Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

Chimamanda Ngozi Adichie "Amerykaana"

Powieść "Amerykaana" Chimamandy Ngozi Adichie (Zysk i S-ka

2014; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek), nigeryjskiej pisarki mieszkającej w Stanach, miałam w swoim czytniku od dobrych kilku lat. Kupiłam ją po spotkaniu z pisarką na jednej z edycji Festiwalu Conrada, a było to prawie na pewno jeszcze przed pandemią. Kilkakrotnie miałam się za nią zabierać, ale zawsze okazywało się, że ze względu na jej ceglastość (ponad 700 stron), to nie jest dla niej dobry czas. Potem zapominałam, że czeka, i tak aż do niedawna. No i wreszcie przyszła odpowiednia pora, aby wydobyć ją z czeluści czytnika, a to pod wpływem impulsu, którym była informacja, że prawa do jej książek w Polsce nabyło inne wydawnictwo. Wiem na pewno, że sięgnę po trzy inne powieści pisarki wydane w Polsce. Kiedy? Oczywiście nie mam pojęcia. 

Akcja "Amerykaany" toczy się na przestrzeni kilkunastu, a może nawet lekko ponad dwudziestu, lat w Nigerii, w USA i trochę w Londynie. Są to lata dziewięćdziesiąte zeszłego wieku, kiedy w ojczystym kraju bohaterek i bohaterów trwa dyktatura wojskowa, i dwutysięczne. Jednym z momentów, który pozwala czytającym jakoś umiejscowić powieść w czasie, są wybory prezydenckie w Stanach, które wygrywa Barack Obama, co dla głównej bohaterki i jej czarnych amerykańskich znajomych jest momentem niezwykle istotnym i wzruszającym. 

W notce od wydawcy znajdziemy informację, że jest to historia miłosna. I rzeczywiście to prawda. Ifemelu i Obinze spotykają się w liceum w Lagos. Ona pochodzi z klasy średniej (raczej niższej), on z rodziny profesorskiej. Ona od początku odróżnia się od swoich rówieśniczek, jest trochę zbuntowana, trochę dziwna. On spokojny, nieco zamknięty w sobie. Szybko staną się parą. Zaczną studia w jego rodzinnym mieście, Nsukka, bo ich rodzin nie stać na opłacenie uczelni zagranicznej, chociaż Obinze marzy o Stanach, chce tam kiedyś zamieszkać, jest nimi zafascynowany, czyta tylko literaturę amerykańską. To czas kiedy, kto tylko może, wyjeżdża kształcić się za granicę, do Wielkiej Brytanii albo USA. Aż przychodzi okres strajków na uczelniach, uniwersytety są miesiącami zamknięte i Ifemelu decyduje się na wyjazd za ocean. Jest jej łatwiej, bo może się zaczepić u swojej ciotki lekarki, która walczy o nostryfikację dyplomu. Obinze ma kiedyś do niej dojechać, ale po 11 września 2001 roku staje się to niemożliwe. Piszą do siebie, dzwonią, do czasu. Potem kontakt się urywa. Po latach, kiedy Ifemelu postanawia wrócić do Nigerii, odnawiają swoją znajomość. Tu niewiele zdradzam, bo akcja nie jest prowadzona chronologicznie. Dość szybko dowiadujemy się o jej zamiarze powrotu.

To kolejna powieść, po jaką ostatnio sięgnęłam, którą znakomicie się czyta. Losy bohaterek i bohaterów, ich przeżycia są po prostu bardzo ciekawe. I nie chodzi tu tylko o główną parę protagonistów, ale także o ciotkę Ifemelu i jej syna (ciotki, nie Ifemelu), z którym łączy ją bardzo bliska więź. Wiele jest też postaci drugoplanowych, które też poznajemy bardzo dobrze. Bo portrety psychologiczne to kolejna zaleta książki. Chociaż niektóre postacie znikają z pola widzenia, to sporo możemy o nich powiedzieć. Tak jest z rodzicami Ifemelu, jej amerykańskimi partnerami, matką Obinze, ich przyjaciółkami i przyjaciółmi.

Następna zaleta powieści to obraz życia w Nigerii, zwłaszcza w Lagos. Kiedy sięgam po literatury niszowe, tego w nich właśnie szukam. Nawet najdrobniejszych przejawów codzienności, obyczajów, tego, co odmienne i wspólne, opisów miejsc, krajobrazów, zachowań ludzi, problemów społecznych, politycznych, historii, tej przez duże H. Pisałam o tym całkiem niedawno, polecając "Ciała niebieskie" omańskiej pisarki Jokhi Alhathi. W "Amerykaanie" polityka stanowi tło, nie wybija się na plan pierwszy, chociaż ma wpływ na życie bohaterek i bohaterów. Za to obraz obyczajów, życia codziennego, społeczeństwa jest bardzo interesujący.

Są też w powieści takie dwa fragmenty, które mocno angażowały mnie emocjonalnie. To początki Ifemelu w Stanach. Na utrzymanie w czasie studiów nie wystarczy jej stypendium, musi znaleźć jakąś pracę. Zanim się jej to uda, minie sporo czasu, przeżyje chyba najgorszy okres w swoim dotychczasowym życiu - kiedy zabraknie jej pieniądzy, kiedy nie będzie miała na czynsz i na jedzenie, kiedy każda rozmowa o pracę będzie kończyć się fiaskiem, popadnie w duchowy letarg, niemoc, będzie miała depresję. Aż wreszcie zrezygnowana postanowi przyjąć propozycję pracy, która sprawi, że straci szacunek do siebie. I chociaż niemal natychmiast z niej zrezygnuje, to ten jeden moment pozostawi ślad w jej psychice. 

Drugi fragment dotyczy Obinze i jego stosunkowo krótkiego londyńskiego etapu życia. To, co się z nim dzieje, jak próbuje utrzymać się na powierzchni, jak się kończy jego londyńska odyseja, jest nie tylko niezwykle przejmujące, ale także bardzo aktualne. To historia jakich wiele, historia nielegalnego imigranta, człowieka wykształconego, który chciałby ułożyć sobie życie gdzieś indziej nie z powodu wojny w swoim kraju, ale dlatego, że mu się tam po prostu nie podoba. Tymczasem z racji miejsca urodzenia jest to bardzo trudne.

... wszyscy rozumieli ucieczkę przed wojną, przed rodzajem biedy, która miażdży ludzką duszę, ale nie zrozumieliby ucieczki przed przytłaczającym letargiem i brakiem wyboru. Nie zrozumieliby, dlaczego ludzie tacy jak on, którzy dorastali nakarmieni i napojeni, ale unurzani w niezadowoleniu, od urodzenia nastawieni na szukanie czegoś innego, na zawsze przekonani, że prawdziwe życie znajdą gdzie indziej, teraz posuwali się do rzeczy niebezpiecznych, nielegalnych, że uciekali nie zagłodzeni, nie zgwałceni, nie ze spalonych wiosek, ale zwyczajnie głodni wyboru i pewności.

Ale głównym problemem poruszanym w powieści jest kwestia rasy. Rasy, która staje się palącą kwestią dla Ifemelu, Obinze i innych czarnych z Afryki, kiedy znajdą się w białym świecie, a właściwie w świecie, gdzie biały kolor skóry staje się przywilejem najczęściej niezauważanym przez jej posiadacza.

... nie uważałam się za czarną, a stałam się nią dopiero po przyjeździe do Ameryki.(...) Ale wystarczy tylko wyjść i rasa natychmiast zaczyna być ważna. Ale o tym nie mówimy. Naszym białym partnerom nie mówimy nawet o drobiazgach, które nas wkurzają, i o rzeczach, które chcielibyśmy, żeby lepiej rozumieli, gdyż boimy się, iż powiedzą, że przesadzamy albo że jesteśmy przeczuleni.

Ifemelu początkowo stara się dostosować. Zna angielski bardzo dobrze, bo dzieci z takich rodzin jak ona czy Obinze są go uczone niemal od kołyski, ale każdy rozpozna ją po akcencie. Dlatego szybko uczy się akcentu i słownictwa amerykańskiego, aby się wtopić. Z tego samego powodu rezygnuje z afro, co jest jej naturalną fryzurą, i z warkoczyków. Prostuje włosy, co im bardzo szkodzi. Ale w pewnym momencie przychodzi otrzeźwienie i bunt. Ifemelu chce być znowu sobą, a nie udawać kogoś innego. Przemyślenia i obserwacje na temat rasy, koloru skóry i związanych z tym przywilejów albo ich brakiem zamieszcza na łamach bloga, który z czasem staje się nie tylko bardzo popularny, ale stanowi źródło jej dochodów. Dziś pewnie robiłaby to samo na portalach społecznościowych albo miała swój podcast. To bardzo ciekawe rozważania. Wiele do myślenia daje test dla Białych Uprzywilejowanych, jaki Ifemelu zamieszcza na swoim blogu. Pytań jest wiele, ja podam dla przykładu dwa.

Kiedy włączasz TV albo otwierasz którąś z wiodących gazet, spodziewasz się zobaczyć albo przeczytać głównie o członkach innej rasy?

Jeśli dobrze sobie radzisz w jakiejś sytuacji, oczekujesz, iż powiedzą ci, że przynosisz zaszczyt swojej rasie? Albo nazwą cię "innym" od większości członków twojej rasy? 

Nie mogę powiedzieć, aby dla mnie jej refleksje czy spostrzeżenia były czymś zupełnie nowym, bo trochę o tym wiem. Tu szczególnie polecam esej Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już białymi o kolorze skóry" albo powieści Natashy Brown "Przyjęcie" czy Bernardine Evaristo "Dziewczyna, kobieta, inna"

Równie ciekawe są spostrzeżenia, jak liberalni biali Amerykanie za wszelką cenę starają się wobec czarnych z Afryki zachować poprawność polityczną, aby ich nie urazić, co najczęściej wypada nienaturalnie albo śmiesznie.

Och, i spotkałam dzisiaj czarującego Nigeryjczyka. Poszłyśmy do przychodni i okazało się, że właśnie zaczął u nich pracować nowy lekarz, ten Nigeryjczyk, i akurat przechodził, i przywitał się z nami. Przypominał mi ciebie, Ifemelu. Czytałam w internecie, że Nigeryjczycy są najbardziej wykształconą grupą imigrantów w tym kraju.

I jak wszystkich czarnych, ze Stanów i tych z Afryki, wrzucają do jednego worka, nie dostrzegając różnic.

 - Może kiedy ojciec Afroamerykanki nie miał prawa głosować, ponieważ był czarny, ojciec Ugandyjki kandydował do parlamentu albo studiował w Oksfordzie - powiedziała Ifemelu.

Wreszcie jest to też powieść o powrocie do siebie, do tego, co dla kogoś ważne, o trudnych zmianach, naprawianiu popełnionych błędów, co często łączy się z podejmowaniem raniących innych decyzji. Czy tak można? Co ważniejsze - spokój innych kosztem życia udawanego? Poświęcenie siebie w imię czyjegoś dobra? To dylematy, z którymi mierzą się bohaterki i bohaterowie, dylematy doskonale nam znane z naszych żyć. Kiedy Ifemelu decyduje się po latach spędzonych w Stanach wrócić do Nigerii, wszyscy się jej dziwią. Czy sobie poradzi? Czy się tam odnajdzie? Przecież stała się już ową tytułową Amerykaaną. 

Aisha przypomniała jej słowa cioci Uju, gdy ta wreszcie przyjęła do wiadomości, że Ifemelu naprawdę chce wrócić - "Poradzisz sobie?" - i sugestię, że w pewnym sensie Ameryka zmieniła ją w nieodwracalny sposób, że na skórze wyrosły jej kolce. Jej rodzice także chyba uważali, że sobie nie "poradzi" z Nigerią.

Jeśli ktoś tak jak ja lubi długie, ciekawe, ale jednocześnie mądre powieści, to "Amerykaana" jest właśnie taka.

Louise Erdrich "Rzeka Czerwona"

W moim czytelniczym życiu znowu nastał czas beletrystyki, a

przede wszystkim powieści. Może potrzebuję story, a może jest to związane z wakacjami, kiedy trudniej czyta się nonfiki z myślą o tych refleksjach, bo trzeba czasem coś zanotować. Jakie motywacje by mną nie kierowały, fakty są takie, że znowu piszę o powieści, a i teraz czytam kolejną. Tym razem będzie o "Rzece Czerwonej" Barbary Erdrich (ArtRage 2025; przełożyła Agnieszka Walulik). ArtRage to jedno z moich ulubionych wydawnictw, pilnie śledzę to, co wydają, i jeśli odpowiada moim czytelniczym gustom, a te, wiadomo, mam bardzo sprecyzowane, to kupuję. No i tak padło na "Rzekę Czerwoną".

Najpierw kilka słów o autorce. W Polsce niemal nieznana - ponad dwadzieścia lat temu ukazały się w dwóch różnych wydawnictwach jej dwie książki, powieść i zbiór opowiadań. Teraz ArtRage, o ile dobrze pamiętam, kupiło prawa do kilku. A jest pisarką docenianą, dostała Pulitzera i Bookera. Co najciekawsze w jej biografii, urodziła się w mieszanej rodzinie o korzeniach niemieckich i rdzennych. Jej ojciec pochodził z plemienia Odżibwe. I takie doświadczenia wykorzystuje w swojej twórczości.

Akcja "Rzeki Czerwonej" rozgrywa się w małym miasteczku Tabor i w jego okolicach w Dakocie Północnej. To właśnie tereny zamieszkiwane kiedyś przez Odżibwe i Dakotów, a potem przyszli biali i je ukradli. Niektóre bohaterki i niektórzy bohaterowie pochodzą właśnie z tego plemienia albo mają mieszane korzenie. Nie jest to jednak jakoś mocno akcentowane, chociaż wielokrotnie przywoływane. 

Trudno w kilku zwięzłych zdaniach wprowadzić w treść tej powieści, bo bohaterek i bohaterów sporo, wątków kilka. Ważny jest na pewno czas - to ekonomiczny krach roku 2008. Może najlepiej napisać, że w dużej mierze to historia trójkąta miłosnego. Garry Geist, pochodzący z zamożnej rodziny farmerów, chce się ożenić z Kismet. Jej matka, Crystal, ciężko pracuje nocami, zwożąc ciężarówką buraki cukrowe z pól należących do wielkich farm do punktów skupu. Ojciec Kismet, niewydarzony aktor, niebieski ptak, znika nagle, a z nim fundusze na renowację miejscowego kościoła, co stawia obie kobiety nie tylko w trudnym położeniu materialnym, ale i towarzyskim - niektórzy, a zwłaszcza niektóre, uważają, że Crystal musi też mieć coś wspólnego ze sprzeniewierzeniem pieniędzy. Kismet sama do końca nie wie, czego chce, czemu trudno się dziwić, ponieważ jest bardzo młoda, właśnie kończy szkołę i powinna iść na studia, a nie wychodzić za mąż. Spotyka się z Garrym, szkolnym kolegą, ale i z młodszym od niej Hugonem, który się w niej kocha. W tle jest jeszcze wypadek, który wydarzył się jakiś czas temu i mocno odbił się na Garrym, jego kolegach i rodzinie. Co tam się naprawdę wydarzyło? Jaka tragedia? 

"Rzeka Czerwona" to tego rodzaju powieść, którą nie tylko czyta się znakomicie, ale która mocno angażuje emocjonalnie. Jesteśmy blisko bohaterek i bohaterów, mocno wchodzimy w ich życia, denerwują nas podejmowane przez nich decyzje, współczujemy im, kibicujemy. Przynajmniej ja tak miałam.

Najbardziej przejmująca i irytująca jednocześnie była dla mnie historia Kismet. Jak wspominałam, jest bardzo młoda, sama nie wie, czego chce. Tymczasem mimo wszystko decyduje się na małżeństwo. W jakiejś mierze składa siebie w ofierze. Staje się zakładniczką dorosłych, którzy aprobując jej małżeństwo z Garrym, robią sobie dobrze, że użyję tej kolokwialnej frazy, za którą nie przepadam, ale nie znajduję lepszej. Bo obie matki w tym momencie swojego życia potrzebują tego małżeństwa. Cristal szybko zacznie tego żałować, zda sobie sprawę, że popełniła błąd, pozwalając córce wyjść za mąż. Dziewczyna staje się zakładniczką rodziny Geistów, ma być remedium na ich problemy związane z tamtym tragicznym wypadkiem, po którym  Garry i jego matka nie podnieśli się. Tymczasem im potrzebna jest terapia, fachowa pomoc. Dlaczego po nią nie sięgają? Przecież mają pieniądze. Może odpowiedzią jest prowincja? Może coś, co jest naturalne w dużym mieście, tu jest nieoczywiste, nieznane? A może chodzi o to, że wypierają to, co się stało? Bo sięgnięcie po pomoc wymagałoby powiedzenia całej prawdy. Kiedy czytałam o tym, jak Kismet usługuje Geistom, jak nie ma kontaktu z matką, jak szybko orientuje się, że popełniła błąd, bo Garry jest jeszcze bardziej niedojrzały niż ona, miałam ochotę krzyczeć - dziewczyno uciekaj, ratuj siebie, nie brnij w to! Ale sprawa nie jest tak prosta. Bo Kismet z jednej strony zdaje sobie sprawę, że tak nie powinno być, z drugiej coraz lepiej rozumie, że Garry i jego matka mają potężną traumę, z trzeciej chciałaby być przy Cristal, która ma poważne kłopoty finansowe, z czwartej nie zapomniała o Hugonie ani on o niej nie zapomniał, z piątej zaczyna jej się podobać życie na wsi - kontakt z naturą, szeroki horyzont niczym nieograniczony, uprawianie ogródka, cisza i spokój.

Wielką wartością powieści jest to, że mogłabym tak analizować inne bohaterki i innych bohaterów - ich lęki, strachy, motywacje, skomplikowane emocje prowadzące do kontrowersyjnych decyzji. To nie tylko Kismet, Garry i Hugo, ale także Crystal, ojciec Kismet, matka Garry'ego, jego przyjaciel Eric. Każda  bohaterka i każdy bohater to osobna opowieść, osobne uniwersum. Ale znakomicie sportretowane są również postacie drugoplanowe czy epizodyczne. Szczególnie kobiety, które spotykają się w ramach klubu czytelniczego. Omawiana książka jest pretekstem, na jaw wychodzą animozje, zatargi, konflikty.  

Kolejną zaletą jest odmalowanie amerykańskiej prowincji, terenów, gdzie króluje rolnictwo, ale także tych, gdzie wydobywa się ropę, bo akcja na chwilę przenosi się do Dakoty Południowej. Obserwujemy ludzi bogatych i tych ciężko pracujących, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Niby ludzkość zrobiła postęp, a jednak nadal wielu pracuje jak niewolnicy, a każda łyżeczka cukru, jak niegdyś, jest tą niewolniczą pracą obciążona.

Bogaci z miasteczka czy farm jeździli do Fargo czy Minneapolis, do Mall of America, i się tym przechwalali. Kiedyś to ich uważało się za normę. Byli jak ludzie z filmów i seriali, więc można by pomyśleć, że to oni są Ameryką, lecz ostatnio Crystal i Kismet zaczęły na pewnym poziomie zdawać sobie sprawę z tego, że wcale nie, że to one są prawdziwymi Amerykankami - stroskanymi, ciułającymi, wiecznie zadłużonymi Amerykankami.

