Dziś druga i ostatnia część moich refleksji o książkach czytanych w podróży. Poprzednio pisałam o "Niedobrym zwyczaju" Alany S. Portero i "Czerwonym kwietniu" Santiago Roncagliolo.
Kolejną powieścią, jaką udało mi się przeczytać, jest "Rana pełna
ryb" kolumbijskiej pisarki Loreny Salazar Masso (Mova 2022; przełożyła Katarzyna Sosnowska). O tej książce usłyszałam kilka lat temu w podcaście, w którym ekspertka od Ameryki Łacińskiej, Doma Matejko, opowiadała o twórczości trzech kolumbijskich pisarek. A że ten zakątek świata bardzo mnie interesuje, co jakiś czas sięgam po jedną z omawianych wtedy pozycji. Ta jest trzecia, wcześniej przeczytałam "Otchłanie" Pilar Quintany i "Delirio" Laury Restrepo. Kolejne czekają w czytniku i w bibliotece. Muszę od razu napisać, że "Rana pełna ryb" zrobiła na mnie duże wrażenie i okazała się obok "Niedobrego zwyczaju" najciekawszą z tegorocznych podróżnych lektur. Jakież było moje zdumienie, kiedy z posłowia tłumaczki dowiedziałam się, że była pracą zaliczeniową na studiach kreatywnego pisania. Dopiero wykładowcy zachęcili jej autorkę, aby spróbowała poszukać wydawcy.Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku dni w roku 2002. Główna bohaterka i narratorka płynie ze swoim przybranym synem rzeką Atrato z miejscowości, w której mieszkają, do osady Bellavista. Droga mogłaby im zająć kilka godzin, gdyby stać ich było na bilety na szybki statek, ale ponieważ tak nie jest, skazani są na niewygody podróży łodzią, która tę trasę pokonuje znacznie wolniej. Tu koniecznie muszę dodać, że są to tereny słabo zurbanizowane, biedne, do których trudno się dostać, a najwygodniejszą drogą jest właśnie ta rzeka. Tak zresztą było w tym regionie zawsze. No i trzeba też wiedzieć, że w roku 2002 w Kolumbii wojna domowa trwała w najlepsze, a właśnie takie regiony jak ten, trudno dostępne, dzikie, były szczególnie nękane przez organizacje partyzanckie walczące z rządem. Tu łatwo było się ukryć, łatwo też było, często siłą, pozyskać nowych kandydatów na partyzantów. Miejscowa ludność daremnie prosiła władzę o pomoc, ale zostawiono ich samym sobie. Ślady nawiązujące do czającego się niebezpieczeństwa zorientowana w najnowszej historii Kolumbii czytelniczka lub takiż czytelnik odnajdą w powieści. A to łódź zwalnia, a sterniczka prosi wszystkich o ciszę i nieoglądanie się za inną łodzią, która właśnie ich mija. A to w jednej z osad, w której się zatrzymają, zostało spalonych kilka domów. A to jakiś mężczyzna pokazuje chłopcu broń, a potem znika spłoszony. A to jakaś matka skarży się, że jej synowie zostali zabrani przez partyzantów. No i książka bezpośrednio nawiązuje do jednego ze zdarzeń, jakie rozegrały się w tym rejonie. Wszystkich interesujących się Kolumbią i jej problemami odsyłam do bardzo interesującej książki "Cafe Macondo. Reportaże z Kolumbii" Macieja Wesołowskiego, jednej z moich lektur podróżnych sprzed kilku lat, o której niestety z braku czasu nie napisałam.
Dlaczego wobec tego bohaterka wybiera się z kilkuletnim chłopcem w tak trudną i niebezpieczną podróż? Bo spełnia życzenie matki swojego przybranego syna, która chce go zobaczyć. Kiedyś zjawiła się u swojej dalekiej znajomej z niemowlęciem, które jej zostawiła, właściwie stawiając przed faktem dokonanym, bo nie stać jej było na kolejne dziecko. Teraz narratorka boi się, że rodzona matka zechce odzyskać swojego syna.
To bardzo poruszająca, pięknie napisana powieść. Chociaż niewielkich rozmiarów sporo mówi o Kolumbii. Znajdziemy tu i opisy przyrody, bujnej selwy porastającej brzegi rzeki, i historie ludzi spotkanych na łodzi albo w osadach, w których się zatrzymają. Najczęściej ich losy są smutne. Poznamy też historię głównej bohaterki, która wspomina niektóre epizody ze swojego dzieciństwa. Jest też o różnicach klasowych i rasowych. Ale przede wszystkim to piękna opowieść o miłości matki i syna. O więzi, która się między nimi nawiązała. O trosce i staraniu o dziecko, któremu mimo skromnych możliwości chce się zapewnić jak najlepsze życie. Wzruszający jest też obraz czarnoskórego chłopca, który został przybranym dzieckiem białej kobiety.
