Maciej Plaza "Skoruń"

Odkąd przeprosiłam się ze współczesną polską beletrystyką, trochę nadrabiam zaległości, trochę gonię za ciekawymi nowościami. Sporo ostatnio debiutów, o których głośno, ale z debiutami różnie bywa, czasem dobrze odczekać i zobaczyć, jak przejdą próbę czasu. Właściwie sama nie wiem, dlaczego ostatecznie sięgnęłam po "Skoruń" Macieja Płazy (W.A.B. 2015), który ze swoją książką trafił do finału Nike. Wprawdzie jej nie dostał, za to sukces odniósł w Gdyni, gdzie został laureatem, no i zdobył też Nagrodę Kościelskich. Debiut prawdziwie imponujący. Byłam na spotkaniu z autorem, zadziałał impuls, kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Jednym tchem. Bez reszty porwał mnie świat wykreowany na kartach powieści (?), zbioru opowiadań (?). Chyba jednak powieści, bo chociaż każdy rozdział jest zamkniętą całością, to łączą je bohaterowie i narrator, a w kolejnych historiach można znaleźć nawiązania do poprzednich.

"Skoruń" to proza prowincjonalna, wiejska. Kto lubi Myśliwskiego, pewnie da się porwać Płazie. Narratorem i głównym bohaterem jego książki jest kilkunastoletni chłopak, jedynak, mieszkaniec nadwiślańskiej wsi pełnej sadów owocowych, gdzieś w okolicach Sandomierza. Napisałam kilkunastoletni, ale pewne tropy wskazują na to, że swoje opowieści snuje już jako dorosły. Stylizowany na wiejską gwarę język co i rusz ucieka w poetyckie rejony i zachwyca urodą, kunsztem. Z drugiej strony bywa po chłopacku i wiejsku dosadny, prostacki, mięsisty. Innym razem  jednak nie przypomina języka kilkunastolatka, ucznia technikum. A i samoświadomość ma narrator często nie chłopacką, a dorosłą. Wprawdzie nie do końca rozumie swoje zachowanie, raczej pyta niż znajduje odpowiedzi, ale nastolatek nie wgłębia się w siebie tak, jak czyni to tytułowy skoruń. Opowieści nie są ułożone chronologicznie, niektóre sięgają wczesnego dzieciństwa, jak rozdział zatytułowany "Stary", który zaczyna się, kiedy bohater idzie po raz pierwszy do szkoły. Większość jednak to historie o dorastającym chłopaku. Skoruniu, takim wiejskim rozrabiace, leniu, ladaco, z którego nic dobrego pewnie nie wyrośnie, który przysparza zmartwień matce i złości porywczego ojca.

O czym są te osadzone w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku historie? Po pierwsze o wsi, o miłości do ziemi, do rzeki, do przyrody, która jest piękna, ale i bezwzględna, co należy przyjąć z pokorą. O znoju pracy w gospodarstwie, gdzie harować muszą wszyscy. Nawet małe knypcie mają swoje obowiązki - bladym świtem, jeszcze przed szkołą, trzeba zaprowadzić krowę na pastwisko, a wieczorem zagnać do domu. Kilkunastolatek pracuje już w gospodarstwie na równi z dorosłymi - przy zbiorze owoców, przy opryskach i innych zajęciach. A jak robota pilna, to ma pierwszeństwo przed szkołą. Praca bywa nudna, pod wieczór nóg się nie czuje, czasem przychodzi ochota, aby urwać się gdzieś z kumplami, ale ile jest jednocześnie zachwytu dla drzew, dla owoców, dla krowy, którą ojciec sprzedał. Dla przyrody.

