Sylwia Chutnik "Cwaniary"

"Cwaniary" (Znak Literanova 2020; wydanie pierwsze 2012)  to

pierwsza książka Sylwii Chutnik, jaką przeczytałam. Wyznając to, może powinnam zaczerwienić się po uszy, ale jak mantrę powtarzam - nie da się czytać wszystkiego. Od jakiegoś czasu przymierzałam się właśnie do tej lektury i w końcu ziściło się. Aby usprawiedliwić swoje zaniechanie, dodam, że wprawdzie nie znam prozatorskiej twórczości Sylwii Chutnik, ale nie oznacza to, że nie znam samej autorki. Lubię jej felietony, śledzę wypowiedzi, wywiady, wiem, jakie tematy porusza w swoich książkach, lubiłam współprowadzony przez nią literacki program telewizyjny sprzed kilku (kilkunastu?) lat. Bohaterkami jej twórczości są kobiety i ... Warszawa. W "Cwaniarach" znajdziemy jedno i drugie.

To utrzymana w konwencji literatury popularnej opowieść o mścicielkach z warszawskiego Mokotowa, które wymierzają sprawiedliwość facetom krzywdzącym kobiety. Halina, młoda wdowa w zaawansowanej ciąży, jej przyjaciółka Celina, Stefa, matka dwójki dzieci, ofiara przemocy domowej, Bronka, jeżdżąca drogim samochodem, sprawnie poruszająca się na obcasach kobieta zawodowego sukcesu. Życie ich nie oszczędzało i nie oszczędza. Źle ulokowane uczucia, przemoc, strata, choroba, bieda - to  doświadczenie cwaniar. Oczywiście nie każdą z nich dotknęły wszystkie nieszczęścia z całej zaprezentowanej wyżej palety - jedną spotkało to, inną tamto. Razem tworzą nieustraszony kwartet, gang mścicielek z Mokotowa. W dzień wiodą przykładne życie, wieczorem wyruszają na łowy. Nie są bohaterkami bez skazy - sprawiedliwość wymierzają często w bardzo brutalny sposób, bywa, że przy okazji nie pogardzą jakimś łupem.

Skojarzenia z "Obiecującą młodą kobietą", filmem, który uwielbiam, narzucają się same. Ale "Cwaniary" były oczywiście pierwsze. Jeśli już przywołałam ten film, dodam, że jego bohaterka działa w sposób bardziej wyrafinowany i przewrotny. Oglądając go, czułam energię płynącą z ekranu i dziką satysfakcję. W powieści Sylwii Chutnik tego mi brakowało. To oczywiście moje subiektywne odczucia. Niewykluczone, że dziesięć lat temu, kiedy książka się ukazała, inaczej bym zareagowała.

Ale autorka oprócz wątku feministycznego wprowadza jeszcze inny, bardzo ważny - to dzika reprywatyzacja, czyszczenie kamienic  i inne warszawskie, nie tylko, mieszkaniowe, plagi nadal niestety nie do końca rozwiązane. Wprost nawiązuje do sprawy morderstwa Jolanty Brzeskiej, nie wymieniając tylko jej imienia i nazwiska. 

Wspominałam, że "Cwaniary" garściami czerpią z literatury i kultury popularnej. Mamy tu i konwencję powieści przygodowej, i sensacyjnej, i przerysowanie charakterystyczne dla groteski. Autorka robi też wyraźne aluzje do "Złego". Zresztą trudno nie zauważyć podobieństwa mścicielek z Mokotowa do pogromcy zła z powieści Tyrmanda. Jest to oczywiste nawet, jeśli ktoś jej nie zna. (No nie znam, nie znam. Ale mam w czytniku i w końcu przeczytam.) Wystarczy być obytym z literaturą. No i fascynacja Warszawą. Był jej piewcą Tyrmand, jest piewczynią stolicy Chutnik. Poza tym znajdziemy w książce liczne cytaty z warszawskich podwórkowych ballad, a znawcy komiksu będą mieli dodatkową zabawę, odnajdując aluzje do dzieł tego gatunku. Tu jednak mądrzyć się nie zamierzam, bo komiks jest mi zupełnie obcy.

Jednocześnie autorka kilkakrotnie łamie konwencję, szczególnie powieści przygodowej, wprowadzając w niektórych dramatycznych momentach ton bardzo poważny. A już zupełnym odstępstwem od reguł jest zaskakujące zakończenie. I być może tu tkwi problem - ta dychotomia, która pojawia się z czasem, w miarę rozwoju akcji, sprawiła, że nie do końca potrafiłam wejść w tę książkę. To rozbicie chyba mi przeszkadzało. Doceniam pomysł, doceniam zabawę, doceniam opisy Warszawy, a przede wszystkim doceniam język, o którym dotąd nie wspomniałam, ale nie potrafię do końca "Cwaniar" kupić. Czy sięgnę po inną powieść Sylwii Chutnik, nie umiem powiedzieć. Za to mam ochotę na jej książkę o Warszawie, "Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954-1955".

