Dola de Jong "Strażniczka domu"

Po "Strażniczkę domu" (ArtRage 2023; przełożył Jerzy Koch)

nieznanej w Polsce holendersko-amerykańskiej pisarki o żydowskich korzeniach, Doli de Jong, sięgnęłam, bo zainteresował mnie temat. Amsterdam, zbliżająca się niemiecka inwazja, dwie kobiety, jedna w połowie Żydówka. Zadziałało skojarzenie ze znakomitą książką Erici Fischer "Aimee i Jaguar. Historia pewnej miłości, Berlin 1943", która swego czasu zrobiła na mnie duże wrażenie. To, że Doli de Jong jest w naszym kraju nieznana, nie powinno specjalnie dziwić, skoro i w swojej ojczyźnie, Holandii, odkrywa się ją na nowo. W Stanach, gdzie zamieszkała i zaczęła pisać, wcześniej marzyła o balecie, popularność przyniosły jej głównie utwory dla dzieci i młodzieży. "Strażniczka domu", która powstała w latach pięćdziesiątych, nie od razu mogła się ukazać. W Holandii uznano ją nawet za książkę bezwstydną i nienadającą się do druku, co dziś może śmieszyć. Bardzo bym chciała, żeby ArtRage wydało również jej powieść osnutą na doświadczeniach z okresu, kiedy przebywała w Maroku, gdzie wyjechała w 1940 roku kilka tygodni przed inwazją Niemiec na Holandię.

"Strażniczka domu" opowiada o relacji dwóch kobiet, Bei, zarazem narratorki, i Eriki. Poznają się u wspólnej znajomej i postanawiają zamieszkać razem, dzieląc koszty życia. Czasy w Europie są niespokojne, trudno powiedzieć, czy kiedy się poznały, wojna już wybuchła, czy było to trochę wcześniej. W każdym razie początkowo dla nich w Amsterdamie wojna nie stanowiła tematu. Jakby jej nie było. Zajęte swoim życiem, swoimi problemami nie zauważały jej, a przynajmniej tak opowiada tę historię Bea z perspektywy czasu, wspominając swoją relację z Eriką. Jestem jakoś wyczulona na podobne sytuacje - gdzieś dzieje się tragedia, a w innym miejscu ludzie żyją, jakby nic się nie zdarzyło. Tak było, tak jest i dzisiaj. Coś się we mnie burzy, a jednocześnie wiem, że chyba nie da się inaczej. Ważne, aby przynajmniej mieć świadomość.

Ale wracam do relacji Bei i Eriki, bo o tym jest ta książka. Jak nazwać to, co się między nimi dzieje? Erika jest lesbijką, stale zakochuje się w innej kobiecie i za każdym razem oddaje się temu uczuciu całą sobą. Bardzo często miłość ma na nią destrukcyjny wpływ. Mocno kocha i mocno cierpi, zapomina o prozie życia, znika, pije, szasta pieniędzmi, a czasy są trudne. Jest kobietą fascynującą i irytującą jednocześnie. Samodzielną i samowolną, nieliczącą się z innymi, sprowadzającą na siebie kłopoty, prowokującą, egoistyczną, kapryśną, niepraktyczną, bujającą w obłokach, niezwykle hojną, jeśli akurat ma pieniądze, co zdarza się rzadko, a kiedy w coś się angażuje, to na sto procent. A Bea? Dlaczego znosi jej ekscesy, dlaczego się o nią troszczy, a nawet niańczy, ratuje z tarapatów, pośredniczy pomiędzy nią, a jej rodzicami, kiedy wymaga tego sytuacja? Przecież tyle razy była na nią zła, a nawet zazdrosna. Ale o co zazdrosna? O uczucie czy tylko o uwagę? Co czuje Bea do Eriki? Bea, która spotyka się i sypia z mężczyznami. Czy z jej strony to tylko przyjaźń, czy może tłumi w sobie uczucie? Boi się przyznać, że jest taka jak Erika? Nota wydawcy sugeruje to drugie, dla mnie nie jest to jednoznaczne. I może właśnie dlatego ta relacja przedstawiona jest tak fascynująco. Toczy się między nimi swoista gra, odpychanie i przyciąganie. Bea nie potrafi się od Eriki uwolnić. Zawsze wraca, niezależnie od tego, jak była na nią zła albo jak przez nią skrzywdzona. Czy można ich relację nazwać toksyczną?

Ale jest też w tej krótkiej powieści wątek żydowski. Wprawdzie bohaterki długo nie zauważają wojny, jednak w końcu także w Holandii staje się niebezpiecznie, a wraz z inwazją niemiecką Erice grozi niebezpieczeństwo. Kiedy się w końcu opamięta, jest już bardzo późno. Aby wyjechać z kraju, trzeba mieć wizę i pieniądze. Przed ambasadą amerykańską ustawiają się kolejki Żydów. Oni też zorientowali się za późno. Bea wznosząc się ponad urazy i zazdrość, robi wszystko, aby ratować przyjaciółkę. Erika swoimi destrukcyjnymi działaniami nie ułatwia jej tego. Jak się skończy ta historia? Tego zdradzić nie mogę.

Bardzo ciekawa powieść. 

Nadifa Mohamed "Szczęśliwcy"

Po nominowaną do Bookera w roku 2021  powieść "Szczęśliwcy"

Czarne 2023; przełożyła Agata Kozak) somalijsko-brytyjskiej pisarki mieszkającej w Londynie, Nadify Mohamed, sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze lubię czytać książki z nieoczywistych literacko rejonów świata, a po drugie zainteresował mnie temat - rasizm i nierówności społeczne. I nie zawiodłam się.  Przeczytałam jednym tchem, chociaż jest to bardzo smutna lektura, a im bliżej końca, tym smutniejsza.

Akcja powieści, inspirowana prawdziwymi zdarzeniami, rozgrywa się w roku 1952 w walijskim Cardiff w portowej dzielnicy Tiger Bay. Właśnie po śmierci króla Jerzego VI na tron wstępuje jego córka Elżbieta. Pewnego wieczora zostaje zamordowana w swoim sklepie Violet Volacki, Żydówka. Chociaż nic nie wskazuje na to, aby morderstwo miało podtekst antysemicki, piszę o tym, bo jej pochodzenie ma w książce znaczenie. Wielokrotnie przywoływana jest historia ojca Violet, i jej dwóch sióstr, który przybył do Wielkiej Brytanii z Europy Wschodniej. Po kilku dniach o morderstwo zostaje oskarżony dwudziestokilkuletni Mahmood Mattan, Somalijczyk. Więzienie to dla niego nie pierwszyzna, już wcześniej zdarzało mu się tam trafiać za drobne kradzieże, ale morderstwa nie popełnił. Kiedy zostaje aresztowany, jest przekonany, że szybko wszystko się wyjaśni, przecież wie, że nie zamordował Violet Volacki. 

Dlaczego policja wskazuje na niego? Czy jest ofiarą pomyłki? Nie, raczej niedbałego śledztwa i rasowych uprzedzeń. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby dochodzenie prowadzić porządnie. Wiadomo, że mężczyzna, który wieczorem już po zamknięciu sklepu został wpuszczony do środka przez właścicielkę, był czarny, a że Mahmood nie jest wzorowym obywatelem i obciążają go niektórzy świadkowie, po co szukać dalej. Jedni robią to z zemsty, żeby mu dokuczyć, inni zeznają przeciwko niemu zwabieni nagrodą wyznaczoną przez rodzinę. Nieważne, że ich zeznania są sprzeczne, nieważne, że siostra i siostrzenica zamordowanej nie rozpoznały w podejrzanym mężczyzny, którego widziały przez chwilę. Miałam ochotę krzyczeć: Hej, przecież wyraźnie stwierdziły, że to nie on! Dlaczego jesteście głusi na ich słowa! Jak to tak?! 

Proces ma charakter poszlakowy i Mahmood jest przekonany, że zostanie uniewinniony. Początkowo unosi się dumą i chce bronić się sam, potem zgadza się na adwokata, na którego zrzuca się somalijska społeczność z Tiger Bay. Ale nawet on nazywa go w swojej mowie obrończej dzikusem. Czym on jest? W połowie dzieckiem natury? Na wpół ucywilizowanym dzikusem? - powie w mowie obrończej. Chociaż mieszkańcy Afryki nie są już niewolnikami, chociaż nie przywozi się ich do Europy, aby pokazywać ich na wystawach nazywanych ludzkim zoo, to uprzedzenia rasowe trzymają się mocno. Ale być może największym przekroczeniem, na jakie poważył się Mahmood, było małżeństwo z białą dziewczyną, z którą miał troje dzieci. Mógł sobie pływać na statkach, mógł żyć w wilgotnych norach portowej dzielnicy wśród takich jak on, byle tylko jak najmniej rzucać się w oczy białej społeczności, ale nie wolno mu było wiązać się z białą kobietą.

Chociaż nie okazał się wzorowym mężem, chociaż ostatnio nie mieszkali już razem, przynajmniej na jakiś czas, to Laura nie odsunie się od niego. Jeszcze nie wie, że na życiu jej i dzieci oskarżenie Mahmooda o morderstwo białej kobiety położy się długim cieniem. Już wcześniej nie było im łatwo, teraz tym bardziej otacza ich ostracyzm i nienawiść.

Wielką zaletą powieści jest znakomity, pogłębiony portret głównego bohatera. Niespokojnego ducha, ciekawego świata, poszukiwacza nowych wrażeń i przygód. To ta niespokojna natura sprawiła, że opuścił rodzinną miejscowość, matkę i braci. A przecież mógł zostać i pracować w firmie założonej przez ojca. Nie wiodło im się źle, ale jego stale coś gnało przed siebie. Gdyby nie uciekł, jego życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. A potem gdyby nie poważył się na małżeństwo z białą kobietą, gdyby nie irytował tylu ludzi, może wszystko ułożyłoby się dobrze. To prawda, że lubił łatwy zarobek, grał na wyścigach, pieniądze szybko przepuszczał, a kiedy ich nie miał, nie wahał się kraść. Lubił też dobrze wyglądać i był dumnym człowiekiem. Kochał Laurę i troskliwie zajmował się dziećmi. Dzięki temu, że tak dokładnie poznajemy Mahmooda, że możemy być z nim tak blisko, historia rasistowskich uprzedzeń, którą przecież opowiada się nam nie po raz pierwszy, jest wyjątkowa. Trudno go nie polubić, trudno mu nie współczuć, trudno nie krzyczeć z wściekłości. Im bliżej końca, tym ta historia staje się coraz bardziej przejmująca. Śledzenie miesięcy spędzonych przez Mahmooda w więzieniu, opisanych drobiazgowo, śledzenie tego, jak toczy się machina sprawiedliwości, w tym wypadku raczej niesprawiedliwości, jak umiera w nim nadzieja, nie mogło pozostawić mnie obojętną. Było tak, jakbym przebywała w tej celi razem z nim.

Wiele się tu nauczyłem, szejku. Dowiedziałem się, jak bardzo trzeba się bać, aby naprawdę błagać Boga o przebaczenie, z głębi żołądka. Dowiedziałem się, jak samotna może być dusza, gdy odbiera się jej wszelkie rozrywki, wszystko, co miłe, a także rodzinę. Dowiedziałem się, jak małe i kruche jest to życie i jak wszystko na tym świecie (...) jest mirażem, który wyparowuje na naszych oczach.

Przejmująco brzmi też monolog, który w myślach kieruje Mahmood do młodej królowej.

Znam cię, ale ty nie znasz mnie. Widzę cię w gazetach, w kronikach filmowych, rozpoznaję twój głos w radiu, ale ty nic o mnie nie wiesz. Pijesz herbatę, opłakujesz swojego ojca i nie masz pojęcia, kto to jest Mahmood Hussein Mattan (...) Ty żyjesz swoim życiem, ja swoim, nie mamy z sobą nic wspólnego. Ty jesteś bogata, ja biedny, ty biała, ja czarny, ty chrześcijanka, ja muzułmanin, ty Angielka, ja Somalijczyk, ty kochana, ja pogardzany. Los się pomylił, kiedy nas związał, bo przecież nie łączy nas nic (...)

Poruszająca jest bezsilność Mahmooda i Laury, matnia, w której się znaleźli. Mogą się tylko odwoływać od wyroku, ale tak naprawdę na nic nie mają wpływu. Pewnie gdyby Laura pochodziła z innego środowiska, miała pieniądze, za które wynajęłaby znanego adwokata,  ten proces mógłby potoczyć się inaczej. Ale gdyby rzeczywiście wywodziła się z wyższej klasy społecznej, nigdy by się nie spotkali.

Jest to też oskarżenie bezdusznego systemu, który z jednej strony zachowuje pozory, dba o zdrowie skazańca, zrobi wszystko, aby nie skrzywdził się w celi, dopilnuje, aby ostatni posiłek był lepszy niż te codzienne, na ostatnią drogę dostarczy mu wyprasowany garnitur, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, a z drugiej strony bez skrupułów w asyście wielu urzędników wykona wyrok. W tym biurokratycznym systemie nieoczekiwanie dwaj więzienni strażnicy okażą mu zrozumienie i będą traktowali z życzliwością.

Jeszcze jedną zaletą powieści jest odmalowanie portowej dzielnicy Cardiff. Było to miejsce, które lata świetności miało dawno za sobą. Na wpół zrujnowane, pełne zakamarków, wilgotnych domów, spelunek, podejrzanych typów. Wędrując razem z Mahmoodem po ulicach dzielnicy, miałam wrażenie, że tam stale jest ciemno i ponuro. 

Michaił Bułhakow "Biała gwardia"

Wielka ochota, aby przeczytać "Białą gwardię" Michaiła

Bułhakowa(PIW 1989; przełożyli Irena Lewnadowska, Witold Dąbrowski) przyszła do mnie oczywiście w najmniej odpowiednim momencie, a może właśnie z tego powodu. Bo kiedy po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie rozgorzała dyskusja, czy kanselować rosyjską kulturę, jeden ze znawców rosyjskiej literatury, jej tłumacz, profesor uniwersytetu, który opowiadał się za bezsensem takiego postępowania szczególnie w wypadku klasyków, zalecając raczej lekturę krytyczną, wymienił w tej wypowiedzi właśnie "Białą gwardię" Michaiła Bułhakowa jako przykład znakomitej powieści. Pewnie długo jeszcze bym po nią nie sięgnęła, bo aż tak mi nie zależało, a cena ebooka trzymała się mocno, gdybym w międzyczasie nie zapisała się do biblioteki, o czym nie raz już tu wspominałam i co wszystkim gorąco polecam.

Bułhakowa znałam do tej pory oczywiście tylko z "Mistrza i Małgorzaty", którą to powieść przeczytałam dwa razy. Raz w wieku, kiedy zwykle się po nią sięga po raz pierwszy, czyli w czasach licealnych lub studenckich, drugi wiele lat później. Za każdym jednak razem miałam do czynienia z wydaniem ocenzurowanym. Widziałam też dwie adaptacje teatralne - w Teatrze Telewizji i na deskach żywego teatru w nie byle jakiej reżyserii. Muszę przyznać, że druga lektura już mnie tak nie porwała jak pierwsza, ale dlaczego, tego oczywiście dziś nie pamiętam.

Akcja "Białej gwardii", pierwszej powieści pisarza, która ma też swoją wersję sceniczną - "Dni Turbinów", rozgrywa się w Kijowie głównie w grudniu 1918 roku, do czego jeszcze wrócę. Chociaż Michaił Bułhakow urodził się właśnie tam i tam spędził dzieciństwo oraz młodość, chociaż to miasto pokochał, to czuł się jednak Rosjaninem,  choćby dlatego, że w rosyjskiej rodzinie się wychował. Teraz w Ukrainie burzy się, albo dopiero będzie się burzyć, jego pomniki, twórczość pisarza oficjalnie została skancelowana, przeciwko czemu protestują pracownicy jego muzeum, które znajduje się w Kijowie. Widać więc, że sami Ukraińcy nie są zgodni, jak traktować spuściznę literacką autora "Mistrza i Małgorzaty".

Muszę przyznać, że lektura "Białej gwardii" mocno mnie rozczarowała. Często tak bywa, kiedy oczekiwania są bardzo rozbudzone. Ale w tym wypadku nie tylko o to chodzi. Przyznam się, że wielokrotnie miałam ochotę rzucić książkę i zabrać się za inną, tym bardziej, że mam co czytać. Nie zrobiłam tego jednak, uparcie brnęłam dalej, aż jakoś tak po połowie, dopiero!, powieść wciągnęła mnie na tyle, że nie myślałam już o kapitulacji. Nie oznacza to jednak, aby jej druga część mnie zachwyciła. Cóż, nie podzielam entuzjazmu dla "Białej gwardii", jaką wyraził  profesor, o którym wspomniałam. 

Jakie są powody mojego rozczarowania? Jedno z nich to być może tłumaczenie. Nie jestem przeciwniczką starych przekładów, ale w tym wypadku miałam wrażenie, że to konkretne nie najlepiej przeszło próbę czasu. Oczywiście nie znam oryginału, więc trudno wyrokować, może język tej powieści jest właśnie taki, a nie inny, w końcu to debiut Bułhakowa. "Mistrza i Małgorzatę" czytałam w tym samym przekładzie i wtedy mi to zupełnie nie przeszkadzało, no ale czas płynie i język się zmienia. Jednak to nie ten powód jest najważniejszy. 

Najtrudniejsze i najbardziej zniechęcające jest to, że szczególnie w pierwszej części powieści bardzo trudno się połapać i zrozumieć, kto jest kim, kto przeciwko komu. I tu powody są dwa. Pierwszy to czas zdarzeń i historia. Akcja, jak wspominałam, rozgrywa się w Kijowie głównie w grudniu 1918 roku, a czas od wybuchu pierwszej wojny do jej zakończenia to moment dziejowy, kiedy w Ukrainie dzieje się bardzo dużo. Zmieniają się okupanci, powstają i upadają kolejne rządy, prorosyjskie, proukraińskie, rewolucyjne i opowiadające się za upadłą monarchią, a to wszystko jeszcze się między sobą krzyżuje w rozmaite konfiguracje. Trzeba mieć specjalistyczną wiedzę historyczną, żeby się w tym wszystkim zorientować. Ja jakieś pojęcie miałam, z naciskiem na jakieś, ale to oczywiście było zupełnie niewystarczające. Może się wydawać, że w dobie internetu to żaden problem, aby wyszukać odpowiednie informacje. Otóż aż tak drobiazgowe niekoniecznie. Sporo się naklikałam, aby uporządkować sobie wiedzę. 

A jakby tego było mało, konstrukcja powieści utrudnia zadanie. I to powód kolejny mojego zniechęcenia. Bohaterów jest wielu, duże partie powieści składają się z epizodów, w których zmieniają się protagoniści, pojawiają się nowe postacie, nie zawsze można się zorientować, kto po czyjej stronie stoi. Są też liczne retrospekcje, nie zawsze łatwo ustalić, kiedy rozgrywa się jakiś epizod. W dodatku autor posługuje się ironią, ale nie tak wprost jak w "Mistrzu i Małgorzacie", często trudno wyczuć, co pisane jest na serio, a co ironicznie. Irytowały mnie dość częste onomatopeje, które kończyły lub zaczynały zdania, na przykład: Dryń ... Treń ... Gitara. Turek ... Żeliwna latarnia na Bronnej ... Mogę się domyślać, że taki sposób pisania ma oddać chaos i niepewną atmosferę, jakie zapanowały w mieście w tym okresie, kiedy wycofały się okupacyjne wojska niemieckie, upadł hetmanat Skoropadskiego, czyli państwo ukraińskie pod niemieckim protektoratem istniejące od kwietnia do końca grudnia 1918 roku, i w związku z tym rozwiązano oddziały wojskowe, ową tytułową białą gwardię, mające bronić miasta przed atakującymi ją wojskami Petlury. Rozumiem, ale czytania to nie ułatwia. Dopiero kiedy akcja zwalnia i przenosi się do kamienicy Turbinów, głównych bohaterów powieści, można nieco odetchnąć i zorientować się, co się dzieje.

Dzisiaj trudno sobie nie zadać pytania, czy powieść Michaiła Bułhakowa jest rzeczywiście antyukraińska. Jej bohaterami są członkowie rodziny Turbinów, dwóch braci i siostra. Poznajemy ich w momencie, kiedy kilka miesięcy wcześniej pochowali matkę, a ich ojciec od dawna nie żyje. Helena jest żoną oficera, który ma jakieś stanowisko w rządzie hetmana Skoropadskiego i ucieka razem z nim z kraju, zostawiając ją na łaskę i niełaskę tego, co się wydarzy. Jej starszy brat, Aleksiej, jest lekarzem i wstępuje do oddziałów hetmańskich mających bronić miasta przed wojskami Petlury, młodszy, Nikołka, niedawno skończył szkołę i też zaciąga się do tego samego wojska. Są oni niewątpliwie przedstawicielami inteligencji związanej z carską Rosją, na pewno mówią po rosyjsku i trudno powiedzieć,czy w ogóle zależy im na powstaniu państwa ukraińskiego. W tym momencie opowiedzieli się za Skoropadskim. Sam Petlura i jego wojska przedstawione są w powieści rzeczywiście okropnie. Jak wróg i dzicz, która ma najechać miasto. I o tym oczywiście należy pamiętać. Trudno się dziwić Ukraińcom, że teraz im sam autor i ta powieść przeszkadza.

Ale jest w "Białej gwardii" prawda uniwersalna. To obraz miasta i jego mieszkańców rozwalcowywanych przez Historię. Obraz czasów niespokojnych, kiedy wszystko się zmienia, kotłuje, kiedy nie wiadomo, kto jest kim, komu wierzyć, a kogo się bać i co stanie się w najbliższej przyszłości. Kto może ucieka, ale wszyscy przecież nie uciekną. Do miasta napływają uchodźcy z terenów zajętych przez wojska przeciwnika politycznego. Zdobywcy grabią i mordują, a swoje używanie mają też rozmaitej maści przestępcy, którzy w takim chaosie czują się jak ryby w wodzie. W tym wszystkim jakoś muszą się odnaleźć zwykli mieszkańcy, przeczekać, bo każda nawałnica kiedyś ucichnie. Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. - jak napisał Stanisław Jerzy Lec. Co jest ratunkiem? Rodzina, zdaje się mówić autor. Bo to właśnie w swoim mieszkaniu, wśród przyjaciół Turbinowie odnajdują namiastkę normalności. 

Jest tu też obraz zdrady. Władze hetmanatu uciekają, a żołnierze, którzy zaciągnęli się do jego armii, zostają wystawieni do wiatru i narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo.  W chaosie, jaki zapanował, rozkazy o rozformowaniu oddziałów i ukryciu się przychodzą zbyt późno i nie do wszystkich docierają. Pagony oznaczające przynależność do tego wojska stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo.

I pozostaje pytanie o sens tego wszystkiego.

A po co to było? Nikt na to nie odpowie. Czy ktoś zapłaci za krew? Nie. Nikt. Po prostu roztaje śnieg,, wzejdzie zielona ukraińska trawa, porośnie ziemię ... Bujnie zakłosi się zboże ... Zadrży nad polami upał i nie zostanie po krwi nawet ślad. Tania jest krew na czerwonych polach i nikt płacić za nią nie myśli. Nikt. 

