"Blokada"

To nie jest miły film na lato. Z jego ciężkiej, dusznej, klaustrofobicznej atmosfery trudno się po seansie otrząsnąć. Nie ogląda go się łatwo, bo bardzo szybko orientujemy się, że nie wiadomo, co przydarza się bohaterom naprawdę, a co jest tylko projekcją ich lęków. Wszystko rozgrywa się na pograniczu jawy, snu i chorej od strachu wyobraźni, czasem nieoczekiwanie pojawiają się tony groteskowe. Tak jest do ostatniej sceny. Właściwie, gdybym wcześniej o tym wszystkim wiedziała, pewnie nie wybrałabym się do kina, bo to nie do końca moja bajka. A jednak nie żałuję. Mimo drobnych zastrzeżeń, film jest trochę za długi i w pewnym momencie zaczyna nużyć powtarzalnością, uważam, że należy "Blokadę" obejrzeć. Przygnębiający nastrój potęguje scenografia. Akcja toczy się na obrzeżach wielkiego miasta, często nocą. Gdzieś w tle majaczą wielkie, szklane wieżowce przywołujące na myśl inne życie, ale tu straszą dziurawe ulice, byle jakie, bałaganiarskie domy, sterty śmieci, gruzu, odpadków, połacie wolnej, ale raczej odpychającej niż miłej przestrzeni. To Stambuł. Chociaż to film turecki wyrastający z tamtych niepokojów, to jest też zarazem bardzo uniwersalny. Przywodzi na myśl jakiś apokaliptyczny świat, wizję nieodległej przyszłości. A w planie realnym to opowieść o Kadirze, który dwa lata przed zakończeniem dwudziestoletniej odsiadki, zostaje zwolniony z więzienia pod warunkiem współpracy z policją. Ma być wykorzystany w tajnej akcji. Jak już wspomniałam, warto "Blokadę" obejrzeć, mimo że jest filmem ciężkim, przygnębiającym, mrocznym i niełatwym. A kto już w kinie był, może przeczytać ciąg dalszy.

Ten film nieustannie balansuje na granicy realnego i onirycznego, tureckiego i uniwersalnego. Z jednej strony bohaterowie bardzo silnie umocowani zostali w realistycznym świecie. Kadir wraca do swojej dzielnicy, do brata i przyjaciół. Próbuje zorganizować sobie życie na nowo - urządza użyczone przez przyjaciół mieszkanie, spotyka się z bratem, martwi się o niego, pracuje, pisze raporty, chodzi na spotkania z tajniakami. Podobnie rzecz się ma z innymi bohaterami. Ahmeta, brata Kadira, rzuciła żona. Samotność stara się zagłuszyć, przygarniając psa. I tu już wkraczamy w świat, którego nie jesteśmy pewni. Często przyjdzie nam się gubić, nie zawsze wiadomo, co jest jawą, a co śni się bohaterom albo jest projekcją ich lęków, a może nawet obłędu. Czasami reżyser wyprowadza nas na manowce - dopiero po chwili orientujemy się, że scena z pozoru realistyczna to tylko senny majak. Pytań jest wiele. Dlaczego Ahmet przebudowuje swoje mieszkanie? Czy robi to, aby ukrywać psa, czy szykuje tajną skrytkę dla ludzi? Za co siedział w więzieniu Kadir? Czy za sprawy polityczne? Kim są bohaterowie - Turkami czy może Kurdami? W jakiej akcji bierze udział Kadir? Czy jest ofiarą tajnych służb? Czy po prostu wypełnia zadanie tak, jak potrafi? A może sprytnie wodzi policję za nos?  Jakich dźwięków dochodzących z mieszkania przyjaciół nasłuchuje? Czy to dźwięki miłosnej rozkoszy? A może awantury? Albo odgłosy tajnych spotkań? Co stało się z Meral, którą wywoził z dzielnicy? I wreszcie scena ostatnia. Czy rozgrywa się w wyobraźni bohatera? Jest świadectwem jego poczucia winy wobec przyjaciół i brata?