Karolina Dzimira-Zarzycka "Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki"

Dwa lata temu głośno było o książce Sylwii Chwedorczuk

"Kowalska. Ta od Dąbrowskiej". Teraz historia się powtarza - dostajemy biografię Marii Dulębianki - "Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki" pióra Karoliny Dzimiry-Zarzyckiej (Marginesy 2022). Tytuł tej książki mógłby być parafrazą tamtego - Dulębianka. Ta od Konopnickiej. Dlaczego? Bo obie bohaterki w powszechnej świadomości istniały dotąd dzięki związkom ze słynnymi pisarkami, Marią Dąbrowską i Marią Konopnicką. No może z Dulębianką los obszedł się nieco łaskawiej, bo w ostatnich latach trochę się o jej feministycznej działalności mówiło, choćby za sprawą znakomitego fabularyzowanego dokumentu "Siłaczki" w reżyserii Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego, którego była jedną z bohaterek. Tymczasem, jak udowadniają autorki tych książek, obie kobiety zasługują na wyjście z cienia, bo sroce spod ogona nie wypadły. Kto wie, czy z dzisiejszej perspektywy emancypacyjna i feministyczna działalność Dulębianki nie ma większej wartości niż twórczość Konopnickiej, którą od dawna uczniowie byli straszeni w szkołach, a dziś już nawet i to nie. Pewnie jestem niesprawiedliwa, być może jej nowelistyka ze względu na poruszane tematy także teraz zasługuje na uwagę, nie będę więc wchodzić na grząski grunt i udawać, że Konopnicką czytam do poduszki. Zostawiam jej twórczość badaczkom i badaczom literatury. Tymczasem zajmę się Marią Dulębianką, z którą spędziła dwadzieścia ostatnich lat swojego życia.

Kim więc była? Skąd te dwa życia w tytule? Malarka i społecznica, dziś koniecznie trzeba pamiętać o jej działalności emancypacyjnej i feministycznej. Już we wczesnej młodości została skonfrontowana z dyskryminacją kobiet. Tego doświadczała każda młoda dziewczyna, która chciała studiować. Dotyczyło to też tych, które pragnęły kształcić się w dziedzinie malarstwa czy rzeźby. Uczelnie artystyczne były przed nimi zamknięte, także te zagraniczne. Pozostawały prywatne szkoły malarstwa. Tam jednak gorzej traktowano kobiety niż mężczyzn. Nawet zbiorowa pamięć świadczy o tym, jak były traktowane - niewiele dziś wiemy o tych, wcale nie tak nielicznych, młodych Polkach, które najpierw pobierały lekcje na przykład w warszawskiej szkole Wojciecha Gersona, a potem wyruszały w świat do Monachium i przede wszystkim do Paryża, aby tam pobierać nauki u najlepszych. Olga Boznańska nie była jedyna. Z mroków zapomnienia wydobyto niedawno Annę Bilińską, z dorobku Marii Dulębianki niewiele się zachowało. A inne? Pełno dziur jest też w jej życiorysie z czasów młodości, dlatego autorka często musi spekulować, rozważać różne warianty jej  losu, prowadzić śledztwo oparte najczęściej na poszlakach. Dostajemy za to mnóstwo bardzo interesujących informacji stanowiących tło dla jej studiów i drogi artystycznej. Najlepiej udokumentowane jest tych dwadzieścia lat, które spędziła z Marią Konopnicką, co zawdzięczamy korespondencji pisarki. Niestety listy Dulębianki się nie zachowały. Dużo też wiemy o tym, co robiła przez ostatnich dekadę życia już po śmierci przyjaciółki. A to wszystko dzięki jej działalności społecznej i feministycznej. 

Bo z czasem twórczość ustępowała pasji działaczki, a działaczką była niesamowitą. Ze wspomnianego tu filmu "Siłaczki" zapamiętałam, że Dulębianka została namówiona przez inne feministki do startu w wyborach do Sejmu Krajowego we Lwowie, co z góry skazane było na porażkę. Ale kampania miała nie tylko charakter symboliczny, bo dużo było wokół niej szumu i fermentu, a działaczki próbowały wykorzystać luki w prawie. Nigdzie bowiem nie istniał zakaz, po prostu było tak oczywiste, że kobiety nie mają praw wyborczych, że przepisy o nich nie wspominały, zresztą nie tylko w tej dziedzinie, a wiadomo, że co nie jest zabronione, to jest dozwolone. Kampania to jednak zaledwie ułamek jej niestrudzonej aktywności. Intensywnie działała w rodzącym się ruchu feministycznym, szczególnie bliskie jej były dwie sprawy - możliwość kształcenia kobiet i prawo wyborcze czynne oraz bierne. Brała udział w kongresach, spotkaniach, pisała, agitowała, szukała sojuszników wśród mężczyzn, słowem prowadziła całą tę mrówczą pozytywistyczną robotę, konsekwentnie krok po kroku. Oczywiście nie była sama. Na uwagę zasługuje jej praca w wojennym Lwowie - rzuca się w wir nowych zadań. Tanie kuchnie i herbaciarnie, kursy dla sanitariuszek, zbiórki dla legionistów. Dowodzi sekretariatem miejskiego Wydziału Dobroczynności. No i ostatnia niebezpieczna misja na przełomie roku 1918/19, którą ostatecznie przypłaciła życiem. 