Ta powieść na pewno zostanie w mojej pamięci.
Ostatnią podróżną lekturą jest "Perła" argentyńskiej pisarki Caro
De Robertis (Albatros 2025; przełożyła Izabela Matuszewska). Jak się o tej powieści dowiedziałam, nie pamiętam. Z pewnością musiałam o niej usłyszeć w jakimś podcaście, sama bym raczej jej nie odgrzebała w morzu wydawanych tytułów, tym bardziej że rzadko zdarza mi się sięgać po książki Albatrosa. Jeśli w ogóle. Prawdopodobnie zostałam zachęcona do lektury, a że temat bardzo mnie interesuje, więc zdecydowałam się nawet na kupno. Jakiż to temat? Opowieść nawiązuje do tragicznego okresu w historii Argentyny - dyktatury wojskowej junty w latach 1976- 1983. Nie jest to pierwsza powieść, jaką na ten temat przeczytałam. Kilka lat temu pisałam tu o wstrząsającej książce "Dwa razy czerwiec" Martina Kohana. Oczywiście trochę też o tym wiedziałam dzięki reportażom nieocenionego Artura Domosławskiego. Specjalnością junty były okrutne tortury więźniów politycznych, zrzucanie ich do oceanu z helikopterów albo masowe egzekucje, odbieranie niemowląt i małych dzieci więzionym matkom i oddawanie ich na wychowanie ideologicznie zdrowym rodzinom. Mówi się o tych ludziach zniknięci (desaparecidos). Do dziś rodziny poszukują swoich znikniętych dzieci lub wnucząt. I jeszcze jeden bulwersujący fakt - kiedy krwawy terror miał się w Argentynie znakomicie, odbyły się tam mistrzostwa świata w piłce nożnej. Nikogo jakoś ten dysonans nie ruszał. O tym jest właśnie powieść Martina Kohana.Akcja "Perły" toczy się już kilkanaście lat po upadku dyktatury. Główną bohaterką i narratorką wielu fragmentów jest Perla Correa, studentka psychologii, która wychowuje się w zamożnej dzielnicy w rodzinie emerytowanego oficera marynarki wojennej. Dziewczyna jest bardzo przywiązana do swoich rodziców, zwłaszcza do ojca. A i on darzy ją wielką miłością. Wątpliwości pojawiają się, kiedy poznaje i zakochuje się z wzajemnością w starszym o kilku lat dziennikarzu zaangażowanym politycznie po przeciwnej stronie barykady. Gabriel zajmuje się w swojej pracy zbrodniami wojskowej junty. To, co opowiada Perli, stoi w sprzeczności z tym, jak mówią jej o tamtych czasach rodzice. Dlatego dziewczyna ukrywa przed nimi swój związek. Kiedyś jednak stanie pewnie przed dylematem - Gabriel i skonfrontowanie się z przeszłością rodziny czy całkowita lojalność wobec rodziców i rozstanie z ukochanym.
Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia wobec tej powieści. Na pewno do plusów zaliczam temat. Może nie dowiedziałam się wiele nowego, ale nigdy nie zawadzi sobie przypomnieć. Od razu ostrzegam, że sporo tu okrutnych, wstrząsających scen. Autorka nie oszczędza czytających. Ciekawie pokazana jest relacja córki i ojca. Odwieczny dylemat - jak pogodzić dwa oblicza tego samego człowieka? Kochającego, czułego, troskliwego, ubóstwianego ojca i fanatycznego zwolennika wojskowej junty. Bardzo ciekawa jest też sama historia. Jak się to wszystko skończy? Na co zdecyduje się Perla?
Co w takim razie budzi moje wątpliwości? Przede wszystkim elementy realizmu magicznego, jakie znajdują się w powieści. Nieraz już dawałam tutaj wyraz moim upodobaniom - realizm, realizm, realizm. To jest to, co najbardziej w literaturze lubię. Więc kiedy od razu na początku pojawił się taki właśnie element, najpierw mnie zmroziło, a potem pomyślałam sobie - trudno, potraktuj to jako metaforę. W gruncie rzeczy ta powieść jest przecież do bólu prawdziwa. Jeszcze bardziej jednak irytowały mnie fragmenty mocno egzaltowanej narracji pisanej z perspektywy jednego z bohaterów, takie emocjonalne pustosłowie.
Mimo wszystko nie żałuję lektury. Jeśli ktoś interesuje się Ameryką Łacińską albo chciałby się zainteresować, to warto sięgnąć po każdą ze wspomnianych tutaj książek.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz