Fernanda Melchor "Czas huraganów"

"Czas huraganów" (Mova 2021; przełożyła Katarzyna Sosnowska)

meksykańskiej pisarki Fernandy Melchor długo czekał na liście książek, które chcę przeczytać. Nie pamiętam już nawet, dlaczego tam się znalazł. Pewnie między innymi dlatego, że to powieść meksykańska. W końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć, kiedy nazwisko pisarki wspomniała sama Mariana Enriquez podczas tegorocznego Festiwalu Conrada. Muszę przyznać, że już dawno nie czytałam tak dołującej książki. Nic, żadnego światełka w tunelu. Ale jeżeli ktoś ma w sobie przestrzeń na taką lekturę, to mimo tego warto po nią sięgnąć.

Akcja powieści rozgrywa się w wymyślonym miasteczku La Matosa i jego okolicach. Podobno te miejsca przypominają meksykański stan Veracruz. Wszystko zaczyna się od morderstwa miejscowej wiedźmy, której zwłoki znaleziono w rzece. Dla jednych była postrachem, innym, najczęściej kobietom, pomagała. Wysłuchiwała lamentów, leczyła, usuwała niechciane płody. Podobno była bogata, ale nikt nie wiedział, gdzie trzyma pieniądze. Z upływem lat coraz bardziej izolowała się od ludzi, dziwaczała. Odwiedzali ją miejscowi chłopcy. Podobno odbywały się tam orgie. Strach, plotki, niedomówienia podsycały wyobraźnię mieszkańców La Matosy. 

Chociaż wszyscy zastanawiają się, kto zabił, to "Czas huraganów" nie jest kryminałem. Dość szybko dowiadujemy się, dlaczego doszło do morderstwa i kto okazał się sprawcą. Z czasem poznajemy nowe informacje dotyczące okoliczności i motywów zbrodni. Nie to jest jednak najważniejsze. Ta powieść to obraz miejscowej społeczności, a może lepiej byłoby napisać - prowincjonalnej. Obraz świata, w którym przemoc jest normą. Przemoc mężczyzn wobec kobiet, dorosłych wobec dzieci, aparatu państwa wobec obywateli. Jeśli do tego dodamy biedę, brak jakichkolwiek perspektyw, uprzedzenia wobec każdego, kto odstaje, nietolerancję, to obraz robi się jeszcze ciemniejszy. 

Właściwie wszyscy bohaterowie tej powieści żyją w sytuacji bez wyjścia, w pułapce. Ich dzieciństwo to koszmar, a potem wcale nie jest lepiej. Najczęściej wychowują się w rozbitych rodzinach - bez ojców, a nieraz także bez matek, które szukając lepszego życia, uprawiają najstarszy zawód świata. Albo skazane są na byle jaką, ciężką pracę w fabryce. Najgorzej mają dziewczyny, zwłaszcza te najstarsze z rodzeństwa. To na ich barkach spoczywa opieka nad młodszymi dziećmi i pomoc matce albo babci. Są udręczone pracą, pomiatane, wyzywane i bardzo samotne. Mają wielkie poczucie niesprawiedliwości, ale nic z tym nie mogą zrobić. Frustracja przeradza się w nienawiść. Los chłopaków jest lepszy, ale tylko pozornie. Wychowywani przez kobiety szukają towarzystwa kolegów. Piją, odurzają się, trudnią się drobną przestępczością, mogą oberwać w bijatyce czy porachunkach gangów. No i marny ich los, jeśli odstają od innych. Mają być macho. Jeśli nie są tacy jak inni, muszą się dobrze maskować, a to rodzi udrękę i frustrację. Dlatego marzą o ucieczce, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobią. Naiwnie wierzą, że zaczepią się gdzieś w jakiejś knajpie. Byle dalej. Ale taka ucieczka rzadko się udaje. Są ofiarami patriarchalnej, maczystowskiej wizji świata.

Historię tego, co się wydarzyło w miasteczku, poznajemy z różnych punktów widzenia, w każdym rozdziale dowiadując się coraz więcej. Zmienia się też język opowieści, ale zawsze pozostaje potoczny, oddaje sposób myślenia i mówienia bohaterów. To wielka zaleta tej książki i oczywiście tłumaczki. Na początku słuchamy tego, co ludzie gadają. To sfera domysłów, plotek, pomówień, podszyta lękiem i nienawiścią. W kolejnych rozdziałach poznajemy perspektywę bohaterów w różnym stopniu zamieszanych w sprawę morderstwa. Słuchając tych opowieści, poznajemy ich losy, tajemnice i najmroczniejsze sekrety. Jakbyśmy schodzili do piekła, coraz głębiej i głębiej, aby dotknąć jądra ciemności. Najbardziej przejmujące są historie dwóch młodych kobiet, właściwie jeszcze dziewczyn. Ale historie chłopaków, chociaż odrażające, też budzą współczucie. Przychodząc na świat w takim miejscu, od razu są skazani. Na przemoc, cierpienie, klęskę. Nie mogą być inni, skoro wszyscy są zdeprawowani. Nawet stróże prawa, którzy mają szukać winnych i strzec porządku, a sami sieją przemoc. Gdyby nawet zamieszani w zbrodnię bohaterowie chcieli odpokutować winy i sami zgłosić się na policję, nie zrobią tego, bo doskonale wiedzą, że stróże prawa, którym wcale nie zależy na sprawiedliwości, tylko na kasie, zgotują im piekło, a więzienie, gdzie w końcu trafią, to kolejna czarna otchłań.

