy w tygodniu przedświątecznym znienacka wróciły po raz kolejny do mojego ulubionego kina, nie mogłam odpuścić. Po latach "Spragnieni miłości" robią takie samo wielkie wrażenie. W końcu to historia ponadczasowa, uniwersalna, jaką kino i literatura uwielbiają. Historia pary nieszczęśliwych kochanków, którzy nie mogą być razem. A właściwie nie chcą, bo pragną zachować się etycznie. Zbliżyło ich sąsiedztwo i odkrycie, że ich wiecznie nieobecni małżonkowie mają romans. Powoli rodzi się uczucie, ale nie chcą być tacy jak oni. Czy dojdzie do spełnienia, czy nie, to kwestia otwarta. Film oparty jest na niedopowiedzeniach. Możemy się domyślać i spekulować. Być może "Spragnieni miłości" byliby jeszcze jednym melodramatem, gdyby nie mistrzowska robota reżyserska. Tu wszystko gra, wszystko buduje nastrój i atmosferę. Akcja rozgrywa się w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku w Hongkongu, gdzie mieszka wielu uciekinierów z Chin. Ciasnota mieszkań, w których gnieździ się wiele rodzin, a wszyscy się wzajemnie obserwują, ciasnota wąskich zaułków, ciemne kadry, deszcz, stroje i fryzury kobiet, szczególnie głównej bohaterki, i niesamowita muzyka - to stwarza ten film. Plus subtelność - wszystko rozgrywa się w niedopowiedzeniach, w gestach, spojrzeniach, przelotnym dotyku, pomiędzy słowami. Trudno nie poddać się atmosferze, trudno się nie zadumać i nie wzruszyć. Mistrzostwo świata. 

I coś zupełnie innego. Długo zapowiadany, poprzedzony znakomitymi recenzjami dokument Pawła Łozińskiego "Film balkonowy". Idea była prosta, a zrodziła się z trochę podobnego niezrealizowanego projektu na wspólny film obu Łozińskich, syna i jego ojca Marcela. Tu pomysł polega na tym, że reżyser ustawia na balkonie swojego mieszkania na Saskiej Kempie kamerę i czeka na przechodniów, licząc na to, że się zainteresują i zaczną rozmawiać. Jak mówi w licznych wywiadach, szybko zrozumiał, że tak się nie da - samo się nie zrobi, trzeba zagadać, więc na przynętę rzucał pytanie o sens życia. Jedni się na ten haczyk złapali, inni wykręcali. Ktoś pojawił się raz, kilku bohaterów powraca i powstaje z tego jakaś historia. Paweł Łoziński kręcił swój film dwa lata, przez ten czas przewinęło się przed jego kamerą mnóstwo przechodniów - sąsiadów bliższych i dalszych, większość to pewnie osoby, których nie znał. O czym mówią? Niektórzy o życiu, o swoich rozczarowaniach, o tęsknocie za zmarłym mężem albo przeciwnie o radości z rozstania, o dziecku, które ma przyjść na świat, o bezradności, o starości, inni cokolwiek, nawet to, że nie mają nic do powiedzenia. Jedni są śmieszni, drudzy zadziorni, jeszcze inni wzruszający. Tworzy się z tego niesamowita mozaika. Prosty, znakomity film. Mimo wszystko optymistyczny i jasny.

PS. Krzepiąca wiadomość dla tych, którzy film widzieli. W jednym z wywiadów Paweł Łoziński zdradził, że mężczyzna, który wyszedł z więzienia, ułożył sobie życie. 

Ostatni z filmów afrykański "Lingui" byłabym przegapiła. Na szczęście w porę usłyszałam, że jak najbardziej warto go obejrzeć. To historia matki i jej piętnastoletniej córki, które mieszkają na obrzeżach stolicy Czadu. Amina sama wychowuje nieślubne dziecko. Musi ciężko pracować, aby zapewnić Marii lepszą przyszłość. Nie może liczyć na rodzinę, która się od niej odwróciła. Nagle względną stabilizację burzy wiadomość, że córka jest w ciąży. To nie tylko przekreśla jej nadzieje na zdobycie wykształcenia, zostaje usunięta ze szkoły, ale rodzi obawy, że powtórzy los swojej matki. Dziewczyna chce ciążę usunąć, ale tego zabrania i religia, i prawo w jej kraju. Amina nie wie, co robić. To piękny film, ogląda się go z zapartym tchem, a mimo wartkiej akcji niepozbawiony jest poetyckiego klimatu. Z jednej strony to, co oglądamy na ekranie, budzi wściekłość na patriarchat, na męską opresję. Faceci nie dość, że nie pomagają, nie dość, że roszczą sobie prawa do ciał kobiet, to jeszcze nie pozwalają im posprzątać po sobie, czytaj tworzą prawo, które zakazuje aborcji. Tu muszę wspomnieć o "Obiecującej młodej kobiecie", która jakoś kojarzy mi się z tym filmem, może też z powodu złości na facetów. Mimo że Amina jest kobietą samodzielną, która nie raz udowodniła, że potrafi zadbać o siebie i córkę, to jednak kiedy przychodzi co do czego, styka się z opresją mężczyzn, którzy dyktują jej i jej córce, jak mają postępować. Ale film ma też swoją jasną stronę. Bo Amina pod wpływem sytuacji, pod wpływem wielkiej miłości do córki zmienia się. Już nie będzie pokornie słuchała pouczeń imama ani udawała słabą, chociaż naprawdę jest silna. Stoczy walkę. I napotka na swojej drodze inne kobiety, które będą chciały pomóc jej i Marii. Stworzy się między nimi silna więź, bo lingui oznacza właśnie więź. Tak, to także piękny film o kobiecej solidarności. Nie przepadam za słowem siostrzeństwo, ale ono pasuje tu jak ulał. I jeszcze jedno. Oglądając ten film, nie mogłam oprzeć się refleksji, że niezależnie od szerokości geograficznej kobiety mierzą się z tymi samymi problemami. Walka Aminy i Marii o usunięcie ciąży niczym się nie różni od walki, jaką stoczyła bohaterka amerykańskiego filmu "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze". Nie przegapcie "Lingui" - to piękny, mocny film. Na szczęście więcej w nim jasności niż ciemności.

"Tony Halik"

Jesień obrodziła premierami i znowu muszę wybierać. Z kilku filmów, które mogłabym obejrzeć, zdecydowałam się na dwa - "Jak najdalej stąd" Piotra Domalewskiego, o nim następnym razem, i dokument Marcina Borchardta "Tony Halik", na który czekałam od dawna. Już kilka miesięcy temu wysłuchałam w radiu rozmowy z reżyserem, a ostatnio z okazji premiery filmu dwóch kolejnych. Pomysł, by na ekranie opowiedzieć o Tonym Haliku, amerykańskim dziennikarzu o polskich korzeniach pracującym dla amerykańskich stacji telewizyjnych i gazet, podróżniku, autorze popularnych programów telewizyjnych (najpierw w telewizji amerykańskiej, potem w siermiężnych latach perelowskich w polskiej), wziął Marcin Borchardt z reporterskiej książki Mirosława Wlekłego "Tu byłem. Tony Halik" wydanej w 2017 roku przez Agorę, która też miała bardzo dobre recenzje. Skąd to zainteresowanie? Otóż Tony Halik to postać niezwykle barwna, jak się okazuje skrywająca pewne tajemnice. Obaj autorzy zadają sobie pytanie, na ile kreował siebie? Czy wszystko, co o sobie opowiadał, zdarzyło się naprawdę?

 

Film Marcina Borchardta składa się tylko z materiałów dokumentalnych - fragmentów rozmaitych filmów, wywiadów, ale przede wszystkim z tego, co kręcił samTony Halik, z jego programów telewizyjnych, tych amerykańskich robionych razem z pierwszą żoną, Francuzką Pierette, i wzorowanych na nich polskich, których współgospodynią była jego druga żona, Elżbieta Dzikowska. To dla niej porzucił Amerykę i zamieszkał w komunistycznej Polsce, co, jak się okazuje, miało swoją cenę. Nie ma tu gadających głów. Opowieści o Tonym Haliku słyszymy z offu. Opowiadają o nim syn z pierwszego małżeństwa, Elżbieta Dzikowska i kilku jego przyjaciół, ci, którzy znali go z Ameryki i ci, którzy zetknęli się z nim w Polsce.

 


Ogląda się ten film znakomicie. Nie wiem, kiedy minęło półtorej godziny spędzone w kinie. Szczególnie zainteresowały mnie materiały z amerykańskiego okresu życia Tonego Halika, zwłaszcza fragmenty filmów z podróży przez obie Ameryki, którą odbył razem z Pierette i małym synem. Wtedy dopiero próbował zaczepić się w dziennikarskim fachu, co udało mu się dopiero po latach. Podróże i przygody były jego pasją, to im podporządkował wszystko. Obie jego żony dzieliły te zainteresowania, ale małego syna nikt nie pytał, czy chce mieć takie dzieciństwo. Wielu pewnie mu zazdrości, też chcieliby przeżyć taką przygodę, mieć tak zwariowanych rodziców, a jednak takie życie wagabundy ma swoją cenę. 

Oglądając film, uświadamiałam sobie, jak niewiele wiedziałam o Tonym Haliku. Ani jakie były jego polskie korzenie, ani o jego amerykańskiej karierze, ani o tym, dlaczego porzucił Amerykę i osiedlił się w siermiężnej, komunistycznej Polsce, ani tym bardziej o tym, że był korespondentem w stoczni gdańskiej w czasie strajków. A już w ogóle nie miałam pojęcia, jakie tajemnice skrywał. 

Za takie życie, jakie prowadził Tony Halik, płaci się cenę. Cenę normalnego dzieciństwa syna, cenę kompromisów i ustępstw, wreszcie cenę zdrowia i krótszego życia. Czy warto, na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Jak mówi Elżbieta Dzikowska, on na pewno wolał żyć krócej, za to pełną piersią. Na ekranie oglądamy szczęśliwego, szeroko uśmiechniętego, spełniającego swoje marzenia człowieka. To, co go gryzło, skrywał głęboko.