Inny temat "Skorunia" to rodzina. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że drugim bohaterem jest ojciec narratora, człowiek nietuzinkowy. Inżynier, sadownik, nauczyciel zawodu w pobliskim technikum, domorosły konstruktor maszyn, które mają ulżyć w ciężkiej gospodarskiej harówie, maszyn, których zazdrości cała wieś. Wybuchowy, narwany, uparty i mroczny, skonfliktowany z bratem. Zbawca świata. A to zbawianie tylko przysparza mu kłopotów, bo niepotrzebnie miesza się w nie swoje sprawy. Te nieswoje sprawy to także konspiracyjna działalność w pobliskiej fabryce, która zaprowadziła go w stanie wojennym do więzienia. Skrywa też jakieś tajemnice z przeszłości. Syn ma do niego stosunek ambiwalentny - podziwia, ale jednocześnie irytuje go ojcowski upór. Próbuje zrozumieć, przeniknąć i buntuje się, chce wybić się na niepodległość. Bardzo ciekaw jest, co stało się zarzewiem konfliktu ojca z bratem. Ale odkryć ich tajemnicę nie jest łatwo, bo nie wiadomo, kto mówi prawdę.

Wreszcie kolejnym tematem książki jest dorastanie. Strach o ojca, który nagle zniknął. Dlaczego? Czy umarł? Co to znaczy, że umarł? Doświadczenie śmierci. Zetknięcie ze starością, która przyciąga i odpycha jednocześnie. Konieczność zmierzenia się z  wielkim poczuciem winy. Pierwsze rozczarowania i zawody. Próba zrozumienia, czym jest tęsknota i samotność. Odgrzebywanie rodzinnych tajemnic i odkrycie, że człowiek bywa bardzo skomplikowany. Bunt. Konieczność radzenia sobie z dorastającym ciałem i pierwsze erotyczne fascynacje. Krucha świadomość, że świat nie jest czarno-biały. Kłopoty z rozeznaniem się we własnych uczuciach, motywacjach, trudność zrozumienia siebie, swoich zachowań, reakcji, no i trudność zrozumienia drugiego człowieka.

Jest wreszcie w tej książce wiele niezapomnianych scen i opisów. Często trzymających w napięciu i fascynujących, chociaż tragicznych. Taka jest opowieść o wielkiej powodzi, taka jest fantasmagoryczna opowieść o niemieckich żołnierzach ścigających partyzantów. I wiele innych. Za gardło chwyta nieoczekiwane zakończenie.

Naprawdę świetna, piękna, mądra książka.

Samar Yazbek "Przeprawa. Moja podróż do pękniętego seca Syrii"

Przyzwyczailiśmy się do wojny w Syrii. Zapominamy o niej, zobojętnieliśmy, znudziliśmy się. Zeszła z pierwszych stron gazet, nie jest już tematem medialnym, no chyba że stanie się coś spektakularnego jak zbombardowanie konwoju z pomocą humanitarną kilka tygodni temu. A przecież tam wciąż giną ludzie, bombardowane są domy, mieszkańcy oblężonych miast umierają z głodu. Trudno zrozumieć, że mimo wszystko w Syrii jest jakieś życie. Na wyciągnięcie ręki, tak niedaleko od nas toczy się dramat. Tak zaczęłam tę notkę, a było to 15 listopada. Dziś ten wstęp nieco się zdezaktualizował, bo niedługo potem Syria wróciła na pierwsze strony gazet za sprawą Aleppo, które w tym momencie stało się symbolem tej wojny. I wtedy, i teraz aktualne jest kolejne zdanie - koniecznie trzeba przeczytać książkę Samar Yazbek "Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii" (Karakter 2016; przełożyła Urszula Gardner). Ja od razu wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć, a moją decyzję ostatecznie przyspieszył fakt, że autorka przyjechała do Polski i wybierałam się na spotkanie z nią. Książkę skończyłam już jakiś czas temu, ale niestety nie miałam kiedy o niej napisać. Piętrzyły się inne lektury, chodziłam do kina, stale miałam zaległości. Najlepiej pisać od razu, póki emocje świeże, ale ponieważ lektura ważna, postanowiłam coś jednak skrobnąć, aby ślad po niej pozostał.