Bardzo dobra powieść, ale niezwykle mroczna. Chyba najgorszy jest brak nadziei.

Annie Ernaux "Lata"

Książka Annie Ernaux "Lata" (Czarne 2022; przełożyli Magdalena

Budzińska, Krzysztof Jarosz) od momentu wydania znalazła się na liście tytułów, które chcę przeczytać. Przyczyny były dwie - wydawnictwo Czarne, którego ofertę pilnie śledzę, i tematyka. Z jednej strony kobieca, ujęta z perspektywy feministycznej, z drugiej społeczna - autorka wywodzi się z prowincji, z klasy ludowej. A więc kolejna opowieść o awansie społecznym. Jednym słowem Annie Ernaux wpisuje się w krąg takich autorek i autorów jak Tove Ditlevsen, Vivian Gornick, Sarah M. Broom, Didier Eribon i Edouard Louis. Ten pierwszy w swoim znakomitym "Powrocie do Reims" wprost się do niej odnosi. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że Annie Ernaux jest matką takiego pisania, a oni dwaj z niej. Szybko jednak zaczęłam zastanawiać się, czy to książka dla mnie. Dlaczego? Z powodu formy. 

Bo "Lata" to nie jest skrzyżowanie autobiografii z esejem, co znamy z książek przywołanych przed chwilą autorów. To autobiografia bezosobowa, który to termin przywołuję za znawcami. Dorzuciłabym jeszcze autobiografia (?), biografia (?) pokolenia urodzonego w czasie wojny, a ściślej rzecz biorąc jego lewicowej części, bo z takich pozycji wypowiada się autorka. Dlatego Annie Ernaux nie pisze w pierwszej osoby liczby pojedynczej, tylko używa albo liczby mnogiej, albo form nieosobowych - myślało się, mówiono, robiło się. Jeśli odwołuje się wprost do swojego życiorysu, to pojawia się zaimek ona i trzecia osoba liczby pojedynczej. 

Ale to nie jedyny powód moich wahań, czy po lata ostatecznie sięgnąć. Potem jeszcze nie byle gdzie, bo w Nowym Tygodniku Kulturalnym, usłyszałam głos krytyczny wyłamujący się z chóru zachwytów. Wprawdzie odosobniony, ale jednak. Nuda, po prostu nuda - kontrował jeden z dyskutantów. I tak trwałam w swoim niezdecydowaniu. Ostatecznie wcale nie Nobel dla Annie Ernaux spowodował, że jednak, a w dodatku właśnie teraz, zabrałam się za lekturę "Lat". Tym impulsem była opowieść Jarosława Kuisza w podcaście Kultury Liberalnej o twórczości francuskiej pisarki odbyta oczywiście przy okazji tradycyjnego szumu wokół nagrody. A on zna większość (wszystkie?) książki noblistki. Udzielił mi się jego entuzjazm i postanowiłam sprawdzić, co ja na to.

No i teraz mogę jednoznacznie stwierdzić, że jestem na tak. Lektury nie żałuję, przeczytałam "Lata" z dużą ciekawością, zrobiłam morze notatek i z niecierpliwością czekam na zapowiedzianych przez Czarne, już w listopadzie, "Bliskich", czyli zebrane w jednej książce trzy autobiograficzne mikropowieści. (Teraz kiedy robię redakcję tej notki, "Bliscy" właśnie wyszli.) Nie wykluczam, że przemówią do mnie jeszcze bardziej niż "Lata". Bo nie ma się co oszukiwać - to na pewno nie jest książka dla wszystkich. Trzeba oswoić się z formą, o której pisałam, może nas przytłoczyć strumień zdarzeń, osobistych i pokoleniowych doświadczeń, o których pisze autorka. W takiej kondensacji, ponad sześćdziesiąt lat zapisanych na trochę ponad dwustu stronach, ta wyliczanka na pewno niejedną i niejednego zniechęci. Moim zdaniem warto jednak przebić się przez formę, przywyknąć i przeczytać. 

Co może wynieść z tej lektury polska czytelniczka i polski czytelnik z innego pokolenia? Przecież nasze doświadczenia niekoniecznie są takie same. Żyjemy w innym kraju, mamy za sobą inną historię, co innego nas kształtowało. Po pierwsze możemy poznać doświadczenia nam obce, a dla mnie w tym między innymi zasadza się sens czytania. Mój świat byłby o całe nieba uboższy, gdyby nie literatura. Po drugie jednak znajdziemy w pisaniu Annie Ernaux wiele wspólnych nam doświadczeń i wiele inspiracji do namysłu. 

Zacznę jednak od tego, co odmienne. To na pewno silne doświadczenie rewolucji seksualnej i światopoglądowych przemian, które dokonały się w maju 1968. W Polsce rok 1968 kojarzy się bardziej z haniebnym Marcem niż z burzliwym Majem. Tamte wydarzenia mocno odcisnęły się na Annie Ernaux i jej środowisku, chociaż nie była to do końca ich rewolucja. Miała już dwadzieścia osiem lat, pracowała, była żoną i matką, a nie studentką. Z zazdrością przyglądała się temu, co się dzieje -  buntowi młodych przeciwko skostniałym starym. Nie kryje jednak rozczarowania tym, że rewolucja nie poszła dalej, że zatrzymała się w pół drogi. Potem wielokrotnie, kiedy we Francji dochodziło do manifestacji na dużą skalę, jej pokolenie miało nadzieję na kolejne zmiany, ale za każdym razem było tylko gorzej. Manifestujący po osiągnięciu celu, wracali do swoich spraw, nie mieli zamiaru bić się o więcej. Odmienne, co oczywiste, są też doświadczenia związane z odzyskiwaniem niepodległości przez Algierię. Bardzo ważny moment dla jej pokolenia. Wielokrotnie wraca temat imigrantów w pewnym stopniu powiązany z tamtymi wydarzeniami. Autorka pisze o zmieniającym się do nich stosunku, coraz większej niechęci, a nawet strachu przed młodymi z przedmieść o imigranckich korzeniach, w prywatnych rozmowach nazywanych pogardliwie Arabami czy czarnymi. Jakoś trudno zaakceptować fakt, że i oni są Francuzami. Odmienne są też doświadczenia związane z pojawieniem się AIDS i strachem, jaki siała ta choroba. Ledwie jej pokolenie mogło zachłysnąć się seksualną swobodą, a tu znowu trzeba było uważać. Ale tak naprawdę nawet w niektórych z tych wydarzeń możemy odnaleźć echa naszych własnych i skonfrontować się z nimi. 

A doświadczenia wspólne, chociaż nieraz przeżywane w różnym czasie? To problemy awansu społecznego, opowieść o ludziach z prowincji wywodzących się z klasy ludowej, którzy wędrują drogą najeżoną przeszkodami, aby dzięki wykształceniu wyrwać się ze swojego środowiska. To wreszcie problemy emancypacyjne, zmieniający się stosunek do macierzyństwa i rodziny, aborcja, strach przed ciążą, jaki towarzyszył młodości Annie Ernaux, inne wychowywanie córek, inne synów, rodzinne nakazy i zakazy kontra ciekawość świata, uczuć, seksualności. No i postęp oraz jego siostra konsumpcja, do której Annie Ernaux wraca wielokrotnie. Konsumpcja, która rośnie i rośnie. Zrozumiała w czasach, kiedy świat odbijał się po wojnie i wszystkich radowały nowe sprzęty i przedmioty ułatwiające życie, potem rozrastająca się niczym jakiś straszny Lewiatan, wciąż pokazująca swoje coraz nowsze oblicze. 

Konsumpcja jest jednym z powracających konstrukcyjnych motywów. Innym są zdjęcia, czasem filmy, na których autorka została uwieczniona. Stają się punktem wyjścia do przypominania kolejnej epoki, wyznaczają cezurę lat, pozwalają nie pogubić się w tej opowieści. Podkreślają też upływ czasu, przemijanie, przemiany. Po analizie zdjęć czy filmów następują niedzielne rodzinne obiady. Ich charakter też się zmienia, a jednak trwają. I chociaż autorka jest tak inna od swoich rodziców, to jednak i jej sprawia radość spotkanie z synami i ich partnerkami, mimo że różnią się tak, jak ona kiedyś różniła się od swoich rodziców. "Lata" prowokują do snucia własnej pokoleniowej opowieści. Każda byłaby trochę odmienna, a trochę podobna.

Kolejne ważne tematy  to pamięć i rozmijanie się doświadczeń osobistych z Historią. Autorka zastanawia się, co i jak zapamiętujemy, ile w nas zostaje z dawnych emocji, wzmożeń, co po latach pozostawi w nas swój ślad. I dlaczego trajektorie naszych żyć idą zazwyczaj równolegle do Historii, ona gdzieś jest, pozostaje w tle, raz mocniej, raz słabiej, ale i tak ważniejsze będzie  osobiste doświadczenie - rodzinny obiad, uczucie, awantura w pracy, cokolwiek. 

To oczywiście tylko wybór zaledwie kilku tematów poruszanych przez Annie Ernaux, bo "Lata" to, jak widać, wór bez dna. Tyle się mieści w tej niewielkiej książeczce. 

Filmowe remanenty - "Lombard", "Chrzciny", "Słoń"

Premiera filmowa goni premierę, tyle się dzieje, że nie da się obejrzeć wszystkiego, a ja nie nadążam z pisaniem. Dziś o jednej zaległości i o dwóch nowościach.