Czytając o jej działalności feministycznej, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niby tyle się zmieniło, a jednak pewne poglądy i sposób traktowania kobiet pozostały niezmienne. Aby to pokazać, przytoczę kilka cytatów, najczęściej z prasy.

Jednym z wynalazków, za który grubo się będzie musiał rumienić wiek XIX (...), jest niezawodnie tak zwany feminizm. Nie jest on ani zasadą, ani teorią, ani ideą, ale najzwyczajniejszym bzikiem, czymś w rodzaju owczego kręćka.

... ale znaczna część owych "feministek" (bo tak się ochrzciły) bawi się po prostu w mądrość, ulega modzie. Jak niegdyś (...) marnowały panny lata i lata na fortepian (...), tak ślęczą obecnie nad książkami, aby o nich zapomnieć. (Autorka dodaje, że według piszącego te słowa dzieje się tak, gdy tylko pojawi się kandydat na męża.)

I oto i dziś spostrzegamy szczególne zjawisko, że kobiety w ogóle, a i pisarki, i artystki, i kobiety uczone, nawet największej miary tak samo, mało siłom swoim dowierzając, gotowe zawsze zrzec się berła na rzecz częstokroć najmierniejszego męskiego współzawodnika. 

I na koniec cytat z Dulębianki. 

... powiedziano jej (kobiecie): jedyną dziedziną twej działalności będzie rodzina, a w tej rodzinie głównym zadaniem wychowanie dzieci. A autorka za Dulębianką dopowiada: Jakby mężczyźni nie zauważyli, że na przykład pracujące kobiety i tak już dawno opuściły ognisko domowe.

Takim argumentem bardzo często zbijała upór mężczyzn, którzy swoją niezgodę na przyznanie kobietom biernego prawa wyborczego tłumaczyli tym, że bycie posłanką odciągnie je od rodziny. Tymczasem nie przeszkadzało im, że służące, robotnice czy nauczycielki z posiadania rodziny najczęściej rezygnowały albo dzieliły swój czas pomiędzy obowiązki zawodowe i prywatne. 

Tytuł biografii Marii Dulębianki można jeszcze tłumaczyć na inny sposób. Dwa życia - jedno samodzielne, drugie złączone z życiem Marii Konopnickiej. Przez dwadzieścia lat dostosowywały do siebie swoje plany, wspólnie podróżowały, mieszkały razem, troszczyły się o siebie, wpływały na swoją twórczość. Dulębianka wiele dla Konopnickiej poświęciła. Pisarce do pracy wystarczał pokój i biurko, malarka potrzebowała jasnej pracowni i artystycznego otoczenia. Nie zawsze było to możliwe w czasie wspólnych podróży, dlatego jej kariera artystyczna przygasła. 

Ale pisząc o wspólnym życiu obu Marii, autorka nie mogła uciec od pytania o charakter ich związku. Czy to tylko głęboka przyjaźń, czy coś więcej? A jeśli miłość, to tylko duchowa, czy również erotyczna? Ponieważ jednoznacznej odpowiedzi nie ma, a właściwie brak dowodów na więź erotyczną, autorka biografii pokazuje ich związek na tle epoki. I jest to szalenie ciekawe. Takie pary, nazywane często małżeństwami bostońskimi, były w tamtej epoce częste i nikogo nie gorszyły. Nikt nie uznawał ich za  lesbijskie. Maria Dzimira-Zarzycka wyjaśnia, dlaczego tak było. Nie miejsce tu, aby to wszystko relacjonować. Niech rozjaśnią mrok i będą zanętą do lektury tytuły krótkich rozdziałów, w których autorka pokazuje związek Dulębianki i Konopnickiej na tle epoki. W łóżku z przyjaciółką, Samotnice, Sztuce się poświęciły, Swobodna jak mężczyzna, Bostońskie rozwiązanie, Nieodłączne przyjaciółki, W łóżku z kochanką. Pewne jest jedno - przez dwadzieścia lat były sobie bardzo bliskie, przez większość tego czasu dzieliły wspólnie życie. Na końcu swoich rozważań autorka stwierdza, że w dzisiejszych kategoriach status ich związku to - skomplikowane.  

Gorąco namawiam do sięgnięcia po biografię tej niezwykłej kobiety.

Margaryta Jakowenko "Przemieszczenie"

Od jakiegoś czasu ArtRage, serwis oferujący różnego rodzaju

kulturę, który jeszcze do niedawna sprzedawał książki (i nie tylko) w pakietach w cenie co łaska (nigdy nie udało mi się rozkminić, jak to działa), wypączkował, na moje nieszczęście, w ambitne wydawnictwo. Z tym nieszczęściem to trochę żart, a trochę serio. Bo pojawiło się kolejne interesujące źródło książek. A ja znowu wzdycham - kiedy to wszystko czytać! A wydają w jakimś szalonym tempie! "Przemieszczenie" Margaryty Jakowenko (ArtRage 2022; przełożyła Agata Ostrowska) to ich druga powieść, którą przeczytałam, trzecia czeka w czytniku.

"Przemieszczenie" to literacki debiut Margaryty Jakowenko, hiszpańskiej pisarki ukraińskiego pochodzenia. Łatwo się domyślić, że opowiedziana na kartach tej książki historia Darii Kowalenko Petrowej wiele czerpie z doświadczeń samej autorki. Wszystko zaczyna się w pod koniec lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy to najpierw do Hiszpanii wyjeżdża tata Darii, a kończy dwadzieścia lat później, gdy jako dorosła kobieta otrzymuje z rąk znudzonej, nieczułej urzędniczki hiszpańskie obywatelstwo. Czy kobieta nią gardzi, czy tak się jej tylko wydaje? Jest to więc opowieść o tym, co robi z dzieckiem migracja. Ile rozumie? Co czuje? Jak sobie radzi? W tle dostajemy też historię jej rodziców. Bo głos w tej powieści należy do dorosłej Darii, która w momencie życiowego kryzysu w sposób niechronologiczny wspomina swoją przeszłość, najbardziej skupiając się na tym, co działo się od chwili, kiedy wraz z mamą w zimowy grudniowy wieczór wsiadły w swoim rodzinnym Mariupolu do nocnego pociągu, który zawiózł je do Kijowa, skąd samolotem poleciały do dalekiej słonecznej Murcji.

Ta historia bardziej skłania do refleksji niż wzrusza. Przynajmniej ze mną tak było. To nie zarzut, ale stwierdzenie faktu. Bo ta króciutka powieść, którą można przeczytać w ciągu jednego popołudnia, jest warta lektury. Tym bardziej, że w głowie cały czas dźwięczą wydarzenia sprzed kilku tygodni i miesięcy. Bo trudno uciec od smutnej refleksji, że Darii i jej rodzicom się udało. Co by z nimi było dziś, gdyby jej ojciec, inżynier, który od miesięcy nie otrzymywał pensji, w akcie desperacji nie postanowił wyjechać gdziekolwiek na Zachód, aby zarobić większe pieniądze na samochód, na mieszkanie, na życie. Przetrwaliby oblężenie Mariupola? A może udałoby się im wyjechać z miasta, kiedy jeszcze było to możliwe? Czy siedzieliby w podziemnych korytarzach Azowstalu? Zginęliby w zbombardowanym teatrze? Byłaby to całkiem inna historia. Takie powieści ukraińskie pisarki i ukraińscy pisarze napiszą pewnie za jakiś czas. Tymczasem dorosła Daria w roku 2020, kiedy kończy się powieść, nie wie, co zdarzy się za dwa lata.

Daria wcale nie chce, aby jej tata wyjeżdżał. Będzie płakać w poduszkę, kiedy podsłucha kłótnię rodziców. Potem, kiedy okaże się, że wyjazd nie jest tylko na jakiś czas, ale i one muszą dołączyć, buntuje się także mama, pielęgniarka. Ale co może zrobić? Wybiera rodzinę. Dorośli mają wybór, dziecko żadnego. Daria zostaje oderwana od przyjaciół, dziadków, szkoły i rzucona w obcy świat. Odtąd żyje ciągle pod presją - musi być najlepsza, bo rodzice rzucili wszystko, zdecydowali się na degradację swojej pozycji, aby ona miała kiedyś lepiej. Więc zaciska zęby i odtąd zawsze będzie najlepsza - w szkołach i na studiach, a potem w pracy. Nie skarży się, nie chce ranić rodziców, przecież oni też nie mają lekko. Ojciec już nigdy nie będzie inżynierem, a mama pielęgniarką. Wykonują byle jakie prace, harują nawet w weekendy, żeby ona już tak nie musiała. Daria zdaje sobie sprawę z degradacji ich statusu społecznego. Zdarza się jej słyszeć pogardliwe uwagi na temat mamy, która sprząta wakacyjne apartamenty, o paradoksie, wynajmowane przez bogatych Rosjan. Zazdrości dzieciom, po które do szkoły przychodzą rodzice. Ona musi wracać do domu sama. Tam czeka na nią obiad, który podgrzeje sobie w mikrofalówce. Je go w ciszy obcego mieszkania. Wokół morze i słońce, a ona tęskni za dziadkami, zimnem, za starym mieszkaniem. To nostalgia - usłyszy od mamy. Dorośli też ją odczuwają. W tym są równi z dziećmi, tak samo jak one bezbronni. I nie ma na nią leku, nikt nie może im pomóc. Dorosła Daria spróbuje jakoś ją zaleczyć, ale zrozumie, że to niemożliwe. Trzeba się z sobą pogodzić i spróbować jakiejś innej drogi.

