"Rust and bone" Jacquesa Audiarda

Temat "Rust and bone" może odstraszać. Młoda kobieta, która w wypadku zostaje kaleką, mężczyzna, który pomaga jej dźwignąć się po tej tragedii, a na dokładkę dziecko. Zapowiada się klasyczny wyciskacz łez albo powiastka z morałem, ewentualnie coś w stylu "Nietykalnych" (nie powinnam się wyzłośliwiać, bo nie widziałam, a nie widziałam, bo podejrzewałam, na co się zanosi). Jednym słowem filmowy okład na duszę: przeszkody da się pokonać, chcieć to móc, a jako zwieńczenie słodki happyend. Ale komu nazwisko reżysera nie jest obce, ten domyśli się, że nie będzie tak prosto. Jacques Audiard nakręcił "W rytmie serca" z moim ulubionym Romainem Durisem, ale przede wszystkim rewelacyjnego "Proroka". Czy ktoś taki może zrobić ckliwe filmidło? Nie! Dlatego zupełnie nie interesowało mnie, co mają do powiedzenia na temat "Rust and bone" krytycy, tylko czym prędzej pomknęłam do kina. Miałam rację. To film psychologiczny, w którym wbrew pozorom nie tylko o okaleczoną dziewczynę chodzi. Równie ważny jak Stephanie jest Ali. Powiedziałabym nawet, że to jego historia wysuwa się na pierwszy plan. Obserwujemy jego emocje, jego niełatwe relacje z ludźmi, szczególnie z siostrą i synem. Więcej nie chcę zdradzać. Film niesie tych dwoje bohaterów, także dzięki świetnym aktorom: Marion Cotillard i Mathiasowi Schoenaertsowi. Oboje przykuwają uwagę. To naprawdę bardzo dobre kino, które świetnie się ogląda. Połączenie (trochę) komercji z mądrością. Namawiam, warto zobaczyć. Dwie godziny miną jak z bicza strzelił. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Zacznę od tego, czego nie chciałam zdradzić we wstępie. "Rust and bone" to dla mnie historia o dorastaniu do odpowiedzialności i miłości, może przede wszystkim do dziecka. Ali to typ wiecznego chłopca, w dodatku z marginesu. Niewiele wiemy o jego przeszłości. Prawdopodobnie imał się różnych przypadkowych zajęć, wchodził w przypadkowe relacje z kobietami sprowadzające się głównie do seksu, a owocem jednej z nich jest jego syn, Sam. Nie potrafi okazywać uczuć ani siostrze, której nie widział pięć lat, ani dziecku. Kiedy musi się nim zaopiekować, spełnia swój obowiązek, bo tak trzeba, ale serca w to nie wkłada. Ali nie ma cierpliwości do syna, łatwo wpada w gniew, nie rozumie, co znaczy odpowiedzialność za dziecko. Jeśli akurat nadarza się okazja, aby poderwać kobietę, zapomni, że trzeba odebrać syna ze szkoły. Nie wiadomo, jak wyglądałyby jego relacje z Samem, gdyby nie pomoc siostry. To ona okazuje chłopcu serdeczność. Ali ima się różnych zajęć, byle jakoś zarobić pieniądze. Domyślamy się, że bez problemu popełni drobne przestępstwo, jeśli sytuacja go do tego zmusi albo nadarzy się okazja. Właściwie wszystko, co robi Ali, jest pozbawione głębszej refleksji, trochę przypadkowe. Mam wrażenie, że niesie go życie. Takie są jego powierzchowne związki z kobietami, takie różne zajęcia. Nie ma dla niego znaczenia, że montowanie ukrytych kamer, które śledzą każdy krok pracowników, co potem daje menadżerom pretekst do  zwolnień, jest dwuznaczne moralnie. Trafiła się dobrze płatna robota, to ją bierze. Dopiero kiedy jego siostra, Anna, traci pracę przez kamerę zamontowaną właśnie przez niego, spróbuje przewartościować swoje życie, chociaż przecież nie od razu. Najpierw ucieknie od kłopotów, od gniewu siostry, zostawiając Sama i Stephanie. Najprawdopodobniej nie robi sobie wyrzutów z jej powodu. Bo kim ona jest dla niego? Powinna go traktować jak OP, czyli operacyjnego. Jeśli zechce się z nim przespać, wystarczy telefon. Będzie miał czas, to przyjedzie. Nie ma problemu. To oczywiście nie oznacza, że będzie sypiał tylko z nią. Kiedy wpadnie mu w oko atrakcyjna dziewczyna, na jej oczach poderwie ją. W czym problem? Jej stanowcze domaganie się szacunku, bo o to go prosi, o nic więcej, zaskoczy go i zastanowi. Może spełnić jej prośbę, też nie ma problemu.

Przyszła w końcu pora na zadanie sobie najważniejszego pytania: dlaczego Ali spotyka się ze Stephanie, dlaczego zaczyna z nią sypiać? Nie oszukujmy się, na pewno nie jest łatwo zaakceptować takie kalectwo. Co innego pomoc, dotrzymywanie towarzystwa, a nawet przyjaźń, co innego seks. Szczególnie dla mężczyzny takiego jak Ali, który traktuje kobiety przedmiotowo. Przecież sypia z tymi, które mu się podobają. Być może ktoś uzna, że ta sytuacja jest nieprawdopodobna. Ja myślę, że kontakty z okaleczoną Stephanie ułatwia mu, paradoksalnie, jego prosta i bezrefleksyjna natura. To nie on szuka z nią kontaktu, ale odpowiada na jej prośby. Ot tak, po prostu. Tak wygląda ich związek. Napisałam związek, ale przecież to nie jest właściwe słowo. Z czasem zaczyna być jej zwyczajnie ciekaw i może dlatego, że dla niego w relacjach z kobietami liczy się tylko seks, pyta ją o to, czy nie brakuje jej tej sfery życia. Ich znajomość staje się stopniowo coraz bliższa, ale nie wychodzi poza ramy przyjaźni a może tylko kumpelstwa. Tak to wygląda z jego strony.

A ona? Że dzięki niemu wraca jej chęć do życia, to banał. Tak oczywiście jest. Odkrywa na nowo radość ze zwykłych przyjemności: spaceru, kąpieli w morzu. Otwiera się na ludzi, staje się silna, nie chowa w kąciku, nie ukrywa swojego kalectwa i nie czuje się przez nie gorsza. To, że Ali z nią sypia, z jednej strony przywróciło jej kobiecość, z drugiej dało jej siłę i pewność siebie. Nie chce litości i przeprosin. Dlatego domaga się szacunku od niego, dlatego robi awanturę mężczyźnie, który najpierw ją podrywa, a kiedy orientuje się, że zamiast zgrabnych nóg ma protezy, zaczyna ją przepraszać. Dlatego śmiało obnosi swoje metalowe kończyny, cud techniki, który przywraca jej sprawność, wręcz epatuje nimi. Ona nie ma z tym problemu, jeśli ktoś ma, to jego sprawa. Ładna Stephanie wygląda nieco demonicznie na swoich lśniących protezach. Jest połączeniem delikatności i siły, twardości. Dlatego budzi zainteresowanie i respekt wśród zgrai mężczyzn biorących udział w walkach. Z jednej strony piękna kobieta, z drugiej twardy negocjator. Pewnie nie miałaby wstępu do ich świata, kiedy przyjeżdża na pierwszą walkę Aliego, słyszy żadnych kobiet i nie opuszcza samochodu, gdyby nie jej kosmiczne protezy. Jest kobietą i nie jest nią zarazem. Stephanie nie mówi o tym, co czuje, przygląda się światu z dystansem i zdziwieniem. Wydaje się pogodzona z tym, co osiągnęła. Ale w głębi duszy chyba marzy, że stanie się dla Aliego kimś więcej niż tylko kumpelką, menadżerką i kobietą, z którą sypia. Tylko marzy, złudzeń pewnie nie ma. Kiedy Ali zniknie po awanturze z siostrą, nie zostawiając żadnego kontaktu, zrezygnowana, ale nie zrozpaczona, przyzna, że nie wie, na co liczyła. Tego, że wyjedzie bez słowa, porzucając nie tylko ją, ale i swojego syna, chyba się jednak nie spodziewała. Za to Anna nie miała złudzeń. Była zdziwiona, że jej brat powoli zaczyna układać sobie życie. Właściwie należało się spodziewać, że prędzej czy później zdezerteruje. Tak myśli Anna.

Co sprawia, że Ali dorośnie do odpowiedzialności i miłości? Impulsem do zmian jest awantura z siostrą. Ucieka, ale już wie, że trzeba ponosić konsekwencje tego, co się robi. Nie można żyć bezrefleksyjnie. Szansą będzie miłość do boksu. Już nie nielegalne, pokątne walki za pieniądze, ale systematyczne uprawianie tego sportu. Audiard zastosował w swoim najnowszym filmie podobne chwyty jak w "Rytmie serca". Po pierwsze tam też głównego bohatera, postać równie niejednoznaczną, gwałtowną i dziką, ocala pasja (tam jest to muzyka), po drugie nie pokazał tego ostatniego, jakże ważnego, odcinka ich drogi. W obu przypadkach nie wiemy, jak bohaterowie wychodzą ostatecznie na prostą. Jakby istotniejsza była sama decyzja, że trzeba coś zmienić, i świadomość celu. Ali stawiając pierwsze kroki w bokserskiej karierze, stara się też odzyskać syna. Kiedy jest już blisko, omal go nie traci. To graniczne doświadczenie zmienia go. Nagle to on potrzebuje wsparcia Stephanie. W cierpieniu nie chce i nie potrafi być sam. Nie jest mu łatwo prosić ją o pomoc. Nigdy tego nie robił. Do kogo mówi: kocham cię? Do niej czy do syna? A może do obojga? Czy ostatecznie połączyła ich miłość, czy może Stephanie jest tylko jego menadżerką? Jak dawniej. Przyjemnie wierzyć, że to  uczucie. A więc jednak okład na duszę? Trochę tak. Taki miły akcent w tym ostrym, męskim filmie.

Grażyna Jagielska "Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym."

Być może nigdy nie sięgnęłabym po książkę Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia" (Znak 2013), gdyby nie  zachwyty wszystkich uczestników mojego ulubionego programu Tygodnik Kulturalny w TVP Kultura. Przyznaję, temat mnie bardzo interesuje, zawód reportera zawsze wydawał mi się fascynujący, a już zawód korespondenta wojennego szczególnie, ba, jawił mi się nie tylko jako zajęcie niezwykle barwne, ale i romantyczne. Wiem, wiem, to nieprawda. Dawno wyrosłam z pensjonarskiej naiwności, trochę o tym czytałam i słyszałam, zdaję sobie doskonale sprawę z ciemnej strony tej profesji. Nadal jednak temat mnie intryguje. Mimo tego, gdyby nie rozmowa w Tygodniku, książkę Jagielskiej zakwalifikowałabym pewnie zaocznie jako coś w rodzaju babskiego czytadła i obeszła szerokim łukiem. No i ten gwar medialny! Rozmowy nie tylko w poważnych programach czy mediach, ale i w telewizjach śniadaniowych. Rozumiem: promocja, ale wszystko ma swoje granice. Teraz, kiedy właśnie przed chwilą skończyłam "Miłość z kamienia", wiem, jak krzywdzące dla autorki były moje zaoczne sądy. Bo książka Jagielskiej nie jest jakimś ckliwym, babskim czytadłem, jest niezwykle interesującą, smutną i niewygodną opowieścią o cenie, jaką płaci dwoje bliskich sobie, kochających się ludzi za to, że jedno z nich bez przerwy jeździ na wojny (w ciągu dwudziestu lat pięćdziesiąt trzy). Chciałam napisać o cenie, jaką płaci rodzina, ale to nieprawda, bo autorka nie wspomina, czy i jaki wpływ na dzieci miał zawód ich ojca i choroba ich matki.

