Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty

Saša Stanišić "Skąd"

Chociaż literatura bałkańska pozostaje w zasięgu moich

zainteresowań, nie od razu sięgnęłam po książkę "Skąd" Sašy Stanišića, niemieckiego pisarza o bośniackich korzeniach (Książkowe Klimaty 2022; przełożyła Małgorzata Gralińska). Moją czujność wzbudziła, kiedy znalazła się wśród nominowanych do Angelusa, nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej, a kiedy ją zdobyła, postanowiłam wreszcie po nią sięgnąć. Napisałam, że autor jest niemieckim pisarzem o bośniackich korzeniach, bo taką informację można znaleźć na stronie Angelusa, ale tak naprawdę problem jego tożsamości jest mocno skomplikowany i między innymi o tym opowiada jego książka określana, na tej samej stronie, jako bardzo biograficzna powieść. Czy rzeczywiście jest to powieść można mieć wątpliwości nawet, jeśli przyjmiemy, że nie dostajemy historii życia autora opowiedzianej jeden do jednego. Jak jest w rzeczywistości, trudno powiedzieć. Nie udało mi się znaleźć żadnego wywiadu z Sašą Stanišićem. Mniejsza o to - powieść czy nie powieść, autobiograficzna w stu procentach czy tylko częściowo nie ma znaczenia. Tak czy inaczej po "Skąd" naprawdę warto sięgnąć.

Muszę jednak przyznać, że nie od razu było mi z tą książką po drodze. Może dlatego, że początkowo czytałam z doskoku, nie mogłam poświęcić jej więcej czasu, a może musiałam przyzwyczaić się do jej formy? Do sposobu opowiadania? Bo czasem dostajemy coś w rodzaju krótkich opowiastek o członkach rodziny, szkolnych kolegach, zdarzeniach z przeszłości dalszej lub bliższej, czasem konkretne informacje autobiograficzne, czasem jakieś rozważania dotyczące tożsamości autora? narratora?, a czasem dłuższe partie układające się w większą całość. Wątki rodzinne przeplatają się ze wspomnieniami o doświadczeniach nastolatka, który musi odnaleźć się w całkiem nowej rzeczywistości, który został brutalnie wyrwany ze swojego bośniackiego życia i razem z mamą, Boszniaczką, ale nieidentyfikującą się religijnie, przedzierał się przez liczne granice do Niemiec. Ojciec, Serb, został jeszcze ze swoją matką przez jakiś czas w Višegradzie, bośniackim mieście nad Driną, i dołączył do rodziny pół roku później. Mieszają się czasy i bohaterowie. Dopiero po jakimś czasie książka wciągnęła mnie tak bardzo, że trudno było mi się od niej oderwać. Dałam się jej porwać, unieść i mocno ją przeżyłam.

Autor meandruje pomiędzy różnymi tematami. Jednym z nich jest doświadczenie nastolatka wyrwanego ze swojego świata i przeniesionego w miejsce, gdzie wszystko musi zaczynać od nowa. Pisze o degradacji ekonomicznej, ciasnym mieszkaniu, życiu w gorszych dzielnicach zamieszkiwanych przez imigrantów z różnych krajów. O towarzyszącym temu wstydzie, który nie pozwalał mu zapraszać do domu szkolnych kolegów.  O tym, jak szybko zrozumiał, na ile ważna jest znajomość języka i wykształcenie, bo tylko to pozwalało mu dorównać do niemieckich kolegów. Opowiada o dyskryminacji, której doświadczali tacy jak on. Zbieraliśmy przypadki dyskryminacji niczym pieczątki w schroniskach. Ale nie narzeka. Oparciem dla niego byli nie tylko rodzice i inni krewni, ale także grupa kolegów poznanych w szkole, też imigrantów z różnych stron. To dzięki nim dobrze wspomina tamten czas. Dlatego nigdy nie doświadczył tak głębokiej samotności jak Maryam Madjidi, autorka "Lalki i Marksa", o której pisałam poprzednio. Znacznie gorszą sytuację mieli jego rodzice, ludzie wykształceni, którzy po trzydziestce musieli zaczynać życie od nowa, pracować ciężko fizycznie, byli wykorzystywani przez pracodawców, a jednocześnie  robili wszystko, aby on miał lepiej. Przyznaje, że w tamtym czasie nie zdawał sobie sprawy, czego naprawdę doświadczali i z ogromu ich wyrzeczenia, bo nigdy się nie skarżyli. On parł do przodu i dzięki nim mógł prowadzić życie beztroskiego nastolatka. Zastanawia się, co było kluczem do jego sukcesu, do tego, że jemu się udało, że nie został deportowany do Bośni, kiedy wojna się skończyła, a taki los spotkał wielu jego krewnych, że ostatecznie ma dobre, ułożone  życie. Dochodzi do wniosku, że oprócz szczęścia do ludzi, którzy w różny sposób mu pomogli, ważne było jego nastawienie - nigdy nie fetyszyzował swojego pochodzenia, narodowej tożsamości, zawsze próbował przynależeć do jakiejś grupy, szukał najmniejszego wspólnego mianownika. Tak o tym pisze, przyglądając się sobie z dystansu.

... jest chłopakiem z Bośni, który w winnicach u stóp Emmertsgrund uczy się niemieckiego od pewnej dziewczyny. Znacznie później uzmysłowi sobie, że przypadkiem stał się chłopcem z Heidelbergu. Zrządzenie losu nazwie szczęściem, a miasto - swoim Heidelbergiem.

Kolejny temat to powroty, już po wojnie,  do rodzinnego miasta, do babci, która tam została. Z jednej strony, oprócz niej, łączą go z tym miejscem wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa i rodzinne korzenie. Z drugiej nie jest to już jego miasto. Na wszystkim cień położyła wojna.

W Višegradzie nie ma już dla mnie prawie żadnych beztroskich miejsc. Prawie żadnych wyłącznie osobistych wspomnień. Niemal każde pojawia się z dopiskiem, z przypisem o sprawcach, o ofiarach i okrucieństwach, które się tam rozegrały. To, co kiedyś tam odczuwałem, wymieszało się z tym, co wiem o konkretnym miejscu.

W 1996 roku podczas mojej pierwszej wizyty w  Višegradzie po zakończeniu wojny, miasto było pełne ludzi i rozpaczy, brutalne i bezrobotne. Nie wróciłem, znalazłem się po raz pierwszy w nowym miejscu.

Podobnie na miasto, które stało się cieniem dawnego siebie, patrzy jego matka. Te odczucia potęgowane są przez towarzyszący jej lęk i napięcie, których źródłem jest jej pochodzenie. To przecież stąd uciekła z powodu grożącego jej śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Dostrzega apatię zniszczenia, na wpół załatwione sprawy, nepotyzm, upadek, wieczny mrok, wieczne wczoraj. I czuje nienawiść.

Jego powrotom towarzyszą wyrzuty sumienia. Bo wprawdzie nie miał lekko, ale nie przeżył wojny jak jego koledzy stamtąd, a dziś może śmiało powiedzieć, że u niego wszystko w porządku, kiedy oni narzekają, jak źle im się wiedzie.

Osobny ważny temat, który przeplata się przez całą książkę, to opowieść o babci, matce ojca, która powoli popada w demencję. Jak zapewnić jej opiekę, kiedy nikt  z rodziny nie mieszka na miejscu? Przejmująca jest ta historia bliskiej osoby, która coraz częściej  nie jest już sobą, traci pamięć, staje się coraz słabsza, nie radzi sobie z codziennością. 

Babcia składa się z pustych miejsc - niedokończonych zdań i zgubionych wspomnień ...

Na koniec chcę wspomnieć jeszcze o krótkim, ale niezwykle przejmującym fragmencie. Nie od razu zorientowałam się, że dotyczy autora i jego matki. To zapisana w kilkunastu zdaniach, w trzeciej osobie skondensowana historia ich tułaczki, kiedy po ucieczce z Bośni usiłowali się dostać do Niemiec. Obok toczy się normalne życie, a oni obciążeni bagażem, skrajnie wyczerpani, głodni, niewyspani wędrują, często na piechotę, próbując przekroczyć kolejną granicę. To wszystko zapisane tak bezosobowo, z dystansu, w wielkiej kondensacji zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie. Te wspomnienia prowokują migranci, których spotyka w swoim rodzinnym mieście i jego okolicach.

Myślę o uchodźcach w lasach, pod mostem w Višegradzie. Bałkańskie szlaki prowadzą ich przez miejsca, z których my uciekaliśmy. Otwieram okno. Jestem tu z własnej woli.

Lana Bastašić "Złap zająca"

Jak niedawno wspominałam, szukanie  interesującej, niebłahej prozy

współczesnej to zajęcie bardzo ryzykowne. Więcej rozczarowań i straty czasu niż spełnień i poczucia, że warto było. Tym razem jednak się udało. Mój czytelniczy radar nastawiony między innymi na literaturę bałkańską wyłapał debiutancką powieść Lany Bastašić "Złap zająca" (Wydawnictwo Literackie 2023; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić). Zachęcona pozytywną recenzją, chociaż to gwarancji nie daje, szybko się za nią zabrałam i połknęłam jednym tchem. Wreszcie współczesna powieść bardzo dobrze napisana i przede wszystkim o ważnych problemach! Zanim podzielę się refleksjami, jeszcze kilka informacji o autorce. Nie ma tego wiele. Na Bałkanach sprawy tożsamościowe bywają skomplikowane, podaję więc za wydawnictwem, że jest Bośniaczką urodzoną w Zagrzebiu. Gdzieś znalazłam jeszcze informację, że w serbskiej rodzinie. Mieszka, a może nadal mieszka, w Barcelonie.

Na początek jednak kamyczek do ogródka wydawnictwa i dobra rada dla przyszłych czytelniczek i czytelników tej powieści. Jeśli ktoś nie bardzo orientuje się w najnowszej historii Bałkanów, jeśli niewiele wie o Bośni i Hercegowinie, która powstała po upadku Jugosławii, przed lekturą koniecznie powinien zajrzeć do jakichś źródeł. W przeciwnym wypadku nie zrozumie istotnych dla tej książki kwestii narodowościowych. Stąd moje pretensje - aż się prosi o wstęp dotyczący tej problematyki i przypisy. Co to jest AVNOJ? Dlaczego jedna z bohaterek zmieniła imię i nazwisko - z Lejli Begić stała się Lelą Berić? Tego pierwszego musiałam szukać, drugiego się domyśliłam, bo szczęśliwie dzięki lekturom nieco się orientuję w zawiłościach bałkańskiej historii i konfliktach narodowościowych. Wiem, wiem, dziś wszystko można sprawdzić, dużo czasu to nie zajmuje, są jednak wydawnictwa, które w takich wypadkach opatrują książkę wstępem i przypisami. Ale czas wreszcie przejść do powieści.

"Złap zająca" to historia pewnej przyjaźni, powieść drogi, a to wszystko na tle skomplikowanej sytuacji w Bośni i Hercegowinie. Zagadnienia tożsamości, konfliktu narodowościowego zajmują w książce bardzo istotne miejsce. Spokojne życie  Sary, narratorki powieści, Serbki z Banja Luki mieszkającej od lat w Dublinie, nieoczekiwanie przerywa telefon od jej dawnej przyjaciółki Lejli. Nie rozmawiały ze sobą od kilkunastu lat, poróżniły się jeszcze w swoim mieście rodzinnym, kiedy obie były studentkami. Lejla domaga się od Sary, aby ta przyjechała do Mostaru, gdzie teraz mieszka, i zawiozła ją do Wiednia, bo straciła prawo jazdy, a nikt inny nie może tego zrobić. Przyznacie, że to prośba dziwna i właściwie bezczelna. Kupić z dnia na dzień bilet na samolot do Zagrzebia, tłuc się stamtąd kilkanaście godzin nocnym autobusem do Mostaru, a potem jechać do Wiednia? Tak nagle rzucić wszystko, wywalić pieniądze, aby podporządkować się żądaniu kogoś, z kim nie rozmawiało się kilkanaście lat i do kogo ma się zadawniony żal? Ale Lejla właśnie taka jest. Ona się nie tłumaczy, nie wyjaśnia, ona się domaga. Zdumiona Sara odmawia, ale kiedy dowiaduje się, że w Wiedniu jest Armin, starszy o kilka lat brat Lejli, który nagle zniknął w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie, decyduje się spełnić prośbę dawnej przyjaciółki. Tego dowiadujemy się w pierwszym rozdziale powieści. Dlaczego wieść o Amirze tak bardzo zelektryzowała Sarę? Stopniowo będziemy odkrywać prawdę.

Towarzysząc Sarze i Lejli w ich podróży, powoli poznajemy historię ich przyjaźni, dowiadujemy się, co je poróżniło, o co mają do siebie pretensje. To rodzaj relacji nierównej. W ich przyjaźni Lejla była tą silniejszą, wodziła Sarę za nos, imponowała jej, a ona się podporządkowywała. A przecież ich przyjaźń właściwie nie powinna się zdarzyć. Sara to Serbka, Lejla Bośniaczka. Przed wojną to by nie miało znaczenia, nieżyjący ojciec Lejli był popularnym śpiewakiem, ale jego śmierć i wojna zmieniły wszystko. Nagle ona, jej matka i brat zaczęli być traktowani jak trędowaci. Zmiana imion i nazwiska niewiele dała, przecież wszyscy wiedzieli, kim naprawdę są. Ta przyjaźń nie była w smak rodzicom Sary. Wybierając Lejlę, odsunęła się też od grupy rówieśników, w których łaski za wszelką cenę chciała się wkraść.

Kiedy w pewnym momencie musiałam wybierać, coś przeważyło na twoją korzyść. Może Armin, może coś innego. może się bałam, że zabierzesz ze sobą wiedzę, jak zabiłam wróbla. Póki jestem twoją przyjaciółką, nie wykorzystasz tego przeciwko mnie. Pewnie dlatego wybrałam ciebie, a może z powodu czegoś mniej oczywistego.

Tu koniecznie muszę wyjaśnić, że Banja Luka, gdzie mieszkały, to miasto w tej części Bośni i Hercegowiny, w której Serbowie przeważali, dziś to faktyczna stolica Republiki Serbskiej będącej częścią Bośni i Hercegowiny. Być może dlatego dorosła Lejla mieszka w Mostarze, chociaż jej matka została w ich rodzinnym mieście. 

Muszę przyznać, że Lejla to bohaterka wyjątkowo irytująca. Silna osobowość, antypatyczna, despotyczna, potrafi drwić z dawnej przyjaciółki, milczy, trudno do niej dotrzeć, niczego nie wyjaśnia, nie tłumaczy, zachowuje się dziwnie. Z drugiej strony kiedy ją lepiej poznajemy, rozumiemy, że nie ma jej czego zazdrościć. Że prawdopodobnie jest pełna kompleksów, czuje się niedoceniona i nie dość ważna dla swoich bliskich, a jej sposób bycia to maska chroniąca ją przed światem. Tak jak przed wrogością serbskich sąsiadów miała ją chronić zmiana imienia i jednej literki w nazwisku. W jej oczach Sara odniosła sukces. Bo wyjechała z Bośni, bo pisze, bo ma pracę, ma faceta. Nie wie, że to stabilne, uporządkowane, przeciętne życie  okupione było latami samotności, brakiem pieniędzy, łapania byle jakiego zajęcia. Teraz też Sara nie należy do krezusek. Różnica jest jednak taka, że dla niej smartfon to coś oczywistego, a Lejla nadal posługuje się starą komórką z klapką, nie dlatego, że taką ma fantazję, ale dlatego, że jej nie stać na to, co dla innych jest przedmiotem codziennego użytku.

Nie biorę udziału w licytacji. Nie mam się czym chwalić. Jestem zdrowa, przyjechałam z Irlandii, mam Michaela i jadę do Mostaru, bo mam pieniądze, by sprostać kaprysom Lejli. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że swoim zaproszeniem złamała mi kręgosłup. Jak miałabym się ścigać z ich zmarłymi, ruinami nędznymi emeryturami? 

Tak myśli Sara, przyglądając się współpasażerom nocnego autobusu z Zagrzebia do Mostaru i przysłuchując się ich rozmowom. Swoim nagłym pojawieniem się Lejla wytrąca ją z jej spokojnego życia, przypomina, że świat to chaos i nieład i nie da się przywrócić w nim porządku. Bo nawet jeżeli uciekniemy, tak jak uciekła Sara, to i tak Bośnia nas dogoni.  

... nadal wyczuwałam ją [Bośnię] między nami, jakbyśmy przebyły morze popiołów i spaloną ziemię. "Zawsze jesteśmy w Bośni". Teraz zaczęłyśmy ją wlec ze sobą do Europy. Nasz kraj z niespokojnymi granicami tak naprawdę jest bezgraniczny. Na próżno się wadziliśmy, przeganiali i zabijali: nigdy nawet się w nim nie odnaleźliśmy, to on wdarł się w nas niczym fantomowy świerzb. 

Sara zdaje się nienawidzić Bośni i wszystkiego, co ją z nią łączy. Tożsamościowe zawirowania odcisnęły na niej piętno. Wprawdzie jej rodzice byli Serbami, ale kiedyś nie miało to dla nich znaczenia. Potem swoją serbskość, jak inni, musieli udowadniać na siłę - obchodząc serbskie prawosławne święta, przygotowując tradycyjne potrawy, w końcu chrzcząc kilkunastoletnią Sarę w cerkwi. 

Mój tata. który, ot tak, nagle zdecydował, że będziemy obchodzić prawosławną slavę. Mama ukradkiem szukała jakichś artykułów prasowych o tym, jak to przygotować. W tamtym czasie jakiekolwiek odstępstwa od reguł były niewybaczalne; goście zasiedli przy naszym stole niczym ława przysięgłych, gotowi osądzić każdy, nawet najmniejszy błąd.

Czy  z powodu tej nienawiści do kraju nie przyjechała na pogrzeb ojca i nie utrzymuje właściwie kontaktu z matką? Jest w powieści scena wstrząsająca, której czytanie powodowało we mnie dyskomfort, a właściwie nawet obrzydzenie. Narratorka idzie na podwórko rodzinnego domu i ukryta w ciemności z odrazą obserwuje matkę. Chociaż kibicowałam Sarze, to muszę przyznać, że nie wszystko potrafiłam w niej zaakceptować. Ona też była pogubiona, rozdarta.

Może właśnie wtedy rozpadłam się na pół - na tę, która akceptuje twoją [Lejli] prawdę (...) i tę drugą, która po szkole idzie do domu i spełnia sen matki o dziewczynce w różowej sukience. A może to poszło jeszcze dalej - może już wtedy wymyśliłam siebie dla tego całego kolorowego świata (...) Dlatego łatwo było wyjechać, zmienić język, inaczej wymawiać swoje imię, udawać, że gdzieś daleko w czarnym sercu Europy nie istniejesz. 

Bardzo dobra powieść o powikłanych ludzkich relacjach, o stosunku do własnego kraju, przed którym chce się uciec, ale chyba nie można, o tożsamości, przed którą też nie ma ucieczki, wreszcie o bałkańskich konfliktach z wojną, której właściwie w powieści nie ma, w tle. No i świetnie się czyta, bo autorka żonglując czasem, umiejętnie podsyca naszą ciekawość, stopniowo zdradzając tajemnice bohaterek. A wisienką na torcie jest zaskakujące, zupełnie nieoczekiwane zakończenie.

Rafik Schami "Sofia albo początek wszystkich historii"

Po lekturze wyjątkowo dołującej powieści "Czas huraganów"

meksykańskiej pisarki Fernandy Melchior musiałam sięgnąć po coś lżejszego. W poszukiwaniu takiej książki zaczęłam przekopywać mój czytnik. Nie było łatwo. W końcu wybór padł na kupioną już sama nie wiem kiedy powieść syryjskiego pisarza mieszkającego w Niemczech Rafika Schami'ego - "Sofia albo początek wszystkich historii" (Noir sur Blanc 2019; przełożyła Elżbieta Zarych). W Polsce ukazało się kilka jego tytułów, ja mam jeszcze jeden - "Ciemną stronę miłości", którą kupiłam dobrych kilka lat temu. Nie słyszałam wcześniej, ani potem, o Rafiku Schamim, więc zakup podyktowany był ciekawością - bardzo lubię sięgać po literatury niszowe. Gwarancję jakości dawało wydawnictwo.  

To wielowątkowa epicka (epicka w pierwotnym znaczeniu tego słowa) opowieść, której akcja rozciągnięta jest na dziesięciolecia. Retrospekcje sięgają lat dwudziestych zeszłego wieku, koniec to styczeń 2011, kiedy w krajach arabskich zaczynają się protesty nazwane potem arabską wiosną. Czym to skończyło się w Syrii, wiadomo, więc wydźwięk tej historii musi pozostać gorzki. Tę gorycz najlepiej oddaje zdanie skierowane do Salmana, głównego bohatera tej historii, który w latach siedemdziesiątych musiał uciekać z kraju, bo był zaangażowany w partyzantkę antyrządową. Kiedy w końcu w grudniu 2010 roku przyjeżdża z wizytą do Damaszku, upewniwszy się najpierw, że już żadna z kilkunastu tajnych służb specjalnych nic do niego nie ma, od swojego kolegi, towarzysza tamtej walki, który niestety nie miał tyle szczęścia co on i spędził lata w syryjskim więzieniu poniżany i torturowany,  usłyszy słowa brzmiące mniej więcej tak  - ty wyjedziesz, my tu zostaniemy.  

Początek tej historii zaczyna się jednak dużo wcześniej, kiedy tytułowa Sofia była młodą dziewczyną i zakochała się z wzajemnością w Karimie. Ona chrześcijanka, on muzułmanin. Rodzice wybrali jej innego męża, bogatego złotnika. To ich synem będzie Salman. Karim i Sofia jeszcze jakiś czas utrzymywali swoją relację. Potem ona pomogła jemu, kiedy został fałszywie oskarżony i groziło mu więzienie, a on obiecał jej, że jeśli kiedyś będzie miała problemy, może zwrócić się do niego z prośbą o ratunek. Taka okazja nadarzy się właśnie pod koniec 2010 roku, kiedy to Salman po zapewnieniach, że będzie bezpieczny, przyjedzie odwiedzić krewnych, przyjaciół i ukochane miasto, Damaszek. Dlaczego Sofia będzie zmuszona prosić o pomoc swoją dawną miłość, tego nie mogę zdradzić. Powieść, która do tego momentu przypomina trochę rodzinną sagę, teraz nabiera charakteru sensacyjnego. Czy Karimowi uda się spełnić złożoną niegdyś obietnicę? Czy pozostanie bezpieczny, on i jego ukochana Aida? Jak to się wszystko skończy i rozwikła?

Jak już wspominałam, kupiłam tę powieść z ciekawości, sięgnęłam teraz, aby trochę odetchnąć od trudnych tematów. Kto czytał uważnie, pewnie się zorientował, że skoro tłem tej historii jest syryjska polityka, to nie może być przyjemnie. Tak jest w rzeczywistości. Nie uniknęłam opisów więzienia, a przede wszystkim tortur, chociaż nie było ich jakoś specjalnie dużo. Jest to taki typ powieści, który w sposób atrakcyjny, nieprzesadnie ciężki opowiada o sprawach trudnych. Można by ten typ literatury określić mianem deserowej  albo pluszowej. Oba określenia zaczerpnęłam od kogoś, nie ja na nie wpadłam, czego żałuję. Czyta się więc "Sofię" bardzo dobrze, może nawet za dobrze. 

Czy zaspokoiłam swoją ciekawość? Tak. Na pewno sporo dowiedziałam się o Syrii, szczególnie o okresie lat siedemdziesiątych, kiedy to lewicowa partyzantka walczyła z reżimem. Najciekawsze jednak było tło obyczajowe. Mieszanka kultur, religii, życie codzienne. A największą przyjemność sprawiły mi opisy Damaszku. Autor szczegółowo opowiada o swoim mieście, dokładnie wykorzystując jego topografię. Gdybym miała plan, mogłabym śledzić wędrówki bohaterów. Oczywiście da się to zrobić w internecie, ale nie chciałam, aby komputer czy smartfon odciągał mnie od lektury, a poza tym jestem przywiązana do map papierowych. Mogłam też sobie znakomicie wyobrazić wnętrza domów, wewnętrzne dziedzińce, wspaniałe ogrody, uliczki starego miasta, kawiarnie i wiele innych miejsc. Cóż, lubię taką rozlewną literaturę, lubię, kiedy autor dzięki opisom pozwala mi wyobrazić sobie świat, o którym opowiada. Nie zawsze zwięzłość jest cnotą, chociaż mam wrażenie, że dziś jest w cenie. Zwięzłość, nie cnota.

Jeśli ktoś  po przeczytaniu tego wszystkiego, co już napisałam, nabrałby przekonania, że jestem powieścią Rafika Schami'ego zachwycona, to się myli. Uczucia mam mieszane. Do plusów, które już wymieniłam, dorzuciłabym jeszcze barwne, pogłębione portrety bohaterów, opowieść o rozczarowaniu Salmana po przyjeździe do Damaszku, jakie niesie nieuchronne zderzenie wspomnień z rzeczywistością, która od nich odstaje. Salman w swoim rodzinnym mieście nie czuje się już do końca u siebie, nudzą go krewni i znajomi, z którymi bez przerwy musi się spotykać, niewiele ma już z nimi wspólnego, smucą zmiany, jakie zaszły. Interesujący jest też wątek późnej miłości dwojga bardzo dojrzałych ludzi, którzy mają za nic, co sąsiedzi o nich powiedzą. Ale właśnie między innymi z tym wątkiem łączy się to, co mnie w tej książce irytowało. To sposób opowiadania o uczuciach, nieco egzaltowany, naiwny, przypominający baśń. Być może autor czerpał z tradycji arabskiego snucia opowieści, której nie znam i nie czuję. Tak więc ciekawość i przyjemność mieszały się z irytacją, a z czasem nawet ze znużeniem. Dopiero kiedy powieść nieoczekiwanie przybrała formę sensacyjną, irytacja zniknęła, a ja zwyczajnie byłam ciekawa, jak poradzi sobie bohater, jak wyrwie się z matni i uniknie niebezpieczeństwa. 

Czytać?  Nie czytać? Jak kto chce. Ja na pewno kiedyś sięgnę po tę drugą powieść Rafika Schami'ego, skoro mam ją w czytniku.

Liliana Hermetz "Rozrzucone"

Do powieści Liliany Hermetz "Rozrzucone" (Wydawnictwo

Literackie 2021) przymierzałam się, od kiedy tylko znalazła się w moim ukochanym czytniku. Nie znam dwóch wcześniejszych książek autorki, chociaż o niej wcześniej słyszałam. Trudno było zresztą nie usłyszeć, skoro za wydaną w 2015 roku "Alicyjkę" otrzymała prestiżową Nagrodę Conrada przeznaczoną dla debiutantów. Na tamtą powieść wtedy jakoś nie miałam ochoty, a i dziś, kiedy przeczytałam opis, niekoniecznie, bo coś czuję, że to nie jest rzecz dla mnie, ale zobaczymy, może z ciekawości jednak się skuszę. Tymczasem Liliana Hermetz zmieniła wydawnictwo z małego (Nisza) na duże i napisała grubą powieść (czterysta stron) bardziej dla czytelnika niż dla krytyków. Może nie powinnam wyciągać aż tak daleko idących wniosków, może jestem w błędzie, bo przecież nie znam jej dwóch poprzednich książek, ale z opisu wydają mi się właśnie takie - zachwycą się nimi krytycy, niekoniecznie publiczność. Tymczasem "Rozrzucone" nie wzbudziły takiego zachwytu recenzentów, chociaż natknęłam się też opinie pozytywne, nie znalazły się w licznych topkach sporządzanych na koniec roku. Zauważyłam je tylko w jednym zestawieniu, a zajrzałam do wielu. Tymczasem mnie ta powieść przyciągnęła, wysłuchałam jakiegoś wywiadu z autorką, uznałam, że to coś dla mnie, trochę się wahałam ze względu na ten brak entuzjazmu, w końcu jednak kupiłam, a potem stale już, już miałam się za nią zabrać, po czym sięgałam po coś innego. No ale ostatnio w tych cholernych okolicznościach  ciągnie mnie bardziej do powieści niż literatury faktu, więc wreszcie "Rozrzucone" doczekały się swojego czasu. 

Przeczytałam tę książkę z wielką przyjemnością, chociaż oczywiście nie opowiada o łatwych sprawach. Mało tego, uważam, że właśnie takie książki powinno się promować, bo w przystępny, interesujący sposób, ale jednocześnie niepozbawiony literackich walorów, opowiadają o ważnych sprawach. Dla mnie te historie nie były niczym nowym, ale jestem przekonana, że dla wielu czytelników mogą być odkryciem. Jest to historia kilku kobiet z rodzin, które wywodzą się z polsko-ukraińskiego pogranicza, rozpisana na dziesięciolecia. Akcja, prowadzona niechronologicznie, sięga czasów sprzed drugiej wojny, incydentalnie zahacza nawet o drugą połowę wieku XIX, mocnym jej punktem jest wojna, a potem czasy PRL-u i transformacji, aż po współczesność. Bohaterek jest wiele, kilka tych najważniejszych pochodzi z jednej rodziny, inne  do tej rodziny dołączyły dzięki małżeństwu, jeszcze inne krążą wokół jej orbity za sprawą życiowych komplikacji. Jednym autorka poświęca więcej miejsca, innym mniej, a niektóre pojawiają się epizodycznie. (Trochę żałuję, że tylko trzy to te najważniejsze, najlepiej sportretowane, te, z którymi obcujemy najwięcej. Chętnie przeczytałabym więcej i o Zosi, i o Anastazji, a szczególnie o Marcie.) Podobnie autorka obchodzi się z czasem, który raz zwalnia, raz przyspiesza. Z tego wszystkiego wyłania się taki życiowy fresk, powieść o ważnych sprawach z przeszłości, często rzutujących na współczesność, i o tym, jak radzić sobie z rzeczywistością, aby ocalić siebie, aby jednak mimo różnych okoliczności, raz koszmarnych, tragicznych, raz bardziej sprzyjających, umieć pogodzić się z losem i na koniec powiedzieć, że mimo wszystko bilans wychodzi dodatni. I w tym sensie jest to powieść optymistyczna, krzepiąca. Ale to pokrzepienie niełatwe, za to po prostu mądre. Moim zdaniem nie ma innego. O ile oczywiście z racji miejsca urodzenia albo innych okoliczności nie jesteś takim pechowcem, który zawsze ma pod górkę i pod wiatr. Wtedy nawet o takie pokrzepienie trudno.

Jeśli wybierasz życie, bierzesz na siebie ryzyko, że nie wszystko ci się uda. Może uda ci się praca, ale mniej rodzina,, może będziesz wiedzieć, co to ta prawdziwa miłość, a może się nie dowiesz. Możesz mieć dobre zdrowie, ale zaginie ci dziecko. Nigdy nie da się powiedzieć naprzód, jak to będzie. jakie to życie będzie. Boisz się tylko, żeby się taka wojna nie powtórzyła.  

Jak ty masz dziecko, to jest zawsze wielkie ryzyko. Nie wiesz, jakie ono będzie. nie możesz wiedzieć, czy do końca będziesz go mieć. Ono będzie żyć dla siebie tak czy tak.  

Te przenikliwe słowa, które teraz nabrały dodatkowych znaczeń, wypowiada pod koniec życia jedna z głównych bohaterek tepowieści, Irene, nazywana czasem Madame, a naprawdę Marysia. Urodzona przed wojną w małej wiosce w ukraińskiej rodzinie. Jako piętnastolatka wywieziona na roboty do Niemiec. Potem trafiła do Francji, bo nie bardzo miała do kogo wracać, więc skorzystała z tego, że zakochał się w niej młody Francuz, Alzatczyk i z nim związała swe losy. Z perspektywy polskiej rodziny osiągnęła sukces. W czasach PRL-u przysyłała paczki, ściągała licznych członków swojej rodziny do siebie do Strasburga i dawała im szansę na pracę w rodzinnej restauracji. Jej wizyty w Polsce zawsze budziły ekscytację. Była kimś, Madame z Francji, której się powiodło. Ale ten sukces był przecież względny. Okupiony ciężką harówką w rodzinnej restauracji i od początku nie wszystko układało się jak po maśle. W tym samym monologu Irene zastanawia się, jakby potoczyło się jej życie, gdyby została w Przemyślu z ojczymem i młodszym rodzeństwem. Lepiej? Gorzej? Może to właśnie wywózka, mimo okropnych przeżyć, dała jej szansę, uratowała?

Są jeszcze dwie bohaterki, które autorka wyróżnia. To Ksenia, ulubiona ciotka Irene-Marysi, też Ukrainka pochodząca z tej samej wioski. Dziwaczka, nielubiana przez otoczenie, ciężko pracująca w małym gospodarstwie, brudna, okutana w kilka warstw ubrań z obawy przed przeziębieniem, nieufna, strzegąca swoich skrzyń, jakby ukrywała w nich coś niebywale cennego. I jej będzie dany wyjazd do Irene, ale wróci do Polski jak większość z tych, których Madame ściąga do siebie, aby poprawić ich los. Trzecia główna bohaterka to przedstawicielka młodszego pokolenia, Lala, Eulalia, córka kuzyna Irene. Pochodzi z mieszanej rodziny - ze strony ojca ukraińskiej, ze strony matki polskiej. Skończy studia i wyfrunie z rodzinnych stron, ale zawsze będzie tu wracać, bo korzenie, historia rodziny są dla niej ważne. Najbardziej świadoma z nich wszystkich, a dzięki wykształceniu obeznana z procesami historycznymi i społecznymi. Być może z całej polskiej rodziny najbliższa francuskiej ciotce. Również ona potrafiła dogadać się z Ksenią i mimo jej dziwactw bardzo ją lubiła. Liliana Hermetz świetnie pokazuje wspólnotę losu kobiet. Niezależnie od statusu materialnego czy od pokolenia wszystkie harują, są wiecznie w biegu, pochłonięte tą uciążliwą codziennością, sprawami, które trzeba załatwić, pracami, które trzeba wykonać. Poznajemy ich codzienny trud w trzech rozrzuconych w powieści rozdziałach zatytułowanych Dzień z życia ...., kapitalnie napisanych.

"Rozrzucone" to opowieść o kobietach, ale także o wielu innych sprawach. Bardzo istotny jest problem tożsamości. Kim są bohaterki? Ukrainkami? Polkami? A Irene? Francuzką? Co to znaczy być Ukrainką, jeśli żyje się w Polsce? Takie pytania stawia autorka. Ale kto uważnie śledził tę notkę, domyśli się, że porusza także problemy emigracji, polskich kompleksów wobec zachodniego świata, a jednocześnie naszego poczucia wyższości. Jest też opowieść o przymusowych przesiedleniach Ukraińców po drugiej wojnie do Związku Radzieckiego. Jeśli ktoś chciałby temat zgłębić, polecam znakomitą książkę Moniki Sznajderman "Pusty las". Pojawia się też wątek pracy przymusowej w czasie drugiej wojny i eksperymentów medycznych dokonywanych na więźniach obozów pracy. No i wreszcie obraz powojennej Europy i dipisów, ludzi wyzwolonych z obozów, którzy nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. Czasem te wiadomości historyczne pojawiają się może trochę, podkreślam trochę, w sztuczny sposób, jakby autorka koniecznie chciała przekazać czytelnikowi jak najwięcej. Jest jednak możliwe, że wielu czytelników nie zwróci na to uwagi, za to odkryje dla siebie problemy z przeszłości, o których dotąd niewiele wiedziało albo z goła nic. To wielka zaleta tej powieści. Z tego względu warto polecić ją także młodym czytelnikom.

Oprócz znakomicie nakreślonych portretów głównych bohaterek i interesująco naszkicowanych tych drugoplanowych i epizodycznych ta powieść ma jeszcze jedną ogromną wartość. To znakomity język. Autorka obdarzona jest niewątpliwie słuchem językowym. Bohaterowie mówią w różny sposób w zależności od środowiska, w jakim się wychowali, wykształcenia, a przede wszystkim narodowości. Inaczej mówi Ksenia, inaczej Irene, a jeszcze inaczej Lala. Poza tym autorce nie są obce językowe zabawy i eksperymenty. Czasem wypuszcza się w rejony, które mnie przypominają styl znakomitej powieści Zyty Rudzkiej "Krótka wymiana ognia".

Cieszę się, że w końcu sięgnęłam po "Rozrzucone" i naprawdę polecam. To powieść dla każdego - tego, kto ceni  po prostu żywioł opowieści, tego, kto lubi przywiązać się do bohaterów, tego, kto chciałby się czegoś dowiedzieć i nad czymś zastanowić, a wreszcie dla tego, kto ceni językowy kunszt. 

Wioletta Grzegorzewska "Wilcza rzeka"

"Wilcza rzeka" (W.A.B. 2021) to kolejna książka Wioletty

Grzegorzewskiej, po jaką sięgnęłam. Zaczęłam od "Stancji", które mnie zachwyciły, skończyłam na "Gugułach", o których za tydzień. Te trzy powieści łączą się ze sobą - są historią Wioli, dziewczyny pochodzącej z wioski na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Pierwsze były, chyba najgłośniejsze, "Guguły", najgłośniejsze, bo nominowane do wielu nagród - Nike, Gdyni, ale także do kilku międzynarodowych, w tym Bookera. To opowieść o dzieciństwie bohaterki. Potem powstały "Stancje", czas studiów, a wreszcie "Wilcza rzeka" losy Wioli dorosłej, rzecz bardzo aktualna, dotykająca, dosłownie, pandemicznych czasów. Nie jest tajemnicą, że bohaterka tych powieści to alter ego autorki, a może nawet więcej. Grzegorzewska przetwarza literacko swoje życiowe losy i doświadczenia.

Połknęłam "Wilczą rzekę" błyskawicznie, nieświadoma, bo mam ją w czytniku, że to czterysta stron. To chyba komplement? Oczywiście tak, bo książkę czyta się świetnie, ale to nie będzie pean. Chociaż nie żałuję lektury i uważam, że po najnowszą powieść Grzegorzewskiej warto sięgnąć, to jednak mam kilka zastrzeżeń. Zacznę jednak od tego, dlaczego mimo wszystko polecam.

To historia Wioli, emigrantki, która po separacji z mężem postanawia razem z córką opuścić brytyjską wyspę Wight i przenieść się na stały ląd do Hastings, korzystając z pomocy swojego eks. Wybiera najgorszy możliwy moment, akurat zaczyna się lockdown. Bohaterka przeżywa gehennę, zostaje oszukana, nie czeka na nią mieszkanie, za które dała już zadatek. Tuła się razem z córką i kotką po rozmaitych miejscach. Najpierw lądują w pokoju w domu zamieszkiwanym przez imigrantów z różnych krajów, głównie dawnych demoludów. Kiedy życie w tej norze staje się nie do zniesienia, znowu korzysta z oferty swojego byłego i koczuje w salonie mieszkania, w którym i on jest gościem. Przez chwilę wydaje się, że wszystko się ułoży, wreszcie razem z córką mogą zamieszkać w przyzwoitych warunkach, a nawet zabrać wreszcie do siebie ukochanego psa. Ale radość trwa krótko, pojawiają się kolejne problemy, a w końcu obie trafiają do schroniska dla ofiar przemocy domowej. 

Najbardziej interesujące i przejmujące w tej opowieści są trzy zagadnienia. Pierwsze to obraz emigracji pokazany z zupełnie innej strony. Wiola, trochę z własnego wyboru, bo to jej daje wolność, trochę chyba z konieczności, wybiera drogę osoby, która ima się rozmaitych, najczęściej marnie płatnych prac. Z jednej strony dzięki temu może pisać, a pracuje wtedy, kiedy musi, z drugiej ledwo wiąże koniec z końcem. To cały czas życie na krawędzi, co najbardziej odbija się na dzieciach, a właściwie na młodszej córce. Pytanie, czy gdyby bohaterka chciała żyć inaczej, czytaj chodzić do regularnej pracy, spędzać tam osiem albo więcej godzin, osiągnęłaby życiową stabilizację? Kiedy Wiola trafia w Hastings do domu zamieszkiwanego przez imigrantów z różnych europejskich krajów, przed oczami czytelnika przewija się cała galeria życiowych przegrywów, którzy żyją nie wiadomo z czego, mieszkają w zawilgoconych pokojach, dzieląc wspólną obrzydliwą kuchnię i równie obrzydliwą łazienkę z pozostałymi współlokatorami, a nieuczciwy landlorda wykorzystuje ich podbramkową sytuację. Cwaniaków, nieudaczników, niebieskich ptaków, tym razem Polaków, spotka też Wiola w kolejnym mieszkaniu. 

Drugi interesujący wątek w powieści to portret kobiety żyjącej z mężem alkoholikiem w przemocowym związku, współuzależnionej. portret kobiety, która wiele przeszła, także liczne załamania nerwowe i próby samobójcze. Która wreszcie próbuje wydobyć się z tej relacji uskrzydlona nowym związkiem. Niestety związkiem na odległość i z mężczyzną żonatym, którego nieudane małżeństwo  też właściwie nie istnieje. Rozsądna, patrząca obiektywnym okiem czytelniczka, zadaje sobie pytanie - czy to się uda? czy facet nie ściemnia? Ta sama czytelniczka patrzy z przerażeniem, jak Wiola na własne życzenie pakuje się w kłopoty. No bo dlaczego korzysta z pomocy człowieka, z którym jest w separacji i od którego zaznała tyle złego? No ale właśnie na tym polega współuzależnienie. Postawiona pod ścianą liczy na to, że tym razem się uda. Że były, ale formalnie wciąż przecież mąż i przecież ojciec jej dzieci, pomoże i zrozumie, że to już koniec, że naprawdę się zakochała, że naprawdę chce być z kimś innym. Łatwo udzielać rad, łatwo kiwać głową z politowaniem, jeśli się nigdy nie było w podobnej sytuacji. Kiedy Wiola razem z córką trafi do schroniska dla ofiar przemocy, znowu przed naszymi oczami przewiną się portrety kobiet takich jak ona. Warto zauważyć, że ich obraz jest o wiele bardziej pogłębiony niż obraz imigrantów, z którymi dzieliła pierwsze mieszkanie.

Wreszcie trzeci powód, dla którego po powieść warto sięgnąć, to na bieżąco zarejestrowany obraz lockdownu i pandemii. Pustka, zamknięcie, strach przed chorobą. To wszystko jeszcze bardziej pogłębia samotność Wioli i osób takich jak ona. Sprawia, że życie stało się trudniejsze, a rozwiązywanie problemów niezwykle skomplikowane. To pandemiczne tło podbija ponurą atmosferę powieści. Wszystko staje się jeszcze bardziej depresyjne. Nie jest to wesoła książka.

Właściwie jest tu jeszcze jedna ważna bohaterka - to córka Wioli, Julka. Nastolatka, ofiara złych wyborów swoich rodziców. Przerzucana z miejsca na miejsce,  stale w innej szkole, stale musi zaczynać na nowo. W takiej sytuacji nie sposób wytworzyć koleżeńskie więzi. Stare znajomości przepadają, nowe trudno nawiązać. Wydaje się, że dzielnie znosi problemy, nie skarży się. Wiola boi się o nią, chroni, jak może, ale niewiele jest w stanie jej zaoferować.

A teraz, jak zapowiadałam, trochę o tym, co mi przeszkadzało. To dwie sprawy. 

Pierwsza. Zanim sięgnęłam po "Wilczą rzekę", wysłuchałam co najmniej dwóch długich wywiadów z autorką i wiem, bo przecież Grzegorzewska tego nie ukrywa, że to ona jest Wiolą z powieści. Oczywiście nieco literacko przetworzoną, ale jednak. Nic nie poradzę na to, że czułam się, jakbym ją podglądała, właziła z butami do jej życia. Nie potrafiłam nie zadawać sobie pytania, czy nowa miłość bohaterki, starszy od niej polski pisarz, to postać autentyczna. Być może ten wątek został wymyślony, a może kochanek bohaterki jest kimś innym, nie pisarzem. Grzegorzewska przypomina mi amerykańską pisarkę, której twórczość mogliśmy odkryć kilka lat temu, Lucię Berlin (znakomite dwa zbiory opowiadań - "Instrukcja dla pań sprzątających" i "Wieczór w raju"). Ona też przetwarzała literacko swoje doświadczenia, pisała o sobie, a przy tym również miała życie rozwichrzone, nieuporządkowane, też źle lokowała uczucia, też imała się różnych zajęć, też była typem nomady. No ale Lucia Berlin nie żyje od wielu lat, nie wysłuchałam z nią długich wywiadów, w których opowiadałaby o swoim życiu, więc nie mam z tym problemu. Poza tym jednak jakoś myli tropy - tworzy wiele bohaterek o różnych imionach, coś jednak maskuje. Przychodzi mi też do głowy inna świetna książka, którą niedawno przeczytałam - "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu" Aleksandry Zbroi. To jej osobista historia, historia dziecka rodziców alkoholików. Ale chociaż mamy do czynienia z literaturą faktu, autorce udało się napisać ją niemal jak powieść, a dzięki takiemu zabiegowi przeniosła swoją historię w rejony uniwersalne. Z sukcesem - kiedy czytałam, zapominałam, że opowiada o swoich doświadczeniach.  

No i sprawa druga. O ile pierwszy zarzut, a właściwie dyskomfort, być może jest tylko moim problemem, o tyle ten to już rzecz obiektywna. Wydaje mi się, że książce zaszkodził pośpiech. Być może wydawnictwu zależało na tym, aby wydać szybko coś pandemicznego, być może autorce zależało na czasie ze względów na przykład finansowych. Niestety odbiło się to na braku redakcji. Nie jest to książka pod tym względem fatalna, zdarzało mi się czytać tytuły zredagowane o wiele mniej starannie. Niemniej jednak co jakiś czas rażą a to powtórzenia, a to inne niezręczności stylistyczne, a to dwa się przy czasowniku, bo kiedy ze względów stylistycznych przeniesiono to nieszczęsne się w inne miejsce, zapomniano wykreślić to pierwsze. Jest i drugi feler związany z pośpiechem. Autorka przyznaje, że w czasie swojej pandemicznej tułaczki prowadziła na bieżąco notatki, które wykorzystała w książce. Moim zdaniem powieść zyskałaby, gdyby Grzegorzewska dłużej pracowała nad "Wilczą rzeką", bardziej cyzelując styl. Nie będę ukrywać, że spodziewałam się czegoś podobnego do "Stancji" czy, w mniejszym stopniu, do "Guguł", czegoś z jednej strony mocno zakorzenionego w rzeczywistości, a z drugiej trochę odrealnionego, onirycznego. Kiedy czytałam "Stancje", czasem nie byłam pewna, co przydarzyło się tamtej Wioli, a co było wytworem jej wyobraźni, majaków. Dawałam się zwodzić, aby po jakimś czasie przekonać się, że to wszystko rzeczywiście miało miejsce. W "Wilczej rzece" jest dosłowność relacji, niekiedy miałam wrażenie, jakby narratorka/autorka streszczała swoje życie. Prosty na ogół jest też język, nie tak usiany porównaniami czy metaforami jak w "Stancjach" czy "Gugułach". 

Bartosz Sadulski "Rzeszot"

Być może nie sięgnęłabym wcale po książkę Bartosza Sadulskiego

"Rzeszot" (Książkowe Klimaty 2021), gdyby nie polecenie, a właściwie Tłusty Patronat Tłustego Druku. Przeczytałam news na Facebooku, niezbyt uważnie przyznaję, bo byłam przekonana, że to krótka recenzja, dopiero później zorientowałam się, że to notka wydawcy plus entuzjastyczny blurb Małgorzaty Rejmer. Skoro tak mnie zbałamuciły te informacje, to pewnie jednak i tak prędzej czy później dałabym się namówić - brzmiały przecież tak interesująco. Żeby nie być gołosłowną, pozwolę sobie przytoczyć notkę wydawcy.

Zuchwała biografia pioniera przemysłu naftowego, historia polskiego barona Münchhausena – Pana Podedwornego. Człowieka, który wszędzie był, wszystko widział, wszystkich poznał, wywoływał rewolucje i powstania, przyjaźnił się ze Słowackim, z Dickensem i z Łukasiewiczem, wykopał także pierwszy w dziejach szyb naftowy. A co najważniejsze: chciał wpłynąć na losy Europy i świata.

“Rzeszot” to XIX wiek w pigułce, opowieść o polskiej emigracji w czasie między dwoma powstaniami, przypomnienie dziejów Galicji, literacka bajka i reportaż „antyhistoryczny” o narodzinach i upadkach naftowych fortun, o awansie klasowym w państwie Habsburgów. W końcu – “Rzeszot” to drwina z rodzimego romantyzmu i bohaterskich biografii.