Filmowe remanenty - "Obywatel Jones", "I młodzi pozostaną"

Bogactwo premier takie, że nie ma mowy, aby obejrzeć wszystko, na co ma się ochotę. Trzeba wybierać. Ostatnio w każdym tygodniu z czegoś muszę rezygnować. Nie obejrzałam izraelskich "Synonimów", dokumentu "Ostatnia góra" o polskiej zimowej wyprawie na K2, nadal nie widziałam "Ikara", pewnie nie dam rady wybrać się na macedoński film "Bóg istnieje, a jej imię to Petrunia". Całkiem możliwe, że w natłoku nowości jeszcze coś przeoczyłam. A w ten weekend nadrabiałam zaległości z zeszłego tygodnia. To oczywiście "Obywatel Jones" Agnieszki Holland nagrodzony w Gdyni Złotymi Lwami. Przy okazji chcę wspomnieć o dokumencie "I młodzi pozostaną", który widziałam gdzieś pomiędzy spotkaniami na Festiwalu Conrada, a o którym nie bardzo miałam czas napisać.


"Obywatel Jones" to opowieść o walijskim dziennikarzu Garethcie Jonesie, który narażając życie, wyruszył z Moskwy na Ukrainę, gdzie na własne oczy zobaczył panujący tam głód zwany dzisiaj wielkim głodem. Wymarłe wioski, zamarznięte trupy leżące na ulicach miast i poboczach dróg, ludzie bijący się o jedzenie, kanibalizm. Miał wielkie szczęście, że udało mu się w tamtym momencie ocalić życie. Wrócił do Wielkiej Brytanii i dzięki uporowi poinformował opinię publiczną o tym, co dzieje się na Ukrainie i w Związku Radzieckim. To kolejna opowieść na temat, jak świat wiedział i nie zrobił nic. Garethowi Jonesowi albo się nie wierzy, albo się go ucisza, albo, według dzisiejszych kryteriów, hejtuje. Za tym wszystkim kryje się wielka polityka i interesy gospodarcze. Nie pierwszy to i nie ostatni przypadek w historii. Głos wołającego na puszczy. Mnie ta opowieść rymuje się ze znakomitym reportażem historycznym, który ostatnio czytałam - "W ogrodzie bestii" Erika Larsona o latach trzydziestych w III Rzeszy. Tym bardziej, że film opowiada o tym samym okresie, a Gareth Jones zasłynął przeprowadzeniem wywiadu z Hitlerem. W tym wypadku wołającym na puszczy był amerykański ambasador, którego pesymistycznych diagnoz nikt nie chciał słuchać. Historia przyznała mu rację. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby zobaczyć, jak świat jest obojętny na podobne tragedie, które rozgrywają się na naszych oczach. Jak zawsze zwycięża wielka polityka i wielkie interesy. Tyle dygresji związanych z tematem, a teraz jeszcze kilka refleksji na temat samego filmu, na który niektórzy kręcą nosem. Od razu powiem, że ja Złote Lwy dałabym rewelacyjnemu "Bożemu Ciału" Jana Komasy, co nie znaczy, że należę do grona marudzących na film Agnieszki Holland. Powiedziałabym, że jest to solidne, popularne kino opowiadające o ważnych sprawach, bardzo dobrze zrobione. Utrzymane w konwencji filmu trochę sensacyjnego, trochę thrillera politycznego (tak określa go producent), ma mroczną, przytłaczającą atmosferę, trzyma w napięciu, szczególnie jeśli ktoś, tak jak ja, nie do końca znał losy Garetha Jonesa. Wiedziałam, co zrobił, wiedziałam, że udało mu się ze Związku Radzieckiego wyjechać, ale nie miałam pojęcia jak, wiedziałam, że w końcu zginie, ale nie znałam okoliczności. Lepiej więc przed seansem nie wgłębiać się zbyt dokładnie w historię głównego bohatera. Poza tym akcja zbudowana jest na konflikcie wartości - Garethowi Jonesowi przeciwstawiony zostaje amerykański dziennikarz Walter Duranty,  nagrodzony Pulitzerem korespondent New York Timesa, który cynicznie, a może ze strachu, ukrywa prawdę o tym, co dzieje się w Związku Radzieckim, pisze kłamliwe, pochwalne artykuły o gospodarczych sukcesach i żyje sobie wygodnie w Moskwie, urządzając najlepsze przyjęcia w mieście. I jeszcze jedno - film bardzo dobrze oddaje to, co zdumiewa mnie nieustannie - kiedy jedni cierpią, głodują, chowają się przed bombami, uciekają z domów, koczują w obozach dla uchodźców, inni żyją względnie wygodnie i normalnie. Cóż, ja też przecież należę do tych wybrańców losu. Konkluzja - "Obywatela Jonesa" zobaczyć należy, choćby ze względu na temat, na pamięć walijskiego dziennikarza i milionów ofiar głodu na Ukrainie, którym film jest dedykowany.


Zobaczyć też należy dokument "I młodzi pozostaną" ... Petera Jacksona. Tak, tego od "Hobbita" i "Władcy pierścieni". Szczerze mówiąc, długo nie miałam pojęcia, kto nakręcił ten film i nie reżyser był dla mnie magnesem, a temat. A jest to opowieść o bezsensie i absurdzie wojny. W tym wypadku chodzi o pierwszą wojnę światową. Peter Jackson zrobił to, co przed nim zrobili Polacy - film o powstaniu warszawskim zmontowany z dokumentów i zdjęć. Ta historia jest podobna. Reżyser wykorzystał filmy dokumentalne z londyńskiego Muzeum Wojny, obrobił je, niektóre pokolorował, dodał z offu opowieści weteranów i zmontował to wszystko, tworząc spójną opowieść, która zaczyna się tuż przed wybuchem wojny, a kończy bardzo gorzko powrotem do Anglii tych żołnierzy, którzy wyszli żywi z wojennego koszmaru. A tam nikt ich nie rozumiał, nikt, po początkowym entuzjazmie, nie zamierzał się nimi zajmować. Okaleczeni psychicznie i niejednokrotnie fizycznie nie mieli pracy, stawali się pierwszymi ofiarami kryzysu gospodarczego. Film robi wielkie wrażenie, z bliska pokazuje koszmar, jakim była pierwsza wojna światowa, w trakcie której miliony żołnierzy francuskich, brytyjskich, niemieckich i innych tkwiły miesiącami w okopach w deszczu, w błocie, odbijając od czasu do czasu kawałek ziemi, który nie miał w ogólnym rozrachunku żadnego znaczenia. I już nikt nie wiedział, jaki jest sens tej walki. Warto przy okazji sięgnąć po kilka książek, które na mnie zrobiły wielkie wrażenie. Znakomity reportaż historyczny Petera Englunda "Piękno i smutek wojny" - kiedyś otworzył mi oczy na to, czym była tamta wojna. Albo po sensacyjną powieść Pierre,a Lemaitre "Do zobaczenia w zaświatach". Czy Stefana Hertmansa "Wojnę i terpentynę". Wreszcie po książkę historyczną Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego "Nasza wojna. Imperia", której część druga, "Narody", właśnie się ukazała. (Kupiłam, ale kiedy ja ją przeczytam?) I pewnie wiele innych.

Letnie remanenty filmowe (IV) - "Kraina wielkiego nieba", "Jutro albo pojutrze"

Nadal nie wychodzę z kina. Oglądam filmy, które z różnych powodów przeoczyłam. Zdarza mi się też iść po raz drugi na coś, co widziałam, ale o tym nie piszę, bo już to zrobiłam. A dziś będzie o amerykańskiej "Krainie wielkiego nieba" i, także amerykańskim, dokumencie "Jutro albo pojutrze".


Akcja "Krainy wielkiego nieba" rozgrywa się w latach 60-tych zeszłego wieku w miasteczku w stanie Montana. Pokazywane od czasu do czasu piękne krajobrazy zapierają dech w piersiach. Ale to historia duszna i klaustrofobiczna. Kameralny, rodzinny dramat. Kiedy mąż traci pracę i po raz kolejny, zamiast zmierzyć się z trudnościami, ucieka od problemu (zwykle jest to kolejna przeprowadzka fundowana rodzinie), ujawnia się kryzys małżeński, który tlił się od dawna. Oglądamy go oczami nastoletniego syna. Sama historia byłaby dość banalna, i kryzys, i szaleństwa zmęczonej powtarzającą się sytuacją żony (Trzeba przyznać, że szalejąc, wykazała się wyjątkową naiwnością i brakiem odpowiedzialności. To drugie można zrozumieć, bo z szaleństwem ma wiele wspólnego.), ale film zyskuje dzięki aktorstwu. Wszystko rozgrywane jest subtelnie, w milczeniu, gestem, spojrzeniem, grymasem twarzy. Mnie szczególnie podobał się młody aktor (Ed Oxenbould) grający syna. A Carey Mulligan, też bardzo dobra, nominowana była do nagrody na jednym z festiwali. A z tej smutnej historii, szczególnie smutnej dla syna, wypływa jednak pocieszający wniosek - czasem kryzysy wychodzą na dobre. Nie, czytelniku tej notki, historia wcale nie kończy się tak, jak myślisz. Konkluzja - "Krainę wielkiego nieba" można zobaczyć, ale niekoniecznie trzeba.


Drugi film - nominowany do Oscara, zwycięzca festiwalu Millenium Docs Against Gravity - dokument "Jutro albo pojutrze". Też amerykańska prowincja. Rickford w stanie Illinois. Miasto dotknięte bezrobociem i przestępczością. Bohaterami filmu są trzej przyjaciele - jednym z nich jest sam reżyser, Bing Liu - młodzi chłopcy, z rozbitych albo niepełnych rodzin, których pasją jest jeżdżenie na deskorolce. Oprócz tego imprezują, piją, palą. Każdy z nich zmaga się ze swoimi demonami, nawet jeśli tak o tym nie myśli. Brakiem odpowiedzialności, perspektyw i pomysłu na swoją przyszłość, dyskryminacją rasową, śmiercią ojca, niezbyt szczęśliwym dzieciństwem, które było wynikiem rozbicia rodziny lub problemami matek, które same nieszczęśliwe nie potrafiły poświęcić należytej uwagi dzieciom. Bing Liu rejestrował ich i swoją codzienność, najpierw spontanicznie, przez kilka lat. Dlatego obserwujemy, jak dojrzewają i jak się zmieniają. Zakończenie jest w miarę optymistyczne. Są na dobrej drodze, aby wyjść na prostą. Czy im się uda? Bardzo dobry film. Kto przegapił, niech szuka. A, i jeszcze coś - ich deskorolkarskie akrobacje oglądałam z prawdziwą przyjemnością i podziwem.

