Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bałkany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bałkany. Pokaż wszystkie posty

Rade Jarak "Jugosłowiańskie puzzle"

Literackie upodobania potrafią zwieść na manowce. Tak było tym
razem. Moja słabość do literatury bałkańskiej i sag rodzinnych zaprowadziła mnie do powieści chorwackiego pisarza Rade Jaraka "Jugosłowiańskie puzzle" (Wydawnictwo Akademickie SEDNO 2022; przełożył Maciej Czerwiński). 
Już nie pamiętam, jak się o niej dowiedziałam. Trochę przeleżała w czytniku, aż bez specjalnego powodu przyszła jej kolej, kiedy szukałam następnej lektury. I niestety tym razem rozczarowanie. Nie mogę powiedzieć, abym się nad nią męczyła, przeciwnie, czytało się dobrze i szybko, ale jest to tego typu powieść, której równie dobrze mogłabym nie przeczytać. Ani grzeje, ani ziębi.

Nieprzypadkowo w tytule pojawia się słowo puzzle, bo właśnie taka jest struktura tej książki. Historię rodziny Romiciów z Dubrownika, która zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, a kończy w roku 2012, poznajemy niechronologicznie, bez żadnego porządku, podążając za różnymi bohaterami, a wszystko w krótkich rozdziałach. Najczęściej jest to ów brakujący kawałek rodzinnej historii, a z rzadka tło do obrazka - ot choćby obserwacja ptaków albo roślin w ogrodzie. Narracja na ogół trzecioosobowa, niekiedy przechodzi w pierwszoosobową, a czas przeszły miesza się z teraźniejszym.  Dlaczego tak? Jaka reguła tym rządzi? Nie odgadłam, ale może to kwestia braku spostrzegawczości czy nieuważnej lektury. 

Z takich puzzli mamy sobie stworzyć losy rodziny Romiciów zamieszkujących od kilku pokoleń rodzinny dom w Dubrowniku. A wszystko to na tle jugosłowiańskiej tragicznej historii - drugiej wojny, politycznych odwetów w czasach komunistycznych, a wreszcie dramatu po rozpadzie Jugosławii. Jeśli jednak ktoś obawia się makabrycznych obrazów, to spieszę uspokoić, że ich tu nie znajdzie. Chociaż dwaj bracia z najstarszego pokolenia związani z komunistyczną partyzantką Tity będą brali udział w wojnie, jeden zostanie na niej okaleczony, to wrócą z niej żywi i będą robić karierę w jugosłowiańskiej partii. Co nie znaczy, że śmierci w powieści nie ma. Przeciwnie, miałabym ochotę napisać, że trup ściele się gęsto, choć to nie kryminał ani powieść sensacyjna. 

Nad Romiciami ciąży fatum - masowo popełniają samobójstwa, giną w tragicznych okolicznościach, umierają na raka, męcząc się okrutnie, a nawet znikają. Dotyczy to także postaci luźno związanych z rodziną. Właściwie chyba nikt nie umiera tam banalnie - ze starości, na serce czy z innej podobnej przyczyny. Dopiero najmłodsze pokolenie, brat i siostra, wymyka się tej klątwie i zamierza żyć. Szczególnie ona. Bo czy on i jego żona źle nie skończą, za to nie dałabym głowy. Natomiast Milena chce nie tylko żyć, ale również rozkoszować się życiem. Dlatego ucieka daleko, bo aż na Madagskar, z mężczyzną, który jest jej w zasadzie obojętny, ale umożliwia właśnie taką  egzystencję.

Musiałam uciec daleko. Nie mogłam już znieść ojczyzny, Chorwatów i Serbów, ich niekończącej się wojny, kłótni, przepychanek. Mój ojciec jest Serbem, a matka Chorwatką. Co mam zrobić? Mam pójść w ślady mojej rodziny i targnąć się na swoje życie? O, nie. (...) Mam już wszystkiego dość. Scenariusz, który napisało życie, który dziedziczę, jest przeklęty. Już nie mogłam tego wszystkiego zdzierżyć. Powojenna mentalność zabiła całą moją rodzinę. Dziki kapitalizm.

Wprawdzie żyjąc na Madagaskarze, bez specjalnych wyrzutów sumienia korzysta z tego dzikiego kapitalizmu, co umożliwia jej biały przywilej, ale przynajmniej zdaje sobie z tego sprawę. Cóż zrobić, tak jest świat urządzony. Uciekając przed jednym złem, akceptuje inne.

Nienawidzę sama siebie, gdy patrzę na biedę, która mnie otacza. Ale co mam zrobić? Póki istnieje, istnieje. Próbuję być obojętna.

Czy zatem to rodzinne fatum związane jest z konkretnym miejscem w Europie, z Bałkanami? Tak zdaje się sugerować Milena. Ale czy rzeczywiście? Czy wszyscy samobójcy z tej rodziny targnęli się na swoje życie, bo byli chorzy z nienawiści do swoich współbraci, chorzy na swoją ojczyznę, a może na bałkańskość? Przecież nie. Prędzej na samotność, brak poczucia sensu, rozczarowanie. Smutek niczym mgła spowija bohaterki i bohaterów.

Tak chyba wygląda życie. Wszystko przychodzi i mija.

Naturą materii jest to, że przemija. Życie to tylko proces umierania. Straszne, kiedy się to zrozumie. My wszyscy, którzy przyszliśmy na ten świat w wymiarze materialnym, przyszliśmy po to, by umrzeć. To jedyna rzecz, którą musimy zrobić. W międzyczasie może uda nam się jeździć konno, wyjeżdżać na drogie wakacje i wychodzić na obiady rodzinne, może uda nam się kupić nowy dom, ale śmierć wyznacza kres. Czeka na nas może już za następnym rogiem. Rozkład.

A teraz czas najwyższy napisać, jaki mam problem z tą powieścią. Rzecz w tym, że taki sposób pisania, pokawałkowany, a na dodatek chłodny, spowodował, że nie potrafiłam się przywiązać do bohaterek i bohaterów, przejąć ich losami. Są mi  obojętni. Przecież już o tym wszystkim czytałam, mam za sobą sporo literatury z tego regionu. Aby nie mieć poczucia jałowości, muszę albo obcować z bohaterkami i bohaterami z krwi i kości, albo z językową finezją, albo zostać zaskoczona jeszcze w jakiś inny sposób. Samo mieszanie czasów, postaci i wątków, jak się okazuje, nie wystarcza. Irytująca bywa też deklaratywność niektórych fragmentów, szczególnie wtedy, kiedy ktoś wypowiada się w swoim imieniu. Przykład powyżej.

A dlaczego puzzle? Czy tylko dlatego, że składamy sobie historię Romiciów fragment po fragmencie? Może także dlatego, że wszystko się powtarza i który kawałek byśmy nie wyciągnęli, zawsze będzie przyjemność i ból, szczęście i nieszczęście?

Wszystko się kręci, znika i mnoży w odmętach losu, w ciągach przypadkowości, przyjemności i bólu, szczęścia i nieszczęścia. W nieprzewidywalności. To jest życie.

Przewidywalne i nieprzewidywalne zarazem.

Saša Stanišić "Skąd"

Chociaż literatura bałkańska pozostaje w zasięgu moich

zainteresowań, nie od razu sięgnęłam po książkę "Skąd" Sašy Stanišića, niemieckiego pisarza o bośniackich korzeniach (Książkowe Klimaty 2022; przełożyła Małgorzata Gralińska). Moją czujność wzbudziła, kiedy znalazła się wśród nominowanych do Angelusa, nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej, a kiedy ją zdobyła, postanowiłam wreszcie po nią sięgnąć. Napisałam, że autor jest niemieckim pisarzem o bośniackich korzeniach, bo taką informację można znaleźć na stronie Angelusa, ale tak naprawdę problem jego tożsamości jest mocno skomplikowany i między innymi o tym opowiada jego książka określana, na tej samej stronie, jako bardzo biograficzna powieść. Czy rzeczywiście jest to powieść można mieć wątpliwości nawet, jeśli przyjmiemy, że nie dostajemy historii życia autora opowiedzianej jeden do jednego. Jak jest w rzeczywistości, trudno powiedzieć. Nie udało mi się znaleźć żadnego wywiadu z Sašą Stanišićem. Mniejsza o to - powieść czy nie powieść, autobiograficzna w stu procentach czy tylko częściowo nie ma znaczenia. Tak czy inaczej po "Skąd" naprawdę warto sięgnąć.

Muszę jednak przyznać, że nie od razu było mi z tą książką po drodze. Może dlatego, że początkowo czytałam z doskoku, nie mogłam poświęcić jej więcej czasu, a może musiałam przyzwyczaić się do jej formy? Do sposobu opowiadania? Bo czasem dostajemy coś w rodzaju krótkich opowiastek o członkach rodziny, szkolnych kolegach, zdarzeniach z przeszłości dalszej lub bliższej, czasem konkretne informacje autobiograficzne, czasem jakieś rozważania dotyczące tożsamości autora? narratora?, a czasem dłuższe partie układające się w większą całość. Wątki rodzinne przeplatają się ze wspomnieniami o doświadczeniach nastolatka, który musi odnaleźć się w całkiem nowej rzeczywistości, który został brutalnie wyrwany ze swojego bośniackiego życia i razem z mamą, Boszniaczką, ale nieidentyfikującą się religijnie, przedzierał się przez liczne granice do Niemiec. Ojciec, Serb, został jeszcze ze swoją matką przez jakiś czas w Višegradzie, bośniackim mieście nad Driną, i dołączył do rodziny pół roku później. Mieszają się czasy i bohaterowie. Dopiero po jakimś czasie książka wciągnęła mnie tak bardzo, że trudno było mi się od niej oderwać. Dałam się jej porwać, unieść i mocno ją przeżyłam.

Autor meandruje pomiędzy różnymi tematami. Jednym z nich jest doświadczenie nastolatka wyrwanego ze swojego świata i przeniesionego w miejsce, gdzie wszystko musi zaczynać od nowa. Pisze o degradacji ekonomicznej, ciasnym mieszkaniu, życiu w gorszych dzielnicach zamieszkiwanych przez imigrantów z różnych krajów. O towarzyszącym temu wstydzie, który nie pozwalał mu zapraszać do domu szkolnych kolegów.  O tym, jak szybko zrozumiał, na ile ważna jest znajomość języka i wykształcenie, bo tylko to pozwalało mu dorównać do niemieckich kolegów. Opowiada o dyskryminacji, której doświadczali tacy jak on. Zbieraliśmy przypadki dyskryminacji niczym pieczątki w schroniskach. Ale nie narzeka. Oparciem dla niego byli nie tylko rodzice i inni krewni, ale także grupa kolegów poznanych w szkole, też imigrantów z różnych stron. To dzięki nim dobrze wspomina tamten czas. Dlatego nigdy nie doświadczył tak głębokiej samotności jak Maryam Madjidi, autorka "Lalki i Marksa", o której pisałam poprzednio. Znacznie gorszą sytuację mieli jego rodzice, ludzie wykształceni, którzy po trzydziestce musieli zaczynać życie od nowa, pracować ciężko fizycznie, byli wykorzystywani przez pracodawców, a jednocześnie  robili wszystko, aby on miał lepiej. Przyznaje, że w tamtym czasie nie zdawał sobie sprawy, czego naprawdę doświadczali i z ogromu ich wyrzeczenia, bo nigdy się nie skarżyli. On parł do przodu i dzięki nim mógł prowadzić życie beztroskiego nastolatka. Zastanawia się, co było kluczem do jego sukcesu, do tego, że jemu się udało, że nie został deportowany do Bośni, kiedy wojna się skończyła, a taki los spotkał wielu jego krewnych, że ostatecznie ma dobre, ułożone  życie. Dochodzi do wniosku, że oprócz szczęścia do ludzi, którzy w różny sposób mu pomogli, ważne było jego nastawienie - nigdy nie fetyszyzował swojego pochodzenia, narodowej tożsamości, zawsze próbował przynależeć do jakiejś grupy, szukał najmniejszego wspólnego mianownika. Tak o tym pisze, przyglądając się sobie z dystansu.

... jest chłopakiem z Bośni, który w winnicach u stóp Emmertsgrund uczy się niemieckiego od pewnej dziewczyny. Znacznie później uzmysłowi sobie, że przypadkiem stał się chłopcem z Heidelbergu. Zrządzenie losu nazwie szczęściem, a miasto - swoim Heidelbergiem.

Kolejny temat to powroty, już po wojnie,  do rodzinnego miasta, do babci, która tam została. Z jednej strony, oprócz niej, łączą go z tym miejscem wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa i rodzinne korzenie. Z drugiej nie jest to już jego miasto. Na wszystkim cień położyła wojna.

W Višegradzie nie ma już dla mnie prawie żadnych beztroskich miejsc. Prawie żadnych wyłącznie osobistych wspomnień. Niemal każde pojawia się z dopiskiem, z przypisem o sprawcach, o ofiarach i okrucieństwach, które się tam rozegrały. To, co kiedyś tam odczuwałem, wymieszało się z tym, co wiem o konkretnym miejscu.

W 1996 roku podczas mojej pierwszej wizyty w  Višegradzie po zakończeniu wojny, miasto było pełne ludzi i rozpaczy, brutalne i bezrobotne. Nie wróciłem, znalazłem się po raz pierwszy w nowym miejscu.

Podobnie na miasto, które stało się cieniem dawnego siebie, patrzy jego matka. Te odczucia potęgowane są przez towarzyszący jej lęk i napięcie, których źródłem jest jej pochodzenie. To przecież stąd uciekła z powodu grożącego jej śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Dostrzega apatię zniszczenia, na wpół załatwione sprawy, nepotyzm, upadek, wieczny mrok, wieczne wczoraj. I czuje nienawiść.

Jego powrotom towarzyszą wyrzuty sumienia. Bo wprawdzie nie miał lekko, ale nie przeżył wojny jak jego koledzy stamtąd, a dziś może śmiało powiedzieć, że u niego wszystko w porządku, kiedy oni narzekają, jak źle im się wiedzie.

Osobny ważny temat, który przeplata się przez całą książkę, to opowieść o babci, matce ojca, która powoli popada w demencję. Jak zapewnić jej opiekę, kiedy nikt  z rodziny nie mieszka na miejscu? Przejmująca jest ta historia bliskiej osoby, która coraz częściej  nie jest już sobą, traci pamięć, staje się coraz słabsza, nie radzi sobie z codziennością. 

Babcia składa się z pustych miejsc - niedokończonych zdań i zgubionych wspomnień ...

Na koniec chcę wspomnieć jeszcze o krótkim, ale niezwykle przejmującym fragmencie. Nie od razu zorientowałam się, że dotyczy autora i jego matki. To zapisana w kilkunastu zdaniach, w trzeciej osobie skondensowana historia ich tułaczki, kiedy po ucieczce z Bośni usiłowali się dostać do Niemiec. Obok toczy się normalne życie, a oni obciążeni bagażem, skrajnie wyczerpani, głodni, niewyspani wędrują, często na piechotę, próbując przekroczyć kolejną granicę. To wszystko zapisane tak bezosobowo, z dystansu, w wielkiej kondensacji zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie. Te wspomnienia prowokują migranci, których spotyka w swoim rodzinnym mieście i jego okolicach.

Myślę o uchodźcach w lasach, pod mostem w Višegradzie. Bałkańskie szlaki prowadzą ich przez miejsca, z których my uciekaliśmy. Otwieram okno. Jestem tu z własnej woli.

Lana Bastašić "Złap zająca"

Jak niedawno wspominałam, szukanie  interesującej, niebłahej prozy

współczesnej to zajęcie bardzo ryzykowne. Więcej rozczarowań i straty czasu niż spełnień i poczucia, że warto było. Tym razem jednak się udało. Mój czytelniczy radar nastawiony między innymi na literaturę bałkańską wyłapał debiutancką powieść Lany Bastašić "Złap zająca" (Wydawnictwo Literackie 2023; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić). Zachęcona pozytywną recenzją, chociaż to gwarancji nie daje, szybko się za nią zabrałam i połknęłam jednym tchem. Wreszcie współczesna powieść bardzo dobrze napisana i przede wszystkim o ważnych problemach! Zanim podzielę się refleksjami, jeszcze kilka informacji o autorce. Nie ma tego wiele. Na Bałkanach sprawy tożsamościowe bywają skomplikowane, podaję więc za wydawnictwem, że jest Bośniaczką urodzoną w Zagrzebiu. Gdzieś znalazłam jeszcze informację, że w serbskiej rodzinie. Mieszka, a może nadal mieszka, w Barcelonie.

Na początek jednak kamyczek do ogródka wydawnictwa i dobra rada dla przyszłych czytelniczek i czytelników tej powieści. Jeśli ktoś nie bardzo orientuje się w najnowszej historii Bałkanów, jeśli niewiele wie o Bośni i Hercegowinie, która powstała po upadku Jugosławii, przed lekturą koniecznie powinien zajrzeć do jakichś źródeł. W przeciwnym wypadku nie zrozumie istotnych dla tej książki kwestii narodowościowych. Stąd moje pretensje - aż się prosi o wstęp dotyczący tej problematyki i przypisy. Co to jest AVNOJ? Dlaczego jedna z bohaterek zmieniła imię i nazwisko - z Lejli Begić stała się Lelą Berić? Tego pierwszego musiałam szukać, drugiego się domyśliłam, bo szczęśliwie dzięki lekturom nieco się orientuję w zawiłościach bałkańskiej historii i konfliktach narodowościowych. Wiem, wiem, dziś wszystko można sprawdzić, dużo czasu to nie zajmuje, są jednak wydawnictwa, które w takich wypadkach opatrują książkę wstępem i przypisami. Ale czas wreszcie przejść do powieści.

"Złap zająca" to historia pewnej przyjaźni, powieść drogi, a to wszystko na tle skomplikowanej sytuacji w Bośni i Hercegowinie. Zagadnienia tożsamości, konfliktu narodowościowego zajmują w książce bardzo istotne miejsce. Spokojne życie  Sary, narratorki powieści, Serbki z Banja Luki mieszkającej od lat w Dublinie, nieoczekiwanie przerywa telefon od jej dawnej przyjaciółki Lejli. Nie rozmawiały ze sobą od kilkunastu lat, poróżniły się jeszcze w swoim mieście rodzinnym, kiedy obie były studentkami. Lejla domaga się od Sary, aby ta przyjechała do Mostaru, gdzie teraz mieszka, i zawiozła ją do Wiednia, bo straciła prawo jazdy, a nikt inny nie może tego zrobić. Przyznacie, że to prośba dziwna i właściwie bezczelna. Kupić z dnia na dzień bilet na samolot do Zagrzebia, tłuc się stamtąd kilkanaście godzin nocnym autobusem do Mostaru, a potem jechać do Wiednia? Tak nagle rzucić wszystko, wywalić pieniądze, aby podporządkować się żądaniu kogoś, z kim nie rozmawiało się kilkanaście lat i do kogo ma się zadawniony żal? Ale Lejla właśnie taka jest. Ona się nie tłumaczy, nie wyjaśnia, ona się domaga. Zdumiona Sara odmawia, ale kiedy dowiaduje się, że w Wiedniu jest Armin, starszy o kilka lat brat Lejli, który nagle zniknął w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie, decyduje się spełnić prośbę dawnej przyjaciółki. Tego dowiadujemy się w pierwszym rozdziale powieści. Dlaczego wieść o Amirze tak bardzo zelektryzowała Sarę? Stopniowo będziemy odkrywać prawdę.

Towarzysząc Sarze i Lejli w ich podróży, powoli poznajemy historię ich przyjaźni, dowiadujemy się, co je poróżniło, o co mają do siebie pretensje. To rodzaj relacji nierównej. W ich przyjaźni Lejla była tą silniejszą, wodziła Sarę za nos, imponowała jej, a ona się podporządkowywała. A przecież ich przyjaźń właściwie nie powinna się zdarzyć. Sara to Serbka, Lejla Bośniaczka. Przed wojną to by nie miało znaczenia, nieżyjący ojciec Lejli był popularnym śpiewakiem, ale jego śmierć i wojna zmieniły wszystko. Nagle ona, jej matka i brat zaczęli być traktowani jak trędowaci. Zmiana imion i nazwiska niewiele dała, przecież wszyscy wiedzieli, kim naprawdę są. Ta przyjaźń nie była w smak rodzicom Sary. Wybierając Lejlę, odsunęła się też od grupy rówieśników, w których łaski za wszelką cenę chciała się wkraść.

Kiedy w pewnym momencie musiałam wybierać, coś przeważyło na twoją korzyść. Może Armin, może coś innego. może się bałam, że zabierzesz ze sobą wiedzę, jak zabiłam wróbla. Póki jestem twoją przyjaciółką, nie wykorzystasz tego przeciwko mnie. Pewnie dlatego wybrałam ciebie, a może z powodu czegoś mniej oczywistego.

Tu koniecznie muszę wyjaśnić, że Banja Luka, gdzie mieszkały, to miasto w tej części Bośni i Hercegowiny, w której Serbowie przeważali, dziś to faktyczna stolica Republiki Serbskiej będącej częścią Bośni i Hercegowiny. Być może dlatego dorosła Lejla mieszka w Mostarze, chociaż jej matka została w ich rodzinnym mieście. 

Muszę przyznać, że Lejla to bohaterka wyjątkowo irytująca. Silna osobowość, antypatyczna, despotyczna, potrafi drwić z dawnej przyjaciółki, milczy, trudno do niej dotrzeć, niczego nie wyjaśnia, nie tłumaczy, zachowuje się dziwnie. Z drugiej strony kiedy ją lepiej poznajemy, rozumiemy, że nie ma jej czego zazdrościć. Że prawdopodobnie jest pełna kompleksów, czuje się niedoceniona i nie dość ważna dla swoich bliskich, a jej sposób bycia to maska chroniąca ją przed światem. Tak jak przed wrogością serbskich sąsiadów miała ją chronić zmiana imienia i jednej literki w nazwisku. W jej oczach Sara odniosła sukces. Bo wyjechała z Bośni, bo pisze, bo ma pracę, ma faceta. Nie wie, że to stabilne, uporządkowane, przeciętne życie  okupione było latami samotności, brakiem pieniędzy, łapania byle jakiego zajęcia. Teraz też Sara nie należy do krezusek. Różnica jest jednak taka, że dla niej smartfon to coś oczywistego, a Lejla nadal posługuje się starą komórką z klapką, nie dlatego, że taką ma fantazję, ale dlatego, że jej nie stać na to, co dla innych jest przedmiotem codziennego użytku.

Nie biorę udziału w licytacji. Nie mam się czym chwalić. Jestem zdrowa, przyjechałam z Irlandii, mam Michaela i jadę do Mostaru, bo mam pieniądze, by sprostać kaprysom Lejli. I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że swoim zaproszeniem złamała mi kręgosłup. Jak miałabym się ścigać z ich zmarłymi, ruinami nędznymi emeryturami? 

Tak myśli Sara, przyglądając się współpasażerom nocnego autobusu z Zagrzebia do Mostaru i przysłuchując się ich rozmowom. Swoim nagłym pojawieniem się Lejla wytrąca ją z jej spokojnego życia, przypomina, że świat to chaos i nieład i nie da się przywrócić w nim porządku. Bo nawet jeżeli uciekniemy, tak jak uciekła Sara, to i tak Bośnia nas dogoni.  

... nadal wyczuwałam ją [Bośnię] między nami, jakbyśmy przebyły morze popiołów i spaloną ziemię. "Zawsze jesteśmy w Bośni". Teraz zaczęłyśmy ją wlec ze sobą do Europy. Nasz kraj z niespokojnymi granicami tak naprawdę jest bezgraniczny. Na próżno się wadziliśmy, przeganiali i zabijali: nigdy nawet się w nim nie odnaleźliśmy, to on wdarł się w nas niczym fantomowy świerzb. 

Sara zdaje się nienawidzić Bośni i wszystkiego, co ją z nią łączy. Tożsamościowe zawirowania odcisnęły na niej piętno. Wprawdzie jej rodzice byli Serbami, ale kiedyś nie miało to dla nich znaczenia. Potem swoją serbskość, jak inni, musieli udowadniać na siłę - obchodząc serbskie prawosławne święta, przygotowując tradycyjne potrawy, w końcu chrzcząc kilkunastoletnią Sarę w cerkwi. 

Mój tata. który, ot tak, nagle zdecydował, że będziemy obchodzić prawosławną slavę. Mama ukradkiem szukała jakichś artykułów prasowych o tym, jak to przygotować. W tamtym czasie jakiekolwiek odstępstwa od reguł były niewybaczalne; goście zasiedli przy naszym stole niczym ława przysięgłych, gotowi osądzić każdy, nawet najmniejszy błąd.

Czy  z powodu tej nienawiści do kraju nie przyjechała na pogrzeb ojca i nie utrzymuje właściwie kontaktu z matką? Jest w powieści scena wstrząsająca, której czytanie powodowało we mnie dyskomfort, a właściwie nawet obrzydzenie. Narratorka idzie na podwórko rodzinnego domu i ukryta w ciemności z odrazą obserwuje matkę. Chociaż kibicowałam Sarze, to muszę przyznać, że nie wszystko potrafiłam w niej zaakceptować. Ona też była pogubiona, rozdarta.

Może właśnie wtedy rozpadłam się na pół - na tę, która akceptuje twoją [Lejli] prawdę (...) i tę drugą, która po szkole idzie do domu i spełnia sen matki o dziewczynce w różowej sukience. A może to poszło jeszcze dalej - może już wtedy wymyśliłam siebie dla tego całego kolorowego świata (...) Dlatego łatwo było wyjechać, zmienić język, inaczej wymawiać swoje imię, udawać, że gdzieś daleko w czarnym sercu Europy nie istniejesz. 

Bardzo dobra powieść o powikłanych ludzkich relacjach, o stosunku do własnego kraju, przed którym chce się uciec, ale chyba nie można, o tożsamości, przed którą też nie ma ucieczki, wreszcie o bałkańskich konfliktach z wojną, której właściwie w powieści nie ma, w tle. No i świetnie się czyta, bo autorka żonglując czasem, umiejętnie podsyca naszą ciekawość, stopniowo zdradzając tajemnice bohaterek. A wisienką na torcie jest zaskakujące, zupełnie nieoczekiwane zakończenie.

Miha Mazzini "Wymazana"

Literatury bałkańskie interesują mnie od dawna, podobnie jak

inne niszowe. Ale do bałkańskich mam chyba szczególną słabość. Powikłana, nieoczywista historia, cień wojen z lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, tak niewiarygodnych, bo tak blisko, Europa, ale jednak inna, z domieszką czegoś odmiennego (najlepiej byłoby napisać - egzotycznego, orientalnego), no i kulturowa różnorodność. Dlatego zawsze zwracam uwagę na książki z Bałkanów, co nie oznacza, że automatycznie po nie sięgam. Ale jeśli tylko temat zapowiada się interesująco, jeśli mam pewność, że przynajmniej trochę warto, to tak. A szansa na to ostatnie na pewno jest większa niż w przypadku tytułów anglojęzycznych, ponieważ książek serbskich, chorwackich, słoweńskich, nie mówiąc o innych z tego regionu, ukazuje się niewiele, co pozwala mi wierzyć, że wydawcy dokonują uważnego wyboru. Nic zatem dziwnego, że kiedy tylko ukazała się powieść "Wymazana" Mihy Mazziniego (Wydawnictwo Ezop, seria Wyszukane 2020; przełożyła Marlena Gruda), zaczęłam ostrzyć sobie na nią zęby. Mój apetyt jeszcze wzrósł, kiedy w necie zaczęły mi migać dobre recenzje.

Historia opowiedziana w tej powieści, wydaje się być niewiarygodna, a jednak jest prawdopodobna. Taka, o jakiej lubimy mówić kafkowska, jak z Kafki. Akcja toczy się w Lublanie, stolicy niepodległej już Słowenii w latach dziewięćdziesiątych. Zala Jovanović, córka Serba i Słowenki, urodzona w Kragujevacu, którego nie pamięta, bo ojciec, wojskowy, został stamtąd przeniesiony, kiedy miała kilka miesięcy, rodzi w lublańskim szpitalu syna. Chociaż Zalę czeka samotne macierzyństwo, bo rozstała się z ojcem dziecka i nigdy nie powiedziała mu o ciąży, to jest szczęśliwa. Ale szczęście trwa krótko - natychmiast pojawia się problem. Okazuje się, że Zala Jovanović ... nie istnieje, przynajmniej w Słowenii. Nie ma jej nazwiska w komputerze, a zatem nie ma ubezpieczenia, a więc będzie musiała zapłacić za poród i pobyt w szpitalu swój i dziecka. Ale to nie koniec komplikacji, jakie na nią spadną. Ktoś, kto oficjalnie nie istnieje, a więc ktoś nielegalny, nie będzie mógł pracować, będzie się musiał przemykać przez życie cichutko niczym myszka, aby nie ściągnąć na siebie uwagi żadnych służb państwowych. Kiedy wpadnie za byle wykroczenie, szybko wyląduje za drutami ośrodka dla azylantów, a stamtąd już prosta droga do deportacji. Wymazana osoba łatwo staje się łupem rozmaitych mętów, cwaniaczków i hochsztaplerów, nawet tych zajmujących wysokie miejsce na społecznej drabinie. Bo cóż ona może, skoro jej nie ma? Gdzie się poskarży? Do kogo wniesie zażalenie? Dlatego można pozbawić ją wszystkiego - mieszkania, a nawet dziecka. 

Okrucieństwo i paradoks sytuacji Zali polega na tym, że ona naprawdę czuje się Słowenką, mówi po słoweńsku, a z Serbią nic ją nie łączy, nikt tam na nią nie czeka, nie ma tam żadnych krewnych ani przyjaciół. I podobnie wygląda sytuacja innych wymazanych. Albo też nie mają tam nikogo, albo więcej mają wspólnego  ze Słowenią, albo nie chcą jechać tam, gdzie trwa wojna. Kto by chciał. A było ich w dwumilionowej Słowenii w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku ponad dwadzieścia pięć tysięcy, nieoficjalnie prawie pięćdziesiąt, w tym pięć tysięcy dzieci. Wyjaśnijmy wreszcie, co znaczy eufemizm wymazana, wymazani. To ludzie pozbawieni obywatelstwa. Dlaczego? Bo oprócz obywatelstwa Jugosławii, która właśnie się z hukiem rozpadała, posiadali jeszcze paszport innego z krajów Republiki, na przykład właśnie Serbii, a nie mieli słoweńskiego. Uznano ich za nielojalnych wobec nowego państwa i narodu słoweńskiego. Tłumaczka, Marlena Gruda, w posłowiu nazywa ten proceder administracyjną czystką etniczną. Władze niepodległej Słowenii wprowadziły ustawę nagle, 26 lutego 1992 roku, i bez wielkiego rozgłosu. Niby był czas na uregulowanie swoich spraw, ale mało kto o tym wiedział. Nie wieszano informacyjnych plakatów na billboardach, nie trąbiły o tym media. Zala jest kobietą wykształconą, pracuje w przedszkolu, ma przyjaciółki, obraca się wśród ludzi i ani ona, ani nikt z jej otoczenia nie miał pojęcia, że powinna zalegalizować swój pobyt. Krótki cytat z posłowia.

Ten krok był wręcz niepojęty i niewyobrażalny w niegdysiejszej SFRJ, w której panowała zasada równości i jedności. Ludzie przyjeżdżali do Słowenii na studia, do pracy lub na kursy dokształcające jak do innego regionu SFRJ. Często zakładali tam rodziny i rozwijali się zawodowo. Żyli w tym państwie dziesięć, dwadzieścia albo trzydzieści lat. Wielu z nich nigdy nie było w kraju, z którego pochodzili ich przodkowie.

Z posłowia można się również dowiedzieć, jak długo trwały prawnicze i sądowe przepychanki o uznanie tej ustawy za niekonstytucyjną w Słowenii, a potem w Europie. Niektóre sprawy o odszkodowania toczą się do dziś. 

Powieść Mihy Mazziniego ma wymiar uniwersalny. Bo ludzi bez obywatelstwa, bezpaństwowców było i jest na świecie bardzo wielu. Przecież od czasu do czasu nasze media trąbią o sprawie rodziny, która ma zostać wydalona z Polski, bo nie uzyskała pozwolenia na pobyt. Jaki jest los dziecka urodzonego już w Polsce? Dziecka, które mówi tylko po polsku, tu chodzi do przedszkola albo nawet do szkoły, tu ma przyjaciół i nie zna kraju, do którego ma być razem z rodziną deportowane? A los jego rodziców, którzy już u nas zapuścili korzenie? No ale na co stać nasze władze, przekonujemy się teraz, kiedy na polsko-białoruskiej granicy straż graniczna na rozkaz z góry wypycha uchodźców. Nieważne, chorych czy zdrowych, dorosłych czy dzieci. Głodnych, zmarzniętych, wymęczonych, bezradnych.

Powieść Mihy Mazziniego od początku do końca trzyma w napięciu. Zala najpierw nie rozumie swojej sytuacji, kto by rozumiał?, potem jest przekonana, że to pomyłka i bez trudu wyjaśni ją w urzędzie. Tymczasem coraz bardziej pogrąża się w matni. Dumna i samodzielna próbuje poradzić sobie sama. Szybko jednak przekona  się, że tu potrzebne są znajomości i to nie byle jakie. Zala przechodzi szybki kurs obywatelskiego dojrzewania. Zaczyna rozumieć znaczenie słów wysoko postawieni znajomi, koneksje i innych podobnych. Uświadamia sobie, jak bezradny jest człowiek w zetknięciu z urzędniczą machiną państwa, państwa, w którym nie ma prywatnych mediów, w którym nawet autorytety żyją na państwowym garnuszku. Który dziennikarz, który wielki pisarz odważy się nagłośnić sprawę? Każdy po cichu skrzywdzonym współczuje, ale oficjalnie nie zrobi nic. W Zali budzi się duch działaczki - ratując siebie, chce pobudzić innych do walki, ale w pewnym momencie stanie przed szatańską alternatywą, będzie musiała dokonać wyboru. Jakiego? Nie zdradzę, bo, jak wspomniałam, "Wymazana" do końca trzyma w napięciu. Nie miałam pojęcia, jak zakończy się historia Zali.

Na koniec warto dodać, że w tle głównego dramatu, jest też historia rodzinna, relacje z autorytarnym ojcem, wojskowym niepotrafiącym pogodzić się z rozpadem Jugosławii, nieudane związki z mężczyznami i kryminalna afera, w którą zamieszani są wykształceni, kulturalni ludzie na stanowiskach wykorzystujący kobiety takie jak Zala. Bardzo dobra, chociaż mroczna powieść. Cóż, każdy kraj ma swoje trupy w szafie. 

Kapka Kassabova "Granica. Na krawędzi Europy"

Dziś będzie o "Granicy. Na krawędzi Europy" Kapki Kassabovej

(Czarne 2019; przełożył Maciej Kositorny), która z nowości stała się zaległością. Mój czytnik jest pełen takich książek. Ta przeleżała tylko dwa lata, a w jego głębinach są znacznie starsze. Cóż, taki los namiętnego czytelnika - zawsze kupuje więcej, niż jest w stanie przeczytać. Jak to zwykle bywa, o "Granicy" przypominałam sobie co jakiś czas, ale zawsze zwyciężało coś innego. Zmobilizował mnie ostatecznie fakt,  że właśnie ukazała się kolejna książka Kapki Kassabovej. Teraz wiem, że na pewno ją przeczytam. Kim jest autorka? Urodzona w Sofii jako dziewiętnastolatka wyjechała z rodzicami z Bułgarii do Nowej Zelandii, od kilkunastu lat mieszka w Szkocji. "Granica" jest opowieścią o jej powrocie na pogranicze bułgarsko-turecko-greckie. Dwa dzikie pasma górskie, Strandż i Rodopy, i nizinna Tracja. No i jeszcze morze.

To książka, która pochłania, przenosi do innego świata. Czasem, delektując się opisami odludnych gór i zagubionych w nich wiosek, ulega się iluzji, że ten zakątek Europy pozbawiony jest problemów, że można się w nim skryć, uciec. Czytając, fantazjowałam sobie, że mogłabym zamieszkać w jednej z takich wiosek, o jakich opowiada autorka. Takie nasze mityczne Bieszczady. Oczywiście, ja człowiek miasta, długo bym w takiej głuszy nie wytrzymała. A poza tym w miarę lektury ta sielanka okazuje się tylko złudzeniem. Nigdy nie było tu spokojnie. I dziś również ten tylko pozornie arkadyjski rejon ma swoje problemy. Wyludnia się. Staje się ofiarą bezwzględnego biznesu, który kaleczy góry, wyszarpując z nich kamień, wybierając piasek z dna rzek. Może to już ostatni taki moment, może za kilka lat ten dziki zakątek Europy zostanie bezpowrotnie zniszczony. Kiedy kończąc swoją podróż, Kapka Kassabova wraca do bułgarskiej wioski, gdzie zaczęła się jej przygoda, cieszy się, że droga, którą tam kiedyś jechała, została wyremontowana. Niestety radość mąci świadomość, że zrobiono to nie dla mieszkańców, ale dla ciężarówek, które wywożą piasek z rzeki. Ale to nie wszystko. Ten graniczny teren, to miejsce wielu ludzkich tragedii. Dzikie góry dają złudzenie, że granicę można przekroczyć bez problemów i znaleźć się w Unii Europejskiej. Raj dla przemytników, którzy za ciężkie pieniądze przeprowadzają nieszczęśników z tureckiej Tracji do Bułgarii albo do Grecji. Trudno ich nie poznać, zmęczonych, smutnych, zrezygnowanych. Trudno patrzeć im w oczy.  Ci, którym się udaje, tkwią potem miesiącami albo latami w obozach dla uchodźców. Kapka Kassabova spotyka i tych, którzy czekają na swoją szansę po tureckiej stronie granicy, i tych, którzy granicę już przekroczyli. Z niektórymi zawiera bliższą znajomość, czasem może napisać, że ich historia skończyła się szczęśliwie. Po miesiącach czekania mogli połączyć się z krewnymi mieszkającymi już w Europie albo zacząć tu wszystko od początku. 

Ale to miejsce, od kiedy po upadku imperium osmańskiego stało się terenem granicznym, było świadkiem wielu tragedii. Wojny bałkańskie, obie światowe, konflikt turecko-grecki, grecka wojna domowa, wreszcie zimna wojna to wszystko było przyczyną wiecznych wędrówek ludów. Nowe granice i rodzące się wraz z ich przesuwaniem nacjonalizmy sprawiały, że ludzie uciekali, ale znacznie częściej byli wypędzani. Tak było z bułgarskimi Turkami, którzy w komunistycznej Bułgarii mogli zostać, jeśli zmienili nazwisko. Kto nie chciał się wyrzec swojej narodowej tożsamości, musiał zostawić rodzinne strony. Często osiedlali się po drugiej stronie, blisko granicy. W greckiej części Rodopów autorka spotyka potomków tych, którzy kiedyś musieli uciekać z imperium osmańskiego. Trudny był i jest los Pomaków zamieszkujących Rodopy, słowiańskich muzułmanów. Wiele tragedii rozegrało się na granicy bułgarsko-tureckiej albo bułgarsko-greckiej w czasach zimnej wojny. To historia, o której niewiele się wie. Przyćmiewają ją tragedie, jakie towarzyszyły próbom forsowania muru berlińskiego. Tymczasem niektórzy usiłowali wydostać się na wolność właśnie tędy. Myśleli, że łatwo przekroczyć tę granicę wytyczoną w dzikich górach. Jakże się mylili! Była świetnie strzeżona, także za pieniądze niemieckie, bo wielu Niemców z NRD próbowało uciekać właśnie tędy. Kapka Kassabova opowiada wiele takich tragicznych historii. Niektórzy ginęli zastrzeleni przez pograniczników, inni trafiali do więzienia. I nie było to lekkie więzienie. Czasem decydował łut szczęścia albo pech. Krótka chwila odpoczynku, błędne przekonanie, że już się udało, spotkanie z pasterzem albo drwalem. A dla nich to był dylemat - donieść czy pozwolić odejść? A co jeśli ktoś obserwuje? I nie będzie trzymał języka za zębami? Ale wielu miejscowych było tak zindoktrynowanych, że żadnych wątpliwości nie mieli.  Autorka próbuje rozmawiać także z tymi, którzy kiedyś tej granicy pilnowali. 

Książka Kapki Kassabovej to także opowieść osobista. Wspomnienia dzieciństwa spędzonego w Bułgarii, ale również nieoczekiwane odkrycie, że coś ją przyzywa do tych gór, trudno rozstać się z nimi  i z ich mieszkańcami. Chociaż autorka większą część życia spędziła poza Bułgarią, to nieoczekiwanie na nowo uświadamia sobie tę część swojej tożsamości. Na tym pograniczu żyje wielu takich jak ona - ludzi o pogmatwanych życiorysach, przesiedlonych, uciekinierów, którzy za czymś tęsknią. Mnóstwo w "Granicy" niesamowitych spotkań. Za każdym z nich kryje się jakaś historia, często smutna, czasem optymistyczna. Ale jest to też opowieść awanturnicza. Autorka odbywa wiele ryzykownych wędrówek albo sama, albo prowadzona przez miejscowych. Nie zawsze wie, czy można im zaufać. Dociera w miejsca dzikie, tajemnicze. Pięknie opisuje urodę tych odludnych gór. No i jest jeszcze coś. Zwłaszcza w Strandży przetrwało wiele tajemniczych miejsc i obyczajów. Nadal można tu spotkać ludzi chodzących po rozżarzonych węglach, źródła o magicznej mocy ukryte w głuszy, znachorów, usłyszeć opowieści o niezwykłej kuli światła. Dużo tu takich niesamowitych opowieści.

Bardzo ciekawa książka. Cieszę się, że będę mogła przeczytać kolejną opowieść Kapki Kassabovej.   

Miljenko Jergovic "Psy nad jeziorem"

Bałkańskiego pisarza Miljenka Jergovicia wielbię za dwie powieści. To "Ruta Tannenbaum" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". Za tę drugą dostał kilka lat temu Angelusa, pierwsza, według mnie jeszcze lepsza, była do nagrody kiedyś nominowana, ale chyba nie znalazła się w ścisłym finale. Bardzo lubię też i cenię esej "Ojciec", historię rodzinną pisarza. Wysoko stawiam zbiór opowiadań "Drugi pocałunek Gity Danon". Ale dwie jego samochodowe opowieści już mnie tak nie zachwyciły, szczególnie "Buick Riviera", "Wołga, Wołga" jest znacznie lepsza, ale jednak to nie powieść klasy dwóch pierwszych wymienionych przeze mnie. O wszystkich pisałam. Na lekturę czeka jeszcze "Wilimowski" i "Freelander", trzecia z serii samochodowej. Teorię mam taką, że najlepiej wychodzą Jergovicowi powieści grube.

No a teraz sięgnęłam wreszcie po "Psy nad jeziorem" (Czarne 2017; przełożyła Magdalena Petryńska). Tłumaczka dopięła swego i doprowadziła do wydania kolejnej powieści pisarza, a wiem, bo miałam okazję chwilę z nią rozmawiać  po spotkaniu z Jergoviciem, które współprowadziła, że nie było to takie proste. Jeśli ktoś nie zetknął się dotąd z prozą bałkańskiego pisarza, a chciałby spróbować, to namawiam go koniecznie na "Rutę Tannenbaum" i "Srdę". Wzięcie na pierwszy ogień "Psów nad jeziorem" może nie okazać się tak fascynujące, bo nie ma co kryć, to książka nie jest książka klasy tamtych dwóch. Ja oczywiście nie żałuję, że ją przeczytałam, znalazłam tu to, co cenię u pisarza najbardziej, czyli żywioł nieskrępowanej opowieści, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, aby "Psy nad jeziorem" wywarły na mnie większe wrażenie. Mam też poczucie, że być może jakaś warstwa powieści jest dla mnie niedostępna, a to dlatego, że, jak pisze autor w krótkiej odautorskiej nocie, "Psy nad jeziorem" to ćwiczenie stylistyczne na marginesie serialu telewizyjnego "Zagubieni" i powieści Roberta Bolano "Dzicy detektywi". Tak, słusznie w tym momencie domyślasz się czytelniku tej notki - serialu nie widziałam, Roberta Bolano nie czytałam w ogóle. Zostawiam więc ten wątek i przyznaję, że pewnie ktoś, kto obie pozycje zna, będzie miał z "Psów nad jeziorem" więcej satysfakcji.

A co zostało dla czytelnika takiego jak ja? Żywioł opowieści i poczucie, że świat jest jednym wielkim chaosem i padołem łez. Tyle tu bólu, zbrodni, bezsensownej przemocy, wojen, chorób i śmierci. Jako realistka, co niektórzy mylą z pesymizmem, i pilna obserwatorka przeszłej i obecnej rzeczywistości zgadzam się z taką diagnozą, ale ... Ale mam takie wrażenie, że albo autor pisze pod tezę, albo wyrzucił z siebie całą złość i całe przerażenie złem, jakie pleniło się i pleni na świecie. Raczej stawiałabym na to drugie. Niemal wszystkie opowieści, jakie snuje dwóch bohaterów, jeden, pogrążony w śpiączce bałkański pisarz, i drugi, recepcjonista z belgradzkiego hotelu, który go znalazł, dotykają wojennych zbrodni, śmierci, choroby, przemocy. Jergovic w swojej powieści stale wraca do historii Bałkanów, do drugiej wojny, czasów komunizmu, najnowszych wojen. Jest dosadny i ironiczny, w lapidarny sposób wyrzuca światu niepamięć i obojętność. Jego bohaterowie nie są w stanie uniknąć śmierci, nawet jeśli bardzo przed nią uciekają. Za to zbrodniarze często kary unikają i dożywają swych dni gdzieś w Ameryce Południowej jako szanowani obywatele. Nawet dzieciństwo kryje mroczne tajemnice.  Wszystkie opowiadane historie, a jest tu ich kilka, podporządkowane są kanonom gawędy. Recepcjonista wymyśla historię swojej kuzynki, ale snuje ją w miarę logicznie i składnie, od początku do końca. Inaczej jest z opowieściami pisarza pogrążonego w śpiączce. Jego historie są chaotyczne, skacze od jednej do drugiej, nie wiadomo, co jest prawdą, co sennym majakiem. Trzeba się tym gawędom podporządkować, poddać, pozwolić uwieść, poczuć przyjemność, jaka płynie z opowiadania. Czasem nawet jest śmiesznie, bo tak to u Jergovicia bywa, śmiech miesza się z trwogą. 

 

Aleksandar Hemon "Dwa razy życie. Bośnia i Ameryka"

Bałkany to jedna z moich literackich fascynacji. Nic dziwnego, że postanowiłam przeczytać książkę Aleksandra Hemona "Dwa razy życie. Bośnia i Ameryka". Tym bardziej, że wydało ją założone przez Mariusza Szczygła i Wojciecha Tochmana wydawnictwo Dowody na Istnienie (2015; przełożył  Tomasz Bieroń). Wybitni reporterzy swoimi nazwiskami gwarantują staranny dobór wydawanych przez siebie książek. Niestety. Na nic zaklęcia Miljenko Jergovicia i Wojciecha Tochmana umieszczone na stronie wydawnictwa pod informacją o książce. Na nic ich zapewnienia, z jaką świetną literaturą mamy do czynienia. Na nic zwierzenia Tochmana, że kiedy zaczął czytać, to już nie mógł się oderwać, a potem nie zmrużył oka do rana. Ja niestety jestem zawiedziona, mam poczucie straconego czasu i nie potrafię podzielić zachwytu obu panów. Aleksandar Hemon, pisarz o ukraińskich korzeniach, urodzony w Sarajewie, od 1992 roku mieszkający w Chicago, jest autorem kilku powieści i esejów. Jak czytam na stronie wydawnictwa, laureat i finalista wielu literackich nagród. Być może jego powieści i eseje są bardzo dobre, niestety nie mogę tak powiedzieć o tym, co właśnie przeczytałam. Mam wrażenie, że tego, co rzeczywiście interesujące i przejmujące nie starczyło na całą książkę.

Decydując się sięgnąć  po "Dwa razy życie", myślałam, że jest to opowieść o losie emigranta, o wojnie w Bośni, o wykorzenieniu, tęsknocie i próbie ułożenia życia na nowo. I tak jest, ale tylko częściowo. Te fragmenty są rzeczywiście ciekawe i przejmujące. Najbardziej interesujący jest problem poczucia winy. Aleksandar Hemon wyjechał do Stanów na stypendium zimą 1992 roku. Jugosławia właśnie przestała istnieć, w Chorwacji toczyła się krwawa wojna, a wieści o niej docierały do Sarajewa, gdzie życie jeszcze toczyło się normalnie. Gdy opuszczał Bośnię, dla wszystkich było jasne, że wojna to tylko kwestia czasu. Kiedy wybuchła, kiedy Sarajewo zostało zamknięte w oblężeniu, zdecydował się nie wracać. Pisze o swoich wyrzutach sumienia, o przerażeniu, o strachu o los przyjaciół i wreszcie o niemożności prawdziwego zrozumienia tych wszystkich, którzy tę wojnę przeżywali na własnym grzbiecie. Choćby najbardziej im współczuł, choćby najbardziej się o nich bał, choćby nie wiem, jak bardzo był wstrząśnięty i przerażony, to jednak on był tu, w sytym i spokojnym świecie, a oni tam. To oni chowali się w piwnicach, głodowali, ginęli, byli bestialsko torturowani, to im bomby urywały ręce i nogi, to w ich domy trafiały pociski, to oni palili w piecach swoje meble i książki, aby przetrwać kolejną mroźną zimę. To prawda, że w nowym świecie nie był mile witany, mieszkał w złych dzielnicach i ledwo wiązał koniec z końcem, to prawda, że był samotny i tęsknił, że był obcy, wykorzeniony, pozbawiony wszystkiego, do czego się przywiązał, ale żył. Kiedy już po wojnie przyjeżdża z wizytą do Sarajewa, nie poznaje swojego miasta. Niby jest, ale okaleczone. Ale potem sytuacja nieoczekiwanie się odwróci. To jemu przyjdzie się zmierzyć z ciężkim życiowym doświadczeniem i tym razem on będzie miał poczucie, że świat dookoła, gdzie życie toczy się normalnie, nie przystaje do jego doświadczenia. Tak, te partie książki są rzeczywiście interesujące.

Rzecz w tym, że autor postanowił opowiedzieć o całym swoim życiu. I chociaż obfitowało w barwne i zwariowane momenty, czytając te fragmenty książki, miałam poczucie, że to opowieść jakich wiele. Mieszanina nostalgii, sentymentu, ironii, garść barwnych anegdot, trochę filozofowania. W czasie lektury często zadawałam sobie pytanie - Dlaczego właściwie mam czytać wynurzenia Aleksandra Hemona? Tylko dlatego, że jest pisarzem? Niedawno przez prasę literacką i audycje poświęcone literaturze przetoczyła się fala krytyki pod adresem Jacka Dehnela I Szczepana Twardocha, którzy wydali swoje dzienniki. Pisano i mówiono, że niewiele w nich interesującego, że to takie zapychacze w oczekiwaniu na kolejną powieść. I mam wrażenie, że książka Hemona to podobny przypadek. Całkiem możliwe, że jego życie to materiał do wykorzystania przez znakomitego reportera, wierzę, że dałoby się na podstawie jego doświadczeń napisać ciekawą, ważną, przejmującą powieść. Ale wspomnienia, które spisał, są w dużej części tylko kolejną historią. Czegoś tej opowieści brakuje. Czegoś, co wyniosłoby ją ponad przeciętność.

Miljenko Jergović "Drugi pocałunek Gity Danon"

Miłośnicy Miljenko Jergovicia, chorwackiego (?), bośniackiego (?) pisarza urodzonego w


Sarajewie, mieszkającego w Zagrzebiu, pewnie już wiedzą, że właśnie ukazał się zbiór jego opowiadań pod tytułem "Drugi pocałunek Gity Danon" (Biuro Literackie 2016; przełożył Miłosz Waligórski). Dobrych wiadomości jest więcej, jeszcze w tym roku w Książkowych Klimatach pojawi się niewielkich rozmiarów powieść "Wilimowski". To każe mieć nadzieję, że może oba wydawnictwa pójdą za ciosem i wydadzą kolejne książki Jergovicia. Najbardziej ucieszyłabym się z jakiejś pokaźnych rozmiarów powieści. Mam nadzieję, że taka istnieje i czeka na przekład. Póki co cieszą mnie opowiadania, które właśnie skończyłam. Minęły już czasy, kiedy ten gatunek z góry skreślałam, bo za krótki. Zanim podzielę się refleksjami po lekturze, chciałabym podkreślić, że zbiorek został ładnie i starannie wydany oraz zredagowany. Wspominam o tym, bo dzisiaj to nie jest wcale oczywiste. No i tłumaczenie Miłosza Waligórskiego też zasługuje na uwagę. A teraz do rzeczy.

Opowiadania zamieszczone we właśnie wydanym zbiorze są niewielkich rozmiarów, na ogół kilka, czasem kilkanaście stron. Odnajdziemy w nich klimat znany z powieści Jergovicia, ich gawędziarskich epizodów. Kto zna twórczość pisarza, wie, że jego książki inkrustowane są sporą dawką takich gawęd i rozbudowanych anegdot. Teksty z "Drugiego pocałunku Gity Danon" są dość różnorodne. Jedne realistyczne, inne, i tych jest zdecydowanie więcej, balansują na granicy opowiadania, baśni czy legendy. Chyba można je nazwać ludową gawędą. Jakby  kolejni opowiadacze puszczali wodze fantazji i tak ubarwiali historię, że już nie wiadomo, gdzie jest to, co zdarzyło się naprawdę, a gdzie są tylko barwne dodatki, którymi pierwotna opowieść z czasem obrastała. Zdarzenia toczą się w różnym czasie. Wiele zahacza o ostatnie bałkańskie wojny, niektóre sięgają do okresu austro-węgierskiej monarchii, są wreszcie opowieści współczesne. Autor oszczędził czytelnikowi realistycznie opisanych wojennych makabr, wszystko pozostaje raczej w sferze domysłów i wyobraźni. Ale nie jest to lektura wesoła, chociaż często zabarwiona ironią czy humorem. Smutek i melancholia splatają się z barwną, czasem zabawną anegdotą, poetycki język miesza się z dosadnym. Skąd smutek? Jego źródłem są nieszczęśliwe miłości, tęsknota za człowiekiem, ukochanym psem, za krajem, który trzeba było opuścić, za rodzinnym miastem czy wioską, wreszcie za przeszłością, co bezpowrotnie minęła. Czasami jest to tylko smutek przeczucia, że coś złego czai się tuż obok. Innym razem żal, że czemuś, co się ledwie zaczęło, złośliwy los nie dał szansy. Znać w tych opowiadaniach ciężar życia, ból istnienia, ale jednocześnie pogodzenie się z losem, świadomość, że tak musi być. To wszystko ukryte jest gdzieś pomiędzy wersami. Bo delikatne są te opowieści jak puch, utkane z koronkowych słów. Celowo używam tu takich nieco pretensjonalnych, nieco egzaltowanych porównań, bo nie bardzo potrafię inaczej oddać istotę rzeczy. Lubię w takich sytuacjach skryć swoją bezradność wobec materii, z którą się zmagam, za stwierdzeniem, że najlepiej jest takie opowiadania po prostu przeczytać. Bo to oczywiście najszczersza prawda.

A lektura gawęd Miljenko Jergovicia jest wielką radością. Na każdym poziomie. Tym najprostszym, kiedy bawimy się opowiadaną historią, tym głębszym, który każe się zadumać, zastanowić, pomyśleć, wreszcie wielką przyjemność sprawia też język opowieści. Miłośników pisarza na pewno nie muszę zachęcać, a jeśli ktoś dotąd nie czytał jego książek, niech jak najszybciej nadrobi te zaległości. "Drugi pocałunek Gity Danon" będzie świetnym wstępem do dwóch najważniejszych powieści Jergovicia. To "Ruta Tannenbaum" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". No i nie wolno pominąć eseju "Ojciec".  Pozostaje mi zakończyć wezwaniem: Czytajcie!!!

Miljenko Jergović "Wołga, Wołga"

Jakoś tak po cichu, chyłkiem, bez rozgłosu ukazała się kolejna powieść Miljenko Jergovicia. Celowo nie piszę nowa, bo "Wołga, Wołga" (Pogranicze 2013; przełożyła Magdalena Petryńska) pochodzi z roku 2009. Nie mogę powstrzymać się od komentarza, jak to jest, że powieść wybitnego pisarza, autora przejmującej "Ruty Tannenbaum", "Ojca" i nagrodzonej Angelusem książki "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki", przechodzi  kompletnie niezauważona. Nawet jeśli jest słaba, to zasługuje przecież na recenzję, a już na pewno na odnotowanie. Gdyby nie to, że co jakiś czas wchodzę na stronę Pogranicza, nie miałabym o niej pojęcia. No ale weszłam, odkryłam, kupiłam i przeczytałam. Od razu napiszę, że wprawdzie "Wołga, Wołga" nie dorównuje tamtym trzem, to jednak jest przecież warta uwagi. Znajdziemy tu wszystko, co charakterystyczne dla pisarza. Bałkański tygiel, gawędy i opowieści, smutek i melancholię, zagadkę, spojrzenie na zdarzenia z różnej perspektywy.

"Wołga, Wołga" to opowieść o Dżelalu Plevljaku, wojskowym kierowcy. Przez czternaście lat w każdy piątek wyrusza wysłużoną czarną wołgą, którą kupił przed laty od swojego zwierzchnika, ze Splitu, gdzie mieszka i pracuje, do Livna w Bośni, aby pomodlić się w meczecie. Jadąc, snuje wspomnienia. Opowiada o trzech ważnych w swoim życiu osobach, o smutku, od którego ucieka, o samotności, o wierze, do której wrócił przygnieciony nieszczęściem. Ale Dżelal nie dzieli się z nami swoją tragedią, tylko delikatnie o niej napomyka, za to obficie darzy nas losami innych, jak on nieszczęśliwych. W jego opowieściach przegląda się tragiczny bałkański los. Druga wojna światowa, czetnicy, ustasze, partyzantka Tity, obóz w Jasenovacu, czasy komunistyczne, wszędobylska bezpieka i milicja, Naga Wyspa, tłumione narodowe i religijne konflikty, których niby w zjednoczonej Jugosławii nie ma, ale przecież czają się tuż pod powierzchnią. Wzajemna pogarda, nienawiść trzymana za pysk przez komunistyczny reżim, które wybuchną wraz z jego upadkiem. Wtedy znowu przyjaciel pokaże swoje prawdziwe oblicze i nieoczekiwanie zmieni się we wroga. A samotny, dotknięty przez los Dżelal tak bardzo łaknie przyjaźni, rodzinnego ciepła. Tak bardzo, że gotów jest wiele poświęcić.

Opowieści bohaterów Jergovicia są jak zwykle barwne, niezwykłe, dramatyczne, czasem zabawne. Nie wiadomo jednak, ile w nich prawdy. Tym światem rządzi fantazja, zmyślenie, kłamstwo i wreszcie zwyczajna plotka. Pomówienia powtarzane setki razy w końcu stają się prawdą. Tak powstają legendy. Swoje dorzuca też prasa i chmara dziennikarzy, którzy, kiedy dojdzie do kolejnej tragedii, jak hieny rzucają się na nieszczęsnego Dżelala, usiłując odkryć tajemnicę jego życia. Każdy indagowany oczywiście pamięta inaczej. Rozpoczyna się festiwal nienawiści i pomówień. Opowiadane historie są coraz mniej prawdopodobne. W końcu miałam wrażenie, że powieściowym światem włada szaleństwo. Druga część książki to próba obiektywnego spojrzenia na to, co się zdarzyło. Ale okazuje się, że to niemożliwe. Pisarskie śledztwo usiłuje odkryć prawdę, ale wciąż napotyka na mur sprzecznych relacji, oskarżeń, fantastycznych opowieści i zwykłych plotek. Czytelnik stale jest zaskakiwany, do samego końca. Nic nie jest takie, jak się wydaje. W takim świecie żyje poczciwy, dobroduszny, łatwowierny Dżelal. "Wołga, Wołga" to także książka o potrzebie wiary. W świecie, w którym oficjalnie Boga nie ma, tli się tęsknota za nim. Kiedy wszystko jest płynne, nietrwałe, kruche i niepewne, w coś trzeba wierzyć, gdzieś trzeba szukać oparcia. Dlatego Dżelal wytrwale jeździ do meczetu, modląc się o wysłuchanie jego prośby. Ale cud się nie zdarza. Może dlatego, że wiara jest łaską, której on chyba nie dostąpił. A może dlatego, że cuda po prostu nie istnieją.

"Wołga, Wołga" nie ma takiej mocy, jak książki Jergovicia, o których wspominałam we wstępie, perły w koronie jego pisarstwa, ale warto po nią sięgnąć. 

PS. Miałam okazję być na spotkaniu z Jergoviciem, w którym uczestniczyła także jego tłumaczka. Ze zdumieniem i smutkiem dowiedziałam się, że na razie żadne wydawnictwo nie planuje wydania niczego z bogatego dorobku pisarza. Z zazdrością patrzyłam na tych uczestników spotkania, którzy podchodzili po autograf z najnowszą powieścią oczywiście w oryginale. Tym bardziej namawiam do lektury.


Drago Jancar "Widziałem ją tej nocy"

Po bałkańską literaturę sięgam w ciemno. No prawie w ciemno, bo na przykład na jedną z czołowych jej przedstawicielek, Dubravkę Ugresic, jakoś nie mam ochoty. Być może to błąd. Ale kiedy tylko ukazała się zapowiedź powieści słoweńskiego pisarza, Drago Jancara, "Widziałem ją tej nocy" (Czarne 2014; przełożyła Joanna Pomorska), wiedziałam, że przeczytam. I nie zawiodłam się. Mimo niesprzyjających okoliczności pochłonęłam ją w niecały tydzień, a nie jest to książka traktująca o lekkich sprawach. Za to żaden postmodernizm, żaden literacki, językowy eksperyment, po prostu dość tradycyjna powieść. Niby wszystko już było, niby o wszystkim już pisano, ale ważny temat odpowiednio pogłębiony sam się obroni. I tak się sprawa ma z powieścią słoweńskiego pisarza.

Książka przedstawiana bywa jako romans. Nic bardziej mylnego. Owszem, zaczyna się od romansu i od miłości, ale to tylko początek. Nie miłość przecież jest tu najważniejsza, ale wojna i związane z nią moralne dylematy i wybory. Wojna, która ważne decyzje każe podejmować szybko i nie zostawia czasu na etyczne rozważania, na hamletyzowanie, dzielenie włosa na czworo. Działać trzeba natychmiast, dokonywać wyborów od razu. Ale wątpliwości co do ich słuszności pozostają, często na długie lata. Bywa, że rodzą się dopiero z czasem i nie pozwalają zapomnieć o przeszłości.

Główną bohaterką tej opowieści jest Veronika, kobieta wykształcona, studiowała w Berlinie, żona bogatego biznesmena z Lublany, kobieta ekscentryczna, oryginalna, samowolna, niezważająca na konwenanse, nieco egoistyczna, wielka miłośniczka koni i zwierząt. Czasem można odnieść wrażenie, że bardziej przejmuje ją los czworonogów niż ludzi. To ona jest centralną postacią opowieści. Na jej życie i na zagadkę jej zniknięcia w styczniu 1944 roku spoglądamy z punktu widzenia pięciorga bohaterów. Ludzi, którzy ją znali i którym nie była obojętna. Zaczyna się rzeczywiście od szalonego romansu. To opowieść Serba, Steva, żołnierza jugosłowiańskiej (przedwojennej) armii, który na prośbę męża Veroniki uczy ją jeździć konno. Potem jest wielka, namiętna miłość zakończona nieszczęśliwie. Niczego tu nie zdradzam, bo o tym, jak zakończy się romans zamężnej Veroniki i oficera, który dla ukochanej kobiety zaryzykował swoją wojskową karierę, czytelnik dowiaduje się właściwie już na pierwszej stronie, a na drugiej nad i zostaje postawiona kropka. Potem jednak jest znacznie ciekawiej. Każda kolejna opowieść odsłania przed czytelnikiem coraz więcej, odkrywa kolejne tajemnice, rozwiązuje zagadki, jest coraz bardziej fascynująca i smutna. Poznajemy późniejsze losy głównej bohaterki, przede wszystkim te wojenne. Żadna z opowiadających o niej postaci nie wie wszystkiego, to czytelnik składa w całość tragiczną historię Veroniki i jej męża.

Gdybym miała podać główny temat tej książki, powiedziałabym, że to opowieść o rujnującej sile wojny, która burzy ludziom życie, poniża ich i sprawia, że zachowują się tak, jak nigdy w czasach pokoju. Niby nic nowego, ale jest w tej powieści moc, która do głębi porusza. Każe się zadumać i zamyślić, zmusza do refleksji. Może dlatego, że wojnę oglądamy poprzez losy jednostek, nie narodów czy armii. Nie ma tu wielkiej polityki, nie ma bitew, opisów frontu. Główny teatr wojny omija cichą Słowenię. Ale nawet jeśli nie tędy przetacza się front, to i tak okrucieństwa wojny dają znać o sobie. Nie można żyć tak, jakby nic się nie zdarzyło. Nie da się ignorować rzeczywistości. Nie da się nadal bezkarnie zachwycać muzyką, sztuką, podejmować eleganckich gości, kochać swoich koni, polować, prowadzić interesów. Nawet jeśli jest się przyzwoitym, porządnym człowiekiem. Nie da się żyć bez jasnych deklaracji. W czasie wojny wróg musi być wrogiem, czarne czarnym, białe białym, nie ma miejsca na rozmaite odcienie szarości. Nie można kochać czy lubić po prostu człowieka. Trzeba kochać swojego, zadawać się ze swoimi. A tak chcieli żyć Veronika i jej mąż Leo. Jakby wojny nie było. A jeśli już się zdarzyła, to próbowali się z nią jakoś ułożyć.

Ale "Widziałem ją tej nocy" to nie tylko historia nietuzinkowej kobiety, jej męża i kochanka. Równie ważni się inni bohaterowie. Stara matka, niemiecki lekarz, partyzanci. To dzięki ich losom rozszerza się perspektywa opowieści. Poznajemy skomplikowany wojenny czas w Jugosławii. Szczególnie ciekawe są opowieści o niemieckim lekarzu i wiejskim chłopaku, Jeranku, który trochę wbrew własnej woli został wplątany w konspirację a potem partyzantkę. Oni dwaj, podobnie jak Veronika, też nie mieli ochoty na tę wojnę. To nie była ich wojna. Chcieli normalnie żyć, ale brutalnie zostali wyrwani z normalności i zmuszeni do działania często wbrew sobie. Cóż, wojna wszystko tłumaczy. Właściwie wszyscy bohaterowie tej książki stają w pewnym momencie przed pytaniami: na ile są winni? na ile odpowiedzialni? czy gdyby postąpili inaczej, nie stałoby się to, co się stało? Po raz kolejny literatura stawia pytanie o winę niezawinioną, o odpowiedzialność. Poza tym Drago Jancar świetnie pokazuje, jak przypadkowy splot okoliczności, jakieś urażone ambicje, nieodwzajemnione uczucia, jakiś drobny gest, ton głosu, spojrzenie, źle odczytana sytuacja, przypadki w sumie, mogą doprowadzić do tragedii. Gdyby ktoś nie znalazł się w tamtym momencie w tamtym miejscu ... Czasem decyduje kwadrans, chwila i rusza machina tragicznych w skutkach zdarzeń.

Wojna pokazana w powieści Drago Jancara to wojna na uboczu. Piękne krajobrazy słoweńskich gór, lasy, sielska wieś, polowania, konne jazdy, proste wiejskie prace, przyjęcia, dźwięki fortepianu. Jest trochę tak jakby jej nie było. Tylko gdzieś w mieście ludzie siedzą w niemieckim więzieniu, niemiecki kat torturami zmusza zatrzymanych do zeznań, są łapanki, po lasach kryją się partyzanci. I jest kilka scen bardzo mocnych, przejmujących, przerażających, ściskających za gardło. Tym bardziej, że pojawiają się znienacka, na moment. Jak kamień, który rzucony w wodę, na kilka sekund mąci jej toń.

Świetna powieść. Poruszająca, przejmująca, dotykająca głębi ludzkiej egzystencji. Pokazująca życie w całym jego cholernym skomplikowaniu.

Barbara Demick "W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy"

Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki, od razu wiedziałam, że ją przeczytam. Niezależnie od tego, czy będzie się o niej mówiło, czy nie, niezależnie od recenzji. Odkąd przeczytałam "Jakbyś kamień jadła" Tochmana, wstrząsającą książkę o wojnie w Bośni, nie mogę wyrzucić z pamięci bałkańskiego konfliktu. To prawda, że od tamtych zdarzeń minęło dwadzieścia lat, szmat czasu, zapomnieliśmy, szybko, za szybko, czas zagoił rany (czy na pewno?). A jednak powinniśmy pamiętać. Tamta wojna jest jak memento, bo wydarzyła się, kiedy syta Europa myślała, że wojny jej nie dotyczą. Jeśli się zdarzają, to gdzieś bardzo daleko. Tak daleko, że aż trudno w nie uwierzyć. A tu proszę, na naszych oczach, niemal w środku naszego cywilizowanego kontynentu, walki, oblężenie, uciekinierzy, ludobójstwo, cierpienie, śmierć, ludzkie dramaty, sąsiad zabija sąsiada. Dzisiaj czyta się książkę Barbary Demick "W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy" (Czarne 2014; przełożyła Hanna Pustuła-Lewicka) z dreszczem przerażenia. Kiedy patrzy się na Ukrainę i na to, co się zdarzyło na Krymie, nie sposób uciec od świadomości, że niemożliwe może się ziścić. Wszystko znowu okazuje się kruche, zmienne, niepewne, po raz kolejny uświadamiam sobie, że nic nie dano nam na zawsze. Nie, nie jestem panikarą, jakoś nie wierzę w najgorszy obrót wydarzeń, ale trudno uciec od takich przemyśleń. Mam jeszcze jedną gorzką refleksję. Być może ceną europejskiego spokoju, jest opuszczenie Ukrainy. Tak jak przed laty świat zostawił Bałkany, co dobitnie przypomina poruszająca książka amerykańskiej dziennikarki. Czas już najwyższy o niej opowiedzieć.

"W oblężeniu" to książka-świadectwo, to reportaż z piekła. Barbara Demick, amerykańska dziennikarka, odwiedzała oblężone Sarajewo kilkakrotnie, za każdym razem spędzając w nim kilka miesięcy. Początkowo, jak inni korespondenci, mieszkała w hotelu, potem przeniosła się na ulicę Logaviną, dzieląc swój los z jej mieszkańcami. Na pewno było jej łatwiej niż im. Przede wszystkim zawsze mogła opuścić oblężone miasto. Miała swoje amerykańskie pieniądze, za które kupowała na targu produkty luksusowe, miała też kuloodporną kamizelkę zapewniającą jakąś osłonę. Ale przecież to jej zawdzięczamy opowieść o oblężonym mieście i jego mieszkańcach. To dzięki niej możemy poczuć niemal na własnej skórze koszmar wojny. Zrozumieć, że to działo się naprawdę, tak niedawno, w Europie. To nie był film, to nie była gra, tak wyglądało życie sarajewian od kwietnia 1992 roku do lutego 1996. Ta książka ma siłę dokumentu, nie ma w sobie nic z sensacji. Myślę, że swoją moc rażenia zawdzięcza temu, że reporterka skupiła się na pojedynczym człowieku. To stara prawda, że wiadomość o setkach, tysiącach czy milionach zabitych nie robi takiego wrażenia, jak informacja o pojedynczej śmierci. Barbara Demick pisze o ludziach z ulicy Logavinej, ludziach, których poznała. Mieszkańcach zabytkowych willi i nowych bloków. Wykształconych i prostych, starych i młodszych, dorosłych i dzieciach. Śledząc wojenne losy kilkunastu rodzin, jesteśmy w środku oblężonego miasta, na które bezustannie spadały pociski serbskiej artylerii rozmieszczonej na otaczających je pięknych wzgórzach. Miasta terroryzowanego przez snajperów (stąd słynna aleja snajperów). Miasta, w którym ludzie głodowali, żyli bez prądu, gazu i wody, a aby przetrwać kolejne mroźne zimy, palili w prowizorycznych piecach, czym popadło (najpierw drewnem z ogrodów, parków i wzgórz, potem meblami, książkami, ciuchami). Barbara Demick opowiada o oblężeniu metodycznie: rok po roku, temat po temacie. Zaczyna od początku. A ten był taki jak zwykle: nikt nie wierzył, że coś się zdarzy. Każdy lekceważył niebezpieczeństwo, wypierał je. Potem pisze o uchodźcach, wojennych sierotach, śmierci, codziennej ekwilibrystyce ( pytanie, jak żyć nabiera w wojennych warunkach szczególnej mocy), dorastaniu, skomplikowanych problemach narodowościowych i religijnych (skomplikowały się w czasie wojny, wcześniej nie miały znaczenia), ucieczkach z oblężonego miasta, walce, przystosowaniu i utracie nadziei, a wreszcie o interwencji, w którą już nikt w mieście nie wierzył. Szczególnie gorzkie są właśnie partie książki opowiadające o tym, jak świat zostawił Sarajewo (i Bośnię). Poza pomocą humanitarną, marnymi racjami żywnościowymi, siłami ONZ-etu, które okazały się zupełnie bezradne, zapewnieniom o solidarności, nie miał nic do zaoferowania. Musiały zginąć setki tysięcy, musiała się zdarzyć Srebrenica, żeby wreszcie świat przypomniał sobie o Sarajewie i Bośni. Kiedy czytałam tę książkę, stale towarzyszyła mi myśl: jak czują się Serbowie, którzy ostrzeliwali miasto? Z bliska, bez skrupułów, widząc ludzi, do których mierzą, jak na dłoni. Jak czuli się wtedy? Co sobie, do cholery, myślą tacy ludzie? Jak z tym żyją? I jeszcze jedna myśl, taka jak zawsze: jak można przeżyć takie piekło i jak udaje się dalej trwać, budować na nowo?

Wojna skończyła się, minęła, nie pamiętamy już o niej. Sarajewianie nadal kochają swoje miasto, które jakoś podźwignęło się z ruin. Ale taka tragedia niesie za sobą konsekwencje. Nie tylko wojenną traumę. Nie tylko skomplikowany, niesterowny układ polityczny, którego efektem jest rozbudowana biurokracja nie pozwalająca Bośni i Hercegowinie normalnie się rozwijać (sporo na ten temat mówiło się ostatnio przy okazji zamieszek). Ale przede wszystkim wyostrzenie kwestii narodowościowych i religijnych, które dawniej nie miały tak wielkiego znaczenia. Świetnie pokazuje to film Jasmili Zbanic "Jej droga". Przy okazji przypominam o poruszającej "Grbavicy", też w jej reżyserii.

Gordana Kuić "Zapach deszczu na Bałkanach"

Poszłam za ciosem i zaraz po przeczytaniu bardzo dobrej powieści chorwackiego pisarza Mirko Kovaca (poprzedni wpis) sięgnęłam po kolejną bałkańską książkę wydaną przez to samo wydawnictwo. Tym razem to "Zapach deszczu na Bałkanach" Gordany Kuić (Pogranicze 2012; przełożyła Magdalena Wąs). Autorka jest Serbką pochodzenia żydowskiego urodzoną w 1942 roku w Belgradzie. Ponieważ ostatnie zdanie zamieszczone zaraz po epilogu brzmi: "Powieść oparta jest na autentycznych postaciach i wydarzeniach.", domyślam się, że Kuić mniej lub bardziej wiernie opowiedziała w  powieści losy swoich dziadków, rodziców, ciotek i w mniejszym stopniu wujów. Na internetowej stronie autorki, na którą zajrzałam, znalazłam rodzinne zdjęcie a na nim pięć urodziwych sióstr Levi, bohaterek powieści, pierwszej części cyklu składającego się z czterech tomów. Z informacji zamieszczonej na okładce dowiedziałam się, że książka stała się materiałem dla libretta spektaklu baletowego, sztuki teatralnej i serialu telewizyjnego. Rzeczywiście, jak każda saga rodzinna i ta  może stanowić świetny punkt wyjścia dla serialu czy filmu kinowego. Bo "Zapach deszczu na Bałkanach" jest właśnie sagą rodziny Levi, sefardyjskich Żydów mieszkających w Sarajewie. Akcja zaczyna się w dniu zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, co stało się bezpośrednią przyczyną wybuchu pierwszej wojny światowej. Kończy jesienią 1944 roku po wyzwoleniu Belgradu.  Mniej więcej połowa powieści to dramatyczne losy rodziny w czasach drugiej wojny. Bohaterkami książki są przede wszystkim kobiety z rodu Levi: matka i jej pięć córek: Laura, zwana Buką, Klara, Nina i dwie młodsze, Blanki i Riki. Siostry mają jeszcze dwóch braci, ale i oni, i ich ojciec to postaci w powieści marginalne. 

Napiszę wprost, bez zbędnego kluczenia: książka ma trzy zalety i jedną wadę. Zacznę od tego, co dobre. "Zapach deszczu na Bałkanach" czyta się znakomicie. Wydany przez jakieś popularne wydawnictwo, a nie tak niszowe jak Pogranicze, odpowiednio rozreklamowany miałby pewnie szansę nieźle się sprzedać. Szkoda, że tak się najprawdopodobniej nie stanie, bo sporo można się z powieści dowiedzieć na temat międzywojennej historii Bałkanów. Dla mnie była to powtórka, bo trochę na ten temat wiem dzięki mojemu ukochanemu Jergoviciowi, szczególnie jego "Rucie Tannenbaum", której akcja toczy się w tym samym okresie historycznym. Kolejna zaleta ściśle łączy się z pierwszą, jest jej przyczyną: historia pięciu sióstr Levi jest po prostu bardzo ciekawa, a ich wojenne losy, jak łatwo zgadnąć, dramatyczne, dlatego opowieść trzyma czytelnika w napięciu. Trzecia zaleta, może najważniejsza, to pełnokrwiste portrety bohaterek. Każda z sióstr jest inna, każda jest indywidualnością, każda potrafi uparcie dążyć do celu, nie zważając na to, co inni powiedzą. To kobiety niezależne, silne, feministki tamtych czasów. Wszystkie pracowały i potrafiły same zarobić na swoje utrzymanie. Nina i Klara założyły w Sarajewie świetnie prosperującą pracownię kapeluszy, najstarsza Buka, wykształcona, znająca kilka języków obcych, pisała i dbała o zachowanie tradycji sefardyjskich Żydów. Najmłodsza, Riki, zrobiła baletową karierę, była ulubienicą belgradzkiej publiczności. Blanki, najbardziej spolegliwa, często przez rodzinę wykorzystywana, zawsze gotowa poświęcić się dla innych, pocieszycielka sióstr, jest mimo pozorów osobą niezależną. Na przekór rodzinie i opinii innych wiąże się ze starszym o kilka lat bogatym serbskim przedsiębiorcą z Sarajewa i żyje z nim bez ślubu. Dlaczego? Bo jego rodzina nie wyobraża sobie, aby mógł ożenić się z ubogą Żydówką. Siostry Levi w kontaktach damsko-męskich są  bardzo wyzwolone. Dwie, najpierw Nina, potem Klara, wychodzą za mąż za innowierców, aby to zrobić, muszą zmienić wyznanie, jedna z nich w końcu porzuci swego, nic niewartego, męża i sama będzie musiała troszczyć się o siebie i dzieci. Wreszcie Riki wiodąca życie popularnej artystki, związana z żonatym mężczyzną, ale nie stroniąca też od innych. To zresztą postać chyba najbardziej tragiczna. Wesoła i beztroska, uwielbiana przez krytyków i publiczność, rozpieszczona i rozkapryszona, u progu międzynarodowej kariery, a jednak nieszczęśliwa i samotna. To z nią życie  obejdzie się najsurowiej. Jak? Oczywiście nie zdradzę. A mimo to potrafi mężnie znosić przeciwności losu i nieszczęścia. Równie ciekawą postacią jest nieco od Riki starsza Blanka. To jej kosztem załatwiane są rodzinne problemy. Długo inni decydują za nią. Musi zrezygnować ze szkoły, chociaż bardzo chce się uczyć, i pomagać siostrom w pracowni, a one wykorzystują ją do najgorszych robót. Kiedy trzeba, opuści Sarajewo, aby towarzyszyć Riki w Belgradzie, kiedy trzeba wyjedzie do Paryża, aby tam doglądać interesów pracowni. Ale i ona potrafi się zbuntować, postawić na swoim i wybić na niepodległość. Jest cicha, spokojna, spolegliwa, ale też wytrwała i uparta. Cierpliwie, krok po kroczku dąży do swego. W końcu staje się najważniejszą osobą w rodzinie, jej podporą i opoką, pocieszycielką, powierniczką i kołem ratunkowym. W momentach zagrożenia potrafi być bardzo odważna i bezkompromisowa. Mogłabym jeszcze sporo o siostrach napisać, na przykład o despotycznej, marudzącej Ninie czy marzącej o życiu nomada Klarze, której los też nie rozpieszczał. Warto by też pewnie wspomnieć o matce, kobiecie, która potrafiła swoje dzieci kochać po prostu mądrze i zawsze być dla nich oparciem, nawet jeśli nie akceptowała ich życiowych wyborów. Ale na tym kończę część pochwalną.

Czas najwyższy wspomnieć o jednej, ale zasadniczej wadzie. Cóż, powiedzmy to sobie szczerze, powieść Gordany Kuić jest  czytadłem i tylko czytadłem. Być może zresztą autorka nie miała wcale innych ambicji, tego nie wiem. Przyznam, że ja spodziewałam się czegoś więcej niż tylko dobrze skrojonej literatury popularnej, a to dlatego, że książkę wydało moje ulubione Pogranicze stroniące raczej od tego typu literatury. Brakuje tej powieści wartości dodanej, która sprawia, że nawet zwykłe historie stają się czymś więcej niż tylko sprawnym opowiadaniem o ludzkich losach. Brak im dramatyzmu, a przede wszystkim tragizmu. A przecież  saga rodziny Levi ma w sobie wielki potencjał, mogłaby się stać opowieścią na miarę Manna. Uderzyłam z najgrubszej rury, przyznaję. Zostawmy więc Manna, a pomyślmy, co z tej historii potrafiłby wyczarować Jergović, Kovac, a teraz opuśćmy Bałkany i wyobraźmy sobie, jak literacko przetworzyliby ten materiał Schlattner czy Skvorecky. Dość, zatrzymam się tylko na autorach z obszaru, jaki obejmuje nagroda Angelusa, bo mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, przeskakując z kontynentu na kontynent. Po prostu wszystko w książce Gordany Kuić toczy się zbyt gładko, szczególnie naprawdę dramatyczne losy wojenne. Jakby autorka nie udźwignęła właśnie tego tematu, bo, o dziwo, pierwsza część jest bardziej pogłębiona. A przecież są tu i aresztowania, i ucieczki, i ukrywanie się, i obozy, i Niemcy, i Chorwaci, którzy prześladują nie tylko Żydów, ale i Serbów, i konflikty narodowościowe ujawnione wraz z wybuchem wojny, ale autorka potrafi wykrzesać z tych dramatycznych i tragicznych zdarzeń tylko napięcie rodem z powieści przygodowej. Po macoszemu potraktowana jest też historia Klary, która umiejętnie poprowadzona, mogłaby się stać opowieścią o wielkich marzeniach i wielkich rozczarowaniach.

To oczywiście wcale nie oznacza, że żałuję czasu poświęconego lekturze. Jeśli ktoś szuka sprawnie opowiedzianej, ciekawej opowieści, to może "Zapachem deszczu na Bałkanach" być usatysfakcjonowany, ale jeśli przeczytało się wcześniej wspomnianą na początku "Rutę Tannenbaum" Jergovicia, to różnicę klasy widać gołym okiem. Gdyby Pogranicze zdecydowało się wydać kolejną część sagi, to pewnie po nią sięgnę, żeby zaspokoić zwykłą ludzką ciekawość. Wyobrażam sobie, że powojenne losy sióstr Levi w komunistycznej Jugosławii też mogą być fascynujące i dramatyczne. Tym razem jednak nie będę oczekiwała cudów.

Mirko Kovac "Miasto ze snu"

Uwielbiam takie niespodzianki. Jakieś trzy lata temu, chyba na początku mojej znajomości z prozą bałkańską i okołobałkańską, znalazłam w księgarni z tanimi książkami powieść "Krystaliczna sieć" nieznanego mi chorwackiego pisarza Mirko Kovaca wydaną przez wydawnictwo Pogranicze. Informacje z okładki znęciły mnie na tyle, że kupiłam i przeczytałam, a jako że bardzo byłam usatysfakcjonowana, natychmiast rzuciłam się przekopywać internet w poszukiwaniu innych książek pisarza. Bez rezultatu, nic więcej w Polsce nie wyszło. Już myślałam, że Mirko Kovac niczym efemeryda przemknie przez nasz rynek wydawniczy, jak to często bywa, kiedy za jedną pozycją nie idą, nie wiedzieć dlaczego, następne (jest kilku takich pisarzy, na których mam apetyt po przeczytaniu ich jednej powieści, niestety jak dotąd muszę obejść się smakiem), a tu nagle, zupełnie nieoczekiwanie odkryłam, że w ubiegłym roku wyszła kolejna powieść chorwackiego pisarza wydana przez to samo, jedno z moich ulubionych, wydawnictwo. Moja wina, bo jakoś dawno nie zaglądałam na ich stronę. Natychmiast rzuciłam wszystkie inne książki na bok, sprowadziłam sobie "Miasto w lustrze" (Pogranicze 2011; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić) i od razu przeczytałam. No i nie zawiodłam się! A przy okazji odkryłam jeszcze kilka innych bałkańskich tytułów, na które mam ochotę.

Powieść Kovaca to wspomnienia z okresu dzieciństwa i dorastania snute przez dorosłego już bohatera. Narrator opowiada historię swoich dziadków, rodziców, a przede wszystkim swojego dorastania z perspektywy człowieka, który odniósł literacki sukces. Na ile jest to książka autobiograficzna, trudno mi powiedzieć, w każdym razie określana jest mianem powieści. Niewątpliwie jakieś autobiograficzne ślady można w niej odnaleźć. Mniej więcej zgadza się wiek autora z wiekiem bohatera (Kovac urodził się w Hercegowinie w roku 1938), miejsce urodzenia, kariera literacka i praca przy filmie (pisarz jest autorem scenariusza do głośnego niegdyś filmu Lordana Zafranovicia "Okupacja w 26 obrazach", którego nie znam). Ale przecież dla czytelnika nie ma to tak naprawdę znaczenia. Ta książka jest przede wszystkim gawędą i logice gawędy jest podporządkowana. To dlatego narrator wtrąca liczne dygresje, porzuca chronologię, dopowiada los własny i losy bohaterów, którzy z opowieści już wypadli, stąd wreszcie liczne refleksje dotyczące a to pamięci, a to tego, czym dla narratora jest literatura i proces twórczy, a to jakieś inne konstatacje o nieco filozoficznym zabarwieniu. A wszystko pisane z perspektywy mężczyzny dojrzałego, którego droga do sukcesu była kręta i niełatwa. Narrator jawi się jako człowiek nieco zgorzkniały, ale wolny wolnością nomady, wszak w każdej chwili może porzucić miejsce, w którym żyje, zabrać swój niewielki tobołek i powędrować dalej. Odchodząc, zostawia za sobą ludzi i, jak twierdzi, nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Bo, jak wyznaje w swoim credo wyłożonym gdzieś mimochodem na końcowych kartach powieści, prawdziwe życie jest w literaturze. To "... w niej dało się znaleźć dość, by się męczyć, znosić ból, odczuwać smutek ...". Ale pożywką dla literackiego materiału jest oczywiście wszystko, co nas otacza. Może tu tkwi klucz do rozwiązania paradoksu tej powieści? Bo narrator z jednej strony pisze o nienawiści do swoich rodzinnych stron, które jeszcze we wczesnej młodości porzucił, a z drugiej strony wystawia im wspaniały literacki pomnik. Literatura upiększa wszystko: historię przodków, ubogie dzieciństwo, dziadków, nieznanych wujów, którzy też gdzieś poznikali w szerokim świecie, szlachetną, silną, niemal świętą matkę, ojca hulakę, który znika z domu na długie tygodnie i nie wiadomo, gdzie w tym czasie jest, ubogi rodzinny sklepik, ukochaną nauczycielkę, która zaszczepiła w nim miłość do literatury. Także miejsca czyni piękniejszymi niż są w rzeczywistości. Na jednej z pierwszych stron opowieści znajdujemy opis tajemniczego, niezwykłego lasu, który kupił niegdyś dziadek narratora. Las jest gęsty, nieprzebyty niczym knieja, pełen tajemniczych mocy, diabłów i wiedźm, także groźnych węży czyhających na wędrowca, który odważy się wtargnąć w leśną głuszę. Czy taki był w rzeczywistości? Pewnie nie, swój magiczny portret już na zawsze będzie zawdzięczał literaturze.

"Miasto w lustrze" zatrzymuje w czasie świat i ludzi, których już nie ma. Narrator wielokrotnie podkreśla, że tą opowieścią ostatecznie odcina się od czasów swojego dzieciństwa i młodości, ale również od swoich przodków. Na przekór złości, która jak zadra tkwi w bohaterze, powieść pełna jest nostalgii, smutku, melancholii i niezwykłej aury. Świat dzieciństwa jest w niej podszyty baśnią. Pełno tu losów niezwykłych, często niedokończonych, niebanalnych historii, zapewne literacko zmitologizowanych. Nawet bieda jest malownicza. Może też dlatego okrucieństwa historii są na kartach powieści prawie nieobecne. Pierwsza wojna to domena wspomnień usłyszanych od rodziców czy dziadków, odtworzonych dzięki dokumentom. Druga praktycznie nie istnieje w opowieści narratora, a i powojenne lata komunizmu nie są specjalnie straszne. Upływający czas odebrał im okrutną moc, którą przecież miały. Ktoś zostaje aresztowany i zesłany na Nagą Wyspę (tam znajdował się obóz koncentracyjny założony przez komunistów, do którego zsyłano politycznych przeciwników), pojawiają się ludzie związani ze służbami bezpieczeństwa, w szkole pali się reakcyjne książki, ojcu odbierają jego sklep, nawet ukochana nauczycielka musi czasem udawać i przybrać maskę wierności nowemu ustrojowi. Niby sporo, ale te fakty przedstawione w taki sposób, o jakim wspomniałam, nie mają siły rażenia. To w żadnym wypadku nie jest zarzut z mojej strony, po prostu tak odbierał świat narrator w czasach swojego dzieciństwa i wczesnej młodości.

Osobne miejsce zajmuje w powieści tytułowe miasto w lustrze, Dubrownik, do którego często uciekał ojciec bohatera. Czasem zabierał go tam ze sobą. Miasto fascynowało chłopca swoim ogromem, bogactwem, ruchem, gwarem, historią, architekturą wspaniałych pałaców i kościołów. Jak bardzo różniło się od niewielkich miejscowości, w których mieszkał! Było synonimem wielkiego, nieznanego, fascynującego świata kuszącego niegdyś jego przodków, jego ojca a potem i jego. Opis samotnej wyprawy do Dubrownika w poszukiwaniu hulającego ojca zajmuje w powieści kilka rozdziałów, chociaż to zaledwie jeden dzień. To, co się w tym czasie wydarzyło, jest trochę z pogranicza jawy i snu.

To tyle. Zachęcam do odkrycia dla siebie powieści Mirko Kovaca tej, ale także poprzedniej, o której we wstępie wspominałam.

Melinda Nadj Abonji "Gołębie wzlatują"

Już sama nie pamiętam, od czego zaczęło się moje kilka lat trwające zainteresowanie literaturą bałkańską i okoliczną. Co było pierwsze: reportaż czy beletrystyka? Miljenko Jergović, Reginald Schlattner czy jeszcze ktoś inny? Nieważne. W każdym razie staram się pilnie śledzić to, co z tego obszaru się wydaje. Może warto by sięgnąć w literacką przeszłość i poczytać na przykład noblistę Ivo Andricia. Na razie jednak jestem świeżo po lekturze wydanej późną jesienią powieści szwajcarskiej pisarki węgierskiego pochodzenia Melindy Nadj Abonji "Gołębie wzlatują" (Czarne 2012; przełożyła Elżbieta Kalinowska). Co ma wspólnego jej powieść z Bałkanami? Wbrew pozorom sporo. Abonji urodziła się w miejscowości Becej znajdującej się na obszarze Wojwodiny. To ta część Serbii, która graniczy z Węgrami i zamieszkana jest przez mniejszość węgierską. Ażeby jeszcze bardziej skomplikować, dodam, że pisarka urodziła się w roku 1968, jeszcze w Jugosławii. Jako pięcioletnia dziewczynka wyjechała z rodzicami do Szwajcarii. Najprawdopodobniej jej przeżycia stały się inspiracją powieści.

Główną bohaterką i narratorką jest dwudziestoletnia Ildiko Kocsis z takiej właśnie rodziny. Akcja toczy się na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy po rozpadzie Jugosławii i powstaniu kilku niezależnych państw wybucha pierwsza z bałkańskich wojen. Ale wcale nie ten zbrojny konflikt jest w centrum uwagi narratorki. Oczywiście nie da się uniknąć tego tematu. Bohaterowie martwią się o swoich licznych węgierskich krewnych nadal mieszkających w ich rodzinnym miasteczku. Jeden z kuzynów Ildiko został siłą wcielony do serbskiej armii, walczy gdzieś w Bośni. Co się z nim stanie? Martwią się o swoich również inni imigranci z Bałkanów. Nawet na emigracji dopadają ich etniczne animozje. Kłócą się między sobą mieszkanki Bośni, każda innej narodowości. Szwajcarzy też interesują się wojną, ale niewiele z niej rozumieją. Dla  rówieśników Ildiko jest stamtąd, więc bardzo się dziwią, kiedy mówi, że nie zna serbskiego. Jej ojczystym językiem jest przecież węgierski, ale dla nich to zbyt skomplikowane.

Głównym tematem tej powieści nie jest również jugosłowiańska przeszłość, chociaż narratorka wspomina swoje życie w rodzinnej miejscowości, swoją ukochaną babcię Mamikę, licznych wujów, ciotki i kuzynów. Kiedy stamtąd wyjechała, była jednak za mała, aby poznać zawiłą historię rodzinnych stron. Ona kojarzy je przede wszystkim z beztroskim dzieciństwem, domem babci, zwierzętami, które hodowała, ogrodem i podobnymi przyjemnościami. Długo nie rozumie nienawiści, jaką jej ojciec czuł do Tity i komunistów. Rodzice niechętnie wtajemniczają ją i jej młodszą siostrę Nomi w rodzinne sekrety. Z czasem obie dowiedzą się więcej o wojennej przeszłości dziadków i o tragicznych losach dziadka Papuci w komunistycznej Jugosławii. Ale to wszystko pojawia się w powieści tylko na chwilę, tak jak w życiu narratorki.

Co zatem jest głównym tematem książki? Dla mnie najmocniej brzmi w "Gołębiach" problem emigracji. Jaką postawę przyjmują emigranci w swojej nowej ojczyźnie? Dlaczego decydują się na wyjazd? Ile są gotowi poświęcić, żeby wtopić się w szwajcarskie społeczeństwo? Czy warto? Co to znaczy osiągnąć tam sukces? Jak traktują ich Szwajcarzy, którzy z jednej strony chlubią się swoją bezpośrednią demokracją, z drugiej są społeczeństwem bardzo zamkniętym? Niełatwo jest zostać obywatelem tego pięknego kraju. A kiedy wreszcie zdobędzie się wymarzony papierek potwierdzony w demokratycznym głosowaniu wszystkich mieszkańców miasteczka (to oni na specjalnie zwołanym przez burmistrza spotkaniu w głosowaniu decydują, czy członkowie rodziny Kocsisów, którzy mają już za sobą stosowny egzamin, mogą zostać obywatelami Helvetii), czy na pewno jest się przez nich akceptowanym? Linia podziału przebiega między rodzicami, a dorosłymi już córkami. To rodzice zdecydowali niegdyś o emigracji. Dzieci nie miały oczywiście nic do powiedzenia. Musiały zaakceptować kilkuletnią rozłąkę z matką i ojcem, potem przeżyć traumę pożegnania z ukochaną babcią, Mamiką, u której przez kilka lat mieszkały. Kiedy już w Szwajcarii odprowadzają ją na dworzec, czują, że to prawdziwe rozstanie, o wiele dotkliwsze niż pożegnanie z Wojwodiną. Nikt nie pytał sióstr o ich ból. Dorośli zajęci byli przeżywaniem swoich traum i problemów.  Dzieci nie miały prawa do smutku, przecież szybko się przyzwyczają. Panuje powszechne przekonanie, że dla nich doświadczenie emigracji jest łatwiejsze. Doświadczenia bohaterki zdają się temu przeczyć. A przecież, jak twierdzą rodzice Ildiko i Nomi, wszystko także, a może przede wszystkim, dla ich dobra. Ildiko nie potrafi zrozumieć rodziców. Nie może pogodzić się z tym, że dla zachowania osiągniętego statusu są gotowi nie dostrzegać drobnych szpil wtykanych im przez porządnych szwajcarskich obywateli czy wyjątkowo obrzydliwych, chociaż anonimowych, przejawów wrogości. I po co? Po to, żeby harować w świątek, piątek i w niedzielę od rana do wieczora? Co z tego, że we własnej kafeterii? Tu też trzeba się płaszczyć przed klientami, znosić ich humory, biegać między stolikami, godzinami parzyć kawę, sprzątać toalety i udawać kogoś, kim się nie jest: grzeczną, schludną panienkę zza baru. To ma być ten lepszy świat? Tak widzi to Ildiko. Ale jest przecież druga strona medalu. Czy wiesz, co by z wami teraz było, gdyby nie decyzja o wyjeździe?, pytają rodzice. W Serbii trwa wojna. Mężczyźni są siłą wcielani do wojska, szaleje inflacja, najprostsze dobra trzeba zdobywać, kto może, ucieka, w ich rodzinnym miasteczku zostają tylko groby zmarłych. Czy tego by chciały? Ale trzeba postawić sobie jeszcze jedno odwieczne pytanie: o moralną odpowiedzialność tych, którzy wyjechali, za tych, którzy zostali. Co można dla nich zrobić? Czy tylko współczuć?

Powieść zaczyna się dość lekko, nieco nostalgicznie, od rodzajowego obrazka. Kocsisowie przybywają swym czekoladowym chevroletem do rodzinnej miejscowości na wesele kuzyna. Sceny jak z czeskiej literatury czy filmu. Ale to tylko początek, z czasem już nie będzie tak miło. Końcówka brzmi  bardzo poważnie, chciałoby się napisać: dramatycznie, ale bez przesady.

"Gołębie wzlatują" nie są wybitną powieścią, ale warto zwrócić na nią uwagę. Od czasu powstania roboczej wersji tej notki upłynął ponad miesiąc, a ja wciąż o tej książce pamiętam. Mimo poważnego tematu i nowoczesnego, bezdialogowego sposobu pisania czyta się ją bez trudu. Da się pochłonąć  w ciągu kilku wieczorów (nie jest zbyt obszerna). Może stać się dobrym wstępem do czytelniczej przygody ze znakomitymi reprezentantami bałkańskiej i okołobałkańskiej literatury. Ja ze wszech miar polecam wspomnianych na początku Jergovicia i Schlattnera.

Popularne posty