Przymus osiągnięcia sukcesu, udawanie, że wszystko jest w porządku, milczenie mają swoją cenę. Płaci ją dorosła Daria. Chociaż  rodzice są pewnie przekonani, że osiągnęła sukces, nie jest szczęśliwa. Nawet teraz nie potrafi im o tym powiedzieć. A może zwłaszcza teraz? Chorują jej ciało i dusza, odczuwa ogromne znużenie. Znużenie odczuwała też matka - ciężką, byle jaką pracą. Ale czy to jedyny powód? 

Podejrzewam, że przepłakiwała też noce w tamtym mieszkaniu (...) z telewizorem, w którym nikt nie mówił w jej języku. Że oddałaby wszystko, żeby posłuchać czegokolwiek, co mogłaby zrozumieć. W tamtym mieszkaniu, w którym zaczynała się godzić z myślą, że już nigdy nie wróci do zawodu pielęgniarki, choć ma zaledwie dwadzieścia siedem lat. (...) Że poza tymi ścianami nie ma niczego. Że jedyne osoby, które zna w tym zakątku świata, to jej mąż i córka, że poza tym mieszkaniem, nie ma się gdzie podziać. Nie miała z kim pójść na herbatę, komu ponarzekać (...). A do tego powinna się czuć szczęściarą. Choć z oczu płynęły jej łzy, powinna się cieszyć, że tu jest. Sądzę, że ona też nauczyła się sama pocieszać. (...) Odinoczestwo to po rosyjsku samotność.

A ojciec? Czy jemu było dobrze? Czy po latach dorośli uznaliby swoje decyzje za słuszne? A gdyby wiedzieli, co się dzieje z ich córką? Czy wybraliby taką samą drogę? To pewnie jedna z tych sytuacji, z których nie ma dobrego wyjścia. Zostać źle, wyjechać też nie najlepiej. Może dopiero dzieci Darii, jeśli będzie je miała, będą żyć jak inni? 

Kiedy złożona niemocą przypomina sobie różne zdarzenia z dzieciństwa, które ułożyły się w drogę, jaka doprowadziła ją do takiego stanu, nie potrafi się oprzeć refleksji, jak niesprawiedliwy jest los.

... to wszystko, cała ta migracja, było tylko po to, żeby zapewnić im życie, które Carlos odziedziczył w chwili narodzin.

Carlos to jej partner, z którym właśnie się rozstała. Pewnie także dlatego, że nawet nie próbował zrozumieć jej doświadczenia. 

Wielostopniowa samotność, w nowym kraju, w środowisku i w rodzinie, robienie dobrej miny do złej gry, niemożność bycia zrozumianym, odcięcie od języka, co tworzy dodatkową barierę, to ich los. Czy byłoby im łatwiej, gdyby ze sobą rozmawiali? Gdyby powiedzieli sobie, co czują, jak im ciężko? Ale oni  skazują siebie na grę w udawanie, że wszytko okej. Na pewno nie jest to doświadczenie wszystkich emigrantów zarobkowych, ale pewnie wielu.  

Czytając to gorzkie imigranckie świadectwo, nie mogłam oprzeć się jeszcze jednej refleksji, trochę obok tej książki, a trochę jednak w związku z nią. Jak to jest, że teraz Ukraińcy tak zaciekle walczą o kraj, który nie był miejscem dobrym do życia? Z którego musieli wyjeżdżać, szukając lepszej przyszłości? A jednak walczą z takim hartem ducha. Bo przecież  w "Przemieszczeniu", i w innych ukraińskich książkach, które, nie tylko ostatnio, czytałam, obraz Ukrainy, oględnie mówiąc, nie jest przyjazny. Że nie wspomnę o wydanym kilka lat temu zbiorze reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje".