Istnieli wielcy posiadacze ziemscy, istnieli też wyrobnicy. Tak było od czasów, kiedy dolina Rzeki Czerwonej została zasiedlona. 

A Crystal, kiedy zrobił się boom na buraki cukrowe, pracowała ramię w ramię z meksykańskimi rodzinami, które przez cały rok przenosiły się w kółko po tej samej trasie za robotą. 

Tak oto każda łyżeczka cukru (...) nosiła wówczas piętno handlu niewolnikami i rzezi bizonów. Podobnie jak teraz w każdej łyżeczce cukru łączą się pragmatyczny nihilizm przemysłu cukrowniczego i śmierć naszego domu na tej ziemi. 

Ale "Rzeka Czerwona" ma jeszcze jeden temat. Autorka pochyla się nad tą ziemią, niegdyś należącą do plemienia Odżibwe, której naturalny cykl zaburza wielkoobszarowe rolnictwo stosujące na wielką skalę pestycydy i monokulturę. Kismet zachwyca się bliskością natury, ale i my, i ona widzimy, jakie spustoszenie czyni takie eksploatowanie ziemi. Nad polami wiecznie unosi się pył, bo jest sucho, pestycydy trują, ptaków jest coraz mniej. 

Ci dwaj szorstcy mężczyźni szykowali się właśnie do wytrucia jednej z najbardziej odżywczych roślin na świecie [chodzi o komosę ryżową] na rzecz uprawy buraka cukrowego - być może najmniej odżywczej rośliny na świecie. Zdaniem ewolucji było to przezabawne.

Ten brak ptactwa przejmował go niepokojem, ale on przecież ptaków nie pryskał, prawda? 

To delikatne sygnały, ale są. Budzą niepokój. Czy jest jakieś wyjście? Czy remedium jest powrót do rolnictwa naturalnego, ekologicznego? To też nie jest takie proste. Co może pojedynczy człowiek? Czy jedynym wyjściem jest pogodzić się z tym?

Poczuł na sobie ciężar tego, wszystkiego, co leżało poza jego kontrolą - jego, maleńkiego człowieczka, który harował i dokładał starań, choć w zasadzie nie miał pojęcia, jakie to wszystko jest wielkie.

Były to czasy przyjemne, ale i pełne rozpaczy. Oto był świat.

A poza tym powieść znakomicie się czyta. Nie tylko dlatego, że byłam tak blisko bohaterek i bohaterów, ale też po prostu chciałam wiedzieć, co się naprawdę zdarzyło owej mroźnej nocy, kiedy miał miejsce tragiczny wypadek, co zrobi Kismet, jak rozwiąże swoje finansowe kłopoty Crystal. 

Bardzo ciekawa, bardzo dobra powieść. A ja wrzuciłam na wirtualny biblioteczny regał dwie wydane lata temu książki Louise Erdrich. Kiedy je przeczytam nie wiem, bo i on pęcznieje niemożebnie. 

Brit Bennett "Moja znikająca połowa"

Powieść amerykańskiej pisarki Brit Bennett "Moja znikająca

połowa" (Agora 2020; przełożył Jarek Westermark) wciąga od pierwszej strony i tak jest do końca. To jedna z tych książek, która łączy zwyczajną czytelniczą przyjemność podsycaną pytaniami: co będzie dalej? jak skończy się ta historia? z ważkością problemów, jakie porusza. Prosta, nieudziwniona forma, umiejętnie budowane napięcie osiągnięte między innymi brakiem chronologii, wnikliwe portrety bohaterów, zróżnicowany język, czasem kunsztowny, czasem dowcipny, czasem gawędziarski, to wszystko sprawia, że "Moją znikającą połowę" pochłania się jednym tchem. Jest to powieść bardzo dobra i trudno się do czegoś przyczepić, brakuje jej jednak tego czegoś nieuchwytnego, co mają w sobie książki Edouarda Louisa ("Koniec z Eddym", "Historia przemocy"), Rebecci Makkai ("Wierzyliśmy jak nikt"), Didiera Eribona ("Powrót do Reims"), Chigozie Obiomy ("Rybacy", "Orkiestra bezbronnych"), Gorana Vojnovicia ("Moja Jugosławia") czy opowiadania Lucii Berlin ("Instrukcja dla pań sprzątających", "Wieczór w raju"). To książki z ostatnich dwóch, trzech lat, które tkwią we mnie bardzo mocno. O powieściach Mario Vargasa Llosy ("Rozmowa w Katedrze", "Święto Kozła") czy o opowiadaniach Josefa Skvoreckiego ("Gorzki świat") nawet nie wspominam, bo to jeszcze wyższa półka. Dziwnie wygląda ta wyliczanka, ale trudno mi się powstrzymać, aby nie wykrzyczeć tych wszystkich ważnych dla mnie tytułów. 

Kiedy pisząc to, próbowałam uchwycić różnicę, doszłam do wniosku, że "Moja znikająca połowa" jest typem powieści, która w przyjemnie i miło opowiada o poważnych, skomplikowanych, dramatycznych sprawach. Taki sposób pisania stępia ostrze. Czyta się świetnie, ale trudno powiedzieć, abym czuła się przeczołgana. A ja lubię, kiedy książka mną potrząśnie, szarpnie, nie daje spokoju. No ale to mój subiektywny osąd. Być może, ktoś uzna, że czepiam się i marudzę. A teraz do sedna.

Akcja powieści zaczyna się w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku, a kończy ponad dwadzieścia lat później. Bohaterkami są dwie czarne siostry bliźniaczki, Stella i Desiree Vignes. Napisałam czarne, ale odcień ich skóry jest niemal biały. Mieszkają w małej miejscowości w Luizjanie, w której żyją Afroamerykanie tylko tacy jak one. Kiedy po kilku latach od ucieczki z miasteczka Desiree wróci do matki razem ze swoją kilkuletnią córką Jude o skórze wyjątkowo czarnej, dziewczynka w szkole spotka się z ostracyzmem i odrzuceniem. Będzie wyzywana i pozostanie samotna. Poniżani i prześladowani sami poniżają i prześladują. Zanim jednak tak się stanie, szesnastoletnie bliźniaczki uciekają do Nowego Orleanu w poszukiwaniu lepszego życia. Ich losy ułożą się zupełnie inaczej. Desiree pozostanie tym, kim się urodziła - czarną kobietą, mimo że jej skóra jest niemal biała. Chociaż zgodnie z prawem segregacja rasowa już się skończyła, to w praktyce nadal trwa, czego wielokrotnie doświadczy, a jeszcze bardziej jej czarna córka. Tymczasem Stella, która początkowo wydaje się tą słabszą, mniej stanowczą, trochę dzięki szczęśliwemu splotowi okoliczności, trochę dzięki determinacji, wybierze inny los. Będzie udawać białą kobietę. Udawać - jak dziwacznie to brzmi w jej wypadku. Przecież jest biała, bo ma białą skórę! 

Nie jest to sytuacja wydumana, ucieczka od swojej rasy ma nawet nazwę - racial passing. Dziś ten termin jest rozumiany jeszcze szerzej. Podobna historia była tematem "Ludzkiej skazy" Phlipa Rotha, ostatniej części cyklu nazywanego amerykańską trylogią. Taki wybór nie tylko wymaga przekroczenia, pewności siebie, pewnej dozy bezczelności, uważności i wczucia się w mentalność białego, ale okupiony jest wielką ceną. Stella musi zerwać z rodziną i budować swoje życie na kłamstwie. Stale towarzyszy jej strach, że zostanie zdemaskowana albo dlatego, że przypadkowo natrafi na kogoś z dawnego życia, albo dlatego, że czymś się zdradzi, będzie nie dość dobrze udawać. Paradoks polega na tym, że decyduje się na taki krok ze strachu, a potem jeden strach zamienia na inny. Dlatego kiedy w dzielnicy, w której mieszka z mężem i córką, w dzielnicy zamożnych białych, nagle pojawi się pierwsza czarna rodzina, to ona, zwykle cicha i wycofana, będzie najgłośniej protestować. Konfrontacja białej społeczności z tą jedną czarną rodziną, o ironio, znacznie zamożniejszą niż oni, pokaże, że segregacja, chociaż niezgodna z prawem, wcale się nie skończyła.

Uczynienie bohaterkami powieści bliźniaczek tym mocniej pokazuje siłę uprzedzeń i stereotypów. Przecież siostry mają taką samą skórę, są do siebie podobne, wychowane zostały przez tych samych rodziców, w tym samym środowisku, a ich los jest tak diametralnie różny. Z jednej strony o wszystkim decyduje przypadek, z drugiej ich historia pokazuje, że tożsamość jest płynna. Można ją różnie kształtować. To społeczeństwo, rodzina, otoczenie wpychają nas w role. Kwestią siły woli i chęci jest, czy w nich pozostaniemy. Ale problem tożsamości pokazany jest w powieści w jeszcze inny sposób. Jednym z bohaterów jest czarnoskóry Reese, który urodził się jako dziewczynka, ale czuł się chłopcem. Wychowany w konserwatywnej rodzinie, pamiętajmy - w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, musi uciec od swoich bliskich, aby stać się sobą - mężczyzną. Korekta płci w Stanach nie była wtedy sprawą prostą i tanią. Właściwie dokonywano jej na granicy prawa. Nie chcę więcej zdradzać, napiszę tylko, że historia Reese'a i dziewczyny, z którą się wiąże, jest w powieści chyba najbardziej wzruszająca i budująca.

Bohaterkami "Mojej znikającej połowy" są też córki bliźniaczek, czarna Jude i biała Kennedy. Jak potoczą się losy matek i córek, czy Stella wróci kiedyś do rodzinnego domu, czy zostanie zdemaskowana albo zdecyduje się opowiedzieć prawdę o swojej przeszłości, o tym oczywiście pisać nie mogę. Bo, jak wspominałam, sama historia, przyjemność płynąca z jej odkrywania jest w tej powieści ważna. Dodam jeszcze, że autorka wyraźnie lubi swoich bohaterów i sprawia, że czytelnik podziela jej sympatię. Nawet jeśli niektórzy z nich mają swoje ciemne strony. 

Jessica Bruder "Nomadland. W pogoni za pracą"

Kiedy tylko w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam reportaż

amerykańskiej dziennikarki Jessici Bruder "Nomadland. W pogoni za pracą" (Czarne 2020; przełożyła Martyna Tomczak), wiedziałam, że muszę go przeczytać. Jest znakomitym uzupełnieniem książki "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast" Matthew Desmonda. Obie pozycje to lektury obowiązkowe, bo pozwalają lepiej zrozumieć to, co dzieje się w Stanach. Dlaczego wyborcy w kraju uchodzącym za ostoję demokracji i światowe imperium, wybrali sobie na prezydenta kogoś takiego jak Trump i mimo kompromitującego stylu, w jakim odchodzi, nadal rzesza jego zwolenników przy nim trwa?

Jessica Bruder opowiada o zjawisku, o jakim w zasadzie nie miałam pojęcia, a już na pewno nie o jego skali. To historia ludzi, którzy dom zamienili na kamper i podróżują po kraju w poszukiwaniu dorywczej pracy. Być może brzmi to romantycznie i wielu z tych współczesnych amerykańskich nomadów dorabia do swojej decyzji taką otoczkę i wychwala wolność, jaką im ona przyniosła, ale najczęściej ich codzienność romantyczna bywa tylko czasami, kiedy na przykład spotykają się na organizowanych przez siebie zjazdach albo przez chwilę wieczorem, gdy, powiedzmy, podziwiają zachód słońca w jakimś ładnym miejscu, w którym zatrzymali się swoim kamperem. Codzienność niesie mnóstwo problemów, a przyszłość rysuje się mocno niepewnie. Ale moim zdaniem najgorszy chyba jest jednak brak perspektywy na zmianę sytuacji. Oni nie mają przed sobą innej drogi!