Na obsypany nagrodami i zachwytami dokumentalny film Łukasza Kowalskiego, "Lombard", czekałam z niecierpliwością. To historia lombardu prowadzonego przez Jolę i Wieśka w jednej z bytomskich dzielnic, dodajmy - zapomnianej przez Boga i ludzi. Przybytek ten mieści się w obskurnym pawilonie po sklepie popularnej sieci. Właściciele zgromadzili tam nieprzebrane morze przedmiotów. Jola i Wiesiek w niczym nie przypominają bezwzględnych krwiopijców żerujących na ludzkiej biedzie. Sprzedają za grosze, często wspierają swoich klientów. Nic dziwnego, że interes się nie kręci, właściwie stale są pod kreską. Nie układa się też między nimi. Ale to także opowieść o ich współpracowniczkach i jednym współpracowniku. Oni też borykają się z problemami, żyją na krawędzi. Właściwie niewiele ich wszystkich dzieli od ubogich klientów lombardu, chociaż Jola dumnie paraduje w futrze. Od razu zaznaczę, że film jest rzeczywiście znakomity, mam jednak wrażenie, że mój odbiór różni się nieco od tego, co wcześniej słyszałam. Chociaż bywa zabawnie, absurdalnie, trochę hrabalowsko, a reżyser patrzy na bohaterów z sympatią i szacunkiem, to jednak całość przygnębia. Nieszczęścia, bieda, brzydota otoczenia, brak perspektyw. Chyba najbardziej przejmującym momentem był dla mnie piknik organizowany przez Jolę, która chce dać okolicznym mieszkańcom, sąsiadom lombardu, trochę rozrywki i przy okazji ratować to miejsce. Kiedy wyszłam z kina, a było już ciemno, ulice mojego miasta wydały mi się  równie przygnębiające, chociaż przecież w niczym nie przypominają dzielnicy Bytomia, w której mieści się tytułowy lombard. Naprawdę trudno było mi się otrząsnąć.

Za to zupełnie inaczej nastroiły mnie "Chrzciny" Jakuba Skoczenia, które pojawiły się w kinach jakoś tak znienacka. To rozgrywająca się 13 grudnia 1981 roku historia rodzinna. Tego dnia w małej górskiej wiosce, skąd daleko do świata, mają się odbyć chrzciny wnuczki Marianny, wdowy, matki sześciorga dzieci. Jej marzeniem było zgromadzenie przy tej okazji ich wszystkich i doprowadzenie do zgody. Przede wszystkim pomiędzy dwoma najstarszymi synami - Wojtkiem, komuchem, który w domu rodzinnym nie był od lat, bo pokłócił się z bratem, i Tadeuszem, działaczem Solidarności i gorliwym katolikiem. Plan Marianny może się nie udać z powodu ogłoszenia stanu wojennego. Nic dziwnego, że robi wszystko, aby żadne z dzieci nie dowiedziało się o tym, co się wydarzyło. To oczywiście prowadzi do wielu nieporozumień i zabawnych zdarzeń. Ich przyczyną są też rodzinne konflikty. Nie tylko między najstarszymi braćmi. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej o wzajemnych pretensjach i rodzinnych tajemnicach. No i jeszcze pytanie - kto jest ojcem dziecka Hani. Dziewczyna nie chce powiedzieć, nawet matce. Film oglądałam z wielką przyjemnością. Bywa śmieszny, ale przede wszystkim jest ciepły. Jednak jego największą zaletą jest znakomite aktorstwo. Nie tylko Katarzyny Figury grającej Mariannę i Tomasza Schuchardta, ale także Michała Żurawskiego, Macieja Musiałowskiego (pyszna rola), Tomasza Włosoka, Andrzeja Konopki. Na specjalną uwagę zasługują role  mniej znanych młodych aktorek, nieopatrzonych jeszcze, które grają trzy córki Marianny - Agaty Bykowskiej, Marty Chyczewskiej i Marianny Gierszewskiej. Warto wybrać się do kina. 

I wreszcie trzeci film "Słoń", pełnometrażowy debiut Kamila Krawczyckiego nagrodzony w Gdyni w konkursie filmów mikrobudżetowych. To bardzo kameralna historia. Akcja toczy się w małej podhalańskiej wsi, gdzie Bartek prowadzi niewielkie gospodarstwo. Jego oczkiem w głowie są dwa konie, których nie chce sprzedać. Marzy o tym, aby kiedyś otworzyć stadninę. Nieoczekiwanie do wsi wraca starszy od niego Dawid, który po śmierci  ojca przyjechał  pozamykać wszystkie sprawy. Przed laty uciekł, zostawiając ojca samego, co mają mu za złe wścibskie sąsiadki. Między Bartkiem i Dawidem zaczyna iskrzyć. Ale wbrew pozorom nie jest to tylko gejowskie love story ani opowieść o nietolerancji. Wprawdzie Bartek spotyka się z wrogością, ale w żadnym razie nie jest ofiarą. Uczucie, które się rodzi pomiędzy młodymi mężczyznami, jest iskrą zmuszającą go do zastanowienia, jak chce dalej żyć. To również opowieść o rodzinnych relacjach, uwikłaniach, obowiązkach i manipulacjach. Co syn jest winien samotnej matce, jeszcze stosunkowo młodej, ale nieradzącej sobie z codziennością i niestroniącej od alkoholu? Czy ma prawo wymagać od niego poświęcenia? A co brat jest winny siostrze, która kilka lat temu, nie oglądając się na nikogo, wyjechała za granicę, a teraz wraca i oczekuje pomocy? Jak pogodzić miłość do koni i do Dawida, który nie po to kiedyś uciekł, aby teraz zostać w swojej rodzinnej wsi? Takie dylematy stawiają przed widzami twórcy. Film jest subtelny, tempo ma niespieszne, a jednak z każdą minutą coraz bardziej wciągała mnie ta historia. Obserwowanie napięcia narastającego pomiędzy bohaterami, subtelnej gry, jaka się pomiędzy nimi toczy, to wielka przyjemność. No i znowu znakomite role - szczególnie magnetyczny jest Jan Hrynkiewicz grający Bartka, ale także należy zauważyć Ewę Skibińską w roli matki, która potrafi się zmieniać niczym kameleon, no i Pawła Tomaszewskiego (Dawid). Klimat budują też zdjęcia - otoczona górami wieś pokazana jest pięknie, bo piękna jest pora roku - jesień, na drzewach kolorowe liście. "Słoń" nie pozwala o sobie zapomnieć. 