Filmowe remanenty - "Cicha ziemia", "Broad Peak"

Dziś będzie filmowo - jedna zaległość i jedna nowość. Zaległość to  "Cicha ziemia", debiutancki film Agnieszki Woszczyńskiej z Agnieszką Żulewską i Dobromirem Dymeckim w rolach głównych. Było o nim dość głośno jeszcze sporo przed premierą. Na festiwalu w Salonikach dostał nagrodę. Historia jest prosta - para dobrze sytuowanych trzydziestolatków, Anna i Adam, przyjeżdża na wakacje na włoską wyspę. Wynajmują willę z basenem, który okazuje się zepsuty. Wybrali dom z basenem, więc upierają się, że ma zostać naprawiony, mimo iż właściciel mówi o problemach z wodą i pokazuje morze, które mają na wyciągnięcie ręki. Można się ich czepiać, że tacy roszczeniowi, ale można się też czepiać właściciela - nie powinien w swojej ofercie pisać o basenie, skoro nie chciał go uruchamiać. Przysłany na miejsce robotnik, arabski imigrant, stanie się powodem zdarzeń, które wytrącą parę z wakacyjnej rutyny. Więcej zdradzić nie mogę. "Cicha ziemia" to taki rodzaj filmu, którego zalety można równie dobrze przedstawić jako wady. Co spodoba się jednym, innych zirytuje. Co ktoś uzna za interesujące, inny za pseudoartystyczną nudę. Jednym słowem film określany czasem jako festiwalowy - spodoba się recenzentom, widzom niekoniecznie. Oto katalog wad albo zalet: niewiele się dzieje, bohaterowie snują się i albo milczą, albo gadają, natrętna symbolika, pustka, chłód bijący z ekranu, liczne niedopowiedzenia, film niby realistyczny, ale jednak nieco odrealniony, moralne dylematy naszej epoki/zgrane i oczywiste motywy. Bogata Europa i biedni, niewidzialni imigranci, znudzona sobą para żyjąca w dobrobycie i niedostrzegająca problemów innych, kryzys męskości, grzechy współczesnej turystyki. Ja mam mieszane uczucia - nie skreślam "Cichej ziemi" całkowicie, ale wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiła. Nie poruszyła mnie emocjonalnie. Oglądając film, niemal cały czas zastanawiałam się, co zdarzy się dalej, i na chłodno analizowałam postawę Anny i Adama. Spodobała mi się atmosfera niepokoju i zagrożenia wykreowana na ekranie, ale bohaterowie irytowali, chociaż w zamyśle twórców mieli być chyba niejednoznaczni, szczególnie Adam. Po obejrzeniu odsłuchałam rozmowę z aktorami i reżyserką, brzmiała interesująco, ale  miałam wrażenie, że mówią o trochę innym filmie niż ten obejrzany przeze mnie. Może interesującą problematykę przykryła pretensjonalność formy, w której utonęło zniuansowanie postaci i problemów. 

W stosunku do drugiego filmu też uczucia mam ambiwalentne. To premiera - "Broad Peak" Leszka Dawida, historia zmagań Macieja Berbeki z ośmiotysięcznikiem Broad Peak. Zaczyna się w latach osiemdziesiątych, kiedy polscy himalaiści, zaczęli się specjalizować w zimowych wejściach na najwyższe szczyty świata i odnosili sukcesy. Kończy w roku 2013. Historia jest znana, w latach osiemdziesiątych sukcesami Lodowych Wojowników, jak ich nazywano,  żył niemal cały kraj, w roku 2013 tragedia na Broad Peaku rozpalała media, a wielu z nas miało ferowało wyroki w tej sprawie, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach. Piszę oględnie, bo jeśli ktoś już nie pamięta dokładnie tamtych wydarzeń albo w ogóle się nimi nie interesował, będzie miał większą przyjemność, oglądając film. Mnie góry fascynują, szczególnie te wysokie, więc "Broad Peak" chciałam zobaczyć koniecznie. Twórcy skupiają się na Macieju Berbece, pokazują, jaką siłę przyciągania ma ta pasja, jak to się dzieje, że w górach myśli się inaczej, rozsądek ustępuje i nie liczy się nic tylko osiągnięcie celu. Jednym słowem inaczej rozumuje się w bazie, inaczej kiedy atakuje się szczyt. I to moim zdaniem się udało, także dzięki roli Ireneusza Czopa. Widać, jak się zmaga ze sobą, jak rozsądek walczy z przemożnym pragnieniem zdobycia góry. Natomiast znacznie słabiej wybrzmiewa problem kosztów, jakie płacą żona i dzieci, a już zupełnie nie widzę tej wzruszającej historii miłosnej, o której mowa w materiałach dystrybutora. Oglądałam "Broad Peak" z zainteresowaniem, mimo że historię znałam, i tę pierwszą potyczkę z górą, i tę drugą. Nie mogę jednak powiedzieć, że to film bardzo dobry, raczej przeciętny. Jeśli ktoś widział i pamięta "Everest", też historię opartą na faktach i bardzo znaną, dostrzeże różnicę - większy rozmach (wiadomo - pieniądze) i jednak większe napięcie. "Broad Peak" wypada przy nim blado. Mimo tego nie żałuję, że obejrzałam. A kto chce zobaczyć na dużym ekranie, niech się spieszy, bo to produkcja Netflixa i do wybranych kin trafiła tylko na chwilę.