Na początek kilka słów o autorce. Samar Yazbek to syryjska pisarka, dziennikarka, reporterka, działaczka feministyczna. Aktywnie uczestniczyła w pokojowych protestach, które rozpoczęły się w Syrii wraz z arabską wiosną. W 2012 roku musiała wyjechać z kraju, mieszka we Francji. Ale gnana tęsknotą, poczuciem obowiązku i pragnieniem zrobienia czegoś dla syryjskich kobiet trzykrotnie nielegalnie przedarła się do ogarniętej wojną Syrii. Trzy wyprawy, jak pisze przeprawy, trzy świadectwa. Mieszkała i poruszała się po prowincji Idlib, tej, do której dziś trafiają mieszkańcy zamordowanego Aleppo.

Samar Yazbek opowiada o codziennym życiu, o spotkaniach z ludźmi, z cywilami i żołnierzami, spisuje ich historie, chce wiedzieć, jak żyli przed wojną, kim byli, co robili. Jak zawsze w takich sytuacjach uderza to, że studiowali, pracowali jako lekarze, prawnicy, nauczyciele, rolnicy, mieli firmy, gospodarstwa. Teraz nie mają nic, z trudem zaspokajają podstawowe potrzeby, gnieżdżą się w piwnicach, które zastępują im schrony, ich dzieci nie chodzą do szkoły, przerwali studia, porzucili pracę albo już jej nie mają, walczą, stracili bliskich i wszystko, co posiadali. Każda kolejna podróż jest dla Samar Yazbek coraz trudniejsza. Jeszcze większe zniszczenia, jeszcze bardziej niebezpiecznie, jeszcze mniej nadziei. Jej książka to  świadectwo wojny jak "Pamiętnik z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, jak "Nadciąga noc" Anthonego Shadida (wojna w Iraku), jak "W oblężeniu" Barbary Demick (Sarajewo). Świadectwo z samego środka piekła. Najbardziej wstrząsające są opowieści matek, którym na ich oczach żołnierze armii rządowej zabijali dzieci, i opowieści o ludziach, którzy musieli opuścić swoje domy.

W relacji Samar Yazbek uderzyły mnie dwa fakty. Po pierwsze autorka uświadamia, jak nierówna to walka. Być może rewolucja odniosłaby sukces, gdyby obie strony dysponowały podobną siłą. Największą plagą były i są bombardowania, które pustoszą tereny wyzwolone spod władzy reżimu Asada. Obracają miasta w ruinę, sieją strach, śmierć, zniszczenie, nie pozwalają żyć bez lęku. Najwięksi zabójcy to bomby beczkowe i kasetonowe. Po drugie autorka zauważa, jak niepostrzeżenie, krok po kroku jej państwo jest zawłaszczane przez rozmaitych fundamentalistów związanych nie tylko z ISIS. Cały wysiłek walki idzie na marne, marzenie o społeczeństwie obywatelskim, Yazbek bardzo często używa tego określenia, rozwiewa się, bo władzę przejmują ekstremiści. Nie tak miało być, coraz mniej czuje się u siebie. Z goryczą i zdumieniem obserwuje te zmiany. Za każdym razem, kiedy przedziera się przez granicę, widzi, jak w tłumie innych przekraczają ją najemnicy gotowi walczyć w szeregach armii reprezentujących fundamentalistów.

Zdziwiło mnie bardzo, że Samar Yazbek przybyła do Syrii nie tylko, żeby zbierać relacje i pisać, ale może przede wszystkim, aby zakładać wśród syryjskich kobiet różne organizacje, dzięki którym będą mogły założyć drobny biznes, aby utrzymać siebie i rodzinę. I o dziwo, przynajmniej wtedy, udaje się. Wojna trwa, a ona spotyka się z kobietami, uczy je, cieszy się, kiedy odnoszą sukcesy. I jeszcze jedno - autorka długo ma nadzieję, że wróci do Syrii na stałe, to jej marzenie. Dopiero trzecia wyprawa uświadamia jej, że to już niemożliwe. Kończy swoją relację przejmującym, gorzkim wyznaniem emigrantki, która w Paryżu czuje się dziwnie, bo nie jest u siebie, bo nie umie pogodzić się, że kiedy spokojnie sobie spaceruje po paryskich ulicach, w Syrii głodują i giną jej rodacy. 