Wprowadzając w tematykę książki Jessici Bruder, celowo trochę upiększyłam rzeczywistość, a właściwie nie napisałam o kilku istotnych szczegółach. Po pierwsze w zdecydowanej większości przypadków ci ludzie nie dokonali takiego wyboru, bo taki mieli kaprys, ale zrobili to dlatego, że nie mieli innego wyjścia. Sytuacja ekonomiczna sprawiła, że nie byli w stanie utrzymać domu, nie stać ich było na wynajęcie mieszkania i przenosiny do domu na kółkach stały się koniecznością. Inną alternatywą być może była ulica, czyli bezdomność. Co ciekawe, oni sami nie nazywają siebie bezdomnymi, ale bezmiejscowymi. Po drugie napisałam, że zamienili dom na kamper. Tak, ale tylko nieliczni, ci, których na kamper i jego utrzymanie stać. Pozostali muszą zadowolić się przyczepą kempingową albo jakimkolwiek pojazdem, który da się przystosować do zamieszkania. Niektórzy zaczynali swoje życie nomady po prostu w swoim samochodzie albo nawet w namiocie. Po trzecie większość z nich to ... emeryci. Ludzie po sześćdziesiątce albo nawet po siedemdziesiątce. Co ich czeka, kiedy nie starczy im sił, aby pracować? Kiedy zachorują? Dlaczego znaleźli się w takiej sytuacji? Po kryzysie z 2008 roku oszczędności wyparowały, a emerytury mają tak marne, że nie tylko nie stać ich na utrzymanie domu, ale zmuszeni są do pracy i właśnie w poszukiwaniu tej pracy przemierzają Stany. Niektórym powinęła się noga i w takiej sytuacji znaleźli się na przykład w wyniku rozwodu. Zdarzają się wśród nomadów pary, a także, na szczęście rzadko, rodziny z dziećmi albo matka z dzieckiem. Jeśli, czytelniku tej notki, myślisz, że w takiej sytuacji znaleźli się ludzie, którzy wykonywali jakieś niskopłatne prace, to jesteś w błędzie. Oczywiście są i tacy, ale wielu z nich było dyrektorami, inżynierami, nauczycielami, jednym słowem pracowali w zawodach, które powinny zapewnić stabilną przyszłość. Wreszcie po czwarte praca, jaką wykonują. Najczęściej zajęcie znajdują w magazynach Amazona, w rolnictwie, na przykład przy zbiorach buraka cukrowego, albo w sezonie na kempingach w licznych amerykańskich parkach narodowych. Robota jest ciężka, nawet niewyobrażalnie ciężka, a zarobki nie takie znowu rewelacyjne. Zjawisko jest na tyle powszechne, że w Stanach odbywają się specjalne targi, na których takie firmy poszukują sezonowych pracowników. Amazon tworzy nawet specjalne parkingi, gdzie mogą się zatrzymać swoim domem na kółkach.

Jessica Bruder, aby zgłębić temat, przez trzy lata towarzyszyła bohaterom tej książki w ich koczowniczym życiu. Sama zamieszkała w przyczepie i przez jakiś czas zatrudniała się do takich sezonowych prac. Na własnej skórze poznała trudności, jakie niesie mieszkanie w kamperze. Rzeczywiście niektóre trudno sobie wyobrazić. Na przykład, gdzie zatrzymać się na noc, jeśli jest się w trasie? Na kempingu, powiesz czytelniku tej notki. Nie, bo po pierwsze ich nie stać, a po drugie kempingi są przecież tylko w miejscach turystycznych. Parkować nocą trzeba więc nielegalnie, ryzykując mandat, a czasem jakąś niebezpieczną sytuację. Coraz trudniej być nomadą, bo stany albo miasta utrudniają im coraz bardziej życie. Inne kłopoty? Dbanie o higienę, awarie, choroby, zimno, kiedy spada temperatura, i wiele innych spodziewanych i niespodziewanych zdarzeń. Czy jest coś optymistycznego w tej sytuacji? Tak - nomadzi tworzą społeczność, która sobie pomaga. Zawierają przyjaźnie, czasem podróżują w grupach, umawiają się na wspólną pracę i wspólne biwakowanie. I wtedy mogą na siebie liczyć, jeśli zdarzy się coś przykrego. Życie ułatwia im oczywiście internet, gdzie znajdują porady, wskazówki, ostrzeżenia, strony i fora dla takich jak oni.

To oczywiście nie wszystko. Jessica Bruder, podobnie jak Matthew Desmond, łączy opowieść o konkretnych ludziach z podbudową teoretyczną - socjologiczną, ekonomiczną i historyczną (Zjawisko nie jest w Stanach nowe - po raz pierwszy pojawiło się w czasie wielkiego kryzysu w latach trzydziestych zeszłego wieku.) Znakomita, bardzo ciekawa książka. Kolejna, która dekonstruuje amerykański mit. Mit kraju, gdzie, jeśli tylko mocno chcesz, osiągniesz wszystko. Gdzie sam sobie jesteś sterem, żeglarzem, okrętem i uwielbiasz ten stan, bo wolność i indywidualizm cenisz sobie ponad wszystko. Gdzie droga od pucybuta do milionera jest możliwa.

A na koniec jeszcze cytaty, które gorzko komentują problem. Pierwszy pochodzi z "Rzeźni numer pięć" Kurta Vonneguta, a wrzuciły go na swój Facebook dwie bohaterki książki.

Ameryka jest najbogatszym krajem na Ziemi, ale jej obywatele to przeważnie ludzie biedni i tych biednych Amerykanów uczy się nienawiści do samych siebie. (...) Każdy inny naród ma w swoich tradycjach ludowych bohaterów, którzy byli biedni, ale niezwykle mądrzy i dzielni i dlatego bardziej godni szacunku niż możni i bogacze. W Ameryce biedacy nie mają takich opowieści. Zamiast tego szydzą z siebie i gloryfikują bogaczy. 

Drugi, też z Facebooka, zamieszczony po śmierci jednej z nomadek.

Wreszcie uwolniłaś się od długów i znalazłaś swój wieczny dom! Już nigdy nie będziesz marzła na pustyni ani w Kansas. Żadnych więcej ciasnych przestrzeni. 

Matthew Desmond "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast"

Są takie książki, o których nie usłyszelibyśmy pewnie nigdy, gdyby nie polecenie kogoś, komu ufamy. Niereklamowane, o nieatrakcyjnym, ba, zapowiadającym nudę tytule. To banalne stwierdzenie, przecież takich pozycji jest całe morze, nawet ocean. Strach pomyśleć, ile rzeczy wartościowych przegapiamy. To przypadek książki Matthew Desmonda "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast" (Marginesy 2019; przełożył Tomasz S.Gałązka). Jasne - problem ważny, ale żeby zaraz czytać? Brzmi nieefektownie, kojarzy się z nudną ekonomią. Na szczęście usłyszałam o tej książce w radiu. Piszę na szczęście, bo jest to rzecz nadzwyczaj aktualna, opowiada o Stanach, konkretnie o problemie mieszkaniowym, z jakim borykają się najubożsi mieszkańcy USA. A wszystko na przykładzie jednego miasta - Milwaukee. Stany to kraj, który długo mitologizowaliśmy. Łuski już dawno spadły mi z oczu. Kilka tygodni temu usłyszałam od eksperta biorącego udział w dyskusji radiowej, że USA to kraj upadający. Dodał, że nigdy nie przypuszczał, iż kiedyś wypowie te słowa. Jeśli tak jest rzeczywiście, to "Eksmitowani" tylko potwierdzają tę tezę.