Wszystko przeminie. Cierpienia, męki i krew, głód i mór. Sczeźnie miecz, ale gwiazdy pozostaną także i wtedy, kiedy nawet cień naszych ciał i spraw nie pozostanie już na ziemi. 

Jest w tych cytatach pociecha i głęboki smutek.

Sebastian Barry "Po stronie Kanaanu"

O Sebsatianie Barrym, irlandzkim pisarzu wielokrotnie

nominowanym do prestiżowych nagród, między innymi Bookera, usłyszałam dzięki nieocenionemu wydawnictwu ArtRage, a ściślej rzecz biorąc, dzięki długiej rozmowie w jednym z literackich podcastów, w której Krzysztof Cieślik opowiadał między innymi o planach na pierwsze półrocze tego roku. To wtedy dowiedziałam się, że tak bardzo on i Michał Michalski, prezes wydawnictwa, cenią twórczość irlandzkiego pisarza, iż zamierzają po kolei wydawać jego książki, nawet te, które w Polsce już wyszły, ale nie zyskały należnego im rozgłosu, i wypromować go. Na razie w ArtRage ukazały się dwie jego powieści, trzecia zapowiedziana jest na czerwiec. Nie jest tak, że czytam wszystko, co ukazuje się w jednym z moich ulubionych wydawnictw, bo zawsze kieruję się własnym gustem, ale pilnie śledzę ofertę i sięgam po to, co może mi się spodobać.  A że Irlandia i jej najnowsza historia są w orbicie moich literackich zainteresowań, a dodatkowo moją uwagę przyciągnęła inna rozmowa w innym literackim podcaście, którego tematem była popularność literatury irlandzkiej w naszym kraju w ostatnim czasie, dlatego tak szybko zdecydowałam się sięgnąć po "Po stronie Kanaanu" Sebastiana Barry'ego (ArtRage 2024; przełożyła Katarzyna Makaruk). Jej pierwsze wydanie ukazało się w roku 2015 w Albatrosie w innym tłumaczeniu.

Główną bohaterką i narratorką zarazem jest niemal dziewięćdziesięcioletnia irlandzka emigrantka, Lilly Berry, która chce podsumować życie i opowiedzieć swoją smutną historię w momencie, kiedy straciła sens życia po śmierci wnuka, Billa, którego wychowała. Lilly przybyła do Stanów razem ze swoim narzeczonym po pierwszej wojnie światowej. Uciekli z Irlandii, bo na niego został wydany  wyrok śmierci przez organizację walczącą o niepodległość, ponieważ po powrocie z frontu pracował w ochotniczych oddziałach policji wspierających Królewską Policję Irlandzką. Uciekli w nieznane, mając do dyspozycji bilety na statek, trochę pieniędzy, dwa adresy dalekich krewnych, których nigdy nie widzieli, i list do nich od ojca Lilly. Zostawili za sobą życie, od którego wcale nie chcieli uciekać. Rodzinę, kamienny domek na wsi należący do jej ojca, który zamieszkał w nim po przejściu na emeryturę. Taki wyjazd wtedy oznaczał rozstanie być może na zawsze. W ich przypadku tym bardziej bolesne, że nie powinni byli utrzymywać żadnej korespondencji z rodziną, bo macki organizacji mogły sięgać za ocean. Oznaczał też całkowite zdanie na siebie i samotność, tym bardziej, że Lilly i jej narzeczony nie zdążyli się nawet jakoś lepiej poznać. Właściwie zostali parą przez przypadek, w okolicznościach, których nie chcę zdradzać.

Czy nowy kraj okazał się ziemią obiecaną? Co spotkało ich po stronie Kanaanu? Czy spełniły się ich marzenia o spokojnym życiu? Tego zdradzić nie mogę, bo historia Lilly obfituje w nieoczekiwane zwroty akcji. Ale od razu spieszę wyjaśnić, że nie jest to w żadnym razie powieść przygodowa. To pełna melancholii historia pewnego losu, która bez reszty wciąga przede wszystkim dzięki klimatowi tych zwierzeń. 

Co zwróciło moją uwagę, co sprawiło, że tak bardzo spodobała mi się książka Sebastiana Barry'ego? 

Po pierwsze to, że jest to historia prostej kobiety, która, żeby się utrzymać, musi pracować jako służąca, a potem kucharka. Nie ma tu żadnego lukru, żadnego oszałamiającego sukcesu. Jest ciężka fizyczna praca, dużo rozczarowań i kłód rzucanych pod nogi, a na osłodę drobne, codzienne przyjemności. Przyjaźń z czarnoskórą dziewczyną, z którą dzieli łóżko w domu bogatej kobiety, gdzie pracują, jakiś spacer, wyjście do lunaparku, z czasem skromny domek, życzliwi sąsiedzi. Lilly jest twarda, mimo licznych niepowodzeń, nie poddawała się. Dopiero śmierć wnuka u kresu jej życia, sprawiła, że straciła  sens. W takim wieku trudno zaczynać od nowa.

Po drugie jest to opowieść o uwikłaniu w Historię, o tym, że na niektóre sprawy nie mamy wpływu. Lilly wychowała się w rodzinie policjanta Królewskiej Policji Irlandzkiej w czasach, kiedy Irlandia była jeszcze częścią Zjednoczonego Królestwa. Jej ojciec pozostał wierny rojalistom, jej narzeczony za jego radą wstąpił do irlandzkiej policji, zresztą niewielki miał wybór, bo pracy nie było. W tym czasie inni stanęli po drugiej stronie barykady - walczyli o niepodległość. Lilly nie zastanawiała się nad tym. Wspominając tamto życie, przyznawała, że nie miała pojęcia, jaką rolę w ściganiu członków organizacji niepodległościowej odegrali jej najbliżsi. Czy mieli krew na rękach? Nie myślała o tym. Gdyby urodziła się w innej rodzinie, gdyby nie zaręczyła się, gdyby żyła w spokojnych czasach, jej historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. 

Po trzecie wreszcie jest to powieść o okrucieństwie wojny, a właściwie o jej skutku, czyli traumie, przed którą nie da się uciec nawet do Kanaanu. I chociaż Lilly nie doświadczyła wojny bezpośrednio, to jej wpływ odczuła wielokrotnie. To wojna, a właściwie wojny, sprawiły, że jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej. To one sprawiły, że wielokrotnie musiała mierzyć się ze stratą i budować swoje życie na nowo. Nie ma w tej powieści epatowania okrucieństwem, akcja nie sięga na żaden front, ale poznając historię Lilly, odczuwamy długi cień wojny.

Smutna, melancholijna, bardzo dobra powieść.

Ishbel Szatrawska "Toń"

O Ishbel Szatrawskiej zrobiło się głośno, kiedy w 2022 roku

wydawnictwo Cyranka opublikowało jej dramat "Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia". Przypadek bardzo rzadki w polskiej praktyce wydawniczej, bo dramatów poza specjalistami i uczniami prawie nikt nie czyta. Owszem wydaje się Szekspira, Moliera i pewnie inną klasykę, ale miejsce sztuk współczesnych jest w specjalistycznych periodykach. A jednak rzecz cieszyła się sporym powodzeniem, było o niej głośno, miała bardzo dobre recenzje. Ja na przeczytanie jednak się nie zdecydowałam właśnie ze względu na formę, co ze wstydem przyznaję, ale pilnie śledziłam wywiady z autorką. Dlatego ucieszyła mnie wiadomość, że pisze powieść, wiedziałam, że na pewno będę chciała po nią sięgnąć. I tak też się stało, chociaż dopiero w kilka miesięcy od premiery "Toni" (Cyranka 2023), co i tak nie jest złym wynikiem, bo czasem mija kilka lat. 

Do debiutanckiej powieści Ishbel Szatrawskiej przyciągała mnie nie tylko wrzawa wokół niej, ciekawa osobowość pisarki, jaka wyłaniała się z wywiadów, ale może przede wszystkim tematyka pisanej przez nią książki - Mazury, Prusy Wschodnie, cała ta skomplikowana historia tych terenów, o jakiej od jakiegoś czasu coraz więcej się mówi. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała, że dopełnieniem "Toni" są dwie inne powieści, które bardzo polecam. Wydane niedawno przez ArtRage "Wszystko na darmo" Waltera Kempowskiego i "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrieda Lenza, niemieckiego pisarza urodzonego w Ełku w roku 1926. Nie pierwszy raz przywołuję tu powieść tego autora, tę i kilka innych, które przeczytałam. Szczególnie zapadły mi w pamięć "Lekcja niemieckiego" i wydany kilka lat temu "Dezerter". To nie koniec mojej przygody z Siegfriedem Lenzem - zamierzam uzupełnić braki, korzystając z biblioteki, bo w Polsce ukazało się sporo jego książek.

Po tym, jak zwykle przydługim, wstępie czas przejść do powieści Ishbel Szatrawskiej. "Toń" to historia dziejąca się na kilku planach czasowych. Ramę nadaje jej wątek współczesny. Do Polski ze Szkocji, gdzie obecnie żyje, przybywa siedemdziesięcioletni Wolf, ojciec Alicji, mieszkającej w Krakowie antropolożki. Przyjeżdża, aby sprzedać dom rodzinny nad Gubrem, na uboczu gdzieś w okolicac Kętrzyna. Nieruchomość od kilku lat, odkąd umarła jego matka Janka, a potem przyszywana ciotka Gertaud, stoi pusta, podupada. Wolf znalazł kupca, przemierza Polskę samochodem, wspominając  dzieciństwo i młodość, swoich przyjaciół i znajomych matki, pierwsze miłosne zauroczenie i inne historie. Alicja jedzie na spotkanie z ojcem. Nie chce sprzedać domu, bo łączą ją z nim wspomnienia spędzanych u babci Janki wakacji. Pewnie dlatego zainteresowała się tymi terenami i na uczelni zajmuje się projektem  związanym z nimi - prowadzi rozmowy z wiekowymi już mieszkankami tych terenów. W wywiadach wypływa sprawa gwałtów, jakich dopuszczali się sowieccy i polscy żołnierze. Temat jej pracy badawczej nagle z powodów politycznych staje się niewygodny na uczelni, co powoduje jej zrozumiałą frustrację. Ale wróćmy do domu - Alicja sprzeciwia się sprzedaży, ale jednocześnie nie chce w nim zamieszkać, bo nie stać jej też na remont i utrzymywanie go jako wakacyjnej siedziby, więc decyzja ojca wydaje się racjonalna. Czy do transakcji ostatecznie dojdzie, oczywiście zdradzać nie będę. 

Wątek Alicji jest najmniej interesującą częścią powieści, bo najbardziej przewidywalną i schematyczną. Mamy tu rozwód rodziców, konflikt z matką, związek z facetem, wolnym duchem, który pojawia się i znika, i jest jej przeciwieństwem, poukładanej, ostrożnej. Jest trochę o feudalnych stosunkach na polskich uczelniach i wreszcie o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, bo akcja tego współczesnego wątku rozgrywa się w tym samym czasie, co akcja "Zielonej granicy" Agnieszki Holland, ale jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Partner Alicji, ten anarchista, wolny ptak, jedzie na granicę, aby pomagać. Oczywiście pewnie gdyby Ishbel Szatrawska pisała powieść tylko o niej, byłaby to książka zupełnie inna, pewnie bardziej pogłębiona, a czy dobra, nie wiadomo. 

Ale "Toń" to przede wszystkim historia wojenna i tuż powojenna. I te partie powieści, stanowiące jej główny trzon, są niezwykle ciekawe. Autorka, która urodziła się w Olsztynie i tam ma rodzinę, interesuje się historią tych terenów, zrobiła dokładny research, korzystała z materiałów Fundacji Ośrodka Karta. Akcja tego wątku zaczyna się, kiedy wojna jeszcze się nie skończyła, ale tereny, które dzisiaj nazywamy Mazurami, zostały już wyzwolone, a może lepiej byłoby napisać, zdobyte przez armię sowiecką. Niemieccy mieszkańcy uciekli, jeśli mogli, ale niektórzy zostali, bo to ich heimat. Częściej tacy, którzy nie czuli się ani Polakami, ani Niemcami, ale po prostu Mazurami. Miejsce uciekinierów zajmują przybysze, najczęściej o polskich korzeniach, ze Wschodu i z Polski centralnej. Za wieloma z nich wlecze się jakaś tajemnicza przeszłość, coś, czego się wstydzą, co chcą ukryć. A tu, na tych terenach, gdzie panuje i długo jeszcze będzie panował powojenny chaos i anarchia, gdzie nie wiadomo, kto rządzi, można się zgubić, można sobie stworzyć nową tożsamość. To właśnie taką osobą jest Janka Lakis, babka Alicji, matka Wolfa. Kiedy przyjeżdża zimą na te tereny na wozie razem ze starymi rodzicami ma siedemnaście lat. Nie wiemy, co chce ukryć, jaki zły los ją ściga, poza wojną oczywiście. Domyślamy się, że coś się w jej życiu wydarzyło. Jest prawdopodobnie Karaimką. Zajmuje opuszczony dom nad Gubrem, z dala od ludzkich siedzib, do najbliższej miejscowości trzeba iść kilka kilometrów. Ale jej to odludzie odpowiada. Jest pracowita, przywiozła ze sobą maszynę do szycia i z tego zamierza się utrzymywać. Na razie jednak panuje bieda, brakuje jedzenia, wojsko zarekwirowało i nadal rekwiruje wszystko - ziemniaki, zboże, paszę i zwierzęta. Króluje handel wymienny. Jest niebezpiecznie - bać się trzeba wojska, nowej władzy i zwyczajnych bandytów, którzy w takich czasach mają używanie. Na kobiety czyha jeszcze jedno niebezpieczeństwo - gwałty. I ten problem zajmuje bardzo ważne miejsce w powieści. 

Z czasem Janka osiądzie, sytuacja się uspokoi, a wśród jej znajomych będzie reprezentacja całej ludzkiej zbieraniny, jaka po wojnie zamieszkała na tych terenach - Niemiec, który został, Polak, który przed czymś uciekł z centralnej Polski, a nawet ocalały Żyd. Od początku intrygowało mnie, dlaczego jej syn ma na imię Wolf. Na rozwiązanie zagadki trzeba czekać długo i wcale nie było tak, jak myślałam. Oczywiście zdradzać niczego nie będę, bo przebieg zdarzeń, ich konstrukcja oparta na retrospekcjach, żonglowaniu czasem i związane z tym tajemnice, ma dla powieści duże znaczenie. Bo "Toń" po prostu znakomicie się czyta. Gnała mnie nie tylko ciekawość, aby w końcu złożyć puzzle, które autorka rozrzuciła, ale także interesowały same postacie znakomicie sportretowane, Janka, Wolf, ale nie tylko oni.

Bo nagle nieoczekiwanie czytelniczki i czytelnicy zostają przeniesieni do  Königsbergu, czyli Królewca. Pojawiają się nowi bohaterowie i nowa historia. Jest zima 1945 roku, trwa oblężenie miasta, którego centrum jeszcze latem ucierpiało na skutek alianckich bombardowań. Teraz słychać stłumiony dźwięk sowieckich dział, które ostrzeliwują okoliczne miejscowości, na ulicach roi się od uciekinierów, kto może próbuje opuścić miasto. Ale jak i  gdzie wyruszyć? Nie bardzo wiadomo, co się dzieje. Czy gdzieś jest bezpiecznie? Z czasem sytuacja coraz bardziej gęstnieje, życie toczy się normalnie tylko pozornie. Nasilają się bombardowania, coraz więcej domów i całych ulic zamienia się w gruzy, brakuje prądu, wody, jedzenia, trzeba schodzić do piwnic. teraz uciec można już tylko skutą lodem zatoką i próbować dostać się do miejsca, skąd podobno odpływają statki. Czy jeszcze odpływają? Ale alternatywą jest zostanie w mieście, które zaraz zostanie zdobyte przez Rosjan. Co stanie się z ludnością cywilną? Mieszkańcy boją się Sowietów jak diabeł święconej wody. Cóż, historia pokazała, że słusznie. Z drugiej strony wiemy, że nie są niewinni. Popierając Hitlera, sami ściągnęli na siebie taki los. Oczywiście postawy są różne. Niektórzy nigdy nie wstąpili do partii, bo nie podobała się polityka Trzeciej Rzeszy, ale nic nie robili, próbowali jakoś lawirować i jakoś przetrwać. Oczywiście łatwo nam dziś oceniać i wyrokować. Ale dla zwycięzców nieważne są niuanse, Niemiec to Niemiec, każdy zostanie potraktowany tak samo. Historia tych kilku miesięcy oblężonego miasta jest przejmująca. Sytuacja bez wyjścia, zaciskająca się wokół bohaterów, niemieckim chirurgu Maxie Krushce i jego partnerce Gudrun, potomkini bogatej niemieckiej rodziny, pętla wciąga i nie daje spokoju. Ta historia jest tak plastycznie pokazana, że łatwo wczuć się w ich los. Oczywiście i ta para została znakomicie sportretowana, i ich dzieje są niezwykle ciekawe. To żywe postaci, z krwi i kości. Jak i czy ich historia łączy się z historią Janki, nie zdradzę. 

To, co jeszcze podobało mi się w "Toni" i co świadczy o jej klasie, to niedopowiedzenia. Nie poznamy wszystkich tajemnic bohaterów, nie dowiemy się, jak potoczyły się dalsze losy niektórych z nich. Znając historię, możemy się tylko domyślać, co mogło się z nimi stać. 

Bardzo ciekawa, bardzo dobrze napisana, ważna powieść.

Ismail Kadare "Kronika w kamieniu"

Od dawna przymierzałam się do sięgnięcia po "Kroniki w kamieniu"

albańskiego pisarza Imaila Kadare (Wydawnictwo Akademickie Sedno 2023; przełożył Marek Jeziorski). Dotąd nie czytałam żadnej jego książki, a wyszło ich w Polsce sporo. Oczywiście wiedziałam, że to pisarz nagradzany na świecie, ale jakoś było mi z nim nie po drodze, bo wiadomo, nie da się czytać wszystkiego. Ale o "Kronice w kamieniu" mówiło się tak dużo i bardzo dobrze, że postanowiłam spróbować. Teraz wiem, że nie poprzestanę na tej jednej powieści. Wpisałam sobie Ismaila Kadare na listę autorów, których zamierzam wypożyczyć z biblioteki.

Akcja "Kroniki w kamieniu" toczy się w nienazwanym albańskim mieście w latach 1940-1943. Wiadomo jednak, że chodzi o Gijokastrę, rodzinną miejscowość pisarza. Narrator, mały chłopiec, to alter ego autora. Przygląda się rzeczywistości, nadając jej magiczny rys. Muszę przyznać, że chociaż nie przepadam za realizmem magicznym, w tym wypadku to zawieszenie pomiędzy jawą, a wyobraźnią bohatera, która chwilami zniekształca świat, odrealniając go, zupełnie mi nie przeszkadzało. 

Początkowo wszystko wydaje się niewinne, chociaż miasto okupują Włosi. Wizyty krewnych i sąsiadów, pogawędki kobiet, które wychylają się z okien swoich domów, wymieniając plotki i komentując wydarzenia, odwiedziny u dziadków, którzy mieszkają w innym rejonie miasta, a droga do nich jawi się bohaterowi jak wielka wyprawa, spotkania z najbliższym przyjacielem, budowa lotniska i obserwacja stacjonujących tam samolotów, które go fascynują i pobudzają wyobraźnię, niezwykłe, na poły fantastyczne zdarzenia, czary, w które wierzy nie tylko narrator, ale i dorośli mieszkańcy miasta. Wśród sąsiadów i krewnych bohatera jest wiele barwnych postaci. A może to jego wyobraźnia sprawia, że wydają się niezwykli, zabawni, czasem groteskowi? W tych niespokojnych czasach stale rodzą się jakieś plotki, z domów wychodzą stare kobiety, które wieszczą przyszłość. 

Z czasem jednak przez tę bajkową atmosferę przebijają się coraz bardziej dramatyczne zdarzenia. A właściwie to ja, czytelniczka, uzbrojona w całą moją wiedzę o wojnie, obserwowałam narastającą grozę, bo dla bohatera niemal wszystko, co się działo, to nadal przygoda. Był niezwykle dumny, kiedy na jego domu powieszono tablicę z informacją, że kamienna piwnica została przeznaczona na schron dla dziewięćdziesięciu osób. Dla niego schodzenie tam stanowiło niezwykłą odmianę codzienności, możliwość obserwowania chroniących się sąsiadów, słuchania ich rozmów. 

W każdym razie podobał mi się ten nowy czas z pieczarami i piwnicami. (...) Byłem szczęśliwy, że nasz dom stał  się nieoczekiwanie głównym punktem dzielnicy. Bardzo się ożywił. (...) Nasz dom przypominał teraz targowisko, na którym codziennie coś się działo (...)

A przecież miasto było bombardowane przez dłuższy czas, wyły syreny. Wiemy, co to oznacza, a jednak dzięki wyobraźni narratora, jego dziecięcej gotowości do przekształcania rzeczywistości w fascynującą przygodę, bardziej rozumiemy, jak dramatyczna jest rzeczywistość okupowanego miasta i jego mieszkańców, niż to czujemy. Podobnie fascynująca jest ucieczka do piwnic zamku, kiedy te w domach zostają uznane za nienadające się na schrony, czy eksodus z miasta do wiosek w górach przed mającymi wkroczyć Niemcami. A jednak z czasem robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Pojawia się komunistyczna partyzantka, do której uciekają młodzi chłopcy, a nawet dziewczyny. Rodzą się polityczne konflikty, dochodzi do zamachów na okupantów i ich krwawego odwetu. Jesteśmy świadkami egzekucji, a wszystko to dzieje się także na ulicy, na której mieszka bohater, wśród jego najbliższych sąsiadów.

Bardzo ważnym bohaterem tej powieści jest miasto, które w wyobraźni narratora żyje niczym jakiś wspaniały, fascynujący twór. Żyją jego kamienne domy, żyją ciągnące się pod górę ulice wyłożone brukiem, żyją rzeki i potoki. Szczególnie widoczne jest to w pierwszej części powieści, z czasem miasto zastyga nieniepokojone wyobraźnią bohatera. Czy dlatego, że dorasta? A może bardziej fascynuje go to wszystko, co dzieje się wokół niego? W tych partiach najlepiej widać mistrzowski styl autora. Obcowanie z jego językiem, znakomicie oddanym przez tłumacza, jest wielką przyjemnością.

Ale oto nieoczekiwanie, wszystko uległo zmianie tamtego dnia, kiedy spadły bomby. Mocno wstrząsnęły głównym pokojem; bardzo zbrzydł, miał wybite wszystkie szyby, gdy tymczasem piwnica, cicha, łagodnego usposobienia, nawet nie zapytała, co się stało na zewnątrz. Współczułem mu, opuszczonemu przez wszystkich. Podczas bombardowań, kiedy grube mury piwnicy nawet nie drgnęły, martwiłem się o niego, cały się chwiał i dygotał tam wysoko, zupełnie samotny. Przypominał mi kobietę piękną, ale przerażoną i znerwicowaną, gdy tymczasem piwnica była jak głucha staruszka o mocnych kościach. 

Szalona rzeka, pomyślałem. Każdej zimy starała się ugryźć miasto u jego podnóża. Jednak nie była tak groźna, jak usiłowała to pokazać. Groźniejsze były potoki spływające z góry. I one, jak rzeka, starały się ugryźć miasto. Lecz podczas gdy rzeka nabrzmiewała i puszyła się arogancko u podnóża miasta, potoki rzucały się zdradziecko na jego plecy.