Bardzo, bardzo smutna, przejmująca i gorzka jest książka Samar Yazbek. Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć, że jej opowieść poprzedzona jest długim, znakomitym wstępem profesora Piotra Balcerowicza, który w klarowny sposób opowiada historię syryjskiej wojny i w najbardziej jasny sposób stara się wyjaśnić niezwykle zawikłaną sytuację. Wstęp jest równie gorzki jak cała książka, bo pokazuje hipokryzję wszystkich politycznych graczy, również tych z oświeconego podobno Zachodu, dla których Syria jest tylko pionkiem w ich interesach. Konkluzja jest tragiczna - wojna w Syrii będzie trwała, bo nikomu nie zależy, aby się skończyła. A ludzie giną, głodują, uciekają. I nie zapominajmy, że nie tylko w Aleppo. Jesteśmy bezradni, niewiele możemy zrobić, ale coś jednak tak. Niedawno po raz kolejny wysłuchałam w radiu TOK FM rozmowy z Janiną Ochojską , która znowu opowiadała o tym, jak ważne są regularne wpłaty dla organizacji pomocowych takich jak założony przez nią PAH, Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej czy fundacja Wolna Syria. Dla wielu z nas drobny gest, kwota, której braku nie poczujemy w portfelu, ale w  ilości takich kwot siła. Naprawdę.

Filmowe remanenty - "Nieznajoma dziewczyna", "Komunia"