Atmosfera gęstnieje i robi się coraz mroczniejsza. Nikt tu nikomu nie ufa. Brat boi się brata. Sąsiad sąsiada. Stale, jak mantra, wracają pewne sceny. Kadir kilkakrotnie kładzie się na podłodze, aby podsłuchiwać przyjaciół. Spełnia powierzone mu zadanie? Robi to powodowany ciekawością? Ekscytacją? Zazdrością? Wielokrotnie dobija się do domu brata. Nasłuchuje. Gubi się w domysłach. (Czy to nie echa dość powszechnej wśród Turków wiary w istnienie jakiegoś głębokiego państwa?) A za drzwiami chowa się przestraszony Ahmet, który chroni przygarniętego psa. A jego lęk o psa? Czy to paranoja przestraszonego, nieufającemu nikomu człowieka, czy uzasadniona obawa? Nie znam na tyle realiów tureckich, aby jednoznacznie rozstrzygnąć te wątpliwości. Czy rzeczywiście Ahmet nie mógłby zachować zwierzaka? Te nieporozumienia, wzajemne podejrzenia doprowadzą w końcu do tragedii. I znowu reżyser sprowadza nas na ziemię, z onirycznego świata wracamy do realnego.

Atmosferę obłędu i dokonującej się na naszych oczach apokalipsy potęguje sceneria. Okropne, brudne, zabłocone, byle jakie obrzeża wielkiego miasta. Chociaż to Turcja, chyba ani razu na ekranie nie pojawiło się słońce. Jest szaro, pochmurno, czasem pada śnieg. Wiele scen rozgrywa się nocą albo w jakichś zrujnowanych, opuszczonych pomieszczeniach. Płoną śmietniki, wybuchają bomby, słychać policyjne syreny, ulice co rusz przecinają policyjne blokady, ludzie są kontrolowani i zatrzymywani, z telewizora dobiegają komunikaty o kolejnych terrorystycznych zamachach. Które zagrożenie jest prawdziwe, a które wyimaginowane? Czy śmietniki podpalili chuligani? A może to akt terroru? A może ta scena rozgrywa się tylko w obłąkanej wyobraźni Kadira? Paranoi ulegają nie tylko bohaterowie, ale i władze. Nakręca się spirala podejrzeń, strachu, zagrożenia, nieufności i podejrzliwości. Nawet prace wykonywane przez Kadira i Ahmeta, są okropne. Jeden zbiera i segreguje śmieci, drugi odławia bezpańskie psy, które są plagą Stambułu. Ahmet z jednej strony przygarnia psa, z drugiej potrafi być dla niego okrutny. Oglądamy jakiś potworny świat, gdzie wszystkie wartości zostały zachwiane. Kontrastuje z tym spokojna, szlachetna twarz Kadira. Naiwnego? Gamoniowatego? Dobrego? Przebiegłego?

Niby to Turcja i Stambuł, ale dzięki licznym niedopowiedzeniom historia staje się uniwersalna. Mogłaby równie dobrze rozgrywać się na obrzeżach innego wielkiego miasta, gdzieś w Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie, w Azji, a może nawet w Europie. Film staje się metaforą ogarniętego szaleństwem podejrzliwości i strachu świata. Ale czasem, bardzo dyskretnie, reżyser łamie ton opowieści groteską. Tajne służby bywają głupie (Jak mogą wobec tego zapobiec terrorystycznym atakom?), groźny przestępca okazuje się zaszczutym, niewinnym człowiekiem, gdzieś w tle telewizja podgrzewa podejrzenia, że zabijane bezpańskie psy są nielegalnie sprzedawane na mięso, a szef myli sprawy i pracowników, ale od czego ma usłużnego sekretarza.

"Wojna". I trochę o "Skarbie".

Ostatnio znowu chodzę do kina z opóźnieniem. Nadrobiłam zaległości i obejrzałam rumuński "Skarb" i duńską "Wojnę". To ma być notka o tym drugim filmie, ale nie mogę powstrzymać się od pewnej refleksji. Obejrzałam jak zwykle Tygodnik Kulturalny, ostatni przed wakacyjną przerwą, gdzie "Skarb" wychwalano pod niebiosa, a nad "Wojną" kręcono nosami. Warto, warto, ale ... Tymczasem ... Tymczasem ja chociaż "Skarb" obejrzałam z przyjemnością, stanęłam wobec niego bezradna. Jakoś nie umiałam go ugryźć. O czym tu pisać? Nie lubię takich sytuacji. Jeszcze bardziej się zirytowałam, kiedy po przeczytaniu recenzji na stronie Kina, pomyślałam - No tak, tak, oczywiście, racja, dlaczego na to nie wpadłam? Nie mogę przecież powielać tu refleksji, z którymi się zgadzam, ale które moje nie są, więc "Skarb" polecam, a kto widział, niech przeczyta mądrzejszych ode mnie. Tylko uwaga - to nie jest komedia ani film przygodowy. Niewiele się dzieje, głównie się gada. Zupełnie inaczej rzecz ma się z duńskim filmem poruszającym problemy i dylematy związane z wojną (chodzi o Afganistan). Film bardzo mi się podobał, zmusił do rozmyślań, poruszył. Ja, zwyczajny widz, nosem nie kręcę, nie mam żadnych zastrzeżeń, chłonęłam ten film emocjami. Czytelniku tej notki, nie słuchaj krytyków, którzy każdy obraz biorą pod lupę i dlatego dostrzegają nawet najdrobniejszą rysę, tylko obejrzyj "Wojnę", bo warto. A kto już widział, może czytać dalej.

