Liao Yiwu "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych"

Mija prawie rok od kiedy Liao Yiwu zdobył za swoją książkę "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych" (Czarne 2011; przełożyła Agnieszka Pokojska) Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego, a ja dopiero teraz ją przeczytałam. Nie ma przecież obowiązku czytania wszystkiego, co nagrodzone, zwykle kieruję się własnym gustem, ale przyznam, że właśnie ta nagroda przyznawana w dziedzinie reportażu jest dla mnie jakąś wskazówką. (Druga, której uważnie się przyglądam, to wrocławski Angelus.) Zwykle wybieram coś dla siebie z pozycji nominowanych. Książkę chińskiego pisarza kupiłam nie od razu, potem jeszcze trochę poleżała na półce, ba, zapomniałam o niej, aż wreszcie jakoś niedawno odkryłam na nowo jej istnienie i postanowiłam nadrobić karygodny brak. Po kilku powieściach literatura non-fiction stanowi dobry przerywnik. Bez zbytnich ceregieli od razu napiszę, że jest to książka rzeczywiście świetna, poruszająca, ale i niezwykle przygnębiająca. Kolejna z lektur obowiązkowych dla wszystkich pragnących wyjrzeć poza nasze podwórko w szerszy świat. Po przeczytaniu takiej książki natychmiast powinniśmy odczuć ulgę: rzeczywistość, w której żyjemy, chociaż stale na nią narzekamy, jest po prostu rajem. Ludzkie losy, poznane dzięki autorowi, to morze nieszczęść, tragedii, rozpaczy zafundowane  przez historię.

"Prowadzący umarłych" to dwadzieścia osiem kilkustronicowych rozmów z ludźmi z nizin społecznych przeprowadzonych przez Liao Yiwu od lat dziewięćdziesiątych do dziś. Takich wywiadów autor ma na swoim koncie znacznie więcej, te, które możemy przeczytać, to wybór dokonany z myślą o zachodnim czytelniku. Podtytuł Chiny z perspektywy nizin społecznych jest nieco mylący. Owe społeczne niziny są tu rozumiane dość szeroko, bo obok kierownika szaletu publicznego, mieszkańców wsi, robotników, kasiarza, ulicznego, bezdomnego grajka znajdujemy też na przykład kompozytora, wiejskiego nauczyciela, mnicha, właściciela ziemskiego czy żonę szefa powiatu. Są to niejednokrotnie ludzie wykształceni albo obdarzeni talentami. O jakie niziny społeczne zatem chodzi? Myślę, że to, co łączy bohaterów tej książki i co pozwala zakwalifikować ich do takiej właśnie kategorii, jest wykluczenie społeczne. Trudno rozmówców autora nazwać ludźmi sukcesu. Ale warto wiedzieć, że ich wykluczenie ma rozmaite przyczyny: albo źle się  urodzili, albo wyrzucił ich poza nawias system polityczny czy społeczny panujący w Chinach. Sam Liao Yiwu również jest takim wykluczonym. Urodzony w roku 1958 jako dwuletnie dziecko omal nie podzielił losu milionów swoich rodaków, którzy umarli w wyniku panującego w kraju w latach 1958-1962 wielkiego głodu, do którego doprowadziła polityka Mao. Jak sam wspomina przy okazji jednej z rozmów, ocalał cudem. Jego ojciec został uznany przez komunistyczne władze za wroga ludu. Co to oznaczało dla niego samego i jego najbliższych, można wyobrazić sobie po przeczytaniu wielu rozmów zamieszczonych w książce. Po masakrze na placu Tian'anmen trafił na kilka lat do więzienia za wiersze poświęcone tym krwawym wydarzeniom. I chociaż autor nie pisze o sobie,  dzięki niektórym rozmówcom także i tym razem  możemy dośpiewać sobie jego więzienne losy. To w niewoli przeprowadził swoje pierwsze rozmowy, które stały się zaczątkiem cyklu. Kiedy wreszcie odzyskał wolność, wiódł życie bezdomnego, wędrownego grajka. Po raz kolejny muszę napisać jak kilku jego bohaterów. Poświęcam tyle miejsca na informacje o autorze, aby pokazać, że Liao Yiwu mógłby równie dobrze być jednym z bohaterów swojej książki. Jego historia pod wieloma względami przypomina historie ludzi, z którymi przeprowadza wywiady. Pewnie dlatego rozmawia z nimi jak równy z równymi. Nie z wyżyn reportera, nie mocą autorytetu pisarza, ale jako więzień czy uliczny grajek wędrujący z miejsca na miejsce. Dlatego pytania są proste, zadawane w najprostszy sposób. Autor często wzrusza się losem swoich rozmówców, innym razem dziwi się temu, co przeżyli, nieraz podziwia, ale nie waha się krytykować, kiedy ma do czynienia na przykład z handlarzem kobietami, kasiarzem czy  nielegalnym emigrantem (to człowiek, który dla przygody próbuje wielokrotnie nielegalnie przekraczać granicę, narażając się za każdym razem na szykany czy niebezpieczeństwo). W książce znajdujemy też świadectwo jego wędrownego życia. Każdy z wywiadów zaczyna się od krótkiej informacji o tym, kim jest rozmówca i w jakich okolicznościach autor go poznał. Zmieniają się nie tylko bohaterowie, ale właśnie miejsca spotkań. Raz będzie to górska droga, raz mała wioska, innym razem knajpa albo ulica w jednym z miast. Autor stale jest w ruchu.