Sofi Oksanen "Psi park"

Z niecierpliwością czekałam na lekturę "Psiego parku" Sofi Oksanen

(Znak Literanova; przełożyła Katarzyna Aniszewska). Po pierwsze dlatego, że przed kilku laty bardzo podobała mi się jej powieść "Gdy zniknęły gołębie", a po drugie ze względu na pozytywne recenzje najnowszej książki tej fińskiej pisarki, której matka była Estonką. 

Na początku muszę wyznać, że powieść mocno mnie zaskoczyła. Nie wczytywałam się zbyt dokładnie w informacje podane przez wydawcę, więc spodziewałam się, że jej tematyka będzie oscylowała wokół spraw fińskich lub estońskich, jak w książce, o której wspominałam. Tymczasem nic z tego! Wprawdzie akcja częściowo toczy się w Helsinkach w roku 2016, a główna bohaterka, jednocześnie narratorka, wspomina swoje dzieciństwo spędzone w Tallinie, ale jest to książka przede wszystkim o ... Ukrainie. Jakbym czytała ukraińską powieść. Nie tego się spodziewałam. Cóż, właściwie mile mnie to zaskoczyło, jako że po ukraińską literaturę sięgam ostatnio regularnie. Pozostaje jednak wątpliwość, na ile dokładnie Sofi Oksanen zna tamtejszą rzeczywistość. Jak dokładny zrobiła research? Może jej matka miała tam krewnych? Nie jest to niemożliwe. Przyznam, że bardzo bym chciała przeczytać wywiad z pisarką dotyczący jej najnowszej powieści, no ale w sieci nic nie znalazłam.

Cóż, obraz Ukrainy, delikatnie mówiąc, nie jest w powieści lukrowany. Dziś, kiedy patrzymy na bohatersko broniących się Ukraińców, z takim poświęceniem walczących o swoją państwową niezależność, nie wracamy do problemów, jakie mieli. Tymczasem jest to opowieść o nierównościach społecznych, o beznadziejnej egzystencji na donbaskiej prowincji, o braku perspektyw, o bezprawiu, przestępczości, ukraińskich oligarchach i o ludziach, którzy w pogoni za lepszym życiem, są gotowi zrobić wiele. Zapomnieć o uczciwości, etyce, prawości.

Główna bohaterka, Olenka, która wychowała się w Tallinie, a której korzenie, jak to w ZSRR, były skomplikowane, po rozpadzie Związku Radzieckiego i odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę zostaje wyrwana z dobrze znanego sobie, bezpiecznego świata i wrzucona w realia Donbasu. Razem z rodzicami ląduje w Śnieżnem u babci ze strony ojca. Dlaczego? Bo ojciec właśnie tam dostrzegł możliwość wzbogacenia się. Na czym? Na czarnym złocie, czyli nielegalnie wydobywanym węglu, i bezpardonowym przejmowaniu akcji jakichś przedsiębiorstw. To walka bezwzględna. Można przypłacić ją życiem, jeśli zadrze się z silniejszymi i sprytniejszymi od siebie. Walka wyzbyta wszelkich hamulców. Jeśli trzeba, poświęci się własne dziecko, wyrzuci staruszkę z jej domu (cały czas zastanawiam się, czy scena opowiedziana w książce mogła rzeczywiście w tamtym miejscu i tamtych okolicznościach się wydarzyć). Oczywiście właściciele nielegalnych szybów nie przejmują się losem tych, którzy dla nich węgiel wydobywają. Nie oni narażają swoje życie. Chociaż, jak wspomniałam, oni także balansują w tym wilczym świecie na cienkiej linie.

Ale najbardziej poruszył mnie, oprócz obrazu beznadziejnego, zdegradowanego i po prostu potwornie brzydkiego świata, los dziecka, którego dorośli nie pytają o zdanie i burzą mu dotychczasowe życie, marzenia, perspektywy. Olenka nienawidzi miejsca, w którym się znalazła. Tallin nawet za czasów ZSRR był miastem, które ze względu na swoje położenie ocierało się o ten lepszy, zachodni świat. Nie do końca legalnie, ale jednak, dało się oglądać fińską telewizję. Potem perspektywy były jeszcze lepsze. Kiedy trafia do Śnieżnego w Donbasie, na początku ma jeszcze nadzieję, że rodzice zatrzymali się tam tylko na chwilę i przynajmniej ona razem z matką przeniosą się do drugiej babci, która pochodziła z Winnicy. Kiedy zrozumie, że nic takiego się nie zdarzy, zaczyna marzyć, aby za wszelką cenę wydostać się stamtąd. Swój plan będzie konsekwentnie realizować. Najpierw zapłaci frycowe - jej kariera modelki w Paryżu nie powiedzie się. Potem postara się nie popełnić tych samych błędów. I rzeczywiście stopniowo zacznie awansować w agencji, która zajmuje się szukaniem dawczyń komórek jajowych i surogatek dla mających pieniądze cudzoziemców. 