Zanim jednak przejdę do sedna, do tego, co mnie poruszyło, muszę wspomnieć o tym, co mi przeszkadzało i przeszkadza nadal. Jagielska nie ukrywa, że to książka bardzo osobista, intymna, o niej, Grażynie Jagielskiej, i o jej mężu, Wojciechu Jagielskim, znanym reporterze Gazety Wyborczej, autorze licznych książek, zdobywcy wielu nagród. Autorka nie ubrała swoich doświadczeń w maskującą formę powieści, ale mimo starannej literackiej obróbki (język, styl), która daje jej wspomnieniom pewien dystans, napisała wprost. O sobie, swoich cierpieniach, swojej chorobie, o swoim mężu i jego wyjazdach, stopniowym oddalaniu się od siebie, rozchodzeniu się wspólnych zainteresowań i planów, o rozpadzie ich związku, nieudanej próbie rozwodu i, napiszę to bez ogródek, chociaż zabrzmi brutalnie, o egoizmie swojego męża pochłoniętego PASJĄ. I nawet jeśli spotkany w ośrodku Lucjan, który dwa razy zabił męża swojej córki Mariolki, towarzysz jej rozmów jest postacią wymyśloną na użytek tej książki, to i tak nic nie zmieni faktu, że istota rzeczy jest prawdziwa. Oto mamy przed sobą życie dwojga znanych z imienia i nazwiska ludzi i możemy się na nie bezwstydnie gapić, uczestniczyć w nim. To nawet nie jest podglądactwo czy tabloidowe wścibstwo. Autorka swoim gestem dała czytelnikom prawo do oceny. To dlatego mogę napisać, że jej mąż, człowiek niezwykle sympatyczny, skromny, zwyczajny, niezrównany gawędziarz (byłam jesienią na spotkaniu z nim, takie zrobił na mnie wrażenie) jest, jak wielu innych mężów, egoistą. A jednak ta sytuacja mnie uwiera, nie czuję się z tym dobrze. Niby mam prawo do oceny, ale mimo to zastanawiam się, czy powinnam. Czy wiem wszystko? Dręczy mnie pytanie: dlaczego Jagielska i jej mąż (po ukazaniu się książki udzielają wywiadów wspólnie, reporter nie ucieka od odpowiedzialności, co bardzo cenię) zdecydowali się aż na taką szczerość? Niby trochę mówią o tym w wywiadach, ale przyznam, że nie rozumiem. A ponieważ mam z uczestnictwem w ich życiu problem, sama w dalszej części tej notki ustawię ich w roli bohaterów literackich. Dla mnie będą Żoną Reportera i Reporterem.

Książka Jagielskiej jest opowieścią o związku. O tym, jaką cenę za bycie z kimś płaci kobieta i o tym, że ceny nie płaci mężczyzna, a jeśli już to znacznie mniejszą. Dlatego stawiam ją obok powieści Doris Lessing: "Złotego notesu", a szczególnie "Lata przed zmierzchem" (o obu pisałam). Pewnie można do tego zestawu dodać jeszcze "Marzenia i tajemnice" Danuty Wałęsy, ale tego nie  zrobię, bo nie czytałam. To Żona Reportera ponosi konsekwencje pasji swojego męża. Żyje jego życiem, usuwając gdzieś w cień swoje marzenia, które kiedyś były ich wspólnymi. To ona bierze na siebie ciężar codzienności (o tym pisze autorka niewiele, nie to ją zajmuje), to ona przejmuje jego stres, to w nią zapadają jego opowieści o ludziach, których spotkał na wojnach. On o nich nie pamięta, bo w ciągu tych dwudziestu lat przeżył tysiące poruszających spotkań, z nią zamieszkali Meraba Kakubawe, zastrzelony Gruzin, którego głowa potoczyła się chodnikiem, i Taja, Czeczenka regularnie raz w miesiącu gwałcona przez rosyjskich żołnierzy. To Żona Reportera czeka na telefon, który zawiadomi ją o jego śmierci. Wyobraża sobie, kto i jak jej o tym powie. A wszystko po to, aby się na tę śmierć przygotować. To ona, kiedy Reporter jest na kolejnej wojnie w poszukiwaniu kolejnego Wydarzenia, próbuje okiełznać czas, podzielić go na mniejsze odcinki, aby jakoś przetrwać. To ona spędza ten okres w dresie, siedząc na podłodze w łazience albo w kuchni, gdzieś między zlewem a kuchenką. I czeka, czeka na dzwonek telefonu. To czekanie wyrzuca ją poza nawias życia, czuje się wyobcowana, nie potrafi spotykać się z przyjaciółkami i toczyć beztroskich rozmów. Choćby chciały, nie zrozumieją jej strachu, a więc  o czym niby miałaby z nimi rozmawiać? I tak to trwa latami, aż zaprowadzi Żonę Reportera do kliniki leczenia stresu bojowego, chociaż to nie ona, ale on, sławny Reporter, jeździł na te wojny. Ale sytuacja nie jest taka prosta. Otóż  sama pozbawiła się prawa do żądań. Nie może mu tego zabronić, ponieważ kiedy próbowała ratować ich związek, nieopatrzenie pojechała z nim na trzy wojny, wcielając się w rolę fotografa, który zawsze mu towarzyszył. Oprócz potwornego strachu przywiozła z nich zrozumienie dla jego pasji. Dotknęła jej, posmakowała, poczuła to oszałamiające doznanie pełni życia, co zgubiło ją ostatecznie. A poza tym  przecież jego sukcesy, sława, uznanie napawały ją dumą. To były i jej sukcesy, bo żyła jego życiem. O swoim zapomniała. A on, Reporter? Dla niego najważniejsza jest PASJA. Od żony oczekuje zrozumienia, wsparcia, bo to daje mu pewność, że wszystko będzie dobrze, że po raz kolejny się uda. Jest dla niego oczywiste, że ona będzie  czekała, aż wróci, bo przecież musi mieć do czego wracać. Nie zauważa, co się z nią dzieje. Tak bardzo żyje innymi sprawami, że zupełnie nie trafił do jego świadomości fakt, iż kiedyś mieli pieniądze, które dawały komfort nieporównywania w sklepie cen kawy, tylko wybrania z półki tej ulubionej, a dziś muszą zadowolić się tańszą, bo gdzieś między wojnami przyszedł krach na giełdzie. Zresztą, kiedy i na co miałby wydawać te pieniądze? "Rozumiesz, jakie to dla mnie ważne, prawda?", "niesamowita historia", "takiego tematu chyba jeszcze nie miałem" rzuca Reporter do żony w przelocie między kolejnymi wojnami, oczekując, że ona podzieli jego entuzjazm.