Ulica Varosha z trudem pięła się w górę, natomiast z jej prawej strony schodziła z furią ulica Gjobeka, która oddalając się od łykowego domu włoskich zakonnic, jakby chował on jakąś zarazę, zderzała się z ulicą Varosha i z tego zderzenia obie wychodziły pokręcone. Dalej Zaułek Szaleńców, ślepy i uparty, rzucał się na subtelną ulicę przy gimnazjum, ale ta, w ostatniej chwili, sprytnie unikała zderzenia, odchodząc nieco w bok. I wtedy Zaułek Szaleńców puszczał się w dół, przez całą dzielnicę, jakby szukał zwady i w czasie tego biegu wykonywał najbardziej nieoczekiwane i najdziwniejsze zakręty. 

"Kronika z kamienia" to wspaniała literacka uczta, oddech po tych dwóch czytadłach, o których ostatnio pisałam.

Charmaine Wilkerson "Czarny tort"

Zwiedziona magią literatury z dalekich, małych krajów,  między

innymi z obszaru Karaibów, sięgnęłam po "Czarny tort" Charmaine Wilkerson (Znak 2023; przełożyła Agata Ostrowska). Książkę polecają autorzy Podcastu Zamorskiego, którego słucham, a ponieważ, jak już wspomniałam, lubię zapędzać się w nieoczywiste literackie rejony, dałam się namówić. Od początku wiedziałam, że to powieść popularna, ale miałam nadzieję, że będzie mocno osadzona w tamtym rejonie świata. Przynajmniej tak obiecywali prowadzący wspomniany podcast. Miał to być dobry wstęp do poznawania, nie tak znowu licznych, książek z tego obszaru. 

Rzecz w tym, że kilka lat temu natrafiłam na dwie bardzo dobre powieści karaibskie, które zrobiły na mnie duże wrażenie. To "Błogie odwroty" Yanick Lahens i "Niedziela 4 stycznia" Lyonela Trouillot. Obie z Haiti. Do dziś mam je w pamięci. Stały się dla mnie wyznacznikiem tego, czego szukam, sięgając po książki z odległych regionów. Chcę się dowiedzieć czegoś o kraju, o życiu jego mieszkańców, o ich problemach. Tymczasem akcja "Czarnego tortu" w dużej mierze toczy się w Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim w Stanach, bo tam osiedli bohaterowie, którzy wywodzą się z Karaibów. Nie takie miałam oczekiwania. Moje marudzenie, bo chyba już widać, że jestem nieco rozczarowana, ma i drugą przyczynę. Otóż przeczytałam "Czarny tort" bezpośrednio po "Faktorii jedwabiu" Tasha Awa, też książce mocno popularnej. Dwie takie lektury pod rząd sprawiły, że zatęskniłam za czymś o większym ciężarze gatunkowym, chwilowo mam przesyt pozycjami lekkimi, łatwymi i przyjemnymi. 

Na tym tle o niebo lepiej wypada "Mr Loverman" Bernardine Evaristo. Szczególnie w warstwie językowej, chociaż nie tylko. Nietuzinkowi bohaterowie, którzy drażnili, ale jednocześnie budzili sympatię, istotne problemy niesprawiające wrażenia wydumanych, prawdziwe dramaty, nieoczekiwane zapętlenia zdarzeń, no i fantastyczny język znakomicie oddany przez tłumaczkę, Agę Zano. A przecież Agata Ostrowska też jest bardzo dobra w swoim fachu, czytałam kilka książek w jej przekładzie, więc to Charmaine Wilkerson nie jest najwyraźniej wybitną stylistką. Po tym długim wstępie okraszonym dygresjami czas przejść do rzeczy.

Nie jest łatwo pisać o "Czarnym torcie", nie zdradzając za wiele, bo akcja skrywa wiele tajemnic. Wprawdzie po jakimś czasie można się pewnych rozwiązań domyślić, to jednak spojlery byłyby niewybaczalnym błędem. Posłużę się więc tym, co pisze wydawca. Byron i Benny, czarnoskóre rodzeństwo o karaibskich korzeniach, ale urodzone i wychowane w Kalifornii, które z powodu rodzinnego konfliktu nie widziało się od kilku lat, spotyka się po śmierci swojej matki, Eleanor Bennett. Zanim dojdzie do pogrzebu, muszą wysłuchać nagrania, które zdeponowała przed śmiercią u adwokata razem z testamentem. To w taki sposób postanowiła opowiedzieć im swoją historię, zdradzić, co ukrywała i dlaczego. Powieść, której akcja zbudowana jest na tylu tajemnicach, czyta się oczywiście bardzo dobrze, ale przecież nie tylko o to chodzi.

Jak już wspomniałam, dla mnie za mało w "Czarnym torcie" karaibskości, za mało lokalnego kolorytu, lokalnych problemów. A problemy, które porusza Charmaine Wilkerson, znam z innych książek. O życiu karaibskiej społeczności w Wielkiej Brytanii znacznie obszerniej i lepiej opowiada Bernardine Evaristo w przywołanym "Mr Lovermanie", o problemach rasy, dyskryminowaniu  ludzi o czarnym kolorze skóry w białych społeczeństwach zdecydowanie więcej i głębiej pisze w znakomitym eseju  "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry" Reni Eddo-Lodge. Całkiem niedawno czytałam też "Przyjęcie" Natashy Brown czy "Dziewczynę, kobietę, inną" Bernardine Evaristo, które również poruszają to zagadnienie. Poza tym jest to przede wszystkim historia rodzinnych konfliktów, czyli nic nowego. Z zagadnień poważniejszych dostajemy problem tożsamości i degradacji środowiska. Ten ostatni wydał mi się jednak wrzucony trochę na siłę. Trudno powiedzieć, abym jakoś specjalnie przejęła się losem bohaterek i bohaterów. Może najbardziej polubiłam zbuntowaną, szukającą swojej drogi Benny, chociaż jej problemy nie były czymś oryginalnym i świeżym 

Czytać? Nie czytać? Można, ale na pewno nie jest to książka z umownej kategorii must read. Umownej, bo przecież najlepiej wybierać lektury zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, co nie zawsze oznacza, że musimy sięgać po tytuł, który wyskakuje nawet z lodówki, a krytyczki i krytycy obwołali go arcydziełem.

PS. Na koniec pretensja do uchodzącego za szacowne wydawnictwa. Dlaczego na stronie Znaku nie ma informacji o autorce? A co za tym idzie żadne polskie źródło ich nie podaje. Wobec tego dla porządku wspomnę, że Charmaine Wilkerson ma jamajskie korzenie, urodziła się w Stanach, dzieciństwo spędziła na Jamajce, a potem wielokrotnie zmieniała miejsce pobytu. Jest dziennikarką i pisarką. 

Tash Aw "Faktoria jedwabiu"

Dlaczego postanowiłam sięgnąć po powieść "Faktoria jedwabiu"

Tasha Awa, chińsko-malezyjskiego pisarza mieszkającego w Wielkiej Brytanii? Jakimi ścieżkami biegła moja myśl, skoro czytałam inną jego książkę wydaną w Polsce, "Pięć okien z widokiem na Szanghaj", i średnio mi się podobała? Chyba zdecydowałam się na tę lekturę dlatego, że bliska mi osoba wybiera się do Malezji, gdzie rozgrywa się akcja "Faktorii jedwabiu", a ja kilka lat temu też tam byłam. Chciałam poczuć tamten klimat? Klimat miejsca, w którym mieszają się różne kultury? Odświeżyć wspomnienia? Pewnie tak, nie widzę innego powodu.

Kończąc notkę o "Pięciu oknach z widokiem na Szanghaj", napisałam, że przeczytać można, choćby dla wartości poznawczych czy dla rozrywki, ale są ważniejsze lektury. Tym razem mogę powtórzyć to samo. Połknęłam w kilka dni, ale nie jest to rzecz, do której miałabym potrzebę kiedykolwiek wrócić. Ot, sprawnie napisane czytadło. 

Akcja powieści toczy się na Malajach tuż przed japońską inwazją na tę brytyjską kolonię. Książka składa się z trzech części, każda napisana jest z innej perspektywy. Pierwsza to próba rekonstrukcji życia Chińczyka, Johnny'ego Lima, którego historię po jego śmierci próbuje odtworzyć dorosły syn. Syn, który nienawidzi ojca, bo uważa go za człowieka złego do szpiku kości. Kim był Johnny Lim? Urodził się w  wiosce w malajskiej dolinie Kinta, początkowo pracował w jednej z licznych angielskich kopalń cyny znajdujących się w tamtym rejonie. Poniżany, wykorzystywany, pogardzany jak inni górnicy. Potem zatrudnił się w nieźle prosperującym sklepie z materiałami w mieście Kampar i wkradł się w łaski chińskiego właściciela, wreszcie ożenił się z piękną Snow, córką bogatego przedsiębiorcy i naukowca, też Chińczyka. Później robił dalszą karierę biznesową, założył tę tytułową faktorię jedwabiu, która, jak twierdzi syn, służyła mu za przykrywkę do ciemnych interesów.

Obraz Johnny'ego Lima, jaki wyłania się z kolejnych części, jest zupełnie inny. Druga to dziennik jego zmarłej żony, Snow, a trzecia wspomnienia zakochanego w Malajach i w tropikach ekscentrycznego Anglika, Petera, który poznał Johnny'ego w Singapurze. Zaprzyjaźnili się i polubili, razem wędrowali po malajskiej dżungli, zwiedzali dolinę, a Peter stał się dla niego autorytetem, zwłaszcza w dziedzinie języka i kultury. Bo Johnny, chłopak z biednej wioski, chciał być kimś, nie tylko zdobyć pieniądze, ale i ogładę. Z dziennika Snow i ze wspomnień Petera wyłania się człowiek nieśmiały, nieszczęśliwy, łagodny, zamknięty w sobie. Jaki był naprawdę? Podstępny, bezwzględny, wilk w owczej skórze czy szlachetny, nieśmiały, zakompleksiony dobry, tylko okoliczności zmuszały go czasem do działań nieetycznych?  Kto ma rację? Syn czy tamtych dwoje? Trudno rozstrzygnąć.  Szczerze mówiąc, a właściwie pisząc, nie zajmowało mnie to jakoś szczególnie.

Jeśli coś mnie zainteresowało w tej powieści, poza samą story, za którą z ciekawością podążałam, chociaż nie aż z taką, żeby zarwać noc, to klimatyczna, melancholijna opowieść o wyprawie, którą odbyła tamta trójka w towarzystwie tajemniczego japońskiego profesora i drugiego Anglika, dyrektora jednej z kopalń. Wyruszyli samochodem przez dżunglę, po bezdrożach w kierunku wybrzeża, aby popłynąć na tajemnicze wyspy Siedem Dziewic. Na jednej z nich natknęli się na zarośniętą przez bujną tropikalną roślinność ruinę, która zafascynowała Petera. Najpierw pomyślałam, że to fantazja, ale tak przecież musiały wyglądać ruiny Angkoru, hinduskich świątyń czy majańskich piramid, kiedy je odkrywano. A wszystko to miało miejsce w przededniu japońskiej inwazji na Malaje. Ta podróż, o której nie miał pojęcia syn Johnny'ego, zmieniła wiele w życiu bohaterów. Jak to się mówi, nigdy już nic nie było takie samo. Każdy tam grał swoją grę, a Johnny jawi się jako ofiara. Czy był nią rzeczywiście? Nie wiem, ale naprawdę trudno mi powiedzieć, aby jakoś szczególnie obeszły mnie losy bohaterów.