 

Małgorzata Czyńska "Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny"

Właściwie sama nie wiem, jaki impuls stał za tym, że postanowiłam

przeczytać książkę Małgorzaty Czyńskiej "Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny" (Marginesy 2022). Tym bardziej, że, jak się zorientowałam, jest to drugie, uzupełnione, wydanie pod nieco zmienionym tytułem i z inną okładką. Pierwsze ukazało się w innym wydawnictwie. Jak wyłowiłam ją z morza nowości? I dopiero teraz, kiedy ją wznowiono? Nie jest tak, abym jakoś specjalnie interesowała się Witkacym. Owszem, lubię jego malarstwo i zdjęcia, chętnie wybiorę się do teatru na adaptację jego sztuki (mam wrażenie, że jego teksty są coraz rzadziej wystawiane), trochę o nim wiem (trudno nie wiedzieć), ale nigdy nie czytałam jakiejś porządnej biografii ani żadnej z jego powieści. Prawdopodobnie magnesem była sama barwna i skandalizująca postać Witkacego i nazwisko autorki - Małgorzaty Czyńskiej. Przed kilku laty przeczytałam biografię Katarzyny Kobro jej pióra - "Kobro. Skok w przestrzeń", która zrobiła na mnie spore wrażenie.

Małgorzata Czyńska jest historyczką sztuki i kuratorką wystaw, no i pisarką. Pisze o kobietach związanych ze sztuką, nie tylko o artystkach, ale także o tych, które pozowały do słynnych obrazów czy w inny sposób związane były z artystą. W wypadku Witkacego jedno ściśle łączy się z drugim. Kobiety, z którymi łączył go dłuższy czy krótszy romans, malował i fotografował wielokrotnie. 

Ta książka to opowieść o Witkacym, ale przede wszystkim o kobietach, z którymi był związany. Najczęściej to kochanki, ale nie tylko, bo autorka wiele miejsca poświęca matce artysty, a przede wszystkim żonie, Jadwidze Witkiewiczowej, nazywanej Niną. Zastanawiam się, ile w tej lekturze guilty pleasure, a ile poważnej książki. No ale nie da się pisać i mówić o Witkacym, pomijając tę, tak istotną dla niego, sferę życia. Tym bardziej, że ważne dla niego kobiety pozostawiły ślad w jego sztuce. Nie tylko je malował i fotografował, ale także uwieczniał w powieściach czy sztukach teatralnych. Autorka zamieszcza reprodukcje ich portretów, zdjęcia, ale także obszernie cytuje jego teksty. Co prawda Witkacy potrafił oburzać się, kiedy twierdzono, że w swoich utworach literackich portretuje znajomych i siebie, jednak dla wszystkich było jasne, że szczególnie powieści są tekstami z kluczem. 

Małgorzata Czyńska wyciąga z cienia kobiety, z którymi się wiązał, opowiada o nich, pisze, jak się poznali, co czuły, a przede wszystkim o tym, jaki wpływ miał na ich życie ten ekstrawagancki człowiek i artysta. Czasem, jak w wypadku Ireny Solskiej, był jednym z wielu kochanków, ale w kilku wypadkach spotkanie z nim okazało się przełomowe, wywróciło ich życie do góry nogami. To przypadek Asymetrycznej Damy, niczym niewyróżniającej się kobiety, żony jubilera z Częstochowy, którą Witkacy zobaczył na ulicy w Warszawie, kiedy była tam z wizytą u krewnych. Przypominała mu narzeczoną, która popełniła samobójstwo, dlatego namówił ją, aby mu pozowała. Panią Hankę, bo tak ją nazywał, malował potem  wielokrotnie, była, jak twierdzi autorka, raczej jego muzą niż kochanką. Opuściła Częstochowę i męża, zamieszkała w Zakopanem, bo dzięki Witkacemu poznała inny, artystyczny świat, który ją pochłonął. Można się zastanawiać, czy to źle, czy dobrze. Dla męża, jubilera, pewnie nie najlepiej, nie wiemy, czy cierpiał z powodu zawiedzionej miłości, kiedy opuściła go żona, czy może tylko była to plama na męskim honorze. Dla niej być może lepiej - rozwinęła skrzydła, nie była już tylko żoną przy mężu, zainteresowała się fotografią, miała kolekcję jego prac.