Jagielska w swojej książce stawia pytania o związek dwojga ludzi. Czy kobieta musi wyrzec się siebie? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nie potrafi walczyć o swoje, odejść, skoro związek ją, dosłownie, zabija? Ile można poświęcić dla miłości? I dlaczego to my, kobiety, częściej rezygnujemy z siebie, nie oczekując tego samego od mężczyzny? Dlaczego na ogół to oni realizują swoją pasję, a my swoją dla nich poświęcamy? Dlaczego niemożliwy jest kompromis? Gdzie są granice miłości? Czy człowiek tak bardzo pochłonięty pracą może być w związku? Jemu tak jest wygodniej, ale czy ma prawo narażać ją? No ale co zrobić, kiedy pasja pojawi się w trakcie? Kiedy nasze, niegdyś wspólne, oczekiwania i plany się rozejdą? Jeśli napisałabym, że Żona Reportera powinna żądać od męża, aby porzucił swa pasję, albo odejść, to przecież strasznie uprościłabym problem. Przyznaję jednak, że jest we mnie gniew. Mam ochotę krzyczeć: kobieto, dlaczego pozwoliłaś zamienić swoje życie w piekło? Ale mimo tych gorzkich słów, które tu padły, muszę wszakże przyznać, że to książka o triumfie miłości. Kończy się happyendem. Nic nie poradzę jednak na to, że gdzieś spod tego szczęśliwego zakończenia przebija smutek.

Druga niezwykle ważna i interesująca warstwa książki Jagielskiej to opowieść o korespondencie wojennym. O tym, jak ta praca wciąga, staje się ważniejsza od czegokolwiek innego. O tym, że jest pogonią za skarbem, którym może być wywiad z ukrywającym się dowódcą rebelii albo zdobycie materiału, którego nie mają inni, albo opisanie konfliktu. I o rywalizacji z innymi korespondentami: kto pierwszy, kto zdobędzie lepszy kąsek. O niebezpieczeństwach i takiej adrenalinie, że nie zauważa się kuli, która przestrzeliła plecak. Również o tym, że nie można przestać, bo przeżywanie PEŁNI tak wciąga. Wreszcie próbuje Jagielska rozstrzygnąć ważny etyczny dylemat: czy godzi się żyć z wojny? Czy można czerpać sławę z opowieści o cudzym nieszczęściu i czy można dla tej dziennikarskiej sławy ryzykować swoje życie i szczęście najbliższych osób? Mnie kołacze się po głowie myśl, że ktoś jednak musi nam opowiadać o świecie, o tych wszystkich konfliktach i ciągnących się za nimi ludzkich dramatach. Po co? Przecież powinniśmy przynajmniej wiedzieć, mieć świadomość, która obezwładnia, bo nic się nie da zrobić, nie da się pomóc, co najwyżej można wpłacić jakąś drobna kwotę na pomoc dla ludzi wygnanych z domów, żyjących w obozach dla uchodźców. Może w ten sposób docenimy to, co mamy? Bo szczęśliwi być nie możemy, mając świadomość, że wokół tyle dramatów.


Filmowe remanenty: "Wesele w Sorrento" i "Pan Lazhar".

Ostatni okres obfitował; w kinowe premiery, dla których warto było poświęcić czas. O dwóch najważniejszych, "Drogówce" i "Nieulotnych", pisałam, dziś krótko o innych.

"Wesele w Sorrento" kusi tytułem. Swoje dokłada plakat sugerujący, że zobaczymy komedię romantyczną. Trzeba jednak wiedzieć, że to film duńskiej reżyserki z kręgu Dogmy, Susanne Bier. Widziałam chyba wszystkie jej filmy pokazywane w Polsce: "Otwarte serca", "Bracia", "Tuż po weselu", "W lepszym świecie". To kino świetne, ale ciężkie, wstrząsające (szczególnie  "Bracia" i "W lepszym świecie"). Wiwisekcja rodziny, odkrywanie tego, co ukryte to częsty motyw duńskiej kinematografii. Początkowo chciałam na "Wesele w Sorrento" iść w ciemno, chociaż zdziwił mnie tytuł i ten plakat zupełnie nie w stylu Bier. Kiedy recenzje okazały się raczej takie sobie, zrezygnowałam. Przecież było co oglądać. Potem jednak postanowiłam sprawić sobie przyjemność. I rzeczywiście sprawiłam, bo to kino przyjemne. W ramy romantycznej komedii reżyserka wstawiła swoją ulubioną rodzinną psychodramę. Konwencja jednak zobowiązuje, więc chociaż problemy poważne pazur nieco stępiony, od czasu do czasu można się nawet uśmiechnąć. A na deser piękna willa w pomarańczowym gaju w pięknym Sorrento (widoki naprawdę cudowne), śliczna jak anioł aktorka grająca córkę głównej bohaterki, no i przystojny Pierce Brosnan. Wystarczy, aby spędzić mile czas. Nie jest to arcydzieło, ale film miły. Być może jednak widzowie zachwyceni poprzednimi filmami Susanne Bier poczują się rozczarowani, podobnie jak wielbiciele beztroskich komedii romantycznych.

Czymś zupełnie innym jest kanadyjski "Pan Lazhar" nominowany w zeszłym roku do Oskara w kategorii filmów zagranicznych (konkurent naszego "W ciemności"). Ten skromny film naprawdę warto zobaczyć. To historia tytułowego pana Lazhara (świetnie zagranego przez Mohameda Fellaga), algierskiego imigranta starającego się w Kanadzie o azyl polityczny, który rozpoczyna pracę nauczyciela w szkole podstawowej. Jego sytuacja nie jest prosta, bo musi zastąpić ulubioną przez dzieci nauczycielkę, która popełniła samobójstwo. Nie muszę dodawać, jakim szokiem i dramatem było to dla uczniów. Szkoła próbuje uporać się z traumą przeżywaną przez dzieci. Ten film to subtelne kino obserwacji, a nie akcji, kino niedopowiedzeń, gdzie nie wykłada się kawy na ławę. Po dramatycznym początku zdarzenia toczą się niespiesznie. Z ogromną przyjemnością i uwagą obserwowałam poczynania tytułowego bohatera. Pan Lazhar, skromny, cichy, zamknięty w sobie, kulturalny, ale smutny człowiek, nieco niedzisiejszy i na pewno niekanadyjski, jest pełen entuzjazmu dla tego, co robi. Mimo że i on dźwiga bagaż niewesołych doświadczeń, tchnie spokojem i pogodą ducha. Ma w sobie ten rodzaj mądrości życiowej, która cechuje ludzi doświadczonych przez los. W swoim działaniu kieruje się intuicją i zdrowym rozsądkiem. Nie rozumie zachodniego świata stworzonego przez biurokratów, gdzie obowiązują procedury, nakazy i zakazy, które mają służyć dobru dzieci, ale przez swoją sztywność niekoniecznie im służą. Wymyślający je urzędnicy zapomnieli, że szkoła to żywy organizm i dlatego czasem byłoby lepiej postąpić niestandardowo. Tytułowy bohater przykuwa uwagę. Mimo że zwyczajny, cichy i skromny jest człowiekiem nietuzinkowym. Ale z równą przyjemnością patrzyłam na dziecięcych bohaterów też świetnie granych i wnikliwie sportretowanych.

Czas na podsumowanie. Na najnowszy film Susanne Bier pójść można dla miłej, mądrej rozrywki, nie spodziewając się niczego wielkiego i ambitnego. "Pana Lazhara" prawdziwi miłośnicy kina zobaczyć powinni koniecznie. Nie przegapcie tego nienachalnego, skromnego jak jego bohater, ale mądrego filmu. I to tyle, tak na marginesie.

"Nieulotne" Jacka Borcucha

Zanim przejdę do "Nieulotnych", wrócę jeszcze na moment do Smarzowskiego. W notce o "Drogówce" zastanawiałam się, jaki jest człowiek, który tak czarno widzi świat. Po opublikowaniu notatki, przeczytałam wywiad z reżyserem. Wszystko się wyjaśniło. Smarzowski kręci filmy o tym, co go przeraża (teraz zgłębia wydarzenia na Wołyniu w czasie drugiej wojny). Kiedy to przeczytałam, pomyślałam, że go nie tylko rozumiem, ale i zazdroszczę. Ja o tym, co mnie przeraża i porusza, a jest tego sporo, mogę jedynie próbować komuś opowiedzieć, jeśli ktoś zechce słuchać, on może to wykrzyczeć w swoim filmie. Tyle komentarza do poprzedniego wpisu, a teraz zgodnie z tytułem o "Nieulotnych". Przyznam, że czekałam na ten film, bo sporo się o nim mówiło przed premierą, a i zwiastuny były zachęcające. Lubię kino Borcucha na tyle, aby oglądać to, co kręci, ale bez przesady. Widziałam i "Tulipany", i "Wszystko, co kocham", tak, sprawiły mi przyjemność, ale nie oszalałam. A "Nieulotne"? Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że ten film wzbudzi skrajne emocje: albo zaakceptujesz, albo cię zirytuje. Ja należę do tych pierwszych, mimo że chyba spodziewałam się czegoś innego, niż dostałam. Myślałam, że będzie to film o problemie, a tymczasem dominuje melancholijny, tajemniczy klimat. Ważniejsze są piękne zdjęcia Michała Englerta niż akcja i słowa. Wiele tu niedopowiedzeń, niejasnych sytuacji, co, jak twierdzi reżyser, było zamierzone. Piękna, wycyzelowana forma, która zdominowała treść, może zmęczyć. Zwykle i mnie to drażni, ale tym razem dałam się uwieść (no prawie) filmowemu nastrojowi. Im dłużej myślę o "Nieulotnych", tym bardziej mi się podobają. Pewnie spora w tym zasługa pary głównych bohaterów: Michała (Jakub Gierszał) i Kariny (Magdalena Berus), którzy przykuwająca uwagę swoją młodością. Ja film polecam, ale zrozumiem tych, którym się nie spodoba. A kto już widział, może czytać dalej.