Filmowe remanenty - "Siłaczki", "Over the Limit"

Ostatnio znowu zrobiło się filmowo. Dopiero byłam na "Sofii", a tu nieoczekiwanie w sobotę wybrałam się do kina aż dwa razy. Taki eksces już dawno mi się nie zdarzył. Od jakiegoś czasu staram się dokonywać wyboru i chodzić tylko na jeden film w ciągu weekendu, bo wyprawa do kina pociąga za sobą konieczność pisania i czasu na czytanie nie zostaje wiele. Ale tym razem sytuacja była wyjątkowa. Miałam iść na "Eter", ale okazało się, że w moim ulubionym kinie jest pokaz "Siłaczek", fabularyzowanego dokumentu Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego, a w Tygodniku Kulturalnym wysłuchałam rozmowy z Anną Prus, reżyserką dokumentu "Over the Limit" i postanowiłam go zobaczyć. I tak najnowszy film Krzysztofa Zanussiego będzie musiał trochę poczekać, pod warunkiem, że nie zniknie z ekranów.

O "Siłaczkach" opowiadających o polskich sufrażystkach, które walczyły o prawa kobiet, przede wszystkim o możliwość studiowania na polskich uczelniach, a potem o prawa wyborcze, słyszałam już dawno temu. Nie wiem, czy ten film wejdzie do regularnej dystrybucji, a powinien, bo przywraca pamięć o dzielnych, zdeterminowanych kobietach mieszkających na terenie różnych zaborów, w różnych miastach, które dzięki swojemu uporowi, mrówczej pracy i odwadze osiągnęły cel. Mija właśnie sto lat od uzyskania praw wyborczych przez Polki. A to wszystko samo się nie zrobiło, z nieba nie spadło. Kiedy rozpoczynały swoją walkę, sprawa wydawała się beznadziejna, a jednak udało się. Kim były aktywistki z przełomu wieków wygumkowane z podręczników historii? Kazimiera Bujwidowa - dzięki jej uporowi na Uniwersytecie Jagiellońskim pojawiły się pierwsze studentki, początkowo tylko trzy. Maria Dulębianka, partnerka Marii Konopnickiej - autorka zakrojonego na szeroką skalę happeningu wyborczego. Zorganizowała swoją kampanię do sejmu krajowego we Lwowie w czasie, kiedy kobiety nie miały jeszcze praw wyborczych. Justyna Budzińska-Tylicka, lekarka, działaczka społeczna - stanęła na czele delegacji do Józefa Piłsudskiego. Paulina Kuczalska, siostry Aniela i Zofia Tułodzieckie, Zofia Daszyńska-Golińska, Narcyza Żmichowska. W ich role wcieliły się między innymi Maria Seweryn, Klara Bielawka, Marta Ojrzyńska oraz liczne grono współczesnych aktywistek. Warto przytoczyć garść haseł, jakimi się posługiwały Ludźmi jesteśmy i ludzkich praw żądamy! Chcemy całego życia! Bez różnicy płci! Odważmy się być wolnymi! Praw się nie dostaje! Prawa się zdobywa w walce! Film się świetnie ogląda. Komentarze i garść niezbędnej wiedzy historycznej przekazywanej przez współczesne naukowczynie, aktywistki, dziennikarki na temat polskich sufrażystek i ich ruchu przeplatają się z inscenizowanymi scenami spotkań w kobiecych czytelniach, rozmaitych dyskusji, wiecu wyborczego Marii Dulębianki, manifestacji o prawa wyborcze kobiet, pielgrzymek Kazimiery Bujwidowej na Uniwersytet Jagielloński i wielu innych działań. Te inscenizowane fragmenty miały zastąpić zdjęcia archiwalne, których właściwie nie ma. W filmie wykorzystano artykuły, manifesty i rozprawy, jakie pisały, dlatego te kobiety przemawiają do nas swoim głosem. Na tym tle nieco sztucznie brzmią inscenizowane rozmowy i dyskusje toczone współczesnym językiem. Rozumiem zamysł, ale niestety brzmi to papierowo. Na szczęście to mój jedyny zarzut pod adresem filmu. Muszę wstydliwie wyznać, że "Siłaczki" zwyczajnie mnie wzruszyły. Duże wrażenie robią sceny manifestacji. Są inscenizowane, ale we współczesnych realiach. Dlatego miejsca, stroje i, co najważniejsze, hasła sprzed ponad wieku mieszają się z tymi, które wykrzykiwane są w czasie manif czy akcji organizowanych przez Strajk Kobiet i inne organizacje kobiece. To wzmacnia wymowę filmu, przypomina, że dużo jeszcze przed nami, że prawa nie są dane raz na zawsze, że ciągle jest o co walczyć. Ale daje nadzieję i energię, którą "Siłaczki" są naładowane.

I drugi dokument - "Over the Limit" Marty Prus. Film ma już na koncie kilka nagród Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie Tygodnik Kulturalny i chwała mu za to, bo jest wart obejrzenia. To historia rosyjskiej gimnastyczki artystycznej Margarity Mamun, która przygotowuje się do olimpiady w Rio de Janeiro. Robi to pod okiem dwóch trenerek. Film opowiada o morderczej pracy i ogromnym wysiłku, jaki dwudziestoletnia zawodniczka musi włożyć, aby osiągnąć sukces, który przecież nie jest pewny. Nie zależy tylko od jej chęci, motywacji, formy fizycznej i psychicznej. Ale przede wszystkim jest to opowieść o kosztach psychicznych, jakie płaci Margarita. Wiecznie krytykowana, poniżana, dyskredytowana, obrażana przez jedną z trenerek, postać iście demoniczną, potwora. Żadnej pozytywnej motywacji, tylko krytyka, obraźliwe epitety, krzyk, wytykanie błędów. Trenerka jest oczywiście autorytetem i ma na koncie sukcesy. Dlatego nikt się nie skarży, nikt nie ośmieli się nic powiedzieć. Droga Rity do sukcesu to droga przez mękę, pot i łzy. Skupienie, wysiłek, zero uśmiechu, ból, zmęczenie. W tle rozgrywa się jej osobista tragedia, która na pewno ma wpływ na kondycję. Uderza jej osamotnienie. Jest zamknięta w sobie, sama musi radzić sobie z psychiczną presją, z bólem ciała, tęsknotą za bliskimi i strachem o nich. Robi wrażenie kontrast między tym, co dzieje się na treningach, na zapleczu, a samymi występami, które są spektaklem odgrywanym dla publiczności i sędziów. Na ile szczery jest uśmiech Rity, kiedy odbiera medal? Dla mnie nie ma w tym spontanicznej radości, są wyuczone gesty i uśmiechy, jakby zawodniczka nie potrafiła się już cieszyć. To tylko chwila poprzedzona najeżoną kolcami drogą. Czy warto płacić taką cenę?

"Książę i dybuk"

Od dawna czekałam na nagrodzony w Wenecji najnowszy dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego, autorów znakomitego "Efektu domina". Tym razem zafascynowani historią Michała Waszyńskiego postanowili zmierzyć się z pytaniem, kim naprawdę był, jaką tajemnicę skrywał. Jeśli czytelniku tej notki nie wiesz nic albo prawie nic o bohaterze tego dokumentu, jeśli udało ci się nie wysłuchać ani nie przeczytać żadnego wywiadu z twórcami, żadnej recenzji, żadnej informacji od producenta, a chcesz mieć niespodziankę i jeszcze większą przyjemność, to nie czytaj dalej, tylko idź do kina, bo naprawdę warto. Powinno ci wystarczyć zapewnienie, że film jest znakomicie zrobiony i trzyma w napięciu, bo twórcy podążają tropem Michała Waszyńskiego, polskiego księcia i filmowca, który w przedwojennej Polsce kręcił cieszące się wielką popularnością filmy, a po wojnie osiadł we Włoszech i współpracował z tuzami filmowego świata. Współprodukował choćby "Upadek Cesarstwa Rzymskiego", wielką superprodukcję. Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć, ale ponieważ bohater filmu to postać znana i informacje o nim można znaleźć jednym kliknięciem, to jednak trochę jeszcze napiszę.

Niewiera i Rosołowski próbują zmierzyć się z zagadką jego życia. Jak to się stało, że polski Żyd z Kowla, syn kowala, stał się księciem i ważnym człowiekiem europejskiego, a nawet światowego kina? Dlaczego ukrywał swoją prawdziwą tożsamość i udawał kogoś, kim przecież nie był? Dlaczego niczym kameleon zmieniał kilkakrotnie skórę i zaczynał kolejny fascynujący rozdział w swoim życiu? Może kluczem do jego historii jest przedwojenna ekranizacja "Dybuka" An-skiego nakręcona w języku jidisz, tak inna od wszystkiego, co robił wcześniej i potem. Niewiera i Rosołowski czynią ją lejtmotywem swojego dokumentu. Kilka melancholijnych scen z "Dybuka" powraca niczym mantra. Przenikają się z opowieściami o nim, z fragmentami zdjęć z czasów i miejsc, w których żył Waszyński. Oglądamy żydowskie sztetle, przedwojenną elegancką Warszawę, szlak przemierzany z armią Andersa, Rzym lat pięćdziesiątych. Kontrapunktem dla obrazów z przeszłości są odwiedziny ekipy filmowej w miejscach związanych najsilniej z jego życiem. Przejmują czytane zza kadru fragmenty dzienników Waszyńskiego, pełne tęsknoty za przeszłością, za czymś, co utracił. Nawet jeśli zna się jego historię, nawet jeśli wysłuchało się rozmowy z twórcami, to film i tak trzyma w napięciu. Znakomite są zdjęcia, które budują nastrój melancholii i smutku. Ale jednocześnie od osób wypowiadających się na ekranie najczęściej  bije radość, pogoda ducha i energia. Bardzo ciekawy i świetnie zrobiony film.

PS. Waszyński, chociaż w pewnym okresie swojego życia miał żonę, był homoseksualistą, czego nie ukrywał. W filmie pojawia się również ten wątek, chociaż nie stanowi głównego tematu opowieści, dlatego wcześniej o nim nie wspomniałam. 

"Nie jestem twoim murzynem", "Przy Planty 7/9"

Dziś bardziej informacyjnie niż refleksyjnie o dwóch dokumentach, które właśnie weszły do kin. Dlaczego informacyjnie? Bo pierwszy "Nie jestem twoim murzynem" jest na tyle wymagający, że aby dokładniej zagłębić się w jego treść, należałoby go obejrzeć uważnie kilka razy, najlepiej jeszcze robiąc przy okazji notatki. To oczywiście niemożliwe. Drugi, "Przy Planty 7/9", aż tak wymagający nie jest, ale widziałam go w lipcu ubiegłego roku na jakimś pokazie, więc trudno dzisiaj po takim czasie o wnikliwą refleksję. Teraz zupełnie nieoczekiwanie, znienacka wchodzi do kin. Mimo trudności, jakimi się przed chwilą podzieliłam, chcę wspomnieć o tych filmach, żeby zwrócić na nie uwagę, bo warto, a właściwie należy je obejrzeć.