Tak się złożyło, że właśnie jestem świeżo po lekturze niedawno wznowionej, znakomitej "Modlitwy o deszcz" Wojciecha Jagielskiego, reporterskiej opowieści o Afganistanie. Kto interesuje się światem, przeczytać powinien koniecznie, bo książka, mimo że powstała na początku lat dwutysięcznych, wiele wyjaśnia, no i jest świetnie napisana. Ale o tym innym razem, a wspominam ją teraz, żeby zaanonsować, zachęcić i stwierdzić, że jej lektura daje filmowi szerszą perspektywę. Ale do rzeczy.

"Wojna" jest właściwie opowieścią o misji stabilizacyjnej. Żołnierze duńscy, podobnie jak inni, niby nie biorą udziału w wojnie. Po obaleniu talibów mają pomagać odbudowywać kraj i zaszczepiać demokrację. Niby Afgańczycy nie są wrogami, ale naprawdę nie wiadomo, kto tu wróg, a kto przyjaciel. Talibowie toczą wojnę partyzancką, a miejscowa ludność jest w potrzasku, znalazła się między młotem a kowadłem. Znakomicie pokazuje to przejmujący wątek afgańskiej rodziny, która przychodzi do duńskiej bazy, aby prosić o pomoc. Procedury są jasne - miejscowi nie mogą zostać tam na noc. Nie udzielając im schronienia, Claus skazuje ich na śmierć. Tylko tłumaczka nie umie się z tym pogodzić. Zastanawia mnie, dlaczego nad tą śmiercią tak szybko wszyscy przechodzą do porządku dziennego. Czy to błąd twórców filmu, puszczenie istotnego wątku? Sądzę, że jednak nie. Bo ta sprawa natychmiast zostaje przykryta następną. Walka, jaka rozegra się w wiosce, konieczność podejmowania dramatycznych decyzji, ratowanie rannego kolegi, a wreszcie konsekwencje, spychają śmierć rodziny na dalszy plan. Nikt już jej nie rozpamiętuje. Na współczesnej wojnie wszystko zostało pomyślane tak, aby nie było miejsca na wyrzuty sumienia. Takie słowa jak obiekt (przypominam, że to o człowieku) i inne tego typu (niestety zapomniałam) sprawiają, że zabijać jest łatwo. Przecież łatwiej strzela się do obiektu niż do człowieka. A o pomyłkę nietrudno. Nie zawsze jest przecież pewność, że ów obiekt miał wrogie zamiary.

Chciałabym jeszcze wrócić do relacji duńskich żołnierzy (tak samo rzecz się na pewno miała z innymi) z miejscową ludnością. Dziwna to przyjaźń, dziwny sojusz. Niby mają im pomagać, ale siły są zdecydowanie nierówne. Żołnierze wyglądający jak kosmici albo roboty, uzbrojeni po zęby, stają naprzeciwko nędznie ubranych Afgańczyków. Ten kontrast jest aż groteskowy, ale śmiać się nie ma z czego. Duńczycy nie ufają nikomu. Zanim zaczną pomagać, rozmawiać, muszą zrewidować, prześwietlić na dziesiątą stronę. Ale to nie jest obraz czarno-biały. Przecież co jakiś czas ktoś ginie w podstępnym ataku albo dlatego, że nastąpi na minę.

Wszyscy są ofiarami tej wojny. I miejscowa ludność, i żołnierze, i ich rodziny. Żona Clausa z trudem radzi sobie z samotnym wychowaniem trojga dzieci, z codziennymi problemami i kłopotami. Nieobecność ojca, może świadomość, że pojechał walczyć, niekorzystnie odbija się na dzieciach. Pewnie dlatego, kiedy oskarżony o zbrodnię wojenną Claus wreszcie wróci, Maria nie znajduje w sobie miejsca i siły na dylematy moralne. Trzeba zapomnieć i żyć. Cieszyć się swoją obecnością. I chociaż Claus się stara, chociaż broni się w sądzie, chociaż ma poparcie swoich podwładnych, chociaż ratował rannego kolegę, który dzięki niemu żyje, chociaż w końcu zostanie uniewinniony, zapomnieć nie potrafi. Jak będzie wyglądało jego życie? Czy to, co się stało, położy się cieniem na losie rodziny? Czy da się zapomnieć, jak chciałaby Maria?

Oczywiście najważniejszym pytaniem w filmie pozostaje - winny czy niewinny? Z jednej strony piekło bitwy, właściwie potyczki, walka o życie rannego kolegi, konieczność podejmowania błyskawicznych decyzji, z drugiej zmasakrowana, Bogu ducha winna afgańska rodzina. Plątanina rąk i nóg, krew, miazga. Nie da się wyjść z wojny czystym moralnie, nawet jeśli intencje są dobre. Można było nie wchodzić do Afganistanu, ale jak wyglądało życie pod rządami talibów, opowiada książka Jagielskiego. Węzeł gordyjski nie do rozwiązania.

Ewa Winnicka "Londyńczycy"

Książkę Ewy Winnickiej "Londyńczycy" (AGORA i Czarne 2012; wydanie II uzupełnione) ze zdjęciami Chrisa Niedenthala dostałam kilka lat temu w gwiazdkowym prezencie. Jakoś specjalnie się nie ucieszyłam, odłożyłam, niemal zapomniałam i dopiero teraz po przeczytaniu "Angoli" natychmiast się za nią zabrałam. Bezpośrednim impulsem, poza autorką i podobną tematyką, była opowieść jednego z rozmówców o wojennej polskiej emigracji. A właśnie ta stara emigracja i jej potomkowie to bohaterowie pierwszego zbioru reportaży Winnickiej. Jak zaczęłam czytać, tak nie mogłam się oderwać i pochłonęłam "Londyńczyków" w ciągu dwóch dni! W pewnym sensie ta książka, której sława i popularność nie dorównuje "Angolom", jest od nich nawet ciekawsza. Opowieści z "Angoli" po pewnym czasie zaczynają być nieco monotonne, może dlatego lepiej je trochę dawkować. Tymczasem reportaże zamieszczone w "Londyńczykach" są bardzo różnorodne i niezwykle ciekawe. Niektóre zabawne, inne tragiczne, jeszcze inne chwytają za gardło. Właściwie losy większości bohaterów to gotowe scenariusze filmowe albo materiał na fascynującą powieść.

Bardzo ciekawa jest kończąca książkę rozmowa z Chrisem Niedenthalem, znanym fotografikiem, potomkiem tamtej emigracji, który w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, w erze komunizmu zdecydował się zamieszkać w Polsce, bo wydała mu się ciekawsza niż Londyn. Nadal zresztą o Londynie nie wypowiada się najlepiej. Na mnie największe wrażenie zrobiła opowieść Celiny Fogg, córki polskiego żołnierza, Ryszarda Dębińskiego. Razem z matką i siostrą mają o nim jak najgorsze wspomnienia. Po śmierci mamy Celina próbuje dowiedzieć się czegoś o ojcu, zrozumieć, dlaczego był tak zamknięty w sobie, zimny, okrutny, nieprzewidywalny. Tragiczna, wzruszająca, trzymająca w napięciu historia. Niezwykła jest też opowieść o dwóch paniach Anders i ich córkach. Winnicka przypomina, a właściwie na nowo odkrywa, jak z powszechnej świadomości zniknęła pierwsza żona i córka generała. Jednym słowem Anders od kuchni. Ale ta historia, podobnie jak inne, ma przecież również wymiar uniwersalny. Można się zadumać nad życiem, nad komplikacją losów, dotknąć tragedii, po raz kolejny uświadomić sobie, że nic nie jest czarno-białe. Są i opowieści zabawne. Na przykład ta o Janie Żylińskim, potomku arystokracji, przedsiębiorcy, który w Londynie w hołdzie dla swojej babci zbudował w dzielnicy Ealing pałac w stylu Ludwika XVI. Na zwyczajnej ulicy, wśród zwyczajnych angielskich domków stoi sobie prawdziwy, nieudawany pałac! Żeby zrozumieć całą groteskowość, a jednocześnie jakieś fascynujące szaleństwo tego pomysłu, trzeba przeczytać. Można też znaleźć zdjęcia w internecie, a polskich londyńczyków zachęcam, aby zobaczyli pałac w realu. Trzeba mieć gest i fantazję, aby poważyć się na takie przedsięwzięcie.

I tak rozdział po rozdziale snuje Winnicka niezwykłe historie. A nad nimi unosi się opowieść o nieodwzajemnionej miłości Polaków do imperium brytyjskiego, w które wierzyliśmy, a które tak nas srodze zawiodło. Cóż, wielka geopolityka to nie sentymenty. Jest więc ta książka historią polskich powojennych emigrantów, z którymi w Anglii nikt się specjalnie nie cackał, a ich zasługi możni tego świata mieli za nic. Przedwojenni generałowie, pułkownicy, dyplomaci, właściciele ziemscy musieli zapomnieć o splendorach, wygodach i zakasać rękawy, aby z czegoś żyć. Jest też i druga strona medalu - polskie piekiełko, swary i kłótnie, które ciągną się czasem aż do dziś.

To tyle, wystarczy. Naprawdę bardzo polecam. Świetna książka.

Michał Wójcik, Emil Marat "Ptaki drapieżne"

Nie, to nie jest książka o ptakach. Ani o drapieżnych, ani o innych. Kto zna spółkę autorską Michał Wójcik i Emil Marat, ten wie albo się domyśla, że "Ptaki drapieżne" (Znak 2016) to rzecz o drugiej wojnie światowej. Żeby nie było wątpliwości, na okładce znajdziemy informację, że jest to historia Lucjana Sępa Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK. Sięgnęłam po tę pozycję, bo nie tak dawno zachwycałam się tu głośną książką tej samej pary autorów zatytułowaną "Made in Poland". Był to arcyciekawy, bardzo poruszający wywiad ze Stanisławem Likiernikiem, żołnierzem Kedywu, pierwowzorem postaci Kolumba z powieści Romana Bratnego "Kolumbowie. Rocznik 20". (Kto dziś o niej pamięta? Kto ją czyta?) Ponieważ recenzje najnowszej książki też są bardzo dobre, liczyłam na podobne przeżycia. Tymczasem uczucia mam mieszane. Nie mogę powiedzieć, że "Ptaki drapieżne" nie podobały mi się, ale nie były ani tak odkrywcze, ani tak fascynujące jak rozmowa ze Stanisławem Likiernikiem. Lektura pozostawiła wrażenie niedosytu. Może rozmówca nie tak interesujący? Może autorzy zbyt spolegliwi? Może założenia nie takie?

Lucjan Sęp Wiśniewski to żołnierz dwóch oddziałów AK, które zajmowały się kontrwywiadem i wykonywaniem wyroków śmierci na Niemcach, ale także na Polakach, zdrajcach i konfidentach, w imieniu Państwa Podziemnego. Każdy rozdział składa się z fragmentów wywiadu z bohaterem książki i opowieści autorów. Wydawało mi się, że sporo wiem o latach okupacji, tymczasem zdobyłam wiele nowych informacji. Niezwykle ciekawe są partie książki opowiadające o funkcjonowaniu sądów Państwa Podziemnego, które decydowały, czy wydać wyrok śmierci, o rozpracowywaniu delikwenta (tak żołnierze kontrwywiadu i likwidatorzy nazywali skazanego), o roli kobiet, które miały niezwykle ważne i odpowiedzialne zadania w przygotowywaniu akcji - zbierały informacje o skazanym, jego zwyczajach, trybie życia, co łączyło się z wystawaniem godzinami na ulicy, śledzeniem, a to wszystko często w chłodzie, deszczu, potem przywoziły broń, a po akcji odwoziły ją do skrytki. Z równym zainteresowaniem czytałam historię oddziałów, które w czasie powstania warszawskiego stacjonowały w Puszczy Kampinoskiej. Frapująca i przerażająca jest opowieść o pierwszej, czy jednej z pierwszych, przeprawie kanałami ze Starówki na Żoliborz albo o beznadziejnej próbie zdobycia Dworca Gdańskiego. Ale głównym tematem książki są najbardziej znane akcje przeprowadzane przez likwidatorów. Niby to bardzo ciekawe, świetny materiał na film albo powieść. Wójcik i Marat oraz sam Sęp opowiadają barwnie i interesująco, umiejętnie budują napięcie, domyślam się, że wielu czytelników będzie czytać z wypiekami na twarzy, ale ... ale ja w pewnym momencie zaczęłam odczuwać przesyt. Za dużo tego, zbyt dokładne, zbyt szczególarskie. Autorzy lubują się w detalach, opowiadają o akcjach niemal krok po kroku. Podobne znużenie odczuwałam, czytając o kontrowersjach dotyczących oceny niektórych postaci albo samych akcji. To pewnie ważne dla historyka, ewentualnie dla kogoś bardzo zainteresowanego. Mnie aż takie szczegóły nie interesowały.

A rozmowa? Przyznam, że też byłam trochę zawiedziona. Niby autorzy pytają o sprawy ważne i kontrowersyjne. Jak to jest stanąć przed kimś i strzelić do niego? A co z przypadkowymi ofiarami? A pomyłki? Czy mogły się zdarzyć? Czy miał wątpliwości? Czy przeżywał? Czy myśli o ofiarach? Czy śpi spokojnie? Czy dostawali pieniądze? Czy załatwiali własne porachunki? Czy rywalizowali? Gdzie jest granica między koniecznym ryzykiem a brawurą? Dlaczego było tak mało wyroków na szmalcowników? Niestety Lucjan Wiśniewski dość zgrabnie zbywa te pytania, odpowiada gładko, ucieka od kontrowersji, a Wójcik i Marat nie dociskają. Próbują przywoływać wydaną przez Kartę książkę Stefana Dąmbskiego "Egzekutor", która swego czasu narobiła wiele szumu, ale Wiśniewski twardo zaprzecza, aby jego doświadczenia były podobne. Nawet fakt, że w momencie zakończenia wojny miał dopiero dwadzieścia lat, jakoś tu nie wybrzmiewa. Obawiam się, że jeśli po książkę sięgną młodzi czytelnicy zafascynowani wojną, okupacją, konspiracją, powstaniem, to tylko utwierdzą się w przekonaniu, że to była wspaniała, patriotyczna przygoda. Czy dotrze do nich okrucieństwo i zgroza tamtych czasów?

Wkrótce Wielka Litera wydaje kolejną książkę spółki Wójcik, Marat. Ja chyba chwilowo dziękuję.


Ewa Winnicka "Angole"

Długo zabierałam się do wydanej już grubo ponad rok temu, szeroko omawianej, nominowanej do literackich nagród (Gryfia i Nike) reporterskiej książki Ewy Winnickiej "Angole" (Czarne 2014). Droga do lektury dość typowa w takim wypadku. Najpierw niespecjalnie byłam zainteresowana, bo temat jakoś mnie nie kręcił, po wysłuchaniu kilku rozmów z autorką przyszedł apetyt, no a potem stale było coś innego do czytania. Nowość goni nowość, czasem wpada coś starszego, o książce przypominam sobie od czasu do czasu i dalej nic, aż wreszcie, nie wiadomo skąd, pojawia się impuls i czytasz. No i nie możesz się oderwać. Wystarczy niecały weekend, ale "Angole" równie dobrze nadają się dla czytelników, którzy z braku czasu czytają po kawałku i dlatego chętnie sięgają po tytuły składające się z niewielkich całostek (znam takich). Bo Winnicka oddaje głos swoim rozmówcom, polskim najeźdźcom albo kolonizatorom, którzy po otworzeniu granic w roku 2004 w liczbie około dwóch milionów najechali Brytanię. Jak dowcipnie pisze w cytowanym przez autorkę tekście angielski dziennikarz, od czasów Wilhelma Zdobywcy takiej inwazji Wyspy nie przeżyły. Dlatego Winnicka pchana reporterską ciekawością postanowiła przyjrzeć się polskim kolonizatorom. To oni mówią - jeden najeźdźca to jeden rozdział.

Wbrew temu, co, jak mi się wydaje, słyszałam w którejś z audycji poświęconych książce (ale nie wykluczam, że pamięć mnie zawodzi), rozmówcami reporterki nie są tylko ludzie przegrani. Ba, mam wrażenie, że proporcje rozłożone są mniej więcej równo. Znajdziemy tu opowieści o tych, którzy pracują na wysokich stanowiskach w londyńskim City, o tych, którzy założyli swoje biznesy dziś świetnie prosperujące, ale i o tych, którzy zaczynając od śmieciowej roboty, osiągnęli sukces nie tak spektakularny, tylko codzienny, na swoją miarę. Są wreszcie i tacy, którym nie udało się w ogóle, a wyjazd na Wyspy przypłacili depresją, rozbitymi relacjami rodzinnymi, alkoholizmem czy bezdomnością. Wykonują byle jakie prace za byle jakie pieniądze, jakoś wegetują, mieszkają w dzielonym z innymi nieszczęśnikami norowatym pokoju i dobrze wiedzą, że nigdy nie zarobią na bilet powrotny. Ale szczególnie smutne są historie dzieci wyrwanych przez rodziców, często matki, ze swoich szkół, od rodziny, od przyjaciół i wrzuconych na głęboką wodę do angielskiej zwyczajnej szkoły, gdzie niełatwo się odnaleźć z wielu powodów. Trudności językowych, różnic kulturowych, przemocy, rasowej różnorodności. Matka nie dość, że haruje od rana do nocy, to jeszcze często układa sobie życie z nowym partnerem, o czym dziecko nie miało pojęcia przed wyjazdem z Polski. Co lepsze? Opieka dziadków w kraju czy życie u boku matki w Anglii? Te historie niekoniecznie kończą się źle. Wreszcie są też opowieści krzepiące o tych, którzy dzięki samozaparciu wydźwignęli się z dna.

Ale książka to nie tylko kilkanaście indywidualnych losów i jeszcze więcej historii zasłyszanych przez rozmówców Winnickiej. To także opowieść o różnicach kulturowych, mentalnościowych czy prawnych między Polakami a Angolami. Swoisty poradnik i przestroga dla tych, którzy planują wyjazd. Jak mówi jedna z bohaterek, która przez jakiś czas pomagała rodakom w rozmaitych kłopotach, jeśli ktoś nie radzi sobie w Polsce, nie poradzi sobie na emigracji. Co zyskują, co tracą na tych różnicach? Najgorsza jest chyba samotność, bo Angole z wielu powodów nie wychodzą poza zdawkowe zawodowe czy sąsiedzkie kontakty, i  często poważne  tarapaty prawne (łącznie z więzieniem) wynikające z polskich przyzwyczajeń i obyczajów (posądzenia o gwałty, utrata dzieci). Po stronie pozytywów można na pewno zapisać emancypację Polek, które dopiero w Anglii uwalniają się od domowej przemocy. Ze zdziwieniem odkrywają prawa, jakie im przysługują, odzyskują wolność i godność. Jednym otwierają się oczy na bogactwo świata, są ciekawi różnorodności i odmienności, inni nigdy nie wyzbędą się przekonania o swojej narodowej wyższości, będą z pogardą wyrażać się nie tylko o kolorowych mieszkańcach Wysp, ale i o samych Angolach (stąd to nieco (?) pogardliwe określenie).

"Angole" to wielobarwna mozaika emigracyjnych losów. Obok bezmiaru nieszczęścia, historie krzepiące. Napisałam emigracyjnych, ale czy rzeczywiście tych wszystkich ludzi można dziś nazwać emigrantami? Jak mówi pewien antropolog od lat osiemdziesiątych przebywający z przerwami w Anglii, to raczej współcześni nomadzi, często kursujący pomiędzy Warszawą a Londynem. Jego słowa potwierdza polski dominikanin pracujący w irlandzkim kościele.

Idąc za ciosem, pod wpływem jednego z rozmówców, który opowiadał o emigracji powojennej i solidarnościowej, postanowiłam od razu przeczytać poprzednią, mniej głośną książkę Winnickiej, "Londyńczycy", którą kilka lat temu dostałam w prezencie i jakoś dotąd po nią nie sięgnęłam. Teraz znalazła swój czas. Ale o niej następnym razem.

Max Cegielski "Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata"

O książce "Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata" Maxa Cegielskiego (Karakter i Narodowe Centrum Kultury 2015) słyszałam już jakiś czas temu. Przypominam też sobie radiową rozmowę z autorem, w której opowiadał o pracy nad książką i o związanych z nią podróżach. Ale dopiero ostatnio (no niezupełnie ostatnio - robocza wersja wpisu powstała 5 kwietnia) po wysłuchaniu wywiadu z Maxem Cegielskim, też w radiu, nabrałam wielkiej ochoty, aby jego książkę przeczytać. Tym razem od pomysłu do realizacji minęła ledwie chwilka, w kąt poszły lektury z półki książek oczekujących na przeczytanie. Drobna dygresja - ten nadmiar tytułów, które bardzo, bardzo chcę przeczytać, czasem wprawia mnie w popłoch, dlatego tak podoba mi się myśl Franka Zappy So many books, so little time, która zdobi moją torbę na zakupy. Ale do rzeczy. Mimo że "Wielki gracz" jest pokaźnych rozmiarów, połknęłam go dość szybko, tak bardzo mnie wciągnął. Ta książka to skrzyżowanie biografii, historycznego śledztwa i reportażu z podróży od Żmudzi po Dach Świata. A skoro reportaż, to znajdziemy w książce arcyciekawe informacje historyczne i opowieść o dniu dzisiejszym krajów odwiedzanych przez Cegielskiego. A są to państwa Azji Środkowej, Uzbekistan, Kirgistan, Tadżykistan, oraz granicząca z nimi zachodnia część Chin zamieszkana przez muzułmańską mniejszość, Ujgurów.