Prawda, że brzmi ciekawie? W każdym razie na mnie podziałało. Skończyłam szybko, bo rzecz to nieduża, no i czyta się bardzo gładko. Trudno pisać o tej książce, bo nie chciałabym zdradzić pomysłu, na którym się opiera. Autor co prawda rzecz wyjaśnia, ale dopiero w krótkim posłowiu. Oczywiście po pewnym czasie czytelnik domyśla się, na czym suspens polega, ale warto przystąpić do czytania, nie wiedząc więcej, niż pisze wydawca.

A teraz czas wyjawić prawdę - czuję się nieco rozczarowana. Nie mogę powiedzieć, że książka mi się nie podobała, ale zachwytu nie podzielam. Nie wiem, czy to magia Tłustego Patronatu, czy tej przytoczonej przeze mnie notki od wydawcy, po prostu spodziewałam się czegoś więcej.  Może rzeczywiście sążnistej biografii intrygującej postaci i portretu polskiej emigracji? Może, czytając niezbyt uważnie, nie zwróciłam uwagi,  że “Rzeszot” to XIX wiek w pigułce? I tak jest rzeczywiście. 

Tymczasem książka Bartosza Sadulskiego okazała się rodzajem literackiej zabawy. Autor miesza gatunki i porządki, stosuje różne rodzaje narracji. Mamy klasyczną biografię, mamy rozdziały z narratorem pierwszoosobowym, w innych autor cytuje korespondencję między bohaterami, pojawia się nawet krótka jednoaktówka romantyczna pisana wierszem do momentu, kiedy Pan Podedworny, który występuje tu w roli tłumacza, będzie nadążał z rymowaniem. Potem rozmawiający panowie i Chór pracowników kopalni w Bóbrce posiadających ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne, zadowolonych bardzo, nieumorusanych będą musieli wyrażać swoje kwestie posługując się banalną prozą. W tekście pojawiają się wielkie nazwiska literatury, nie tylko polskiej, bo Pan Podedworny wszędzie był, wszystko widział, wszystkich poznał. No i gra z romantycznymi mitami. Przyznam, że takie połączenie realizmu, groteski, absurdu to nie do końca moje klimaty. 

Za to bardzo zainteresowały mnie te fragmenty książki, w których autor, opierając się na bogatej bibliografii, pisze o boomie naftowym w Galicji w drugiej połowie XIX wieku. Okazuje się, że niewiele na ten temat wiedziałam. Właściwie, wstyd przyznać, byłam przekonana, że rozwój przemysłu naftowego na tych terenach nastąpił trochę później. Tymczasem poszukiwanie ropy, na której wyrastały prawdziwe fortuny, przypominało amerykańską gorączkę złota. Parafrazując, można mówić o naftowej gorączce. Kiedy jedni się bogacili, bo zainwestowali w odpowiednią ziemię, inni kończyli z niczym, tracąc pieniądze na wiercenia, które nie przynosiły oczekiwanego rezultatu.

Uwiódł mnie też język - ironiczny, dowcipny, niestroniący od słownych gier i zabaw.

Lektury nie żałuję, ale szczerze wyznaję, że książka nie wzbudziła we mnie takiego zachwytu i ekscytacji, na jaką miałam nadzieję. Recenzenci są jednak najwyraźniej innego zdania - dzisiaj zobaczyłam bardzo wysoką notę w opiniotwórczym tygodniku.

"Jak najdalej stąd"

O ile na dokument o Tonym Haliku, o którym pisałam ostatnio, czekałam od dawna, to zanim zdecydowałam się na najnowszy film Piotra Domalewskiego "Jak najdalej stąd", biłam się z myślami, co wybrać - w grę wchodziły jeszcze gruziński "A potem tańczyliśmy" (może jeszcze obejrzę) i "Interior" Marka Lechkiego (niestety już nie grają). A jest jeszcze "Nadzieja", która też ma dobrą prasę.
 
 
Chyba z powodu lockdownu nie miałam pojęcia, że Piotr Domalewski, autor rewelacyjnej "Cichej nocy", zrobił kolejny film. Przy okazji dowiedziałam się, że to on wyreżyserował przejmujący trzydziestominutowy obraz "60 kilo niczego", który kiedyś udało mi się obejrzeć. Teraz dość często pokazywany jest na jednym z filmowych kanałów. Polecam. W krótkiej, skondensowanej formie Domalewski poruszył problem traktowania w Polsce ukraińskich pracowników. Główny bohater, grany przez Grzegorza Damięckiego, pierwszego dnia swojej pracy na stanowisku kierownika w kopalni kruszców stanie przed nie lada dylematem moralnym i znajdzie się w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia. Naprawdę świetny film. Piszę o nim tyle nie tylko dlatego, aby zachęcić do obejrzenia. Otóż wszystkie trzy filmy Piotra Domalewskiego stanowią trylogię, w której porusza temat emigracji. "Jak najdalej stąd" jest jej zamknięciem. 
 
 
 
Tak jak w "Cichej nocy" znajdziemy też i tu podobne problemy związane z rodzinnymi relacjami. Jak nieobecność ojca wpływa na rodzinę? Na jego relacje z dziećmi? Dlaczego decyduje się na zostawienie rodziny i wyjazd? Tym razem główną bohaterką jest siedemnastoletnia Ola, w tej roli znakomita debiutantka Zofia Stafiej, samodzielna, twarda, bezczelna, szorstka w obyciu, ale wrażliwa. Mieszka z matką i niepełnosprawnym bratem wymagającym opieki, ojciec od lat pracuje w Irlandii. Marzy o samochodzie, który obiecał jej kupić, kiedy tylko zrobi prawo jazdy. Niestety jej plany wezmą w łeb, gdy przyjdzie wiadomość o tragicznej śmierci ojca. Musi polecieć do Irlandii, aby dopełnić wszystkich formalności i sprowadzić jego ciało, a z powodów finansowych nie będzie to łatwe. Ola, niczym współczesna Antygona, robi wszystko, aby pogrzeb ojca mógł odbyć się w Polsce. Zostanie postawiona przed  trudnymi wyborami - trzeba będzie coś poświęcić, łamać prawo, walczyć. Z zapartym tchem obserwujemy jej gorączkową gonitwę i szamotaninę. Zdecydowanie za dużo spada na barki siedemnastolatki. Matka z jednej strony strofuje ją jak dziecko, z drugiej składa na nią ciężar ponad siły. Ale Ola nie tylko próbuje wykonać powierzone jej zadanie, chce się dowiedzieć czegoś o ojcu, którego prawie nie znała. Jaki był? Kim był? 

Film świetnie się ogląda i naprawdę warto go zobaczyć. Jest dynamiczny, ma szybkie tempo, nie lukruje rzeczywistości i znajdziemy tu kilka znakomitych ról - na ekranie w mniejszych lub większych rolach pojawiają się Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik i Tomasz Ziętek. Mimo tych komplementów muszę szczerze napisać, że po seansie czułam niedosyt. Może dlatego, że Piotr Domalewski "Cichą nocą" wysoko ustawił sobie poprzeczkę. "Jak najdalej stąd" nie jest filmem tak subtelnym w pokazywaniu relacji rodzinnych. Poza tym miałam wrażenie, że to wszystko już gdzieś widziałam i wtedy zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie. O relacjach rodzinnych już wspominałam - znacznie głębiej i finezyjniej pokazał je Domalewski w swoim poprzednim filmie. Oglądając "Jak najdalej stąd", miałam jeszcze dwa skojarzenia. Pierwsze ze znakomitym dokumentem Anny Zameckiej "Komunia" poruszającym podobny problem - dziecka, które musi brać na siebie obowiązki dorosłych, bo im brakuje dojrzałości. Matka Oli wprawdzie nie jest beztroska i niedojrzała, opieka nad niepełnosprawnym synem to zadanie ponad siły, a każe córce jechać do Irlandii dlatego, bo sama nie zna języka i wie, że nie poradzi sobie w trudnej sytuacji, ale sprawia wrażenie, jakby nie do końca rozumiała, jakie zadanie zrzuciła na barki nastolatki. Drugie skojarzenie to "Ja, Daniel Blake" Kena Loacha, film pozornie odległy od obrazu Piotra Domalewskiego. A przywołuję go tutaj dlatego, bo w przejmujący sposób pokazuje bezradność człowieka, robotnika nie z własnej winy pozbawionego środków do życia, w zetknięciu z bezduszną machiną różnych instytucji teoretycznie powołanych do tego, aby pomagać takim ludziom jak Daniel Blake. Ola jest trochę w podobnej sytuacji. To właśnie te filmy przypomniały mi się w trakcie seansu i to one zrobiły na mnie znacznie większe wrażenie. Ale "Jak najdalej stąd" zdecydowanie warto zobaczyć. Choćby dla magnetycznej Zofii Stafiej.

Roman Koropeckyj "Mickiewicz. Życie romantyka"

Do książki amerykańskiego slawisty, a właściwie nawet polonisty, Romana Korepeckiego "Mickiewicz. Życie romantyka" (W.A.B. 2013; przełożyła Małgorzata Glasenapp) przymierzałam się już jakiś czas temu, ale dopiero niedawno przypomniałam sobie o niej ponownie dzięki poleceniu z cyklu pięć książek na weekend. Wiem, wiem, taka deklaracja może wydać się ekscentryczna, bo kto by czytał biografię poety - narodowego wieszcza kojarzącego się ze szkolną nudą. Wiadomo, Mickiewicz wielkim poetą był, ale jak zachwyca, kiedy nie zachwyca. Nawet bliska mi osoba czytająca rzeczy poważne, a nawet bardzo poważne, mocno się zdziwiła, kiedy powiedziałam jej, za jaką książkę aktualnie się wzięłam. Obawiam się, iż nie przekonały jej moje zapewnienia, że to bardzo ciekawe. Nie będę udawać, że rzucę się teraz do ponownej lektury ballad, "Dziadów", "Konrada Wallenroda" czy "Pana Tadeusza". Po pierwsze aż tak nie zachwyca, a po drugie już dawno wyleczyłam się z romantyzmu. Ale biografia to co innego - życie Mickiewicz miał fascynujące i w gruncie rzeczy tragiczne, o czym dobitnie przekonałam się dzięki książce Koropeckiego. 

Jestem bardzo zadowolona, że w końcu zdecydowałam się na tę lekturę. No bo co wiemy o Mickiewiczu? Znamy parę faktów, które zostały nam w głowach z czasów szkolnej edukacji. Biografia pióra  amerykańskiego polonisty pozwoliła mi pozbyć się nieprawdziwych przekonań, które, nie wiadomo skąd, tkwiły mi w głowie,  uporządkować informacje i znacznie je poszerzyć. Stała się też przyczyną paru zdziwień. Co ważne, autor, Amerykanin, patrzy na Mickiewicza z odległej perspektywy, a takie spojrzenie z zewnątrz jest zawsze bardzo cenne. Wprawdzie już od licealnej lektury "Brązowników" Boya nie traktowałam naszego narodowego wieszcza z bałwochwalczym szacunkiem, ale minęło tyle czasu, że naprawdę niewiele z tej książki pamiętam. (Właśnie przed chwilą odkryłam, że bez trudu można kupić papierowe wydanie "Brązowników", a nawet ściągnąć jej elektroniczną wersję ze strony Wolnych Lektur.

Czyta się biografię poety autorstwa Koropeckiego bardzo dobrze. Autor skupia się przede wszystkim na życiu pisarza. Nie analizuje utworów, raczej pokazuje ich wpływ na współczesnych Mickiewiczowi i ich recepcję. We wstępie do tego wydania tłumaczy, że przytaczane fakty historyczne polskiemu czytelnikowi mogą się wydać oczywiste, ale książka pisana była na rynek amerykański. Zupełnie nie przeszkadza to w lekturze. Przyznam, że moja wiedza historyczna jest mocno dziurawa i zdarzało się, że w czasie lektury szperałam w internecie, żeby jeszcze coś sprawdzić i doczytać. 