Poza tym dostajemy trochę historii Malajów, trochę lokalnego kolorytu, ale nie tak wiele, aby zrozumieć specyfikę tego kraju. Jeśli ktoś w Malezji był albo się w te rejony wybiera, albo lubi takie tropikalne klimaty, albo szuka poczciwego czytadła, może po "Faktorię jedwabiu" sięgnąć, ale na pewno są ważniejsze lektury.

Alicja Urbanik-Kopeć "Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym"

"Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym" (Czarne 2022) to

druga książka Alicji Urbanik-Kopeć, po którą sięgnęłam i wiem, że sięgnę po dwie inne, które wydała, i po każdą następną, którą, mam nadzieję, jeszcze napisze. Tą pierwszą była znakomita "Instrukcja nadużycia.  Służące w XIX-wiecznych polskich domach", nie mylić ze  "Służącymi do wszystkiego" Joanny-Kuciel-Frydryszak, tej od "Chłopek". Co ciekawe, obie pozycje wyszły mniej więcej w tym samym czasie i obie bardzo polecam. 

Zanim o książce, kilka słów o autorce. Alicja Urbanik-Kopeć jest kulturoznawczynią, adiuntką w Instytucie Historii Nauki PAN, zajmuje się  historią kobiet w XIX wieku i w początkach XX. Oprócz dwóch wymienionych wydała też książki o robotnicach fabrycznych i pracy seksualnej w XIX wieku. Mimo że jest naukowczynią, pisze w sposób popularyzatorski, jej książki po prostu bardzo dobrze się czyta. Mnóstwo w nich cytatów z prasy, pamiętników i  poradników z okresu,  którym się zajmuje, odwołuje się także do klasyki literatury. Bada, jak problem, który jest przedmiotem jej zainteresowań, był przedstawiany w powieściach czy nowelach funkcjonujących nadal w literackim obiegu.

"Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym" to opowieść o mechanizmach, jakie rządziły zawieraniem małżeństw w wieku XIX i na początku XX. Autorka przygląda się kilku aspektom związanym z zawieraniem małżeństw w tamtym okresie. Pierwszym z nich jest posag. Oczywiście małżeństwa były w większej części aranżowane, ale nawet jeśli ktoś sam szukał sobie żony czy męża przez ogłoszenia matrymonialne w prasie - co pod koniec XIX wieku stawało się coraz bardziej popularne, chociaż nie do końca akceptowane - wśród ludzi, za którymi nie stały rodziny i nie byli osadzeni w towarzystwie, bo na przykład pochodzili z prowincji, to zawsze liczyło się jedno - posag panny. Im większy, tym większe szanse na lepszą partię. Bo małżeństwo było transakcją finansową i ekonomiczną dla obu stron. Kobieta, która w tamtym okresie nie była traktowana jako podmiotowa jednostka, musiała znaleźć męża, który stawał się jej opiekunem w zastępstwie ojca. Jeśli nie wyszła za mąż i tak nie mogła dysponować swoim posagiem! W małżeństwie zresztą najczęściej też nie. A jaki był los panny dobrze urodzonej, która męża nie znalazła? Musiała pozostawać na łaskawym chlebie u bliższych lub dalszych krewnych. Literatura pełna jest portretów takich nieszczęśnic, traktowanych pogardliwie, będących obiektem dowcipów w prasie satyrycznej, zdziwaczałych, nieszczęśliwych. Ale i dla mężczyzny posag był niezwykle istotny. To były pieniądze, które mogły pokryć jego długi kawalerskie, dokapitalizować biznes. Autorka przytacza przykłady, prawdziwe i literackie. Tak powstała fortuna Wedlów w Warszawie, tych od czekolady, fabrykantów Schleibrerów w Łodzi i Wokulskiego, bohatera "Lalki" Bolesława Prusa. O tym, że swój sukces zawdzięczają nie tylko  biznesowym talentom, ale i posagom żon, nikt nie pamięta, a te kobiety często były pokazywane w złym świetle. Jak Minclowa z "Lalki" czy Mada Muller z "Ziemi obiecanej" Reymonta. Chociaż tę ostatnią w niekorzystnym świetle przedstawił film Andrzeja Wajdy. 

A jak radziły sobie kobiety z warstw niższych, które posagu nie miały? Oczywiście pracowały i próbowały odkładać pieniądze. To robotnice fabryczne, służące, szwaczki, ale też guwernantki, bony, nauczycielki. Zarabiały jednak tak mało, że bardzo trudno było im zrealizować swój cel. Dlatego z pomocą przychodziły rozmaite kasy posagowe, gdzie mogły odkładać co miesiąc jakąś kwotę, a kiedy wychodziły za mąż, dostawały odłożone pieniądze. Z powodu, o którym przed chwilą pisałam, kasy nie miały płynności finansowej i musiały wspierać się dobroczynnością, bo z samych składek trudno było spiąć budżet. Wiele z tych kobiet nigdy nie wychodziło za mąż. Były i takie, które celowo rezygnowały z małżeństwa.

Drugi aspekt, jakim zajmuje się autorka, to kompetencje i pozycja. Kompetencje, czyli to wszystko, czego oczekiwano od żony. A oczekiwano, że będzie umiała prowadzić dom, co w tamtym czasie oznaczało nadzorowanie służby, rozdzielanie jej zadań, dbanie o to, żeby wszystko działało jak dobrze naoliwiona maszyna. Proste? Okazuje się, że nie bardzo, jeśli dziewczynę wychowywano z dala od tak przyziemnych spraw. A było to zjawisko powszechne w sferach ziemiańskich czy arystokratycznych. Młode mężatki nie znały najczęściej wartości pieniądza, nie miały pojęcia, ile co kosztuje, ile dać służącej na zakupy. A pieniądze na prowadzenie domu wydzielał oczywiście mąż. 

Kolejna sprawa to pozycja. Tu autorka zastanawia się, kiedy małżeństwo budowało pozycję obu stron, kiedy było mezaliansem, a kiedy awansem. Otóż mezalians niekoniecznie wiązał się z przekroczeniem klasy społecznej. Jeśli towarzyszyły mu pieniądze z posagu, nie było problemu. Małżeństwo uważane było za mezalians, jeśli przekroczeniu klasy towarzyszył ich brak. Najwięcej ryzykowała kobieta z warstwy niższej wychodząca za mąż za mężczyznę stojącego w hierarchii  społecznej wyżej, bo narażona była na ostracyzm towarzyski. Nawet jeśli kompetencje kulturowe małżonków nie różniły się bardzo, bo ona była ziemianką, a on arystokratą. Małżeństwa między kobietą z klasy niższej, służącą, guwernantką, boną, a mężczyzną z wyższej zdarzały się bardzo rzadko. Na mezalians, czyli nieoglądanie się na opinię otoczenia, mogli sobie pozwolić albo mężczyźni bardzo bogaci, albo uważani za ekscentryków, na przykład artyści. Autorka przytacza w tym rozdziale bardzo ciekawe przykłady z literatury - pisze o "Lalce" Prusa i "Trędowatej" Mniszkówny, a także o "Moralności pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej. Szczególnie ten ostatni przykład jest bardzo interesujący. Alicja Urbanik-Kopeć bardzo konkretnie uzasadnia, dlaczego Hance nie opłacałoby się wyjść za mąż za Zbyszka nawet wtedy, gdyby nie zdezerterował. Otóż otrzymana duża rekompensata finansowa pozwoliła jej urządzić się na wsi, gdzie miała narzeczonego. Jako żona Zbyszka byłaby nikim - pogardzana, wyśmiewana, trzymana z dala od towarzystwa.

Ostatni aspekt to los tych kobiet i mężczyzn, które i którzy nie znaleźli kandydata na męża czy kandydatki na żonę. I tu znowu  w najgorszej sytuacji były kobiety. Obdarzone pogardliwym epitetem starych panien, wyśmiewane, pogardzane, postrzegane przez liczne stereotypy. Że zgryźliwe, złośliwe, kapryśne, że same sobie winne, bo odtrącały licznych kawalerów, że zamiast wychowywać dzieci, zajmują się zwierzętami. Litowano się tylko nad tymi, które uważano za brzydkie albo nad chorymi czy ułomnymi. Ponieważ kobieta była tylko wtedy coś warta, jeśli była użyteczna, w rozmaitych artykułach, poradnikach czy książkach doradzano im, aby zajęły się na przykład wychowywaniem dzieci swoich sióstr czy innych krewnych. Nie do pozazdroszczenia był los starych panien z klas niższych. Kiedy traciły zdrowie, starzały się i nie mogły już pracować, zdane były na instytucje dobroczynne. Po pierwszej wojnie światowej bardzo powoli do świadomości społecznej przebijała się myśl, że kobieta może nie wyjść za mąż nie dlatego, że nie znalazła odpowiedniego kandydata, ale dlatego, że nie chce. Było to związane z tym, że wielu mężczyzn zginęło w czasie wojny, a kobiety zaczęły pracować, coraz więcej też zdobywało wykształcenie.

Jakie wnioski płyną z książki Alicji Urbanik-Kopeć? Po pierwsze, że kobiety zawsze mierzono inną miarą niż mężczyzn. To, co uchodziło mężczyźnie, nie uchodziło kobiecie. Po drugie, że kobiety były finansowo uzależnione od mężczyzn, najpierw od ojców, potem mężów. Ich wartość mierzono wysokością posagu i przydatnością do małżeństwa. Nie były traktowane podmiotowo, ich racja bytu to przydatność małżeńska, a jeśli to się nie udało, to jakakolwiek inna. Po trzecie od kobiet wymagano niemożliwego. Przed ślubem miały być eterycznym puchem marnym trzymającym się z dala od codziennych spraw, a po ślubie musiały od razu stać się żonami obeznanymi z przypisanymi im obowiązkami. Także tymi ze sfery seksualnej, a przecież nikt ich nie uświadamiał. To dopiero był horror! Takich sprzeczności i wymagań niemożliwych było znacznie więcej, także wobec kobiet z klas niższych, które musiały pracować. No i po czwarte chociaż wiele się w tej dziedzinie zmieniło, to przecież nie wszystko.

Bardzo, bardzo ciekawa książka!

Fatma Aydemir "Dżiny"

Są obszary świata i tematy, które mnie interesują szczególnie i

zawsze z ciekawością zerkam na propozycje książkowe czy filmowe z nimi związane. Tak jest z Turcją i turecką imigracją w Niemczech. Dlatego nie mogłam przejść obojętnie wobec powieści " Dżiny" Fatmy Aydemir (Cyranka 2023; przełożyła Zofia Sucharska) tym bardziej, że wydawnictwo z renomą i recenzje zachęcające. Pochodząca z rodziny tureckich imigrantów autorka urodziła się w Niemczech w roku 1986, mieszka w Berlinie, jest dziennikarką i felietonistką. "Dżiny" to jej druga powieść. Obie zostały dostrzeżone w Niemczech i były nagradzane. 

"Dżiny" połknęłam jednym tchem i chociaż początkowo miałam wrażenie, że owszem znakomicie się czyta, ale niczego nowego się nie dowiem, to szybko zmieniłam zdanie. A już zupełnie nie spodziewałam się najbardziej emocjonalnego, niejednoznacznego i dramatycznego ostatniego rozdziału. Wydawało mi się, że perspektywa Emine, matki sześcioosobowej rodziny tureckich imigrantów, będzie najmniej interesująca. Bardzo się pomyliłam - jej rozmowa z najstarszą córką, Sevdą, która jest główną bohaterką trzeciego rozdziału, rzuca na relacje rodzinne nowe światło, wnosi wiele dramatyzmu i daje do myślenia. Która z kobiet ma rację? Czy Sevda, obwiniając matkę o bierność? Czy można zrozumieć decyzje Emine? Czy jej postępowanie da się wytłumaczyć tragedią z czasów wczesnej młodości, która cieniem położyła się na jej życiu? Tradycyjnym wychowaniem? Brakiem wykształcenia? Trudno zdradzać więcej, bo w powieści oprócz społecznego tła i historycznego kontekstu ważna jest też opowieść o rodzinie i stopniowe poznawanie tajemnic bohaterów, a całkowite odkrycie kart następuje właśnie w ostatnim rozdziale.

Po tej dygresji nie-dygresji zacznę od uporządkowania informacji. "Dżiny" to historia sześcioosobowej tureckiej rodziny imigrantów pochodzącej z małej wioski w północno-wschodniej Turcji gdzieś w pobliżu granicy z Armenią. Akcja toczy się głównie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku przede wszystkim w Niemczech. W każdym rozdziale, zatytułowanym imieniem jednej z bohaterek lub jednego z bohaterów, dostajemy perspektywę kogoś innego. Pewne fakty się powtarzają, ale w kolejnych rozdziałach nasze pole widzenia poszerza się - dowiadujemy się czegoś nowego o historii rodziny i relacjach w niej panujących. Pierwszy, najkrótszy, to perspektywa ojca, Huseyina, ostatni, jak wspominałam, matki, Emine. Środkowe to historie ich dzieci. A wszystko zaczyna się od przysłowiowego trzęsienia ziemi. Po trzydziestu latach spędzonych w Niemczech, latach ciężkiej pracy w fabrykach, odmawiania sobie wszystkiego z myślą o lepszym losie dzieci, Huseyin spełnia swoje marzenie i kupuje mieszkanie w Stambule. Tu chciałby wrócić i zamieszkać. Niestety radość z dostatnio urządzonego lokum nie traw długo - niespodziewanie dopada go zawał, Huseyin umiera, a rodzina przyjeżdża do Stambułu na pogrzeb. Tego wszystkiego dowiadujemy się na pierwszych stronach powieści, można też o tym przeczytać w nocie wydawniczej. 

"Dżiny" pokazują perspektywę starszego i młodszego pokolenia tureckich imigrantów. Przy wszystkich różnicach obie generacje coś jednak łączy - poczucie, że są w niemieckim społeczeństwie obywatelami drugiej kategorii. Spotykają ich drobniejsze lub większe szykany, mają świadomość, że w każdej chwili może im się przydarzyć coś gorszego niż krzywe spojrzenie rzucone w ich kierunku na ulicy, pogardliwe określenie ciapaci skierowane pod ich adresem. Przecież co jakiś czas telewizyjne wiadomości donoszą o pobiciach tureckich imigrantów, a nawet podpaleniach domów, w których mieszkają. Każde z nich ma inną strategię radzenia sobie z poczuciem, że jest się kimś gorszym, pogardzanym, niepożądanym. Ojciec znosi wszystko z pokorą z myślą o lepszym losie dzieci. Być może on jednak cierpi najbardziej, bo w konfrontacji z niemiecką policją czuje się bezradny i bezsilny, a przecież jako mężczyzna, głowa rodziny,  powinien być sprawczy, wnieść skargę z powodu pobicia przez policjantów jego syna.

Dlaczego stawiasz mnie w takiej sytuacji? (...) Nie mogę przecież nic z tym zrobić. Czy ty tego nie rozumiesz? Dlaczego musisz mi przypominać, że jestem bezsilny? Gdzie niby mam z tym pójść? Na policję? Żeby złożyć donos? Czego ty ode mnie chcesz?

Myślałem, że przyjedziemy do Niemiec i tutaj wszystko będzie inaczej. (...) Myślałem, że tu nie dzieją się takie rzeczy. Ale nie miałem racji, bo to oczywiście dzieje się wszędzie. (...) Nawet gdybym mówił w ich języku, nikt by mnie nie posłuchał. Tylko byśmy mieli więcej zmartwień. Musisz o tym wszystkim zapomnieć, słyszysz? Ty o tym zapomnisz, ja o tym zapomnę i wreszcie nauczysz się zachowywać jak mężczyzna.

Ale Hakan, najstarszy syn, do którego skierowane są te słowa, nie chce zapomnieć, nie chce być gorzej traktowany, nie wie jednak, co ma z tym zrobić, miota się, szukając swojej drogi i stale popada w jakieś tarapaty. Być może ratunkiem okaże się związek z Leną, Niemką. Jego młodsza, studiująca siostra, Peri, zarzuca mu, że sam stawia się w roli ofiary, w roli ciapatego, bo wszystko sprowadza do faktu, że jest tym pogardzanym ciapatym.

Jak gdyby Hakan sam wybrał sobie los ciapatego, jak gdyby tysiąc razy bardziej nie wolał być kimś, kto kompletnie nie rzuca się w oczy; kto jest w stanie przyjechać na czas na pogrzeb własnego ojca, bo policja ni stąd, ni zowąd nie podejrzewa go o bycie ćpunem i dilerem; kto jest w stanie pochwalić się skończoną nauką zawodu i nie jest z niej wyrzucany po drugim roku przez majstra naziola z włosami w nosie; kto nie jest prowokowany i poniżany tak długo, aż straci nad sobą panowanie i jednak wrzuci niedopałek do pojemnika z odpadami chemicznymi.

Może największą szansę na poradzenie sobie z pogardą, a jednocześnie odnalezienie własnego miejsca w niemieckim społeczeństwie ma Peri? Chociaż jej droga też nie była i nie jest prosta, to dzięki spotkaniom w studenckich grupach feministycznych rozumie, że to ona decyduje, kim chce być i w jakiej roli się postawi. Może jej jest najłatwiej, bo rodzice nie sprzeciwiali się jej edukacji? Inaczej było z najstarszą, Sevdą. Ona nie dostała tej szansy, nie zapisano jej do wymarzonej szkoły, bo kiedy przybyła do Niemiec, była już w takim wieku, że nie obejmował jej obowiązek szkolny. Tego nie może rodzicom wybaczyć, a zwłaszcza matce. Miała powielić jej los - wyjść za mąż, wychowywać dzieci. Małżeństwo wydało się jej drogą do wyrwania się z domu. Buntu starczyło jej tylko na tyle, że odrzuciła pierwszego kandydata, z którym swatali ją rodzice. W końcu i ona do czegoś dochodzi, ale jakim kosztem. Ciężką pracą po kilkanaście godzin na dobę, brakiem czasu dla dzieci. Pracuje intensywniej niż ojciec, ale na swoim. Czy nie popełnia jego błędów, odkładając wszystko na przyszłość? Ale czy ma jakiś inny wybór, jeśli w swojej sytuacji chce coś osiągnąć? To, obok Emine, najtragiczniejsza bohaterka tej powieści.

A jaka była strategia matki? Siedzieć w domu, wychodzić tylko po zakupy, skupić się na rodzinie, spotykać się tylko z tureckimi sąsiadkami, jak najmniej stykać się z wrogim niemieckim światem. Nie była szczęśliwa w Turcji, nie jest szczęśliwa w Niemczech. W dramatycznej, szczerej rozmowie z Sevdą po pogrzebie Huseyina zrzuca winę na mężczyzn. To oni o wszystkim decydowali. Ale córka się z nią nie zgadza.

Możliwe, że to mężczyźni mieli ostatnie słowo, zresztą, do cholery, mamy dziewięćdziesiąty dziewiąty rok i w dalszym ciągu jest tak samo. Ale żeby mogli tak robić, żeby zawsze o wszystkim decydować, potrzebują takich ludzi jak ty. Kobiet, które przez całe życie tłamszą pozostałe kobiety; które każą swoim dzieciom godzić się na tak samo zasrany los, jaki spotkał je same. Ja zresztą wcale nie jestem lepsza, łapię się na tym, kiedy krzyczę na dzieci albo wymierzam im karę. Zawsze muszę się hamować, że tak nie można, że nie chcę być taka jak moja matka. Nigdy jednak nie będę tak zakłamana i obłudna jak ty, Emine. 

Czy osąd Sevdy jest sprawiedliwy? Według mnie i tak, i nie. Pokoleniu jej matki było jeszcze trudniej niż jej, wychowywała się w innym świecie. Czy gdyby Sevda została w Turcji z dziadkami, w małym mieście, gdzie też czuli się obco, umiałaby się wyrwać z tego zaklętego kręgu kobiecego losu?

Jest jeszcze jeden problem, o którym muszę wspomnieć. Otóż bohaterowie powieści byli wykluczeni podwójnie. Dla Niemców są Turkami, ale naprawdę to kurdyjska rodzina. To między innymi dlatego wyjechali z kraju. Nie chodziło tylko o pieniądze. Huseyin i Emine mówią po kurdyjsku, ale przed dziećmi ukrywają swoje pochodzenie, chcą im oszczędzić tego losu.

Bardzo ciekawa książka. Bogate portrety bohaterów, niejednoznaczne postawy, skomplikowane relacje rodzinne i skrywane tajemnice, no i, last but not least, los tureckich imigrantów w Niemczech i Kurdów w Turcji.

Małgorzata Lebda "Łakome"

O debiutanckiej powieści "Łakome" poetki Małgorzaty Lebdy (Znak

2023) mówiło się dużo i bardzo dobrze. To nie moje klimaty, myślałam i nie zamierzałam po nią sięgać. Dlaczego? Nie odstręczała mnie opowieść o chorobie i umieraniu, ale zanurzenie w naturze, przyrodzie. Nie żeby te sprawy były mi obojętne, bo nie są. Mięsa nie jem od dawna, bardzo przejmuję się betonowaniem świata, katastrofą klimatyczną, wymieraniem gatunków, wycinaniem lasów i innymi gwałtami na naturze, ale jakoś nie bardzo ciągnie mnie do książek, w których natura staje się pełnoprawną bohaterką na równi z człowiekiem.  Jednak po wysłuchaniu kilku rozmów z autorką zaczęłam zmieniać zdanie, stałam się ciekawa tej książki. Aby nie ryzykować, a nuż się nie spodoba, wypożyczyłam ją sobie z biblioteki. Połknęłam  w trzy dni, bo mimo pozorów, powieść ma prawie trzysta stron, nie jest to książka aż tak obszerna. Dużo w niej  wolnych przestrzeni. Ale szczupła objętość to nie jedyny powód, że tak szybko ją przeczytałam - po prostu wciągnęła mnie jej melancholia i poetyckość,  sama się zdziwiłam, że aż tak bardzo mi się spodobała!

A nie jest to powieść akcji. Oś konstrukcyjna to choroba babki. Narratorka wraca na wieś do domu dziadków, w którym się wychowała, aby pomagać w opiece nad chorą, aby jej towarzyszyć. Razem z nią przyjeżdża Ann, która także włącza się w życie domu. Kim jest  Ann? Siostrą? Kuzynką? Partnerką? Kimś spoza porządku realistycznego? Na to ostatnie raczej nic nie wskazuje. Choroba i nieubłagane zbliżanie się do śmierci to jeden z tematów tej powieści. Wbrew pozorom ten wątek nie jest przygnębiający. Babka chociaż choruje i słabnie, z jednej strony trzyma się życia, z drugiej traktuje ten stan jako coś naturalnego. Gromadzi wokół siebie i ratuje przed zagładą wszystko, co żywe. Muchy, pająki, mrówki i inne żyjątka. 

Więc idę z nią, bardzo wolno, w letni las. Babka docenia piękno brzozowej kory, wilgoć mchu, i wiatr trącający liście osiki. Robi to na przekór pracującej w niej chorobie. Należy do lasu, do tej ziemi, myślę. 

Zawsze taka była. To był także jej bunt przeciwko dziadkowi, przeciwko przymusowi pracy. Bo ona w każdej chwili była gotowa przerwać robotę w polu, aby podążać za tym, co żywe i dzikie. Narratorka nie epatuje fizjologią choroby, najwyżej ją sugeruje. Skupia się na towarzyszeniu, byciu z chorą, wspominaniu. Jakby chciała utrwalić w pamięci jej portret - historię, osobowość, to, jaka była i jest.  Inną strategię przyjmuje dziadek. On od samej choroby ucieka, za to skupia się na krzątactwie - rzuca się w wir remontów. Chce zrobić wszystko, aby babce wygodnie się chorowało. Aby było ciepło i czysto. 