Dziś będę przekonywać przekonanych, bo jakoś nie wierzę, że filmy, o których napiszę, zainteresują większą widownię. Kto zechce obejrzeć surowy, kręcony niemal jak dokument najnowszy film braci Dardenne "Nieznajoma dziewczyna"? Pewnie tylko ci, którzy ich kino znają, i bywalcy małych salek w małych kinach studyjnych, czytaj miłośnicy kina europejskiego, niszowego. Tym razem nie zagrała ani Marion Cotillard, ani żadna inna gwiazda jak w poprzednim filmie braci "Dwa dni, jedna noc", a oparcie akcji na wątku sensacyjnym jest przecież tylko pretekstem. Bo historię młodej lekarki dręczonej wyrzutami sumienia i dlatego chcącej poznać tożsamość ciemnoskórej dziewczyny, której nie udzieliła pomocy, trudno przecież uznać za kryminał. Drugi film to "Komunia" Anny Zameckiej, polski dokument, o którym ostatnio głośno. Historia czternastoletniej Oli, która za wszelką cenę chce przygotować swojego autystycznego brata Nikodema do komunii, mnie bardzo przygnębiła, chociaż słyszę, że niektórzy odnajdują w tym filmie ciepło i nadzieję. Ciepło, miłość tak, ale czy nadzieja? Mimo że niewesołe, oba filmy bardzo mnie poruszyły. Moim zdaniem warto je zobaczyć. A jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
Ze zdumieniem przeczytałam w zapowiedzi dystrybutora, że "Nieznajoma dziewczyna" to portret zamkniętego środowiska lekarskiego skupionego na konsumpcji, obracającego się w swoim gronie, niedostrzegającego biedy. Główna bohaterka, lekarka Jenny, jest zaprzeczeniem tej tezy. Na mnie zrobiła wrażenie ascetki, współczesnej mniszki. Jest sama, mieszka w skromnym pokoiku nad gabinetem lekarskim w domu przy ruchliwej ulicy, śpi na łóżku wciśniętym gdzieś pomiędzy białe kuchenne szafki a taki sam stolik, nie przywiązuje wagi do stroju, stale pod telefonem gotowa na wezwanie pacjentów. To prawda, że miała zacząć pracę w eleganckiej przychodni, ale od razu widać, że nie pasuje do tego środowiska. Jakoś nie wierzę, że zrezygnowała z tej intratnej propozycji i przejęła praktykę po starszym lekarzu w ubogiej, nieatrakcyjnej dzielnicy Liege tylko pod wpływem impulsu spowodowanego wyrzutami sumienia po śmierci czarnoskórej, nieznajomej dziewczyny. To, jak się zachowuje, jak wygląda, sugeruje raczej, że ów impuls trafił na podatny grunt i Jenny wróciła na ścieżkę, z której zboczyła. Wydaje mi się, że jej zachowanie tego feralnego wieczoru, było splotem nieszczęśliwych zdarzeń, a nie rutynowym działaniem. Może zmęczona, może zirytowana zachowaniem stażysty, który nie dość uważnie osłuchiwał pacjenta, nie wpuściła kogoś, kto dobijał się do przychodni godzinę po jej zamknięciu. Przecież człowiek nie zmienia się tak z dnia na dzień, nie staje się uważnym, troskliwym lekarzem pod wpływem jednego zdarzenia. Ona taka była już wcześniej, czego najlepszym dowodem jest pożegnanie zgotowane jej przez chorego chłopaka. Jenny decyduje się leczyć go nadal, mimo że zmienia pracę, a dzieje się to jeszcze tego samego wieczora, zanim dowie się, że dziewczyna została zamordowana. Jenny jest osobą, która nie potrafi przejść obojętnie obok problemu. Od razu angażuje się, działa, drąży, pomaga. Tak postępuje nie tylko w sprawie zamordowanej dziewczyny. Z podobną troską zabiega o swojego stażystę. Nie daje mu spokoju, chce wiedzieć, dlaczego odszedł bez słowa, próbuje go nakłonić do powrotu na studia, szuka, jedzie na wieś, rozmawia, przekonuje. W ustalenie tożsamości zamordowanej dziewczyny też angażuje się na całego. Nie tylko chce się dowiedzieć, kim była, aby zawiadomić jej rodzinę, ale pragnie ją godnie pochować i robi to na własny koszt. Nie postępowałaby tak, gdyby nie była osobą wrażliwą, empatyczną, niepotrafiącą stać z boku. Gdyby była inna, wyrzuty sumienia spowodowałyby tylko duchową udrękę, a nie skłoniłyby do działania. A śmierć dziewczyny to splot nieszczęśliwych przypadków, splot zaniechań. Zginęła, bo wszyscy zachowali się obojętnie. Siostra wolała dla świętego spokoju milczeć, nie próbowała się za nią ująć, pomóc jej. Jenny nie otworzyła przed nią drzwi, a ojciec Bryana nie wezwał pomocy i uciekł. Trudno nie odczytywać tego filmu w symboliczny sposób. W tym sensie to opowieść o Europie, która zamyka drzwi przed uchodźcami. O Europie i świecie, których zaniechania prowadzą do śmierci setek tysięcy. Może przynajmniej tyle jesteśmy im winni - wiedzieć, kim są, dostrzec w nich pojedynczych ludzi, a nie anonimowy tłum.
I jeszcze kilka zdań o "Komunii" Anny Zameckiej. Ten film obejrzałam w poprzedni weekend, ale nie miałam czasu o nim wspomnieć, a przecież warto. To niezwykła i poruszająca opowieść. Czternastoletnia Ola przejmuje w domu rolę nieobecnej matki i obecnego, ale nie do końca wydolnego, ojca. Nie tylko troszczy się o brata, za wszelką cenę próbując przygotować go do komunii, ale bierze na siebie domowe obowiązki. Robi zakupy, gotuje, pierze, sprząta, rozmawia z kuratorem. Mobilizuje ojca, aby starał się o większe mieszkanie, bo wierzy, że wtedy matka wróci. A Ola bardzo za nią tęskni i stale utrzymuje z nią kontakt. Komunia brata jest dla dziewczynki ważna nie tylko ze względów religijnych. Pewnie również dlatego, aby brat został potraktowany jak inne dzieci. To również okazja do spotkania z matką. Wreszcie chociaż na chwilę są razem. Próba powrotu na dobre nie udała się. Chyba najbardziej uderzyło mnie to, że dla Oli nieważne są niedogodności związane z powrotem matki, jeszcze większa ciasnota, jeszcze więcej obowiązków. Liczy się tylko jedno - są wreszcie wszyscy razem. Ja wygodnicka, wolna od takich problemów, patrzę na to z podziwem i pokorą. Film Anny Zameckiej pozwala dotknąć obcego mi doświadczenia, zadumać się. Jest smutny. Żal mi dzielnej, nad wiek dojrzałej, sympatycznej, zadziornej Oli. Bo ma takie dzieciństwo, a przecież nie powinno tak być. Bo po raz kolejny musi znosić rozczarowanie, borykać się z tęsknotą, brać się z życiem za bary.