Co szczególnie utkwiło mi w głowie po lekturze książki? Mnóstwo. Zwrócę uwagę na to, co najważniejsze. Korzenie poety i dzieciństwo spędzone w Nowogródku - niewielkie miałam na ten temat pojęcie. Ciekawe są informacje o porywczych stryjach i pochodzeniu rodziny - wiele na ten temat spekulacji, znacznie mniej faktów. Stosunkowo dużo wiedziałam o okresie studiów w Wilnie i pracy w Kownie, o działalności w stowarzyszeniach studenckich, które ostatecznie stały się przyczyną problemów politycznych, o przyjaźniach, jakie zawiązał, ważnych przez całe życie, chociaż wielu przyjaciół nie zobaczył już nigdy po opuszczeniu Litwy. Pozostała im tylko korespondencja. W czasach, kiedy nie było telefonów, kiedy listy wędrowały wolno z jednego końca Europy na drugi, bywało, że o czyjejś śmierci poeta dowiadywał się po latach. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Wilno w tamtych czasach było dziurą, w której niewiele się działo. Nic dziwnego, że kiedy Mickiewicz znalazł się na wygnaniu w Rosji, odżył. Nie było dla mnie tajemnicą, że tamten okres w jego życiu był całkiem przyjemny, ale niewiele na ten temat wiedziałam. Tymczasem Koropeckyj barwnie opisuje czas spędzony przez poetę w Rosji. Podróże, między innymi na Krym, pierwsze zetknięcie ze światem Orientu, życie towarzyskie, uczuciowe i przede wszystkim znajomości z literatami, wydawcami i artystami, bywanie na salonach. Mickiewicz bardzo szybko stał się ich gwiazdą i to właśnie wtedy ugruntowała się jego pisarska europejska sława. Przyniosły mu ją miedzy innymi poetyckie, głębokie improwizacje, które wygłaszał na przyjęciach i spotkaniach. To w Rosji znalazł wydawców i wpływowych ludzi, którzy uwierzyli w jego talent. Sonety, które powstały w tym okresie, były zrozumiałe dla każdego. To wtedy jego twórczość zaczęła być tłumaczona na francuski i rosyjski, co ugruntowało jego popularność. Dopiero później stał się poetą zrozumiałym tylko dla Polaków.  Do upadku powstania listopadowego, kiedy to jego książki w Rosji i w Królestwie Polskim znalazły się na indeksie,  utrzymywał się z dochodów za nie, od czasu do czasu korzystając z bezinteresownej pomocy hojnych, bogatych, zafascynowanych nim  arystokratów. Celebrytą był i później, kiedy udało mu się wyjechać z Rosji w podróż po Europie. Otoczony sławą, witany i goszczony przez arystokrację, także rosyjską, mógł oddawać się wojażom. Tu oczywiście nie mogę się powstrzymać od przywołania mojej ulubionej gorzkiej refleksji, jak los niesprawiedliwie obdziela swoimi darami. Kiedy nieliczni mogli pozwolić sobie na takie przyjemne życie w podróży, inni w tym czasie ciężko harowali. Oczywiście Mickiewicz wcale nie był bogaty, ale jednak mógł sobie pozwolić na takie życie dzięki dochodom z książek i sławie. 

Koropeckyj nie ucieka od sprawy zasadniczej - pytania, dlaczego poeta nie przystąpił do powstania listopadowego. Kiedy wybuchło, przebywał w Rzymie. Wielu znajdujących się tam Polaków natychmiast wyruszyło, aby przedrzeć się na teren zaboru rosyjskiego. Mickiewicz zwlekał, pisał w listach o przeszkodach, nigdy jednak nie wyjaśniał, o jakie przeszkody chodzi. Kiedy wreszcie po kilku miesiącach wyruszył, też się nie spieszył, wybrał bardzo okrężną drogę. Gdy w końcu znalazł się w Wielkopolsce i nawet nielegalnie przekroczył granicę, natychmiast wrócił. Aż w końcu powstanie upadło. Koropeckyj pisze o tym, że Mickiewicz nie wierzył w sukces walki zbrojnej i właściwie tym tłumaczy zwłokę. A warto pamiętać, że dzięki "Konradowi Wallenrodowi" stał się ikoną dla powstańców. Cytaty z jego utworów wypisywane były na murach Warszawy. Co jednak ciekawe, poeta nie spotkał się z jakimiś specjalnymi zarzutami, krytykowali go nieliczni, nadal cieszył się sławą, szacunkiem, statusem wieszcza, nadal był gwiazdą salonów korzystającą z gościnności hojnych wielkopolskich arystokratów. Niemniej jednak ta dezercja stała się kompleksem Mickiewicza na resztę życia. Bał się, że ktoś mu to wypomni, zarzuci, dlatego jego późniejsza działalność polityczna, dwukrotna próba zorganizowania legionu polskiego, raz we Włoszech w czasie Wiosny Ludów, drugi raz w Stambule w czasie wojny krymskiej, była formą rehabilitacji. 

Druga część życia poety obfitowała w trudy. Wieczne problemy finansowe, choroba żony, liczna rodzina, kryzysy twórcze, emigracyjne piekiełko, stagnacja, depresje i przede wszystkim wpływ Towiańskiego, który zaważył na życiu jego i jego rodziny. Szczególnie boleśnie odczuła to najstarsza córka, Maria. No cóż, nie był Mickiewicz wzorowym mężem ani wzorowym ojcem. Długo wyzwalał się z okowów sekty. Akurat o jego związkach z Towiańskim wiedziałam sporo dzięki bardzo interesującej i pasjonującej, choć niełatwej, powieści węgierskiego pisarza Gyorgy Spiro "Mesjasze", która opowiada o paryskiej emigracji tamtych czasów. Towiański, Mickiewicz, Słowacki są jej bohaterami. Natomiast niewielkie pojęcie miałam o politycznej działalności poety, o jego dwóch wyprawach, których celem było zorganizowanie polskiego legionu. 

Sporo jest oczywiście o kobietach w życiu poety. Nie wszystkie znałam. Legenda Maryli Wereszczakówny już dawno została rozbrojona, Koropecky jednoznacznie stwierdza, że kiedy poeta ją poznał, była już zaręczona. Poza tym równolegle romansował z Karoliną Kowalską. Mit tej wielkiej, nieszczęśliwej miłości stworzył w swojej twórczości, szczególnie w IV części "Dziadów". Autor nie demonizuje też szczególnie Ksawery Deybel, która, o ile dobrze pamiętam, była czarnym charakterem  "Brązowników" Boya. Czas związku z Towiańskim, czas sekty był w ogóle mroczny i położył się cieniem na życiu i twórczości poety. Chociaż z drugiej strony Koropeckyj twierdzi, że Towiański wyrwał poetę z marazmu, w jakim pogrążył się na emigracji, i spełnił wobec niego rolę psychoterapeuty. Dał mu energię do działania, jednocześnie jednak z jego powodu nie wszyscy traktowali go poważnie.

W biografii poety pióra Romana Koropeckiego można znaleźć wiele interesujących wątków, informacji, także o poglądach poety,  stosunku do religii i związkach z Kościołem. Warto po nią sięgnąć, nie jest to książka dla specjalistów, ale dla zwyczajnych czytelników. 

Karolina Przewrocka-Aderet "Polanim. Z Polski do Izraela"

Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź reportażu Karoliny Przewrockiej-Aderet "Polanim. Z Polski do Izraela" (Czarne 2019), od razu wpisałam go na moją wirtualną listę książek, które chcę przeczytać. Od lat śledzę literaturę izraelską i książki, głównie reporterskie, dotyczące Izraela. Zebrało się już tych lektur całkiem sporo. Zbiór tekstów Karoliny Przewrockiej-Aderet znakomicie wpisuje się w tę tematykę. Autorka, która od kilku lat mieszka w Izraelu, założyła tam rodzinę, korespondentka Tygodnika Powszechnego, opowiada o Polanim, czyli o polskich Żydach, którzy wyjechali z Polski niegdyś do Palestyny, potem do Izraela. Jak pisze w posłowiu, zainteresowała się tym tematem w sposób naturalny, można powiedzieć, że leżał na ulicy, ponieważ ciągle jeszcze w izraelskich miastach spotyka swoich rodaków. Niegdyś polscy Żydzi stanowili w Izraelu jedną z większych grup, dziś już tak nie jest, ale ciągle jeszcze są zauważalni.

Autorka opowiada o tym, co ich odróżniało od społeczności żydowskiej w Izraelu, o ich indywidualnych losach, o ich stosunku do Polski, z której wyjechali, o wpływie tej najstarszej emigracji na izraelską politykę i wreszcie o ich życiu w nowej ojczyźnie. Jeśli ktoś niespecjalnie interesuje się tą tematyką, wszystko dla niego będzie nowe i myślę, że bardzo ciekawe. W każdym razie dla mnie książka okazała się interesująca, mimo że sporo na ten temat wiedziałam. A ponieważ pamięć bywa zawodna, nigdy nie zaszkodzi przeczytać o czymś po raz kolejny.

Opowiadając o losach polskich Żydów mieszkających w Izraelu, Karolina Przewrocka-Aderet przyjęła metodę chronologiczną. Podzieliła swoje reportaże na części. W pierwszej opowiada o tych, którzy do Palestyny przybyli jeszcze przed wojną. To albo zdeklarowani syjoniści, którzy wyjeżdżali na fali entuzjazmu, pragnąc budować Erec Israel, albo ci szczęściarze, którzy uciekli z Europy przed nasilającym się antysemityzmem i uniknęli koszmaru Holokaustu. Im się udało, ale często w Polsce zostali ich rodzice albo rodzeństwo. Nie każdy chciał jechać, nie każdy zdążył dostać potrzebne papiery. Potem w różnych alijach przyjeżdżali ci, którzy z Zagłady ocaleli. Jedni zaraz po wojnie, inni przybyli do Izraela z tak zwaną aliją gomułkowską w roku 1957, rozczarowani komunizmem - zrozumieli, że zmiany w Polsce nie będą takie, jakich oczekiwali, a fala antysemityzmu zaczyna znowu narastać. Potem był Marzec 68 roku i kolejna alija, chyba po tej tuż powojennej najtragiczniejsza. Bo wyjeżdżali ci, którzy wyjeżdżać wcale nie chcieli, którzy nawet nie zawsze czuli się Żydami. Dość często zdarzało się, że ktoś urodzony już w powojennej Polsce, właśnie w 68 roku dowiadywał się, że jest Żydem. Najłatwiej było najmłodszym, przynajmniej na początku - oni z entuzjazmem przyjmowali wiadomość, że jadą do kraju, gdzie zawsze jest ciepło, świeci słońce, stale można kąpać się w morzu, a na drzewach rosną pomarańcze. Na miejscu już niekoniecznie było tak różowo. Nieznajomość języka, inne obyczaje, radykalna zmiana poziomu życia, na niekorzyść oczywiście. Jeszcze trudniej adaptowali się do nowego otoczenia starsi. Pokolenie nastolatków i dwudziestolatków zostawiało za sobą miłości, przyjaźnie, szkoły, rozpoczęte studia, a ich rodzice cały dorobek życia i zawodowe kariery. Ta emigracja została dość dobrze opisana, szczególnie przy okazji okrągłej rocznicy Marca. Ukazało się kilka książek na ten temat. Warto sięgnąć po "Księgę wyjścia" Mikołaja Grynberga, "Rok 1968. Czasy nadchodzą nowe" Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza czy znakomitą powieść "Tylko Lola" Jarosława Kamińskiego. Wreszcie na koniec autorka opowiada o tych, którzy wracają. Najczęściej nie jest to powrót na dobre, ale życie w dwóch krajach jednocześnie, trochę tu, trochę tam. Zwykle taką sytuację ułatwia uprawiany zawód.

Taki podział ma swoje głębokie uzasadnienie. Inna przecież była sytuacja kogoś, kto wyjeżdżał z własnej woli powodowany entuzjazmem i chęcią budowania Erec Israel, inna tego, kto ocalał z Zagłady, a jeszcze inna kogoś, kto do wyjazdu został zmuszony sytuacją w Polsce. Ci mają największy żal. Inaczej wyglądało życie w Palestynie w latach trzydziestych, jeszcze inaczej w Izraelu lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. Ci pierwsi zakładali kibuce i  przyczynili się do powstania Tel Awiwu, ale musieli budować wszystko od nowa. Alije powojenne tworzyły struktury nowego państwa i walczyły o jego granice. Potem coraz trudniej było wskoczyć na ten sam poziom życia co w Polsce. Izrael nie potrzebował już profesorów, lekarzy, prawników, dziennikarzy. Dodatkową barierą był język.