"Nie jestem twoim murzynem" to opowieść o amerykańskim rasizmie, o walce z segregacją, o jej bojownikach - Martinie Lutherze Kingu, Malcolmie X i najmniej w Polsce znanym Medgarze Eversie. Jednym słowem to opowieść o Ameryce i nie jest to historia budująca. Stany, obiekt naszych westchnień, marzeń, podziwu, nie są rajem. A lubimy tak o nich myśleć. Właściwie  lubiliśmy, bo przecież nasz ogląd Ameryki zmienia się, a może już się zmienił. Ale ten film ma jeszcze jednego bohatera, kto wie, czy nie najważniejszego - to afroamerykański pisarz, zmarły w latach osiemdziesiątych James Baldwin. Również żywo zaangażowany w walkę o równe prawa Afroamerykanów. Przez wiele lat mieszkał w Paryżu i w Europie, tam nauczył się być wolnym człowiekiem, tam rasa nie miała znaczenia, przynajmniej aż takiego. Postanowił jednak wrócić do Stanów, bo tęsknił, a poza tym zaczęła mu doskwierać jego komfortowa sytuacja, kiedy jego rodacy cierpieli i walczyli. To jemu film zawdzięcza oryginalność. Ale jednocześnie ta oryginalność sprawia, że tak trudno zapamiętać wszystko, co by należało. Dlaczego? Otóż Baldwin zamierzał napisać książkę poświęconą trzem wyżej wymienionym działaczom, którzy byli jego przyjaciółmi. Ostatecznie powstało tylko trzydzieści stron. I właśnie ten nasycony emocjami, wymagający skupienia tekst stanowi narrację filmu. Oprócz tego oglądamy mnóstwo archiwalnych materiałów, które są znakomitą ilustracją czytanego zza kadru eseju. To fragmenty telewizyjnych rozmów z bohaterami dokumentu, ich wystąpienia na uniwersytetach, fragmenty hollywoodzkich filmów, w których czarnoskórzy bohaterowie pełnili rolę kwiatka do kożucha, zdjęcia z demonstracji i manifestacji, z pogrzebów zamordowanego Malcolma X i Martina Luthera Kinga, makabryczne fotografie zlinczowanych, powieszonych Afroamerykanów. Ogromne wrażenie robią informacje ilustrowane zdjęciami o pierwszych czarnoskórych uczniach, którzy po oficjalnym zniesieniu segregacji próbowali egzekwować swoje prawo do nauki z białymi dziećmi. Spotykali  się z wielkim sprzeciwem - protestowano przeciwko nim, opluwano ich, lżono. Trzeba było mieć ogromną determinację i odwagę, aby to wszystko przetrwać. Kto protestował, pluł i znieważał? Zwyczajni, bardzo sympatycznie wyglądający obywatele Stanów. Oczywiście biali. Materiały archiwalne zderzone zostają ze współczesnymi. Na przebitkach oglądamy zdjęcia zamordowanych współcześnie czarnoskórych Amerykanów, zamieszki, na przykład w Ferguson, ale i fotografie prezydenta Obamy z żoną. Co oprócz tego wszystkiego zostało mi w pamięci? Że świat wcale nie jest biały, a biel jest synonimem władzy i dominacji. Dlaczego? Jakim prawem? Kto je dał białym? Niby banał, ale warto to sobie po raz enty uświadomić. I jeszcze słowa wypowiedziane przez Jamesa Baldwina w czasie telewizyjnej dyskusji, kiedy polemizował z jakimś białym profesorem (chyba), którego nazwiska nie zapamiętałam. Profesor nie miał siebie za rasistę i twierdził, że Afroamerykanie mogą po prostu zajmować się swoimi sprawami, na przykład pisać książki. I wtedy James Baldwin spokojnie, ale stanowczo odpowiedział, że trudno zajmować się pisaniem, kiedy człowiek stale się boi, kiedy wie, że się nim gardzi, kiedy musi myśleć o prześladowaniach. Cóż, pewnie uprościłam. Dlatego trzeba iść do kina. Tyle o "Nie jestem twoim murzynem".

Teraz krótko o drugim dokumencie o trochę dziwnym tytule "Przy Planty 7/9". To adres domu w Kielcach, w którym 4 lipca 1946 roku zaczął się pogrom zwany kieleckim. Zdarzenie przez lata spychane w niepamięć, bo wygodniej zapomnieć o czarnych kartach naszej historii. Jeśli już mówiono na ten temat, to zawsze usprawiedliwiano pogrom ubecką prowokacją, podobnie jak Jedwabne niemiecką. Kiedy słyszę takie gadanie, buntuję się przeciwko tego typu usprawiedliwieniom, bo prowokacja prowokacją, ale ktoś wziął w niej udział. I nie byli to tylko milicjanci i ubecy, ale też zwykli mieszkańcy miasta. Film nie jest tylko opowieścią o tamtych zdarzeniach, ale przede wszystkim to historia zmagania się z pamięcią o nich, historia procesu wybaczania, przepraszania i wreszcie pojednania. A wszystko to stało się możliwe dzięki determinacji i uporowi jednego człowieka, psychologa, praktykującego katolika, co powinni wziąć sobie do serca wszyscy mieniący się katolikami, Bogdana Białka, który po 1989 zaczął pogrom odgrzebywać, przywracać do publicznej świadomości i organizować w jego rocznicę marsze pamięci. Spotkał go ostracyzm, fala nienawiści dzisiaj zwana hejtem i wiele innych nieprzyjemnych zdarzeń. W filmie opowiada o podążaniu drogą, którą sobie wyznaczył, ale i o zwątpieniu, zmęczeniu, załamaniu. Bardzo przejmujący, bardzo ważny dokument.

"Safari"

Wreszcie w kinie. Od wiosny trwała filmowa posucha, ale mam nadzieję, że jesień przyniesie odmianę. W każdym razie najbliższe dwa tygodnie na pewno – czekam na „The Square” i „Ptaki śpiewają w Kigali”. Tymczasem poszłam na najnowszy film  Ulricha Seidla „Safari” podobnie jak „Raj: miłość” nakręcony w Afryce. Tym razem austriacki reżyser sięgnął po formę dokumentalną. Jego filmy miłe i przyjemne nie są, mają widzem potrząsnąć, dotknąć go do żywego, zaboleć. W „Raju: miłości” przyglądał się kobietom, które wyjeżdżają do Kenii i wdają się w przelotne romanse z miejscowymi żigolakami. Brzmi w miarę niewinnie, ale kto widział, wie, że jest żenujące i obrzydliwe. Tym razem Seidl pokazuje austriackich myśliwych jeżdżących do Afryki na polowanie. Temat i u nas bardzo aktualny, zimą mieliśmy polski głos w tej samej sprawie - „Pokot” Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A i w mediach co jakiś czas sporo mówi się o polskim lobby myśliwskim przy okazji kolejnych nowelizacji ustaw. Szkoda mówić – Zjednoczona Partia Myśliwych ma się cały czas znakomicie. Ale wróćmy do "Safari".

Seidl zderza sceny z polowań z wypowiedziami bohaterów filmu i koszmarnymi obrazami oprawiania zabitych zwierząt, na które nie bardzo byłam w stanie patrzeć. Przerażające jest ich martwe spojrzenie. Nie potrafię zrozumieć, jak polowanie, zabijanie zwierząt może sprawiać przyjemność, a „Safari” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to barbarzyński rytuał. Dla pokazywanych w filmie myśliwych strzelanie do dzikiej zwierzyny to wielkie emocje, wręcz ekscytacja. Opowiadają o tym przed kamerą, snują jakieś pseudofilozoficzne wywody, znajdują niemal metafizyczne uzasadnienie dla swojej zabawy. Wymądrzają się na temat metafizyki śmierci, ale przecież w śmierci, którą zadają, nic metafizycznego nie ma. Twierdzą, że wyświadczają przysługę zwierzętom. Jedna z bohaterek mówi, że ma problem z zabijaniem  w rzeźni, ale ze strzelaniem do zebry, żyrafy czy gazeli żadnego. Skoro to żaden problem, to dlaczego o swoim procederze nie mówią wprost? Słowo zwierzę zastępują sztuką, zamiast zabiłem powiedzą położyłem, krew nie jest krwią tylko farbą.  Kiedy oddadzą celny strzał, padają sobie w ramiona, gratulują, a na koniec robią zdjęcia z martwym zwierzęciem, ustawiwszy je wcześniej w jak najkorzystniejszy sposób do tej makabrycznej fotografii. Są gotowi płacić za ten proceder ciężkie pieniądze, bo zabijanie ma swój cennik. Tu oczywiście pojawia się kolejny bałamutny argument – polowanie daje pracę miejscowym, pozwala im zarabiać. Niby tak, ale wiadomo, że oni dostają ochłapy z pańskiego stołu, bo interes trzyma w garści biały. To on jest właścicielem myśliwskiej farmy organizującej polowania. Farma przypomina pałac, a miejscowi, którzy oprawiają zabite zwierzęta, są przewodnikami, kierowcami, a przy okazji lokajami, mieszkają w blaszanych budach bez okien. Oczywiście wszyscy zgodnie twierdzą, że nie są rasistami. Seidl nie oszczędza swoich bohaterów, w żaden sposób nie są w stanie wzbudzić sympatii. Są grubi, niesympatyczni, odęci. Niczym jaśniepaństwo pozują do zdjęć, siedzą rozparci na kanapie i plotą androny. Trzeba przyznać, że reżyser w niezbyt korzystnym świetle pokazuje także miejscowych. Sportretowani przez nieruchomą kamerę wydają się dzicy, pierwotni. Czy tacy są, czy takimi widzą ich myśliwi?