Warto napisać kilka słów o autorze i jego metodzie pracy. Matthew Desmond jest profesorem socjologii. Jeśli teraz, czytelniku tej notki, straciłeś całe zainteresowanie książką, bo pomyślałeś sobie, że to nudna praca naukowa, jesteś w błędzie. "Eksmitowanym" najbliżej do reportażu, który czasami przypomina powieść, bo autor odtwarza sceny z życia swoich bohaterów, ich rozmowy, pozwala im mówić swoim językiem - slangowym, kolokwialnym. Oczywiście są też partie, gdzie żywioł reportażu i powieści ustępuje miejsca dyskursowi socjologicznemu, ale pisanemu w sposób bardzo przystępny. To wszystko było możliwe, bo autor kilka lat towarzyszył ludziom, których wspólnym mianownikiem jest to, że wpadli w spiralę problemów mieszkaniowych. Co w tym wypadku oznacza słowo towarzyszył? Między innymi to, że sam na ponad rok zamieszkał na osiedlu mieszkaniowych przyczep kempingowych. Ale także to, że dosłownie współuczestniczył w ich życiu. Jadł z nimi, czasem nocował w nędznych mieszkaniach, jakie wynajmowali, chodził do sądu, pomagał w przeprowadzkach, słuchał ich rozmów. Jeśli nie był świadkiem jakiejś sytuacji, tylko poznał ją z drugiej ręki, rzetelnie o tym informuje. 

Bohaterów jest kilkoro. Różni - samotne matki, ale i samotny, kaleki ojciec, samotna starsza kobieta, para mająca problem z narkotykami, mężczyzna, który kiedyś miał dobrą pracę, mieszkał w dobrej dzielnicy, ale uzależnienie od leków, narkotyków i alkoholu sprawiło, że stracił wszystko, samotna młoda kobieta, która wychowywała się w kilku rodzinach zastępczych i właśnie rozpoczęła samodzielne życie, oraz paru innych. Czarni i biali. Desmond nie skupia się na kolorze skóry, specjalnie go nie eksponuje, po jakimś czasie nie pamiętałam już, kto jest czarny, a kto biały. W pewnym momencie zaznacza jednak, że najtrudniej zawsze mają czarne kobiety samotnie wychowujące dzieci. Ale to nie wszyscy bohaterowie. Jest jeszcze troje tych, którzy stoją po przeciwnej stronie barykady - wynajmowanie nieruchomości stało się ich jedynym źródłem zarobku. Dodam, że bardzo dobrym źródłem. Jednym z nich jest właściciel placu z przyczepami, na którym mieszkał Desmond i kilkoro spośród bohaterów książki. Kolejni to czarna para, która posiada wiele domów i mieszkań w najuboższej dzielnicy Milwaukee, zwanej gettem. Bohaterka lubi powtarzać: Getto jest git. Oznacza to tyle, że właśnie w tej najuboższej dzielnicy można robić wspaniałe interesy. Brzmi paradoksalnie, bo jak niby da się zarabiać na tych, którzy spadli na sam dół społecznej drabiny albo nigdy się z niej nie wyrwali? Otóż można i to znakomicie mimo strat ponoszonych z powodu zaległości czynszowych. Chociaż getto zamieszkują głównie czarni, to trafiają tam też ubodzy biali. Bronią się przed tym rękami i nogami, bo dzielnica ma złą sławę i w niektórych miejscach bywa bardzo niebezpieczna, ale kiedy w wyniku spirali problemów mieszkaniowych  spadają na samo dno, nie mają wyjścia.

Nie jest to książka przyjemna. Przyglądamy się ludzkiej nędzy, borykaniu się z losem. Czasem ci ludzie są sami sobie winni. Tak jest z mężczyzną, który w wyniku uzależnienia, stoczył się na dno. Można sarkać na samotne matki, które mają kilkoro dzieci, każde z kimś innym. Że źle lokowały swoje uczucia, że były nieostrożne i nieodpowiedzialne. Nie do końca jednak jest to wynikiem ich bezmyślności. Często nie potrafią żyć inaczej, bo nie miały dobrych wzorców, dziedziczą biedę i taki sposób życia. Są dziećmi samotnych matek, nie znają swoich ojców. Czasem jednak nie ma żadnej winy w tym, że ktoś ma takie problemy. Czym zawiniła młoda, niesamodzielna kobieta, która ma za sobą straszne doświadczenia dzieciństwa i młodości? Wychowywała się w kilku rodzinach zastępczych, gdzie niekoniecznie żyło jej się różowo. Kiedy osiągnęła pełnoletność, wypadła z systemu, który opiekuje się takimi jak ona, i musi żyć na własną rękę. Z samodzielnością zupełnie sobie nie radzi i popada w coraz większe tarapaty. Nikt nie zadbał o jej wykształcenie, o nauczenie jakiegoś zawodu. Nawet jednak ci, którzy sami są sobie winni, jeśli się ockną i chcą o siebie walczyć, nie znajdują instytucjonalnej pomocy. Niby mogą zapisać się na przykład do poradni leczenia uzależnień, ale w praktyce jest to droga przez mękę, bo system jest niewydolny, przyjmuje zaledwie kilku pacjentów dziennie, a kolejka długa. Nawet na takie leczenie potrzebują pieniędzy, których przecież nie mają. Trzeba wielkiej determinacji i hartu ducha, aby wytrwać na tej drodze. Bogatych uzależnionych stać na prywatne kliniki odwykowe, biedacy muszą radzić sobie sami. 

Najbardziej jednak przeraziły mnie chyba opisy mieszkań, domów i przyczep, jakie wynajmują ci ludzie. To najczęściej zdewastowane nory, o które nie dbają właściciele. Z zepsutymi kranami i toaletami, z brudnymi wykładzinami, ścianami pokrytymi farbą z ołowiem, z wybitymi szybami, drzwiami, które można otworzyć kopniakiem. Między wynajmującymi a właścicielem bez przerwy toczy się wojna o to, kto odpowiedzialny jest za naprawę, kto pokryje jej koszty. Jedni zwalają winę na drugich. Właściciele oskarżają wynajmujących o to, że zapchał się odpływ wanny i woda nie spływa, obciążają ich kosztami naprawy, jeśli w ogóle do niej dojdzie. Tak rosną długi. A w ich spiralę wpaść bardzo łatwo. Wystarczy w jednym miesiącu nie zapłacić czynszu, aby w kolejnym nie poradzić sobie z podwojoną kwotą. W położeniu tych ludzi o taką sytuację naprawdę nietrudno. Co zrobić, jeśli stoi się przed wyborem - czynsz czy leki dla dziecka albo dla siebie? Czynsz czy nowe buty, bo stare dziurawe? Czynsz czy wyprawka do szkoły? Czynsz czy wyjazd na pogrzeb kogoś bliskiego? 