Witold Szabłowski "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia"

O tym, że Witold Szabłowski pisze książkę o Ukraińcach, którzy ratowali Polaków na

Wołyniu, wiedziałam od kilku lat. Przeczytałam wtedy w Dużym Formacie jego reportaż dziś stanowiący część książki, a pod spodem prośbę, aby skontaktowali się z autorem ci, których bliscy mieli podobne doświadczenia. Nawet sama chciałam to zrobić, bo pamiętałam z dzieciństwa opowieść babci o tym, jak została ostrzeżona o napadzie planowanym na dziadka. Ale zapał, jak zwykle słomiany, rozpłynął się następnego dnia, a poza tym nie znałam szczegółów, a dowiedzieć się nie bardzo było już od kogo. Czasem nawet miałam wrażenie, że to wszystko sobie wymyśliłam. Dziś wiem, że ta historia rzeczywiście się zdarzyła. Potem o książce słuch zaginął, aż teraz wreszcie wyszła. Nie wiem, czy fakt, że stało się to w okolicach premiery filmu Smarzowskiego, został zaplanowany, ale nawet jeśli nie, to dobrze się stało, że "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia" (Znak 2016) ukazali się akurat teraz. To świetna okazja, aby dowiedzieć się więcej.

Szabłowski chce swoją książką oddać sprawiedliwość tym wszystkim zwykłym Ukraińcom, którzy w tamtym nieludzkim czasie ratowali swoich sąsiadów, Polaków. Chce wydobyć ich z niepamięci. Nie pisze o wielkich sprawach. To w większości drobne gesty, które ratowały życie. Ktoś kogoś ostrzegł o grożącym niebezpieczeństwie, ktoś ukrył u siebie w domu, a potem potajemnie wywiózł w bezpieczne miejsce, czyli do miasta albo za Bug, ktoś nosił jedzenie ukrywającym się w lesie. Chyba najbardziej spektakularna historia to opowieść o dziewczynce, Hani, która ocalała, została przygarnięta i z miłością wychowana  przez ukraińskie małżeństwo. O swojej przeszłości dowiedziała się jako dorosła kobieta. Inna zapadająca w pamięć historia związana jest z czeskim pastorem i jego żoną. Niewiele, albo zgoła nic nie wiemy, o wsi na Wołyniu zamieszkanej przez czeskich protestantów. Pastor i jego żona, wierząc, że czuwa nad nimi Boża opatrzność, systematycznie pomagali Polakom. I rzeczywiście, z wielu niebezpiecznych sytuacji wyszli cało. Te zwyczajne, proste gesty wymagały oczywiście niezwykłej odwagi. Pomagający mogli zapłacić za nie życiem. Czy myśleli o sobie jak o bohaterach, czy roztrząsali swoje męstwo i poświęcenie? Najczęściej nie. Po prostu robili to, bo byli ludźmi w tych nieludzkich czasach, bo zlitowali się nad sąsiadem. Czasem był to impuls, jednorazowy gest, czasem regularne działanie. Bywało, że ktoś, kto miał krew na rękach, jednocześnie ocalił czyjeś życie. Inny poszedł mordować Polaków i przerażony nie zrobił tego nigdy więcej, a miganie się też wcale nie było proste. Rozmówcy Szabłowskiego opowiadają o mężczyźnie, który pił, chociaż wcześniej od alkoholu stronił, dzięki czemu wieczorem nie był w stanie wziąć udziału w akcji. Znacznie rzadziej Polacy bronili się sami. Jedną z wiosek, gdzie udało się zorganizować sprawną samoobronę, był Przebraż. Jego mieszkańcy zdobywali broń, mieli nawet wywiad, uczynili ze swojej miejscowości prawdziwą fortecę. Dzięki temu skutecznie odpierali ukraińskie ataki. To też zapadająca w pamięć historia.