Kiedy zaczęłam czytać książkę, byłam nieco zaskoczona. Pomyślałam, że medialne informacje o tych rozmowach, jakie do mnie docierały, były przesadzone. Kilka poczatkowych wywiadów to historie często zabawne, intrygujące, niesamowite, pełne magii, za sprawą bohaterów, ich podejścia do życia nawet nieco baśniowe, wszystkie dla europejskiego czytelnika nieznającego chińskiej kultury i obyczajowości niezwykle egzotyczne i interesujące. A to dlatego, że pierwszymi rozmówcami Liao Yiwu są: zawodowy żałobnik, tytułowy prowadzący umarłych (ta historia nie zakończyła się szczęśliwie), trędowaty (w rzeczywistości nie był wcale dotknięty trądem), chłopski (samozwańczy) cesarz czy mistrz feng szui. Dopiero potem się zaczyna to morze ludzkiego nieszczęścia, o którym już wspominałam. Ludzie zdegradowani przez system, poniżani, lżeni, bici, maltretowani na tak zwanych sesjach wylewania żalów czy oskarżeń, zesłani na wieś w czasie rewolucji kulturalnej, cierpiący w czasie wielkiego głodu, pozbawieni domów, wtrącani do więzień z powodów politycznych albo w wyniku fałszywych oskarżeń, a tam torturowani przez funkcjonariuszy i  sadystycznych współwięźniów,  patrzący na śmierć swoich najbliższych, napiętnowani jako wrogowie polityczni, prawicowcy czy kontrrewolucjoniści. Czytałam wiele książek traktujących o rozmaitych nieprawościach mających miejsce w różnych częściach świata, o wojnach, ludobójstwach i innych makabrach, które człowiek zgotował człowiekowi, ale tym razem miałam wrażenie szczególnego nieszczęścia i okrucieństwa. Może dlatego, że to wszystko, o czym mowa w książce, trwało latami i wcale się nie skończyło. Dzisiejsze Chiny różnią się oczywiście od tych z czasów Mao, ale przecież nadal są tu więźniowie polityczni, nadal stosuje się tortury, nadal obowiązuje cenzura, nie tylko internetu, nadal prześladuje się Tybetańczyków, a masakra na placu Tian'anmen zdarzyła się przecież w epoce nie tak bardzo odległej. Najlepszy dowód, że książka, o której właśnie piszę, nie ukazała się w ojczyźnie autora. Ten zbiór wywiadów to wprawdzie nie historia Chin, ale sporo, zwłaszcza o czasach rządów Mao, można się na ten temat dowiedzieć. Wielki głód, Wielki Skok Naprzód, rewolucja kulturalna te pojęcia powtarzają się na kartach książki niczym mantra.

Na koniec wspomnę jeszcze krótko o tym, co uderza po lekturze wszystkich tekstów. Otóż ich bohaterowie, mimo że najczęściej przeżyli w swoim życiu koszmar, stracili bliskich, cierpieli biedę, głód i fizyczny ból, przyjmują swój los z pewnym rodzajem pokory i spokoju. Nie buntują się, nie rozpaczają, po prostu opowiadają swoją historię. Niektórym po latach życie się jakoś ułożyło (podkreślam słowo jakoś), innych niestety los prześladuje nadal.

"Prowadzący umarłych" to kolejna książka, którą powinno się przeczytać, żeby wiedzieć, żeby przynajmniej poczuć empatię dla jej bohaterów i milionów takich jak oni.

"Polowanie" Thomasa Vinterberga

Dziś zgodnie z obietnicą będzie o "Polowaniu" duńskiego reżysera Thomasa Vinterberga, autora głośnego "Festen". Film jest dość agresywnie reklamowany jako thriller: zwiastuny w telewizji, plakaty na przystankach autobusowych. Taka silna akcja promocyjna nastawiona na masowego widza zawsze budzi moje podejrzenia, ale, jako że jestem miłośniczką duńskiego kina i widziałam wspomniany "Festen", musiałam zobaczyć także najnowszy film Vinterberga. Oczywiście, jak przypuszczałam, nie jest to żaden thriller, tylko trzymające w napięciu, poruszające kino społeczne. Owszem, przyznaję, są chyba dwie niespodziewane sceny jak z horroru, powodujące u widza atak strachu, ale to wszystko. Grozę wywołuje przede wszystkim sytuacja, w jakiej znalazł się główny bohater, Lucas, grany przez chyba najbardziej znanego duńskiego aktora Maksa Mikkelsena ("Tuż po weselu", "Jabłka Adama", "Wilbur chce się zabić"). Za rolę w "Polowaniu" otrzymał główną nagrodę aktorską na zeszłorocznym festiwalu w Cannes. Jest to opowieść o tym, jak pomówienie może zniszczyć życie tego, na kogo zostaje rzucone. Historia, jakich od czasu do czasu jesteśmy świadkami. Poważne oskarżenie, szlachetne intencje, pochopne wnioski, brak zaufania, bezkrytyczne uleganie emocjom i oszczerstwom, wyrok wydany. Ale to nie wszystko. O tym, co najbardziej mnie przeraziło, napiszę w drugiej części, jak zwykle przeznaczonej dla tych, którzy "Polowanie", jak ja, już obejrzeli. Pozostałych namawiam. Poruszający film, który ogląda się z prawdziwym zainteresowaniem, w napięciu i z przerażeniem śledząc losy Lucasa.

Akcja filmu rozgrywa się w małym, zamkniętym środowisku, gdzie wszyscy doskonale się znają. To niewielkie, sielankowe miasteczko, a może wioska, urokliwie położone nad jeziorem wśród lasów. Dzika, nieco surowa, jesienna natura i porządne, estetyczne, nowe domy, kilka starych budynków (pisząc starych, myślę zabytkowych), gotycki kościół, starannie utrzymane drogi, elegancki sklep to wszystko tworzy całkiem miły entourage. Nie miałabym nic przeciwko temu, aby mieszkać w tak przyjemnym otoczeniu, gdybym tylko była miłośniczką życia na wsi. Lucas żyje tu od urodzenia, tu mieszkali jego przodkowie. Podobne korzenie mają jego koledzy, przynajmniej niektórzy. Kiedyś razem chodzili do szkoły, teraz wspólnie polują, wspólnie piją piwo, wspólnie się bawią. Delikatny Lucas wyróżnia się na tle swoich rubasznych kumpli niestroniących od alkoholu, którzy mimo tego wydają się sympatyczni i dobroduszni. Lucas nawet wygląda inaczej: w marynarce, w okularach, do tego pracuje w przedszkolu, kiedyś był nauczycielem. Robi wrażenie nieco nieśmiałego, wycofanego, ma problemy osobiste: rozwiódł się z żoną, która utrudnia mu spotkania z synem. Dzieci go uwielbiają, a on je świetnie rozumie i ma z nimi znakomity kontakt. Spokojną, choć niepozbawioną napięć, egzystencję Lucasa przerwie nieoczekiwane i nieprawdziwe oskarżenie, tym boleśniejsze, że pomówienie rzuca na niego śliczna Klara, uosobienie czystości i niewinności, córka przyjaciela, której okazał wiele serca, ale przecież nic ponadto. Ba, zachował przecież daleko idącą ostrożność. Jedno oskarżenie pociąga za sobą następne, przedszkolaki wymyślają fantastyczne historie, w które przerażeni, ogarnięci paniką i histerią  dorośli po chwilowym zdumieniu bez zastrzeżeń wierzą. Dzieci, podobnie jak w "Białej wstążce" Hanekego czy "W lepszym świecie" Susanne Bier, nie są tu istotami niewinnymi. To one powodują lawinę nieszczęść, chociaż pewnie nie zdają sobie sprawy z konsekwencji, jakie będzie miało rzucone oskarżenie. Smutna, lnianowłosa, budząca sympatię Klara, świetnie zagrana, z premedytacją snuje budzące grozę opowieści, chcąc zemścić się na swoim przyjacielu. Potem bardziej brakuje jej psa niż jego. Na Lucasa, którego przecież wszyscy świetnie znają, wyrok został wydany, mimo że rodzice Klary i pracownicy przedszkola doskonale wiedzą, że dziewczynka ma bujną wyobraźnię. Raz wprawiona w ruch machina rozpędza się coraz szybciej. Wszyscy są przeciwko niemu. Tylko jeden z  przyjaciół i syn Lucasa, Marcus, wierzą w jego niewinność. Oni dwaj ani przez moment nie zwątpili, że to tylko fantazje dziecka. Lucas musi radzić sobie ze społecznym ostracyzmem. Początkowo pokornie przyjmuje zalecenia dyrektorki przedszkola, potem jednak rodzi się w nim bunt. Jest jak w matni. Jak ma dowieść swojej niewinności w świecie, gdzie rozbujana wyobraźnia potęguje zagrożenie? W końcu pedofilia to nie fantazja, więc trudno się dziwić, że dyrektorka przedszkola poważnie podchodzi do oskarżeń, ale później popełnia chyba szereg błędów. Czy znajomy, którego prosi o pomoc, to psycholog? Mężczyzna rozmawia z Klarą, sugerując jej odpowiedzi. Podobnie postąpią rodzice innych dzieci. Nikt nie zwraca uwagi na to, że Klara plącze się w swoich zeznaniach: raz je podtrzymuje, raz im zaprzecza, a wreszcie wyraźnie stwierdza, że już nie pamięta, jak było naprawdę. Nic dziwnego, wszak dorośli nieźle namącili jej w głowie. Tak narasta panika i nie ma znaczenia, że policja ostatecznie nie wniesie oskarżenia, bo opowieści dzieci zostaną szybko zweryfikowane i okażą się produktem wyobraźni podsycanej przez dorosłych. Raz przyklejona łatka nie chce się odkleić. Nikt nie wierzy w niewinność Lucasa. Najbardziej przeraziła mnie odpowiedzialność zbiorowa i metody, jakimi posługują się  sąsiedzi. Można zrozumieć, że początkowo odwracają się od Lucasa, ale dlaczego stosują wobec niego fizyczną przemoc? Dlaczego ostracyzm dotyka też jego syna? A co zawinił im pies? Lucas jednak tym bardziej rzuca wyzwanie światu i decyduje się na gest tyleż odważny, co prowokacyjny: z podniesionym czołem wkracza w wigilijny wieczór do kościoła. Mija rok i wszystko jest znowu na swoim miejscu. Jakby nic się nie wydarzyło. Przyjaciółka wróciła do Lucasa, a on jej wybaczył, znowu wszyscy są razem, a on jakby nigdy nic się nie stało, pomaga Klarze przejść przez pokój tak, aby nie dotknęła linii. Znowu, jak od pokoleń, dokonuje się rytuał przyjęcia chłopca do grona myśliwych. Dlaczego Lucas został w miasteczku mimo wszystkich zniewag, które go tu spotkały? Czy dlatego, że postawił na swoim, dowiódł niewinności i wygrał? W końcu nigdy nie miał się czego wstydzić.  Czy też dlatego, że tu wszystko jest jak w rodzinie? Zapominamy o wyrządzonych krzywdach, nieporozumieniach? Ważniejsze to, co od pokoleń łączy, niż chwilowe waśnie? Ale czy ten spokój jest prawdziwy? Jak rozumieć ostatnią scenę? Czy ktoś strzela celowo do niego, czy celuje do sarny? I kto to robi? Zło nadal się czai? Końcowe sceny sprawiają, że widz wychodzi z kina z uczuciem niepokoju.

Reżyser, który w "Festen" zmierzył się z problemem pedofilii w rodzinie, ukrywanej, zamiecionej pod dywan, tu pokazuje drugą stronę medalu. Jakby mówił: problem jest, ale z oskarżeniem trzeba bardzo uważać. Przecież nie wszyscy są przestępcami. O podobnych historiach słyszymy od czasu do czasu. Ciekawa jestem, jakbyśmy oceniali Lucasa, gdyby twórcy filmu nie zdecydowali się od początku pokazać, jak było naprawdę. Czy uwierzylibyśmy w jego niewinność? Może troszkę szkoda, że nie poddano widzów takiemu testowi. Wydaje się jednak, że tym razem celem reżysera było opowiedzenie o mechanizmie polowania na czarownice. Śledzimy nakręcanie spirali pomówień i przemocy niczym w laboratorium.

I ostatnia kwestia, która mnie nurtuje: tytułowe polowanie. Oczywiście ma ono symboliczne, podwójne znaczenie. Lucas, który jest myśliwym, strzela do pięknych, majestatycznych, niewinnych saren, potem sam staje się zwierzyną. Ale dlaczego nie wyłamuje się z tradycji i pozwala synowi uczestniczyć w rytuale przyjęcia do grona myśliwych? Po raz drugi powtarza ten sam gest: nic nie zmienia w swoim życiu. Czy polowanie jest tu  tylko ozdobnikiem, zabiegiem stylistycznym i elementem tradycji? Czy też ma powiedzieć coś więcej o tym zamkniętym świecie? Przyznaję się do bezradności, nie potrafię rozstrzygnąć swoich wątpliwości.