A potem już z górki. Nakręca się spirala eksmisji i człowiek ląduje w coraz gorszych miejscach albo w schronisku dla bezdomnych, gdzie też nie może mieszkać wiecznie. Koszty eksmisji, składowania w specjalnych magazynach całego dobytku spadają oczywiście na eksmitowanych. Mało tego, każda eksmisja wydana przez sąd zostaje zapisana w specjalnym rejestrze dostępnym dla właścicieli nieruchomości. W takich sprawach nie przysługuje adwokat z urzędu, dlatego ci niewykształceni, bezradni ludzie nie mają szans w starciu z właścicielem. Spraw o eksmisję jest w sądach tyle, że sędziom brakuje czasu, aby pochylić się nad każdym przypadkiem. To jak taśma w fabryce, praca na akord. A kiedy ma się już taką czarną kartotekę i niewielkie fundusze, szukanie nowego lokum to droga przez mękę. Bohaterki książki potrafiły odwiedzić ponad siedemdziesiąt mieszkań, zanim udało im się wynająć cokolwiek. Kiedy znaleźć na to czas? Zwalniać się z pracy, jeśli się ją ma? Co zrobić w tym czasie z dziećmi? Szukanie trwa jeszcze dłużej, jeśli miasto przemierza się na piechotę. Dlatego eksmitowani często wolą dogadać się z właścicielem i sami opuszczają mieszkanie, co też łączy się z wieloma perturbacjami. Nie zdawałam sobie sprawy z bezmiaru problemów, jakie generują kłopoty mieszkaniowe. Choćby takie - zmiana mieszkania często oznacza nową szkołę dla dziecka i nowe sąsiedztwo. Rwą się więzi koleżeńskie i sąsiedzkie. O zawiązaniu przyjaźni mowy nie ma. Człowiek zawsze jest obcy. A to właśnie dla biednych sieć kontaktów jest bardzo ważna, często ratuje im życie. A co jeśli taka przeprowadzka zdarza się kilka razy w roku? To nie są rzadkie przypadki! Inny problem - zdarza się, że eksmitowani tracą wszystkie swoje rzeczy, cały dorobek życia, pamiątki. Dzieje się tak na przykład wtedy, jeśli nie są w stanie opłacać miejsca w magazynie, gdzie składowany jest ich dobytek. A nie są to małe kwoty. A tym wszystkim kłopotom często towarzyszy jeszcze depresja, czemu doprawdy trudno się dziwić. I bardzo niska samoocena - ci ludzie czują się nikim.

Siłą książki Matthew Desmonda jest to, że łączy w sobie perspektywę pojedynczego, konkretnego człowieka z szerszą, bo  naukową perspektywą socjologiczną. Jego opowieść poparta jest licznymi badaniami, statystykami i pracami socjologicznymi oraz ekonomicznymi. Autor znakomicie uświadamia czytelnikowi cały łańcuch problemów, jaki łączy się  z tym obszarem biedy. O niektórych pisałam przed chwilą, ale jest ich znacznie więcej. Pokazuje też cały system, który niby pomaga ubogim, ale robi to w sposób niewystarczający i często niewłaściwy. Zresztą bardzo łatwo z takiego systemu pomocy wypaść. Wystarczy, że eksmitowany całą swoją energię pożytkuje na znalezienie nowego mieszkania i zwyczajnie zapomina, że powinien się zgłosić w terminie do jakiegoś urzędu, aby pomoc przedłużyć. Za to uwielbiają ten system właściciele nieruchomości, bo dzięki bonom czy dopłatom mają gwarancję, że dostaną swoje pieniądze. Problem w tym, że ubodzy często mają niewiele więcej niż te bony czy dopłaty do czynszu. Autor pokazuje też drogi wyjścia z tej sytuacji - jak stworzyć system pomocy lepszy, efektywniejszy, jak zmniejszać strefę ubóstwa mieszkaniowego. 

Na koniec kilka krótkich informacji, które mnie zbulwersowały i które pokazują bezmiar problemu oraz to, że biednemu zawsze wiatr w oczy, a nad bogatym słońce nie zachodzi. W 2013 roku w Milwaukee co ósma rodzina nie była w stanie samodzielnie płacić czynszu. Trzy na cztery rodziny potrzebujące wsparcia mieszkaniowego nie dostają go. 67 % ubogich nie otrzymuje żadnej pomocy. Paradoksalnie czynsze w gorszych dzielnicach są tylko trochę niższe od tych w lepszych. Paradoks kolejny - stopa zwrotu z nieruchomości w gorszej dzielnicy jest znacznie wyższa niż w lepszej. Dlaczego? Bo czynsz wprawdzie trochę mniejszy, ale podatki, opłaty, cena nieruchomości znacznie niższe. Kiedy lokal zupełnie nie nadaje się już do użytku, zamiast remontować, wystarczy przestać płacić podatek od nieruchomości, a dom za długi przejmuje miasto bez konsekwencji dla właściciela. Właściciel placu z przyczepami, na którym mieszkał autor i niektórzy bohaterowie jego książki, należy do jednego procenta najbogatszych Amerykanów, a większość z jego lokatorów do dziesięciu procentów najuboższych. Jego roczny dochód jest trzydzieści razy wyższy od dochodu jego lokatora pracującego na pełnym etacie za pensję minimalną, a pięćdziesiąt razy wyższy od tego, który żyje z zasiłku. Co roku eksmisje dotykają milionów Amerykanów, najczęściej niebiałych kobiet z dziećmi. Co piąta rodzina ponad połowę dochodów wydaje na czynsz. Kiedy państwo ograniczało pomoc mieszkaniową dla najuboższych, jednocześnie przyznawało coraz większe ulgi właścicielom nieruchomości. W 2008 roku wydatki na pomoc mieszkaniową rządu federalnego wyniosły 40 milionów dolarów, a ulgi podatkowe dla właścicieli nieruchomości 171 miliardów dolarów.
Wystarczy? Jeśli nie, to na koniec cytat.

Ubogie rodziny żyją ponad stan w mieszkaniach, na które ich nie stać. Problem w tym, że to i tak najtańsze lokale na rynku.

Najczęściej mieszkania, o których mowa, to zaniedbane, zdewastowane nory, co zupełnie nie obchodzi ich właścicieli.

Popularne posty