Wołyń przedwojenny i wojenny to konglomerat narodowości. Jedną z liczniejszych byli Żydzi. I oni byli sąsiadami, pewnie dlatego znajdziemy w reportażu świadectwa o ratowaniu ich. Najbardziej spektakularna jest opowieść o polskiej rodzinie, która budowała w lesie bunkry, gdzie ukrywała swoich żydowskich sąsiadów. W ten sposób ocaliła około trzydziestu osób.

Wbrew temu, czego można by się spodziewać po książce o rzezi wołyńskiej, Szabłowski unika okrucieństwa. Oczywiście podejmując ten temat, nie da się uciec od makabrycznych scen, ale autor nie epatuje nimi. Ja z jego opowieści zapamiętałam przede wszystkim to, co dobre. Autor prowadzi rodzaj dziennikarskiego śledztwa. Jeździ po ukraińskich wsiach, wędruje  jakimś tropem, szuka śladów. Nie jest to łatwe. Większość uczestników tamtych wydarzeń nie żyje, ich potomkowie nie zawsze pamiętają. Czasem są nawet zdziwieni. Często też napotyka mur milczenia. Ale kiedy rozmawia, z sympatią pochyla się nad swoimi bohaterami i rozmówcami. Pisze o ich dniu dzisiejszym, poświęca wiele miejsca detalom - opisowi wioski, domu, ogrodu, kota, zdjęciom z rodzinnego albumu, makatce na ścianie. Opowiada, co robią, co lubią, jak się ubierają. Dzięki temu jego opowieści są zwyczajne, miłe i swojskie. Rozmawia też z Polakami, najczęściej potomkami ocalonych, czasem z tymi, którzy ocaleli. Dlatego reportaż Szabłowskiego to opowieść snuta na trzech planach czasowych. Jest dzień dzisiejszy, jest wojna i rok 1943, i jest wreszcie sielski czas przedwojenny. W oczach wielu bohaterów reportażu Wołyń to raj na ziemi. Opowiadają o tym, jak ciężką pracą dochodzili do dobrobytu, jak wspaniale i spokojnie się im żyło, jak piękna to ziemia. Tak to zapamiętali. Oczywiście na tym nieskazitelnym, sielskim obrazku pojawiają się rysy. Mowa jest o wzajemnych niechęciach, pretensjach, o pogardzie dla Ukraińców, o poczuciu wyższości Polaków. Szczególnie ciekawym świadectwem jest opowieść czeskiego pastora, który spogląda na sytuację z boku.