Tragicznie skończyła się znajomość z Witkacym dla jego pierwszej narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej. Zafascynowana artystą, którego poznała w zakopiańskim pensjonacie prowadzonym przez jego matkę, przyjmuje jego oświadczyny. Nie wie jeszcze, że jest skłonny do stanów depresyjnych, wybuchów gniewu, zazdrości. Potem wielokrotnie rozstają się i schodzą, cierpią oboje. Aż w końcu, kiedy Witkacy zadręcza narzeczoną podejrzeniami o romans z Karolem Szymanowskim, po kłótni zdesperowana Jadwiga bierze dorożkę, jedzie do Doliny Kościeliskiej i strzela do siebie. Być może była wtedy w ciąży, być może jedną z przyczyn kłótni było dziecko, którego Witkacy nie chciał. To sfera domysłów wysnutych z jednej z jego powieści, "Pożegnania jesieni". Zakopane huczy od plotek, a Witkacy cierpi, bierze winę na siebie, a samobójcza śmierć narzeczonej będzie do niego wracała wielokrotnie.

Drugą tragiczną kochanką jest Czesława Oknińska-Korzeniowska, jego ostatnia miłość, ostatni romans. Też zwyczajna kobieta, której życie niczym by się pewnie nie wyróżniło, gdyby nie spotkanie z Witkacym. To z nią we wrześniu 1939 roku wyruszył w swoją ostatnią podróż, uciekając przed wojną. To razem z nią postanowił się zabić na wieść o wkroczeniu Rosjan na wschodnie tereny Polski. Ona przeżyła, on odebrał sobie życie skutecznie. Nie trzeba mówić, jaki wpływ wywarła na nią ta tragiczna historia. Dawała temu świadectwo wielokrotnie. A przecież i wcześniej ich związek, który trwał kilka lat, był bardzo burzliwy. Rozchodzili się i schodzili. Ona nie mogła wybaczyć mu zdrady z narzeczoną fryzjera. Tak, zdradzał ją, bo Witkacy potrafił się wiązać z kilkoma kobietami naraz i równie silnie przeżywać uczucia do każdej z nich. Liczyła też, że rozwiedzie się z żoną i wezmą ślub. On cierpiał, kiedy z nim zrywała. Prosił nawet żonę o wstawiennictwo!

No właśnie, żona. Nie sposób tu o niej nie wspomnieć. Pobrali się w roku 1923, kiedy ona dobiegała trzydziestki, a on czterdziestki. Szybko przyjęła jego oświadczyny. Była panną z dobrego domu, ale bez majątku. Małżeństwo raczej z rozsądku, okazało się bardzo trwałe, burzliwe, a ich związek najsilniejszy ze wszystkich jego związków. Szybko zamieszkali osobno, ona w Warszawie na ulicy Brackiej, on w Zakopanem. Oczywiście widywali się, ale przede wszystkim prowadzili bogatą korespondencję. Była jego powierniczką, przyjaciółką, to jej zwierzał się ze swoich cierpień, nieszczęśliwych romansów, kłopotów z kobietami. To bez niej nie mógł żyć. Kiedy kilkakrotnie go porzucała, co oznaczało, że nie mógł przyjeżdżać na Bracką, cierpiał. A ona? Jak znosiła jego romanse? Czy odpowiadała jej taka rola, jaką wyznaczył jej w swoim życiu? Historia Niny jest szkieletem tej książki. Zaczyna się od niej i na niej kończy. Jest obecna niemal cały czas. Albo w pisanych do niej listach, albo w jej wspomnieniach, które wydała po wojnie, albo w poświęconych tylko jej rozdziałach. Nie od razu pogodziła się z tym, że jej mąż nie potrafi być monogamistą, że zakochuje się z wielką łatwością, że afery miłosne to istotna część jego życia. Początkowo próbowała walczyć, obarczała winą swoją oziębłość, potem kilkakrotnie odsuwała go od siebie. Jednak żyła z nim do końca, była powiernicą, przyjaciółką, sama miewała kochanków. To ona dbała o jego spuściznę. Szczególnie literacką. Na pewno postać tragiczna.

Ale książka Małgorzaty Czyńskiej to także opowieść o Witkacym. O tym jak reżyserował swoje życie, jaki był, jak wpływał na innych, o jego twórczości.

Ciekawa lektura, czyta się niemal jednym tchem. Zmusza do zastanowienia się, jak niejednoznaczne bywają ludzkie wybory, pozwala skonfrontować się z nimi. Czasem aż korci, aby krzyknąć - kobieto, co robisz? - chociaż to krzyk poniewczasie. Czy mamy prawo je oceniać? Czy potrafimy je zrozumieć? Tak naprawdę wiedzieć, co czuły? 

Popularne posty