Ale Seidl każe widzowi, który z myślistwem nic wspólnego nie ma i jest wrogiem polowań, zastanowić się nad sobą. Kiedy oglądamy wnętrze myśliwskiej farmy, jej ściany ozdobione łbami zabitych zwierząt, kiedy przypatrujemy się myśliwym pozującym do zdjęcia z martwym zwierzęciem, musimy dokonać rachunku sumienia. Tak, dziś mi to przeszkadza, ale kiedyś? Czy przeszkadzały mi podobne trofea oglądane w zwiedzanych pałacach czy dworach? Pierwszy, jaki przychodzi mi na myśl, to pałac w Pszczynie z całą kolekcją takich trofeów. Czy zastanawiałam się, jak tam trafiły? W moim rodzinnym mieście w zamkowym muzeum największą atrakcją było trzecie piętro, a na nim sale z rzędami martwych, wypchanych zwierząt. Drugą były narzędzia tortur pokazywane w zamkowej piwnicy. Jako dziecko uwielbiałam oglądać i jedne, i drugie. Nikt mi nie wytłumaczył, czym są naprawdę te eksponaty. Moje rodzinne miasto opuściłam jeszcze w czasach licealnych, odtąd nigdy już nie byłam w zamkowym muzeum. Czy nadal można tam oglądać wypchane zwłoki zwierząt? Kiedy z niesmakiem patrzę na myśliwych pozujących do zdjęcia z ustrzeloną zebrą albo żyrafą, ze wstydem myślę, że nie przeszkadzały mi podobne zdjęcia Hemingwaya z jego afrykańskich safari. Nie przeszkadzały mi polowania na romantycznym filmie „Pożegnanie z Afryką”, nie przeszkadzał przystojny Robert Redford grający ukochanego Karen Blixen, który przecież polował. Nie przeszkadzały opisy polowań w angielskich powieściach. Współczesne myśliwskie rytuały nie wzięły się z powietrza, są głęboko osadzone w kulturze, w tradycji. Ale może jest nadzieja, bo świadomość się zmienia, dziś czujemy, że to barbarzyństwo, nierówna walka, a właściwie nawet nie walka, bo współczesny myśliwy nie naraża się na niebezpieczeństwo. Coraz więcej jest przeciwników polowań, więc może kiedyś ten krwawy proceder stanie się obciachem?

 

Filmowe remanenty - "Frantz", "21 x Nowy Jork"

Dziś filmowe remanenty – jedna nowość, „Frantz” Francoisa Ozona, i jedna zaległość, dokument „21 x Nowy Jork” Piotra Stasika.

Nie mam jakiegoś specjalnego nabożeństwa do Francoisa Ozona. Owszem, zawsze kiedy na ekrany wchodzi jego kolejny film, przyglądam mu się bacznie, ale niekoniecznie oglądam. Z tych, które widziałam, właściwie tylko dwa zostały na trwałe w mojej pamięci. Pierwszy to „Czas, który pozostał” - niezwykle smutna opowieść o spełnionym zawodowo młodym człowieku, który nagle dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i nie powiadamia o tym nikogo. Dojmująca opowieść o samotności. Drugi to „Schronienie”, historia młodej narkomanki, która pod wpływem tragicznych wydarzeń próbuje wyjść z nałogu. Inne filmy albo wydały mi się przekombinowane, albo nie były niczym więcej niż ubranym w efektowny kostium bzdetem („Osiem kobiet”), albo po prostu nie zostawiły śladu w mojej pamięci. Ale na „Frantza” postanowiłam się wybrać - zainteresował mnie temat, a nagłówek recenzji, który rzucił mi się w oczy, był zachęcający. Muszę przyznać, że film obejrzałam z prawdziwym zainteresowaniem. To historia rozgrywająca się początkowo w niewielkim niemieckim mieście kilka lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Rany i traumy są wciąż świeże, rodziny opłakują swoich zmarłych. Ze śmiercią  syna wciąż nie potrafi się pogodzić miejscowy lekarz, trochę lepiej radzą sobie jego żona i Anna, narzeczona, która codziennie odwiedza  grób ukochanego. Nieoczekiwanie dla wszystkich na cmentarzu zaczyna pojawiać się młody Francuz. Kim jest? Dlaczego przychodzi na grób Frantza? Wkrótce okaże się, że był jego przyjacielem. I lepiej nie wiedzieć więcej, bo przyjemność, jaka płynie z oglądania, wynika z tego, że widz do końca jest stale zaskakiwany. Ta historia jest niczym cebula – pod jedną warstwą jest następna, potem kolejna i jeszcze jedna. Kiedy śledząc w serii krótkich retrospekcji historię znajomości Frantza i Adriena, byłam pewna dalszego ciągu, wkrótce okazało się, jak bardzo się myliłam. Kiedy po niecałej godzinie doszłam do wniosku, że dalej nic nie ma prawa mnie zaskoczyć, bo historia będzie już do bólu przewidywalna, znowu okazało się, że nie mam racji. Potem zaskoczenie goni zaskoczenie. Tyle przyjemności, bo przecież nie jest to historia wesoła. To film o nieprzewidywalności uczuć, ich pogmatwaniu, ale przede wszystkim o bezsensie wojny. O tym, że jej konsekwencją jest nie tylko śmierć, ale i nienawiść niszcząca ocalonych. I także o tym, że wojna nagle czyni z ludzi wrogów, że ten przysłowiowy brat staje przeciwko bratu. No i jeszcze o tym, że  zawiesza prawa moralne i narzuca własne. Czy żołnierza, który na froncie zabił wroga można nazwać mordercą? Dramat pokazany w filmie Ozona znamy doskonale i z ekranu, i z literatury. Ale na zakończenie do tej beczki miodu muszę dodać łyżkę dziegciu. Otóż moim zdaniem "Frantz" jest tylko pięknym bibelotem. Opowiada ładnie, elegancko o bolesnych, poważnych sprawach. Bo trudno tak naprawdę, do głębi, do bebechów przeżyć tę historię. Trudno się wzruszyć, trudno zapłakać. Być może jest tak dlatego, że decydując się na czarno-białe zdjęcia tylko czasem zmącone kolorem, reżyser sprawił, że jego film przypomina stare, czarno-białe zdjęcie sprzed wielu lat. Obejrzymy je chętnie, z nostalgią, może się zadumamy, ale to wszystko. Mimo tych uwag warto wybrać się na „Frantza”.

Z lekkim opóźnieniem wybrałam się na dokument Piotra Stasika „21 x Nowy Jork”, o którym już dawno słyszałam. Tym razem padłam ofiarą mojej zasady – im mniej o filmie wiem, tym lepiej. Gdybym wcześniej wysłuchała rozmowy z reżyserem, gdybym więcej poczytała, pewnie nie poszłabym do kina. Czego innego oczekiwałam. Spodziewałam się tradycyjnego dokumentu – dwudziestu jeden historii z Nowym Jorkiem w tle. Tymczasem filmowi Piotra Stasika bliżej do filmu poetyckiego, arthousowego niż do rasowego dokumentu. Muszę przyznać, że długo nie mogłam przełamać bariery, wciągnąć się w zaproponowaną przez reżysera konwencję. Drażnił mnie sposób pokazywania świata, miałam wrażenie przerostu formy nad treścią. Przeszkadzały mi głosy z offu, przeszkadzało, że z tego powodu nie potrafię rozpoznać bohaterów, przyjrzeć się im, skupić uwagi na ich opowieściach. Irytowały mnie niektóre wypowiedzi, bo wydały mi się po prostu głupie i pretensjonalne. Zdaję sobie sprawę, że to, co mnie przeszkadzało, podoba się krytykom, bo film jest raczej wysoko oceniany. Z drugiej strony może dobrze się stało, że nieświadoma, co zobaczę, do kina jednak poszłam. Bo chociaż film mnie irytował, to nadal go czuję. Przede wszystkim pozostała we mnie dojmująca samotność bohaterów, którzy uparcie szukają bliskiej relacji, a najczęściej nic im z tego nie wychodzi. Ich związki są krótkie, bywają ranieni, ale nie rezygnują. Muszę z pokorą przyznać, że najprawdopodobniej film działa właśnie dzięki klaustrofobicznej, chaotycznej, nachalnej formie. Chociaż pojedyncze historie gdzieś się gubią, ma się ciągłe wrażenie chaosu, to pozostaje odczucie smutku, przygnębienia. Z takimi wrażeniami opuszczałam kino. Ponieważ jednak film nie dawał mi spokoju, nie umiałam go sobie jakoś poskładać, po powrocie do domu odsłuchałam w radiu rozmowę z Piotrem Stasikiem i z irytacją stwierdziłam, że nie do końca odczytałam intencje reżysera. W jego zamyśle obraz Nowego Jorku, jaki pokazał, nie jest aż tak bardzo pesymistyczny. Dlaczego? Zdradzać nie będę. Niech każdy interpretuje film po swojemu, a potem warto skonfrontować się ze zdaniem twórcy.

 

Filmowe remanenty - "Nieznajoma dziewczyna", "Komunia"