Reportaż Szabłowskiego ma solidną podbudowę historyczną. Znajdziemy tu w szerszej wersji wszystko to, co Smarzowski naszkicował w swoim filmie. Dobre sąsiedztwo, ale i wzajemne niechęci, rodzący się ukraiński nacjonalizm, niepokojące sygnały, których z czasem coraz więcej, narastającą grozę, niepokój, aż wreszcie eksplozję nienawiści i rozpętanie pandemonium. Ale na pierwszy plan wysuwa się opowieść o dobrych, zwyczajnych ludziach w nieludzkich czasach. O ludziach, o których z niewiadomych przyczyn nie chcemy pamiętać. Na koniec dodam, że książkę Szabłowskiego czyta się jednym tchem.


Eshkol Nevo "Samotne miłości"

Pilnie przyglądam się literaturze izraelskiej, niestety tylko temu, co się u nas wydaje.

Dlatego nie tak dawno dzieliłam się tutaj swoimi mieszanymi uczuciami po przeczytaniu "Neulandu" Eshkola Nevo.  Jakiś czas temu ukazała się kolejna powieść pisarza, "Samotne miłości" (Muza 2016; przełożyła Magdalena Sommer), a ja nie byłam pewna, czy mam ochotę ją przeczytać. Decyzję podjęłam, kiedy dowiedziałam się, że autor przyjeżdża do Polski i weźmie udział w dyskusji o literaturze izraelskiej. Dlatego też szybko zabrałam się za lekturę.

Kiedy czytałam "Samotne miłości", pomyślałam sobie, że ta powieść jest lepsza od "Neulandu" - bardziej zwarta, krótsza, nie tak przegadana, no i mniej przewidywalna. Kocham grube książki, ale nie zawsze ilość przechodzi w jakość. Gładko, ze sporą przyjemnością pochłaniałam opowieść, której akcja rozgrywa się w Mieście Cadyków, a jej bohaterami są kochankowie. Zagubieni, bo zaprzepaścili swoją szansę na miłość, i  szczęśliwi, bo odnaleźli drugą połówkę. Chyba najbardziej wciągnęła mnie historia Katii i Antona, rosyjskich imigrantów, których uczucie dopadło na starość. Jest w tej opowieści coś ładnego, naturalnego i wzruszającego. Szczególnie, że Anton, który Żydem nie był, dla Katii przewraca swoje życie do góry nogami. Kiedy ona tęskni za wnukiem i córką, którzy wyemigrowali do Izraela, postanawia jechać tam razem z nią. Z ich historią konkuruje druga, szalona i nieszczęśliwa - jej bohaterami są Ajelet i Mosze. Ich namiętny romans nie wytrzymał próby, przed którą stanęli. Temat miłości, samotności, tęsknoty, cierpienia zgrabnie splata się z tematem lokalnej polityki - na swoją miarę brudnej, cynicznej, wyrachowanej. I tu wkracza dość nieoczekiwanie ton żartobliwy, groteskowy. Następuje zabawna komedia omyłek zmierzająca do naprawdę śmiesznego, chociaż przewidywalnego finału.

Bo z czasem książka, która najpierw zapowiadała się na smutną, melancholijną opowieść o niespełnionej miłości, o rozczarowaniu życiem, o przygniatającym smutku i tęsknocie, przeradza się w zgrabnie skonstruowaną, lekko opowiedzianą, przyjemną, ale przewidywalną groteskę. I kiedy przyszło mi napisać tę notkę, uświadomiłam sobie, że te pierwsze wrażenia gdzieś wyparowały, a ja nie bardzo już potrafię wykrzesać z siebie jakieś refleksje. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Ot, przyjemny przerywnik, miła książka, literatura popularna z górnej półki. Czasem jednak zastanawiam się, czy nie lepiej by było przeczytać na nowo Dostojewskiego, Tołstoja, Prusa lub innego giganta literatury, albo wziąć się wreszcie za Prousta, co od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. Ale jest jak jest - w poszukiwaniu wielkiej powieści trafiam na czytadła z górnej półki.

Popularne posty