Dziadek unika choroby babki, ceremonie wokół choroby są mu obce, nie chce nic o chorobie wiedzieć, niczego w chorobie dotykać. Ale chce mieć babkę w zasięgu głosu. Miejsce babki jest w domu. Trzeba zrobić tak, żeby babka miała ciepło. Należy jej się ciepło, mówi.

Ale te zmiany mają swoją cenę. Nowy piec do centralnego ogrzewania będzie pożerał drewno z lasów. W domu zrobi się nienaturalnie gorąco. Żeby zrobić remont, trzeba sprzedać działki. W miejsce dzikiego pojawią się nowe domy, które zaczną na nich rosnąć.

Myślę o lesie, który stanie się pokarmem dla naszego pieca, myślę o bukach, które wraz z dziadkiem będę zwozić w dolinę, (...) myślę o brzozie i jej papierowej skórze, która roznieci ogień pod wszystkim. Myślę o tym, jak żarłoczny jest dom. Temu domowi zawsze było chłodno, zawsze był w nim ziąb. A teraz dziadek wprawił domowi żebra kaloryferów i jest tu gorąc, nie ma schronienia przed tym ciepłem, które usypia, rozleniwia, oszukuje ciało.

Czy tak musi być? Czy cenę za wygodę zapłaci przyroda? Czy to też część cyklu życia i śmierci?

Choroba, śmierć są tu częścią życia, częścią świata natury. To człowiek zaburza ten porządek. Z okien zachodniego pokoju, w którym choruje babka, widać ubojnię. To groźny potwór, który od dawna niszczy życie wsi, w jego cieniu wychowała się narratorka, w jego cieniu mieszkają dziadkowie. Nocą światła ciężarówek wiozących zwierzęta omiatają sufit i ściany pokoju. Budynki zakładu naruszyły wzgórze. Kiedy przychodzi ulewa, ziemia zaczyna się osuwać. 

Ziemia rusza. A więc woda, mówi babka. Patrzymy. Gleba trzymająca na sobie ciężkie budynki ubojni pracuje. (...) Wilgoć naruszyła struktury, weszła na tyle głęboko, że dotknęła kamienistego wnętrza wzgórza. Wilgoć rozgościła się tam, wilgoć ma tam norę, w której ryje, mówię. Tak, przytakują mi babka i Ann.

Codziennie słychać głosy przestraszonych zwierząt, które czują zbliżającą się rzeź. Na ziemi wokół ubojni nic nie chce rosnąć. Drzewa z sadu, który kiedyś tam był, skarłowaciały, nie rodzą owoców. Naturalny cykl został zaburzony.

Sad jest nagi, karłowaty, chory. To przez wilgoć ze środka krów, mówię. Zajmie się tym ogień albo woda, mówi babka.

Narratorka z pokorą przygląda się światu natury. Spokojnie przyjmuje to, co przynoszą ulewy, burze, potem słońce. Rozumie, że jest częścią tego świata. 

Ta powieść składa się z takich mikro scenek, mikro obserwacji. Skupia się na drobiazgach, zagląda w głąb tego, czego zazwyczaj, szczególnie żyjąc w mieście, nie dostrzegamy. W głąb świata przyrody. Ludzkie miesza się ze zwierzęcym. Jakby narratorka próbowała ocalić to, co znika. Chociaż, czy to człowiek będzie górą, wcale nie jest pewne. Natura wciąż upomina się o swoje. Przeciąganie liny trwa. 

Miedza zachodzi krwią. Wrześniowa burza niesie czerwień dalej, w dół wsi, w kolejne rzeki. (...) To się zemści, mówi babka. (...) Dolina śmierdzi. Niech przyjdzie wielka woda, mówi babka.

Babka jest po stronie natury. Wzywa żywioły, aby zrobiły porządek.

To, że Małgorzata Lebda jest poetką, bardzo odcisnęło się na tej powieści. Widać to w cytatach, które przytoczyłam. Ten poetycki  styl sprawia, że ta niespieszna powieść staje się rodzajem medytacji nad śmiercią, chorobą, relacją człowiek-przyroda, zmianą.

Aleksander Kaczorowski "Babel. Człowiek bez losu".

Sięgnięcie po najnowszą książkę Aleksandra Kaczorowskiego

"Babel. Człowiek bez losu" (Czarne 2023) było dla mnie oczywiste. Po pierwsze dlatego, że bardzo cenię autora. Biografia Oty Pavla, która wyszła spod jego pióra, zrobiła na mnie duże wrażenie. W czytniku czeka biografia Hrabala i "Praski elementarz". Lubię też słuchać jego opowieści, kiedy od czasu do czasu komentuje w radiu jakieś czeskie sprawy. Drugi powód to bohater jego najnowszej książki, Izaak Babel, klasyk literatury rosyjskiej. Rosyjski Żyd, a może bardziej ukraiński, a najbardziej odeski. I tu dziwne wyznanie. Nie wiem, jak to się stało, ale Babla nigdy nie czytałam. Może dlatego, że to mistrz krótkiej formy, który nie napisał żadnej powieści? A może w młodości, kiedy zaczytywałam się klasyką literatury rosyjskiej, tematyka jego opowiadań wydała mi się nudna? Wojna i opowieści o odeskim półświatku kiedyś odstręczały. Kilka lat temu kupiłam  w antykwariacie klasyczne, bo z serii Nike, czytelnikowskie wydanie Babla, ale jakoś dotąd po nie nie sięgnęłam. Oczywiście po lekturze biografii pisarza, w której Aleksander Kaczorowski siłą rzeczy odnosi się do jego utworów, nabrałam na nie wielkiej ochoty, ale kiedy przeczytam, któż to wie.

Może się wydawać dziwne, że bohemista, znawca kultury czeskiej napisał książkę o rosyjskim pisarzu. W kilku popremierowych wywiadach, których wysłuchałam, autor wyjaśnia, że literaturą rosyjską zainteresował się w czasie studiów dzięki Andrzejowi Drawiczowi, z którym miał zajęcia. To właśnie jemu zadedykował swoją książkę. A szczególne zainteresowanie twórczością Babla zawdzięcza Hrabalowi, bo to właśnie on był jego ulubionym pisarzem.

Muszę przyznać, że przystępując do lektury, niewiele o Bablu wiedziałam. Chyba tylko tyle, że związany był z Odessą, no i oczywiście, co napisał. Nawet nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego, że cykl opowiadań "Armia Konna" powstał dzięki temu, że Babel zaciągnął się do formacji Budionnego. Nie walczył, pozostawał na tyłach frontu wojny polsko-bolszewickiej, bo był oficerem politycznym i redaktorem frontowej gazetki. Stąd późniejsze ataki na jego opowiadania. Budionny zarzucał mu, że przedstawił fałszywy, oczywiście niekorzystny, obraz armii, bo nie walczył. Tymczasem on opisywał to, co dzieje się po przejściu frontu. Nieszczęście ludzi, po których przejechała się Historia. W ogóle jego pisarstwo zanurzone było w rzeczywistości, czerpał z życia, był znakomitym obserwatorem. Podobny rodowód mają jego "Opowiadania odeskie". To w tym mieście się urodził, do niego wracał, kiedy mógł, chociaż wiele lat dzieciństwa spędził w Mikołajowie, gdzie na jakiś czas wyprowadzili się jego rodzice. Z konieczności wyjechał też z Odessy do Kijowa na czas studiów, bo tamtejsza uczelnia przyjmowała Żydów. Kiedy w latach trzydziestych podczas jednego z pobytów we Francji, gdzie mieszkała jego żona, odwiedził Marsylię, zakochał się w tym mieście, bo przypominało mu Odessę czasów jego młodości. Tamta Odessa umarła razem z rewolucją październikową, z miasta portowego, tętniącego życiem, stała się miastem prowincjonalnym, skąd, kto mógł, uciekał do Moskwy, bo to tam było życie. No i on w końcu też wyjechał.

Kim właściwie był Babel? Żydem? Rosjaninem? Ukraińcem? Urodził się przecież w dość zamożnej kupieckiej żydowskiej, ale postępowej, odeskiej rodzinie. Znakomicie władał językiem jidysz, bo to język jego domu i środowiska. Ale mówił też po rosyjsku i to w tym języku potem pisał. Ponieważ odebrał staranne wykształcenie, znakomicie znał też francuski, co pozwoliło mu czytać w oryginale opowiadania jego ukochanego pisarza Guy de Maupasanta. Ale swoje dzieciństwo i młodość spędził w Ukrainie, dopiero potem wyjechał do Petersburga i Moskwy. Wszystko wskazuje na to, że jak wielu w tamtym miejscu i czasie miał płynną tożsamość.

To, co w biografii Babla wydało mi się najciekawsze, to historia pisarza, który po rewolucji bolszewickiej w zupełnie nowej niechcianej rzeczywistości usiłuje jakoś żyć, jakoś się urządzić. Jeśli nie zdecydował się uciec, to czekały go wieczne lawirowanie i wieczne kompromisy. Jeżeli chciał pisać i wydawać, nie mógł ignorować rzeczywistości, musiał szukać sobie protektorów z Czeki i grać z władzą. To była powszechna praktyka wśród sowieckich pisarzy. Sam autorytet Gorkiego, który od początku wspierał jego literacką karierę, nie wystarczał. Jak twierdzi Aleksander Kaczorowski, musiał też podkoloryzować swój życiorys. Powszechnie uważa się, że w młodości sam pracował w Czeka, bo tak pisał w opowiadaniu Życiorys własny. Ale to tylko fikcja literacka. Naprawdę nie ma go na listach pracowników Czeki, nie należał też do partii. Postępując w ten sposób, długo jakoś funkcjonował w sowieckiej rzeczywistości. Jego "Armia Konna" i "Opowiadania odeskie" były wydawane i tłumaczone, przyniosły mu sławę. Współpracował z filmem, co dawało mu pieniądze. Problemy zaczęły się w latach trzydziestych, kiedy sztukę opanował socrealizm. Tak Babel pisać nie chciał, dlatego tworzył do szuflady, znowu lawirował, rozsiewając informacje, że planuje powieść o kolektywizacji wsi albo o Czeka. Za tę pierwszą nawet nawet się zabrał, ale to, co zobaczył w czasie wizyt w kolektywizowanych wsiach, przeraziło go. Takiego obrazu nie mógł pokazać w tamtych realiach. Dlatego nic z tego nie wyszło. Poza tym chyba nie potrafił napisać powieści, dobrze czuł się w krótkich formach, których był mistrzem. W końcu jednak stał się ofiarą czasów wielkiego terroru. Zgubił go romans z żoną Jagody. I nie o sam romans chodziło, a o zarzuty o szpiegostwo, które rzucił na niego w śledztwie aresztowany mąż jego dawnej kochanki. W tamtym okresie, kiedy po kolei Stalin wykańczał wszystkich swoich dawnych sojuszników i współpracowników, nie miał już parasola ochronnego. Zginął rozstrzelany po brutalnym śledztwie jak wielu innych. Dlaczego nie został za granicą, gdzie wcześniej wyprawił swoją rodzinę? Żonę, teściową, matkę i siostrę. Wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę? Skoro tak długo się udawało, był przekonany, że nadal tak będzie?

Bardzo ciekawe było też życie osobiste Babla, o którym nie miałam oczywiście pojęcia. I tu też lawirował, nie był szczery. Poza tym, jak w każdej biografii, niezwykle interesujące jest tło historyczne. To jeden z powodów, dla których po ten gatunek lubię sięgać. Trochę wiedziałam, ale jak zwykle natrafiłam na wiele nowych informacji.

Popularne posty