Co kazało Maxowi Cegielskiemu tłuc się przez dalekie, dzikie bezdroża? Właściwe pytanie nie powinno brzmieć co, ale kto? Bo Max Cegielski wyruszył w swoją podróż zafascynowany polskim podróżnikiem, odkrywcą, badaczem i pisarzem Bronisławem Grąbczewskim. Postanowił swojego bohatera zdemitologizować i jak najwięcej się o nim dowiedzieć. Dlatego prowadzi rodzaj historycznego śledztwa. Czytając jego książki, artykuły i listy, studiując to, co o nim napisano, porównując źródła, szperając, dywagując, stara się dowiedzieć jak najwięcej. Nie zawsze bywa to możliwe, dlatego bardzo często pisze wprost, że nie jest pewien, że przypuszcza, że sądzi. Ale za każdym razem podaje przesłanki, jakie pozwalają mu stawiać rozmaite hipotezy. Grąbczewski w polskiej narodowej mitologii utrwalony został tak, jak przedstawiłam go przed chwilą. Aby uzupełnić ten piękny obrazek warto jeszcze dodać takie informacje -  syn powstańca styczniowego, poglądów liberalnych, katolik, co podobno przeszkodziło mu w karierze politycznej, za to w carskim wojsku dosłużył się stopnia generała. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zamieszkał w Warszawie. Piękny obrazek, ale jak udowadnia Max Cegielski, tylko częściowo prawdziwy. Jego ojca trudno nazwać powstańcem, bo zanim zdążył oddać choćby jeden strzał, został aresztowany i zesłany. Grąbczewski do armii rosyjskiej wstąpił z własnej woli, bo taka była droga życiowa wielu Polaków w tamtym czasie. Do wiary specjalnie przywiązany nie był. Często odwiedzał Petersburg, gdzie w pewnym okresie był nawet gwiazdą. Sam car Mikołaj II przyjmował go w swoim prywatnym pałacyku. I tak dalej, i tak dalej. No i, bagatela, w tej wygładzonej biografii brakuje najważniejszego szczegółu - Grąbczewski był rosyjskim szpiegiem, tytułowym wielkim graczem w wielkiej grze albo grze cieni, czyli rywalizacji, jaka toczyła się o wpływy w Azji pomiędzy Rosją a Anglią w XIX i na początku XX wieku. Do dzisiaj odczuwamy jej skutki, ot choćby takie, jak powstanie Afganistanu, który Anglicy utworzyli jako państwo buforowe pomiędzy Indiami, perłą w koronie swojego imperium,  a terenami Azji Środkowej zajmowanymi przez Rosję. Grąbczewski był na tyle znany, otoczony legendą, budził respekt wśród swoich przeciwników, że stał się pierwowzorem bohaterów powieści Kiplinga i Verna. Potwierdziła się też moja intuicja - jego historia była inspiracją dla ... "Tomka na tropach Yeti" Alfreda Szklarskiego. Łza się w oku kręci! Gdyby nie te wszystkie książki, które na mnie czekają, to, kto wie, może sięgnęłabym ponownie po jedną z ulubionych powieści mojego dzieciństwa. Tego wszystkiego, a właściwie znacznie więcej, można dowiedzieć się z "Wielkiego gracza".

Max Cegielski próbuje zrozumieć, jak doszło do tego, że Grąbczewski został ucukrowany, ubrązowiony i stał się legendą. Pokazuje, że już on sam, kiedy wichry historii sprowadziły go do Warszawy, zaczął pewne fakty ze swojego życia przemilczać, a inne kolorować, przyczyniając się tym samym do stworzenia swojego mitu. Jak już pisałam, Cegielski jest Grąbczewskim zafascynowany, lubi swojego bohatera, co nie przeszkadza mu pokazywać i tego, co w jego biografii i charakterze niewygodne, niepiękne. Chociaż nie udało się autorowi zarazić mnie fascynacją dla wielkiego gracza, to jego książka podobała mi się bardzo. Nie tylko dlatego, że tyle się z niej dowiedziałam, że odkryła przede mną światy mi nieznane, ale może przede wszystkim dlatego, że jest to ten rodzaj lektury, który wciąga w głąb stwarzanego na oczach czytelnika uniwersum. Uniwersum bohatera i uniwersum reportera. Te dwie rzeczywistości przenikają się, są bardzo sugestywne i sensualne. Niemal czujemy zapachy, słyszymy dźwięki, podziwiamy krajobrazy, żyjemy życiem obu wędrowców. Dajemy się porwać i zapominamy o tym, co wokół. A na dokładkę jest jeszcze i mapa, no i zdjęcia Mikołaja Długosza. Do pełni szczęścia brakuje mapy historycznej, indeksu osób i kalendarium. Dajcie się porwać Maxowi Cegielskiemu i wyruszcie w podróż w czasie i w przestrzeni. Mam nadzieję, że, jak ja, nie pożałujecie.

Popularne posty