Już po wybuchu wojny słyszałam, że Ukraina była zagłębiem takiego biznesu. Opowieść o nim jeży włosy na głowie. Ponownie mam nadzieję, że autorka zrobiła porządny research i nie wyolbrzymiła  nieprawidłowości. A jest ich wiele. Wykorzystywanie dziewczyn, które chcą się wydźwignąć wyżej albo po prostu zarobić pieniądze na odrobinę lepsze życie. Żerowanie na ich osobistych lub rodzinnych dramatach. Nieliczenie się z ich zdrowiem. Oszukiwanie klientów, którzy traktują agencję jak sklep z dziećmi, a dawczynie jak niewolnice. Jeśli trzeba podrasuje się życiorys, wyrzuci fakty, które mogłyby skreślić dziewczynę w oczach wymagających klientów - zmieni miejsce zamieszkania, zawód rodziców. Dawczyni ma pochodzić z nieskażonego rejonu, odznaczać się inteligencją i urodą, prowadzić zdrowy tryb życia. Jednym słowem ma to być kandydatka, która gwarantuje, że urodzi się idealne dziecko.

Trudno czuć sympatię do bohaterów i bohaterek tej powieści. Można próbować ich zrozumieć, można im współczuć, ale ja nie potrafiłam ich polubić. Ani Olenki, ani tym bardziej Darii czy ojca narratorki. 

Powieść Sofi Oksanen ubrana jest w sensacyjną formę. Niektórzy określają ją nawet mianem thrillera. Wydarzenia poznajemy niechronologicznie, nie wiemy, dlaczego narratorka uciekła z Ukrainy i na fałszywych papierach wylądowała w Helsinkach, gdzie drżąc o swoje życie, zajmuje się sprzątaniem mieszkań i nie przypomina siebie z okresu rozkwitu kariery w agencji. Stopniowo poznajemy coraz więcej szczegółów z jej życia, aż w końcu zagadka jej ucieczki zostanie rozwiązana. Oczywiście ta sensacyjna formuła ma uatrakcyjnić powieść. Podobne chwyty stosowała autorka w powieści "Gdy zniknęły gołębie", o której wspominałam. Przyznam jednak, że to, co w założeniu miało być atrakcyjne, mnie nieco rozczarowało. Może książka jest odrobinę za długa? Szczególnie fragmenty opowiadające o pracy w agencji zaczynały mnie po pewnym czasie nużyć. Ja na pewno wyżej stawiam przywoływaną tu poprzednią powieść Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie". To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto przeczytać tej.  

Waldemar Bawołek "Pomarli"

Moja przygoda z twórczością Waldemara Bawołka zaczęła się

stosunkowo niedawno od powieści "Echo słońca". I chociaż jest to literatura osobliwa, osobna, niekoniecznie łatwa w odbiorze, czasem zachwycająca, momentami nużąca albo irytująca, to  wiedziałam, że będę do niej wracać. No i po kilku miesiącach wróciłam - przeczytałam "Pomarłych" (Czarne 2020), zbiór opowiadań, za które autor w ubiegłym roku nominowany był do Nike, a  otrzymał  Nagrodę Literacką Gdynia.

Historie snute w tej książce związane są ściśle z jego rodzinnymi Ciężkowicami, w których mieszka od urodzenia. Tak zresztą jest najczęściej - Bawołek, dla którego pisanie jest namiętnością i koniecznością, obficie czerpie ze swojego życia, filtrując je przez swoją wyobraźnię. W tym miejscu powinnam napisać kilka zdań o autorze, który jest równie osobny i osobliwy jak jego twórczość, ale zrobiłam to już przy okazji notki o "Echu słońca", więc odsyłam tam albo do innego źródła. 

Jak wskazuje tytuł, są to opowieści o ludziach, którzy zmarli - krewnych, sąsiadach, szkolnych kolegach. To rodzaj osobliwych epitafiów, bo narrator, Waldemar (a jakże!), wprawdzie ich upamiętnia, ale nie wysławia. Pokazuje takich, jakimi byli, a raczej jakich ich zapamiętał. Nie waha się pisać źle, niepochlebnie. Nie ma w prozie Bawołka tej czułości dla bohaterów, jaką często spotykamy w literaturze portretującej prowincję. Zdecydowanie nie zawsze da się ich lubić. Bywa, że upamiętniany nie pojawia się na pierwszej stronie poświęconego mu rozdziału, ale dopiero na którejś z kolei. Niekoniecznie jest też najważniejszym bohaterem opowiadania. Bo tak naprawdę bohaterem tej książki jest narrator. Tak przynajmniej ja ją odbieram.

W "Pomarłych" jeszcze bardziej niż w "Echu słońca" miesza się przeszłość z teraźniejszością, fragmenty realistyczne z onirycznymi.   

Czas przestał dla mnie istnieć albo bez przerwy zmienia się, meandruje, zapętla. 

Nie wiem, na którym piętrze czasu się znalazłem...

Jego dawne zęby sztucznej szczęki nakładają się na te nowe, uwalniają ponadczasowe wspomnienia. (...) Chciałby pociągnąć nasze umysły wstecz. Tylko że ja dopiero wracam z przeszłości i inne przede mną wydarzenie z pamięcią w tle. 

Przedzieram się delikatnie przez naskórek myśli i wrażeń, wnikam w głębsze tkanki, dotykam zmysłów. Tworzę unikatową strukturę, pełną pułapek niedomówień i słów niepamięci. Ukryte są w niej zamierzchłe gesty, znaczące spojrzenia, liczne oddechy.

Bywa, że jest to jazda bez trzymanki - swobodnie przeskakują czas i zdarzenia, musimy podążać za strumieniem wyobraźni narratora, można się w tym pogubić. Ale jest w tej tak wymyślonej prozie  coś, co mnie przyciąga. Po chwilowym znużeniu zachwycam się pięknem języka, wyobraźnią albo sięgam po długopis, aby zapisać jakąś myśl, która mnie poruszyła. Najczęściej przejmującą. Bo "Pomarli", podobnie jak "Echo słońca", nie są pogodną lekturą. Nad narratorem i innymi bohaterami ciążą przemijanie, utracone złudzenia, niezrealizowane marzenia, przygniatająca codzienność, starość i jej przyjaciółka samotność, a wreszcie widmo śmierci. 

Spotkanie z samym sobą (...) beztrosko myślącym, że życie to droga bez końca, a zachowanie młodości to cel sam w sobie ...

Co jest ratunkiem? Życie we wspomnieniach, wracanie w przeszłość, zatracenie się w niej? A może odwrotnie?

... zawsze to samo. Beż pamięci dokądś wędrować, szukać wiatru w polu, błądzić, by o wszystkim zapomnieć, by nie myśleć.

A może osobność?

Pokonuję lęk przed wszelkim upodobnianiem się do innych, gdyż lęk przed wszelką różnicą jest mi obojętny. 

Przed moimi oczami sprawy codziennego życia schodzą na dalszy plan, są nieważne. Jak to wytłumaczyć? Może własnym wewnętrznym światem? Więc starasz się, jak możesz, żeby odejść od powszedniości, żeby wszystko było wyjątkowe. I ty jesteś wyjątkowy, dla siebie ...

Może dlatego ta codzienność, z której pisarz czerpie garściami, zostaje tak silnie przetworzona, wstrząśnięta i wymieszana, aż w końcu przemienia się w senne marzenie.

Tania Malarczuk "Zapomnienie"

Kolejna ukraińska książka, o której piszę. I wcale nie ostatnia - kilka

tytułów czeka jeszcze na lekturę, a przecież stale wychodzą nowe. Tym razem to powieść Tani Malarczuk "Zapomnienie" (Warstwy 2019; przełożył Marcin Gaczkowski).

Jest to historia, która powinna nam być bliska. Dlaczego? Bo jej głównym bohaterem jest Wiaczesław Lipiński, który przyszedł na świat w roku 1882 w polskiej ziemiańskiej rodzinie mającej swój majątek na Wołyniu w Zaturcach w okolicach Łucka. Na chrzcie nadano mu imię Wacław, a on jako student zdecydował, że czuje się Ukraińcem, co wywołało skandal wśród najbliższych i  znajomych. Takie sytuacje zdarzały się na terenach, gdzie mieszały się narodowości. Mój kolega historyk, kiedy opowiedziałam mu bohaterze tej powieści, natychmiast sypnął dość znanymi nazwiskami. Teraz, kiedy piszę te słowa, przyszła mi do głowy pewna refleksja - dlaczego oburzano się na Lipińskiego, a przyjmowano za naturalne procesy odwrotne, bo przecież i takie były. Wystarczy przywołać najbardziej znane przykłady - Radziwiłłów czy Wiśniowieckich.  Od razu wyjaśniam, że Lipiński nie jest bohaterem wymyślonym. Informacje o nim można bez trudu znaleźć w sieci. Konia z rzędem takiemu szaraczkowi jak ja, który wcześniej o tej postaci słyszał. Ja dowiedziałam się o nim, kiedy usłyszałam o książce i postanowiłam ją przeczytać. Ciekawa jestem, na ile Wiaczesław Lipiński znany jest w Ukrainie. Przyznam, że nie od razu zdecydowałam się na lekturę, bo temat w pierwszej chwili wydał mi się nieciekawy. Byłam w błędzie. A haczyk złapałam, kiedy dowiedziałam się, że Tania Malarczuk będzie gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada.

Powieść ma właściwie dwoje bohaterów - wspomnianego już Wiaczesława Lipińskiego i narratorkę - pisarkę, która z powodu nagłych napadów lęku  przestaje wychodzić z mieszkania. 

I oto w jednej z chwil cierpienia bezdennej marności zaczęłam nagle myśleć o czasie jako o tym, co spaja nieskończony różaniec niedorzecznych zdarzeń. Doszłam do wniosku, że tylko w konsekwencji tych zdarzeń jakikolwiek sens istnieje i że nie Bóg, nie miłość, nie piękno, nie potęga rozumu określają ten świat, a wyłącznie czas, upływ czasu i mgnienie ludzkiego życia.

Dlatego zaczęła maniakalnie studiować stare ukraińskie gazety. W jednej z nich, wydawanej w Stanach Swobodzie,  znalazła informację o śmierci Wiaczesława Lipińskiego. Nie miała pojęcia, kim był, ale uznała, że kimś ważnym, skoro redakcja poinformowała o tym na pierwszej stronie! Odtąd zaczęła się jej fascynacja Lipińskim. 

Rozdziały powieści opatrzone tytułem i datą układają się w rodzaj kalendarium z życia ich obojga. Większość poświęcona jest Wiaczesławowi Lipińskiemu. I tak pisarka pogrążona w kryzysie i niemocy odnajduje sens, odgrzebując z mroków niepamięci człowieka, który nieoczekiwanie stał się jej bliski. 

Co w nim takiego fascynującego? Wiele. Już sama zmiana narodowej tożsamości z polskiej na ukraińską wymagała hartu ducha i odwagi. Lipiński wywołał skandal nie tylko wśród rodziny czy znajomych, ale również w czasie studiów w Krakowie, kiedy zabierał głos w dyskusjach o sprawie ukraińskiej. Ponieważ uważany był za Polaka, jego poglądy spotykały się wśród naszych rodaków z krytyką, uważano je za haniebne. On jednak uparcie trwał przy swoim i z czasem stał się cenionym i niezwykle ważnym ukraińskim socjologiem, publicystą, historykiem, a wreszcie politykiem. Nic dziwnego, że kiedy w wyniku wielkich zmian  zachodzących w Europie po pierwszej wojnie państwa takie jak Ukraina znalazły się w tym krótkim okienku dziejowym, kiedy mogły zyskać niepodległość, został ambasadorem jednego z krótkotrwałych ukraińskich rządów w Austro-Węgrzech. Nie trwało to długo. Jak wiemy, w tamtym czasie marzenia Ukraińców o wolności nie spełniły się. 

Lipiński to postać tragiczna. Nic mu się nie udało. Małżeństwo szybko okazało się porażką, córki prawie nie widywał, stracił, jak wielu Polaków i Ukraińców, majątek, który dostał od bogatego wuja. Wreszcie z jego marzeń o niepodległej Ukrainie nic nie wyszło. Niemal całe życie zmagał się z poważnymi chorobami. Ostatnie lata (zmarł w roku 1931) spędził w skromnym domku w austriackiej Styrii w towarzystwie służącej i wiernego sekretarza. Utrzymywał się ze skromnych sum przysyłanych mu regularnie przez brata. Osamotniony, oskarżany przez dawnych politycznych przyjaciół o sprzeniewierzenie pieniędzy, wytrwale pracował nad kolejnymi artykułami czy książkami. Idea, jaką wyznawał, aby niepodległa Ukraina była domem dla wszystkich zamieszkujących ją narodów, poniosła klęskę. Do głosu doszedł ukraiński nacjonalizm, od którego się odżegnywał. Po śmierci został zapomniany.

Ale książka Tani Malarczuk to także bardzo ciekawa historia budzenia się ukraińskiej świadomości narodowej, starań o niepodległość, walk rozmaitych politycznych stronnictw i idei, upadek nadziei, a wreszcie historia emigrantów, którzy uciekli z terenów wcielonych do ZSRR. Emigrantów, którzy stracili wszystko, klepali biedę i ... pogrążali się w animozjach, sporach i kłótniach. Skąd my to znamy! Naprawdę wiele się z niej dowiedziałam. Wprawdzie dobrych kilka lat temu czytałam książkę brytyjskiej dziennikarki i historyczki Ann Reid "Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015", ale naprawdę niewiele z niej pamiętam. Cóż, gdybym miała czas, chętnie bym do niej wróciła.

Pozostaje na koniec zadać pytanie - czy oba wątki łączy coś poza tym, że narratorka zafascynowana jest Lipińskim? Tak. To historia Ukrainy. Wspominając babcię Sonię i dziadka Bączyka, bohaterka trochę opowiada o losach tych, którzy nie wyjechali. Pojawiają się wspomnienia Hołodomoru, kolektywizacji, wojny, czasów powojennych. Przetrwali ci, którzy byli twardzi, jak babcia Sonia, prosta, wiejska kobieta, albo ci, którzy umieli sprytnie manewrować pomiędzy meandrami Historii. Można to nazwać oportunizmem, ale ocalili życie. To przypadek dziadka Bączyka, który śmiechem przykrywał świadomość swoich kompromisów z losem. Dzięki temu, że oni przetrwali, na świecie pojawiła się narratorka. A przecież tak niewiele brakowało, aby jej nie było. Ceną za życie była utrata zbiorowej pamięci. Nie pierwszy raz wraca ten wątek w ukraińskiej literaturze. Z podobnym problemem mierzyła się rodzina Ciłyków w powieści Wiktorii Amieliny "Dom dla Doma", o której niedawno pisałam.  

Zaczęłam płakać, wciąż powtarzając sobie, że łzy są gniewem adresowanym do kogoś innego. Ale kto to był? (...) Partyjni, którzy wydawali rozporządzenia zgodnie z kursem na likwidację szkodliwej historii, na lobotomię pamięci? Czy może moi dziadkowie i babcie, pradziadkowie i prababcie, którzy okazali się zbyt słabi, aby przeciwstawić się lobotomii? Kto winien? Na kogo się złościć? 

Warto sięgnąć po tę ciekawą, ale smutną książkę. 

Popularne posty