Film przykuwa uwagę od początku. Prześwietlona słonecznym blaskiem Hiszpania, spłowiała od słońca, spalona. Aż czuć upał i kurz unoszący się w powietrzu. Hiszpania nietypowa, bo wcale nie ta turystyczna, tylko zwyczajna: wioska składająca się z kilku domów, droga pokryta pyłem, winnica bez grama cienia, jezioro, w którym można nurkować, otoczone spłowiałymi, wapiennymi skałami. Zieleń wokół przykurzona, nieświeża. I para głównych bohaterów też spalona słońcem, co potwierdzają ich wypłowiałe czupryny. A mimo to jest w tym obrazku coś sielskiego. Może sprawia to młodość Michała i Kariny? Może ich miłość? Może beztroska letnich miesięcy? Niby pracują, ona dorabia sobie w winnicy, bo potrzebuje pieniędzy, on też pomaga, chociaż jest synem właścicielki (Czy na pewno? Nie da się tego rozstrzygnąć, to jedna z niejasności. W każdym razie jest z nią spokrewniony.), ale przecież na ich twarzach nie widać znoju, ważniejsze jest to, co pomiędzy nimi, ich uczucie. Świetne zdjęcia jeszcze to podkreślają. Kamera skupia się na ich białych, szczupłych ciałach albo twarzach okolonych lnianymi włosami. Obraz jest jakby prześwietlony, prawie nierzeczywisty. Kiedy piszę te słowa, nagle uświadamiam sobie, że już kiedyś miałam podobne wrażenie. A było tak, kiedy czytałam hiszpańskie opowiadania Hemingway'a. Taki sam dojmujący upał, niemal namacalny, takie samo słońce, też zagubione w świecie miejsce, jakaś mała stacyjka kolejowa,  para kochanków. I tak jak w filmie: sugestie, niedomówienia, ulotność chwili. Oczywiście to tylko moje skojarzenia, wątpię, aby reżyser jakoś się nastrojem opowiadań Hemingway'a inspirował.

A potem jest Kraków. Inny, bo jesienny, przydymiony. Nikt tu jednak nie epatuje widza piękną, złotą jesienią. Mimo że nie pada, jest raczej szaro, zwyczajnie. Kamera eksponuje popisane kamienice, odrapaną klatkę schodową, nijakie elewacje domów, nawet Wawel tylko miga gdzieś w tle i niewprawne oko może go nie zauważyć. Nie ma Rynku, nie ma Kościoła Mariackiego. Co w zamian? Ohydny szkieletor, który od lat szpeci miasto i pewnie długo jeszcze szpecił będzie. Jednym słowem podobnie jak w sekwencji hiszpańskiej i tu dominuje codzienność, zwyczajność, a nie turystyczny folder. Nawet widok z dachu kamienicy jest dość zwyczajny, chociaż mnie się podoba, ale przecież w ilu to krakowskich filmach wybierano dachy spektakularne, z których roztaczały się spektakularne widoki (choćby "Vinci" Machulskiego).

Co jest naprawdę ładne? O dziwo rodzinne miasto Kariny, Kwidzyn. To tam jesień jest prawdziwa, złota, park aż kipi od kolorowych liści, to tam przyciągają wzrok freski we wnętrzu średniowiecznej katedry, to tam migoczą światełka świec na cmentarzu. Dlaczego? Bo to miejsce, gdzie bohaterka jest u siebie, gdzie szuka oparcia w domu rodzinnym, u ojca. To tu przyjeżdża, kiedy nie potrafi poradzić sobie z problemami. Hiszpania jest daleka, na chwilę, od święta, trochę nierzeczywista, Kraków jakiś niezadomowiony, nawet nie bardzo ma tam gdzie mieszkać. Przecież, kiedy ucieka od Michała, musi prosić przyjaciółkę o nocleg. Może tylko w rodzinnym mieście, w domu ojca czuje się prawdziwie bezpieczna?

Rozpisałam się o zdjęciach, o miejscach, bo to one budują nastrój, klimat. Tymczasem zdarzenia toczą się powoli, niewiele się dzieje, bohaterowie są jakby zawieszeni gdzieś pomiędzy, snują się (szczególnie Karina). Albo nie wiedzą, jak postąpić, albo odbijają się od siebie. Po dramatycznym początku, który zburzył ich sielankę, akcja zwalnia, robi nieoczekiwany zwrot. Oczekujemy raczej, że to Michał będzie w centrum uwagi, jego trauma, jego zmaganie się z winą, tymczasem nieoczekiwanie to Karina staje się główną bohaterką. Problem winy Michała gdzieś znika, schodzi na drugi plan. Może dlatego, że tak traktuje go Karina? Nie do końca jasne jest, co czuje i myśli, co nią kieruje, kiedy po zwierzeniach Michała ucieka od niego. Początkowo sądziłam, że przeraziło ją to, co zrobił. I pewnie trochę tak, bo przecież w pewnym momencie mówi mu, że nie wie, czego się może po nim spodziewać. Potem jednak doszłam do wniosku, że zaabsorbowana i zaskoczona swoim stanem, nie udźwignęła jego problemu. Oczekiwała, że to on zajmie się nią, pocieszy, poradzi, może przekona, żeby zdecydowała się dziecko urodzić, tymczasem nawet nie zdążyła mu powiedzieć, że jest w ciąży, kiedy spadła na nią ta straszna wiadomość. Nie potrafię jej potępić. Rozumiem jej rozżalenie i zdezorientowanie. Jest młoda, bardzo młoda, ma dopiero dwadzieścia lat, studiuje, ledwie się zakochała, a tu nagle nieplanowana ciąża, a jakby tego było jeszcze mało, ukochany zrzuca na jej barki ciężar swojej zbrodni, oczekując zrozumienia? pocieszenia? rozgrzeszenia? pomocy? Co można zrobić w takiej sytuacji? Jak sobie poradzić z taką wiedzą? Co powiedzieć? Przyznaj się? Zgłoś się na policję? Zapomnij? Naucz się z tym żyć? Odkup jakoś swoją winę? Zrób coś dla innych? Nie wiem. A Michał? Co on ma zrobić? Jak udźwignąć ciężar? Jak żyć ze świadomością popełnionej zbrodni? Najgorsze chyba jest poczucie, że być może mógł uratować życie zaatakowanemu mężczyźnie, gdyby od początku nie był przekonany, że go zabił. Mnie przypomniała się jedna z ostatnich scen "Długu", kiedy bohater, już nie pamiętam który: czy ten grany przez Gonerę, czy przez Borcucha (tak, tak, tego samego, przecież Jacek Borcuch zaczynał od aktorstwa), decyduje się zgłosić na policję i przyznać do zabójstwa. Do dziś pamiętam ulgę malującą się na jego twarzy. Niemal usłyszałam huk kamienia spadającego z jego serca. Wyznanie winy, wzięcie odpowiedzialności za swój czyn, wyzwoliło go ze strachu, z życia w wiecznym napięciu. Paradoksalnie uczyniło wolnym. Czy tak powinien postąpić Michał? Nie wiem.

"Nieulotne" stawiają głównie pytania, nie udzielają odpowiedzi. Najbardziej niejasne jest jednak samo zakończenie. Dlaczego Karina trafia do szpitala? Poroniła czy tylko pojawiły się jakieś problemy? Czy Michał już wie, że była? jest? w ciąży? Cieszy się, że będą mieli dziecko? A może tylko z tego, że jest przy niej? Nie sposób rozstrzygnąć.

A tajemniczy tytuł? Nieulotne są przeciwieństwem ulotnych. Ulotne chwile mówimy najczęściej. Często takie ulotne są miesiące wakacyjne. Poznajemy kogoś, spędzamy miło czas, a potem zapominamy (albo cierpimy, jeśli to on zapomniał o nas) Tymczasem dla Michała i Kariny wakacje spędzone w Hiszpanii są właśnie nieulotne. Z pamięcią o nich zmagać się będą być może całe życie.

To tyle. Rozpisałam się nie tylko o formie, nastroju, ale i o treści, co mimo wszystko dziwne,  bo jednak w magnetycznej urodzie zdjęć, długich ujęciach, w kontemplowaniu chwil problem ginie, schodzi gdzieś na drugi plan, rozmywa się, traci swoją początkową siłę. Tak czy inaczej mimo zastrzeżeń kupuję "Nieulotne" i pewnie kiedyś jeszcze raz je zobaczę.

Wojciech Smarzowski "Drogówka"

W tym tygodniu nie byłam oryginalna i wybrałam się na "Drogówkę". Smarzowski to reżyser, obok którego trudno przejść obojętnie. Zbyt ważny w polskim kinie. Nie ma się co krygować, ja też należę do jego admiratorów. Napiszę bez zbędnych wstępów: film zobaczyć trzeba koniecznie, chociaż zgadzam się z tymi, którzy uważają, że "Drogówka" jest słabsza od "Wesela", "Domu złego" i przede wszystkim "Róży". Słabsza nie znaczy przecież w tym wypadku słaba. Świetne aktorstwo, świetne zdjęcia i montaż, dzięki którym film przypomina dokument, sensacyjna fabuła, szybkie tempo (miejscami aż za szybkie, bywa, że trudno ogarnąć szczegóły intrygi, co zresztą moim zdaniem nie jest najważniejsze) i przede wszystkim gorzki portret społeczeństwa. A co mnie nie przekonuje? Wątek korupcyjny, chociaż zdaję sobie sprawę, że jego słabość wynika z formuły kina sensacyjnego, na jaką tym razem zdecydował się reżyser. Tych wszystkich, którzy kina Smarzowskiego nie znają (są tacy?), muszę uprzedzić, że w opisie świata widzianego oczami reżysera dominują barwy czarne. Jego bohaterowie, nawet jeśli wykształceni i na stanowiskach, są prymitywni, chamscy i ulegają wielu rozmaitym słabościom (łagodnie powiedziane). Z ekranu wylewa się ocean wszelakiego brudu. I chociaż obrazki, które oglądamy, wyglądają znajomo, są naprawdę z życia wzięte, to jednak świat aż taki straszny nie jest. Wiem, wiem, że to artystyczna wizja, przerysowanie i kondensacja, ale kiedy w każdym filmie Smarzowskiego świat wygląda podobnie czarno i brudno (wyjątkiem jest "Róża" dzięki szlachetnym bohaterom), zastanawiam się, jaki mrok panuje w duszy reżysera. I piszę to raczej ze współczuciem, a nie po to, aby czynić z tego zarzut. Tyle we wstępie, a część druga jak zwykle dla tych, którzy już "Drogówkę" widzieli.

Kiedy oglądałam "Drogówkę", miałam wrażenie, że patrzę na świat, z którego opadła zasłona. Piszę świat, ale właściwie myślę ludzie. Podobne głosy słyszało się przy okazji "Rzezi" Polańskiego. Ciemna strona czworga bohaterów, przedstawicieli francuskiej klasy średniej, jest jednak niczym wobec tego, co widzimy w filmie Smarzowskiego. Bohaterowie na pozór zwyczajni: mają rodziny, matki, żony, dzieci, pracują, są policjantami, lekarzami czy posłami, ale kiedy tylko znajdą się w swoim towarzystwie albo w sytuacji dla siebie niewygodnej, pokazują swoją drugą twarz. Klną jak szewcy, piją na umór, zdradzają żony na lewo i prawo, gardzą innymi, łamią przepisy, nie liczą się z drugim człowiekiem, biorą łapówki albo je dają, prowadzą jakieś ciemne interesy i tak dalej, i tak dalej. Policjanci z drogówki: Król (Topa), Petrycki (Jakubik), Banaś (Lubos) w domu są przykładnymi mężami i ojcami, wśród swoich (czytaj: kolegów z drogówki) natychmiast zmieniają się w jakieś prymitywne istoty podlegające sile najprymitywniejszych instynktów. W tym męskim świecie rządzą alkohol, pieniądze i seks. Królują grube dowcipy i prostacki, knajacki język. Kobiety ma się za nic, są jedynie towarem, służą do zaspokajania rozbuchanej chuci. Ale to nie dotyczy tylko policjantów. Mogę sobie wyobrazić, że ci wszyscy kierowcy, zatrzymani za przekroczenie prędkości, jazdę po pijanemu czy inne drogowe grzechy, też w innych sytuacjach są mili, spokojni, kulturalni, dobrze wychowani. Kiedy jednak grozi im mandat czy utrata punktów, przeistaczają się w awanturników i łapówkarzy, nie przebierają w słowach i metodach. Pod cienką warstwą ogłady jest ta prawdziwa: prymitywna, dzika. Ktoś powie, że to wyolbrzymienie, przesada, kondensacja pewnych zjawisk, do czego reżyser ma prawo. I oczywiście tak jest, przecież nie wszyscy są tacy, jednak czy nie mamy podobnych doświadczeń? Czy nie zdarzyło nam się widzieć znajomych czy bliskich, którym w pewnych sytuacjach puszczają hamulce (i nie myślę tu wcale o soczystym przekleństwie)? No bo o tym, że Polak-kierowca to osobny gatunek człowieka, chyba nie muszę nikogo przekonywać.

Druga sprawa, która wydała mi się w filmie Smarzowskiego interesująca, to świat widziany przez pryzmat kamery. Wszystko, co robimy, jest nagrywane, każdy nasz krok śledzony. Filmują nas kamery przemysłowe na ulicach, w przejściach podziemnych, w różnych instytucjach i przybytkach, ale filmujemy się też sami. Komórki sprawiły, że utrwalić można wszystko. Bezrefleksyjnie, dla zabawy, dla wygłupu albo po to, aby w odpowiednim momencie zdjęcie czy materiał filmowy wykorzystać.

Kolejna zaleta filmu, o której już we wstępie wspominałam, to jego niemal dokumentalny charakter, dzięki czemu ekranowy świat pokazany został werystycznie i nie sprawia wrażenia wykreowanego, chociaż taki przecież jest. To zasługa wykorzystania brudnych, chropowatych zdjęć z przemysłowych kamer i komórek. To dlatego krótkie scenki, z których składa się spora część filmu będąca przygrywką do sensacyjnej intrygi, pokazujące pracę policjantów sprawiają wrażenie, jakby zarejestrowano prawdziwe zdarzenia. Mamy takie odczucie  nawet, jeśli w rolach zatrzymywanych kierowców rozpoznajemy znanych aktorów (Grabowski, Simlat). W naturalistycznym, dokumentalnym duchu utrzymane jest też aktorstwo. Przez ekran przewija się wielu aktorów, często gwiazd grających epizody. Pokazują się w filmie Smarzowskiego z zupełnie innej strony, bywa, że zaskakującej. Nie boją się oszpecić, powściągnąć swoje gwiazdorstwo, podporządkować rolę grze zespołowej. Szczególnie widać to w scenach przesłuchań czy wspominanych już tutaj epizodach drogowych.

Jak pisałam we wstępie, mój opór budzi wątek korupcyjny. Oczywiście wszystko, co pokazuje Smarzowski, jest prawdą. Przekupni policjanci, kierowcy próbujący łapówką wykpić się od mandatu czy punktów karnych, zamiatanie grzechów pod dywan, wykorzystywanie znajomości czy swojej służbowej pozycji, ustawianie przetargów i co tam jeszcze. Że tak jest, doskonale wiemy, niemal każdego dnia o podobnych przypadkach donoszą media, znamy też takie historie z naszych potocznych doświadczeń. W filmie jednak to wszystko pokazano jak wielki spisek. Świat jest przesiąknięty złem, wszystkim rządzą jakieś tajemnicze siły (politycy, mafiozi) i samotny człowiek próbujący wyświetlić prawdę z góry skazany jest na klęskę. Pozostaje mu pogodzić się z tym a naprawianie świata zacząć od siebie. Takiej rady udziela Królowi jego szef i teść grany przez Dziędziela. To oczywiście też ważne. Truizmem jest stwierdzenie, że gdyby każdy z bohaterów zaczął porządki od swojego życia, świat naprawdę stałby się lepszy. A jednak coś jest nie tak. Może po prostu "Drogówka" cierpi na nadmiar? Z jednej strony naturalistyczne obrazowanie świata, z drugiej sensacyjna konwencja, która wymusza sensacyjną akcję. W takim kinie gatunkowym mieści się oczywiście walka samotnego bohatera z całym złem tego świata, ale zetknięcie w jednym filmie tych dwóch porządków powoduje zgrzyt.

I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Nie wiem, czy taki był zamysł reżysera, czy tak wyszło przez przypadek, ale film Smarzowskiego pokazuje jeszcze jedną prawdę o naszym świecie. To świat patriarchalny, zdominowany przez mężczyzn. O tym, że nie ma w nim miejsca na prawdziwe męsko-damskie partnerstwo, już pisałam. Ale uderzyło mnie jeszcze jedno. To, co uchodzi płazem facetowi, nie uchodzi kobiecie. Samcy bez żenady po wielokroć zdradzają swoje żony, romansują, korzystają z usług prostytutek i jakoś nie mają z tym problemu. Kiedy jednak okaże się, że któregoś z tych jurnych byczków zdradziła żona, nie, tego prawdziwy mężczyzna darować nie może. Nie muszę wspominać, że to obserwacja prawdziwa.

Popularne posty