Co odróżniało Polanim na tle innych żydowskich społeczności? Elegancja i sposób ubierania nieprzystający do klimatu, życie na sposób europejski, dobre maniery, powściągliwość, zanurzenie w polskiej kulturze - czytanie polskiej literatury, język. Bardzo często poszczególne alije trzymały się razem, tworzyły środowiska, mieszkały w jednym miejscu. Tak było łatwiej. Jakie jeszcze wspólne doświadczenia ich łączą? Szok po przyjeździe spowodowany zupełnie innym otoczeniem, klimatem, warunkami życia, nieznajomością języka. Dlatego wielu z nich tak uparcie pielęgnowało swoją europejskość. Robili to w większym stopniu ci, którzy osiedlali się w miastach, a nie kibucnicy. Kolejne wpólne doświadczenie to niemożność oderwania się od wspomnień o zostawionej Polsce i często tęsknota. Oczywiście każdy los jest inny, każda historia odmienna. I takich indywidualnych opowieści znajdziemy w książce Karoliny Przewrockiej-Aderet bardzo dużo. Co rozdział to inna historia. Czasem rozdzierająca serce, jak historia nieżyjącego już Barucha-Borysa Dorfmana, którego życie złamał pogrom kielecki, czasem niezwykła, nadająca się na film, pełna entuzjazmu i energii. Najczęściej autorka pisze o ludziach zupełnie nieznanych, ale bywa też inaczej - bohaterem jednego z reportaży jest pisarz Etgar Keret i jego matka, a kolejnego Michał Sobelman, też pisarz i znakomity tłumacz.

Bardzo ciekawa książka, warto po nią sięgnąć.

Magdalena Grochowska "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke"

Po przeczytaniu znakomitej biografii Jerzego Giedroycia pióra Magdaleny Grochowskiej ("Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu") wiem, że po książki tej autorki mogę sięgać w ciemno. Nic dziwnego, że jakiś czas temu bardzo ucieszyła mnie informacja o kolejnej, która miała się wkrótce ukazać. To "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke" (Agora 2019) - biografia czterech osób, a właściwie pięciu, bo czwarty rozdział poświęcony jest małżeństwu Helmutowi i Frey'i von Moltke. Bardzo byłam ciekawa tej książki, dlatego szybko kupiłam i nie zwlekałam z lekturą, a teraz polecam, chociaż zdaję sobie sprawę, że takie pozycje krąg czytelników zawsze będą miały ograniczony. 

Kto zna poprzednie książki Grochowskiej, na pewno sięgnie. Kogo interesuje epoka, kto nie zraża się trudnościami, jakie momentami mogą towarzyszyć lekturze, niech też śmiało czyta. Nie trzeba znać twórczości Pawła Hertza czy Jerzego Stempowskiego, tym bardziej publicystyki Dymitra Fiłosofowa, można nic nie wiedzieć o małżeństwie von Moltke, a i tak książka Magdaleny Grochowskiej sprawi wielką przyjemność. Chociaż zawsze w takich wypadkach zastanawiam się, czy słowo przyjemność jest odpowiednie. Przecież bohaterowie tej opowieści żyli w czasach trudnych, mieli za sobą pierwszą wojnę, rewolucję październikową, drugą wojnę, więzienia, zsyłki, a na końcu najczęściej czekała ich samotność. Mimo tego książka pochłonęła mnie całkowicie. Niemal za każdym razem trudno było mi przerwać lekturę. Bo autorka nie tylko opowiada o ludziach, ale też odtwarza ich świat.

Co wcześniej o nich wiedziałam? Najwięcej o Jerzym Stempowskim, który jako stały współpracownik paryskiej Kultury pojawił się na kartach biografii Giedroycia, a i wcześniej jego nazwisko nie było mi całkiem obce. W tej samej książce pojawia się również Dymitr Fiłosofow, ponieważ w międzywojennej Warszawie w jego skromnym mieszkanku na organizowanych przez niego dyskusjach bywali Józef Czapski, Jerzy Stempowski i wiele innych znanych postaci. O Pawle Hertzu wiedziałam właściwie tyle, że poeta, no i jakiś czas temu czytałam poświęcony mu rozdział  w "Homobiografiach" Krzysztofa Tomasika. Tylko małżeństwo von Moltków stanowiło białą plamę. Gdzieś w zakamarkach pamięci kołatało mi się to nazwisko, ale nie byłam pewna, czy słusznie kojarzę je z Krzyżową. Okazało się, że tak.

Co łączy te postacie? Przecież niektóre z nich nigdy się ze sobą nawet nie zetknęły. Dlaczego wobec tego Magdalena Grochowska postanowiła złączyć je w jednej książce? Ten wspólny mianownik to czasy, w jakich żyli, te tytułowe czasy szaleństwa. Przeczucie apokalipsy, rewolucyjne i wojenne zawieruchy, emigracja, samotność, próba ułożenia sobie życia w takich warunkach, jakie są, i nieobojętność na świat, na ważne problemy. Ta nieobojętność realizowała się najczęściej w publicystyce czy w innej twórczości. Inaczej było w wypadku Helmuta von Moltke, który był jednym z filarów Kręgu z Krzyżowej, grona ludzi, którzy nie akceptowali polityki Trzeciej Rzeszy i spotykali się, aby planować, jaka będzie przyszłość Europy i Niemiec, kiedy skończy się szaleństwo wojny, kiedy upadnie władza Hitlera. Przyszło im za to zapłacić najwyższą cenę - cenę życia. Przejmująca jest opowieść Magdaleny Grochowskiej o ostatnich miesiącach Helmuta von Moltke spędzonych w więzieniu, o procesie, przejmująca jest próba odtworzenia tego, co czuł i myślał. Sporo wiadomo, bo prowadził korespondencję z żoną, pisał do synów, rozmawiał z pastorem, który był dla skazanych duchową podporą. Od początku wiedział, na co się porywa, miał świadomość ceny, jaką może zapłacić, ale uważał, że to jego obowiązek. Nic dziwnego, że już wcześniej towarzyszyło mu przeczucie, że niewiele czasu przed nim, dlatego starał się cieszyć życiem - ukochaną żoną, synami, przyjaciółmi, czasem spędzanym w Krzyżowej. Grochowska nie ucieka od trudnych pytań i sprzeczności w jego biografii. Zastanawia się, jak potrafił łączyć ze swoimi przekonaniami i działalnością pracę urzędnika Trzeciej Rzeszy, spotykać się zawodowo z ludźmi, którzy mieli krew na rękach, w czasie służbowego pobytu w okupowanej Warszawie jeść wykwintne potrawy i mieszkać w eleganckim hotelu. 

Jeszcze więcej sprzeczności jest w biografii Pawła Hertza.  W latach międzywojennych kiedy był młodym człowiekiem poglądy endeckie nie były mu całkiem obce, a po Marcu legitymizował swoją osobą spotkanie z jedną z ciemnych postaci ze świata literackiego. A przecież był Żydem, pochodził z bardzo bogatej żydowskiej rodziny, w czasie wojny stracił niemal wszystkich najbliższych. On ocalał, bo uciekł do Lwowa. Przypłacił to jednak sowieckim więzieniem i zsyłką do obozu pracy. Niechętnie dzielił się tym, co przeżył. Po wojnie próbował jakoś odnaleźć się w nowej rzeczywistości - uciekał w literaturę. Pisał, tłumaczył, redagował. Dla mnie i on, i pozostali bohaterowie książki Grochowskiej to postaci tragiczne, którym życie przetrąciła apokalipsa, a oni potem jakoś próbowali się odnaleźć. 

Tak było z rosyjskim filozofem, publicystą, wydawcą, który z rewolucyjnej Rosji uciekł do Warszawy i tu do końca swoich dni - zmarł w roku 1940 - wiódł los wygnańca, emigranta. Z trudem wiązał koniec z końcem, nieraz musiał pożyczać pieniądze od swoich najbliższych polskich przyjaciół, Stanisława Stempowskiego (ojciec Jerzego) i towarzyszki jego życia Marii Dąbrowskiej. A wydawanie kolejnych gazet to już prawdziwa ekwilibrystyka. A mimo to nie ustawał w pracy. Stale coś organizował, spotykał się, pisał, siał umysłowy ferment. Starał się łączyć Polaków i Rosjan. Dowodził swoją postawą, że zbliżenie między ludźmi jest możliwe mimo niesprzyjających wiatrów historii. Był wielkim autorytetem dla dużo od siebie młodszego Józefa Czapskiego, którego w tamtym okresie ukształtował. I on był świadom nadchodzącej apokalipsy, a przecież jedną miał już za sobą.

Z tej czwórki chyba najbliższy jest mi Jerzy Stempowski. Przez swoją osobność, tragiczną miłość, samotność, niezależność, melancholię i pesymizm. I on miał przeczucie katastrofy. Od drugiej wojny pędził życie emigranta - mieszkał w Szwajcarii. Brzmi to atrakcyjnie, ale oznaczało biedę, skromną egzystencję, niepewność, bo po wojnie Szwajcarzy najchętniej pozbyliby się wszystkich, którym udzielili azylu. Przez długi czas utrzymywał się z ... chałupniczej produkcji szczotek (albo czegoś podobnego, nie zapamiętałam). A przecież pochodził z zamożnej rodziny, w międzywojennej Polsce pracował w jednym z ministerstw i na innych posadach urzędniczych. Wojna zmieniła wszystko. Zachęcona książką Grochowskiej mam wielką ochotę zmierzyć się z jego eseistyką. Muszę jeszcze dodać, że jego życie obfitowało w niesamowite epizody. Taka była ucieczka przez zieloną granicę w czasie wojny czy powojenna podróż przez zrujnowane Niemcy i Austrię.

Rozsiane gdzieś po internecie biogramy tej czwórki brzmią z konieczności sucho, nie oddają całej komplikacji i tragizmu ich losów, nie przybliżają świata, w którym żyli. Ja też poświęciłam im w mojej notce tylko trochę miejsca, też z konieczności. Żeby dowiedzieć się więcej, trzeba sięgnąć po książkę Magdaleny Grochowskiej. Zachęcam, naprawdę warto zmierzyć się z ta lekturą.

Manuela Gretkowska "Poetka i książę"

Nie, nie sięgnęłam po tę książkę dla Manueli Gretkowskiej. Nie czytałam niczego, co napisała, znam ją tylko z wywiadów. Dlaczego? Nie sposób czytać wszystkiego, powtarzam to do znudzenia. To po pierwsze. A po drugie widocznie nie przekonała mnie tym, co mówi, nie zachęciły mnie informacje na skrzydełkach książek, dziś raczej w internecie, nie spotkałam nikogo, kto by mnie namawiał, abym sięgnęła po coś, co Manuela Gretkowska  napisała. Może to błąd, trudno. "Poetka i książę" (Znak 2018) to jednorazowy incydent. Co sprawiło, że, niemal natychmiast po wysłuchaniu dwóch wywiadów z autorką, kupiłam książkę i prawie od razu przeczytałam? Temat. Ciekawość. Nie będę ukrywać, taka, hmm, trochę spod znaku tabloidu. Na swoje usprawiedliwienie dodam - tabloidu z wysokiej półki. Literackiej, inteligenckiej, intelektualnej. Cokolwiek to znaczy. Bo bohaterowie powieści Manueli Gretkowskiej to nie postacie wymyślone. To ludzie z krwi i kości. Ikony - polskiej kultury wysokiej i myśli politycznej, to Jerzy Giedroyc, założyciel Instytutu Literackiego, paryskiej Kultury i niezliczonej liczby książek, które w czasach Polski peerelowskiej nie mogły się w kraju ukazać. To między innymi jemu zawdzięczamy, nie tylko my, także światowa kultura, Gombrowicza. I  bohaterka druga - ikona polskiego tekściarstwa (?), polskiej piosenki, polskiej kultury popularnej, ale tej wysokiej  (na chybcika tworzę jakieś nieistniejące kategorie), STS-u, owiana legendą femme fatale - Agnieszka Osiecka. Co mają ze sobą wspólnego? Okazuje się, że całkiem sporo.

Ona młoda, on prawie trzydzieści lat starszy. Wtedy w 1957 roku! Ona studentka, jeden z filarów STS-u, rozwichrzona, spontaniczna, imprezowiczka, łamaczka męskich serc, on intelektualista, wielki Redaktor, melancholijny, poważny, poślubiony pracy, swojej misji, bez życia osobistego. Ona z Warszawy, on emigrant. Tak różni spotkali się w Paryżu, kiedy Agnieszka Osiecka przyjechała tam na chwilę, przemycając przy okazji rękopis powieści Marka Hłaski, swojego ówczesnego narzeczonego. Coś podobno zaiskrzyło. Czy można mówić o miłości? Może o wzajemnej fascynacji? Fakty są takie, że kiedy Agnieszka Osiecka z Paryża pojechała na jakiś czas do ciotki do Londynu, Giedroyc, który nieczęsto ruszał się z miejsca, pojechał tam również. Spotkali się. Potem, gdy ona wróciła do Polski i przez siedem kolejnych lat nie mogła dostać paszportu, pisali do siebie listy, tak, listy, papierowe, o poczcie elektronicznej, o sms-ach, nikt jeszcze nie śnił. Znajomość podtrzymywali całe życie. A w ostatnim numerze Kultury, który wyszedł już po śmierci Giedroycia, zgodnie z wydaną przez niego dyspozycją ukazał się jej wiersz dedykowany jemu, napisany i podarowany mu wtedy, kiedy się spotkali. Przez te wszystkie lata spoczywał w jego szufladzie. Jak najdroższa pamiątka? Na tej podstawie, po dogłębnych studiach, między innymi w archiwum Osieckiej, Manuela Gretkowska napisała "Poetkę i księcia".

Drugi raz zdarzyło mi się czytać powieść, której bohaterami są znane postacie, a tematem fakty z ich życia. Całkiem niedawno pisałam tu o fabularyzowanej biografii Karen Blixen. I wtedy, i teraz towarzyszyły mi podobne odczucia - jakbym czytała wypracowanie bardzo zdolnej uczennicy. Nie mogłam się pozbyć wrażenia pewnej sztuczności. Nie wiem, czy życie tak dosłownie przepisane na powieść zawsze będzie trącić papierem? Brzmieć fałszywie? Czy sprawia to konieczność wykładania wszystkiego czytelnikom, którzy niekoniecznie wiedzą cokolwiek o bohaterach, szczególnie o Giedroyciu i jego środowisku? Jednak najbardziej drażniły mnie dialogi. Wymyślone przez Gretkowską, bo przecież ich zapis się nie zachował. Egzaltowane, trochę o niczym. Miały pewnie oddać atmosferę flirtu. Czy ludzie tak ze sobą rozmawiają? Może, ale na papierze brzmi to wszystko nienaturalnie.

Czy wobec tego nie warto sięgać po "Poetkę i księcia"? Przeciwnie. Po pierwsze powieść świetnie się czyta, a po drugie, ważniejsze, to znakomity wstęp, aby pójść dalej tropem paryskiej Kultury i tropem Osieckiej, którą Gretkowska stara się odczarować, pokazać jako postać tragiczną, skomplikowaną, targaną rozmaitymi uczuciami, sprzecznościami, pełną kompleksów wywiedzionych z zawodów doznanych w dzieciństwie. W jednym z dwóch wywiadów, jakich wysłuchałam, autorka powiedziała, że przywykliśmy traktować Osiecką dość płytko, raczej w tonie sensacji, w aurze towarzyszących jej skandali, jako tekściarę. Że gdyby była mężczyzną, miałaby inny wizerunek, interesowano by się nią poważne. Pewnie ma rację, nie mnie oceniać. Nie czytałam dzienników, które ukazują się co jakiś czas,  systematycznie, podobno są świetne, dojrzałe nad wiek. Nie czytałam nic innego. Znam ją z piosenek, z opowieści o niej, z artykułów. Powinnam to zmienić. Jednak póki co ruszyłam tropem paryskiej Kultury i Jerzego Giedroycia. Zrobiło mi się zwyczajnie wstyd, że tak mało na ten temat wiem. Moi oczytani, kiedyś, bo dziś niestety niekoniecznie, znajomi spojrzeliby na mnie ze zdziwieniem. Nie wiesz?  Naprawdę? Dlatego czym prędzej sięgnęłam po biografię Giedroycia pióra Magdaleny Grochowskiej wydaną kilka lat temu, nominowaną w roku 2010 do Nike. Nawet jeżeli ktoś po przeczytaniu "Poetki i księcia" nie pójdzie dalej, poprzestanie na powieści Gretkowskiej, to i tak trochę się dowie, jakoś liźnie temat. Bo ta książka jest czymś więcej niż tylko romansem, historią miłości niemożliwej, nieważne - prawdziwej czy wyobrażonej. To oprócz wnikliwych portretów dwojga bohaterów, szczególnie Osieckiej, świadectwo tamtych lat, historia środowiska paryskiej Kultury. Na kartach powieści pojawiają się Czapski, Hertzowie, Miłosz i wielu innych. Wreszcie jest to świadectwo dylematu - zostać na emigracji czy wracać do kraju? Nie muszę chyba dodawać, że wybór emigracji i związanie się z tym środowiskiem oznaczał w tamtych czasach zatrzaśnięcie drzwi do Polski. To był bilet w jedną stronę.
PS 1. Wiosną ma się ukazać tom dzienników Osieckiej obejmujący ten okres jej życia. Wszyscy sarkający na egzaltowane dialogi czytelnicy mają się po ich lekturze przekonać, że ona w taki sposób pisała, tak relacjonowała swój afekt. Tako rzecze Magdalena Felberg-Sendecka redaktorka dzienników. Wie, co mówi, przecież już je czytała, bardzo jestem ciekawa.
PS 2. Jestem już po lekturze książki Magdaleny Grochowskiej. Zastanawiałam się, czy w ogóle wspomni o tej znajomości. Otóż poświeciła jej nawet sporo miejsca, nie spodziewałam się, że aż tyle. I muszę wyznać, że ta historia opowiedziana piórem biografistki Giedroycia zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie. Dotknął mnie jej tragizm. Po prostu wzruszyła, czego nie mogę powiedzieć o powieści Gretkowskiej.

Mikołaj Grynberg "Księga wyjścia"

Są książki, które przeczytać po prostu trzeba. Tak jest z wydaną przez Czarne (2018)


"Księgą wyjścia" Mikołaja Grynberga. Moje osobiste powody są przynajmniej dwa. Raz, że do dziś tkwi we mnie jego "Oskarżam Auschwitz", dwa, że "Księga wyjścia" to rzecz o Marcu, którego okrągłą, pięćdziesiątą, rocznicę właśnie obchodziliśmy. Dla Mikołaja Grynberga,  autor w swoich fotografiach, a od jakiegoś czasu przede wszystkim w książkach zajmuje się ocalonymi z Holokaustu oraz ich dziećmi i wnukami, antysemicka nagonka 68 roku, której skutkiem była masowa emigracja polskich Żydów albo Polaków pochodzenia żydowskiego (jak trudno zdefiniować ich tożsamość, można przekonać się w książce), była tematem naturalnym. Nic dziwnego, że się nim zajął.

"Księga wyjścia", podobnie jak "Oskarżam Auschwitz", składa się z samych rozmów. Rozmów z ludźmi, których wydarzenia marcowe  dotknęły osobiście, wywracając ich życie do góry nogami, pozbawiając złudzeń. Bohaterowie tej książki byli wtedy uczniami, studentami albo właśnie podjęli pracę. Ich rodzice, także ofiary antysemickiej nagonki, dziś już nie żyją. Tym dramatyczniejsze i smutniejsze to świadectwo. Dlaczego? Bo niektórzy z nich o tym, że są Żydami, usłyszeli właśnie w marcu 68 roku. Nie mieli dotąd pojęcia o pochodzeniu swoich rodziców. Co ciekawe, najczęściej okazywało się w takiej sytuacji, że inni doskonale wiedzieli. Możemy tylko spróbować sobie wyobrazić, co dla nich znaczyła świadomość, że są w Polsce piątą kolumną (tak nazwał ich Gomułka w swoim haniebnym przemówieniu, na wspomnienie którego do dziś cierpnie niektórym skóra).

Ale losy rozmówców Grynberga toczyły się oczywiście bardzo różnie. Różne były drogi dojścia do Marca i różne drogi wyjścia. Niektórzy od początku mieli świadomość swojego pochodzenia, rodzice niczego przed nimi nie ukrywali. Oni najczęściej żyli w swoim środowisku - chodzili do żydowskich szkół, jeździli na kolonie dla żydowskich dzieci organizowane przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów, uczęszczali na spotkania do klubów wspomnianego Towarzystwa. Tylko obracanie się w swoim kręgu dawało im poczucie bezpieczeństwa. Często towarzyszyła im świadomość, że na pewno z Polski wyjadą. Mieli już krewnych albo znajomych za granicą, nie tylko w Izraelu, udzielało im się przeświadczenie rodziców, że Żydzi nigdy w Polsce nie będą bezpieczni. Byli też jeszcze inni, tacy pomiędzy. Dowiadywali się od obcych lub kolegów, że są Żydami, najczęściej była to oczywiście inwektywa, przezywano ich, rzucano w nich kamieniami, spluwano na ich widok, bito. Nie rozumieli, co to znaczy. Pytali rodziców, nieraz otrzymywali tylko krótkie potwierdzenie bez dalszych wyjaśnień, innym razem poznawali rodzinną historię. Ilu ludzi, tyle opowieści, jednak bardzo powszechne jest doświadczenie prześladowania jeszcze na długo przed Marcem. Do wyjątków należą ci, którzy żadnego nękania nie zaznali. Nie potrafię zrozumieć, skąd w ludziach brała się ta pasja tropienia żydowskich korzeni, jeszcze mniej gotowość do prześladowania.

Każda rozmowa oparta jest na podobnym schemacie. Najpierw Grynberg pyta o rodzinną historię, o życie przed, potem przychodzi kolej na wydarzenia marcowe, których przygrywką był czerwiec 1967 roku - wygrana wojna Izraela z Egiptem (do historii przeszła pod nazwą sześciodniowej). To jądro każdej rozmowy. Nie muszę pisać, jak przykre, smutne i tragiczne są te świadectwa. Najczęściej wszystko wyglądało dość podobnie - rodzice tracili pracę, a przynajmniej jedno z nich, studenci byli relegowani z uczelni, nowego zajęcia nie sposób było znaleźć ze względu na odgórne naciski, aby takich ludzi nie zatrudniać, zaczynało się nękanie, na przykład pojawiały się obelżywe napisy na drzwiach mieszkania, niektórzy lądowali w więzieniu, coraz mniej znajomych, bo polscy się odwracali, żydowscy powoli wyjeżdżali i rozterka - co robić. Zostać czy wyjechać? Decyzja na ogół nie była prosta. Często łączyła się z rozstaniem z rodzicami, którzy wyjeżdżać nie chcieli, z rodzeństwem, z kimś ukochanym. Bywało, że najpierw jechała część rodziny, po miesiącach lub latach dobijali pozostali. Czasem władza nie chciała dać komuś pozwolenia na wyjazd. To też bywał element nękania, szczególnie, jeśli ktoś z bliskich już wyjechał. A potem udręka likwidowania mieszkania. Towarzyszyła temu cała logistyka. I nadal drobne lub większe szykany, do samego końca. Jak wyjeżdżać ze świadomością, że to nie tylko na zawsze, ale że nie będzie można do Polski przyjechać nawet na chwilę? Jak zaczynać wszystko od nowa? O tym też są te rozmowy. I o dalszych losach, o tym, co im zabrał Marzec i kim się dziś czują. Odpowiedź na to ostatnie pytanie nie zawsze bywa prosta. Poszczególne rozdziały przeplatane są rozmową Mikołaja Grynberga z jego nieżyjącym już dzisiaj ojcem, Marianem. Autor chce wiedzieć między innymi, dlaczego jego rodzice nie zdecydowali się wyjechać.

Warto też dodać, że autor zachował indywidualny język i styl swoich rozmówców. Ten zabieg sprawia, że każdy jest tu kimś innym mimo wspólnoty doświadczeń.

Książkę kończy znakomite posłowie Polowanie na piątą kolumnę historyka profesora Piotra Osęki, który w skondensowanej formie daje jasny i zrozumiały wykład o Marcu, ale także o tym, jaka była jego geneza, a sięga do czasów tuż powojennych, i jakie były skutki tamtych wydarzeń. Statystyka, którą na końcu przytacza, jest przerażająca. Czytałam, i słuchałam, trochę na temat 68 roku w Polsce, szczególnie ostatnio, kiedy mamy okrągłą rocznicę, ale nie spotkałam się z tak klarownym przedstawieniem tego zagadnienia. Lektura całości obowiązkowa.

PS. Świetnym literackim uzupełnieniem książki Mikołaja Grynberga jest powieść "Tylko Lola" Jarosława Kamińskiego. W kontekście tych rozmów jeszcze bardziej ją doceniłam. To przejmujące literackie świadectwo tamtych ponurych czasów. Kto jeszcze nie czytał, musi to zrobić koniecznie.

Popularne posty