"Miłość" Slawomira Fabickiego

Znowu gorący okres w kinie. W ostatni weekend były przynajmniej dwa powody, aby wybrać się do kina. Jeden z nich to najnowszy film Sławomira Fabickiego "Miłość", kolejny duńskie "Polowanie". Oczywiście byłam na obu, dziś piszę o tym pierwszym, drugim zajmę w następnej notce. Nie będę specjalnie rozwodzić się we wstępie, ponieważ zdradzenie czegokolwiek z treści byłoby w tym wypadku niewybaczalnym błędem. "Miłość" to film psychologiczny, naładowany emocjami, stawiający trudne pytania, bo w trudnej sytuacji znaleźli się bohaterowie, w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia. Warto dodać, że nie jest to historia wydumana. Zdarzenie, z którym się skonfrontują, zmusi ich do przewartościowania swojego życia. Film pokazuje uczuciowy dramat Marii i Tomka, małżeństwa z dziesięcioletnim stażem, ich zmagania z własnymi emocjami, huśtawkę nastrojów, bezradność. Paleta emocji jest tak ogromna i tak prawdziwa, że pewnie każdy, kto nie jest żółtodziobem, kto potrafi wykrzesać z siebie odrobinę empatii, kto ma za sobą bagaż życiowych doświadczeń, rozpozna na ekranie uczucia, które zna. Jak zachowałabym się w podobnej sytuacji, to pytanie stawiałam sobie, oglądając dylematy bohaterów. Ale tytułowa miłość rozpisana jest nie tylko na Marię i Tomka, chociaż na nich przede wszystkim. W tle są jeszcze dwa inne małżeństwa i ich związki też przechodzą próbę, każdy z innego powodu. Film oglądałam z wielkim zainteresowaniem i przejęciem, losy bohaterów poruszają i drażnią, nie sposób pozostać obojętnym. Ta historia nie pozwala o sobie zapomnieć, zostaje na dłużej. Dodatkowym magnesem są świetne role Julii Kijowskiej i Marcina Dorocińskiego. "Miłość" daje pole do rozmaitych interpretacji, postawy bohaterów, ich wybory nie są jednoznaczne. To kolejna zaleta. Nikt, kto czyta te słowa, nie ma już chyba wątpliwości, że na ten poruszający film należy wybrać się koniecznie. A kto już widział, może skonfrontować swoją interpretację z moją. Zapraszam.

Jak wspominałam we wstępie, ten film można odbierać rozmaicie. Mnie przede wszystkim, co może zrozumiałe, poruszył dramat Marii. To jej współczuję najbardziej, bo to ona ponosi największe konsekwencje tego, co się stało. Nie dość, że przeżywa szok po gwałcie, to jeszcze boi się, że przedwcześnie urodzi. Szczęśliwe narodziny Ilonki wcale nie kończą pasma nieszczęść. Maria w początkowym okresie nie bardzo potrafi odnaleźć się jako matka. Ustabilizowany tryb życia wywraca się do góry nogami, dziecko płacze, jest niespokojne, przyplątuje się zapalenie piersi. I wtedy staje się najgorsze: Tomek dowiaduje się o gwałcie i zupełnie nie potrafi poradzić sobie  ze swoimi uczuciami. Początkowo jest tylko wściekły na szefa żony, prezydenta miasta, chce iść na policję, szukać zemsty i sprawiedliwości. Ale potem do tych uczuć dołącza się jeszcze jedno: zazdrość. Nagle zaczyna podejrzewać Marię o romans. Szaleje z zazdrości, obwinia ją o to, co się wydarzyło. Ma pretensje, że nie przyznała się do wszystkiego. Dlaczego dopiero teraz oskarża Marię? Dlaczego nagle przestał jej ufać? Przecież już wcześniej doskonale zdawał sobie sprawę, że prezydent adorował jego żonę. Pewnego wieczora nie potrafił się powstrzymać i sprawdził jej mejle, wśród których znalazł również te od niego. Ale wtedy było mu to nawet na rękę. Przecież sympatia prezydenta do Marii mogła zapewnić firmie, w której pracował, różne intratne zlecenia. Rzecz nie do pogardzenia. Teraz zaczyna zachowywać się coraz bardziej absurdalnie, paranoicznie: mnoży oskarżenia, wszczyna awantury, posuwa się nawet do fizycznej przemocy, w końcu podważa swoje ojcostwo. Zazdrość eskaluje, nie liczy się nic poza jego cierpieniem. A przecież to nie on został zgwałcony! To nie on, tylko Maria musi poradzić sobie naraz z tamtą traumą, z obsesyjnym strachem przed gwałcicielem, z trudnościami początkowego etapu macierzyństwa i z zazdrością męża. To Maria zostaje sama z malutkim dzieckiem i musi sprostać tej sytuacji. Czego by nie zrobiła, jak by się nie tłumaczyła, odbija się od muru niezrozumienia ze strony Tomka. Żadne argumenty nie docierają do niego. Potrafi ją tylko ranić. Nagle znalazła się w potrzasku, jest bezradna, nic od niej nie zależy. Nie dość że cierpi, to jeszcze musi być silna. On może się nad sobą litować i użalać, ona musi dźwigać ciężary. Najpierw sama mierzyła się z coraz bardziej natarczywymi zalotami swojego szefa. Potem, kiedy ją zgwałcił, chociaż skrzywdzona, zrobiła to, co do niej należało: wyprała zbrukaną pościel i jak najszybciej pojechała do lekarza, aby sprawdzić, czy nic nie grozi dziecku. Zamiast otrzymać wsparcie od Tomka musiała odpierać jego zarzuty, a w końcu sama zająć się Ilonką po jego wyprowadzce. Ale kiedy to on będzie potrzebował pomocy i pociechy, gdy umiera jego matka, Maria wyciągnie do niego rękę. Zapomni o tym, że ją zostawił i zranił swoimi podejrzeniami, i pomoże. Będzie z nim w jego cierpieniu. I to ona, a nie on, nie jego ojciec, zostanie z jego matką w chwili śmierci. Żaden z mężczyzn, ani ojciec, ani syn, nie potrafią udźwignąć tej sytuacji. Nie wiedzą, jak się zachować. Ojciec chowa się w kuchni, boi się, syn też nie wie, co ma robić. Tylko Maria potrafi wznieść się ponad urazy (teściowa jej nie akceptowała) i być z umierającą do końca.

W filmie Fabickiego wszystkie kobiety są silne, a mężczyźni słabi. To kobiety muszą naprawiać błędy popełnione przez mężczyzn, to kobiety muszą ich chronić, jak długo się da, muszą brać się za bary z codziennością. One nie mogą pozwolić sobie na słabość, mężczyźni za to mogą się nad sobą rozczulać, użalać i nie radzić sobie ze swoimi uczuciami. Śmiertelnie chora matka Tomka robi dobrą minę do złej gry, aby oszczędzić mężowi cierpienia tak długo, jak się da. On nie radzi sobie z sytuacją i pragnie, aby wszystko się już skończyło, pragnie jej śmierci (jak prawdziwa jest ta sytuacja). Żona prezydenta nie tylko wybacza mężowi zdradę i przestępstwo, które popełnił, ale stara się za niego załatwić problem, załagodzić sytuację. A przecież domyślamy się, co czuje: miłosny zawód, upokorzenie, wstyd. Nie może jednak pozwolić sobie na słabość, musi być silna, chowa do kieszeni cierpienie i dumę i błaga Tomka o wybaczenie. Stawką jest rodzina, spokój i szczęście upośledzonego syna. Już wcześniej zaciskała zęby i znosiła w milczeniu zaloty  męża do podwładnej. Świetnie widać to na przyjęciu w Ratuszu. Pary tańczą, wśród nich prezydent z Marią, jej  nikt nie prosi. Niby pochłonięta jest rozmową z księdzem, ale zerka niespokojnie na męża i jego partnerkę. W spojrzeniu, gestach widać bezradność, może zazdrość, może upokorzenie. Niby nic się nie dzieje, a ile uczuć. I znowu powtórzę to, co już pisałam: jakże prawdziwa jest ta scena! Można się na żonę prezydenta zżymać, można się dziwić, że decyduje się zostać z człowiekiem, który nie dość, że zakochał się w innej kobiecie, to jeszcze ją zgwałcił, ale można zrozumieć jej intencje. Widocznie nie znajduje w sobie dość odwagi, aby samotnie zmagać się z wychowaniem upośledzonego syna. A może chodzi tylko o to, aby nie pozbawiać go ojca, do którego na pewno jest przywiązany. A może bardziej prozaicznie: o wygodne życie.

Chciałabym jeszcze wrócić do pary głównych bohaterów, Marii i Tomka. Chociaż zdecydowanie biorę stronę jej, to przecież nie oznacza, że nie rozumiem jego. Uczucia są uczuciami, na nie wpływu nie mamy, możemy tylko próbować radzić sobie z ich skutkami. Jestem na Tomka wściekła, ale jednocześnie staram się zrozumieć jego cierpienie. W życiu nic nie jest czarno-białe, nic nie jest proste. Uczucia chodzą krętymi ścieżkami. Kiedy Tomek w końcu po śmierci matki się rozkleja, kiedy wreszcie się otwiera i zaczyna z Marią rozmawiać, kiedy bezradnie wyznaje, że nie wie, czy ją jeszcze kocha,  po ludzku go żałuję. Po raz trzeci powtórzę: jest tyle prawdy w tej scenie! Można zadać sobie pytanie, dlaczego ta dramatyczna sytuacja doprowadziła do takiego uczuciowego kryzysu, zachwiała podstawami ich związku? Czy fascynacja i młodzieńcze uczucie, które każde z nich wspomina ze swojej perspektywy, wypaliło się, zostało przykurzone rutyną codzienności? Nie przetrwało próby czasu? W pewnym momencie Maria tłumacząc się, dlaczego początkowo przymykała oko na atencję, jaką darzył ją prezydent, mówi z pretensją skierowaną do męża, że szef zauważał w niej kobietę, zachwycał się nią, prawił komplementy. Kiedyś pewnie Tomek też zachowywał się podobnie, z czasem wszystko spowszedniało. A może od początku związek Marii i Tomka oparty był na kruchych podstawach? Romantyczna, młodzieńcza miłość nie wystarczyła, aby poradzić sobie z trudami małżeństwa. Kruchość ich związku symbolicznie podkreśla wrażenie tymczasowości, jakie miałam, kiedy patrzyłam na   dom, w którym mieszkają. Nie wiem, czy to zamierzone, ale ja tak odbieram te nierozpakowane pudła i niedokończony wystrój wnętrza. Dom, chociaż nowy, jest zimny i nieprzytulny. Gołe, białe ściany, w korytarzu piętrzą się kartony. Jakby zatrzymali się w połowie i w urządzaniu nowego domu, i w budowaniu swojego małżeństwa. Zaczęli i zabrakło im energii, aby kontynuować. Przyzwyczaili się do tymczasowości. Zakończenie filmu daje jednak nadzieję, że wrócą do tego, co kiedyś zaczęli. Jest wszakże coś, co ich łączy: Ilonka. Może dzięki niej odbudują to, co omal się nie rozpadło. Ale dziecko daje nadzieję nie tylko im. Zbliża do nich ojca Tomka, cierpiącego po śmierci żony, nieradzącego sobie z wyrzutami sumienia. W ostatniej scenie są wszyscy razem, jednoczą się. Tomek i jego ojciec późno, niemal w ostatniej chwili przed chrztem Ilonki, ale jednak dołączają do Marii, która trzyma małą na rękach. To symboliczny obraz.

Mogłabym jeszcze zastanawiać się nad kolejnym ważnym pytaniem: czy Maria i Tomek mieli prawo przyjąć pieniądze od prezydenta i jego żony. Czy słusznie zrobili? Że Tomek je wziął, mogę zrozumieć. Był zaskoczony sytuacją, wzburzony, przyszedł wylać swoją złość, tymczasem zdumiało go to, co zastał. Ale dlaczego Maria postanawia ostatecznie je zatrzymać? To skaza na jej wizerunku. Nie ma w "Miłości" postaci jednoznacznie złych i jednoznacznie dobrych. Nawet prezydent budzi litość. Zwyczajny człowiek, zasłużony dla miasta, przyzwoity i nagle wstępuje w niego demon. Gwałtu przecież usprawiedliwić się nie da.

Siła filmu Fabickiego polega na tym, że uruchamia w widzu (chociaż trochę doświadczonym przez życie) uczucia, które sam kiedyś przeżywał (albo właśnie przeżywa). Odświeża ich moc, pozwala współodczuwać z bohaterami i ze zrozumieniem pochylić się nad ich tragedią.

"Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziejinteresujących obserwacji przyrodniczych"

Po dość świeżo wydaną książeczkę Krzysztofa Środy o długaśnym i intrygującym tytule "Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych" (Czarne 2012) sięgnęłam z sentymentu. Skusiła mnie Armenia, po której podróżowałam w czasie ubiegłorocznych wakacji. Właściwie nie czytałam nawet specjalnie notki wydawniczej, Armenia była wystarczającym magnesem i rekomendacją. Dziwiła nieco ta druga część tytułu, ale co tam. Napiszę krótko: spodziewałam się reportażu z podróży. A co dostałam? Wspomnienia, refleksje, wrażenia, rozmyślania i te tytułowe obserwacje przyrodnicze, przede wszystkim ornitologiczne. Po prostu esej. Jeśli, czytelniku tej notki, po przeczytaniu mego wstępu sądzisz, że się pomyliłam, rozczarowałam i zostałam nabita w butelkę przez własną ignorancję, spieszę wyprowadzić cię z błędu. Nie! Nie! Nie! Ta książeczka mnie zachwyciła! Wciągnęła, uwiodła, porwała hipnotyczną siłą.
Krzysztof Środa w sposób chaotyczny i przypadkowy wspomina fragmenty swoich podróży nie tylko do Armenii, chociaż właśnie ona jest w centrum jego zainteresowania. Jest tu i Litwa, i Chorwacja, i polska wieś Olszewo, i Rumunia, i troszkę Paryża, i nawet ociupinkę Stanów, i niezrealizowana podróż do Iranu. Ciąg wspomnień wydaje się przypadkowy, chaotyczny. Wszak w taki sposób pracuje często ludzki umysł: nasze myśli skaczą dość dowolnie, jedna z drugiej wypływa dzięki jakiemuś skojarzeniu. Trafnie ujęła to Kora w rekomendacji umieszczonej na okładce książki: "Książka Krzysztofa jest jak kalejdoskop, ukochana zabawka mojego dzieciństwa.". Bo rzeczywiście wspomnienia i rozmyślania układają się w dość dowolny wzór, pojawiając w przypadkowej kolejności. Do niektórych zdarzeń, miejsc czy ludzi autor wraca kilkakrotnie, lubi opowiadać niechronologicznie, o sobie raz pisze w pierwszej osobie, innym razem w trzeciej, obserwując niczym jakiegoś anonimowego turystę. Wspomina ludzi, przede wszystkim Ormian, tych, których spotkał tylko raz, i tych, z którymi się zaprzyjaźnił. Jest wnikliwym obserwatorem, takim, którego interesuje raczej szczegół, kocha ptaki i motyle, snuje trochę rozważań historycznych, troszkę filozoficznych. Podróżuje powoli, niespiesznie, celebruje chwile i spotkania. Wraca do miejsc, do ludzi, bo jak pisze: "Wszystko powinno odbywać się jak ruch planet (...)". Dlatego lubi odwiedzać pewne miejsca w czasowych cyklach, oczekując, że wszystko, co przeżył, powtórzy się jeszcze raz. I czasem rzeczywiście tak jest, ale przecież nie zawsze. Jednak to wszystko, o czym napisałam, pewnie nie wywołałoby we mnie takiego zachwytu, gdyby nie język tej opowieści. Krzysztof Środa pisze po prostu pięknie. Jego język przyciąga, magnetyzuje, uspokaja. Nie umiem o tym pisać. Zresztą, po co gadać, trzeba przeczytać, aby zrozumieć.
No cóż, przyznam się tu do uczuć niegodnych: zazdroszczę autorowi takiej umiejętności przelewania myśli na papier i takiej wrażliwości na drobiazgi, szczegóły, mgnienia świata. Też bym tak chciała, nie potrafię. Koniecznie trzeba sięgnąć po ten niewielki zbiór esejów bez tytułów. Nie ma tu informacji o zabytkach czy turystycznych miejscach, jest za to znacznie więcej.

"Dzień kobiet", filmowy debiut Marii Sadowskiej

Kiedy idę na film, o którym wcześniej sporo słyszałam, czego staram się unikać, ale przecież nie zawsze się uda, zastanawiam się, czy mogę jeszcze zostać czymś zaskoczona. A jeśli jednak wszystko okaże się przewidywalne, czy przynajmniej dam się ponieść emocjom. Takie mniej więcej rozważania prowadziłam, wybierając się na "Dzień kobiet" Marii Sadowskiej. O filmie słyszałam już wcześniej przy okazji festiwalu w Gdyni i może jeszcze jakiegoś, nie unikałam też nadmiernie szumu medialnego w związku z premierą. Cóż, kino gatunkowe mieści się w określonej konwencji, z góry wiadomo, jak historia musi się potoczyć i zakończyć. Jeden sprawiedliwy, tym razem to kobieta, Halina, samotna matka, musi stoczyć walkę z potężnym przeciwnikiem, w tym wypadku swoim pracodawcą, siecią sklepów Motylek, która łamała nie tylko prawa pracownicze, ale i kręgosłup moralny bohaterki (innych też). Wiadomo, że zanim nastąpi zwycięstwo, będą przeszkody, chwile zwątpienia i załamania. Ważny temat społeczny (chodzi nie tylko o  wspomniane łamanie praw, ale także pracę w systemie korporacyjnym) ujęty w popularną formę, dzięki czemu film ma szansę na powodzenie. Jak to się sprawdza? Naprawdę dobrze. Zaskoczenia nie ma, ale ogląda się w napięciu i ze sporym zainteresowaniem. Ewolucja głównej bohaterki jest dość wiarygodna: od nieśmiałej, złapanej w pułapkę kobiety, rozdartej pomiędzy lojalnością wobec koleżanek, a obowiązkami szefowej, która uświadamia sobie, że nic od niej nie zależy, do stanowczej, silnej wojowniczki, która mówi dość i staje do boju z Motylkiem. Bohaterka wcale nie jest ideałem, jej motywacje mają osobistą, a nie szlachetną naturę. To taka zwyczajna evrywomanka, kobieta z sąsiedztwa. Świetnie rozumiemy sytuację, w jakiej się znalazła, co nie znaczy, że i my dałybyśmy się tak wodzić za nos (a przynajmniej tak nam się, naiwnym, wydaje). Kibicujemy jej. I tyle. Jest tu kilka bardzo dobrych ról. Nie tylko dwie główne (Katarzyna Kwiatkowska i Eryk Lubos), ale i drugoplanowe (na przykład Dorota Kolak czy Agata Kulesza). Czy w takim razie  to film znakomity? Nie, aż tak dobrze nie jest. Mnie drażnił puszczony w pewnym momencie wątek córki. Potem twórcy filmu przypominają sobie o nim. Poza tym zbyt wielkie nagromadzenie nieszczęść, które nękają nie tylko Halinę, ale prawie wszystkie jej koleżanki, a nawet Eryka, szefa głównej bohaterki. No i rozwiązanie finansowych problemów, w jaki sposób nie zdradzę, przychodzi w odpowiednim momencie. Trochę ten zbieg okoliczności irytuje. Mimo tych niedoróbek film naprawdę dobrze się ogląda. Wzruszyć się nie wzruszyłam, ale nie żałuję spędzonego w kinie czasu. Polecam, nie tylko tym, którzy na ekranie szukają tylko rozrywki.

Philip Roth "Duch wychodzi"

Nadrabiania literackich zaległości ciąg dalszy, czyli kolejne spotkanie z prozą Philipa Rotha. Wciąż mnie zdumiewa, że odkryłam go tak późno, jakieś dwa lata temu, więc mam co nadrabiać, bo to pisarz niezwykle płodny. Pod choinkę zażyczyłam sobie jego książki, dostałam trzy, jako pierwszą wybrałam "Duch wychodzi" ("Czytelnik" 2010; przełożyła Jolanta Kozak). No i nie zawiodłam się. Czytając Rotha, mam zawsze przeświadczenie, że obcuję z prawdziwą literaturą, nie tylko świetnie napisaną, mięsistą, zawiesistą, zaludnioną pełnokrwistymi postaciami, ale ważną, o czymś.

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku  jesiennych dni w Nowym Jorku w roku 2004, w tygodniu wyborów prezydenckich. Ale tematem tej książki nie jest polityka. Wybory są o tyle ważne, o ile stosunek do nich charakteryzuje niektórych bohaterów. Poza tym pyszna scena w czasie wieczoru wyborczego, kiedy  para młodych bohaterów nieomal rwie włosy z głowy, rozpaczając z powodu wygranej Georga W. Busha, przypomina emocje, jakie polityczne starcie dwóch przeciwnych obozów wywołuje u nas. Cóż, miło pomyśleć, że i gdzie indziej wybory potrafią podzielić rodziny i przyjaciół. Ale do rzeczy, bo, jak wspomniałam, nie polityka jest tematem powieści Rotha. Co w takim razie? Starość, jej konfrontacja z młodością, ale także literatura, twórczość. Bohaterem i narratorem książki jest siedemdziesięciokilkuletni znany pisarz Nathan Zuckerman (Roth stworzył cały cykl powieści z tym bohaterem; twórczość pisarza składa się z kilku różnych cykli, które łączy albo bohater, albo temat). Po jedenastu latach samotniczego życia na prowincji, w górskiej głuszy, przyjeżdża na kilka dni do Nowego Jorku i nieoczekiwanie dla siebie zostaje wciągnięty w wir życia. Można by powiedzieć, że na nowo zachłystuje się życiem po latach uśpienia. Jeszcze trafniejsze byłoby stwierdzenie, że zachłystuje się ludźmi i to przede wszystkim ludźmi młodymi, bo letarg, w jakim tkwił przez ostatnie lata, był ucieczką właśnie od ludzi, a nie od twórczości. Konfrontacja z młodością jeszcze bardziej uświadamia Zuckermanowi, że się starzeje. Ten proces jednak dotyczy tylko  ciała, nie ducha. Przepaść pomiędzy duchem a cielesnością to dramat narratora. Myślę, że podobny dramat przeżywa wielu ludzi, którzy przekroczyli już smugę cienia. Jego psujące się ciało odgradza go od życia. Duch jest nadal młody i młodości pożąda. Zuckerman nieoczekiwanie dla siebie zaczyna pragnąć Jamie, trzydziestoletniej początkującej pisarki. Wie, że ich spotkanie jest niemożliwe, nie tylko dlatego, że ona ma męża i prawdopodobnie kochanka, ale także z powodu jego impotencji, skutku onkologicznej operacji, którą przeszedł przed laty (niczego tu nie zdradzam, tego czytelnik dowie się na pierwszej stronie). Życie na odludziu odgrodziło go od pokus świata, ułatwiło pogodzenie się z fizyczną niesprawnością, teraz uśpione pragnienia budzą się na nowo. Zuckerman chyba po raz ostatni daje się porwać złudzeniu, że jeszcze wszystko jest możliwe. Broni się przed tym pragnieniem, zdając sobie sprawę, że próba spełnienia może się skończyć w najlepszym razie rozczarowaniem, w najgorszym upokorzeniem. Jest interesujący dla Jamie jako pisarz, nie jako mężczyzna. Ona, marząca o literackiej karierze, doznaje początkowo zawrotu głowy, kiedy w jej życie zupełnie nieoczekiwanie dzięki zrządzeniu losu wkracza sławny literat. Trudno nawet powiedzieć, aby po chwilowym zawrocie głowy, jakoś specjalnie fascynowała się jego intelektem, nie, ona postanawia wykorzystać go do własnych celów (wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie chodzi o jej karierę). Jednak  nie ta niemożliwość związku z kobietą spowodowana fizyczną dolegliwością, która przecież może przytrafić się w każdym wieku, była dla mnie tak przejmująca, ale nasilające się kłopoty z pamięcią. To jest prawdziwy dramat starego pisarza. Zapominanie zaczyna wykluczać go z życia, nie daje kontroli nad tym, co się dzieje, czyni bezbronnym i  podatnym na manipulacje innych, ale przede wszystkim dziurawa pamięć zaczyna mu odbierać możliwość tworzenia. Nie fizyczny defekt, ale utrata pamięci oznaczać będzie prawdziwy kres jego życia. Przejmujące jest śledzenie, jak narrator stopniowo zaczyna sobie uświadamiać problem, jak próbuje z nim walczyć, jak w gruncie rzeczy jest bezradny i bezsilny. Starość wyobcowuje go ze świata. Drażnią go różne przejawy nowoczesności, drażni bezczelna, ekspansywna młodość dążąca do celu po trupach. Właściwie uświadamia sobie, że żyje wspomnieniami, pośród umarłych. Prawdziwie porozumieć się może tylko z Amy, starszą od niego, chorą na guza mózgu kobietą, którą przypadkowo, po latach spotyka w czasie pobytu w Nowym Jorku. Łączy ich przeszłość, wspólne spojrzenie na świat, literaturę, fascynacja pewnym nieżyjącym już od lat pisarzem, starość i choroba. Także kłopoty z pamięcią. Tylko z Amy może jeszcze znaleźć wspólny język. Z młodymi nie. To oni go odrzucają, nie chcą dostrzec w nim człowieka, traktują instrumentalnie. Jest ważny o tyle, o ile może im się na coś przydać.

Starość w powieści Rotha nie jest straszna z powodu fizjologii. Nie ma tu opisów ludzi niedołężnych, przykutych do łóżka, skazanych na pomoc innych. Jak już wspomniałam, i przypadłość Zuckermana, i choroba Amy mogą się przecież przytrafić każdemu w każdym wieku. Starość jest okropna, bo wyobcowuje ze świata, wyklucza, skazuje na samotność, niezrozumienie. A przecież, kiedy słuchamy opowieści siedemdziesięcioletniego Zuckermana, nie mamy poczucia, że obcujemy ze starcem. Przeciwnie.

Ale, jak już pisałam, to nie tylko powieść o starości. Roth zadaje w niej inne istotne pytania, to wokół nich kręci się akcja książki. Zuckermanowi nie daje spokoju znajomy Jamie, Kliman, który chce za wszelką cenę napisać biografię pewnego zapomnianego, niegdyś bardzo znanego, pisarza. Narrator jest przekonany, że biografia, która ma wywołać skandal, to tylko środek do kariery Klimana, bezczelnego, pewnego siebie, dążącego po trupach do celu, niesympatycznego typka. I tu pojawia się szereg pytań. Czy biograf ma prawo ujawniać tajemnice życia pisarza, szczególnie jeżeli żyją jeszcze jego dzieci? Czy taka tajemnica w ogóle istnieje? Na ile twórczość pisarza jest odbiciem jego życia? Na ile życie ją oświetla i tłumaczy? Czy wolno wykorzystywać niedokończone dzieło? Czy możliwe jest dojście po latach do prawdy? Zuckerman na te wszystkie pytania odpowie przecząco, ale czytelnikowi wolno zastanawiać się dalej. Czy przeszłość pisarza, spuścizna po nim może być własnością jednej osoby? Czy taka osoba może strzec pisarza przed jego czytelnikami? Dlaczego nie chce dać jego twórczości drugiego życia? Czy to ona ma prawo decydować, kto napisze jego biografię, a kto nie jest tego godzien? Na Klimana patrzymy oczami Zuckermana i Amy. Pewnie dlatego wydaje nam się wytworem współczesnego świata goniącego tylko za sensacją. Ale może jest inaczej? Może Zuckerman i Amy to przedstawiciele skostniałej przeszłości broniący za wszelką cenę pamięci o ukochanym pisarzu? Może Zuckerman w młodości, kiedy kręcił się wokół swojego literackiego idola, był też takim Klimanem? Tego nie sposób rozstrzygnąć. Roth w swojej powieści dał głos starym, dlatego młodych widzimy ich oczyma.

Świetna książka. Przejmująca, stawiająca ważne pytania. Do tego żywo prowadzona akcja: czytelnik krok po kroku odkrywa tajemnicę, balansuje pomiędzy prawdą, a wyobrażeniem, bo autor cały czas wodzi go za nos. A do tego znakomite, wnikliwe portrety kilku postaci dramatu. Rotha po prostu trzeba czytać!


"Za wzgórzami" - poruszający film Cristiana Mungiu

Dziś będzie trochę nietypowo: o ważnym filmie, ale krótko. Dlaczego? Otóż "Za wzgórzami" Cristiana Mungiu widziałam ponad miesiąc temu w ramach objeżdżającego Polskę przeglądu najciekawszych filmów z Nowych Horyzontów. Wtedy nie znalazłam nigdzie informacji o dacie polskiej premiery, wobec tego uznałam, że film nie wejdzie do szerokiej dystrybucji, a ponieważ miałam natłok pisania, więc nawet ucieszyłam się, że nie muszę sporządzać notki na zapas. Teraz, kiedy "Za wzgórzami" pojawiło się nieoczekiwanie na ekranach, oczywiście żałuję. Nie sposób jednak po takim czasie porywać się na dokładniejszą analizę filmu, ale ponieważ uważam, że jest to obraz ze wszech miar wart uwagi, chcę przynajmniej krótko dać temu wyraz.

Kto orientuje się, że rumuńskie kino od kilku lat święci triumfy na europejskich festiwalach (ze zdziwieniem dowiedziałam się niedawno, że w Rumunii gromadzi żałośnie niewielką widownię), temu pewnie nieobce jest nazwisko reżysera i scenarzysty w jednej osobie. To on jest twórcą przejmujących "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni". To od tamtego filmu wszystko się zaczęło, wszystko, czyli sukces rumuńskiej kinematografii. Jeśli ktoś nie widział "4 miesięcy", koniecznie musi nadrobić ten brak. Teraz jednak należy wykorzystać okazję i wybrać się do kina na "Za wzgórzami", film równie przejmujący.

Jest to historia młodej dziewczyny, Voichity, która prosto z sierocińca trafia do pobliskiego niewielkiego klasztoru, gdzieś za tytułowymi wzgórzami. Na ile jest to wyraz jej religijności, a na ile brak perspektyw i pomysłu na inne życie, a może obawa przed światem i lęk przed samodzielnością trudno ocenić. Ona oczywiście jest przekonana, że przywiodło ją tu powołanie. Ale trochę inne światło rzuca na ten wybór prośba jej nieco młodszej koleżanki. Ona też wkrótce opuści dom dziecka i za wszelką cenę chce pójść drogą Voichity, dlatego prosi ją o wstawiennictwo u mnieszek. Dziewczyna jednak wyraźnie mówi o tym, że nie ma alternatywy.

Dramat zaczyna się, kiedy do monastyru przybywa  przyjaciółka Voichity, Alina, która za wszelką cenę próbuje ją wyrwać z klasztoru. Obie dziewczyny mocują się ze sobą. Zdeterminowana Alina walczy o duszę przyjaciółki z nią samą, z mniszkami i księdzem, duchowym przewodnikiem otaczanym czcią. Buntuje się przeciwko zastanym porządkom i przeciwko decyzji przyjaciółki, która nie chce opuścić klasztoru. Zacięta w grymasie twarz Aliny jeszcze lepiej podkreśla jej upór. Dąży do celu, nie licząc się z kosztami. Wykonuje gwałtowne i chaotyczne gesty, jakby rzucała się na wodę, nie badając wcześniej dna. To, co się zdarzy, budzi nie tylko przerażenie, ale może przede wszystkim zdumienie. Im dłużej ogląda się historię zmagań Aliny, tym trudniej zaakceptować rzeczywistość pokazaną w filmie i zrozumieć, że to, co widzimy, jest w ogóle możliwe. Groza kontrastuje z sielskim, chociaż surowym otoczeniem, z prostym, spokojnym życiem mniszek, które spędzają czas na modlitwach, gospodarskich zajęciach i działalności charytatywnej. Paradoks polega na tym, że każdy chce dobrze, każdy jest święcie przekonany o swojej racji. Każdy wierzy w to, co robi. Wszystko w imię miłości bliźniego i Boga. Jedynie Voichita zdaje się być miotana sprzecznymi uczuciami. To, co boskie walczy w niej z tym, co ziemskie. Sprawiedliwość, która być może zostanie wymierzona  winnym, jest także z ziemskiego porządku, którego ksiądz i mniszki zdają się nie przyjmować do wiadomości.

To tyle moich, z konieczności tym razem, ogólnikowych rozważań. Film, chociaż długi i nielekki, oglądałam z zapartym tchem. Jeszcze raz namawiam, aby "Za wzgórzami" zobaczyć koniecznie, nawet jeśli temat wyda się komuś niezbyt atrakcyjny. Mądre, poruszające, świetne kino.

Popularne posty