Dziś będę przekonywać przekonanych, bo jakoś nie wierzę, że filmy, o których napiszę, zainteresują większą widownię. Kto zechce obejrzeć surowy, kręcony niemal jak dokument najnowszy film braci Dardenne "Nieznajoma dziewczyna"? Pewnie tylko ci, którzy ich kino znają, i bywalcy małych salek w małych kinach studyjnych, czytaj miłośnicy kina europejskiego, niszowego. Tym razem nie zagrała ani Marion Cotillard, ani żadna inna gwiazda jak w poprzednim filmie braci "Dwa dni, jedna noc", a oparcie akcji na wątku sensacyjnym jest przecież tylko pretekstem. Bo historię młodej lekarki dręczonej wyrzutami sumienia i dlatego chcącej poznać tożsamość ciemnoskórej dziewczyny, której nie udzieliła pomocy, trudno przecież uznać za kryminał. Drugi film to "Komunia" Anny Zameckiej, polski dokument, o którym ostatnio głośno. Historia czternastoletniej Oli, która za wszelką cenę chce przygotować swojego autystycznego brata Nikodema do komunii, mnie bardzo przygnębiła, chociaż słyszę, że niektórzy odnajdują w tym filmie ciepło i nadzieję. Ciepło, miłość tak, ale czy nadzieja? Mimo że niewesołe, oba filmy bardzo mnie poruszyły. Moim zdaniem warto je zobaczyć. A jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
Ze zdumieniem przeczytałam w zapowiedzi dystrybutora, że "Nieznajoma dziewczyna" to portret zamkniętego środowiska lekarskiego skupionego na konsumpcji, obracającego się w swoim gronie, niedostrzegającego biedy. Główna bohaterka, lekarka Jenny, jest zaprzeczeniem tej tezy. Na mnie zrobiła wrażenie ascetki, współczesnej mniszki. Jest sama, mieszka w skromnym pokoiku nad gabinetem lekarskim w domu przy ruchliwej ulicy, śpi na łóżku wciśniętym gdzieś pomiędzy białe kuchenne szafki a taki sam stolik, nie przywiązuje wagi do stroju, stale pod telefonem gotowa na wezwanie pacjentów. To prawda, że miała zacząć pracę w eleganckiej przychodni, ale od razu widać, że nie pasuje do tego środowiska. Jakoś nie wierzę, że zrezygnowała z tej intratnej propozycji i przejęła praktykę po starszym lekarzu w ubogiej, nieatrakcyjnej dzielnicy Liege tylko pod wpływem impulsu spowodowanego wyrzutami sumienia po śmierci czarnoskórej, nieznajomej dziewczyny. To, jak się zachowuje, jak wygląda, sugeruje raczej, że ów impuls trafił na podatny grunt i Jenny wróciła na ścieżkę, z której zboczyła. Wydaje mi się, że jej zachowanie tego feralnego wieczoru, było splotem nieszczęśliwych zdarzeń, a nie rutynowym działaniem. Może zmęczona, może zirytowana zachowaniem stażysty, który nie dość uważnie osłuchiwał pacjenta, nie wpuściła kogoś, kto dobijał się do przychodni godzinę po jej zamknięciu. Przecież człowiek nie zmienia się tak z dnia na dzień, nie staje się uważnym, troskliwym lekarzem pod wpływem jednego zdarzenia. Ona taka była już wcześniej, czego najlepszym dowodem jest pożegnanie zgotowane jej przez chorego chłopaka. Jenny decyduje się leczyć go nadal, mimo że zmienia pracę, a dzieje się to jeszcze tego samego wieczora, zanim dowie się, że dziewczyna została zamordowana. Jenny jest osobą, która nie potrafi przejść obojętnie obok problemu. Od razu angażuje się, działa, drąży, pomaga. Tak postępuje nie tylko w sprawie zamordowanej dziewczyny. Z podobną troską zabiega o swojego stażystę. Nie daje mu spokoju, chce wiedzieć, dlaczego odszedł bez słowa, próbuje go nakłonić do powrotu na studia, szuka, jedzie na wieś, rozmawia, przekonuje. W ustalenie tożsamości zamordowanej dziewczyny też angażuje się na całego. Nie tylko chce się dowiedzieć, kim była, aby zawiadomić jej rodzinę, ale pragnie ją godnie pochować i robi to na własny koszt. Nie postępowałaby tak, gdyby nie była osobą wrażliwą, empatyczną, niepotrafiącą stać z boku. Gdyby była inna, wyrzuty sumienia spowodowałyby tylko duchową udrękę, a nie skłoniłyby do działania. A śmierć dziewczyny to splot nieszczęśliwych przypadków, splot zaniechań. Zginęła, bo wszyscy zachowali się obojętnie. Siostra wolała dla świętego spokoju milczeć, nie próbowała się za nią ująć, pomóc jej. Jenny nie otworzyła przed nią drzwi, a ojciec Bryana nie wezwał pomocy i uciekł. Trudno nie odczytywać tego filmu w symboliczny sposób. W tym sensie to opowieść o Europie, która zamyka drzwi przed uchodźcami. O Europie i świecie, których zaniechania prowadzą do śmierci setek tysięcy. Może przynajmniej tyle jesteśmy im winni - wiedzieć, kim są, dostrzec w nich pojedynczych ludzi, a nie anonimowy tłum.
I jeszcze kilka zdań o "Komunii" Anny Zameckiej. Ten film obejrzałam w poprzedni weekend, ale nie miałam czasu o nim wspomnieć, a przecież warto. To niezwykła i poruszająca opowieść. Czternastoletnia Ola przejmuje w domu rolę nieobecnej matki i obecnego, ale nie do końca wydolnego, ojca. Nie tylko troszczy się o brata, za wszelką cenę próbując przygotować go do komunii, ale bierze na siebie domowe obowiązki. Robi zakupy, gotuje, pierze, sprząta, rozmawia z kuratorem. Mobilizuje ojca, aby starał się o większe mieszkanie, bo wierzy, że wtedy matka wróci. A Ola bardzo za nią tęskni i stale utrzymuje z nią kontakt. Komunia brata jest dla dziewczynki ważna nie tylko ze względów religijnych. Pewnie również dlatego, aby brat został potraktowany jak inne dzieci. To również okazja do spotkania z matką. Wreszcie chociaż na chwilę są razem. Próba powrotu na dobre nie udała się. Chyba najbardziej uderzyło mnie to, że dla Oli nieważne są niedogodności związane z powrotem matki, jeszcze większa ciasnota, jeszcze więcej obowiązków. Liczy się tylko jedno - są wreszcie wszyscy razem. Ja wygodnicka, wolna od takich problemów, patrzę na to z podziwem i pokorą. Film Anny Zameckiej pozwala dotknąć obcego mi doświadczenia, zadumać się. Jest smutny. Żal mi dzielnej, nad wiek dojrzałej, sympatycznej, zadziornej Oli. Bo ma takie dzieciństwo, a przecież nie powinno tak być. Bo po raz kolejny musi znosić rozczarowanie, borykać się z tęsknotą, brać się z życiem za bary.

Filmowe remanenty - "Bracia", "Mustang"

Znowu dwa filmy w ciągu jednego weekendu, tym razem zupełnie różne, jak ogień i woda. Trudno mi było się powstrzymać, aby nie obejrzeć ich od razu. A teraz chciałabym bardzo, bardzo polecić je tobie, czytelniku tej notki. O "Braciach" Wojciecha Staronia słyszałam już jakiś czas temu, więc kiedy nieoczekiwanie weszli do kin, pognałam czym prędzej. To dokument o dwóch dobiegających dziewięćdziesiątki (dziś już ją przekroczyli) braciach Kułakowskich, repatriantach z Kazachstanu. Młodszy, Alfons, jest malarzem, starszy, Mieczysław, pracował jako kartograf. Życie mieli niezwykle dramatyczne i barwne, ale Staroń nie poszedł tym tropem, nie pokazał ich przeszłości, za to towarzyszył im z kamerą już w Polsce przez kilka ostatnich lat. Strzępy z ich przeszłości pojawią się we fragmentach starych filmów kręconych amatorską kamerą przez Mieczysława. Dostajemy opowieść o braterskiej więzi, o starości i afirmacji życia. Niezwykle piękną, melancholijną, kontemplacyjną, cichą. Turecko-francuski "Mustang" to całkowite przeciwieństwo "Braci". Jego bohaterki są głośne i witalne, film ma szybkie tempo, dynamiczną akcję, zaczyna się beztrosko, a potem robi się dramatycznie. Historia pięciu sióstr z niewielkiej nadmorskiej wioski gdzieś w okolicach Trabzonu wychowywanych przez babkę i wuja wpisana jest w schemat kina popularnego. Im bliżej końca, tym bardziej trzyma w napięciu. Ale za tą popularną formą kryje się kino społeczne o miejscu kobiet w tureckiej rodzinie i społeczeństwie. Tyle we wstępie, a kto filmy widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

W "Braciach" urzeka wszystko. Przede wszystkim bohaterowie. Alfons, młodszy, bardziej ekspansywny i energiczny. To on rządzi w tym braterskim tandemie. Strofuje, sztorcuje, krytykuje, ale robi to wszystko z życzliwą, braterską wyrozumiałością. Mieczysław milcząco poddaje się dominacji brata. Jeśli są miedzy nimi swary, to drobne. Łączy ich głęboka więź, symbioza, są na siebie zdani, ale przecież nie potrafią bez siebie żyć. Alfons, silniejszy, opiekuje się starszym bratem. Starość ogranicza ich fizycznie, spowalnia, czyni życie trudniejszym, ale nie odbiera radości. Każdy krok i każda czynność są okupione wysiłkiem. Mimo tego ich egzystencja pełna jest codziennych radości - spacerów, kontemplacji krajobrazu, bliskiego kontaktu z przyrodą, wspólnych posiłków, oglądania telewizji, niespiesznych rozmów, zachwytu chwilą. Są trochę zawieszeni pomiędzy przeszłością spędzoną w dalekim Kazachstanie, a dniem dzisiejszym na mazurskiej wsi. Polska codzienność miesza się ze wspominkami życia spędzonego w dalekiej Azji, tak jak mieszają się języki - polski i rosyjski. Pasją Alfonsa jest malowanie. Kiedy traci w pożarze swoje obrazy, tworzy dalej, a co najdziwniejsze całkowicie zmienia styl. Radość z sukcesu - wystawy w Brukseli - splata się z nieszczęściem - stratą domu i wszystkiego, co bracia mieli. Do tragedii podchodzą ze stoickim spokojem, jak do wszystkiego. Nie rozpaczają. Jak odbudować życie? Jak ze sterty spalonych, zalanych wodą rzeczy ocalić cokolwiek? Od czego zacząć? Minie jakiś czas, a oni się podniosą. Uderza samotność braci. Czy to ich wybór? Czy doskwiera im to, że są sami? Nie skarżą się. Bardzo mocną stroną filmu są piękne zdjęcia. Szerokie plany - widok z okna, kwitnące pole rzepaku, szpaler drzew wzdłuż mazurskiej drogi, las, zamarznięte jezioro, pola oprószone śniegiem. I detale - patyk na lodowej tafli, nadpalony rysunek wyciągnięty ze sterty ocalonych przedmiotów, skarpetka, zbliżenie na stare twarze. Życie braci Kułakowskich było niezwykle barwne. To materiał na fascynującą powieść i na inny, dramatyczny film. Obraz Wojciecha Staronia, piękny, melancholijny, pełen zadumy, jest opowieścią o schyłku ich życia. Trochę smutną, ale jednak pełną afirmacji. Czy jest sens zadawać pytanie - co dalej? Zostańmy z tą pogodną wizją, jaką z godzin nakręconych  materiałów wykreował reżyser. Poddajmy się wyborowi artysty.

A teraz coś zupełnie innego - witalny, głośny, dramatyczny, trzymający w napięciu "Mustang". I tym razem możemy delektować się pięknymi krajobrazami. Domki zanurzone w zieleni porastającej strome, nadmorskie wzgórza. Słońce. Przyjemny skwar letniej kanikuły. W dole tafla morza. Ta beztroska, wakacyjna atmosfera południowej Turcji kontrastuje z opowieścią o losie pięciu sióstr, które nie potrafią pogodzić się z tym, że ogranicza się ich wolność. Wraz z początkiem wakacji kończy się beztroski czas dzieciństwa. Im bardziej, im głośniej się buntują, tym reakcja rodziny jest szybsza i silniejsza. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że i babcia, i sąsiadki pokazane są z sympatią. One inaczej nie potrafią, tak je wychowano, tak żyły. Wydaje im się, że to właściwa i jedyna droga. Apogeum buntu jest ucieczka na mecz. Istna orgia radości, wolności, energii. Zaraz potem nastąpi odwet - dom zamieni się w twierdzę, a dziewczyny staną się więźniami. Ich los jest przesądzony - małżeństwo. Oczywiście aranżowane. Tylko najmłodsza, Lale, poczeka jeszcze na swoje przeznaczenie. Każda reaguje inaczej - jedna sprytem stawia na swoim i wychodzi za mąż za tego, którego kocha. Przynajmniej teraz jest szczęśliwa, ale co będzie dalej? Przecież oboje są bardzo młodzi. Druga poddaje się z rezygnacją, trzecia popełnia samobójstwo. Nawet jednak to nie zatrzyma babci i wujka. Zastanawiałam się, na ile taka historia jest możliwa. Ale skoro nadal zdarzają się honorowe zabójstwa córek, to pewnie i to mogłoby się zdarzyć. Wiedziona ciekawością poczytałam trochę. Tak, aranżowane małżeństwa, panny młode trafiające w noc poślubną z podciętymi żyłami do szpitali nie są wcale rzadkością w prowincjonalnej Turcji. Marzeniem Lale jest ucieczka do Stambułu. Tylko z dala od żyjącej tradycją rodzinnej wioski, od opresyjnych krewnych możliwe będzie inne życie. Wszak europejski Stambuł to symbol innego, nowoczesnego świata, gdzie losem dziewczyny jest nie tylko zostanie żoną i matką. Film miesza tonacje. Zaczyna się trochę zabawnie, wiele tu scen rodem z komedii, tym bardziej potem nie mogłam uwierzyć w to, co oglądam. W końcu stopniowo zamienia się w dramat. Jak napisałam we wstępie, ta opowieść wpisana została w schemat kina popularnego. Stąd brawurowa, trzymająca w napięciu ucieczka Lale i jej starszej siostry. Trochę pewnie nieprawdopodobna. Film kończy się happyendem. Nad ostatnią sceną wisi jednak pytanie - co dalej stanie się z dziewczynami? Czy trafią pod opiekę jakiejś organizacji zajmującej się rozwiązywaniem takich problemów? Czy zajmie się nimi nauczycielka? Na koniec chciałabym jeszcze podkreślić magnetyczną siłę sióstr. Pięknych, radosnych dziewczyn żyjących w wielkiej symbiozie. Ile radości i beztroski jest w ich zabawach, przekomarzankach, kotłowaninie, wspólnym byciu. Jeszcze nie wiedzą, że to ostatnie wspólne chwile.

Filmowe remanenty - "Mów mi Marianna", "Moja miłość"

Dziś znowu będzie o dwóch filmach. Pierwszy, fabularyzowany dokument "Mów mi Marianna", obsypany, jak gdzieś usłyszałam, workiem nagród, obejrzeć trzeba koniecznie. To historia czterdziestokilkuletniej kobiety, która przechodzi proces zmiany płci. Reżyserka, Karolina Bielawska, twierdzi, że interesował ją nie tyle problem transpłciowości, ile walka o siebie, o swoją tożsamość i cena, jaką trzeba za to zapłacić. A jest nią samotność. Rodzina - była żona, dzieci i rodzice nie zaakceptowali jej wyboru. Matka nadal zwraca się do niej jak do syna, córki nie potrafiły pogodzić się z sytuacją. Bały się odrzucenia ze strony rówieśników, nie umiały zrozumieć. Jednak jakby reżyserka się nie deklarowała, nie ucieknie od problemu zmiany płci, skoro wybrała taką bohaterkę. I bardzo dobrze, bo temat w Polsce jest nadal tabu, budzi lęk albo jakieś niezdrowe emocje. Wielu ciągle uważa, że problemu nie ma, został wydumany. Tymczasem oczywiście jest, zajmuje się nim medycyna. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy, jaką tragedię przeżywa człowiek uwięziony w ciele niezgodnym ze swoją płcią, jaką walkę musi stoczyć. Z sobą, z najbliższymi, z otoczeniem. Jakim tabu otoczony jest problem zmiany płci, świadczą perypetie związane z kręceniem filmu. Karolina Bielawska opowiada o trudności ze zdobyciem pieniędzy, o kłodach rzucanych pod nogi w trakcie realizacji. Czytając to, aż przecierałam oczy ze zdumienia. Naprawdę nie mogłam uwierzyć, że któraś stacja radiowa zabroniła wykorzystania fragmentu swojej audycji, bo nie chciała być kojarzona z tematem! Film wolny jest od sensacji i od sentymentalizmu, nie wyciska łez. Nie ma tu komentarzy, żadnych gadających głów, jest Marianna, której życie podglądamy. Wesoła, radosna, pełna optymizmu, pewna decyzji, którą podjęła, ale bardzo samotna. Za wszelką cenę szuka potwierdzenia swojej kobiecości i akceptacji u tych kilku osób, które jej nie opuściły. Trudno jej nie polubić, trudno nie podziwiać jej determinacji i wreszcie trudno nie przejąć się jej losem. Film pokazuje codzienność Marianny, zwyczajne życie. Cały czas obserwujemy też proces zmiany płci. Najpierw sprawa sądowa, potem operacja. Jesteśmy świadkami jej rozmów z lekarzami. To bardzo ważne fragmenty, bo uświadamiają, że to problem medyczny. Jej wizyty u lekarza nie różnią się niczym od wizyt innych pacjentów. Rozmowa przed korekcją płci mogłaby równie dobrze dotyczyć usunięcia wyrostka robaczkowego. Prowadzona jest rzeczowo i spokojnie. Widzimy, jaką ulgą jest dla bohaterki pokonanie każdego kolejnego etapu. Cieszy się jak dziecko z nowych dokumentów, a potem z tego, że wreszcie fizycznie jest kobietą. Poznajemy też przeszłość Marianny, historię jej małżeństwa i trudny proces dochodzenia do decyzji. O tych fragmentach opowiedziała reżyserka w inny sposób, nie zdradzę jak. Ale życie dopisało do tej historii nieoczekiwany tragiczny scenariusz - chorobę. Druga część filmu to opowieść o zmaganiu się z nią. Mimo wszystko jest to film optymistyczny. Marianna po chwilowym załamaniu nie traci ducha i woli walki.

Drugi film, na który wybrałam się z opóźnieniem, bo nie mogłam się zdecydować, czy go obejrzeć, to francuski obraz "Moja miłość". Ja nie żałuję, chociaż na pewno nie jest to pozycja obowiązkowa. Jak informuje dystrybutor, to historia szalonej i namiętnej miłości. Ale to tylko pół prawdy. Ta miłość jest chora i toksyczna. Georgio okazuje się być Piotrusiem Panem, wygodnickim egoistą, manipulantem, uwielbia zabawę, życie towarzyskie i używki. Równocześnie jest spontaniczny, żywiołowy, ma szalone pomysły. Owszem, kocha, ale na swoich warunkach. To jemu musi być dobrze. Początkowo ten zwariowany tryb życia może się podobać, szybko jednak zamienia się w emocjonalny koszmar. A Tony, tak jak żona alkoholika, nie potrafi odejść. Filmu nie da się oglądać spokojnie, bohaterowie drażnią. On, wiadomo dlaczego, ona swoją bezradnością. Chociaż przypuszczam, że wiele kobiet będzie jej raczej żałować i współczuć. Ja też oczywiście rozumiem ten psychologiczny mechanizm, chorą miłość, od której nie sposób się uwolnić, ale mimo wszystko oprócz współczucia i empatii odczuwałam złość. Wielką zaletą filmu są odtwórcy głównych ról - Emmanuelle Bercot i Vincent Cassel. Być może to dzięki nim "Moja miłość" żyje, jest rozwibrowana i energetyczna.

Filmowe remanenty - "Nadejdą lepsze czasy", "Aferim!".

Dziś chciałabym namówić na obejrzenie dwóch bardzo dobrych i bardzo interesujących filmów. Od razu lojalnie informuję, że nie są to obrazy lekkie, łatwe i przyjemne. Przeciwnie to filmy z gatunku ciężkich i niemiłych. Cóż zrobić, taki jest i był świat, więc trudno oczekiwać, że twórcy będą zagłaskiwać rzeczywistość. Ale dość tych banałów, czas przejść do konkretów.

Pierwsza pozycja, którą zobaczyć trzeba, to dokument Hanny Polak "Nadejdą lepsze czasy". Kiedy czytam wywiady z reżyserką, a przy okazji premiery ukazało się ich kilka, dochodzę do wniosku, że jej życie też byłoby świetnym materiałem na film. Niedoszła aktorka, która ileś lat mieszkała w Stanach, aby potem na dłużej zakotwiczyć w Rosji, gdzie pomagała dzieciom ulicy, przy okazji kończąc studia filmowe. To wtedy powstał głośny dokument "Dzieci z Leningradzkiego", a potem ten, który możemy oglądać teraz. Hanna Polak kręciła go przez czternaście lat. Koniecznie trzeba dodać, że robiła to nielegalnie w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Właściwie słowo kręciła jest w tym wypadku  nieadekwatne. Lepiej powiedzieć, że towarzyszyła swoim bohaterom z kamerą. Ale i słowo bohaterowie nie oddaje całej prawdy. To ludzie, którym pomagała, których problemami żyła, których polubiła. A jeśli ktoś nie słyszał, kim są, niech się dowie, że to nielegalni mieszkańcy największego moskiewskiego wysypiska śmieci zwanego Swałką. W takim miejscu na pewno nikt mieszkać nie powinien, a przecież żyli tam ludzie, ba nawet rodziły się dzieci. Używam czasu przeszłego, bo wysypisko zamknięto. Jak tam trafili? Kto czytał "Czasy secondhand" Swietłany Aleksijewicz, ten wie. W Rosji w gangsterskich latach dziewięćdziesiątych znaleźć się na dnie było bardzo łatwo. Tak trafiły na Swałkę Jula i jej matka. To Julę wybrała Hanna Polak na główną bohaterkę filmu. Towarzyszyła jej czternaście lat. Najpierw dziesięcioletniej dziewczynce, na koniec dwudziestoczteroletniej kobiecie. Krytycy filmowi, których słyszałam i czytałam, uparli się twierdzić, że "Nadejdą lepsze czasy" to obraz, mimo że dotyka tak dramatycznego i obrzydliwego tematu, optymistyczny i pogodny (tak, takie głosy też słyszałam). Chyba mamy różną wrażliwość. Owszem, historia Juli i jej matki kończy się szczęśliwie. A co z pozostałymi? Większość z bohaterów filmu już nie żyje. Ludzie z wysypiska umierają młodo z powodu chorób, wypadków, często są ofiarami morderstw. Tylko pojedynczym osobom udawało się wyrwać z tego miejsca i rozpocząć normalne życie. Potrzebna była determinacja, wytrwałość i szczęście. A przecież to zwyczajni ludzie. Serce się ściska, kiedy z rezygnacją, żalem i smutkiem w oczach opowiadają o swoim największym marzeniu - nie chcą spędzić całego życia na wysypisku. Na wysypisku, gdzie błoto, trujące wyziewy, groźba wypadku, przestępstwa, bieda i beznadzieja. Na wysypisku, gdzie mieszka się w skleconych z byle czego budach, które w czasie deszczu  albo w porze roztopów toną w błocie i wodzie, a zimą ..., lepiej nie mówić. Na wysypisku, którego nielegalni mieszkańcy nie mają żadnej opieki, żadnych praw a ich dzieci nie chodzą do szkoły. Gdzie tu optymizm?

Drugim bardzo interesującym filmem jest rumuński "Aferim!". Propozycja niezwykła nie tylko dlatego, że czarno-biała, nakręcona w manierze dawnego kina. Niezwykły jest też czas i miejsce. Przenosimy się na Wołoszczyznę roku 1835. To okres panowania Imperium Osmańskiego, ale i Rosja walczy o wpływy. Mieszają się narodowości i religie, a miejscowa ludność wyzyskiwana jest przez Turków, rumuńskich bojarów i kościół. Ale najgorszy los mają Cyganie, uważani za dzieci diabła,  nienawidzeni, pogardzani i bardzo często będący niewolnikami w dosłownym sensie tego słowa. Jedna ze scen rozgrywa się na targu, gdzie między innymi handluje się żywym towarem. Ba, Cyganie sami siebie wystawiają na sprzedaż, zachwalając swe walory, bo tylko tak mogą przeżyć. Opowieść jest prosta, trochę w duchu brudnego, naturalistycznego westernu, gdzie właściwie dobrych i szlachetnych bohaterów nie ma. Policmajster i pomagający mu syn szukają zbiegłego Cygana, który okradł swojego pana. Potem prawda okaże się nieco inna, ale tak czy inaczej los biedaka jest przesądzony. Wędrują przez bezdroża, dzikie góry i ostępy, zapomniane przez Boga wsie, jak w westernie. Spotykają różnych ludzi, między innymi popa, który wykłada im swoją życiową filozofię będącą kwintesencją ksenofobii i antysemityzmu, trafiają do obozowiska Cyganów, do jakiejś wioski, nocują w karczmie, wreszcie dotrą do domu bojara, aby odstawić tam zbiega. Każde spotkanie, każde miejsce to osobna scenka, fascynująca, egzotyczna i najczęściej przerażająca. To świat potworny, nie tylko prymitywny, ale i nienawistny. Tu nie ma miejsca na litość i ludzkie odruchy. Obowiązuje ścisła hierarchia, najniżej na tej społecznej drabinie są Cyganie i kobiety. Każdy walczy o swoje, jeśli okaże słabość, oberwie od życia. Ludzie gardzą sobą i nienawidzą się. Świetnie mają się narodowe stereotypy, które są źródłem niechęci do obcych, żeby nie powiedzieć nienawiści. Właściwie wszyscy godzą się ze swoim losem, wiedzą, że tak było, jest i będzie. Cóż, tak ten świat urządzono. Jeśli się buntują, to tylko pro forma, bo z góry wiedzą, że bunt nic nie da. Człowiek może liczyć tylko na siebie i na łut szczęścia. Nie obroni go ani pan, któremu służy, ani duchowny, bo przecież to oni są źródłem opresji. A wszystko z  Bogiem na ustach. Po seansie możemy odetchnąć z ulgą - świat jednak jest coraz lepszy, ale szybko przypominamy sobie, że ksenofobia, antysemityzm i pogarda nadal mają się dobrze, a może nawet coraz lepiej.


"Szkoła Babel" i "Timbuktu"

Po okresie kinowej posuchy nagle obrodziło ciekawymi premierami, dlatego wybrałam się do kina na dwa filmy, a trzeci, "Marsylski łącznik", zostawiłam sobie na kolejny weekend. Tymczasem obejrzałam  zaległy dokument "Szkoła Babel" i całkiem świeże "Timbuktu", które znalazło się w ścisłej piątce filmów nieanglojęzycznych nominowanych do Oskara obok "Idy" i "Lewiatana". Tej nagrody z wiadomych powodów nie dostało, za to obsypano je kilkoma Cezarami. Początkowo myślałam, że zestawienie ich w jednej notce, do czego zmusza mnie brak czasu, będzie nawet sensowne, bo jakoś do siebie pasują. "Timbuktu" to opowieść o miasteczku w Mali, tym z tytułu opanowanym przez dzihadystów. Z kolei "Szkoła Babel" to film dokumentalny o klasie adaptacyjnej, która przygotowuje imigrantów do podjęcia nauki we francuskiej szkole, pomaga nauczyć się języka i odnaleźć w nowej rzeczywistości. A ponieważ jedno, imigracja, może być skutkiem drugiego, dżihadu, więc nic dziwnego, że tak się to w mojej głowie zgrabnie ułożyło. Nic bardziej mylnego. Uległam stereotypom i najprostszemu skojarzeniu - imigrant znaczy czarny. A przecież tak nie jest.

Do szkoły chodzą uczniowie z całego świata. Prawda, są też czarni, ale i skośnoocy, a wbrew temu, co mogłoby się wydawać, całkiem pokaźną grupę stanowią biali. Przybyli z Azji, Afryki, Ameryki Południowej, ale też z Europy i to nie tylko tej biednej. Jest Białorusinka, Ukrainka, ale jest też Polka, Agnieszka, a nawet Irlandczyk. Jednym słowem różne oblicza emigracji. Nie wszyscy uczniowie to dzieci emigrantów politycznych czy ekonomicznych. Mają od jedenastu do piętnastu lat, chodzą do jednej klasy. Wielość języków i obyczajów, ale podobne emocje i marzenia. Reżyserka, Julie Bertucelli, towarzyszy im z kamerą przez wspólnie spędzony rok, od jesieni do wakacji, kiedy muszą się rozstać. Niektórzy pójdą już do zwykłej szkoły, inni zostaną w klasie adaptacyjnej kolejny rok lub tylko parę miesięcy, bo nie są jeszcze gotowi, aby wypłynąć na szerokie wody francuskiego systemu edukacyjnego. Śledzimy ich szkolne losy. Od pierwszych wspólnych chwil, od powitania, które każde z dzieci wypowiada i zapisuje w języku ojczystym, i opowieści o ostatnim dniu w ojczyźnie, te są najbardziej przejmujące, bo rozstanie, z jakich powodów by nie było, na ogół boli. Dowiadujemy się, jak mieszkają we Francji, najczęściej ciaśniej, i co zostawili. Wiemy, o czym marzą i kim chcieliby zostać w przyszłości. Ale chyba najważniejsze są emocje, nie zawsze łatwe. Uczniowie są na pierwszym planie, ale równie ważna, chociaż w cieniu, najczęściej słyszymy tylko jej głos, rzadziej widzimy, jest niezwykła nauczycielka. Ciepła, uważna, ale i stanowcza. Mądra przewodniczka po nowym świecie i po nowym języku. Każdy z uczniów jest tu traktowany indywidualnie, stopniowo, w miarę możliwości, wprowadzany w świat zwyczajnej szkoły. Kiedy oglądamy film, mamy wrażenie, że to system idealny z troską pochylający się nad uczniem. Tyle że, tak przynajmniej wynika z opisu filmu, ta adaptacyjna klasa to na razie eksperyment. Czy ma być remedium na problemy z integracją? Pewnie tak. Warto jeszcze wspomnieć o spotkaniach z rodzicami. Bywa, że dziecko jest tłumaczem, bo matka czy ojciec ledwie mówią po francusku, zdarzają się też niepiśmienni. Ale wszyscy marzą o lepszej przyszłości dla swoich dzieci, dlatego szkołę traktują z szacunkiem, a nauczycielka jest dla nich wyrocznią i kimś, komu można zaufać i zwierzyć się. "Szkołę Babel" ogląda się znakomicie, półtorej godziny mija, nie wiadomo kiedy, co jest zasługą świetnych bohaterów z sympatią podglądanych przez Bertucelli.

"Timbuktu" także jest filmem godnym polecenia. Piękny i okrutny. Piękna jest natura, krajobraz, pustynia, rzeka, plamy zieleni, zwierzęta, piękne jest Timbuktu, chociaż tu pokazane jak mała osada, wąskie uliczki, domy z gliny, upał i kurz. Piękne są kolorowe stroje i maty rozkładane na podłodze mieszkania, piękne twarze ludzi. Piękne zdjęcia i melancholijna muzyka. Zastanawiam się, na ile można ten film traktować całkowicie realistycznie, a na ile jak przypowieść o idyllicznym, mimo surowych warunków, spokojnym świecie gdzieś za górami, za lasami (czytaj: za pustyniami), do którego wkracza zło i niszczy zwyczajne, codzienne szczęście. Zło to dżihadyści, zbrojna banda, która opanowuje miasteczko i zakazuje wszystkiego, także muzyki i gry w piłkę rzekomo w imię islamu, chociaż miejscowy imam próbuje im wyjaśnić, jak bardzo się mylą. Kim są ci ludzie? Dziwną zbieraniną, która mówi wieloma językami i potrzebuje tłumacza, aby porozumieć się z miejscową ludnością a nawet między sobą. Niektórzy przybyli z daleka, z innego świata, co sugerują pewne sceny. Wydaje się nawet, że są wśród nich ludzie wykształceni a nawet jeden artysta. Jeśli to przypowieść czy bajka, ktoś powinien rzucić wyzwanie złu i przywrócić spokój i szczęście. Niestety. Oglądamy raczej wygnanie z raju, szczęśliwego zakończenia nie będzie, bo na razie być nie może. Raj to już przeszłość, a jego mieszkańców czeka poniewierka. Dorośli potrafią pogodzić się ze swoim losem, ale co z dziećmi? To rozdzierające pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Spokojny rytm filmowej opowieści mącą niezwykle okrutne sceny, znane z medialnych relacji. Im bliżej końca, tym bardziej tempo przyspiesza, atmosfera gęstnieje, aż do zaskakującego finału. A widz pozostaje z niepokojem w duszy.

Popularne posty